Wielka Księga Armii Krajowej

Wielka Księga Armii Krajowej

Autorzy: Praca zbiorowa

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 43.15 zł

„Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie Twoją nagrodą, zdrada karana jest śmiercią!” Przysięga Armii Krajowej Fenomen w ogarniętej wojną Europie. Największa podziemna organizacja państwowa i jej armia. Setki tysięcy patriotów walczących z okupantem za ojczyznę i niezłomnie wierzących w zwycięstwo. Armia Krajowa – chwalebny rozdział polskiej historii. Oddajemy do rąk czytelników książkę wyjątkową. Wielka Księga Armii Krajowej opowiada o historii polskiej armii podziemnej w sposób kompleksowy i pasjonujący. Jej autorami są wybitni znawcy i pasjonaci II wojny światowej. Szeroko ujęta tematyka obejmuje m.in. początki Polskiego Państwa Podziemnego, kluczowe decyzje i motywacje dowódców, zagrożenia konspiracyjnego życia, spektakularne akcje i niezwykłe metody walki, kontrowersyjną działalność egzekutorów, bohaterstwo ludzi, którzy „nie sypnęli”, działalność kobiet, tragiczne dylematy w ostatnich miesiącach wojny. To historia męstwa i poświęcenia, wzbogacona setkami zdjęć (również niepublikowanymi) i relacjami świadków. To hołd oddany polskim bohaterom.

Prolog

Czortków 1940

Pierwsze powstanie II wojny światowej

Stanisław M. Jankowski

Adam Bruckner, za udział w powstaniu czortkowskim skazany na 10 lat pobytu w łagrze

Dwudziestego trzeciego stycznia 1940 r. na biurko Józefa Stalina trafił ściśle tajny raport 322/BŁ o napadzie na wartowników 17. Samodzielnego Zmotoryzowanego Lekkiego Batalionu Inżynieryjnego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (RKKA), a także na szpital miejski i biuro pocztowo-telegraficzne w Czortkowie. Do zdarzenia miało dojść w nocy z 21 na 22 stycznia1. W raporcie nie padło słowo „powstanie”, lecz „wystąpienie”. Znalazła się w nim również informacja o zatrzymaniu czterdziestu uczestników i jednego z przywódców zrywu. Stalin nie zwrócił większej uwagi na dokument.

Wiedząc o zainteresowaniu dyktatora procesami, można jednak przypuszczać, że kilka miesięcy później – we wrześniu 1940 r. – jego stalowy wzrok zatrzymał się na innym raporcie zawierającym informację o siedemdziesięciu pięciu „polskich nacjonalistach” oskarżonych o „zorganizowanie się w uzbrojonych grupach w celu obalenia istniejącego w ZSRS ustroju politycznego, na drodze zorganizowania zbrojnego powstania i odnowienia burżuazyjno-szlacheckiego państwa polskiego”2.

Co naprawdę wydarzyło się w Czortkowie zimą 1940 r.? Dokumenty o „zbrojnym powstaniu” można znaleźć dzisiaj w Moskwie, Kijowie, Nowym Jorku, Londynie i Warszawie. Potwierdzają fakt zaatakowania okupacyjnego garnizonu sowieckiego w niewielkim kresowym mieście w ówczesnym województwie tarnopolskim (obecnie na Ukrainie).

Do walki stanęło ponad stu konspiratorów, a pomagały im dwie młode kobiety. Posiadali kilka pistoletów, noże i jedną szablę. Za pomysł przerwania niewoli – nie pierwszy i nie ostatni w dziejach Polski – życiem zapłaciło dwudziestu pięciu patriotów. Pięćdziesięciu innych skazano na wieloletni pobyt w poprawczych obozach pracy. Pierwsze powstanie w dziejach II wojny światowej wybuchło zatem nie przeciwko Niemcom, lecz Sowietom.

W PRL-u cenzura pilnowała, aby nawet jednym słowem nie wspomniano o tym powstaniu w prasie, mediach oraz w nekrologach. O powstaniu w Czortkowie nadal nie ma najmniejszej wzmianki w podręcznikach. Pytani o datę profesorowie historii – sprawdzałem – zaczynają się zastanawiać, w którym to było wieku...

„Zegarmistrze” z Armii Czerwonej

Przez długie lata po zakończeniu II wojny światowej daty 17 września 1939 r. nie należało łączyć ze słowami „nóż w plecy”. Tego dnia, po przekroczeniu Zbrucza w rejonie Husiatynia, trzydzieści trzy samochody pancerne 1. Brygady Zmotoryzowanej RKKA popędziły w kierunku Czortkowa, jednego z najpiękniejszych miast kresowych. Do wschodniego skraju miasta dotarły o 14:30. Trzy godziny później Czortków został opanowany3.

O tym powiatowym mieście nad Seretem, niedaleko granicy Rzeczypospolitej z Rumunią, można przeczytać w przedwojennych przewodnikach. Najserdeczniej pisze o nim Jarosław Abramow Newerly, wspominając:

(...) każdego szanującego się czortkowianina, który miał własną piwniczkę wina i to jakiego! Palce lizać! Sam miód! Żyliśmy w tym naszym Czortkowie jak w raju, nie wiedząc o tym, i dopiero Sowieci nam to uświadomili, jak do nas wkroczyli. Ich wejście było szokiem. Dosłownie. Jak jakiś makabryczny sen. Nikt się nie spodziewał, że ten potop nas zaleje. Ta szarawa, dzika szarańcza. W smrodzie benzyny i spalin. W płaszczach bez pagonów, obszarpana, głodna. Rabująca wszystko, co na drodze. Od razu nazwaliśmy ich „zegarmistrzami”4.

Czortków nad Seretem. Najpiękniejsze z miast kresowych

Określenie „zegarmistrz” szło za oddziałami Armii Czerwonej od pierwszego dnia inwazji. Dlaczego? Wyjaśnienie można znaleźć m.in. w Warszawie, w Zestawieniu zdobycznego uzbrojenia i mienia zagarniętego w okresie kampanii polskiej spisanym przez Sowietów według stanu z 1 listopada 1939 r. W pozycji 288 wpisano sto czterdzieści sześć zegarków złotych, a ostatnia w zestawieniu pozycja podaje „zagarnięcie sześciuset jeden zegarków różnych”5. Niestety, Sowieci nie poprzestawali tylko na zegarkach.

Konfidenci przeciwko kontrrewolucji

W dokumentach czasu inwazji wielokrotnie pojawia się informacja o „przejawiających się nastrojach powstańczych” wśród polskich nacjonalistów. W ramach działań prewencyjnych na terenie Zachodniej Ukrainy czekiści aresztowali w tym czasie trzy tysiące dziewięćset czternaście osób – „obszarników, byłych ludzi z bogatej burżuazji, oficerów wojska polskiego i osadników, właścicieli ziemskich, kapitalistów, agentów polskiego wywiadu, rezydentury, funkcjonariuszy policji i żandarmerii”6. Nie wszystkich wpychali od razu za kraty. W Czortkowie uwięzili tylko sto pięćdziesiąt osób, gdyż za bardziej przydatne uznano umieszczenie wśród mieszkańców miasta agentury „celem rozpracowania i zlikwidowania kontrrewolucyjnych organizacji”7. Nowo pozyskanych współpracowników – czytaj: konfidentów – skierowano do miast, które „w najbliższych dniach będą nasze”8.

Jedną z aresztowanych w Czortkowie osób był prezes miejscowego sądu. Po zajęciu miasta przez Sowietów zgłosił się z kluczami do bramy więzienia, a „na wszelki wypadek” zabrał z domu mydło i szczoteczkę do zębów. Rewidujący sędziego enkawudziści pokroili mydło w poszukiwaniu czegoś zabronionego przez sowiecki regulamin więzienny, a szczoteczkę skonfiskowali.

Znaczek z serii wydanej przez Pocztę ZSRS w pierwszą rocznicę „oswobodzenia Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi”

Do cel sąsiadującego z budynkiem sądowym więzienia „dopychano” również dowożonych z granicy „pieriebieszczików”, jak zwykło się określać uchodźców z województw przyłączonych do Rzeszy lub objętych administracją GG. Między wrześniem a grudniem 1939 r. raporty Zarządu Głównego Wojsk Pogranicznych NKWD potwierdziły sto osiemdziesiąt tysięcy osób ujętych na granicy. Z włączonych do ZSRS województw kresowych pod okupację niemiecką dziennie próbowało się przedzierać dwa tysiące mężczyzn, kobiet, dzieci. Schwytanych stawiano przed Kolegiami Specjalnymi NKWD, w skrócie OSO (Osoboje Sowieszczanije). Ten pozasądowy organ represji ferował nieodwołalne wyroki bez obecności oskarżonego i adwokata. Za naruszenie granicy wysyłano na trzy, a nawet osiem lat pobytu do jednego z pięćdziesięciu obozów lub do jednej z czterystu „kolonii poprawczych” Związku Sowieckiego.

Esperantyści, czyli szpiedzy

Więźniowie oczekujący na wysłanie do kolonii poprawczych i obozów byli przetrzymywani w przepełnionych celach „wielkiego gmachu z czerwonej cegły, usytuowanego w centrum miasta, w pobliżu dawnego starostwa i sądu”9. Razem z „pieriebieszczikami” przebywali w nich aresztowani mieszkańcy Czortkowa, Buczacza, Kopyczyńców oraz Zaleszczyków. Co, poza próbą ucieczki, trzeba było zrobić, by trafić do sowieckiego więzienia? Niewiele.

Potwierdza to historia siedemnastoletniego Jana Tokarskiego z Gdańska, którego wojna zaskoczyła w Zaleszczykach. Chłopak spędzał tam wakacje u rodziny. Pod koniec sierpnia zranił poważnie nogę, skacząc do Zbrucza. Zawiadomieni telefonicznie rodzice zdecydowali, aby został pod opieką krewnych i do domu wrócił dopiero w pierwszych dniach września. Nie zdążył. Dwudziestego piątego września rano przyszli po niego ukraińscy milicjanci. Z wieloosobowej celi, do której trafił, Tokarski zapamiętał dwóch współwięźniów:

Od września siedział urzędnik sądowy, zatrzymany jako „prowokator”. Jego przestępstwo polegało na tym, że się rozpłakał i coś powiedział do robotników rozbijających polskiego orła na budynku sądowym. W czasie rewizji mieszkania znaleziono w biurku korespondencję w języku esperanto. Tłumaczył czekistom każde zdanie, słowo po słowie. Nie mogli sprawdzić, bo żaden nie znał tego języka. Przesłuchiwano go jako podejrzanego o przesyłanie informacji o charakterze wywiadowczym i pewnego listopadowego dnia wywołano z celi. Nie wrócił. (...) Najmłodszego z osadzonych nazywaliśmy „Młodym” albo „Ziutkiem”. Zrywał plakat z kołchoźnikiem całującym sołdata w hełmie z czerwoną gwiazdą i cytatem ze Stalina o „naszej armii – wyzwolicielce”. Tymi plakatami oklejono prawie wszystkie czortkowskie domy na ulicy Mickiewicza. I uczniowie zaczęli zakładać się, kto więcej zerwie. „Młody” chciał wygrać zakład, ale dopadli go ukraińscy milicjanci. W czasie przesłuchania mimo ciężkiego bicia nie ujawniał dziewięcioletniego brata, który pomagał w „kontrrewolucyjnym przestępstwie”, bo tymi słowami określano niszczenie plakatów propagandowych10.

Carska armia śpiewała lepiej

Propagandowe plakaty reklamujące miłość chłopów i wojska mogły bezpiecznie wisieć w Czortkowie jedynie tam, gdzie mieszkała ludność żydowska lub biedota, nieświadoma ukraińskiego zagrożenia. Nieujawniane przez ponad pół wieku raporty o nastrojach ludności i antysowieckich wystąpieniach mówią o zrywaniu obwieszczeń, rzucaniu „karczemnych przekleństw pod adresem władzy sowieckiej”11, wspominają nawet o groźbach interwencji Japonii, która w porozumieniu z Anglią i Francją, wspólnie z wojskami polskimi we Francji miałaby wygonić bolszewików z terytorium Polski12.

Już 4 października 1939 r. do Berii dotarł szyfrogram o tworzącej się we Lwowie polskiej konspiracji i planowanym w tym mieście wystąpieniu zbrojnym, o czym dowiedziano się z „rozmów przez agenturę podsłuchanych na ulicach”13. Konfidenci dostarczyli też nazwiska „członków kontrrewolucyjnej, faszystowskiej organizacji Związek Strzelecki”14.

Do Moskwy zaczęły spływać meldunki o znalezieniu w piwnicy pewnego domu dwunastu karabinów maszynowych, a w lwowskim klasztorze św. Teresy „pięciu bomb lotniczych, granatów, jednego motocykla, jednego pistoletu i wojskowego umundurowania”15. W jednym z nich cytowano wypowiedź aresztowanego Dmitrija Kapaka ze Stanisławowa, który zapewniał zgromadzoną na ulicy młodzież, że „przed wkroczeniem Armii Czerwonej życie było lepsze, Armia Czerwona jest źle ubrana, źle zabezpieczona i źle śpiewa. Carska armia śpiewała lepiej od Armii Czerwonej”16.

Franciszek Siegel – uczestnik powstania. Zdjęcie przedwojenne

U Wasilewskich na Grunwaldzkiej 6

O Armii Czerwonej, a szczególnie jej oddziałach stacjonujących w Czortkowie, codziennie rozmawiano w willi Wasilewskich przy ul. Grunwaldzkiej 6. Jeśli za najczęstsze miejsce składania przysięgi konspiracyjnej można uznać kościół pw. św. Stanisława, to willę przy Grunwaldzkiej niewątpliwie trzeba nazwać miejscem obrad sztabu planowanego powstania.

Willa Wasilewskich przy ul. Grunwaldzkiej 6 – miejsce, w którym zaplanowano powstanie

Właścicielom willi, Aleksandrze Wasilewskiej „Lilce” i jej bratu Kazimierzowi imponowała obecność dwóch młodych oficerów, nazywanych „lwowiakami”: Kowalskiego i Woszczyńskiego. O ile pierwsze nazwisko było fikcyjne, o tyle drugie pozostało w pamięci w kilku różnych wersjach: Woszczelski, Woszyński, Wołszyński albo Woczelski, a niekiedy z imieniem Zbigniew lub Janusz. „Lwowiacy” chwalili się utrzymywaniem łączności z kierownictwem organizacji konspiracyjnej we Lwowie, a także odbieraniem instrukcji od polskich władz wojskowych w Paryżu. Inny gość willi, student Adam Fidler, imponował wszystkim opowieścią – trudną do sprawdzenia – o ostrzelaniu z karabinu maszynowego wkraczających do Czortkowa sowieckich samochodów pancernych. Zapewniał, że karabin jest dobrze ukryty i w każdej chwili może „pracować” ponownie. „Lilka” Wasilewska szczególnie zapamiętała rekomendacje studenta przez podnajmującego jeden z najmniejszych pokoi Heweliusza Malawskiego „Gizka” vel „Michała”17, technika dentystycznego przedstawiającego się jako podporucznik lub porucznik Wojska Polskiego.

Każdy może być konspiratorem

Czortkowianie zapytani nawet pół wieku później o „Gizka” (zastępowego w 5. drużynie harcerskiej) bez namysłu opowiadają o różnych jego pomysłach. Na zbiórki przynosił petardy, świece dymne, maski gazowe. Cieszyła go zabawa w wojsko, wydawanie rozkazów. Jego dwaj starsi bracia byli oficerami. Jan był prokuratorem wojskowym. O służbie drugiego, Felicjana, „Gizek” wspominał, przytykając palec do ust. Nie udało się ostatecznie wyjaśnić, czy rzeczywiście Felicjan służył w II Oddziale Sztabu Generalnego, tzw. dwójce (tj. w polskim kontrwywiadzie).

Władysław Kaczan, przyszły powstaniec, tak oceniał „Gizka”:

Imponował informacjami z Paryża. Wiedział więcej od oficerów mieszkających na Grunwaldzkiej, a przecież oni kontaktowali się z organizacją we Lwowie. Wszędzie było go pełno: na zajęciach „Sokoła” czy „Strzelca”, nielegalnych – bo zabronionych przez władze sowieckie – zbiórkach harcerskich.

„Potrafił być sugestywny i zarażać innych swoim patriotyzmem” – komplementował zastępowego o. Reginald Wiśniowski. Na podstawie przekazanych przez niego informacji można wywnioskować, którzy harcerze czortkowskiej „piątki” wyróżniali się najbardziej.

Rówieśnik „Gizka”, Tadeusz Bańkowski, wspomina natomiast:

W październiku 1939 założyliśmy z Malawskim i Kamińskim (Henrykiem) organizację konspiracyjną, której celem była walka z wrogiem, sabotaż itp. W grudniu przyjechali por. Kowalski i ppor. Woszczyński, którzy powiedzieli, że są z ramienia organizacji we Lwowie przeznaczeni na teren Czortkowa. Byli to ludzie ofiarni, zdecydowani...

Przed świętami Bożego Narodzenia z ust do ust przekazywano sobie informację, że „wkrótce się zacznie”. Kolega wciągał do tajemnicy kolegę. Wystarczyło złożyć przysięgę organizacyjną, zgodzić się na wykonywanie rozkazów „wszystkich przełożonych” oraz zapewnić o „punktualnej obecności w każdym miejscu i o każdej godzinie w dniu podjęcia walki o wolność”.

– A broń? – przed złożeniem przysięgi zadał pytanie Bolesław Witkowski.

– Broń jest w magazynach i będzie wydana.

– A kiedy zaczynamy?

– Niedługo z Rumunii przyjedzie łącznik z wiadomością o terminie uderzenia na okupanta, a ja wówczas przekażę wam dzień i godzinę – odpowiedział „człowiek z bródką”18.

Nie znamy dokładnie jego tożsamości. Wiemy, że mieszkał lub tylko odwiedzał Wasilewskich w ich willi. Być może przedstawiał się nazwiskiem Pańczuk albo Zacharczuk, bowiem takich lokatorów widywano na Grunwaldzkiej. Bolesław Witkowski ocenił jego wiek na ok. 45 lat, a wzrost jako średni. „Nosi angielski wąsik i bródkę” – dodał.

Do Rumunii pociągiem albo kuligiem...

„Człowiek z bródką” został również zapamiętany jako „człowiek z Borszczowa”, z którą to miejscowością utrzymywał kontakt, bo i tam – jak zapewniał – planowano atak na okupacyjne wojska sowieckie. Mówiło się o jego stopniu oficerskim i służbie w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu lub Centrum Szkolenia Artylerii w Toruniu.

Stanisław Muszyński wspomina:

Na zebraniu z dowódcami „człowiek z Borszczowa” przedstawił nam zadania, jakie zaplanowano. Pierwsza grupa powinna sterroryzować funkcjonariuszy NKWD i opanować więzienie, druga – opanować koszary i zdobyć większe zapasy broni oraz amunicji, trzecia – wedrzeć się na stację kolejową i przygotować pociągi do przewiezienia oficerów i powstańców do Zaleszczyk, ewentualnie bezpośrednio do Rumunii, czwarta – zająć szpital i umożliwić rannym oficerom dotarcie na stację kolejową19.

Most kolejowy w Zaleszczykach. Stąd miała prowadzić droga do wolności, którą powstańcy widzieli za granicą sowiecko-rumuńską

Władysław Kaczan zapamiętał inną kolejność planowanych działań powstańczych:

Najpierw postanowiono zdobyć koszary i szpital. Broń miała być wykorzystana do zaatakowania endkawudzistów na dworcu i w więzieniu. Nikt rozsądny nie zaprotestował przeciwko opanowaniu stadniny księcia Lubomirskiego z końmi zarodowymi i wyruszenia saniami do Zaleszczyk. Nie pomyślano, że w stadninie mogą być trzy czy cztery pary sanek... A jak ewakuować resztę ludzi? Konno? Co z tymi, którzy nigdy nie siedzieli w siodle? Przy śniegu miejscami na chłopa wysokim, w nocy, po nieodmiecionych drogach trzydzieści kilometrów? A później szarpanie z sowieckimi pogranicznikami, bo nie zaproszą do przejazdu. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten kulig do Zaleszczyk był jednym z szalonych projektów „Gizka” Malawskiego20.

Natychmiast przerwać przygotowania!

Malawski jako organizator powstania pojawia się również w relacji Bronisława Łozińskiego, który w listopadzie 1939 r. zaczął współpracować z „wojskową konspiracją” o nazwie Polska Organizacja Walki z Wrogiem (POWW), organizowaną w Czortkowie przez prof. Józefa Opackiego, peowiaka z czasu I wojny światowej, komendanta czortowskiego Hufca Harcerzy Kresowych i równocześnie kierownika kształcenia Lwowskiej Komendy Harcerzy:

Józef Opacki – organizator struktur konspiracyjnych i tajnego nauczania w Czortkowie

Skoncentrowaliśmy się na werbunku oraz zbieraniu informacji o działalności NKWD i osobach kolaborujących z władzami sowieckimi. W ostatnich dniach grudnia 1939 r. w domu moich rodziców, gdzie mieszkałem, zjawił się Heweliusz Malawski w towarzystwie młodzieńca, którego przedstawił jako oficera kawalerii, czasowo mieszkającego u niego. Rozpoczął rozmowę od oświadczenia, że na terenie całego Podola jest organizowany w łączności ze Lwowem zryw powstańczy przeciwko sowietom, że wojsko polskie stacjonujące w Rumunii powraca do Polski i weźmie udział w tym zbrojnym wysiłku. Jego zadaniem jest zorganizowanie grupy powstańczej regionu Czortkowa. Wie o naszej tajnej organizacji i prosi tylko o podzielenie się posiadaną bronią i zapasami amunicji21.

Bronisław Łoziński – uczestnik powstania. Skazany na 6 lat pobytu w łagrze

Łoziński zaprzeczył istnieniu konspiracji i wyruszył do prof. Opackiego z pytaniem, jak należy się zachować. Profesor był przerażony wiadomością.

„To jakaś prowokacja albo pomysł »Gizka«” – ocenił. Pamiętał rozmowę, jaką odbył we Lwowie zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Ostrzegano go przed podobnymi inicjatywami. Po chwili zastanowienia Opacki podjął decyzję, aby nie dopuścić do jakiejkolwiek walki na terenie Czortkowa.

– Pójdziesz do „Gizka” i stanowczo zażądasz przerwania przygotowań do jakiejkolwiek akcji zbrojnej – zażądał od Łozińskiego.

– A jeżeli nie będzie chciał mnie posłuchać?

– Powołasz się na najwyższy autorytet władzy polskiej – zdecydował Opacki22.

W niedzielę 21 stycznia 1940 r. przed południem, w pobliżu kościoła ojców dominikanów Łoziński przekazał „Gizkowi” słowa Józefa Opackiego.

– Za późno, żeby odwołać – odpowiedział „Gizek”.

– Za późno?

– Zaczynamy dzisiaj o północy!23

Na Moskala z szablą i straszakiem

Dwudziestego pierwszego stycznia na korytarzu szpitala rozlega się okrzyk „Zwezda!” (ros. gwiazda). Sanitariusz, z którym uzgodniono to hasło, otwiera ciężkie szpitalne drzwi. Z korytarza napastnicy kierują się do dyżurki. Pierwszy z nich ma w ręce rewolwer, inni tylko noże. Przewracają prycze z wartownikami, obezwładniają ich. Schodzący z pierwszego piętra oficer zdążył wystrzelić. Ucieka. W czasie poszukiwań chorych lub rannych jeńców dociera informacja o zbliżającym się oddziale wojskowym. Głos strzałów pod szpitalem wywołuje popłoch. Powstańcy opuszczają szpital z zaledwie jednym zdobytym karabinem.

Pozostałości polskiego pomnika, wzniesionego w 1933 r. na cmentarzu rzymsko-katolickim dla uczczenia pamięci Czortkowian poległych w walce o wolność Ojczyzny w latach 1918–1920. W jego okolicy, w nocy z 21 na 22 stycznia 1940 r., zgromadzili się uczestnicy powstania. Pomnik został zniszczony w latach 1939–1941

Niewiele lepszymi rezultatami mogą się pochwalić grupy, do których należało opanowanie koszar batalionu inżynieryjnego. Dysponują trzema rewolwerami, jednym straszakiem, granatem i bagnetem. Jest też szabla, z którą Wilhelm Strojewski przyszedł na zbiórkę na cmentarzu. Zostają podzieleni na dwie grupy. Wyruszają po sygnale gwizdkiem wydanym przez por. Zbigniewa Wołszyńskiego. Dwóch wysuwa się naprzód. Mają skrycie podejść do wartownika, zabić go i z jego karabinem, na czele kilkunastu innych powstańców, wedrzeć się do koszar.

Skradających się Polaków wartownik wzywa do zatrzymania. „Usłyszawszy wołającego wartownika »Stoi, kuda bieżysz?« (ros. stój, dokąd idziesz?) wiedziałem, że po tym ostrzeżeniu zacznie strzelać. Odwróciłem się i zacząłem uciekać” – zeznał później Tadeusz Schodnicki, jeden z powstańców.

W tym samym momencie rozlega się gwałtowna strzelanina po drugiej stronie koszar. Wołszyński ponownie gwiżdże, tym razem trzykrotnie. Porzuciwszy karabin, powstańcy wycofują się i... rozchodzą do domów.

Potyczka w koszarowej kuchni

Lepiej powiodło się tylko grupie dowodzonej przez plut. Stanisława Skowronka. Wyrwał on karabin wartownikowi, na którego rzuciło się kilku powstańców. W. Pasicznik zginął zakłuty nożami, a prowadzeni przez Skowronka napastnicy wpadli do koszarowej kuchni. W czasie szarpaniny z politrukiem Konstantinem Tirtysznym Skowronek stracił siły i zaczął wołać o ratunek. Powstańcy zaatakowali politruka nożami, ale wycofali się z kuchni po pierwszym strzale z nagana. Nerwowe szukanie karabinów przerwała kanonada na dziedzińcu koszarowym. Konspiratorzy jeden za drugim opuścili koszary. Skowronek wybiegł ze zdobytym karabinem, ale widząc zbliżającą się tyralierę czerwonoarmistów, rzucił broń do śniegu. Karabin był bezużyteczny, bo w wartowni nie znaleziono amunicji. Nikt z atakujących nie przypuszczał, że przed zaśnięciem żołnierze ukryją naboje pod siennikami...

Konspiratorom z grupy „Kolej” również nie udało się wykonać zadania. Dwie godziny przed rozpoczęciem walki zebrali się w jednym z mieszkań w centrum miasta. Na zbiórkę z bronią przyszli tylko Bolesław Witkowski i Józef Pelczar. Pojawiła się grupa dowodzona przez Edwarda Prażanowskiego, a wówczas wyruszyli w kierunku dworca kolejowego. Pelczar po aresztowaniu zeznawał:

Nim doszliśmy do kościoła, usłyszeliśmy z daleka dobiegające odgłosy wystrzałów. Prażanowski poprowadził nas za róg i zaczął strzelać ze swojego rewolweru. Ja też wystrzeliłem do biegnących krasnoarmiejców. Chciałem wystrzelić jeszcze raz, nacisnąłem na spust, ale pistolet nie wypalił (...). Wtedy Prażanowski krzyknął, abym uciekał, co też zrobiłem24.

Kilkunastu Polakom udało się umknąć pod osłoną nocy, a inni – otoczeni – oddali browningi. Śledztwo zaczęło się właśnie od przesłuchań powstańców z „grupy kolejowej”.

Ocznaja stawka

Po poznaniu kilkunastu nazwisk z grupy „kolejowej” sowieccy śledczy postanowili przyspieszyć pozyskanie informacji metodą nazwaną w języku rosyjskim ocznoj stawkoj (ros. spotkanie w cztery oczy).

Przesłuchujący zapisał:

Oskarżeni Tadeusz Kądzielewski i Włodzimierz Kaczan oświadczyli, że nie mają żadnych osobistych animozji (...).

Pytanie: Oskarżony Kądzielewski, czy widzieliście tego człowieka w nocy 21 stycznia 1940 roku? Opowiedzcie szczegółowo, co o nim wiecie?

Odpowiedź: Włodzimierza Kaczana z kolegą, którego nazwiska nie znam, spotkałem koło kościoła. Włodzimierz Kaczan powiedział mi, że zamierzają zaatakować stację kolejową i oddział NKWD. Nie mogę powiedzieć, ile osób liczyła grupa atakująca. Rozmawialiśmy o godzinie 9 wieczorem. Poszedłem na górę miasta, na cmentarz, a Włodzimierz Kaczan z kolegą pozostali obok kościoła. Nic więcej o nim nie wiem.

Pytanie: Oskarżony Kaczan, czy potwierdzacie zeznania Kądzielewskiego?

Odpowiedź: Nie przyznaję się, abym powiedział Kądzielewskiemu, że zamierzam napaść na stację kolejową i siedzibę NKWD. Nie brałem udziału w napadzie25.

W protokole nie zabrakło podpisów Tadeusza Kądzielewskiego, Włodzimierza Kaczana i prowadzącego konfrontację, starszego pełnomocnika powiatowego oddziału NKWD – Gudiłowa.

Władysław Kaczan – uczestnik powstania, skazany na 6 lat pobytu w łagrze

„Kłamać, łgać, ile sił w płucach...”

Starszy pełnomocnik Gudiłow okazał się jednak bezradny w czasie przesłuchań Edwarda Chorzępy:

Zdążyłem wyrzucić rewolwer do śniegu, więc uparcie powtarzałem, że patrol zatrzymał mnie w drodze do rodziny. Początkowo siedziałem w „jedynce” sam, ale po pewnym czasie wprowadzono do celi więźnia, który na powitanie powiedział, że spotkaliśmy się na cmentarzu przed wymarszem grup, na które nas podzielili dowódcy (...). Odpowiedziałem, że musiał mnie pomylić z kimś innym. Prowokacja nie udała się. (...) Z celi doprowadzano pojedynczo na przesłuchania, które z reguły odbywały się nocą. Zaczynano od zmuszania do podniesienia rąk i szczegółowych oględzin delikwenta, z zaglądaniem nawet w usta. Następnie bito, a przy podsuwaniu protokołu do podpisania badający wzywał: „Nu, priznajsia” (ros. przyznaj się). Bito polanem, kopano. Przesłuchania powtarzały się. Po odmowie podpisania protokołu ciągle bili, a ja łgałem, ile sił w płucach26.

Chorzępa, syn oficera Korpusu Ochrony Pogranicza, od pierwszego przesłuchania nie przyznał się do udziału w walce. Kłamał również przed sądem w Odessie i ostatecznie został uniewinniony.

Wychowany na dobrego patriotę...

Na uniewinnienie nie mógł jednak liczyć Tadeusz Schodnicki. Zgubiły go odwaga i szczerość, zalety wykorzystywane przez enkawudzistów jako materiał dowodowy przy pisaniu aktu oskarżenia i w czasie procesu.

Z protokołu z przesłuchania Schodnickiego wynika, że padło m.in. pytanie o uczestnictwo w powstaniu „mającym na celu obalenie władzy sowieckiej”27. „Tak, przyznaję się do winy” – odpowiedział przesłuchiwany. A dalej znajdują się zdania potwierdzające „czynny udział w kontrrewolucyjnym powstaniu zbrojnym, skierowanym przeciwko władzy sowieckiej i mającym na celu doprowadzenie do odrodzenia byłej Polski”28.

Na pytanie Friedłanda, szefa grupy operacyjnej w więzieniu w Tarnopolu: „Co skłoniło was do wzięcia czynnego udziału w powstaniu?” Tadeusz Schodnicki miał odpowiedzieć:

Eugeniusz Wolański – uczestnik powstania. Zdjęcie wykonane po aresztowaniu. Skazany na 10 lat pobytu w łagrze

Państwo polskie wychowało mnie na dobrego patriotę i dlatego ustanowienie władzy sowieckiej na Zachodniej Ukrainie przyjąłem niechętnie, w związku z czym postanowiłem walczyć z władzą sowiecką poprzez osobisty udział w kontrrewolucyjnym powstaniu29.

Czy rzeczywiście 9 lutego 1940 r., o godzinie 23:00, po niemal trzech tygodniach śledztwa Tadeusz Schodnicki, dwudziestoletni rolnik, członek Związku Strzeleckiego i Stronnictwa Narodowego odpowiadał tak pełnymi patosu słowami? Tego nie dowiemy się nigdy. Nie uda się też sprawdzić, dlaczego inny powstaniec, Leon Banduryk, swoim podpisem uwiarygodnił zdanie: „Brałem udział w kontrrewolucyjnym zbrojnym powstaniu. Celem powstania było obalenie władzy radzieckiej i odrodzenie państwowości polskiej”30.

Znaczenie podpisu

O odrodzeniu państwa polskiego napisano w protokołach kilku zeznań. Jak to możliwe, że takie same zdania padły z ust różnych konspiratorów? Czytanie tych dokumentów potwierdza, jakie znaczenie miało złożenie podpisu przez przesłuchiwanego – którą to zasadę wbijano czekistom do głowy podczas szkolenia. W śledztwie – przypominano – wcześniej czy później musi nastąpić dzień, na który czeka przesłuchiwany, zmęczony brakiem snu, głodem, panującym w celi zimnem, biciem, siedzeniem na nodze taboretu i wielogodzinnym zadawaniem tych samych pytań. Śledczy powinien wyczuć, kiedy warto podsunąć protokół, a wówczas pojawi się na nim podpis pod każdym, najbardziej nawet nieprawdopodobnym faktem.

Michał Hen, do 21 stycznia „niezorientowany” – jak zapewniał czekistów – w „żadnych konspiracjach”, najpierw nie pamiętał nic, a później przypomniał sobie, że to Edward Starowski „wzywał do ataku na szpital”31.

„Od Starowskiego dowiedziałem się o zbiórce na cmentarzu – ujawnił – ale nie zdążyłem tam dojść, bo na ulicy Mickiewicza spotkałem »Gizka« Malawskiego, Żuka, sierż. Kozaka, córkę Kozaka – Jadwigę i jeszcze trzy nieznane mi osoby”32.

– Zaczynamy powstanie – miał oznajmić „Gizek” i ruszyli pod szpital.

Michała Hena wskazali inni przesłuchiwani koledzy. Stwierdzili, że bardzo chciał wynieść ze szpitala rannych i chorych.

– Malawski polecił pozostanie na ulicy mnie, Żukowi, córce Kozaka, Jadwidze, i jednemu z Wygnanki – kłamał Michał Hen.

– Kto wam otworzył drzwi do szpitala?

– Pracowali tam dwaj sanitariusze, którzy przyszli do szpitala na nocny dyżur i otworzyli nam drzwi33.

– Podajcie ich nazwiska!

– Nie znam nazwisk, nie widziałem ich nigdy wcześniej34.

Przesłuchiwani w Tarnopolu Polacy niektórych faktów i nazwisk nie pamiętali, o innych nie chcieli powiedzieć, jeszcze inne zmieniali po rozmowach w celi ze współoskarżonymi. W więzieniu tworzyły się grupy ustalające, co powiedzieć, a o czym nie wspomnieć ani słowem.

Trzydziestu trzech nadal poszukiwanych?

Trzynastego marca zastępca naczelnika oddziału NKWD w obwodzie tarnopolskim, starszy lejtnant bezpieczeństwa państwowego Siedow, podpisał zgodę na przekazanie obwodowej prokuraturze kompletu protokołów przesłuchań powstańców. Nazajutrz można było już napisać pierwsze zdania aktu oskarżenia „uczestników antysowieckiego wystąpienia w mieście Czortkowie”.

Po uzyskaniu akceptacji komisarza Sierowa lejtnant Siedow zgodził się ujawnić prokuratorom nazwiska ukrywających się nadal trzydziestu trzech uczestników powstania. Pięciu z nich oficjalnie figurowało wśród nieujętych, ale zostali już przesłuchani i wkrótce mieli stanąć przed sądem.

Przed prokuratorami postanowiono ukryć kilka informacji o nieudolności czekistów z grupy operacyjnej. Chodziło m.in. o porażkę podjętej w grudniu 1939 r. sprawy rozpoznania operacyjnego pod kryptonimem „Powstańcy”. Czekiści nie poznali planów konspirujących Polaków, ich uzbrojenia, miejsc spotkań. Nie przekazali żadnej informacji o dowódcach, którzy – jak ujawniły przesłuchania – mieszkali w willi Wasilewskich przy Grunwaldzkiej 6.

Nie rozpoznano nazwisk kilku starszych chłopców, w porozumieniu z „Gizkiem” Malawskim werbujących kolegów czy odbierających od nich przysięgę na chórze w kościele dominikanów. Nie ustalono nazwy organizacji odpowiedzialnej za przygotowanie powstania, bo zniknęli oficerowie mieszkający w willi na Grunwaldzkiej 6 oraz „człowiek z bródką” i Heweliusz Malawski. Nie potwierdziły się podejrzenia o współpracy kierownictwa ZWZ w Paryżu ze sztabem powstańczym i Malawskim, na co mógł wskazywać fakt przedzierania się przez granicę dwóch emisariuszy, schwytanych w pobliżu Czortkowa 12 stycznia 1940 r. Wysłani do kraju z francuskiej stolicy emisariusze zaczęli zeznawać dopiero po sześciu tygodniach pobytu w więzieniu NKWD na moskiewskiej Łubiance.

Gadatliwi emisariusze z Paryża

Emisariuszom z Paryża pamięć wróciła pod koniec lutego 1940 r. Jeden z nich, Stanisław Adam Żymierski „Paweł” – brat gen. Michała Żymierskiego „Roli” – ujawnił szczegóły łączności pomiędzy rządem RP a Komendą Główną ZWZ w Paryżu oraz bazą łączności zagranicznej ZWZ o kryptonimie „Bolek” w Bukareszcie. Przesłuchanie jego brata, Józefa Bronisława „Piotra”, pozwoliło wpisać do protokołu m.in. informacje o strukturze ZWZ i szyfrowaniu meldunków w oparciu o Dziady Adama Mickiewicza. Zeznania Niezgalskiego i Łozowskiego – ich dokumenty wystawiono na takie nazwiska – były najlepszym „prezentem” noworocznym dla Wydziału VII (szyfrów) Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD ZSRS.

„Do 1 lutego każdy kurier miał posiadać jako znak umowny czarną i białą agrafkę, a od 1 lutego znakiem rozpoznawczym były narysowane na czymkolwiek trzy gwiazdy, z których środkowa miała koniecznie być czerwona” – ujawnił emisariusz „Piotr”. Podał również przesłuchującym konspiracyjne hasło: „Przychodzę od Pana Jana”35. „Bagiński powiedział nam – sypał emisariusz – że zostaniemy wysłani z zadaniami Związku Walki Zbrojnej: ja – do Lwowa, a brat Stanisław – do Warszawy. Mieliśmy dostarczyć instrukcje i rozkazy Sztabu Głównego do Lwowa i Warszawy”36.

Śledztwo upewniło przesłuchujących o niewydaniu w Paryżu rozkazu do działań powstańczych. O tym, że ani rząd Rzeczypospolitej na uchodźctwie, ani Komenda Główna ZWZ nie wzywali do powstania, nie wspomniano oczywiście prokuratorom przygotowującym akty oskarżenia. Nie było o tym mowy także w czasie rozpraw sądowych w Tarnopolu i Odessie.

Wyrok śmierci za odwracanie uwagi

Sąd Obwodowy w Odessie w sprawozdaniu z pracy 30 września 1940 r. wpisał skazanie na karę śmierci siedmiu uczestników powstania, a na karę pobytu w obozach pracy innych siedmiu, nazwanych „niedobitkami burżuazyjnych nacjonalistów, ich pomocników – kapitalistów, szlachciców i innych wyrzutków żywiących nienawiść do narodów uwolnionych przez władzę radziecką”37.

Eugeniusz Piotrowski – uczestnik powstania. Zdjęcie wykonane po aresztowaniu. Skazany na karę śmierci

Wacław Zdunek – uczestnik powstania, skazany na karę śmierci

Jeden ze skazanych, Michał Rawluk, gdy wyliczono mu jego przestępstwa, dowiedział się o „odpowiedzialnym zadaniu, jakie mu wyznaczono: odwracaniu uwagi wartownika Armii Czerwonej, aby umożliwić napad z tyłu na żołnierzy garnizonu Armii Czerwonej z zamiarem obalenia władzy radzieckiej i ustanowienia byłej Polski pańszczyźnianej”38. Na karę śmierci – zdaniem sądu – zasłużył również Kazimierz Kratus „uzbrojony w rewolwer typu Mauzer, aktywny uczestnik powstania zbrojnego celem obalenia władzy radzieckiej i powołania byłego państwa polskiego”39.

Podczas odczytywania wyroku skazani – fakt niespotykany w sądach, nie tylko sowieckich – usłyszawszy swoje nazwisko, kłaniali się, a ich koledzy wybuchali śmiechem. Żołnierze konwoju sypali przekleństwami, kopniakami przypominając Polakom, zachowującym się na sali sądowej niczym na scenie kabaretu, o zachowaniu ciszy40.

Nieodpowiedzialni, czyli niegroźni

Sądzony w Tarnopolu Władysław Kaczan zapamiętał adwokata, który podjął się jego obrony i na sali sądowej nazwał swojego klienta „nieodpowiedzialnym”:

Wywodził, że nie mieliśmy szans pokonania granicy, strzeżonej przez doborowe oddziały wojsk pogranicznych. A skoro nieodpowiedzialni, to nie mogli nic zdziałać przeciwko władzy radzieckiej. Tak ratował moją skórę. Tadek Herman, Kazik Plecan, Edek Butra, Heniek Gawryluk i siedemnastoletni Edek Starowski – wyliczał nazwiska kolegów – niemalże wstydzili się wysyłki na osiem lat do obozów poprawczych. Ja – zamiast dziękować – byłem wściekły na adwokata. Marzyła się piątka za bohaterstwo, a on sprowadził – jak to się mówi – sprawę do parteru, nazywając durakiem (głupkiem – przyp. SJM) niegroźnym dla władzy sowieckiej41.

Niegroźną dla władzy sowieckiej głupotą tłumaczyła się również Aleksandra Wasilewska „Lilka”. Do Sądu Obwodowego w Tarnopolu dopiero w styczniu 1941 r. dostarczono jej akt oskarżenia i protokół zeznań spisanych tuż po aresztowaniu, 23 stycznia 1940 r. W protokole zapisano przebieg rozmowy z przesłuchiwaną:

– Organy władzy sowieckiej dysponują dowodami, że wasze mieszkanie było punktem spotkań członków powstańczej organizacji, która przygotowywała powstanie zbrojne przeciwko władzy radzieckiej. Czy to potwierdzacie?

– Tak, potwierdzam, że w moim domu zbierali się członkowie powstańczej organizacji. Organizacja ta stawiała sobie za cel zniesienie władzy radzieckiej.

– Jest nam wiadomo, że 21 stycznia 1940 r. przed zorganizowaniem powstania, na polecenie dowódców, przyszywaliście do beretów „znaczki śmierci”. Czy to potwierdzacie?

– Tak, potwierdzam. Znaczki śmierci przyszyłam do trzech lub czterech beretów. Do czego im te beretki były potrzebne – nie wiedziałam. Później domyśliłam się42.

„Lilka” przyznała się do przyszycia „trupich” czaszek z metalu do kilku beretów i wymyśliła... spektakl teatralny, do którego zamierzano berety wykorzystać. Kłamstwo nie ochroniło jej przed wyrokiem za „uczynek graniczący ze współuczestnictwem w kontrrewolucyjnej bandzie i dlatego zasługujący na surową karę”43. Wyrok ośmiu lat łagru za przyszycie emblematów śmierci i niepowiadomienie władz o planowanym w willi na Grunwaldzkiej 6 powstaniu zamykał serię procesów „polskich nacjonalistów”.

Aleksandra Wasilewska „Lilka” – właścicielka willi przy ul. Grunwaldzkiej 6. Skazana na 8 lat pobytu w łagrze za przyszywanie „trupich” czaszek do beretów

Maria Eichel – druga z kobiet uczestniczących w powstaniu. Skazana na 5 lat pobytu w łagrze

Rada Najwyższa odmawia ułaskawienia

„Nacjonaliści” polscy nie zostali jeszcze skazani prawomocnymi wyrokami sądowymi, gdy wykonano dwa pierwsze wyroki śmierci. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 1940 r., godzinę przed północą rozstrzelano plut. Stanisława Skowronka. Drugi z podoficerów Wojska Polskiego, najstarszy wiekiem i stopniem w grupie atakującej szpital, sierż. Leon Kozak, na egzekucję czekał do 17 marca następnego roku.

Sąd Najwyższy ZSRS zatwierdził również wyroki śmierci wydane w Tarnopolu i Odessie, a Prezydium Rady Najwyższej ZSRS odmówiło ułaskawienia skazanych. Wyroki wykonano w grudniu 1940 r. oraz w styczniu i lutym 1941 r. Nie jest znane miejsce pochowania straconych Polaków. Nie udało się też ustalić kulisów sprawy Tadeusza Grądalskiego, któremu wyrok śmierci zamieniono na dziesięć lat pobytu w poprawczym obozie pracy. Odzyskał wolność, tak jak pozostali, po przywróceniu stosunków dyplomatycznych pomiędzy rządem RP i rządem ZSRS.

Zwolnienia nie doczekał niestety Franciszek Studziński (zmarł w więzieniu w Odessie) i Piotr Herman zmarły w więzieniu w Tarnopolu. Wyjaśnienia Piotra Hermana, że jako ojciec nie mógł przecież ujawnić planów syna – Tadeusza, wykpiono najpierw w śledztwie, a później skrytykowano w czasie procesu przed Sądem Obwodowym w Tarnopolu. Zmarł w tarnopolskim więzieniu.

Pozwólcie wykrywać wrogów klasy pracującej...

Do więzienia w Tarnopolu przywieziono także Władysława Zaleskiego, strażnika więziennego. Nie sądzono go z powstańcami. Zaleski odpowiadał za współpracę, do której nie doszło, gdyż żadna z grup powstańczych nie pojawiła się pod więzieniem. Wśród dokumentów pochodzących z ukraińskich archiwów nie ma materiałów agenturalnych, a do takich zaliczono donosy więźniów – konfidentów. Nie istnieją też akta jego sprawy kontrolno-śledczej ani protokół rozprawy, na której usłyszał wyrok śmierci. Zachował się jedynie list Zaleskiego:

Piotr Herman – skazany na 2,5 roku za niedoniesienie na syna, Tadeusza, uczestniczącego w powstaniu. Zmarł w więzieniu w Tarnopolu

Ufam, że sprawiedliwy Sąd Radzieckiego Związku od kary mnie uwolni, a ja ze swej strony będę się starał wykrywać i wydawać w ręce sprawiedliwości wrogów klasy pracującej, którzy po dzień dzisiejszy kryją się pod różnymi płaszczykami, korzystając z rozmaitych stanowisk. Proszę uprzejmie Gr[-ażdanina – przyp. SJM] Prokuratora o zarządzenie dodatkowego przesłuchania mnie, ponieważ mam jeszcze do zeznania, czego nie zeznałem w czasie rozprawy z uwagi na stan psychiczny, w jakim się znajdowałem. Proszę uprzejmie Gr[-ażdanina – przyp. SJM] Prokuratora o przychylne załatwienie mej prośby i darowanie mi tak ciężkiej kary, na którą nie zasłużyłem, gdyż nigdy nie byłem wrogiem Związku Sowieckiego i niczym nigdy nie zasłużyłem ani jednostce, ani całości potęgi ZSRS. W dowód wdzięczności za darowanie mi kary przyrzekam, że pójdę pracować na najniebezpieczniejsze placówki, jakie mi tylko zostaną powierzone, na których wytrzymam bez zawahania się najmniejszego44.

Na próżno szukać w aktach protokołu egzekucji. Nie wiadomo więc, czy faktycznie zapomniano o karze za nieudaną współpracę z powstańcami i wykorzystano strażnika Zaleskiego do współpracy na „najniebezpieczniejszych placówkach”.

Nastroje w społeczeństwie były nerwowe...

Datę 21 stycznia 1940 r. po raz pierwszy znalazłem w Instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku. Zbierając materiał do książki o emisariuszu Janie Karskim, chciałem jak najwięcej wiedzieć o łączności pomiędzy rezydującym we Francji rządem Rzeczypospolitej oraz Komendantem Głównym ZWZ a okupowanym krajem. Skłamałbym, pisząc, że nie zaskoczyła mnie informacja o powstaniu. Do dzisiaj posiadam, wśród tysięcy innych dokumentów, sprawozdanie Teodora Martyniuka, bowiem takim nazwiskiem legitymował się emisariusz Franciszek Moskal. Przepisałem go słowo po słowie:

W Czortkowie w woj. tarnopolskim w nocy z 27 na 28 stycznia45 około godziny II–ej wybuchło lokalne powstanie. Ja ze względu na metody i efekt końcowy nazwałbym to raczej „awanturą czortkowską”. Nastroje w społeczeństwie były nerwowe, spowodowane ciągłym filtrowaniem z Rumunii wiadomości o rzekomej obecności tam wojsk francuskich i polskich. Jeden z oficerów, podobno nawet nie wyższych (kapitan) zorganizował w przeciągu niespełna dwóch tygodni komitet dla przygotowania powstania, które miało wybuchnąć równocześnie w całej Małopolsce 2 II 194046.

Przygotowania do owego powstania nie były bardzo tajne, także ze względu na to, że samo kierownictwo mogłoby się w niedługim czasie samo zdekonspirować – przyspieszono wybuch. Z powodu nienależytego przygotowania powstał w mieście niesamowity chaos i żaden z zamierzonych celów nie został osiągnięty (zdobycie koszar, więzienia i dworca). Po około dwugodzinnej bezcelowej strzelaninie, w której brało udział dużo osób niewtajemniczonych, „powstanie” się zakończyło. Skutek był taki, że zamordowano dziewięciu bolszewików47 i że w dwóch następnych dniach NKWD aresztowało przeszło 600 osób z Czortkowa i okolicznych wiosek48. Dziwię się, że ZWZ nie dowiedziało się wczas o tym, co było niemal publiczną tajemnicą, i nie oszczędziło setek aresztowanych49.

Dwa dni później zgłosiłem temat Bolesławowi Wierzbiańskiemu, szefowi „Nowego Dziennika”. Nie spodziewałem się, że poszukiwania będą trwały ponad dwanaście lat. W tym czasie udało się uzyskać dostęp do zamówionych w Moskwie i Kijowie kilkunastu tysięcy stron dokumentów o polskich konspiracjach na terenach Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi50. Z GARF-u w Moskwie (Gosudarstviennyj Arhiv Rossijskoj Fiedieracyi, czyli Państwowego Archiwum Federacji Rosyjskiej) przywiozłem zeznania aresztowanych i sądzonych Polaków, w Instytucie Sikorskiego w Londynie i w instytucie w Stanford znalazłem relacje uczestników powstania.

Władysław Kaczan – uczestnik powstania. Fotografia wykonana w 1995 r. podczas uroczystości 50. rocznicy zakończenia II wojny światowej

Po pierwszych „ostrożnych” spotkaniach zdecydowali się ze mną korespondować i rozmawiać Polacy, którzy przed wojną i w czasie okupacji mieszkali na Kresach. Pomogło opublikowanie artykułów w nowojorskim „Nowym Dzienniku”51 i w „Tygodniku AWS”52. Moje prywatne archiwum zaczęło pęcznieć od fotografii, dokumentów, relacji i... następnych adresów. Kwerendy w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej i archiwum „KARTY” pozwoliły nie tylko poszerzyć moją wiedzę, ale i pozyskać unikatowe materiały. W styczniu 2005 r. w krakowskim Pałacu Sztuki została otwarta fotograficzno-dokumentalna wystawa „Powstańczy zryw w Czortkowie w styczniu 1940 roku”. Przyjechał ze Szkocji Władysław Kaczan, emerytowany lotnik RAF-u, jeden z trzech żyjących jeszcze wówczas uczestników powstania. Z Krakowa wystawa pojechała „w Polskę”.

Pułkownik „Prawdzic” melduje z Bukaresztu

Informację o „setkach aresztowanych” znalazłem w raporcie sporządzonym na podstawie rozmowy z Włodzimierzem Boronieckim, absolwentem czortkowskiego gimnazjum. Dziesiątego lutego 1940 r. Boroniecki przedarł się przez granicę sowiecko-rumuńską z informacjami o wydarzeniach, jakie miały miejsce na terenie okupacji rosyjskiej. Z przekazanej przez uciekiniera relacji skorzystał płk Stanisław Rostworowski „Prawdzic”, w kwietniu 1940 r. meldując gen. Kazimierzowi Sosnkowskiemu o szczegółach „akcji dywersyjnej w okręgu lwowskim ZWZ”53. Wyliczał akty sabotażu: uszkodzenie destylarni w Drohobyczu, wiercenie dziur w cysternach, wykolejenie pociągu pod Borszczowicami oraz domagał się zgody na zniszczenie węzłów w Podwołczyskach i Husiatynie, „ażeby w ten sposób odciąć komunikację ZSRS z okupacją”54. Wnioskował również prowadzenie „dalszej drobnej dywersji w terenie dla – jak argumentował – podtrzymania ducha”, a powstanie określał jako „akcję, która mimo że się nie udała, wywarła jak najlepsze wrażenie na ludności”55.

Wysyłając do Komendy Głównej ZWZ meldunek z przytoczonym wyżej zdaniem, „Prawdzic” nie wiedział – bo wiedzieć nie mógł – o wyrokach śmierci kilka miesięcy później ferowanych w Tarnopolu, Odessie, Kirowogradzie. Nie zaryzykowałby zapewne słów o „jak najlepszym wrażeniu”, gdy do rodzinnego miasta dotarła wiadomość o dwudziestu pięciu wyrokach śmierci i pięćdziesięciu czortkowiakach skazanych na wieloletni pobyt w łagrach.

We wspomnianym meldunku płk Rostworowski wymienia m.in. aresztowanych: „Grzegorza”, „Albina”, „Huberta”, „Zenona” i „Piotra”56. To ważna informacja dla każdego, kto chciałby pisać o utworzeniu w Czortkowie zrębów późniejszego inspektoratu ZWZ-AK. Rozszyfrowanie tych pseudonimów potwierdza obecność w szeregach powstańczych m.in. Tadeusza Grądalskiego („Grzegorz”), Klotylda Atamaniuka („Albin”), Adama Zgody („Zenon”), Tadeusza Hermana („Hubert”), Kazimierza Plecana („Piotr”). Sądzeni w Tarnopolu i Odessie z wyrokami od ośmiu do dziesięciu lat zostali wysłani do poprawczych obozów pracy w ZSRS. Pojechali tam jako żołnierze dwóch konspiracyjnych organizacji: ZWZ-AK i tej drugiej, stworzonej przez „Gizka” Malawskiego.

Straty poniesione w 1940 r. nie powstrzymały mieszkających w Czortkowie rówieśników „Gizka” przed ponownym podjęciem walki z okupantem, tym razem niemieckim. W wielkim powstaniu w 1944 r. mieli wziąć udział żołnierze wszystkich struktur oraz oddziałów, brygad i dywizji partyzanckich AK.

O służbie w największej w Europie armii podziemnej i cenie, jaką konspiratorzy płacili za swoją odwagę, opowiada księga, którą trzymają Państwo w rękach.

1 Raport nr 322/BŁ Ławrientija Berii do Józefa Stalina, Wiaczesława Mołotowa i Klimenta Woroszyłowa o wypadkach w Czortkowie, w: Polskie podziemie na terenach Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w latach 1939 –1941, Warszawa-Moskwa 2001, s. 257.

2 Uzasadnienie wyroku Sądu Obwodowego w Odessie z 30 września 1940 r. AIPN UI/400/F.

3 C.K. Grzelak, Kresy w czerwieni, Warszawa 2001, s. 319.

4 J. Abramow-Newerly, Granica sokoła, Warszawa 1995, s. 38.

5 C.K. Grzelak, Kresy w czerwieni, op. cit., aneks.

6 Szyfrogram nr 44 W. Mierkułowa i I. Sierowa do NKWD ZSRS, w: Polskie podziemie.., op. cit., s. 175.

7Ibidem, s. 157.

8Ibidem.

9 Relacja Jana Tokarskiego w zbiorach S.M. Jankowskiego.

10 Relacja w zbiorach S.M. Jankowskiego.

11Polskie podziemie..., op. cit., s. 187.

12Ibidem, s. 205.

13Ibidem, s. 193.

14Ibidem, s. 192.

15Ibidem, s.179.

16Ibidem, s. 190, 191.

17 Imię lub pseudonim „Michał” znaleziono tylko w: Notatka II Oddziału GIGB NKWD ZSRS dotycząca polskiego podziemia w zachodnich obwodach USRS i BSRS, luty 1940, w: Polskie podziemie.., op. cit., s. 261.

18 Protokół przesłuchania Bolesława Witkowskiego z 24 stycznia 1940 r., AIPN AIPN U1/414/F.

19 Relacja Stanisława Muszyńskiego, w: P. Młotecki, Powstanie w Czortkowie, „Karta” 1991, nr 5, s. 33.

20 Relacja Władysława Kaczana w zbiorach S.M. Jankowskiego.

21 Relacja Bronisława Łozińskiego, w: P. Młotecki, Powstanie w Czortkowie, op. cit., s. 30, 31.

22Ibidem, s. 32.

23Ibidem, s. 33.

24 Protokół przesłuchania Józefa Pelczara, AIPN UI/414/F.

25 Protokół przesłuchania Włodzimierza Kaczana AIPN/ UI /419/F.

26 P. Młotecki, Powstanie w Czortkowie, op. cit., s. 31, 32.

27 Protokół przesłuchania Tadeusza Schodnickiego, AIPN UI/393/F.

28Ibidem.

29Ibidem.

30 Protokół przesłuchania Leona Banduryka, AIPN UI/414/F.

31 Protokół przesłuchania Michała Hena, AIPN UI/416/F.

32Ibidem.

33 W innych przesłuchaniach i relacjach mówi się o jednym sanitariuszu, który współpracował z powstańcami przy opanowaniu szpitala i podaje się nazwisko Kajstura. Protokół przesłuchania Włodzimierza Żuka, AIPN UI/457, w: Polskie podziemie..., op. cit., s. 1167.

34Ibidem, s. 1168.

35 Protokół przesłuchania Józefa Bronisława Żymierskiego z 29 lutego 1940 r., w: Polskie podziemie..., op. cit., s. 869.

36Ibidem, s. 871.

37 Uzasadnienie wyroku Sądu Obwodowego w Odessie, AIPN UI/415/56, s. 1.

38Ibidem, s. 4.

39Ibidem, s. 5.

40 Na podstawie relacji Zygmunta Krzyżanowskiego, Hamilton, 17 marca 2000.

41 Relacja Władysława Kaczana, Kraków, 24 stycznia 2005.

42 Protokół przesłuchania Aleksandry Wasilewskiej, AIPN UI/412/F.

43 Wyrok Sądu Obwodowego w Tarnopolu w procesie Aleksandry Wasilewskiej, AIPN UI/409/F.

44 List Władysława Zalewskiego z prośbą o ułaskawienie z 1 listopada 1941 r., AIPN UI/409/F.

45 Błąd. Powstanie wybuchło w nocy z 21 na 22 stycznia 1940 r.

46 W tym czasie nie planowano powstania w „całej Małopolsce”.

47 Zginęło 3 żołnierzy Armii Czerwonej, a 3 zostało rannych.

48 Dostępne jak dotąd źródła sowieckie podają informację o aresztowaniu 128 osób. Przygotowując cytowane sprawozdanie, emisariusz korzystał z informacji pochodzących z niekompetentnych źródeł i relacji o wątpliwej wartości. Moskal dotarł z Paryża do kraju 5 stycznia 1941 r., a więc prawie dwanaście miesięcy po powstaniu.

49 Fragment sprawozdania Franciszka Moskala vel Teodora Martyniuka, w: Archiwum Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP, teczka Wydziału Społecznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, sygn. XIV/1.

50 Dokumenty udostępnione przez Centralne Archiwum Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej oraz Państwowe Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy – nigdy wcześniej nieujawniane – umożliwiły dwujęzyczne wydanie sześciu tomów dokumentacji dotyczącej dziejów polskiego podziemia na Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Białorusi w latach 1939–1941, zob. Polskie podziemie na terenach Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w latach 1939 –1941, Warszawa-Moskwa 2001.

51 S.M. Jankowski, Kulisy powstania w Czortkowie, „Przegląd Polski”, dodatek do „Nowego Dziennika”, 22 maja i 2 czerwca 2000.

52 S.M. Jankowski, Cztery pistolety, bagnet i szabla, „Tygodnik AWS” nr 6, 6 lutego 2000.

53 Meldunek 392 z 5 kwietnia 1940 r. w: Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945, t.6. Uzupełnienia, Londyn 1989, s. 45, 46.

54Ibidem.

55Ibidem.

56 Pseudonimy rozszyfrowane w: Armia Krajowa w dokumentach 1939–1945, t. 6. Uzupełnienia, Londyn 1989.

Wojna miała trwać niedługo...

Początki Polskiego Państwa Podziemnego

Anna Gabryś

Maszerujący polscy jeńcy. Okolice Gorlic, wrzesień 1939 r.

„Dla polskiego ruchu oporu charakterystyczne są dwa zjawiska: konspiracja i powstanie. (...) Dzięki konspiracji można żyć własnym życiem poza jawną rzeczywistością, którą określa »okupant«. Konspiracja obejmuje wszystkie dziedziny życia państwowego i narodowego, od nielegalnego aparatu państwowego do niepozornej podziemnej akcji opiekuńczej włącznie”1 – tymi słowami opisał polski ruch oporu niemiecki oficer Reinhard Gehlen w raporcie złożonym u schyłku wojny najprawdopodobniej Heinrichowi Himmlerowi. Dzisiaj podejrzewa się, że Gehlen chciał wykazać dowództwu SS niemożność wykorzystania polskiego modelu konspiracji. Przypadkiem zaś celnie opisał zjawisko, którego nie potrafią zrozumieć obcokrajowcy przyglądający się historii Polski, szczególnie okresowi II wojny światowej. Polacy wiedli bowiem podwójne życie: jedno w konspiracji, a drugie oficjalne, ujęte w ramy ścisłych zarządzeń obu okupantów. Co więcej, ta kompleksowość nie była ograniczona do eskapistycznych fantazji, ale realizowała się w pełnowymiarowym projekcie pod nazwą „Państwo”.

Polskie Państwo Podziemne i Armia Krajowa, jako jego zbrojne ramię, są przykładem walki o wolność wszelkimi dostępnymi metodami, w tym na drodze zbrojnej, w liczbie uczestników przekraczającej wyobrażenia. W kulminacyjnym momencie (w połowie 1944 r.) członkiem tej militarnej formacji działającej w konspiracji był nawet co dziesiąty obywatel okupowanego kraju. AK, licząca wówczas trzysta – trzysta osiemdziesiąt tysięcy członków (według różnych szacunków), skupiała w szeregach więcej żołnierzy niż Wojsko Polskie w czasie pokoju. Praktycznie każdy z akowców wstąpił do tej formacji ochotniczo. Jak jakiekolwiek obce siły mogły się mierzyć z potęgą tej podziemnej organizacji? Czy zjawisko AK mogli zrozumieć obcy, szczególnie najeźdźcy, nawet tak przenikliwi, jak Gehlen?

Gdy wojna przychodzi za wcześnie

Wojna wybuchła w złym momencie dla Polski. Rozwój gospodarczy, dopiero co wpędzony w ruch po krachu z początku lat 30., właśnie nabierał tempa. Kwitła kultura – literatura, sztuki piękne, muzyka. W latach 1918–1939 zdążyło dorosnąć młode pokolenie, dla którego niepodległość była jedyną znaną formą istnienia państwa. Wraz z atakiem Niemiec 1 września 1939 r. i agresją Sowietów 16 dni później to młode państwo, ciągle „na dorobku”, zostało ponownie zmuszone do zejścia do podziemia. Na szczęście, obok młodzieży – dwudziestolatków wychowanych w duchu patriotycznym na powieściach Sienkiewicza i malarstwie Matejki – stali starsi, zaprawieni w pracy konspiracyjnej. Nauczeni na zajęciach praktycznych – w „Strzelcu”, bojówkach PPS, w Legionach, w harcerstwie – potraktowali okupację nie tylko jako sprawdzian swoich umiejętności, ale i powrót do ciągle żywych zachowań.

W pierwszej połowie września w środowisku żołnierskim panowało przeświadczenie, że atak niemiecki można powstrzymać. Te nadzieje rozwiało dopiero wkroczenie Sowietów, szczególnie w obliczu opuszczenia przez najwyższe władze terenu Polski i internowania przywódców państwa w Rumunii. Wrześniowe wydarzenia udowodniły, że nie wystarczy dobre wyszkolenie żołnierzy i olbrzymi zapał bitewny. Nowoczesna wojna opierała się w znacznie większym stopniu na technologii. O losach wrześniowej kampanii zdecydowała liczba czołgów, samolotów i wyposażenia, w tym broni. Klęska była trudna do zaakceptowania dla młodego społeczeństwa wychowanego w kulcie niepodległości, a przede wszystkim w uwielbieniu dla odrodzonego – i zwycięskiego w 1920 r. – Wojska Polskiego. Wtedy, jesienią 1939 r., mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że na jeden czołg polski przypada niemal pięć czołgów niemieckich i tyle samo samolotów niemieckich na jeden polski, choć przed wojną polscy piloci zdobywali pierwsze miejsca w międzynarodowych zawodach lotniczych.

Okolice Teatru Wielkiego w oblężonej Warszawie, w tle plakat propagandowy „Do broni!”, Warszawa, wrzesień 1939 r.

Tymczasem już pod koniec września wielu obywateli zmobilizowanych do udziału w walkach wróciło do rodzin, o ile nie trafili do licznych obozów jenieckich tworzonych przez obu okupantów. Przynieśli do domów doświadczenie wojny. Ten czas naznaczyły bezładne migracje ludności we wszystkich możliwych kierunkach – ewakuacje cywilów, władz, urzędów, masowa ucieczka na wschód przed zbliżającymi się Niemcami. Później powrót na zachód po wkroczeniu Sowietów... Pracownik krakowskiego banku Tadeusz Kudliński wspominał po latach, że 3 września polecono wszystkim zatrudnionym zebrać się w gmachu wraz z rodzinami i bagażami – czekała ich bowiem ewakuacja. Ostatecznie wieczorem tego samego dnia dyrektor powiadomił zgromadzonych, że jedynie „mężczyźni mają się ewakuować własnym przemysłem (...), dyrektywą oficjalną jest kierunek północno-wschodni”. Na drodze do Sandomierza zobaczyli, jak wygląda „oficjalna ewakuacja miasta”:

Jechały nawet wozy straży pożarnej wypucowane na połysk, i mniej efektowne – z Zakładu Oczyszczania Miasta, posuwały się wszelakie samochody ciężarowe z przeróżnymi dobytkiem, jak na przykład wanny miedziane z sanatorium krynickiego; także i zaprzęgi konne. Pierwszeństwa przejazdu domagały się sygnałami w rosnącym zagęszczeniu samochody osobowe wiozące oficerów i co lepszych obywateli cywilnych. Bokami szosy popychano obładowane ręczne wózki, nawet dziecinne, piechurzy szli pochyleni pod ciężarem tłumoków. Chmura kurzu przesłaniała ten żałosny obraz przypominający biblijny exodus2.

Tadeusz Kudliński, po pokonaniu pięciuset kilometrów (głównie na piechotę), dotarł do Równego przed 17 września. Na miejscu zastał więc jeszcze spokój... Powrócił ostatecznie do Krakowa i, jak wielu innych wrześniowych pielgrzymów, starał się nadążyć za wydarzeniami ostatnich tygodni:

Funkcjonariusze policji pomagają ludności cywilnej podczas nalotów na Warszawę, wrzesień 1939 r.

Dolegało poczucie haniebnej klęski, zawiodło dowodzenie wojskiem, zwłaszcza naczelne, oraz przygotowanie wojenne. Wstyd budziła rejterada wodza, prezydenta i rządu do Rumunii. Nieco nadziei wniosły oddziały wojska ocalałe od pogromu, które przeszły na Węgry i dalej. Szeptano o klęskach, ale także o męstwie załogi Westerplatte i gdańskiej poczty, o bohaterskiej obronie Helu (wszak bili się do 1 października!). Wspominano wielkie bitwy, jak samodzielna akcja Kleeberga z Armią „Polesie”, jak samorzutna obrona Warszawy. Ale przygnębiała znów kapitulacja stolicy, gdzie defiladę odbierał sam Hitler3.

Wkrótce Kudliński zaangażował się w działalność konspiracyjną – mimo klęski, a może właśnie z powodu klęski i doświadczeń września. Takich jak on, cywilów, było znacznie więcej. Ich droga do walki w podziemiu wyglądała inaczej niż droga zawodowych wojskowych. Wśród tych ostatnich brakowało bowiem gremialnego zapału do konspiracji, gdyż wybierali zgodną z etosem Wojska Polskiego walkę z otwartą przyłbicą. Przykładem innej postawy niech będzie mjr Henryk Dobrzański, znany pod pseudonimem „Hubal”. Przeszedł wkrótce do legendy – jak większość partyzantów – stając się symbolem oporu. Partyzantkę wybrał nie tylko on, ale i inne liczne oddziały, rozsiane po całej Polsce. „Jędrusiów” – zwanych tak od pseudonimu Władysława Jasińskiego, dowódcy oddziału partyzantów „Odwet” – można było spotkać na Mazowszu, na Podlasiu, na Lubelszczyźnie i w wielu innych rejonach kraju jeszcze w czasie kampanii wrześniowej. Działali również na terenach okupowanych przez Sowietów – w województwie nowogródzkim czy na Białostocczyźnie. Lokalne walki pozwalały miejscowej ludności wierzyć, że Wojsko Polskie ciągle bije się za Polskę, warto więc trwać w oporze mimo przewagi okupantów.

Oddział mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala” – jedyna jednostka, która nie zaprzestała walki po klęsce wrześniowej. W środku w białym szaliku mjr Hubal. Okolice Tomaszowa Mazowieckiego, przełom 1939/1940 r.

Upoważnienie datowane na 28 lutego 1940 r. podpisane przez dowódcę Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala”

O wolność naszą i... naszą

Pierwsze dni okupacji oraz zachowanie najeźdźców niewątpliwie wpłynęły na stopień zintensyfikowania aktywności konspiracyjnej. Między terenami zajętymi przez Niemców a ziemiami, do których wkroczyli Sowieci, szybko ujawniały się różnice. W tej drugiej strefie znacznie większe zaangażowanie przejawiali cywile popierający wprowadzenie nowej władzy (np. „spontanicznie” tworzący lokalne rady – sowiety). To także miało wpływ na społeczeństwo i jego potrzebę przeciwstawienia się okolicznościom. Najważniejszą potrzebą było jednak zaprowadzenie porządku. Maria Janion wspominała po latach:

Szybko się wtedy zorientowałam, że w czasie wojny najgorsza jest taka szczególna dezorientacja. Nie wiadomo, gdzie są nasi i co nasi robią. Są jakieś bombardowania, jakieś wiadomości o tym, że tu Niemcy weszli, a tam odstąpili, ale nie wiadomo, co to wszystko znaczy i czym się dla nas skończy4.

Dezorientacja i osamotnienie – poczucie opuszczenia przez sojuszników – zdominowały nastroje społeczne. „Francja w stanie wojny z Niemcami”, „Wojska francuskie wkroczyły do Zagłębia Saary”, „Lotnicy francuscy i angielscy w Polsce”, „Francuzi prą naprzód”, „Porty niemieckie zbombardowane przez lotników angielskich” – głosiły nagłówki dzienników polskich w pierwszych dwóch tygodniach wojny5. Oczekiwano stanowczych działań aliantów. Tymczasem Anglia i Francja wypowiedziały wprawdzie wojnę III Rzeszy, ale nie były w żaden sposób zobowiązane do wystąpienia także przeciwko ZSRS. W polskiej prasie zaś, ukazującej się w jeszcze nieopanowanych przez najeźdźców miastach, drukowano apele o to, by „pracować i żyć normalnie”6. Minister propagandy Michał Grażyński w wystąpieniu radiowym przedrukowanym w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” nawoływał: „jedna jest tylko droga: kto jest żołnierzem, musi walczyć na froncie, kto jest poza wojskiem, musi pracować na rzecz wojny”7. Wojna z dnia na dzień stawała się wojną nie o zwycięstwo, ale o honor. Nota redakcyjna w „Polsce Zbrojnej” przywoływała tradycje walk: „Wiekowa tradycja walk z hordami najeźdźców weszła nam w krew”8.

Jak wspominał Tadeusz Kudliński, Polacy byli rozczarowani zachowaniem najwyższych władz wojskowych. Poczucie wstydu musiało szczególnie dotkliwie doskwierać żołnierzom pragnącym dalej walczyć. Przyświecały im te same co zawsze, tradycyjne powody – każde pokolenie pragnęło dorównać legendzie, jaką były otaczane powstania narodowe, i marzyło o czci oddawanej nadal żyjącym powstańcom czy legionistom.

Niemiecki plakat propagandowy z 1940 r., przedstawiający brytyjskiego premiera Arthura N. Chamberlain’a na tle zbombardowanej w 1939 r. Warszawy

Konspiracja naturalna dla tego społeczeństwa, potrzeba porządku i chęć walki zgodna z tradycją oręża polskiego oraz umiłowanie wolności – tak można określić podstawy, z których wyłaniało się Polskie Państwo Podziemne. Przyświecał mu cel odzyskania niepodległości, choć, wedle słów Władysława Sikorskiego przytoczonych przez Jana Karskiego, chodziło nie tylko o niepodległość, „ale także o nowoczesne, demokratyczne państwo europejskie, które zagwarantuje obywatelom polityczne swobody i postęp społeczny”9.

Bez względu na niekorzystną sytuację na frontach września, bez względu na opuszczenie granic kraju przez najwyższe władze Rzeczypospolitej, do takiej czy innej formy walki garnęły się zastępy młodzieży i starszych Polaków. Sam zapał społeczny jednak nie wystarczał, konieczna była także organizacja i, przede wszystkim, zaplecze polityczne, które sterowałoby działaniami militarnymi. I to zarówno tymi o charakterze otwartym – dopiero 28 września skapitulowała Warszawa, a w niektórych częściach kraju nadal trwały walki – jak i prowadzonymi w konspiracji. A wojna miała trwać niedługo...

Mężczyzna w rogatywce z zerwanym orłem, Warszawa, wrzesień 1939 r.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 J. Rydel, Polska konspiracja i ruch powstańczy w świetle tzw. Raportu Gehlena, w: „Burza” w Polsce Południowej, Materiały Komisji Historycznej nr 33, Polska Akademia Nauk Oddział w Krakowie, Kraków 1996, s. 49 i n.

2 T. Kudliński, Starość nie radość, Kraków 1992, s. 34, 35, 38.

3Ibidem, s. 65.

4Maria Janion o początku wojny, Klęska jest klęską, w rozmowie z Kazimierą Szczuką, „Gazeta Wyborcza”, 31 sierpnia 2009, http://wyborcza.pl/1,97737,6977769,Maria_Janion_o_poczatku_wojny__Kleska_jest_kleska.html#ixzz3hfoia6TL, dostęp: 12.07.2015.

5 Wybór z dzienników: „Chwila”, „Czas”, „Dziennik Powszechny”, „Express Poranny”.

6 Rozkaz Naczelnego Wodza dla ludności cywilnej, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nr 248, 10 września 1939.

7 „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, nr 248, 10 września 1939. Michał Grażyński objął tekę ministra propagandy 2 września 1939 r.

8 „Polska Zbrojna”, nr 259, 18 września 1939.

9 J. Karski, Tajne państwo. Opowieść o polskim Podziemiu, Warszawa 2004, s. 113.

„Jesteśmy w służbie sprawy nadrzędnej”

Kluczowe postaci Armii Krajowej

Marek Gałęzowski

Kapitulacja Powstania Warszawskiego. Na pierwszym planie: w kapeluszu i z opaska na rękawie gen. Tadeusz Komorowski „Bor”, obok oficer niemiecki mjr Kurt Fischer

Dostępne w wersji pełnej

Jak przetrwać, to tylko w podziemiu!

Życie w konspiracji

Sebastian Pawlina

Hubert Brooks, jeden z zestrzelonych lotników alianckich działający w 1 Pułku Strzelców Podhalańskich AK, Inspektorat Nowy Sącz. Zdjęcie wykonano w Gorcach

Dostępne w wersji pełnej

Walcząc bez broni

Propaganda i prasa Armii Krajowej

Grzegorz Mazur

Tytuły polskiej prasy podziemnej

Dostępne w wersji pełnej

„Nie należy szczypać szwaba, lecz bić pięścią w mordę!”

Słynne akcje Armii Krajowej

Wojciech Königsberg

Partyzanci pozują do zdjęcia stojąc na wykolejonej lokomotywie. Fotografia wykonana prawdopodobnie w czasie działań partyzanckich na Zamojszczyźnie, 1944 r.

Dostępne w wersji pełnej

Trzymajcie się, idziemy po was!

Odbijanie więźniów

Sebastian Pawlina

Napis na tablicy ogłoszeniowej wykonany przez harcerzy z organizacji „Wawer”. Warszawa 1942–1944 r.

Dostępne w wersji pełnej

Wąglik, wszy i prostytutki

Najbardziej nietypowe metody walki z okupantem

Rafał Kuzak

Hodowla wszy. Państwowy Zakład Higieny w Warszawie, wrzesień 1943 r.

Dostępne w wersji pełnej

W sieci wywiadów

Oddział II KG AK w walce z III Rzeszą

Kacper Śledziński

Brytyjski model rakiety V-2. Alianci poznali ich budowę dzięki dokonaniom wywiadu Armii Krajowej

Dostępne w wersji pełnej

Morowe panny

Kobiety z Armii Krajowej

Anna Herbich

Nauka strzelania. 1 Pułk Strzelców Podhalańskich AK, Inspektorat Nowy Sącz. Zdjęcie wykonano w Gorcach

Dostępne w wersji pełnej

„Bo my, proszę pana, po prostu dziurkowaliśmy ludzi”

Likwidatorzy z Armii Krajowej

Wojciech Lada

Pchor. Stefan Skarżyński, członek siatki konspiracyjnej AK celuje z pistoletu. Wileńszczyzna, maj-czerwiec 1944 r.

Dostępne w wersji pełnej

Mieliśmy bardzo mało broni...

Arsenał Armii Krajowej

Michał Mackiewicz

Partyzanci Samodzielnego Batalionu Partyzanckiego „Skała” AK krakowskiego Kedywu (nieznani z nazwisk). Zdjęcie wykonano prawdopodobnie w zaaranżowanym w stodole atelier fotograficznym

Dostępne w wersji pełnej

„Na zawsze wierni tylko Polsce”

Rozwiązanie Armii Krajowej

Dawid Golik

Dowództwo 5 Wileńskiej Brygady AK w marszu. Od lewej: rtm. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, NN, NN, NN, NN, ks. Aleksander Grabowski „Ignacy”, ppor. Wiktor Wiącek „Rakoczy”, NN, NN, por. Grabowski „Pancerny”, ppor. Sergiusz Sprudin. Wileńszczyzna, 1944 r.

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Śladem powstańczych legitymacji

Stanisław M. Jankowski

Upadek Powstania Warszawskiego. Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji

Dostępne w wersji pełnej

Komentarz

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium

Wybrane daty z historii

Polskiego Państwa Podziemnego

Dostępne w wersji pełnej

Noty biograficzne autorów

Dostępne w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Indeks

Dostępne w wersji pełnej

Źródła ilustracji

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Aleksander Czyż

Opieka redakcyjna

Ewelina Olaszek

Wybór ilustracji

Ewelina Olaszek, Mateusz Świercz

Opracowanie ilustracji

Piotr Poniedziałek

Mapy i infografiki

Adam Pietrzyk

Korekta

Aleksandra Ptasznik

Grażyna Rompel

Kalendarium

Małgorzata Urszula Fortuna

Indeks

Tomasz Babnis

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-240-3431-4

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, 2015. Printed in EU

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czechy północne. Travelbook. Wydanie 3 Górny Śląsk, Jura i Podbeskidzie. Wycieczki i trasy rowerowe. Wydanie 2 Informatyka ekonomiczna. Teoria i zastosowania Polscy bogowie wojny Gorzka czekolada Tom 2. Nowe opowiadania o ważnych sprawach F**k plastik.101 sposobów jak uwolnić się od plastiku i uratować świat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej