Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Autorzy: Dariusz Rosiak

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

cena od: 26.18 zł

Tysiące wschodnich chrześcijan ginie dziś z rąk islamskich fanatyków, setki tysięcy uciekają z miejsc, w których mieszkali przez stulecia. Są zastraszani i wysiedlani, a my przyglądamy się bezczynnie, jak wysycha źródło, z którego wybiła nasza kultura. Oglądamy nagrania z egzekucji i jak zwykle, gdy chcemy zagłuszyć sumienie organizujemy akcje humanitarne.

Nie chciałem do nich dołączać ani uprawiać salonowej moralistyki. Wolałem wyruszyć w podróż, spróbować opisać świat, który być może się kończy, złożyć hołd jego mieszkańcom. Czym innym ma być dobra podróż, jeśli nie wyrazem szacunku dla ludzi i ich historii, adoracją miejsc i rzeczy? pisze we wstępie Dariusz Rosiak, znakomity dziennikarz i reporter, autor książki.

Chrześcijaństwo powstało na Wschodzie, ale dziś, w czasach konfliktu z Państwem Islamskim, życie chrześcijan w tym rejonie stało się niemożliwe. Dariusz Rosiak ruszył śladem wschodnich chrześcijan. Pojechał tam, skąd pochodzą, i tam, dokąd uciekają. Do Turcji, Iraku, Libanu, Egiptu, Izraela, do Syryjczyków mieszkających w Szwecji.

To historia, która toczy się na naszych oczach, i nikt nie wie, jak się skończy. To historia wielkiej, liczącej ponad dwa tysiące lat kultury, ale i śmierci, rzezi, prześladowań, opowiadana przez zwykłych ludzi.

W serii ukazały się ostatnio:

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by A. Abbas / Magnum Photos / Forum

Copyright © by Dariusz Rosiak, 2015

Copyright © for the maps by Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

and GeoServices

Redakcja Wojciech Górnaś / redaktornia.com

Korekta zespół d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-212-7

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

1. Szwecja

2. Południowa Turcja

3. Iracki Kurdystan

4. Stambuł

5. Liban

6. Egipt

7. Izrael, Zachodni Brzeg

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Dla Ani i Zuzi

Teraz się wydarzy to, a następnie tamto,

później zaś, za rok albo za dwa lata (jak obliczam),

takie a takie rozegrają się działania, takie a takie zapanują obyczaje.

Nie będziemy się troszczyć o daleką przyszłość.

Postaramy się o to, żeby się działo jak najlepiej.

Im zaś gorliwiej się postaramy, tym więcej zepsujemy

i tym gorzej wszystko powikłamy, aż wreszcie się pogrążymy

na samo dno zamętu. Wtedy się zatrzymamy.

I wybije godzina, by zabrali się do dzieła bogowie.

Zawsze przychodzą bogowie. Zstąpią

ze swoich machin – i jednych ocalą, a innych

gwałtownie a niespodzianie usuną ze sceny;

a gdy zaprowadzą jakiś porządek,

odejdą. – Potem zaś jeden będzie robił to,

a drugi tamto; z czasem jeszcze inni

będą robić swoje. I jeszcze raz wszystko zaczniemy.

Konstandinos Kawafis, Zstąpienie bogów

przeł. Zygmunt Kubiak

Metro w Sztokholmie jest wydrążone w skale z precyzją artysty cukiernika: czułem się w nim jak w środku wydłubanej i zmyślnie pomalowanej kamiennej bezy. Stacje są jak wielobarwne galerie sztuki, ale chyba nikt nie ogląda podziemnych malowideł. Po ruchomym chodniku na głównej stacji przesiadkowej T-Centralen idą nic niewidzące figurki z gier komputerowych, terminatorzy zdążający wspólnym krokiem do celu. W każdym metrze na świecie ludzie się spieszą, ale nie zawsze tak samo, nie w każdym ich intencje są równie mgliste: listopadowe twarze wpatrzone w punkt, w którym nic się nie przecina.

W metrze i kolejce dojazdowej do przedmieść Sztokholmu miałem spędzić wiele czasu. Na szczęście podróżowałem w towarzystwie Nady Zaito, mojej tłumaczki, przewodniczki, dobrego ducha. To ona poprowadzi mnie po zakamarkach jednej z najbardziej intrygujących społeczności w Europie początku XXI wieku.

Nada przyjechała do Szwecji w kwietniu 2013 roku. Skończyła studia ekonomiczne w Aleppo w Syrii i właśnie miała rozpocząć pracę w przedstawicielstwie ONZ, kiedy oddziały Państwa Islamskiego dotarły do jej miasta Kamiszli, tuż pod granicą turecką. Uciekała z siostrą Nurą, tak jak wielu jej rodaków. Mama i tata już wcześniej byli w Szwecji, brat i druga siostra zostali w Kamiszli.

Odległości między stacjami są znaczne, mieliśmy dużo czasu na rozmowę.

– Dzień za dniem mija. Myślisz sobie, tam jest wojna, mogą cię zabić, więc lepiej być tutaj. Ale ja nie chcę tu zostać. Tu nie jestem szczęśliwa, tam tak. Kamiszli to moje miasto, moja krew, moi przyjaciele.

Nada odbiera telefon, rozmawia chwilę po arabsku. Pytam, czy ma szwedzkich przyjaciół.

– Nie. Szwedzi są jacyś inni. Fascynuje mnie, jak można tyle pracować. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu po to, żeby potem pojechać do Szwajcarii na urlop. To nie jest życie. Poza tym niby są dla ciebie mili, ale w środku to rasiści. Jak widzą czarne włosy i brązowe oczy, to myślą, że chcesz ich wysadzić w powietrze. Dają ludziom sześć tysięcy koron miesięcznie i uważają, że to dla nas raj. Szukałam pracy i co chwila słyszałam: „Nie jesteś Szwedką, nie jesteś Szwedką”. A ja przecież nie chcę pracować jako ambasador Szwecji, tylko jako kelnerka w restauracji. I nie pracuję. Nic nie robię, tylko uczę się języka.

– Wrócisz, kiedy wojna się skończy?

– O tak, mój Boże! Ja już teraz chcę wrócić. Tylko rodzice nie pozwalają. Niektórzy z nas zostają w Syrii. Wokół spadają bomby, ludzie giną, ale oni nie chcą opuścić Syrii. Bo co mieliby tutaj robić?

Przesiedliśmy się w kolejkę w kierunku Södertälje, przedmieścia Sztokholmu oddalonego o trzydzieści kilometrów od centrum. Na miejscu obok usiadł mężczyzna koło czterdziestki, najwyraźniej rozumiał, o czym mówimy. Przedstawił się jako Tony. Jest piekarzem, ma zakład w centrum Sztokholmu. Pochodzi z Midyat na południu Turcji, miał zaledwie sześć miesięcy, gdy rodzice uciekli do Niemiec tuż po wybuchu konfliktu grecko-tureckiego o Cypr[1]. Od 1975 roku mieszka w Södertälje.

– Chrześcijanie byli najlepszymi ludźmi w Midyat, złotnicy, jubilerzy, bankierzy, prawnicy. Było nas prawie półtora miliona w Turcji, Syrii, Iraku, Iranie. Po Sejfo, ludobójstwie z tysiąc dziewięćset piętnastego (wiesz, o czym mówię, prawda?), zostało dwadzieścia tysięcy. Teraz ostatni wyjeżdżają.

Trochę przesadził z liczbami, ale nie prostowałem. Taki już los małego narodu, że nikt nie pamięta o jego cierpieniu, zwłaszcza jeśli odbywa się ono w cieniu cierpienia większego narodu. W 1915 roku osmańscy Turcy i Kurdowie wymordowali kilkaset tysięcy Ormian. O Asyryjczykach i Grekach, których również mordowali, mało kto wie.

W pewnej chwili Tony zdjął kurtkę, potem sweter i podwinął rękaw koszuli. Na prawym ramieniu miał tatuaż, który znałem z książek o Asyryjczykach. Obraz przypominał orła z rozpostartymi skrzydłami na czerwonym tle.

– Ten orzeł to symbol naszej potęgi. Syrianska, rozumiesz?

Rozumiałem co nieco. Chociaż nie był to orzeł, tylko pochodnia, symbol Ducha Świętego, czerwone tło oznaczało krew ofiar Sejfo, a żółte płomienie – nadzieję na życie w wolnym państwie. Tak wyglądała jedna z dwóch flag asyryjskich. Spytałem Tony’ego, czy jest chrześcijaninem.

– O tak, chodzę do Świętego Efrema w Södertälje, ale rzadko – powiedział. – Jaki pożytek miałby ze mnie Pan Bóg i ludzie, gdybym chodził do kościoła, ale poza tym był podły, zdradzał innych ludzi, bił żonę?

Dwa tygodnie wcześniej w Krakowie pewien ksiądz prowadził mnie do swojego mieszkania po szerokich schodach budynku na Kanoniczej.

– Ten strop jest lekko zniszczony, bo Szwedzi go naruszyli – powiedział, przystając na półpiętrze. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że Szwecja będzie wracać w tej opowieści wielokrotnie. – W czasie potopu oczywiście. Jesienią tysiąc sześćset pięćdziesiątego piątego roku Szwedzi oblegali miasto i strzelali z armat. Czarniecki nie miał szans i poddał Kraków w październiku. Ciągle mamy na głowie konserwatora zabytków, nic nie da się tu zmienić. A tu, niech pan patrzy, jaka ładna gotycka płaskorzeźba. Wy tam, w Warszawie, chyba nie macie dużo takich klatek schodowych?

– Ani jednej takiej nie mamy – odpowiedziałem posłusznie. – Tylko Stare Miasto, a i ono to replika. Nie ma porównania z Krakowem. Aż dziw bierze, że tylu ludzi przeprowadza się z Krakowa do Warszawy, przyjeżdżają, pracują za grosze, biorą kredyt na kawalerkę w bloku i jakoś im architektura nie przeszkadza. – Ostatniego zdania oczywiście nie powiedziałem, tylko tak sobie pomyślałem złośliwie.

Weszliśmy do mieszkania, które przypominało skromny oddział muzeum historii religii. Na ścianach koptyjskie krzyże, ikony, obrazy święte. I książki, wszędzie opasłe tomy oprawione w skórę. Byłem w domu wybitnego znawcy wschodniego chrześcijaństwa, księdza profesora Krzysztofa Kościelniaka z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

– Zaraz panu rozrysuję, od czego to się zaczęło, bez tego nie zrozumie pan nic. Nie będzie pan wiedział, kto jest kim. Zresztą nawet jak ktoś myśli, że wie, to i tak nie zawsze rozumie.

Niewiele rozumiałem, choć o tej podróży myślałem od kilkunastu lat, od kiedy przeczytałem książkę Williama Dalrymple’a From the Holy Mountain. Dalrymple przez pięć miesięcy w 1994 roku podróżował śladem Jana Moschosa, chrześcijańskiego mnicha żyjącego na przełomie VI i VII wieku, i napisał książkę, która nie dawała mi spokoju. Dzięki niej docierało do mnie, jak nigdy wcześniej, jaką rolę w historii człowieka odgrywa chrześcijaństwo.

Powszechnie wiadomo, że bez chrześcijaństwa nie byłoby cywilizacji zachodniej. Jednak Dalrymple nie pisał analizy wielkich procesów historycznych ani wydarzeń zmieniających bieg dziejów, w każdym razie nie to było w jego książce najważniejsze. To była fascynująca opowieść o tym, jak nowa religia zmieniała zwykłych ludzi, jak kształtowała ich wrażliwość, myślenie i system wartości. Pod koniec XX wieku autor wracał w miejsca, gdzie narodziło się chrześcijaństwo, odkrywał w nich jego szczątki. I opowiadał.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych na Bliskim Wschodzie wydarzyło się mnóstwo rzeczy, głównie złych. Od dawna nie ma już świata Jana Moschosa, ale na naszych oczach rozpadały się również chrześcijańskie enklawy opisane przez Williama Dalrymple’a. Pomyślałem, że to dobry moment, by odwiedzić miejsca i ludzi, o których pisał Brytyjczyk.

Przygotowując się przez wiele tygodni do wyjazdu, śledziłem doniesienia wojenne z Bliskiego Wschodu, czytałem dzieła pisarzy pochodzących z tego regionu, błądziłem we mgle zawiłych sporów teologicznych pierwszych wieków po Chrystusie, zgłębiałem tajniki herezji i dociekań, które dziś dla wielu zachodnich chrześcijan stanowią całkowitą abstrakcję.

Jednak nawet najlepsze książki nie przygotują na niezwykłe uczucie dezorientacji, które zaskakuje reportera, gdy staje twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Słyszy nową, nieznaną historię zaprzeczającą wszystkiemu, co wyczytał w mądrych książkach i znał z wcześniejszych doświadczeń. Musi wtedy wybrać, komu zawierzyć: tekstom opierającym się na autorytecie autora, historykom i ekspertom czy zwykłemu człowiekowi, którego opowieść burzy dotychczasowe spojrzenie i klarowność akademickiego wywodu. W autentycznym kontakcie z człowiekiem ginie pewność i zgoda na świat wcześniej znany i opisany, pojawiają się paradoksy, niejasności, sprzeczności. Czyli normalne życie.

Jego szukałem podczas tej podróży.

Chrześcijaństwo pochodzi ze Wschodu. Wszystko zaczęło się w Antiochii, Jerozolimie, Aleksandrii, Konstantynopolu. Rzym był daleko. Italię podbijali Wizygoci i Hunowie, Wyspy Brytyjskie terroryzowali Piktowie, Szkoci i Sasi, teren Polski był puszczą, w której ludzie konkurowali o tereny z żubrami i wilkami. Tymczasem na Wschodzie wykuwała się teologia chrześcijańska, która miała zmienić świat, bujnie kwitła kultura, powstawały piękne kościoły. Stąd apostołowie i ich naśladowcy wyruszali w świat, tutaj tysiące mnichów szło na pustynię, by poświęcać życie Bogu.

Niby wiemy, że tak było. Wiemy też, że tysiące wschodnich chrześcijan giną dziś z rąk fanatyków muzułmańskich, setki tysięcy uciekają z miejsc, w których ich przodkowie mieszkali przez stulecia. Są zastraszani, wysiedlani z rodzinnych stron, a my przyglądamy się bezczynnie, jak wysycha źródło, z którego wybiła nasza kultura. Oglądamy w telewizji albo na YouTube zbrodnie Państwa Islamskiego i co najwyżej organizujemy zbiórki charytatywne – jak zwykle, gdy chcemy zagłuszyć sumienie.

Nie chciałem dorzucać na tę tacę ani uprawiać salonowej moralistyki. Wolałem wyruszyć w podróż, spróbować opisać świat, który być może się kończy, złożyć hołd jego mieszkańcom. Czymże ma być prawdziwa podróż, jeśli nie wyrazem szacunku dla ludzi i ich historii, adoracją miejsc i rzeczy?

Ksiądz wyciągnął książkę z półki.

– Wie pan, co to jest?

Przewróciłem kilka pożółkłych stron zapisanych pismem, którego nie rozumiałem.

– Księga Psalmów z XIII wieku. Etiopska, spisana w języku gyyz.

– Oryginał?

– Z całą pewnością.

– A skąd ksiądz to ma?

Ksiądz Kościelniak zbył milczeniem moje pytanie.

– Jeśli chce pan cokolwiek napisać, to musi pan wiedzieć, skąd się wszystko wzięło. Nie wystarczy cofnąć się dwadzieścia lat czy dwieście. Trzeba wrócić do samego początku.

Wziął kartkę i zaczął rysować pień, z którego odchodziły kolejne gałęzie. Przede mną wyrastał schemat podziałów świata wschodnich chrześcijan.

1. Szwecja

8 listopada 2014, Sztokholm

Dalrymple pojechał na południe, ja zaczynałem podróż po północnej stronie Bałtyku. Na początku listopada znalazłem się w wynajętym pokoju w dzielnicy Älvsjö w Sztokholmie. Za oknem widać było osiedle bloków mieszkalnych, zza ściany dochodziła głośna muzyka. Była sobota wieczór, zastanawiałem się, czy taki łomot będzie mi towarzyszył przez cały pobyt. Niepotrzebnie, od niedzieli rano nic nie było słychać. Niewiele też było widać. W pierwszych dwóch tygodniach listopada 2014 roku w Sztokholmie zanotowano dwie godziny słonecznej pogody. To był rekord, który zdawał się potwierdzać, że zmiany klimatu mogą doprowadzić nas wszystkich do szaleństwa, a może nawet zbiorowego samobójstwa. Metro, zwłaszcza piękne metro sztokholmskie, nie było najgorszym miejscem do przetrwania. W pokoju, zwłaszcza po zapaleniu świeczek i zaciągnięciu zasłon, czułem się jak w przytulnym grobowcu; na zewnątrz było jeszcze gorzej.

Moim gospodarzem w Älvsjö był Johan, jeden z trzech najwybitniejszych szwedzkich gitarzystów flamenco. Tak przy­najmniej twierdziła jego żona Kiana, rodowita Iranka. Kiana jest specjalistką od zakładania alarmów w sklepach.

– Trudno było wyjechać?

– Łatwo. Ludzie na Zachodzie myślą, że policja w Iranie wie wszystko o wszystkich i wszystkich kontroluje. To nieprawda. W Teheranie dostałam wizę brytyjską, pojechałam do Londynu, tam spotkałam Johana, pobraliśmy się w Iranie przed dwoma laty, przyjechaliśmy do Sztokholmu. Za parę miesięcy będę szwedzką obywatelką. Irański paszport też sobie zostawię. I nikomu nic do tego.

Pytam Kianę, czy jest muzułmanką.

– Nie bardzo. To znaczy teoretycznie jestem, ale nie wiem nawet, czy wierzę w Boga. Obrzydzili mi wiarę.

Kiana pokazuje zdjęcia ze ślubu i wesela: młode kobiety w bikini piją szampana w towarzystwie mężczyzn na brzegu prywatnego basenu.

– Rewelacyjne przyjęcie mieliśmy! Tak się wszyscy popili, że nie byli w stanie wrócić do domu – śmieje się Kiana. – Moja siostra musiała ich rozwozić. Zobacz, jaką mam piękną siostrę.

Pokazuje fotografię młodej dziewczyny w minispódniczce i bluzce z dużym dekoltem.

– Ona w takim stroju jeździ samochodem. Regularnie zatrzymuje ją policja i odprowadza na posterunek. A ta się z nimi kłóci, odmawia płacenia kar. Pokrzyczą trochę, pogrożą, a potem ją zwalniają.

Iran, alkohol, roznegliżowane kobiety i bezradność Strażników Rewolucji – poznawałem nieznane oblicze islamskiej codzienności. Intrygujące usłyszeć coś takiego w Sztokholmie od irańskiej specjalistki od zakładania alarmów, żony szwedzkiego gitarzysty flamenco. W następnych dniach miałem usłyszeć zgoła coś innego na temat islamu.

Nazajutrz rano rozpoczynałem podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan. Nie na Bliskim Wschodzie, ale właśnie tutaj, po drugiej stronie Bałtyku, w kraju niegdyś luterańskim, dziś uznawanym za ideał demokratycznego socjalizmu, gdzie zrządzeniem historii wylądowały tysiące orientalnych wyznawców Chrystusa. Opowiedzą mi o swoim życiu, o radościach i bólu, o tym, kogo kochają, a kogo nienawidzą. Taką przynajmniej miałem nadzieję, taki był plan. Mglisty i niepewny, bo prawdziwa podróż zawsze jest mglista i niepewna. Na koniec, kiedy z chaosu zaczną wyłaniać się kształty, a z natłoku słów historie o ludziach, można odkryć nieznaną cząstkę siebie.

9 listopada, Södertälje

W mokry niedzielny poranek dreptałem w miejscu na pętli autobusu linii 751. Wszystko pozamykane, a do odjazdu zostało jeszcze dwadzieścia pięć minut. Kawa z automatu na stacji? Nie, dziękuję. Na przystanku pusto, ruszyłem w stronę małej zatoczki, w której cumowało kilka łodzi. Parkiem przemknęła jakaś postać otulona w skafander. Podobno latem jest tu pięknie, bo tysiące kwiatów zdobią całe centrum. Bezskutecznie usiłowałem to sobie wyobrazić, powtarzając w myślach, że w Södertälje urodził się Björn Borg, więc jest to w pewnym sensie miasto historyczne. Może nawet warto je zwiedzić.

Znalazłem się w światowej stolicy Asyryjczyków. Na dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców Södertälje ponad połowa to obcokrajowcy, a trzydzieści tysięcy to chrześcijanie z Turcji, Iraku, Syrii. Osiedlają się w Szwecji od ponad czterdziestu lat, a kolejne fale imigracji zbiegają się z datami bliskowschodnich konfliktów i ludzkich tragedii. Wojny państw arabskich z Izraelem, grecko-turecki konflikt o Cypr, rzezie w Libanie, rewolucja w Iranie i konflikt iracko-irański w latach osiemdziesiątych, pierwsza wojna w Zatoce Perskiej w latach dziewięćdziesiątych, potem inwazja na Irak i obalenie Saddama Husajna na początku XXI wieku, wreszcie od 2011 roku wojna domowa w Syrii – to najnowsze akty wielkiej tragedii, exodusu chrześcijan z miejsc, w których ich przodkowie żyli od tysięcy lat. Wcześniej też nie było im łatwo, ale trwali. Teraz stanęli wobec widma ostatecznej katastrofy.

Wyjeżdżali w różne miejsca – do Stanów Zjednoczonych, Australii, Gruzji, Armenii, Niemiec i Rosji. Nigdzie jednak nie stworzyli tak silnej wspólnoty jak w Szwecji, a zwłaszcza w Södertälje. Tutaj mają własne kościoły, szkoły, przedsiębiorstwa, stacje telewizyjne i radiowe, organizacje społeczne i dwa porządne kluby piłkarskie, dziś drugoligowe, które kiedyś osiągały przyzwoite wyniki w szwedzkiej ekstraklasie.

Rząd szwedzki już pod koniec lat siedemdziesiątych postanowił przyjmować ze względów humanitarnych wszystkich uchodźców z Bliskiego Wschodu. W 2011 roku ta deklaracja została powtórzona w zupełnie innej sytuacji politycznej i społecznej. Gdy cała Europa, zwłaszcza kraje południa kontynentu, zamykała granice przed uchodźcami, władze w Sztokholmie gwarantowały status uchodźcy każdemu uciekinierowi z Syrii, który dotrze do Szwecji. Co więcej, w Szwecji każdy uchodźca może sobie wybrać miejsce osiedlenia, a lokalna władza musi mu zapewnić warunki do życia.

Nic dziwnego, że od początku wojny w Iraku w 2003 roku do Södertälje dotarło osiem tysięcy chrześcijan. Przyjeżdżają, bo właściwie każdy, kto tu trafia, ma kogoś, kto już tu jest: brata, siostrę, kuzyna, wujka, w najgorszym wypadku przyjaciół.

Wielu nowych imigrantów ląduje w miejscach, gdzie panuje dwudziestopięcio-, trzydziestoprocentowe bezrobocie i normą jest życie z zasiłków. Mieszkają z krewnymi przez kilka tygodni, czasem po trzy–cztery rodziny gnieżdżą się w trzypokojowym mieszkaniu. Średnio siedem lat zajmuje imigrantowi wejście na rynek pracy w Szwecji, wielu z nich nigdy się to nie udaje. Niektórzy nigdy nie nauczą się szwedzkiego, nie zdobędą pracy, nie wyjdą ze swojego środowiska. Każdy jednak dostaje status uchodźcy: po trzech, czterech miesiącach mają uregulowany pobyt. Zaczynasz uczyć się szwedzkiego, wchodzisz w system pomocy, dostajesz zasiłek. I masz nadzieję, że nie zawsze będzie tak jak teraz.

Po dwudziestu minutach autobus linii 751 dowiózł mnie na zadrzewione przedmieścia pod asyryjską katedrę Świętego Jakuba z Nisibis. Byłem umówiony z członkiem rady parafialnej Remonem Eskanderem.

Katedra to potężny budynek postawiony na sporej działce ogrodzonej płotem. Przed bramą kościoła snuło się kilku żebraków. Odganiał ich ubrany w garnitur, energiczny mężczyzna w średnim wieku.

– Dariusz?

– Tak, to ja.

Remon wprowadził mnie do kościoła, w którym trwało nabożeństwo. Kilkaset osób siedziało w ławkach, kobiety po lewej, mężczyźni po prawej, liturgia była śpiewana w języku nowo­aramejskim – niedokładnie takim, jakiego używał Chrystus, ale bardzo zbliżonym.

Czułem kadzidło, słyszałem anielski śpiew chóru i wyćwiczony głęboki głos kantora. Księża krzątali się przy ołtarzu w tym znanym z każdej świątyni rytualnym tańcu, którego sens wierni poznają w dzieciństwie i którego nigdy nie zapominają.

– Nasza tradycja ginie – mówił Remon – i w Szwecji nie przetrwa.

Remon wyemigrował w 1976 roku, podczas wojny Syrii z Izraelem. Brat poszedł na front, ślad po nim zaginął, a Remon miał być następny w kolejce do armii. Rodzice rozpaczali, ale ratunkiem okazała się siostra. Miała męża Szweda, wysłała zaproszenie. Remon dostał wizę i pozwolenie na pracę.

– Ja pewnie jeszcze pozostanę szwedzkim Asyryjczykiem, moje dzieci też. Ale ich dzieci, moje wnuki, będą zwykłymi Szwedami. Szwedzi też się zmieniają. Trzydzieści lat temu byli inni, dziś stają się wrodzy w stosunku do obcych. Właściwie im się nie dziwię. Widzą, jak marnieje to społeczeństwo, jak jest niszczone przez niektórych imigrantów, zwłaszcza muzułmanów.

Nastroje wrogie wobec imigrantów rosły w Szwecji od lat, apogeum nastąpiło w 2014 roku, kiedy Szwedzcy Demokraci, partia proponująca odsyłanie imigrantów do ich krajów, zdobyli w wyborach prawie trzynaście procent głosów. Pewnie dlatego, że żadne inne stronnictwo w Szwecji nie mówiło otwarcie o imigrantach. To był temat tabu. Polityczna poprawność wymagała, by o imigrantach mówić dobrze albo wcale.

Główne partie – zarówno lewicowa, jak i prawicowa – nie podejmowały tych tematów z obawy, że usłyszą zarzut rasizmu. Kiedy doszedł kryzys gospodarczy, który poważnie zubożył społeczeństwo, ludzie zaczęli szukać alternatywy i znaleźli ją u Szwedzkich Demokratów. Dwa tygodnie po mojej wizycie w Szwecji rząd upadł i kraj znalazł się w obliczu kolejnych wyborów, w których – wszyscy byli tego pewni – Szwedzcy Demokraci mieli zdobyć jeszcze większe poparcie[2].

Po nabożeństwie katedra szybko się wyludniła. Dorośli przeszli do sali obok na przyjęcie, dzieci ganiały po korytarzach budynku albo oblegały stragan z odpustowymi pamiątkami. Usiadłem w pustym kościele w towarzystwie Nady, jej siostry Nury i kilku osób, które się zgodziły opowiedzieć mi, w jaki sposób dotarły do Södertälje.

Prawie wszyscy przybyli dzięki przemytnikom ludzi. Niektórzy kiedyś mieli majątek, ale wyprzedali go, żeby zapłacić za przerzut do Szwecji. Niektórzy zadłużyli się, niektórzy pracują dla sieci przemytników przez rok czy dwa, żeby opłacić nielegalną podróż. Niektórym udaje się przylecieć samolotem do Turcji, zdobyć dobry europejski paszport, dzięki któremu przybywają do Szwecji. Inni płyną łodziami przez Morze Śródziemne. Niektórzy toną.

W Södertälje Asyryjczykom jest łatwiej, bo znajdą tu ludzi, którzy mówią ich językiem, znają ich kulturę, wyznają tę samą religię, wszyscy umieją przeżegnać się w ten sam sposób i zmówić pacierz po aramejsku. Ale pozostają obcy, zwłaszcza ci, którzy przyjeżdżają teraz.

Mój rozmówca nie chce się przedstawić, nazwijmy go Gabriel, bo to częste imię wśród asyryjskich chrześcijan. Pochodzi z Kamiszli, tak jak Nada. Wielu Asyryjczyków spotkanych przez mnie w Södertälje stamtąd pochodzi.

Historia Gabriela jest typowa. Najpierw samodzielnie przedostał się z Syrii do Libanu, stamtąd do Turcji, gdzie dołączył do grupy osób z rodzinnego miasta i dalej podróżował w ich towarzystwie.

Do Grecji przypłynął na małej drewnianej łodzi. Przemytnik obiecał, że do Grecji popłyną jachtem, ale do sześciometrowej łodzi musiało się zmieścić dwadzieścia dziewięć osób, wśród nich kobiety i dzieci. Płynęli od pierwszej w nocy do piątej rano. Po półtorej godziny rejsu złapała ich straż graniczna – już na wodach greckich. Zgodnie z przepisami straż powinna doholować ich łódź do brzegu, jednak greccy pogranicznicy nie zrobili tego. Gabriel wspomina, że gdy zostali zatrzymani, woda zaczęła się wlewać do łodzi, tak bardzo była przeciążona.

– Myśleliśmy, że nas uratują, ale straż przecięła przewód doprowadzający paliwo w łodzi. Potem wzięli nas na hol i przeciągnęli na tureckie wody terytorialne. Zostawili nas na morzu, a sami odpłynęli – mówi Gabriel. – Dzięki Bogu jeden z pasażerów miał przy sobie telefon komórkowy i akurat był zasięg. Dodzwonił się do jakiejś oenzetowskiej organizacji pomocowej. Potem okazało się, że ludzie z tej organizacji powiadomili straż graniczną i zagrozili aferą, więc ostatecznie strażnicy wrócili i nas uratowali.

Doholowali ich do jednej z greckich wysp. Gabriel pojechał do Aten, gdzie skontaktował się z kolejnym przemytnikiem, który załatwił mu fałszywy paszport – i tak przyleciał z Grecji do Sztokholmu.

Początkowo myślałem, że Gabriel zmyśla. Jak to możliwe, by straż graniczna europejskiego państwa psuła łodzie ludziom, którym grozi śmierć? Jednak takie relacje uchodźców cudem uratowanych po przeprawie przez Morze Śródziemne powtarzają się regularnie. Ocaleńcy mówią, że straże graniczne, czasem nawet jednostki wojskowe, przepływają obok uszkodzonych łodzi i nie reagują. Ich zadaniem nie jest bowiem ratowanie tonących, ale ochrona granic Europy, czyli niedopuszczanie do niej uchodźców[3].

Rosy jest w Szwecji od dwóch miesięcy. Przepłynęła z Turcji do Grecji dwuosobową motorówką. Przemytnicy wcisnęli na pokład osiem osób.

– Po piętnastu minutach dopłynęliśmy do jakiejś góry wystającej z morza, na której były tylko skały i pokrzywy. Przemytnik po prostu zostawił nas tam i uciekł. Tak bardzo się bałam, że o śmierci myślałam z ulgą. Próbowaliśmy obejść górę wzdłuż brzegu, ale to było zbyt ryzykowne, wzgórze było strome i mog­liśmy spaść do morza. Próbowaliśmy dzwonić do straży granicznej, ale nikt nie odbierał. Następnego dnia rano zobaczył nas sternik jakiejś łodzi przepływającej obok. I to on dodzwonił się do greckiej straży granicznej. Sam nie mógł nas uratować, bo wokół góry były skały i rozbiłby łódź, ale strażnicy mieli mniejsze łodzie, mogli dobić do brzegu tej góry.

Przewieźli nas na wyspę Kalymnos na posterunek policji, gdzie biegały takie ogromne szczury; strasznie się bałam. Nie było nawet łóżek, spaliśmy na krzesłach, nie dawali nam jedzenia. Wreszcie zjawił się ktoś z ONZ, zobaczył, w jakich warunkach mieszkamy, i przeniesiono nas do klasztoru. Tam było trochę lepiej, jedliśmy jeden posiłek dziennie. Jak mnisi – śmieje się moja rozmówczyni.

Przemytnik przewiózł Rosy na lotnisko, dał jej bilet do Sztokholmu i paszport na francuskie nazwisko. Udało się, dziś jest w Södertälje, czeka na papiery.

Ramen Gabrail pochodzi z miasta Hasaka na północy Syrii, tam studiował mechanikę. W Södertälje przebywa od piętnastu miesięcy, jego dwie siostry i ojciec zostali w Syrii. Przypłynął z Egiptu, tam skończył studia z tytułem inżyniera na Uniwersytecie Ajn Szams w Kairze. Zdecydował się na wyjazd, kiedy w 2013 roku zaczęła się druga rewolucja[4], czyli obalanie Muhammada Mursiego.

Przeprawa trwała sześć dni. Podróżował z kuzynem, w ich grupie było siedemdziesięciu Syryjczyków, głównie rodziny z Dary i Damaszku. W nocy z hotelu w Aleksandrii zabrał ich autobus, pojechali za miasto na plażę, ciemno, choć oko wykol, słychać było tylko fale i gdzieś w tym szumie głos: „Tutaj! Tutaj chodźcie!”.

Dostali szalupę na jakieś dziesięć osób, weszło dwadzieścia pięć. Wypłynęli w morze i po dwudziestu minutach przenieśli się na pokład trochę większej łodzi. Szalupa wróciła po resztę, a oni czekali. Wreszcie przemytnicy zwieźli grupami wszystkich uchodźców i ruszyli dalej. To było lato, ale w nocy było bardzo zimno, morze niespokojne, wielu ludzi zapadało na chorobę morską, wymiotowało.

Po pięciu godzinach dopłynęli do rybackiego kutra. Przemytnicy zapewniali, że czeka na nich statek pasażerski, tak im mówili, a to był zwykły kuter. Przeszli na jego pokład. Odczekali pół godziny i dobiła jeszcze jedna łódź z trzydziestoma pięcioma osobami. Razem zebrała się ponad setka Syryjczyków i dwóch Egipcjan – w kutrze, który mógł pomieścić najwyżej czterdzieści osób. Towarzyszyło im około dwudziestu przemytników, egipskich rybaków.

Najgorsze były pierwsze dwa dni. Siedzieli tak blisko siebie, że nie mogli nawet nóg rozprostować. Co godzina zmieniali pozycję, żeby chociaż trochę dać odpocząć ciału. Nie mieli żadnych koi, spali na podłodze, pili dwie szklanki wody dziennie, jedli jeden posiłek, kawałek egipskiego chleba, czasem ziemniaki, marchew, fasolę. Raz była zupa, raz był ryż, jeden talerz na siedem osób.

Piątego dnia podróży przemytnicy rozkazali części uchodźców przesiąść się do małej łodzi, którą wcześniej płynęli; przez cały czas była ona holowana za kutrem. – Za dziesięć godzin dotrzecie do wybrzeża Włoch – tak mówili.

Pierwsza grupa popłynęła. Większość przemytników też uciekła, zostało tylko trzech. Najstarszy miał dziewiętnaście lat, sternik siedemnaście, a ten trzeci nie więcej niż piętnaście. Sternik non stop palił jakieś zioła, pewnie bez wspomagania nie utrzymałby się na nogach.

Fale przybierały na sile. Woda wdzierała się na pokład, wszyscy byli doszczętnie przemoczeni, zapasy wody pitnej były na wyczerpaniu, niektórym usta krwawiły, dzieci darły się wniebogłosy, kobiety płakały. Na dodatek silnik odmówił posłuszeństwa, pewnie woda go zalała.

Po dwunastu–trzynastu godzinach zobaczyli nad kutrem samo­lot, a w oddali dwa duże kontenerowce. Najpierw sternik chciał podpłynąć do nich, ale silnik kutra nie działał, więc zatrzymali się, licząc na to, że któryś ze statków pomoże. Jeden oddalił się od razu, ale drugi podpłynął do kutra. Nawiązali kontakt. Uchodźcy poinformowali kapitana kontenerowca, że na pokładzie jest trzydzieści kobiet, dwadzieścioro pięcioro dzieci, wielu starców, jeden z pasażerów jest niepełnosprawny, ma problem z poruszaniem, inny ze starców też nie może iść o własnych siłach. Załoga kontenerowca zapewniła, że włoska służba graniczna zjawi się za godzinę.

Aby zablokować fale, które zalewały kuter z uchodźcami, kontenerowiec ustawił się blisko jego burty, ale wytworzył w ten sposób różnicę poziomów wody i kuter nieoczekiwanie wpadł w wir. Najpierw uderzył w kontenerowiec przodem, potem burtą, odwróciło go rufą tuż przy silniku większego statku i wyglądało na to, że za chwilę rozpadnie się z hukiem. Ludzie nie wiedzieli, co się dzieje, bo cały czas mieli nad głowami płachtę ochronną, nie widzieli nic nad sobą ani zbyt wiele z boku. Słychać było tylko jakieś uderzenia, gwałtowne pękanie drewna. Dzieci płakały, dorośli wydawali sobie nawzajem jakieś polecenia. Ramen krzyknął do sternika: „Harib, włącz ten cholerny silnik, dlaczego nie włączasz silnika?!”.

Harib włączył, silnik zaskoczył, wyszli z wiru, przetrwali.

Straż przypłynęła po sześciu godzinach. Dobre i to. Dochodziła czwarta rano. Zarzucili cumy do łodzi uchodźców i doholowali ich do Syrakuz na Sycylii. Była dziewiąta rano 10 sierpnia 2013 roku.

Słuchałem opowieści Ramena, zastanawiając się, jak takie doświadczenie zmienia człowieka. Siedział przede mną dwudziestoczteroletni mężczyzna, który przeszedł koszmar. I co? Nic.

Teraz marzy o studiowaniu lingwistyki, bo inżynieria przestała go interesować. Fascynują go języki, zwłaszcza starożytne. Chciałby poznać starą odmianę aramejskiego, język, którym jego przodkowie porozumiewali się w czasach Chrystusa i w którym spisano syriacką liturgię. Musi tylko jeszcze podszlifować szwedzki, ale to kwestia kilku miesięcy, najwyżej roku, i pójdzie na uniwersytet.

A może to proste, w gruncie rzeczy. Ludzie potrafią przeżyć najgorsze i odbić się od dna. Przecież gdyby tak nie było, większość z nas umierałaby w dzieciństwie albo w młodości, po pierwszych ciosach od życia. Dostosowujesz się i żyjesz z bliznami. One nigdy się do końca nie goją, ale żyjesz.

– Ciągle mam tę podróż przed oczami – mówił Ramen. – Pamiętam każdy szczegół, pamiętam smród ryb, od którego nie można było uciec, ludzie na kutrze przeszli tym zapachem, bo spaliśmy jeden na drugim, moja głowa na plecach obcego człowieka, jakieś nogi na moim brzuchu. W nocy było nieznośnie zimno, a w dzień panowała spiekota. Pamiętam, jak okropne było to żarcie. Ciągle paliliśmy, żeby nie jeść. Mój kuzyn miał papierosy, dużo papierosów, i nimi częstował. Normalnie nie palę, ale tam ciągle paliłem. Na całej łodzi była jedna maleńka toaleta, dosłownie klitka. Zaraz na początku się zapchała i śmierdziała okropnie. Więc załatwialiśmy potrzeby na przodzie statku albo na rufie. To było straszne, a teraz się z tego śmieję.

– A wtedy, tam?

– Nie bałem się tak bardzo. Czułem się jak w jakimś filmie katastroficznym, tylko że to nie był film, to się działo naprawdę. Strach przyszedł dopiero wtedy, gdy dotarliśmy do Włoch. Cholera, jak ja się tutaj znalazłem? Jak mi się udało? Co teraz mam robić? Czułem się kompletnie bezradny.

– Ile zapłaciłeś przemytnikowi? – spytałem.

– Siedem tysięcy euro. Trzynaście tysięcy za mnie i kuzyna. Większe rodziny płacą po pięć tysięcy na głowę.

– Co myślisz o tych przemytnikach?

– Różnie o nich myślę. Oszukali nas, nie mieli łodzi, które nam obiecali. Ale to są zwykli rybacy, biedni ludzie, którzy nagle zorientowali się, że pojawił się rynek na przerzut ludzi przez morze. Po prostu wykorzystują okazję, którą im zesłał los. Nie mogę powiedzieć, że to są przestępcy. To my robimy z nich przestępców. Oczywiście, że biorą za to pieniądze, ale oni też chcą żyć.

Ramen uciekł z obozu w Syrakuzach. Nie zarejestrował się, bo według przepisów europejskich każdy uchodźca, który w obozie poda nazwisko i złoży odciski palców, musi zostać w kraju, przez który przybył do Europy. On nie chciał żyć we Włoszech, wolał w Szwecji, bo tam była jego rodzina.

Z Syrakuz zadzwonił do wujka w Szwecji, ten przyleciał natychmiast na Sycylię, spotkali się w tej słynnej katedrze, którą odwiedza każdy turysta. Ramen nie pamięta jej nazwy, ale mówi, że mu się podobała.

Wujek przekazał Ramenowi i jego kuzynowi pieniądze, pobłogosławił ich na drogę i odjechał. Oni odpoczęli kilka dni w hotelu, pojedli w dobrych restauracjach. Potem poszli na stację kolejową i ruszyli: z Syrakuz do Neapolu, Rzymu, Mediolanu. Nie chcieli jechać przez Niemcy, bo tam jest ostra kontrola na granicach, a przecież nie mieli żadnych papierów. Dojechali do Genui, potem do Nicei. W Nicei spali w hotelu. Właściciel spytał: „Macie papiery?”. „Nie”. „OK, spoko”, odpowiedział. Był Arabem, chyba z Maroka.

W Paryżu zostali jeden dzień, spali na stacji, trochę zwiedzali, wjechali na wieżę Eiffla. Potem ruszyli pociągiem do Belgii i Niemiec. Dojechali do Essen, tam mieszkał kolejny kuzyn Ramena. Stację patrolowała policja, funkcjonariusze zaczęli się interesować dwoma turystami bez bagażu, ale Ramen z kuzynem uciekli. To był jedyny raz, kiedy mieli problem z policją. Po godzinie kluczenia po mieście dotarli wreszcie do domu kuzyna Ramena.

– Nie mogłem spać, pierwszy raz od początku tej podróży by­łem w bezpiecznym miejscu i nie wiedziałem, co mam ze sobą robić. Budziłem się, wszystko wokół wirowało. Po trzech dniach odpoczynku wsiedliśmy w autobus do Danii, stamtąd do Helsingborgu w Szwecji. Policja weszła do autobusu i wtedy wreszcie mogliśmy się przyznać, kim jesteśmy. Kazali nam jechać do Malmö, ale ja wsiadłem w pociąg do Sztokholmu i znalazłem się w Södertälje, a następnego dnia złożyłem podanie o status uchodźcy.

Pytam Ramena, czy czuje się chrześcijaninem. Czy wiara pomagała mu w przetrwaniu.

– Nie wierzę w modlitwy. Wszyscy się teraz modlą za chrześcijan na Bliskim Wschodzie i co z tego? Co nam dadzą modlitwy? My potrzebujemy broni i interwencji wojskowej w Syrii. Ludzie wysyłają nam pieniądze albo ubrania, ale my nie potrzebujemy ubrań. Co nam po ubraniach?

Niedziela w katedrze Świętego Jakuba nie chce się skończyć. Wieczorem w sali ośrodka społecznego sąsiadującego z kościołem odbywa się feta na cześć piłkarzy Assyriska FF. W ostatnim meczu, tego dnia przed południem, zdołali zremisować z drużyną Örgryte IS z Göteborga, co zapewniło im utrzymanie w szwedzkiej drugiej lidze. Z trudem, bo z trudem, ale kibicom to nie przeszkadza. Setka najgłośniejszych śpiewa i odpala petardy na parkingu przed katedrą. W sali miejscowy spiker w rytm głośnej muzyki przedstawia wyżelowanych graczy w eleganckich garniturach. Po szwedzku – to jedyny język, który rozumieją tu wszyscy.

10 listopada, Södertälje, Sztokholm

Rano wracam do siedziby ośrodka asyryjskiego obok katedry Świętego Jakuba. Na parkingu nie ma śladu po fajerwerkach, kilka osób kończy sprzątanie sali imprezowej.

Przyjechałem spotkać się z Aframem Yakoubem. Urzęduje nieopodal, w siedzibie Federacji Asyryjczyków w Szwecji, której przewodniczy.

– Chrześcijanie są pacyfistami i to jest nasze nieszczęście. Bóg uczy nas miłości, a nie nienawiści. Chrześcijanin nie może zabić kogoś bez powodu, a muzułmanin tak zrobi, tylko dlatego, że ten ktoś wyznaje inną wiarę. W tysiąc dziewięćset piętnastym roku woleliśmy umierać niż się bronić. Więc Turcy i Kurdowie wymordowali trzysta tysięcy Asyryjczyków, nie licząc Ormian i Greków. To była nasza tragedia, Sejfo. Straciliśmy połowę narodu, tożsamość, język, tradycję, historię. Bo nie umieliśmy się bić. A muzułmanie mają przemoc we krwi, przemoc i posłuszeństwo wobec władzy. My wszystko kwestionujemy, dla nas biskup jest zwykłą osobą, która może mieć rację albo się mylić. Oni traktują swoich imamów jak wyrocznie.

– Ale przecież są różni muzułmanie – wtrącam.

W Södertälje nie ma muzułmanów, nie ma nawet meczetu. Cokolwiek złego powie Afram o islamie, nie dotyczy to tego miasta.

– Zachód chce wierzyć, że między fundamentalistami są jakieś zasadnicze różnice, więc w to wierzy, ale Państwo Islamskie, Bractwo Muzułmańskie, Wolna Armia Syryjska, Al-Kaida, An-Nusra, ugrupowania opozycyjne wobec Asada to jedno i to samo. Wszyscy chcą powołania kalifatu, sunnickiego państwa rządzonego przez muzułmanów, w którym nie ma miejsca dla chrześcijan ani żadnych innych mniejszości na Bliskim Wschodzie. Nie będzie chrześcijan, nie będzie Jazydów, nie będzie Asyryjczyków ani Ormian. Zostaną tylko muzułmanie.

– I Żydzi – wtrąciłem – Żydów nie wyrzucą tak łatwo.

– Izrael istnieje tylko z jednego powodu: bo ma armię. Gdyby Izrael nie miał najlepszej armii na Bliskim Wschodzie, w ciągu dwóch tygodni wszyscy Żydzi zostaliby wygnani. Nie zostałby ani jeden.

Wątek Żydów będzie wracać w tej opowieści wielokrotnie. I to nie jako starszych braci w wierze, ale jako współwinnych tragedii Asyryjczyków. Żydzi, Kurdowie, Turcy i Arabowie. Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy. Wszyscy będą obwiniani.

W gabinecie Aframa zauważam na ścianie portret wojskowego. Agha Petrus z tureckiego Baz był asyryjskim dowódcą podczas I wojny światowej, wsławił się wieloma zwycięstwami nad siłami osmańskimi. Wierzył, że Brytyjczycy pomogą Asyryjczykom stworzyć własne państwo, a przynajmniej zagwarantują im bezpiecznie życie na terenach, na których mieszkali od tysięcy lat.

– Zdradzili go, a teraz Zachód zdradza nas – mówi Afram, wskazując portret.

Pytam, jak ocenia politykę Szwecji wobec uchodźców.

– Jestem wdzięczny Szwecji za gościnność i wszystko, co robi dla Asyryjczyków, ale to jest błędna polityka. Szwecja przyjmuje każdego, kto tu dotrze, ale nie daje Asyryjczykom legalnych możliwości dotarcia, więc uchodźcy dostają się w ręce przemytników, którzy są częścią wielomiliardowego biznesu. Poza tym wszyscy się tu nie zmieszczą. Nie można bezmyślnie zachęcać ludzi, by tu masowo przyjeżdżali. Po co? Po to, by Szwedzi ich znienawidzili? My mówimy raczej: „Pomóżcie nam zostać tam, gdzie jest nasza ziemia”. Asyryjczycy chcą zostać na Bliskim Wschodzie, nie chcą wyjeżdżać. Co zostanie z naszej kultury, jeśli wszyscy wyjadą?

Afram opowiada mi swoją historię. Jego rodzina przyjechała do Szwecji w 1989 roku.

– Wszyscy wówczas myśleliśmy, że to na chwilę. Imigranci zawsze tak myślą. A potem dzieci idą do szkoły, uczą się języka, wspomnienia kraju się zacierają. Staje się obcy, daleki. Przyzwyczajasz się do bycia Szwedem, nawet jeśli myślisz, że twój prawdziwy dom jest gdzie indziej. Ja też stałem się Szwedem. Kiedy spotykam rodaków, którzy teraz przyjeżdżają do Södertälje, widzę, jak różni są ode mnie. Zmieniłem się.

Widad znaczy po arabsku miłość. Dwudziestosiedmioletnia dziewczyna o tym imieniu mieszka z rodzicami i bratem w kilkupokojowym mieszkaniu w blokowisku w dzielnicy Skärholmen. Mama częstuje mnie ciastkami, donosi herbatę, brat szuka zdjęć rodzinnych i obrazków z Hasaki, skąd pochodzą.

Do Grecji dotarli bez specjalnych kłopotów, po prostu wsiedli na jacht i przepłynęli Morze Śródziemne. Dojechali do Aten, tam Widad miała kupić fałszywy paszport i polecieć do Sztokholmu.

– Pewien mężczyzna odwiedził nas dzień przed planowanym lotem i powiedział, żebym zmieniła kolor włosów. Byłam wtedy blondynką, kazał mi się przefarbować na brunetkę. Mówił, że w paszporcie jest fotografia kobiety z czarnymi włosami i tak muszę wyglądać. No to się przefarbowałam.

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko. Rodzice poszli w jedną stronę, ja miałam podróżować z dziewczyną, której nigdy wcześniej nie widziałam. Wręczyła mi paszport, otworzyłam go i zobaczyłam zdjęcie osoby, która nawet trochę mnie przypominała.

Do końca nie byłam pewna, czy powinnam próbować, ale w takich sytuacjach jakaś siła tobą kieruje, nie myślisz, nie możesz się zatrzymać.

Grecki strażnik otworzył paszport i wybuchnął śmiechem: „Chyba żartujesz, to nie jesteś ty!”.

Zabrali osoby z fałszywymi paszportami na posterunek straży granicznej na lotnisku, młody funkcjonariusz siedział w przy biurku, za nim rozwieszona grecka flaga, a ten tylko pyta: „Skąd jesteś?”.

Syria, Syria, Syria, Syria, Afganistan, Syria, Syria… Każdemu mówił: „Do domu! Wracaj do domu”. Doszedł do mnie i to samo: „Idź do domu”. To było najgorsze uczucie w życiu, nigdy nie myślałam, że dam się tak poniżyć.

Za drugim razem się udało. Widad wylądowała w Sztokholmie 11 marca 2013 roku, rodzice dwa dni wcześniej. Rodzice zapłacili po cztery i pół tysiąca euro, za Widad i jej brata po pięć tysięcy.

Mieli szczęście. Tysiące uciekinierów z Syrii i Iraku tkwią w miastach greckich albo włoskich, nie mogąc znaleźć uczciwego przemytnika, który potrafi załatwić im wiarygodny paszport. Pieniądze szybko się kończą, bo przecież trzeba zapłacić za utrzymanie, a nie chcą rejestrować się w Grecji czy we Włoszech, licząc na przerzut do Szwecji, więc wegetują miesiącami.

Ojciec Widad przez trzydzieści lat kierował kancelarią prawną w Hasace. Pytam, czy uważa ludzi, którzy przerzucają uchodźców do Europy, za przestępców.

– Nie, to nie są źli ludzie. Nikomu na świecie na nas nie zależy, nikt się nami nie przejmuje. Nikt poza nimi. Oni rzeczywiście pomagają ludziom. Łamią prawo? A niby jaki ja mam pożytek z prawa jako uchodźca, osoba ścigana i nigdzie niechciana? Prawo mi nie pomaga, prawo niszczy moje życie. Za to oni mi pomagają i mówię to panu jako wieloletni prawnik. Owszem, niektórzy z nich to podejrzane typy, ale ich praca na coś się Asyryjczykom przydaje.

Spotykam tu wielu uchodźców, którzy osądzają przemytników inaczej niż my w Europie. Może dlatego, że przemytnik i uchodźca są złączeni wspólnym celem. Obaj chcą dotrzeć na miejsce. Jeden szuka wyzwolenia, drugi pieniędzy, obaj przechodzą na drugą stronę prawa, a tam normy stają się bardziej elastyczne: życie je koryguje.

W 2014 roku w Morzu Śródziemnym utonęło ponad trzy i pół tysiąca ludzi. Do połowy roku 2015 – prawie dwa tysiące. To o nich głównie słyszeliśmy w dziennikach, o nich czytaliśmy w Europie. Jednak w 2014 roku prawie dwustu tysiącom udało się sforsować fortecę Europa, rok później było ich już prawie siedemset tysięcy. I to ich sukces mają przed oczami desperaci, którzy decydują się zapłacić fortunę przemytnikowi i ryzykują życie, aby dotrzeć na drugą stronę Morza Śródziemnego.

Widad uruchamia komputer podłączony do telewizora; będziemy oglądać zdjęcia rodzinne. Jedna z jej sióstr wyszła za mąż za libańskiego Maronitę, druga za katolickiego Ormianina. Oglądamy wzruszające sceny z obu ślubów i przyjęć weselnych. Piękne suknie ślubne, uśmiechnięte twarze, bogate wnętrza kościołów, słońce, stoły z orientalnym jedzeniem.

– Taki jest nasz świat – wzdycha Widad. – Kiedy tu przyjechałam, była zima, myślałam, że wylądowałam w śnieżnym więzieniu. Nie chciałam jechać do Szwecji, chciałam emigrować, ale nie tutaj. Nic nie wiedziałam o tym kraju. Ciągle mam sprzeczne uczucia, ale z każdym dniem ten obraz staje się jaśniejszy. Ostatnio dostałam wynik egzaminów językowych. Zdałam i mogę zacząć normalne studia.

Widad, podobnie jak wielu moich rozmówców w Szwecji, pochodzi z bogatej rodziny. Gdyby została w Syrii, prawdopodobnie skończyłaby studia prawnicze, ojciec zapewniłby jej pracę w swojej kancelarii. W jej życiu nie byłoby żadnych niespodzianek, bo to stabilna rodzina. Pytam, czy żałuje, że tak się nie stanie.

– Oczywiście, że tęsknię za moim luksusowym życiem w Syrii. W Szwecji na wszystko trzeba zapracować. Chcesz jechać na wakacje, zapracuj na nie, chcesz jeść, pracuj. Nie jestem naiwna, nigdy nie zostanę w pełni Szwedką i nawet tego nie chcę, ale dzień po dniu przekonuję się, że to jest miejsce, w którym mogłabym zacząć nowe życie. Zacząć bez bólu. W moim kraju ludzie się teraz zabijają z powodu tego, że należą do innych plemion. A ja chciałabym być częścią świata, w którym panuje piękno. I tutaj mogę to czuć, tutaj chyba mogłabym być szczęśliwa. Chcę zostać w Szwecji, chcę powiedzieć „dziękuję” krajowi, który nas przyjął.

Pytam Widad, czy nie obawia się, że wszyscy chrześcijanie wyjadą z Bliskiego Wschodu?

– Myślę, że tak będzie lepiej. Przecież musimy ratować życie. Lepiej uciekać niż zginąć. Miałam wielu przyjaciół muzułmanów i wiesz, co się okazało po wybuchu wojny? Że to nie ja mam problem z islamem, ale islam ma problem ze mną. Ja ich akceptuję, ale oni nie akceptują mnie. I to sprawia mi ogromny ból. Przed wojną żyliśmy w przekonaniu, że wszyscy stanowimy wspaniałą wspólnotę, że religia nie ma znaczenia, że jesteśmy razem. Ale to było wielkie kłamstwo. Nie wierz, jak ktoś ci mówi, że kiedyś w Syrii wszyscy żyli w zgodzie i nikt nie zwracał uwagi, skąd pochodzi sąsiad. To nieprawda.

11 listopada, Södertälje

– Nie nazywaj Asyryjczyków chrześcijanami, bo dla niektórych to będzie obraźliwe. Uznają cię za element światowego spisku, którego celem jest ich zniewolenie. Powiedzą, że chcesz ich wcisnąć w ramy religii, a odmawiasz uznania tożsamości narodowej.

– To jak mam mówić?

– Asyryjczycy. My jesteśmy Asyryjczykami, zwracaj na to uwagę, zwłaszcza jak będziesz w Iraku.

Wyjazd do Iraku czekał mnie później. Na razie znajdowałem się w centrum Södertälje, w biurze organizacji Demand for Action, założonej i prowadzonej przez jedną z barwnych postaci tego miasta. Nuri Kino jest filmowcem, działaczem społecznym, dziennikarzem, laureatem prestiżowych nagród. Napisał wiele tekstów, które wstrząsnęły Szwecją: o zbrodniarzach wojennych otrzymujących azyl w tym kraju, terrorystach wykorzystujących system pomocy społecznej, szpiegach Saddama, korupcji w Unii Europejskiej.

Od 2011 roku głównym zajęciem Nuriego stało się nagłaśnianie w Szwecji i na świecie losu asyryjskich uchodźców. Służy temu Demand for Action.

Jest jednym z nich. Urodził się w Tur Abdin – regionie południowej Turcji, gdzie znajdowała się największa na świecie liczba kościołów i klasztorów (dziś większość z nich jest zburzona albo nieczynna). Przybył do Södertälje z rodzicami, mając siedem lat, w 1974 roku. Mówi, że tego samego dnia, którego tu przyjechali, wybuchła wojna grecko-turecka o Cypr. Każdy chrześcijanin w Turcji został uznany za wroga. Po raz kolejny. Zaczęły się nowe prześladowania, aresztowania, bicie, zastraszanie ludzi. Dla pokolenia rodziców Nuriego to był kolejny koszmar, wspomnienie Sejfo. Tym razem obyło się bez masowych rzezi, jednak i tak już nieliczni chrześcijanie musieli uciekać z Turcji.

– Kiedy przybyliśmy do Szwecji, dziadek powiedział mamie: „Nie wolno ci stąd wyjeżdżać, nie wolno ci wracać do Midyat”. Dwa dni po przybyciu do Szwecji zacząłem pracować. Ja, mama, wujek, siostra sprzątaliśmy w klubie nocnym. Kończyliśmy o czwartej rano, a zaraz potem zaczynaliśmy roznosić gazety. Oprócz tego się uczyłem. Potem pracowałem w szpitalu, prowadziłem restaurację, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym dostałem nawet nagrodę dla najlepszego lokalu w Sztokholmie. Rok później miałem wypadek samochodowy. Nie bardzo wiedziałem, co dalej ze sobą zrobić, poszedłem do pośredniaka i tam pewna pani zasugerowała, żebym złożył papiery do szkoły dziennikarskiej, skoro wcześniej dużo pisałem. Potem poszło gładko, już na studiach moje teksty ukazywały się drukiem. To było nawet zabawne: miałem władzę, mogłem wpływać na ludzi.

Podczas naszej rozmowy do biura wszedł młody człowiek z obrazem pod pachą.

– Wspaniały! Cudowny! – wykrzyknął podekscytowany Nuri. – Wiesz, co to jest?

Na obrazie widać było tłum ludzi zgromadzony pod flagami. Innymi niż ta, którą wytatuował sobie na ramieniu piekarz Tony z kolejki do Södertälje.

– Wiem. To jest flaga asyryjska.

To już druga flaga asyryjska, inna od tej, którą widziałem poprzedniego dnia. Tu nie ma pochodni, tylko złoty dysk w centrum flagi, symbolizujący słońce – źródło światła i życia. Otaczająca dysk czteroramienna gwiazda to ziemia, a jej jasnoniebieski kolor oznacza pokój. Trzy złote wstęgi łączące dysk z rogami flagi to rzeki stale obecne w asyryjskiej mitologii: Tygrys, Eufrat i Wielki Zab. Ciemnoniebieski Eufrat symbolizuje obfitość, krwistoczerwony Tygrys godność, odwagę i dumę, a biały Wielki Zab – pokój, czyli odwieczne marzenie Asyryjczyków. Niektórzy interpretują trzy kolorowe wstęgi jako szlaki, którymi rozrzucony po świecie lud asyryjski wróci do swojej ojczyzny. Nad gwiazdą unosi się przedchrześcijański bóg Aszur, znany w Mezopotamii od pięciu tysiącleci.

Dwie flagi tego samego ludu w jednym mieście. To nie był przypadek. Asyryjczycy w Södertälje są podzieleni. Nuri zamierzał mi wyjaśnić, o co w tym podziale chodzi.

– W niedzielę byłeś u Świętego Jakuba. To jest katedra Syriackiego Kościóła Ortodoksyjnego – tłumaczył Nuri. –Kilka kilometrów dalej w Södertälje stoi kościół Świętego Efrema, również syriacki. Ale Święty Efrem rywalizuje ze Świętym Jakubem, podobnie zresztą jak kibice Syrianska FC rywalizują z kibicami Assyriska FF.

Wiedziałem, że zawiłości dogmatyczne sięgające korzeniami IV wieku i pierwszych soborów Kościoła mnie dopadną, ale nie myślałem, że stanie się to już w Södertälje. Czy to znaczy, że kibice piłkarscy w Södertälje kłócą się o naturę Jezusa Chrystusa i o to, czy jego Matka była Bogurodzicą, czy też Matką Chrystusa?

– Nie o naturę Chrystusa, uznajemy te same dogmaty. Chodzi o to, kim jesteśmy i jak mamy się nazywać – kontynuował Nuri. – Czy mamy się nazywać Asyryjczykami, czy Aramejczykami[5]. Czyli co jest ważniejsze: etniczność, tożsamość narodowa, czy chrześcijaństwo, tożsamość religijna. Księża, a za nimi wierni od Świętego Efrema, dają prymat religii, ci od Świętego Jakuba są asyryjskimi nacjonalistami, dla których religia jest tylko częścią narodowej tożsamości. Uważają, że Syriacy, Aramejczycy, Chaldejczycy[6], Asyryjczycy stanowią jeden naród. A ci, których nazywa się Aramejczykami, mówią, że tylko oni są narodem, a Syriacki Kościół Ortodoksyjny jest naszym jedynym kościołem i innego nie ma. Chaldejczycy, Jazydzi, nawet nacjonaliści asyryjscy są obcy i do nas nie należą.

– Czy jeśli powiem, że u Świętego Efrema większość myśli na sposób aramejski i daje pierwszeństwo tożsamości religijnej, a u Świętego Jakuba większość myśli na sposób asyryjski, to będzie to prawda? – pytam Nuriego.

– Prawda, ale tylko częściowa, bo znajdziesz w rodzinie dwie siostry, z których jedna nazwie się Aramejką i chodzi do Świętego Efrema, a druga Asyryjką i chodzi do Świętego Jakuba. W obu kościołach będą kibice Assyriski i Syrianski. Moi kuzyni chodzą do Jakuba, ostoi asyryjskości, a jednocześnie kibicują aramejskiej Syriansce.

Kiedyś tłumaczyłem pewnemu Anglikowi historię podziałów politycznych w Polsce po 1989 roku i do dziś pamiętam jego wyraz twarzy. Musiałem teraz wyglądać podobnie, ale Nuri cierpliwe wprowadzał mnie w zakamarki współczesnej historii Asyryjczyków. Zaczyna się od ludobójstwa 1915 roku. W wyniku rzezi dokonanych przez Turków i Kurdów przestali istnieć jako wspólnota narodowa. Jednak z czasem młodzi Asyryjczycy zaczęli odkrywać swoje korzenie, powstała Asyryjska Organizacja Demokratyczna w Turcji i Syrii, Asyryjski Ruch Demokratyczny w Iraku, potem inne organizacje. I rozpoczęła się walka o utrzymanie asyryjskiej tożsamości.

Nuri wspominał, że jego matka nauczyła się aramejskiego w klasztorze.

– Lekcje wyglądały tak, że jedni się uczyli, a inni stali na dachu kościoła na czatach i ostrzegali przed zbliżającą się policją turec­ką. Nauka aramejskiego była zakazana we wszystkich trzech krajach: Turcji, Iraku i Syrii. Nie uznawały one narodu asyryjskiego.

Syriacki Kościół Ortodoksyjny miał dylemat. Z jednej strony ruch narodowy był częścią tradycji opartej na fundamencie religijnym, ale jednak umniejszał rolę chrześcijaństwa, podkreślając poczucie przynależności narodowej. Do połowy XX wieku Kościół był przywódcą nie tylko religijnym, ale także politycznym i kulturowym, strzegł wszystkiego, co asyryjskie. Nagle pojawił się rywal, który mówił duchownym: owszem, jesteście naszymi liderami religijnymi, ale tylko tyle. I tak zaczął się podział na Aramejczyków, tych bardziej skupionych na religii, i nacjonalistów Asyryjczyków.

Nuri regularnie jeździ do południowej Turcji i Libanu. Pytam, czy tam istnieje podobne napięcie religijno-narodowe.

– Oni nie rozumieją, co się tutaj dzieje. Kibice dwóch asyryjskich drużyn biją się między sobą w trakcie meczów? Wierni tego samego Kościoła domagają się mianowania konkurencyjnych biskupów? I to w czasach, gdy wszystkim nam grozi eksterminacja albo wysiedlenie z ojczyzn? Dla nich to absurd.

12 listopada, Södertälje, Sztokholm

Trzydziestojednoletnia Idsala Adbulahad jest programistką komputerową, studiowała w Aleppo. Jej dwudziestoczteroletni brat Nipur studiował ekonomię w tym samym mieście. Oboje pochodzą z Kamiszli, oboje przyjechali z pozwoleniem na pracę, które załatwił im wujek już wcześniej mieszkający w Szwecji. Nipur od trzech lat pracuje jako kucharz i uczy się szwedzkiego, Idsala dołączyła dwa lata później, aby być z bratem i mamą. W Kamiszli został jej mąż.

Idsala należy do niemałej grupy Asyryjczyków, którzy po otrzymaniu papierów regularnie wracają do Syrii i krążą między ojczyzną a Szwecją. Po pięciu miesiącach pobytu w Södertälje wróciła do Kamiszli, potem znowu przyjechała do Szwecji i już myśli o tym, by ponownie wyjechać do ojczyzny.

Spytałem, dlaczego wraca do kraju, w którym nie może żyć.

– Bo tam zostawiłam serce. Nie mogę opuścić tych ludzi, oni teraz potrzebują każdego, kto ich wesprze, kto ich przekona, że jest nadzieja dla Syrii. Poza tym mój mąż nie chce opuścić Kamiszli. Uważa, że trzeba zostać.

– Czy masz szwedzkich przyjaciół?

– Mam tych samych znajomych co w Syrii, część z nich tu przyjechała. Dziwne, ale tutaj nie znaczą dla mnie tyle, ile w Syrii.

– Dlaczego? Z czego wynika różnica?

– Nie wiem. Może zimny kraj sprawia, że ludzie są zimni – mówi ze śmiechem.

– Czy religia jest dla was ważna?

Nipur:

– Nie chodzę do kościoła, ale wierzę w Boga i Jezusa. Dla mnie chrześcijaństwo i asyryjskość to równie ważne składniki mojej tożsamości. Chrześcijaństwo zaczęło się u nas dwa tysiące lat temu, ono nas określa, jest częścią naszej tożsamości.

Idsala:

– Chodzę do kościoła, aby utrzymać tradycję, ale nie wiem, czy wierzę w Boga, nie jestem pewna. Słowo „chrześcijanka” nie do końca mnie opisuje. Jestem Asyryjką i to dla mnie znaczy więcej niż bycie chrześcijanką.

– Co to znaczy być Asyryjką?

– Wiele. To my nadaliśmy nazwę państwu Syria. To my wymyśliliśmy nazwy miast w Syrii, one wszystkie pochodzą z języka aramejskiego. To my zbudowaliśmy wieżę Babel i wiszące ogrody w Iraku, pochodzimy z Sumeru, to my stworzyliśmy wielką cywilizację, mamy w historii wielkich wynalazców, wielkich lekarzy, wielkich matematyków, wielkich muzyków! Odcisnęliśmy nasze piętno na dziejach świata! Możemy być z siebie dumni!

Idsala mówi podniesionym głosem, w jej oczach pojawiają się łzy.

– Każdy Asyryjczyk w Szwecji powinien być z tego dumny. A nie wszyscy są i to mnie czasem boli. Tutejsi Asyryjczycy nie mają godności, nie wierzą w siebie. Są zagubieni.

Nipur:

– Ci, którzy przyjechali przed laty, stracili kontakt z ojczyzną i rodakami. Nie wiedzą, kim są. My, którzy przyjechaliśmy niedawno, wiemy lepiej niż oni, kim jesteśmy.

– Ci, którzy są tu dłużej, uważają się za lepszych od nas – włącza się do rozmowy moja tłumaczka Nada. – Uważają, że my przyjeżdżamy na gotowe. Oni musieli czekać na rezydenturę kilka lat, my dostajemy ją po czterech–pięciu miesiącach. Oni nas nienawidzą.

– To jest jak choroba jakaś – mówi Idsala. – To mnie szokuje. Ludzie z jednego narodu, kilka tysięcy kilometrów od ojczyzny, a tak siebie nienawidzą. Mamy ten sam język, tę samą wiarę, pochodzimy z tych samych stron i kłócimy się bez sensu o jakieś abstrakcyjne sprawy. O to, kto ma być biskupem, jak mamy się nazywać, który kościół jest ważniejszy. Święty Jakub, Święty Efrem, co to za różnica?

Pytam, kto zasiał te konflikty wśród Asyryjczyków w Södertälje.

– Nie wiem, ale to chyba wina Żydów – mówi Idsala.

Pierwszy raz podczas tej podróży spotykam miłych, wykształconych, otwartych na innych ludzi, którzy wierzą, że za ich nieszczęściami stoi spisek żydowski. Pierwszy raz i nie ostatni.

– Żydzi nienawidzą Asyryjczyków za naszego króla Nabuchodonozora, który wygnał ich z Izraela do Babilonu. Za to, że byli naszymi niewolnikami, to ciągle tkwi w ich pamięci. Podobno pięćdziesiąt lat temu, kiedy pierwsi Asyryjczycy przybyli do Szwecji, mieli tylko jedną tożsamość. Wszyscy byli Asyryjczykami. Ale potem, nie wiem dokładnie kiedy, pojawiła się pewna kobieta, nie pamiętam jej imienia. Podobno była właśnie Żydówką. Weszła podstępem do naszej społeczności i zaczęła mącić. Nie, mówiła, nie jesteście jednością. Są wśród was Aramejczycy i Asyryjczycy. I od tego się zaczęło.

Nipur:

– Zgadzam się z Idsalą. To może być sprawka Żydów. Ale może też z nudów się kłócimy. Ludzie nie mają co robić, zapominają o swoim kraju, pochodzeniu, wspólnocie, w której wyrośli. Nienawiść zapewnia im cel w życiu.

Przez moment się gubię i nie wiem, czy Nipur mówi o Asyryjczykach, o Aramejczykach, o Żydach, czy jeszcze o kimś innym.

Po południu jadę metrem do dzielnicy Bredäng. W tamtejszym kościele luterańskim mieści się osiedlowy ośrodek społeczny, w którym spotykają się mieszkańcy, w tym iraccy Chaldejczycy, których sporo mieszka w dzielnicy.

Oprócz kaplicy jest tu kawiarnia, obok sala wystaw i siłownia, w której spotykam dwie starsze kobiety. Jedna pedałuje na rowerku stacjonarnym, druga gimnastykuje się na materacu. Ta pierwsza ma krzyż wytatuowany po wewnętrznej stronie nadgarstka.

Jonathan, pracownik socjalny z RPA, oprowadza mnie po ośrodku. Przyjechał do Szwecji w 1987 roku jako młody aktywista Afrykańskiego Kongresu Narodowego na obóz instruktażowy. Spotkał Szwedkę, zakochali się, przez jakiś czas utrzymywali związek korespondencyjny, a potem pobrali się w 1992 roku. W 1994, tuż przed upadkiem apartheidu w RPA, ona wróciła do Szwecji, po wyborach Jonathan dołączył do żony. I został.

Rozmawiamy o imigrantach w Szwecji. Jonathan irytuje się, kiedy przytaczam opinie, według których stanowią zagrożenie dla praworządnych Szwedów.

– Tak mówią ludzie, którzy nigdy nie mieli kontaktu z żywymi imigrantami. Skoro tak wiele jest dzielnic w Sztokholmie, do których boją się zajrzeć, to skąd wiedzą, jak się w nich żyje? Bredäng też jest trudną dzielnicą. Ale ludzie szukają tutaj tego samego co inni, normalnego życia. Przemoc i przestępczość pojawiają się wtedy, kiedy zaczynamy ich traktować jak obcych.

Dołącza do nas pani w średnim wieku o imieniu Barbara, Angielka, matka podobno znanej aktorki Jenny Hutton. Pokazuje mi zdjęcia swojej niewątpliwie pięknej córki i ciągle o niej mówi. Jenny grała główną rolę gwiazdy porno w filmie Pleasure pokazywanym w Cannes w 2014 roku.

– Może ją pan sobie wyguglować – mówi Barbara. – Piękne zdjęcia Jenny są w sieci. Ciągle musi odpowiadać na pytania, jak przygotowywała się do tej roli, jak poznawała specyfikę pracy gwiazdorów porno.

– Wyobrażam sobie, że to musi być udręka – mówię ze zrozumieniem.

Jest jeszcze wśród nas Natasza, Ukrainka z Doniecka, która nic nie mówi, i Stephanos Yokhana, który mówi cały czas. Stephanos jest kościelnym w Bredäng.

Przedtem jeździł jako taksówkarz w Bagdadzie. Przez dziewięć lat służył w armii irackiej, brał udział w wojnie Iraku z Iranem. Po jej zakończeniu udało mu się wyemigrować do Szwecji.

– Nigdy nie miałem problemu z muzułmanami ani z Saddamem. Kiedy Saddam podejmował decyzje w kraju, było lepiej, prościej. Każdy się podporządkowywał, nikt nie narzekał. Potem przyszli Amerykanie i chcieli zaprowadzić demokrację. Pojawiły się różne partie, wszyscy zaczęli się kłócić ze wszystkimi. Człowiek nie wiedział, kto ma rację, i zaczęły się problemy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] W lipcu 1974 roku w wyniku działań władz greckich doszło na Cyprze do próby zamachu stanu, którego celem było przyłączenie wyspy do Grecji. W odpowiedzi Turcja dokonała inwazji, której następstwem było proklamowanie Tureckiej Republiki Cypru Północnego, uznawanej jedynie przez Turcję, i podział wyspy na część grecką i turecką. W trakcie wojny zarówno Grecy, jak i Turcy dokonywali okrutnych aktów przemocy wobec ludności cywilnej. W samej Turcji konfliktowi towarzyszyły silne przejawy wrogości wobec Greków i innych mniejszości.

[2] Ostatecznie pod koniec grudnia 2014 roku premier Stefan Löfven zawarł porozumienie z umiarkowanymi partiami opozycyjnymi, co pozwoliło uniknąć przyspieszonych wyborów.

[3] W połowie 2015 roku po kolejnej serii utonięć uchodźców w Morzu Śródziemnym Unia Europejska zmodyfikowała zasady kontroli morskich granic. Europejskie okręty wojskowe dostały między innymi zgodę na niszczenie łodzi należących do przemytników, którzy organizują przerzuty do Europy. Do września granicę Unii przekroczyło prawie pięćset tysięcy uchodźców z różnych krajów Azji i Afryki.

[4] Pierwszą była „arabska wiosna” z 2011 roku, po której odsunięto od władzy Husniego Mubaraka. W czerwcu 2012 roku przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego Muhammad Mursi wygrał wybory prezydenckie. Rok później, po masowych protestach ulicznych, armia odsunęła go jednak od władzy, a następnie aresztowała. W maju 2015 roku Mursi został skazany na karę śmierci.

[5] Podział na „Asyryjczyków” i „Aramejczyków” stosuję za Martą Woźniak: Współcześni Asyryjczycy i Aramejczycy. Bliskowschodni chrześcijanie w poszukiwaniu tożsamości narodowej. Nota bibliograficzna znajduje się na końcu książki. Nazwy wszystkich grup religijnych o znaczącej tożsamości narodowej pisane są w tej książce wielką literą. Zdaję sobie sprawę, że jest to decyzja arbitralna i dyskusyjna, ale – podobnie jak w przypadku polskiej transkrypcji nazw arabskich, aramejskich, tureckich i hebrajskich – nie ma tu wyborów idealnych, które sprawdzałyby się w każdym kontekście.

[6] Chrześcijanie, którzy oderwali się od Asyryjskiego Kościoła Wschodu i weszli w unię z Rzymem. Mieszkają w Iraku, Syrii, Iranie i Turcji.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,

info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha Żar. Oddech Afryki Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI