Steven Gerrard. Autobiografia legendy Liverpoolu

Steven Gerrard. Autobiografia legendy Liverpoolu

Autorzy: Steven Gerrard Donald McRae

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 27.93 zł

Starali się o niego najbogatsi. Odmawiał Realowi Madryt, Bayernowi Monachium i Chelsea. Odrzucił nawet opiewającą na 13,5 miliona euro ofertę z Kataru. Wszystko po to, by pozostać wiernym Liverpoolowi. Nawet jeśli miało to oznaczać brak upragnionego mistrzostwa Anglii… Dzięki tej postawie stał się symbolem The Reds i zyskał dozgonny szacunek kibiców na całym świecie. W tej książce Steven Gerrard opowiada historię swojego życia i podsumowuje 17 sezonów spędzonych przy Anfield. Błędy transferowe Rafy Beníteza. Spóźnialstwo Mario Balotellego. Nakłanianie do pozostania w klubie Luisa Suáreza i Fernando Torresa, derby Liverpoolu z wstydliwą kontuzją i wyjście na miasto, które skończyło się dobą spędzoną w areszcie. Nieważne, czy kibicujesz Manchesterowi United, Arsenalowi, czy FC Barcelonie. Autobiografia TEGO piłkarza to pozycja obowiązkowa każdego fana futbolu.

Dla mojej rodziny i przyjaciół

prolog

Wyślizgując się z rąk

Liverpool

Niedziela, 27 kwietnia 2014

Siedziałem z tyłu samochodu i czułem, że łzy spływają mi po twarzy. Nie płakałem od lat, ale w tym momencie, w drodze do domu, nie mogłem się powstrzymać. Łzy ciągle napływały mi do oczu podczas tego słonecznego wieczoru w Liverpoolu. Było bardzo cicho, a my oddalaliśmy się od Anfield. Nie pamiętam, ile trwała podróż. Nie jestem w stanie wam nawet powiedzieć, czy ulice były pełne samochodów, czy nie. W środku coś mnie dobijało.

Godzinę wcześniej chciałem zniknąć w czarnej dziurze. Graliśmy u siebie mecz, który mógł zadecydować o mistrzowskim tytule. Wcześniej pokonaliśmy w domu Manchester City, bezpośrednich rywali do mistrzostwa. Mieliśmy na koncie 11 zwycięstw z rzędu. Tylko jedna wygrana dzieliła nas od tego, żeby Liverpool mógł być prawie pewny pierwszego mistrzostwa Anglii od maja 1990 roku.

24 lata wcześniej, właśnie w maju, kończyłem dziesięć lat, a drużynę, której kibicowałem z moim tatą, prowadził Kenny Dalglish. Jej kapitanem był Alan Hansen. To był również zespół McMahona i Molby’ego, Beardsleya i Rusha, Whelana i Barnesa.

Jako chłopiec, który w wieku ośmiu lat dołączył do Akademii Liverpoolu, marzyłem o wygraniu ligi przed The Kop[1]. Mój debiut przypadł na rok 1998. Miałem wtedy 18 lat i nie wiedziałem, jak będę się czuł jako 33-letni mężczyzna płaczący na tylnym siedzeniu samochodu.

Byłem sparaliżowany, zupełnie jakbym stracił kogoś bliskiego.

Nie próbowałem nawet powstrzymywać łez. Wydarzenia z tego popołudnia ciągle rozgrywały się w mojej głowie.

W ostatniej minucie pierwszej połowy meczu przeciwko przebiegłej Chelsea, którą José Mourinho nastawił tak, by przerwać nasz marsz ku chwale, coś się stało. To było proste podanie w moim kierunku w pobliżu połowy boiska. Pozornie nic nieznaczący fragment meczu, chwila ciszy w czasie naszej pogoni za tytułem. Ruszyłem do piłki. Przemknęła mi pod stopą.

Wtedy nastąpił ten moment. Poślizgnąłem się. Upadłem na murawę.

Piłka potoczyła się dalej i Chelsea rozpoczęła niszczycielski atak. Pozbierałem się z murawy i biegłem ile sił w nogach. Goniłem Senegalczyka Demba Ba, jakby od tego zależało moje życie. Wiedziałem, że go nie dogonię. To był beznadziejny pościg. Nie byłem w stanie go zatrzymać.

Ba strzelił gola. Było po wszystkim. Mój błąd okazał się bardzo kosztowny.

Siedziałem w samochodzie z moją żoną Alex oraz jednym z moich bliskich przyjaciół, Paulem McGrattenem. Zawsze mówię na niego Gratty. Alex i Gratty próbowali mnie jakoś pocieszyć, mówili, że wszystko się może zmienić, że zostało jeszcze trochę meczów do rozegrania…

Ale ja wiedziałem, że los tytułu jest teraz w rękach Manchesteru City i że jego piłkarze to wykorzystają. Nie będzie wielkiego powrotu Liverpoolu. Nie będzie ponownego Cudu w Stambule, kiedy to w 2005 roku przegrywaliśmy do przerwy 0:3 z AC Milanem w finale Ligi Mistrzów, a jednak doprowadziliśmy do dogrywki i zdobyliśmy Puchar Europy po rzutach karnych. Byłem sercem tamtej drużyny. Już wtedy nosiłem kapitańską opaskę. Strzeliłem pierwszego gola, który dał nam nadzieję na dogonienie Milanu. Całowałem i trzymałem puchar Ligi Mistrzów i całowałem go ponownie, zanim zrobił to ktokolwiek inny podczas tej magicznej nocy w Stambule.

Znałem dobrze smak zwycięstwa – tak samo jak poznałem gorycz porażki.

Przegrałem kolejny finał Ligi Mistrzów. Dwa lata później ponownie zmierzyliśmy się z Milanem. Byłem jedynym zawodnikiem, który strzelał gole w finałach Pucharu Ligi, FA Cup, Pucharu UEFA oraz Ligi Mistrzów. Zagrałem ponad 100 razy w reprezentacji Anglii, grałem na mistrzostwach świata oraz na mistrzostwach Europy. Ciągle byłem kapitanem reprezentacji zmierzającej do Brazylii na mój ostatni wielki turniej.

Tymczasem w Liverpoolu wciąż trwa walka o sprawiedliwość dla rodzin naszych 96 fanów, którzy stracili życie podczas tragedii na Hillsborough[2]. Był wśród nich mój dziesięcioletni kuzyn Jon-Paul Gilhooley. Niedawno minęło 25 lat od tej tragedii. Wreszcie zaczęto ujawniać kłamstwa i tuszowanie faktów. Odkrywanie prawdy trwało jednak zbyt długo.

Ciemność i światło, euforia i cierpienie – te wrażenia i uczucia są mi doskonale znane. W moim życiu zawsze szły w parze, osobno i zarazem nierozłącznie, niczym dwa słupki bramki na Anfield.

Liga angielska to zupełnie inna bajka. Chciałem ją wygrać z Liverpoolem tak bardzo, że kiedy straciłem na to szansę, nie mogłem powściągnąć emocji; miasto, które kocham, jakby się rozmyło.

Pokonałem samego siebie. Moje myśli krążyły wszędzie. Zawsze tak miałem, wtedy jednak nie czułem, że jestem wobec siebie zbyt ostry lub zanadto krytyczny. W ciągu całej swej kariery przeżyłem wiele wspaniałych momentów i osiągnąłem sukces wykraczający poza marzenia zafascynowanego piłką nożną chłopca. Grałem w meczach i strzelałem gole na turniejach, które należały do zupełnie innego świata niż Bluebell Estate w dzielnicy Huyton w Liverpoolu, gdzie dorastałem. Robiłem w życiu rzeczy, które oszołomiłyby mnie jako dziecko.

Dałem z siebie Liverpoolowi absolutnie wszystko: podczas treningów, w prawie 700 meczach w barwach klubu, poza boiskiem, jako część drużyny i organizacji, jako członek społeczności i mieszkaniec. Nie mogłem zrobić nic więcej. Wycisnąłem z siebie ostatnie krople ambicji, pragnienia i nadziei. To jednak nie wystarczyło, by Liverpool zdobył upragnione przez wszystkich mistrzostwo.

Zamiast zagrania długiego krzyżowego podania, które ułatwiłoby zdobycie gola, wykonania decydującego wślizgu czy umieszczenia piłki w siatce Marka Schwarzera, co przypieczętowałoby naszą wygraną, wywróciłem się. Chelsea zdobyła drugą bramkę w ostatnich minutach meczu, ale najważniejszym momentem spotkania było moje poślizgnięcie.

Mamadou Sakho zagrywa mi piłkę. Ja tracę równowagę. Wywracam się.

The Kop i całe Anfield śpiewało You’ll Never Walk Alone, lecz wtedy, w samochodzie, czułem się bardzo samotny. Hymn Liverpoolu przypomina ci, żeby trzymać głowę wysoko, kiedy idziesz przez burzę. Przypomina ci, by nie bać się ciemności. Przypomina ci o tym, że kiedy brniesz poprzez wiatr i deszcz, które miotają i rozwiewają twoje marzenia, masz iść z nadzieją w sercu.

Nie miałem wtedy wiele nadziei. Widziałem siebie raczej zmierzającego ku samobójstwu.

Powiedziałem Alex, żeby zadzwoniła do mojego agenta Struana Marshalla, aby ten zarezerwował mi samolot. Musiałem się wyrwać z miasta. Nie mogłem pozwolić, aby moje trzy córeczki widziały mnie tak zestresowanego i załamanego, bo to by je zasmuciło. Musiałem znaleźć się w miejscu, gdzie byłbym tylko ja i Alex. Mógłbym wtedy spróbować pogrzebać gdzieś siedzący we mnie ból.

Słyszałem, jak Alex rozmawiała ze Struanem, wciąż jednak byłem oszołomiony. Samochód przyśpieszył i znów nastała cisza. Pogrążyłem się we wspomnieniach o niesamowitym, ale jednocześnie bardzo bolesnym sezonie, o karierze pełnej miłości i szczęścia. Myślałem o tym, w jaki sposób znalazłem się właśnie w tym miejscu, na tylnym siedzeniu samochodu, z policzkami wilgotnymi od łez. Wiedziałem też, że nigdy już nie będę się czuł aż tak bardzo samotny.

1. Impas

Będąc małym chłopcem grającym każdego dnia w piłkę na Ironside Road niedaleko naszego domu na osiedlu Bluebell Estate, stawałem się Johnem Barnesem. Być może był ode mnie starszy o 17 lat i miał inny kolor skóry, jednakże na tym kawałku betonu, który prowadził wprost pod nasze drzwi wejściowe, ja i najwspanialszy zawodnik Liverpoolu byliśmy klonami.

Na naszej zamkniętej ulicy na osiedlu udawałem, że jestem taki jak Barnes – tak utalentowany, że nikt nie potrafi odebrać mi piłki. Dryblowałem i strzelałem wspaniałe gole mojemu starszemu bratu Paulowi i jego kolegom, którzy byli ode mnie od trzech do pięciu lat starsi. Nie przebierali w środkach przy odbieraniu mi piłki, więc często lądowałem na ziemi, rozwalając sobie kolana. Nic sobie z tego jednak nie robiłem, wstawałem i znów byłem Johnem Barnesem na ulicy, która miała dla mnie większe znaczenie niż boisko piłkarskie.

Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że między mną a Barnesem są podobieństwa. On nosił koszulkę z numerem 10 w Liverpoolu, a my mieszkaliśmy pod numerem 10. Obaj kochaliśmy piłkę. Obaj kochaliśmy Liverpool, choć Barnes trafił na Merseyside z Jamajki przez Watford, a ja się tutaj urodziłem.

Byłem małym, szczupłym dzieckiem. Równie często, jak Johnem Barnesem – wprawdzie bez wąsów, ale za to z taką samą liczbą strzelonych goli – bywałem też Peterem Beardsleyem; próbowałem dryblować i podawać, brakowało mi tylko jego akcentu z Newcastle. Byłem też Ronniem Whelanem, zrównoważonym liderem pomocy, albo też Steve’em McMahonem, twardym gościem i mistrzem panowania nad piłką, z takim samym scouserskim[3] akcentem jak ja. Ćwiczyłem triki McMahona, kiedy biegałem przy linii bocznej. Mogłem to robić bez wytchnienia. Gwiazdy Liverpoolu należały do mnie, a ja stawałem się nimi w wyobraźni podczas meczów na Ironside Road, kiedy to moi przeciwnicy byli więksi i silniejsi ode mnie. Ale pokonywałem ich dzięki determinacji.

Miałem osiem lat, kiedy dołączyłem do szkółki Liverpoolu. Mój tata jeździł ze mną do nieistniejącego już centrum sportowego Vernon Sangster mieszczącego się w Stanley Park i obaj byliśmy z tego powodu niesamowicie dumni. Ubierałem się w czerwone barwy drużyny i nie obchodziło mnie, że ja i tata musieliśmy dojeżdżać dwoma autobusami w deszczu i zimnie, a zimą również w śniegu. Czułem się wtedy tak, jakby każdy dzień był pełen słońca.

Wciąż jednak byłem dzieckiem i kiedy czułem się zmęczony, tata zawsze starał się podnosić mnie na duchu. Bywały dni, kiedy przychodziłem do domu po szkole i mówiłem, że jestem zbyt wykończony, żeby jeszcze tłuc się dwoma autobusami do centrum sportowego, ale tata szybko ustawiał mnie do pionu. Przypominał mi, że nigdy nie mogę być zbyt zmęczony dla Liverpoolu.

– Dalej, przebieraj się, uczesz i jedziemy – mówił. Do czasu dojazdu do centrum sportowego czułem się ponownie naładowany.

Nigdy nie przestałem kochać Aldridge’a, Barnesa, Beardsleya, McMahona, Whelana i innych, lecz lata mijały i wraz z nimi zmieniali się moi boiskowi idole na Anfield. Ilekroć widziałem Robbiego Fowlera w ataku Liverpoolu i jego magiczną koszulkę z numerem 9, stawałem się kolejnym zadurzonym w nim fanem, który marzy, by pewnego dnia móc zagrać z nim w jednej drużynie. Robbie również pochodzi z Liverpoolu i dla nas, młodych chłopców ze szkółki, był bohaterem. Pochodzi z dzielnicy Toxteth i nadano mu przydomek „Bóg”. Wyobrażałem sobie, jak moje podanie otwiera Fowlerowi drogę do bramki. Byłem przekonany, że we dwójkę bylibyśmy na boisku nie do zatrzymania.

To marzenie się spełniło. Nie występowałem z Robbiem wtedy, kiedy znajdował się w najwyższej formie, ale byliśmy kumplami z boiska. Graliśmy razem i dla Liverpoolu, i dla reprezentacji Anglii.

W sierpniu 2013 roku, po 25 latach kariery w Liverpoolu i przejściu wszystkich szczebli w klubie, od juniora do kapitana zespołu wygrywającego w Lidze Mistrzów, wciąż czułem tę samą ekscytację, która przepełniała mnie na Ironside Road i na Anfield. Może miałem 33 lata, ale wciąż byłem fanem. Ciągle kochałem Liverpool FC i gwiazdy klubu, takie jak John Barnes, Robbie Fowler i Luis Suárez.

Podobnie jak w przypadku Barnesa i Fowlera, widziałem też cząstkę siebie w Suárezie. Luis również grał w piłkę na ulicy i przepełniała go ta sama obsesja co mnie. Nieważne, że jeden był z Montevideo, a drugi z Merseyside – podążaliśmy tą samą drogą. Futbol rządził naszym życiem.

Luis dołączył do Liverpoolu 31 stycznia 2011 roku. Podczas swojego pierwszego dnia w Melwood, naszym centrum treningowym, jego fiksacja na punkcie piłki nożnej dosłownie odebrała mi mowę. Luis należy do tych osób, które grają dokładnie tak, jak trenują. Melwood w dżdżysty wtorkowy poranek było dla niego dokładnie takie samo jak Camp Nou w upalny sobotni wieczór. Suárez chciał wygrywać nasze gierki treningowe z taką pasją, jakby grał o trofeum Ligi Mistrzów czy mistrzostwo świata. Jeśli jego drużyna przegrała podczas treningu, wracał do domu zły. Zawsze chciał wygrywać za wszelką cenę.

Uwielbiałem pasję, zaangażowanie i umiejętności techniczne Luisa. W trakcie kariery grałem i trenowałem z wieloma fantastycznymi piłkarzami, ale miałem też świadomość, że i ja się do nich zaliczam. Takie przekonanie jest potrzebne. Zawsze chciałem, aby do Liverpoolu dołączali najlepsi zawodnicy na świecie. Pragnąłem, by wznosili Liverpool na wyżyny, na których znajdował się wtedy, kiedy kopałem piłkę na Ironside Road. Egoistycznie mówiąc, chciałem udowodnić tym wielkim piłkarzom ze światowej półki, że się od nich nie różnię.

Dzięki Luisowi Suárezowi Liverpool i ja mieliśmy taką okazję. Za jego sprawą mogliśmy również rywalizować z napakowanymi pieniędzmi Manchesterem United, Chelsea i Manchesterem City.

Na treningach i podczas meczów Luis ciągle udowadniał, że jest piłkarzem z innej galaktyki. Starałem się wznieść na jego poziom, ale był ode mnie lepszy.

Nie jest łatwo wybrać ulubionego kolegę z drużyny w ciągu 17 sezonów. Kiedy jednak o tym myślę, odpowiedź nasuwa się sama. Na tej liście znajduje się czterech graczy z Liverpoolu i reprezentacji.

Pierwsi trzej pomogli mi stać się lepszym piłkarzem. Wszyscy mówią po hiszpańsku. Każdy z nich wyzwala niesamowite emocje we mnie i w kibicach Liverpoolu.

Fernando Torres. Xabi Alonso. Luis Suárez.

Wayne Rooney, kolejny scouser, choć niebieski nochal[4], który w 2004 roku zamienił Goodison Park, gdzie grał dla Evertonu, na Old Trafford w Manchesterze, zasługuje, by znaleźć się między nimi. Podczas zgrupowań i treningów reprezentacji Anglii oraz meczów kadry Wayne pokazywał ten sam talent i zaangażowanie.

Alonso. Torres. Suárez. Rooney.

Barcelona ma obecnie w ataku Leo Messiego, Neymara i Suáreza. Może mógłbym stworzyć własną orlikową drużynę marzeń: Alonso i Gerrard w środku pola, a z przodu Suárez, Torres i Rooney.

Suárez był prawdziwy. To nie jest wyimaginowany zawodnik z jakiejś drużyny marzeń. Biegał, naciskał na przeciwnika, walczył o piłkę i znów biegał, jednocześnie prezentując niesamowite zagrania i strzelając wspaniałe gole. Gra przez dłuższy czas w jednej drużynie z Luisem to było jak bajka. Suárez oczarował mnie swoim talentem.

Fernando był niemal równie utalentowany, jak Luis. Grałem z nim dwa lata i czułem się niezwyciężony. Zawsze wiedziałem, gdzie Torres jest na boisku, jaki będzie jego następny ruch. Nie jestem urodzoną „dziesiątką”, ale przez te lata Fernando pomógł mi stać się właśnie takim piłkarzem. Mój najlepszy sezon to 2007/08, kiedy to grałem zaraz za Fernando na tej pozycji.

W sezonie 2007/08 miałem imponujące statystyki. Strzeliłem 24 gole i zaliczyłem dziewięć asyst. Za każdym razem, kiedy wychodziłem z Fernando na boisko, byłem pewien, że albo on, albo ja zdobędziemy bramkę i wygramy mecz. To samo czułem z Suárezem i czasami z Rooneyem. Występowałem w reprezentacji Anglii i myślałem, że mamy wielką szansę na zwycięstwo w meczu właśnie ze względu na Rooneya w składzie.

Michael Owen to kolejny wspaniały napastnik. Graliśmy ze sobą razem, kiedy byliśmy młodsi, a dla mnie jako pomocnika Michael był wymarzonym graczem występującym w ataku.

Ostatecznie jednak Luis przebija wszystkich. Szkoda, że nie miałem szansy, by występować z Suárezem, kiedy byłem młodszy i w czasie, gdy znajdowałem się w swojej najlepszej formie. Prawdopodobnie bylibyśmy fenomenalni przez lata. Jeśli chodzi o Luisa, czuję odrobinę żalu tylko z tego powodu.

Oto jeden z przykładów tego, co Suárez dla mnie zrobił. 13 marca 2012 roku strzeliłem trzy gole Evertonowi na Anfield. To był pierwszy hat-trick w derbach Merseyside od 30 lat, od 1982 roku, kiedy to Ian Rush strzelił trzy gole na Goodison Park. Powiedziano mi również, że był to pierwszy hat-trick w derbach na Anfield od 1935 roku. Historia zawsze była częścią mojej miłości do piłki, lecz jeszcze bardziej fascynujące było to, że grałem owego wieczoru w jednej drużynie z Luisem Suárezem.

Zdobyłem wtedy całkiem ładne gole, to fakt, i zapamiętam ten mecz jako mój ulubiony na Anfield – nie tylko ze względu na to, że pokonaliśmy Everton. Uwielbiam wygrywać derby, ponieważ fani Evertonu przez lata niesamowicie mnie wyzywali. Naprawdę mnie obrażali. Strzelić ich drużynie trzy gole było niesamowicie słodką formą rewanżu za to wszystko. Stało się to zaś możliwe dzięki pozbawionej egoizmu magii Suáreza. To naprawdę rzadkie, by tak genialni piłkarze obdarowywali cię asystami i wypracowywali bramki, zamiast je zdobywać. Messi, przy całej swojej wielkości, też posiada ten dar.

Luis nie jest święty i nie jestem pewien, czy zrobiłby to samo dla Daniela Sturridge’a. Pomiędzy Danielem i Suárezem zawsze była nutka rywalizacji, jeśli jednak chodzi o mnie i ten mecz przeciwko Evertonowi, Luis zrezygnował ze swoich zwyczajów i pomógł Liverpoolowi i mnie zagrać po mistrzowsku.

Wszyscy ci ludzie, którzy piętnują Suáreza, a nigdy go nie spotkali osobiście, byliby zdziwieni jego gotowością do niesienia bezinteresownej pomocy oraz poświęcenia dla drużyny. Będzie zasuwał po całym boisku i błyszczał niczym diament. Ustrzeliłem hat-tricka, jednak to Suárez, biegając i absorbując obrońców, dał mi taką możliwość. Wypracował mi dwa gole.

Mam wiele wspaniałych wspomnień związanych z jego grą. Widywałem go codziennie, wiem, jak poświęcał się dla piłki. Nigdy nie odwiedzał lekarzy. To prawdziwy wojownik. Ze względu na tę mentalność oraz odporność, która sprawiała, że nigdy nie opuścił treningu lub meczu, stawiam Suáreza nad Torresem. Suárez strzela gole. Wypracowuje je. Jest twardy. Ciężko się przeciwko niemu gra. Z Luisem Suárezem w drużynie masz szansę pokonać każdego.

Centrum treningowe Melwood, West Derby

Liverpool, sierpień 2013

Za każdym razem, kiedy patrzyłem na Luisa, coś w środku mnie bolało i czułem frustrację. Przez kilka dni miałem takie wrażenie, jakby ktoś mnie torturował. Trenowałem z pierwszą drużyną, a Luis pracował indywidualnie z trenerem od przygotowania fizycznego dwa boiska dalej. Czasami mógł podejść i poćwiczyć, ale tylko wtedy, kiedy kończyliśmy zajęcia. Impas pomiędzy Liverpoolem i Suárezem stawał się nieprzyjemny.

Znajdowałem się między młotem a kowadłem. Po jednej stronie klub z amerykańskimi właścicielami Fenway Sports Group, zarządzanej przez Johna Henry’ego i Toma Wernera, i nasz menedżer Brendan Rodgers. Po drugiej, na końcu boisk treningowych w Melwood, Luis Suárez.

Luis był zły na Fenway. Wściekał się również na Brendana Rodgersa. Był tak zły, że przez tydzień na początku sierpnia nie wysilał się zbytnio na treningach. Próbował coś w ten sposób udowodnić. Zawiódł się na Brendanie, bo był święcie przekonany, że menedżer albo ktoś z góry z Fenway go okłamał.

Luis chce grać tylko w piłkę. Odbijało się to też na mnie, kiedy patrzyłem, jak traci czas na treningach. Ciągle zastanawiałem się, czy ktoś nie kazał mu się tak zachowywać.

Nie wiem dokładnie, kto polecił zawiesić go w treningach z drużyną, ale myślę, że ostatnie słowo należało do Brendana. Rodgers pewnie uważał, że skoro nie może mieć zawodnika, który w pełni skupiał się na zajęciach, to nie potrzebuje go wcale. Rozumiałem to, wciąż jednak czułem, że muszę pomóc w tej sytuacji.

Nieporozumienia między Luisem a Brendanem, między zawodnikiem a klubem narastały. Nie można było znaleźć sposobu, żeby się pogodzili. Konflikt wywołał Arsenal. Po złożeniu pierwszej, absurdalnie niskiej oferty, którą Liverpool odrzucił, londyńczycy zaproponowali za Suáreza 40 milionów plus… jednego funta.

Nie wiedziałem, jaki zapis miał w kontrakcie Luis, ale dziennikarze sugerowali, że znajdowała się w nim klauzula odejścia w wysokości 40 milionów funtów. Ten nędzny funt więcej od Arsenalu miał sprawić, że Liverpool powinien przyjąć tę ofertę. Zaskoczyło mnie zachowanie Kanonierów. Ta oferta była obraźliwa. Uważam, że było to niesamowicie cyniczne. Z reguły Arsenal, posiadając klasowego menedżera w osobie Arsène’a Wengera, znakomitych zawodników i zespół potrafiący grać zgodnie z zasadami, zachowywał się taktownie. Mam wielki szacunek do Arsenalu za to, jak potrafią postępować; wtedy jednak zachowali się inaczej.

Ich pogoń za Suárezem wpędziła w furię naszych właścicieli, a Luis był naprawdę wkurzony na ludzi z Fenway, którzy nie pozwolili mu odejść.

Napięcie narastało w ciągu poprzednich miesięcy. Nie miałem z Luisem aż takiego kontaktu, by wymieniać z nim codziennie SMS-y czy chodzić na obiady po treningach. Wpadaliśmy na siebie, kiedy byliśmy w Melwood. Lubiłem jego charakter, a angielski Urugwajczyka był z dnia na dzień coraz lepszy. Luis i ja mogliśmy pogadać jak facet z facetem, bo darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem.

Siedzieliśmy obok siebie w szatni. Numery naszych strojów treningowych są ułożone w kolejności od 1 do 37 i oczywiście jego siódemka wisiała obok mojej ósemki. Byłem wystarczająco blisko niego, by zagadnąć go wprost:

– Dalej, Luis, powiedz mi, co się dzieje.

Na początku była to tylko zwykła rozmowa. Luis powiedział, że kilka klubów węszy wokół niego albo że chce grać w Lidze Mistrzów.

Kilka miesięcy przed chaosem wywołanym przez Arsenal obawiałem się, że możemy stracić Suáreza. Wiedziałem i widziałem przecież, jak dobrze gra.

Do końca sezonu 2012/13 Luis strzelił 51 goli w 96 występach dla Liverpoolu. 30 z tych bramek było kluczowe dla losów sezonu, w czasie którego poprawialiśmy swoją grę pod wodzą Brendana. Rodgers latem 2012 roku zastąpił Kenny’ego Dalglisha na stanowisku menedżera zespołu. Sytuacja z Suárezem była podobna do tej z Torresem. Kiedy najlepszy zawodnik twojej drużyny gra niesamowicie i strzela gole niemal tydzień w tydzień, wtedy największe kluby w Europie zaczynają przyglądać się jego poczynaniom. A gdy do tego klub nie występuje w Lidze Mistrzów, a jego gwiazda gra tak dobrze, jest się bezsilnym wobec ofert. Nie jest łatwo spławić rywali oferujących zawrotne pieniądze za zawodników pokroju Torresa czy Suáreza.

Sam doskonale wiem, jak to jest być obiektem zainteresowania klubów. W 2005 roku, kilka tygodni po tym, jak poprowadziłem Liverpool do zwycięstwa w Lidze Mistrzów, José Mourinho naciskał na mnie, bym zmienił barwy. Byłem naprawdę bliski podpisania kontraktu z Chelsea. Odwiodła mnie od tego myśl, że w ten sposób odwrócę się plecami do The Reds. Było mi niedobrze, gdy o tym myślałem, i choć nie mogliśmy dojść z LFC do porozumienia w sprawie nowego kontraktu, podjąłem decyzję, której nigdy nie żałowałem. Zostałem w Liverpoolu. Oferty wciąż jednak przychodziły. W roku 2006, a nawet w 2009, kiedy grałem prawdopodobnie najlepiej w karierze, miałem kilka okazji, by odejść: ponownie zgłosiła się Chelsea, Real Madryt próbował nawet dwukrotnie – i druga oferta była bardzo kusząca. Mourinho znów chciał mnie w swojej drużynie. Grać dla José w białej koszulce Realu Madryt na Bernabéu? Tylko Liverpool mógł odwieść mnie od tego pomysłu.

Po Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie, gdzie zagrałem swój najrówniejszy turniej z reprezentacją Anglii oraz zostałem wybrany do jedenastki mistrzostw, Bayern Monachium skontaktował się z moim agentem. Bawarczycy chcieli wiedzieć, czy miałbym ochotę do nich dołączyć. Było to przed sezonem, w którym Bayern pod wodzą Juppa Heynckesa zdobył potrójną koronę, wygrywając z Borussią Dortmund na Wembley w finale Ligi Mistrzów w maju 2013 roku. Może byłbym częścią tej drużyny, cofnąłem się jednak myślami do sytuacji sprzed ośmiu lat, kiedy odmówiłem Chelsea. Wiedziałem, że nie mógłbym opuścić Liverpoolu. Dopóki grałem w Europie, chciałem pozostać zawodnikiem jednego klubu.

Wciąż rozumiem, jak to jest czuć zainteresowanie innych zespołów. To schlebia. Mourinho, którego naprawdę cenię jako menedżera, próbował ściągnąć mnie do Interu przed sezonem, w którym mediolańczycy wygrali Ligę Mistrzów. Barcelona też ponoć okazywała mną zainteresowanie, nie jestem jednak pewien, czy były to poważne starania. Chyba doskonale widzieli, jak bardzo jestem związany z Liverpoolem.

To oczywiste, że jeśli pochodzisz z Ameryki Południowej, ciężko odmówić takim tuzom, jak Barça czy Real. Ale Arsenal? Gdyby Luis podpisał kontrakt z Kanonierami, złamałby mi serce.

Na początku tej historii trzymałem się z boku, bo Brendan doskonale nad wszystkim panował. Obaj z Luisem byli pogrążeni w rozmowach. Po tym wszystkim, co przeszedłem z Fernando, starając się z całych sił, by ten został w Liverpoolu, nie chciałem być zaangażowany w podobną sprawę. Miałem własne problemy i obowiązki związane z byciem kapitanem zespołu oraz dbaniem o pozostałych 30 zawodników pierwszej drużyny.

Moja długa historia w Liverpoolu pokazuje, że prawdopodobnie byłem zupełnie inny niż kapitanowie pozostałych drużyn – a na pewno tych z Premier League. Gracze Liverpoolu zawsze mogli do mnie przyjść i porozmawiać o swoich zmartwieniach i wątpliwościach, a ja starałem się pomóc każdemu.

Czułem, jaki ciężar na mnie spoczywa. Nie nazwałbym tego brzemieniem, ponieważ przez większość czasu był to dla mnie niesamowity honor. Ilekroć wchodziłem do Melwood, widziałem wyryte na ścianie słowa Billa Shankly’ego[5], największego menedżera w historii klubu. Doskonale obrazują one ducha Shanksa i każdego, kto za nim podążał:

Ponad wszystko chcę być zapamiętany jako człowiek bezinteresowny, który starał się i martwił o innych, by ci mogli cieszyć się sukcesem. Chcę być zapamiętany jako człowiek, który stworzył rodzinę ludzi trzymających wysoko głowy i mogących powiedzieć: „Jesteśmy Liverpoolem”.

Bill Shankly zmienił Liverpool z drugoligowego klubu w europejskiego giganta. Wpoił temu zespołowi wartości, które pielęgnujemy do dzisiaj. Byłem tylko zawodnikiem, ale rozumiałem, co Bill chciał przekazać tymi słowami. Chodziło o wiarę, o etos – ja również chciałem zająć choć malutki kącik w sercu tego klubu.

Przez ponad dekadę bycia kapitanem ciążyła na mnie spora odpowiedzialność. Chciałem pomóc naszym niesamowitym fanom w zatrzymaniu w drużynie kluczowych zawodników. Nieważne, czy był to Torres, czy Suárez.

Chciałem również ułatwić pracę menedżerowi, wysłuchując racji zawodnika, który był nie tylko moim kolegą z drużyny, ale często też przyjacielem proszącym mnie o wsparcie w walce z klubem. Było mi ciężko, czułem presję, choć trudno porównywać to z tym, co przechodził Shankly w latach 60.

W ciągu czterech lat dwukrotnie musiałem stawić czoła sadze transferowej. Zrobiłem w obu przypadkach, co w mojej mocy, by zatrzymać Fernando i Luisa; nie tylko dlatego, że było to korzystne dla Liverpoolu. Z egoistycznego punktu widzenia wiedziałem, że moja praca na boisku jako zawodnika i kapitana będzie o wiele łatwiejsza, jeśli będę ich miał obok siebie.

Zdałem sobie sprawę, że bez Luisa zagralibyśmy kolejny mierny sezon. Byłem też pewien, że z nim mogliśmy w sezonie 2013/14 poprawić nasze siódme miejsce z zeszłych rozgrywek i walczyć o pierwszą czwórkę. W przyszłości bylibyśmy nawet w stanie postarać się o zwycięstwo w Lidze Mistrzów i zostać faworytami do mistrzostwa kraju, ponieważ wiedziałem, ile Suárez dawał Liverpoolowi.

Przegrałem bitwę o Torresa, który przeniósł się do Chelsea; nie zniósłbym podobnej porażki z Suárezem. I naprawdę to na mnie spoczywała odpowiedzialność, ponieważ Luis patrzył na mnie inaczej niż na Brendana i ludzi z Fenway. Spoglądał na mnie z wyrazem twarzy, który dawał do zrozumienia, że jest nad czym popracować – miałem odrobinę nadziei. Luis rozmawiał i mnie słuchał.

Stracilibyśmy go, gdyby nie to. A bez niego zostalibyśmy znów z niczym. Nie było innej możliwości. Musiałem się zaangażować. Musiałem postarać się z całych sił znaleźć wyjście z tego bałaganu.

Życie bywało prostsze. Moje najszczęśliwsze dni w piłkarskim życiu wciąż wydają się kolorowe. Było to niecałe 20 lat temu, w 1996 roku, kiedy miałem 16 lat. Spędziłem pierwsze dwa lata w Melwood jako uczestnik Młodzieżowego Schematu Treningowego (YTS6), myjąc podłogi, czyszcząc buty i pompując piłki, a pomiędzy tymi zajęciami grając w piłkę.

To był raj. Jeśli chciałbym przeżyć jeszcze raz jakikolwiek etap mojej kariery, byłyby to te dwa lata.

Żadnej odpowiedzialności ani presji, a my byliśmy zwariowani na punkcie piłki nożnej. Udział w YTS oznaczał również, że upiekła nam się nudna harówka w szkole. Teraz wiem, że powinienem był zwrócić większą uwagę na naukę, bo miałem potencjał i inteligencję, by radzić sobie w niej lepiej. Wtedy jednak nie byłem wielkim fanem szkoły. Chodziłem do niej, ale mogłem starać się bardziej. Wydaje mi się, że miałem obiecany profesjonalny kontrakt, a te dni na treningach dawały mi słodki przedsmak, co to znaczy zarabiać na życie jako zawodowy piłkarz. Wracałem po strasznym dniu w szkole i jechałem prosto do Melwood, by pracować na pełen etat w klubie, który kocham, a otaczali mnie moi bohaterowie.

Każdego ranka łapałem autobus z Bluebell Lane do Melwood, które mieści się w dzielnicy West Derby. Kiedy jednak zaspałem, co zdarzało się niezwykle rzadko, bo bardzo się starałem, żeby tak się nie stało, musiałem dojeżdżać dwoma autobusami. Nie stać mnie było na taksówkę, bo moja tygodniówka wynosiła wtedy 47 i pół funta.

Przypomniałem sobie tę kwotę, kiedy w 2014 roku odrzuciłem propozycję 13,5 miliona euro za dwa lata gry w Katarze.

Czasami Tommy Culshaw, który miał już kontrakt w klubie, podrzucał mnie na trening i z powrotem swoim fordem escortem. Zawsze odmawiał, kiedy chciałem mu oddać za paliwo. Bardzo mi pomagał i do dzisiaj jest moim przyjacielem.

W Akademii płacono nam raz w miesiącu, ale moi rodzice, Julie i Paul, dostawali od klubu dodatkowo 40 funtów tygodniowo na pokrycie wydatków ze mną związanych. Mama i tata, którzy bardzo wspierali mnie na każdym etapie kariery, mieli wielkie serca. Jeśli dobrze zachowywałem się w domu, dawali mi te pieniądze. Owe małe kwoty od Liverpoolu i rodziców znaczyły dla mnie więcej niż dziesiątki tysięcy funtów płacone co tydzień utalentowanym nastoletnim piłkarzom w obecnych czasach.

Na koniec miesiąca, w dniu wypłaty, jechałem do miasta po nowe dresy albo buty. Później dogadzałem sobie w McDonald’s. Oznaczało to, że będę spłukany przez resztę miesiąca, ale to mnie nie obchodziło. Futbol trzymał mnie przy życiu.

Podczas tych zwariowanych, ale fantastycznych lat było ze mną kilku przyjaciół. Bavo (Ian Dunbavin) i Boggo (John Boggan) byli moimi kumplami przez długi czas. Nie widujemy się teraz tak często, jak wtedy, ale Boggo był moim świadkiem, gdy żeniłem się z Alex. Bavo i ja jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Ian dołączył do Akademii w wieku 12 lat, cztery lata po mnie, ale od razu się zgadaliśmy. Bavo był wtedy naszym bramkarzem.

Strzegł bramki w Accrington Stanley, a obecnie trenuje młodych bramkarzy w Akademii Liverpoolu w Kirkby. Szkoda, że dzieciaki z Akademii są obecnie tak odseparowane od pierwszej drużyny. Uważam, że powinni trenować w Melwood, aby mieć możliwość podpatrywania, jak codziennie radzą sobie z reżimem treningowym Jordan Henderson i Philippe Coutinho, czyli obecne gwiazdy LFC. Trochę poświęcenia i magii mogłoby zrobić wielką różnicę w życiu dzieciaków z Akademii.

Szkoda też, że chłopców nie angażuje się w prace, jakie my musieliśmy wykonywać w Melwood. Przez to, że są tak rozpieszczani, omija ich mycie podłóg, czyszczenie wszystkiego i wiele szalonych wspomnień, jakie mamy z tamtych czasów. Poza Boggo i Bavo do naszej grupy należeli Neil Gregson (Greggo), Matty Cass, Stephen Wright (Wrighty) i Michael Owen – Cudowne Dziecko – który był nie tak daleko od sukcesu z Anglią na mistrzostwach świata. Ale Michael zawsze był skory do żartów.

Byliśmy piłkarskimi rozrabiakami, którzy lubili nabijać się z ogromnego Dona, dozorcy w Melwood. Myśleliśmy, że uprzykrzamy mu życie, co brzmi komicznie. Prawda była jednak taka, że Don był potężnie zbudowany. Robiliśmy mu różne żarty: od wylewania wody na jego torebki z herbatą przez wyłączanie świateł i rzucanie w niego różnymi rzeczami. Myśleliśmy, że go terroryzujemy i doprowadzamy do szału, ale Don konsekwentnie kazał nam zrobić każdą mało ważną pracę wymagającą nurzania się w błocie podczas zimowych dni. Sprawdzał, czy dobrze wykonaliśmy swoją robotę nawet wtedy, gdy wskakiwaliśmy na niego i sprowadzaliśmy na ziemię – Dona, najsilniejszego człowieka w Liverpoolu. Mogliśmy narzekać ile wlezie, a Don podnosił się z ziemi, wygłaszał tyradę i zaganiał nas do następnych obowiązków.

W tych czasach każdy dzieciak był Anglikiem, nie tak jak teraz. Wychowywaliśmy się w tej samej kulturze, języku i dzieląc żartobliwy sposób bycia. Kawały latały na okrągło, a ja uwielbiałem dowcipy, które stroiliśmy. Zdarzało się, że pocięliśmy jednemu z kolegów ubrania, a on odgrywał się tym samym. W szatni było nas 20 i każdy zarabiał 250 funtów miesięcznie. Wszyscy byliśmy totalnie spłukani zaraz po wypłacie, ale ciążyła na nas naprawdę mała presja i odpowiedzialność.

Podczas weekendów nie mogliśmy się doczekać, by wybiec na boisko w strojach Liverpoolu i gryźć trawę w meczach przeciwko rówieśnikom z Evertonu, Manchesteru United czy innego klubu. Jako zawodnik objęty programem YTS uważałem się, bez przesadnej skromności, za jednego z lepszych na boisku, zaraz obok Michaela. Owen był sześć miesięcy starszy ode mnie i kiedy zaczął grać w pierwszej drużynie, poczułem się jeszcze pewniej.

Widziałem, jak sobie radzi od samego początku, i to dało mi pewność, że nadejdzie też moja kolej. To bez wątpienia pozwoliło mi się rozluźnić i po prostu cieszyć się nauką. Mogłem sobie bujać w obłokach i myśleć o grze w piłkę podczas wykonywania naszych prac na Melwood i ciągłego strojenia żartów.

Steve Heighway, piłkarska legenda Liverpoolu, Dave Shannon i Hugh McAuley to trzej trenerzy, którzy ukształtowali mnie jako zawodnika. Pokazali mi „drogę Liverpoolu” i jeszcze w Akademii zyskałem dzięki nim wiarę, że mogę zostać zawodowym piłkarzem. Dzięki ich radom mnie i Wrighty’emu pozwolono trenować z pierwszą drużyną.

Mój idol z Ironside Road, John Barnes, wciąż tam był, mimo że zbliżał się do końca swojej dziesięcioletniej kariery w Liverpoolu. Kiedyś wyobrażałem sobie, że jestem Barnesem, a tu nagle starałem się odebrać mu piłkę na treningu. Jednak Digger, jak wszyscy go nazywali, zawsze mnie objeżdżał. Nie mogłem go powstrzymać. Mój podziw dla Barnesa zmieniał się w uznanie dla jego niesamowitych umiejętności.

Nie miałem też wiele szczęścia z Jamiem Redknappem. Był po prostu za dobry. Okazał się też miłym gościem. Zawsze brał mnie na stronę, żeby albo za coś mnie pochwalić, albo doradzić, w jakim aspekcie gry mógłbym się poprawić. Czasami podrzucał mi też nową parę korków Mizuno, których nie potrzebował.

Robbie Fowler był kolejnym z moich bohaterów, z którym nagle przyszło mi się spotykać. Byłem pełen podziwu dla niego i Steve’a McManamana, ich zdolności i osiągnięć. Dodatkowo obaj, tak jak ja, pochodzili z Liverpoolu. Jednym z moich zadań było czekanie na nich na zewnątrz szatni pierwszej drużyny. Kiedy wychodzili, podpisywali plakaty, koszulki i piłki, które były wysyłane do lokalnych szpitali i szkół albo sprzedawane na aukcjach dobroczynnych.

Może i robiłem sobie żarty z kolegów w Akademii, ale byłem pewien, że nigdy nie wywinąłbym żadnego numeru Fowlerowi albo McManamanowi. Szanowałem ich i miałem nadzieję, że pewnego dnia będę takim jak oni miejscowym chłopakiem wypracowującym i strzelającym gole przed The Kop.

Dominic Matteo, sześć lat starszy ode mnie Szkot, przybył do Liverpoolu z Dumfries w 1992 roku. Cztery lata później zadebiutował w pierwszej drużynie jako obrońca, a na święta Bożego Narodzenia zaskoczył mnie, dając mi 200 funtów bonusu.

Ci wszyscy dobrze znani piłkarze Liverpoolu nauczyli mnie wiele o byciu wspaniałomyślnym wobec młodych zawodników przebijających się do pierwszej drużyny.

Piłka nożna, gwiazdy z pierwszej drużyny i żarty zawsze znaczyły dla mnie więcej niż pieniądze. Nawet nudna i śmierdząca robota mogła zmienić się w ubaw. Jak inaczej zareagowalibyśmy na zadanie pompowania piłek w Melwood? Ronnie Moran, długoletni wspaniały trener Liverpoolu, ukarałby nas grzywną, jeśli nie dopompowalibyśmy idealnie każdej piłki. Tak więc siedzieliśmy i pompowaliśmy; pompowaliśmy i wyliśmy ze śmiechu, bo za każdym razem musieliśmy sobie radzić z gównem Joe Corrigana. To było zawsze o poranku, a Wielki Joe sadowił się na kiblu. Jego ulubiona kabina znajdowała się zaraz obok pokoju z piłkami.

Joe był trenerem bramkarzy, a w latach 70. słynnym golkiperem Manchesteru City i reprezentacji Anglii. Ale wtedy w Melwood mieliśmy dowód, że Joe uwielbiał otręby. Jego regularne próby wypróżnienia zlewały się z naszymi najzabawniejszymi docinkami. Kiedy pompowaliśmy piłki, musieliśmy słuchać, jakie rytuały odprawia Joe w sraczu, albo, co było nawet bardziej niepokojące, ryzykować wdychanie produkowanych przez niego gazów. W jednym pokoju było sześciu członków sztabu szkoleniowego, więc Joe zapewne nie był jedynym, który robił swoje poranne zrzuty, ale nie chcieliśmy tego sprawdzać z bliska. Po prostu ciągle się śmialiśmy i pompowaliśmy, pompowaliśmy i znów się śmialiśmy, a śmierdząca mgła unosiła się w pokoju sztabu szkoleniowego w Melwood.

Zupełnie inny rodzaj mgły unosił się podczas lata 2013 roku. Bez mistrzostw świata ani mistrzostw Europy, które przykułyby uwagę kibiców na długie tygodnie podczas oczekiwania na nowy sezon, monotonne spekulacje transferowe wirowały dookoła. Brałeś gazetę do ręki, włączałeś telewizor albo słuchałeś radia i byłeś zalewany plotkami.

To było lato Garetha Bale’a, Wayne’a Rooneya i Luisa Suáreza, co było dla mnie przykre.

Bale, który właśnie rozegrał niesamowity sezon w Tottenhamie, był obserwowany przez Real Madryt. Wszyscy wiedzieli, że w końcu przejdzie do Madrytu za ponad 85 milionów funtów. Żeby otrzymać taką kwotę, Koguty były gotowe przeciągać sprawę transferu najdłużej, jak się tylko dało.

Rooney był zaplątany w tego rodzaju sagę, jaką znałem z własnego doświadczenia, kiedy szarpałem się między Liverpoolem a próbującą mnie ściągnąć Chelsea. Tego lata Mourinho wrócił na Stamford Bridge po latach spędzonych na prowadzeniu Interu i Realu Madryt. José kusił Rooneya, podobnie jak mnie, by zagrać w Chelsea. Sytuacja była skomplikowana ze względu na fakt, że Sir Alex Ferguson zrezygnował z prowadzenia Manchesteru United i przeszedł na emeryturę.

Jego następcą został David Moyes, który podjął się niemożliwego. Moyes pracował wcześniej z Rooneyem i w tym momencie musiał zatrzymać najlepszego zawodnika reprezentacji Anglii.

Mnie jednak pochłaniała saga transferowa Suáreza. Ta sprawa była o wiele bardziej poplątana i nieprzyjemna niż nowinki dotyczące Bale’a i Rooneya.

Wszyscy nauczyliśmy się do tego czasu, że Luis Suárez przybył do nas z bagażem doświadczeń. Problemy podążały za nim, gdziekolwiek się pojawił. Suárez został zawieszony na osiem meczów za obrazę Patrice’a Evry na tle rasowym podczas spotkania przeciwko Manchesterowi United w październiku 2011 roku. Luis ciągle dowodził swojej niewinności, a Liverpool i sam zawodnik wyrażali niezadowolenie z długości zawieszenia.

W końcu przez to przeszliśmy. Suárez był w formie, strzelał gola za golem i wkładał w swoją grę całe serce, ale spowodował jeszcze większy chaos.

21 kwietnia 2013 roku w meczu przeciwko Chelsea na Anfield Urugwajczyk ugryzł w ramię Branislava Ivanovicia. Suárez użył obu rąk, by złapać ramię obrońcy Chelsea. Następnie zatopił w nim swoje zęby. To było niewybaczalne.

Liverpool protestował po raz kolejny przeciw dziesięciomeczowemu zawieszeniu – na ostatnie cztery mecze sezonu 2012/13 i pierwsze sześć kolejnego. Zostawiłem sprawę klubowi, aby pomógł uporać się z tym Luisowi, i miałem nadzieję, że pewnego dnia Urugwajczyk nauczy się trzymać z dala od kłopotów.

Gdyby czegoś takiego dopuścił się zawodnik mniej utalentowany i mniej istotny dla klubu, to wątpię, czy bylibyśmy tak pomocni. Nie jestem dumny z tego, że się na to zgadzam, ale takie są realia profesjonalnego futbolu. Kluby chętniej pomagają zawodnikom, którzy mogą bardziej przydać się drużynie. To brutalny biznes.

Osobiście nie potrzebowałem dużo czasu, aby polubić Luisa zarówno jako człowieka, jak i piłkarza. Żyje dla swojej rodziny i piłki nożnej. Ma świra na punkcie Sofi, swojej pierwszej dziewczyny, a obecnie żony, oraz swoich dzieci. Jeśli nie gra w piłkę, to chce spędzać czas z nimi. Żyje najprościej, jak potrafi, i to mnie poruszyło.

Rodzina i piłka definiują również i mnie. Ale różnię się od Luisa. Byłem w Liverpoolu od ósmego do 35. roku życia. Jestem bardzo przywiązany do miasta, w którym się wychowałem, a Luis nigdy tego nie zazna. Przenosił się z Urugwaju do Holandii, następnie do Anglii i ostatnio do Hiszpanii. Ale nie uważam go za najemnika. Widzę człowieka, który dla siebie i swojej rodziny chce grać w piłkę na jak najwyższym poziomie.

Wszyscy zawodnicy rozjechali się na mecze swoich reprezentacji, a później na wakacje. Było jasne, że Luis będzie próbował wymusić transfer nawet z odległości tysiąca kilometrów. Nie mogłem od tego uciec, jak niemal każdy zawodnik. Czytałem gazety, przeglądałem internet w poszukiwaniu piłkarskich informacji z całego świata. To było niemożliwe, by nie trafić na Luisa Suáreza dzień w dzień, tydzień w tydzień.

29 maja 2013 roku Luis udzielił wywiadu urugwajskiemu radiu Sport 890; stwierdził w nim, że jest szczęśliwy w Liverpoolu z powodu fanów, ma już jednak dość angielskiej prasy. „Mam ważny kontrakt z Liverpoolem, ale ciężko byłoby mi odmówić Realowi Madryt” – powiedział na końcu.

Florentino Pérez, prezydent Realu Madryt, usłyszał ten wywiad w hiszpańskim radiu. Dolał więc oliwy do ognia: „Cóż, Suárez jest wielkim piłkarzem, jak [Edinson] Cavani i [Robert] Lewandowski. Nie możemy rozmawiać o zawodnikach z innych klubów, ale… jeśli zapytalibyście mnie, czy lubię Luisa Suáreza, to odpowiem: tak, lubię”.

Dzień później zacząłem oddychać swobodniej, bo Pérez zwrócił uwagę ku innemu zawodnikowi z Premier League, Bale’owi. „Gareth Bale jest stworzony do gry w Madrycie” – powiedział Pérez, a Koguty zaczęły się przygotowywać do odparcia zakusów Realu wobec swojego najważniejszego zawodnika.

W czerwcu, przed meczem towarzyskim Urugwaju z Francją w Montevideo, Suárez zwołał konferencję prasową: „To dla mnie ciężki moment. Angielskie media nie traktują mnie dobrze. Z powodu paparazzich nie mogę wyjść do ogrodu czy supermarketu. Nie chcę opuścić Anglii dla pieniędzy. Chodzi o moją rodzinę i mój wizerunek. Nie czuję się tu już komfortowo. Nie mam nic przeciwko Liverpoolowi, ale to dobry moment na zmianę otoczenia”.

Na początku lipca Arsenal przestał interesować się Gonzalo Higuaínem, który był na wylocie w Realu Madryt, i zwrócił uwagę na Suáreza. Londyńczycy najpierw zaoferowali Liverpoolowi 30 milionów funtów. To była kpina w porównaniu do 80–90 milionów funtów, jakich żądali Spurs za Bale’a.

Pierwszy poważny sygnał, że coś jest nie tak, pojawił się w wywiadzie, jakiego Luis udzielił Sport 890: „Muszę to docenić – powiedział Suárez o ofercie Arsenalu. – To sprawia, że mogę tam wrócić i dalej grać dobrze. Cieszę się, że topowe angielskie kluby wciąż mnie chcą”.

Jego kolega i napastnik z Urugwaju, Cavani, wbił kolejną małą szpilkę w moje serce. „Luis musi grać w Lidze Mistrzów. Mogę wam potwierdzić, że jego miłość do Liverpoolu jest prawdziwa. Jeśli graliby w tych rozgrywkach, to Suárez nawet nie myślałby o odejściu. Jednak on wie, że jest na takim etapie kariery, gdy musi grać na najwyższym poziomie”.

22 lipca Arsenal złożył obraźliwą dla Liverpoolu ofertę wynoszącą 40 milionów i jednego funta. John Henry, nasz właściciel, był wściekły. „Co oni tam palą na Emirates?” – pytał Henry.

Luis dołączył do nas podczas przedsezonowego tournée w Australii i Indonezji. Było jasne, że nie chciał tam być mimo sposobu, w jaki witali nas kibice podczas naszych podróży po świecie. Widok 96 tysięcy fanów śpiewających You’ll Never Walk Alone przed naszym meczem w Melbourne był przejmujący. Adorowano nas w Tajlandii, a ja zostałem zaproszony na spotkanie z królem tego kraju.

Wziąłem w nim udział, ale moje myśli zaprzątał Luis. Rozmawiał ze mną prywatnie:

– Arsenal złożył ofertę aktywującą klauzulę, ale klub nie chce mnie puścić. Brendan i właściciele mnie okłamali.

Właśnie wtedy Luis przyszedł do mnie pierwszy raz, aby porozmawiać o problemach z kontraktem czy czymkolwiek innym niezwiązanym z piłką. Do tej pory tylko żartowaliśmy albo dyskutowaliśmy o przeciwnej drużynie czy zawodnikach. Nigdy nie rozmawiałem z nim o problemach związanych z finansami albo naszymi kontraktami. Piłkarze nie gadają raczej o takich rzeczach.

Byłem w trudnej sytuacji. Moja lojalność wobec Liverpoolu i chęć zatrzymania w nim Luisa zawsze były na pierwszym miejscu. Musiałem jednak zaakceptować jego punkt widzenia. W świetle zasad moralnych i prawa byłoby źle z naszej strony, gdybyśmy nie zgodzili się go sprzedać.

Zacząłem więc rozmawiać z Luisem o Fernando Torresie. Powiedziałem mu:

– Luis, popatrz, Fernando był jednym z najlepszych napastników grających w Liverpoolu, uwielbiano go tu.

Uwielbienie kibiców było tak wielkie, że cały stadion potrafił skakać w rytm poświęconej mu przyśpiewki: His armband proved he was a Red / Torres, Torres / You’ll Never Walk Alone it read / Torres, Torres / We bought the lad from sunny Spain, he gets the ball and scores again / Fernando Torres is Liverpool’s number 9![7]

Fani traktowali go jak jednego ze swoich już od momentu transferu z Atlético Madryt w 2007 roku. W swoim debiutanckim sezonie Torres strzelił 33 gole i zdobył szacunek na trybunach. Na Anfield zawsze tradycyjnie zakochiwano się w gwiazdach ataku. Odkąd zacząłem kibicować Liverpoolowi, zawsze był ktoś taki: od Dalglisha i Rusha przez Aldridge’a i Fowlera do Torresa i Suáreza. Podczas gry w LFC Torres w 142 meczach strzelił dla klubu 81 goli.

Liverpool kochał El Niño, a przez dłuższy czas Fernando kochał Liverpool. Czułem to samo, ponieważ przez kilka sezonów wydawało się, że jesteśmy niepokonani, kiedy Fernando był w gazie.

Później sprawy się pokomplikowały. Przez chwilę nie graliśmy w Lidze Mistrzów, a Torres próbował wymusić na szefostwie transfer do Chelsea. Liverpool nie chciał robić z nimi żadnych interesów. Klub był tak samo zdesperowany jak ja, by zatrzymać Torresa w drużynie.

Fernando nie dawał za wygraną. Przyszedł do mnie i poprosił o pomoc, żeby transfer do Chelsea doszedł do skutku.

– Nie – powiedziałem. – Zrozum, Fernando, nie mogę ci w tym pomóc. To nie moje zadanie, a nawet gdyby, to nie chcę tego robić. Chcę żebyś został, bo poza tym, że jestem piłkarzem i kapitanem drużyny, jestem też fanem. Nie pomogę ci, bo nie chcę, żebyś odchodził.

Potrząsnął tylko głową.

– Stevie, to już przeszłość. Muszę odejść.

Słyszałem, że drży mu głos. Jego agentka, kobieta, której tak naprawdę nie znałem, kręciła się wokół klubu od kilku dni. Wiedziałem, że Fernando regularnie kursował do gabinetu naszego menedżera, starając się nakłonić go do sfinalizowania transferu. Widziałem frustrację Torresa, gdy co chwilę go spławiano. Kiedy jednak powiedział mi, że to już przeszłość, wiedziałem, że go straciliśmy.

W styczniu 2011 roku Fernando złamał serca wszystkich kibiców Liverpoolu, ze mną włącznie. Przeszedł do Chelsea za 50 milionów funtów, co było rekordem transferowym na Wyspach Brytyjskich. Potem pogorszył sprawę, mówiąc w wywiadzie: „Jestem naprawdę szczęśliwy i jestem pewien, że robię ogromny krok naprzód w karierze, dołączając do Chelsea. To wielki klub”.

Był to policzek dla każdego kibica LFC. Nie mam jednak z Fernando złych relacji. Jest moim przyjacielem i wiem, że przechodził wtedy przez ciężki okres. Gdyby jednak przeżywał to jeszcze raz, byłby o wiele ostrożniejszy. Często do siebie dzwonimy i mam wrażenie, że z perspektywy czasu Fernando żałuje odejścia z Liverpoolu. Wciąż kocha ten klub, ale większość fanów znienawidziła go na długo. Byli przekonani, że Torres ich zdradził. Zawsze dawali mu to odczuć, kiedy przyjeżdżał na Anfield w barwach Chelsea.

Powiedziałem Luisowi:

– Chcesz tego samego? Po tym wszystkim, co zrobiłeś dla kibiców, i po tym, co oni zrobili dla ciebie? Możesz tu wciąż sporo wygrać i wtedy pomyśleć o zmianie barw. Ale nie rujnuj swoich stosunków z fanami, tak jak to zrobił Fernando.

Wyjaśniłem Suárezowi, jak ważna na Anfield jest koszulka z numerem dziewięć i dlaczego The Kop zawsze urządza napastnikowi największy aplauz. Kibice czczą gwiazdę, zawodnika, który zdobywa gole, a wsparcie, jakie otrzymuje tydzień w tydzień, jest niesamowite.

Luis czuł, że kibice go kochają, ale wciąż kipiał ze złości. To było ryzykowne, ale nadal wierzyłem, że mogę coś w tej sprawie zrobić i zatrzymać go w drużynie.

Inni zawodnicy też pomagali: Lucas, Coutinho, José Enrique. Wszyscy staraliśmy się przekonać go do pozostania w Liverpoolu. W miarę jednak jak sytuacja z Arsenalem stawała się coraz bardziej poważna, to ja traciłem grunt pod nogami. Przepaść pomiędzy Luisem i klubem, a przede wszystkim między nim i Brendanem stawała się ogromna.

Poza zamartwianiem się o naszego najlepszego zawodnika, odgrywałem też inną, nieoficjalną rolę w klubie. Przez ostatnie dziesięć lat jako kapitanowi przydzielano mi coraz więcej obowiązków, a jednym z nich było przekonywanie najlepszych zawodników do dołączenia do Liverpoolu. Każdego lata powtarzał się ten sam rytuał. Klub dawał mi znać, kim jest zainteresowany, a następnie prosił mnie, bym skontaktował się z tym zawodnikiem. Włodarze myśleli, że moje słowo wpłynie na decyzję danego gracza o dołączeniu do Liverpoolu.

Ostatnim zawodnikiem na naszym radarze był Willian, brazylijski pomocnik, który przeszedł z Szachtara Donieck do rosyjskiej Anży Machaczkała. Straciliśmy szansę na zakontraktowanie ofensywnego pomocnika Henricha Mchitarjana, Ormianina, który występował w Szachtarze. Mchitarjan zdecydował się na Borussię Dortmund i rozumiem, dlaczego podjął taką decyzję. Kilka tygodni wcześniej Borussia grała w finale Ligi Mistrzów, a Liverpool nie awansował do europejskich pucharów.

Zadanie ściągnięcia Williana było bardzo pilne. Brendan i szefowie klubu mieli nadzieję, że uda mi się go przekonać do transferu. Wiedziałem również, że jeśli sprowadzimy Williana, a klub wyłoży na to 30 milionów funtów, to pokażemy Luisowi, że liczymy się na rynku transferowym.

Przystąpiłem do realizacji tego zadania tak, jak robiłem to w przypadku każdej gwiazdy, którą chcieliśmy ściągnąć. Zawsze zamiast dzwonić bezpośrednio do zawodnika, wysyłałem mu SMS-a. Pozwalało to piłkarzowi na odczytanie wiadomości w dowolnym momencie i odpowiedź wtedy, kiedy mu to pasowało. Telefon z prośbą o rozważenie przejścia do Liverpoolu źle by wyglądał.

Zacząłem rozmawiać z Willianem. Przywitałem się z nim i wyraziłem nadzieję, że nie ma mi za złe, że kontaktuję się z nim bezpośrednio. Podkreśliłem, jak bardzo cenię go jako piłkarza i wtedy wspomniałem, że wiem o rozmowach Liverpoolu z jego agentem, więc jeśli ma jakiekolwiek pytania albo chciałby pogadać, to jestem do jego dyspozycji o każdej porze.

To było otwarcie w znajomej grze. Willian odpowiedział w standardowy sposób, jaki już znałem. Podziękował mi i między wierszami dał do zrozumienia, że chciałby ze mną grać, bla, bla, bla, ale są inne kluby, które występują w Lidze Mistrzów, i musi rozważyć również ich oferty.

Wiedziałem, że interesowali się nim Spurs i Chelsea. Dlatego odpowiedziałem, że rozumiem jego sytuację. Zacząłem jednak używać swoich umiejętności marketingowych. „Myślę, że Liverpool będzie dla ciebie idealny – odpisałem. – Fani są niesamowici, klub ma fantastyczną historię i budujemy fajną drużynę. Mógłbyś tu wiele osiągnąć, a my cieszylibyśmy się z twojego transferu”.

Klub prosił mnie o pomoc tylko wtedy, kiedy ja również ceniłem danego zawodnika. Zawsze starałem się przekonać go szczerze i z szacunkiem i nigdy nie wspominałem o finansach ani kontrakcie, jakiego mógłby oczekiwać od Liverpoolu.

Następny SMS od Williana był tak oczywisty, że mógłbym na niego odpisać jeszcze przed przeczytaniem. Brazylijczyk ponownie stwierdził, że byłoby świetnie zagrać ze mną w jednej drużynie, ale dodawał: „Nie jestem pewny, czy z LFC będę mógł zagrać w Lidze Mistrzów”.

Nie było w ogóle o czym mówić. Nie byłem w stanie zagwarantować tego ani jemu, ani innym zawodnikom, z którymi kontaktowałem się na przestrzeni lat. Mogłem tylko dobitnie podkreślać, że z nim w składzie możemy osiągnąć coś wyjątkowego i na pewno pokocha grę dla naszych kibiców.

Te SMS-y były jak gra w ping-ponga. Od czasu do czasu zawodnik mógł napisać, że jego żona lub dziewczyna wolałaby życie w Londynie, Madrycie lub Paryżu niż w Liverpoolu. Oczywiście chodziło o to, że w większych miastach były bardziej luksusowe sklepy i ekskluzywniejsze restauracje niż w Merseyside. Wtedy wiedziałem, że nie ma co dalej się starać.

Willian prawdopodobnie też myślał w ten sposób. Nie ściągnęliśmy go, a przez chwilę wydawało się, że trafi do Spurs. Ale stara przynęta w postaci Ligi Mistrzów i magia José Mourinho podziałały, więc Willian znalazł się w Chelsea.

Przynajmniej miałem gotowe SMS-y na kolejne okienko transferowe. Tak wyglądało moje obecne życie w Liverpoolu. Przeszedłem długą drogę od zmywania podłóg i żartów podczas szczęśliwych dni programu YTS.

W sobotę 3 sierpnia 2013 roku Liverpool zorganizował mi piłkarski benefis. Zebraliśmy ponad milion funtów, które zostały przeznaczone na pomoc dzieciom z biednych rodzin. Graliśmy przeciwko Olympiakosowi. Grecka drużyna nie wzięła ani pensa za ten mecz, a jej hojność bardzo mnie ujęła.

W 2004 roku strzeliłem ówczesnym mistrzom Grecji gola, który dał nam awans z grupy Ligi Mistrzów i rozpoczął nasz marsz ku trofeum. To było wspaniałe uderzenie z ponad 20 metrów. To właśnie dzięki triumfowi w tych rozgrywkach i tej bramce Olympiakos zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu.

Przed moim benefisem wiadomo było, że jestem jednym z ostatnich sławnych zawodników starej gwardii – graczy jednego klubu. Przed sezonem 2013/14 rozegrałem 628 meczów w barwach Liverpoolu, strzelając 159 goli. Poza Ligą Mistrzów wygrałem Puchar UEFA, dwa Puchary Anglii i kilka Pucharów Ligi.

Od 2003 roku byłem kapitanem drużyny, a w czerwcu 2013 przedłużyłem o rok mój kontrakt z klubem. To oznaczało, że zostanę w Liverpoolu przynajmniej do lata 2015 roku, kiedy to zakończyłem moją 27-letnią karierę w tym klubie.

Czułem się dumny, ale w głębi duszy byłem zestresowany całą sagą transferową z Luisem. Rozmawialiśmy ze sobą w tygodniu poprzedzającym mój benefis i Suárez powiedział:

– Słuchaj, nie wrócę do swoich obowiązków po tym meczu, ale zagram w nim. Chcę tam być dla ciebie, Stevie.

Nie mam mu za złe, że opuścił wieczorną imprezę po spotkaniu. On nie rozbija się po klubach. To człowiek w całości poświęcony swojej rodzinie i gdy tylko kończy się trening czy mecz, chce być z powrotem z żoną i dziećmi. Nigdy nie zostawał na obiedzie czy kolacji z drużyną. Szanowałem go jako piłkarza i akceptowałem jego zachowanie pod tym względem. Luis jednak przyznał mi się, że jest zmieszany i to wszystko go męczy. Oferta Arsenalu wciąż leżała na stole.

– Rozumiem, że fani mogą być rozczarowani moją postawą w tym momencie – powiedział mi wtedy. – Kiedy jednak pojawiam się na boisku, to dla tej koszulki daję z siebie wszystko. Robię to w każdym sezonie. Nie mogę tylko znieść, gdy jestem okłamywany.

Nie wiem, gdzie leżała prawda. Modliłem się tylko, żeby Luis został w klubie. Kiedy wchodził na boisko z ławki, kibice zgotowali mu niesamowitą owację. Luis stwierdził, że był oszołomiony reakcją trybun.

Dwa dni później na Anfield mieliśmy trening otwarty dla fanów, a stadion znów był ich pełen. Suárez się nie przemęczał. To był początek jego tygodniowego lenistwa na treningach. Nie był szczęśliwy. Wypluł smoczek i zachowywał się jak rozhisteryzowane, trudne do spacyfikowania dziecko.

7 sierpnia, w środę, Luis udzielił po hiszpańsku wybuchowego wywiadu dziennikarzowi „Guardiana” Sidowi Lowe’owi, który później pomógł mu w napisaniu autobiografii.

W zeszłym roku miałem okazję odejścia do wielkiego europejskiego klubu [Juventusu], zostałem jednak z myślą, że jeśli nie uda nam się awansować do Ligi Mistrzów w kolejnym sezonie, to będę mógł odejść. Chcę, aby Liverpool to uszanował. Dano mi słowo i mamy to zapisane w kontrakcie, więc jeśli trzeba, to zdecyduję się na przekazanie sprawy władzom Premier League, aby podjęły decyzję. Ale nie chcę tego robić.

Mam 26 lat. Muszę grać w Lidze Mistrzów. Czekałem rok i nikt nie może mi powiedzieć, że nie dałem z siebie wszystkiego wraz z kolegami z drużyny, żeby nas przybliżyć do tych rozgrywek. Ludzie mówią, że Liverpool zasługuje na wiele więcej ode mnie, ale ja w niecałych 100 meczach strzeliłem 50 goli, a klub może teraz otrzymać dwa razy więcej, niż za mnie zapłacił.

Rozmawiałem wielokrotnie z Brendanem Rodgersem w zeszłym roku, a on mówił mi, żebym został jeszcze jeden sezon. Obiecał mi, że osobiście dołoży wszelkich starań, bym mógł odejść, jeśli nie zagramy w Lidze Mistrzów. Teraz to się zupełnie zmieniło. Liverpool jest klubem cieszącym się dobrą reputacją. Po prostu chcę, aby dotrzymali obietnicy, którą złożyli mi sezon wcześniej.

Brendan i John Henry powtarzali, że Luis nie zostanie sprzedany – a na pewno nie do Arsenalu. Właśnie wtedy Brendan odsunął Suáreza od zajęć z zespołem. Miał nie wrócić do treningów z drużyną, dopóki nie przeprosi klubu, kibiców oraz zespołu i nie obieca, że zostanie w Liverpoolu. Luis wyglądał dla mnie na tak samo zagubionego jak Fernando dwa i pół roku wcześniej.

Formby, Merseyside

Czwartek, 8 sierpnia 2013

Alex zrobiła mi herbatę. Postawiła przede mną łososia, makaron i sałatkę. To moje ulubione danie, ale tego wczesnego wieczoru gapiłem się na jedzenie i nie czułem się dobrze.

Moje trzy córki biegały po domu i bawiły się jak to dzieci. Myślałem, że głowa mi eksploduje. Nie mogłem podnieść sztućców. Nie tknąłem ani kęsa.

– Co jest? – zapytała Alex. – Coś nie tak z jedzeniem?

Potrząsnąłem głową. Nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa.

– Chodzi o piłkę? – zapytała ponownie moja żona po tym, jak uspokoiła na chwilę dziewczynki. Alex nigdy nie fascynowała się futbolem, podobnie jak moje córki, ale żyje ze mną na tyle długo, aby wiedzieć, że mój humor prawie zawsze zależy od wyniku meczu. Martwiłem się o Liverpool, o mój klub i moją drużynę. Wiedziałem, że niektórzy gracze myśleli tylko o sobie i o utrzymaniu miejsca w wyjściowej jedenastce, ale to dekady spędzone w tym mieście tak właśnie mnie ukształtowały. Czułem się w obowiązku pomóc i rozwiązać każdy problem, z jakim się mierzyliśmy na boisku i poza nim.

Czasem zazdrościłem niektórym zawodnikom lekkiego podejścia do życia. Wiedziałem także, dlaczego dni spędzone w Melwood podczas testów były takie szczęśliwe. Niech wrócą smrody Wielkiego Joe Corrigana. Miałem już po prostu dość radzenia sobie z chciwością i manipulacjami współczesnego futbolu.

Przygotowania do sezonu 2013/14 przyćmił konflikt w klubie. Zabiło to ideę, że sierpień powinien być najbardziej radosnym miesiącem dla każdego fana piłki. Odliczanie dni do pierwszego ligowego meczu to dla kibiców czas pełen marzeń i nadziei. Czy to wszystko było tego warte?

Gapiłem się na moją kolację i czułem się zagubiony.

Do startu nowego sezonu zostało dziesięć dni. Nasz najlepszy zawodnik, zawieszony jeszcze na sześć meczów i odsunięty od treningów przez klub, chciał za wszelką cenę nas opuścić.

Nie mogę jeść, pomyślałem, to nie daje mi spokoju. Odstawiłem posiłek. Nie mogłem tego znieść. Złapałem za telefon. Musiałem zadzwonić albo choć napisać do Luisa.

Wysłałem mu prostego SMS-a: „Luis, co się dzieje? Musimy to wyjaśnić”. Zareagował natychmiast: „Stary, menedżer mnie okłamuje, klub mnie okłamuje”. Szybko mu odpisałem: „Chcę ci pomóc to załatwić z korzyścią dla ciebie i klubu”.

Luis wysłał mi następnych kilka SMS-ów. Był w złym humorze, co przekładało się na poziom jego angielskiego, kiedy próbował wyrazić swoją frustrację.

Napisałem do niego kolejną wiadomość: „Możemy jutro pogadać i spotkać się wcześniej w Melwood?”. Prawie się uśmiechnąłem, kiedy zobaczyłem jego odpowiedź: „OK, Stevie”.

W piątkowy poranek wyrzutek Liverpoolu i kapitan nie mieli prawa się spotkać w Melwood. Luis został poinformowany, że nie może pojawiać się w ośrodku treningowym, dopóki nie skończymy ćwiczyć. Wiedziałem jednak, że powinniśmy zignorować ten zakaz i porozmawiać ze sobą otwarcie. Poinformowałem o tym menedżera.

Odezwałem się pierwszy:

– Luis, nie pomogę ci odejść z klubu, ponieważ uważam, że podejmujesz złą decyzję.

Suárez siedział bardzo cicho.

– Będę z tobą szczery – powiedziałem. – Powinieneś zostać na kolejny rok. Jeśli będziesz grał tak, jak w zeszłym sezonie, to kluby, do których chcesz trafić, te, które naprawdę mogą zaoferować ci to, na co zasługujesz, same się po ciebie zgłoszą.

– A co, jeśli tak się nie stanie? – zapytał Luis.

– Czy teraz stoją po ciebie w kolejce?

– Cóż – zreflektował się Suárez – węszą dookoła. Madryt ściągnął Bale’a, a Barcelona chyba jeszcze nie jest gotowa. Ale są mną zainteresowani.

Powiedziałem mu o tym, co wiem z własnego doświadczenia: jeśli Real kogoś chce, to zawsze wraca. Podobnie jak Barcelona. Jeśli są nim zainteresowani teraz, to będą też zainteresowani w przyszłym sezonie. Musiał mi zaufać. Przerabiałem to wcześniej z Chelsea i Realem.

Rozmawiałem z nim bez ogródek.

– Interesuje mnie tylko to, byś nie odchodził do Arsenalu. Nie chcę grać przeciwko tobie. I wiem, że dzięki tobie Arsenal byłby w lepszej sytuacji niż my. To szczera prawda. Chcę, żebyś też był szczery ze mną, Luis. Naprawdę chcesz opuścić Liverpool Football Club dla Arsenalu? Czy jednak wolisz odejść z Liverpool Football Club do wielkiego zespołu?

Luis się zawahał.

– Co masz na myśli, mówiąc o wielkim zespole?

– Cóż – odpowiedziałem. – Masz wspaniałe relacje z naszymi fanami, więc to oczywiste. Gdybym był tobą, to odszedłbym tylko do dwóch klubów, Realu albo Barçy. Wiem, że właśnie tego chcesz.

Milczenie Luisa dało mi do zrozumienia, że trafiłem w sedno. Słuchał mnie z uwagą.

– Miałem okazję odejść do Madrytu, ale z niej nie skorzystałem – wyjaśniłem mu. – Ale moja sytuacja jest inna. To są moi ludzie, dlatego gra dla nich na Anfield znaczy dla mnie o wiele więcej…

Mój partner z boiska przytaknął. Zrozumiał wszystko. Mocno na niego naciskałem. Powiedziałem, że dla mnie przejście do Realu lub Barcelony wiązałoby się z dużym ryzykiem, ponieważ mam młodą rodzinę.

Ale wiedziałem też, że dla zawodnika z Ameryki Południowej taki transfer przypominałby powrót po latach do domu – zwłaszcza jeśli przeszedłby do Barçy. Żona Luisa żyła kilka lat w Barcelonie, a jego dzieci mówią po hiszpańsku.

Powoli zmierzałem do końca. Cisnąłem coraz bardziej.

– Wiem, że jeśli zostaniesz z nami na najbliższy sezon, to będziemy lepszym zespołem niż Arsenal – powiedziałem.

Luis popatrzył na mnie.

– Posłuchaj, stary – powiedziałem nagle. – Po prostu nie możesz odejść do Arsenalu. To nie ma sensu dla Liverpoolu i naszych kibiców. I dla ciebie również. Moim zdaniem ktoś wciska ci kit, że będzie ci lepiej w Arsenalu.

Suárez nie protestował. Nie powiedział mi, że uwielbia Arsenal i chce tam odejść albo że uważa Kanonierów za wielki klub.

Wiedział, że może mi zaufać. Wyłożyłem mu mój plan. Zapomnij o Arsenalu i zostań z nami na jeszcze jeden sezon. Rozwal tę ligę swoimi umiejętnościami, a wtedy wszyscy zrozumiemy, że będziesz chciał odejść z Liverpoolu, jeśli zgłoszą się po ciebie Real albo Barcelona.

Była jeszcze jedna kwestia do omówienia i żaden z nas się nie uśmiechał. Zapytałem Luisa, czy mogę ustawić spotkanie z Brendanem.

Podał mi rękę, uścisnął i powiedział:

– OK, Stevie.

Wysłałem Brendanowi SMS-a: „Otworzyłem się przed Luisem. Mam wrażenie, że mamy to, co chcieliśmy, ale musisz to rozegrać rozważnie, ponieważ on jest rozzłoszczony. Może się z tobą spotkać?”.

Brendan sie zgodził, a ja ustaliłem datę i czas spotkania. Luis napisał do mnie wieczorem, że spotka się z Rodgersem pod jednym warunkiem: że ja też tam będę.

– Luis chce, żebym był na tym spotkaniu – powiedziałem Brendanowi.

– Ja też – odpowiedział menedżer.

Siedzieliśmy w biurze Rodgersa na skórzanych sofach. Czuliśmy się niezręcznie. Uśmiechaliśmy się do siebie, lecz sposób, w jaki Luis uśmiechał się do Brendana, można było odczytać niemal jako groźbę. Mógłbym powiedzieć, że Brendan nie był zbyt pewien, jak przebiegnie to spotkanie. Odgrywałem tam rolę rozjemcy. To był niezwykle ważny moment.

Luis był gotowy powiedzieć coś, co nie spodobałoby się Brendanowi. Często mi powtarzał, że jego zdaniem Rodgers go okłamał.

Ale miałem też nadzieję, że będzie dobrze. Brendan potrafi zrozumieć gracza i jest otwartym menedżerem, można z nim porozmawiać. To przeciwieństwo Rafy Beníteza – menedżera, z którym dotarliśmy do dwóch finałów Ligi Mistrzów w 2005 i 2007 roku. Rafa to genialny taktyk, jeśli chodzi o wygrywanie meczów, ale w kontaktach osobistych jest bardzo wstrzemięźliwy. Dlatego pod tym względem wolę Rodgersa. Dopóki nie zaczęła się cała ta historia z transferem Luisa, Brendan traktował zarówno jego, jak i mnie bardzo dobrze i z szacunkiem. Ja pełniłem funkcję kapitana drużyny, a Luis Suárez był naszą gwiazdą.

Brendan był w dobrym humorze, więc spotkanie zaczęło się zupełnie nieźle. Ciągle się obawiałem, że sytuacja może się diametralnie zmienić, ponieważ nie wiedziałem, o czym rozmawiali wcześniej z właścicielami klubu. Ale wszystko poszło gładko, dokładnie tak, jak miałem nadzieję, że będzie.

Zgodziliśmy się w tych samych punktach, o których rozmawiałem z Luisem. Brendan stwierdził, że chce go z powrotem w drużynie, a on się zobowiązał, że będzie trenował normalnie. Uścisnęliśmy sobie dłonie, a Brendan obiecał, że wyjaśni sytuację właścicielom, z korzyścią dla wszystkich.

Czułem się świetnie po wyjściu z biura menedżera. Miałem przeczucie, że pojawiła się szansa na powrót na właściwe tory.

Ostateczny sprawdzian przyszedł podczas pierwszego treningu po tym, jak wróciliśmy ze zgrupowań reprezentacji. Luis grał z Urugwajem sparing w Japonii, a ja poprowadziłem Anglię do zwycięstwa 3:2 nad Szkocją na Wembley.

Znów się martwiłem. Dochodziły do mnie sprzeczne informacje. Ulżyło mi, kiedy Luis powiedział urugwajskiej prasie, że zmienił zdanie i dzięki staraniom wielu ludzi zostaje w Liverpoolu. Ale dzień później japońskie Kyodo News sugerowało, że zdystansował się do wcześniejszego oświadczenia, mówiąc: „Nie powiedziałem tego… Może to słowa kogoś innego”.

Nie mógłbym znieść ponownie widoku Luisa ćwiczącego indywidualnie z bólem wypisanym na twarzy.

Wszyscy byli zadowoleni, kiedy znów pojawił się na treningu Liverpoolu – w szczególności gracze latynoscy. Luis i Lucas Leiva, nasz brazylijski defensywny pomocnik, byli spoiwami łączącymi naszych zawodników z Hiszpanii i Ameryki Południowej.

Ta grupa również bardzo cierpiała z powodu zaistniałej sytuacji i chciała, aby Luis stał się z powrotem częścią drużyny. Miałem wrażenie, że oczekiwali ode mnie pomocy w zakończeniu tego impasu. Ale Lucas również odegrał w tym przypadku ważną rolę. To fantastyczny facet, po prostu go uwielbiam.

16 sierpnia 2013 roku zaczęliśmy poranne zajęcia w Melwood. Bacznie przyglądałem się Luisowi. Nie byłem pewny, czy będzie w stu procentach zaangażowany w grę dla Liverpoolu.

Myliłem się jednak. Wrócił stary, dobry Suárez. Biegał i odbierał piłkę, kiwał, dryblował i jeszcze więcej biegał. Ten widok przypomniał mi, jak bardzo nam go brakowało. To było niesamowite widzieć ponownie jego głód piłki i zaangażowanie połączone z oczywistym talentem.

Razem z Brendanem wymienialiśmy znaczące spojrzenia. Czasem tylko się szczerzyliśmy i obserwowaliśmy, jak gra.

Luis Suárez wrócił, podobnie jak Liverpool i ja. Nagle, przed samym rozpoczęciem sezonu, poczuliśmy przypływ nadziei i szczęścia.

[1] The Kop – trybuna mieszcząca się za bramką na stadionie Anfield. Nazwa pochodzi od wzgórza Spion Kop, gdzie w dniach 23–24 stycznia 1900 roku rozegrała się bitwa w ramach drugiej wojny burskiej. Podczas tej bitwy zginęło w walkach wielu żołnierzy brytyjskich, którzy pochodzili z Liverpoolu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Tragedia na Hillsborough – 15 kwietnia 1989 roku w wyniku utraty kontroli nad tłumem przez policję oraz przepełnienia na trybunach zginęło 96 kibiców Liverpoolu. W wyniku katastrofy zmieniono prawo o bezpieczeństwie na stadionach, lecz do dziś żaden oficer policji ani głównodowodzący nie ponieśli odpowiedzialności za tę tragedię.

[3] Scouse, scouser – dialekt i akcent języka angielskiego używany w hrabstwie Merseyside. Mieszkańców Liverpoolu potocznie nazywa się scouserami. Nazwa wywodzi się od norweskiej potrawy lobscouse, która w XIX wieku była spożywana przez marynarzy i biednych obywateli Liverpoolu.

[4] Niebieski nochal (ang. Bluenose) – żartobliwe określenie kibica Evertonu.

[5] William „Bill” Shankly – popularny Shanks. Jeden z najwybitniejszych menedżerów Liverpoolu w historii. Wraz z klubem trzykrotnie zdobył mistrzostwo kraju, dwa razy sięgnął po Puchar Anglii i raz wygrał Puchar UEFA. Twórca słynnego Boot Room, gdzie Bill wraz ze sztabem szkoleniowym omawiali taktykę na kolejne mecze.

[6] Youth Training Scheme – w skrócie YTS. Program treningowy działający w Liverpoolu w latach 90., którego zadaniem było stopniowe wprowadzanie juniorów do pierwszej drużyny poprzez przydzielanie im prostych prac wokół centrum treningowego i pomocy w klubie.

[7] Fernando Torres Song: przyśpiewka kibiców LFC na melodię piosenki dla dzieci The Animals Went in Two By Two. Tłumaczenie: „Jego opaska kapitańska udowodniła, że jest Czerwony / Torres, Torres / Stało na niej: Nigdy nie będziesz sam / Torres, Torres / Ściągnęliśmy go ze słonecznej Hiszpanii, dostaje piłkę i strzela znów / Fernando Torres, Liverpoolu numer 9!”.

My Story

Copyright © Steven Gerrard 2015

The author has asserted his moral rights. All rights reserved

Original English language edition first published by Penguin Books Ltd, London

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Radosław Chmiel, Bartosz Sałbut 2015

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Rysunek na stronach tytułowych – Marcin Karaś

Fotografia na okładce – Paul Stuart

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-530-7

ISBN MOBI: 978-83-7924-529-1

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog. Wyślizgując się z rąk

1. Impas

2. Sezony zmian

3. Poplątane celebracje

4. Kwalifikacje i pozycje

5. Niezbite fakty

6. Przypływ

7. Zbliżamy się do celu

8. Poślizgnięcie

9. Anglia – nadzieja

10. Anglia – Koniec

11. Karuzela transferowa

12. Kontrakty, decyzje i noc kijów golfowych

13. Cudowne bramki, mniej cudowne kontuzje

14. Szympans, brutalny faul i list

15. Marzenia

16. Odejście z Liverpoolu

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Steven Gerrard. Autobiografia legendy Liverpoolu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia