Syd Barrett i Pink Floyd. Mroczny świat

Syd Barrett i Pink Floyd. Mroczny świat

Autorzy: Julian Palacios

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 592

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 37.55 zł

Kiedy Syd Barrett założył Pink Floyd, był studentem akademii sztuk pięknych. Po sławę sięgnął jeszcze przed 20. urodzinami, gdy wraz z Rogerem Watersem, Nickiem Masonem i Rickiem Wrightem występował na scenie kultowego londyńskiego klubu UFO. Jego błyskotliwe teksty i tworzona pod wpływem narkotyków muzyka stały się stemplem rodzącego się ruchu psychodelicznego. Syd Barrett & Pink Floyd. Mroczny świat to efekt 10 lat pracy. Znajdziecie tutaj liczne wypowiedzi czołowych postaci londyńskiej bohemy oraz kolegów Syda z zespołu. Wszyscy oni szczerze opowiadają o tragicznej przemianie swego przyjaciela – niezwykłego człowieka, który podbijając nowe tereny artystycznej ekspresji, przegrał walkę z wewnętrznymi demonami. Książka Juliana Palaciosa to skarbnica wiedzy na temat Pink Floyd i jednego z najczęściej mitologizowanych bohaterów rock and rolla. To także fascynujący portret kształtującej się kontrkultury oraz opowieść o narodzinach i zmierzchu brytyjskiego Lata Miłości.

PRZEDMOWA: GENESIS BREYER P-ORRIDGE

Kiedy myślimy o Sydzie, najpierw widzimy jego oczy. Wyrażały niepokój, ale nie taki spowodowany przez coś przerażającego, co niegdyś ujrzał i z czym nie chciał się zmierzyć. Odbijała się w nich złożoność tego świata i bezsensowna rzeczywistość będąca naszym, ludzi, udziałem. Wyrażały przytłoczenie obowiązkiem widzenia bezustannie wirujących łańcuchów DNA, które decydują o naszym życiu i zachowaniu – zarówno w kontekście jednostki, jak i całego gatunku.

Syd widział nieskończone fraktale wrażliwości, warstwa po warstwie, łączące się ze sobą i rozdzielające się, wirujące cząsteczki wypełnione informacjami i wiadomościami, powiększające się i rozmnażające niczym kunsztownie wykonane sieci, które grożą porażeniem zdolności przystosowania się, dopóki nas nie pogrzebią i nie sparaliżują. Jak mawiają wielcy tego świata – to wszystko odbija się w oczach.

Czemu tak ogromny wpływ na Syda miało dostrzeganie tych licznych płaszczyzn znaczeń i możliwości? Ponieważ był on jedną z najoryginalniejszych jednostek, jakie spotykamy na krótkiej ścieżce naszego życia. Był gawędziarzem, kimś w rodzaju pradawnych szamanów, którzy instruowali, przestrzegali, oczyszczali i leczyli ludzi ze swojego klanu, z tych samych kręgów kulturowych, rodzin i społeczności. To święte powołanie, duchowa powinność, której – gdy zaakceptuje się ją jako swoje przeznaczenie – nie można odrzucić, bez względu na cenę.

W średniowieczu byłby trubadurem. Muzykiem-poetą podróżującym od dworu do dworu, od zamku do zamku, tworzącym pieśni i alegorie miłości, pożądania, zdrady i innych aspektów człowieczeństwa – często w cieniu ryzyka brutalnej kary lub nawet egzekucji, gdyby dzieło obraziło przedstawiciela aktualnie panującej władzy. Bez względu na niebezpieczeństwa tego rodzaju osoby czują przymus poszukiwania duchowej mądrości, którą można by opisać, zinterpretować, a czasami wydobyć z pozornie pozbawionej sensu całości.

W przypadku Syda ten „religijny” obowiązek wymagał posługiwania się językiem. Muzyk używał słów, by w naszym imieniu opisywać niezwykle trudne zjawiska i snuć obserwacje. Eksplorował nowe, obce terytoria, zagłębiał się w złożone uczucia, a następnie wydobywał z nich użyteczne „mapy” i wyjaśnienia, by podzielić się nimi ze swoją społecznością za pomocą piosenek. Słów pełnych treści. Wymaga to dostępnej jedynie dla niewielkiej grupy osób zdolności posługiwania się metaforą.

Gdy czytamy utwory napisane przez Syda, łatwo uznać te pomieszane, często sprzeczne, pełne surrealistycznych kombinacji teksty za chaotyczne – za odbicie zamętu panującego w jego umyśle. Ale można przyjąć, że zestawiane przez niego obrazy i frazy nie miały za zadanie tworzyć chaosu ani nawet go opisywać, lecz – o ironio – była to genialna technika pozwalająca mu na tworzenie jeszcze konkretniejszych i bardziej uporządkowanych przekazów.

W latach 50. XX wieku William Burroughs i Brion Gysin pragnęli uwolnić „słowo”, by poznać nowe sposoby opisywania „rzeczywistości” – takiej, jaką doświadczamy za pomocą wszystkich pięciu zmysłów jednocześnie, wraz z odblokowanymi wspomnieniami oraz przewidywanymi następstwami naszych działań, zarówno tymi możliwymi, jak i nieprawdopodobnymi. W powieści Finneganów tren James Joyce starał się opisać wnętrze pracującego mózgu. Samuel Beckett usiłował wprowadzić pojęcie świadomości bez motywu, lecz przed Sydem Barrettem nikt tak naprawdę nie łączył tego typu zagadnień z (uznawaną często za banalną) muzyką pop, może z wyjątkiem Boba Dylana.

Burroughs i Gysin pisali o czymś, co nazwali metodą cut-up. Polegała ona na dosłownym wycinaniu fragmentów ich własnych tekstów oraz dzieł napisanych przez innych i ponownym łączeniu ich w całość w sposób absolutnie losowy, by – jak twierdził Burroughs – „przekonać się, co tak naprawdę znaczą”. Efektem był neomagiczny system, proroctwo opisane za pomocą funkcji. W książce The Third Mind autorzy omawiają sukcesy i porażki związane z tymi eksperymentami.

Mieliśmy ogromne szczęście, mogąc oglądać oryginalny skład Pink Floyd na scenie klubów UFO i Middle Earth w latach 60., a także później, już bez Syda, w 1969 roku, gdy promowali album Ummagumma. Nie ma tu miejsca, by prowadzić rozważania na temat muzycznej wartości Pink Floyd z Sydem i bez niego, choć osobiście skłaniam się ku okresowi z Sydem. Ważniejsze, by skupić się na poetyckości utworów Barretta. Być może – jak wiele razy zauważano – sprawiał wrażenie przesadnie zafascynowanego Edwardem Learem, Lewisem Carrollem, powieścią O czym szumią wierzby oraz bezsensownymi limerykami. (Utwór Octopus składa się niemal w całości z cytatów z wierszy innych autorów, co jest znakomitym przykładem metody cut-up zastosowanej w starym bitnikowskim stylu).

Według mnie najbardziej wyrazistym przykładem geniuszu Syda jest przywłaszczenie sobie przez niego wysoce wystylizowanego, spersonalizowanego języka w celu dokonania rzeczy niemożliwej – holograficznego opisu życia – zarówno w warstwie wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Od mikroskopijnej wielkości cząsteczek dostrzeganych w stanie innej świadomości po galaktyczny bezmiar kosmosu, gwiazd, planet i światła.

W przypadku swojej twórczości solowej Syd nalegał, by w nagraniach studyjnych nie tuszować pomyłek. Wciąż nam przypomina, że sposób postrzegania i tworzenia nie powinien i nie może być kontrolowany lub zawężony do najbardziej konwencjonalnych form. Ustalenie zasad i parametrów ogranicza i wyjaławia esencję wyobraźni. W drodze do zrozumienia nie należy narzucać sobie żadnych ograniczeń.

Co ciekawe, sławny biolog Francis Crick dopiero wiele lat po swoim przełomowym odkryciu dotyczącym modelu struktury DNA w postaci podwójnej helisy przyznał, że w rozwiązywaniu dylematów regularnie w tamtym czasie wspomagał się LSD. Zażywał niewielkie (legalne wówczas) dawki, by wzmocnić zdolności analitycznego myślenia i snucia domysłów. Taki pomysł mógł mu podsunąć Aldous Huxley. Z początku Crick nic o tym nie wspominał, gdyż fakt ten mógłby posłużyć do zdyskredytowania jego badań.

Syd Barrett wykorzystywał te same procesy w poszukiwaniu idealnej frazy, akordu, niespodzianki czy żartu, które wyraziłyby w jakiś zawoalowany, lecz precyzyjny sposób tajemnicę życia i bycia żywą istotą. Jego wrodzone szamańskie zdolności były prawdziwym błogosławieństwem, gdyż otworzyły mu oczy na niuanse egzystencji i duchowe spojrzenie na naturę. Okazały się też przekleństwem, gdyż były tak niszczycielsko wszechobecne, że zagubił się w ich nieskończoności. Dosłownie tonął w odczuciach i wizjach, zdany na łaskę wszechobecnych wrażeń. Dryfował w stronę oka stworzonego przez siebie cyklonu, lecz desperacko potrzebował kogoś, kto wyciągnąłby do niego rękę, uratował go, nim uczucie opuszczenia nieodwracalnie pogłębiło opłakaną w skutkach izolację.

W niektórych kulturach nazywano takie postacie dżinnami, w innych aniołami, zwodniczymi duchami, które przeniknęły tymczasowo do naszego wymiaru, nazywanego przez nas „życiem”.

Syd Barrett wybrał się w podróż dla nas wszystkich. Czuł przymus spoglądania w jądro wszelkiej materii i znaczenia, wiedziony idealistyczną wiarą w ostateczne prawo do ewolucyjnego zbawienia ludzkości. Nie był pierwszym takim człowiekiem ani nie ostatnim.

Genesis Breyer P-Orridge

Nowy Jork, 23 sierpnia 2009

1. NAD BRZEGIEM RZEKI

„Wszystkie ruchy dokonują się w sześciu etapach.

Siódmy etap przynosi powrót”[1].

I-cing: Księga przemian,

Rozdział 24: Fu / Powrót (Czas zmiany),

Richard Wilhelm, tłumacz, 1950

„A takie było piękne, dziwne i niepowszednie! Bodajbym nigdy nie był tego posłyszał, jeśli miało tak prędko się skończyć. Wszystko wydaje mi się bez wartości, pragnę tylko raz jeszcze posłyszeć ten dźwięk i słuchać go – słuchać wiecznie.

Jest! Jest znowu! – wykrzyknął, nasłuchując pilnie. Oczarowany, jakby pogrążony w zachwyceniu, milczał długo”[2].

O czym szumią wierzby,

Kenneth Grahame, 1908

Dziwne światła zamigotały pewnego razu w The Fens[3] w pobliżu Cambridge – w ponurej krainie przesyconej mitami. Psy wyły w ciemności, gdy chłodny wiatr wiał od Fen, a światła oświetlały w półmroku podmokłą ziemię. Według legend błędne ogniki były duchami noszącymi latarenki, sprowadzającymi podróżników na manowce. Tworzące tajemniczą łunę światła migały nad tamami i torfowiskami, rzucając hipnotyczne zaklęcia na wędrowców i wiodąc ich wprost na nieprzyjazne podmokłe tereny.

Cambridge zbudowano na osuszonych bagnach. Na dawnych torfowiskach utworzyły się płaskie pastwiska pokryte ciemnym, żyznym mułem. Większość tych ziem znajdowała się pod taflą słonej wody, nim w XVII wieku Morze Północne oddało te tereny. Walka lądu z morzem była opisywana, odkąd tylko zaczęto spisywać dzieje hrabstwa Cambridgeshire. Rzędy drzew spowalniały silny wiatr wiejący od oceanu. Niezamieszkane bagna stały się najlepszymi terenami uprawnymi w całej Wielkiej Brytanii.

Mówiło się, że Fens to przystań dla zbłąkanych dusz, wiedźm i chłopów z błoną pomiędzy palcami stóp[4]. Dobierająca się w pary w obrębie własnej społeczności ludność Fen poruszała się po podmokłych terenach, przemierzając zamarznięte stawy na kościach służących za łyżwy i polując na węgorze trójzębnymi włóczniami. Nikomu nie przyszłoby do głowy wybrać się do Fens nocą. Czyhało tam zbyt wiele zagrożeń. Krajobraz był usłany opactwami i klasztorami znajdującymi się pośród zamglonych bagien. Ścieżki pomiędzy poszczególnymi bezpiecznymi obszarami były znane tylko zakonnikom i poganiaczom bydła.

Cambridge wyrosło w dolinie Cam. Źródło tej rzeki znajduje się w Ashwell, w hrabstwie Hertfordshire, jej dolny odcinek jest kontrolowany za pomocą śluz i jazów, zaś dalej płynie ona w kierunku Fen. Następnie łączy się z rzeką Great Ouse na południe od miejscowości Ely i zmierza ku Morzu Północnemu jedynym ujściem w zatoce Wash, gdzie pośród szumu fal rozbrzmiewa skrzek szarych mew.

Nieco ponad sześć kilometrów na południowy wschód od Cambridge na wysokość 60 metrów ponad płaską dolinę rzeczną wznoszą się Wzgórza Gog Magog, zwane także po prostu Gogs. Tu pastwiska ustępują miejsca skałom kredowym znajdującym się na zboczach wzgórz. By dotrzeć na szczyt Wandlebury Hill i Little Trees Hill nie trzeba się wspinać, wystarczy energiczny spacer. Prastara legenda głosi, że śpi tu olbrzym Gog Magog, zrozpaczony odrzuceniem przez mieszkającą w pobliskiej rzece nimfę Grantę.

Rzymianie utworzyli garnizon na Wzgórzu Zamkowym, z którego rozciąga się widok na jałowe tereny bagienne. Założyli niewielkie miasteczko – Durolipons. W 410 roku, gdy Cesarstwo Rzymskie upadło, wojska opuściły osadę, oddając ją w ręce najeźdźców wraz z długą, prostą drogą zwaną Drogą Rzymską. Wciąż istnieje starożytna droga przejazdowa zwana Via Devana, która ciągnie się w prostej linii do Wandlebury i rezerwatu Beechwoods.

U stóp Wzgórz Gog Magog znajdują się źródła Nine Wells. Nie pozwalano bawić się tam dzieciom, gdyż miejsce to od zawsze utożsamiano z czarami i druidami. Nine Wells wciąż zasilają wodą Kanał Hobsona[5] ciągnący się wzdłuż Trumpington Street.

Na początku XVII wieku holenderscy inżynierowie zbudowali odpływy i groble, by odpompować wodę i odkryć znajdujące się pod nią tereny. Ziemia była żyzna, ale do tamtej pory okolicę tworzyły bagna, torfowiska oraz małe, słabo zaludnione wysepki. Powstały miasteczka, takie jak Frog’s Abbey, Whittlesey czy Downham Market. Cambridge leży na torfowisku, które przez Huntingdon i St Ives ciągnie się aż do krainy Isle of Ely.

Na południe od Cambridge leży Londyn. Miasta oddzielają wyżyny hrabstwa Essex, niegdyś przemierzane gościńcami, dzisiaj koleją. Przez tereny leśne to niecała godzina drogi.

Na południowy zachód od miasta leży Grantchester, gdzie pastwiska ogrodzone są zardzewiałym drutem. Stada bydła zostawiają ślady wśród gliniastych pól lnu otoczonych dziewięćsiłem pospolitym. Na brzegu rzeki Cam, na tle powoli sunących chmur, sękate korzenie wierzb wwiercają się głęboko w kredowe skały. Dęby i jesiony z powalonymi konarami obrośniętymi mchem wytyczają ścieżki. Rozproszone krzewy jeżyn otaczają kępki przytulii i wyżlinu większego porastających poszycie leśne. Wszędzie pełno fioletowych dzwonków, wyk, driakwi i maków. Podmuchy wiatru przecinają lasy, podczas gdy pod stopami, w żelaznych żyłach pulsuje błoto. Ziemia pozostaje niewzruszona.

Cam przepływa przez Sheep’s Green i Fen Causeway, obok King’s Mill i Laundress Green, następnie przez młyńskie koło do stawu Mill znajdującego się w głębokim zakolu rzeki. To tu górny Cam przechodzi w dolny Cam i płynie wzdłuż odcinka rzeki znanego jako The Backs, zlokalizowanego pomiędzy tyłami college’ów a Queen’s Road. Cam wije się i tworzy wiry pod mostami na terenie budynków uniwersyteckich, których obszary trawiaste i zabudowania ciągną się aż po brzeg rzeki.

Źródeł psychodelii w twórczości Syda należy szukać między innymi właśnie wśród zalesionych łąk przy stawie Mill. To tu Roger Barrett i inni spędzali czas, grając piosenki dla przyjaciół w beztroskie popołudnia po szkole oraz w weekendy. Staw Mill to niezwykle ważne miejsce dla onirycznych wspomnień Syda z dzieciństwa. Jego piosenki nawiązywały do nieskończoności kosmosu poprzez odwołanie do wielości niepoznanych światów zgromadzonych wokół ziemskiego nabrzeża. Makrokosmos zawarty w mikrokosmosie.

Na Grantchester Meadows młodzież mogła sobie pofolgować z dala od rodzicielskich spojrzeń. Czasami Barrett i jego rówieśnicy chadzali na coś do picia lub na lody do Orchard Tea Gardens[6], pod zasypane wiosennymi kwiatami jabłonie. Wieczorami różowe chmury odbijały się w ciemnej wodzie stykającej się z niebieskim niebem, po którym sunęły łabędzie i zimorodki. Żółte kolby kukurydzy zwiastują koniec lata, zachodzące słońce mieni się purpurą. Sitowie zielenieje na nabrzeżu, zakorzenione w błocie, wysokie trzciny kołyszą się na wietrze, dając wyraz nieprzejednanej sile natury.

W XIV wieku protestanccy studenci i zbuntowani mnisi opuścili Katolicki Uniwersytet w Oksfordzie i przybyli do Cambridge. Ich protestancka wiara znajduje odzwierciedlenie w architekturze. Cambridge – zimne, zbudowane z kamienia miasto na północy Europy – było zawsze pełne gwaru, z rozwijającymi się portami i społecznościami osiadającymi wzdłuż nabrzeża. Wapień i kamień potrzebne do budowy kaplicy King’s College transportowano rzeką.

Cam wije się przez miasto, kamienną mieszankę średniowiecznych iglic, rzeźbionych gzymsów i granitowych łuków. Wzdłuż rzeki rosną drzewa, które zdają się zamieniać w sylwetki, gdy słońce rzuca zwodnicze cienie na szutrowe alejki i ścieżki rowerowe. Przysadziste, kamienne budynki stoją przy wąskich, ledwo widocznych uliczkach. Wieża kaplicy Świętego Jana, zwana „tortem weselnym”, i Biblioteka Uniwersytecka górują nad otoczeniem, lecz żadne z nich nie jest wyższe niż King’s College Chapel. Symetria zaprojektowana przez renesansowych architektów zdumiewa, a dębowe drzwi i mahoniowe belki stropowe wyznaczają granicę komnat, których drzwi będą skrzypiały już zawsze.

Podczas angielskiej wojny domowej armia Olivera Cromwella stacjonowała w Kaplicy Królewskiej. Cromwell nie zniszczył pięknych witraży – dzieła flamandzkich szklarzy – gdyż nie chciał, by jego ludziom doskwierał chłód. Wieża dzwonnicza kościoła Great St Mary’s dominuje nad King’s Parade[7] i rynkiem. Tu stoi rzeźbiony granitowy łuk datowany na 1273 rok, ukruszony po bokach przez nowoczesne samochody dostawcze, które skręcają w wąskie uliczki rynku, jadąc od rzeźników i piekarzy w stronę Newnham Road. Wybrukowany rynek z równo poustawianymi stoiskami pod jasnymi markizami w pasiaste wzory oferuje miejscowe produkty sprzedawane przez farmerów z Anglii Wschodniej. Posługują się charakterystyczną mową, akcentując długie samogłoski, co jest pozostałością po obecności na tych ziemiach plemion germańskich.

Świeże jabłka, pomarańcze i maliny w koszach, pęczki marchwi, ogórki konserwowe, nagietki, słoiki z owocami i dżemami, słodycze i bułki leżą tuż obok bibelotów, używanych butów czy starych książek. Tu mieszają się ludzie z różnych sfer – tubylcy i ludzie nauki – wszyscy tacy sami. Fontanna znajdująca się na środku rynku była dawniej miejscem ważnych spotkań.

W księgarniach schowanych w alejkach tomiki poezji romantycznej, zdobione pozłacanymi liśćmi, wypełniają półki. W sklepie z antykami znajdziemy podniszczone stoliki zawalone cynowymi ozdobami z dekoracyjnym pismem, które przywodzi na myśl starych aptekarzy i dawno zapomniane mikstury.

Misternie kute żelazne bramy strzegą dostępu do porośniętych bluszczem budynków, w których studenci debatują na temat logiki i literatury w salach wyłożonych drewnem. W ogrodach Clare College białe niezapominajki przeplatają się z czerwonymi i żółtymi tulipanami.

W ogrodach Christ’s College wokół morwy przechadza się duch Miltona. Każdy college ma tu swego ducha, często jest nim opryskliwa pokojówka lub posługaczka. Sir Isaac Newton podobno nawiedza swoje stare komnaty w Trinity College. Ze swojego okna nad bramą wciąż rozmyśla o jabłonce. Zegary tykają i zatrzymują się, gdy nikt nie patrzy. Książki spadają z półek, gdy nikt ich nie obserwuje. Z nigdy nieotwieranych pokojów dobiega śmiech. Abbey House, znajdujący się na rogu Beche Road, to podobno najbardziej nawiedzone miejsce w całej Wielkiej Brytanii.

Pod mostem Silver Street trafimy na łódki przykryte plandeką. Każdego dnia pływają po Cam napędzane długimi wiosłami. W okolicach Queen’s College, pod zbudowanym w 1749 roku Mathematical Bridge, prąd popycha je dalej w kierunku dolnego odcinka rzeki, aż do końca trasy przy Magdalene College. Dalej znajduje się Śluza Jezusa i głębszy odcinek rzeki, gdzie przy nabrzeżu cumują łodzie mieszkalne.

Wszystkie te miejsca były ważnymi drogowskazami na ukrytej mapie Rogera „Syda” Barretta, który przemierzał alejki i ścieżki tego średniowiecznego, akademickiego miasteczka. Z Cambridge pochodziło trzech członków zespołu Pink Floyd: Barrett, David Gilmour i Roger Waters. Cała trójka wychowywała się we względnie zamożnych rodzinach z klasy średniej. „Gdy mieszkałem w Cambridge, zazdrościłem bogatym studentom sportowych wozów, którymi jeździli po mieście – mówił Waters w rozmowie z magazynem »The Big Issue«. – Chciałem mieć lotusa elite”.

Waters i Gilmour wyjechali z miasta i nigdy już nie zawitali tam na stałe, Barrett zaś powrócił do Cambridge, tego dziwnego miejsca w Anglii Wschodniej. „Uniwersytet zaciemnia nieco rzeczywisty obraz miasta, bo wprowadza niesamowitą witalność, tłumy, gwar i ogrom rozmaitych wydarzeń kulturalnych – wyjaśnia David Gale. – Przez to trudniej dostrzec, że gdyby nie uczelnia, Cambridge byłoby zwykłą dziurą. W latach 60. wciąż było prowincją. Londyn wydawał się należeć do innego świata, mimo że to tylko godzina drogi pociągiem”.

Roger Keith Barrett urodził się 6 stycznia 1946 roku w małym bliźniaku przy Glisson Road 60 w Cambridge. Nad drzwiami jego domu w kamieniu wyryty był napis „Jesmond”. Glisson Road było położone w części miasta oddalonej od uniwersytetu i należącej do tubylców, choć była to przyjemna okolica.

Roger przyszedł na świat jako czwarty z rodzeństwa, w czasie najmroźniejszej zimy od wielu dziesięcioleci. Był kolejnym owocem powojennego wyżu demograficznego – urodził się niemal pięć miesięcy po kapitulacji Japonii i wybuchu wielkiej radości z powodu zakończenia wojny, która pochłonęła życie ponad 800 tysięcy brytyjskich żołnierzy i cywilów. Jego najmłodsza siostra Rosemary przyszła na świat w 1947 roku.

Analiza autorstwa lingwisty Michaela A. Covingtona wskazuje, że Roger dokonywał natychmiastowych, silnych powiązań między niebem, śniegiem i wiatrem. Jego pierwszym słownym skojarzeniem był wiatr – śnieg na wietrze i wiatr przeszywający niebo. Gdy sroga zima szalała za oknami jego domu, wiatr usypywał sześciometrowe zaspy, a rzeka Cam zamarzała na odcinku wielu kilometrów, on spoglądał na świat schowany w ramionach matki.

Gdy tylko nauczył się chodzić, dreptał nad stawem Mill pod okiem matki. Jego dziecięcy umysł powiązał „drzewa”, „rzekę”, „deszcz” i „piasek”. Te słowa pojawiają się ze stałą częstotliwością w całej jego twórczości. Przez całe życie zachował głęboki związek z naturą. W jego tekstach niebo było kobietą, a miłość powietrzem. Jako radosny, pełen uroku maluch Barrett budził się, uśmiechając się do świata.

W latach 50. Anglia z niepokojem patrzyła na rozpad swojego imperium. Podczas wycieczek do Cromer Pier[8] rodzina Barrettów wynajmowała domek plażowy z czerwonym dachem. Przesiadywali nad lodowatym Morzem Północnym, posilając się jagodziankami i pijąc herbatę. Na drewnianym molo stał pawilon ze stali i szkła, w którym mieścił się salon gier ze straganami i stoiskami z watą cukrową. Cygańska wróżka – mechaniczny manekin w szklanym pojemniku otoczonym światłami – za kilka ćwierćpensówek bazgrała przepowiednie. Sprzedawcy handlowali wiatrakami na patyku i papierowymi flagami odległych brytyjskich kolonii – Pitcairn i Gibraltaru – służącymi do dekorowania zamków z piasku. Przechadzający się po plaży Barrett zachwycał się tradycyjnymi teatrzykami kukiełkowymi. „W moich najwcześniejszych wspomnieniach dotyczących Rogera widzę go biegnącego przede mną podczas wakacji nad morzem, odwracającego się i ze śmiechem patrzącego na mnie spomiędzy nóg”, wspomina Rosemary.

Wybrzeże wywarło na Rogerze ogromne wrażenie. Zachwycił go moment, gdy światło przeszyło wodę, gdy diamentowe słońce oświetliło srebrne morze. Cały jego świat promieniał. To w tych doświadczeniach należy się doszukiwać źródeł łączenia przez Barretta w jego twórczości miejsc, słów i uczuć. Ten imaginistyczny metajęzyk dawał szczątkowe wskazówki dotyczące sposobu, w jaki interpretował świat. Dla Rogera „zobaczyć” równało się „wiedzieć”. A wiedza oznaczała istnienie, marzenia. Dla niego myślenie oznaczało czucie.

„Miłość” ściśle łączyła się z „wiedzą” i tworzyła warianty tych samych uczuć. Odbierał świat wszystkimi zmysłami, był otwarty i chłonny. Oceniał życie za pomocą zmysłu wzroku. Gdy był przy kimś, kochał tę osobę. Wiedza była miłością, miłość wiedzą – na tym wszystko się opierało. Barrett uwielbiał wiedzę, którą mógł ogarnąć wzrokiem. „Widział i słyszał rzeczy, które dla innych nie istniały – wspominała Rosemary. – Wszystko opierało się na kolorach. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że występowała u niego synestezja, gdyż dla niego dźwięki były kolorami. Gdy coś było głośne, mówił, że jest czarne, a ja wiedziałam, co ma na myśli, bo dorastałam z nim i byliśmy sobie bardzo bliscy. Gdy teraz o tym myślę, opisywanie dźwięków kolorami jest niezwykłe, ale ja to rozumiałam”.

Synestezja to widzenie dźwięków lub słyszenie widoków. W przypadku Rogera była to chromestezja – dźwięki przywoływały kolory. W oczach Rogera słowa i liczby mieniły się kolorami. Jego wyobraźnia była niezwykle rozwinięta, miał niesłychaną zdolność absorbowania i łączenia bodźców, nawet takich, z którymi zetknął się jedynie przelotnie. Już jako dziecko prześlizgiwał się ponad wszystkim, co miał przed sobą, wyłapując to, co najmocniej zwracało jego uwagę.

Sztuka pojawiła się w jego życiu wcześnie i pozostała w nim do końca. Od najmłodszych lat wykazywał talent do szkicowania, rysować i malować zaczął w wieku 18 miesięcy i nigdy tego nie porzucił. „Po raz pierwszy ludzie zdali sobie sprawę, że było w nim coś wyjątkowego, gdy oglądali obrazy, które stworzył jako dziecko – mówiła Rosemary. – Jego rysunki wykonane ołówkiem były znakomite, miał zdolność uwieczniania tego, co widział. Urodził się z tym”.

Przypadkowe obrazy zarejestrowane podczas spacerów uwieczniał na papierze z wielką dokładnością i zręcznością. Wszystko, co przypadło mu do gustu, przelewał na kartki szkicownika. „Jako dziecko stworzył trochę niecodziennych karykatur naszych krewnych. Mieli na nich wielkie głowy lub byli przedstawiani w zabawny sposób”, wspominała Rosemary.

W 1950 roku rodzina Barrettów przeprowadziła się na Hills Road 183, nieco dalej od miasta i terenów uniwersyteckich. Duży wiktoriański dom stał w pewnej odległości od głównej drogi, jego przód bujnie porastał bluszcz, zaś wzdłuż żwirowego podjazdu rósł zadbany żywopłot. Z tyłu był ogródek z altaną otoczoną rosłymi drzewami i ścieżkami wyznaczanymi przez rzędy krzewów oraz wysokim ogrodzeniem. W środku znajdowały się wzorzyste tapety, porcelanowe umywalki oraz zasłony z adamaszku i lampy z zielonego szkła. Emaliowane, popękane klamki zdobiły drzwi do dużych, lecz przytulnych pokojów. W szczęśliwym domu Barrettów ceniono literaturę, muzykę i malarstwo.

Dom przy Hills Road 183 – okno na świat Rogera – był z zewnątrz szaro-czarny, ale wewnątrz ciepły i wyłożony drewnem. Jego zabawki nawiązywały do czasów wiktoriańskich. Bawił się w teatrzyk: wymyślał historyjki odgrywane przez lalki poruszane za pomocą patyków i linek. Nie czuł potrzeby tworzenia scenariuszy, jego zabawy opierały się na jego własnej wyobraźni. Poeta Robert Graves pisał: „Romantyk zagląda przez przypadek do zabawkowego teatru i orientuje się, że trwa przedstawienie. Rejestruje nie akcję, a wrażenia”. Czasami budował pociągi z części maszyn lub metalowe samoloty Spitfire i łodzie. W metodyczny sposób ożywiał przedmioty.

Dzieciństwo Barretta nie było zwyczajne. Roger chłonął otoczenie z niezwykłą łatwością dzięki niebywałej intuicji. Wrażliwy na słowa i prozodię stworzył swoją autorską składnię; mówił i liczył, zanim nauczył się chodzić.

Ojciec Barretta, doktor Arthur Barrett, chirurg i wykładowca na Pembroke College, zajmował się anatomią patologiczną i patologią w szpitalu Addenbrooke’s. Max – bo tak nazywali go przyjaciele i rodzina – był człowiekiem o wytwornych manierach, niezwykle uprzejmym i szanowanym.

Urodził się w 1909 roku w Thaxted, w hrabstwie Essex. Ojciec doktora Barretta, Arthur Samuel Barrett, zajmował się tam handlem detalicznym. Jego matka, Alice Mary (z domu Ashford), była córką pastora Charlesa Ashforda, duchownego kongregacyjnego. Babka od strony matki (panieńskie nazwisko Ellen Garrett) była kuzynką Elizabeth Garrett Anderson, pierwszej kobiety w Wielkiej Brytanii, która zdobyła uprawnienia medyczne. Wspominała ona: „Moja siła bierze się z dodatkowej śmiałości, którą mam w genach. Wszyscy Garrettowie ją mają”.

Doktor Barrett przybył do Cambridge w 1927 roku, na stypendium do County, a potem do Pembroke College. Był wybitnym studentem, uczelnię ukończył z wyróżnieniem. Stał na czele drużyny Wilczków, która była częścią uniwersyteckiego klubu skautów. Wraz z nim drużynę prowadziła panna Winifred Heeps, którą poślubił. Organizowali wyprawy i obozy letnie. Max został odznaczony Harcerskim Medalem za Męstwo, po tym jak uratował kobietę tonącą w rzece Cam.

W 1938 roku objął stanowisko asystenta uniwersyteckiego w zakładzie patologii. Prowadził mistrzowskie pokazy w kostnicy, a jego niezwykłe poświęcenie łączyło się z czymś, co jego współpracownicy określali jako „spokój i życzliwość”. Był niezwykle oddany swej pracy, a osoby mające z nim codzienny kontakt opisywały go jako skrupulatnego, zręcznego, a przede wszystkim systematycznego.

Zainteresowania botaniczne sprawiały, że doktor Barrett spędzał wolny czas, przemierzając Anglię Wschodnią w poszukiwaniu dzikich kwiatów i ptaków. Dla przyjemności malował akwarele przedstawiające dzikie grzyby, które zbierał na Wzgórzach Gog Magog. Udzielał się też w filharmonii. On i jego żona niezwykle cieszyli się ze wszystkich sukcesów pięciorga swoich dzieci. Szczęście rodzinne było dla niego niezwykle istotne.

Matka Barretta, Winifred, miała opinię kobiety niezwykłej. Przyjaciel Rogera opowiada: „Winifred była radosną, konkretną osobą, niezwykle żywą i wiecznie zajętą. Zawsze piekła wspaniałe ciasto biszkoptowe i robiła dżemy. Była typem skromnej gospodyni, choć nie nosiła fartucha. Ubierała się zwyczajnie. Nie była onieśmielająca, wspominam ją jako bardzo sympatyczną”.

Rodzeństwo Rogera – Alan, Donald, Ruth i Rosemary – pobłażało bratu. Rosemary, najbliższa mu wiekiem i charakterem, dzieliła z nim sypialnię. „Była nas piątka i bardzo się od siebie różniliśmy – wyjaśniała. – W naszym domu można było robić wiele rzeczy. Mieliśmy multum zainteresowań. W każdym pokoju wybrzmiewała inna muzyka, działo się coś innego. To był bardzo radosny dom”.

David Gale tak wspomina rodzinę Barrettów z okresu dzieciństwa Rogera: „W tamtych czasach w Cambridge mnóstwo ekscentrycznych ludzi jeździło na rowerach. Wyglądali, jakby byli z innej epoki, choć ówczesna społeczność nie miała problemu z ekscentryzmem. Ojca Rogera często można było dostrzec na Hills Road. Jego matka była radosną, siwowłosą postacią. Miał dwie siostry i dwóch braci. Rosemary była niezwykle wesoła, ta starsza nieco mniej. Miał trochę dziwnego starszego brata, który ciągle był blady, wycofany, cichy i humorzasty. Pewnie nas nie lubił, przynajmniej takie odnosiłem wrażenie”.

Członkowie rodziny różnili się temperamentem. Ojciec i starsze rodzeństwo byli cisi i powściągliwi, zaś Winifred, Rosemary i Roger – bardziej jowialni. Dopiero w dorosłym życiu Roger stał się „wycofany, cichy i humorzasty”. Rosemary pamięta, że ich ojciec był pochłonięty pracą, zaś prawdziwym ojcem stawał się jedynie na wakacjach, choć i wtedy zdawał się trochę nieobecny. „Był z nami, ale jakby go nie było, jakby znajdował się na innej planecie”.

Takie mało zaangażowane rodzicielstwo było normą wśród ojców z klasy średniej w powojennej Wielkiej Brytanii. Choć z drugiej strony Rosemary opowiadała biografom, Watkinsonowi i Andersonowi, że jej brat i ojciec „byli sobie niezwykle bliscy. Jeśli Roger powiedział coś dowcipnego, nasz ojciec zawsze śmiał się jako pierwszy”.

Cała rodzina żyła w harmonii. „Nawet jako dziecko miał świetne poczucie humoru i był bardzo bystry – wspominała Rosemary. – Jeśli z jakiegoś powodu w domu panowała gęsta atmosfera, rozładowywał ją jakimś dowcipem”.

„Syd pochodził z klasy średniej, więc powodziło im się całkiem nieźle – mówi Nigel Lesmoir-Gordon. – Przy Hills Road stały same wielkie domy. Nim poznałem Syda, nigdy nie spotkałem jego rodzeństwa, poza Rosemary”.

Jego starsze rodzeństwo usamodzielniło się, gdy Roger był jeszcze dzieckiem. On i Rosemary mieli cały duży dom i ogród dla siebie. Rosemary mówiła później, że byli nierozłączni, „niczym bliźnięta”. Roger opowiadał o urodzinach z dzieciństwa, „z przyjęciami i zabawami w ciemności, gdy ktoś chował się i walił drugą osobę poduszką. Przebieraliśmy się, wychodziliśmy na dwór i rzucaliśmy kamykami w przejeżdżające samochody”. Przyjęcia Rogera niezwykle podobały się odwiedzającym dom braciom, Alanowi i Donaldowi, którzy śmiali się, gdy ich brat rozrabiaka biegał po domu ze sztucznymi ogniami, oświetlając korytarze migoczącymi światełkami.

Winifred zabierała „Roga” i „Roe” na kąpielisko dla dzieci Snob’s Brook, spokojny odcinek niewielkiego dopływu rzeki przy Coe Fen. Tam dzieci uczyły się pływać, nim pozwalano im się kąpać w odkrytym kąpielisku przy Jesus Green. Na brzegu stały drewniane budki kąpielowe i było to idealne miejsce, żeby poleniuchować na trawie, nim wskakiwało się do lodowatej wody.

Rzeka Cam była wtedy głębsza i na kąpielisku przy Sheep’s Green niezłomni członkowie Newnham Riverbank Club wspinali się na wysokie platformy, by oddając kolejne skoki do wody, ćwiczyć wyszukane ewolucje. Pośród kęp turzycy można było usłyszeć odbijające się echem kwakanie kaczek dryfujących pod drzewami. Jaskółki przesiadywały na gałęziach, szczury wodne i krety czmychały po nabrzeżu. Życie toczyło się swoim rytmem.

„W dzieciństwie wybieraliśmy się z naszym ojcem do Byron’s Pool w Grantchester. To było wielkie kąpielisko pod lasem i Roger bardzo lubił tam chodzić – opowiadała Rosemary w rozmowie z Simonem Webbem z Fundacji Syda Barretta. – Zawsze dobrze się czuł w spokojnych, wiejskich okolicach Cambridge”.

Muzyka dość wcześnie zaistniała w życiu Rogera, gdyż w wieku siedmiu lat został zapisany na lekcje gry na pianinie. Po dwóch tygodniach jednak zbuntował się i na tym się skończyło. Mimo to wystąpił wraz z Roe na szkolnym recitalu w Guildhall – dawnym budynku cechu znajdującym się tuż przy rynku. W czasie tego pierwszego występu scenicznego rodzeństwo zagrało na pianinie walc Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa II, ku radości kochających rodziców.

Max często słuchał klasycznych walców. „Muzyka była zawsze obecna w naszym domu, bo ojciec ją uwielbiał, a starszy brat grał w grupie jazzowej”, wspominała Rosemary.

Podczas roku szkolnego często odbywały się występy tercetów, kwartetów i orkiestr klasycznych. W każdą Wigilię chłopięcy chór King’s College występował z koncertem kolęd, który był transmitowany drogą radiową na całą Wielką Brytanię. Przyjaciele z dzieciństwa wspominają, że często przesiadywali wokół piecyka elektrycznego w pokoju Rogera i śpiewali kolędy – niezależnie od pory roku. Barrett, dzięki swojej otwartości i ciepłu, wydobywał najlepsze cechy z otaczających go ludzi. „Znajomi mojej matki przychodzili do nas, żeby go poznać – opowiadała Rosemary. – Był dowcipnym, bystrym, ładnym dzieckiem, nieodmiennie wszystkich rozśmieszał i każdy go kochał. Miał wspaniałą osobowość i od zawsze wiadomo było, że będzie kimś wyjątkowym. Miał w sobie to coś”.

„Syd był w dużej mierze produktem wychowania w angielskiej wyższej klasie średniej – zauważa Barry Miles, znacząca postać londyńskiej sceny undergroundowej lat 60. – Dobrze znał angielską literaturę dla dzieci i pozostała ona nie bez wpływu na jego psychikę. Jak wielu swych rówieśników czytywał historyjki typu O czym szumią wierzby, Przygody misia Ruperta czy Kubusia Puchatka. Coś podobnego można powiedzieć choćby o muzykach Soft Machine, którzy pochodzili z Canterbury. Canterbury i Cambridge nie różniły się zbytnio od siebie. Były to typowe miasteczka, gdzie dominowali przedstawiciele klasy średniej. Wszyscy byli przemili, a dorastanie tam można określić jako niezwykle przyjemne. Syd nie różnił się znacząco od chłopców w jego wieku: miał wyszukane poczucie humoru i zdradzał nieco angielskiej ekscentryczności”.

Barrett mówił po latach: „Bajki to dobra rzecz. Mają sporo wspólnego z życiem w Cambridge, z naturą i generalnie ze wszystkim dookoła”. Bajki go ukształtowały. Dzieła Beatrix Potter były hitem przy Hills Road, Roger uwielbiał zwłaszcza Pana Jeremiego Rybaka. Podobnie jak Pan Jeremi Rybak lubił „moczyć nogi, nikt go za to nie karcił, nigdy się przez to nie rozchorował!”. Łatwo się rozpraszał. Pewnego razu zapomniał o gorącej wodzie lejącej się do wanny i poszedł do swojego pokoju. Strużka spływająca po schodach zmieniła się w potok. „Mama mówi, że minie tydzień, nim piec znów będzie w stanie ogrzewać wodę – pisał z żalem w liście. – Mama była bardzo zła, uderzyła mnie, rozpłakałem się”.

Winifred często czytała dzieciom książkę The Little Grey Men napisaną (pod pseudonimem B.B.) przez Denysa Watkinsa-Pitchforda. Baldmoney, Sneezewort, Dodder i Cloudberry – cztery ostatnie gnomy w Wielkiej Brytanii – mieszkali w dębie przy Folly Brook. Gdy Cloudberry przepadł bez śladu, jego rodzeństwo zbudowało łódkę i popłynęło w górę rzeki, by go odnaleźć.

Gdy Roger miał siedem lat, wybrał się z rodziną do północnej Walii. Zbłądził w lasach otaczających spowitą mgłą górę Snowdon. Szukała go cała szóstka Barrettów i kilku leśników, a on jak gdyby nigdy nic przechadzał się po szlaku. Gdy go odnaleziono, był zaskoczony paniką swych bliskich. Oddalił się, lecz nie miał wrażenia, że zgubił się w lesie – w przeciwieństwie do jego rodziny. Znikanie bez słowa było jednym ze skutków jego bezgranicznej ciekawości. Trudno było przewidzieć, co zbroi, jeśli tylko będzie miał ku temu okazję.

Jedną z ulubionych powieści Rogera była O czym szumią wierzby Kennetha Grahame’a z 1908 roku. Były to typowo angielskie przygody Ropucha, Kreta, Borsuka i Szczura. Na dobranoc Winifred czytała dzieciom także opowieści z wydanego w 1918 roku zbioru English Fairy Tales, wypełnionego sugestywnymi i nieco upiornymi ilustracjami autorstwa Arthura Rackhama.

Tym, co odróżniało Barretta od rówieśników, wychowywanych na tych samych książkach, była jego niezwykła więź z naturą. Jego teksty przywołują krajobrazy Cambridgeshire: torfowiska i rzeki, krowy przechadzające się po łąkach i konie biegające kłusem po ścieżkach wijących się nad Cam, pośród rechoczących żab, strachów na wróble i czmychających myszy polnych.

Opowieści ku przestrodze dla dzieci Hilaire’ego Belloca wypełnione były satyrycznym dowcipem oraz strasznymi i nieco dziwnymi alegoriami. Roger prosił Winifred, by czytała jemu i Roe przed snem Historię Matyldy, którą za ciągłe kłamstwa spotkała śmierć w płomieniach autorstwa Belloca.

Rogera łączyła z matką głęboka więź i nie było wątpliwości, kto był ulubieńcem Winifred. Pałała ona wielką miłością do swojego najmłodszego syna – bystrego i aż nadto rozwiniętego jak na swój wiek, wymagającego i kapryśnego. „Matka rozpieszczała go, bo kochała go znacznie bardziej niż nas – utrzymuje Rosemary. – Roger wciąż prosił o więcej, a dziecko, które prosi o więcej, dostaje więcej. Byli sobie bardzo bliscy”. Gdy wracał ze szkoły, w kuchni zawsze czekał na niego kawałek ciasta biszkoptowego.

Bohater powieści Rudyarda Kiplinga Puk z Pukowej Górki – ostatni potomek Ludku Górskiego i „najdawniejsza z dawnych istot Starej Anglii”[9] – pasował idealnie do Dudziarza z O czym szumią wierzby. Barrett był oczarowany leśnymi duchami i kudłatymi półludźmi, półkozłami przypominającymi Pana. Sam lubił psocić, więc tego typu historie tylko podsycały łobuzerskie iskierki w jego żywych, brązowozielonych oczach. W historiach Lewisa Carrolla, Alicji w Krainie Czarów i Po drugiej stronie lustra, młoda Alicja przeniknęła do świata dziwacznych stworów. Z kolei powieść Lew, czarownica i stara szafa C.S. Lewisa stymulowała jego wyobraźnię historią dzieci, które w szafie odkryły przejście do Narni.

„Zawsze czytał opowieści dla dzieci, był zafascynowany historiami takimi jak Alicja w Krainie Czarów – mówiła Rosemary. – Sam żył wiecznie w takim dziecięcym, zmyślonym świecie, więc pisał też o tym w swoich tekstach. Kraina fantazji zawsze pociągała go bardziej niż świat realny. Rzeczywistość była zwodnicza i nudna. Nie miał na nią czasu!” Nakręcany fantastyką obecną w ukochanych książkach wiecznie szukał magicznego przejścia do innego świata. Granica między fantazją a rzeczywistością była niezwykle płynna. Dla Barretta świat fantazji był rzeczywistością.

W jego rodzinnym domu można było znaleźć zbiór The Cambridge Book of Poetry for Children pod redakcją Kennetha Grahame’a, Nursery Rhymes of England autorstwa Jamesa Orcharda Halliwella-Phillipsa czy The Nursery Rhyme Book Andrew Langa[10]. Roger miał też ilustrowany delikatnymi pastelami zbiór Mother Goose or the Old Nursery Rhymes Kate Greenaway oraz Absolute Nonsense i Book of Limericks napisane przez Edwarda Leara, zawierające natchnione gry słów i bezsensowne wierszyki. Roger, podobnie jak Lear i Carroll, lubił w swojej twórczości kłaść akcent na zakończenie wiersza, by padał na ostatnią sylabę. Winifred czytała: „W dalekich krainach, w dalekich krainach / Żyją stworki Dżamblami zwane / Zielone mają głowy, niebieskie dłonie / W sitku razem wypłynęły w nieznane”[11].

W tych tradycyjnych angielskich historyjkach dla dzieci elementy fantastyczne mieszały się z łobuzerskim surrealizmem. Ich bohaterami są gnomy, skrzaty, hobbici, jednorożce, koty z Cheshire i palące sziszę gąsienice. Krety i ropuchy chodzą, mówią, a nawet jeżdżą samochodami. Przejmując angielskie dziwactwa i maniery, zwierzęta noszą kamizelki, mają przy sobie zegarki kieszonkowe, palą fajkę i są na przemian poirytowane i dowcipne. Gdy Barrett nieco podrósł, sięgnął po Hobbita i trylogię Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena, opisujące dzieje Śródziemia, czarodzieja Gandalfa oraz hobbita Bilba Bagginsa.

Choć w powojennej Wielkiej Brytanii telewizja była luksusem, w domu Barrettów był spory czarno-biały telewizor z małym, okrągłym ekranem. Stacja BBC nadawała programy dla dzieci. Obok Andy Pandy czy The Woodentops można było obejrzeć Flower Pot Men – lalkowe postacie Bill i Ben mieszkały w szopie ogrodowej i mówiły własnym językiem określanym jako „oddle poddle”. Pomiędzy zamieszkiwanymi przez nie doniczkami żyła roślina, nazywana Little Weed, która nieustannie krzyczała „wee-eed weee-eeed[12]” – niewątpliwie kształtowało to wyobraźnię.

Świat mesmerycznych fantazji był zapewne atrakcyjniejszy niż rzeczywistość szkoły Morley Memorial, do której Roger uczęszczał na początku lat 50. Mieściła się ona przy Blinco Road, kilkadziesiąt metrów w górę Hills Road. Choć pierwszy tydzień upłynął Barrettowi na gorzkim płaczu, koleżanka z klasy Alison Barraclough pamięta, że udzielał się na zajęciach z muzyki i rytmiki. Ubrany w krótkie spodenki stanął przed klasą i zaśpiewał: „Dorodne wiśnie, dorodne wiśnie / Bierzcie garściami / Są piękne i wielkie / Kupujcie, spróbujcie sami”[13]. „Roger zawsze był wyjątkowy, nawet wtedy. Miał niesamowitą wyobraźnię”, twierdziła Barraclough.

Pewnego razu, gdy uczniom polecono narysować gorący dzień, pozostałe dzieci tworzyły pejzaże przedstawiające piasek i morze, zaś młody Barrett zuchwale narysował dziewczynę w bikini na plaży, trzymającą lody kapiące na jej ciało.

Gdy po szkole Roger i Alison wracali domu, szli wzdłuż Marshall Road, przekopując sterty jesiennych liści i grając w kulki na poboczu drogi. „Mieliśmy fioła na punkcie kulek. Każde miało swój własny zestaw i trzymało je w specjalnych woreczkach zrobionych przez nasze mamy. Gdy ostatni raz graliśmy ze sobą, liczyliśmy sobie zaledwie po 11 lat. Po wakacjach mieliśmy iść do innych szkół. Pewnego razu Syd odwrócił się do mnie i powiedział: »Daję ci je w prezencie«. Oddał mi swoją prawdopodobnie najcenniejszą rzecz, swój woreczek z kulkami. Nie mogłam w to uwierzyć. Taki piękny zestaw! Nikt nigdy nie oddawał nikomu swoich kulek, ale Roger podarował swoje właśnie mnie. Nawet jako chłopiec był wyjątkowy, wspaniały. Wszystkie dziewczyny go uwielbiały, ale on zawsze miał słabość do mnie”.

Rosemary opowiadała: „Był niezwykle charyzmatyczny. Jako dziecko lubił błaznować. Był bardzo atrakcyjny i wyjątkowo utalentowany. Zawsze miał mnóstwo przyjaciół, ponieważ był bardzo zabawny. Wiecznie się śmiał i miał ten błysk w oku”.

Osobliwe frazowanie, rymy, podział rytmu i intonacja jego utworów mają swe źródło w uwielbianych przez niego dziecięcych rymowankach. Jedną z nich było Sing a Song of Sixpence, z opadającą kadencją i akordami diatonicznymi. Oranges and Lemons i London Bridge Is Falling Down także mają pewne charakterystyczne cechy melodii, które pojawiały się później w twórczości Barretta. Występują w nich opadające półtony, trudne do zaśpiewania dla dorosłych, lecz łatwe dla dzieci. Dla Barretta rymowanie, dopasowywanie słów o podobnym brzmieniu w dwuwierszu, otwierało drzwi do nowego świata. Wszystkie jego najlepsze utwory rozbrzmiewają takimi twórczymi połączeniami.

Zasłuchiwał się w wodewilowych pieśniach puszczanych ze starych siedemdziesiątek ósemek[14] znalezionych w domu. Kładł płaskie, ciężkie szelakowe płyty na nakręcany gramofon z blaszaną tubą i nastawiał ramię. Spod ślizgającej się igły wydobywały się trzaski i melodie. Typowo angielskie, satyryczne, humorystyczne, pikantne piosenki wodewilowe były nieodłączną częścią brytyjskiej kultury jeszcze długo po okresie swojej największej świetności. Jedna z nich opowiadała o Szampańskim Charliem, londyńskim eleganciku obracającym się wśród wyższych sfer. Niezbyt ambitne wodewilowe numery opiewały wino, kobiety i śpiew, czyli wiktoriański odpowiednik seksu, narkotyków i rock and rolla.

Rewia ugruntowała popularność osobliwego angielskiego humoru, w którym dominowały gry słów, seksualne aluzje i dwuznaczne sformułowania. Występy muzyków były poprzedzane popisami klaunów i kuglarzy, akrobatów i artystów wykonujących ewolucje na rowerach. Sławna „Królowa Rewii” Marie Lloyd trzepotała cekinowym wachlarzem, kręciła biodrami odzianymi w krynolinę i śpiewała, że „jeszcze nikt nie skasował jej bileciku”, dodając do tego łobuzerskie mrugnięcia. Wykonywała także swoją wersję standardu Every Little Movement (Has a Meaning All Its Own).

W utworach Barretta, takich jak Here I Go, słychać spory sentyment do tego typu brzmień. Najpopularniejsze taneczne utwory z lat 20. i 30., wykonywane przez grupę Billy Cotton and His London Savannah Band, były utworami młodości jego rodziców. Angielskie grupy taneczne występowały w salach balowych całego kraju, przy akompaniamencie instrumentów dętych, banjo, kontrabasu i werbla. Pink Floyd z Barrettem często grali w tych samych salach, reliktach minionych czasów.

W piątkowe wieczory w Cambridge można było jeździć na wrotkach w zbudowanym z żółtej cegły dawnym budynku giełdy zbożowej Corn Exchange mieszczącym się przy Wheeler Street. The Regal – kino z jednym ekranem znajdujące się przy St. Andrew’s Street – wyświetlało w sobotnie poranki filmy dla dzieci i młodzieży. Hałaśliwa publiczność oglądała westerny i kreskówki. W innych porach dnia w The Regal można też było zobaczyć wielkie dzieła, jak Ben Hur czy Cyd, na które chadzali Barrett i jego przyjaciele.

Spore wrażenie robiła Fantazja Walta Disneya, z tańczącymi hipopotamami i strusiami odzianymi w spódniczki baletnic. Dzięki temu filmowi Roger poznał Święto wiosny Igora Strawińskiego z nieharmonijną partią fagotu rozpoczynającą poemat symfoniczny na temat stworzenia Ziemi. Hipnotyczny Taniec wieszczki cukrowej Czajkowskiego łączył pobrzękiwanie czelesty z radosną partią klarnetu i pizzicatem instrumentów smyczkowych. Zdumiony ich wykorzystaniem Roger przemycał je do swoich późniejszych improwizacji.

Gdy miał dziewięć lub dziesięć lat, zainteresował się komiksami. Dzięki albumom takim jak The Beezer zafascynował się postaciami zwanymi The Iron Eaters, gąbczakami z kosmosu, które żywiły się żelazem. W zbieranych przez niego komiksach z serii Eagle występował nieustraszony kosmiczny zawadiaka Dan Dare, „pilot z przyszłości”, walczący z przerażającym, zielonkawożółtym Mekonem – nikczemnym władcą planety Wenus. Siedem razy w tygodniu Radio Luxembourg nadawało słuchowisko oparte na tym komiksie, Operację Saturn. Roger ją uwielbiał. Słuchał o tym, jak latające postacie w skafandrach opadają w kierunku Tytana, księżyca Saturna, a Digby obwieszcza przerażonym głosem: „Woda, proszę pana! Wszędzie tylko woda!”. W kolejnym komiksie z Danem Dare’em pojawiał się Wędrujący Świat, przemieszczające się kosmiczne miasto ostatnio widziane na „podświetlnej drodze wyjazdowej z Układu Słonecznego” i unikające wszelkiego kontaktu. Przez pewien czas Roger rysował komiksy z wymyślonymi przez siebie bohaterami, a śpiewając o przeraźliwych, lodowatych morzach Jowisza i Saturna, nawiązywał do postaci Dana Dare’a.

