Modni

Modni

Autorzy: Karolina Sulej

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 23.88 zł

Moda w demokratycznej Polsce zaczęła się na bazarach – najpierw były tak zwane ręczniaki, następnie „szczęki”, a po kilku latach powstały małe butiki. Potem przyszły sieciówki i galerie handlowe, w których moda z metką: „Made in Poland” nie znalazła miejsca.

Łódzki Fashion Week czy warszawskie targi Moustashe i Hush to nowe inicjatywy, dzięki którym okazało się, że polską modę można kupować i traktować jako część kultury.

Dziś polska moda jest modna. Polskie marki są modne. Co to znaczy? Ta książka to historie o życiu i pracy projektantów mody, którzy chcieli i chcą – na różne sposoby – ubierać Polskę.

Polska moda ma charakterek. Jest trochę cwaniacka, z odgapianiem i zbyt jawnymi „inspiracjami”. Trochę masowa i podążająca za gustem tłumu. Czasami jednak ocierająca się o geniusz. Na przykład kiedy próbuje znaleźć takie rozwiązanie, które zadowoli wszystkich: dziewczynę, która szuka bluzki takiej, jaką ma jej koleżanka, i wymagającą panią chcącą wyglądać najbardziej oryginalnie, jak się da. Karolina pisze o pomijanej części polskiej kultury, kojarzonej z fatałaszkami i targowiskiem próżności. A przecież to, jak wyglądamy, jak stwarzamy swój obraz jest częścią społecznego tańca. Zbyt ważnego, aby o nim nie myśleć.

Sylwia Chutnik

„Polska moda jest jak polska demokracja. Dopiero stara się siebie wymyślić”, mawia Ania Kuczyńska. I o tym jest ta książka. Karolina Sulej wybrała modę, by opowiedzieć o czasie transformacji. Nie ma tu czarów, że Polska jest światowym centrum mody, ani hołdu dla fasonów, choć jest sporo czułości dla ich twórców. W sylwetkach projektantów odbija się droga, którą pokonała polska moda od szczęk na Placu Defilad do Instagramu i paryskiego wybiegu. Ciekawe!

Aleksandra Boćkowska, dziennikarka, autorka książki „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”

Pisano o kontuszach, pisano o Hofflandzie, ale najnowszą historią polskiej mody (a więc „mody na wolności”) zajęła się dopiero Karolina Sulej. Czas był najwyższy, a autorka mogła przy okazji pokazać swój dziennikarski pazur. Jej dociekliwe, barwne, ostro uchwycone portrety projektantów składają się na opowieść o tym, jak się w Polsce ubieramy od czasów transformacji ustrojowej – i kto za tym stoi. Z jednej strony widać, że nie mamy powodów do kompleksów. Z drugiej, i to książka Karoliny Sulej pokazuje bardzo trafnie, to właśnie kompleksy, aspiracje i niedobory kształtowały przez lata nasz polski styl.

dr Justyna Jaworska IKP UW

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Viola Śpiechowicz

Lidia Kalita

Joanna Klimas

• Fotografie (1)

Tomasz Ossoliński

MMC

Maciej Zień

Ewa Minge

• Fotografie (2)

Arkadius

Monika Jakubiak

Paprocki i Brzozowski

Gosia Baczyńska

• Fotografie (3)

Ania Kuczyńska

PROSTO

Maldoror

Blessus

• Fotografie (4)

Dream Nation

RISK

Local Heroes

Studentki

• Fotografie (5)

Podziękowania

Projekt graficzny

PEKAESZ

Wydawca

Magdalena Hildebrand

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Fotoedytor

Zuzanna Szamocka

Redakcja

Anna Suligowska-Pawełek

Korekta

Marzenna Kłos

Jadwiga Przeczek

Copyright © by Karolina Sulej, 2015

Copyright © for this edition by Świat Książki Sp. z o.o., 2015

Świat Książki

Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-095-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Najpierw, w latach osiemdziesiątych, jego ubrania sprzedawano „na ręczniaku” w Rembertowie. Potem otworzył sklep w przejściu podziemnym pod hotelem Forum w Warszawie, a następnie, na początku lat dziewięćdziesiątych, cztery stoiska z konfekcją na stadionie. Kilka lat później prowadził butiki na jednej z najbardziej prestiżowych ulic stolicy.

Lubi o sobie mówić, że był przeszywaczem. „Twórczo korzystał” z cudzych pomysłów, szukał inspiracji w różnych magazynach, kolekcjach, tak żeby jego projekty spodobały się spragnionemu nowych ubrań i nowej mody pokoleniu politycznego przełomu. Dziś pracuje w zupełnie innej branży i odmawia podania prawdziwego imienia i nazwiska do tekstu. Mówi, że mogę nadać mu imię Włodzimierz. Niech więc będzie.

Jak pociesza mnie farbowany pan Włodzimierz – przecież najważniejsze, żeby napisać prawdę o modzie.

Pantera z fifką

Pamięta, że do handlu ciągnęło go od zawsze. Ubraniami zainteresował się z powodu dżinsów wujka. Przywoził prawdziwy denim ze Stanów.

– Dżinsy w tamtych czasach były jak dziś torebka Louis Vuitton. Każdy marzył i oszczędzał na te z Peweksu.

Wylądował na studiach w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Zajęcia z ekonomii socjalizmu okazały się jednak ponad jego wytrzymałość.

– Profesor mówił nam: „W komunizmie chodzi o to, że sami musicie wiedzieć, jakie jest poczucie wartości waszej pracy. Czy należy wam się telewizor kolorowy, czy może tylko produkty spożywcze?". To był jakiś idiotyzm.

Rzucił uczelnię. Postanowił ukierunkować swoją przedsiębiorczość i wybrać sobie specjalizację. Padło na sektor odzieżowy. Jak tłumaczy – szkoła, leczenie były darmowe, samochód uchodził za luksus, podróżowało się rzadko, więc co miesiąc znajdowały się pieniądze na ubrania i każdy chciał mieć coś nowego.

Postanowił zacząć od produkcji bluz. Kupił je w sklepie wojskowym spod lady. Proste, z bai, czyli grubszej flaneli. Farbował je na granatowo, a na to nakładał nadruk. W nadruku musiało być logo. Znalazł producenta proporczyków, który zgodził się, że zrobi mu z filcu specjalną prasowankę w formie napisu LEE, z takim małym „r” w kółeczku. Gotowe bluzy zabrał na bazar w Rembertowie. Wtedy najbardziej popularny bazar w Polsce. Ubrania trzymało się na przedramieniu, żeby je odpowiednio zaprezentować klientowi. Jak wspomina pan Włodzimierz, wszystko schodziło od razu.

Po bluzach przyszły T-shirty. Też z napisem LEE albo z Różową Panterą, która pali papierosa w cygaretce. Koszulki można było farbować na wszystkie kolory, nawet nierówno. W domu pana Włodzimierza stały więc kubły z farbującą się bawełną.

Potem pan Włodzimierz poznał kogoś, kto miał papiery krawieckie – mógł legalnie zajmować się szyciem. Na jego nazwisko otworzył firmę. Powoli nawiązywał też coraz więcej znajomości. Panie z Domów Towarowych Centrum odkładały mu tkaniny. Najczęściej surówkę z Rosji, która zbiegała się w praniu, ale i tak się kupowało, najwyżej potem robiło się z niej o rozmiar większe ubrania. A jak surówki nie było, prześcieradła też się nadawały. Tkaninę rozwoziło się po „chałupniczkach” – krawcowych, które szyły po domach. Panu Włodzimierzowi zdarzało się samemu przyszywać guziki. Pamięta, że nawet kiedy odwiedzali go znajomi, rozmawiał, jadł, pił z nimi, ale wciąż niezmordowanie przyszywał.

Po koszulach przyszedł czas na kurtki. Kupowało się ortalion, taki od namiotów, watolinę, futro, grubą podszewkę w panterkę i wychodziły super kurtki, nazywane Alaska.

– Wszyscy, którzy budowali stadion, właśnie w nich chodzili – mówi pan Włodzimierz.

Watolinę załatwiało się na przykład od firmy Bostal z Radzymina, mieli tam maszynę do ociepliny lateksowej. Za parę złotych odkładano panu Włodzimierzowi materiał.

W końcu otworzył własną szwalnię. Maszynę, owerlok, kupił za siedemset dolarów. Maluch kosztował wtedy w Peweksie dziewięćset. Lokal był malutki – trzydzieści metrów, na których ledwo mieściło się dwadzieścia osób. Szwaczki żartowały, że o przyjęciu do pracy powinna decydować tusza.

Wszyscy w Staszkach

Mimo niesprzyjających warunków produkcja szła. Pan Włodzimierz postanowił otworzyć własny sklep. Na razie skromnych rozmiarów. Handlarze z łóżek polowych w przejściu podziemnym przy hotelu Forum dogadali się z miastem, że mogą sobie pobudować małe pawiloniki – muszą tylko płacić czynsz, opłacić światło, ochronę i utrzymanie. Chętnie je potem wynajmowali. Lokale miały około dwunastu metrów kwadratowych, dwa metry wysokości. Pan Włodzimierz wynajął.

Koszulki i bluzy poszły w odstawkę. Teraz szyło się garsonki, płaszcze, czyli tak zwaną ciężką konfekcję, i sukienki. Płacić za lokalizację trzeba było słono, ale miejsce było tego warte. Pan Włodzimierz pamięta, że jednego dnia potrafił sprzedać około siedemdziesięciu płaszczy i ze sto sukienek.

– Ludzie kupowali bez przymierzania, wyrywali sobie z rąk. Nieważne, jaki kolor i rozmiar, byle mieć.

Płaszcze były przeróżne, wszystkie powstawały jako kopie – czasem podrasowane, czasem zupełnie nieprzetworzone – znanych już wzorów. Płaszcz, który pan Włodzimierz skopiował z Telimeny, nawet nazwał sobie Telimena. Na inny mówił – Gumowy, na jeszcze inny, skopiowany z Mody Wrocław – Futerko. Płaszcz Futerko sprzedawał się najlepiej.

– Wtedy, jak ktoś coś miał, od razu chcieli to wszyscy. Odwrotnie niż dziś, kiedy każdy chce się wyróżniać.

Kilka lat później pan Włodzimierz otworzył cztery punkty sprzedaży na stadionie. Był początek lat dziewięćdziesiątych. Z uśmiechem wspomina jedną z klientek, która po męskie płaszcze przyjeżdżała specjalnie z Ałma-Aty, najpierw samolotem towarowym do Kijowa, a potem czterema autobusami. Brała te płaszcze tysiącami.

– Ten model akurat nazwaliśmy Staszek – wspomina. – Szyły nam go szwaczki w dawnej Korze. Prosty, reglanowy, mały kołnierzyk, dwie patki, pasek i kieszenie. Jak pokazywali w telewizji pierwsze wybory w Czeczenii, patrzę, a tam wszyscy w naszych Staszkach. Wygrani, przegrani, wyborcy.

Sprzedaż tekstyliów na Stadionie Dziesięciolecia była ogromna, jednak gdy lata stadionowej prosperity zaczęły przemijać, pan Włodzimierz doszedł do wniosku, że czas zacząć coś nowego, bardziej eleganckiego. Warszawa nie chciała już kupować na bazarze. Powstawały nowe sklepy, gdzie trzeba było dostarczać bardziej wyrafinowany towar. Wymyślił więc najpierw nową metkę dla swoich projektów, a potem nowe lokalizacje. Już nie handlował na Stadionie, a w samym centrum stolicy.

Polacy jednak wcale nie chcieli spacerować ulicami w poszukiwaniu kolejnych butików. W Polsce bowiem zaczęły powstawać zupełnie nowe bazary – z obfitością zagranicznych marek i kawą latte do kompletu. Galerie handlowe nie zamierzały przyjmować w swoje progi polskich sklepów, to były dla nich – jak mówi pan Włodzimierz – „dzikie kaczki”, za którymi nie stały duże pieniądze, masowa produkcja czy popularne logo. Jeśli nawet trafiały na parter czy piętro jakiegoś hipermarketu, zamykały się z powodu braku zainteresowania klientów. Ludzie woleli wybrać się do H&M czy Zary. Chcieli wydawać dużo, ale spacerować w cieple, komforcie, wśród zagranicznych nazw.

Po kilku latach walki o klienta zrozumiał, że musi pogodzić się z faktem, że z galeriami nie wygra. Nawyk kupowania w pojedynczych butikach zaniknął. Włodzimierz zajął się więc gastronomią. Powodzi mu się świetnie, ale podkreśla, że praca z ubraniami miała w sobie szczególną magię. Jak twierdzi, myślał jednak wtedy za bardzo handlowo, a dziś wie, że o modzie trzeba myśleć także autorsko.

Moda na modę

Podobno mamy modę na modę. Owszem, zainteresowanie jest, odbiorcy są, prasa też, ale brakuje przemysłu, pieniędzy na jego rozwój i godne wynagrodzenie dla pracowników. Zniknęło gdzieś zrozumienie dla zawodów związanych z produkcją odzieży, nawet zawód projektanta jest przez wielu uznawany za fach czarnoksiężnika. Dopiero w ostatnich latach udało się wyrwać modę z rubryk pism tabloidowych, teraz należy podjąć starania, aby ją umieścić w kontekście polskiej kultury. Mam nadzieję, że ta książka w tym pomoże. Lista projektantów, jaką sporządziłam, nie jest kompletna ani do takiej nie pretenduje. To subiektywny wybór dokonany w celu przyjrzenia się polskiej obyczajowości, demokracji, gustowi – poprzez zaprezentowanie prywatnych i zawodowych sylwetek ludzi, którzy są najczęściej odruchowo kojarzeni z modą – projektantów mody.

Po roku rozmów z moimi bohaterami nakreśliłam ich portrety, które składają się z ich własnych słów wypowiedzianych przez nich teraz i w przeszłości, a także moich słów oraz dawnych pytań moich kolegów po fachu. Jeśli projektanci chcieli, abym rozmawiała tylko z nimi, godziłam się na to. Jeśli wskazywali na bliskich czy współpracowników jako na ważne osoby w ich życiu, pytałam także ich.

Nie chciałam uprawiać krytyki mody i mówić, co jest moim zdaniem piękne, a co nie. Chciałam tylko pokazać to, co moim zdaniem ważne, czym jest w Polsce moda. Istnieje co najmniej tyle jej definicji, ilu moich bohaterów.

Każdy mówi o niej i tworzy ją trochę inaczej. Każdy w inny sposób rozumie swój zawód, jego wymagania, kompetencje, bolączki i zachwyty. Ja też nie mam swojej definicji mody – poza taką, że jako część kultury mówi o sposobie życia. Dlatego w mojej książce znalazły się zarówno marki bardziej konfekcyjne, jak i pretendujące do haute couture. Zawsze jednak są to marki z wyrazistymi biografiami osób, które za nimi stoją. W projektach szukam metafor i nowych wątków, szkieletem pozostaje jednak historia biograficzna, portret psychologiczny, przeszłość i codzienność.

Zdaniem pana Włodzimierza polska moda dzisiaj nie istnieje. Młodzież nosi się jak wszyscy inni na świecie. Moda się uprościła, zrobiła bardziej codzienna, ludzie ubierają się tak, jakby nieustannie wybierali się na biwak.

– Kiedyś była spódnica bananowa, spodnie piramidy, buty Stefanki, wzorowane na tych, jakie nosili członkowie zespołu Abba. To nie było modne nigdzie poza Polską.

Pozwoliłam sobie nie zgodzić się z panem Włodzimierzem. Moim zdaniem polska moda istnieje i mam nadzieję, że te rozdziały są dowodem na jej wyrazisty charakter, a czasem nawet charakterek. Wolałabym jednak mówić o polskim podejściu do mody. A jest nim dla mnie umiejętność wyjścia z każdego kryzysu. Nasza bogata, skomplikowana, patchworkowa historia wyposażyła nas w szwung, odwagę, fantazję, siłę do pracy i otwarty umysł. Polska moda jest jak pan Włodzimierz.

Pracownia Violi Śpiechowicz mieści się przy ruchliwej wylotówce na Gdańsk. Tuż obok jest sklep meblowy, hurtownia tego i owego, kilka domów jednorodzinnych – pracownia wpisuje się w powszedni krajobraz pokrytych szyldami przedmieść Warszawy. Pewnie żaden inny rozpoznawalny polski projektant nie zdecydowałby się na założenie studia tak daleko od modnych butików, siedzib redakcji magazynów o stylu życia, kawiarni, barów, galerii sztuki, showroomów, stylistów, blogerów – całego tego zaplecza, z którym świat mody jest ściśle związany. Viola potrafi się zdystansować od tych zjawisk. Jak mówi jej konstruktorka Iwona: „Viola nie jest mainstreamem. Jest osobna. Nie zależy nie na trendach, ale na realizowaniu swoich wizji”.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Simple Creative Products założyła z siostrą Mają Palmą w 1993 roku. W 2013, po dwóch dekadach, zdecydowała się na własną markę, sygnowaną po prostu: Lidia Kalita. Nowe wyzwanie podjęła wraz z mężem. Lubi powtarzać słowa Mamy Muminka: „Co to za przygoda, jeśli nie można się nią z nikim podzielić”.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Przez kilkanaście lat pracowała jako psychoterapeutka. Chciała też być panią domu, dobrą żoną, rodzić dzieci, wydawać piękne kolacje. Transformacja ustrojowa przyniosła jej jednak nowe życie – nagle dostała firmę, którą zapragnęła prowadzić, a wraz z nią temat, który zapragnęła zgłębiać – modę. W 1994 roku rozwiodła się z mężem i zaczęła projektować. Poznała też nowego mężczyznę – fotografa, z którym stworzyła jeden z najbardziej znanych duetów w historii polskiej mody współczesnej.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Z Waris Dirie po pokazie, który uświetniał polskie wydanie książki Kwiat Pustyni

fot. Rafał Strzechowski

Pokaz Gun Blast Vodka, Modlin 2000

fot. Jacek Piotrowski

Po pokazie Gun Blast Vodka, Modlin 2000

fot. Jacek Piotrowski

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Spotykamy się w samo południe. Tomasz Ossoliński ma na sobie krótkie spodenki, koszulkę bez rękawów, na stopach japonki, a w ręku kijki do nordic walkingu. Doświadczam dysonansu poznawczego – kiedy widzieliśmy się pierwszy raz, w jego atelier, miał na sobie lniany garnitur i eleganckie włoskie buty. Właśnie żegnał klienta po przymiarce garnituru.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Na rynku mody działają już dwie dekady, od 1996 roku. Jak mówią, udało im się przetrwać wielu stylistów, makijażystów, fryzjerów, redaktorów i redaktorek, dyrektorów firm odzieżowych, sezonowych projektantów, mody na wieczorowe sukienki i szarą dresówkę. Zgodnie twierdzą, że uratowała ich wiara we własne projekty, chociaż przyznają, że zaledwie kilka lat temu zyskali pewność co do ich charakteru.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Każdy, kto chociaż raz w ciągu ostatnich piętnastu lat przeglądał jakikolwiek magazyn o stylu życia, o modzie, magazyn plotkarski czy tabloid, musiał trafić na sukienkę od Macieja Zienia. Prawie na pewno miała ją na sobie jakaś polska gwiazda. A było ich wiele: Renata Przemyk, Justyna Steczkowska, Agata Kulesza, Aneta Kręglicka, Maja Ostaszewska, Grażyna Torbicka, Doda, Edyta Herbuś, Kinga Rusin, Hanna Lis – można by długo wymieniać. Kształtowanie wizerunku całej plejady polskich celebrytek przez lata należało tylko do niego. Ubierał je w jedwabie, kryształy Swarovskiego, suknie syreny, kombinezony, cekiny, tworzył dla nich stroje takie, jak dla gwiazd Hollywood, tylko za polską cenę. Ubierał je na festiwale filmowe i teatralne, gale, bale charytatywne, wręczenia nagród, pokazy mody, bankiety i rauty.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kosmitka. Królowa kiczu. Potwór. Brzydactwo. Ostrzykana botoksem. Ofiara operacji plastycznych. To określenia, jakimi dręczą Ewę Minge tabloidy. Minge robi nam międzynarodowy wstyd, Ewa Minge walczy z chirurgiem plastycznym, Angielski Ewy Minge... gorszy niż Miss Polonii – to tytuły poświęconych jej tekstów w internecie. Tak pisze się o jednej z najbardziej rozpoznawalnych projektantek w Polsce, której marka ma powody, aby pretendować do miana prawdziwego domu mody. Minge była pierwszą polską projektantką zaproszoną na pokazy haute couture. Jej marka jest obecna na rynku od dwudziestu pięciu lat. Mimo to nikt nie wie, jak wyglądają jej projekty. Wszyscy za to chórem powtarzają, że są kiczowate i tandetne. Ewa Minge tymczasem, po pięciu pokazach w Rzymie, siedmiu w Paryżu, trzech w Nowym Jorku i jednym w Moskwie, z sukcesem prowadzi linię prêt-à-porter, przygotowuje kolejne pokazy haute couture, projektuje meble i akcesoria i otwiera sieć sklepów z modą uliczną, sygnowaną swoim nazwiskiem. To wszystko z dala od salonów, z pracownią w Pszczewie i domem w Zielonej Górze, w pojedynkę wychowując synów i zmagając się z choroba.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Kolekcja jesień-zima 2011

fot. Wunsche & Samsel

Kolekcja jesień-zima 2011

fot. Wunsche & Samsel

Tomasz Ossoliński dla magazynu „VIVA”

fot. Wunsche & Samsel

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Zastanawiali się, gdzie jest. Może w Londynie? Miał tam tylu znajomych. A może ukrywa się gdzieś w Polsce, na prowincji, przecież tam się wychował? A może zmienił imię i nazwisko, zrobił sobie operację plastyczną? Podróżował po Azji, pewnie w Indiach siedzi. Czy nadal robi modę? Z czego żyje? Podobno ma straszne długi. Odkąd w 2004 roku Arkadius wyjechał z Polski w pośpiechu i niesławie, a dwa lata później zamknął swoją markę, nikt nie miał z nim kontaktu oprócz najbliższych przyjaciół, którzy złożyli śluby milczenia i nie chcą wyjawić jego miejsca pobytu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Performerka, artystka, aktywistka, nauczycielka, projektantka, krawcowa, szwaczka, konstruktorka, konsultantka, animatorka kultury, stylistka. Trudno opisać to, czym zajmuje się Monika Jakubiak. Nie skończyła kulturoznawstwa, a jednak jest antropolożką. Nie studiowała na Akademii Sztuk Pięknych, a jednak zajmuje się sztuką. Nie afiszuje się własnym nazwiskiem, a jednak zrobiła w modzie i z modą więcej niż niejeden znany polski projektant z pierwszych stron gazet. Pracowała na wszystkich stanowiskach w wielkich domach mody: kroiła, projektowała, szyła, doradzała, nadzorowała logistykę produkcji. Robiła autorskie projekty wiążące modę ze sztuką i animacją kultury na całym świecie – od polskich wiosek, jak Hieronimowo, przez miasta: Warszawę, Londyn, Austin w Teksasie, Tokio, Moskwę, Kijów, Paryż, Berlin, Madryt, Brukselę, Pekin, aż po Indie, gdzie bywa regularnie kilka miesięcy w roku. Nie wygoogluje się jednak o niej wiele w internecie. Nie lubi, jak mówi, gwiazdorzyć przy swoich działaniach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Marcin i Mariusz. Obaj pochodzą z Zagłębia – jeden z Dąbrowy Górniczej, a drugi z Zawiercia. Obaj mają roślinę w nazwisku – jeden paproć, a drugi brzozę. Prasa ochrzciła ich więc „braćmi botanicznymi”. Obydwaj są w tym samym wieku – w tym roku skończyli trzydzieści osiem lat. Ich mieszkania sąsiadują ze sobą. Spędzają razem wakacje i święta, mają wspólnych przyjaciół i rodzinę. Od piętnastu lat prowadzą markę modową, którą założyli jako studenci łódzkiej ASP – Paprocki i Brzozowski. Brzozowski i Paprocki gorzej brzmiało. Czasem tylko Mariusz się wkurza, kiedy znajomi mówią: „Idziemy do Paprockich”. Odkąd pamiętają, wszystkie plotkarskie portale chcą się dowiedzieć, czy są parą i co właściwie ich łączy. Ta niezdrowa ciekawość ich bawi. Przyznają jednak, że nawet im czasem trudno jest zdefiniować ich relację. Marcin tłumaczy:

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Gosia Baczyńska. „Małgorzata Baczyńska” zajmowałoby za dużo miejsca na metce, a poza tym Gosia brzmiało bardziej dekadencko, jak Misia (Godebska), legenda Paryża początku XX wieku. Kreacje Gosi też są często zanurzone w przeszłości – czy to w komunistycznej Polsce, czy erze niemego kina, czy epoce kontrkulturowych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Do projektowania Gosia również ma podejście niedzisiejsze – śmieje się, że jest trochę jak Rzecki, który całe życie mieszkał przy sklepie Wokulskiego. Gosia nieraz całymi dniami nie wychodzi z atelier, gdzie ma swoją garsonierę. Najbardziej lubi projektować w nocy, nie chce zlecać niczego do wykonania poza pracownią, bo jest przekonana, że tylko jej krawcowe uszyją to lepiej.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Sukienka z kolekcji Eva Minge Couture inspirowana filmem Dracula Francisa Forda Coppoli, wiosna-lato 2011, Fashion Week, Paryż

fot. archiwum projektantki

Zdjęcie z sesji do kolekcji Black Butterflies

fot. Dariusz Biczyński

Po pokazie: Eva Minge Couture Black Butterflies, jesień-zima 2015/2016, hotel Shangri-La, Paryż

fot. archiwum projektantki

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Wróciła do Polski po ukończeniu prestiżowych studiów, które wystarczyłyby, żeby zapewnić jej jako projektantce dobry start za granicą. Ona jednak wolała zostać w rodzinnej Warszawie. Szarość, kolor gołębi, stal, odcień zimowego nieba, brutalistyczna architektura – te obrazy budują jej styl jako projektantki. Uzupełniają go barwy Włoch – jej drugiego domu – słoneczne, jak zielony, błękitny. Z Paryża z kolei wzięła zmysłową, elegancką czerń Juliette Greco – obowiązkową niemalże w każdej jej kolekcji. Przyznaje też, że w tym kolorze ma chyba każdą część garderoby.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

U krawca. Zdjęcie zostało zrobione ze środka pracowni. Widać tył witryny z odwróconym napisem „Moda” i manekinem prezentującym garnitur. Na ścianie zakładu wisi plakat z eleganckimi panami. Widzimy plecy dwóch osobników w koszulach, domyślamy się, że to krawcy albo pomocnicy, oraz sylwetkę wybiegającego z przybytku delikwenta, na wpół rozebranego, którego jeden z osobników w koszuli usiłuje powstrzymać przed wyjściem na zewnątrz.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

„Oddal się, Maldororze, od tego spokojnego ogniska. To nie dla ciebie miejsce. […] Matko, nie rozumiem, co się dzieje, ale czuję odruchy, które walczą w mym sercu. Coś, czego nie umiem wytłumaczyć, przewraca się we mnie. Wszystko mi teraz przeszkadza”. To fragment Pieśni Maldorora Lautréamonta, które opowiadają o tym, jak szczęśliwe dziecko pozwala się wyrwać złemu demonowi z domowych pieleszy, gdzie jest dobro, ale panuje też monotonia, w niebezpieczny świat, który okazuje się równie szalony, co fascynujący. Tam staje się ono artystą.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Tam, gdzie inni mają butiki, on ma mieszkanie. Z ostatniego piętra budynku przy Mokotowskiej Warszawa wygląda jak Paryż. Jego mieszkanie zaś przypomina galerię. Michał Borowik, partner Michaela Hekmata, projektanta marki Blessus, jest najmłodszym w Polsce kolekcjonerem sztuki współczesnej. Michael kolekcjonerstwo wyniósł już z domu. Jego mama Joanna oraz jej mąż Krzysztof Madelski są w posiadaniu jednego z największych zbiorów sztuki współczesnej w Polsce i mają na koncie kilka wystaw realizowanych w poznańskiej galerii Ego, prowadzonej przez Joannę. Michael urodził się w Hannowerze. Przez kilka pierwszych lat mieszkał w Europie Zachodniej. Przyjechał do Polski, żeby skończyć szkołę średnią, potem wyjechał na studia do Włoch, do pracy do Nowego Jorku i do Paryża. Wrócił cztery lata temu, żeby założyć z przyjaciółmi markę modową. W 2013 roku zaczął ją budować od nowa, już sam.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Gosia Baczyńska z modelkami po pokazie, 2004

fot. Mateusz Stankiewicz

Teatr Wielki „Polacy z werwą”, 2013

fot. archiwum projektantki

„I Feel Love” – pierwsza kolekcja zaprezentowana w oficjalnym harmonogramie Paris Fashion Week 2013

fot. Agata Pospieszyńska

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Z pracy w dużej firmie odzieżowej Luiza Jacob pamięta przede wszystkim to, że musiała uczyć się piosenki o marce na melodię popularnego kawałka Beyoncé. Nigdy nie zapomni też uczucia codziennego dojmującego bezsensu, jakie wywoływało w niej to, co robiła, chociaż jej oddział miał najlepsze w Europie wyniki sprzedaży. Imprezowała i żyła z dnia na dzień.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Antonina Samecka i Klara Kowtun nie mogły się poszczycić żadnym wykształceniem modowym, biznesowym, projektanckim, sprzedażowym czy marketingowym. Nie miały też – jak lubią żartować – bogatych mężów, którzy dawaliby im poczucie bezpieczeństwa. Wpadły za to na dobry pomysł. W ciągu czterech lat zbudowały RISK – markę, której zasięg i koncept przypomina raczej start-up niż firmę młodego polskiego projektanta mody. Nie myślą o sobie jako o kreatorkach czy bizneswoman, nie chcą zamykać się w określonych kategoriach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Posty Local Heroes na Instagramie śledzi około stu tysięcy osób. Ich fanpage na portalu Facebook lubi ponad dwieście tysięcy użytkowników. Wpisy na Twitterze obserwuje dziesięć tysięcy osób. Internauci followują ich posty, czyli zdjęcia i teksty, jakie wrzucają na swoje profilowe walle (ścianki). Lajkują je, komentują i udostępniają na swoich wallach.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Londyn. Fashion Week 2015. Podczas prestiżowych wydarzeń w świecie mody swoje projekty prezentują także młode, dwudziestoparoletnie projektantki z Polski. Część z nich mieszka w Polsce, jedna pracuje w Londynie, inna tu studiuje. Każda wybrała odmienną drogę – konceptualną i zawodową. Wszystkie podkreślają, że Polska jest dla nich ważna, żadna jednak nie chce się ograniczać do jej rynku i imaginarium. W przeciwieństwie do wcześniejszych pokoleń, nie zastanawiają się, czy są lepsze, czy gorsze niż ich zachodni rówieśnicy – po prostu robią swoje.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Fot. Szymon Brzóska/stylestalker.net

Fot. Szymon Brzóska/stylestalker.net

Butik przy ul. Szpitalnej 6 w Warszawie, zaprojektowany przez Piotra Płoskiego

fot. Celestyna Król

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Przede wszystkim chciałabym z całego serca podziękować Renacie Kuryłowicz, która przyszła do mnie z pytaniem, czy nie napisałabym książki o polskiej modzie i pomogła mi znaleźć odwagę, żeby ją pisać. Bez niej nie byłoby tej książki. Dziękuję, Renata!

Dziękuję moim Bohaterkom i Bohaterom za godziny rozmów, spacerów, obiadów, śniadań, kaw, podróży, za to, że wpuścili mnie do swojego życia prywatnego i zawodowego na kilka fascynujących miesięcy. Dziękuję też ich współpracownikom, znajomym i wszystkim, którzy pomogli stworzyć tę książkę.

Dziękuję mojemu chłopakowi za pierwsze, bezwzględne recenzje i za to że ze mną wytrzymał.

Dziękuję Rodzicom.

Dziękuję Magdzie, Beacie, Zuzie i całemu Wydawnictwu – debiutantka nie mogłaby sobie wymarzyć lepszej opieki.

Dziękuję bliskim i znajomym, którzy pomogli mi w trakcie pracy nad książką, udzielając rad, szukając kontaktów, wspierając. Dziękuję Aleksandrze Boćkowskiej, Sylwii Chutnik i zespołowi Cappuccino, Uli Jabłońskiej, Magdzie Kicińskiej, Alicji Kowalskiej, dr Justynie Jaworskiej i moim koleżankom z Zespołu Badań nad Modą, Filipowi Niedenthalowi, Dominice Olszynie, Marcie Owczarek, Hani Rydlewskiej, Agnieszce Ścibior, Kasi Świeżak i redaktorkom „Wysokich Obcasów”. Dziękuję wszystkim!

Culture.pl dziękuję za udostępnienie fragmentów tekstów, które pisałam dla portalu.

Michałowi Grudzie za pomoc w dotarciu do przewodnika po Łodzi Małgorzaty Czudak.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Modni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretne życie Chanel No. 5