50 maratonów w 50 dni

50 maratonów w 50 dni

Autorzy: Dean Karnazes

Wydawnictwo: Galaktyka

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI PDF

Ilość stron: 310

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.00 zł

Dean Karnazes przebiegł 560 kilometrów w ciągu trzech bezsennych dób, a w czasie długich biegów zamawiał pizzę. Zmierzył się także z wyjątkowym wyzwaniem i przebiegł 50 maratonów w 50 stanach Ameryki Północnej przez 50 dni z rzędu! w tej inspirującej książce Dean odkrywa tajniki bezprecedensowego wyczynu, wykraczającego poza granice ludzkich możliwości. Oprócz historii maratonów z cyklu Endurance 50 autor zdradza sekrety warsztatu, udziela praktycznych rad i przedstawia plany treningowe dla sportowców na różnym poziomie zaawansowania. 50 maratonów w 50 dni zmotywuje cię do działania niezależnie od tego, jaki wyznaczysz sobie cel czy będzie to zwykły spacer po osiedlu, przebiegnięcie 10 kilometrów czy ukończenie kolejnego ironmana.

Dowiedz się, jak:

    szybciej się regenerować,

    adaptować się do ekstremalnych warunków,

    zapobiegać kurczom i przegrzaniu,

    korygować tempo, gdy zderzysz się ze ścianą,

    utrzymać motywację.

Światowe media o Deanie Karnazesie

Człowiek z żelaza… Dean Karnazes nie jest zwykłym śmiertelnikiem. – „Time”

Człowiek doskonały. – „Wired”

Dean ma za nic wszelkie granice. Sprawia, że wszystko wydaje się możliwe. – „Washington Post”

Chyba nie ma takiej rzeczy, której Karnazes nie mógłby dokonać. – „Men’s Journal”

W jego wykonaniu niewykonalne wydaje się proste. – „GQ”

Dean to maszyna! – „Maxim”

Biegać z Karnazesem to jak rozstawić sztalugę obok Moneta albo Picassa. – „New York Times”

Dean jest niecodziennym, wspaniałym przykładem sportowca ekstremalnego, który nie zrezygnował z życia osobistego. – „Los Angeles Times”

[Dean] bezsprzecznie przesuwa granice ludzkich możliwości. Jego wyjątkowe osiągnięcia inspirują wielu biegaczy. – „Runner’s World”

Człowiek o niespożytej energii. – „Esquire”

Karnazes zrewolucjonizował bieganie ultra, inspirując wielu weekendowych wojowników do podniesienia poprzeczki… Pomijając pieniądze i sławę, Deana napędza głównie pierwotny instynkt. – „Outside”

Biegnij, Dean, biegnij! – „FHM”

Ultra-inspirujący! – „Odyssey” (Grecja)

[Dean jest] jak komiksowy superbohater, który na co dzień wciela się w rolę na wskroś zwyczajnego ojca rodziny. – „London Daily Telegraph”

Jest jak Forrest Gump, tylko prawdziwy… [Karnazes] zmusił swój organizm do wyczynów już nawet nie masochistycznych, ale nieludzkich. – „Newsday”

Nadczłowiek! – „Boston Globe”

Supergwiazda. – „Oregonian”

Superman. – „Gazzetta dello Sport Week” (Włochy)

Legenda biegów ultra. – „Men’s Journal”

Jeden z najseksowniejszych sportowców. – „Sports Illustrated Women”

Bezdyskusyjny król biegaczy ultra, który nie tyle przesunął granice, co roztrzaskał je na kawałki. – „Philadelphia Inquirer”

Tytuł wydania oryginalnego:

50/50. Secrets I Learned Running 50 Marathons in 50 Days

and How You Too Can Achieve Super Endurance!

Copyright © 2008 by Dean Karnazes

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

First published by Wellness Central, an imprint of Hachette Book Group

Pierwsze wydanie opublikowało Wellness Central, imprint Hachette Book Group

Wyniki badań laboratoryjnych krwi Deana Karnazesa przedstawione w Dodatku E

opublikowano dzięki uprzejmości docenta Bryana Bergmana

(docenta medycyny na Uniwersytecie Kolorado)

Wydanie polskie © 2015 by Galaktyka sp. z o.o.

90-562 Łódź, ul. Łąkowa 3/5

tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl

ISBN: 978-83-7579-408-3

EPUB: 978-83-7579-434-2

MOBI: 978-83-7579-435-9

Konsultacja: Krzysztof Dołęgowski

Redakcja: Marta Sobczak

Korekta: Aneta Wieczorek

Redaktor prowadzący: Marek Janiak

Zdjęcie okładkowe: © Corey Rich/Aurora Photos

Projekt okładki: Artur Nowakowski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Księgarnia internetowa!!!

Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

Zapraszamy

www.galaktyka.com.pl

e-mail: info@galaktyka.com.pl, sekretariat@galaktyka.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana w częściach ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych

Spis treści

PRZEDMOWA

WSTĘP. Wycieczka

1. Zacząć dobrą nogą

2. Dzięki za pomoc

3. Jakoś to będzie

4. Cudowna dieta maratońska

5. Oto nasza przyszłość

6. W grupie siła

7. Wymiana doświadczeń

8. Bieganie w naturze

9. Dotyk kobiety

10. Frajda z biegania

11. Człowiek i tajemnica

12. Cuchnie? Smacznego

13. Bieganie dla innych

14. Ślub, samoloty i podróże

15. Jak w piecu

16. Wysokie loty

17. Pierwszego razu się nie zapomina

18. Dziecięce kroczki

19. Co mnie motywuje?

20. Pełna regeneracja

21. Podnoszenie poprzeczki

22. Nie łam się

23. Na dłuższą metę

24. W głowie siła

25. Zielone bieganie

26. Sztuka biegania

27. Stanąć na nogi

28. Drugi oddech

29. Takie buty!

30. Zegar tyka

31. Sztuka adaptacji

32. Ostatnia prosta

EPILOG. Zbieg

OD WYDAWCY

DODATEK A. Jak trenować do przebiegnięcia pięćdziesięciu maratonów z rzędu?

DODATEK B. Statystyki i ciekawostki

DODATEK C. Plan przygotowujący do maratonu dla początkujących

DODATEK D. Plan przygotowujący do życiówki w maratonie

DODATEK E. Mamy wyniki: jak Dean przetrzymał próbę?

Przypisy

O autorach

ROZDZIAŁ 1

Zacząć dobrą nogą

Dzień 1

17 września 2006 roku

Lewis & Clark Marathon

St. Charles, Missouri

Wysokość: 301 m n.p.m.

Pogoda: 28°C, wilgotno

Czas: 3:50:52

Spalone kalorie: 31871

Liczba biegaczy: 4800

Z igłą wbitą w rękę siedziałem sztywno w chłodnej, hotelowej sali konferencyjnej. Była piąta trzydzieści rano, pierwszego dnia akcji The North Face Endurance 50. Pielęgniarka, która upuszczała mi krew z przedramienia – otyła pani po pięćdziesiątce o wąskich, zaciśniętych ustach – napełniła trzy probówki, a potem podała mi mały, plastikowy kubeczek.

– Proszę oddać mocz do tego pojemnika – rzuciła oschle.

Podczas mojej jesiennej podróży po Ameryce z grubsza dwa razy w tygodniu musiałem przetrwać jakiś wariant tego porannego rytuału.

Pięćdziesiąt dni, pięćdziesiąt stanów, trudna do oszacowania liczba igieł.

Idea polegała na monitorowaniu wybranych parametrów mojego zdrowia przez kolejne siedem tygodni. Niektóre z najnowszych badań sugerowały bowiem, że bieganie na długie dystanse może być wyniszczające dla organizmu. Zamierzałem udowodnić naukowcom, że się mylą. Choćbym miał paść.

Idąc na start, byłem trochę oszołomiony i czułem się niewyraźnie. Ale miałem ku temu konkretne powody. Panował nieopisany chaos. Biegacze, ich asysta, organizatorzy i wolontariusze gorączkowo śmigali we wszystkie strony. W miasteczku festiwalowym Endurance 50 kłębili się ludzie. Znajomo wyglądający marokański bazar tętnił życiem. Nie sądziłem, że wszystko będzie się działo w takim pośpiechu.

Gdy przeciskałem się przez tłum, prawie wpadłem na szczupłego osobnika ubranego w szaty liturgiczne. Był to mój drogi przyjaciel, biegacz ultra i licencjonowany sędzia pokoju, Topher Gaylord.

– Gaylord! – wykrzyknąłem. – To znaczy, chciałem powiedzieć, Ojcze! Ależ się cieszę, że cię widzę.

– Podążaj za mną, synu – odrzekł Gaylord.

Specjalnie dla mnie Topher zapakował szaty kleryka do walizki i przyleciał z Włoch.

Znaleźliśmy w tłumie mały przesmyk, w którym zobaczyłem swoją rodzinę: Julie, dzieci i rodziców. Topher wziął mikrofon i zaczął czytać przygotowany wcześniej tekst, ja objąłem Julie, Alexandria wręczyła jej bukiet kwiatów, a Nicholas – satynowe puzderko z obrączką. Mina mojej żony wyrażała najwyższe zdziwienie. Zaskoczona zerkała to na Tophera, to na kwiaty, to znów na pudełeczko, aż wreszcie spojrzała na mnie, a jej oczy były pełne łez. Niespodzianka, Julie! Odnawiamy swoje śluby małżeńskie!

Wokół nas zgromadził się kilkusetosobowy tłum, przyciągnięty dobiegającym z głośników, serdecznym kazaniem Tophera. A chwilę po tym, jak wymieniliśmy sakramentalne „tak”, odezwał się spiker ogłaszający, że do startu pozostało pięć minut – zupełnie jak w dobrze wyreżyserowanej scenie.

W bieganiu maratonów niewiele jest rzeczy ważniejszych od tej, by zacząć dobrą nogą. Chodzi mi o to, że trzeba być w formie, zarówno pod względem fizycznym, jak i emocjonalnym. Nie sposób przewidzieć tego, co stanie się po trzydziestu czy trzydziestu dwóch kilometrach. Właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy ból – zawsze gorszy niż ten, którego się spodziewałeś, choćbyś już przebiegł w życiu niejeden maraton. Musisz go pokonać, wkładając w to całą siłę ciała i woli.

Dla odmiany pierwsza część maratonu jest bardziej przewidywalna, a jeśli umiejętnie nad nią zapanujesz, to finisz będzie… no cóż, może nie tyle łatwiejszy, co lepszy. Możesz oprzeć się chęci zbyt szybkiego startu, zadbać o dobre nawodnienie, optymalnie dobierać trasę i tak dalej.

Niespodzianka z porannym odnowieniem naszych ślubów z Julie była moim pomysłem na rozpoczęcie pierwszego spośród serii maratonów z dobrym nastawieniem. Przedsięwzięcie Endurance 50, które początkowo miało być wymarzonymi wakacjami rodzinnymi, przerodziło się w coś zupełnie innego. Julie nie mogła po prostu zamknąć swojego gabinetu dentystycznego, tym samym przez resztę mojej przygody mieliśmy się widywać głównie w weekendy. Brak możliwości uczestnictwa w całej imprezie nie powstrzymał jej jednak od odgrywania głównej roli w planowaniu rodzinnego aspektu przedsięwzięcia. Pracowała niestrudzenie przez całe dwa miesiące. Którejś nocy, po powrocie z biegu o pierwszej trzydzieści, zastałem ją z telefonem w ręku, rozmawiającą z przedstawicielem agencji Travelocity o szczegółach kolejnych lotów, wynajmie samochodu i rezerwacji hotelu dla dzieci i moich rodziców. Jej poświęcenie zasłużyło na oficjalne wyrazy uznania, które niniejszym składam.

Na głos spikera informujący o pięciu minutach do rozpoczęcia biegu ludzie tłumnie ruszyli w kierunku startu. Wymieniliśmy z rodziną ostatnie uściski. Topher ściągnął szatę wielebnego, odsłaniając strój biegowy, który miał pod spodem. Niewiele mówiąc, obaj przecisnęliśmy się do strefy startowej. Rozległ się strzał, tłum ruszył do przodu, a moje pielęgnowane od pięciu lat marzenie zaczęło się ziszczać – krok po kroku.

Topher i ja obraliśmy komfortowe tempo, pozwalające dotrzeć do mety w czasie nieco poniżej czterech godzin. Pierwsze kilometry wiodły płaskimi ulicami, przecinającymi zabytkowe dzielnice St. Charles. Powietrze było wilgotne, nieruchome i ciepłe. Wkrótce miało się stać wilgotne, nieruchome i gorące.

Kilku biegnących nieopodal uczestników poznało mnie i dołączywszy do naszej grupki, zaczęło zagrzewać nas do boju. Po jakichś ośmiu kilometrach szczupły chłopak w wieku dwunastu, może trzynastu lat zrównał się ze mną tak, że biegliśmy ramię w ramię.

– Ty jesteś Dean? – spytał.

– Tak, mam na imię Dean – potwierdziłem.

– A ja John – powiedział chłopiec. Wyjaśnił, że zamierza przebiec jedną pętlę o długości półmaratonu, odbywającego się na tej samej trasie, co nasz maraton, który obejmował dwa takie okrążenia. John dodał, że byłem dla niego inspiracją i że przyjechał tutaj z matką z nadzieją, że mnie spotka. Słowa chłopca sprawiły, że poczułem nagły przypływ energii.

– Doskonale sobie radzisz! – powiedziałem, co potwierdził Topher. I naprawdę radził sobie znakomicie… przez pewien czas. Na szesnastym kilometrze John z szerokim uśmiechem powitał matkę, dopingującą go z transparentem: TEAM DEAN DO BOJU! Ale słońce zaczynało bezlitośnie prażyć. John nigdy wcześniej nie przebiegł takiego dystansu i okazało się, że aby dotrzymać nam kroku, obrał tempo ponad swoje siły.

Na osiemnastym kilometrze oddychał już bardzo ciężko, a jego buty niezgrabnie uderzały o asfalt. W okolicach dwudziestego kilometra biegł zgarbiony, dysząc z wysiłku.

– Dasz radę! – krzyknęliśmy.

Niecałe pół kilometra przed metą John dosłownie zwiądł w oczach, a jego krok zupełnie się pogubił. Nie biegł już, lecz krańcowo wyczerpany rozpaczliwie brnął do przodu.

– Dalej, dalej, dasz radę! – pohukiwaliśmy zachęcająco.

Zaledwie sto metrów przed metą John nagle zatrzymał się pośrodku drogi i z siłą strażackiego szlaucha zwymiotował na ulicę przed sobą.

– Wszystko w porządku? – spytałem. – Chcesz trochę usiąść i odpocząć?

– Biegnij, jakoś doczłapię – wydusił z siebie wreszcie John, gdy kilka osób zebrało się wokół niego, by mu pomóc. Wraz z Topherem wróciliśmy na trasę, a ja zacząłem się w duchu zastanawiać, czy przypadkiem nie dopuściłem się właśnie jakiejś formy przemocy na dziecku. Niezła ze mnie inspiracja – pomyślałem.

Na drugim okrążeniu kryzys zaczął zbierać wśród maratończyków obfite żniwo. Temperatura przekraczała dwadzieścia siedem stopni. Na odcinku każdego kolejnego kilometra mijaliśmy z Topherem co najmniej dwóch wycieńczonych biegaczy. Ci nieszczęśnicy nie zaczęli biegu dobrą nogą. Wielu z nich przyszło na zawody z myślą o uzyskaniu określonego wyniku, który w tych warunkach był nieosiągalny, ale postanowili nie odpuszczać. Teraz płacili za to wysoką cenę.

Jak uniknąć mdłości podczas zawodów?

Ostatni posiłek zjedz co najmniej godzinę przed zawodami.

Unikaj mleka i laktozy, a także produktów bogatych w błonnik, przynajmniej dwadzieścia cztery godziny przed wyścigiem.

Posiłek przed biegiem powinien się składać z produktów lekkostrawnych, takich jak owsianka błyskawiczna, banany i batoniki energetyczne. Jeśli zamierzasz zjeść go na mniej niż godzinę przed startem, jego wartość kaloryczna nie powinna przekraczać pięciuset kilokalorii.

Nie pij zbyt dużej ilości płynów w trakcie biegu. Pij tylko wodę albo napoje izotoniczne, takie jak powerade.

Przed zawodami trenuj tak, by organizm przywykł do niezbędnego poziomu wysiłku. Na przykład przed wzięciem udziału w maratonie, ukończ przynajmniej jeden długi bieg treningowy na dystansie co najmniej trzydziestu dwóch kilometrów.

– Niezła masakra – powiedział Topher.

– Masz rację, nieźle praży. Szkoda mi tych ludzi.

Przez linię mety przebiegliśmy o całe dziesięć minut wcześniej niż planowaliśmy – może nawet trochę zbyt wcześnie, zważywszy na to, co mnie czekało.

Dwie kolejne godziny spędziłem na udzielaniu wywiadów, uśmiechaniu się do zdjęć, podpisywaniu książek i plakatów oraz na pogaduszkach z innymi biegaczami. W którymś momencie rozejrzałem się i zobaczyłem, że mam przed sobą Johna, dwunastoletniego biegacza, i jego matkę. Wyglądał jak nowo narodzony.

– Ukończyłeś? – spytałem z nadzieją.

– Jasne, pestka – odparł i uśmiechnął się od ucha do ucha.

Gdy podpisywałem nielicho sczytany egzemplarz mojej książki, John z podekscytowaniem opowiadał mi o swoich planach biegowych. Może to zabawne, ale jeśli naprawdę jesteś urodzonym biegaczem, to sam widok linii mety może cię uzależnić od biegania równie silnie jak zwycięstwo w zawodach.

WSKAZÓWKA

Surowy imbir jest wspaniałym lekarstwem na drobne niestrawności i mdłości. Imbir konserwowy i cukierki imbirowe działają nieco łagodniej, a świeżo cięty korzeń imbiru zdecydowanie silniej. Sięgnij po imbir przed biegiem, by zapobiec problemom, albo w trakcie wyścigu, w chwili gdy pojawią się pierwsze kłopoty.

Kilka chwil później John i jego mama pożegnali się, a ja poczułem na skórze pierwsze krople deszczu. Zaczęło się od drobnej mżawki, ale po kwadransie lało już jak z cebra.

Tłum rozpierzchł się. Ekipa Endurance 50 ruszyła do akcji, w wojskowym pośpiechu rozkładając i pakując cały kram, zanim przemoknie do reszty. Dosłownie w ciągu kilku chwil teren naszego festiwalu biegowego zaczął przypominać pole walki. Wszędzie walały się kolorowe plakaty, przemoczone resztki jedzenia i śmieci wysypujące się z przepełnionych koszy. Nad mokrym, rozgrzanym chodnikiem unosiła się parująca mgiełka. Załoga pracowała w ponurym milczeniu. Nawet cień nie pozostał po wygłupach i śmiechach, które zaledwie wczoraj umilały ich starania.

Gdy uciążliwa praca dobiegła końca, Topher pospiesznie się z nami pożegnał – nie chciał się spóźnić na wieczorny lot powrotny do Europy. Julie uścisnęła mnie na pożegnanie; ona też jechała na lotnisko. Moi rodzice i dzieci zapakowali się do niewielkiego, wynajętego kampera, którym mieli pojechać w ślad za firmowym autokarem, w blisko pięciusetkilometrową podróż do Memphis – miejsca jutrzejszego maratonu.

Do autobusu wlała się fala wilgoci i rozmaitych woni. W ciasnej kwaterze na kółkach unosił się zapach stęchlizny. Szyby zaparowały i ociekały rosą. Każda rzecz w naszej objazdowej szatni sprawiała wrażenie wilgotnej i oślizgłej, a podłoga dosłownie zmieniła się w ślizgawkę.

– No pięknie – powiedziałem do Englisha z wymuszoną beztroską w głosie, gdy wszedłem na pokład autokaru. Chrząknął coś na potwierdzenie.

Po maratonie

Ze względu na wymagania związane z podróżą, moja typowa procedura regeneracyjna podczas imprezy Endurance 50 była daleka od ideału. Oto co powinieneś zrobić po maratonie:

Pij dużo wody, aby nawodnić organizm. Wypij tyle, by twój mocz był bezbarwny albo miał jasnożółty kolor.

Zjedz posiłek bogaty w białka, by przyspieszyć odbudowę mięśni. Nie zaniedbuj też węglowodanów, które zapewnią wyczerpanym mięśniom zapas paliwa. Zjedz na przykład pilaw z ryżu, roladę z indyka albo makaron z sosem mięsnym.

Na dziesięć minut zanurz nogi w kąpieli lodowej, aby złagodzić obrzęki i ból mięśni. W domu robię tak bardzo często, ale podczas Endurance 50 nie miałem takiej możliwości.

Połóż się wcześnie i śpij tyle, by następnego dnia obudzić się w pełni wypoczętym.

Na drugi dzień spróbuj pobiegać… no dobrze, pokuśtykać przynajmniej dwadzieścia minut, aby rozruszać zesztywniałe mięśnie.

Gdy autobus ruszył w trasę, nagle poczułem się wyczerpany. Nie było to typowe zmęczenie mięśni, do jakiego przywykłem po trudnych biegach, ale znużenie umysłu – takie, jakie odczuwa się na przykład po weselu, po dwunastu godzinach spotykania się, witania, rozmawiania, uśmiechania, rozwiązywania małych kryzysów i nieustannego bycia na świeczniku. Owszem, maraton kosztował mnie trochę wysiłku, ale bardziej wyczerpały mnie późniejsze zmagania. Zachodziłem w głowę, jakim cudem mam przetrwać to wszystko aż do Nowego Jorku, ostatniego punktu trasy, do którego mieliśmy dotrzeć za czterdzieści dziewięć dni.

Czy zaczęliśmy dobrą nogą? – zastanawiałem się. Niezawodny przepis na katastrofę polega na przystąpieniu do maratonu bez odpowiedniego przygotowania – ciężkiego treningu, który jest niezbędny, by organizm był w stanie pokonać planowany dystans. Chaos, jaki miał miejsce podczas rozdawania autografów po biegu, niespodziewane mordercze tempo pakowania się, odjazd w trakcie monsunu i zniechęcone miny na twarzach Koopa, Hoppsa (teraz ogolonego na łyso) i Dave’a – naszego menedżera od tras koncertowych… Wszystko to sugerowało, że być może porwaliśmy się z motyką na słońce. Przetrwanie kolejnych czterdziestu dziewięciu dni podobnych do tego wydawało się skrajnie nieprawdopodobne.

Chwilę później przyłapałem się na rozważaniu planów awaryjnych. Może zwrócimy pieniądze sponsorom, zostawimy w diabły autokar i zrealizujemy projekt w znacznie mniejszej skali – tak jak zamierzałem od początku. Uświadomiłem sobie jednak, że to marzenie ściętej głowy. Pal sześć sponsorów, ale jak mogłem zawieść dziesiątki Johnów, czekających na swoje pięć minut (bez wymiotowania, mam nadzieję)? Co to, to nie. Akcja Endurance 50 musi się odbyć w pełnym wymiarze. Albo wcale.

Przestań zrzędzić, Karno – powtarzałem sobie. Drobne problemy na starcie nie mogą przekreślić całej kampanii.

Jak przebiec pięćdziesiąt oficjalnych maratonów dzień po dniu?

Jak przebiec pięćdziesiąt oficjalnych maratonów w pięćdziesięciu stanach przez pięćdziesiąt kolejnych dni, skoro większość takich zawodów odbywa się w weekendy? Nasza koncepcja wymagała przekonania dyrektorów poszczególnych maratonów, by pozwolili mi pobiec trasami tych biegów z zachowaniem oficjalnych reguł. Owszem, wymagało to ogromnego nakładu pracy i przysporzyło wielu trudności, ale był to zarazem jedyny sensowny sposób na osiągnięcie założonego celu. Dopięcie logistyki przedsięwzięcia na ostatni guzik zajęło wiele miesięcy, ale decyzja okazała się słuszna.

Mapy tras maratonów publikowane w internecie czasami były niekompletne, a kiedy indziej przebiegały drogami niedostępnymi dla pieszych poza oficjalnym dniem wyścigu. Bez pomocy dyrektorów zawodów nie mielibyśmy żadnej gwarancji, że rzeczywiście uda się nam pobiec. Naszą wiarygodność łatwo byłoby zakwestionować. Na każdym etapie planowania Endurance 50 dołożyliśmy więc wszelkich starań, by tak się nie stało.

Dzięki planowaniu, ciężkiej pracy i zapobiegliwości za każdym razem mieliśmy wyznaczoną oficjalną linię startu, atestowaną trasę zgodną z przebiegiem danego maratonu, linię mety i profesjonalny pomiar czasu. Bez tego ktoś mógłby podważyć prawdziwość wyczynu. Zatroszczyliśmy się więc o wszystko, bym po każdym maratonie mógł się wylegitymować oficjalnym dyplomem jego ukończenia. Nie dałbym rady zasnąć w nocy, gdybyśmy tego nie dopatrzyli.

Zależało nam także na tym, by na maratony z serii Endurance 50 mogli się zapisywać zwykli uczestnicy – tak samo jak na każdy inny maraton. Zainteresowani biegacze mogli odwiedzić serwis internetowy Endurance 50 i zarejestrować się na udział w biegu na stronie Active.com, dokładnie tak jak w przypadku wielu innych zawodów. Uczestnikom wysyłaliśmy oficjalne pakiety startowe, a każdy biegacz był odnotowywany w systemie i weryfikowany przed startem maratonu. Wszystko wyglądało i działało tak jak podczas każdego innego biegu ulicznego.

Podczas długiej, nocnej podróży przeczytałem e-mail, który podniósł mnie na duchu i na nowo zmotywował do walki, a przy okazji niezmiernie rozbawił. Autor odnosił się w nim do mojego odnowienia ślubów z Julie. List brzmiał tak:

Wiadomość dla Deana Karnazesa

Chłopie, przegiąłeś. Podniosłeś poprzeczkę tak wysoko, że żaden z nas nie będzie w stanie ci sprostać. Moja żona bez przerwy pyta mnie o plany na kolejny maraton. Ale ja już dobrze wiem, o co jej tak naprawdę chodzi!

Powodzenia, Karno. Tylko zlituj się nad resztą facetów i nie rób więcej takich numerów.

R.

* * *

1 Ta wartość odzwierciedla łączną liczbę kalorii (oczywiście po odjęciu liczby kalorii spalanych podczas zwykłych procesów metabolicznych), jaką spaliłem do danego dnia eskapady Endurance 50. Źródłem informacji do obliczeń był serwis www.coolrunning.com.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

50 maratonów w 50 dni Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia