Biesy

Biesy

Autorzy: Fiodor Dostojewski

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 200

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 15.00 zł

Wielowątkowa, diaboliczna opowieść o tym jak szlachetne idee indywidualnej wolności  w umysłach ludzi na wolność niegotowych, kształtowanych w uściskach carskiego samodzierżawia, przeradzają się  w idee nihilizmu, bezwładne rewolucyjne ruchy i terroryzm. Gęste od mrocznych emocji,  mieszaniny obłudy i szlachetności, nienawiści i współczucia, niewinności i amoralnego cynizmu są Biesy krzywym zwierciadłem ówczesnych – jakże czasami aktualnych w opisanych postawach – inteligenckich marzeń o ludzkiej utopii i proroczą zapowiedzią powstania stalinowskiej wersji totalitaryzmu.

Przełożył

Tadeusz Zagórski

Tytuł oryginału: Бесы

Copyright © 2015, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-347-3

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Skład: Jacek Antoniuk

Redakcja: Rafał Grupiński

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Ciemna noc, choć oko wykol!

Noc zawiejna, wyje wiatr…

Pobłąkało nas złe licho,

Wodzi, zwodzi w polu czart!

To nie czart, to czarty zgrają!

Kędy gnają? Kto je zwiódł?

Kuma-czarta li chowają

Kumy-wiedźmy li to ślub?

A. Puszkin[1]

…A pasło się tam na górze stado wielu wieprzów. I prosili go, by im dozwolił wejść w nie. I zezwolił im. Wyszły tedy duchy nieczyste z człowieka i weszły w wie­prze. A stado pędem z urwistego brzegu wpadło do mo­rza i potonęło. Widząc zaś pasterze, co się stało, uciekli i rozgłosili to po mieście i wioskach. I wyszli oglądać, co się stało. I przyszli do Jezusa, i ujrzeli, że człowiek, z którego wyszły czarty, siedział odziany i przy zdro­wych zmysłach u nóg jego. I zdjął ich lęk. A ci, co wiedzieli, opowiedzieli im, jak uzdrowiony został od czartów.

Łuk.VIII, 32–35

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

ZAMIAST PRZEDMOWY:

NIECO SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIO­RYSU CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO

I

Rozpoczynając opis niedawnych, a tak dziwacznych zda­rzeń, których świadkiem było nasze skromne i niczym do­tychczas nie wsławione miasto, nim przystąpię do rzeczy, muszę, ze względu na moją nieudolność, zacząć od paru szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego. Niech te szczegóły będą tylko wstępem do niniejszej kroniki, zdarzenia zaś, które zamierzam opisać, przyjdą później.

Powiem po prostu: Stiepan Trofimowicz odgrywał wśród nas osob­liwą rolę, że tak powiem, „społeczną”, a rolę tę lubił namiętnie, i to tak bardzo, że, jak mi się zdaje, nie mógłby żyć bez niej. Nie chcę bynajmniej porównywać go do aktora z teatru: uchowaj Boże, tym bardziej że sam go przecież szanuję. Mogło to wszystko być kwestią przyzwyczajenia lub raczej stałej i szlachetnej, od lat dziecinnych trwającej skłonności do przyjemnych marzeń o pięknym, obywatelskim stanowisku. Niesłychanie na przykład lubował się w roli „ściganego” i, że tak powiem, „zesłańca”. Oba te słowa lśnią swego rodzaju klasycznym blaskiem, który go urzekł raz na zawsze i wywyższając go stale, przez długie lata, we własnym mniemaniu, wpro­wadził ostatecznie na piedestał wzniosłości, niezmiernie łe­chcącej jego ambicję. W pewnej angielskiej powieści saty­rycznej zeszłego stulecia niejaki Guliwer, powróciwszy z kraju Liliputów, którego mieszkańcy mieli zaledwie dwa werszki wzrostu, tak zżył się ze swoją rolą olbrzyma, że na ulicach Londynu wołał na widok przechodniów i po­jazdów, ostrzegając, by mu ustępowali z drogi, wciąż bo­wiem myślał, że jest olbrzymem, a oni – karzełkami i że może ich rozdeptać. Śmiano się z niego, łajano go, a ordynarni stangreci nieraz nawet śmignęli batem urojonego olbrzyma. Ale czy słusznie? Czego bowiem nie robi przy­zwyczajenie! Ono to doprowadziło prawie do takiego sa­mego stanu Stiepana Trofimowicza, lecz objawy tego sta­nu były bardziej, jeśli można tak rzec, niewinne i nie­szkodliwe, był to bowiem człowiek arcypoczciwy.

Myślę nawet, że pod koniec wszędzie o nim zapomniano; lecz nie wynika z tego wcale, aby i przedtem go nie zna­no. Bądź co bądź, należał ongiś do znakomitego grona sław­nych działaczy minionej doby i przez pewien czas, ściślej mówiąc, przez krótką chwilę, zbyt pochopni ludzie owej epoki wymawiali jego nazwisko omalże na równi z naz­wiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i Hercena[2], który właśnie wtedy rozpoczynał za granicą swoją działalność. Ale działalność Stiepana Trofimowicza skoń­czyła się prawie w tym samym momencie, w którym się rozpoczęła, a to – jeśli można tak rzec – z powodu „wich­ru wydarzeń”. I cóż się stało? Jak się okazuje, nie tylko „wichru”, ale nawet „wydarzeń” żadnych nie było, przy­najmniej w danym wypadku. Teraz dopiero, w tych dniach, ale za to z całkowicie pewnego źródła, dowiedziałem się z najwyższym zdumieniem, że pobyt Stiepana Trofimowi­cza pośród nas, w naszej guberni, wcale nie był „zesła­niem”, jakeśmy wszyscy myśleli, a nawet żadnej inwigi­lacji nigdy nie było. Jak olbrzymia jest siła wyobraźni! Przecież on szczerze, przez całe życie, wierzył niezłomnie, że w pewnych sferach boją się go, że każdy jego krok jest wciąż strzeżony i notowany i że każdy z trzech gu­bernatorów, których mieliśmy w ciągu ostatnich lat dwu­dziestu, jadąc celem objęcia stanowiska, wiózł ze sobą kłopotliwą myśl o nim, o Wierchowieńskim, zaszczepioną przy przekazywaniu urzędu przez wyższą instancję. Gdy­by ktokolwiek wówczas udowodnił Stiepanowi Trofimowiczowi niezbicie, że nie ma się czego obawiać – on, człowiek najuczciwszy, obraziłby się na pewno. Był przy tym jednak człowiekiem najrozumniejszym, najbardziej utalentowanym naukowcem, chociaż zresztą, co do nauki… słowem, dla nauki zrobił nie tak znowu wiele, a właści­wie, zdaje się, prawie nic. Ale przecież u nas w Rosji zdarza się to z naukowcami na każdym kroku.

Wierchowieński, wróciwszy z zagranicy, zasłynął jako lektor na katedrze uniwersyteckiej pod sam koniec piątego dziesięciolecia. Właściwie zdążył wygłosić zaledwie kilka wykładów, jak się zdaje, o Arabach; zdążył także obronić wspaniałą dysertację o wzroście między 1413 a 1428 ro­kiem praw obywatelskich i znaczenia w związku hanzeatyckim niemieckiej mieściny Hanau i o tych specyficznych, a nieco mętnych przyczynach, które sprawiły, że wzrost ten w ogóle nie nastąpił. Dysertacja ta zgrabnie a boleś­nie ugodziła w ówczesnych słowianofilów i przysporzyła autorowi licznych i zażartych wśród nich wrogów. Potem – nawiasem mówiąc, już po utracie katedry – zdążył wy­drukować (jak gdyby przez zemstę i by pokazać, kogo utracono w jego osobie) w postępowym miesięczniku, w którym drukowano tłumaczenia z Dickensa i głoszono kult George Sand, początek niesłychanie głębokiego traktatu – zdaje się o przyczynach niezwykłej szlachetności pewnych rycerzy w pewnej epoce czy coś w tym rodzaju. W każdym razie myśl przewodnia traktatu była na pewno wzniosła i szlachetna. Mówiono potem, że dalszy ciąg traktatu zo­stał szybko wstrzymany przez cenzurę i że nawet postę­powy miesięcznik ucierpiał za wydrukowanie pierwszej połowy. Było to bardzo możliwe, czego bowiem nie bywa­ło w owych czasach![3] Prawdopodobniejszym jednak w da­nym wypadku jest przypuszczenie, że nic podobnego nie było, że sam autor z powodu lenistwa nie dokończył swego traktatu. Przerwał zaś wykłady o Arabach dlatego, że ktoś (prawdopodobnie z jego reakcyjnych wrogów) w jakiś sposób przyłapał list Wierchowieńskiego pisany do kogoś, z wyłuszczeniem pewnych okoliczności, na skutek czego ktoś inny zażądał pewnych wyjaśnień. Nie wiem, ile w tym prawdy, twierdzono jednak, że w tym samym czasie wykryto w Petersburgu jakieś olbrzymie stowarzyszenie, o działalności wymierzonej przeciw naturalnemu porządko­wi rzeczy i przeciw państwu, składające się z około trzy­nastu ludzi, które omal nie wstrząsnęło posadami ustroju. Zbierano się tam podobno, aby tłumaczyć samego Fourie­ra. Jak na złość przychwycono jednocześnie w Moskwie poemat Stiepana Trofimowicza, napisany przed sześciu la­ty w zaraniu młodości, jeszcze w Berlinie. Poemat ten krążył w odpisach pomiędzy dwoma miłośnikami literatu­ry i jednym studentem. Leży teraz i przede mną na stole; otrzymałem go nie dalej jak w zeszłym roku we własno­ręcznym, całkiem świeżym odpisie od samego Stiepana Trofimowicza, z dedykacją, we wspaniałej czerwonej, sa­fianowej oprawie. Utwór ten, nawiasem mówiąc, nie był pozbawiony poezji, a nawet pewnego talentu, nieco dziwa­czny, lecz wtedy (czyli dokładniej między 1830 a 1840 ro­kiem) często pisywano w tym stylu. Jest to jakaś ale­goria, o charakterze liryczno-dramatycznym, przypomina­jąca drugą część Fausta. Akcję rozpoczyna chór kobiet, potem następuje chór mężczyzn, potem – jakichś mocy, wreszcie chór dusz, które jeszcze nie żyły, lecz które bar­dzo pragnęłyby pożyć. Wszystkie te chóry śpiewają o czymś bardzo nieokreślonym, najwięcej zaś o jakiejś klątwie, a wszystko zabarwione domieszką wytwornej satyry. Znie­nacka zmienia się scena i rozpoczynają się jakieś „Gody życia”, na których śpiewają nawet owady, zjawia się żółw i wygłasza jakieś sakramentalne łacińskie słowa, a nawet, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, śpiewa jakiś minerał, a więc przedmiot całkiem nieuduchowiony. Na ogół wszyscy śpiewają bez przerwy, a jeżeli czasem coś powiedzą, to tak jak gdyby się jakoś spierali, i znowu zawarty jest w tym jakiś głębszy sens. Wreszcie scena znowu się zmienia i zjawia się dzika okolica, a pośród skał samotnie błądzi pewien kulturalny młodzieniec, zry­wając i wysysając jakieś trawy, zapytany zaś przez bo­ginkę, po co ssie te trawy, odpowiada, iż czuje w sobie nadmiar życia, szuka zapomnienia i znajduje takowe w soku tych traw, głównie jednak pragnie czym prędzej postradać rozum (pragnienie może nawet zbyteczne). Po­tem zjawia się znienacka bosko piękny młodzieniec na karym koniu, a za nim podążają niezliczone tłumy wszyst­kich narodów. Młodzieniec wyobraża śmierć, a wszystkie narody jej pragną. Wreszcie, już w scenie ostatniej, ukazuje się nagle wieża Babel, a jacyś atleci dobudowują ją do końca, śpiewając pieśni o nowej nadziei. A gdy doprowadzają już budowlę do szczytu, wówczas władca, dajmy na to, Olimpu, ucieka w komiczny sposób, po czym ludzkość, przejrzawszy, zajmuje jego miejsce i niezwłocz­nie rozpoczyna nowe życie z pełną świadomością rzeczy. Ten właśnie poemat uznany był wonczas za niebezpieczny. W zeszłym roku proponowałem Wierchowieńskiemu, by oddał dzieło do druku, ponieważ w naszych czasach było ono najzupełniej niewinne, ale Wierchowieński przyjął mo­ją propozycję z jawnym niezadowoleniem. Ukłuło go zda­nie o najzupełniejszej niewinności poematu i przypusz­czam, że tu kryje się źródło pewnego ochłodzenia naszych stosunków, które trwało całe dwa miesiące. I cóż? Wła­śnie wtedy, gdym proponował, by wydrukować poemat tu, drukują go znienacka tam, to znaczy za granicą, w jednym z rewolucyjnych wydawnictw i zupełnie bez wiedzy auto­ra. Wierchowieński z początku zląkł się, popędził do gu­bernatora i napisał list do Petersburga, usprawiedliwia­jąc się w sposób jak najbardziej szlachetny. Czytał mi ten list dwukrotnie, lecz go nie wysłał, nie wiedział bowiem, do kogo adresować. Słowem, przez cały miesiąc był nie­spokojny. Jestem jednak przekonany, że w głębi duszy czuł się niezwykle doceniony. Omalże kładł się do łóż­ka z nadesłanym mu egzemplarzem, a na dzień chował go pod materac i nie pozwalał służącej słać łóżka, a chociaż oczekiwał z dnia na dzień mającej skądś nadejść jakiejś de­peszy, zachowywał się wyniośle. Depesza jednak nie nade­szła. Wówczas Wierchowieński pogodził się i ze mną, co świadczy o nadzwyczajnej dobroci jego czułego i niepo­mnego uraz serca.

II

Nie twierdzę bynajmniej, że Wierchowieński wcale nie ucierpiał, jestem jednak całkowicie teraz przekonany, że mógłby, jak długo by mu się podobało, wykładać o Ara­bach, złożywszy jedynie odpowiednie wyjaśnienia. Uniósł się jednak ambicją i z niezwykłym pośpiechem sam naka­zał sobie raz na zawsze uwierzyć, że jego kariera jest do końca życia złamana przez „wicher wydarzeń”. Jeżeli ma­my już mówić całą prawdę, to istotną przyczyną zmiany kariery była dawna, a teraz wznowiona, bardzo delikatna propozycja Barbary Pietrowny Stawrogin, małżonki generała-lejtnanta, bardzo bogatej osoby, która prosiła go, by zajął się wychowaniem i wykształceniem jedynego jej syna. Miał to uczynić jako wytrawny pedagog i przyjaciel, nie mówiąc już o świetnym wynagrodzeniu. Propozycję tę otrzymał po raz pierwszy już w Berlinie, i to właśnie gdy owdowiał po raz pierwszy. Pierwszą jego małżonką była pewna lekkomyślna panna z naszej guberni, z którą się oże­nił w zaraniu swej nierozumnej jeszcze młodości. Zdaje się, że ta osoba, skądinąd pociągająca, przysporzyła mu wiele zmartwień, a to z powodu braku środków na jej utrzymanie i z innych, po części dość delikatnych przyczyn. Umarła w Paryżu, ostatnie trzy lata życia spędziwszy z dala od niego, i pozostawiła mu pięcioletniego syna, „owoc pierwszej, radosnej i jeszcze niczym niezamąconej miłości”, jak się raz wyraził przy mnie melancholijnie usposobiony Stiepan Trofimowicz. Dziecię to natychmiast po urodzeniu zostało wysłane do Rosji i oddane na wycho­wanie jakimś starym ciotkom, gdzieś na głuchej prowin­cji. Wówczas właśnie Wierchowieński odrzucił propozycję Barbary Pietrowny i rychło, nie doczekawszy nawet koń­ca roku, ożenił się powtórnie, i nawet bez jakiejkolwiek konieczności, z jakąś mrukliwą berlińską Niemeczką. No­we małżeństwo nie było jedynym powodem, dla którego odrzucił posadę wychowawcy: nęciły go wówczas głośne sukcesy jednego z wybitnych profesorów i sam on z kolei poleciał na katedrę, aby wypróbować swoich orlich skrzy­deł. I oto teraz, gdy połamano mu te skrzydła, musiał na­turalnie przypomnieć sobie o propozycji, którą i wtedy niechętnie odrzucił. Niespodziewana jednak śmierć dru­giej żony, po krótkim, niespełna rocznym pożyciu, uproś­ciła ostatecznie sytuację. Mówiąc bez ogródek, o wszystkim rozstrzygnęło gorące współczucie Barbary Pietrowny i jej nieoceniona, klasyczna przyjaźń, jeśli wolno w ten sposób określać przyjaźń. Padł w objęcia tej przyjaźni i los jego ustalił się na dobre dwadzieścia lat. Jeżeli użyłem zwrotu „padł w objęcia”, niech nikt broń Boże nie myśli o rze­czach lekkomyślnych i zbytecznych: objęcia te należy ro­zumieć w sensie wysoce moralnym. Najwytworniejsza, naj­delikatniejsza przyjaźń połączyła na wieki te dwie tak niepowszednie istoty.

Stanowisko wychowawcy przyjął Wierchowieński i z te­go również powodu, iż mająteczek, który pozostał mu po pierwszej żonie – malusieńki – znajdował się w najbliż­szym sąsiedztwie Skworesznik, wspaniałej, podmiejskiej majętności Stawroginów w naszej guberni. Poza tym zaw­sze można było w ciszy gabinetu, nie zajmując się wyczer­pującą pracą na uniwersytecie, poświęcić się nauce i wzbo­gacić literaturę ojczystą najbardziej dociekliwymi badania­mi. Wprawdzie badań tych nie było, ale za to Stiepan Trofimowicz mógł przez resztę życia, przeszło lat dwa­dzieścia, przynajmniej stać w obliczu ojczyzny jak żywy wyrzut sumienia, co według słów ludowego poety brzmi tak:

Idealista i liberał,

Niby sumienia wyrzut żywy,

Stał przed obliczem swej ojczyzny.[4]

Lecz osoba, o której pisał ów ludowy poeta, miałaby prawdopodobnie prawo, gdyby chciała, przez całe życie pozować w ten sposób – chociaż to bardzo nudne. Nasz zaś Stiepan Trofimowicz był, prawdę mówiąc, tylko na­śladowcą owych osób, a zresztą nie stał znów wciąż w ta­kiej pozie, gdyż łatwo się męczył i często gęsto wylegi­wał się na boku. Lecz trzeba mu oddać sprawiedliwość, że nawet w pozycji leżącej zachowywał oblicze wcielone­go wyrzutu sumienia, tym bardziej że jak na naszą gu­bernię było to dość. Warto było go widzieć, gdy zasiadał u nas w klubie do kart. Cała jego postać zdawała się mó­wić: „Karty! Ja – siadam z wami do jerełasza! Czy to możliwe? Kto temu winien? Kto unicestwił moją pracę i zamienił ją w jerełasza? Ach, giń, Rosjo!’’ – po czym sta­tecznie atutował z kierów. A prawdę mówiąc, strasznie lubił rżnąć w karcięta i z tego powodu, zwłaszcza ostatnio, miewał nierzadko przykre utarczki z Barbarą Pietrowną, tym bardziej że stale przegrywał. Ale o tym potem. Zwró­cę tylko uwagę, że nawet miał sumienie drażliwe (to zna­czy, od czasu do czasu) i z tego też powodu często ogar­niał go smutek. W ciągu całej dwudziestoletniej przyjaźni z Barbarą Pietrowną regularnie trzy lub cztery razy do ro­ku zapadał na tak zwany wśród nas „społeczny smutek”, jak to lubiła określać czcigodna Barbara Pietrowna. Była to po prostu zwykła chandra. W rezultacie obok smutku spo­łecznego słabością jego stał się również szampan; lecz wrażliwa Barbara Pietrowna przez całe życie starała się go ustrzec od wszelkich płaskich przyzwyczajeń. Istotnie, potrzebna mu była niańka, gdyż czasem jego dziwactwa stawały się już niezrozumiałe. Niekiedy wśród najgłęb­szego smutku znienacka zaczynał śmiać się w sposób naj­bardziej rubaszny. Bywały chwile, kiedy nawet sam o so­bie zaczynał mówić w sensie humorystycznym. A Barbara Pietrowna niczego chyba tak się nie bała, jak sensu hu­morystycznego. Była to niewiasta-klasyk, niewiasta-mecenas, zawsze działająca w imię wzniosłych pobudek. Dwu­dziestoletni wpływ tej wybitnej kobiety na jej biednego przyjaciela był niesłychanie doniosły. Należałoby pomó­wić o niej osobno, co też czynię.

III

Dziwna czasem bywa przyjaźń. Obaj przyjaciele zjedli­by jeden drugiego i żyją tak całe życie, a rozstać się nie mogą. Rozstać im się nawet w żaden sposób nie wolno: ten z przyjaciół, który pod wpływem kaprysu pierwszy zerwie ów związek, na pewno zachoruje, a może i umrze. Wiem na pewno, że Stiepan Trofimowicz niejednokrotnie, po najbardziej osobistej wymianie myśli w cztery oczy z Barbarą Pietrowną, po jej wyjściu zrywał się z kanapy i tłukł pięścią o ścianę.

Nie ma w tym najmniejszej przesady, raz nawet odle­ciał kawałek tynku. Może mnie kto zapyta, skąd wiem o tak drobnym szczególe? A co powiecie, jeżeli sam by­wałem tego świadkiem? A co, jeśli Stiepan Trofimowicz nieraz płakał na moim ramieniu, w jaskrawych barwach malując wszystkie swe najtajniejsze przeżycia? (I o czym on wtedy nie mówił!). Cóż jednak prawie zawsze działo się nazajutrz po takich szlochach? Nazajutrz był już go­tów dać się ukrzyżować za taką czarną niewdzięczność. Wzywał mnie nagle do siebie lub sam do mnie wpadał jedynie po to, aby mi oznajmić, iż Barbara Pietrowna jest „aniołem delikatności i honoru, on zaś – przeciwień­stwem tego wszystkiego”. I nie tylko przede mną tak się zwierzał: niejednokrotnie wszystko to wypisywał w oratorskich listach do Barbary Pietrowny i stwierdzał włas­nym podpisem, że nie dalej jak na przykład wczoraj po­mawiał ją przed obcą osobą, że ona, Barbara Pietrowna, trzyma go tylko przez zwykłą próżność, że zazdrości mu wiedzy i talentu; pomawiał ją, iż nienawidzi go i tylko lęka się ujawnić swą nienawiść, lęka się, aby nie porzu­cił przyjaciółki i nie zaszkodził w ten sposób jej opinii wśród literatów. Pisał dalej, że za to wszystko gardzi so­bą i postanawia odebrać sobie życie; od niej zaś czeka ostatniego słowa, które rozstrzygnie o wszystkim, i tak dalej, i tak dalej, wszystko w tym samym stylu. Można sobie wobec tego wyobrazić, do jakiej histerii dochodziły czasem ataki nerwowe tego najniewinniejszego spośród pięćdziesięcioletnich niemowląt! Sam kiedyś czytałem je­den z takich listów, pisany nazajutrz po kłótni o jakiś drobiazg, który nabrał potem cech jadowitych. Przerazi­łem się nie na żarty i błagałem go, aby listu nie wysyłał.

– Muszę… tak uczciwiej… obowiązek… umrę, jeżeli nie wyznam jej wszystkiego, wszystkiego! – odpowiadał go­rączkowo i oczywiście wysłał list.

Cała różnica między nimi na tym właśnie polegała, że Barbara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. To inna kwestia, że Wierchowieński w ogóle do pisania listów miał szczególną słabość i pisywał do Barbary Pietrowny nawet wtedy, kiedy mieszkał z nią pod jednym dachem, a w napadzie histerii pisał nawet po dwa listy dziennie. Wiem na pewno, że ona zawsze jak najuważniej odczytywała te listy, nawet jeżeli były dwa dziennie, a po przeczytaniu składała do specjalnej szkatułki, segre­gując je i opatrując jakimiś notatkami; poza tym składa­ła je w swoim sercu. Potem, przetrzymawszy przyjaciela cały dzień bez odpowiedzi, spotykała się z nim najspokoj­niej w świecie, jak gdyby nic nie zaszło. Z czasem go tak wyszkoliła, że sam już nie ośmielał się wspomnieć o tym, co zaszło poprzedniego dnia, i tylko przez dłuższą chwilę patrzył jej w oczy. Ona jednak nie zapominała o niczym, gdy on zapominał może nawet zbyt szybko i niekiedy, za­chęcony jej spokojem, tegoż dnia śmiał się i figlował przy szampanie, gdy przychodził który z przyjaciół. Jak zja­dliwie musiała wtedy na niego patrzeć! On jednak nie widział nic. Czasem tylko, po tygodniu, po miesiącu czy nawet po pół roku, w jakiejś szczególnej chwili przycho­dził mu do głowy pewien zwrot z wysłanego listu, a na­stępnie cały list wraz z okolicznościami towarzyszącymi. Wtedy palił go wstyd i tak bardzo dręczył, że wreszcie kończyło się to wszystko zwykłym atakiem jak gdyby choleryny. Te osobliwe ataki były w pewnych wypadkach normalnym rezultatem wstrząsów nerwowych i stanowiły oryginalny, właściwy jego organizmowi fenomen.

Istotnie, Barbara Pietrowna na pewno nienawidziła go dość często; on jednak aż do końca nie zauważył jednego: nie zauważył, że w końcu stał się dla niej synem, jej tworem, nawet, rzec można, jak gdyby własnym jej wy­nalazkiem. Stał się krwią jej krwi i wcale nie przez sa­mą „zazdrość o talent” trzymała go przy sobie i utrzymy­wała. Samo podejrzenie o to już było dla niej obrazą! Barbara Pietrowna nosiła w sobie nieznośne przywiązanie do tego człowieka, przeplatane nienawiścią, zazdrością i pogardą. Chroniła go przed lada pyłkiem, niańczyła przez dwadzieścia dwa lata; mogłaby, stroskana, nie spać po całych nocach, gdyby chodziło o jego opinię poety, uczo­nego czy działacza. Ona go wymyśliła i pierwsza musiała weń uwierzyć. Był czymś w rodzaju jej marzenia… Za to jednak wymagała od niego rzeczywiście dużo, czasem na­wet chciała, aby był jej niewolnikiem. Była niezwykle pamiętliwa. Przy sposobności opowiem o dwóch wydarze­niach.

IV

Kiedyś, jeszcze przy pierwszych pogłoskach o zniesie­niu pań­szczyzny, gdy całą Rosję ogarnęła niezwykła radość i wszyscy przygotowywali się, by wstąpić na drogę odro­dzenia, odwiedził Barbarę Pietrownę pewien będący w przejeździe baron z Petersburga, człowiek o olbrzymich stosunkach i stojący blisko steru. Barbara Pietrowna niezmiennie ceniła takie wizyty, gdyż jej stosunki towarzyskie po śmierci męża rozluźniały się coraz bardziej i wreszcie przerwały się zupełnie. Baron siedział całą godzinę i pił herbatę. Nikogo więcej nie było, ale Barbara Pietrowna zaprosiła i zaprezentowała Stiepana Trofimowicza. Baron coś niecoś słyszał już o nim albo udawał, że słyszał, lecz przy herbacie rzadko się do niego zwracał. Rzecz prosta, że Stiepan Trofimowicz nie mógł się zblamować, a zresztą sposób bycia miał jak najbardziej wytworny. Chociaż nie był zbyt wysoko urodzony, lecz los zdarzył, że od dzieciń­stwa otrzymał wychowanie w pewnym arystokratycznym domu w Moskwie – był więc wychowany dobrze, a po francusku mówił jak rodowity paryżanin. Toteż baron po­winien był od pierwszej chwili zrozumieć, jakimi ludźmi otacza się Barbara Pietrowna nawet tu, w zaciszu prowin­cjonalnym. Nie udało się to jednak. Gdy baron potwier­dził całkowicie świeże jeszcze wieści o wielkiej reformie, Stiepan Trofimowicz nie wytrzymał nagle i zawołał: „Hu­ra!”, a nawet zrobił jakiś gest, który miał wyrażać zachwyt. Krzyknął niezbyt głośno i nawet z pewną dystynkcją; mo­że zresztą sam zachwyt był z góry zaplanowany, a gest wy­studiowany przed lustrem pół godziny przedtem; widocz­nie jednak coś tu się nie udało, gdyż baron pozwolił so­bie nawet uśmiechnąć się z lekka, chociaż natychmiast bardzo uprzejmie rzucił frazes o powszechnej radości, któ­ra napełnia serca wszystkich Rosjan z powodu tak do­niosłego wydarzenia. Wkrótce potem zaczął się żegnać, a że­gnając się, nie omieszkał podać dwóch palców Wierchowieńskiemu. Wróciwszy do salonu, Barbara Pietrowna kilka chwil milczała, jak gdyby szukała czegoś na stole. Potem jednak zwróciła się do Stiepana Trofimowicza i bla­da, z błyskiem w oku, wycedziła szeptem:

– Nigdy panu tego nie przebaczę!

Nazajutrz spotkała się z przyjacielem jak zawsze i już o tym mowy nie było. Lecz po trzynastu latach, w pewnym tragicznym momencie, przypomniała mu to i zbladła tak samo jak przed trzynastu laty. Tylko dwa razy w życiu Wierchowieński słyszał z ust Barbary Pietrowny: „Nigdy panu tego nie przebaczę!”. Zdarzenie z baronem – to był już drugi wypadek. Lecz i pierwszy jest tak charaktery­styczny i takie miał znaczenie w życiu Stiepana Trofimo­wicza, że nie waham się go przytoczyć.

Działo się to w 1855 roku na wiosnę, w maju, wkrótce po nadejściu do Skworesznik wiadomości o śmierci generała-lejtnanta Stawrogina, lekkomyślnego starca, który zmarł na chorobę żołądka w drodze na Krym, kiedy śpieszył na front. Barbara Pietrowna została wdową i przywdziała gru­bą żałobę. Co prawda nie mogła zbyt się martwić, gdyż os­tatnie cztery lata była z mężem w separacji z powodu nie­zgodności charakterów i wypłacała mu pensję. (Generał miał tylko sto pięćdziesiąt dusz i pobory służbowe, poza tym nazwisko i stosunki; cały majątek zaś wraz ze Skworesznikami należał do Barbary Pietrowny, jedynej córki pewnego bogatego propinatora!). Niemniej była wstrząśnię­ta nieoczekiwaną wieścią i pogrążyła się w samotności.

Rzecz prosta, że Stiepan Trofimowicz nie odstępował jej na krok.

Maj był w pełnym rozkwicie. Wieczory – cudowne. Zakwitły czeremchy. Przyjaciele spotykali się co wieczór w ogrodzie i do późnej nocy przesiadywali w altanie, zwie­rzając sobie wzajemnie myśli i uczucia. Bywały chwile pełne poezji. Barbara Pietrowna, pod wpływem zmiany losu, mówiła więcej niż zwykle. Lgnęła, zdawało się, ser­cem do przyjaciela. Trwało to przez kilka wieczorów. Rap­tem Wierchowieńskiego olśniła dziwna myśl: czy ta nie­pocieszona wdowa nie liczy przypadkiem na niego i czy nie spodziewa się oświadczyn, gdy upłynie rok żałoby? Była to myśl cyniczna, lecz ludzie o duszach wzniosłych czasem nawet mają tendencje do myśli cynicznych, cho­ciażby tylko dzięki wszechstronności swego rozwoju. Za­czął obserwować, sprawdzać i zdawało mu się, że tak jest w istocie. Zamyślił się: „Majątek olbrzymi, to prawda, ale…”. Istotnie Barbara Pietrowna nie mogła uchodzić za piękność. Była to niewiasta wysoka, żółta, koścista, o nad­miernie wydłużonej, nieco końskiej twarzy. Coraz wyraź­niej wahał się Stiepan Trofimowicz, dręczyły go wątpli­wości, nawet rozpłakał się parę razy wobec trudności de­cyzji (płakał w ogóle dość często). Wieczorami jednak, to znaczy w altanie, twarz jego mimo woli zaczęła zdradzać coś kapryśnego i żartobliwego, jakąś kokieterię, a jedno­cześnie wyniosłość. Dzieje się to zwykle wbrew woli, ale im szlachetniejszy człowiek, tym bardziej jest to widoczne. Bóg jeden wie, co o tym sądzić, lecz prawdopodobnie w ser­cu Barbary Pietrowny nie kiełkowało nic takiego, co mo­głoby usprawiedliwiać podejrzenia Stiepana Trofimowicza. A zresztą czyż zgodziłaby się zmienić nazwisko Stawrogin na jego nazwisko, choćby nawet tak słynne? Może w tym było trochę kobiecej gry, jakiś przejaw nieświado­mych pragnień kobiecych, tak naturalnych w pewnych niezwykłych okolicznościach. Nie mogę zresztą zaręczyć. Do dziś nikt nie zbadał głębi kobiecego serca. Lecz idźmy dalej.

Należy przypuszczać, że Barbara Pietrowna wkrótce zro­zumiała ten dziwny wyraz twarzy przyjaciela; była wraż­liwa i domyślna, on zaś czasami – zbyt naiwny. Lecz wieczory upływały jak dawniej, a rozmowy wciąż były poetyczne i zajmujące. I oto pewnego razu, gdy noc już zapadła, po bardzo ożywionej i poetycznej rozmowie roz­stali się po przyjacielsku, gorąco uścisnąwszy sobie dło­nie przy wejściu do oficyny, gdzie mieszkał Stiepan Trofimowicz. Zawsze przenosił się na lato z ogromnego dworu Stawroginów do tej oficynki, stojącej już prawie w ogro­dzie. Właśnie zdążył wejść do swego pokoju i w zakłopo­tanej zadumie wziąć cygaro, właśnie chciał je zapalić i stał, zmęczony, nieruchomy, przed otwartym oknem wpa­trując się w lekkie jak puch obłoczki, przemykające wo­kół jasnego księżyca, gdy rozległ się cichy szmer. Stiepan Trofimowicz drgnął i odwrócił się. Stała przed nim znowu Barbara Pietrowna, z którą pożegnał się przed czterema minutami. Jej żółta twarz była prawie sina, usta zaciś­nięte i drżące w kącikach. Przez całe dziesięć sekund, mil­cząc, patrzyła mu w oczy twardym, nieubłaganym wzro­kiem i nagle szybko powiedziała:

– Nigdy panu tego nie przebaczę!

Gdy w dziesięć lat potem Stiepan Trofimowicz opowia­dał mi tę smutną historię, a opowiadał ją szeptem, staran­nie zamknąwszy przedtem drzwi – przysięgał, że tak się wtedy przeraził i tak osłupiał, iż nie słyszał i nie widział, kiedy Barbara Pietrowna wyszła. Ponieważ zaś ona nigdy potem nie wspomniała o tym zdarzeniu, a wszystko szło dalej normalnie, Wierchowieński do końca życia skłaniał się nawet ku przypuszczeniu, że była to tylko halucynacja przed chorobą, tym bardziej że istotnie tejże nocy zacho­rował i naprawdę przeleżał całe dwa tygodnie. Choroba ta przerwała dalsze spotkania w altanie.

Wmawiając w siebie, że była to halucynacja, Stiepan Trofimowicz z dnia na dzień, przez całe życie, oczekiwał dalszego ciągu i, że tak powiem, rozwikłania tej sprawy. Nie wierzył, aby na tym miało się skończyć. A jeśli tak było, jakże dziwnym wzrokiem musiał spoglądać czasem na swoją przyjaciółkę!

V

Barbara Pietrowna wynalazła dla Wierchowieńskiego na­wet strój, w którym też chodził przez całe życie. Był to ubiór wytworny i oryginalny: długi, czarny surdut, zapięty do samej góry, leżący szykownie; miękki kapelusz (latem słomkowy) o szerokim rondzie; halsztuk biały, ba­tystowy, z szeroką kokardą o zwisających końcach; laska ze srebrną gałką; do tego włosy długie, spadające na ra­miona. Był ciemnym szatynem i dopiero w ostatnich la­tach zaczął siwieć. Brodę i wąsy golił. Podobno w młodości był bardzo piękny. Twierdzę jednak, że i w starszym wie­ku był wyjątkowo interesujący. Zresztą cóż to za starość w pięćdziesiątym roku życia? Przez pewną stateczną ko­kieterię nie tylko nie starał się odmładzać, lecz nawet podkreślał powagę swego wieku. Wysoki, szczupły, o dłu­gich włosach, w oryginalnym stroju, przypominał patria­rchę, a jeszcze bardziej – portret poety Kukolnika[5], umie­szczony przed laty w jakimś wydawnictwie, zwłaszcza gdy siedział latem w ogrodzie, na ławce, pod krzakiem kwit­nącego bzu, oparty o laskę, z książką leżącą obok, poetycz­nie zadumany nad zachodem słońca. Co do książek, trzeba przyznać, że pod koniec je zaniedbywał. Ale to już pod sam koniec. Dzienniki i czasopisma, prenumerowane przez Barbarę Pietrownę w dużej ilości, czytywał stale. Zdra­dzał zawsze zainteresowanie rosyjską literaturą, dbał jed­nak, by nie uronić przy tym odrobiny własnej godności. W pewnym okresie zaczął studiować z zapałem zasady na­szej polityki wewnętrznej i zagranicznej, wkrótce jednak machnął ręką i dał temu spokój. Bywało i tak, że brał ze sobą do ogrodu Tocqueville’a, a w kieszeni niósł schowa­nego Paula de Kocka. Są to zresztą drobiazgi.

Jeszcze słówko wtrącę o portrecie Kukolnika: trafił on do rąk Barbary Pietrowny po raz pierwszy, gdy jako dzie­wczynka była jeszcze w instytucie szlacheckim w Mosk­wie. Zakochała się w tym portrecie od razu, zwyczajem wszystkich pensjonarek, zakochujących się łatwo, bez wyboru, zwłaszcza w nauczycielach, przeważnie profesorach kaligrafii i rysunku. Nie chodziło tu o cechy wspólne wszystkim podlotkom, lecz o to, że nawet w pięćdziesią­tym roku życia Barbara Pietrowna przechowywała ten portrecik jako jedną z najcenniejszych pamiątek i może dlatego tylko stworzyła dla Stiepana Trofimowicza strój przypominający strój z portretu. Zresztą i o tym oczywiś­cie nie warto mówić.

W pierwszych latach, a raczej w pierwszym okresie po­bytu u Barbary Pietrowny, Wierchowieński wciąż jesz­cze myślał o jakimś traktacie i co dzień poważnie zabierał się do pisania. Lecz później wywietrzało mu to wszystko z głowy. Coraz częściej mawiał do nas: „Zdaje się, że je­stem dostatecznie przygotowany, materiały mam zebrane, ale jakoś nie idzie mi robota! Wcale nie idzie!” – i me­lancholijnie opuszczał głowę. Niewątpliwie powinno to by­ło otoczyć go w naszych oczach aureolą męczeństwa dla wiedzy. Jemu jednak chodziło o co innego. „Zapomnieli o mnie, nikomu nie jestem potrzebny!” – wybuchał nie­raz. Ta spotęgowana melancholia ogarnęła go zwłaszcza około roku 1850. Barbara Pietrowna zrozumiała w końcu, że sprawa przedstawia się poważnie. Sama też nie mogła pogodzić się z myślą, że jej przyjaciel jest zapomniany i niepotrzebny. Aby rozerwać przyjaciela, a także aby przypomnieć o nim współczesności, zawiozła go do Mo­skwy, gdzie miała wiele znajomości w świecie literackim i naukowym; jednak i Moskwa nie pomogła.

Dziwne to były czasy; szło coś nowego, niepodobnego zupełnie do uprzedniej ciszy, coś niezrozumiałego, co da­wało się wyczuwać wszędzie, nawet w Skworesznikach. Rozchodziły się różne wieści. Zdarzenia były mniej lub więcej znane, ale prócz nich zjawiały się towarzyszące im idee, a zjawiały się w ilości nadmiernej. To właśnie budzi­ło wątpliwości. Trudno było dostosować się i ściśle do­wiedzieć, co znaczą te idee. Barbara Pietrowna, dzięki kobiecym właściwościom umysłu, usilnie dopatrywała się w tym wszystkim jakiegoś sekretu. Zaczęła studiować dzien­niki, czasopisma, zagraniczne zakazane wydawnictwa, na­wet proklamacje, które wtedy właśnie zaczęły się ukazy­wać (dostarczano jej tego wszystkiego); ale od tej lektu­ry jeszcze bardziej zamąciło się jej w głowie. Zaczęła pi­sywać listy; rzadko jej odpowiadano, a im dalej, tym od­powiedzi stawały się mniej zrozumiałe. Prosiła Stiepana Trofimowicza, by wytłumaczył jej raz na zawsze te wszyst­kie idee; lecz otrzymane wyjaśnienia stanowczo nie były zadowalające. Poglądy Stiepana Trofimowicza na cały ten ruch były dziwnie wyniosłe; wszystko sprowadzało się do myśli, że jest zapomniany i niepotrzebny. Wreszcie jednak przypomniano sobie o nim, z początku w wydawnictwach zagranicznych, że to niby ofiara prześladowań i wygna­niec, a wkrótce potem w Petersburgu, jako o byłej gwieździe w określonej konstelacji; porównano go nawet, nie wiadomo dlaczego, z Radiszczewem[6]. Potem ktoś wydru­kował, że Wierchowieński umarł, i zapowiedział umiesz­czenie nekrologu. Stiepan Trofimowicz od razu zmartwych­wstał i wyprostował ramiona. Cała wyniosłość spojrzenia, którym mierzył współczesnych, znikła natychmiast, a w ser­cu zakwitło marzenie: przyłączyć się do nowego ruchu i pokazać swe siły. Barbara Pietrowna momentalnie uwie­rzyła w niego na nowo i zaczęła gorliwie się krzątać. Po­stanowiono jechać do Petersburga, nie zwlekając ani chwi­li, tam na miejscu dowiedzieć się o wszystkim gruntownie, zbadać osobiście i w miarę możliwości całkowicie i niepo­dzielnie pogrążyć się w nowej działalności. Barbara Pie­trowna, nawiasem mówiąc, oznajmiła, że gotowa założyć pismo i poświęcić mu całkowicie resztę życia. Widząc, jak daleko sprawa zaszła, Stiepan Trofimowicz zhardział, a w drodze zaczął traktować przyjaciółkę niemal protekcjonal­nie. Barbara Pietrowna nie omieszkała natychmiast zano­tować tego w swoim sercu. Trzeba dodać, że miała inny, także nie mniej ważny powód do wyjazdu: chęć wznowie­nia dawnych stosunków w wyższych sferach. Należało przypomnieć światu o sobie, a w każdym razie spróbować to uczynić. Oficjalnym zaś pretekstem do podróży była chęć odwiedzenia jedynaka, który kończył nauki w liceum petersburskim.

VI

Cały sezon zimowy spędzili w Petersburgu. Przed wiel­kim postem wszystko pękło jak tęczowa bańka mydlana. Rozwiały się marzenia, a zamęt w głowie nie tylko nie znikł, lecz przeciwnie – spotworniał jeszcze. Po pierwsze, ze stosunków w wyższych sferach nic prawie nie wyszło, chyba w rozmiarach całkiem mikroskopijnych i to kosz­tem poniżających wysiłków. Obrażona Barbara Pietrow­na oddała się tedy bez reszty „nowym ideom” i zaczęła urządzać u siebie wieczory. Zaprosiła literatów i tych sprowadzono do niej natychmiast całe zastępy. Potem już przychodzili sami, bez zaproszeń; jeden przyprowadzał dru­giego. Nigdy jeszcze nie widywała takich literatów. Byli zarozumiali niemożliwie, ale tak otwarcie, jak gdyby z poczucia obowiązku. Niektórzy (nie wszyscy zresztą) zja­wiali się nawet pijani, upatrując w tym niby osobliwe, wczoraj zaledwie odkryte piękno. Każdy jakoś dziwnie chełpił się czymś. Na ich twarzach można było wyczytać, że właśnie przed chwilą odkryli jakąś niesłychanie ważną tajemnicę. Wymyślali sobie wzajemnie, upatrując w tym punkt honoru. Dość trudno było dowiedzieć się, co właściwie napisał każdy z nich, lecz byli tam krytycy, powieściopisarze, satyrycy, komediopisarze, pamfleciści. Stiepan Trofimowicz dotarł do samych szczytów, skąd kie­rowano całym ruchem. Do tych sterników dostęp był nie­wiarygodnie trudny, lecz Stiepan Trofimowicz przyjęty zastał życzliwie, aczkolwiek nie słyszano tam o nim nic więcej ponad to, iż jest „reprezentantem idei”. Tak ma­newrował, że udało mu się ściągnąć parę razy tych olimpij­czyków do salonu Barbary Pietrowny. Byli bardzo poważni i bardzo uprzejmi. Zachowywali się przyzwoicie. Reszta bała się ich. Widać było jednak, że nie mają czasu na wizy­ty. Zjawiło się też kilka dawnych znakomitości literackich, obecnych chwilowo w Petersburgu, z którymi Barbara Pietrowna od dawna podtrzymywała znajomość. Zdziwi­ło ją jednak, że te sławy istotne i niewątpliwe zachowywały się cicho, skromnie, a niektórzy spośród nich zaczęli lgnąć do całej tej nowej zgrai i płaszczyć się przed nią ha­niebnie. Stiepan Trofimowicz miał na razie powodzenie. Zaczęto wysuwać go na publicznych zebraniach literac­kich. Gdy wyszedł po raz pierwszy na estradę na wieczorze literackim jako jeden z uczestników, rozległy się frenetyczne oklaski, które nie milkły chyba z pięć minut. Po dziewięciu latach wspominał o tym ze łzami w oczach, nawiasem mówiąc, raczej dzięki swej artystycznej natu­rze niż przez wdzięczność. „Przysięgam panu i nawet go­tów jestem się założyć – mówił mi sam (powiedział tylko mnie, i to w sekrecie) – że nikt z tej publiczności nie wie­dział o mnie absolutnie nic”. Ciekawe wyznanie: miał widocznie bystry umysł, jeżeli już wtedy, na estradzie, tak jasno zdawał sobie sprawę ze swej roli, pomimo upo­jenia sławą; z drugiej strony, widocznie nie miał bystrego umysłu, jeżeli nawet po dziewięciu latach nie mógł myśleć o tym bez poczucia krzywdy. Kazano mu złożyć podpis pod paru zbiorowymi protestami (przeciw czemu – nie wie­dział dokładnie). Podpis złożył. Barbarze Pietrownie także dano do podpisu coś o jakimś „haniebnym czynie”. Pod­pisała. Zresztą większość tych nowych ludzi, odwiedzając Barbarę Pietrownę, uważała za swój obowiązek traktować ją z pogardą, a nawet z nieukrywanym szyderstwem. Stiepan Trofimowicz w przystępie goryczy dawał mi po­tem do zrozumienia, że wtedy właśnie zaczęła mu zaz­drościć. Rozumiała dobrze, że nie powinna wcale obcować z tymi ludźmi, mimo to podejmowała ich zapamiętale, z niecierpliwością prawdziwie kobiecą, a zwłaszcza ciągle się czegoś spodziewała. W czasie przyjęć mówiła mało, cho­ciaż mogłaby mówić; wolała słuchać. Mówiono tu o zniesie­niu cenzury i „twardego znaku”, o zamianie liter rosyjskich na łacińskie, o onegdajszym zesłaniu pewnej osoby, o jakimś skandalu w Pasażu, o korzyściach, jakie wynikną z podziału Rosji na narodowości i stworzenia wolnego związku federacyjnego, o likwidacji armii i floty, o od­budowie Polski po Dniepr, o reformie włościańskiej i pro­klamacjach, o skasowaniu spadkobrania, rodzin, dzieci i duchowieństwa, o prawach kobiet, o domu Krajewskie­go[7], którego to domu nikt nigdy nie mógł panu Kra­jewskiemu wybaczyć itp., itd. Było aż nadto jasne, że wśród tej zbieraniny nowych ludzi jest sporo oszustów, niezawodnie jednak były i jednostki uczciwe, a nawet, po­mimo wielu rysów dziwacznych, bardzo pociągające. Ludzi uczciwych trudniej było zrozumieć niż brutalnych oszu­stów; lecz nie wiadomo było, kto kogo ma w ręku. Gdy Barbara Pietrowna zdradziła chęć wydawania pisma, zaroiło się jeszcze więcej osób wokół niej, lecz jednocześ­nie rzucono jej w oczy oskarżenie, że jest kapitalistką i eksploatuje cudzą pracę. Oskarżenia te były zarówno bezceremonialne, jak nieoczekiwane. Stary generał Iwan Iwanowicz Drozdow, dawny przyjaciel i towarzysz broni zmarłego generała Stawrogina, człowiek godny (w swoim rodzaju), którego tu wszyscy dobrze znamy, człowiek nie­słychanie drażliwy i uparty, lubiący strasznie dużo jeść i panicznie bojący się ateizmu, posprzeczał się kiedyś na jednym z wieczorów u Barbary Pietrowny z pewnym zna­komitym młodzieńcem. A ten mu zaraz odpalił: „Skoro pan tak mówi – jest pan generałem!”. A powiedział to w tym sensie, jak gdyby nie mógł znaleźć obelgi gorszej nad słowo „generał”. Drozdow oburzył się strasznie: „Tak, mój panie, jestem generałem, generałem-lejtnantem, i mo­jemu cesarzowi służyłem, a ty, panie, jesteś chłystkiem i bezbożnikiem!”. Wybuchł skandal niedopuszczalny. Naza­jutrz to zdarzenie przedostało się do prasy i zaczęto zbie­rać podpisy pod protestem przeciwko „haniebnemu czy­nowi” Barbary Pietrowny, która nie zechciała wtedy od razu wyprosić generała za drzwi. W piśmie ilustrowanym ukazała się karykatura, zjadliwie przedstawiająca Droz­dowa, Wierchowieńskiego i Barbarę Pietrownę jako trójcę reakcyjnych przyjaciół; u dołu był wierszyk okolicznościo­wy, napisany przez jednego ze współczesnych poetów. Do­dam tu od siebie, że istotnie wiele osób w szlifach general­skich ma zabawny zwyczaj mówienia: „służyłem mojemu cesarzowi” – jak gdyby ich cesarz był inny niż ten nasz, cesarz zwykłych poddanych, że ich cesarz jest jakiś spe­cjalny, ich własny.

Rozumie się, że nie mogło już być mowy o dalszym pozostawaniu w Petersburgu, tym bardziej że Stiepana Trofimowicza spotkało ostatecznie fiasko. Nie wytrzymał i zaczął bronić praw sztuki, lecz coraz głośniej go wyśmie­wano. W czasie ostatniej dyskusji literackiej usiłował po­działać na zebranych wymową obywatelską, myśląc, że poruszy ich serca, i licząc na szacunek dla „wygnańca”. Bez protestu zgodził się, że słowo „ojczyzna” jest niepo­trzebne i komiczne, zgodził się także, że religia jest rzeczą szkodliwą, lecz głośno i mocno oświadczył, że buty z cho­lewami są mniej warte niż Puszkin, i to znacznie mniej[8]. Wygwizdano go nielitościwie, tak że rozpłakał się publicz­nie, jeszcze na estradzie. Był ledwo żywy, gdy go Barbara Pietrowna przywiozła do domu. „On m’a traité comme un vieux bonnet de coton!»[9] – bełkotał nieprzytomny. Bar­bara Pietrowna pielęgnowała go całą noc, aplikowała kro­ple laurowe i powtarzała do świtu: „Jest pan jeszcze po­trzebny; przyjdzie czas, ocenią pana… gdzie indziej”. Nazajutrz wczesnym rankiem zjawiło się u Barbary Pietrowny pięciu literatów, w tej liczbie trzech zupełnie nieznanych, których nigdy przedtem nawet nie widziała. Su­rowo oświadczyli jej, że rozważyli sprawę jej pisma i po­wzięli co do tego decyzję. Barbara Pietrowna jako żywo nigdy nikomu nie polecała ani rozważania czegokolwiek, co dotyczyło jej pisma, ani decydowania. Decyzja polegała na tym, że Barbara Pietrowna, jako właścicielka pisma, ma oddać je wraz z kapitałami im, jako spółce, sama zaś ma niezwłocznie wyjechać do Skworesznik, nie zapomina­jąc zabrać ze sobą Stiepana Trofimowicza, „który się już zestarzał!”. Przez delikatność zgadzali się uznać jej prawo własności i posyłać co roku szóstą część zysków. Najbar­dziej rozczulające było to, że spośród tych pięciu ludzi czterej na pewno nie kierowali się przy tym żadnymi względami materialnymi, lecz działali jedynie w imię „wspólnej sprawy”.

– Wyjeżdżaliśmy jak zaczadzeni – opowiadał Stiepan Trofimowicz – nic nie rozumiałem i pamiętam tylko, że w takt stuku wagonu powtarzałem jakieś bezsensowne wyrazy:

Wiek i Wiek i Lew Kambek,

Lew Kambek i Wiek i Wiek…[10]

i diabli wiedzą co jeszcze, i tak aż do samej Moskwy. Do­piero w Moskwie opamiętałem się, jakbym rzeczywiście mógł tu znaleźć coś innego. „O przyjaciele! – wołał czasem jak w natchnieniu – nie możecie wyobrazić sobie, jaki smutek i gniew ogarniają duszę, gdy wielką ideę, święcie przez was z dawna czczoną, porwą ludzie nieudolni i rzucą ją na ulicę takim samym głupcom jak oni – i nagle uj­rzycie ją na rynku, zmienioną nie do poznania, utarzaną w błocie, ustawioną głupio, niezdarnie, bez zachowania proporcji, harmonii, jako zabawkę dla głupich dzieci! Nie! Inaczej było za naszych czasów i nie do tegośmy dążyli.

O nie, wcale nie do tego! Niczego nie poznaję… Lecz przyj­dzie nasza godzina i wszystko, co chwiejne, co dzisiejsze, wyjdzie na prosty szlak… Bo gdyby miało być inaczej – cóż z tego będzie?…”.

VII

Natychmiast po powrocie z Petersburga Barbara Pie­trowna wyprawiła przyjaciela za granicę, „by odpoczął”; a zresztą czuła, że powinni się rozstać na jakiś czas. Stiepan Trofimowicz wyjechał z radością. „Odrodzę się tam! – wo­łał. – Tam wreszcie wezmę się do (pracy twórczej”. Ale pierwsze już listy z Berlina dźwięczały na tę samą starą nutę: „Serce mi pęka – pisał do Barbary Pietrowny – nie mogę zapomnieć o niczym! Tu w Berlinie wszystko przypomina mi moją przeszłość, moje pierwsze uniesienia i pierwsze męczarnie. Gdzie teraz ona? Gdzie one obie? Gdzie jesteście, dwa anioły, których nie byłem godzien? Gdzie mój syn, mój ukochany jedynak? Gdzie wreszcie ja sam, dawny ja, o mocy żelaznej i jak skała nieugięty, jeżeli teraz jakiś tam Andrejeff, un prawosławny brodaty błazen, peut briser mon existence en deux…[11], itd., itd. Syna zaś swego Stiepan Trofimowicz widział w ogóle tyl­ko dwa razy w życiu, pierwszy raz po urodzeniu, drugi raz niedawno w Petersburgu, gdzie młodzieniec miał właś­nie wstąpić na uniwersytet. Jak już mówiliśmy, chłopiec przez całe życie wychowywał się u ciotek w o-skiej gu­berni (na koszt Barbary Pietrowny), o siedemset wiorst od Skworesznik. Co się tyczy owego Andrejeff, czyli Andrejewa, był to po prostu zwykły kupiec tutejszy, sklepi­karz, wielki dziwak, archeolog-samouk, namiętny zbieracz starożytności rosyjskich, który nieraz docinał Wierchowieńskiemu, podkreślając swoją wiedzę, a zwłaszcza przekona­nia. Ten szanowny kupiec, siwobrody, w dużych srebrnych okularach, nie dopłacił Stiepanowi Trofimowiczowi czte­rystu rubli za nabyte w jego majątku (obok Skworesznik) kilka dziesięcin lasu na wyrąb. Wprawdzie Barbara Pietrowna sowicie zaopatrzyła przyjaciela w gotówkę, wypra­wiając go do Berlina, jednak na tych czterystu rublach specjalnie zależało mu przed wyjazdem, prawdopodobnie przeznaczał je na wydatki intymne. Prawie płakał, gdy Andrejew poprosił o odroczenie terminu na miesiąc, ma­jąc zresztą całkowite prawo do prolongaty, gdyż na skutek specjalnych ówczesnych nalegań Stiepana Trofimowicza uprzednie raty wypłacił jakieś sześć miesięcy przed ter­minem. Barbara Pietrowna chciwie przeczytała ten pierw­szy list, podkreśliła ołówkiem słowa: „Gdzie one obie?”, opatrzyła datą i zamknęła do szkatułki. Wierchowieński, ma się rozumieć, wspominał swoje żony nieboszczki. W dru­gim liście, pisanym z Berlina, brzmiała już nuta odmien­na: „Pracuję po dwanaście godzin na dobę («Żeby choć po jedenaście» – mruknęła Barbara Pietrowna), szperam w bibliotekach, sprawdzam, notuję, szukam; byłem u pro­fesorów. Wznowiłem znajomość ze znakomitą rodziną Dundasowów. Jaka zachwycająca jest Nadieżda Nikołajewna jeszcze dzisiaj! Kazała się Pani kłaniać. Jej młody mąż i wszyscy trzej siostrzeńcy są w Berlinie. Wieczorami gwarzymy z młodzieżą do świtu, urządzamy wieczory prawdziwie ateńskie, oczywiście tylko pod względem sma­ku i elegancji; wszystko szlachetne. Dużo muzyki, moty­wy hiszpańskie, marzenia o odrodzeniu ludzkości, idea wiecznego piękna, Madonna Sykstyńska, światło przepla­tane cieniem, boć i na słońcu są plamy! Duszą całą jestem z Panią. Tylko z Panią zawsze, en tout pays, chociażby na­wet dans le pays de Makar et de ses veaux[12], o którym, pamięta Pani, tak często mówiliśmy z trwogą w Petersburgu przed wyjazdem. Z uśmiechem dziś przypominam to sobie. Przejechawszy przez granicę, poczułem się bez­piecznym. Dziwne to uczucie, nowe, po raz pierwszy po tylu latach…” itd., itd.

– No, to wszystko głupstwa! – zdecydowała Barbara Pietrowna, chowając i ten list. – Jeżeli wieczory ateńskie trwają do świtu, nie może przecież po dwanaście godzin na dobę ślęczeć nad książkami. Czy pisał pijany? Jak śmie ta Dundasowa posyłać mi ukłony? A zresztą niech on tam robi, co chce…

Zdanie „dans le pays de Makar et de ses veaux” miało znaczyć: „tam gdzie Makar cieląt nie ganiał”. Stiepan Trofimowicz umyślnie w najgłupszy sposób lubił tłuma­czyć rosyjskie przysłowia i charakterystyczne powiedzenia na język francuski, chociaż niewątpliwie rozumiał je do­brze i potrafiłby lepiej przetłumaczyć. Widział w tym pe­wien szyk i uważał to za dowcipne.

Bawił się jednak niedługo. Nie wytrzymał nawet czte­rech miesięcy i lotem strzały powrócił do Skworesznik. Ostatnie listy wypełnione były całkowicie wylewami naj­tkliwszego przywiązania do nieobecnej przyjaciółki i lite­ralnie skropione łzami rozłąki. Są ludzie, którzy niesłycha­nie zżywają się z domem, jak pieski pokojowe. Spotkanie przyjaciół pełne było uniesień. Na trzeci dzień wszystko weszło w zwykłe tryby i może nawet było nudniejsze niż dawniej. „Mój przyjacielu – mówił Stiepan Trofimowicz w dwa tygodnie potem pod największym sekretem – przyjacielu, odkryłem rzecz nową dla mnie, a… straszną: je suis najpowszedniejszy rezydent et rien de plus! Mais r-r-rien de plus!”[13].

VIII

Potem ucichło wszystko i cisza ta trwała przez całe ostatnie dziewięć lat. Histeryczne wybuchy i szlochy na moim ramieniu, powtarzające się regularnie, bynajmniej nie mąciły ogólnego spokoju. Dziwię się, że Stiepan Trofimowicz nie utył przez ten czas. Nieco mu tylko nos po­czerwieniał i przybyło dobroduszności. Stopniowo ustaliło się kółko naszych przyjaciół, stale zresztą niewielkie. Bar­bara Pietrowna mało się nam udzielała, lecz wszyscy uzna­waliśmy jej patronat. Po nauczce petersburskiej zamiesz­kała u nas już na zawsze; zimę spędzała w swym domu w mieście, lato – w majątku podmiejskim. Nigdy nie po­siadała tyle wpływu i powagi jak w ciągu ostatnich sied­miu lat, czyli ściśle, do chwili mianowania naszego obecnego gubernatora. Nasz uprzedni gubernator, łagodny, nieza­pomniany Iwan Osipowicz, był blisko z nią spokrewniony, a nawet dużo jej zawdzięczał. Małżonka jego drżała na myśl, że w czymkolwiek nie dogodzi Barbarze Pietrownie, a czołobitność gubernialnego świata tak wzrosła, że zatrą­cała niemal grzechem. Czuł się więc dobrze i Stiepan Trofimowicz. Był członkiem klubu, elegancko przegrywał i zyskał ogólny szacunek, choć wielu widziało w nim tyl­ko „uczonego”. Później, gdy Barbara Pietrowna pozwoliła mu zamieszkać w innym domu, poczuliśmy jeszcze większą swobodę. Zbieraliśmy się u niego ze dwa razy na tydzień; było wesoło, zwłaszcza gdy gospodarz nie skąpił szampana. Wino dostarczał tenże sam Andrejew, a rachunek regulo­wała co pół roku Barbara Pietrowna. Dzień płacenia był prawie zawsze dniem niesłychanych nerwowych ataków.

Najstarszym członkiem naszego kółka był Liputin, urzę­dnik gubernialny, człowiek już niemłody, wielki liberał, słynący w mieście jako ateista. Ożenił się po raz drugi z młodą i ładną osóbką, wziął posag, a miał prócz tego trzy dorastające córki. Całą rodzinę trzymał w ryzach i w zamknięciu, był niesłychanie skąpy i swojej posadzie za­wdzięczał posiadanie domku i kapitału. Był człowiekiem niespokojnym, a przy tym niewysokiej rangi; w mieście niezbyt go szanowano, a w wyższych sferach nie był przyj­mowany. Miał poza tym zdecydowaną opinię plotkarza, nieraz już za szerzenie plotek był karany, i to boleśnie, raz przez jakiegoś oficera, drugi raz przez poważnego ojca rodziny, ziemianina. Lubiliśmy go jednak za bystrość umy­słu, za żądzę wiedzy, za specyficzną zjadliwą wesołość. Barbara Pietrowna nie lubiła go, on jednak zawsze umiał sobie z nią poradzić.

Nie lubiła także Szatowa, który dopiero w zeszłym roku wszedł do naszego kółka. Szatow był przedtem studentem. Po jakiejś awanturze akademickiej wyrzucono go z uni­wersytetu. W dzieciństwie był uczniem Stiepana Trofimowicza, a urodził się jako poddany Barbary Pietrowny, syn zmarłego jej kamerdynera, Pawła Fiodorowa – i wszyst­ko jej zawdzięczał. Nie lubiła go za hardość i brak wdzię­czności i żadną miarą nie mogła mu przebaczyć, że zaraz po wypędzeniu z uniwersytetu nie stawił się u niej; przeciw­nie, nie odpowiedział nawet na specjalnie wysłany do nie­go list i wolał zaprzedać się jakiemuś cywilizowanemu kupcowi i uczyć jego dzieci. Z rodziną tego kupca wyjeż­dżał za granicę raczej jako piastun niż nauczyciel; miał wtedy wielką ochotę wyjechać za granicę. Przy dzieciach kupca była także nauczycielka, energiczna panna, Rosjan­ka, przyjęta przed samym wyjazdem głównie przez wzgląd na skromne warunki wynagrodzenia. Po paru miesiącach kupiec wypędził ją za „wolnomyślicielstwo”. Powlókł się za nią i Szatow i wkrótce poślubił ją gdzieś w Genewie. Byli ze sobą ze trzy tygodnie, po czym, jako ludzie wolni, rozstali się. Oczywiście przyczynił się do tego brak środ­ków do życia. Długo potem Szatow błąkał się sam po Euro­pie, żyjąc nie wiadomo z czego; podobno czyścił gdzieś buty na ulicach, potem był tragarzem w jakimś porcie. Wreszcie przed rokiem powrócił do nas, do ojczystego gniazda, i za­mieszkał ze staruszką ciotką, którą w miesiąc potem po­chował. Bardzo rzadko i z daleka obcował ze swoją siostrą Daszą, także wychowanką Barbary Pietrowny, obecnie jej faworytką, mieszkającą u niej na prawach osoby równego pochodzenia. W naszym gronie Szatow był zawsze ponury, milczący i czasem tylko, gdy zadraśnięto jego przekona­nia, chorobliwie ożywiał się i nie umiał hamować słów. „Szatowa należy związać i wtedy dopiero można z nim dyskutować” – żartował czasem Stiepan Trofimowicz, lecz lubił go. Za granicą Szatow zmienił radykalnie swe dawne poglądy socjalistyczne i wpadł w ich krańcową przeciw­ność. Była to jedna z tych istot typowo rosyjskich, które zwykle znienacka olśniewa jakaś wielka idea i wnet przy­tłacza je sobą, czasem nawet bezpowrotnie. Ci ludzie nie mogą nigdy poradzić sobie z ideą, a wierzą namiętnie; całe ich życie podobne jest do ostatnich drgawek pod tłoczą­cym ich bezlitośnie kamieniem, który już na wpół ich zdusił. Wygląd Szatowa odpowiadał całkowicie jego prze­konaniom: był to niezgrabny blondyn, obrośnięty, niskie­go wzrostu, szeroki w ramionach, o grubych wargach i ja­snych, bardzo gęstych zwisających brwiach; czoło miał zawsze zachmurzone, a wzrok nieżyczliwy, wbity gdzieś tępo, jak gdyby zawstydzony. Na głowie miał zawsze wi­cherek, który nie dawał się zaczesać i sterczał do góry. Szatow miał lat dwadzieścia siedem lub dwadzieścia osiem. „Nie dziwię się, że go żona porzuciła” – zauważyła raz Barbara Pietrowna, uparcie wpatrując się w niego. Nosił się schludnie, pomimo nadzwyczajnego ubóstwa. Do Bar­bary Pietrowny znów się nie zwrócił o pomoc, a żył na łas­ce bożej, pracował u kupców. W pewnym okresie siedział w sklepie, potem jako pomocnik sprzedawcy miał już wyje­chać parostatkiem z towarami, lecz przed samym wyjazdem zachorował. Trudno wyobrazić sobie, jak straszną nędzę umiał znosić, nawet nie myśląc o tym. Gdy wyzdrowiał, Bar­bara Pietrowna posłała mu w sekrecie, anonimowo, sto rub­li. Dowiedział się jednak, skąd te pieniądze, pomyślał, przy­jął je i poszedł podziękować Barbarze Pietrownie. Przyjęty został bardzo ciepło, lecz natychmiast zawiódł oczekiwania: przesiedział zaledwie pięć minut, w milczeniu, tępo wpa­trzony w podłogę i głupio uśmiechnięty, i raptem, nie dosłuchawszy końca ciekawej rozmowy, wstał, ukłonił się jakoś bokiem, niedźwiedziowato, zawstydził się okropnie, przy sposobności potrącił, zwalił na podłogę i strzaskał cenny składany stolik do robót ręcznych i wyszedł, ledwo żywy ze wstydu. Liputin zarzucał mu potem, że nie od­rzucił wtedy z pogardą tych stu rubli, pochodzących od despotki obszarniczki, i nie tylko je przyjął, lecz jeszcze powlókł się podziękować. Szatow mieszkał samotnie na krańcu miasta i nie lubił, gdy go ktokolwiek odwiedzał, nawet spośród nas. Do Stiepana Trofimowicza, na nasze zebrania, przychodził regularnie i brał tu do czytania książ­ki i pisma.

Zjawiał się na tych zebraniach jeszcze jeden młody czło­wiek, niejaki Wirgiński, miejscowy urzędnik, który nieco przypominał Szatowa, ale w gruncie rzeczy był zupełnie in­ny; był to także człowiek „rodzinny”. Nieszczęśliwy i bardzo spokojny młodzieniec, zbliżający się już zresztą do trzy­dziestki, o znacznym wykształceniu, chociaż samouk. Był biedny, żonaty, piastował jakiś tam urząd i miał na utrzy­maniu ciotkę i siostrę żony. Małżonka jego, jak zresztą wszystkie te panie, miała poglądy najnowocześniejsze, lecz wychodziło to u nich wszystkich jakoś ordynarnie; była to właśnie „idea, która trafiła na ulicę”, jak kiedyś z in­nego powodu wyraził się Stiepan Trofimowicz. Wszystko czerpały z książek i gotowe były, na pierwszą głuchą wieść ze stołecznych postępowych zakątków, wyrzucać wszystko za okno, o ile tam tak doradzano. M-me Wirgińska pra­cowała w naszym mieście jako akuszerka; będąc panną, mieszkała dość długo w Petersburgu. Sam Wirgiński był człowiekiem wyjątkowo uczciwym; rzadko zdarzało mi się spotkać tak szczere, gorące serce. „Nigdy, nigdy nie rozsta­nę się z tą jasną nadzieją” – mówił mi nieraz, a oczy mu błyszczały. O „jasnej nadziei” mówił zawsze cicho, radoś­nie, półszeptem, jakby w tajemnicy. Był dość wysokiego wzrostu, lecz niesłychanie chudy i wąski w ramionach, a włosy miał niezwykle rzadkie, rudawe. Przyjmował ła­godnie wszystkie pogardliwe szyderstwa Stiepana Trofimowicza z powodu niektórych jego poglądów, replikował zaś zawsze poważnie i często tak trafnie, że Stiepan Trofi­mowicz nie mógł znaleźć odpowiedzi. Wierchowieński ob­chodził się z nim serdecznie, a zresztą wszystkich nas traktował także po ojcowsku.

– Wy wszyscy jesteście „niedonoszeni” – mówił żarto­bliwie do Wirgińskiego – wszyscy, chociaż w panu nie zauważyłem tej ograniczoności, którą spotykałem w Petersburgu chez séminaristes[14]. Ale jesteście „niedonoszeni”. Szatow na przykład chętnie byłby „doniósł się” do końca, a jednak i on jest „niedonoszony”.

– A ja? – pytał Liputin.

– Pan? Pan jest złotym środkiem, który dostosuje się wszędzie… na własny sposób.

Liputin obrażał się.

Opowiadano o Wirgińskim, i na nieszczęście nie bez po­wodu, że jego małżonka, nie przeżywszy z nim nawet roku, oświadczyła, iż udziela mu dymisji i woli Lebiadkina. Ów Lebiadkin, jakaś przyjezdna osoba, okazał się bardzo podejrzaną figurą, a nawet nie był wcale sztabskapitanem, jak siebie zazwyczaj tytułował. Umiał tylko podkręcać wąsa, pić i gadać najrozmaitsze głupstwa, przechodzące naj­bujniejszą wyobraźnię. W sposób najbardziej niedelikatny przeprowadził się do Wirgińskich, zadowolony z cudzego wiktu, jadł u nich i spał i wreszcie zaczął traktować z góry samego gospodarza. Zapewniano, że Wirgiński, po oświadczeniu żony, miał jej powiedzieć: „Moja droga, do­tychczas tylko kochałem ciebie, a teraz szanuję” – wąt­pliwe jednak, czy tak klasyczne rzymskie powiedzenie istotnie zostało wygłoszone; podobno wprost przeciwnie, Wirgiński płakał rzewnymi łzami. Pewnego razu, w parę tygodni po dymisji, wyruszono całą „rodziną” wraz ze znajomymi za miasto, do lasu. Wirgiński był jakoś nerwo­wo wesół i nawet brał udział w tańcach, znienacka jednak, bez uprzedniej kłótni, chwycił za włosy olbrzyma Lebiad­kina, który właśnie solo tańczył kankana, nachylił go do ziemi i zaczął tarzać z piskiem, krzykiem i łzami. Olbrzym tak się przestraszył, że nawet się nie bronił i przez cały czas szarpaniny zachował milczenie; potem jednak obraził się z całym zapałem, jak przystoi człowiekowi honoru. Wirgiński przez całą noc błagał żonę na kolanach o prze­baczenie, nie przebłagał jednak, gdyż mimo wszystko nie zgodził się przeprosić Lebiadkina; na domiar złego oskar­żony został o ubóstwo myśli i o głupotę, a to z tej racji, że klęczał przed kobietą. Sztabskapitan wkrótce znikł i wró­cił do naszego miasta niedawno dopiero, razem z siostrą, nosząc się z nowymi już zamiarami. Lecz o tym we właści­wym czasie. Nic dziwnego, że nieszczęśliwy małżonek szu­kał w naszym towarzystwie ukojenia i chętnie z nami przestawał. O swoich sprawach rodzinnych nigdy nie opo­wiadał. Raz tylko, wracając ze mną od Stiepana Trofimowicza, zagadał coś o swojej sytuacji, lecz natychmiast chwycił mnie za rękę i z żarem zawołał:

– Ale to nic; to tylko osobista sprawa; takie rzeczy w niczym nie mogą zaszkodzić „wspólnej sprawie”.

Zjawiali się w naszym kółku i przygodni goście. Zaglądał Żydek Lamszyn, kapitan Kartuzow. Bywał przez pewien czas jakiś ciekawy staruszek, lecz umarł. Kiedyś Liputin przyprowadził będącego na wygnaniu księdza Słońcewskiego, któregośmy przez czas pewien przyjmowali w imię zasady – lecz wkrótce przestaliśmy przyjmować.

IX

Mówiono w mieście, że nasze kółko jest ogniskiem wolnomyślicielstwa, bezbożności i rozpusty. Stale podtrzymy­wano tę opinię. W rzeczywistości zaś uprawialiśmy najniewinniejszą, miłą, tak bardzo rosyjską, wesołą liberalną gadaninę. „Szlachetny liberalizm” i „szlachetny liberał”, czyli „liberał” bez konkretnego celu, możliwe są tylko w Rosji. Stiepan Trofimowicz, jak każdy zresztą człowiek dowcipny, potrzebował słuchaczy, potrzebował prócz te­go świadomości, że spełnia szczytny obowiązek propagan­dy ideowej. Trzeba było przecież w końcu wypić z kimś szampana i przy dobrym winie wymienić wiadome, wesołe myśli o Rosji i o „duszy rosyjskiej”, o Bogu w ogóle i o „rosyjskim Bogu” w szczególności; powtórzyć po raz setny znane wszystkim i przez wszystkich zapamiętane rosyjskie skandaliczne anegdoty. Ploteczki miejskie także nie były nam obce, przy czym często ferowaliśmy wysoce moralne wyroki. Poruszaliśmy także i sprawy ogólnoludzkie, po­ważnie rozprawialiśmy o przyszłych losach Europy i ludz­kości; przepowiadaliśmy arbitralnie, że Francja po okre­sie cezaryzmu spadnie do roli drugorzędnego państwa, a mieliśmy najzupełniejszą pewność, że stanie się to strasz­nie szybko i łatwo. Papieżowi od dawna przepowiadaliśmy rolę zwykłego metropolity zjednoczonych Włoch i byliśmy święcie przekonani, że w naszym wieku humanitaryzmu, przemysłu, kolei żelaznych wszystkie te tysiącletnie za­gadnienia są fraszką. Ale „szlachetny liberalizm rosyjski” inaczej tych rzeczy przecież nie traktował. Stiepan Trofimowicz rozmawiał często o sztuce, mówił bardzo ładnie, lecz nieco abstrakcyjnie. Wspominał nieraz przyjaciół z lat młodzieńczych, przeważnie ludzi, którzy odznaczali się czymś w historii kultury rosyjskiej; mówił o nich z za­chwytem i czcią, a jednocześnie jakby z zazdrością. Gdy już robiło się bardzo nudno, Żydek Lamszyn (skromny urzędniczyna pocztowy), dobry pianista, siadał do forte­pianu, a w antraktach udawał świnię, burzę, poród z pier­wszym krzykiem dziecka, itp., itp.; po to tylko był zapra­szany. Gdyśmy wypili zbyt wiele – co się niekiedy zda­rzało – wpadaliśmy w stan zachwytu i raz nawet, przy akompaniamencie Lamszyna, śpiewaliśmy chórem Marsyliankę, nie wiem tylko, czy to dobrze wypadło. Wielki dzień 19 lutego[15] powitaliśmy triumfalnie, na długo przed­tem z tej okazji wysuszając kielichy. Było to bardzo dawno. Nie bywał wtedy u nas ani Szatow, ani Wirgiński, a i Stiepan Trofimowicz mieszkał jeszcze razem z Barbarą Pietrowną. Na krótko przed tym wielkim dniem Stiepan Tro­fimowicz zaczął nucić pod nosem znany, trochę sztuczny wiersz, napisany przez jakiegoś liberalnego ziemianina:

Idą chłopi i niosą siekiery,

Straszne się rzeczy gotują…

czy coś w tym rodzaju, dokładnie nie pamiętam. Barbara Pietrowna podsłuchała kiedyś, zawołała: „Co za głupstwa, co za głupstwa!”, i wyszła rozgniewana. Liputin, obecny przy tym, zjadliwie odezwał się do Stiepana Trofimowicza:

– A przykro będzie, jeśli byli poddani, podnieceni ra­dością, naprawdę wyrządzą drobną nieprzyjemność pa­nom obszarnikom.

Wskazującym palcem przesunął po szyi.

– Cher ami[16] – dobrodusznie zauważył Stiepan Trofi­mowicz – niech mi pan wierzy, że to (tu powtórzył gest Liputina) żadnej korzyści nie przyniosłoby ani obszarni­kom, ani w ogóle nam. Wprawdzie głowy przede wszyst­kim przeszkadzają nam rozumieć cokolwiek, lecz i bez słów nie zdobyliśmy się na to, by cokolwiek urządzić jak należy.

Trzeba zaznaczyć, że wielu spośród nas oczekiwało w dniu manifestu czegoś niezwykłego, czegoś takiego, o czym wspomniał Liputin; myśleli w ten sposób nawet tak zwa­ni znawcy ludu i spraw państwowych. Stiepan Trofimowicz, zdaje się, podzielał te przypuszczenia do tego stop­nia nawet, że w przeddzień wielkiego dnia zaczął nagle prosić Barbarę Pietrownę, by go wysłała za granicę; sło­wem, zaniepokoił się. Minął jednak historyczny dzień, mi­nęło jeszcze trochę czasu i znów na twarzy Stiepana Trofimowicza zjawił się dumny uśmiech. Wypowiedział w na­szej obecności kilka cennych uwag o charakterze Rosja­nina w ogóle i chłopka rosyjskiego w szczególności.

– My, ludzie nazbyt gwałtowni, zanadto pośpieszyliś­my się z naszymi chłopkami – zamykał Stiepan Trofimowicz szereg nieocenionych myśli. – Wprowadziliśmy ich w modę, a cały odłam literatury od kilku lat z rzędu ca­cka się z nimi jak z tylko co wykrytym skarbem. Wkłada­liśmy wieńce laurowe na zawszone głowy. Wsi zaś ro­syjskiej od tysiąca lat zawdzięczamy tylko Kamaryńskiego. Znakomity poeta rosyjski, niepozbawiony dowcipu, gdy zobaczył po raz pierwszy na scenie wielką Rachel[17], za­wołał w zachwycie: „Nie oddałbym Rachel za rosyjskiego chłopa!”. Ja jestem gotów pójść dalej: wszystkich chłopów, razem wziętych, oddałbym za jedną Rachel. Czas wresz­cie spojrzeć na rzeczy nieco trzeźwiej i nie plątać ojczy­stego dziegciu z bouguet de l’imperatrice[18].

Liputin natychmiast z tym się zgodził, lecz zauważył, że w swoim czasie ze względów taktycznych trzeba było, acz nieszczerze, wychwalać chłopów; że nawet panie z naj­lepszego towarzystwa zalewały się łzami, czytając Antona Nieboraka[19] i niektóre z nich pisywały nawet z Paryża do swoich administratorów, aby na przyszłość obchodzili się z chłopami jak najbardziej po ludzku.

Zdarzyło się, i jak na złość zaraz po gadkach o Antonie Pietrowie[20], że w naszej guberni, i nie dalej jak o pięt­naście wiorst od Skworesznik, zaszło jakieś nieporozu­mienie, tak że w zapale posłano tam oddział wojska. Tym razem Stiepan Trofimowicz tak się zaniepokoił, że nawet nas nastraszył. Wykrzykiwał w klubie, że za mało wojska tam posłano, że trzeba telegraficznie wezwać pomoc z sąsiedniej guberni; biegał do gubernatora, by go przeko­nać, że on, Wierchowieński, nie ma z tym nic wspólnego; błagał, aby z powodu jego przeszłości nie wplątano go w tę historię, i prosił, aby jego oświadczenie zostało na­tychmiast zakomunikowane komu należy w Petersburgu. Chwała Bogu, że wszystko to szybko przeszło i skończyło się na niczym. Wyznam jednak, że Stiepan Trofimowicz zdziwił mnie wtedy.

W trzy lata później, jak wiadomo, zaczęto mówić o kwe­stii narodowej i narodziła się „opinia publiczna”. Stiepan Trofimowicz szczerze się śmiał.

– Moi drodzy – pouczał nas – kwestia narodowa, je­żeli istotnie „narodziła się”, jak zapewniają gazety, to sie­dzi dotychczas w szkole, w jakieś niemieckiej Petersschule, przy książce niemieckiej i wykuwa swą odwieczną nie­miecką lekcję, a nauczyciel Niemiec rzuca ją na kolana w razie potrzeby. Pochwalam tego Niemca nauczyciela. Lecz prawdopodobnie nic się nie narodziło, a wszystko idzie po staremu, to znaczy według woli bożej. Myślę, że to powinno wystarczyć Rosji, pour notre sainte Russie[21]. Poza tym te wszystkie panslawizmy i kwestie narodowe – to wszystko rzeczy zbyt stare, aby mogły uchodzić za no­we. Poczucie narodowe, jeśli chcecie, panowie, nigdy nie powstało u nas inaczej, jak w postaci wielkopańskich po­mysłów klubowych, zwłaszcza moskiewskich. Nie mówię oczywiście o czasach kniazia Igora. Wszystko to w końcu z próżniactwa. U nas wszystko z próżniactwa, i dobre, i złe. Wszystko z wielkopańskiego, miłego, ukształconego, samowolnego próżniactwa! Powtarzam to od trzydziestu tysięcy lat. Nie umiemy żyć z pracy własnej. A oni tam rozhałasowali się wokół jakiejś „nowo narodzonej” opinii publicznej! Przyszła znikąd? Z nieba spadła? Czyż nie ro­zumieją, że dla wytworzenia opinii niezbędna jest przede wszystkim praca, własna praca, własna inicjatywa, własne doświadczenie? Darmo nic nie przychodzi. Jeżeli będziemy pracowali, wytworzymy sobie i opinię własną. Ponieważ jednak nigdy pracować nie będziemy, więc i poglądy będą wytwarzali za nas ci, którzy za nas dotychczas pracowali, to znaczy wciąż ta sama Europa, wciąż ten sam Niemiec, dwuwiekowi nasi nauczyciele. Poza tym zbyt wielkim nie­porozumieniem jest sama Rosja, abyśmy samo mogli je rozstrzyg­nąć bez pomocy Niemca i bez pracy. Oto od lat dwudziestu już biję na alarm i nawołuję do pracy! Życie całe poświęciłem temu wołaniu, i sam, szalony, wierzyłem! A teraz już nie wierzę, lecz alarmuję i będę alarmował do końca, do grobu; będę targał za sznur, aż zadzwonią nad moją mogiłą.

Tak, niestety! Mogliśmy tylko potwierdzać. Przyklaski­waliśmy naszemu mistrzowi, i to z jakim zapałem! Po­wiedzcie jednak, panowie, czy i teraz nie rozlega się wszę­dzie taka sama miła, mądra, liberalna, stara rosyjska pa­planina?

Mistrz nasz wierzył w Boga. „Nie rozumiem, dlaczego mają mnie tu wszyscy za ateusza? – mawiał czasem. – W Boga wierzę, mais distinguonsi[22], wierzę jako w Istotę we mnie się uświadamiającą. Nie mogę przecież wierzyć, tak jak moja Nastasja (służąca) albo jakieś panisko, wie­rzące „na wszelki wypadek”, czy też jak kochany Szatow. Zresztą Szatow się nie liczy. Szatow wierzy na siłę, jako słowianofil moskiewski. Co się zaś tyczy chrystianizmu, to pomimo całego mego szacunku chrześcijaninem nie je­stem. Jestem raczej poganinem jak wielki Goethe lub jak starożytny Grek. Wystarcza już, że chrystianizm nie ro­zumiał kobiety, jak to świetnie wyłożyła George Sand w jednej ze swych genialnych powieści. Co zaś do praktyk, postów i innych rzeczy, nie rozumiem, co to kogo obchodzi. Niech się starają jak chcą nasi konfidenci, lecz jezuitą nie zostanę. W roku 1847 Bieliński, będąc za granicą, napisał do Gogola znany list, w którym zarzucał mu w gorących słowach wiarę w „jakiegoś tam Boga”.[23] Entre nous soit dit[24] nie mogę wyobrazić sobie nic komiczniejszego niż chwila, gdy Gogol (ówczesny Gogol!) przeczytał ten zwrot i… cały list! Odrzuciwszy jednak śmieszność sytuacji i po­nieważ zgadzam się z istotą rzeczy, powiem i podkreślę: to byli ludzie! Umieli przecież kochać swój lud, cierpieć zań, złożyć mu wszystko w ofierze, a jednak nie poniżać się do niego, nie schlebiać mu w pewnych kwestiach. Nie mógł przecież Bieliński szukać ubawienia w oleju lub w kalare­pie z grochem!

Tu wtrącił się Szatow.

– Nigdy ci pańscy ludzie nie kochali ludu, nie cierpieli za lud i żadnych ofiar nie złożyli, chociażby pan to sobie nie wiem jak przedstawiał na własną pociechę! – mruk­nął ponuro, z wbitym w podłogę wzrokiem, niecierpliwie kręcąc się na krześle.

– Co? Oni – nie kochali ludu? – zawołał Stiepan Trofimowicz. – Ależ jak kochali Rosję!

– Ani Rosji, ani ludu! – ryknął Szatow, błyskając oczy­ma. – Nie można kochać tego, czego się nie zna, oni zaś nie mieli pojęcia o ludzie rosyjskim. Oni wszyscy – i pan razem z nimi – nie dostrzegli ludu rosyjskiego, a zwłasz­cza Bieliński; widać to przecież z jego listu do Gogola. Bieliński, jak ów Ciekawy w bajce Kryłowa, nie dostrzegł słonia w kunstkamerze, a całą uwagę zwrócił na francus­kie żuczki socjalne; na nich też poprzestał. A przecież on był z was wszystkich może najmądrzejszy! Nie tylko nie za­uważyliście ludu, lecz odwracaliście się od niego ze wstrę­tem, choćby dlatego, że jako naród traktowaliście jedynie Francuzów, i to nawet wyłącznie paryżan, i wstydziliście się, że lud rosyjski nie jest taki sam! Oto naga prawda! Kto jednak nie zna ludu, nie zna Boga! Wiedzcie, że nie­wątpliwie wszyscy, którzy przestają rozumieć swój naród i tracą związek z nim, natychmiast, w miarę jak tracą wiarę ojczystą, stają się ateuszami lub obojętnymi. Mam rację! To fakt sprawdzony. Dlatego i wy wszyscy, i my wszyscy teraz, jesteśmy albo gnuśnymi ateistami, albo obojętnym, rozpustnym bydłem, i niczym więcej! I pan także, Stiepanie Trofimowiczu, nie czynię dla pana wyjąt­ku, nawet właśnie o panu mówiłem, niech pan wie o tym.

Zwykle, wyrzuciwszy z siebie taki monolog (a to mu się często zdarzało), Szatow chwytał czapkę i kierował się do drzwi w całkowitym przekonaniu, że teraz już wszystko skończone i że przyjaźń ze Stiepanem Trofimowiczem jest zerwana na zawsze. Jednak Wierchowieński umiał go za każdym razem powstrzymać w porę.

– A może byśmy się tak z panem pogodzili po tych miłych słówkach? – mawiał, dobrodusznie wyciągając dłoń.

Niezgrabny, wstydliwy Szatow nie lubił czułości. Był pozornie grubianinem, jednak w istocie odznaczał się wiel­ką delikatnością uczuć. Tracił często równowagę, lecz pier­wszy cierpiał nad tym. Po wezwaniu Stiepana Trofimowicza, pomruczawszy pod nosem i podreptawszy na miejscu jak niedźwiedź, uśmiechał się niespodzianie, rzucał na bok czapkę i siadał na dawnym miejscu, uparcie wpatru­jąc się w podłogę. Przynoszono, rzecz prosta, wina i Stiepan Trofimowicz wygłaszał jakiś odpowiedni toast, na przykład na cześć któregoś z działaczy minionej epoki.

Rozdział drugi

KSIĄŻĘ HARRY. SWATY

I

Istniała na świecie jeszcze jedna istota, do której Barba­ra Pietrowna przywiązana była nie mniej niż do Stiepana Trofimowicza. Był to jej jedynak, Mikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin. Do niego w swoim czasie zaangażowany został Wierchowieński w charakterze wychowawcy. Malec miał wtedy osiem lat, a lekkomyślny generał Stawrogin, jego ojciec, już nie żył z żoną, więc malec wyrastał tylko pod opieką matki. Musimy oddać sprawiedliwość Stiepanowi Trofimowiczowi, że umiał przywiązać do siebie pupi­la. Cały sekret polegał na tym, że Stiepan Trofimowicz też właściwie był dzieckiem. Nie znałem jeszcze wtedy Wierchowieńskiego, on zaś ciągle szukał prawdziwego przyja­ciela. Nie wahał się uczynić nim tej małej istotki, gdy tyl­ko odrobinę podrosła. Tak się jakoś stało, że nie było mię­dzy nimi żadnego dystansu. Nauczyciel budził nieraz w nocy swego dziesięcio- czy jedenastoletniego przyjaciela po to tylko, aby we łzach wylać przed nim swe urażone uczucia lub zwierzyć mu jakiś sekrecik domowy, co było już zupełnie niedopuszczalne. Rzucali się sobie w objęcia i płakali. Malec wiedział, że matka bardzo go kocha, lecz jej chyba nie kochał. Rzadko rozmawiała z nim, niczego prawie mu nie odmawiała, lecz dziecko zawsze boleśnie odczuwało na sobie jej przenikliwe, badawcze spojrzenie. Cały ciężar wychowania i wykształcenia matka ufnie zło­żyła w ręce Stiepana Trofimowicza. Wówczas jeszcze bar­dzo wierzyła w niego. Można przypuszczać, że pedagog musiał nadszarpnąć trochę nerwy wychowanka. Gdy ten miał szesnasty rok, zawieziono go do liceum. Był wtedy wątły, blady, dziwnie spokojny i zamyślony. (Później wy­różniał się wyjątkową siłą fizyczną). Prawdopodobnie zresztą nie tylko drobne przygody domowe bywały przy­czyną wspólnych nocnych łez obu przyjaciół. Stiepan Trofimowicz zdołał poruszyć w sercu pupila najgłębsze struny i wzniecić w nim pierwszy, nieokreślony nastrój wieczystej, świętej tęsknoty, której zaznawszy niejedna dusza wybra­na, nie odda już za żadne tanie uciechy. (Są nawet tacy, którzy wyżej cenią tęsknotę niż najpełniejszą rozkosz, na­wet gdyby taka rozkosz była możliwa). Dobrze się stało w każdym razie, że wreszcie, może trochę za późno, odłą­czono wychowanka od mistrza.

Młodzieniec przez dwa lata przyjeżdżał z liceum na wakacje. W czasie pobytu Barbary Pietrowny i Stiepana Trofimowicza w Petersburgu młody Stawrogin obecny był nieraz na wieczorach literackich w domu matki. Słuchał i obserwował. Mówił mało, a był cichy i nieśmiały, jak dawniej. Wobec Stiepana Trofimowicza zachowywał się wciąż serdecznie i życzliwie, lecz już z pewną rezerwą. Kwestii podniosłych wspomnień dzieciństwa unikał w rozmowie. Po skończeniu liceum wstąpił na żądanie matki do wojska i wkrótce został przyjęty do jednego z naj­świetniejszych pułków gwardii konnej. Nie zjawił się u matki, aby się jej pokazać w mundurze, i rzadko pisywał z Petersburga. Barbara Pietrowna nie żałowała mu pie­niędzy, chociaż po zniesieniu poddaństwa dochody z ma­jątków znacznie spadły i w pierwszych latach nie wynosi­ły nawet połowy poprzednich dochodów. Miała spory kapitalik, uciułany w ciągu długich lat. Bardzo interesowało ją powodzenie syna w wyższych sferach stolicy. Czego sa­ma nie mogła osiągnąć, łatwo zdobył młody oficer, boga­ty i rokujący nadzieje. Wznowił takie znajomości, o któ­rych sama nawet marzyć nie mogła, i wszędzie przyjmo­wano go bardzo chętnie. Wkrótce jednak doszły do Bar­bary Pietrowny dość dziwne wieści: młodzieniec ni stąd, ni zowąd zaczął hulać. Ani pił dużo, ani grał; opowiadano o jakichś niesamowitych szaleństwach, o ludziach przeje­chanych przez rysaki, o dzikim wybryku z pewną damą z towarzystwa, z którą był w bliskich stosunkach, a po­tem znieważył ją publicznie. Zbyt brudny cynizm ujaw­nił się w tej sprawie. Nazywano Stawrogina zbirem, mó­wiono, że znieważa ludzi dla samej przyjemności zniewa­żania. Barbara Pietrowna niepokoiła się i martwiła. Stie­pan Trofimowicz uspokajał ją, że to są pierwsze burzliwe wybryki zbyt bujnej natury, że morze powróci w swoje brzegi i że to wszystko przypomina mu młodość księcia Harry’ego, który w dramacie Szekspira hula z Falstaffem, Poinsem i Mrs Quickly[25]. Tym razem Barbara Pietrowna nie krzyczała: „Co za głupstwa, co za głupstwa!”, jak zwykła była ostatnimi czasy odzywać się do Stiepana Trofimowicza; przeciwnie, słuchała uważnie, kazała sobie do­kładnie wszystko opowiedzieć, nawet sama wzięła do rąk Szekspira i najdokładniej odczytała to nieśmiertelne dzieło. Nie uspokoiło to jej jednak, a zresztą i podobieństwa się nie doszukała. Nerwowo oczekiwała odpowiedzi na kilka swoich listów. Odpowiedzi wkrótce nadeszły, a wśród nich fatalna wiadomość, że książę Harry miał na raz aż dwa pojedynki, obydwa z własnej winy, zabił na miejscu jednego ze swych przeciwników, drugiego poranił, i za te czyny oddany został pod sąd. Sprawa skończyła się degradacją, pozbawieniem praw i oddaniem winowajcy w stopniu sze­regowca do jednego z pułków piechoty. Tak łagodny wyrok zawdzięczał Stawrogin specjalnym względom.

W roku 1863 zdołał się jakoś odznaczyć; udekorowano go krzyżem i mianowano podoficerem, a wkrótce potem oficerem.[26] W tym okresie Barbara Pietrowna wysłała do stolicy przynajmniej setkę błagalnych listów. Naraziła się nawet, w tak niezwykłych okolicznościach, na pewne po­niżenia. Po odzyskaniu rangi młodzieniec nagle podał się do dymisji, lecz do Skworesznik znów nie przyjechał, a do matki zupełnie przestał pisywać. Dowiedziano się wreszcie od osób trzecich, że wrócił do Petersburga, lecz w dawnym towarzystwie już go nie widywano. Znikł jak kamień w wodę. Odszukano go w końcu w jakimś dziwnym otocze­niu. Przylgnął do szumowin petersburskich, obcował z ja­kimiś urzędniczynami bez butów, z ekswojskowymi szla­chetnie wypraszającymi jałmużnę, z pijakami; odwiedzał ich brudne rodziny, spędzał dni i noce w tajnych spelun­kach i Bóg wie jakich norach; opuścił się, chodził w łach­manach. Widocznie zasmakował w takim życiu. Matki nie prosił o pieniądze. Miał własny mająteczek, wioskę gene­rała Stawrogina, która dawała jakiś tam skromny dochodzik, a którą wydzierżawił pewnemu Niemcowi, rodem z Saksonii. Udało się matce ubłagać go, by przyjechał; wtedy książę Harry zjawił się w naszym mieście. Pozna­łem go wówczas dopiero, gdyż przedtem nie widziałem nigdy.

Był to człowiek bardzo przystojny, lat chyba dwudziestu pięciu. Przyznam się, że mocno mnie zdziwił. Myślałem, że zobaczę brudnego, rozpijaczonego oberwańca cuchną­cego wódką. Tymczasem był to najwytworniejszy z dżen­telmenów, jakich kiedykolwiek widywałem. Był ubrany elegancko, a zachowywał się z finezją człowieka wychowanego po wielkopańsku. Wraz ze mną dziwili się wszyscy inni, gdyż całe miasto znało biografię Stawrogina, a nawet najdrobniejsze jej szczegóły. Dziwić się wprost na­leży, skąd o tym wszystkim wiedziano, zwłaszcza że po­łowa przynajmniej opowieści okazała się prawdą. Wszyst­kie nasze panie od razu potraciły głowy. Wyraźnie podzie­liły się na dwie grupy: pierwsza ubóstwiała go, druga nie­nawidziła zapamiętale; ale szaleństwo ogarnęło wszystkie. Niektóre pociągało to, że Stawrogin kryje na pewno w du­szy jakąś straszną tajemnicę; innym podobało się, że jest zabójcą. Okazało się wkrótce, że posiada niepoślednie wy­kształcenie, a nawet spory zasób wiedzy. Tak znów dużo tej wiedzy nie trzeba było, aby nam zaimponować; mógł jednak mówić i na tematy powszednie, o interesujących kwestiach życia codziennego, i, co było najcenniejsze, sąd miał zawsze wyjątkowo trafny. Dziwne to, lecz od pierwsze­go dnia wszyscy uznali, że jest człowiekiem bardzo statecz­nym. Nie był zbyt rozmowny, uprzejmość jego pozbawio­na była sztuczności, niezwykle skromny, a jednocześnie śmiały i pewny siebie jak nikt. Nasi eleganci patrzyli na niego z zawiścią i bledli wobec niego. Zdziwiła mnie także jego twarz: włosy miał jak gdyby zanadto czarne, jasne oczy jakoś zanadto spokojne i świetliste, cerę zanadto delikatną, rumieniec zbyt częsty i silny, zęby jak perły, wargi koralowe. Chłopiec jak malowanie, a jednocześnie dziwnie jakoś odrażający. Mówiono, że twarz jego przypo­mina maskę; tyle zresztą mówiono o nim i o jego niesły­chanej sile fizycznej! Wzrost miał średni. Barbara Pietrowna patrzyła na niego z dumą, a jednocześnie z niepokojem. Spędził u nas pół roku – spokojnie, na pół martwo, dość ponuro; bywał w towarzystwie i bardzo sumiennie prze­strzegał przepisów naszej etykiety prowincjonalnej. Był po ojcu krewnym gubernatora i w jego domu traktowano go jak bliskiego człowieka. Lecz po kilku miesiącach zwierz pokazał pazury.

Dodam tu w nawiasie, że przezacny, miękki Iwan Osipowicz, nasz były gubernator, przypominał trochę starą babę, lecz pochodził z dobrej rodziny, miał stosunki. Tym się też tłumaczy, że przesiedział u nas tyle lat, stale od­żegnując się od wszelkiej odpowiedzialności. Sądząc po wylewności i gościnności, mógłby być raczej marszałkiem szlachty za dobrych czasów, nie zaś gubernatorem w na­szej frasobliwej, niespokojnej epoce. Mówiono wszędzie, że rządzi gubernią nie on, lecz Barbara Pietrowna. Było to zjadliwe, lecz zupełnie niesłuszne. Czyż mało zresztą wysilano na ten temat dowcipu? A Barbara Pietrowna, właśnie w ostatnich latach, świadomie uchylała się od po­ważniejszej roli, pomimo olbrzymiego szacunku, jaki miało dla niej społeczeństwo, i dobrowolnie zakreśliła granicę własnej działalności. Zamiast sprawom publicznym, po­święciła się nagle gospodarstwu i w ciągu paru lat zdąży­ła przywrócić majątkom uprzednią rentowność. Zapom­niawszy o dawnych aspiracjach (wyjazd do Petersburga, zamiar wydawania pisma i inne), zaczęła gromadzić dobra doczesne i oszczędzała na wszystkim. Odsunęła od siebie nawet Stiepana Trofimowicza, pozwoliwszy mu wynająć mieszkanie gdzie indziej (o co już dawno ją molestował pod rozmaitymi pretekstami). Stopniowo Stiepan Trofimowicz zaczął ją nazywać kobietą prozaiczną lub, żarto­bliwie, „swym prozaicznym przyjacielem”. Nie potrzebu­ję dodawać, że pozwalał sobie na takie żarty jedynie w sposób pełen szacunku i tylko w bardzo odpowiednich chwi­lach.

My, ludzie bliscy, rozumieliśmy dobrze – a Stiepan Trofimowicz najdotkliwiej z nas wszystkich – że dla Bar­bary Pietrowny syn jest uosobieniem jakby nowej nadziei i nowego marzenia. Namiętne przywiązanie do syna dato­wało się od okresu jego powodzeń światowych, lecz wzrosło gwałtownie od dnia otrzymania wiadomości o degradacji. Jednocześnie jednak bała się syna, czuła się jego niewol­nicą. Łatwo było spostrzec, że obawia się czegoś nieokreś­lonego, tajemniczego, czego sama nie zdołałaby nazwać, i często uważnie wpatrywała się w swojego Nicolasa, zasta­nawiając się nad czymś i przemyśliwując… i oto zwierz nagle wysunął pazury.

II

Nasz książę raptem ni z tego, ni z owego dopuścił się kilku niesłychanie zuchwałych wybryków. Rzecz główna polegała na tym właśnie, że wybryki te były zupełnie nie­słychane, do niczego niepodobne, nie takie, jakie dotąd się zdarzały, całkiem sztubackie i głupie, i niczym się, do licha, niedające wytłumaczyć. Jeden z najbardziej sza­nowanych gospodarzy naszego klubu, Piotr Pawłowicz Gaganow, człowiek starszy już, a nawet zasłużony, miał nie­winny zwyczaj stale i dobitnie powtarzać: „Co do mnie, nie dam się za nos wodzić!”. Niechby tam sobie mówił. Lecz raz w klubie, gdy w trakcie ożywionej dyskusji pow­tórzył to swoje powiedzonko w gronie gości (a wszystko to byli ludzie poważni), Mikołaj Wsiewołodowicz, który stał na uboczu i do którego nikt się nie zwracał, podszedł raptem do Piotra Pawłowicza, znienacka chwycił go mocno za nos dwoma palcami i pociągnął za sobą wzdłuż sali kilka kroków. Gniewu do Gaganowa nie mógł czuć. Po­myślałby kto, że to typowe sztubactwo, oczywiście zupeł­nie niedopuszczalne. A jednak opowiadano potem, że w trakcie tej operacji Stawrogin był zamyślony, „jak gdyby nienormalny” – lecz przypomniano to sobie znacznie póź­niej. Z początku, na gorąco, pamiętano tylko drugi moment, gdy winowajca na pewno zdawał sobie sprawę ze wszyst­kiego i nie tylko nie był zażenowany, lecz, przeciwnie, uśmiechał się złośliwie i wesoło, bez cienia skruchy. Pod­niósł się najokropniejszy hałas; otoczono go. Mikołaj Wsie­wołodowicz kręcił się na miejscu, nie odpowiadał nikomu, lecz wpatrywał się ciekawie w twarze krzyczących. Po­tem nagle znów się jak gdyby zamyślił (tak powtarzano przynajmniej), zachmurzył, podszedł twardym krokiem do znieważonego Piotra Pawłowicza i szybko, z widocznym gniewem, wymamrotał:

– Pan, rzecz prosta, zechce mi wybaczyć… Naprawdę nie wiem, skąd mi strzeliło do głowy… To głupstwo…

Lekceważący ton przeprosin można było zrozumieć jako ponowną obrazę. Hałas wzrósł. Mikołaj Wsiewołodowicz wzruszył ramionami i wyszedł.

Wszystko to było bardzo głupie, nie mówiąc już, że wybryk, świadomy i przemyślany, jak się to na razie wy­dawało, był zuchwałą obrazą całego naszego towarzystwa. Tak to pojęli wszyscy. Zaczęto od tego, że niezwłocznie i jednogłośnie skreślono Stawrogina z listy członków klubu; potem postanowiono zwrócić się w imieniu klubu do gu­bernatora z prośbą, aby niezwłocznie, nie czekając na roz­prawę sądową, zastosował środki w celu poskromienia szkodliwego awanturnika, „stołecznego zbira”, i korzysta­jąc z powierzonej mu władzy administracyjnej, „zechciał uchronić spokój porządnych ludzi naszego miasta od dal­szych niebezpiecznych zamachów”. Dodawano przy tym z niewinną zjadliwością, że może „znajdzie się jakieś prawo i na pana Stawrogina”. Frazesem tym chciano dotknąć gu­bernatora… za Barbarę Pietrownę. Wypisywano to wszyst­ko z rozkoszą. Lecz gubernator, jakby umyślnie, był nie­obecny; pojechał gdzieś w okolicę chrzcić dziecko pewnej miłej młodej wdówki, którą mąż pozostawił w błogosła­wionym stanie; oczekiwano jednak rychłego powrotu pa­na gubernatora. Nie tracąc czasu, urządzono prawdziwą owację szanownemu a pokrzywdzonemu Piotrowi Pawło­wiczowi: ściskano go i całowano; całe miasto składało mu wizyty. Zamierzano nawet wydać obiad składkowy na jego cześć i tylko na jego własną, usilną prośbę zaniechano tej myśli – zrozumiawszy może, że bądź co bądź człowie­ka tego ciągnięto za nos, nie ma więc powodu do zbyt­niego entuzjazmu.

Jak się to jednak stało? Jak stać się mogło? Znamienna jest okoliczność, że w całym mieście nikt nie tłumaczył zdarzenia obłędem. To znaczy, że od Mikołaja Wsiewołodowicza, nawet w stanie normalnym, oczekiwano tego rodzaju wybryków. Co do mnie, do dziś dnia tego nie ro­zumiem, pomimo iż wkrótce nastąpiło zdarzenie, które na pozór wytłumaczyło wszystko i uspokoiło opinię. Dodam też, że po czterech latach, na moje dyskretne pytanie o wypadek w klubie, Mikołaj Wsiewołodowicz odpowiedział zachmurzony: „Tak, byłem wtedy niezupełnie zdrów”. Lecz wróćmy do tematu.

Zaciekawił mnie wówczas ten powszechny wybuch nie­nawiści do „gwałtownika i stołecznego zbira”. Chciano koniecznie dopatrzeć się zuchwalstwa i wyrachowanego zamiaru obrażenia całego towarzystwa. Widać było, że człowiek ten nikomu nie dogodził i wszystkich przeciw sobie nastawił. Dlaczego jednak? Aż do tej chwili nie kłó­cił się z nikim, nikomu nie ubliżył, a był uprzejmy jak chevalier[27] z modnego obrazu, gdyby ten mógł przemówić. Sądzę, że nie cierpiano go za dumę. Nawet nasze panie, które zaczęły od ubóstwiania, rozhałasowały się obecnie gorzej niż mężczyźni.

Barbara Pietrowna była ogromnie przerażona. Przyzna­ła się potem Stiepanowi Trofimowiczowi, że dawno przeczuwała coś podobnego, że od pół roku co dzień oczekiwa­ła czegoś „właśnie w tym rodzaju”. W ustach matki było to zastanawiające wyznanie. „Zaczyna się!” – pomyślała z niepokojem. Nazajutrz po tym fatalnym wieczorze w klu­bie ostrożnie, lecz stanowczo zażądała od syna wyjaśnień i pomimo stanowczości w głosie cała się trzęsła, biedaczka. Nie spała w nocy, rano zaś chodziła nawet naradzić się ze Stiepanem Trofimowiczem i płakała u niego, czego nigdy nie czyniła przy ludziach. Zależało jej na tym, by Nicolas powiedział jej przynajmniej cokolwiek, aby przed nią ra­czył się wytłumaczyć. Nicolas, zawsze tak uprzejmy i pe­łen szacunku wobec matki, słuchał czas jakiś zasępiony, bardzo poważny; potem wstał, nie powiedział ani słowa, pocałował ją w rękę i wyszedł. I tego samego dnia wie­czorem zrobił nowy skandal, wprawdzie zwyklejszy i po­wszechniejszy, który jednak w związku z nastrojem po­wszechnym dodał koloru miejskim plotkom i gadaninom.

Nawinął się nasz przyjaciel Liputin. Natychmiast po tamtych wyjaśnieniach z Barbarą Pietrowną zjawił się u Stawrogina i usilnie go prosił o przybycie do niego wieczorem z okazji urodzin żony. Barbara Pietrowna już od dawna z trwogą w sercu patrzyła na tak niewłaściwy wybór znajomości, lecz nie odważała się robić synowi uwag. Poza Liputinem zawarł on już wiele innych znajomości w tych trzeciorzędnych warstwach naszego społeczeństwa, a może jeszcze niżej – taką już miał skłonność. W domu Liputina nigdy jeszcze nie był, lecz z nim się spotykał. Zrozumiał, że Liputin zaprasza go z powodu wczorajszego skandalu w klubie i że, jako miejscowy postępowiec, za­chwycony jest tym skandalem, w całkowitym przeświad­czeniu, iż tak właśnie należy obchodzić się z gospodarzami klubów i że to jest bardzo dobrze. Mikołaj Wsiewołodowicz roześmiał się i obiecał, że przyjdzie.

Gości było bez liku; byli to wszystko ludzie nieznaczni, lecz pewni siebie. Liputin, ambitny i samolubny, tylko dwa razy do roku zapraszał gości, lecz wtedy już kosztów nie szczędził. Najbardziej honorowy gość, Stiepan Trofimowicz, nie stawił się z powodu choroby. Dawano her­batę, ustawione były liczne zakąski i wódka. Grano w kar­ty przy trzech stolikach, a młodzież, w oczekiwaniu kolacji, urządziła tańce przy fortepianie. Mikołaj Wsiewołodowicz zaprosił panią Liputin, bardzo ładniutką kobietkę, okrop­nie onieśmieloną, zrobił z nią dwie tury, po czym siadł obok niej, rozmawiał z nią, mówiąc coś zabawnego. Za­uważywszy w końcu, jaka jest śliczna, gdy się śmieje, znie­nacka, przy wszystkich, wziął ją wpół i pocałował w usta, trzy razy z rzędu, soczyście. Wystraszona niewiasta zem­dlała. Mikołaj Wsiewołodowicz wziął kapelusz, podszedł do męża, który zupełnie się stracił wśród ogólnego tumul­tu, spojrzał nań, burknął szybko: „Niech się pan nie gnie­wa”, i wyszedł. Liputin wybiegł za nim do przedpokoju, własnoręcznie podał mu futro i w ukłonach sprowadził ze schodów. Nazajutrz zaś nastąpiło zabawne uzupełnienie tej całej historii, w istocie niewinnej, uzupełnienie, które właściwie mówiąc, przysporzyło nawet odtąd pewnego za­szczytu Liputinowi. Nie omieszkał potem tego zaszczytu wykorzystać.

O dziesiątej rano w domu pani Stawrogin zjawiła się służąca Liputina, Agafia, rumiana babina lat trzydziestu, niezmiernie śmiała i pewna siebie. Przysłano ją z polece­niem do Mikołaja Wsiewołodowicza i koniecznie chciała go „widzieć osobiście”. Głowa go bolała, lecz wyszedł. Bar­barze Pietrownie udało się być obecną przy rozmowie.

– Siergiej Wasiliewicz, to znaczy Liputin – zatrajkotała rezolutnie Agafia – kazał najpierw pięknie się kłaniać i o zdrowie pytać, i jak Mikołaj Wsiewołodowicz spał, i jak zdrowie po wczorajszym.

Mikołaj Wsiewołodowicz uśmiechnął się.

– Kłaniaj się i podziękuj, a powiedz twemu panu ode mnie, Agafio, że jest najrozumniejszym człowiekiem w mieście.

– A pan mój na to kazał powiedzieć – jeszcze rezolutniej odparła Agafia – że i sam to wie, i panu tego samego życzy.

– Jak to? Jakże twój pan mógł wiedzieć, co ja ci po­wiem?

– Jakim sposobem, tego ja już nie wiem, proszę pana, ale gdy wyszłam, a już całą ulicę przeszłam, słyszę, dopędza mnie pan, tak, bez czapki, proszę pana, i mówi: „Ty, mówi, Agafia, jeżeli do tego dojdzie i rozkażą ci: «Powiedz swojemu panu, znaczy się, że jest najrozumniej­szy w mieście» – to ty na to zaraz odpowiadaj: «Mój pan bardzo dobrze o tym wie i panu tego samego życzy»”.

III

Doszło wreszcie do rozmowy z gubernatorem. Dobro­duszny, zacny nasz Iwan Osipowicz właśnie powrócił i led­wie zdążył wysłuchać gorącej skargi członków klubu. Nie­wątpliwie trzeba było coś przedsięwziąć, lecz trudno im by­ło powziąć decyzję. Nasz gościnny staruszek także bał się jak gdyby trochę swego młodego krewniaka. Postanowił jednak skłonić go, aby przeprosił zarząd klubu i obrażo­nego, i to w sposób zadowalający, a nawet, w razie żąda­nia, na piśmie; potem zaś namówić go uprzejmie, aby nas opuścił, wyjechał na przykład w celach krajoznawczych do Włoch, i w ogóle gdzieś za granicę. W salonie, gdzie na ten raz miał przyjąć Mikołaja Wsiewołodowicza (który zwykle na prawach krewnego swobodnie łaził po całym mieszka­niu), siedział w kącie Alosza Tielatnikow, dobrze ułożony urzędnik, a jednocześnie domownik gubernatora, i otwierał przy stole korespondencję urzędową; w sąsiednim zaś po­koju, przy oknie obok salonu, ulokował się pewien gruby i rosły pułkownik, przyjaciel i były kolega służbowy Iwana Osipowicza. Czytał „Głos”, nie zwracając, ma się rozu­mieć, najmniejszej uwagi na to, co się dzieje w salonie, i nawet odwrócił się plecami. Iwan Osipowicz zaczął mó­wić półszeptem, klucząc wokół tematu; wciąż plątał się. Nicolas patrzył spode łba bardzo nieuprzejmie, całkiem nie jak krewniak, był blady; siedział nieruchomo ze wzro­kiem wbitym w ziemię, zsunąwszy brwi, jak gdyby mo­cował się z silnym bólem.

– Serce masz zacne, Nicolas, i szlachetne – mówił w ciągu rozmowy gubernator – jesteś człowiekiem wykształ­conym, obracałeś się w najlepszym towarzystwie, i tu zresztą zachowywałeś się na razie przykładnie, ku radości drogiej naszym sercom twojej matki… A oto teraz jakieś dziwne i niebezpieczne światło pada na wszystko! Mówię to jako przyjaciel waszej rodziny, mówię jako człowiek starszy, twój krewny, szczerze do ciebie przywiązany, na którego nie możesz się obrażać… Powiedz, co ciebie skła­nia do tak nieposkromionych uczynków, gwałcących przy­jęte obyczaje i przekraczających wszelką miarę? Co zna­czą te gorączkowe, nieprzytomne wybryki?

Nicolas słuchał niecierpliwie i niechętnie. Znienacka w oczach jego zatliło coś chytrego i szyderczego.

– Jeżeli o to chodzi, mógłbym właściwie powiedzieć, co mną powoduje – rzekł ponuro, obejrzawszy się wokoło, i schylił się do ucha Iwana Osipowicza.

Dobrze wychowany Alosza Tielatnikow zrobił jeszcze trzy kroki w stronę okna, a pułkownik zakaszlał, ukryty za „Głosem”. Biedny Iwan Osipowicz ufnie, z pośpiechem, nadstawił ucha, był chorobliwie ciekawy. I wtedy stała się rzecz już zupełnie niesłychana, a jednak pod pewnym względem wiele wyjaśniająca. Staruszek poczuł nagle, że Nicolas zamiast wyszeptać mu do ucha jakąś ciekawą ta­jemnicę, chwycił zębami i mocno ścisnął nimi górną część ucha gubernatora. Staruszek zadrżał, zabrakło mu tchu.

– Nicolas, co to za żarty! – jęknął mimo woli, zmie­nionym głosem.

Alosza i pułkownik nie rozumieli jeszcze, o co chodzi, a z daleka nie mogli nic dojrzeć; wciąż im się zdawało, że tamci coś sobie szepczą, niepokoił ich jednakże roz­paczliwy wyraz twarzy gubernatora. Patrzyli jeden na drugiego wytrzeszczonymi oczami, nie wiedząc, czy czas już śpieszyć na pomoc, jak to było na wszelki wypadek umówione, czy też jeszcze poczekać. Nicolas zauważył to prawdopodobnie i ścisnął ucho jeszcze boleśniej.

– Nicolas! Nicolas! – jęknęła znowu ofiara. – Dobrze, pożartowałeś i dość już tego!

Jeszcze chwila, a umarłby na pewno, nieborak, ze stra­chu, lecz potwór zlitował się i wypuścił ucho. Cały ów strach śmiertelny trwał prawie minutę i staruszek dostał potem jakiegoś ataku. Po półgodzinie Nicolas został aresz­towany i zaprowadzony na razie na odwach, gdzie go zamknięto w osobnej celi pod strażą osobnego szyldwa­cha. Był to środek ostry, ale nasz dobry Iwan Osipowicz tak się rozgniewał, że gotów był ponieść odpowiedzial­ność nawet przed samą Barbarą Pietrowną. Ku powszech­nemu zdziwieniu, gdy pani Stawrogin pośpiesznie, roz­gorączkowana, przybyła do gubernatora celem natychmia­stowego wyjaśnienia sprawy, nie została nawet przyjęta. Musiała wrócić do domu, nie wysiadłszy nawet z karety: nie wierzyła sama sobie.

W końcu wyjaśniło się wszystko! O drugiej w nocy aresztowany, dotychczas zdumiewająco spokojny – za­snął nawet trochę – zerwał się nagle, zaczął hałasować i walić niemiłosiernie pięścią w drzwi, z szaloną siłą zer­wał z okienka znajdującego się w drzwiach żelazną kra­tę, rozbił szybę i pokaleczył sobie ręce. Gdy dyżurujący oficer przybiegł wraz z wartą i kazał otworzyć celę, aby związać rozwścieczonego więźnia, ten był już u szczytu białej gorączki. Odwieziono go do matki. Cała sprawa stała się jasna, wszyscy trzej nasi lekarze wydali opinię, że i na trzy dni przed atakiem chory mógł już działać jak w malignie, i chociaż nie utracił jeszcze świadomości, a nawet przebiegłości, był już jednak niepoczytalny. Fakty potwierdzały tę opinię. Wyglądało na to, że Liputin do­myślił się pierwszy. Iwan Osipowicz, jako człowiek wraż­liwy i delikatny, był nawet bardzo zawstydzony. I co godne uwagi, że i on właściwie traktował Mikołaja Wsiewołodowicza jako człowieka zdolnego popełniać w stanie całkowicie przytomnym największe szaleństwa. W klubie wstydzono się także i dziwiono się, że przeoczono jedyne możliwe wytłumaczenie tych dziwactw. Znalazło się rzecz prosta kilku sceptyków, byli jednak tak nieliczni, że mu­sieli złożyć broń.

Nicolas przeleżał dwa miesiące. Sprowadzono z Moskwy na konsylium sławnego lekarza. Całe miasto składało wi­zyty Barbarze Pietrownie. Przebaczyła. Gdy pod wiosnę Nicolas wyzdrowiał i bez żadnej opozycji zgodził się na prośbę matki wyjechać do Włoch, Barbara Pietrowna po­prosiła go również, aby złożył wizyty pożegnalne i aby zechciał tu i ówdzie, gdzie należy, w miarę możności wy­tłumaczyć się. Nicolas przystał na to najchętniej. Wie­dziano w klubie, że był u Gaganowa, z największą dy­stynkcją i taktem złożył wyjaśnienia, które tamtego cał­kowicie zadowoliły. W czasie składania wizyt Nicolas był poważny i nawet trochę zasępiony. Wszędzie przyjmowano go uprzejmie, jak gdyby z pewnym zawstydzeniem i uczuciem ulgi, że już wyjeżdża do Włoch. Iwan Osipowicz roz­rzewnił się nawet, a jednak nie odważył się go uścisnąć przy ostatnim pożegnaniu. Nie brakło i takich, którzy by­li do końca przeświadczeni, że Stawrogin bezecnie zakpił sobie ze wszystkich – a choroba to już inna sprawa. Wstąpił i do Liputina.

– Niech mi pan powie, w jaki sposób mógł pan prze­widzieć, co powiem o pana rozumie, a nawet nauczyć Agafię odpowiedzi.

– A w taki sposób – zaśmiał się Liputin – że ja pana traktuję jak rozumnego człowieka, mogłem więc wiedzieć zawczasu, co pan powie.

– A jednak to dziwny zbieg okoliczności. Ale zaraz, zaraz! Więc pan, posyłając Agafię, traktował mnie jak rozumnego człowieka, nie jak wariata?

– Jak najmądrzejszego i najbardziej rozsądnego i tyl­ko udałem, że wierzę w pańską niepoczytalność… Ale przecież i pan natychmiast zrozumiał moje myśli i wysłał mi przez Agafię patent na przenikliwość.

– Nie, tu się pan myli, ja istotnie… byłem niezdrów – odezwał się Stawrogin, zachmurzony. – Ba! – zawołał – czy pan myśli rzeczywiście, że w stanie normalnym mogę rzucać się na ludzi? Po co mi to?

Liputin skulił się jakoś i nie mógł znaleźć odpowiedzi. Stawrogin zbladł, a może tylko tak wydało się Liputinowi.

– W każdym razie dziwny ma pan układ umysłu – ciągnął dalej Stawrogin – a Agafię przysłał pan do mnie, aby mi nawymyślać.

– Czyż miałem pana wyzwać na pojedynek?

– Ach tak, mówiono mi, że pan nie uznaje pojedyn­ków…

– A po co mamy tłumaczyć z francuskiego – krzywił się Liputin.

– Trzyma się pan ojczystego obyczaju?

Liputin najeżył się jeszcze więcej.

– Ha, co widzę? – zawołał Stawrogin, zauważywszy na stole, na widocznym miejscu, tom Considéranta[28]. – Może jest pan furierzystą? To do pana podobne! Ale czyż to nie jest także tłumaczenie z francuskiego?

Zaśmiał się, pukając palcem w książkę.

– Nie, to nie z francuskiego – z pewną złością zer­wał się Liputin. – To tłumaczenie z ogólnoludzkiego, a nie tylko z francuskiego! Z języka ogólnoludzkiej republi­ki społecznej i harmonii! Tak! Wcale nie z francuskiego!

– Tam do diabła, toć takiego języka wcale nie ma – głośno śmiał się dalej Stawrogin.

Niekiedy jakiś drobiazg szczególnie przykuwa naszą uwagę na dłuższy czas. Główne rzeczy o Stawroginie przyj­dą później; tymczasem jednak, jako ciekawy szczegół, pod­kreślam, że przez cały czas, który Stawrogin spędził mię­dzy nami, najjaskrawiej zarysowała mu się w pamięci niepozorna, a nawet nędzna figurka gubernialnego urzędniczyny, zazdrośnika i despoty, skąpca i lichwiarza, któ­ry skrzętnie trzymał pod kluczem resztki obiadu i ogarki, jednocześnie zaś był żarliwym zwolennikiem przyszłej Bóg wie jakiej „harmonii społecznej”, upajał się po nocach fantastycznymi wizjami przyszłych falansterów, w których ziszczenie w Rosji i w naszej guberni wierzył jak we własne istnienie. I to właśnie tutaj, gdzie sam zdołał z uciułanych pieniędzy zbudować sobie domek, gdzie oże­nił się po raz drugi i wziął posag, gdzie prawdopodobnie w promieniu stu wiorst nie było ani jednego człowieka, nie wyłączając i jego, który by w czymkolwiek przypo­minał z wyglądu obywatela „światowej, ogólnoludzkiej re­publiki społecznej i harmonii”.

„Bóg jeden wie, skąd się ci ludzie biorą?” – myślał nieraz potem Stawrogin, przypominając sobie nieoczeki­wanego furierzystę.

IV

Nasz książę Harry podróżował przez trzy lata, więc w mieście naszym prawie o nim zapomniano. Wiedzieliśmy tylko od Stiepana Trofimowicza, że zjeździł całą Europę, był nawet w Egipcie i dotarł do Jerozolimy. Przyplątał się potem do jakiejś ekspedycji naukowej jadącej na Is­landię i rzeczywiście wyspę tę zwiedził. Podobno spędził jedną zimę jako słuchacz na którymś z uniwersytetów niemieckich. Rzadko pisywał do matki – dwa razy do roku lub jeszcze rzadziej. Barbara Pietrowna nie gnie­wała się o to i nie czuła się urażona. Poddała się pokor­nie i bez skargi takim stosunkom, jakie między nią a sy­nem ustaliły się raz na zawsze, tęskniła jedynie za swoim Nicolasa i ciągle marzyła o nim. Nie zdradzała się przed nikim z tych tęsknot i marzeń. Oddaliła się nawet, są­dząc z pozorów, od Stiepana Trofimowicza. Roiła jakieś ukryte plany, skąpstwo jej wzrosło i coraz częściej gnie­wały ją karciane niepowodzenia przyjaciela.

Nareszcie w kwietniu roku bieżącego otrzymała list z Paryża od generałowej Praskowii Iwanowny Drozdow, przyjaciółki z lat dziecinnych. W liście tym pani Droz­dow – z którą Barbara Pietrowna już od lat ośmiu nie spo­tykała się i nie korespondowała – zawiadamiała, że Mikołaj Wsiewołodowicz jest u nich stałym gościem, zaprzyjaźnił się z Lizą (jedyną córką generałowej) i zamierza towa­rzyszyć im latem do Szwajcarii, do Vernex-Montreux, choć przyjmowany bywa jak syn rodzony w domu hra­biego K. (bardzo wpływowej osobistości petersburskiej ba­wiącej obecnie w Paryżu), gdzie właściwie mieszka. List był krótki i zdradzał wyraźnie swój cel, chociaż nie za­wierał żadnych wniosków. Barbara Pietrowna nie namyś­lała się zbyt długo, zdecydowała się momentalnie i w po­łowie kwietnia wyruszyła do Paryża, potem do Szwaj­carii, wziąwszy ze sobą wychowankę Daszę, siostrę Sza­towa. Powróciła w lipcu sama, pozostawiwszy Daszę u Praskowii Iwanowny. Praskowia Iwanowna zaś z córką, zgodnie z jej relacją, miały zawitać do nas w połowie sierpnia.

Drozdowowie byli to także ziemianie z naszej guberni, lecz obowiązki służbowe generała Iwana Iwanowicza (daw­nego przyjaciela Barbary Pietrowny i kolegi jej męża) wciąż nie pozwalały im bywać w znajdującej się tu ich wspaniałej posiadłości. Po śmierci generała, która nastą­piła w zeszłym roku, niepocieszona Praskowia Iwanowna wyruszyła z córką za granicę, mając między innymi na celu przeprowadzenie w drugiej połowie lata kuracji wi­nogronowej w Vernex-Montreux. Po powrocie do kraju zamierzała osiedlić się na stałe w naszej guberni. Miała w mieście duży dom, który od lat stał pustką z zabitymi oknami. Drozdowowie byli to ludzie bogaci. Praskowia Iwanowna, z pierwszego męża Tuszyn, była tak samo jak jej koleżanka z pensji Barbara Pietrowna córką bogatego propinatora i także wniosła mężowi znaczny posag. Dy­misjonowany sztabsrotmistrz Tuszyn był człowiekiem zdol­nym i także zamożnym. Umierając, zapisał w testamencie jedynaczce Lizie, wówczas siedmioletniej dziewczynce, spory kapitalik. Teraz, gdy Lizawieta Nikołajewna miała już około dwudziestu dwóch lat, można było być pew­nym, że posiada ze dwieście tysięcy rubli własnej gotowiz­ny, nie mówiąc już o tym, co przypadnie jej po najdłuż­szym życiu matki, bezdzietnej z drugiego małżeństwa. Barbara Pietrowna była widocznie bardzo zadowolona ze swej podróży. Uważała, że porozumiała się dostatecznie z Praskowią Iwanowną, i zaraz po przyjeździe opowiedzia­ła wszystko Stiepanowi Trofimowiczowi; była w rozmo­wie z nim bardzo szczera, co się już dawno nie zdarzało.

– Hura! – zawołał Stiepan Trofimowicz i strzelił z palców.

Był zupełnie zachwycony, tym bardziej że cały okres rozłąki z przyjaciółką spędził w głębokim smutku. Pra­wie nie pożegnała się z nim przed wyjazdem i nie zwie­rzyła mu się ze swoich planów, jak gdyby w obawie, aby „ta baba” czegoś nie wypaplała. Gniewała się wtedy za znaczną przegraną, o której dowiedziała się przypadko­wo. Lecz już w Szwajcarii poczuła, że trzeba będzie po powrocie czymś wynagrodzić opuszczonego przyjaciela, z którym w ogóle od pewnego czasu obchodziła się surowo. Niespodziewana i tajemnicza rozłąka zraniła tkliwe serce Stiepana Trofimowicza; tu zaś nawinęły się inne jeszcze kłopoty. Męczył go z dawna poważny dług, którego nie zdołałby spłacić bez pomocy Barbary Pietrowny. Poza tym w maju odwołano wreszcie naszego dobrego i miękkiego Iwana Osipowicza; połączone to było nawet z pewnymi przykrościami. Pod nieobecność Barbary Pietrowny zje­chał i objął urzędowanie nowy gubernator, Andrzej Anto­nowicz von Lembke; w związku z tym zmienił się sto­sunek miejscowego społeczeństwa do Barbary Pietrowny, a co za tym idzie i do Stiepana Trofimowicza. Wiercho­wieński zdążył już nawet zgromadzić parę niemiłych a cennych spostrzeżeń i bez Barbary Pietrowny czuł się niepewny. Podejrzewał, że zakomunikowano o nim guber­natorowi jako o człowieku niebezpiecznym. Dowiedział się zupełnie ściśle, że niektóre panie postanowiły nie by­wać u Barbary Pietrowny. O nowej gubernatorowej, ocze­kiwanej na jesieni, mówiono, że jest wprawdzie dumna, lecz za to prawdziwa arystokratka (nie jakaś tam Bar­bara Pietrowna). Wszystkim już było wiadomo z niezna­nego źródła, że nowa gubernatorowa i pani Stawrogin już przedtem gdzieś się spotkały i rozstały się nieprzyja­źnie i że Barbara Pietrowna chorobliwie nie znosi samego wspomnienia pani von Lembke. Pewny siebie i zwycięski wygląd Barbary Pietrowny, wzgardliwa obojętność, z jaką wysłuchała relacji o nastrojach i o poruszeniu wśród na­szych pań, pokrzepiły upadającego na duchu Stiepana Trofimowicza i rozweseliły go w oka mgnieniu. Z przymil­nie radosnym humorem zaczął jej opowiadać o uroczystoś­ciach przy wjeździe gubernatora.

– Excellente amie, na pewno pani wiadomo – mówił, figlarnie przeciągając słowa – co znaczy dygnitarz rosyj­ski w ogóle, zwłaszcza zaś nowo kreowany, świeżo upie­czony dygnitarz… Ces interminables mots russes!…[29] Wątpię jednak, aby danym było pani przekonać się na­ocznie, co to jest upojenie administracyjne…

– Upojenie administracyjne? Co to znaczy?

– Jest to… Vous savez, chez nous… En un mot, gdy się postawi najnędzniejszą lichotę przy sprzedaży głupich biletów kolejowych, lichota ta nie omieszka patrzeć z mi­ną Jowisza na wszystkich, którzy kupują bilety. Pour vous montrer son pouvoir. „Ja wam tu pokażę moją władzę…”. I dochodzi to do jakiegoś administracyjnego upojenia… En un mot, przeczytałem gdzieś, że jakiś diaczek w jednej z naszych zagranicznych cerkwi – mais c’est très curieux – wypędził, ale to dosłownie wypędził z cerkwi pewną poważną rodzinę angielską, les dames charmantes, przed samym początkiem wielkotygodniowe­go nabożeństwa – vous savez ces chants et le livre de Job – jedynie pod tym pozorem, że „to nieporządek, gdy cudzoziemcy włóczą się po cerkwiach, i w dodatku w nie­odpowiednich godzinach…”. Doprowadził je do omdlenia… Ten diaczek był w transie upojenia administracyjnego et il a montré son pouvoir…[30].

– Proszę się streszczać, jeżeli to możliwe.

– Pan von Lembke objeżdża obecnie gubernię. En un mot, ten Andrzej Antonowicz, chociaż jest rosyjskim Niem­cem prawosławnego wyznania, a nawet, gotów jestem przyznać, bardzo pięknym czterdziestoletnim mężczyzną…

– Z czego pan wnioskuje, że to piękny mężczyzna? Oczy ma baranie.

– Jak najbardziej baranie. Ja tylko ustąpiłem na rzecz opinii miejscowych pań.

– Dosyć już, Stiepanie Trofimowiczu, proszę pana! À propos, czy to od dawna nosi pan czerwone krawaty?

– Nie, nie… to tylko dziś…

– A chodzi pan na spacer? Robi pan co dzień sześć wiorst, jak to panu kazał doktor?

– Nie… nie zawsze…

– Wiedziałam z góry! Przeczuwałam to jeszcze w Szwaj­carii – wołała nerwowo. – Teraz będzie pan robił nie po sześć, a po dziesięć wiorst! Opuścił się pan niemożliwie, niemożliwie! Pan się postarzał, nie – zgrzybiał… prze­raziłam się pana, gdy go onegdaj zobaczyłam, pomimo tego czerwonego krawata… quelle idée rouge[31]. Proszę mó­wić dalej o Lembkem, jeżeli ma pan coś do powiedzenia, i proszę wreszcie kończyć, bardzo proszę! Zmęczył mnie pan…

– En un mot, chciałem przecież tylko powiedzieć, że to jeden z tych początkujących czterdziestoletnich dygni­tarzy, którzy do czterdziestego roku życia toną gdzieś w zapoznaniu, a potem znienacka robią karierę, czy to w drodze nagłego ożenku, czy w inny nie mniej rozpaczliwy sposób… On teraz wyjechał… to jest, chciałem dodać, że naszeptano mu o mnie od razu, jakobym deprawował młodzież i krzewił w guberni ateizm… Natychmiast za­czął zbierać informacje…

– Czy to aby prawda?

– Ależ tak! Musiałem nawet zachować pewne ostroż­ności. A gdy powiedziano mu, że pani „rządzi gubernią”, vous savez[32], pozwolił sobie oświadczyć, że „to się więcej nie powtórzy”.

– Tak powiedział?

– „To się więcej nie powtórzy”. Avec cette morgue…[33] Małżonkę jego, Julię Michajłownę, ujrzymy tu w końcu sierpnia, wprost z Petersburga.

– Z zagranicy. Spotykałyśmy się tam.

– Vraiment?[34]

– W Paryżu i w Szwajcarii. Jest spokrewniona z panią Drozdow.

– Spokrewniona? Co za zbieg okoliczności! Mówią, że jest ambitna… i że ma olbrzymie stosunki.

– Głupstwo, stosuneczki. Do czterdziestego piątego ro­ku życia przesiedziała bez grosza w staropanieństwie, a te­raz wyskoczyła za tego von Lembke i cały cel jej życia – to zrobić z niego człowieka. Oboje intryganci.

– Mówią, że starsza jest od niego o dwa lata.

– O pięć. Matka jej w Moskwie obijała moje progi. Wpraszała się do mnie na bale, jeszcze za życia Wsiewołoda Nikołajewicza. Jak o łaskę prosiła. A ta pannica często do białego rana siedzi w kącie, nie tańcząc, ze swo­ją opalową muchą nad czołem, toteż nieraz o trzeciej nad ranem posyłałam do niej z litości pierwszego kawalera. Już miała dwadzieścia pięć lat, a wciąż ją wożono w krót­kiej sukience jak dziewczynkę. Przyjmowanie ich zaczęło uchodzić za nieprzyzwoitość.

– Tę muchę widzę jak żywą.

– Mówię panu, przyjechałam i od razu wpadłam na intrygę. Czytał pan przecież przed chwilą list Praskowii Iwanowny? Cóż mogło być bardziej wyraźnego? A cóż za­staję? Ta idiotka Drozdowa – zawsze była idiotką – pa­trzy na mnie ze zdziwieniem. Pyta niby, po co przyjecha­łam. Niech pan sobie wyobrazi, jak byłam zdziwiona. Pa­trzę, a tu się kręci ta Lembke, a z nią kuzyn, siostrzeniec nieboszczyka Drozdowa. Rozumie pan? Rzecz prosta, mo­mentalnie wszystko naprawiłam i Praskowia Iwanowna znów po mojej stronie – ale co za intryga, co za intryga!

– Którą jednak pani przezwyciężyła. O, z pani praw­dziwy Bismarck!

– Nie będąc Bismarckiem, potrafię przecież odróżnić fałsz i głupotę. Ta Lembke to fałsz. Praskowia Iwanowna to głupota. Rzadko widywałam tak ospałe babsko, na do­miar nogi jej puchną i jeszcze do tego jest poczciwa. Cóż może być głupszego niż poczciwy dureń?

– Dureń niepoczciwy, ma bonne amie, dureń niepoczciwy jest jeszcze głupszy od poczciwego – szlachetnie oponował Stiepan Trofimowicz.

– Może to i racja. Pamięta pan Lizę?

– Charmante enfant![35]

– Teraz to już nie enfant, lecz kobieta, i to z charakte­rem. Szlachetna i gorąca, a cenię w niej, że matce nie ustępuje, tej naiwnej idiotce. Z powodu tego kuzyna o mało nie było skandalu…

– Ach tak? Bo i w rzeczy samej on dla Lizy żaden krewniak… A czy ma jakie zamiary?

– Widzi pan, jest to młody oficer, strasznie małomów­ny, nawet skromny. Zawsze staram się być sprawiedliwa. Mam wrażenie, że sam jest przeciwny całej tej intrydze i nic nie chce, a kręciła tylko ta Lembke. Względem Ni­colasa był pełen szacunku. Rozumie pan, wszystko teraz zależy od Lizy. Zostawiłam ją w najlepszych stosunkach z Nicolasem, który obiecał mi, że na pewno przyjedzie tu w listopadzie. To znaczy, że intryguje tylko ta Lembke, a Praskowia Iwanowna nic nie widzi. Mówi raz do mnie, że wszystkie moje podejrzenia są czczą fantazją; oświad­czam jej w oczy, że jest głupia. Mogę to powtórzyć na sądzie ostatecznym. I gdyby nie prośby Nicolasa, abym ich opuściła na pewien czas, nie wyjeżdżałabym stamtąd, do­póki nie zdemaskowałabym intrygantki. Starała się za po­średnictwem Nicolasa o względy hrabiego K., chciała po­różnić matkę z synem. Lecz Liza jest po naszej stronie, a z Praskowią Iwanowną dogadałam się. Wie pan, że Karmazinow to jej krewny?

– Co, krewny madame von Lembke?

– Tak, tak. Daleki.

– Karmazinow? Nowelista?

– Tak, tak, pisarz, czego się pan dziwi? Naturalnie ma siebie za wielkiego człowieka. Nadęta figura. Liza przyjedzie z nim razem, a teraz tam się z nim cacka. Za­mierza coś tu u nas wprowadzić, jakieś literackie zebrania. Karmazinow przyjedzie na miesiąc, chce tu sprzedać ostat­ni majątek. O mały włos, a byłabym go spotkała w Szwaj­carii, lecz bardzo tego nie chciałam. Spodziewam się zre­sztą, że zrobi mi ten zaszczyt i przypomni moją osobę. Za dawnych lat pisywał do mnie, bywał u nas. Stiepanie Trofimowiczu, chciałabym, aby pan się przyzwoicie ubie­rał… Z każdym dniem staje się pan jakiś bardziej niechluj­ny… O, jak mnie pan męczy! Co pan teraz czyta?

– Ja… ja…

– Rozumiem. Jak dawniej – przyjaciele, jak dawniej – pijatyki, klub, karty i… opinia ateisty. Nie podoba mi się ta opinia. Nie chcę, aby nazywano pana ateistą. Zwłaszcza teraz nie chcę. Nie chciałam i dawniej, bo to wszystko przecież tylko czcza gadanina. Trzeba to raz powiedzieć.

– Mais, ma chère…[36]

– Stiepanie Trofimowiczu, co do wiedzy jestem natural­nie wobec pana nieukiem, lecz w drodze dużo myślałam o panu. I doszłam do jednego wniosku.

– Do jakiego?

– A do takiego, że pan i ja nie jesteśmy najmądrzejsi na świecie, że są mądrzejsi od nas.

– To trafne i dowcipne. Są mądrzejsi, czyli że są nieomylniejsi, czyli że my możemy się mylić. Prawda? Mais, ma bonne amie, mogę, dajmy na to, błądzić, lecz któż mi odmówi ogólnoludzkiego, naczelnego prawa do wolności sumienia? Toć mam prawo nie być ani dewotem, ani sekciarzem, jeżeli tak chcę, a przecież rozmaite typy będą mnie za to nienawidziły do końca życia. Et puis comme on trouve toujours plus de moines que de raison[37], i po­nieważ ja całkowicie to podzielam…

– Jak, jak pan to powiedział?

– Powiedziałem: on trouve toujours plus de moines que de raison, i ponieważ…

– To pewnie nie pana aforyzm. Skąd to pan wziął?

– To słowa Pascala.

– Wiedziałam od razu… że to nie pan! Dlaczego pan sam nigdy nie powie czegoś tak krótkiego a trafnego, a zawsze ciągnie pan w nieskończoność? To daleko lepsze niż pańskie onegdajsze „upojenie administracyjne”.

– Ma foi, chère… Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jednak nie jestem Pascalem, et puis…[38] my, Rosjanie, nie umiemy nic powiedzieć we własnym języku… Dotych­czas przynajmniej nie powiedzieliśmy…

– Hm! może to niezupełnie tak. Ale przynajmniej mógł­by pan zapisywać takie bons mots[39], zapamiętywać je, tak, na wypadek rozmowy… Ach, Stiepanie Trofimowiczu, jadąc tu, myślałam, aby z panem poważnie, naprawdę po­ważnie porozmawiać.

– Chère, chère amie!

– Teraz, gdy ci wszyscy Lembkowie, ten Karmazinow… Boże, jak pan się opuścił! Jak mnie pan dręczy!… Tak bym chciała, aby ci wszys­cy ludzie poczuli szacunek dla pana, gdyż nie są oni warci jednego palca pańskiego, a pan? Jak się pan zachowuje? Co oni zobaczą? Co ja im pokażę? Zamiast tego, aby stać jak żywe świadectwo, jako przekazany nam wzór, otacza się pan jakimś tałatajstwem, nabrał pan niemożliwych przyzwyczajeń, zgrzybiał pan, nie może się pan obejść bez wina i kart, czytuje pan tylko Paula de Kooka i nic nie pisze. Oni tam wszyscy piszą, a pa­nu cały czas schodzi na paplaninie. Czyż można, czyż to jest dopuszczalne, przyjaźnić się z takim draństwem jak pański nieodłączny Liputin?

– Dlaczego on ma być „mój” i „nieodłączny”? – nie­śmiało protestował Stiepan Trofimowicz.

– Gdzie on teraz? – surowo i twardo ciągnęła Bar­bara Pietrowna.

– On… On żywi bezgraniczny szacunek dla pani. Wy­jechał do S-ka, ma tam spadek po matce.

– Zdaje się, że nic innego nie robi, tylko wciąż dostaje pieniądze. A Szatow? Jak zawsze?

– Irascible, mais bon.[40]

– Nie znoszę pańskiego Szatowa. Jest zły i zarozumiały!

– Jak zdrowie Darii Pawłowny?

– Pan pyta o Daszę? A co panu przyszło do głowy? – Barbara Pietrowna spojrzała na niego ciekawie. – Zdro­wa, zdrowa. Zostawiłam ją w Szwajcarii, u Praskowii Iwanowny. A tam, w Szwajcarii, słyszałam niezbyt dobre rzeczy o pańskim synu.

– Oh! c’est une histoire bien bête! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous raconter…[41]

– Dosyć o tym, Stiepanie Trofimowiczu, niechże mi pan pozwoli odpocząć. Jestem zmęczona. Zdążymy się na­gadać, zwłaszcza o rzeczach niewesołych. Pan zaczyna pry­skać śliną, gdy się pan śmieje… To już po postu zgrzybia­łość! I w ogóle, jak pan teraz dziwnie się śmieje… Boże, Boże! Tyle nagromadziło się w panu złych przyzwyczajeń! Karmazinow nie będzie pana odwiedzał! A tu i bez tego wszyscy się cieszą… Pokazał pan wreszcie, kim pan jest… No, dosyć już, dosyć, zmęczyłam się! Mógłby pan wreszcie zlitować się nad człowiekiem!

Stiepan Trofimowicz „zlitował się nad człowiekiem’’ i wyszedł, skonsternowany.

V

Istotnie, zwłaszcza w ostatnich czasach, Stiepan Trofi­mowicz nabrał sporo złych przyzwyczajeń. Opuszczał się z dnia na dzień i prawdą jest, że stał się nawet niechluj­ny. Pił coraz więcej, łatwo płakał i nie panował nad ner­wami. Zbyt stał się wrażliwy na piękno. Twarz jego na­brała dziwnej łatwości zmieniania wyrazu, przechodząc na przykład od uroczystego bezpośrednio do śmiesznego, a nawet głupiego. Nie znosił samotności i oczekiwał stale, aby ktoś przyszedł go rozerwać. Trzeba było koniecznie opowiadać mu jakieś plotki miejskie, nowe anegdoty, i co dzień coś innego. A gdy nikt z nas przez dłuższy czas nie przychodził, wtedy Stiepan Trofimowicz zaczynał sennie błądzić po pokojach, podchodził do okna, ruszał w zadumie szczękami, wzdychał, prawie jęczał. Stale męczyły go ja­kieś przeczucia, bał się czegoś niespodziewanego, lecz nie­uniknionego; stał się tchórzliwy; coraz więcej wagi przy­wiązywał do snów.

Cały ten dzień i cały wieczór spędził nad wyraz smutno, posłał po mnie, był zdenerwowany, długo mówił, opowia­dał, ale jakoś bez związku. Barbara Pietrowna wiedziała od dawna, że Stiepan Trofimowicz nie ma przede mną tajemnic. Wydało mi się wreszcie, że dręczy go jakaś myśl, której sam nie może sobie uświadomić. Przedtem, gdyśmy się zeszli sam na sam, i zaczynał, biedaczek, skarżyć się przede mną, zwykle po pewnym czasie prawie zawsze zjawiała się na stole jakaś butelczyna i Stiepan Trofimowicz uspokajał się z wolna. Tym razem wina nie było i można było zauważyć, że Wierchowieński tłumi w sobie chęć posłania po nie.

– I czego ona wciąż się gniewa! – skarżył się bez prze­rwy, jak dziecko. – Tous les hommes de génie et de pro­grès en Russie étaient, sont et seront toujours des kar­ciarze i des pijacy, qui boivent[42] do utraty przytomności… a ja przecież nie jestem jeszcze takim karciarzem ani pijanicą… Zarzuca mi, że nic nie piszę! Dziwne oskarżenie!… Dlaczego ja leżę? Mówi mi, że powinienem stać jako wzór i jako wyrzut sumienia. Mais entre nous soit dit, taki człowiek, który ma grać rolę niemego wyrzutu sumienia, nie ma nic lepszego do roboty, jak wylegiwać się. Czy ona to rozumie?

I zrozumiałem wreszcie, na czym polega ów główny, osobliwy smutek, który go obecnie tak natrętnie osaczał. W ciągu tego wieczoru wiele razy podchodził do lustra i zatrzymywał się przed nim dłuższą chwilę. Wreszcie od­wrócił się od lustra do mnie i rzekł z dziwnym smutkiem:

– Mon cher, je suis un[43] człowiek, który się opuścił…

Istotnie, aż do tej chwili, aż do tego dnia, miał niezbitą pewność, że, pomimo „nowych poglądów” i „zmiany idei” w umyśle Barbary Pietrowny, jest wciąż czarujący dla jej kobiecego serca, i to nie tylko jako wygnaniec i jako sławny uczony, lecz jako piękny mężczyzna. W ciągu lat dwudziestu utrwaliło się w nim to schlebiające mu i uspo­kajające przekonanie, i może z tym właśnie przeświad­czeniem najtrudniej mu się było rozstać. Czy mógł prze­czuwać wtedy ten biedak, jaka niesłychana próba oczeku­je go w najbliższej przyszłości?

VI

Rozpocznę wreszcie opis tego zdarzenia, w znacznej mie­rze już zapomnianego, od którego zaczyna się właściwie moja opowieść. W końcu sierpnia powróciły nareszcie Drozdowe. Ich zjawienie się przypadło na krótko przed przyjazdem oczekiwanej przez wszystkich ich krewnej, naszej nowej gubernatorowej, i samo przez się zrobiło wielkie wrażenie w mieście. O tych wszystkich interesu­jących momentach opowiem później; obecnie zaznaczę, że Praskowia Iwanowna przywiozła tak niecierpliwie czeka­jącej na nią Barbarze Pietrownie jedną przykrą zagadkę, trudną do rozwiązania: oto Nicolas rozstał się z nimi już w lipcu i spotkawszy nad Renem hrabiego K., wyruszył z nim razem i z jego rodziną do Petersburga. (Notabene hrabia K. miał trzy córki na wydaniu).

– U Lizawiety, która jest dumna i samowolna, nie mogłam się niczego dopytać – kończyła Praskowia Iwa­nowna. – Widziałam jednak na własne oczy, że między nią a Mikołajem Wsiewołodowiczem coś zaszło. Nie znam powodów, ale widzi mi się, droga Barbaro Pietrowno, że trzeba by zapytać Darię Pawłownę. Myślę, że Lizie stała się krzywda. Strasznie jestem rada, że przywiozłam ci wreszcie twoją faworytkę i oddaję ci ją do rąk własnych, a pozbywam się kłopotu.

Te jadowite słowa wypowiedziane były z niezwykłą iry­tacją. Widać było, że „ospała baba” przygotowała je za­wczasu i z góry delektowała się ich wrażeniem. Lecz Bar­bara Pietrowna nie należała do ludzi, którzy dadzą się zdetonować sentymentalnymi efektami i dwuznacznikami. Zażądała stanowczo ścisłych i dostatecznych wyjaśnień. Praskowia Iwanowna natychmiast zniżyła ton, a w końcu rozpłakała się i przeszła do najbardziej przyjacielskich ser­deczności. Ta wrażliwa i sentymentalna kobieta, zupełnie jak Stiepan Trofimowicz, potrzebowała stale szczerej przy­jaźni i główna jej skarga na córkę Lizę polegała na tym właśnie, że „córka nie jest dla niej przyjacielem”.

Ze wszystkich wyjaśnień i wylewów widoczne było tyl­ko to, że istotnie między Lizą a Nicolasem zaszło jakieś nieporozumienie, lecz jakie, o tym Praskowia Iwanowna nie mogła wytworzyć sobie określonego pojęcia. Oskarże­nie skierowane przeciwko Daszy nie tylko całkowicie cofnęła pod koniec rozmowy, lecz nawet prosiła, aby nie przywiązywać żadnej wagi do jej uprzednich słów, gdyż wypowiedziała je „pod wpływem nerwów”. Na ogół wszys­tko wyglądało niejasno, nawet podejrzenie. Nieporozumie­nie, sądząc z jej słów, rozpoczęło się z powodu „samowol­nego i szyderczego” usposobienia Lizy; „hardy zaś Mikołaj Wsiewołodowicz, chociaż bardzo był zakochamy, nie mógł jednak znieść drwin i sam pozwolił sobie na szy­derstwa”.

– Wkrótce potem poznaliśmy pewnego młodzieńca, zda­je się, że synowca tego twojego „profesora”, nawet o tym samym nazwisku.

– Syn, a nie synowiec – sprostowała Barbara Pietrowna.

Praskowia Iwanowna nigdy nie mogła zapamiętać naz­wiska Wierchowieńskiego i zawsze nazywała go „profe­sorem”.

– Niech będzie syn, tym lepiej, co mi do tego! Naj­zwyczajniejszy młodzieniec, bardzo żywy i bezceremonial­ny, lecz nic osobliwego. Tu już Liza sama zachowała się niewłaściwie, gdyż zbliżyła do siebie tego młodzieńca, aby wzbudzić zazdrość w Mikołaju Wsiewołodowiczu. Nie mam jej tego za złe: zwykły, nawet miły fortel panieński. Ale Mikołaj Wsiewołodowicz nie był zazdrosny i sam zaprzy­jaźnił się z tamtym; niby nic nie widzi, niby wszystko mu jedno. To już zabolało Lizę. Młodzieniec wkrótce wy­jechał (dokądś tam śpieszył), a Liza zaczęła dogryzać Mi­kołajowi Wsiewołodowiczowi przy każdej sposobności. Za­uważyła, że ten czasem rozmawia z Daszą, i zaczęła wa­riować, tak że już i mnie się nieraz dostawało. A lekarze zabronili mi się irytować. To zachwalane ich jezioro tak mi już obrzydło, zęby tylko rozbolały od niego, reumatyzm zaczął szarpać. Nawet gdzieś czytałam, że od Jeziora Ge­newskiego zęby bolą; taka właściwość. A tu tymczasem Mikołaj Wsiewołodowicz raptem otrzymał list od hrabiny. Zakrzątnął się i w ciągu doby wyjechał. Pożegnali się po przyjacielsku, lecz Liza, odprowadzając go, była zbyt wesoła i niefrasobliwa. Śmiała się bez przerwy. Sztuczne to było. Pojechał – i zaraz zrobiła się zamyślona. Prze­stała mówić o nim i mnie zabroniła. I tobie bym radziła, droga Barbaro Pietrowno, nie mówić o tych rzeczach z Lizą. Zaszkodzisz tylko. A jak będziesz milczeć – sama zacznie. Wtedy dowiesz się więcej. Sądzę, że zejdą się znowu, o ile Mikołaj Wsiewołodowicz nie będzie zwlekał z przyjazdem, jak to obiecał.

– Napiszę do niego zaraz. Jeżeli to tylko drobne nie­porozumienie, to nie warto o tym mówić. A Daszę dobrze znam. Głupstwo!

– Co do Daszy, to przyznam ci się, że zgrzeszyłam. Były to tylko zwykłe rozmowy, głośno, przy wszystkich. Ale tak mnie ta cała historia wtedy zbulwersowała. A i Liza, widzę to dobrze, znów z Daszą po dawnemu serdecznie.

Barbara Pietrowna tegoż dnia napisała do syna, zakli­nając go, aby przyjechał przynajmniej o miesiąc wcześ­niej, niż zapowiedział. W każdym razie było w tym coś niejasnego i tajemniczego. Myślała cały wieczór i całą noc. Opinia Praskowii Iwanowny wydawała się jej zbyt naiw­ną i sentymentalną.

„Praskowia była sentymentalna przez całe życie, jesz­cze na pensji! – myślała. – Nicolas nie taki człowiek, by uciec od drwin panieńskich. Tu jest inny powód, jeżeli istotnie odeszli od siebie. Po co one przywiozły ze sobą tego oficera? Zamieszkał u nich jak swój. Co do Darii, Praskowia jakoś zbyt szybko się cofnęła; widocznie zosta­wiła coś dla siebie, czego nie chce mówić…”.

Nad ranem w głowie Barbary Pietrowny dojrzał pro­jekt; postanowiła załatwić od razu jedną przynajmniej wątpliwość – projekt nieoczekiwany a nadzwyczajny. Trudno zgadnąć, co miała na sercu, gdy ten projekt nara­stał w jej umyśle; nie podjąłbym się wyjaśnić wszystkich sprzeczności, które się nań złożyły. Jako kronikarz po­przestanę na tym, że wyłożę zdarzenia z obiektywną do­kładnością, właściwie tak, jak się one toczyły, i nie moja już wina, jeżeli to lub owo wyda się nieprawdopodobnym. Muszę jednak stwierdzić raz jeszcze, że Barbara Pietrow­na nad ranem nie miała już żadnych podejrzeń co do Daszy, nigdy zresztą, prawdę mówiąc, ich nie żywiła, zbyt była pewna Daszy. Nie mogła skądinąd dopuścić, aby jej Nicolas mógł się zadurzyć w jej… „Darii”. Rano, gdy Daria Pawłowna jak zwykle, siedząc przy stoliku, na­lewała herbatę, Barbara Pietrowna długo i badawczo przy­patrywała się jej i wreszcie może po raz dwudziesty od wczorajszego wieczoru z przekonaniem powiedziała sobie: „Wszystko to głupstwo!”.

Zauważyła jedynie, że Dasza ma wygląd jakiś zmęczo­ny, że jest bardziej cicha i apatyczna niż zwykle. Po herba­cie, przyjętym od dawna zwyczajem, zasiadły obydwie do robótek. Barbara Pietrowna kazała złożyć sobie ścisłe spra­wozdanie z wrażeń zagranicznych, zwłaszcza o przyrodzie, o mieszkańcach, miastach, obyczajach, o sztuce, przemyśle, słowem, o wszystkim, co Dasza zdążyła zobaczyć. Ani jed­nego pytania o Drozdowe i o współżycie z nimi. Dasza, która siedziała obok niej przy stoliku i pomagała jej wyszy­wać, opowiadała już z pół godziny swoim równym, mono­tonnym, trochę słabym głosem.

– Dario – przerwała jej znienacka Barbara Pietrowna – czy nie masz nic szczególnego, o czym chciałabyś powiedzieć?

– Nie, nic – powiedziała Dasza po chwilowym na­myśle i jasnym wzrokiem spojrzała na Barbarę Pietrownę.

– W duszy, w sercu, na sumieniu?

– Nie – powtórzyła Dasza cicho, lecz z nutą posępnej stanowczości.

– Wiedziałam o tym! Wiedz, Dasza, że nigdy nie zwątpię o tobie. Siedź teraz i słuchaj. Siądź tu, naprzeciw­ko, na tym krześle, chcę widzieć cię całą. Tak. Słuchaj, chcesz za mąż?

Dasza odpowiedziała długim, pytającym spojrzeniem, nie zanadto zresztą zdziwionym.

– Słuchaj, nic nie mów. Po pierwsze, jest różnica wie­ku, bardzo duża różnica; lecz wiesz najlepiej sama, że to głupstwo. Masz rozum i nie powinnaś popełniać błędów w życiu. Zresztą to jeszcze przystojny mężczyzna. Mam tu na myśli Stiepana Trofimowicza, którego zawsze sza­nowałaś… A więc?

Dasza spojrzała jeszcze bardziej pytająco i już nie tylko ze zdziwieniem, ale z rumieńcem na twarzy.

– Poczekaj, nie mów nic; nie śpiesz się! Masz wpraw­dzie pieniądze z mojego testamentu, lecz gdy umrę, co się z tobą stanie, nawet jeżeli będziesz miała pieniądze? Oszukają ciebie, odbiorą ci je i zginiesz. A przy jego boku – będziesz żoną sławnego człowieka. Teraz spójrz na to z innej strony: jeżeli ja umrę, to co się z nim stanie, chociaż go zabezpieczę? Tobie zaś mogę zaufać. Poczekaj, nie skończyłam jeszcze: on jest lekkomyślny, ślamazarny, ale okrutny, egoista, ma nałogi; lecz ty go szanuj, przede wszystkim dlatego, że bywają jeszcze gorsi. Przecież nie za szubrawca cię wydaję, nie masz prawa posądzać mnie o coś podobnego. Poza tym szanuj go dlatego, że ja cię o to proszę, i to ci powinno wystarczyć – ciągnęła z iry­tacją. – Słyszysz? Co tak patrzysz na mnie?

Dasza wciąż słuchała w milczeniu.

– Poczekaj jeszcze. On jest baba – lecz tym lepiej dla ciebie. Nieszczęśliwa baba. Właściwie kobieta wcale nie powinna go kochać. Lecz warto go kochać za jego bez­bronność i kochaj go za tę bezbronność. Rozumiesz mnie przecież? Rozumiesz?

Dasza skinęła głową.

– Wiedziałam o tym, tego się spodziewałam po tobie, właśnie tego. On będzie cię kochał, bo powinien, powi­nien; powinien ubóstwiać ciebie! – z irytacją w głosie zawołała Barbara Pietrowna. – Zresztą zakocha się w to­bie bez żadnego przymusu, znam go przecież. I sama będę czuwała. Bądź spokojna, zawsze tu będę. Zacznie się skar­żyć na ciebie, oczerniać ciebie szeptem przy pierwszym lepszym znajomym, będzie jęczeć ciągle jeszcze; zacznie listy do ciebie pisywać z jednego pokoju do drugiego, po dwa na dzień, ale bez ciebie żyć nie potrafi, a to naj­ważniejsze. Zmuś go, aby cię słuchał. Nie potrafisz tego – będziesz głupia. Zechce się wieszać, będzie ci groził, a ty mu nie wierz: to wierutne głupstwa! Nie wierz mu, a jednak czuwaj, bo może się nawet powiesić, z takimi to się zdarza; wieszają się nie z poczucia siły, ale z poczu­cia słabości; nie doprowadzaj go więc nigdy do ostatecz­nych granic – to najważniejsze prawidło w małżeństwie. Pamiętaj także, że to poeta. Słuchaj, Dario: nie ma więk­szego szczęścia jak dać siebie samą w ofierze. A oprócz tego sprawisz mi tym wielką przyjemność, a to najważ­niejsze. Nie myśl, że ja to wszystko wypaliłam bez na­mysłu. Wiem, co mówię. Ja jestem egoistka, bądź egoist­ką i ty. Nie zmuszam cię przecież. Wszystko zależy od ciebie. Jak powiesz, tak będzie. No, czegóż milczysz? Mów cokolwiek.

– Wszystko mi przecież jedno, Barbaro Pietrowno, je­żeli już trzeba koniecznie iść za mąż – twardo powiedzia­ła Dasza.

– Koniecznie? A ty co masz na myśli? – wpatrując się badawczo, zapytała surowo Barbara Pietrowna.

Dasza milczała, dłubiąc igłą w tamborku.

– Chociaż masz rozum, powiedziałaś od rzeczy. To prawda, że chcę koniecznie teraz wydać ciebie za mąż, lecz to wcale nie z musu, tylko dlatego, że tak mi przy­szło do głowy, i tylko za Stiepana Trofimowicza; aniby mi się śniło teraz wydawać ciebie za kogo innego, cho­ciaż masz już dwadzieścia lat… No i cóż ty na to?

– Jak pani chce.

– To znaczy, że się zgadzasz! Poczekaj jeszcze, nic nie mów, dokąd lecisz, nie skończyłam mówić: w testamencie zapisuję ci piętnaście tysięcy rubli. Wydam ci je za życia, zaraz po ślubie. Z tej sumy oddasz mu osiem tysięcy, to znaczy nie jemu, a mnie. Dłużny jest osiem tysięcy; ja zapłacę, ale trzeba, żeby on wiedział, że to twoje pie­niądze. Zostanie ci siedem tysięcy. Nigdy mu z nich nie dawaj ani grosza. Długów jego nie płać nigdy. Jeżeli raz zapłacisz – później się nie wykręcisz. Zresztą sama będę czuwała. Będziecie ode mnie otrzymywali po tysiąc dwieś­cie rubli rocznie na utrzymanie, a razem z nadzwyczaj­nymi wydatkami tysiąc pięćset, nie licząc mieszkania i wiktu, za które, jak i teraz, będę płaciła. Musicie mieć tylko własną sługę. Pensję roczną będę ci dawała całą z góry, tobie, do rąk własnych. Lecz nie bądź bez serca; czasem i jemu daj cokolwiek i pozwól przyjaciołom odwiedzać go, raz na tydzień, a jeżeli częściej zaczną przychodzić, to wypędzaj. Zresztą sama będę nad tym czuwała. A gdy umrę, pensja będzie wam nadal wypłacana do samej je­go śmierci, rozumiesz, tylko do jego śmierci, bo to jego pensja, a nie twoja. Tobie zaś oprócz tych siedmiu tysięcy, które przechowasz nienaruszone, o ile nie będziesz głupia, zostawię w testamencie jeszcze osiem tysięcy. Ale więcej nic ode mnie nie otrzymasz, żebyś wiedziała o tym. Cóż, zgadzasz się czy nie? Czy odezwiesz się słowem nareszcie?

– Już powiedziałam, Barbaro Pietrowno.

– Pamiętaj, że masz zupełnie wolną wolę. Jak zech­cesz, tak będzie.

– Chwileczkę, Barbaro Pietrowno. A czy Stiepan Trofimowicz już z panią mówił o tym?

– Nie, o niczym nie mówił, o niczym nie wie, ale za­raz przemówi!

Zerwała się i narzuciła na siebie czarny szal. Dasza znów zarumieniła się nieco i spojrzała na nią pytającym wzrokiem. Barbara Pietrowna odwróciła się gwałtownie i wybuchnęła gniewem.

– Głupia jesteś! – wpadła na nią jak jastrząb. – Głu­pia niewdzięcznica! O czym ty myślisz? Czy śmiesz przy­puszczać, że mogłabym ciebie skompromitować choć o ty­le, choć na włos? Będzie skamlał przed tobą na kolanach, będzie omdlewał ze szczęścia, tak to urządzę! Wiesz prze­cież, że nie pozwolę ciebie skrzywdzić! Myślisz może, że on cię weźmie dla tych ośmiu tysięcy, a ja biegnę ciebie sprzedawać? Głupia, głupia, wszystkie jesteście głupie nie­wdzięcznice! Podaj mi parasolkę.

I popędziła pieszo po mokrych ceglanych trotuarach i po drewnianych mostkach wprost do Stiepana Trofimowicza.

VII

Mówiąc, że nie pozwoliłaby skrzywdzić swojej „Darii”, powiedziała prawdę. Teraz nawet bardziej niż kiedykol­wiek czuła się jej dobrodziejką. Najszlachetniejsze, naj­świętsze oburzenie zrodziło się w jej duszy, gdy, narzu­cając szal, spotkała na sobie nieufny i zmieszany wzrok wychowanicy. Szczerze ją lubiła od dzieciństwa i Praskowia Iwanowna nie myliła się, nazywając Darię Pawłownę jej faworytką. Już dawno Barbara Pietrowna orze­kła, że „Daria z charakteru niepodobna do brata” (to zna­czy do Iwana Szatowa), że jest łagodna i dobra, zdolna do wielkich poświęceń, wyróżnia się niezwykłą wiernoś­cią, rzadką skromnością, rozwagą, a zwłaszcza potrafi być wdzięczna. Zdawało się dotychczas, że Daria nie zawodzi zaufania… „W jej życiu nie będzie omyłek” – powiedzia­ła Barbara Pietrowna, gdy dziewczynka miała zaledwie lat dwanaście, a że sama miała zwyczaj przywiązywać się uparcie i namiętnie do każdej własnej koncepcji, do każ­dego własnego planu, do każdej myśli, uznanej przez sie­bie za trafną – natychmiast postanowiła zająć się dziew­czynką i dać jej wychowanie takie, jakie dałaby własnej córce. Odłożyła od razu odpowiednią sumkę, sprowadzi­ła guwernantkę, miss Origgs, która była u nich, dopóki dziewczynka nie skończyła szesnastu lat – po czym nie­zwłocznie z niewiadomej przyczyny została zwolniona. Sprowadziła nauczycieli gimnazjalnych, w tej liczbie ro­dowitego Francuza, który nauczył Daszę mówić po fran­cusku. Tego również oddalono z nagła, prawie wypędzono. Pewna uboga pani z dobrej rodziny uczyła ją grać na fortepianie. Głównym wszakże pedagogiem był Stiepan Trofimowicz. On właściwie, prawdę mówiąc, pierwszy odkrył Daszę; zaczął uczyć spokojnego dzieciaka już wte­dy, gdy Barbara Pietrowna nawet nie myślała o Daszy.

I znów powtarzam: to dziwne, jak się do niego przywią­zywały dzieci! Lizę Tuszyn uczył od ósmego do jedenaste­go roku życia (oczywiście za darmo, gdyż nigdy nie po­zwoliłby sobie brać pieniędzy od Drozdowów). Zakochał się w tej prześlicznej dziewczynce i opowiadał jej jakieś poematy o budowie wszechświata, o ziemi, o dziejach ludzkości. Te wykłady o ludach pierwotnych i o pierwot­nym człowieku stokroć były ciekawsze od bajek arabskich. Liza, która szalała za tymi opowieściami, śmiesznie przed­rzeźniała Stiepana Trofimowicza w domu. Dowiedział się o tym i raz nawet złapał ją na gorącym uczynku. Za­wstydzona Liza rzuciła mu się w objęcia i rozbeczała się – Stiepan Trofimowicz także, z zachwytu. Liza wkrótce jednak wyjechała i została tylko Dasza. Kiedy zaczęli przychodzić wynajęci nauczyciele, Stiepan Trofimowicz przerwał lekcje i stopniowo przestał zwracać na nią uwagę. Trwało to dość długo. Pewnego razu, gdy już Dasza miała siedemnaście lat, zauważył, że jest urocza. Było to na obiedzie u Barbary Pietrowny. Zaczął z nią rozmawiać, spodobały mu się jej odpowiedzi i skończyło się na tym, iż zaproponował, że przerobi z nią poważny i obszerny kurs literatury rosyjskiej. Barbara Pietrowna zaaprobo­wała tę myśl, podziękowała mu nawet, a Dasza była wprost zachwycona. Stiepan Trofimowicz zaczął specjalnie przy­gotowywać się do tych wykładów i wreszcie je rozpoczął. Pierwszy wykład, dotyczący najdawniejszego okresu, był niesłychanie zajmujący; Barbara Pietrowna była przy tym obecna. Gdy Stiepan Trofimowicz skończył i wychodząc, oświadczył uczennicy, że następny wykład poświęci Słowu o pułku Igora, Barbara Pietrowna wstała i oznajmiła, że wykładów więcej nie będzie. Stiepan Trofimowicz zmar­szczył się, lecz milczał, Dasza stanęła w pąsach; na tym jednak skończyła się cała historia. Miało to miejsce ściśle na trzy lata przed obecną niespodziewaną fantazją Bar­bary Pietrowny.

Biedny Stiepan Trofimowicz siedział samotny i nic nie przeczuwał. W smutnym zamyśleniu wyglądał wciąż przez okno, czy nie wpadnie ktoś ze znajomych. Nikt jednak nie szedł. Na ulicy mżył deszczyk, stawało się chłodno – warto było napalić w piecu. Westchnął. Raptem jakieś widmo stanęło mu przed oczyma. Barbara Pietrowna? Do niego? W taką pogodę i o takiej porze? I piechotą? Tak bardzo się zdumiał, że zapomniał się przebrać i przyjął ją tak, jak był: w noszonej na co dzień różowej watowanej kurtce.

– Ma bonne amie!… – zawołał cichym głosem.

– Pan sam, to dobrze; nie znoszę tych pańskich przy­jaciół! Ach, jak u pana zawsze nadymione! Boże, co za powietrze! Jeszcze pan herbaty nie dopił, a już południe! Pana rozkosz – to nieład! Pana żywioł – śmiecie! Co to za kawałki papieru na podłodze? Nastasjo! Nastasjo! Co robi pańska Nastasja? Otwórz, kobieto, okna, lufciki, drzwi, wszystko na oścież! Chodźmy do salonu; mam do pana interes. A ty, stara, choć raz w życiu pozamiataj!

– Śmiecą, proszę pani! – jękliwym głosem skarżyła się rozdrażniona Nastasja.

– A ty zamiataj, piętnaście razy dziennie zamiataj! Obrzydliwy ma pan salon – mówiła, gdy już tam wesz­li. – Niech pan dobrze zamknie drzwi, bo ona zechce podsłuchiwać. Trzeba tu zmienić tapety. Przysłałam prze­cież tapicera z próbkami. Czemu pan nie wybrał? Niech pan siada i słucha. No, niech pan siada wreszcie! Gdzie to pan idzie? Gdzie pan idzie?

– Ja… zaraz – wołał z sąsiedniego pokoju Stiepan Trofimowicz. – Jestem.

– O, zmienił pan ubranie! – Oglądała go ironicznie. (Narzucił na kurtkę surdut). – Tak pan wygląda bardziej odpowiednio… do naszej rozmowy. Niech pan siada wresz­cie!

Wytłumaczyła mu wszystko od razu, energicznie i prze­konywająco. Zrobiła aluzję i do ośmiu tysięcy, których śmiertelnie potrzebował; mówiła szczegółowo o posagu. Stiepan Trofimowicz wytrzeszczał oczy i drżał. Słyszał wszystko, lecz nie mógł wyraźnie zrozumieć. Chciał się odezwać, lecz głos mu uwiązł w gardle. Wiedział tylko, że stanie się tak właśnie, jak ona mówi, że wszelki sprze­ciw byłby stratą czasu i że on, już niepowrotnie, jest żo­naty.

– Mais, ma bonne amie, po raz trzeci, w moim wieku, i… z takim dzieckiem! – wykrztusił wreszcie. – Mais c’est une enfant.[44]

– Dziecko, które, chwała Bogu, ma już dwadzieścia lat! Niech pan na miłość boską nie wywraca oczu, to nie teatr. Jest pan bardzo rozumny i uczony, lecz nie ma pan najmniejszego pojęcia o życiu. Pan potrzebuje stale niań­ki. Ja umrę, a wtedy co będzie? Ona zaś będzie dobrą niańką; to dziewczyna skromna, rozsądna, z charakterem; a zresztą sama będę tu czuwała, przecież nie zaraz umrę. Lubi siedzieć w domu. Łagodna jak anioł. Ta szczęśliwa myśl przyszła mi do igłowy jeszcze w Szwajcarii. Czy pan pojmuje – jeżeli sama mówię, że jest łagodna jak anioł? – zawołała z wściekłością w głosie. – U pana tu kurz, ona zaprowadzi porządek i czystość, wszystko bę­dzie lśniące jak szkło… A co pan myśli, że mam się panu jeszcze kłaniać z takim garbem? Wyliczać wszystkie ko­rzyści, swatać? To pan powinien na kolanach… O pusty, pusty, bezduszny człowieku!

– Ale… ja już jestem stary!

– Co tam znaczą pańskie pięćdziesiąt trzy data! Pięć­dziesiąt lat to nie koniec, lecz połowa życia. Jest pan pięknym mężczyzną i wie pan o tym. Wie pan także, jak bardzo ona pana szanuje. Gdy umrę, co się z nią stanie? A z panem i ona może być spokojna, i ja także, ma pan znaczenie, nazwisko, kochające serce; otrzymacie pensję, której wypłatę uważam za swój obowiązek. Może to właś­nie pan ją uratuje! W każdym razie będzie to dla niej zaszczyt. Pan ją udoskonali, rozwinie jej serce, pokieruje myślami. Tyle dziewcząt dziś ginie dlatego tylko, że myśli ich są źle pokierowane. Do tego czasu wykończy pan swój traktat i przypomni ludziom o sobie.

– Ja właśnie – wyszeptał, ujęty zręcznym pochleb­stwem – ja właśnie zamierzam zabrać się na dobre do moich opowiadań z dziejów Hiszpanii.

– Otóż to! Widzi pan, jak się to wszystko cudownie składa.

– Ale… ona? Czy pani z nią mówiła?

– Niech się pan o nią nie troszczy i niech pan nie będzie ciekawy. Oczywiście musi pan sam ją prosić, bła­gać, aby sprawiła mu ten zaszczyt… Rozumie pan? Lecz niech pan będzie spokojny. Ja czuwam. A pan już ją kocha.

Stiepan Trofimowicz poczuł zamęt w głowie: ściany za­częły się chwiać. Tkwiła w tym wszystkim jakaś myśl, z którą w żaden sposób nie mógł sobie poradzić.

– Excellente amie! – zadrżał mu nagle głos – ja­… ja w żaden sposób nie mogłem wyobrazić sobie, aby pani zdecydowała wydać mnie… za inną kobietę!

– Nie jest pan panną, Stiepanie Trofimowiczu! Tylko panny wydaje się za mąż, a pan… sam się ożeni – zjadli­wie syknęła Barbara Pietrowna.

– Oui, j’ai pris un mot pour un autre. Mais… c’est égal[45] – wpatrywał się w nią zupełnie oszołomiony.

– Widzę dobrze, że c’est égal – wycedziła pogardli­wie. – Boże! On mdleje! Nastasjo, Nastasjo! Wody!

Woda okazała się zbyteczna. Ocknął się. Barbara Pietrowna wzięła parasolkę.

– Widzę, że z panem teraz trudno się dogadać…

– Oui, oui, je suis incapable.[46]

– Ale do jutra odpocznie pan i przemyśli. Niech pan nie wychodzi z domu, a gdyby się co zdarzyło, proszę dać znać, chociażby w nocy. Listów proszę nie pisać, nie będę nawet czytała. Jutro o tej porze przyjdę sama, bez asysty, po ostateczną odpowiedź. Nie wątpię, że nie bę­dzie odmowna. Ma pan być sam i żeby mi tu śmieci nie było. Do czego to podobne. Nastasjo, Nastasjo!

Nazajutrz naturalnie się zgodził. Czy mógł się nie zgo­dzić? Zwłaszcza że pewna okoliczność…

VIII

To, co nazywano u nas majątkiem Stiepana Trofimowicza (pięćdziesiąt dusz podług dawnego sposobu oblicza­nia, w sąsiedztwie Skworesznik), nie należało wcale do niego, lecz do jego pierwszej żony, czyli obecnie do jego syna, Piotra Stiepanowicza Wierchowieńskiego. Stiepan Trofimowicz był tylko opiekunem, a gdy się pisklę opie­rzyło, zarządzał majątkiem na podstawie formalnego peł­nomocnictwa. Była to wygoda dla młodzieńca. Otrzymy­wał od ojca tysiąc rubli rocznie tytułem dochodu z mająt­ku, który obecnie, przy nowych porządkach, dawał co najwyżej pięćset, a może jeszcze mniej. Bogu jednemu wiadomo, jak się ustalił taki stan rzeczy. Zresztą cały tysiąc wysyłała Barbara Pietrowna, Stiepan Trofimowicz nie uczestniczył w tej sprawie ani groszem. Przeciwnie, cały dochodzik z ziemi chował do włas­nej kieszeni, więcej, zie­mię tę zrujnował, wydzierżawił ją jakiemuś przedsiębior­cy i w sekrecie przed Barbarą Pietrowną sprzedał na wyrąb lasek, stanowiący główną wartość mająteczku. La­sek ten już od dawna sprzedawał po kawałku! Cały drze­wostan był wart z osiem tysięcy, ale Stiepan Trofimowicz wziął za niego tylko pięć. Czasem zbyt dużo przegrywał w klubie, a bał się zwracać z prośbą do Barbary Pietrowny. Zgrzytała zębami, kiedy w końcu dowiedziała się o wszystkim. Teraz syn nagle zawiadomił, że sam przyjedzie sprzedać majątek, i polecił Stiepanowi Trofimowiczowi niezwłocznie wystarać się o kupca. Rzecz prosta, że szlachetny i bezinteresowny Stiepan Trofimowicz był za­żenowany wobec ce cher enfant (widział syna po raz ostat­ni jako studenta, przed dziewięciu laty w Petersburgu). Uprzednio cały majątek był wart ze trzynaście lub czter­naście tysięcy, a teraz pytanie, czy ktoś dałby zań na­wet pięć. Niewątpliwie Stiepan Trofimowicz miał całko­wite prawo, z tytułu formalnego pełnomocnictwa, sprzedać las. Mógł też, doliczywszy tysiąc rubli, wysyłane rokrocz­nie tytułem rzekomych dochodów z majątku, znacznie ułatwić sobie obrachunek. Lecz był człowiekiem honoro­wym, o wyższych aspiracjach. Zaświtała mu w głowie pewna myśl, bardzo piękna: gdy przyjedzie Pietrusza, wy­łożyć mu na stół maksymalną sumę, nawet piętnaście ty­sięcy, nie wspomnieć ani słowem o sumach dotychczas wysyłanych, mocno, ze łzą w oku przytulić do piersi ce cher fils[47] i w ten sposób zlikwidować wszelkie obrachun­ki. Ostrożnie i niewyraźnie malował ten obraz przed oczyma Barbary Pietrowny. Dawał do zrozumienia, że nadałoby to specjalnego, szlachetnego zabarwienia ich przyjaznym stosunkom, ich… „idei”. Przedstawiłoby to w tak pięknym świetle dawniejszych ojców i w ogóle dawniej­szych ludzi w porównaniu ze współczesną lekkomyślną, społecznikującą młodzieżą! Mówił jeszcze dużo, lecz Barbara Pietrowna ciągle milczała. Wreszcie sucho oznaj­miła mu, że zgadza się kupić majątek i zapłaci cenę mak­symalną, czyli sześć, siedem tysięcy (a można go kupić i za cztery). O pozostałych ośmiu tysiącach, które prze­padły wraz z laskiem, nie wspomniała nawet.

Działo się to przed miesiącem. Stiepan Trofimowicz był przybity i zamyślał się coraz częściej. Przedtem mógł jesz­cze mieć nadzieję, że synek może wcale nie przyjedzie, jeżeli wolno takie uczucie, zdaniem osoby niezainteresowanej, nazwać nadzieją. Stiepan Trofimowicz, jako ojciec, z oburzeniem odrzuciłby nawet taką myśl. O Pietruszy zaś przychodziły do nas różne dziwne wieści. Skończył przed sześciu laty uniwersytet w Petersburgu i wałęsał się tam bez celu i zajęcia; potem najniespodziewaniej w świecie otrzymaliśmy wiadomość, że brał udział w pi­saniu jakiejś proklamacji i pociągnięty został do odpo­wiedzialności. Potem – że jest za granicą, w Szwajcarii, w Genewie, może nawet po prostu uciekł.

– Dziwi mnie to wszystko – spowiadał mi się kiedyś Stiepan Trofimowicz, mocno zakłopotany. – Pietrusza c’est une si pauvre tête! Dobry jest, szlachetny, wrażliwy, i wtedy już, w Petersburgu, cieszyłem się, porównując go z młodzieżą współczesną. Ale c’est un pauvre sire tout de même[48]. A to wszystko, wie pan, dlatego że niedonoszony, sentymentalny! Ich wszystkich porywa nie real­na, lecz czułostkowa, idealistyczna strona socjalizmu, po­wiedziałbym – jego odcień religijny, poetycki. Oczywiście wszystko to naśladowane. Ale co za kłopot dla mnie! Mam tu tylu wrogów, a tam jeszcze więcej; przypiszą wszystko wpływom ojca… Mój Boże! Pietrusza – w roli przywódcy! Co za czasy!

Pietrusza jednak nadesłał ze Szwajcarii najdokładniej­szy adres, prosząc, aby mu nań wysłano pieniądze – nie był więc emigrantem w ścisłym znaczeniu tego słowa.

I oto, spędziwszy cztery lata za granicą, znów wraca do kraju i zawiadamia o rychłym swoim przyjeździe: czyli nie ciąży na nim żadne oskarżenie. Nie dość na tym. Miało się wrażenie, że ktoś wpływowy opiekuje się nim i proteguje go. Pisał też z południa Rosji, gdzie spełniał ważne polecenia jakiejś prywatnej osoby. Wszystko to by­ło bardzo pocieszające – ale skąd wziąć brakujące siedem, osiem tysięcy, by zebrać przyzwoitą kwotę za majątek? Coś szeptało Stiepanowi Trofimowiczowi, że Pietrusza o swoich interesach nie zapomni. A co będzie, jeżeli pod­niesie gwałt, a zamiast rozrzewniającej sceny dojdzie do procesu? Jakiś głos wewnętrzny mówił Stiepanowi Trofimowiczowi, że wrażliwy Pietrusza nie odstąpi od swoich interesów. „Zauważyłem – szepnął mi kiedyś Stiepan Trofimowicz – że ci zapaleni socjaliści i komuniści są jednocześnie ogromnie łasi na pieniądze, skąpi, typowi posiadacze, a nawet im większy socjalista, tym zatwar­dziawszy posiadacz. Dlaczego tak jest? Czy to także z po­wodu sentymentalizmu?”. Nie wiem, w jakim stopniu słuszne było to spostrzeżenie; wiem tylko, że Pietrusza posiadał informacje o sprzedaży lasu i innych sprawach, a Stiepan Trofimowicz wiedział, że syn jest poinformo­wany. Zdarzyło mi się nawet czytywać listy syna do ojca: pisał szalenie rzadko, raz do roku lub jeszcze rzadziej. Teraz dopiero, zapowiadając swój rychły przyjazd, przy­słał dwa listy, prawie jeden po drugim. Listy jego były zawsze krótkie, suche, zawierały tylko polecenia, a po­nieważ ojciec z synem byli na „ty”, zgodnie z nową modą petersburską, więc listy Pietruszy bardzo przypominały polecenia dawnych obywateli ziemskich przysyłane do pod­danych, którym powierzony był dozór nad majątkami.

I oto teraz te decydujące osiem tysięcy wypływa z pro­jektu matrymonialnego, przy czym Barbara Pietrowna pod­kreśliła wyraźnie, że z innego źródła wypłynąć nie mogą. Ma się rozumieć, Stiepan Trofimowicz zgodził się.

Zaraz po jej wyjściu posłał po mnie, a przed wszyst­kimi innymi gośćmi zamknął się na klucz. Płakał oczy­wiście, mówił dużo i ładnie, gubił bez przerwy wątek, powiedział przypadkowo dowcip i był z niego zadowolo­ny, potem nastąpił lekki atak nerwowy – słowem, wszyst­ko odbyło się jak zawsze. Wyciągnął potem portret swej Niemeczki, która umarła przed dwudziestu laty, i żałośnie wołał: „Czy ty mi tylko przebaczysz?”. Był istotnie jakoś zbity z tropu. Wypiliśmy nieco z tej okazji. Wkrótce za­snął błogo. Nazajutrz misternie zawiązał halsztuk, ubrał się starannie i często podchodził do lustra. Skropił perfumami chustkę do nosa, bardzo leciutko, gdy jednak zobaczył przez okno Barbarę Pietrownę, natychmiast chustkę tę schował pod poduszkę i wziął inną.

– Doskonale! – pochwaliła Barbara Pietrowna, dowie­dziawszy się o jego zgodzie. – Ujawnił pan przede wszyst­kim szlachetną stanowczość, ulegając jednocześnie głoso­wi rozwagi, który zazwyczaj jest panu obcy w sprawach prywatnych. Zresztą nie ma powodu do pośpiechu – do­dała, zobaczywszy węzeł jego białego halsztuka – na ra­zie niech pan milczy, i ja także. Wkrótce będą pańskie urodziny. Będę tu razem z nią. Przygotuje pan kolację, ale bez wina i bez zakąsek – zresztą ja sama się tym zaj­mę. Zaprosi pan kilku przyjaciół – zresztą razem doko­namy wyboru. W przeddzień pomówi pan z nią, jeżeli trzeba będzie; a na urodzinach oznajmimy, nie, nie oznaj­mimy, nie będą to żadne zaręczyny, tak tylko damy do zrozumienia, bez żadnego ceremoniału, a w parę tygodni potem ślub… bez żadnego hałasu. Moglibyście nawet wy­jechać razem, wprost od ołtarza, na przykład do Moskwy. Może bym i ja pojechała z wami… Rzecz główna, niech pan na razie o niczym nie gada.

Stiepan Trofimowicz był zdziwiony. Próbował opono­wać, że tak nie można, że musi przecież porozumieć się z narzeczoną, lecz Barbara Pietrowna wpadła na niego, rozdrażniona:

– Nie ma żadnej potrzeby! Po pierwsze, może jeszcze nic z tego nie będzie…

– Jak to „nie będzie”? – bełkotał, całkiem już oszo­łomiony.

– A tak. Jeszcze myślę… A zresztą będzie tak, jakem mówiła, i niech pan będzie spokojny, sama z nią pomó­wię. A pan niech trzyma lepiej język za zębami. Wszystko, co należy, będzie powiedziane i zrobione i nie wolno panu się wtrącać. Po co? Z jakiego tytułu? Niech pan nie chodzi do niej i niech pan listów nie pisze. Ani słowa! Bardzo proszę. Ja także będę milczała.

Stanowczo odmówiła mu dalszych wyjaśnień i wyszła w stanie widocznej irytacji. Prawdopodobnie uderzyła ją łatwość, z jaką Stiepan Trofimowicz dał się przekonać. Niestety! Nie rozumiał zupełnie swojej sytuacji i nie umiał rozważyć sprawy z innego punktu widzenia. Przeciwnie, obudziło się w nim coś nowego, jakiś ton zwycięski i lek­komyślny. Udawał zucha.

– To dobre! – wołał, zatrzymując się przede mną i roz­kładając ręce. – Słyszał pan? Chce doprowadzić mnie do tego, aby mi się wreszcie odechciało. Przecież i ja mogę stracić cierpliwość i przestać chcieć. „Niech pan tu siedzi i nie chodzi tam!”. Dobrze. Ale dlaczego właśnie ja koniecznie mam się żenić? Czy dlatego, że powstała w jej głowie ta śmieszna fantazja? Jestem człowiekiem poważnym i mogę odmówić posłuszeństwa dzikim fantaz­jom despotycznej kobiety! Mam obowiązki wobec syna i wobec własnej osoby! Składam z siebie ofiarę, ale czy ona to rozumie? Może dlatego się zgodziłem, że już wszystko mi jedno? Lecz gdy ona wytrąci mnie z równo­wagi, już nie będzie mi wszystko jedno. Obrażę się i od­mówię. Et enfin le ridicule… Co powiedzą w klubie? Co powie… Liputin? „Może jeszcze nic z tego nie będzie” – a to dobre! To już szczyt wszystkiego! Cóż to jest ostatecz­nie? Je suis un forçat, un Badinguet[49], un człowiek przy­party do muru!…

A jednocześnie jakieś kapryśne zadowolenie z siebie, coś figlarnie lekkomyślnego wyzierało spoza tych żałos­nych okrzyków. Wieczorem piliśmy znowu.

[1] Z wiersza Biesy, napisanego w r. 1830. Przekład Juliana Wołoszynowskiego. Wiersz ten tłumaczony był również przez Juliana Tuwima.

[2] Piotr Czaadajew (1793-1856) – ogłosił w 1836 List filozoficzny, w którym skrytykował ustrój społeczny w Rosji i odwoływał do pozytywnych wzorów cywilizacji Zachodu. Uważał, że Rosja niczego światu nie dała ani niczego się od świata nie nauczyła. Władze carskie uznały autora za niepoczytalnego. Prekursor ruchu okcydentalistów (zwolenników Zachodu) w Rosji.

Timofiej Granowski (1813-1855) – wybitny historyk, okcydentalista, zwolennik reform.

Aleksander Hercen (1812-1870) – filozof, od 1848 emigrant polityczny, wydawca czasopisma „Kołokoł”.

[3] W dekadzie poprzedzającej reformy 1861 roku szczególnie nasilona była opresja carskich władz ze względu na rodzące się ruchy rewolucyjne.

[4] Z poematu Mikołaja Niekrasowa (1821-1878), Polowanie na niedźwiedzia z 1866 r.

[5] Nestor Kukolnik (1809-1868) – popularny dramaturg i romansopisarz, uważany za wstecznika i piewcę samodzierżawia.

[6] Aleksander Radiszczew (1749-1790) – pisarz, filozof. Po opublikowaniu swojej Podróży z Petersburga do Moskwy, krytykującej samodzierżawie i prawo pańszczyźniane, skazany na karę śmierci, którą Katarzyna II zamieniła na 10-letnie zesłanie. Prekursor myśli demokratycznej w Rosji.

[7] Mowa o licznych dyskusjach w postępowych środowiskach rosyjskich, które odbywały się w latach 60. XIX w. Zamiana cyrylicy na łacińskie litery była wielokrotnie dyskutowana i mocno oprotestowywana jako próba obalenia rosyjskiej tradycji. W 1862 r. ukazała się nielegalna proklamacja stowarzyszenia „Młoda Rosja”, która postulowała zerwanie z samodzierżawiem, przekształcenie Rosji w konfederację guberni, zrównanie w prawach kobiet i nawet przywrócenie niepodległości Polsce.

Andrzej Krajewski (1810-1899) – dziennikarz, publicysta; wydawca licznych czasopism.

[8] Aforyzm głoszący, że buty ważniejsze są niż Szekspir, miał wygłosić Dymitr Pisariew (1840-1868), krytyk, którego przerobiony aforyzm przytacza Dostojewski, by wykazać różnicę pomiędzy rewolucyjnymi nastrojami lat 60. i środowiskiem „teoretycznych” burzycieli, do których należy Wierchowieński.

[9] Potraktowano mnie jak starego niedołęgę!

[10] „Wiek” – tytuł postępowego tyg. ukazującego się w Petersburgu w l. 1861-62.

[11] może złamać moją egzystencję

[12] wszędzie […] w krainie Makara i jego wołów

[13] jestem […] i nic więcej! Ale to nic więcej!

[14] u seminarzystów. Wśród ówczesnych rewolucyjnie nastawionych rosyjskich demokratów przeważali ludzie niezamożni (synowie popów, rzemieślników itp.), którzy kształcili się w dostępnych dla nich seminariach duchownych. Stąd nazwa.

[15] Tego dnia wg starego stylu w 1861 r. został ogłoszony manifest cara Aleksandra II, znoszący poddaństwo w Rosji.

[16] Drogi przyjacielu

[17] Eliza Rachel (1821-1858) – aktorka Comédie Française, występowała w Rosji w latach 1853-54.

[18] perfumami

[19] Opowiadanie Dymitra Grigorowicza (1822-1899) – cieszące się ogromną popularnością, opublikowane w czasopiśmie „Sowriemiennik”.

[20] Anton Pietrow (Anton Pietrowicz Smirnow), przywódca buntu chłopskiego w guberni kazańskiej w 1861 r., wybuchłego w wyniku rozczarowania, że reforma objęła tylko uwolnienie z poddaństwa, nie obdarowując chłopów ziemią. Bunt został stłumiony, a Anton Pietrowicz Smirnow rozstrzelany.

[21] naszej świętej Rosji

[22] ale rozróżniajmy

[23] List Bielińskiego do Gogola, napisany w lipcu 1847 r., był odpowiedzią na list Gogola z dnia 20 czerwca, w którym autor Martwych dusz robił Bielińskiemu wyrzuty za surową ocenę ostatniej swojej książki Wybrane fragmenty z kores­pondencji z przyjaciółmi. W książce tej Gogol wyrażał swoje poglądy na sprawę poddaństwa, religii etc. List Bielińskiego krążył w odpisach, a ogłoszony został w r. 1855 w czasopiśmie „Polarnaja Zwiezda”, wydawanym przez Hercena w Londynie. W istocie Bieliński nie zarzuca Gogo­lowi, jak pisze Dostojewski, wiary w „jakiegoś tam Boga”, lecz polemizuje z nim na temat religijności chłopów rosyj­skich, stawiając tezę, że lud „jest głęboko ateistyczny”, a tylko ulega przesądom. „Zabobon mija pod wpływem po­stępów cywilizacji, ale religijność często z tymi postępami się godzi: dobitny jest przykład Francji, gdzie i teraz wielu jest szczerych katolików wśród ludzi oświeconych i wy­kształconych i gdzie wielu, odszedłszy od chrześcijaństwa, z uporem trzyma się jakiegoś tam Boga”.

[24] Mówiąc między nami

[25] Postaci z tragedii Szekspira Henryk IV

[26] Mowa o awansie za udział w tłumieniu powstania styczniowego.

[27] galant

[28] Wiktor Considérant (1805-1893) – francuski ekonomista, zwolennik Fouriera.

[29] Najlepsza przyjaciółko […] Te niekończące się słowa rosyjskie!…

[30] Pani wie, u nas… Słowem […] Aby okazać swoją władzę […] to bardzo ciekawe […] czarujące damy […] wie pani, te pieśni i księga Hioba […] i pokazał swoją władzę…

[31] Co to za pomysł czerwony

[32] wie pani

[33] Z tą pogardliwą wyniosłością

[34] Doprawdy?

[35] Czarujące dziecko!

[36] Ależ, moja droga…

[37] A zresztą, ponieważ zawsze trafia się więcej mnichów niż rozumu

[38] Ależ, droga […] a następnie…

[39] powiedzonka

[40] Gwałtowny, ale poczciwy

[41] O, to doprawdy głupia historia! Czekałem na panią, moja przy­jaciółko, żeby pani opowiedzieć…

[42] Wszyscy, ludzie genialni i postępowi w Rosji byli, są i będą zaw­sze […] którzy piją

[43] Mój drogi, jestem

[44] Przecież to dziecko.

[45] Tak, pomyliłem słowa. Ale… to wszystko jedno

[46] Tak, tak, jestem niezdolny.

[47] tego drogiego dziecka […] tego drogiego syna

[48] jest taki ograniczony! […] jest człowiekiem bez zdolności

[49] A wreszcie śmieszność… […] jestem skazaniec, Badinguet

Badinguet – przezwisko Napoleona III, wg ówczesnej wersji, Ludwik Napoleon uciekł z twierdzy Ham w ubraniu, które miał mu pożyczyć murarz Badinguet. Tu użyte w znaczeniu: postać fikcyjna, człowiek, który gra cudzą rolę.

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy ZAMIAST PRZEDMOWY: NIECO SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIO­RYSU CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO

Rozdział drugi KSIĄŻĘ HARRY. SWATY

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspomnienia z martwego domu Młokos Idiota Biesy Zbrodnia i kara Bracia Karamazow