Kolejną lubianą przez niego audycją była Podróż w przestrzeń kosmiczną nadawana przez radio BBC. Seria zatytułowana Operation Luna opowiadała o problemach ekipy, która jako pierwsza wylądowała na Księżycu. Kapitan „Jet” Morgan, Kanadyjczyk „Doc” Matthews, australijski technik „Mitch” Mitchell i operator radiowy z Cockney, „Lemmy” Barnet, ocalili świat przed marsjańską inwazją w odległym 1971 roku. „BBC przedstawia… Jeta Morgana w… Podróży w przestrzeń kosmiczną!”. Rakieta startowała (tak naprawdę był to odgłos odrzutowca nagrany na lotnisku Heathrow), następnie dźwięk stopniowo narastał (odgłos zaworu termoelektronowego przepuszczony przez komorę pogłosową radia BBC), aż w końcu w tle rozbrzmiewał niesamowity, bulgoczący odgłos fortepianu smyczkowego obsługiwanego przez Vana Phillipsa.

W Boże Narodzenie i Nowy Rok na przełomie 1958 i 1959 roku Roger oglądał popularny telewizyjny serial science fiction Quatermass, w którym profesor Bernard Quatermass ratował ziemię przed inwazją obcych. Całe pokolenie śledziło z przerażeniem, jak przedmiot obcego pochodzenia wykopany na budowie w Londynie oddziałuje negatywnie na każdego, kto się z nim zetknął, nawet na Quatermassa.

Roger lubił też widowiska komediowe w rodzaju The Goon Show – nadawany przez długi czas zbiór skeczy Harry’ego Secombe’a, Petera Sellersa i Spike’a Milligana, improwizowanych z użyciem efektów dźwiękowych, dużej dawki absurdu i sztuczek wokalnych.

Barrett po raz pierwszy spotkał Rogera Watersa podczas sobotnich zajęć plastycznych prowadzonych w Homerton College przy Hills Road przez jego matkę, Mary. Waters mieszkał tuż za rogiem, przy Rock Road. Barrett miał wtedy sześć lat, on zaś osiem. Rodzice Rogera przyjaźnili się z Mary Waters, choć ich synowie zakumplowali się dopiero jako nastolatkowie. Waters miał pięć miesięcy, gdy jego ojciec zginął na froncie. Twierdził, że to ukształtowało jego spojrzenie na życie i pozostawiło w nim mnóstwo gniewu i bólu.

„Dom przy Rock Road, w którym mieszkał Roger Waters, był nieduży – opowiadał Seamus O’Connell. – Mary musiała sama wychowywać dwóch synów. Była nowoczesną kobietą, niezwykłą, pełną energii. Interesowała się polityką na szczeblu lokalnym”. Choć pani Waters prowadziła zajęcia artystyczne, jej syn narzekał, że nie zachęcała go do rozwijania kreatywności: „Nie interesowała się muzyką czy sztuką, jedynie polityką. Moje dzieciństwo nie było zbyt szczęśliwe”.

Waters uczęszczał do utrzymującej niezwykle wysoki poziom, finansowanej przez państwo szkoły dla chłopców Cambridge and County, zwanej po prostu County, mieszczącej się w budynku z czerwonej cegły przy Hills Road. Nie czuł się tam dobrze, radość sprawiały mu jedynie zajęcia sportowe. Grał w drużynie krykieta wraz z Radem „Bobem” Klose’em i Stormem Thorgersonem. W szkole obowiązywał oficjalny ubiór: granatowy blezer, czapka i szkolny krawat. Do chłopców zwracano się po nazwisku, dodając ewentualnie pierwszą literę imienia, jeśli było to konieczne. Nauczyciele wrzeszczeli na uczniów, besztali ich i stosowali kary fizyczne.

Jednak pracował tam pewien inspirujący nauczyciel – Denis Fielder. Prowadził zajęcia muzyczne. Opowiadał uczniom, do których wkrótce dołączyć miał także Barrett: „Muzyka to nie nuty na kartce papieru. Każdy kompozytor, który tak twierdzi, coś ukrywa. Zawsze pytajcie, co kompozytor chce wam przekazać na swój temat lub na temat świata, w którym żyje”.

Waters opowiadał: „Uważano mnie za kompletnego osła, zwłaszcza jeśli chodziło o język angielski. Większość nauczycieli to były zwykłe świnie, zainteresowane tylko dostaniem się na uniwerek. Nienawidziłem tej szkoły, z wyjątkiem zajęć sportowych, które uwielbiałem. Na pozostałych mieliśmy robić, co nam kazano, i trzymać dziób na kłódkę. W szkole panował podział na »nas« i »ich«. Wraz z kilkoma kumplami stworzyliśmy dość wywrotową paczkę. Podobało mi się rozwalanie szkolnej własności, potajemne niszczenie szkoły za pomocą bomb, choć nikt nigdy nie został ranny”. Nawet w czasach szkolnych Watersem targały sprzeczne motywacje. Z jednej strony sprzeciwiał się władzy, z drugiej – sam chciał być liderem. Niszczył, choć skala tych zniszczeń była ograniczona – kierowały nim w równym stopniu złość i empatia.

W 1957 roku, gdy Waters siał zniszczenie w szkole, do County zaczął uczęszczać Barrett. „Moje życie było bardzo proste – twierdził. – Szkoła znajdowała się po drugiej stronie ulicy”. Barrett lubił szkołę, był popularny, miał opinię inteligentnego, choć roztargnionego ucznia. Po latach wspominano go jako wybitnego absolwenta, był uznawany za obiecującego artystę. „Syd był uczniem County, więc musiał być bystry – wspominał jego kolega John Watkins. – Dużo czytał i chętnie pogłębiał swoją wiedzę”.

Bystry jak na swój wiek, często bywał zirytowany nudnymi lekcjami i stawał się uciążliwy dla nauczycieli, choć w sposób tak dowcipny, że ci często wybaczali mu jego bezczelność. Zdawał się wykorzystywać swój spryt, by przechytrzać innych. Miał charyzmę i niewymuszoną błyskotliwość. Gdy tylko chciało mu się w coś zaangażować, odnosił sukcesy, zwłaszcza na zajęciach plastycznych. Choć nie interesował się sportem, był dobrym biegaczem długodystansowym. Zawsze biegał bez koszulki i boso. Był najszybszy w całej szkole, nie miał sobie równych. Miał dłuższe włosy niż inni uczniowie County. Nosił grzywkę, jeszcze zanim Beatlesi zaczęli się czesać w ten sposób.

Do klasy wyżej od Barretta chodził twórca okładek płyt Pink Floyd Storm Thorgerson. Z kolei dwie klasy niżej był Tim Renwick, który wspomagał Pink Floyd na gitarze podczas koncertów. „Byli ode mnie starsi, lecz dobrze ich pamiętam – wspominał. – Byli bardzo popularni. Roger przeszedł do historii szkoły, gdy odmówił dołączenia do drużyny wojskowej; był buntownikiem. Syd był moim zastępowym w skautach. Podobnie jak Roger miał mnóstwo charyzmy”.

Siódma Drużyna Skautów w Cambridge składała się w całości z uczniów County. „Wilczki” Barretta spotykały się w stanicy przy Perne Road, gdzie omawiano plany wycieczek pod namioty i nocnych wypraw. W napisanym w 1908 roku Skautingu dla chłopców twórca tego ruchu Robert Baden-Powell pisał: „Wzgórza i drzewa, ptaki i groźne bestie, morza i rzeki… wszystko to niesie ze sobą zdrowie i szczęście, których nie zaznacie otoczeni miejskimi murami i dymem”. Barrett wziął sobie te słowa do serca.

„Byliśmy w podobnym wieku, była między nami różnica kilku miesięcy – opowiadał kolega z klasy Don Leighton. – Często spotykaliśmy się po szkole na przystanku autobusowym przy Drummer Street, nim wszyscy rozchodzili się do domów. Przedstawiła nas sobie pewna dziewczyna, która, ku mojej irytacji, była w nim zadurzona. To był taki typ człowieka, który łatwo przyciągał dziewczyny. Dokładnie pamiętam jedną z naszych rozmów: dotyczyła tego, co będziemy robić po ukończeniu szkoły. Jego odpowiedź była zaskakująca. Zamierzał zostać sekretarzem w kancelarii adwokackiej. Tak, nie przesłyszałem się. Mówił to bez ironii. Z perspektywy czasu powiedziałbym, że mnie wkręcał”.

Barret interesował się także muzyką. W 1956 roku Wielką Brytanię opętał szał na punkcie muzyki skifflowej. Po tym jak karkołomne wykonanie Lonniego Donegana utworu Rock Island Line z repertuaru Leadbelly’ego dotarło do czołowej dziesiątki zestawień najpopularniejszych utworów po obu stronach Atlantyku, tysiące młodych ludzi zaczęły tworzyć grupy skifflowe. Potrzeba było tylko gitary, tary do prania od mamy, gitary basowej stworzonej ze skrzyni na herbatę, werbla i drucianych szczotek. Brat Rogera, Alan, założył zespół, zaś Syd domagał się kupna instrumentu. Rodzice nie traktowali poważnie muzycznej pasji swojego najmłodszego syna. „Zaczęliśmy od fortepianu, potem była drumla i magnetofon – wspomina Rosemary. – Potem Syd dostał ukulele, następnie banjo i gitarę. Och, uwielbiał ukulele!”

„Moim pierwszym instrumentem, otrzymanym w bardzo młodym wieku, było ukulele – potwierdzał Barrett. – Potem, gdy miałem 11 lat, rodzice kupili mi banjo. Zupełnie nie wiem, czemu je chciałem, ale wtedy pomysł, by grać na banjo, wydawał się całkiem niezły. Znalazłem je w sklepie z używanymi przedmiotami i brzdąkałem na nim radośnie przez jakieś pół roku. Potem postanowiłem, że muszę mieć gitarę. Pierwszą była akustyczna gitara firmy Höfner. Kosztowała 12 funtów i miałem ją przez jakiś rok”.

Gitara Höfner Congress, importowana z Niemiec, była typową gitarą akustyczną ze stalowymi strunami. Ten jeden z tańszych modeli miał płytę wierzchnią wykonaną z klonowego laminatu, dwuczęściowy tył z klonową okleiną i szylkretową płytkę ochronną. Instrument był prawdziwym skarbem Barretta. „Szybko zacząłem grać – mówił. – Uczyłem się z książek i podpatrując kumpli, którzy już trochę grali”. Folksinger’s Guitar Guide, podręcznik do nauki gry na gitarze autorstwa amerykańskiego wokalisty folkowego Petera Seegera, uczył, jak nastroić instrument oraz jak grać bluesa, flamenco czy rumbę.

Amerykański rock and roll był mieszanką czarnego R&B i białej muzyki country and western. Na szczycie listy przebojów królowało nagranie Rock Around the Clock Billa Haleya and the Comets. Charlie Gracie, amerykański muzyk grający rockabilly, miał komplet widzów w londyńskim Palladium i trafił do pierwszej dziesiątki listy przebojów w Wielkiej Brytanii z utworami Fabulous i Wandering Eyes.

Choć wielu sądziło, że to chwilowa moda, rock and roll przetrwał o wiele dłużej. Rodzice traktowali kołyszącego się Elvisa, wrzeszczącego Little Richarda czy demonstrującego kaczy chód Chucka Berry’ego z szyderczym uśmiechem, który miał maskować spory niepokój. Teddy boys[15] – przedstawiciele pierwszej angielskiej subkultury młodzieżowej – ubierali się w stylu edwardiańskim, który łączyli z rockandrollowym zachowaniem rodem z Ameryki. Gdy Haley wyruszył w trasę po Anglii, z lubością niszczyli siedzenia w salach koncertowych. David Gale miał 12 lat, gdy kupił Rock Around the Clock. „Dorastaliśmy w czasach Elvisa i dziwnej surowości lat 50., więc chwyciliśmy się nowej rockandrollowej mody. Rock and roll był niesłychanie pocieszający i uspokajający. Połączyła nas pewna solidarność, którą traktowaliśmy jak sens życia”.

British Broadcasting Corporation rzadko nadawało rock and rolla. BBC wolała nadawać na kanale Light Programme mdłą, grzeczną muzykę do tańca, graną przez muzyków sesyjnych. Ponieważ w Wielkiej Brytanii nie było wtedy innych stacji, BBC miała monopol na falach radiowych. Prezenterzy obdarzeni głębokimi głosami recytowali prognozę pogody dla wybrzeży kraju i komentowali nudne debaty parlamentarne.

Choć brytyjskie wytwórnie płytowe – EMI, Philips, Decca i Pye – wydawały do 500 singli rocznie, dla kompozycji rockandrollowych nie było miejsca na antenie BBC. Dominowały tam muzyczne audycje w rodzaju Midday Spin i Family Favourites, nadawane w niedziele, czy niemiłosiernie wyśmiewany Housewives’ Choice[16]. Zabawne piosenki, wykłady, wiadomości i słuchowiska szczelnie wypełniały ramówkę. Na antenie królowały nudne ballady Doris Day czy Pata Boone’a, a także dziwactwa takie jak absurdalny Rock and Roll Waltz w wykonaniu Kay Starr and the Hugo Winterhalter Orchestra.

Angielskie nastolatki włączały stację American Armed Forces Network lub nastrajały radio na falę 208 metrów, by słuchać Radia Luxembourg. „Radio Luxembourg pojawiało się i znikało, ciągle traciliśmy sygnał – opowiada Nigel Lesmoir-Gordon. – Po jakimś czasie po prostu przyzwyczailiśmy się do kiepskiej jakości”. Stacja nadawała od 19.00 do 3.00 w nocy, a młodzież leżała zasłuchana w pościeli, kręcąc gałkami (krążyła plotka, że to poprawi jakość sygnału). Zasypianie przy Sleep Walk duetu Santo and Johnny zapewniało przyjemne sny.

„W Anglii dominowały głupawe popowe pioseneczki, więc słuchaliśmy głównie amerykańskiego rock and rolla – dodaje Nigel. – Pierwszymi płytami, które narobiły sporo zamieszania, były Heartbreak Hotel Elvisa Presleya i Rock Around the Clock Billa Haleya and the Comets, którą miała moja mama, Shake, Rattle and Roll, a także Wandering Eyes Charlie’ego Gracie. Byli też: Vince Taylor, Chuck Berry czy Everly Brothers”.

Blaszane urządzenia rozbrzmiewały hitami amerykańskich rockandrollowców, takich jak Elvis Presley, Chuck Berry czy Eddie Cochran. Album Duane’a Eddy’ego zatytułowany The „Twangs” the „Thang”[17] oferował tytułowe brzmienie dzięki nastrojeniu gitary o pół tonu niżej. Jego kompozycja Rebel Rouser była idealnym przykładem użycia tej techniki. Grupa Link Ray & His Ray Men też miała spory przebój w 1958 roku z klimatycznym instrumentalnym numerem Rumble, ostrym rockowym kawałkiem pełnym mocnych, szarpanych akordów.

Lista przebojów Radia Luxembourg okazała się tak wielkim sukcesem, że BBC w odpowiedzi wystartowało z audycją Pick of the Pops. Sprzedaż gitar i płyt mocno poszła w górę. Brytyjskie wydawnictwa rockowe były ugrzecznionymi wersjami albumów amerykańskich. Cliff Richard stanowił na początku bledszą wersję Elvisa, a we wrześniu 1958 roku trafił na listy przebojów z niezbyt porywającym numerem zatytułowanym Move It.

Richard pojawiał się w telewizji umalowany, z oczami podkreślonymi eye-linerem i z włosami zaczesanymi do góry. Anemicznie zaciskał dłonie na kroczu, gdy kamery robiły zbliżenie na jego postać. Jego Move It – pierwszy brytyjski singiel rockandrollowy – dotarł do drugiego miejsca listy przebojów.

Richard zwerbował muzyków udzielających się w 2i’s Coffee Bar w Soho i ruszył w trasę. Swój zespół nazwał The Shadows. Ich nieco osobliwie wyglądający gitarzysta Hank Marvin grał z niezwykłą płynnością na czerwonym fenderze stratocasterze – pierwszym egzemplarzu sprowadzonym do Anglii. Kilkanaście instrumentalnych utworów The Shadows zainspirowało kolejnych muzyków. Peter Green, Eric Clapton i Pete Townshend kopiowali solówki Marvina grane z dużym pogłosem. Barrett i Dave Gilmour spędzali wiele godzin, brzdąkając do instrumentalnych kompozycji The Shadows takich jak Apache, które wspięło się na szczyt listy przebojów.

W całej Wielkiej Brytanii jak grzyby po deszczu pojawiały się czteroosobowe zespoły rockowe. Brytyjscy rockmani Vince Taylor and the Playboys zaliczyli przebój z utworem Pledgin’ My Love, a potem powtórzyli go z wielkim klasykiem muzyki rockowej, kompozycją Brand New Cadillac.

Pierwszym brytyjskim przebojem rockowym, który dorównał najlepszym utworom amerykańskim, był numer Shakin’ All Over grupy Johnny Kidd & the Pirates. Utwór został wydany przez wytwórnię HMV należącą do EMI, a podczas nagrania jako inżynier dźwięku pracował Norman Smith, późniejszy producent płyt Pink Floyd. Technicy w brytyjskich studiach nagraniowych byli prawdziwymi pionierami. Umieszczali mikrofony niezwykle blisko zestawów perkusyjnych, podłączali instrumenty bezpośrednio do konsolety, dzięki czemu gitary akustyczne brzmiały niczym potężne „elektryki”, a także składali urządzenia do tworzenia efektów dźwiękowych z niepotrzebnych części. Technikom udało się stworzyć klimat, który sprawiał, że nagrania brzmiały bardzo przestrzennie. Shakin’ All Over było przykładem paradoksalnego połączenia przestrzenności i napięcia, uzyskanego dzieki kombinacji limiterów i pogłosu. Była to zupełna nowość w porównaniu z amerykańskimi nagraniami. Zarejestrowane w pierwszym podejściu Shakin’ All Over aż kipiało od napięcia, tak charakterystycznego dla angielskiego rocka.

W 1961 roku Johnny Kidd & the Pirates zagrali w Rex – zaniedbanej sali koncertowej na północy Cambridge. Amerykańscy żołnierze przychodzili tam na koncerty Gene’a Vincenta lub Ackera Bilka i Kena Barbera, którzy grali jazz tradycyjny. Także Everly Brothers występowali pod ogromnym, zakrzywionym białym sufitem i żyrandolem w stylu art déco, z którego słynął Rex. Kidd wskoczył na scenę w żółtozielonym garniturze, czerwonej koszulce i z przepaską na oku. Śpiewał o „drżeniu membran”. Kiwał się i trząsł szaleńczo na tle ubranych jednakowo członków zespołu, którzy prezentowali choreografię podobną do tej znanej z występów The Shadows. Różnica była taka jak między wieśniakami walczącymi w rebelii Waga Tylera a świetnie zorganizowanym wojskiem Ryszarda II[18].

Gdy grupa Kidda grała w niechętnie tworzonym przez BBC programie dla młodzieży Saturday Club, muzycy musieli się zmierzyć z prymitywnym efektem pogłosowym na gitarze prowadzącej i brakiem gitary rytmicznej. Do dyspozycji mieli za to potężny pięciostrunowy bas i dudniący zestaw perkusyjny. Muzyk sesyjny Joe Moretti, który wykonywał niezwykle charakterystyczną partię gitary w Brand New Cadillac Vince’a Taylora, grał także w Shakin’ All Over. Zastosowanie przez Morettiego techniki tremolo wraz z pogłosem wiązało się z ostrymi, rytmicznymi uderzeniami, które nie umknęły uwadze Barretta. Podczas gdy jego koledzy preferowali gęste brzmienie gitar Gibsona wpiętych we wzmacniacze Marshalla, on pozostał wierny wczesnemu, surowemu brzmieniu brytyjskiego rocka.

„Po raz pierwszy usłyszałem o Sydzie, gdy miałem 13 czy 14 lat – wspomina David Gale. – Poznałem go przez Storma, który także uczył się w County. Ja chodziłem do szkoły dla chłopców Perse, do której uczęszczał David Gilmour. Obie szkoły znajdowały się przy Hills Road, dzieliła je odległość nieco ponad kilometra”.

Choć uczniowie obu placówek mówili o sobie nawzajem „prosiaki z Perse” i „cioty z County”, prawdziwa wrogość była zarezerwowana dla uczniów Leys School. „Ci, którzy uczęszczali do Perse i County, dogadywali się bez problemu – wyjaśnia Nigel. – Zadawali się z nimi nawet studenci. Na jakiś czas wszystko się rozpadło, bo wielu z nas zostało wysłanych do szkół poza Cambridge. Ci, którzy wyjechali, musieli później od nowa szukać sobie miejsca w społeczności. Ale Syd, David Gale, Andrew i Storm pozostali w szkole w Cambridge”.

„Syd był nieco młodszy – mówi Gale. – Poznałem go przez wspólnych znajomych ze szkoły, starszych ode mnie. W tym wieku dwa lata to spora różnica. Dopiero później nasze dwie osobne grupy szkolnych znajomych połączyły się w jedną”.

Clive Welham – „Chas” – także był uczniem prywatnej szkoły Perse. Welham i Barrett założyli zespół, który nazwali Geoff Mott and the Mottoes. „Należeli do niego Geoff Mott, Roger Barrett i »Nobby« Clarke, kolejny uczeń Perse – wspominał Welham. – Poznałem ich na imprezie nad rzeką. Przynieśli gitary i sobie brzdąkali. Znalazłem patyki i zacząłem nimi hałasować. Siedzieliśmy przy bufecie, z dala od głównej imprezy. Zapytali, czy gram na bębnach, a ja odparłem: »Nie, ale chciałbym«. Powiedzieli: »Wpadnij do nas, bo montujemy kapelę«”. Chłopcy zbierali się w domu Barretta w niedzielne popołudnia. „Pani Barrett, mama Syda, była niezwykle uczynna i urocza. Ponad trzydziestka nastolatków przesiadywała tam w niedziele, popijając kawę”.

„Barrett był bardzo samodzielny – zapewniał John Watkins. – Jego matka wynajmowała pokoje studentom, a on traktował ją jak pokojówkę! Przynosiła herbatę, a on wypraszał ją, mówiąc: »Wyjdź z tego pokoju, kobieto!«. Spory salon był przeznaczony do muzykowania i malowania”.

Frontowy pokój w domu Barrettów wypełniało zawodzenie, gdy zgromadzeni wykonywali That’ll Be the Day Buddy’ego Holly’ego. Roger grał na gitarze rytmicznej, Mick Nobby Clarke na prowadzącej, Chas Welham na perkusji, zaś Geoffrey Mottlow był gitarzystą i wokalistą. Geoff – trochę starszy od reszty – był buntownikiem wyrzuconym z County. „Nie graliśmy z The Mottoes koncertów, jedynie próby. To była zabawa, uczyliśmy się muzyki pop – wyjaśniał Welham. – Lubiłem Rogera Barretta. Miał oryginalne poczucie humoru. Był utalentowanym malarzem, nawet lepszym niż muzykiem. Był bardzo kreatywny, ale nie nazwałbym go dobrym gitarzystą. Był kopalnią pomysłów. Określiłbym go jako człowieka raczej nieszablonowego, ale nieszkodliwego i sympatycznego”. Roger zawsze sprawiał wrażenie, jakby miał za moment wybuchnąć śmiechem, czym zawsze ujmował przyjaciół.

Roger zaczął grać na gitarze na poważnie. Majsterkował, by z niepotrzebnych części stworzyć potrzebny sprzęt. „W wieku 15 lat wykonałem olbrzymi krok naprzód: stałem się dumnym posiadaczem gitary elektrycznej z małym wzmacniaczem, który sam zbudowałem – zdradził. – Z takim sprzętem dołączyłem do swojego pierwszego zespołu, miejscowej grupy Geoff Mott and the Mottoes. Graliśmy na różnego rodzaju przyjęciach w moim rodzinnym Cambridge. Często występowaliśmy na prywatnych imprezach. Graliśmy też własne kompozycje, ale nasz repertuar w większości opierał się na instrumentalnych numerach grupy The Shadows i kilku utworach amerykańskich”.

Barrett twierdził, że Geoff Mott był „świetnym wokalistą”. Mott, obecnie emerytowany nauczyciel mieszkający w Londynie, odwzajemnia komplement: „Syd był całkiem niezłym gitarzystą rytmicznym. Miło było dla odmiany posłuchać kogoś, kto potrafił grać, nie tylko hałasować”.

„Gdy dołączyłem do grupy Geoff Mott and the Mottoes, szarpnąłem się na gitarę Futurama 2 – opowiadał Roger. – Wtedy wydawało mi się, że to najlepszy sprzęt na świecie: świetnie zaprojektowany i w ogóle”. Futurama 2, podobnie jak większość europejskich gitar elektrycznych, była tandetą. Ale amerykańskie fendery i gibsony były tak drogie, że zdawały się zupełnie nieosiągalne cenowo. Futurama była produktem czechosłowackim, którego twórcom za wzór posłużył przeszmuglowany stratocaster. Choć reklamowano ją jako „najbardziej zaawansowaną gitarę świata”, była prawdopodobnie najgorszą gitarą, jaka kiedykolwiek powstała. Nie trzymała stroju, a jej gryf z włókna szklanego wyginał się na wszystkie strony. Jej wady rekompensowała dość prymitywna, lecz niezwykle ważna wajcha do gry tremolo, która umożliwiała wydobycie charakterystycznego „surfrockowego” brzmienia, oraz dwie przystawki. Futurama 2 kosztowała 25 funtów.

W każdy sobotni poranek Geoff and the Mottoes nawiedzali sklep muzyczny Ken Stevens Music and Instruments przy Petty Curry 35a. Grali na gitarach, dopóki nie przepędzał ich właściciel. Jeśli akurat padało, maszerowali do Millers Music Center (drugiego najstarszego sklepu muzycznego w Wielkiej Brytanii) mieszczącego się przy Sidney Street, by poprzyglądać się instrumentom. Przez wklęsłe okna widać było umieszczone w piwnicy budki odsłuchowe, przy których znajdowała się imponująca kolekcja płyt rockandrollowych, folkowych i bluesowych. Single odtwarzane z prędkością 45 obrotów na minutę kosztowały sześć szylingów i dziewięć pensów, zaś za albumy długogrające płacono 32 szylingi. To tam Barrett kupił nagraną w systemie mono EP-kę[19], wydaną przez Pye International – The Blues: Volume 1, Part 1 – zawierającą rhythmandbluesowe numery z chicagowskiej wytwórni Chess. Siadał w domu przy Hills Road z gitarą w dłoniach i grał do włączonej przez siebie muzyki. Podobnie jak wiele innych zjawisk w tamtym okresie blues pojawił się nagle i spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Na Wyspy przywędrował z Chicago.

Warren Dosanjh, kolega Syda z klasy, wspomina: „W sobotnie poranki wszyscy spotykaliśmy się w sklepowej piwnicy: tam rozpoczynaliśmy weekend. Tłoczyliśmy się w budkach odsłuchowych, by posłuchać najnowszych płyt popowych, a czasami nawet coś kupowaliśmy”.

Płyta rozpoczynała się od Don’t Start Me to Talkin’ Sonny’ego Boya Williamsona, następne było Just Make Love to Me wspaniałego Muddy’ego Watersa. Zanurzony w klimacie nagrań Barrett przewracał stronę płyty winylowej i przygrywał do Walkin’ the Boogie Johna Lee Hookera i When the Lights Go Out Jimmy’ego Witherspoona.

Kolejna EP-ka z tej serii zawierała Spoonful Howlin’ Wolfa, First Time I Met the Blues Buddy’ego Guya, Hoochie Coochie Man Muddy’ego Watersa i Juke w wykonaniu grupy Little Walter & His Night Cats. Te dwa krążki okazały się znakomitym wprowadzeniem do muzyki bluesowej. Utwór Smokestack Lightning Howlin’ Wolfa już na zawsze stał się jednym z ulubionych kawałków Barretta. Wspaniała partia gitarzysty Huberta Sumlina jeszcze bardziej podsyciła miłość Rogera do zagrywek opartych na wysokich dźwiękach. Po wizycie w sklepie młodzież gromadziła się w domach, gdzie słuchano nagrań Snooksa Eaglina czy Lightnin’ Hopkinsa lub jakichkolwiek innych płyt, które były pod ręką.

John Gordon, przyjaciel Barretta, wspominał: „Gdy próbowaliśmy się nauczyć gry na gitarze, jemu udawało się w jakiś sposób zdobyć rzadkie amerykańskie nagrania z importu, bardzo trudno dostępne. To był surowy blues w stylu Leadbelly’ego. Nie wiem, jakim cudem czternastolatek zdobywał takie rzeczy. Dookoła miasta znajdowały się amerykańskie bazy lotnicze i to tam zlokalizowane było źródło tych płyt”. Roger zafascynował się country bluesem, twórczością takich artystów, jak Kansas Joe czy Memphis Minnie. Była to muzyka zewsząd i znikąd jednocześnie, „muzyka prawdziwego życia”, jak głosiły napisy na okładkach płyt.

W Millers Music Centre Barrett znalazł nagrania Bo Diddleya. W październiku 1962 roku kupił jego singiel, na którym znajdowały się utwory You Can’t Judge a Book by the Cover i I Can Tell. Odebrało mu mowę. Niewiarygodny gitarzysta Diddley łączył szalone tremolo z pogłosem i techniką glissando. Diddley – uznawany za pioniera nawet we własnym środowisku – tak bardzo wyróżniał się na chicagowskiej scenie lat 50., że miejscowi bluesmani pytali go, czy pochodzi z Karaibów.

Charakterystyczną cechą stylu Diddleya były schematy rytmiczne[20] oraz zamiłowanie do techniki tremolo połączonej z pogłosem, przesterem i echem. Uderzając w struny, wydobywał z nich rozdygotane, brzęczące brzmienie. Oparte na afrykańskich brzmieniach Give Me a Break, a także instrumentalne kompozycje Diddling i Sad Sack ukazywały bardziej eksperymentalne oblicze Diddleya: wysokie, roztrzęsione dźwięki gitary prowadzącej prześlizgują się ponad statecznym rytmem wyznaczanym przez perkusję i bas. Kompozycja Moon Baby, opowiadająca o podróżach w kosmosie „dawno dawno temu”, to wczesny przykład space rocka.

„Syd, Roger i Storm chodzili do tej samej szkoły – tłumaczy Gale. – Bardzo interesowali się grą na gitarze i muzyką rockową. Ja też grałem amatorsko, miałem gitarę klasyczną i Syd uczył mnie chwytów. Wciąż mam kawałek kartonu, na którym wypisał mi akordy do Oxford Town, protest songu Boba Dylana. Syd bardzo lubił Bo Diddleya, Roger Waters też. Roger mieszkał kilkaset metrów od Syda i do niego też często wpadaliśmy”.

„Pewnego niedzielnego popołudnia Roger Waters zajrzał na jedną z imprez Mottoes. Przyjechał na swoim zdezelowanym motocyklu marki Matchless – wspominał Welham. – Przyjaźnił się z Rogem Barrettem, interesował się motocyklami. Nie przypominam sobie, żeby grał na gitarze, był po prostu kumplem”.

„Syd i ja dojrzewaliśmy razem – mówił Waters. – Jeździliśmy na moim motocyklu, upijaliśmy się, czasami zajaraliśmy, kręciliśmy z dziewczynami. Mieliśmy podobne zainteresowania: rock and roll, adrenalina, seks i narkotyki. W takiej kolejności. To były ekscytujące czasy, naznaczone pseudointelektualnym, ale mocno bitnikowskim klimatem. To popchnęło mnie do grania w zespole”.

Roger i Barrett pojechali razem do Paryża. Waters spakował gitarę do plecaka i grywał nad Sekwaną. „Poraniłem sobie palce, to było dla mnie zbyt trudne, nie mogłem wytrzymać”. Ale w jego głowie zaczęły się rodzić pomysły na utwory.

„Pewnego dnia ścigaliśmy się po pijaku z kumplem, który miał samochód. To było takie sławne rondo, na samym końcu Hauxton, jakieś 16 kilometrów za miastem. Daliśmy mu spore fory. Ja i Syd wsiedliśmy na mój stary motocykl Norton. Gnałem najszybciej, jak tylko się dało, do ronda i z powrotem. Gdy podjechaliśmy pod dom jego matki, w momencie gdy zsiadał z motocykla, eksplodowała tylna opona. Była przebita. O mały włos Pink Floyd nigdy by nie powstało. Mało brakło, a Syd i ja byśmy wtedy zginęli”.

„Syd był niezwykle kreatywny i pełen życia – opowiadał Waters. – Ja pchnąłem to wszystko naprzód, ale to on był iskrą zapłonową. Pokazał mi, czego można dokonać, jeśli chce się podjąć ryzyko”. Peter Jenner, menedżer Pink Floyd, potwierdzał: „Syd był jedyną osobą, którą Roger kiedykolwiek lubił i na której się wzorował”.

16 maja 1961 roku Barrett i Roger Waters pojechali pociągiem na koncert Gene’a Vincenta, który grał w Gaumont State w Kilburn. Odziany w czarną skórę reprezentant pierwszej fali amerykańskiego rock and rolla utykał w następstwie okropnego wypadku samochodowego. W jego wyniku zginęła inna legenda ówczesnej muzyki rozrywkowej, Eddie Cochran. Zainspirowani utworem Vincenta Be-Bop-A-Lula, dwaj przyjaciele postanowili założyć zespół. „Podczas podróży powrotnej rysowaliśmy cały sprzęt, którego, w naszym mniemaniu, mieliśmy potrzebować. Między innymi dwa wzmacniacze Vox AC30”, relacjonował Waters.

Z tego projektu powstało Pink Floyd. A wszystko za sprawą Gene’a Vincenta.

„Syd umawiał się wówczas z Libby Gausden – opowiada David Gale. – Była bardzo seksowna, miała znakomitą figurę. Świetna dziewczyna. Zawsze wyobrażałem sobie, że Syd i Libby uprawiają ognisty seks. Ależ mu zazdrościłem”.

Gausden (obecnie Chisman) mówiła: „Oczywiście, że go kochałam. Był uroczy. Inny od wszystkich. Nigdy nie zawiązywał sznurówek i nosił obcisłe dżinsy. »Syd the Beat« – bitnik. Pisał, występował w sztukach, malował, pisał do wszystkich listy, a do mnie nawet codziennie. Fascynujący chłopak”. Byli ze sobą przez trzy lata, począwszy od czerwca 1961 roku. Libby zapadł w pamięć jego oryginalny wygląd: „Buty bez sznurówek zakładane na gołe stopy, sztuczna opalenizna – tak! – i zawsze okulary słoneczne”.

W tym samym roku na wspólne granie w pokoju Barretta Welham przyprowadził Davida Gilmoura – kolejnego ucznia Perse. Na początku inspiracją dla Gilmoura, który grał na gitarze od dwóch lat, byli Everly Brothers. Barrett brzdąkał na swoim akustycznym höfnerze, zaś David dołączył z gitarą klasyczną z nylonowymi strunami, którą pożyczył na stałe od sąsiada. Będący niemal rówieśnikami Gilmour i Barrett od razu się zaprzyjaźnili. Gilmour był pełen uznania dla inteligencji, mądrości i humoru Rogera, gdy obaj rozpracowywali partie gitar w Twenty Flight Rock Eddiego Cochrana.

„David często nas odwiedzał, gdy Roger miał 15 czy 16 lat – opowiadała Rosemary. – Odkąd byli nastolatkami, trzymali się razem. Mój brat lubił grać z Davidem, bo pod pewnymi względami byli do siebie podobni”. Gilmour był cichy, nieśmiały i małomówny, ale pełen entuzjazmu, co jego przyjaciele wspominają z sentymentem.

„Syd był niesłychanie magnetyczną postacią – mówił Gilmour. – Ludzie widzieli go na ulicy i mówili: »Oto i Syd Barrett«, a miał wtedy jedynie 14 lat. Wszyscy go uwielbiali, uważali za błyskotliwego i byli pewni, że odniesie sukces. Przystojny, utalentowany, wychodziło mu wszystko, do czego się brał. To jedna z najzabawniejszych osób, jakie spotkałem – był dowcipny i miał nieco surrealistyczne poczucie humoru. Piękny fizycznie, błyskotliwy i zabawny – widać to było we wszystkim, co robił. Kochali go w zasadzie wszyscy z jego otoczenia. Był jasnym promieniem rozświetlającym okolicę. Większość, w tym ja, była trochę zazdrosna o to światło. Był utalentowanym artystą, zanim jeszcze wziął do ręki gitarę. Na początku gra na tym instrumencie była jedną z niewielu rzeczy, w których według mnie nie był zbyt dobry, choć wypracował swój własny, oryginalny styl”.

Niestety w niemal każdej bajce zdarzają się tragedie. Miesiąc przed 16. urodzinami Rogera, 11 grudnia 1961 roku, jego ukochany ojciec zmarł na raka. Miał 54 lata. „Życie Rogera zapewne potoczyłoby się inaczej, gdyby ojciec wciąż żył – twierdziła Rosemary. – Roger miał 15 lat, gdy tatuś umarł. To trudne stracić kogoś tak ważnego, zwłaszcza jeśli jest się tak wrażliwym. Zresztą wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Wiedzieliśmy, że był chory, choć naprawdę źle było zaledwie przez tydzień. To był wielki szok dla każdego”.

Jak to często bywa z dociekliwymi młodszymi siostrami, Rosemary zakradała się do pokoju brata, by przeglądać jego pamiętnik. Leżał na biurku, pomiędzy farbami, pędzlami i piórami. Jego zaokrąglone pismo wypełniało każdą stronę oprócz tej datowanej na 11 grudnia 1961 roku, na której zapisał tylko jedno zdanie: „Biedny Tata dzisiaj zmarł”. Następna strona była już wypełniona od góry do dołu, jak gdyby nic się nie stało. Obojętność stała się dla niego tarczą ochronną. Rozpaczał w samotności. „Spotykaliśmy się, ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek mówił o śmierci ojca”, zauważał Gale.

Ogarnęła go obojętność, czuł, że nie ma się do kogo zwrócić. Tłumienie uczuć w obliczu nieszczęścia utożsamiał z siłą, zaś nadmierne okazywanie emocji – ze słabością. Podczas całej przerwy bożonarodzeniowej snuł się po położonym nieopodal domu ogrodzie botanicznym. W tym samym ogrodzie malował jego ojciec. Klucz do prywatnego wejścia i bezgraniczna ciekawość były najważniejszym spadkiem, jaki ojciec zostawił najmłodszemu synowi.

Brzozy, olchy i krzewy głogu rosły wśród szutrowych ścieżek. Barrett włóczył się wokół jeziora w kształcie podkowy, na którym lotosy i lilie oczekiwały wiosny. Kanał Hobsona zasilał znajdującą się na środku fontannę. Omijając wapienie porośnięte krzewinami, podążał w kierunku wiktoriańskich szklarni.

W każdej rosły sadzonki, winorośle i małe drzewa pogrupowane zgodnie z wymaganą przez nie temperaturą. Pomieszczenie zimowe z alpejskimi porostami znajdowało się tuż obok kakaowców i lian wymagających tropikalnych upałów. Barrett chodził między pomieszczeniami, otwierał i zamykał kolejne drzwi. Nie mógł znaleźć sobie miejsca po śmierci ojca. Silne emocje sprawiły, że jego natura samotnika dała o sobie znać mocniej niż zazwyczaj.

„Syd miał swoją tajemniczą stronę, do której nie sposób było dotrzeć”, mówił jego przyjaciel Tim Francis. Barrett zamykał się w sobie, spędzał czas w samotności i pozwalał, by narastał w nim niepokój. Szczelnie otulony płaszczem, z rękoma w kieszeniach i w ciasno zawiązanym szaliku, żwawo wychodził z Bateman Street. Mżawka okalała płaczące wierzby, nachylające się, by dotknąć lustra wody.

Po powrocie do szkoły stworzył za pomocą ołówka i farb olejnych obraz przedstawiający kobietę w Koloseum, trzymającą przy sobie dwójkę dzieci. Dookoła nich krążyły lwy szczerzące kły. Była to alegoria sytuacji, w której on, jego siostra i matka zostali rzuceni lwom na pożarcie.

Kolejny obraz przedstawiał niedbale namalowaną, wściekle rozdziawioną szczękę, odsłaniającą poszarpane zęby oraz wyłupiaste oczy. Rozgniewany Syd stał w drzwiach domu pod numerem 183, z obrazem w dłoniach. Trawiły go żal i – przede wszystkim – złość.

Gdy rozpoczął się kolejny semestr nauki, zbuntował się i stwierdził, że nie ma zamiaru iść na uniwersytet. Dysonans między introwertyczną i ekstrawertyczną stroną jego osobowości stawał się coraz wyraźniejszy. Na zewnątrz sprawiał wrażenie bardziej towarzyskiego, dopuszczał się jednak coraz poważniejszych wybryków. Śmierć ojca pozostawiła w nim wielką pustkę. Godzinami grywał na gitarze w ogrodzie. Z nieobecnym wzrokiem pochylał się nad instrumentem, skupiony, gdy w tranzystorowym radiu wybrzmiewał Big Ben Twist grupy Fats and the Chessmen.

Czasami wpadał w histerię, a przyjaciele zachwycali się jego umiejętnościami aktorskimi. Potrafił się też zachowywać jak palant – na przykład, gdy przesiadywali w domu Storma, dłubał w nosie, a znalezisko podrzucał do czyjegoś hamburgera. Jego poczucie humoru, które wskazywało, że niewiele sobie robił z konwenansów, łączyło się ze skłonnościami do anarchii. Był zuchwałym psotnikiem, co potwierdza Jenny: „Na jednej z imprez Syd podniósł roślinę i spytał: »Czy to kauczukowiec?«, po czym postanowił odbić ją od ziemi. Ta beztroska była uderzająca”.

Roger twierdził, że zasady są po to, by je łamać. Mimo to nie uważano go za niezrównoważonego, a jedynie lekko ekscentrycznego.

Pierwszy publiczny występ Rogera miał miejsce 10 marca 1962 roku. Mottoes zagrali wówczas we Free Church Hall przy Cherry Hinton Road. Barrett poprosił Watersa, by ten zaprojektował plakat na debiutancki koncert zespołu. Występ odbywał się w ramach wspierania marszu organizowanego przez organizację Campaign for Nuclear Disarmament, który odbył się kilka godzin wcześniej, a grupa zagrała między innymi Cops and Robbers Bo Diddleya i Hi-Heel Sneakers Tommy’ego Tuckera.

CND była ważnym elementem brytyjskiego podziemia i organizowała coroczne marsze pod bazę powietrzną Aldermaston, w trakcie których protestowano przeciw obecności amerykańskiej broni nuklearnej na brytyjskiej ziemi. Te protesty były pierwszymi publicznymi zgromadzeniami bohemy, aktywistów i studentów. CND przyciągała tyle młodzieży, że ich logo – popularna „pacyfa” – wkrótce stało się symbolem pokoju.

Na wysokiej, krzywej ścianie przy Sidney Street wciąż widać wyblakły już biały napis nabazgrany przez nastolatków wiele lat temu – „Ban the Bomb” („Zakazać bomb”). Roger Waters i jego drobniutka jasnowłosa dziewczyna Judith Trim byli mocno zaangażowani w ruch CND. W wieku 15 lat Waters był przewodniczącym młodzieżówki tej organizacji.

Andrew Rawlinson i Paul Charrier pojechali na marsz do Aldermaston autostopem. Peter Wynne-Wilson, oświetleniowiec Pink Floyd, wspomina: „Zaangażowałem się w polityczne działania CND, identyfikowałem się z nimi. Byłem zafascynowany pacyfistycznymi ideami i bardzo się zdziwiłem, gdy wziąłem udział w marszu w 1962 roku. Zobaczyłem licznych przedstawicieli niezwykle agresywnych grup politycznych. To było interesujące i ekscytujące, lecz dziwne”. Podobnie jak w przypadku wielu innych pokojowych ruchów niektórzy ich członkowie, korzystając z anonimowości tłumu, wykorzystywali je do odreagowywania osobistych frustracji.

Pomimo ciepłego przyjęcia podczas koncertu z okazji marszu Mottoes rozpadli się. Barrett opowiadał: „Odkąd skończyłem 16 lat, przez dłuższy czas nie grałem na stałe z żadnym zespołem, ale kupiłem w tym czasie 12-strunową gitarę”. Swoje najlepsze utwory Roger napisał na kupionej za 12 funtów w Millers Music Centre akustycznej gitarze 1963 Harmony Sovereign H1260. Dziś ta gitara wisi w Hard Rock Café w Nowym Orleanie, wybrzmiewając dźwiękami odległej przeszłości.

Zainspirowany w takim samym stopniu poezją i rock and rollem Barrett podziwiał słynnych romantyków Shelleya i Byrona, a także poetę opiewającego naturę, Johna Clare’a. Być może jego pierwszym utworem była muzyka skomponowana do wiersza Jamesa Joyce’a. W Golden Hair – opartym na krótkim wierszu Lean out of the Window napisanym przez Joyce’a w 1907 roku i zamieszczonym w zbiorze Chamber Music – trubadur wzdycha do Roszpunki zamkniętej w wieży. Za pomocą prostych barowych akordów Barrett wyczarował wzniosłą atmosferę, przywodzącą na myśl klimat średniowiecznych madrygałów. Rytm tego utworu opiera się na chorale – monotonne słowa na tle prostych akordów, z pierwszym z wielu charakterystycznych dla niego skoków o oktawę w dół pod koniec utworu.

Od samego początku Barrett demonstrował wrodzoną zdolność tworzenia magicznego nastroju. Akordy były platformą dla przekazu poetyckiego, który był dla niego najważniejszy. Naginał intonację i frazowanie, by melodia pasowała do słów, nie odwrotnie. Zawsze najpierw powstawał tekst. Śpiewał go z podziałem na takty i z silną intonacją. Drżenie swojego barytonowego głosu nadrabiał wydłużaniem i akcentowaniem samogłosek, charakterystycznym dla wymowy mieszkańców wschodniej Anglii.

Nikt nie brzmi jak Syd. Magia jego wykonań tkwi w dużej mierze w dokładnym frazowaniu i akcentowaniu dźwięcznych tonów ponad monotonnymi melizmatami. Długość zdań wpływała na metrum – przestawał śpiewać na końcu taktu. Głębokie wczuwanie się w klimat pozwalało mu mocniej wyrażać emocje. A ponieważ miał też wyjątkowe wyczucie melodii, jego utwory stały się pełne wyrazu. W jednej ze swych najwcześniejszych piosenek, Matilda Mother, wykorzystywał tekst ze zbioru Opowieści ku przestrodze dla dzieci Hilaire’ego Belloca, zatytułowany O Jimie, który uciekł swojej opiekunce i został zjedzony przez lwa:

Był sobie chłopiec imieniem Jim;

Przyjaciół wielu przestawało z nim.

Dostawał ciasta, dżemy i drinki

Oraz plasterki przepysznej szynki.

Czarny humor Belloca w równym stopniu przeraża i zachwyca, choć dla Anglików ironia i dwuznaczność są czymś zupełnie naturalnym. Jak skuteczniej uczyć etycznych zachowań, jeśli nie poprzez strach i ciekawość? Historyjki Belloca urzekają i jednocześnie wywołują mdłości, a to w końcu najlepszy sposób, by przestrzegać przed złem. W opowiastkach, napisanych w czasach postwiktoriańskich, mniej dosadnie ukazał swoje poglądy na różnice klasowe, podobnie jak ksenofobię i rasizm. Literatura dla dzieci skłaniała do konformizmu i posłuszeństwa, raczej sprzyjała porządkowi społecznemu, niż go kwestionowała. Zew przygody przeciwstawiony harmonii domowego ogniska – paradoks, którego Barrettowi nigdy nie udało się rozwiązać.

Zimną, deszczową wiosną 1962 roku Barrett i jego przyjaciel Paul Charrier wsiadali na rowery i udawali się do Perse po Storma Thorgersona, Davida Gale’a, Dave’a Hendersona, Johna Daviesa i Nicka Sedgwicka. Następnie całą grupą jechali we mgle nad staw Mill i czekali, aż słońce przedrze się przez ścianę chmur.

„Staw Mill, nasze stałe miejsce spotkań, znajdował się na rzece Cam, w pobliżu Silver Street Bridge, tuż obok pubu Anchor i młyna – mówi Gale. – Zbieraliśmy się na łące przy młynie, na nabrzeżu rzeki, siadaliśmy i rozmawialiśmy. To były pierwsze podrygi czegoś w rodzaju ruchu bitnikowskiego w Cambridge. Gdy robiło się cieplej, wszyscy chłopcy i dziewczęta spotykali się przy młynie i dzielili na mniejsze grupki. Interesowali się głównie płcią przeciwną, ale były też podgrupy dyskutujące na tematy bliskie bitnikom”.

Czasami zbierali się przy budkach kąpielowych obok Sheep’s Green przy Coe Fen i przechadzali się po żelaznej kładce do małego zagajnika zwanego Wyspą Robinsona Crusoe. Następnie udawali się nad staw Mill, by posiedzieć pod wierzbami. Harcowali na trawie, zwracając się do siebie w bitnikowskim slangu – „stary” i „dziecinko”. Zawsze trafiał się jakiś student, którego można było namówić, by kupił małolatom piwo, na trawie nad rzeką smakujące najlepiej na świecie. Wiosną często robiło się parno i zdarzały się burze, a dni były wówczas ciemne i ciepłe. W tle dzwony King’s Chapel wzywały na wieczorne modlitwy.

Gdy na brzegu rzeki przy Silver Street Bridge znów pojawiały się łódki, Alan Styles pracował dorywczo w Tyrell’s Boatyard („trzy szylingi i sześć pensów za łódkę, trzy szylingi za kajak”). Każda łódka miała od wewnętrznej strony rufy wymalowaną nazwę: „Step to Heaven” (Stopień do nieba), „French Hen” (Francuska kura), Harry Lime[21] czy też niezapomniane „Diabolus in Musica” (Diabeł w muzyce). Latem chłopcy zdejmowali koszulki i w dżinsach marki Levi’s stawali na rufie, by sterować łódkami, podczas gdy ich dziewczyny rozsiadały się boso na poduszkach. Podczas przerwy w nauce leniuchowali tak całymi dniami. Dodatkową frajdą, podobnie jak dzisiaj, było obserwowanie turystów, którzy wypadali z łódek i grzęźli w zimnej wodzie.

Przyjaciel Barretta William Pryor pamięta wyraźnie: „Syd siedział w łódce naprzeciwko mnie, ze swoją 12-strunową gitarą, i improwizował jakąś bluesową melodię, podczas gdy Andrew Rawlinson trzymał ster. Płynęliśmy po otoczonej drzewami Cam, przez tereny na tyłach domu opieki Newnham w kierunku Grantchester Meadows”.

[1] Richard Wilhelm, I-cing: Księga przemian, tłum. Agna Onysymow, wyd. 1, Warszawa, Wydawnictwo Aletheia, 2011, s. 121 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska, wyd. 4, Warszawa, Nasza Księgarnia, 1972, s. 118–119.

[3] Kraina geograficzno-historyczna we wschodniej Anglii, położona częściowo w depresji, dawniej pokryta torfowiskami. Słowo „fen” oznacza w języku angielskim nizinne tereny podmokłe.

[4] Według dawnych wierzeń często przypominanych w literaturze angielskiej ludzie z palcami u stóp zrośniętymi błoną mieli posiadać magiczne moce.

[5] Ang. Hobson’s Conduit – zbudowany na początku XVII wieku przez Thomasa Hobsona kanał dostarczający wodę ze źródeł Nine Wells do Cambridge.

[6] Herbaciarnia i ogród herbaciany w Grantchester, popularne zwłaszcza wśród studentów.

[7] Historyczna ulica w centrum Cambridge.

[8] Zabytkowe molo znajdujące się na wschodnim wybrzeżu Anglii, 40 kilometrów na północ od Norwich.

[9] Rudyard Kipling, Puk z Pukowej Górki, tłum. Józef Birkenmajer, wyd. 3, Warszawa, Alfa, 1985.

[10] Popularne w Wielkiej Brytanii zbiory opowiadań i wierszy dla dzieci, wydawane na przełomie XIX i XX wieku.

[11] Fragment wiersza The Jumblies autorstwa Endwarda Leara (jeśli nie zaznaczono inaczej, przekłady pochodzą od tłumacza).

[12] Słowo „weed” jest w języku angielskim także potocznym określeniem marihuany.

[13] Stara pieśń angielska Cherry Ripe, skomponowana przez XIX-wiecznego kompozytora Charlesa Edwarda Horna do słów wiersza XVII-wiecznego poety Roberta Herricka.

[14] Płyty winylowe odtwarzane z prędkością 78 obrotów na minutę, popularne w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, nim standardem stały się krążki odtwarzane z prędkością 45 lub 331/3 obrotu.

[15] Zwani też teds.

[16] Tytuły tych audycji można przetłumaczyć odpowiednio jako Południowa muzyka, Ulubieńcy rodzin i Wybór gospodyń domowych.

[17] Twang to stworzona przez Eddy’ego technika gry na gitarze polegająca na grze tremolo na basowych strunach gitary elektrycznej przy jednoczesnym zastosowaniu kamery pogłosowej.

[18] Wat Tyler był przywódcą rebelii chłopskiej z 1381 roku. Mimo początkowych sukcesów bunt szybko stłumiono, a Tyler został zabity przez lojalnych królowi oficerów podczas negocjacji.

[19] Obecnie mianem EP (tak zwana mała płyta) określa się zwyczajowo krążki zawierające do 30 minut muzyki, ale w latach 60. był to krążek składający się z czterech kompozycji, zazwyczaj trwający łącznie kilkanaście minut. W Polsce takie wydawnictwa nazywano „czwórkami”.

[20] Jedna z najbardziej popularnych zagrywek w muzyce rockowej nosi nazwę „Bo Diddley Beat” i wywodzi się z zabawnych motywów granych często na zakończenie kompozycji, zwanych „Shave and a Haircut” lub „Two Bits and a Shave”.

[21] Nawiązanie do audycji radiowej Przygody Harry’ego Lime’a z Orsonem Wellesem w roli głównej.

Syd Barrett & Pink Floyd

Dark Globe

Copyright © 2010 by Julian Palacios

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Jakub Michalski 2015

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Aneta Wieczorek / Editor.net.pl

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Michael Ochs Archives / Getty Images

Grafika na IV stronie okładki i stronach tytułowych – Tymoteusz Chliszcz / www.chliszcz.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-502-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-501-7

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

PRZEDMOWA: GENESIS BREYER P-ORRIDGE

1. NAD BRZEGIEM RZEKI

2. STAW MILL

3. NA GOŚCIŃCU

4. ROPUSZY DWÓR

5. PUSZCZA

6. DOMEK DLA LALEK

7. MACHINA

8. GŁOS PISZCZAŁKI O ŚWICIE

9. MARZENIA I GRY

10. WIOSENNY DESZCZ

11. WARZYWNY CZŁOWIEK

12. GROM POŚRODKU ZIEMI

13. WEWNĄTRZ CZARNEJ KULI

14. POWRÓT ULISSESA

15. DOM

EPILOG

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Manifest pokolenia, portret fenomenu

Niepublikowane wcześniej wspomnienia, anegdoty i fakty. Mark Blake przez lata rozmawiał z muzykami grupy Queen i dziesiątkami innych osób. W swojej książce szczegółowo opisuje bogatą karierę zespołu i przemianę nieśmiałego chłopca z Zanzibaru w najbardziej charyzmatyczną postać rocka.

Najlepsza historia Queen, jaka kiedykolwiek została napisana

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

Biografia skrupulatna, pracochłonna i ambitna, jak każdy album Pink Floyd

Podąża za Floydami całą drogę – od psychodelicznych nocy w klubie UFO w połowie lat 60. aż do ery gorzkich konfliktów, które położyły kres istnieniu zespołu w połowie lat 80. Mark Blake drobiazgowo opisuje także solowe kariery każdego z członków grupy.

Ostateczne sprawozdanie z działalności najbardziej angielskiego zespołu rockowego.

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Syd Barrett i Pink Floyd. Mroczny świat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana