Messi. Biografia

Messi. Biografia

Autorzy: Guillem Balagué

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 696

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 36.03 zł

Ostatni raz odczuwałem presję, gdy grałem w Newell’s. Miałem wtedy osiem lat. Od tamtej pory gram dla przyjemności… 1 maja 2005 roku 17-letni Lionel Messi strzelił swojego pierwszego gola dla FC Barcelony, stając się najmłodszym piłkarzem, który tego dokonał. Od tamtego momentu jego kariera to zawrotna podróż na sam szczyt futbolowego świata. Guillem Balagué niezwykle dokładnie prześwietla życie Argentyńczyka. Bada jego włoskie korzenie, odkrywa, że niewiele zabrakło, by urodził się w Australii, opisuje początki w La Masíi, gdy „karzeł” z łatwością ogrywał zdumionych Piqué i Fàbregasa. To pierwsza tak obszerna opowieść o najlepszym piłkarzu świata, swoista biblia dla fanów Messiego. To biografia niemal kompletna, nawet jeśli do ostatniego kopnięcia w życiorysie „Pchły” jeszcze bardzo długa i pełna kolejnych sukcesów droga.

Mojemu tacie, który znów zaczął czytać.

Mojej mamie, najsilniejszej osobie, jaką znam.

Maribel, mojej dobrej wróżce.

Przedmowa

Alejandro Sabella

Selekcjonerem reprezentacji zostałem po Copa América rozgrywanym w Argentynie. Nasza drużyna odpadła z tego turnieju, choć nie przegrała ani jednego meczu. W fazie grupowej dwukrotnie zremisowaliśmy i pokonaliśmy Kostarykę, a potem w ćwierćfinale zremisowaliśmy z Urugwajem i odpadliśmy po rzutach karnych. Gdy tak silna drużyna złożona z tak dobrych graczy bierze udział w tak ważnym turnieju i nie zdobywa mistrzostwa, wszystkich dopada frustracja, nawet jeśli zespół nie przegra ani jednego meczu, jak w tym przypadku.

To zupełnie normalne, że kiedy zaczyna się nowa era i przychodzi nowy trener, piłkarze formułują wobec niego swoje oczekiwania. Niestety, mieliśmy za sobą okres nie najlepszej gry, bardzo wcześnie odpadliśmy z Copa América. W reprezentacji zastałem mieszane nastroje – panowała atmosfera rozczarowania, piłkarze byli jednak na tyle zmotywowani do dalszej pracy, że dało się w nich wzbudzić optymizm.

Z Leo po raz pierwszy rozmawiałem w Barcelonie. Było to w 2011 roku, wkrótce po mojej nominacji na stanowisko selekcjonera. Wyruszyłem w podróż, by spotkać się z wszystkimi reprezentantami, którzy na co dzień występowali w Europie. Wybrałem się najpierw do Portugalii, potem trafiłem do Barcelony. Nie znałem Leo osobiście, chciałem jednak porozmawiać z nim i z kapitanem zespołu Javierem [Mascherano], którego już spotkałem. Zamierzałem im zasugerować, że to Leo powinien nosić opaskę kapitańską. Pojechałem przede wszystkim po to, by przedstawić się piłkarzom. Dotyczyło to zwłaszcza tych zawodników, z którymi dotąd nie miałem okazji się spotkać. Duże znaczenie miało dla mnie jednak również i to, kto zostanie kapitanem reprezentacji. Chciałem dać wszystkim jasno do zrozumienia, że to Leo będzie liderem zespołu i w charakterystyczny dla siebie sposób stanie na czele drużyny. Inni piłkarze mieli zobaczyć w nim tego lidera – to była kluczowa kwestia.

Spotkaliśmy się we trzech, potem zaś pojechałem do Włoch. Postanowiłem, by rozstrzygnęli tę kwestię między sobą. Mieli poinformować mnie o ostatecznej decyzji. O ile dobrze pamiętam, to Javier zadzwonił do mnie i stwierdził, że Leo będzie kapitanem.

Ponownie spotkaliśmy się w Indiach, na jednym z pierwszych meczów nowej reprezentacji. Zagraliśmy spotkanie towarzyskie z Wenezuelą, następnie w Bangladeszu zmierzyliśmy się z Nigerią. Gdyby jednak doszukiwać się meczu, który zasługiwałby na miano symbolu nowej epoki, to z pewnością należałoby wskazać spotkanie z Kolumbią w południowoamerykańskich eliminacjach do mistrzostw świata w 2014 roku w Brazylii. W Barranquilli przeżywaliśmy trudne chwile, na szczęście jednak chłopakom udało się w tamtym koszmarnym upale odwrócić losy pojedynku. Przegrywaliśmy 0:1, po tym jak po strzale Dorlana Pabóna piłka odbiła się od Mascherano i wpadła do siatki. Na szczęście najpierw wyrównał Messi, a potem Agüero ustalił wynik meczu na 2:1.

Często powtarzam, że w piłce nożnej istnieje coś takiego jak mecz, który sprawia, że drużyna staje się drużyną, zapewniający jej niezbędnego kopa, wskazujący jej nową drogę. Wydaje mi się, że o takim początku można mówić właśnie w przypadku wspomnianego spotkania. Później zaczęliśmy tworzyć zwartą grupę, a zwarta grupa osiąga dobre wyniki, cieszy się wspólną grą i jest w stanie osiągnąć więcej niż zwykła drużyna. To doskonały sposób, żeby nie powiedzieć jedyny, na przezwyciężenie własnych słabości.

Dosyć często spotykam się z pytaniem, czy moim zdaniem tamten mecz nie stworzył przypadkiem nie tylko reprezentacji Argentyny, ale również samego Leo. W końcu to właśnie wtedy w kraju zaczęto go postrzegać zupełnie inaczej. Z pewnością spotkanie z Kolumbią sprawiło, że kibice zaczęli w nowy sposób patrzeć na Leo, moim zdaniem jednak większą rolę odegrał wyjazdowy mecz ze Szwajcarią, który odbył się 29 lutego. To był rewelacyjny występ. Leo strzelił hat-tricka, pierwszego w historii występów w reprezentacji. W Barcelonie zdarzało mu się to często, w błękitno-białej koszulce po raz pierwszy. W tym samym roku strzelił jeszcze trzy gole Brazylijczykom… Ogólnie jednak, tak, mecz z Kolumbią stanowił dla nas – trenerów i piłkarzy – niezbędny zastrzyk pewności siebie.

Leo to bardzo spokojny człowiek. Osiągnął niesamowity poziom sportowy, a niejako przy okazji stał się naturalnym liderem. Co więcej, nikt nie stara się kwestionować jego zdolności przywódczych.

Lubię dawać piłkarzom swobodę, więc pozostawiłem ją także Leo. Żyją pod wystarczająco dużą presją, nie zamierzam zatem dokładać im kolejnych ograniczeń. Opaska kapitana to zarazem większa odpowiedzialność, Leo jednak o tym wie i się z tym godzi. Rola lidera pomogła mu się rozwinąć i dojrzeć. Okazała się dobra również dla jego partnerów z zespołu.

Przemowy Messiego do całego zespołu i prywatne rozmowy z kolegami nie wychodzą poza szatnię, ale mogę zdradzić, że obecnie w drużynie panuje bardziej radosna atmosfera. Abstrahując od samej pracy wykonywanej na treningach, dominuje teraz spokój. Wszyscy są rozluźnieni i szczęśliwi, a to bardzo ważne.

Pomaga to stworzyć idealne dla niego warunki, w których może on w pełni zaprezentować swoje umiejętności. Leo musi czuć się dobrze, przede wszystkim jednak potrzebuje swobody i elastyczności. Musi odnosić wrażenie, że na boisku może w dowolnym momencie zrobić to, co akurat niezbędne. Prawdę powiedziawszy, omawiam z nim tylko najistotniejsze kwestie, sprawy absolutnie kluczowe. Nie chcę wywierać na nim dodatkowej presji. Piłkarze sami doskonale wiedzą, jak duże znaczenie ma każdy mecz i jak istotny jest ich indywidualny wkład.

Kiedy mowa o Messim, trzeba wspomnieć o jego rozwoju, ponieważ – jak się często powtarza – nie jest sztuką dotrzeć na szczyt, sztuką jest się na nim utrzymać. Cztery Złote Piłki z rzędu to niewątpliwie dowód na to, jak wielkie postępy poczynił ten piłkarz. Nie wydaje się, żeby jednokrotne sięgnięcie po to trofeum graniczyło z cudem, ale zwycięstwo w czterech kolejnych edycjach świadczy o tym, jak daleko Messi zaszedł w tym sporcie. W minionych kilku latach Leo dojrzał i nabył umiejętności, dzięki którym cały czas osiąga coraz wyższy poziom piłkarski. Już samo pozostawanie w tak dobrej formie stanowi nie lada wyzwanie, nie wspominając o jej poprawie. Jemu się to jednak udaje.

Jestem przekonany, że rola kapitana reprezentacji mu w tym pomaga. Aby rozwijać się w życiu sportowym i prywatnym, potrzeba wiary całego otoczenia.

Rok 2012 okazał się dla Leo znakomity, jeśli chodzi o jego występy w reprezentacji. Chłopak jest trochę starszy, po prostu dojrzał. Ale co należy robić, gdy pojawiają się głosy, że jakiś piłkarz osiągnął właśnie szczytową formę? Zostawić go samemu sobie? Uważam, że powinienem zadbać o dalszy rozwój takiego zawodnika, o jego odpowiednie ukierunkowanie. Nie ma piłkarzy tak wybitnych, by nie mogli skorzystać z konstruktywnej krytyki i dobrych rad.

Ten, kto chce się przekonać o jego niezwykłych umiejętnościach piłkarskich, powinien obejrzeć pierwszy mecz ligowy Barcelony w sezonie 2013/14, w którym Duma Katalonii rozniosła Levante 7:0. Gdy Leo postanawia odebrać rywalowi piłkę, widać w nim przekonanie i determinację. Nie ustaje w wysiłkach tak długo, aż osiągnie swój cel. Pokazał to w tamtym spotkaniu. Sam odebrał piłkę przeciwnikowi i zdobył trzecią bramkę. Widziałem nawet gole głową autorstwa Messiego. Strzelał je tak, jakby przychodziło mu to zupełnie naturalnie. To po prostu jeden z tych wyjątkowych zawodników, którzy nieustannie się doskonalą, choć w jego przypadku to już skrajnie trudne.

Barcelona wystawia go na środku ataku, my zaś kopiujemy to ustawienie w reprezentacji. Dlaczego? Dlatego że w Hiszpanii sprawdza się ono doskonale. Leo częściej jest tam przy piłce, a im częściej ma futbolówkę, tym lepiej dla wszystkich. Messi dojrzewa, nabiera pewności siebie i piłkarskiej mądrości, nie można zatem odsuwać go na skrzydło. Z robiącymi mu miejsce Higuaínem i Agüero, a także z Di Maríą na boku, Leo zaczyna ze środka i sam decyduje o tym, gdzie pośle piłkę. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dzięki tym piłkarzom stał się mocniejszy, a i oni stali się dzięki niemu lepsi.

Gdy wszystko dobrze się układa, oczekuję od zawodników odrobiny dodatkowego wysiłku w odbiorze piłki. Liczę na to, że będą się cofać i pomagać obrońcom, że dadzą z siebie nieco więcej. Leo ma bronić tam, gdzie się akurat znajduje, w taki sposób, na jaki pozwala mu sytuacja w danym momencie meczu. Nikt nie oczekuje od niego cudów, ponieważ jego największe atuty – podobnie jak mocne strony innych reprezentantów – uwidaczniają się podczas operowania piłką. To właśnie w tym elemencie gra Leo przynosi największe korzyści drużynie.

Najlepsi piłkarze świata grają zazwyczaj w najlepszych klubach świata. Rozgrywają najwięcej meczów i opuszczają najmniej spotkań w sezonie. To oczywiste, że właśnie ten element ich wyróżnia. Ważne, by wypracowali szczytową formę na mistrzostwa świata. Jednym się to udaje, innym nie. Dysponujemy dziś drużyną, która gra dobrze, sprawia wrażenie solidnej i wydaje się zwartym kolektywem – chłopcy udowodnili to choćby w towarzyskim meczu z Włochami 14 sierpnia 2013 roku. Fakt faktem, że drużyna, w której gra Messi, nigdy nie będzie tym samym zespołem bez niego wyjściowym składzie. Musimy jednak wyzbyć się przekonania, że bez Leo nie jesteśmy w stanie wygrywać. Źle to wpływa na morale piłkarzy. Tamtego sierpniowego dnia nie było go na boisku, a mimo to rozegraliśmy znakomite spotkanie. Nie pozostawiliśmy cienia wątpliwości, że bez niego też sobie poradzimy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że Leo jest nie do zastąpienia. Nie, bynajmniej nie przeczę samemu sobie.

Messi jest dla nas symbolem i punktem odniesienia, wybitnym zawodnikiem grającym w legendarnym klubie. To być może najwybitniejszy piłkarz wszech czasów.

Wprowadzenie

Gdzie jest Leo?

To pytanie, które zadawali sobie wszyscy w szkole średniej im. Juana Mantovaniego. Znajdowała się ona w dzielnicy Las Heras w południowej części argentyńskiego miasta Rosario, niedaleko domu Messiego. Leo nie pojawiał się na zajęciach już od tygodnia, a przecież – nie licząc krótkotrwałych chorób – rzadko zdarzało mu się opuszczać lekcje. Jego ławka stała pusta, gdy zaś na przerwach ktoś wyciągał piłkę, gra robiła wrażenie jeszcze bardziej chaotycznej niż zwykle. Szkoła im. Juana Mantovaniego nie ma boiska piłkarskiego, a na małym placu zabaw tłoczy się zawsze więcej dzieciaków, niż powinno. Ciężko było tam przerzucić piłkę z jednej strony placu gry na drugą, a nieobecność Leo tylko potęgowała ten problem. Nie widziano go od dobrych kilku dni.

Był wrzesień. Do grudniowego zakończenia roku szkolnego zostały już tylko trzy miesiące. Mniej więcej wtedy odbywały się egzaminy, ale Leo nie mógł do nich przystąpić z powodu nieobecności. Ktoś zapytał w jego imieniu, czy mógłby je zdać w innym terminie albo przerobić część materiału na wyjeździe.

Niestety, nie udzielono na to zgody.

Czy może Leo pojawił się dzisiaj?

Koledzy z zespołu Newell’s Old Boys z Rosario, gdzie Leo występował w rozgrywkach jednej z niższych lig, zadawali sobie to samo pytanie. Opuścił kilka treningów w szkółce piłkarskiej Malvinas, nie pojawił się również w miniony weekend na meczu. „Żółtaczka – powiedział ktoś w klubie. – Ma żółtaczkę”. No to już po nim. Tak naprawdę nikt nie wiedział, co to za choroba, ale sama nazwa brzmiała groźnie. Wydawało się, że jak złapie się coś takiego, to potem nie da się więcej grać w piłkę. „Tak, Maestro ma żółtaczkę”. No, to już po nim!

Maestro. Kiedyś w szkole nazywano go również El Piqui („Maluch”), ale dla swoich nastoletnich kolegów z drużyny był już Maestro (oni zresztą też mieli ciekawe ksywki, jak choćby Clark Kent, Gal, Greyhound czy Koreańczyk – ta ostatnia z uwagi na fryzurę). W argentyńskiej piłce nożnej nikt nie posługiwał się swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Przydomki pojawiały się również, gdy podawano oficjalny skład zespołu. Nazwisko, data urodzenia, wzrost i ksywka: Mysz, Asfalt, Niski…

Gdzie się podział Leo?

Adrián Coria, pierwszy poważny trener Leo, opiekował się bardzo różnorodną grupą chłopców. On także nie wiedział, co się dzieje z jego podopiecznym. Dziwne tak znikać we wrześniu. Jeszcze dziwniejsze było to, że w drużynie pojawił się pewien problem: bez Leo jakoś trudniej było odnieść zwycięstwo. Ktoś zadzwonił do Quique Domíngueza, pierwszego trenera Messiego z Newell’s. „Nie mam pojęcia. Nie wiem, gdzie może być” – powiedział Domínguez, uznawszy jednak, że coś się święci. Zawsze można było polegać na Leo, ale gdy rok wcześniej chłopak pojechał na testy do River Plate, też nikomu nic nie powiedział. Czyżby ci z River wreszcie ściągnęli go do siebie? Wspominano coś o jakiejś żółtaczce.

Kilka dni wcześniej ktoś z rodziny Messiego odebrał telefon: „Przyjeżdżajcie, weźcie ze sobą chłopca”. Tak długo czekali na ten dzień, a teraz wszystko zaczęło się nagle toczyć w astronomicznym tempie. Musieli błyskawicznie przygotować się do wyjazdu do Europy.

W Newell’s nikt nic nie wiedział, ani dyrektor techniczny, ani żaden z trenerów czy zawodników – nikt nie miał pojęcia, co się dzieje. Leo i jego ojciec Jorge, który od początku kierował karierą syna, postanowili nikomu nic nie mówić. Zachowanie tajemnicy nie stanowiło dla nich większego problemu – obaj są z natury raczej dyskretni i utrzymują duży dystans w stosunku do innych. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Dziennikarze „La Capital”, gazety z Rosario, jakby coś przeczuwali, ponieważ poświęcili młodzieńcowi całą stronę. Po raz pierwszy spotkał go taki zaszczyt. Stało się to 3 września 2000 roku. Tytuł artykułu brzmiał następująco: Wyjątkowy „trędowaty” maluch. Przydomek „trędowaty” nosili wszyscy piłkarze Newell’s, odkąd pewnego razu – jeszcze w latach 20. – zespół rozegrał charytatywne spotkanie połączone ze zbiórką pieniędzy na klinikę leczenia trądu. W tekście znalazło się również zdjęcie uśmiechniętego Leo z przekrzywioną głową, w koszulce Newell’s. Messi na zawsze pozostanie Trędowatym, zagorzałym fanem drużyny, która w młodości była dla niego „wszystkim”. To właśnie tam zdobył tytuł mistrzowski w swojej grupie wiekowej, co do dziś wspomina z dumą. Leo – którego trudno było nawet nakłonić, żeby się uśmiechnął do zdjęcia – opowiedział cichutkim głosem dziennikarzowi „La Capital” o swoich marzeniach. Chciał zostać nauczycielem wuefu, no i oczywiście chciał grać w pierwszej lidze.

Pragnął też dostać się do młodzieżowej reprezentacji Argentyny. I, owszem, choć to bardzo odległa perspektywa, do pierwszej reprezentacji też chciałby trafić – to jego marzenie. Lubi kurczaka. Ulubiona książka? Eee… Biblia. To pierwsza odpowiedź, jaka przyszła mu wtedy do głowy. Nie za bardzo czyta książki. Jaki inny sport by wybrał, gdyby nie grał w piłkę? Czy musi odpowiadać na to pytanie? Nie wie, może piłkę ręczną. Ale ogólnie widzi siebie w roli nauczyciela wuefu. To jedyne zajęcia w szkole, które lubi. Tak, mógłby uczyć wuefu.

Artykuł ukazał się w specjalnym dodatku do gazety poświęconym Rojinegros, czyli czerwono-czarnym (bo takie koszulki nosili gracze Newell’s). Tekst zaczynał się słowami: „Lionel Messi gra w dziesiątej lidze jako enganche [rozgrywający]. Jest nie tylko jedną z największych nadziei szkółki piłkarskiej Leprosa. Wróży mu się wielką przyszłość, ponieważ mimo filigranowej postury bez trudu umie minąć jednego czy dwóch graczy, potrafi też dryblować, strzelać gole, a nade wszystko uwielbia utrzymywać się przy piłce”. Gambetear (dryblować), enganche – te słowa, idee, wszystko to jest bardzo argentyńskie. Leo nie trafił na okładkę 97. numeru tego dodatku. Zaszczyt ten przypadł w udziale Claudio Parisowi z pierwszej drużyny, który kilka lat wcześniej postanowił na stałe związać się z klubem.

Czarno-biała kserokopia artykułu z „La Capital” przedostała się na drugą stronę Atlantyku.

Jorge i Leo, a także znajomy jadący z nimi na lotnisko rozmawiali o tym tekście w drodze z Rosario do Buenos Aires. Podróż trwała trzy i pół godziny, wydawała im się jednak dłuższa, ponieważ jechali niekończącą się prostą drogą, przy której niewiele można było zobaczyć poza kolejnymi dolinami i znakami drogowymi. Leo przez większość czasu wpatrywał się w okno ze swojego miejsca na tylnym siedzeniu.

Była niedziela, 17 września 2000 roku.

Z lotniska Ezeiza udali się do Barcelony, o czym wiedzieli tylko ich najbliżsi oraz dyrektor szkoły.

Mieli przed sobą dwudziestoczterogodzinną wyprawę.

„[Pierwsza podróż] minęła mi dobrze, ponieważ było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie leciałem samolotem, nigdy nie odbyłem tak długiej drogi i wszystko to sprawiało mi wielką radość, przynajmniej do momentu, w którym samolotem zaczęło trochę trząść” (Leo Messi dla „Revista Barça”).

Wspomnienia czasem zawodzą. Tak naprawdę podczas tamtego lotu turbulencje zdarzyły się nie raz. Leo nie zjadł pierwszego z serwowanych posiłków – akurat spał rozciągnięty na trzech fotelach. Miał na sobie krótkie spodenki, z których wystawały krótkie chude nogi. Zbierało mu się na mdłości, skręcało go w żołądku. Spał niespokojnie, było mu niedobrze.

Wiele lat później bardzo często odczuwał podobne mdłości przed wyjściem na boisko, czasem zastanawiał się więc, czy nudności podczas tamtego lotu faktycznie miały związek tylko z turbulencjami.

W Barcelonie wylądowali w poniedziałek około południa. Był 18 września 2000 roku, siedem miesięcy wcześniej powstał materiał wideo prezentujący umiejętności Leo. Zdaniem jednych chłopak kreował się w tym filmie na drugiego Maradonę, według innych, bliższych mu osób, udowadniał tam, że ma wrodzony talent, dzięki któremu zostanie kiedyś wielkim piłkarzem, oczywiście jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Ktoś dał Messiemu kilogram pomarańczy, ktoś inny przyniósł mu piłki tenisowe. Kazali mu ćwiczyć z nimi przez cały tydzień. Siedem dni później powstał materiał, w którym Messi żongluje pomarańczą, podbijając ją 113 razy z rzędu. Z piłką tenisową poszło łatwiej: 140 podbić, czyli jueguitos, jak nazywają je w Argentynie.

Gdzieś w pobliżu leżała piłeczka pingpongowa. „Dajcie ją Leo” – słychać w tle nagrania. 29 podbić. Mało komu udałoby się wykonać choćby trzy. Leo miał jednak wyraźną przewagę nad większością ludzi. Wynikała ona z tego, że codziennie dosłownie każdą chwilę spędzał z piłką. Pomiędzy meczami, w ich trakcie, w domu, na szkolnym boisku. Zawsze.

Osiem lat później firma MasterCard wykorzystała ujęcia z tego filmu w swojej reklamie. Można ją obejrzeć w YouTube.

Materiał został nagrany w lutym i od tamtej pory rodzina Messiego zastanawiała się: „Kiedy wyjedziemy? Dokąd? Czy w ogóle wyruszymy?”. Wyjazd stał się tematem codziennych rozmów, poruszanym z niepewnością i zarazem odrobiną ekscytacji.

Ten i inne filmy z boiska Malvinas, na których Messi w koszulce Newell’s ćwiczy slalom z piłką i drybluje, trafiły na biurko Josepa Maríi Minguelli, znanego agenta piłkarskiego dysponującego rozległymi kontaktami w Barcelonie, który zarazem jest socio katalońskiego klubu. Minguella nie od razu przekonał się do Leo, podobnie zresztą jak inni. Messi był młodziutki, a poza tym Argentyna to jednak bardzo daleki kraj. Ale po kilku miesiącach – przekonany częściowo spektakularnymi umiejętnościami technicznymi zaprezentowanymi przez Leo na taśmie, a częściowo za sprawą nalegań współpracowników, którzy wierzyli w potencjał chłopaka – postanowił zaangażować w to przedsięwzięcie wszystkie swoje siły. Przekonał FC Barcelonę, aby zaprosiła chłopaka na testy.

Duma Katalonii dosłownie o włos wyprzedziła Real Madryt, który miał właśnie skontaktować się z Messim w sprawie kontraktu.

Minguella zadzwonił ze swojego gabinetu do Messich do Argentyny. Powiedział, że mają pakować manatki i jak najszybciej przyjeżdżać do Barcelony. „Weźcie ze sobą chłopca”. Leo czekał pierwszy lot w życiu.

Po raz pierwszy miał także pokonać Atlantyk.

Barcelona przywitała go wilgotnym powietrzem charakterystycznym dla kończącego się lata. Z samolotu wysiadł mały trzynastoletni Argentyńczyk z walizką w ręku i talentem w nogach. Na płycie lotniska stanął chłopiec, który marzył o triumfach nad nowymi rywalami w gronie nowych kompanów, który śnił o wielkim klubie z dala od domu.

Ten, kto zobaczył go po raz pierwszy, dochodził do wniosku, że Barcelona popełniła koszmarny błąd. Był taki mały! Tyle zachodu o kogoś takiego? Jakim cudem tak drobniutki chłopiec miałby kiedykolwiek zostać piłkarzem światowej klasy?!

„Barcelonie zacząłem się przyglądać, gdy grał tu Ronaldo. Krótko potem pojawiła się okazja, aby tam pojechać. Przyznaję, że bardzo się tym ekscytowałem, bardzo chciałem tu trafić. Pragnąłem zobaczyć, jak to wszystko wygląda naprawdę, ponieważ śledziłem losy klubu z oddali. Przyjeżdżając tu, nie przypuszczałem, że będzie aż tak trudno” (Leo dla „Revista Barça”).

Tamtego dnia do Barcelony przybył nie Lionel Messi, lecz zupełnie zwyczajny, podekscytowany dzieciak.

W piosence The King of Rome Dave Sudbury śpiewa, że nie da się spełnić marzeń, gdy mieszka się w takiej dziurze jak dzielnica West End w Derby. Dave wciela się w bohatera, który próbuje stawić czoła własnemu przeznaczeniu: Yeah, I know, but I had to try/ A man can crawl around or he can learn to fly/ And when you live ‘round here/ The ground seems awful near (Musiałem spróbować, choć dobrze wiem/ Że człowiek może albo pełzać, albo się wzbić w powietrze/ Gdy jednak mieszka się tutaj/ Ziemia wydaje się bardzo bliska). W 2000 roku w Rosario wzbić się w powietrze było jeszcze trudniej niż zwykle.

Newell’s nie wykorzystało swojej szansy. Klub odmówił rodzinie Messiego pomocy finansowej niezbędnej do przeprowadzenia terapii hormonalnej, bez której Leo nie mógłby dalej rosnąć. Gdyby Newell’s zapłaciło za tamte zastrzyki, Messi nie wyjechałby z Argentyny.

Chyba nigdy wcześniej nie zdarzyło się, aby ktoś w takim wieku udawał się na drugą stronę Atlantyku w pogoni za karierą piłkarską. Trzynastolatkowie nie wyjeżdżali z Argentyny, a europejskie kluby nie podpisywały kontraktów z tak młodymi zawodnikami. Nikt nie otrzymał wcześniej równie wielkiej szansy w tym wieku. W domu w Las Heras nikt nie miał jednak pojęcia, co się dzieje. Leo złapał żółtaczkę. Tak? No to już po nim…

Minguella usłyszał, że chłopak zwiąże się z Barceloną, jeśli klub pokryje koszty drogiej terapii hormonem wzrostu, a jego ojciec dostanie pracę (i tym samym klub spełni wymogi prawne niezbędne do przeprowadzenia transferu tak młodego piłkarza). Rodzina Messiego kontaktowała się również z madryckimi Realem i Atlético, ale w rozmowach z tymi zespołami nie pojawiły się żadne konkrety. Ostatecznie jednak wszyscy pracujący nad dopięciem przenosin Leo do Hiszpanii wychodzili z założenia, że „jeśli Barça wykazuje zainteresowanie, to tak czy owak lepiej grać dla niej”.

Josep María Minguella: Większość osób zaangażowanych w ten projekt nigdy wcześniej nie zajmowała się tak młodymi piłkarzami. Pep Guardiola miał 20 lat, kiedy kontaktowałem się z nim po raz pierwszy (albo to on skontaktował się ze mną). Zostałem jego agentem w chwili, gdy zaczynał grę w pierwszej drużynie. Cała ta maszyna menedżerska, która obecnie funkcjonuje wokół dwunasto-, trzynasto- czy czternastoletnich chłopców, wtedy jeszcze nie istniała. Gdy nasz człowiek z Argentyny zadzwonił i powiedział, że ma na oku wyjątkowego młodzieńca, z początku zacząłem się zastanawiać, co zrobimy z tak młodym chłopakiem. Miałem spore wątpliwości, mocno jednak na mnie nalegano, więc zacząłem poważniej interesować się tematem. Dostałem nagranie, to, na którym Leo przejmuje piłkę niemal we własnym polu bramkowym, mija z nią jakiś tysiąc osób, a potem zdobywa bramkę. […] Uznałem, że naprawdę jest wyjątkowy. Kilka miesięcy później podjąłem rozmowy z Joanem Gaspartem, Antonem Parerą [dyrektorem sportowym] i Charlym Rexachem [dyrektorem technicznym i doradcą prezydenta klubu].

Charly Rexach: Pewnego dnia podczas gry w tenisa Minguella powiedział, że ma na oku fenomenalnego chłopca […], trochę podobnego do Maradony. Nie raz już coś takiego słyszałem. […] Potem oznajmił, że chłopiec mieszka w Argentynie. „Hm, pewnie jakiś osiemnastoletni albo dziewiętnastoletni młodzieniaszek”. Minguella stwierdził następnie, że chłopiec ma 13 lat. „Chyba oszalałeś – powiedziałem mu. – Naprawdę sądzisz, że podpiszę się pod czymś takim? […] Mowy nie ma”.

Joaquim Rifé: Kierowałem szkółką piłkarską w Barcelonie. Ostatecznie to do mnie wpłynęła oferta transferu tego chłopca. Charly Rexach był wówczas dyrektorem technicznym Barcelony i skupiał się raczej na pierwszej drużynie. Tak się składa, że Charly przyjaźni się z Josepem Maríą Minguellą, który skontaktował się z Barceloną w sprawie Leo. Nic dziwnego, że Rexach go wysłuchał.

Charly Rexach: Wszystko odbywa się według pewnej procedury. Gdy ktoś mi mówi, że przykładowo w Saragossie gra jakiś fenomenalny chłopak, pytam, kto to taki, w jakim klubie występuje i dokąd muszę pojechać, żeby rzucić na niego okiem. Następnie wysyłam dwóch albo trzech ludzi, żeby mu się uważnie przyjrzeli. Gdy jeden wystawia ocenę pozytywną, a inny negatywną, to sam jadę tam i wydaję decydującą opinię. Później trzeba mu znaleźć miejsce w zespole i załatwić wiele innych spraw. Zdarza się też, że dzwoni do mnie jeden z byłych graczy Barcelony, powiedzmy Rivaldo, i mówi: „Słuchaj, w Brazylii jest pewien dwunasto- albo trzynastolatek, który fantastycznie gra w piłkę”. Zwracam na niego uwagę natychmiast, bo gdy taka opinia pada z ust gracza pokroju Rivaldo, należy poważnie przyjrzeć się sprawie. Gdyby przyszedł z tym do mnie ktoś inny, wstrzymałbym się z oceną. Ale nawet jeśli słyszę od Rivaldo: „Jedź i mu się przyjrzyj”, odpowiadam, że nie pojadę. Proponuję, żebyśmy zrobili na odwrót. Skoro chłopiec jest tak młody i pochodzi z tak daleka […], to niech go przyślą do mnie. Potrzymamy go przez 15 dni, żeby trenerzy ze szkółki mogli w wolnym czasie dokładnie mu się przyjrzeć. Przez pierwszych kilka dni chłopak może być zdenerwowany, ale będzie miał czas, żeby wziąć się w garść. Wyobraź sobie, że lecimy do Argentyny czy w inne odległe miejsce, a tam okazuje się, że chłopiec zachorował, nie może grać albo jeszcze coś innego. Taki młody zawodnik musi być naprawdę bardzo dobry, żebyśmy mieli zrobić dla niego wyjątek.

Josep María Minguella: Rodzice i tak planowali opuścić z Leo Argentynę. Gdyby nie udało im się związać z Barceloną, mieli zamiar poszukać innego klubu. Powiedziałem Charly’emu, że chłopiec przechodzi terapię, za którą drużyny z jego ojczyzny nie chcą płacić. Barcelona musiałaby ten ciężar wziąć na siebie.

Charly Rexach: Było tak, że przyszedł do mnie Minguella, któremu bardzo ufam, i powiedział: „Jest jeden koleś, fenomenalny. Więc jak to załatwimy?”.

Minęło kilka miesięcy, odkąd Minguella otrzymał wideo, na którym Messi popisuje się swoimi dryblingami. Och, kto wie, może to za daleko? A może Leo jest za młody? Takie właśnie sprzeczne komunikaty płynęły z Barcelony do rodziny chłopca. Państwo Messi miesiącami zmagali się z niepewnością i dopytywali o losy nagrania, zainteresowanie klubów i kontakt z ich strony. Co będzie z Leo? Co powinni mu powiedzieć?

Charly Rexach: Powiedziałem Minguelli, że nie mam zamiaru lecieć tak daleko dla dwunastolatka. […] Gdyby tak miał 18 albo 20 lat… […] Oznajmiłem mu wtedy, że na Boże Narodzenie, na Wielkanoc albo w jakimś innym terminie trzeba ściągnąć tu chłopca razem z rodzicami na 15 dni.

Rifé: Powiedziałem Rexachowi, że zaaranżowałem mecz, żeby mógł się chłopakowi przyjrzeć.

Gaspart, Parera, Rifé, Minguella, Rexach. W sprawę trzynastolatka z Argentyny zaangażowani zostali najważniejsi oficjele w Barcelonie. Prawdziwa waga ciężka. Doniosłość faktu, że młodzieniec przyciągnął uwagę „ojców klubu”, nie uszła uwadze trenerów ze szkółki piłkarskiej, którzy przez najbliższe dwa tygodnie mieli odpowiadać za treningi i ocenę filigranowego zawodnika.

Rodolfo Borrell: Pamiętam, że pewnego dnia w biurze dostałem od kogoś – nawet nie pamiętam już od kogo – dwie obustronne czarno-białe kserówki. Był to artykuł z jakiejś argentyńskiej gazety poświęcony Messiemu. Powiedzieli mi, że ten chłopiec jedzie do nas na testy. Szukałem ostatnio tych kserówek. Jestem niemal pewien, że są u moich rodziców w domu. Na pewno je znajdę. Pamiętam tamten moment, ponieważ to wtedy po raz pierwszy zetknąłem się ze słowem gambeta, oznaczającym drybling, i ze słowem enganche, czyli argentyńskim terminem używanym na określenie zawodnika, który gra tuż za plecami napastników. Dowiedziałem się, że młodzieniec trafi do mojej grupy, ponieważ urodził się w 1987 roku. Zawsze podkreślam, że zostałem pierwszym trenerem Messiego tylko dlatego, że odpowiadałem za przygotowanie chłopaków poniżej czternastego roku życia. Nie wątpię, że pewnie z 10 tysięcy różnych trenerów chwali się, że było pierwszymi trenerami Messiego.

Na barcelońskim lotnisku El Prat na Messich czekał Juan Mateo z biura Minguelli. To on zabrał ich do północnej części miasta, gdzie pracował znany agent. W windzie natknęli się na Txikiego Begiristaina, przyszłego dyrektora sportowego Barcelony, który blisko współpracował z Minguellą. „Jesteśmy z Argentyny” – ktoś ośmielił się do niego odezwać. Txiki, mierzwiąc włosy Leo, odparł: „Chłopiec musi być naprawdę dobry. Mały jest”.

Jorge i Leo po rozmowie z katalońskim agentem dotarli do Hotel Plaza. Barcelona nie pokrywała kosztu wyprawy i pobytu. Minguella znał właściciela hotelu przy Plaza España, więc załatwił Messim pokój numer 546. Z widokiem, dodajmy. Z okien pokoju mogli podziwiać pawilony barcelońskich targów, w oddali zaś dostrzegali także Pałac Narodowy i fontannę Montjuïc, która wieczorem wybucha feerią barw, a tryskająca z niej woda tańczy do dźwięków muzyki. Nieco bliżej znajdowały się wieże spajające Avinguda de la Reina Maria Cristina, wzniesione specjalnie na wystawę światową w 1929 roku. Na pierwszym planie rysowała się natomiast fontanna stojąca na Plaza España, klasyczna alegoria Hiszpanii z rzeźbami symbolizującymi rzeki wpadające do trzech mórz otaczających Półwysep Iberyjski.

Messi zostawił walizki w pokoju. Młody piłkarz czuł się nieco lepiej, nadal jednak dręczyły go mdłości po nieprzyjemnym locie. Rifé powiedział jednak jego ojcu, że chce zobaczyć Leo na treningu. Jeszcze dziś, o szóstej. Nie było wyjścia, chłopak musiał iść.

Rodolfo Borrell miał zostać jego pierwszym trenerem w FC Barcelonie.

Rodo, obecnie dyrektor szkółki piłkarskiej Liverpoolu, w sezonie 2000/01 odpowiadał za infantiles, czyli chłopaków, którzy w przyszłości mieli stać się sławni. Cesc Fàbregas, Gerard Piqué, Marc Pedraza, Marc Valiente, Víctor Vázquez, Toni Calvo, Sito Riera, Rafael Blázquez… Była to jedna z najlepszych drużyn młodzieżowych w historii Barcelony, a miał do niej trafić jeszcze gracz, który przyjechał z daleka z bardzo przyzwoitą reputacją.

Ludzie odpowiedzialni za szkółkę (Quimet Rifé, Quique Costas, Juan Manuel Asensi oraz trenerzy Rodolfo Borrell, Xavi Llorenç i Albert Benaiges) spotkali się tamtego poniedziałkowego popołudnia na boiskach numer dwa i trzy znajdujących się tuż obok Mini Estadi. Jedno boisko było trawiaste, drugie sztuczne. Mieli zamiar obserwować postępy grupy, ze szczególną uwagą przyglądając się nowemu chłopakowi.

Zabrakło wśród nich Charly’ego Rexacha, który poleciał do Australii oglądać mecze rozgrywane na igrzyskach olimpijskich w Sydney. Występowało tam wówczas wielu doskonale znanych piłkarzy i młodych zawodników (takich jak Rául Tamudo, Xavi, Puyol, Zamorano, Suazo, M’Boma, Lauren czy Eto’o). Zresztą tak naprawdę sprawa młodego chłopca z Argentyny nie wymagała jego obecności – Rexach odpowiadał przede wszystkim za decyzje dotyczące pierwszej drużyny, a nie szkółki. Jeśli znajdujący się pośród tak utalentowanych chłopaków trenerzy dojdą do porozumienia, gracz zarekomendowany przez Minguellę zostanie zakontraktowany. Charly zorganizował testy i na tym kończyła się wtedy jego rola.

Messi wyszedł spokojny na pierwszy trening. Dokuczały mu wciąż lekkie mdłości związane z podróżą samolotem, wiedział jednak, że znalazł się tu, ponieważ zawsze tego chciał i o tym marzył. Miał najwyżej tydzień (musiał wracać do szkoły), żeby pokazać, co potrafi zrobić z piłką. To akurat wydawało się stosunkowo prostym zadaniem.

Wyobraź sobie, że nigdy nie widziałeś Camp Nou ani Mini Estadi. Leo nie miał okazji ich zobaczyć.

„Pchła”, bo tak też go nazywano, pojawił się na boisku obok stanowiącego wierną kopię Camp Nou (tyle że w pomniejszeniu) Mini Estadi. Zawahał się przed otwarciem drzwi do szatni. Wstydził się wejść tam sam. Był skrajnie nieśmiały, a może nie tyle nieśmiały, ile powściągliwy w kontaktach z ludźmi. Zaczął przebierać się przed szatnią i dopiero w trakcie zmiany stroju wszedł do środka. Znalazł sobie miejsce z dala od grupy, w odosobnionym narożniku. Przebierał się na stojąco. Był spięty.

Wyobraź sobie, że nigdy nie widziałeś Leo Messiego. Żaden z obecnych tam wówczas chłopaków nigdy wcześniej go nie spotkał, podobnie zresztą jak żaden z trenerów, którzy w najlepszym razie co nieco o nim słyszeli.

„Jest taki mały” – ocenili inni chłopcy. W szatni pojawił się Rodo. „Usiądź, młody człowieku” – oznajmił. Wchodząc do szatni, Leo nie powiedział „cześć”. Wydał z siebie jakiś odgłos, który w ogóle nie kojarzył się z powitaniem i miał niewiele wspólnego z przyjaznym „hej!”.

Dla Cesca czy dla Piqué, którzy właśnie się przebierali, Argentyńczyk był po prostu kolejnym dzieciakiem ściągniętym na testy do Barcelony. Co prawda obcokrajowcy pojawiali się tu stosunkowo rzadko, ale czasem ktoś się trafił. Każdego miesiąca przyjeżdżało kilku nowych chłopców. Podczas gdy Leo przebierał się w kącie, Rodo zwrócił się do całej grupy: „Uważajcie na niego, jest bardzo mały, nie zróbcie mu krzywdy”.

Piqué: W pierwszym tygodniu Leo zdecydowanie trzymał się z dala od reszty. Gdy rozmawialiśmy w grupie lub się z czegoś śmialiśmy, on siedział na ławce, na jej najdalszym krańcu. Był bardzo cichy, introwertyczny.

Cesc: Pojawiało się wtedy tak wielu nowych zawodników, że nie przywiązywaliśmy do tego najmniejszej wagi, ale mimo to ten pierwszy dzień Leo dokładnie zapadł mi w pamięć.

Młodzi zawodnicy rzucali mu prześmiewcze spojrzenia. Leo w tym czasie owijał bandażem kostki.

Piqué: Był bardzo niski i prawie się nie odzywał. Nikt nie spodziewał się tego, co się miało wkrótce wydarzyć.

Leo miał wówczas 148 centymetrów wzrostu.

Cesc: Miał dłuższe włosy i mówił cichym, miękkim głosem, z wyraźnym argentyńskim akcentem. Naprawdę trudno go było zrozumieć. W sumie to prawie w ogóle się nie odzywał. Taki mały bałwan. Uznaliśmy, że będzie tylko zabierał miejsce na boisku…

Wszyscy podzielali tę opinię.

Jeden z asystentów Borrella trochę się martwił. Widział, jak Leo nakłada bandaże, więc zapytał go, czy ma kontuzję. Nie, nie, to stary argentyński zwyczaj, ma go uchronić przed skręceniem nogi.

Leo nic więcej nie powiedział.

Dwunasto- i trzynastolatkowie sypali kolejnymi śmiesznymi w ich mniemaniu żartami: „Ten koleś to karzeł”.

Messi wybiegł na boisko razem z Piqué, który wydawał się dwukrotnie większy od Argentyńczyka. Leo sięgał mu do pasa.

Jorge siedział na trybunach i zewsząd dobiegały go te same uwagi: „Chłopak jest bardzo mały, za mały”.

Grupa rozpoczęła rozgrzewkę, jak zawsze z piłką. Zaczęli od ćwiczeń związanych z panowaniem nad futbolówką. Jedno dotknięcie, dwa, trzy… 10, 11, 12… „Piłka się go słucha” – rzucił jeden z widzów. 20, 21…

Cesc: Gdy zaczął bawić się piłką, dostrzegliśmy, że jest inny niż wszyscy, którzy zjawiali się u nas na testach.

Borrell stopniowo zaczął wprowadzać do treningu pojedynki jeden na jednego i strzały na bramkę. Gdy przyszła kolej Leo… pojawiły się problemy.

Cesc: Najpierw wystrychnął mnie na dudka i trafił do bramki. W młodości wykazywałem szczególny talent w obronie w sytuacjach jeden na jeden. Później go utraciłem. Odbiór piłki przychodził mi kiedyś z wielką łatwością, dziś nawet nie wiem, jak mi się to udawało. W każdym razie wyszedłem na kompletnego głupka. W porządku, za pierwszym razem nie spodziewasz się tego, jesteś zbyt rozluźniony; tyle że on ogrywał mnie tak raz za razem.

Messi zadziwiał dryblingiem, wykończeniem akcji, regularnością. Młodzi piłkarze z przyjemnością obserwowali poczynania nowego kolegi. Z miejsca zaskarbił sobie ich szacunek. Od tej pory każdy, kto nazywał go „karłem”, wypowiadał to słowo z podziwem, a nawet z uczuciem.

Na trybunach dało się słyszeć: „Łał! Coś nadzwyczajnego!”.

Z Plaza España na Mini Estadi i sąsiednie boiska treningowe Leo jeździł metrem. Pokonywał cztery przystanki zieloną linią do Les Corts. Treningi nie odbywały się codziennie, więc chłopak zabijał czas w towarzystwie ojca i jednego ze współpracowników Jorge lub Minguelli, przechadzając się w okolicach portu, czasem też wstępując do jakiegoś muzeum (nie spędzał tam jednak zbyt dużo czasu – muzea nie zrobiły na nim większego wrażenia). Korzystając z autobusów turystycznych, zwiedzili katedrę Sagrada Familia, port i zoo. Wybrali się też na Stare Miasto. Wtorek był wolny. W poniedziałek, środę i czwartek Messi dołączał do zespołu i brał udział w treningach przeprowadzanych na ceglanej nawierzchni. W piątek trenerzy kładli nacisk na taktykę, Leo nie miał więc tego dnia zbyt wielu zajęć. W weekend również mógł zrobić sobie wolne, ponieważ nie występował na razie w oficjalnych meczach.

Wrzesień wciąż był słoneczny. Upał dokuczał mniej niż w sierpniu, co sprzyjało pieszym przechadzkom o każdej porze dnia. Messi wraz z towarzyszącymi mu osobami jeździł więc na plażę do Sitges, gdzie spędzał poranki. Wybrał się też na mecz. Była to pierwsza wizyta Leo na Camp Nou. Messi oglądał w tamtą sobotę, jak drużyna Barcelony gra przeciwko Racingowi Santander. Dwie bramki zdobył Patrick Kluivert, trzecią dołożył Marc Overmars. Podopieczni Llorença Serry Ferrera, jednego ze słabiej pamiętanych trenerów Barcelony, wygrali tamtego dnia 3:1. Leo pstryknął zdjęcie z trybun. Stadion był olbrzymi, kibice nie robili jednak jakiejś szczególnej wrzawy.

Leo i spółka chcieli jechać na grupowy mecz Barcelony z Milanem w Lidze Mistrzów, który miał się odbyć 26 września, ale nie udało im się dostać biletów. Włosi wygrali to spotkanie 2:0.

Poza tym Messi starał się ciągle być w pobliżu piłki. W pokoju hotelowym grali w siatkonogę. Leo zabierał futbolówkę na taras, mijał wyimaginowanych rywali, żonglował i bawił się nią. Jeśli zostawał mu jakiś wolny czas, poświęcał go na oglądanie telewizji.

Lionel mówił niewiele. Był nie tyle nieśmiały, co raczej introwertyczny. Potrafił oczarować dorosłych, z którymi się stykał, ale rówieśnikom odpowiadał monosylabami. Poza boiskiem miał sporo wolnego czasu. Trzeba było czekać na powrót Charly’ego Rexacha z Sydney, ponieważ bez jego zgody nikt nie ważył się podjąć ostatecznej decyzji w sprawie transferu.

Na boisku Leo zachowywał się zupełnie inaczej. Pośród nowych kolegów w ogóle nie przypominał tego cichego chłopca, który dzień wcześniej spokojnie jadł pizzę, hamburgera czy makaron albo po prostu sobie spacerował, pogrążony w myślach.

Kiedy był sam w pokoju hotelowym albo gdy kładł się już spać, w świetle stojącej przy łóżku nocnej lampki wyjmował grubą strzykawkę, a potem robił sobie zastrzyk w tę nogę, na którą akurat przypadała kolej.

Nazajutrz wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Trening z piłką, wizyta w mieście, pizza, popołudniowy trening. I zastrzyk.

„Leo, rób to, co potrafisz. Dopadnij do piłki, nikomu nie podawaj, tylko pędź na bramkę”. Rady Jorge Messiego miały spowodować, że syn ukaże całą gamę umiejętności, które przywiodły Leo do Barcelony. Były one zarazem naturalną reakcją na nalegania Borrella, by jego zawodnicy grali szybką piłkę na jeden, dwa kontakty. „Musimy narzucić własny styl gry, pokazać cię takiego, jaki jesteś”. Jego specjalnością był bez wątpienia drybling. Pozostali gracze posłusznie podawali sobie piłkę i trzymali się przydzielonych im na boisku pozycji, Messi proponował zaś coś zupełnie innego.

Tak to wyglądało, dzień po dniu. Leo trenował z drużyną juniorów A, a na zakończenie zajęć rozgrywał mecz w składzie drużyny juniorów B. Ojciec oglądał jego poczynania z trybun albo stał oparty o płot oddzielający dwa boiska.

Pewnego dnia Messi zdobył pięć bramek i dwukrotnie trafił w słupek.

Grał pod siebie, robił to jednak z takim przekonaniem i talentem, że próby korygowania jego boiskowego zachowania nie miały większego sensu. „Leo, na jeden kontakt” – krzyczał do niego Rodo, kierując tak naprawdę swoje słowa do pozostałych członków zespołu. „Jeden, góra dwa kontakty”. Leo nie przejmował się poleceniami. Grał tak jak zawsze, szybko i płynnie, lekko muskając piłkę nogą, dryblując to w prawo, to w lewo. Wyglądał raczej jak gracz z piłką niż jak piłkarz, a to istotna różnica.

Innego dnia strzelił sześć goli.

Jorge nie potrafił stwierdzić, czy presja wpływa na jego syna dobrze, czy źle. Pewnego razu jeden ze znajomych Minguelli zasugerował mu, że powinien nagradzać Leo prezentami za zdobyte bramki. Jeżeli chłopcu podobał się jakiś plecak albo przypadły mu do gustu korki, mógł je dostać za boiskowe wyczyny, na przykład za pięć goli. Jorge nie był przekonany do tego pomysłu i wolał się nie mieszać. Okazało się jednak, że wyzwanie zmobilizowało Leo. Trafił do siatki cztery razy, a potem jeden z jego strzałów odbił się od słupka i wydawało się, że piłka wpadła do bramki. Messi usłyszał jednak, że futbolówka nie przekroczyła linii – gola nie ma. Chłopak wpadł w szał – przecież weszła! Stawką był cały zestaw sprzętu sportowego, w związku z czym rozpętała się gorąca dyskusja. Ostatecznie Leo dostał prezent.

Po pierwszym tygodniu Messiego w Barcelonie Migueli, były zawodnik klubu, zajmujący się teraz szkoleniem młodzieży, zapytał: „Który to ten młody chłopak z Argentyny, co to przyjechał na testy?”. Leo brał właśnie udział w treningu, pokazano mu go. „To ten mały, ten na środku boiska”. Migueli spojrzał na niego. Chłopak podtrzymywał futbolówkę czubkiem lewego buta, oczekując na polecenia. „Nie muszę widzieć, jak gra. Już po tym, jak stoi, widać, że dobry z niego piłkarz”. To by było na tyle, nie powiedział nic więcej.

Migueli trafił w samo sedno.

Było już późno, coś koło 20:00. Migueli ciągle jeszcze obserwował trening. „Co ci ludzie wyprawiają? Dlaczego jeszcze nie podpisali z nim kontraktu? Nigdy nie widziałem nikogo, kto bardziej przypominałby Maradonę”. Migueli wiedział, co mówi, ponieważ kiedyś sam grał z Diego w Barcelonie jako środkowy obrońca.

Mijały jednak kolejne dni i nikt nie odzywał się do Jorge z konkretami. Nikt nie rozmawiał też z Leo. Obaj czekali więc na decyzję Rifé i na powrót Rexacha do Barcelony.

Oni tymczasem musieli wracać do Argentyny. Leo i tak opuścił już zbyt wiele dni w szkole. Jorge podkreślał, że mogą zostać jedynie przez tydzień, a właśnie mijał ósmy dzień ich pobytu.

Coś tu nie grało.

W legendzie Messiego pojawia się jedna kwestia, która stanowi wynik nieporozumienia. Mówi się, że niektórzy trenerzy Barcelony powątpiewali w jego talent i wahali się, czy podpisać z nim kontrakt. Podobno jedno mówili Lionelowi, co innego zaś opowiadali za jego plecami. Ich nazwiska wymieniane są jedynie półgłosem, ponieważ część z nich nadal pracuje w klubie, a inni z powodzeniem kontynuują kariery zawodowe poza Camp Nou. Ujawnienie tych informacji mogłoby im zaszkodzić. Sprawę komplikuje dodatkowo wersja Rexacha: „Zawsze znajdzie się jakiś »leśny dziadek«, który powie: cóż, jest za mały, powinien grać na hali albo w piłkarzyki… Wiecie, to, co zwykle!”.

Ale tak naprawdę testy przebiegały pomyślnie. Pomyślnie to zresztą za mało powiedziane – miały rozstrzygające znaczenie. Leo potrzebował pięciu minut podczas jednego z treningów, aby pokazać cały swój talent. Z perspektywy trenerów obecność Rexacha na boiskach treningowych numer dwa i trzy nie wydawała się konieczna. Nie było też potrzeby, żeby Charly wydał ostateczny werdykt.

W końcu jednak trzeba było go wezwać, a rodzina Messich musiała odłożyć powrót do Argentyny. Dyrektor kierujący pierwszą drużyną nie powinien uczestniczyć w tego typu decyzjach, ale wydawało się, że nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za potencjalną klapę (ani za sukces, gdyby wszystko poszło dobrze) związaną z podpisaniem kontraktu z trzynastoletnim chłopcem z Argentyny.

Jak, u licha, można wyjaśnić te wątpliwości?

Zacznijmy od tego, że już samo zaangażowanie klubowej wierchuszki (obecny przynajmniej duchem Rexach, Minguella, Anton Parera, Rifé) w potencjalny transfer dziecka dowodziło, że dzieje się coś szczególnego, zupełnie niecodziennego. Leo znajdował się pod parasolem ochronnym z samej góry. Nad jego sprawą pochylało się tak wielu ważnych ludzi, że coś musiało być na rzeczy. A przynajmniej tak to wyglądało dla tych, którzy patrzyli na wszystko z boku. Zaczęto wówczas mówić o transferze nawet na mieście, co tylko podsycało oczekiwania. Współpracownicy Rodolfo Borrella przyglądali się Messiemu, gdy tylko mogli. Zastanawiano się nie tyle nad tym, czy jest wystarczająco utalentowany, ile raczej, w jaki sposób okiełznać jego indywidualizm i przykroić go do barcelońskiego systemu opartego na grze zespołowej.

Zainteresowanie najważniejszych działaczy klubowych nie było jednak w tym wszystkim najdziwniejsze.

W 2000 roku już sam pomysł ściągnięcia tak młodego zawodnika z Argentyny wydawał się szaleństwem. Takich rzeczy wtedy się po prostu nie robiło.

Wszyscy dostrzegali talent Leo gołym okiem. Pewien anonimowy informator pracujący w klubie, który widział Leo w trakcie tamtych dwóch tygodni, określił go jako las ostia en patinete, co oznacza „psie jajca”, a dość swobodnie można przełożyć jako „kogoś szybkiego jak błyskawica”. Ów człowiek dodał, iż „Leo grał wówczas tak samo jak dziś, tyle że był mniejszy”. Twierdzenie, że Barcelona mogła go nie chcieć z uwagi na jego niski wzrost, byłoby więc niezgodne z faktami historycznymi. Chodziło o coś innego.

Dzisiaj nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że kluby ściągają młodzików z najodleglejszych zakątków świata, znane są również przypadki rywalizacji o podpisanie kontraktu nawet z ośmioletnimi dziećmi. W 2000 roku było to jednak wydarzenie absolutnie bezprecedensowe. Jeszcze pięć lat wcześniej, ściągając do klubu jakiegoś infantile, czyli dwunasto- albo trzynastolatka, z Mataró, Granollers lub Santpedor (miast, które dzieliła od Barcelony niespełna godzina drogi), uważano, że pozyskuje się zawodnika „z daleka”. Trampkarze, to znaczy chłopcy w wieku 14, 15 lat, pochodzili już z całej Hiszpanii.

A tu nagle mówi się o podpisaniu kontraktu z Argentyńczykiem, który ma zaledwie 13 lat… Zaraz, zaraz!

Przyglądano się tej sprawie na wiele różnych sposobów, panowało jednak powszechne przekonanie, że w przypadku najlepszych piłkarzy w tym wieku nie ma żadnej gwarancji, że dany zawodnik trafi kiedyś do pierwszej drużyny. Należało liczyć się wręcz z tym, że taki chłopak nie będzie nawet zawodowo grał w piłkę. „Odebrać go rodzinie, przyjaciołom, wyrwać z ojczystego kraju, postawić go w sytuacji, w której niczego nie da się zagwarantować… Oczywiście wiemy dziś, że został najlepszym piłkarzem na świecie, a jego życie i kariera potoczyły się fantastycznie, ale przecież…” – to słowa innego świadka tej niesamowitej historii. Choć ostatecznie to nie trenerzy drużyn młodzieżowych mieli decydować o przyszłości Messiego, wymieniali się oni między sobą uwagami na temat potencjalnych zagrożeń, jakie wiążą się z tą sytuacją. Do tej pory klub ze sporą rezerwą podchodził do ściągania młodych zawodników, nawet tych z odleglejszych rejonów Hiszpanii. Uważano, że nie należy ich wyrywać z naturalnego otoczenia – domu, szkoły. Mówiono więc, że normalne i logiczne byłoby, żeby tak samo potraktowano Leo. Oriol Tort, jeden z najbardziej znanych skautów, a zarazem lider i główny ideolog barcelońskiej szkółki, wielokrotnie podkreślał, że idealny wiek zawodnika wstępującego do La Masíi wynosi 15 lub 16 lat. Tak to wyglądało w 2000 roku.

Czy chodziło o krótkowzroczność trenerów, jak chciałaby legenda, czy raczej o ich rozsądną powściągliwość wynikającą ze świadomości, jakie skutki będą miały przenosiny chłopca dla całej jego rodziny?

Weźmy na przykład Andrésa Iniestę. W 1996 roku jako dwunastolatek wziął udział w Turnieju Krajowym w Brunete, w którym grały młodzieżowe zespoły z La Liga. Jak to zwykle bywa przy okazji ważniejszych turniejów, kluby przysłały swoich skautów. Najlepszym zawodnikiem tamtych rozgrywek został Iniesta z Albacete, drugi był natomiast Jorge Troiteiro z Méridy (obie drużyny występowały wówczas w pierwszej lidze). Drugie miejsce nie gwarantowało żadnych korzyści, dyskusja nad wyborem lepszego zawodnika trwała więc długo. Barcelona zwróciła uwagę na laureata, skontaktowała się z jego rodziną i ustaliła warunki kontraktu z samym zainteresowanym, po czym ostatecznie zapadła decyzja, że chłopak powinien zostać w domu, a Barça będzie śledzić jego postępy na odległość. Chodziło o to, aby ściągnąć go do La Masíi za dwa czy trzy lata, gdy będzie mógł już grać w trampkarzach.

Ojciec Troiteiro nie zamierzał spokojnie przyglądać się temu, jak jego syn przegrywa z Iniestą. Wsiadł w samochód i z Méridy, stolicy regionu Estremadura w zachodniej Hiszpanii, wyruszył do Barcelony, przemierzając przy okazji niemal cały kraj. Jego syn zostanie piłkarzem – i koniec. Wiedział, że raporty klubowych skautów na temat chłopca były pozytywne, a wizja przeprowadzki do Barcelony spodobała się całej rodzinie. Troiteiro miał zamiar postawić ultimatum: albo podpisują kontrakt od razu, albo jadą do Madrytu, Walencji czy gdzieś indziej. Przedstawiciele Barcelony poinformowali rodzinę, jak taka decyzja i całe zamieszanie związane z przeprowadzką mogą wpłynąć na naukę chłopaka, ale ojciec nalegał. To jego syn i zrobi wszystko, żeby wprowadzić go do jakiegoś dużego klubu.

Barcelona pomimo początkowych zastrzeżeń ugięła się pod presją ojca, ponieważ chłopak – świetny lewoskrzydłowy – mógł się pochwalić naprawdę sporym talentem, którym miał się już wkrótce wykazać na niższym poziomie rozgrywek. Problem polegał na tym, że w La Masíi nie było wówczas drugiego chłopca w tak młodym wieku. Co w tej sytuacji zrobili włodarze Barcelony? Wezwali do klubu Iniestę, który pochodził z równie odległej co Estremadura La Manchy, aby dotrzymywał towarzystwa Troiteiro.

Ostatecznie Jorge Troiteiro został usunięty z La Masíi za niesubordynację. Iniesta przepłakał wiele godzin w swoim pokoju w wiejskim domu, w którym mieszkali zawodnicy spoza Barcelony, a wiele lat później strzelił pamiętnego gola, zapewniając Hiszpanii pierwszy triumf w mistrzostwach świata.

Pobyt w szkółce Barcelony niesie za sobą obawy, wątpliwości i obietnice. Dziś towarzyszy temu wszystkiemu także konkretna metodologia, a mimo to o gwarancji sukcesu nie może być mowy.

Po ośmiu dniach treningów ktoś zapytał Leo, czy nadal uważa, że podpisanie kontraktu z Barceloną to dobry pomysł.

Tym kimś był Rodo Borrell. Leo przytaknął; powiedział, że podobają mu się tutejsze metody treningowe. W Rosario zdecydowanie większy nacisk kładzie się na przygotowanie fizyczne, w Barcelonie natomiast większość ćwiczeń wykonuje się z piłką, co chłopcu odpowiada. Sprawia mu to radość. Przekonał się też, że przyjechał do naprawdę wielkiego klubu. I że stoi przed nim wielkie wyzwanie.

Chciał zostać.

W ciągu 10 dni rodzina Messich obejrzała już właściwie wszystko, co było w Barcelonie do zobaczenia. Nie dało się też dowiedzieć nic więcej o samym piłkarzu. Wszystko było jasne. Leo nie chodził do szkoły od niemal dwóch tygodni, a przecież nie tak to miało wyglądać. Nie ulegało wątpliwości, że Argentyńczyka chciałby każdy klub, w przypadku Barcelony chodziło jednak o wydarzenie zupełnie bez precedensu i nikt nie chciał podejmować ryzyka – czekano więc na Charly’ego.

Jorge gotów był wracać do domu. Usłyszał jednak: „Zostań jeszcze jeden dzień. Rexach wraca w poniedziałek”.

Doradca klubowego prezydenta przyjechał wreszcie z Sydney i spotkał się z Rifé. Omawiali wiele różnych spraw, między innymi kwestię młodego Argentyńczyka. „Daj mu pograć w starszej grupie wiekowej, z chłopakami starszymi o dwa lata. Ciekawe, jak sobie z nimi poradzi” – polecił Rexach.

Charly Rexach: Zaangażowano mnie w tę sprawę, abym wydał rozstrzygającą opinię. Gdyby wszyscy pode mną zgodnie uznali, że podpisujemy z nim kontrakt, nie musiałbym się w to wtrącać.

Rozstrzygający test miał się odbyć 2 października o 18:00. Leo grał do tej pory głównie na nawierzchni ceglastej, tym razem miał jednak pokazać się na położonym za kręgielnią boisku numer trzy, ze sztuczną nawierzchnią. Roztaczał się stąd widok na Mini Estadi.

To była ta chwila. Bez możliwości odwrotu. Następnego dnia Leo i Jorge wracali do Argentyny. Messi, chłopiec mierzący 148 centymetrów wzrostu, miał stawić czoła dwa lata starszym rywalom.

Pojawił się Migueli, przyszedł też oczywiście Rifé. Na miejscu stawili się również Quique Costas, Xavi Llorenç, Albert Benaiges i Rodolfo Borrell, który opiekował się chłopcem przez ostatnich 10 dni. Wszyscy zasiedli na ławce rezerwowych.

Mecz się zaczął, ale Charly Rexach wciąż nie dotarł.

Spóźniał się po lunchu. Przyjechał właśnie z Australii i nie zdążył się jeszcze przestawić na inną strefę czasową.

Dwie minuty później pojawił się jednak na schodach prowadzących na boisko.

Charly Rexach: Zachowywałem się jak zwykle. Krążyłem, zatrzymując się, gdy Leo był akurat przy piłce.

Rexach przeszedł przez drzwi, minął chorągiewkę w narożniku boiska i znalazł się za bramką.

Charly Rexach: Nietrudno było go rozpoznać, w końcu duży nie był…

Kiedy Messi dostawał piłkę w środkowej części boiska, zaczynał dryblować niezależnie od tego, kto znajdował się przed nim.

Jorge Messi: Carles [Charly] wreszcie się zjawił, a wtedy Leo pokazał, co potrafi.

Charly Rexach: Jak już mówiłem, znalazłem się za bramką i spacerowałem dalej…

Leo minął zwodem dwóch rywali, zwiódł bramkarza i trafił.

Jorge Messi: Jest! Wspaniale!

Był to jedyny gol zdobyty w tym spotkaniu przez drużynę Leo, która ostatecznie przegrała 1:2.

Rexach dotarł do ławki rezerwowych, gdzie zebrali się wszyscy trenerzy.

Charly Rexach: Obejście całego boiska zabrało mi jakieś siedem, osiem minut. Usiadłem na ławce i…

Rexach opuścił boisko numer trzy po 10 minutach. Spędził ze dwie minuty na ławce trenerskiej, po czym ruszył tą samą drogą, którą przybył.

Tyle czekania, a on właściwie nic nie zobaczył!

Jorge Messi sądził, że po tak długiej podróży i tylu dniach oczekiwania Charly nie poświęcił Leo wystarczająco dużo uwagi. Czy Rexach zauważył tych kilka udanych zagrań chłopaka? Jorge nie miał co do tego pewności. Ale to musiało wystarczyć, aby klub postanowił go zatrzymać. Musiało.

Po zakończeniu meczu Leo nie odezwał się ani słowem. Po prostu słuchał, spokojny jak zawsze.

Część pierwsza

W Rosario

Rozdział 1

„Leo, podaj!”. Leo nie podawał nigdy

To samo każdej niedzieli: ostatni to śmierdziel!

Leo codziennie zachodził do babci Celii i tam, na małym wybetonowanym kawałku ziemi, grał ze swymi braćmi Rodrigo i Matíasem w rondo (zwane także toros albo po naszemu: „grą w dziadka”), choć wówczas tak się na to nie mówiło. Chłopcy grywali też w siatkonogę. Później dołączali do nich kuzyni Maxi i Emanuel. Kilka lat później miał przyjść na świat Bruno, ich brat, którego rodzicami byli Claudio i Marcela, wuj i ciotka Lionela.

Funkcję słupków pełniły dwa kamienie. Gramy do sześciu. Zaczynamy.

Babcia Lionela oraz jej córki, Celia i Marcela, krzątały się w kuchni, zajęte przygotowywaniem makaronu i gęstego sosu. Ich mężowie, Jorge i Claudio, a także dziadek Leo, Antonio, prowadzili ożywioną pogawędkę na kanapie w małej, wąskiej jadalni. Czasem siadywali też na ganku, bacznie przyglądając się grze najmłodszych. Co za panowanie nad piłką! Patrzcie, jak Emanuel drybluje. Leo jest taki mały, a tak trudno odebrać mu futbolówkę…

„Dobrze, Maxi, dobrze!” – wykrzykiwał Jorge, który grał w jednej z rezerwowych drużyn Newell’s Old Boys, zanim dostał powołanie do wojska.

Podano do stołu! Chłopcy zbytnio się nie spieszyli. Byli głodni, ale chcieli jeszcze pograć.

Zanim zasiadło się do stołu, trzeba było umyć ręce. Nikomu nigdy nie chciało się opuszczać progów tego skromnego domu z dwiema sypialniami. Przez niezliczone niedziele gromadzili się tu szwagrowie Claudio i Jorge, siostry Celia i Marcela oraz kuzyni, którzy wiecznie chcieli grać w piłkę. Czasami kanapa służyła za łóżko dla jednego z wnuków, jeśli tylko któryś z nich zapragnął zostać u dziadków na noc. Chłopcy uwielbiali babcię Celię, i to nie jedynie z uwagi na jej przepyszne makarony lub dania z ryżu, które pochłaniali zawsze do ostatniego kęsa. Celia należała do tych babć, które nie potrafią odmawiać swoim wnukom.

Jedzenie znikało błyskawicznie. Wszystko było pyszne, ale pięciu chłopców pędziło już z piłką pod pachą na plac w dzielnicy Bajada. W ustach mieli wciąż smak dulce de leche (kajmaku).

To właśnie tutaj dokańczali przerwaną przez obiad rozgrywkę albo zaczynali kolejne spotkanie „do sześciu”. Znów dawali z siebie wszystko. Cztery godziny bez przerwy, czasem dłużej.

Ich mecze zawsze były wyrównane. Czasami starsi chłopcy, jak urodzony w 1980 roku Rodrigo, Maxi z roku 1984 i Matías (rocznik 1982) grali przeciwko młodszym kuzynom, Lionelowi (rocznik 1987) i Emanuelowi, który przyszedł na świat w 1988 roku (ten ostatni znakomicie bronił). Chłopaki nie odstawiali nóg. Gra była ostrzejsza – i to zdecydowanie – niż w zwykłych młodzieżowych potyczkach. Leo i Emanuel porządnie obrywali od sfrustrowanych starszych dzieciaków. Dostawało się zwłaszcza Leo. „Matías, uważaj chłopie!” – krzyczał wtedy Jorge.

Messi biegał za piłką jak kurczak bez głowy, a gdy już ją dopadł, nie chciał jej oddać. Nabrzmiałe żyły i twarz czerwona jak burak – tak zapamiętał go wujek Claudio. Gdy przegrywał, wtedy dopiero się działo. Zaczynał płakać i stroił fochy. Walił na oślep w każdego, kto usiłował go pocieszyć. Grał, dopóki nie udało mu się wygrać.

„Zawsze się w końcu biliśmy. Nawet gdy wygrywaliśmy, brat próbował mnie zdenerwować, ponieważ wiedział, że w końcu się wścieknę. To zawsze źle się kończyło: płaczem i gniewem” – powiedział Leo na łamach argentyńskiego czasopisma „El Gráfico”.

W tych starciach często rywalizowały między sobą sąsiednie dzielnice. W niedzielnych meczach rozgrywanych na małym placyku niedaleko babcinego domu mogli grać wszyscy chętni. Drużyna Messich/Cuccittinich nigdy nie przegrywała. Jak wyjaśnia Matías: „Początkowo nikt nie chciał przeciw nam grać, bo Leo był bardzo mały, Emanuel zresztą też, ale kończyło się to tak, że wszyscy musieli mu gratulować. Leo miał dziewięć lat, a grał przeciw osiemnasto- i dziewiętnastolatkom, którzy nie umieli go zatrzymać”.

Czyż można się dziwić, że z tak obfitego tygla talentów wyrosło przynajmniej dwóch piłkarzy?

Rodrigo trafił do juniorów Newell’s w wieku 11 lat. Wcześniej – podobnie jak wszyscy członkowie rodziny Messich – grał w Grandoli. Występował na pozycji środkowego napastnika, był bardzo szybki, dobry technicznie i bramkostrzelny. Powoływano go do kadry młodzieżowej Rosario na mecze międzymiastowe. Historię wczesnego zakończenia kariery piłkarskiej przez brata opowiedział sam Leo dziennikarzowi „Corriere della Sera”: „Był bardzo dobry. Niestety, zdarzył mu się wypadek samochodowy, w którym złamał kość piszczelową i strzałkową. Taka kontuzja oznaczała wówczas koniec kariery”. Niewykluczone też, że brakowało mu wytrwałości, by zostać zawodowym piłkarzem. Później odkrył, że tak naprawdę jego pasją jest gotowanie. Postanowił zostać kucharzem.

Matías przez rok występował jako obrońca w jednym z juniorskich zespołów Newell’s, potem jednak postanowił zakończyć tę przygodę. Do piłki wrócił kilka lat później. Jego ostatnią przystanią był Club Atlético Empalme Central, występujący w regionalnej lidze Rosario. Matías grał tam do 27. roku życia.

Maximiliano, mierzący 165 centymetrów wzrostu, najstarszy z trzech synów Marceli i Claudio, regularnie zdobywa bramki w pierwszoligowym brazylijskim zespole Esport Clube Vitória. Wcześniej grał w Argentynie (w barwach San Lorenzo de Almagro), Paragwaju, Meksyku, a także we Flamenco Rio de Janeiro. Pierwszy trening w paragwajskim Libertad skończył z pękniętą czaszką. Maximiliano jest jednak uparty, więc wrócił do piłki. W dzień po przedwczesnych narodzinach córki Valentiny, która spędziła kilka pierwszych dni w inkubatorze, Maximiliano zdobył gola dla swego klubu. Tego samego wieczoru Messi ustrzelił hat-tricka dla Barcelony w meczu z Valencią. Bramki zadedykował małej Valen.

Emanuel, pochodzący z Rosario, podobnie jak pozostali, w dzieciństwie nie odstępował Leo nawet na krok. Razem występowali w Grandoli. To właśnie tam Emanuel zaczynał jako bramkarz, później przez rok był w Newell’s, by stamtąd przenieść się do Europy. Dzisiaj gra na pozycji lewego pomocnika. W 2008 roku trafił do Niemiec, do rezerw zespołu TSV 1860 Monachium, ale po jednym sezonie przebił się do pierwszego składu. Grał również w Gironie, w drugiej lidze hiszpańskiej. Dzisiaj jest zawodnikiem Club Olimpia w paragwajskiej pierwszej lidze. Kiedyś chciałby wystąpić z Maxim i Leo w barwach Ñuls (tak Argentyńczycy nazywają Newell’s Old Boys).

Bruno urodził się w 1996 roku i spóźnił się na wspomniane rozgrywki podwórkowe, choć miał okazję grać w wielu innych ulicznych meczach ze swoimi rówieśnikami. Był dobrze zapowiadającym się zawodnikiem Renato Cesarini z Rosario, gdzie wychowały się takie sławy, jak Fernando Redondo czy Santi Solari, syn jednego z założycieli klubu. Bruno przypomina Leo także na boisku: podobnie jak on się porusza, kontroluje piłkę, a nawet świętuje zdobyte bramki. Trzeba jednak zachować ostrożność z porównaniami. W lutym 2012 roku na jego kontach w serwisach Twitter i Facebook pojawił się taki oto wpis: „Życie bez piłki nie jest takie samo”. Bruno zrezygnował z futbolu, ale ostatnio próbuje wrócić do pędzącego bez oglądania się za siebie piłkarskiego świata.

Leo wyjechał do Barcelony w wieku 13 lat, przez co rzadziej spotykał się z kuzynami na niedzielnym obiedzie, rzadziej też grywał z nimi w piłkę. Chłopcy dorastali, ich życie toczyło się w różny sposób. W każdym z nich zostało jednak coś z dziecka, podobnie zresztą jak w każdym z nas.

Celia, babcia Leo, zmarła, gdy chłopiec miał 10 lat.

Meandrująca rzeka Paraná, Monumento Nacional a la Bandera, czyli Narodowy Pomnik Flagi, dwa wielkie kluby, no i mieszkańcy – oni przede wszystkim. W ten właśnie sposób Rosario prezentuje się przyjezdnym.

Ale co to w ogóle za miejsce?

Miasto znajduje się mniej więcej 300 kilometrów od Buenos Aires. Podróż do stolicy – prostą jak strzała drogą, która przecina olbrzymią dolinę – zajmuje około trzech godzin, po drodze zaś nie ma właściwie nic do oglądania. Z dala od wielkich tłumów, jakby na uboczu, przycupnęło sobie niewielkie, dumne miasto (jego mieszkańcy nie uważają się za mieszkańców prowincji Santa Fe – we własnym mniemaniu są Rosarinos). Tutejsze derby to spotkanie Trędowatych z Kanaliami, czyli Newell’s Old Boys z Rosario Central. Pół miasta przeciwko drugiej połowie, „najbardziej ekscytujący mecz świata” – akurat co do tego wszyscy tubylcy są zgodni, nawet jeśli nie każdy z nich chce pamiętać, że zaangażowanie bywa niekiedy dość opacznie pojmowane i przeradza się w zwykłą przemoc.

Leo należy do leproso, trędowatych. Miłośników Newell’s Old Boys określa się tym mianem, ponieważ niemal 100 lat temu Newell’s i Rosario Central zostały zaproszone do udziału w charytatywnym spotkaniu połączonym ze zbiórką pieniędzy na szpital dla chorych na trąd. Pierwszy z nich przyjął zaproszenie, drugi – nie. Od tamtej pory rywali Newell’s określa się jako canallas, kanalie.

Aby wjechać do miasta autostradą od strony Buenos Aires, trzeba skorzystać ze zjazdu na obwodnicę w kształcie dużej litery C. Po prawej stronie drogi znajdują się liczne blaszane budy w barwach Rosario Central – jasny sygnał, że oto przybywa się do miasta canallas. Szybko okazuje się to prawdą, podobnie jak i prawdą okazuje się coś zupełnie odwrotnego. „To miasto należy do leprosos” – głoszą napisy na murach w czerwono-czarnych barwach Newell’s Old Boys. Statystyki i wszechobecne graffiti są ze sobą sprzeczne. Blaszane budy, w których mieszka wiele rodzin na przedmieściach Rosario, mają okna z widokiem na autostradę. To bardzo biedna okolica, pełna nieużytków, a ludzie jeżdżą tu bez kasków na starych i całkowicie niemodnych motocyklach. Ledwie kawałek dalej bieda znika bez śladu, a wokół zaczynają dominować fabryki i duża zabudowa. Wydaje się, że kierowcy podziwiają krajobraz albo zwracają na coś uwagę, ponieważ nikt nie przestrzega zakazów drogowych, a może naprawdę jest tak, jak twierdzą niektórzy Argentyńczycy – znaki stawia się tylko po to, żeby utrudnić dotarcie do celu.

Zanim się zjedzie z autostrady, można dostrzec zarys ładnego miasta z różnej wysokości drapaczami chmur w tle. Drogę okalają tu drzewa, a już po chwili przed naszymi oczami rozpościera się gigantyczna nowoczesna fabryka, którą wieńczy labirynt rur i przewodów wentylacyjnych, dodających krajobrazowi dziwnego, przemysłowego uroku. Tuż obok fabryki przepływa Paraná. To pierwszy rzut oka na tę ważną rzeczną arterię, która użyźnia okoliczne gleby aluwialne, będące od wieków źródłem dostatku. Za drzewami i fabryką rozpościera się nowo powstały park prowadzący do miasta zabudowanego dwupiętrowymi domkami. Obwodnica przechodzi w szeroką aleję, z której widać centrum miasta: strzeliste, dostojne i stare.

Rosario, brama prowadząca ku pampie, wioska udająca miasto. To właśnie stąd wywodzili się Che Guevara, piosenkarz Fito Páez, rysownik i pisarz Roberto „el Negro” Fontanarrosa oraz wielcy trenerzy Marcelo Bielsa i César Luis Menotti. To tutaj po raz pierwszy stawiali czoła establishmentowi. W tym właśnie miejscu wylądowały tysiące imigrantów z Europy. Także tu narodziły się symbole argentyńskiego państwa. To tutaj wreszcie po raz pierwszy wciągnięto na maszt biało-niebieską flagę, która powstała w 1812 roku, by miejscowi odróżniali się od hiszpańskiej armii, z którą walczyli.

Po drodze do centrum miasta znajduje się Park Niepodległości, opisywany przez dziennikarza Eduardo van der Kooya jako „miejsce, gdzie miasto zaczyna definiować własny styl i osobowość. W parku swój początek bierze elegancki Bulevar Oroño, który wygląda niemal jak wycięty z pocztówki z Paryża. Gdzieś pośród tej gęstwiny starych drzew i listowia stoi stadion Newell’s”. Ulice stają się tu wąskie, a na rozdrożach, których nie brakuje, człowiek niezmiennie zmaga się z dylematem, którą drogę wybrać, można bowiem odnieść wrażenie, że nikt wcześniej tutaj nie dotarł. Białe mury poszarzały, kawiarnie zaś mają wysokie sufity, wielkie okna i pełno w nich malutkich stolików. Przesiadującym w środku mężczyznom czas upływa na oglądaniu ładnych dziewcząt, panie natomiast, także te starsze, z nieskrywaną przyjemnością podziwiają wysportowanych młodzieńców, którzy bez wyjątku wyglądają na piłkarzy.

Wszyscy wiedzą, że najpiękniejsze kobiety w Argentynie pochodzą właśnie z Rosario. Występuje tam niezwykle pociągająca mieszanka genów serbskich i włoskich, dzięki którym rodzą się blond piękności o oliwkowej karnacji i jasnych oczach. Na lśniącą cerę mieszkańców bez wątpienia wpływa też zdrowa dieta. Rosario jest jednym z najlepiej rozwiniętych pod względem rolnictwa regionów w Argentynie. Miasto otaczają rozległe pola, na których uprawia się zboża i soję. Młodzi ludzie są tam wysportowani i silni.

Chociaż wokół nie roi się od piłkarskich koszulek, ani tych klubowych, ani reprezentacyjnych, boiska piłkarskie można znaleźć dosłownie na każdym kroku; czasami dzielą je od siebie ledwie dwie ulice. Istnieje tam pięć czy sześć lig, a wielu piłkarzy gra w więcej niż jednej z nich – kończą mecz, wskakują na motor i pędzą na kolejne spotkanie w innej lidze. Jeśli nawet ktoś w Rosario nie gra w piłkę, to jest działaczem, trenerem, sędzią albo jest związany z futbolem w jakiś inny sposób. Dotyczy to również kobiet.

„To właśnie pasja do piłki nożnej wyróżnia Rosario na tle argentyńskich miast” – mówi Gerardo „Tata” Martino, były trener Newell’s, zatrudniony obecnie w FC Barcelonie[1]. „Okolice miasta są jak prawdziwy pas transmisyjny z piłkarzami, fabryka zawodników, w której rodzą się talenty, a talent stanowi tutaj istotę piłkarskich marzeń i aspiracji całego miasta. My tych graczy nazywamy »dobrze odżywionymi« młodzieńcami. Właśnie dlatego szkółka piłkarska Rosario cieszy się taką sławą. To z niej wywodzą się takie gwiazdy jak Valdano, Batistuta i cały szereg zawodników, pośród których Lionel Messi jest wisienką na torcie”.

Martino mógł wymienić również Mario Kempesa, Abela Balbo, Roberto Sensiniego, Mauricio Pochettino i wielu innych. Tak się składa, że 10 regularnie powoływanych przez Alejandro Sabellę na eliminacje do mistrzostw świata 2014 reprezentantów pochodzi z Rosario. Należą do nich między innymi Javier Mascherano, Éver Banega, Ángel di Maria, Ezequiel Lavezzi, Maxi Rodríguez, Ignacio Scocco, Ezequiel Garay… i oczywiście Leo.

To właśnie w Rosario powstał „Kościół Maradony” (jak należy przypuszczać, choć w pewnej mierze to żart), poświęcony samemu Diego, którego mieszkańcy miasta uważają za najwybitniejszego piłkarza w historii i na którego cześć co roku – 30 października, czyli w dzień jego urodzin – organizują quasi-religijne uroczystości nawiązujące do katolickich tradycji kraju. W 1993 roku Maradona przez krótką chwilę występował w barwach Newell’s. W czerwono-czarnej koszulce debiutował też Leo.

W Rosario piłka to życie, a życie to piłka. Charakter miasta świetne odzwierciedla pewien szczególny gol, który według Księgi Rekordów Guinnessa był najhuczniej świętowaną bramką w historii. Wydarzyło się to 19 grudnia 1971 roku. Tego koszmarnie upalnego dnia Newell’s i Central grały przeciw sobie w Buenos Aires w półfinale mistrzostw Argentyny. Był to jedyny przypadek, gdy oba kluby zmierzyły się ze sobą w stolicy kraju. Żadnej z drużyn jakoś nie udawało się skierować piłki do bramki rywala. Cały mecz sprowadzał się do walki o panowanie na boisku. 13 minut przed końcowym gwizdkiem sędzia podyktował rzut wolny za faul w pobliżu pola karnego Newell’s. Aldo Pedro Poy, napastnik Rosario Central, ruszył w pole karne. Czekając na wykonanie rzutu wolnego, krzyknął w stronę jednego z operatorów kamery – prorok? jasnowidz? jak zwał, tak zwał – „Przygotujcie się, tym razem wpadnie!”. Tak też się stało. Poy najpierw wdał się w przepychankę z kryjącym go rywalem, a gdy się od niego uwolnił, wygiął się jak struna i rzucił do przodu z wyciągniętymi rękami. Gol. Szczupak. Co z tego, że piłka otarła się o brzuch środkowego obrońcy DiRienzo i zmyliła bramkarza? To była rozstrzygająca bramka: odwieczny rywal został pokonany w półfinale. Central wygrał również finał i zapewnił Canallas pierwszy tytuł mistrzowski w historii klubu, większe znaczenie od samego tytułu ma jednak do dziś gol strzelony szczupakiem przez Poya. Od 30 lat co roku członkowie stowarzyszenia pod dumną nazwą Organización Canalla for Latin America zbierają się 19 grudnia na stadionie Rosario Central. Zawsze tego dnia ktoś wrzuca piłkę, a Poy odtwarza swojego słynnego szczupaka. W ostatnich latach, jak sam napastnik przyznaje, problemem stało się nawet nie tyle oddanie strzału z powietrza, ile „podniesienie się po nim z murawy”.

Oto całe Rosario. To właśnie futbol. Messi nie wziął się znikąd, podobnie zresztą jak Alfredo Di Stéfano czy Diego Armando Maradona. Pewnie nie chodzi tu o żadne argentyńskie geny, bezsprzeczne pozostaje jednak, że cała trójka urodziła się w kraju, w którym na co dzień piłka zapewnia człowiekowi większą (renoma i pieniądze) lub mniejszą (szacunek wszystkich sąsiadów) sławę.

Jak słusznie zauważa Martino na łamach magazynu „Panenka”, cały ten doskonały surowiec i pasja z ulic Rosario muszą zostać skierowane w odpowiednią stronę: „Pod tym względem niezwykle istotna okazuje się praca Jorge Griffy. To człowiek, który doskonale wiedział, co chce dalej robić w życiu, już w chwili, gdy zawiesił buty na kołku. Nie miał zamiaru zostawać trenerem pierwszoligowej drużyny. Od zawsze pragnął szkolić piłkarzy i nigdy nie zrezygnował z tych planów. Od połowy lat 70. przez dwie dekady pracował na to, by zostawić po sobie niezatarty ślad w historii Newell’s Old Boys. Później został trenerem drużyn młodzieżowych w Boca, przez cały czas jednak przyświecał mu ten sam cel – wykuwać kolejne talenty. Griffa ma do tego niezwykłą smykałkę i świetne oko do młodych zawodników. Talent potrafi dostrzec nawet w kandydatach na swoich asystentów. W szczytowym okresie kariery Griffy w gronie jego podwładnych znalazł się Marcelo Bielsa, który przemierzał kraj wzdłuż i wszerz (nie ograniczał się do Rosario i okolic), szukając nieoszlifowanych diamentów. Bielsa przejechał tysiące kilometrów swoim malutkim fiatem 147. Niestrudzenie realizował misję, która przynosiła tak świetne efekty dla Leprosos. Jego praca została nagrodzona. W 1988 roku Newell’s pod wodzą José Yudicy zdobyło tytuł mistrzowski. Wyczyn ten udało się powtórzyć w latach 1991 i 1992, gdy trenerem pierwszego zespołu był sam Marcelo Bielsa”. Graffa dostrzegł również talent Messiego, w kluczowym momencie jego – krótkiej wówczas – kariery piłkarskiej.

W Rosario można wręcz oddychać piłką, nie oznacza to jednak wcale, że zapach powietrza automatycznie przywodzi na myśl Leo. Trudno wypatrzyć jakieś zdjęcia czy choćby reklamy z jego podobizną. Każdy ma do opowiedzenia własną historię z udziałem „Pchły”, ale miasto nie chce się za bardzo nim chwalić, zupełnie jakby epatowanie podobizną Messiego miało uchodzić za wulgarne. Choć może po prostu mieszkańcy postanowili uszanować fakt, że sam piłkarz dba o swoją prywatność?

W istocie jednak Rosario jest dla Leo wszystkim. Gdyby zapytać go o ulubione wspomnienia, odpowiada bez wahania: „Dom, sąsiedztwo, okolica, w której dorastałem”.

Rodzina Messich przez całe dziesięciolecia mieszkała na przedmieściach w małym domu przy Calle Lavalleja, mniej więcej cztery kilometry na południowy wschód od centrum Rosario. Niektórzy określają tę okolicę jako La Bajada albo Las Heras, dla innych pozostaje ona bezimienna – zwą ją po prostu domem. To typowa uboga społeczność, gdzie nikt nigdy nie zamyka drzwi wejściowych. Słychać tam muzykę cumbia, gwar rozmów i śmiechy. Dzieci bawią się na ulicach, na których prawie nie ma ruchu. Można odnieść wrażenie, że w La Bajada czas stoi w miejscu. W tej sennej okolicy zamieszkałej przez przedstawicieli klasy robotniczej przy wąskiej uliczce Calle Estado de Israel pod numerem 525 stoi dom wybudowany własnoręcznie przez Jorge Messiego.

Jego ojciec Eusebio był z zawodu murarzem, więc Jorge szybko opanował arkana tego fachu. Weekendami we dwóch – cegłę za cegłą – stawiali dom na kupionej przez rodzinę działce o powierzchni 300 metrów kwadratowych. Był to wówczas jednopiętrowy budynek, podobnie jak pozostałe przy tej ulicy. Na jego tyłach znajdował się niewielki ogródek, w którym bawiły się dzieci. W sąsiednim domu mieszkała Cintia Arellano, rówieśniczka Leo i jego najlepsza przyjaciółka. Od tego czasu wyremontowano tutaj nawierzchnię, zamontowano też lepsze oświetlenie i poprawiono kanalizację. Dom ma dobudowane piętro, ogrodzenie (jako jedyny na całej ulicy) i kamerę do monitoringu, a drzwi są tu niemal zawsze zamknięte.

To właśnie tutaj za młodych lat mieszkali Jorge Messi i Celia Cuccittini wraz z czwórką dzieci. Na łamach „Corriere della Sera” Leo wspomina dom: „Był mały. Kuchnia, salon i dwie sypialnie. Jedną zajmowali rodzice, a drugą ja z braćmi”.

Wtedy to była ulica Leo. 200 metrów dalej znajdował się nierówny, porośnięty dziką trawą, ogrodzony spłacheć ziemi, gdzie grało się w piłkę. Tuż obok stał kiosk, w którym Matías pracował, gdy Leo był już w Barcelonie, obok kiosku zaś był dom, w którym Matías mieszkał i który później oddał krewnemu. Gdy dotrze się do końca ulicy, widać Grandoli. W tej okolicy żyła Celia, babcia Leo, nieco dalej zaś znajdował się dom zamieszkiwany przez jego kuzynów. Mały Messi nie miał też daleko do dziadków od strony ojca, Rosi Maríi i Eusebio Messiego Baro. Jego dziadek, mimo 86 lat na karku, nadal wstaje rano, by otworzyć skromną piekarnię urządzoną w jednym z pokojów domu, w którym mieszka wraz z żoną od 50 lat.

Wszystko zaczyna się i kończy właśnie w tej okolicy. Rodzina okazała się dla chłopców bardzo żyzną glebą, na której mogli dorosnąć. Leo jest oddany rodzicom, bratu, kuzynom i wujom, przede wszystkim jednak matce – na plecach ma nawet tatuaż z jej podobizną. „Zrobił sobie ten tatuaż, nie mówiąc nikomu ani słowa. Pewnego dnia po prostu przyszedł i pokazał go nam. Mało brakowało, a pomdlelibyśmy z wrażenia. Nikt nie miał pojęcia, że coś takiego chodzi mu po głowie. Z drugiej strony to jego ciało i nie możemy wtrącać się do tego, co z nim robi” – powiedział ojciec Leo w książce Sique Rodrígueza Gairiego Educados para ganar (Nauczony wygrywać). To książka, w której rodzice najbardziej znanych absolwentów barcelońskiej La Masíi przedstawiają historie sławnych piłkarzy ze swojego punktu widzenia.

Stąd pochodzą także najlepsi przyjaciele Leo, z którymi spotyka się on tak często, jak tylko pozwala mu na to czas. Rosario, La Bajada czy jakkolwiek by tę okolicę nazywać to dla Messiego symbol dzieciństwa, „prawdziwa ojczyzna człowieka”, jak ująłby to poeta Rainer Maria Rilke. To miejsce, do którego chciałby powrócić na stałe (i regularnie wraca) – miejsce, którego nigdy tak naprawdę nie opuścił i które odtworzył sobie w Barcelonie, by wszystko przychodziło mu tam łatwiej.

Właśnie dlatego, kiedy tylko może, wraca do domu, do rodziny. Ucieka do Rosario, gdy ma wystarczająco długą przerwę, czy to latem, czy na Boże Narodzenie. Dziś rzadziej bywa już w starej okolicy, ponieważ kupił większą posiadłość na przedmieściach, ale czasem można go tam zobaczyć na rowerze. Zdarza się, że pojawia się w sąsiednich dzielnicach, jak choćby latem 2013 roku, kiedy widziano go w supermarkecie. Pchał wózek pełen babeczek, wina i paluszków. Spędzał wówczas cały dzień w Gualeguaychú na południowym wschodzie Entre Rios[2], w małym, sennym miasteczku, w którym z miejsca został rozpoznany mimo czapki z daszkiem. Ludzie natychmiast zaczęli go prosić, żeby pozował z nimi do zdjęć. Messi zdążył już pewnie do tego przywyknąć, bo wszędzie pojawia się bez ochrony.

Z Rosario pochodzi nawet jego dziewczyna. Antonella Roccuzzo jest kuzynką jego najlepszego przyjaciela, Lucasa Scaglii, który gra w kolumbijskim Deportivo Cali. Leo poznał ją, gdy miała pięć lat, a dziś mają synka Thiago. Sprawy mogły się jednak potoczyć inaczej. Antonella i Leo przestali się na trochę widywać. Działo się to w czasach, gdy Messi był jednym z licznych wielbicieli zabiegających o względy tej małej ślicznej dziewczyny, która nie okazywała mu specjalnego zainteresowania. Leo wyjechał do Barcelony, a uczucie między nimi rozkwitło podczas jednego z wakacyjnych powrotów chłopaka do domu.

Warto zwrócić uwagę na pewien charakterystyczny fakt, a konkretnie na nazwiska: Roccuzzo, Scaglia… Leo nazywa się Messi, jego matka urodziła się zaś jako Cuccittini. Wszystko to wnuki i prawnuki włoskich imigrantów, przybyłych do Rosario z Recanati i Ancony we włoskim regionie Marche. W żyłach Lionela płynie też hiszpańska krew. Do Rosario zjeżdżali się Europejczycy, głównie Hiszpanie i Włosi, którzy przez pierwsze kilkadziesiąt lat rozwoju miasta stanowili tam połowę mieszkańców. Jedna z prababek Leo, Rosa Mateu i Gese, pochodziła z wioski Blancafort w regionie Tragó de Noguera w Pirenejach, niedaleko Lleidy. Do Argentyny wyemigrowała jeszcze jako dziecko. Podczas podróży przez Atlantyk poznała mężczyznę z Bellcaire d’Urgell, José Péreza Solé. Związki zawarte po opuszczeniu rodzinnego domu okazują się mocne i długotrwałe. Stanowią one dla emigrantów coś w rodzaju tratwy ratunkowej. To prawdziwy Nowy Świat, fundament nowego życia. Rosa i José wspierali się wzajemnie, rozpoczynając na obcej ziemi wszystko od początku. Wzięli ślub i mieli trójkę dzieci. Jedną z ich córek była Rosa María, żona Eusebio Messiego. Jorge Messi jest ich synem.

Niedawno dziennikarz „Corriere della Sera” przeprowadził ciekawą rozmowę z Leo, przypominając piłkarzowi o jego rodzinnych korzeniach.

– Pochodzili z Recanati, jak Giacomo Leopardi.

– A kto to?

– Wielki poeta: Sempre caro mi fu quest’ermo colle / e questa siepe, che da tanta parte / dell’ultimo orizzonte il guardo esclude.

– Przykro mi, ale nigdy o nim nie słyszałem.

– A może słyszałeś o Najświętszej Panience z Loreto? To niedaleko stąd.

– Nie, a gdzie to jest?

– W Marche, w środkowych Włoszech. Nigdy cię nie ciekawiło, skąd pochodzą twoi dziadkowie? Nie chciałeś tam pojechać?

– Nie. Wydaje mi się, że mój ojciec zna to miejsce. Był tam i spotkał się z naszymi krewnymi. Może kiedyś też tam pojadę.

– A czy widziałeś chociaż słynny „Hotel Imigrantów” w Buenos Aires? Zatrzymywała się tam większość Włochów po przyjeździe do Argentyny.

– Nie, tego miejsca też nie znam.

Dziennikarz pokazał mu następnie kilka czarno-białych zdjęć przedstawiających ludzi, którzy udali się na pampę, by szukać tam szczęścia. „Kobiety o surowym wyglądzie w chustach i długich, czarnych spódnicach. Kościste, bose dzieci. Olbrzymie naczynia z jedzeniem. Mężczyźni w ciemnych marynarkach, białych koszulach i filcowych kapeluszach. Oczy wpatrzone w pustkę, w nieznane. Spojrzenia, jakie opisuje się zwykle w tekstach melancholijnych piosenek”.

Leo przyglądał im się z lekką ciekawością, ale to by było na tyle.

Dla niego wszystko zaczyna się i kończy w Rosario.

Potomkowie Messich i Pérezów osiedlili się w Las Heras. Niedaleko mieszkali rodzice Celii, państwo Cuccittini Olivera, którzy również mieli włoskie korzenie. To właśnie w tamtej okolicy zrodziło się uczucie Jorge i Celii. Młodzi nie tracili czasu – mieli odpowiednio 15 i 13 lat, ale doskonale rozumieli, co się święci, i nie zamierzali z tym walczyć. Ślub wzięli pięć lat później, gdy Jorge zakończył służbę wojskową.

Państwo Messi planowali wyjazd na stałe do Australii. Czy gdyby Leo urodził się w Australii, zostałby piłkarzem? Czy byłby gwiazdą futbolu? Wrócimy do tego później. Ostatecznie państwo młodzi postanowili pozostać tam, gdzie mieszkali ich rodzice. Celia przez wiele lat pracowała w warsztacie produkującym elektromagnesy do zastosowań przemysłowych. Jorge, podobnie jak wszyscy mężczyźni w imigracyjnej społeczności, chwytał się każdego zajęcia, które mogło zapewnić pieniądze, niezależnie od tego, czy chodziło o wytwarzanie śrub od szóstej rano, czy o to, by chodzić od drzwi do drzwi i pobierać składki na ubezpieczenie zdrowotne. Wiedział, że jeśli ma zapewnić swojej rodzinie lepszy byt i zagwarantować jakąś przyszłość, musi naprawdę ciężko pracować. Po czterech latach w szkółce piłkarskiej Newell’s Old Boys okazało się, że na karierę piłkarską nie ma żadnych szans. Wtedy też zaczął uczęszczać do szkoły wieczorowej. Na zajęcia chodził po pracy, siedział tam od 17:00 do 21:00. Chciał zostać inżynierem chemikiem. Ukończenie szkoły zajęło mu osiem lat. Miał 22 lata i odpowiednio ustalone priorytety – jego starania zaczynały powoli przynosić owoce.

Jorge zatrudnił się w Acindar, jednej z największych hut stali w Argentynie. Było to w 1980 roku, tym samym, w którym urodził się jego pierwszy syn Rodrigo. Fabryka znajdowała się w Villa Constitución, jakieś 50 kilometrów od Rosario, dlatego Jorge dojeżdżał do pracy autobusem pracowniczym. W firmie panowała atmosfera rywalizacji, dzięki czemu szybko awansował. W końcu został menedżerem. Zarabiał tyle, że utrzymanie trzyosobowej rodziny nie stanowiło większego problemu. W zasadzie należałoby pisać już w tym miejscu o rodzinie czteroosobowej, ponieważ w 1982 roku urodził się Matías. „Mój ojciec – mówi drugi syn Messich – był pracowitym człowiekiem. Nigdy niczego nam nie brakowało, ale ojciec zawsze miał w sobie tyle pokory, co teraz. Ciągle pracowaliśmy na lepsze życie, pracował na nie mój staruszek, pracowała mama […] a wszyscy moi bracia mogli się uczyć w najlepszych szkołach. Niczego nam nie brakowało”.

W rodzinnym domu Messich jedzenie zawsze było dobre i nigdy się nie marnowało, zawsze stanowiło też swego rodzaju punkt odniesienia, co potwierdza sam Leo w wywiadzie dla „Corriere della Sera”: „Jemy kuchnię argentyńską albo włoską: spaghetti, ravioli, chorizo… Osobiście uwielbiam wołowinę milanese. Nikt nie przyrządza jej tak jak moja matka. Jej milanese jest wyjątkowa. Sama albo z sosem, pomidorami i serową posypką. Żyliśmy skromnie, ale nie byliśmy ubodzy. Naprawdę niczego nam nie brakowało”.

Rozpowszechnione jest mylne wyobrażenie co do pochodzenia argentyńskich piłkarzy. W istocie zdecydowana większość z nich wywodzi się z klasy średniej, którą w Europie uznano by zapewne za klasę robotniczą, z pewnością nie należą oni do plebejuszy czy biedoty. Rodzina Messich jest tego przykładem. Naprawdę trudno znaleźć argentyńskich piłkarzy, którzy wyrośli z biedy i odnieśli sukces. Może z wyjątkiem Diego Maradony, który urodził się w slumsach Fiorito na południe od Buenos Aires.

Prawda jest taka, że ubodzy chłopcy rzadko mają okazję brać udział w klubowych testach. Czasem wynika to z braku znajomości, innym razem z bardziej prozaicznych powodów. Trzeba przecież jakoś dojeżdżać na treningi, kupić komplet sprzętu piłkarskiego, odpowiednio się odżywiać. Przynależność do szkółki również wiąże się z pewnymi kosztami, a bez takiego przygotowania mało kto zostaje zawodowcem. Poza tym często okazuje się, że przedstawicielom klas niższych, którym uda się dostać do jakiegoś klubu, brakuje potem wytrwałości, że nie przywykli do podejmowania regularnego wysiłku. Ma to pewien związek z brakiem odpowiedniej struktury rodzinnej, a także z tym, że wychowali się oni na wsi lub w środowisku, w którym nikt nie wpaja dzieciom cnót dyscypliny i poświęcenia i w których zbyt często szuka się ucieczki w narkotykach. Wszystko to sprawia, że z najbiedniejszej warstwy społeczeństwa wywodzi się niewielu zawodowych piłkarzy. Oczywiście można znaleźć kilka przykładów takich jak René Houseman (mistrzostwa świata 1978), Maradona (nigdy głodny nie chodził) i Carlos Tévez, może także Ezequiel Lavezzi czy Chipi Barijho, który w 2000 roku występował w zespole Boca Juniors prowadzonym przez Carlosa Bianchiego. Barijho stara się dziś dawać innym to, co dostał dzięki piłce – zabiera dzieci z ulicy, karmi je i szkoli w Bajo Flores. Ale niewiele jest podobnych przykładów.

Argentyńscy piłkarze to w większości przedstawiciele klasy średniej, która w ostatniej dekadzie XX wieku zmagała się z poważnymi trudnościami ekonomicznymi. Ówczesna inflacja sprawiła, że peso traciło na wartości dosłownie z dnia na dzień. Kraj przestał się rozwijać.

Przyszłość rysowała się w ciemnych barwach.

W latach 80. XX wieku zmieniało się oblicze Argentyny. Wojna o Falklandy z 1982 roku, czyli próba zbrojnego odbicia wysp zajmowanych przez Wielką Brytanię, miała na celu odwrócenie uwagi od ciągłej klęski polityki gospodarczej wojskowej junty, która rządziła wówczas krajem. Nastroje społeczne były bardzo napięte, szalała inflacja. Klęska działań zbrojnych wywołała jednak powszechne wzburzenie, które ostatecznie przełożyło się na zdecydowane działania. Reżim wojskowych został obalony. W grudniu 1983 roku powróciła demokracja.

Cztery lata później kraj stanął na krawędzi wojny domowej. Miało to związek z pojawieniem się grupy młodych zbuntowanych oficerów nazywanych Carapintadas (Pomalowane Twarze), którym przewodził pułkownik Aldo Rico. Armia nie mogła już sobie pozwolić na kolejne upokorzenie, postanowiła więc położyć kres procesom sądowym przeciwko członkom reżimu wojskowego w związku z naruszeniem praw człowieka. Choć Argentyńczycy wyszli na ulice w obronie demokracji, a w całym kraju, w tym również w Rosario, wybuchły strajki, prezydent Raúl Alfonsín ugiął się pod presją i doprowadził do uchwalenia ustawy wyłączającej z odpowiedzialności karnej wojskowych w randze niższej niż stopień pułkownika za przestępstwa takie jak porwania, bezprawne przetrzymywanie, tortury czy morderstwo. Argentyńskie władze postanowiły więc ukryć najnowszą historię kraju pod grubą warstwą makijażu.

W latach 1984 i 1985 doszło do wybuchu około 15 ładunków, co wywołało chaos w kilku różnych miastach, w tym w Villa Constitución, niedaleko fabryki zatrudniającej Jorge Messiego. Był to przejaw gniewu Argentyńczyków, którzy buntowali się przeciw narzuconemu z góry obowiązkowi puszczenia w niepamięć mrocznej przeszłości. Społeczeństwo nie chciało ulegać szantażowi armii. Tłumy demonstrantów całymi miesiącami wypełniały ulice licznych miast i miasteczek, żądając wyższych zarobków i sprawiedliwszych rozwiązań gospodarczych.

24 czerwca 1987 roku, w 52. rocznicę śmierci kompozytora i aktora Carlosa Gardela, w samym środku kryzysu politycznego i gospodarczego, a zarazem niemal rok po tym, jak Maradona uniósł Puchar Świata w Meksyku, na świat przyszedł Lionel Andrés Messi.

Nie obyło się jednak bez odrobiny strachu.

Lekarze obawiali się, że z powodu złego stanu płodu będą musieli przyspieszyć rozwiązanie, wywołując poród za pomocą kleszczy. Jorge obawiał się konsekwencji tego zabiegu dla dziecka, ostatecznie jednak przyszło ono na świat siłami natury. Mały Leo był tylko trochę bardziej czerwony niż inne dzieci i miał jedno oklapnięte uszko. Ginekolog Norberto Odetto zapewniał rodziców: „Nie martwcie się, to tak nie zostanie. Zobaczycie, że jutro wszystko będzie w porządku”.

Trzeci syn dwudziestosiedmioletniej wówczas Celii i dwudziestodziewięcioletniego Jorge przyszedł na świat w Szpitalu Włoskim w Rosario. Ważył 3,6 kilograma i mierzył 47 centymetrów.

Leo. Leonel? Właśnie tak rodzice postanowili nazwać chłopca. Popularna legenda głosi, że Leo otrzymał imię na cześć Lionela Richiego, ale to nieprawda. Choć warto tu podkreślić, że piosenkarz cieszył się dużym poważaniem w domu Messich, a ponadto w tamtym okresie był akurat u szczytu sławy.

Jorge udał się do urzędu, uzgodniwszy wcześniej z Celią, że chłopiec będzie miał na imię Leonel. Brzmiało nieźle, ale jakby nie do końca, myślał Jorge. Na miejscu w urzędzie poprosił o listę imion, spośród których mógłby wybrać – nie chciał, aby na jego syna wołano Leo. Znalazł tam inną wersję: Lionel, czyli to samo imię, ale w języku angielskim. Imię mu się spodobało i taką jego formę wpisano do oficjalnej dokumentacji. W domu wybuchła awantura (Jorge, na Boga!), uzgodnili przecież coś innego. Sprzeczka nie trwała długo, ale faktycznie do niej doszło. Jorge nie wiedział jeszcze, że los i tak się na nim zemści – dzisiaj cały świat zna jego syna właśnie jako Leo. Na szczęście dla ojca w Argentynie mówią na Messiego Lio.

Leo zaczął chodzić, gdy miał dziewięć miesięcy. Często zdarzało mu się gonić za piłką, którą starsi bracia porzucili gdzieś w domu. Zaledwie kilka dni po tym, jak nauczył się poruszać na dwóch nogach, chłopiec odważył się wyjść na ulicę. Drzwi były otwarte, a ruch samochodowy niewielki. Typowe w tej okolicy.

Powoli wygramolił się na zewnątrz i wtedy pojawił się rowerzysta, który go potrącił.

Leo oczywiście rozpłakał się, ale nie sprawiał wrażenia, jakby coś mu się stało. We śnie zaczął wydawać ciche odgłosy. Miał spuchniętą rączkę. W szpitalu zdiagnozowano złamanie kości łokciowej lewej ręki. Pierwsza oznaka słabości ciała, a zarazem pierwszy sygnał nadzwyczajnej odporności na ból.

Na pierwsze urodziny Leo dostał swoją pierwszą koszulkę Newell’s. W końcu cała jego rodzina to leprosos.

Wyjątek od reguły stanowił buntownik Matías, który oczywiście kibicował Central.

Najmłodszy członek rodziny Messich niemal od razu bawił się piłką z braćmi. Dziecko wolało oglądać mecze niż kreskówki. Na trzecie urodziny Leo dostał futbolówkę w czerwone diamenty. „Uważajcie na niego!” – krzyczała za nimi matka, gdy Leo w wieku ledwie czterech lat szedł pograć w piłkę ze starszymi chłopcami. „Mama pozwalała mi grać, ale ponieważ byłem młodszy od innych, zawsze stała gdzieś z boku i patrzyła, czy przypadkiem nie zaczynam płakać. Miało to na mnie duży wpływ” – powiedział Leo dziennikarzowi kolumbijskiego magazynu „Soho”.

Dalszą część tej historii wiele osób z pewnością już zna, zwłaszcza jeśli ktoś w dzieciństwie marzył o karierze piłkarza, a tym bardziej gdy udało mu się te marzenia zrealizować.

Leo spał spokojnie w łóżku tylko wtedy, gdy czuł gdzieś w pobliżu obecność piłki. Zwykle trzymał ją w nogach. Rozpaczał, jeśli ktoś zabierał mu piłkę przed snem. Była ona dla niego jak pieczywo do posiłków, nie mógł się bez niej obejść. Gdy matka wysyłała go po zakupy, zabierał futbolówkę ze sobą. Bez niej nie pójdzie i koniec! Kiedy akurat nie miał piłki pod ręką, zwijał w kulę torby na zakupy, getry albo coś innego. „Leo wychodził z domu z piłką, żył z piłką i spał z nią. Pragnął jedynie piłki” – wspominał w 2012 roku Rodrigo Messi podczas gali towarzyszącej wręczeniu Złotej Piłki. Jorge podkreśla, że jego syn robił z kolegami również inne rzeczy. Jeździł na rowerze, grał w kulki i na PlayStation z sąsiadami, oglądał telewizję. Ojciec powtarza, że Leo był normalnym chłopcem. W niemieckim magazynie „Kicker” przyznał jednak: „Odkąd pamiętam, zawsze miał pod ręką futbolówkę”.

Jorge, który sam kiedyś zapowiadał się na niezłego środkowego pomocnika w juniorskich drużynach Newell’s, powiedział Ramiro Martínowi, autorowi książki Messi: Un genio en la escuala del futbol (Messi. Geniusz w szkole futbolu), że pewnego dnia Leo wszystkich zaskoczył:

„Działo się to w czasie gry w rondo. Razem z synami bawiliśmy się na ulicy. […] Rodrigo miał akurat piłkę przy nodze, a Leo znajdował się w środku i próbował ją dopaść. W mgnieniu oka rzucił się starszemu bratu pod nogi i odebrał mu futbolówkę. Patrzyliśmy na siebie zdziwieni. Nikt go tego nie nauczył. Przyszło mu to zupełnie naturalnie”.

Od tamtej pory wszystkie oczy skierowane były na chłopca i jego talent. Dzieciak zbierał pochwały i oklaski, cieszył się szczęściem rodziny i własnym. Podobnie jak inni chłopcy w jego wieku, ciągle chciał więcej – więcej piłki, ponieważ to oznaczało więcej atencji i przyjemności. Na łamach „El Gráfico” Jorge wspominał: „Miał cztery lata, gdy zrozumieliśmy, że jest wyjątkowy. Potrafił już trochę czarować, a piłka dosłownie kleiła mu się do buta. Nie wierzyliśmy własnym oczom. Gdy trochę podrósł, grał przeciwko swoim braciom, którzy mieli nad nim pięć i siedem lat przewagi – ogrywał ich bez trudu. To dar, coś, z czym się urodził”.

Ten mały, cichy chłopiec, „którego interesowała wyłącznie piłka”, spędzał czas w domu albo u cioci Marceli, i jak wspomina jego przyjaciółka oraz sąsiadka Cintia Arellano, szybko zaczął skupiać na sobie uwagę wszystkich mieszkańców wąskiej uliczki Calle Estado de Israel. Dom Cintii, która jest o sześć tygodni starsza od Leo, stał tuż obok domu Messich. Razem chodzili do pierwszej szkoły, siedzieli w jednej ławce, a gdy trzeba było pisać klasówkę, Leo siadał za nią. W towarzystwie Cintii El Piqui („Maluch”) okazywał się bardziej rozmowny. („Tak go właśnie nazywali. Pewnego dnia jeden chłopak krzyknął: »Maluch, chodź tu«, i tak już zostało” – wspomina jego najlepsza przyjaciółka, która jest dzisiaj psychologiem i zajmuje się dziećmi z trudnościami w nauce). To Cintia zachodziła do niego do domu i przekonywała go, żeby poszedł dziś do szkoły. To ona wyjaśniała czasem innym, co Leo usiłował powiedzieć. To od niej dostawał na lekcjach krótkie wiadomości na linijce lub gumce do ścierania. To ona przekazywała mu małe ściągawki podczas klasówek. To ona przynosiła mu popołudniowe przekąski. To ona powtarzała, że później będzie żałował, iż nie uczył się różnych rzeczy. To ona wysłuchiwała, gdy mówił, że rozumie, że owszem pożałuje, ale nie jest w stanie się tego nauczyć. To ona tłumaczyła jego nieobecność, gdy wagarował, co od czasu do czasu się zdarzało. To ona pozwalała sobie na niewinne kłamstewko, że jest jego kuzynką.

To właśnie ona dowiedziała się, że Leo wstrzykuje sobie hormony. Na jedną z wycieczek szkolnych z dzieciakami pojechała matka Cintii. Matka Lionela poleciła jej zadbać o to, by Leo każdego wieczoru robił sobie zastrzyk.

„Lionel był mały. Cały czas biegał boso i bawił się piłką – wspomina Ruben Manicabale, inny sąsiad Messich. – Często się na niego wkurzaliśmy, łapaliśmy go i przewracaliśmy na ziemię, on jednak zawsze wstawał i grał dalej”.

Jeden z członków rodziny Quiroga, mieszkającej kilka domów dalej przy tej samej ulicy, zapamiętał, że „inne dzieciaki nie grały w piłkę całymi dniami tak jak Leo. Wszyscy rozchodzili się do domów, a on grał dalej sam, wykorzystując bramę. Moja matka kilkakrotnie go ochrzaniała, bo było już późno, a on ciągle kopał piłkę”.

„Podczas gry często obrywał, upadał i płakał, szybko jednak brał się w garść i biegał dalej. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest wyjątkowy: ta technika, ta szybkość…” – wspomina Cintia.

Panuje przekonanie, że to Rodrigo jako pierwszy nazwał go „Pchłą”. Tak naprawdę jednak przezwiska nie wymyślono w Rosario. Rodzina Leo sądzi, że po raz pierwszy padło z ust meksykańskiego komentatora piłkarskiego. Mowa o Enrique Bermúdezie, zaliczanym do najsłynniejszych kastylijskich głosów antenowych, mistrzu czystej rozrywki, wspaniale opowiadającym o tym, co Jorge Valdano nazywa „najważniejszą z tych najmniej ważnych spraw”. „Pies” Bermúdez – bo tak się o nim mówi – był rock’n’rollowcem, hipisem, wokalistą i statystą filmowym. Dopiero później został komentatorem sportowym, który nadał setki przydomków piłkarzom (Adolfo Ríosa ochrzcił „Łucznikiem Chrystusa”, Rafaela Márqueza nazwał „Cesarzem Zamory”, a Davida Beckhama „Niebieskobutym” z uwagi na obuwie w kolorze smerfowym). Bermúdez jest także autorem dziwacznej charakterystyki stylu gry Barcelony pod wodzą Pepa Guardioli: „Twoja, moja, masz ją, pożycz, pieść ją, całuj, podaj do mnie”. On sam zaprzecza jednak, jakoby miał być pomysłodawcą przezwiska „Pchła”. Jego autor pozostaje więc anonimowy.

W każdym razie nikt nie miał wątpliwości, że Leo ma w sobie coś wyjątkowego. „Jest jasnym światłem, które zesłał Bóg. Czasem mówi się o kimś: »Jemu na pewno się uda«. Leo był piłkarzem od dnia swoich narodzin”. To słowa Claudii, matki Cintii, która czasem opiekowała się Lionelem, gdy ten był jeszcze niemowlęciem.

„Grał piłką w rozmiarze pięć. Była tak duża, że mógłby wykopać ją dosłownie wszędzie, a mimo to miał nad nią pełną kontrolę – wspomina Matías. – To było coś pięknego. Musielibyście to widzieć. A gdy ktoś już raz to ujrzał, wracał, aby zobaczyć to jeszcze raz”.

Piłka, która sięgała mu niemal do kolan, wydawała się przyklejona do jego lewej stopy. Leo nigdy nie wypuszczał jej za daleko. Dotykał jej delikatnie, zachowując nad nią kontrolę. Lekko turlał ją bokiem stopy, cały czas utrzymując na ziemi. Chciał uniknąć błędu technicznego, starał się nie dopuścić, by piłka odbiła mu się od kolana albo łydki i poleciała w kierunku starszych chłopców.

Wykazywał się nadzwyczajną koordynacją, przyjmował postawę ułatwiającą kontrolowanie piłki i zapewniającą szybkość. Rzucał wyzwanie starszym rywalom i błyszczał na ich tle. To przyrodzony talent czy dar od Boga? Na rozstrzygnięcie tej kwestii przyjdzie jeszcze czas.

Co więcej, choć pewnie on sam spiekłby na tę myśl raka, Leo świetnie sobie radził w rywalizacji. Lubił rywalizować. Albo ujmując rzecz dokładniej: był odważny i nie lubił przegrywać. Za tym milczeniem skrywał się chłopak z krwi i kości. Często zdarzało mu się wracać do domu z pudełkiem pełnym kulek wygranych na ulicy. Liczył je, a gdy okazywało się, że choć jednej brakuje, wpadał w furię.

Celia, matka Leo: Jako maluch strasznie rozrabiał w domu. Nikt nie chciał z nim grać w karty, bo po prostu wiedzieliśmy, że prędzej czy później zacznie oszukiwać.

Jorge Messi: Nie lubił przegrywać, nieważne, w co grał.

Celia: Gdy nie udało mu się wygrać, rozrzucał karty. Gdy nie chciał iść do szkoły, mówił, że nigdzie nie idzie.

Leo (dla „El Gráfico”): Pewnego razu pokłóciłem się z kuzynem u niego w domu, była tam też akurat moja babcia. Wszyscy byli przeciwko mnie. Wyrzucili mnie z mieszkania i nie chcieli wpuścić z powrotem. Zacząłem więc rzucać kamieniami w bramę i kopać w nią.

Celia: Gdy zostawiłam go przed furtką, zaczął rzucać we mnie kamieniami. Powiedział, że w południe nie mamy co na niego czekać i że obrzuci dom kamieniami. Wyszłam więc do niego i zagroziłam, że powiem o wszystkim jego ojcu, a on tylko mnie wyśmiał. Był strasznie rozpuszczony. […] Miał bardzo silną osobowość, co – jak sądzę – odziedziczył po nas obojgu, choć po mnie pewnie w nieco większym stopniu. Zawsze mówi to, co leży mu na wątrobie – na dobre czy na złe. Nawet nie próbuje kryć zdenerwowania ani radości. Po ojcu odziedziczył zaś poczucie odpowiedzialności i sprawiedliwości.

Właśnie taki obraz syna rysowali rodzice w filmie dokumentalnym z serii „Raport Robinsona” [Informe Robinson] (której twarzą jest Michael Robinson, były zawodnik Liverpoolu) wyprodukowanym przez Canal+ Spain. Zaciętości nie da się ukryć. Jeśli w tobie tkwi, to po prostu w tobie tkwi. Leo czasem – z rzadka, ale jednak – pokazywał pazury.

Niewielkie boisko Grandoli Football Club stoi pośród betonowych bloków w stylu radzieckim. To skromna okolica na obrzeżach miasta. Niektórzy twierdzą, że to niebezpieczne miejsce, tylko dla twardzieli. Spoglądając uważnie między budynkami, można dojrzeć statki płynące w dół rzeki do portu w Rosario. Boisko to ubita ziemia z pełniącymi funkcję linii bocznych pasami zieleni po bokach. Wysokie bloki wydają się małym zawodnikom gigantyczne, zwłaszcza że na to boisko wychodzą naprawdę mali chłopcy: pięcio-, sześcio- i siedmiolatkowie, choć znajdzie się też kilku starszych, w wieku do 12 lat. Na boisko wchodzi się przez bramę w kolorze turkusowo-rdzawym, dookoła stoi ogrodzenie zatrzymujące wybijane piłki. Znajduje się tam również tabliczka z napisem: „Tutaj wyczyść buty”. Trybuny składają się z zaledwie trzech rzędów siedzeń. W drugim z nich siedzą rodzice niektórych zawodników oraz babcia Celia. Przyprowadziła za rączkę małego Leo, by mógł popatrzeć, jak gra Matías. Rodrigo, który kiedyś także nosił czerwono-białą koszulkę Grandoli, obecnie występuje jako junior w barwach Newell’s.

Leo od czasu do czasu odbija piłkę o mur.

Grupę prowadzi Salvador Ricardo Aparicio, szczupły i spokojny mężczyzna, który szkoleniem dzieci zajmuje się już od 40 lat. Na trening nie przyszedł jeden z piłkarzy, przez co chłopcy z rocznika ’86 nie mogli rozegrać zwyczajowego meczu siedmiu na siedmiu. Cóż, czasami tak bywa. Salvador czeka, czy pojawi się ktoś jeszcze.

– Wystaw jego, wystaw jego – krzyczy babcia, wskazując na małego pięciolatka, którego wtedy nie nazywano jeszcze „Pchłą”.

– Kobieto, on jest za mały. Może mu się coś stać – odpowiada Aparicio.

– Wystaw go, wystaw – nalega Celia.

– W porządku, wezmę go. Ale gdy tylko pani zauważy, że płacze albo że się przestraszył, proszę otworzyć bramę i zabrać go z boiska.

W ten oto sposób trener wpuszcza na boisko chłopca o rok młodszego od pozostałych maluchów. W tym wieku różnice mają duże znaczenie.

Mała krewetka pojawia się na boisku. Zmierzająca w jego kierunku piłka wydaje się większa od niego samego.

Później dzieje się to, co musiało się stać. Inaczej być nie może.

Piłka zbliża się do jego prawej stopy. Leo tylko na nią spogląda. Futbolówka go mija, a Leo ani drgnie.

Aparicio unosi brwi. Właśnie tego się spodziewał.

W kierunku Leo zmierza kolejne podanie. Tym razem piłka spada na jego lewą stopę. W zasadzie to mocno uderza go w nogę. Leo wykonuje dwa kroki, gasi piłkę i przejmuje nad nią kontrolę. Rusza po przekątnej boiska, przez cały czas delikatnie popychając piłkę. Mija każdego, kto staje mu na drodze.

– Kopnij, kopnij – krzyczy Aparicio. – Podają ją, Leo, podaj!

Babcia się uśmiecha.

Leo nie podaje.

Jest bardzo mały. Od tego momentu nie ma jednak mowy o tym, aby trener miał go zdjąć z boiska. „Grał tak, jakby przez całe życie nie robił nic innego, sam przeciw pozostałej trzynastce” – wspominał znacznie później Salvador. W tamtym roku Leo wziął udział we wszystkich spotkaniach, które drużyna rocznika 1986 zespołu Grandoli rozegrała do końca sezonu.

Messi w ogóle nie pamięta tego dnia. Wie tylko od babci, że zdobył wtedy dwie bramki.

Leo chciał grać, to nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Na placu, na ulicy, samemu, z kuzynami, z Rodrigo i Matíasem. Ale podobnie jak wszyscy inni chłopcy, pragnął mieć profesjonalny sprzęt sportowy i klubową koszulkę. Chciał należeć do zespołu, tak jak jego bracia. Tamtego pełnego niespodzianek dnia, który spędził pod bacznym okiem babci Celii, w wieku zaledwie pięciu lat Leo rozpoczął regularne występy w rozgrywkach tak zwanego dziecięcego futbolu (biorą w nim udział siedmioosobowe drużyny, w których występują zawodnicy w wieku od pięciu do 12 lat). W piłkę zaczął grać na poważnie, zanim poszedł do szkoły. Został członkiem klubu Grandoli, mieszczącego się w okolicy, w której się wychował. Klub miał siedzibę pod numerem 4700 przy ulicy Laferrere. Powstał w 1980 roku z inicjatywy tutejszych ojców, którzy chcieli zapewnić dzieciakom z sąsiedztwa możliwość sportowej rywalizacji.

Zerknijcie na ten materiał filmowy: youtube.com/watch?v=Dc8azekvE_s.

Leo ma pięć lat. Już w tym wieku pokazuje tę samą łatwość dryblowania i te same zmiany tempa, którymi popisuje się obecnie. Tak samo ekspresyjnie wyraża radość. Wydaje się też równie mały w porównaniu z innymi.

El Piqui dopada do piłki, szuka luki, przyspiesza i kiwa. Biegną za nim wszyscy rywale, ale też wszyscy koledzy z drużyny. Jeśli gdzieś nie może się przebić, utrzymuje się przy piłce i próbuje ruszyć drugą flanką. Wokół roi się od rywali i partnerów z drużyny. Trzeba mieć świadomość, że w Argentynie samo strzelanie bramek to coś zupełnie pospolitego – zdecydowanie bardziej liczą się kreowanie gry, asysty i podania. Chodzi o to, żeby zostawić rywala z tyłu. Właśnie dlatego wielu uważało, że temu niesamowitemu chłopcu niewiele brakuje do doskonałości. Mało kto wołał jeszcze: „Leo, podaj!”. Gdy tylko otwierała się wolna przestrzeń, Leo posyłał piłkę tuż obok słupka, zawsze tego, do którego bramkarz miał dalej. Gol.

Niektórzy lubią pytać nieco prowokacyjnie, czy Messi poradziłby sobie na przykład w deszczowy środowy wieczór w Stoke. Powinni koniecznie zobaczyć, jak nierówne jest boisko, na którym grał dla Grandoli, ile leży na nim kamieni, a nawet kawałków szkła. Miejscowe władze udostępniały teren zespołowi tylko w godzinach nocnych, ponieważ w dzień korzystała z niego szkoła. Oświetlenie też było tam marne.

Gdy Leo skończył dwa lata, razem z babcią Celią regularnie pokonywał 15 przecznic, które dzieliły dom Messich od ich pierwszego klubu. Chłopiec trzymał babcię za rękę i starał się za nią nadążyć. Pod pachą niósł piłkę, którą dostał w prezencie. Chodzili oglądać Rodrigo i Matíasa, a później już tylko Matíasa. W końcu Leo sam dostał się do drużyny, w której grał z chłopcami starszymi o rok. W poniedziałki, środy i piątki pokonywał tę samą drogę na trening. Mecze rozgrywano w soboty.

„Była za dobra. Żyła dla nas, dla swoich wnuków. Znosiła wszystkie nasze grymasy. Moi kuzyni bili się o to, kto będzie mógł zostać u niej na noc. Nie wiem, na ile moja babcia znała się na piłce, ale to ona zabierała nas na mecze i treningi. Była moim pierwszym kibicem. Zawsze mogłem liczyć na jej doping” – stwierdził Leo w jednej z rzadkich chwil autorefleksji w wywiadzie dla „El Mundo Deportivo”.

Celia nie oglądała piłki w telewizji, nie bywała też na trybunach stadionu Newell’s. Dla niej futbol ograniczał się do gry jej wnuków. Ich życie kręciło się za to wokół babci. Stanowiła dla nich najważniejszy punkt odniesienia. Należy pamiętać, że mowa tu o matriarchalnej rodzinie o włoskich korzeniach, dla której fundament stanowią wzajemne wsparcie i szacunek. Gdy zapytano Leo o najjaśniejsze momenty w życiu, odpowiedział: „Narodziny każdego z moich bratanków”. Pytanie padło, o czym należy pamiętać, zanim sam został ojcem.

Leo chodził z babcią z domu na boisko Grandoli i z powrotem. Gdy zaczął uczęszczać do szkoły, babcia odbierała go stamtąd o piątej po południu, szli na coś do picia, a potem razem z Matíasem udawali się na trening. „To był naprawdę piękny okres w naszym życiu. Wszyscy cieszyliśmy się możliwością gry z Leo, ponieważ już wtedy pokazywał, na co go stać. Później babcia zmarła, ale to właśnie od niej wszystko się zaczęło” – wspomina Matías Messi.

„Podaj do Leo, podaj do tego malucha. On potrafi strzelać gole!” – krzyczała. Babcia znała się na piłce.

Ze względu na włoskie korzenie kontrolowanie emocji przychodziło jej z dużym trudem. Częściej pokazywała, co naprawdę czuje, niż udawało jej się to ukryć. Grandoli, jak każdy klub piłkarski na świecie, ma swoich odwiecznych rywali, takich, z którymi zmaga się od zarania klubowych dziejów. Czasami można odnieść wrażenie, że ta rywalizacja poprzedza wręcz założenie drużyny. W meczach z takim przeciwnikiem po prostu nie można przegrać. Do tego rodzaju rywali należał zespół Alice. Były to zawsze trudne i twarde spotkania, które niejednokrotnie kończyły się wymianą mocniejszych słów między ojcami zawodników, a czasem nawet bójką. Podczas jednego z meczów, kiedy to sytuacja wymknęła się spod kontroli, Celia zdzieliła po głowie kibica Alice butelką. „Przestań się wygłupiać!” – wrzasnęła na niego. Na szczęście nie stało się nic złego. Dla porządku należy dodać, że wygrał zespół Grandoli.

Krótko potem okazało się, że Celia choruje na alzheimera.

Informację ujawnił dziennikarz Toni Frieros, autor jednej z pierwszych biografii Messiego, Messi: El Tesoro del Barça (Messi. Skarb Barcelony): „Celia zaczęła stopniowo tracić pamięć, wystąpiły u niej trudności z mową, przestawała rozpoznawać ludzi. Przez ostatnie miesiące jej życia rodzina bezradnie przyglądała się, jak jej dotychczasowa witalność stopniowo zanika pod wpływem nieuleczalnej choroby. Leo miał poczucie, jakby tracił część siebie”.

Przypominało to trochę przyglądanie się umieraniu w zwolnionym tempie.

Celia odeszła 4 maja 1998 roku, na krótko przed 11. urodzinami Leo.

Babcia nigdy nie miała okazji zobaczyć, jak Leo gra na najwyższym poziomie, nie widziała go w barwach Barcelony.

„Była to wielka strata dla nas wszystkich. Wszyscy bez wyjątku odczuwaliśmy straszny ból. Do dziś wspominam, jak Leo kurczowo trzymał się wieka trumny, nie mogąc opanować płaczu” – wspomina jego ciotka Marcela.

„Koszmarny cios” – tak mówi o tym dniu sam Leo.

Od tamtej pory każdego gola Messi świętuje w ten sam sposób: spogląda w górę i palcem wskazuje niebo. „Dużo o niej myślę, dedykuję jej zdobyte bramki. Chciałbym, żeby była tu z nami, a tymczasem odeszła, zanim miała okazję zobaczyć moje sukcesy. Właśnie to budzi moją największą złość” – wyznał w 2009 roku na łamach „El Mundo Deportivo”.

„Biedna kobieta, nigdy nie widziała jego triumfu – triumfu, do którego tak wydatnie się przyczyniła” – mówi Alberto Arellano, ojciec Cintii i sąsiad Messich.

„Gdy zaczynał karierę piłkarską, zawsze mówił, że w nocy rozmawia z babcią i prosi ją o pomoc – wspomina matka Leo. – Wielka szkoda, że ona nie może go dzisiaj oglądać. Kto wie, może z tego miejsca, w którym się obecnie znajduje, obserwuje swojego ukochanego wnuka i cieszy się jego sukcesami”.

Leo wierzy w Boga, choć w odróżnieniu od pozostałych członków rodziny, nie jest praktykującym chrześcijaninem. Ale jest wdzięczny babci za to, że towarzyszyła mu w pierwszych latach życia, a także za to, że z pewnością nadal go wspiera. Tylko raz po zdobyciu bramki nie uniósł palca w kierunku nieba. Było to tuż po tym, jak urodził się jego syn Thiago. Wtedy Leo włożył sobie kciuk do ust. Była to jednak wyjątkowa sytuacja. Każda następna bramka już tradycyjnie dedykowana jest Celii.

Leo po raz pierwszy opuścił swoją dzielnicę w wieku 11 lat. Było to pewnej wiosennej soboty. Złapał autobus w towarzystwie swego przyjaciela Diego Vallejosa, brata późniejszej żony Matíasa, chłopaka z tej samej dzielnicy. Obaj młodzieńcy znaleźli się jakieś pół godziny drogi od domu, w Villa Gobernador Gálvez w południowej części miasta.

Pojechali odwiedzić grób babci Celii.

Leo odszedł z Grandoli, gdy miał niespełna siedem lat. W drużynie rocznika ’87 nosił koszulkę z numerem 10. Jego kuzyn Emanuel był tam bramkarzem. W tym okresie regularnie powtarzały się dwie rzeczy: po pierwsze, zespół wygrywał praktycznie wszystko, co było do wygrania, po drugie, Lionel przez cały czas utrzymywał się przy piłce.

Leo traktował każdy kolejny trening i mecz jako coś absolutnie najważniejszego. Przygotowywał się do nich pieczołowicie bez czyjegokolwiek udziału. Najpierw buty – umyte wodą, a następnie wyczyszczone za pomocą szmatki i szczotki. Potem bandażowanie kostek. Był małym, ale przy tym śmiertelnie poważnym profesjonalistą.

Jego pierwszym trenerem został Salvador Aparicio, który zaczynał treningi od przebieżki, później kazał się rozciągać, a dopiero na koniec dawał chłopakom piłkę. Wszystko sprowadzało się wówczas tak naprawdę do jednego: gry, gry i jeszcze raz gry.

Salvador, nazywany „don Apa”, miał w zanadrzu piękną historię: to nie on odkrył Leo, był tylko przewodnikiem dla tego niewiarygodnego talentu. Don Apa pracował na kolei. Zmarł w 2009 roku w wieku 79 lat z powodu urazu czaszkowo-mózgowego (niektórzy utrzymują, że można było usłyszeć syk powietrza uchodzącego z jego głowy), nigdy nie przypisywał sobie większych zasług w sprawie Leo: „Nie odkryłem go, ale jako pierwszy wpuściłem na boisko. Jestem z tego dumny”.

Don Apa, podobnie jak setki innych anonimowych trenerów i dyrektorów technicznych, przekonał wiele dzieciaków ze swojej okolicy, aby na jakiś czas przestały się szwendać po ulicach i więcej czasu niż dotychczas spędzały w Grandoli. Uczył ich tam trochę dyscypliny i dawał im nieco szczęścia. To właśnie on jest autorem materiałów wideo pokazujących małego Leo, który biegnie na pełnej szybkości w czerwono-białej koszulce, mija obrońców, odbiera piłkę we własnym polu karnym i mknie z nią na bramkę rywala, zdobywa gola, wyciąga futbolówkę z siatki i stawia ją na środku boiska, aby zacząć wszystko od nowa.

„Strzelał sześć, czasem siedem goli w meczu. Ustawiał się na środku boiska i czekał na wykop bramkarza. Bramkarz wybijał piłkę, przyjmował ją jeden z rywali, a potem Leo mu ją odbierał i rozpoczynał drybling. To było jak jakiś nadprzyrodzony dar”. Właśnie tak don Apa opowiadał o Leo w różnych wywiadach. „Gdy wychodziliśmy na boisko, ludzie tłoczyli się, żeby go zobaczyć. W meczu z Amanecer zdobył bramkę z gatunku tych, które później pokazuje się w reklamach. Doskonale to pamiętam: przedryblował wszystkich, włącznie z bramkarzem. Jak grał? Zupełnie jak teraz, z wielką swobodą. Był bardzo poważnym chłopcem, zawsze trzymał się blisko babci, był też raczej spokojny. Nigdy nie protestował. Gdy oberwał na boisku, zdarzało mu się rozpłakać, ale zawsze brał się w garść i grał dalej”.

„Płaczę za każdym razem, gdy widzę go w akcji. Gdy widzę tę bramkę w stylu Maradony, którą zdobył w meczu z Getafe, przypomina mi się, jaki był mały. Taki mały…”.

David Treves, następca don Apy, pełni obecnie funkcję prezydenta klubu Grandoli. Z dumą prezentuje trofea zdobyte przez jego chłopców i drużynowe zdjęcia. Messi to ten, który zawsze ma na sobie za dużą koszulkę. „Niezwykle rzadko zdarza się, by jakiś chłopiec tyle potrafił – potwierdza Treves. – Mówiono wtedy, że mamy nowego Maradonę. Najlepszy piłkarz świata zaczynał tutaj i nosił naszą koszulkę”.

„Przejmował piłkę, a wszystko kończyło się bramką. Nawet gdy starali się go skopać, potrafił zrobić różnicę. Tak to już jest, że małych chłopców, którzy dobrze grają, gnębi się najbardziej”. To wspomnienia Gonzalo Diaza, który grał wtedy razem z Leo w Grandoli i wszystko oczywiście wygrywał.

Matías Messi chętnie opowiada o tamtych czasach, ponieważ sam marzył wówczas o karierze piłkarza. Podobnie jak pozostali członkowie rodziny i anonimowi kibice był przekonany, że jest świadkiem czegoś wyjątkowego. „Bardzo często jego dobra gra sprawiała nam problemy. Niektórzy trenerzy mówili chłopakom, że powinni się skupić na wyeliminowaniu Leo, jeśli nie udawało im się odebrać mu piłki w ramach przepisów, sięgali po inne środki. Aż trudno w to uwierzyć, gdy nie widziało się tego na własne oczy. Zdarzało się, że niektóre jego zagrania oklaskiwali nawet rywale. »Co wy robicie?« – krzyczeli wtedy ich kibice”.

Można odnieść wrażenie, że wiele z tych wspomnień opisuje dzisiejszego Messiego, a nie małego chłopca, który dobrze grał w piłkę. Nie ulega wątpliwości, że Leo jest wyjątkowo bramkostrzelny, warto jednak podkreślić, iż był raczej geniuszem indywidualistą niż graczem zespołowym, a w piłce to istotna różnica. Wszystkie te wspomnienia nie dotyczą jakiegoś tam chłopca, a kogoś, kto wyrósł na najlepszego piłkarza na świecie. To nie to samo. Z perspektywy czasu łatwo idealizuje się ludzi, którzy odnieśli sukces. Z tego względu trudno znaleźć kogoś, kto do swojej oceny dodałby przysłowiowe „ale…”.

Niemniej w Grandoli występowało wielu innych obiecujących zawodników. „Widziałem kilku takich, którzy mogli być jak Messi, ale zabrakło im wytrwałości” – stwierdza Gonzalo Diaz.

No cóż, wytrwałość. Bez niej nie można być piłkarzem.

Także Jorge Messi marzył o karierze piłkarza, ale po czterech latach spędzonych w szkółce piłkarskiej Newell’s, w chwili, gdy zawodnicy zaczynają naprawdę rozkwitać, dostał powołanie do służby wojskowej, a po jej zakończeniu się ożenił. Gdy Leo się urodził, jego ojciec miał 29 lat, a więc był w wieku, na który przypada szczyt piłkarskiej formy większości zawodników.

Jorge od zawsze był dość konsekwentny w swych poglądach, wolał jednak dawać dobry przykład, niż prawić morały. Wyznawał bardzo prostą filozofię: ciężka praca, wytrwałość i pokora to najlepszy sposób, by osiągnąć to, czego się pragnie. Być może dlatego Lionela nie ciągnie do świata celebrytów, nie oślepia go blask wielkich nazwisk. W każdym razie dla Jorge – podobnie jak dla większości Argentyńczyków z jego pokolenia – piłka nożna miała twarz Maradony. Bardzo cenił sobie nagrania z udziałem tego piłkarza i często pokazywał je synom.

W ten sposób Jorge wpoił dzieciom szacunek dla człowieka, który wybił się ponad innych i został niekwestionowanym liderem swojego zespołu, który celebrował kontakt z piłką i nieustannie rozglądał się za następnym podaniem, który za pomocą swych stóp potrafił skomponować całą symfonię rozwiązań. Dla Lionela i innych chłopców z jego pokolenia tego typu graczem mógł być Pablo Aimar z River Plate Buenos Aires. Leo wielokrotnie powtarzał, że jako dziecko nie miał żadnego piłkarskiego idola. Czy aby na pewno? Chyba każdy z nas z kimś się porównuje. Gdy w wieku 12 lat zapytano go o najważniejszy autorytet, wskazał dwie osoby: ojca i Claudio, swego chrzestnego. W tym samym wywiadzie przyznał, że jego zdaniem najważniejszą cnotą jest skromność. Jorge z pewnością by się z tym zgodził.

Leo, podobnie jak jego bracia, podzielał pasję ojca do piłki nożnej. Jorge to człowiek zdystansowany, czasami nawet lekko wycofany. Był przy tym całkiem niezłym środkowym pomocnikiem, o czym Leo miał szanse się przekonać, przyglądając mu się w meczach z jego kolegami z fabryki Acindar. Jorge zna się na piłce, kocha tę grę. Rodzina Messich co weekend zaglądała na boisko Grandoli, aby obserwować występy Matíasa i Lionela. Pewnego dnia dyrektor klubu zapytał Jorge, czy ten nie zechciałby trenować dzieciaków z rocznika ’87. W ten sposób Jorge został drugim trenerem Leo. „Graliśmy w lidze Alfi, niezależnych rozgrywkach organizowanych w Rosario i okolicy. Zawodnicy występowali w różnych kategoriach wiekowych do dwunastego roku życia włącznie, a najmłodsi grali zawsze na boisku przystosowanym dla siedmioosobowych składów” – powiedział Jorge w rozmowie z Tonim Frierosem.

Trzy razy w tygodniu fundował swoim podopiecznym proste ćwiczenia indywidualne, zawsze z piłką. Chłopcy mieli rozwijać technikę. Od czasu do czasu organizował zajęcia taktyczne, a młodzi adepci chłonęli tę wiedzę jak gąbki. Chętnie przyswajali sobie to, czego uczył ich Jorge. Leo nigdy nie pracował nad niczym konkretnym, nie spędzał popołudnia na podawaniu piłek ani na dryblowaniu między kamieniami swoją słabszą nogą. Ojciec nigdy go o to nie prosił. Leo po prostu grał, a Jorge postanowił prowadzić treningi, szanując jego piłkarską wolność.

Był 1994 rok. Leo miał sześć lat.

Jorge Messi prowadził drużynę tylko przez 12 miesięcy, ale w tym czasie nie przegrała ona ani jednego meczu. „Wygraliśmy ligę i wszystkie turnieje, w których wzięliśmy udział. Trochę niezręcznie mi o tym mówić, ale tamta drużyna wzbudziła prawdziwą sensację swoim poziomem gry, a Leo lśnił w niej jak diament” – powiedział Jorge w wywiadzie dla argentyńskiej prasy. „Nie chciałbym przesadzić, ale ta drużyna zawdzięczała mu właściwie wszystko. Zdobywał bramki, stwarzał groźne akcje, rozstrzygające zagrania były jego dziełem, to on brylował na boisku. Wiem, jestem jego ojcem, ale nie dlatego o tym mówię. Po prostu tak właśnie było” – powiedział Jorge magazynowi „Kicker”.

Dziennikarz przeprowadzający wywiad zadawał pozornie banalne pytania, co nie oznacza wcale, że nie uzyskał fascynujących odpowiedzi: „Na kogo większą uwagę zwracał Leo jako piłkarz: na Jorge Messiego ojca czy Jorge Messiego trenera?”. Odpowiedź: „W trakcie gry zawsze wykazywał się dużą dyscypliną, wykonywał polecenia i robił to, o co się go poprosiło. Zawsze słuchał mnie jako trenera. Zresztą postępuje tak do dzisiaj, jak wtedy, gdy Frank Rijkaard ustawił go w Barcelonie na prawym skrzydle. Leo zawsze stosuje się do poleceń szkoleniowca, gra tam, gdzie mu każą. Nie ma dla niego znaczenia, kto jest trenerem. Nigdy się nie skarży. Zawsze taki był”.

„W życiu liczą się trzy kwestie: misja, wizja i wartości – stwierdza Liliana Grabín, znana argentyńska psycholog sportu. – Po ojcu dziedziczy się sposób, w jaki idzie się przez życie, a także wartości, które się wyznaje. Leo ma w sobie cechy silnej osobowości matki oraz spokój, wyrozumiałość i cierpliwość ojca. Przyznaję, to dość dziwne połączenie, takie yin i yang. Po ojcu Leo odziedziczył również skromność, nadzwyczajną gotowość do poświęceń i godną podziwu nieustępliwość”.

Leo jest jednak także wytworem wyobrażeń swego ojca. Jorge powiedział kiedyś, że najwspanialsze, czego może doświadczyć człowiek, to usłyszeć, jak skandują twoje nazwisko. Gdy ktoś ma takie marzenia, przekazuje je swoim dzieciom. Jorge miał wizję. Gdy dostrzegł u Leo talent, gdy zobaczył, jak syn gra, zapragnął, by wyróżniał się na tle rówieśników. Syn zawsze chce się przypodobać ojcu i zawsze będzie dążył do tego, by spełnić jego oczekiwania. Wizja, nastawienie. To wszystko ważne elementy życia. Jorge wskazał mu drogę: możesz stać się piłkarzem.

„W rodzinie Messich liczyły się wartości, wizją była przyszłość, a misją gra w piłkę. Jorge miał wizję, tak samo jak cała rodzina. Jasne, że Leo był utalentowany, ale jego rodzice mieli wizję, że należy podążać drogą, która pozwoli ten talent wykorzystać i rozwinąć” – wyjaśnia Grabín.

Później Jorge pomagał Lionelowi iść raz wyznaczonym szlakiem, wcielając się w rolę jego trenera, doradcy, a nawet menedżera. Stał się więc dla Leo tatą oraz menedżerem. Niespecjalnie się przejmując podziwem, który powszechnie budził Leo, ojciec raczej szczędził mu pochwał. Wolał być dla syna głosem rozsądku. W razie potrzeby przypominał mu o wartościach związanych z ideałami, w które wierzył. Przez cały czas dbał o to, aby Leo twardo stąpał po ziemi – zwłaszcza wtedy, gdy nadmiar sukcesów mógłby go zdekoncentrować i odwrócić jego uwagę od wizji kariery jako takiej. Jak przekonamy się niebawem, negatywny scenariusz wcale nie był tak bardzo nierealistyczny.

Jorge od samego początku był ojcem, przewodnikiem, zwierciadłem, mentorem, przeciwwagą i bohaterem dla Lionela – kimś, kogo warto naśladować i przeciw komu od czasu do czasu trzeba się zbuntować, wiernym towarzyszem życiowej podróży. Jorge to ktoś, komu Leo ufa bezgranicznie i w kim pokłada niewzruszoną wiarę.

To właśnie Jorge uznał, że czas rozstać się z Grandoli. Cała rodzina chodziła oglądać mecze z udziałem Matíasa i Leo, ale pewnego razu nie mieli pieniędzy na bilety. Jorge poprosił, aby ten jeden raz wpuszczono ich za darmo. Spotkali się z odmową.

Leo zagrał w tamtym spotkaniu, ale po raz ostatni miał wtedy na sobie koszulkę Grandoli.

Wspomnieniami na temat Leo dzieli się również jego nauczycielka Mónica Dómina. Uczyła Lionela w klasach jeden–cztery, czyli na pierwszym etapie edukacji w szkole podstawowej w Las Heras. Uczęszczały tam dzieci w wieku od sześciu do ośmiu lat.

[…] trzeba przyznać, że był bardzo cichym chłopcem. Tak to już niestety jest, że zawsze najlepiej pamięta się urwisów, tych, którzy sprawiają problemy. Leo był spokojny, grzeczny, czasem wręcz zamknięty w sobie. Nie chciał okazywać uczuć. Należał do chronionych dzieci. Chcę przez to powiedzieć, że inne dzieciaki się nim opiekowały, choćby Cintia. Łączyła ich pewna więź. Chodzili do jednej klasy, a ona zachowywała się trochę jak jego matka. Była od niego dwukrotnie wyższa, ale to dlatego, że on był taki mały. Wyglądał jak przedszkolak. Miał przy tym taką radosną twarzyczkę… W sumie – taką jak teraz. Człowiek aż ma ochotę go wyściskać! Wtedy działało to nawet mocniej. W tamtych czasach nauczycielka była drugą matką. Dzisiejsi nauczyciele nie znają tego uczucia… Młodym dziewczętom brak już instynktu macierzyńskiego, który w nas tkwił. Pracowałyśmy inaczej. Brało się takiego malca jak Leo na kolana i otaczało troską. Dzisiaj takie rzeczy się nie zdarzają. A przecież on przypominał dziecko, prawdziwe maleństwo. Miało się ochotę go podnieść, posadzić obok siebie i z nim gawędzić.

Był bardzo otwarty, a jednocześnie niezwykle małomówny. Doskonale pamiętam jednak pewną rzecz: próbowałam go przekonać, żeby się więcej odzywał. Robiłam to w wolnym czasie i podczas dodatkowych lekcji, poświęconych przykładowo na rysowanie. Wtedy miałam go tuż obok siebie, ale on i tak się nie odzywał. Mówił tylko »tak« lub »nie«, nic innego nie dało się z niego wydusić. Ale gdy pytałam go o różne rzeczy związane ze szkołą, na przykład sprawdzałam jego umiejętności z matematyki albo rozumienie wypowiedzi, odpowiadał. Wtedy przestawałam się o niego martwić.

Leo siedział w pierwszym rzędzie, ale był bardzo nieśmiały. Aktywne uczestnictwo w zajęciach przychodziło mu z trudem. Robił, co do niego należało, ale nie błyszczał na tle kolegów. Uczył się nieźle, zawsze umiał wystarczająco, by zaliczyć sprawdzian, wszystkie zadania oddawał na czas.

My, nauczyciele, próbowaliśmy mu pomagać, a on starał się jak mógł. Nie chcę przez to powiedzieć, że był niezbyt zdolny. Nic z tych rzeczy. On po prostu nie chciał się dużo uczyć, interesowało go co innego. Pragnął grać w piłkę.

Był normalnym chłopcem, choć oczywiście nie był wybitny. Zachowywał się odpowiedzialnie i robił to, co do niego należało, najlepiej jak umiał. Nie uczył się za wiele. W siódmej klasie odebrał świadectwo z ogólną oceną dobrą. Wychowawca pozwolił zrobić zdjęcie tego dokumentu do gazety, można było zobaczyć wszystkie jego oceny. Był jednym z najlepszych uczniów z wuefu, dobrze radził sobie też na zajęciach technicznych i na muzyce. Jeśli chodzi o język hiszpański i matematykę, dostawał dwójki czy trójki, a więc był po prostu przeciętny.

Gdy zobaczyłam go po raz pierwszy, grał akurat w piłkę na szkolnym boisku. Przejął futbolówkę gdzieś głęboko na swojej połowie i zawzięcie dryblował. Chłopcy nie zawsze mieli ze sobą piłkę, czasami grali na przykład pozwijanymi skarpetkami, foliowymi torbami, żelowymi kulkami, czym tylko się dało.

Zwykle jednak była to piłka. Nauczyciel wychowania fizycznego miał specjalną szafkę, z której chłopcy mogli ją pożyczać, czasem ktoś przynosił własną. Wiedzieli, czy nauczyciel wuefu jest dziś w szkole, czy go nie ma, a gdy go nie było, piłkę wypożyczał im jakiś inny belfer.

W tamtych czasach można było pożyczyć dzieciakom piłkę. Dzisiaj się już tak nie da. Dziś piłka posłużyłaby do tego, żeby przywalić koledze w głowę. Wtedy liczebność grupy nie miała większego znaczenia. Mogła być ich setka, a i tak byśmy się dogadywali. Wtedy dzieciaki wzajemnie o siebie dbały, w związku z tym pozwalaliśmy chłopcom grać.

Przyjaciele upatrywali w nim swego rodzaju lidera. Na klasowych zdjęciach zawsze był ustawiany w samym środku, wszyscy go kochali, naprawdę. Czekali na niego: „Chodź, zagramy!”. Podziwiali go, ponieważ błyszczał. Przebiegał całe boisko i nikt nie był w stanie za nim nadążyć. Był jak pchła, jak lalka. Cieszył się grą i dawał radość innym.

Nigdy nie płatał psikusów innym, ale po jego oczach było widać, że to taki chłopiec, który robi, co chce. Wydaje mi się, że w jego rodzinie… Zawsze chciałam zapytać jego matkę, jaki był w domu. W szkole zachowywał się bardzo poprawnie, ponieważ nie chciał utracić możliwości gry w piłkę. Podczas lekcji był niezwykle spokojny, kiedy jednak rozlegał się dzwonek, wybiegał na zewnątrz, prowadząc za sobą całą resztę.

Wszyscy zbierali się w dużej sali, gdzie stawiali dwie bramki. Okropnie chcieli grać. W trakcie przerw rozgrywali mistrzostwa.

Kiedyś wyglądało to tak: 40 minut lekcji, 15 minut przerwy na grę w piłkę, 40 minut lekcji, kolejna przerwa z piłką w tle. Teraz lekcja trwa godzinę, a po niej następuje zwyczajna przerwa. Tamci chłopcy korzystaliby z tej długiej przerwy, żeby pokopać. Przecież po to były im te przerwy. Rozgrywali wtedy minimecze. Może na pierwszej przerwie grali jedną połowę, a potem drugą?

Leo wychodził na ten kwadrans razem z innymi chłopcami i wtedy stawał się zupełnie innym dzieckiem. Czy grali siedmiu na siedmiu, czy wszyscy na wszystkich, on i tak w końcu dopadał piłkę i rozpoczynał własny mecz, w ramach którego ciągał ich wszystkich za sobą po całym boisku. Tu nie chodziło o grę w piłkę, ale o drybling… On już wtedy trenował w… – jak to się nazywa…? – w szkółce piłkarskiej. Wiele innych dzieci z naszej szkoły również było w takich szkółkach.

Zawsze powtarzam, że gdy jego matka przyszła do szkoły ze zdobytymi przez niego trofeami i zatrzymała się w drzwiach prowadzących do klasy, tak dumna, jak każda matka w jej sytuacji, nie chciał, żeby wchodziła do środka. Nie chciał, żeby opowiadała o jego dokonaniach. Już od najmłodszych lat nie chciał pokazywać światu tej strony swojej osobowości. Grał w piłkę, ponieważ to lubił, ponieważ było to jego pasją, podobnie zresztą jak teraz. […] Nie zamierzał udowadniać, że jest najlepszy. Wiedział o tym i to mu wystarczało. Zawsze chciał być traktowany jak każdy inny dzieciak, nie zamierzał się wyróżniać. Pozostał taki do dziś.

Anioł. Mam na myśli to, że jako człowiek jest aniołem. Ciągle spotykam jego matkę w pobliskim supermarkecie. Nie chodzi po mieście i nie epatuje tym, że, no wiecie, jest matką Messiego. Wygląda jak każda inna kobieta, ubiera się skromnie, nic krzykliwego. Znam matki innych piłkarzy. Niektóre z nich, no cóż… zachowują się trochę na zasadzie „Jeeeeesteeeeeem maaaaatkąąąąą teeeegoooo…”. To prawdziwa dama, prosta i dobra, taka jak on. Przecież on też nie chodzi i nie chwali się wszystkim wokoło: „Mam tyle i tyle milionów”. Nie. Prowadzi proste życie, podejrzewam, że najprostsze z możliwych. Był taki od zawsze. Kiedyś też nie przechwalał się liczbą strzelonych bramek. A przecież tak wielu chłopców zabiega o uwagę: „Proszę pani, widziała pani? Ja, ja, ja…”. On w ogóle taki nie był. Cała rodzina, jego matka, właśnie tak go wychowywali, w ten sposób zachowywali się w domu. To dlatego w szkole był taki cichy i introwertyczny.

Mały Leo nie miał daleko do szkoły w Las Heras. Wychodził z domu z piłką przyklejoną do nogi, kierował się w stronę muru otaczającego wojskowe koszary, a potem szedł przez boisko w kierunku ulicy Buenos Aires, dokładnie tam, gdzie łączyła się ona z placem Juana Hernándeza. Na jednej ze ścian tego zadrzewionego skweru z ławkami i trawą wyrastającą spomiędzy płyt chodnikowych stała niewielka biała szkoła z zakratowanymi oknami. To jedna z tych nielicznych placówek, w których dzieci są grzeczne, co można zresztą powiedzieć o całej okolicy, w przeciwieństwie do samego Rosario. Mónica Dómina pewnie by się z tym nie zgodziła. Największą wartość ma nie budynek szkoły, lecz kultura i wartości, które się za nim kryją. Przekraczając próg szkoły, dziecko wie, jakiego zachowania się od niego oczekuje, jakie wartości musi sobie przyswoić i wyznawać. Dzieci dowiadują się tam, jak duże znaczenie ma przynależność do lokalnej społeczności, uczą się pracować nad sobą i działać zespołowo. W czasach Leo była to naprawdę dobra szkoła publiczna.

Dziedziniec prowadzący do sali, z łukiem zdobiącym wejście i rosnącym pośrodku drzewem, był tak mały, że ledwie dało się tam żonglować piłką albo grać na jedną bramkę. Z tego względu chłopcy woleli chodzić w miejsce, które dziś znajduje wiele różnych zastosowań.

„W szkole jest sala ogólna. Odbywają się w niej zbiórki, ale gdy uczył się tam Leo, pomieszczenie jeszcze nie istniało. Była tam wówczas mała pusta przestrzeń, gdzie dzieciaki miały mnóstwo miejsca, żeby pobiegać albo w coś pograć – opowiada Diana Torreto, która uczyła sześcioletniego Leo. Głos łamie jej się ze wzruszenia na wspomnienie »Pchły«. – „Chodziliśmy z dzieciakami na małe boisko. Do dziś z rozbawieniem wspominam, jak wszyscy chłopcy biegali za piłką i nikt nie był w stanie mu jej odebrać. Przychodzili do mnie w końcu i skarżyli się: »Proszę pani, on w ogóle nie chce podawać«. Po prostu nie umieli mu jej odebrać!”.

„Był bardzo szczęśliwym chłopcem – pani Torreto kontynuuje opowieść. – Owszem, był raczej introwertykiem, ale szczęśliwym. Zawsze z uśmiechem na twarzy i mnóstwem przyjaciół. Był bardzo popularny wśród rówieśników. Rodzina ciągle go wspierała, matka zawsze pytała, co jej syn robi w szkole, ponieważ w domu sporo łobuzował. Chciała wiedzieć, czy w szkole też się tak zachowuje”.

Był więc Leo z piłką, Leo w domu i Leo w szkole. Jeden Leo w sali lekcyjnej i zupełnie inny Leo – wolny, rywalizujący z innymi – na szkolnym boisku. Posłuchamy dalszej części rozmowy z Dianą:

– Dlaczego jego rodzina, szkoła, rówieśnicy, dosłownie wszyscy chcieli go chronić? Skąd się brała ta potrzeba?

– On sam w pewien sposób rozbudza w innych instynkt opiekuńczy. Jakby potrzebował uwagi i troski innych. Pewnie dlatego miał tak wielu przyjaciół. Kumple bardzo go lubili. Szczerze go podziwiali za niesamowitą umiejętność panowania nad piłką. Był urodzonym liderem. Sam mógł o tym nie wiedzieć, ale inni to w nim dostrzegali. Tkwiła w tym zresztą pewna sprzeczność, ponieważ w sali lekcyjnej był cichym chłopcem. Ale koledzy zawsze za nim podążali. To on organizował mecze, to on wciągał ich w to, co kochał, czyli w futbol.

– Ten przeskok od introwertyzmu do przywództwa jest w sumie dość niesamowity…

– Owszem, można powiedzieć, że tkwiło w nim dwóch różnych chłopców.

– Gdyby Leo nie był wielkim Messim, gdyby nie został zawodowym piłkarzem, to co by się z nim dzisiaj działo?

– Sądzę, że byłby z rodziną. Pewnie założyłby też swoją rodzinę, tak jak to zresztą zrobił. Jesteśmy z niego bardzo dumni i mamy nadzieję, że któregoś dnia przywiezie tu Thiago i pokaże mu szkołę, do której chodził. Wszyscy nauczyciele na to liczą. Tak, sądzę, że gdyby nie piłka, byłby dziś typowym rodzinnym człowiekiem… Bardzo się wzruszam, gdy o nim opowiadam.

Rok 1993, Leo ma sześć lat, rodzi się María Sol. […] Ma kłopoty z przystosowaniem się do szkolnych warunków, nie przestrzega zasad higieny, nie stara się, nie radzi sobie z pracami ręcznymi, muzyką, pisaniem i fizyką.

Rok 1994, pod opieką Móniki Dóminy. Ma kłopoty z przystosowaniem się do warunków szkolnych, nie wykazuje się kreatywnością, nie stara się.

Rok 1995, Leo ma osiem lat, […] olbrzymie postępy. Bardzo dobry z matematyki. Bardzo dobry w pisaniu, nie ma najmniejszych problemów z wyrażaniem się. Ani jednej złej oceny. Cintia bardzo mu pomogła. „To jakby jego przedłużenie, są nierozłączni” – mówi Dómina. Najwyższa ocena z wychowania fizycznego, bardzo dobre zachowanie.

(Fragmenty zaczerpnięte z książki Messi: El Tesoro del Barça

autorstwa Toniego Frierosa)

Leo korzystał z opieki dorosłych i rówieśników. Wszystko dlatego, że był mały. Dlatego że świetnie radził sobie z piłką. Dlatego że był dobrym dzieciakiem. Dlatego że był synem albo synem znajomych. Dlatego że tak pięknie się uśmiechał. Dlatego że trzymał się od innych na dystans. Nie był nieśmiały, lecz introwertyczny, czasami wręcz krył się przed światem. Nikt nie stawał mu na drodze, nikt go nie denerwował. Przynajmniej nie w szkole – zdobył tam sobie sympatię dosłownie wszystkich. Gdy ma się osłonę w postaci przychylnego otoczenia, łatwiej rozwijać się zarówno pod względem piłkarskim, jak i w życiu osobistym.

Wszystkie dzieci przechodzą w szkole czas próby, który nie ma nic wspólnego z nauką. W grupie zawsze znajdzie się ktoś agresywny, nie da się tego uniknąć. Dzieciństwo bywa naprawdę trudne. Trzeba się postarać, aby wyjść z takich sytuacji obronną ręką. Leo dobrze grał w piłkę, a to przyciągało do niego ludzi. Dzięki temu czuł się szanowany, kochany, potrzebny i chroniony. Był mały i doskonale o tym wiedział, ale pozostali jakoś nie zwracali na to uwagi, ponieważ Leo robił olbrzymie wrażenie na wszystkich, którzy z nim grali albo którzy tylko tę grę obserwowali. Nikt nigdy mu nie dokuczał. Chłopcy bili się o to, żeby występować z nim w jednej drużynie, przynależność do zespołu Leo dawała bowiem gwarancję wygranej. Lepiej było wygrywać na szkolnym boisku, niż przegrywać, ponieważ gorycz porażki odczuwało się do końca dnia. Gdy starszym chłopcom brakowało zawodnika, zawsze zgłaszali się po Leo, ponieważ wiedzieli, że pomoże im odnieść zwycięstwo. Leo wyświadczał im tę przysługę, brylując na boisku… choć nie poza nim. Do dziś zresztą pozostaje raczej człowiekiem czynu niż słowa.

Nie mogło jednak chodzić wyłącznie o futbol. Nauczyciele nie powinni dopuścić do tego, by pasja do gry na szkolnym boisku pozwoliła dzieciakom zapomnieć, że czas zabawy kiedyś się kończy. Nauczyciele musieli jakoś odrywać Leo od piłki. Było to wyzwanie podejmowane przez nich codziennie od nowa, ponieważ Messiego łączyła z piłką niewidzialna, ale bardzo wyraźna więź.

– Czy dzisiaj nauczyciele wskazują Messiego jako przykład?

Na pytanie odpowiada Cristina Castañeira, nowa dyrektor szkoły w Las Heras, która nie znała Leo i która obserwuje fenomen jego ciągłej obecności w tej placówce z pewnym dystansem i zaskoczeniem.

– Nie wiem, nie wiem… Właściwie każdy, kto pojawia się w tej szkole, słyszał o Leo, wszyscy wiedzą, że on tu chodził. Nie wiem, czy widać to na pierwszy rzut oka, ale niewątpliwie ma to znaczenie. Kieruję teraz szkołą, spróbuję więc chyba zorganizować jakiś kącik Messiego, takie miejsce, w którym mogłyby wisieć wycinki prasowe na jego temat. Na razie nic takiego tutaj nie ma.

– Myśli pani, że to dobre dla uczniów, taki specjalny kącik poświęcony Leo w szkole?

– Nie wiem, ale tak wiele rzeczy robi się tu z jego nazwiskiem na ustach…

– Czyli uważa pani, że należy zrobić coś szczególnego, co stanowiłoby wzór do naśladowania i motywowało uczniów…

– Czy ja wiem…? Tak to już u nas jest… W kulturze argentyńskiej istnieje coś takiego… Bardzo przychylnie odnosimy się do…

– Legend, mitów…

– Tak, dokładnie tak. Sukces Messiego nie stanowi elementu programu nauczania, ale warto mieć coś takiego, co moglibyśmy pokazać ludziom z zewnątrz. Może nawet jemu samemu, jeśli kiedyś postanowi znów nas odwiedzić – bywał już przecież u nas. Pracuję w tym zawodzie od 30 lat i zawsze przestrzegam obowiązujących procedur. W tym przypadku można odnieść wrażenie, że robię coś niezgodnego z regulaminem, ale to chyba mało istotne. Nie można być aż tak sztywnym. Nie sądzę, aby moi przełożeni mieli przyklasnąć temu pomysłowi, ale też nie o to w tym chodzi. Chodzi o to, żeby powstał kącik Messiego, który będzie przypominał o nim uczniom.

– Leo, przynajmniej ten znany opinii publicznej, stanowi uosobienie wielu cnót.

– Oczywiście, to przede wszystkim. Jest kimś, z kogo można być dumnym. Messi uosabia te wartości, które chciałoby się zaszczepiać innym.

– Jeden z moich argentyńskich znajomych stwierdził, że władze kraju powinny raz w miesiącu kontaktować się z Messim i prosić, żeby powiedział publicznie, że „należy myć zęby”. Wtedy wszyscy zaczęliby je nagle myć. Mógłby też mówić, że „w szkole trzeba być grzecznym”, a wtedy z dnia na dzień zmieniłby się cały kraj. Nie wiem, czy wywarłby aż tak silny efekt…

– Owszem, mógłby to zrobić…

Gdy po szkole babcia prowadziła Leo na trening, szli przez koszary. W przyszłości pewnie staną w tym miejscu jakieś biurowce, kto wie, albo być może – skoro niedawno Rada Miejska wydzierżawiła pobliskie tereny rodzinie Messich – powstaną tu boiska treningowe, na których będą ćwiczyć mali piłkarze mający podobne marzenia jak Leo.

Jeśli Messi nie szedł akurat na trening, spotykał się z kolegami z okolicy, między innymi z Diego Vallejosem: „Często coś razem robiliśmy. Zawsze była jakaś nowa sztuczka, której można się było nauczyć, coś do wypróbowania, coś do zrobienia. Nie byliśmy złośliwi, czasem jednak zdarzało nam się zniszczyć podczas gry jakiś kwietnik, a bramy służyły nam za bramki… Bawiliśmy się pistoletem pneumatycznym… Wyczynialiśmy różne rzeczy. Jakieś 200 metrów od domu Leo po lewej stronie ulicy znajdował się pusty skrawek ziemi. Dla nas to było argentyńskie Camp Nou. To właśnie tam Leo stawiał pierwsze kroki z piłką. Tam graliśmy, tam biegaliśmy, tam się wychowywaliśmy, to było nasze miejsce”.

Leo wykorzystywał metalowe drzwi pobliskiego sklepu Fragotti’s, żeby odbić od nich piłkę i ominąć jednego z kolegów. Różnica wieku nie była wtedy tak wyraźna. Dzieciaki nie miały zbyt wielu ograniczeń poza tymi narzucanymi przez rodziców i nauczycieli.

„Cięliśmy druciane ogrodzenie [starych koszar], żeby móc grać, więc wojskowi co jakiś czas nas przeganiali, ponieważ oficjalnie nie mieliśmy tam wstępu – wspomina Walter Barrera, kolejny sąsiad Leo. – Szkopuł w tym, że tamten teren idealnie nadawał się do gry w piłkę, porastała go bowiem idealna trawa, a poza tym nikt nigdy tamtędy nie chodził. Czasami brali nas z zaskoczenia podczas meczu, łapali i prowadzili do koszar. Mieli tam coś na kształt celi. Nigdy nikomu nic się oczywiście nie stało. Wpuszczali nas jednymi drzwiami i natychmiast wypuszczali drugimi tylko po to, żeby napędzić nam stracha”.

Leo kończył podstawówkę w Las Heras. Potem chodził do szkoły średniej im. Juana Mantovaniego przy Avenida Uriburu, także niedaleko od domu. Już po czterech miesiącach miał ją jednak opuścić. Jego przyszłość kryła się z dala od wszystkiego, co znał. W nowej szkole nie było już u jego boku Cintii, nieodłącznej towarzyszki. Zmiany zaczęły dotykać samego Leo i jego najbliższych.

Messi wspiera finansowo swoją pierwszą szkołę. W minionym dziesięcioleciu przekazał placówce równowartość jej dwóch rocznych budżetów. W 2005 roku pojawił się tam z wizytą. Syn jednego z nauczycieli grał kiedyś z Leo w piłkę, więc wykorzystał znajomość i zaprosił piłkarza na obchody rocznicy szkoły. Messi pojawił się na uroczystościach. Nie był wtedy jeszcze tak znany jak dzisiaj, ale mimo to swoją obecnością uświetnił imprezę. Dwa lata później pojawił się tam znowu, jakoś pod wieczór. Pragnął spotkać się ze swoim kuzynem Bruno Biancucchim. Była to niespodziewana wizyta, Leo wszedł do szkoły ze spuszczoną głową, kryjąc się za plecami ciotki Marceli. Potwornie się wstydził.

Nagle w jego głowie jakby coś przeskoczyło. Zaczął rozmawiać z dzieciakami. Chodził po salach, ściskał się z ludźmi, rozdawał autografy i pozwalał się fotografować. Dla uczniów i ich rodziców były to trzy pamiętne godziny w szkole, w której – jak się wydaje – nigdy nic się nie dzieje, jeśli nie liczyć przerw.

Jeden z pierwszoklasistów, a więc chłopiec w wieku pięciu lat, nie więcej, powiedział do swojego rówieśnika, a w każdym razie do dziecka mniej więcej tego samego wzrostu, ubranego w taki sam szkolny mundurek: „Uszczypnij mnie”.

[1] Aktualnie Gerardo Martino jest selekcjonerem reprezentacji Argentyny (przyp. red.)

[2] Jedna z argentyńskich prowincji, położona na północnym wschodzie kraju, graniczy z brazylijskim regionem Rio Grande do Sul (przyp. red.).

Messi

Copyright © Guillem Balagué 2013

First published in Great Britain in 2013 by Orion

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Bartosz Sałbut 2015

Redaktor prowadzący – Tomasz Lasota, Michał Rędziak,

Przemek Romański, Patrycja Talaga

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak, Joanna Mika

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Alexander Hassenstein / UEFA

/ Getty Images

Fotografia na IV stronie okładki – S. Lau / Corbis / Profimedia

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani

w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-358-7

ISBN MOBI: 978-83-7924-357-0

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Przedmowa – Alejandro Sabella

Wprowadzenie – Gdzie jest Leo?

Część pierwsza. W Rosario Rozdział 1. „Leo, podaj!”. Leo nie podawał nigdy

Rozdział 2. Czekając na Leo

Rozdział 3. Żegnaj, Leo

Część druga. W Barcelonie Rozdział 4. Lądowanie w Barcelonie. No dobra, w Rosario, czyli w Barcelonie

Rozdział 5. Droga na szczyt

Rozdział 6. Zostać mistrzem

Rozdział 7. Frank Rijkaard. Wzlot

Rozdział 8. Frank Rijkaard. Upadek

Rozdział 9. Leo nie jest urodzonym geniuszem. Nikt nim nie jest

Rozdział 10. Być Maradoną nie jest łatwo

Część trzecia. Na szczycie Rozdział 11. Bicie rekordów

Rozdział 12. Dokąd zmierza Leo?

Rozdział 13. Mistrzostwa świata Messiego. W końcu

Rozdział 14. Thiago. Definitywna dziesiątka

Osoby dramatu

Bibliografia

Podziękowania

Posłowie do polskiego wydania – Krzysztof Stanowski

Zdjecia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cristiano Ronaldo. Biografia Messi. Biografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia