Czas pokaże

Czas pokaże

Autorzy: Anna Ficner-Ogonowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 720

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 29.99 zł

Wzruszająca i mądra powieść o tym, że wszystko w życiu ma swój sens i zawsze jest czas na miłość. Wydawać by się mogło, że życie Julki jest poukładane i nie ma w nim miejsca na niespodzianki. W trudnych chwilach zawsze może liczyć na wierną przyjaciółkę Nelę i bliskich, choć jej rodzinie nie brak wad. Jednak wystarczy jedno uderzenie serca i chwila namiętności, by wszystko się zmieniło. W tej historii nic nie jest takie, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka. Życie pokazuje, że prawdziwe uczucia wymagają wielkich poświęceń. Czy Julka znajdzie w sobie dosyć siły i odwagi by podążyć za głosem serca? Jakich wyborów dokona? Czy znajdzie szczęście i spełnienie u boku ukochanego? Czas pokaże…

Czas…

Czas…

Czas…

Popędzała w myślach czas, ponieważ płynął niezwykle wolno, a tymczasem mróz chwytał bardzo szybko. Było przeraźliwie zimno. Zerknęła na zegarek ukryty pod mitynką z owczej wełny. Nie mogła uwierzyć, że odkąd wyszła z uczelni, nie minął nawet kwadrans. No, chyba że mróz uszkodził mechanizm zegarka. Czuła się tak, jakby tkwiła na tym lodowatym wygwizdowie już blisko godzinę. Obniżająca się wciąż temperatura sprawiała, że zaczynała się coraz bardziej denerwować. Nigdy nie mogła pojąć, z jakiego powodu Nela hołdowała idiotycznej zasadzie: „nie oddawaj kolokwium przed czasem”, zawsze bowiem kończyła pisać jako pierwsza, a jej prace były zawsze bezbłędne, na maksa, czyli maksymalną liczbę punktów. Nela – najlepsza studentka na roku. Inna od wszystkich. Wyróżniała się czymś, co w pierwszej chwili bardzo trudno zdefiniować.

Gdy jeszcze jej nie znała, na początku pierwszego roku, uważała, że ta w jednej chwili piękna, a w drugiej całkowicie niepozorna dziewczyna po prostu zadziera nosa. Potrzebowała czasu, jakieś pół roku, by zrozumieć, iż to, co na początku znajomości wydawało się jej zarozumialstwem, w istocie rzeczy było oznaką zamknięcia w sobie, a także przejawem ogromnej skromności. Im dłużej znała Nelę, tym bardziej ją podziwiała. Nela była geniuszem na roku. Nie miała sobie równych. Biła wszystkich na głowę z każdego przedmiotu.

Doskonale zapamiętała moment, w którym zobaczyła Nelę po raz pierwszy. Zarówno wtedy, jak i dziś dziewczyna zwracała na siebie uwagę dwiema cechami: urodą i tuszą. Uroda Neli zapierała dech w piersiach, natomiast tusza pozwalała ten dech bez przeszkód odzyskać. Nela była pięknością. Puszystą pięknością. Jej bladą twarz otaczała burza ognistych loków, której płomień uspokajały i ochładzały zielone oczy. Owal twarzy doskonale komponował się z resztą postaci. Jednak Nela wcale nie sprawiała wrażenia osoby przysadzistej. Apetycznie okrągła, kojarzyła się raczej z pachnącym pączkiem.

Uśmiechnęła się na myśl o przyjaciółce i pociągnęła nosem, po czym dotknęła jego czubka, by sprawdzić, czy na pewno wciąż stanowi integralną część twarzy, gdyż przestawała go czuć. Niezbyt mądrze postąpiła, od razu wychodząc na zewnątrz. Chciała odetchnąć po kolokwium i poczekać tu spokojnie na Nelę. Zawsze na nią czekała. Wiosną i jesienią miało to mnóstwo uroku, a w miesiącach zimowych stawało się nie do zniesienia. Nela jednak, nie bacząc na porę roku, niezmiennie wyczekiwała słów: „dziękuję państwu, proszę odłożyć długopisy, czas się skończył”. Była swoistym zbiorem różnych zasad, bardzo życiowych, a chwilami bardzo nieżyciowych, których niestety rygorystycznie przestrzegała. Nie tylko w zdrowiu, ale i w chorobie. Na szczęście z biegiem czasu, to znaczy, im lepiej poznawała Nelę, jej tolerancja wobec przyjaciółki stawała się coraz większa. Mimo to równie tak samo często zastanawiała się, dlaczego ta bardzo inteligentna dziewczyna czasami potrafi być tak oderwana od rzeczywistości, zupełnie nieprzystosowana do otaczającej ją współczesności.

Dziś jednak było jej zbyt zimno, by głowić się nad tym charakterystycznym dla przyjaciółki rozdwojeniem osobowości. Poza tym każde dziwactwo Neli z pewnością miało dobre wytłumaczenie. Suma wszystkich cech Neli czyniła z niej kogoś naprawdę wyjątkowego. Kogoś, kto nigdy nie przejmuje się tym, co ludzie sobie pomyślą, bo uważa, że najważniejsze jest to, co sami sądzimy. Właśnie tę zaletę ceniła w przyjaciółce najbardziej.

Z budynku uczelni wychodzili ludzie z roku, żegnając się zdawkowym, zamarzającym w styczniowym powietrzu „cześć”, „pa” lub „do zobaczenia”. Odprowadzała wszystkich beznamiętnym wzrokiem, myśląc o tym, że choć przed czasem, to jednak oddali niekompletne i pełne błędów prace. Zresztą pewnie tak jak ona. W jej odpowiedziach też zwykle czegoś brakowało albo traktowała podane na testach zadania zbyt ogólnie, niedokładnie.

– Julka, dlaczego czekasz na zewnątrz? – usłyszała zmartwiony głos przyjaciółki.

– Chciałam się przewietrzyć.

– Będę cię miała na sumieniu, jeśli się przeziębisz – podsumowała przerażona wizją choroby Nela.

– Nie martw się. Złego licho nie bierze – odparła szczerze, chociaż przemarzła do szpiku kości.

– Właśnie tego się obawiam – stwierdziła Nela z rozbrajającym uśmiechem, który czynił z niej bardzo piękną młodą kobietę.

Ona zawsze była dziewczyną, a Nela kobietą. Odkąd się poznały, nic się nie zmieniło w tej kwestii. Siła kobiecości Neli tkwiła w jej urodzie. Zerkała na twarz przyjaciółki otoczoną włosami o wielu odcieniach rudości. Nela przypominała złotą iskrę, w której skrzą się szmaragdy ogromnych oczu. Mały, kształtny nos ustępował miejsca pełnym, pięknie zarysowanym ustom, które zwykły uśmiechać się tylko trochę. Nie słyszała jeszcze głośnego śmiechu przyjaciółki, gdyż w radości i zadowoleniu z życia potrafiła zachować umiar i unikała przesady.

– Jak ci poszło? – spokojny ton Neli wyrażał szczere zainteresowanie.

– Na pewno gorzej niż tobie – odpowiedziała z przekonaniem, ale bez cienia złośliwości.

– Masz szczęście, że cię lubię. Wiesz, która godzina? Musimy ruszać! – dodała, zerkając na zegarek.

– Wiem. – I ruszyła za szybko idącą przyjaciółką, która nigdy nie marnowała czasu.

Każda sekunda życia Neli musiała być dobrze wykorzystana. Jeśli nie na działanie, to przynajmniej na konstruktywne myślenie lub planowanie dalszych kroków.

Piątkowe późne popołudnie niezauważalnie zaczęło przechodzić w wieczór. Gdy skończyła pisać kolokwium, było jeszcze widno. Teraz niebo robiło się coraz ciemniejsze, a miasto zaczynały rozświetlać zapalające się to tu, to tam uliczne latarnie. Po ulicach mknęły samochody, a ludzie pomimo zimna poruszali się jakby weselej. Zaczynały się przygotowania do weekendowego odpoczynku, podczas gdy one kierowały się pospiesznie ku przystankowi. Zwykle zatłoczony o tej porze tramwaj miał zawieźć je do pracy.

Za namową Neli już od pierwszego roku studiów zawsze gdzieś pracowała. Robiła to dla własnej satysfakcji, a przy okazji ku radości mamy, ponieważ w ich domu nigdy się nie przelewało. Nela z kolei pracowała od dziecka. Pochodziła z rodziny ubogiej, a do tego wielodzietnej. Była najstarsza z rodzeństwa i to na niej spoczywał obowiązek pomocy rodzicom, którzy żyli z produkcji mleka w małej mazurskiej wiosce. Jako mieszkanka dużego miasta musiała sama utrzymać się w miejskiej dżungli. Poza tym trochę uważała się za żywicielkę rodziny, może nie jedyną, ale z pewnością niezastąpioną. Regularnie wysyłała rodzeństwu niewielkie sumy na bieżące potrzeby.

Latem miały aż trzy miesiące wakacji, z czego jeden, a czasem i półtora poświęcały na pracę w restauracjach. Na początku zawsze na zmywaku, ale później szybko awansowały i roznosiły piwo w ogródkach letnich. Kiedyś zatrudniły się w firmie farmaceutycznej i ubrane w białe kitle, czepki na głowach i ochraniacze na nogach składały pudełka, do których pakowano jakieś medyczne cuda i aparaturę ratującą życie. Gdy zaczynał się rok akademicki, sytuacja się komplikowała. Jako studentki miały bardzo dużo nauki i mogły pracować tylko wtedy, gdy po pierwsze, nie kolidowało to z ich zajęciami, a po drugie, pasowało potencjalnym chlebodawcom. Krótko mówiąc, łatwo nie było. Ale pracowały zawsze. Wspierały się nawzajem, choć prawdę powiedziawszy, Nela tego wsparcia potrzebowała tylko wtedy, gdy podupadała na zdrowiu. Wtedy bez mrugnięcia okiem przejmowała jej obowiązki. Za to gdy sama chorowała lub nie mogła pojawić się w pracy z powodów rodzinnych, to Nela pracowała za dwie.

Całe szczęście nie musiały długo czekać na mrozie na tramwaj. Przyjechał po kilku minutach i chociaż był skrajnie zatłoczony, jakimś cudem udało im się do niego wbić. Wciśnięte w tłum jechały przed siebie, marząc, by na najbliższym przystanku ktoś wysiadł z wlokącego się jak żółw pojazdu, a nikt inny nie wyraził chęci podróżowania razem z nimi. Marzenia potrafią się spełniać. Choćby połowicznie. Na najbliższym przystanku co prawda nikt nie wysiadł, ale nowych podróżnych też nie przybyło.

Może zamarzli…? – pomyślała, patrząc na otaczających ją ludzi.

– Mam tylko nadzieję, że nie będzie tak jak ostatnio – jęknęła w stronę zamarzniętej szyby Nela.

– Cokolwiek tam zastaniemy, damy radę! – uśmiechnęła się gorzko na wspomnienie tego, co ostatnio zobaczyły w mieszkaniu, które sprzątały w każdy piątek po południu.

Duży i piękny apartament zyskiwał na urodzie zawsze wtedy, gdy z niego wychodziły, bo kiedy stawały w progu, przypominał… Zamyśliła się. Łatwiej już stwierdzić, czego nie przypominał w piątkowe późne popołudnia. Zatem z pewnością nie miejsca, w którym żyje nowoczesne i – co ważne – bezdzietne małżeństwo, a sądząc po jakości garderoby, bardzo dobrze sytuowane. Gdy wchodziła do pomieszczeń, gdzie przez cały boży tydzień nikt nie szanował ich pracy, chciało jej się wyć, a nawet potrząsnąć tą parą patentowanych brudasów, która, o dziwo, sama prezentowała się nieskazitelnie.

Nela oczywiście reagowała inaczej. Chlew nie robił na niej żadnego wrażenia. Wchodziła do mieszkania z uśmiechem, jakby już od progu ciesząc się, że trafili im się tacy pracodawcy, u których praca nigdy się nie skończy, ponieważ nie potrafią utrzymać porządku. Brudne naczynia zostawiali zawsze tam, gdzie kończyli jeść, czyli najrzadziej na stole, bo jadali wszędzie, tylko nie w jadalni. Ubrania rzucali tam, gdzie się rozebrali. Opatrzone markowymi metkami części garderoby zwisały w nieładzie z jadalnianych krzeseł, zaścielały podłogę w sypialni i w innych pomieszczeniach. Białe ręczniki, użyte z pewnością tylko raz, też leżały gdzie popadnie. Matka często ganiła ją za to, iż nie potrafi utrzymać porządku we własnym pokoju. Nie chciała uwierzyć, że w porównaniu ze swoimi pracodawcami córka była ucieleśnieniem pedanterii i aptekarskiej dokładności.

W gruncie rzeczy jednak lubiły z Nelą ludzi, których po cichu nazywała „burdelarzami”, gdyż poza rozlicznymi wadami mieli jedną bardzo istotną zaletę: doskonale płacili. Nie szanowali ich pracy nic a nic, ale dwie stówy leżące w każdy piątek na stole w jadalni całkowicie zamykały jej usta. Tylko jej, ponieważ Nela i tak zawsze unikała wygłaszania komentarzy. Tym bardziej że dzięki owym „burdelarzom” mogły cieszyć się kolejnym dobrze płatnym zleceniem. W jedno wtorkowe popołudnie w miesiącu sprzątały w pewnej znanej w mieście kancelarii adwokackiej, w której na swoje życie ponad stan zarabiało kilku prawników.

Siedziały obok siebie sterane, zmachane i wykończone. Policzki Neli pokrywały plamy w kolorze buraczanym. Miały dla siebie piętnaście minut. Mieszkanie musiały opuścić kwadrans po dwudziestej pierwszej. Taką umowę miały z właścicielką. Jej męża do tej pory jeszcze nie spotkały. Znały go tylko ze zdjęcia, zresztą jedynego w tym dość surowo urządzonym mieszkaniu. Zerkała na wciąż posapującą Nelę, która wpatrywała się właśnie w tę fotografię.

– Ciekawe, czy to fotomontaż – powiedziała Nela jakby sama do siebie, odzyskując bardzo powoli normalny oddech, bowiem posprzątanie tego mieszkania wymagało od nich oprócz silnej woli i odporności na stres również doskonałego zarządzania czasem pracy: czyli tempa, tempa i jeszcze raz szybkiego tempa.

– Coś ty! – ofuknęła przyjaciółkę. – To najprawdziwszy ślub pod słońcem, tyle że w obrządku polinezyjskim.

– Co?! – Nela obdarzyła ją zszokowanym spojrzeniem.

– No mówię ci! To żaden fotomontaż. Tam morze naprawdę ma taki kolor, i kwiaty też, chociaż wyglądają jak żywcem wyjęte z reklamy – mówiąc to, wlepiła wzrok w zdjęcie, któremu przyglądała się już nieraz.

– Skąd to wiesz? – Nela powoli wracała do siebie.

– Oglądałam kiedyś jakiś program podróżniczy, pojawiała się w nim właśnie taka ślubna szopka. Zwijamy manatki? – zapytała, bo wiedziała, że jej mama dostanie palpitacji serca, jeśli pojawi się w domu po dwudziestej drugiej.

– Daj mi jeszcze chwilę – poprosiła Nela, wpatrując się w wysprzątaną na błysk kuchnię, którą miały przed sobą.

– Jak sobie życzysz – odpowiedziała przymilnie.

– Jak myślisz, wzięli też taki normalny ślub? – Nela znów zatopiła wzrok w błękitnej lagunie.

Może wzięli, może nie wzięli… Kto ich tam wie… – pomyślała, po czym głośno wypowiedziała swą myśl.

– Kto ich tam wie… – użyła sformułowania mamy.

Nigdy za nim nie przepadała, ponieważ w ustach mamy brzmiało zawsze prześmiewczo. Poza tym nie miała ochoty zastanawiać się nad kwestią, która jej nie obchodziła. Miała w nosie to, czy „burdelarze” wzięli także zwyczajny ślub. To nie była jej sprawa.

Nela nie odezwała się, tylko westchnęła ciężko i pesymistycznie.

– Co jest? – zapytała ją natychmiast przyjaciółka.

– Nic – odpowiedziała szybko Nela i westchnęła identycznie jak poprzednio.

– Mamy jeszcze trzy minuty, więc mów, o co chodzi – poprosiła dość stanowczym tonem.

Nela milczała jak zaklęta.

– No! Mów! Coś leży ci na wątrobie?

– Właśnie chodzi o to, co mi leży na wątrobie – to mówiąc, Nela spojrzała na siebie krytycznie i skrzywiła się z widocznym niesmakiem.

– Tyle razy już ci powtarzałam, że rozmiar jest nieważny – zażartowała.

Niestety jej słowa trafiły w próżnię, bo mina przyjaciółki nie zmieniła się ani trochę.

– A tam… – sapnęła Nela, chociaż już jakiś czas temu poradziła sobie z zadyszką. – Popatrz na nią – wskazała wzrokiem na zdjęcie. – I popatrz na siebie – tym razem spojrzała w jej kierunku. – A teraz na mnie.

Nela tym razem nie spojrzała na siebie i widać było, że nie znajduje żadnej przyjemności w oglądaniu swych kształtów.

Zamilkła. Zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć.

– Przecież ja nie mam szans na żaden ślub. Nawet taki byle jaki – Nela wskazała głową w kierunku fotografii przedstawiającej polinezyjski raj na ziemi i dziwaczny ślub.

– A co ty tam wiesz – usiłowała zbagatelizować podły nastrój przyjaciółki.

– Pewnie wiem mało, ale jedno na pewno… – Nela nieoczekiwanie przerwała rozpoczętą kwestię.

– Jedno, czyli…? – powtórzyła, zachęcając ją do zwierzeń.

– Czyli to, że chciałabym mieć kiedyś ślub – Nela przyznała się do swych marzeń. – Taki piękny, prawdziwy, w kościele… Z kimś, dla kogo naprawdę nie będzie ważne, jaki rozmiar noszę… Chciałabym, gdy będę szła przez kościół, tak powoli, żeby rodzice byli ze mnie dumni… Żebym sama była z siebie w końcu zadowolona… Nie to co teraz…

Ale dół! – pomyślała z przestrachem. Dzięki Bogu, wiedziała, co robić. Musiała natychmiast wyciągnąć z niego Nelę.

– Wiesz co? – zerwała się z kanapy, przerywając tym samym użalanie się nad sobą przyjaciółki. – Zbieraj się, bo musimy się ewakuować. Poza tym nie wiem, czy zauważyłaś, ale ten Nowy z naszej grupy ciągle robi do ciebie maślane oczy.

– Fajny jest – skwitowała Nela bez entuzjazmu, zupełnie tak jakby serce miała już zajęte. – Ale jak to na wsi mówią: „nie dla psa kiełbasa”.

– O, proszę! Właśnie to miałam mówić! Nowy patrzy na ciebie właśnie jak pies na kiełbasę. Tylko co z tego, skoro ty nawet nie raczysz na niego spojrzeć!

– Za to Aśka jest w niego wpatrzona jak w obrazek – powiedziała Nela, a wypowiedzenie imienia jedynej modelki na roku raczej nie sprawiło jej przyjemności. – Na pewno zwróciłaś na to uwagę.

– Nie masz już innych problemów, którymi mogłabyś się przejmować? Ona tak patrzy na wszystkich facetów. To wariatka. Nimfomanka to przy niej zakonnica – syknęła z odrazą w głosie. – Najlepiej będzie, jak w ogóle nie będziesz zwracać na nią uwagi. Za to od czasu do czasu zawieś oko na Nowym! A teraz musimy już naprawdę iść… – spojrzała na przyjaciółkę prosząco.

– Dobrze… Już, już… – Nela wstała bez ociągania.

Ruszyły do wyjścia. Wnętrza, które miały za chwilę opuścić, lśniły czystością i pachniały świeżo.

– Jula – odezwała się niespodziewanie Nela, właśnie kończąc zakładać buty. – A tobie podoba się ten Nowy?

– Mnie?! – zdziwiła się szczerze. – Czy ja wiem… – wzruszyła ramionami. – Chyba do tej pory nie rozpatrywałam go w miłosnych kategoriach. Raczej nic do niego nie czuję. Żaden grom z jasnego nieba mnie nie trafił, kiedy go pierwszy raz zobaczyłam. Zatem szans na romans brak – podsumowała w pośpiechu, zamykając mieszkanie.

– Ja jednak wczoraj coś zauważyłam… – zaczęła zagadkowo Nela.

– Co? – ponagliła ją, gdyż samo pytające spojrzenie okazało się niewystarczające.

– Kiedy wczoraj na ćwiczeniach zwróciłaś Larwie uwagę, że przetrzymuje twój skrypt, to Nowy spojrzał na ciebie z wielkim uznaniem.

Niechętnie przywołała w pamięci obraz Larwy, czyli Aśki, ponieważ nie lubiła marnować czasu na rozmyślania o osobach zapatrzonych w siebie, w dodatku nieżyczliwych. A taka właśnie była Larwa.

– Pewnie dlatego, że jestem jedną z niewielu osób na roku, które są w stanie powiedzieć jaśnie piękności, co o niej myślą – chciała uciąć temat.

– Nie wiem, czy tylko dlatego… – Nela kontynuowała wątek Nowego, gdy wychodziły z budynku na mróz, który podobnie jak Larwa nie wiedział, kiedy powiedzieć sobie dość.

– Posłuchaj! – postanowiła kategorycznie przerwać podchody przyjaciółki. – Chociaż Nowy niezaprzeczalnie jest przystojniakiem jakich mało na uniwerku, to mnie nie kręci, więc gdybyś była zainteresowana, mną możesz się zupełnie nie przejmować – mówiąc to, przyspieszyła kroku, za to Nela stanęła jak wryta.

– Dlaczego myślisz, że on, że ja… – przyjaciółka zacięła się na dobre.

– A dlaczegóż by nie?

Zatrzymała się, choć była pewna, że mróz atakuje wtedy ze zdwojoną siłą.

– Bo może podoba mi się ktoś całkiem inny… – zagadkowość Neli była intrygująca.

– Kto? – zapytała natychmiast.

– Nie powiem ci, bo mnie wyśmiejesz – szczerość Neli była godna podziwu, jak zwykle.

– Bez obaw, nic takiego się nie stanie. Mam zamarzniętą twarz.

– Rzeczywiście, powinnyśmy przyspieszyć.

Nela ruszyła przed siebie, zręcznie zmieniając temat swej tajemniczej miłosnej fascynacji.

– Ale powiesz mi kiedyś? – zapytała ostrożnie.

– Nigdy. Bo on jest z innego świata… – tajemniczość Neli rosła z każdym wypowiadanym zdaniem.

– Znam go? – zapytała, chyba zbyt nachalnie.

– Widujesz go, ale go nie znasz – Nela była bezlitosna, a to zdarzało się wyjątkowo rzadko.

Skoro nie miała szans dowiedzieć się niczego, postanowiła zamknąć temat faceta nie z tego świata.

– To co? Jedziemy do mnie? Mama skończyła dziś gotować bigos, pewnie palce lizać – zachęcała, jak umiała.

– Chyba lepiej będzie, jak pojadę dziś do siebie… – Nela ewidentnie po raz kolejny traciła dziś humor. – Nie jestem w nastroju… – nawet nie starała się udawać, że jest inaczej.

Nela nie potrafiła udawać. Była prawdomówna i obiektywna. I za to przyjaciółkę uwielbiała.

– Tym bardziej musisz ze mną jechać! Bigos w tej sytuacji może okazać się bardzo pomocny. Poza tym chyba zapomniałaś, że twoje kujonki z medycyny miały dziś pierwszą zerówkę w sesji i teraz pewnie zapijają fakt, że znów będą musiały zakuwać, albo piją, by zapomnieć wszystko, czego się nauczyły. Jedziesz do mnie! Bez gadania! Oferuję bigos i kieliszeczek wiśnióweczki ciotki Marianny – zachęcała. – Nawet łóżko rozłożę. Specjalnie dla ciebie – uśmiechnęła się. – Poleżymy sobie, a ja pomyślę, co tu zrobić, żebyś spojrzała na Nowego przychylnym okiem. A kiedy wasze spojrzenia się spotkają, to Larwa przepadnie z kretesem. Musisz zająć się facetem z tego świata, a nie nie wiadomo kim – wbiła wzrok w Nelę, która słuchała jej słów, i jak to Nela miała w zwyczaju, rozważała różne możliwości. – To co? – ponaglała. – Bigos? Czy zalane w trupa, bełkoczące na okołomedyczne tematy koleżanki z akademika? Nie daj się prosić! – już nie prosiła, tylko błagała przyjaciółkę, czując, że jeszcze chwila na tym mrozie, a nie będzie jej dane już nigdy skosztować bigosu własnej matki, która w kuchni nie miała sobie równych.

– Nie dam – Nela w końcu uległa, uśmiechając się spolegliwie.

Ruszyły przed siebie. Brnęły przez siarczysty mróz, kłujący niemiłosiernie ich młode twarze. Od małego mieszkania w starym, zaniedbanym wieżowcu dzieliło je jakieś czterysta metrów.

Uwielbiała spacerować. Gdy tylko mogła, rezygnowała z komunikacji miejskiej. Energicznie stawiała kroki, obserwując uważnie mijających ją przechodniów. Lubiła ludzi. Lubiła zapamiętywać ich twarze. Zastanawiała się, jakie historie odmalował na nich czas, znamiona jakich uczuć nosiły, a czasem dostrzegała, że były poważnie okaleczone właśnie przez ich brak.

Spacery w towarzystwie Neli lubiła najbardziej. Z Nelą, choć bardzo spokojną, nie można było się nudzić. Różniła się od wszystkich innych dziewczyn, z którymi dawniej usiłowała się zaprzyjaźnić, oczywiście bezskutecznie. Nawet mama zaakceptowała Nelę bez szemrania, choć lubiła pomarudzić, gdy tylko miała ku temu sposobność. Twierdziła, że Nela to bardzo wartościowa dziewczyna, a miała nosa do ludzi. Wierzyła, że w słowach mamy: „pamiętaj, Julka, trzymaj się z Nelą, to może i ty na ludzi wyjdziesz” – kryła się szczera prawda. Mama taka była. Z łatwością dostrzegała dobre cechy u obcych ludzi i potrafiła doceniać to, co sobą reprezentowali. Tylko w stosunku do własnej córki zatracała tę umiejętność i wymagała od niej więcej niż od innych. Córka miała więc bardzo trudne zadanie. Musiała zawsze być tą lepszą, ładniejszą i mądrzejszą, a nawet najmądrzejszą… Te ciągłe wymagania męczyły ją okrutnie. Jednak nie miała siły, by się im przeciwstawiać. O ile w życiu od czasu do czasu potrafiła płynąć pod prąd, nie zważając nawet na to, czy taki kierunek jej się opłaca, o tyle w relacjach z mamą najczęściej pokornie schylała głowę. Wiedziała, że z mamą nie wygra. Dlatego wygodniej było po prostu potakiwać i zgadzać się z każdym stwierdzeniem rodzicielki, bo wstąpienie na wojenną ścieżkę nie popłacało. Z mamą w szranki mogła stawać tylko ciotka Klara. Ciotka była starszą siostrą mamy, tak wredną, że nie miała sobie równych.

Oczy jej się kleiły, ale nie potrafiła zasnąć. Nela leżała obok i już od pewnego czasu spokojnie spała. Na biurku przylegającym jednym bokiem do rozłożonego tapczanu, który czasy świetności miał już za sobą, książki i zeszyty leżały w totalnym chaosie. W przeciwieństwie do Neli nie była porządnicka. Największy problem miała z tym mama, która w każdym swoim dziecku pokładała wielkie nadzieje. Ale od niej, czyli najmłodszej pociechy, mama oczekiwała i wymagała samych cudów. Córka nie mogła tego pojąć, ale musiała się z tym pogodzić. Na to trudne do zniesienia matczyne zaangażowanie w proces ciągłego jej wychowywania i obdarzania rodzicielską troską zareagowała wyrobieniem w sobie określonego stosunku do ludzi. Kontakty międzyludzkie traktowała często z dystansem. Nie angażowała się zbytnio. Lubiła obserwować ludzi, ale do szczęścia nie potrzebowała wielu znajomości. Jeżeli tylko miała wybór, to wolała być obserwatorem zdarzeń, a nie ich uczestnikiem. Podobnie zachowywała się w relacjach z mamą. Dla świętego spokoju wolała poddaństwo niż kruszenie kopii. Zwłaszcza w imię czegoś, co nie miało większego znaczenia. Dlatego nawet wówczas, gdy była nastolatką i wkroczyła w tak zwany trudny wiek, kiedy należało się buntować ile sił, ona na przekór oczekiwaniom dorosłych wokół nie buntowała się wcale. Niestety ta postawa denerwowała mamę najbardziej.

Justyna była inna.

Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie dzień, w którym jej starsza siostra wyprowadziła się z domu, by zamieszkać z dopiero co poślubionym małżonkiem Krzychem. Ku wielkiej radości mamy zięć pochodził z zacnej i w dodatku zamożnej rodziny, słynącej z tego, że z dziada pradziada wszyscy mężczyźni w tej rodzinie zostawali lekarzami. Krzysiek był chirurgiem cieszącym się dobrą opinią nie tylko w mieście, ale też jego okolicach. Oczywiście swój zawód traktował ambicjonalnie i wciąż się dokształcał. Justyna poznała go w szpitalu, w którym pracowała jako instrumentariuszka. To było już dawno temu, bo teraz zajmowała się wychowywaniem dzieci. Dwóch chłopców ku uciesze babci urodziło się w odstępie roku. W dodatku starszy z nich przyszedł na świat dokładnie w pierwszą rocznicę ślubu swoich rodziców. Pierwszy miał teraz niemal trzy lata, a drugi prawie dwa. Starszy miał na imię Szymon, a młodszy Tymoteusz. Uważała, że jej siostrzeńcy byli chłopcami urodziwymi – po matce i trochę po ojcu. Za to mama uważała, że imiona mieli niewyjściowe. Ale na to wpływu nie miała, choć przecież uwielbiała mieć w życiu wpływ na wszystko. Cóż, jedna taka przypada na każdą, nawet najlepszą rodzinę…

Aktualnie ta wpływowa kobieta, choć było już bardzo późno, wciąż krzątała się w kuchni, zamiast położyć się i porządnie wyspać, by nazajutrz od samego rana nie ogłaszać całemu światu, że „umiera właśnie z niewyspania”.

W mieszkaniu pachniało przepysznie bigosem, którego jednak nawet nie spróbowały, bo: „Kto to widział, żeby o tak późnej porze zajadać się bigosem, w dodatku na pusty żołądek?! Chyba zwariowałyście?!”. Zatem na biurku obok papierzysk leżały dwa talerze. Już teraz były puste, ale jeszcze niedawno piętrzyły się na nich świeże bułki z jajkiem i szczypiorkiem, hodowanym przez mamę przez cały rok na wąskim kuchennym parapecie w niezwykle nieapetycznym naczyniu przypominającym korytko.

W ustach miała jeszcze smak kolacji.

Kto to widział zajadać szczypior przed snem?! – pomyślała cynicznie, bo przecież wolałaby, żeby zamiast szczypioru w ustach mieć teraz smak bigosu. Usłyszała dobrze znany odgłos, to mama pacnęła włącznik światła znajdujący się tuż obok kuchennych drzwi.

– Idźcie już spać! – mama wydała komendę cicho, ale zdecydowanie.

Wolałaby usłyszeć serdeczne „dobranoc”. Zdążyła się już przyzwyczaić, że mama zwykle mówi nie to, co ona chciałaby usłyszeć. Tak już między nimi było. Łączyła je miłość głęboka, ale trudna, w gorszych chwilach nawet toksyczna. Dzięki Bogu, umiała czerpać z tej miłości. Gdy było dobrze, wyciskała z niej tyle dobrych emocji, ile się tylko dało. Gdy natomiast przychodził nieprzychylny czas, to kiwała posłusznie głową, zwykle za nic mając głoszone przez mamę mądrości. Albo po prostu udawała bardziej zajętą, niż była w rzeczywistości, dobrowolnie pryskając na cały dzień z domu i wracając tylko na noc. Wychodziła o świcie, a wracała po zmroku. Dzięki temu mama nie tylko nie mogła nią komenderować, ale też marudzić nad losem wiecznie zabieganej córki. Rodzicielce brakowało wtedy słuchacza, przed którym mogłaby podsumowywać wszystkie życiowe wybory swych starszych dzieci.

Odkąd pamiętała, zawsze było tak samo. Mamy należało słuchać. Nie wolno było jej się sprzeciwiać ani jej denerwować. To ona sprawowała rządy, dzierżyła władzę w tym domu nawet wtedy, gdy jeszcze żył tato. Córka zapamiętała go jako dobrego człowieka, pomocnego ojca i ustępliwego męża. Zawsze mogła na niego liczyć. Pamiętała jak przez mgłę czasy, gdy uczył ją pisać i czytać. Justyna zawsze z nią rysowała i malowała, a Janek – najstarszy brat – nauczył ją tabliczki mnożenia.

Janek chyba najbardziej przeżył śmierć taty. Niby wszyscy byli na nią przygotowani, lekarze odarli ich ze złudzeń, ale Janek do końca liczył na cud, lecz cud się nie zdarzył. Jej starszy brat w ciągu jednego dnia stracił ojca i największego przyjaciela. Janek był oczkiem w głowie taty. Byli ze sobą bardzo zżyci. Ze wszystkich dzieci miał tatę najdłużej i znał go najlepiej. Pewnie dlatego tak bardzo go przypominał, nie tylko wizualnie. Mieli te same pasje. Czytali te same książki. Obaj byli małomówni, ale ta cecha nie przeszkadzała im doskonale się dogadywać, po prostu nie potrzebowali zbyt wielu słów. Gdy taty zabrakło, to Janek najdłużej nie mógł pogodzić się z jego odejściem. Zamknął się w swym osieroceniu. Na swoje potrzeby stworzył świat, do którego nie wpuszczał nikogo, a zwłaszcza tego, kto usiłował wejść w rolę pocieszyciela.

Mama zaś do dziś borykała się z poważnym problemem, bo odkąd umarł jej mąż, powzięła decyzję, że zdoła być dla swych dzieci i matką, i ojcem jednocześnie. Niestety nie wzięła pod uwagę tego, że te są już w takim wieku, iż nie da się przed nimi niczego udawać. Doskonale wiedzą i rozumieją, jak bardzo zmienił się ich świat.

Czasami wyobrażała sobie, że tato wciąż żyje, czeka na nią w domu i pod dyktando mamy podlewa paprocie stojące na meblach w niezbyt dużym, choć największym pokoju. Zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby tata wciąż był w nim obecny, gdyby trwał przy nich. Rozważała też, i to nawet często, czy decyzja Janka o tym, by po śpiewająco zdanej maturze skierować swe kroki właśnie do seminarium duchownego, nie była spowodowana tym, by znaleźć się bliżej ojca, a oddalić od chorobliwie nadopiekuńczej matki. Ta nadopiekuńczość, zwłaszcza wobec niego, potrafiła być naprawdę męcząca.

– Julka! Gaś już!

Jej przemyślenia na temat rodziny przerwał zdenerwowany głos mamy dochodzący z pokoju obok. Mieszkanie, w którym żyła od urodzenia, było co prawda czteropokojowe, ale tak małe i tak zagracone meblami pamiętającymi zamierzchłe czasy, że bywały dni, gdy myślała tylko o tym, by wyprowadzić się gdzieś daleko. Bardzo daleko, ku otwartym przestrzeniom. Pragnęła pozbyć się natłoku mebli, spraw, a także potoku matczynych słów.

Tylko dokąd i za co? – zastanawiała się nie pierwszy raz, by potem posłusznie wykonać polecenie mamy. Była grzeczną córką, przynajmniej starała się za taką uchodzić. W każdym wieku słuchała uważnie tego, co się do niej mówiło, a jej czujność wzmagała się wówczas, gdy mówiła do niej mama. Dostosowywała się do jej wytycznych, chociaż czasami czyniła to całkowicie wbrew sobie. Zastanawiała się, czy ma w sobie tak mało sił, że nie potrafi przeciwstawić się dyktaturze jednostki. A może wręcz przeciwnie, posiada ich tak wiele, by znosić wszystkie widzimisię z pokorą, czasami nawet z uśmiechem na ustach. Na pewno miała nawyk myślenia o tym, co powie mama. Podporządkowywała się jej do tego stopnia, że często zastanawiała się, jak mama podsumuje zaistniałą sytuację. Co więcej, potrafiła sobie nawet wyobrazić matczyną minę i spojrzenie. Bywało, że dopuszczała się zachowania w ocenie mamy niegodnego nie dlatego, że sprawiało jej przyjemność, tylko po to, by dowieść, że jest odrębnym bytem i potrafi myśleć samodzielnie. Pragnęła wówczas udowodnić przede wszystkim sobie, że potrafi żyć bez ciągłej uległości i kontroli.

Zaczerpnęła dość chłodnego powietrza. Stare okno w jej pokoju było nieszczelne. Latem wpuszczało do jej klitki upalny miejski smog, zimą szarość i chłód. Nela spała cicho. Bez ruchu. Jutro czekał je wolny dzień. To znaczy Nelę czekał wolny dzień, bo ona w każdą sobotę zobowiązana była posprzątać mieszkanie i uporać się ze stertą znienawidzonego prasowania, ponieważ rodzicielka pracowała też w soboty. Mama była bibliotekarką. Pracowała w bibliotece politechniki. W soboty nie było jej w domu, za to córka musiała tkwić na posterunku. Bez dyskusji! Nawet podczas sesji i dni wypełnionych ślęczeniem nad książkami nikt nie zwalniał jej z domowych obowiązków. Swoje musiała zrobić. Taryfa ulgowa w jej domu nie istniała. Była przyzwyczajona do swych sobotnich powinności. Bywały takie soboty, kiedy lubiła odrabianie tej domowej pańszczyzny, ponieważ mogła to robić w ciszy, nie wysłuchując często bezzasadnej krytyki. Poza tym tylko w soboty mogła wylegiwać się w łóżku tak długo, jak tylko chciała, by później latać po mieszkaniu jak rozpędzony pocisk i ogarniać je, by wyglądało na wystarczająco wypielęgnowane i dopieszczone. Wylegiwanie w łóżku do południa kończyło się zwykle tym, że sobotni wieczór spędzała w towarzystwie deski do prasowania i mamy wpatrzonej w ekran telewizora, co zupełnie nie przeszkadzało tej drugiej w komentowaniu zagnieceń na tkaninach, które jak na złość wydostawały się spod gorącej prasy żelazka.

Jak zwykle przed zaśnięciem obserwowała cienie tańczące na suficie jej bardzo małego pokoju. Usłyszała kliknięcie lampki w pokoju obok. W tak małym mieszkaniu niczego nie dało się ukryć. Skromny metraż nie pozwalał na tajemnice. Tu nawet najbliżsi sąsiedzi wiedzieli o sobie prawie wszystko, a co dopiero domownicy… Tak jak z tonącego statku ostatni schodzi kapitan, tak w ich mieszkaniu prawo do zgaszenia światła jako ostatnia miała mama. Nawet wtedy, gdy mieszkał z nimi jeszcze Janek – rodzinny mól książkowy numer dwa.

Uwielbiała to uzależnienie mamy od literatury pięknej, zarówno tej dobrej, jak i po prostu wciągającej. Odnosiła się do tego z należnym szacunkiem, gdyż często okazywało się pomocne w życiu, a nawet podczas pokonywania kolejnych schodków studenckiego wtajemniczenia. Krótko mówiąc, była córką mądrej kobiety o trudnym charakterze i niewiarygodnym oczytaniu, która całkowicie przeczyła powiedzeniu, że szewc bez butów chodzi. W domu i w pracy czytała zawsze, gdy tylko mogła, kiedy pozwalało jej na to nadmierne poczucie obowiązku. To pasja mamy powodowała, że mieszkanie, nie dosyć że małe i zagracone, to było jeszcze zawalone tonami książek. Gdy Janek wyprowadził się z domu, jego pokój stał się biblioteką, pęczniejącą z każdym dniem. Pokój Janka, zastawiony meblami, choć wielkością nie grzeszył, zyskał jeszcze dwa regały sosnowe, które dokupiły, by na nich ustawiać najukochańsze książki. Oczywiście miejsce na regałach skończyło się niespodziewanie szybko i tylko dzięki miłości do syna mama postanowiła jednak pozostawić w swej bibliotece rozklekotaną i wytartą amerykankę, pokrytą za czasów świetności pluszem o barwie jesiennych liści. Dobrze, że tak się stało, bo Janek od czasu do czasu przyjeżdżał do domu, by odwiedzić stare kąty. Odkąd wrócił z Rzymu, gdzie studiował, te odwiedziny nie zdarzały się często, ale kiedy już przyjeżdżał, w domu ożywała rodzinna atmosfera. Aktualnie Janek był wikariuszem w małej miejscowości i tego właśnie mama pojąć nie mogła. Nieraz powtarzała: „Co to za idiota tak doskonale wykształconego księdza wysyła w takie miejsce? Do takiego ciemnogrodu! Kto go tam doceni?!”.

Nie znosiła, gdy rodzicielka piekliła się co niemiara. W takich chwilach matczynej goryczy lubiła obserwować Janka. Wsłuchiwał się w słowa mamy, uśmiechał się tak, jak kiedyś robił to tato. Za to w spojrzeniu miał przekonanie, że akurat na drodze życiowej, jaką wybrał, najważniejsza była służba Bogu i ludziom, w tej właśnie kolejności, a lokalizacja tej posługi nie grała dla niego żadnej roli.

Tęskniła za bratem. Miewała takie dni, że niezwykle brakowało jej spokoju, który nosił w sobie. Bardzo kochała Janka. Miała starszego brata, o którym zawsze marzyła Nela – najstarsza z licznego rodzeństwa. Oprócz tego, że go kochała, to po prostu byli przyjaciółmi. Pewnie nie był typowym starszym bratem, ale potrafił ją wziąć w obronę tak jak kiedyś tato, który też rozkładał nad nią wielki parasol ochronny. Była pewna, że nigdy nie zapomni Jankowi tego, z jaką pewnością i determinacją opowiedział się za jej wyborem kierunku studiów. Tym samym bardzo skutecznie i kategorycznie podważył politykę mamy w tym zakresie. Miała dość zniechęcania słowami: „Czyś ty, dziewczyno, zwariowała? Kto w dzisiejszych czasach do psychologa chodzi?! Wszyscy są zabiegani, pieniędzy też brakuje! Dziecko! Pomyśl logicznie! Kiedyś na chleb będziesz musiała tak zarobić!”. „Zarobi mamo, zarobi. Tylko pozwól jej w życiu robić to, co chce. Tak samo, jak mi pozwoliłaś” – dzięki tym słowom Janek stał się kowalem jej losu i wzorem do naśladowania w relacjach z mamą. Brat najlepiej z całej rodziny radził sobie z silną osobowością mamy. Miał w sobie spokojną mądrość, z którą mama nie potrafiła dyskutować. Był taki, jeszcze zanim został księdzem. Dlatego gdy okazało się, jaką drogę życiową dla siebie wybrał, jako jedyna z babskiej części rodziny nie skomentowała wyboru brata, ponieważ była przekonana, że taki wybór padł nieprzypadkowo. Natomiast na mamę i jej czcze gadanie była wściekła. Justyna wtedy też nie zabrała głosu w sprawie, bo była wówczas całkowicie skupiona na swoim życiu. Zakochana po uszy w przystojnym i skromnym chirurgu, czyli Krzychu, nie potrafiła pojąć, jak można skazywać się na brak miłości. Zupełnie do niej wtedy nie docierało, że Janek dokonuje takiego wyboru właśnie z miłości. Mamie na początku odebrało mowę. Szkoda, że tylko na początku.

Ale i tak najwięcej miała do powiedzenia ciotka Klara – najstarsza z dwóch sióstr mamy, które, jako osoby samotne i bezdzietne, żyły życiem ich rodziny. Druga siostra, też starsza, to ciotka Marianna. Chociaż mama była najmłodsza, to i tak usiłowała pretendować do roli najmądrzejszej. Przecież to jej udało się założyć rodzinę, podczas gdy ciotki z każdym dniem stawały się coraz bardziej starymi pannami. Określenie „stara panna” pasowało do ciotki Klary jak ulał. Była zgorzkniałą, zdziwaczałą, niemiłą, po prostu wredną babą, której mądrości życiowych najczęściej wysłuchiwał niebieski kot brytyjski, zwany przez ciotkę Panem Hrabią. Oczywiście mądrości ciotki Klary traktowała zawsze z przymrużeniem oka. Niestety mama wysłuchiwała ich z uwagą, co odbijało się na dzieciach, gdyż, jak się łatwo domyślić, w kwestii ich wychowania to ciotka Klara od lat była ekspertem. Nieraz miała ochotę zakneblować ciotkę, a jeszcze częściej po prostu palnąć ją w łeb za to, że musi wysłuchiwać plecionych przez nią bzdur i zmyślanych na poczekaniu herezji. Oczywiście droga od zamiarów do czynów jest bardzo daleka i nigdy, choć tego czasami bardzo chciała, nie wyrządziła żadnej krzywdy ciotce Klarze. Co więcej, korzystając ze swoich wciąż poprawiających się psychologicznych umiejętności, starała się być dla ciotki miła i usłużna. Oczywiście dla własnej wygody, a nie z innych powodów, których znaleźć nigdy jej się nie udało.

Ciotka Marianna natomiast była przeciwieństwem Klary. Zresztą z mamą też nie łączyło jej wiele. Była rozważna i małomówna. Jej postawa przywodziła na myśl szlachetność. Z oczu zaś biła mądrość, którą obdarzała świat co prawda niezbyt często i nachalnie, ale gdy już to robiła, to trafiała w samo sedno.

Starała się zatem zapamiętywać słowa ciotki, bo uczyły ją życia i świata. Tak po prostu. „Ksiądz w rodzinie to zaszczyt” – tak ciotka Marianna skwitowała, gdy Janek produkował odpowiedź na pytanie zadane przez mamę: „I co ty teraz, Jasiu, zamierzasz, skoro tak śpiewająco zdałeś maturę?”. „Kto ma księdza w rodzinie, tego bieda ominie” – tak natomiast brzmiał cierpki komentarz ciotki Klary.

Od zawsze miała identyczny stosunek do sióstr mamy. Mijające lata nie zmieniały go ani trochę. Ciotkę Mariannę uwielbiała i kochała, niezwykle szanowała. Zawsze mogła z nią porozmawiać i wzbogacić się jej słowami. Natomiast ciotka Klara była w jej mniemaniu matroną przekonaną o własnej doskonałości i nieomylności. To właśnie dlatego dostawała gęsiej skórki, gdy musiała wysłuchiwać ciotki. Klara żyła w świecie, w którym dobrzy ludzie istnieli tylko na ołtarzach. A cała reszta według niej nie była warta funta kłaków. Nigdy nie dziwiło jej staropanieństwo ciotki Klary. Staruszka była bowiem dla niej koronnym dowodem na to, że żaden normalny facet nigdy, ale to przenigdy nie zainteresuje się niezbyt urodziwym, a w dodatku po prostu wrednym, wychudzonym do granic możliwości babiszonem. Chyba że nadarzyłby się jakiś typ mocno masochistyczny. Ale ciotce Klarze nikt taki się nie nadarzył. I bardzo dobrze, bo masochizm z pewnością też ma pewne granice. Jako że ciotka Klara w swym bezpośrednim otoczeniu nie miała nikogo (Pan Hrabia jako kot nie wchodził w rachubę), komu mogłaby z przyjemnością uprzykrzać życie, to jej głównym życiowym celem stało się uprzykrzanie życia rodzonym siostrom, a zwłaszcza tej najmłodszej. Ciotka Klara, mistrzyni czepialstwa, miała pewien problem z ciotką Marianną, tak zwaną siostrą środkową, ponieważ nawet wówczas, gdy ją atakowała, to ta nigdy nie dawała się sprowokować i milczała, a milczeć potrafiła z największą godnością. Ciotka Klara nękała ją perfidnymi przytykami, a ciotka Marianna reagowała na nie delikatnym uśmiechem. Uśmiechała się raczej nie do Klary, tylko prawdopodobnie do własnych myśli. Chociaż ciotka Marianna była samotna, w niczym nie przypominała Klary.

Bardzo lubiła odwiedzać ciotkę Mariannę. Jej mieszkanie było małe, ale przytulne, pełne pamiątek z przeszłości, zdjęć w kolorze sepii i książek. Ciotka – choć sama – nie była samotna. Od czasu do czasu odwiedzali ją wdzięczni studenci biologii, których całe zastępy wyedukowała. Przychodzili do niej też siostrzeńcy, jeśli tylko czas im na to pozwalał. Najbardziej lubiła ciotkę Mariannę za takt i kulturę osobistą. Ciotka nigdy nie zabierała głosu w sprawach, które jej nie dotyczyły. Na temat siostrzenic i siostrzeńca się nie wypowiadała. A gdy wsłuchiwała się w gadaninę ciotki Klary, kręciła tylko głową na znak niezgody. Kręciła głową, gdy ciotka Klara zastanawiała się, czy aby Janek nie jest za spokojny, no bo gdzie też taki młody chłopak się wyżywa, i czy na ten tajemniczy obszar jego życia nie wkroczyło jakieś szemrane towarzystwo. Justyna natomiast w mniemaniu ciotki Klary za późno wracała do domu, poza tym wychowywano ją zbyt lekką ręką, w związku z czym istniało poważne zagrożenie, że nie ma szans wyrosnąć na wartościową kobietę.

Jeśli zaś chodzi o „naszą Julię”, to w oczach ciotki Klary było z niej niezłe ziółko. Nigdy co prawda nie rozumiała, co kryło się pod tym określeniem, ale w ustach ciotki brzmiało tak, że na sto procent komplementem nie było. I właśnie dlatego, gdy była młodsza, pyskowała mamie w obecności ciotki, by jej dopiec, chociaż normalnie tego nie robiła. Wówczas ciotka uruchamiała swój kąśliwy jęzor, kończąc zawsze kategoryczny wywód słowami: „Normalnie uszy więdną! Kto to widział, żeby taka smarkula tak się do rodzonej matki odzywała! Gdybym ja była twoją matką, to już bym ci pokazała, że matce szacunek się należy, zwłaszcza że twoja bez niczyjej pomocy radzić sobie musi z bandą dzieciaków!”.

Nic więc dziwnego, że gdy była dzieckiem, przy ciotce odgrywała członkinię jakiejś zorganizowanej bandy kierującej się niezbyt czytelnymi zasadami. Ale gdy tylko ciotka Klara znikała z pola widzenia, siostrzenica stawała się na powrót normalną dziewczynką, która miewała lepsze i gorsze dni.

Ziewnęła przeciągle, zdając sobie sprawę, że myśl o ciotce Klarze nie jest najlepszym lekarstwem na sen. Złożyła dłonie na kołdrze i podrygiwała nimi lekko, obracające dość nerwowo kciukami. Postanowiła uspokoić myśli i ręce. Musiała zmusić dłonie, by się rozplotły, a spojrzenie przenieść z sufitu na regał z książkami. W ten sposób obserwowała ruch świateł muskających grzbiety książek z zakresu literatury psychologicznej. Neon umieszczony na wieżowcu naprzeciwko od jakiegoś czasu był uszkodzony i pulsował nieregularnie. Za nic w świecie nie pasował do odgłosów cichszego niż za dnia, ale nigdy nie zasypiającego miasta. Wpatrywała się w to pojawiające się w blasku neonu, to znikające litery na grzbietach książek. Okazało się, że to dobry sposób na trudności z zasypianiem, bo w końcu oczy zaczęły jej się kleić. Powoli dołączała do Neli, choć neonowe migotanie nie ustawało w oczekiwaniu na świt, który niezmiennie oddzielał koniec wczoraj od początku dziś.

– Julka! Julka! – głos mamy wyrwał ją ze snu.

– Co? – mruknęła z niezadowoleniem, ponieważ miała wrażenie, że zasnęła zaledwie przed pięcioma minutami.

– Julka! Skup się!

– Mamo, jest noc! – fuknęła cicho, ponieważ obok niej, przytulona do ściany starego budownictwa, spała Nela.

– Przecież nie każę ci wstawać, tylko mnie posłuchać! – mama sterczała nad nią i szeptała dość głośno, ale chyba też zależało jej na tym, by nie zbudzić swojej ulubionej Neli.

– Na stole zostawiłam ci kartkę. Napisałam wszystko, co masz dziś zrobić. Wrócę późno, bo po pracy podjadę do ciotki Marianny. Od dwóch dni źle się czuje i muszę sprawdzić, czy nie dopadła jej jakaś, nie daj Boże, grypa. Zakupy też muszę jej zrobić, a od niej pojadę prosto do Justyny. Obiecałam, że jej pierogów ulepię.

– Dobrze, dobrze…

Było jej tak wszystko jedno, że nie zdziwiłaby się, gdyby mama chciała jeszcze po tym wszystkim poszaleć w nocnym klubie. Znikała na całą sobotę, więc zostawiała wytyczne, by swej najmłodszej córce czas wolny zbytnio się nie dłużył. Ale i tak owa córka mogła spać przynajmniej do południa, by dopiero po jego upływie wziąć się za prace wypunktowane na pewnie długiej liście matczynych dość skomplikowanych życzeń.

– Poproś Nelę, żeby została do jutra. Na obiedzie będzie ciotka Klara. Zaprosiłam ją, bo ma w tym tygodniu urodziny. Może coś upieczecie.

– Dobrze, dobrze… – zbywała mamę, wiedząc, że nie musi jej słuchać, bo i tak wszystko, o czym teraz mówi, jest napisane na kartce.

– To pa.

– Dobrze, już dobrze… – pożegnała się nieprzytomnie.

Przypominała sobie identyczne słowa taty, który kiedyś trzymał długi patyk umieszczony gdzieś pod siedzeniem jej rowerka odziedziczonego po starszym rodzeństwie. Miał nad nią czuwać, ale i tak puścił patyk, a ona ujechała kawałek pomimo tego, że jeszcze nie do końca umiała jeździć. Gdy tylko zorientowała się, że tato został za nią daleko w tyle, przewróciła się i rozbiła sobie oba kolana. Tato znalazł się przy niej natychmiast i uspokajał ją słowami, którymi pożegnała przed chwilą mamę.

Dobrze, już dobrze…

Mama jak zwykle trzasnęła drzwiami. Chyba nawet trochę mocniej niż zazwyczaj. Pewnie po to, by dać zaspanej córce do zrozumienia, że jeśli ktoś jest pracowity, to właśnie o tej porze zaczyna dzień.

Wcale nie uważała się za istotę leniwą, ale do grona nadgorliwych pracusiów również nie należała. Do wszelakich prac, które musiała w życiu wykonywać, podchodziła przede wszystkim pragmatycznie. Robiła wszystko, co musiała, i nie odkładała na później tego, co nie mogło poczekać. Jeśli zaś coś nie wymagało jej natychmiastowego działania, to znaczy w tej chwili mogło poczekać, tym sobie głowy zawczasu nie zaprzątała.

Teraz konsekwentnie nie zamierzała otwierać oczu, ponieważ była przekonana, że niewyspana nie ma szans zrealizować planów swoich, a co dopiero tych poczynionych przez mamę. Zwłaszcza że plany mamy zawsze wykonywała w pierwszej kolejności. One nie mogły czekać. Nigdy. Przenigdy.

W mieszkaniu zapanowała błoga cisza sobotniego poranka. Słodka drzemka miała wielkie szanse na to, by przerodzić się w głęboki sen, ale zanim się to stało, usłyszała cichy szept Neli.

– Zrozumiałaś wszystko?

– Nie wiem, o czym mówisz – odparła nieprzytomnie przyjaciółce, która podobnie jak mama była rannym ptaszkiem.

– To śpij sobie, śpij… A ja…

– Ty też masz spać! – rozkazała Neli całkiem przytomnie.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni… – usłyszała cichy przytyk w głosie przyjaciółki.

Właśnie w tej chwili zaczęła ganić się za to, że czasem zachowuje się jak własna matka. Spostrzeżenie to denerwowało ją okrutnie. Pocieszające mogło być tylko to, że nie była w tym osamotniona. Justyna też wyzbierała od mamy kilka kwiatków. Tylko Janek się przed tym uchował.

I dzięki Bogu.

***

Obudził ją hałas za oknem. Poranny sobotni gwar. Od razu było wiadomo, że mamy nie ma w domu, ponieważ z kuchni nie dobiegał poranny hałas talerzy i garnków. Przeciągnęła się i energicznym ruchem zrzuciła z siebie rozgrzaną pierzynę, taką z prawdziwego pierza. Zawsze pod nią spała zimą, bo jej pokój należał do najchłodniejszych w mieszkaniu. Przez brudną szybę okna do pokoju wpadały promienie słońca. Odniosła wrażenie, że nie widziała słońca od wieków. Tegoroczna zima była raczej pochmurna. Jedno spojrzenie na pokój wystarczyło, by zorientować się, że Nela jest w swoim żywiole i odwala za nią robotę. Na biurku panował niespotykany porządek. Brudne talerze, pewnie zaschnięte przez noc, zniknęły, teraz schły już, umyte do czysta, na kuchennej suszarce. Z pokoju, w którym stał telewizor, rozlegał się cichy szmer włączonego odbiornika i towarzyszący mu dużo głośniejszy syk żelazka. Wyskoczyła z łóżka. Parę kroków dalej ujrzała hałdę prania rzuconą na ulubiony fotel mamy. Nela, nie zwracając uwagi ani na nią, ani na istniejący wokół świat, prasowała, zerkając co chwilę na ekran telewizora, na którym poprzebierani w seledynowe fartuchy aktorzy z całkiem dużą wprawą udawali, że kogoś operują. Nela miała skupioną minę. Nie wiadomo, czy takiej wymagało prasowanie, czy film.

– Cześć, pracusiu! – głośno zaznaczyła swą obecność.

– Cześć – odpowiedziała z uśmiechem Nela, nie przerywając prasowania pościeli w kolorystyce pasującej odcieniem do lekarskich kitli migających co chwilę na ekranie.

– A tobie co się stało? Szpitala mało? Już się zdążyłaś stęsknić?

– Żebyś wiedziała – odpowiedziała natychmiast Nela, tym razem przerywając prasowanie. – Ale już w ten poniedziałek dołączam do ciebie. Mój katar zniknął bez śladu. Jestem zdrowa jak ryba.

Zamiast wziąć się za robotę, usiadła na podłodze tyłem do telewizora i wgapiała się w prasującą Nelę. Myślała o szpitalu. Co poniedziałek, bo akurat wtedy miały najmniej zajęć w planie, chodziły do szpitala dziecięcego. Stawiały się tam co tydzień prawie bez wyjątków. Były wolontariuszkami na oddziale onkologicznym. Na drugim roku regularnie odwiedzały dzieci na dwóch oddziałach: kardiologii i endokrynologii. Wtedy praca z dziećmi wyglądała trochę inaczej, ponieważ rotacja dzieci na tych oddziałach była spora i średnio co dwa tygodnie pojawiały się nowe dzieci, więc na każdym spotkaniu należało na nowo budować nić porozumienia i robić wszystko, by w relacjach pojawiało się zaufanie, nie tylko ze strony dzieci, lecz również rodziców. Na oddziale onkologii praca wyglądała całkiem inaczej. Dzieci przebywały tam znacznie dłużej, więc często razem z Nelą pracowały z tymi samymi podopiecznymi, co bardzo ułatwiało organizowanie wspólnych zabaw. Dłuższa znajomość z chorym dzieckiem sprawiała, że dopasowywały plan zajęć do konkretnych dzieci, wychodziły naprzeciw ich zainteresowaniom i często bardzo różnym oczekiwaniom. Nela, posiadaczka grupki młodszego rodzeństwa, nie miewała z zabawami żadnych problemów. W szpitalu, tak samo jak na uczelni, była chodzącą doskonałością.

Z nią rzecz miała się zgoła inaczej. Potrzebowała dużo czasu, by przyzwyczaić się do atmosfery szpitala. Musiała znaleźć w sobie siłę na zderzenie z rzeczywistością, w której miała być podporą małych ludzi mierzących się w swym życiu z problemami bardzo trudnymi nawet dla dorosłych. Bardzo szybko zrozumiała, że oddział, który odwiedzała raz w tygodniu, był miejscem, gdzie świat dorosłych wdzierał się bezlitośnie do świata dzieci. Nie godziła się na to i nie potrafiła tego zaakceptować. Była przekonana, że śmierć powinna dotyczyć tylko świata dorosłych, nie dzieci. Niestety świat był tylko jeden. Ten sam dla wszystkich. W dodatku niedoskonały. Z czasem nauczyła się ograniczać swoje wymagania wobec świata, a przede wszystkim panować nad emocjami, gdyż inaczej nie mogłaby robić tego, co tak naprawdę lubiła. Wciąż się uczyła, na przykład tego, jak dobierać bajki, które czyta dzieciom, by unikać trudnych i kłopotliwych tematów. Robiła to nie dla siebie, ale ze względu na dzieci. Poświęcała wiele czasu na obmyślanie pytań, które może zadać dzieciom po przeczytaniu bajki, by móc bawić się jej tekstem i przygotować podopiecznych do wykonania pracy plastycznej. Na potrzeby zabaw z małymi pacjentami zapoznała się z tajnikami origami, za którym nie przepadała. Jednak zauważyła, że zabawa różnokolorowym papierem sprawia wielką frajdę nie tylko dzieciom, ale też ich rodzicom. Rodzice naśladowali ją i pomagali swoim dzieciom, sami wspaniale angażując się w zabawy. Chcieli ich wciąż więcej i więcej. Po jakimś czasie zabaw i zwykłego zginania papierów wysnuła wniosek, że origami pomagało przede wszystkim rodzicom chorych dzieci, bowiem przynajmniej na tych kilka kolorowych chwil zapominali o realiach związanych ze stanem zdrowia swoich pociech. Przynajmniej miała taką nadzieję… Poza tym bezcenne było również to, że wolontariusz urozmaicający szpitalne życie w końcu musiał z tego szpitala wyjść, najczęściej po upływie około dwóch, czasami trzech godzin. Za to wszystkie prace, które powstawały przy współudziale dzieci i ich rodziców, zostawały w szpitalnych salach na parapetach, ku radości pacjentów i odwiedzających. Bardzo często, podobnie jak Nela, była przekonana, że z tych spotkań wynosi więcej aniżeli dzieci, które poznawała.

Szpital to w ogóle było dla niej miejsce paradoksów… Mali chorzy ludzie mieli niczym nieskrępowaną wyobraźnię, dlatego to z ich pomysłów czerpała najwięcej, a jeszcze więcej wynosiła z rozmów prowadzonych podczas wspólnych zabaw. Te rozmowy były dla niej wyjątkowe, ponieważ dzieci przed nią, którą dopiero co poznały, otwierały się zupełnie i opowiadały o sprawach, o których nie wspominały chyba nawet najbliższym. Dziecięca ciekawość, życiowa mądrość, radość z małych rzeczy, na przykład z tego, że o własnych siłach doszło się do gabinetu pielęgniarek na zmianę opatrunku, za każdym razem dawały jej mnóstwo sił. Bardzo szybko zaczęła dostrzegać, że ludzkie problemy za drzwiami szpitala często nie miały żadnego znaczenia. Szpital ją zmieniał. Bardzo. I to na lepsze. To wizyty w nim sprawiały, że miała idealne warunki do obserwowania własnego życia. Dzięki temu wypracowywała odpowiedni stosunek do wszystkiego, co ją spotyka, i nabierała zdrowego dystansu. Działo się tak przede wszystkim wtedy, gdy zjawiała się w szpitalu nie po to, by się bawić, lepić z plasteliny, kleić figurki z rolek po papierze toaletowym, a później je zamalowywać, by czytać śmiesznym głosem historie, a potem się z nich śmiać, ale po to, by po prostu pobyć, posiedzieć obok, w ciszy potrzymać za słabnącą rączkę. Po to, by być… Liczyć krople w kroplówkach, tych dobrych, wzmacniających bezbronne ciałka, i tych złych, które nie obchodziły się łagodnie nie tylko z chorobą, ale i dziecięcym organizmem.

To nie rak zabija. To chemia… – przywołała w myślach słowa, które kiedyś przez przypadek usłyszała od ordynatora oddziału, gdy ten zwracał się do ojca chorego chłopca. Nie mogła zapomnieć ani słów, ani tonu lekarza. Silny psychicznie mężczyzna, przynajmniej za takiego go do tamtej pory uważała, a powiedział to w taki sposób, że zadrżała. Przecież on zawsze mówił tylko to, co konieczne. Uśmiechał się, ale wyłącznie do dzieci. Robił wrażenie kogoś, kto wciąż jest głęboko zamyślony. Z pewnością tak było, gdyż na jego twarzy bezustannie odmalowywało się ogromne skupienie. Nela nadała mu przydomek House. Pasował do niego idealnie, chociaż wyglądem wcale nie przypominał doktora z niezwykle popularnego serialu.

Nela była wolontariuszką z dłuższym stażem. Odwiedzała chore dzieci już wtedy, gdy studiowała na pierwszym roku. Miała dużą odporność psychiczną. Była silniejsza od niej. Gdyby nie pomoc i nieocenione wsparcie Neli, nie dałaby sobie rady. Z nią u boku wszystko wydawało się łatwiejsze, nie tylko wizyty w szpitalu. Dlatego co poniedziałek patrzyła w szmaragdowe oczy przyjaciółki, przezwyciężała wszystkie obawy i zaopatrzona w hity literatury dziecięcej, a także różne plastyczne wynalazki przekraczała próg świata, którego ściany pokryte były wszystkimi kolorami tęczy, choć rzeczywistość bywała mniej kolorowa. Na oddział wchodziły zwykle w ciszy, kończyły wszelkie rozmowy. Każda pogrążała się we własnych myślach. Bywały dni, że chodziły tam, by bawić się i śmiać do woli. Bywały takie, że tylko czytały dzieciom, i to szeptem. Najgorsze zaś były te dni, gdy pozostawało im tylko siedzieć przy łóżkach, by w ten sposób zapewnić choćby znikomą pomoc udręczonym rodzicom. Nela nauczyła ją wszystkiego. Nie ustawała w tych naukach, chociaż początki były bardzo trudne. Nowa wolontariuszka nie rokowała dobrze i dopiero gdy jej matka postawiła na niej krzyżyk, mówiąc: „Julka, musisz w końcu zrozumieć, że nie każdy się do tego nadaje”, zrozumiała, że ona się właśnie nadaje. I to bardzo. Tylko musi w to poważne wyzwanie włożyć całą siłę charakteru. Postanowiła kolejny raz w życiu udowodnić mamie, że jej teorie obarczone są dużym ryzykiem błędu. Chciała też pokazać Neli, że ani jedna chwila, którą jej poświęciła, nie poszła na marne.

Jak zwykle to sobie chciała udowodnić najwięcej. Pragnęła odnaleźć niezachwianą ludzkim gadaniem wiarę we własne możliwości. Szukała wiary w siebie. Taka była. Wymagała od siebie bardzo dużo, choć na pierwszy rzut oka na pewno robiła całkiem odmienne wrażenie. Przykręcała sobie śrubę zawsze, a szczególnie wtedy, gdy mama podcinała jej skrzydła, dochodząc do daleko idących wniosków w rodzaju: „Julka, przecież nie każdy musi…”, albo: „jak nie potrafisz zrozumieć, to po prostu to wkuj…”, czy: „mogłabyś się choć raz postarać, żeby mnie zaskoczyć, ale tym razem pozytywnie…”. Wciąż wbijano jej szpile nasączone pesymizmem, nie potrafiła o nich zapomnieć, dlatego właśnie musiała podejmować coraz to nowe wyzwania. Ze wszystkich sił starała się pojąć niezrozumiały materiał, gdyż zakuwać bez sensu nie potrafiła. Albo zaskakiwała mamę w najmniej oczekiwanym momencie, na przykład czekała na nią późnym popołudniem z ciepłym obiadem przyszykowanym naprędce oraz informacją, że udało jej się zaliczyć jakąś psychologiczną kobyłę, i to na dobrą ocenę. Lub że w szpitalu poradziła sobie śpiewająco i będzie do tych dzieciaków chodzić już zawsze. Nawet wtedy, gdy skończy studia.

Gdy była dzieckiem, zawsze bacznie obserwowała mamę. Wtedy była przekonana, że mama często ma rację, a jej nieomylność w wielu sprawach jest wynikiem życiowego doświadczenia podpartego intuicją. Jednak wraz z upływem czasu wzrok jej się wyostrzył i zauważała, że nawet mamie zdarzało się pomylić. Przykładowo, Nela wcale nie była tak odporna na życiowe zawirowania, jak wydawało się to mamie. Mama nie wiedziała, że Nela niejednokrotnie swoją nieugiętość i hart ducha porzucała gdzieś za drzwiami, za to wylewała z siebie strumienie niepohamowanych łez, których zwykle bardzo się potem wstydziła…

– Nie zimno ci? – zapytała Nela znad prasowania.

– Zimno – odparła, wyrwana z zamyślenia. – Do tego jestem już głodna.

– Ja już zdążyłam przegryźć owsiane ciastko twojej mamy – przyznała Nela.

– Błe! – skrzywiła się wymownie, gdyż zdrowa kuchnia nie należała do jej ulubionych.

– Z kawą są pyszne…

– Przestań… – ziewnęła, nie dając się przekonać. – Zrobię jakieś prawdziwe męskie śniadanie, co? Kiełbachę usmażę, do tego jakąś jajecznicę dorzucę. Zobaczę, co jest w lodówce.

– Czemu nie… – uśmiechnęła się pod nosem Nela.

Wiedziałam! – krzyknęła radośnie w myślach, ponieważ zawsze potrafiła przekonać Nelę do wielu rzeczy, a już zwłaszcza do dobrego i prostego jedzenia.

– Ale ty wiesz, że wcale nie musisz tego prasować? – spytała stanowczo i roztarła sobie zmarznięty kark.

– Jak spojrzysz na listę swojej mamy, a później na zegarek, to z pewnością zmienisz zdanie i stracisz swoje dotychczasowe opanowanie – prorokowała Nela. – Poza tym przekonasz się, że jajecznica z kiełbachą to bardziej obiad niż śniadanie.

– Dobrze, już dobrze…

Wstała z podłogi i beztrosko poczłapała do kuchni, by w pierwszej kolejności zerknąć na listę rozkazów. Takich list widziała już tysiące, nie robiło więc na niej większego wrażenia, że spis był tak długi, iż zdawał się nie mieć końca.

W kuchni wcisnęła się między pralkę a stół. Stary, sklejany już kilkanaście razy taboret zaskrzypiał, gdy na nim usiadła. Zdążyła zmarznąć, miała na sobie tylko cienką bawełnianą pidżamę. Na plecach pojawiła się jej gęsia skórka, oparła się więc o ciepłą pralkę, w której bębnie leżało już gotowe do zabrania czyste pranie. Trochę zakurzony zegar ścienny w kształcie przedpotopowego czajnika wskazywał godzinę prawie trzynastą. Gdyby nie to, że Nela od rana odbywała w jej mieszkaniu tak zwany domowy wolontariat, to wróciłaby jeszcze do łóżka i posłała na urlop wszystkie czynności z listy. Ale skoro Nela odwalała kawał dobrej roboty, to nie miała innego wyjścia, jak tylko czym prędzej do niej dołączyć. Otworzyła zatem ciepłe okno pralki i z ociąganiem ruszyła do łazienki po miskę. Mobilizował ją całkiem przyjemny aromat płynu do płukania.

– I co ty na to? – w łazience dobiegł ją głos Neli.

– Na co? Listę czy porę? – rozbrajająco dopytała o szczegóły.

– Na jedno i drugie – doprecyzowała pytanie Nela.

– A tam… – stęknęła wymijająco, szarpiąc się z mokrą plątaniną skotłowanego prania, która stawiała wyraźny opór podczas wyciągania z pralki. – Powieszę w łazience te szmaty i zabieram się za kiełbachę, całe szczęście trochę jej jest w lodówce. Później zjemy bigos. A nad listą i czasem nie zamierzam się zastanawiać. Jakoś to będzie.

Tak to właśnie było. Nela zastanawiała się nad wszystkim, a ona starała się przeć przed siebie, nie roztrząsając wszystkiego zanadto. Nela rozważnie podchodziła do życia, a ona najczęściej reagowała raptownie. Niekiedy sama łapała się na tym, że działa zbyt szybko, a miała już świadomość, iż szybciej nie oznacza lepiej. Jednak świadomość ta nie przeszkadzała jej z przekorą podchodzić do kazań ciotki Klary rozpoczynających się od oklepanych frazesów w rodzaju: „gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”. Rozwieszała pranie, myśląc o tym, że tylko ciotka Marianna nie wymagała od niej, by upodobniła się do otaczających ją starych bab. Ciotce Klarze natomiast podobałaby się tylko wtedy, gdyby była taka jak ona.

Niedoczekanie! Nawet na starość, niedoczekanie!

Zatrzęsła się na samą myśl o tym. A mama? Ona była jeszcze trudniejszym przypadkiem niż ciotka Klara, ponieważ chciała, by jej najmłodsza córka prześcignęła ją w doskonałości.

Czy to możliwe, żeby jajko było mądrzejsze od kury? Raczej nie, choć zdarzały się już przecież przypadki, że uczniowie przerastali mistrzów… – zachodziła w głowę nad takimi zagadnieniami, ponieważ nie chciała się do nikogo upodabniać. Nie miała zamiaru się ścigać ani nikogo przerastać. Chciała zachować autonomię. Po dziurki w nosie miała uwag, oczekiwań i roszczeń. Coraz łatwiej było jej zachowywać do nich dystans. Przykład brała przede wszystkim z Janka, któremu udało się wyrwać spod babskich skrzydeł. Sutanna chroniła go skutecznie przed rodzinnym gadaniem. Niepojęty był dla niej fakt, że odkąd Janek został wyświęcony, to mama i ciotka Klara w jego obecności milczały jak zaklęte, pozostając pod wrażeniem osobowości duchownego.

Justyna była przeciwieństwem Janka. Z opowiadań wiadomo było, że starsza siostra była pyskata od najmłodszych lat. I choćby mama czy ciotka Klara zbudowały nie wiem jak kwieciste zdanie zakończone wykrzyknikiem, to Justyna potrafiła sobie z nim poradzić, wymyślając jeszcze lepszą odpowiedź, z wykrzyknikiem na końcu i często z przytupem.

Za to jej podejście było całkowicie odmienne. Słuchała zdania seniorek na pozór uważnie, ale wszystkie mądrości puszczała mimo uszu, udając przy tym przejętą, zaszczyconą czy nawet poruszoną. W głębi duszy natomiast pomstowała, pyskowała i kłóciła się z każdym zasłyszanym idiotyzmem.

– Prasowanie skończone – poinformowała z zadowoleniem Nela, zaglądając do łazienki.

– To co teraz? – zapytała, wytrzepując kuchenną ścierkę, a potem rozwieszając ją nieopodal.

– Ja do odkurzacza, a ty do jajecznicy – zaproponowała Nela. – No chyba że wolisz na odwrót… – Nela lubiła zostawiać jej dokonywanie ostatecznego wyboru, i to nie tylko w sprawach błahych.

– Wolę na odwrót – postanowiła szybko.

Wiedziała, że Nela przygotuje lepsze śniadanie. Poodkurzałaby też oczywiście lepiej, ale skoro i tak niedługo miało się nabrudzić, to wybór był raczej prosty. Usłyszała denerwujący dzwonek własnego telefonu. Musiała taki mieć, innego po prostu nie słyszała. Chciała odebrać, ale miała zajęte ręce.

– Zobaczysz, kto dzwoni? – poprosiła przyjaciółkę. – Jeśli to mama, to nie odbieraj, bo nam jeszcze, nie daj Boże, dołoży coś do listy.

Nela szybko skoczyła do przejściowego pomieszczenia, ni to przedpokoju, ni korytarza. Po chwili wróciła z niewyraźną miną i wciąż dzwoniącym telefonem w ręce.

– To Nowy. Dzwoni Nowy – powtórzyła, szepcząc tak cicho, jakby Nowy mógł usłyszeć jej słowa.

– No i co? Odbierać? – zapytała Nelę, przejmując słuchawkę w wilgotne od prania dłonie.

Nela bez słów skinęła głową.

– Słucham? – zapytała głośno, a Nela wpatrywała się w nią z uwagą.

– No cześć – odpowiedziała na przywitanie Nowego. Uwaga Neli nie słabła, zwłaszcza że czas mijał, a ona nadal nie wiedziała, o co Nowemu może chodzić.

– Miałam dokładnie taki sam plan na wieczór, tylko że umówiłam się już z Nelą – posłała przyjaciółce szeroki uśmiech. – Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko.

Mina Neli rzedła, a za to ona była w coraz lepszym nastroju.

– Kwadrans przed seansem chyba wystarczy… To jesteśmy umówieni, do zobaczenia.

Odłożyła telefon na zamkniętą klapę toalety i z satysfakcją spojrzała na zbaraniałą Nelę.

– Tylko mi nie mów, że… – Nela rozumiała już wszystko.

– Tak. Właśnie tak. Dziś wieczorem idziemy do kina. Z Nowym – podjęła decyzję.

– Nie… – Nela miała czelność zaprotestować.

– Tak! – nie pozostawiła ani cienia złudzeń.

– Jak mogłaś… – głos Neli był bardzo smutny.

– Co? – udawała niezrozumienie.

– Przecież będę się przy was czuła jak przyzwoitka – ton Neli ją zmiękczał, ale nie mogła teraz dać się ugłaskać.

– Zwariowałaś?! – zagrzmiała. – On nie jest w moim typie, przecież już ci to mówiłam. A tobie się trochę podoba, więc głupotą byłoby nie skorzystać z okazji, jak sama się pcha w ramiona.

– Ale ja mu się nie podobam – wyszeptała Nela ze wstydem, nie doceniając ani siebie, ani tym bardziej facetów.

– Uspokój się – powiedziała delikatnie, starając się, by jej takt wziął górę nad niepewnością przyjaciółki. – Obstawiam, że chciał umówić się ze mną z twojego powodu. Faceci często chadzają okrężną drogą, a ci nieśmiali to już zupełne barany i nigdy nie uderzają bezpośrednio.

– I ty już trzeci rok studiujesz psychologię – delikatnie zakpiła Nela.

– Nie będziemy zajmować się teraz analizą ani mojego wykształcenia, ani jego jakości. Leć do kuchni, a ja do odkurzacza. Odhaczamy kolejne rzeczy z listy, bo za jakieś pięć godzin będziemy z Nowym siedzieć w kinie. Ty, Nowy i ja. Weźmiemy go w środek.

– Ja nigdzie nie idę – Nela powzięła idiotyczne postanowienie i wycofała się rakiem z łazienki.

– Do kiełbachy! Już! Poszła! – załatwiła dwie sprawy za jednym zamachem, i to tylko udając, że podnosi głos.

Z Nelą tak trzeba było. Wprost, bez zostawiania przestrzeni na niedomówienia. Zwłaszcza że była pewna, iż się nie myli. Już jakiś czas temu zauważyła, że Nowy zawsze kręci się w ich pobliżu, i to na pewno nie ze względu na nią. Nowy niechybnie zagiął parol na Nelę. Był wysokim chudzielcem o wzroście koszykarza, sympatycznym dryblasem o wyraźnym uroku osobistym. A biorąc pod uwagę jedno z powiedzeń ciotki Klary, które wypowiadała z taką dumą, jakby była ich autorką, a mianowicie porzekadło o przyciągających się przeciwieństwach, Nowy i Nela powinni przyciągać się tak, że już bardziej się nie da. Wierzyła w siłę przysłów, w to, że zawierały potwierdzone prawdy, ale od ciotki Klary różniła się tym, iż wolała działać, zamiast siedzieć i pleść bzdury. Na facetach też się trochę znała, ale jeśli wziąć pod uwagę jej dotychczasowe historie z facetami w roli głównej, to… Szkoda gadać, bo zamieniała się chyba w ciotkę Mariannę. Wolała być milcząca i zagadkowa. Pewnie dlatego, że poza nielicznymi niewypałami nie trafił jej się nikt wyjątkowy. Z pewnością tak samo było z ciotką Marianną.

W rodzinie na ogół nie komentowało się nigdy przyczyn staropanieństwa ciotek. Czasami miewała wrażenie, że jest to temat tabu, zwłaszcza w przypadku ciotki Klary. Wnioskowała, iż większą tajemnicą owiana była historia ciotki Marianny, bo ciotka Klara była po prostu wredna, a faceci nie lubią wrednych bab. Wrednych osób nie lubi nikt.

Odkurzała pospiesznie i nawet bardzo starała się, by nie robić tego po łebkach, mając przed oczami wizję mamy kręcącej nosem. Odkurzała i nawet trochę podśmiewywała się w duchu na myśl o mamie, której charakter łączył w sobie cechy obu ciotek. Mama potrafiła być dobra jak ciotka Marianna, ale nie przeszkadzało jej to bywać czasem wredną, czym upodabniała się do ciotki Klary. Być może to właśnie dzięki swojej skomplikowanej osobowości mama związała się w życiu z fajnym i mądrym mężczyzną. Niestety już go przy niej nie było, ale wspomnienia z nim związane, choć wolała je przemilczeć, z pewnością umilały jej samotność.

Z ulgą wyłączyła odkurzacz, który hałasem działał jej na nerwy.

– Kiełbacha gotowa?! – zapytała głośno, chociaż nie musiała już przekrzykiwać plastikowego potwora.

– Jeszcze chwilę… – usłyszała niepewny głos Neli, która już drżała na myśl o wieczornym spotkaniu z Nowym.

– W takim razie jeszcze trochę doodkurzam – znów krzyknęła.

Wiedziała, że gdyby słyszała ją mama, to swoim zwyczajem z trwogą popatrzyłaby na przyszłość swej córki, którą całe życie usiłowała wychować na porządnego człowieka. Mama w nią nie wierzyła. A ona wiedziała, że wysiłki mamy nie idą na marne. Chociaż wiele jej życiowych poczynań nie wytrzymywało zderzenia z krytycyzmem matki, to i tak uważała się za dobrego człowieka. Zaś minami strojonymi przez mamę nauczyła się zbytnio nie przejmować, bo wiedziała, że po pierwsze, ten typ tak ma, a po drugie, trudno cieszyć się ze zwykłych rzeczy, gdy nieustannie oczekuje się jakichś cudów. I to w imię czego?

Tylko i wyłącznie dla dobra własnego dziecka – pomyślała ironicznie i znów rozbolały ją uszy od szumu odkurzacza.

–Julka! Co ty dziś jesteś taka niemrawa?! Przyspiesz kroku! Mamy mnóstwo roboty!

A to ci nowość! – pomyślała z niechęcią. Wolała się nie odzywać. Zawsze na tym dobrze wychodziła. Jej milczące asekuranctwo nieraz ratowało ją z opresji. Przyspieszyła kroku, spełniając bez dyskusji oczekiwania mamy.

– Całą mszę ziewałaś! Kto to widział, żeby w takie mrozy szlajać się pół nocy nie wiadomo gdzie i z kim! – spora zadyszka nie przeszkadzała mamie naskakiwać na córkę.

– Nie szlajałam się – sprostowała beznamiętnym tonem i dodała: – Byłam w kinie z Nelą i z takim jednym nowym z naszego roku.

– I bardzo dobrze! – głos mamy złagodniał odrobinę. – Zrozumieć tylko nie mogę, po co ciągnęłaś za sobą Nelę, skoro wspominałaś, że ten kolega zaprosił tylko ciebie. Może coś by z tego było, a tak…

Mama najpierw westchnęła ciężko, a później z wyraźną dezaprobatą w głosie zaczęła ją pouczać, nie bacząc na to, że jej córka już jedno niedzielne kazanie ma za sobą.

– Chyba zdajesz sobie sprawę, że jesteś już w takim wieku…

– Co to znaczy: w takim wieku? – obruszyła się, nie dając mamie skończyć.

Przyspieszyła kroku. Chyba z podenerwowania.

– To, co słyszysz. Justyna właśnie w twoim wieku już się za suknią ślubną rozglądała.

I też byłaś niezadowolona. Pamiętasz? – zapytała, w duchu wiedząc, że najlepiej zrobi, jeśli nie zareaguje na zaczepki mamy. Ale w życiu jak to w życiu… Teoria to jedno, a praktyka drugie. Czasem górę bierze teoria, a czasem…

– A co to, za przeproszeniem, za porównania? – ofuknęła mamę dość nieprzyjemnym tonem.

– Żadne porównania – mama zaczęła się odrobinę wycofywać. – Po prostu się o ciebie martwię i tyle.

– To się nie martw – poprosiła spokojnie.

Wiedziała, że nie należało wkraczać na wojenną ścieżkę z mamą. To było paskudne rozwiązanie, zwłaszcza wtedy, gdy szykował się obiad w towarzystwie ciotki Klary. Ciotki Marianny miało dziś niestety nie być. Całe szczęście nie zaatakowała jej żadna grypa, tylko dotkliwie się przeziębiła. Natomiast Justyna i jej chłopcy zostali zaproszeni na obiad u teściów, darzonych przez wszystkich dużą sympatią.

– Łatwo ci mówić, nie martw się! – mama zgrabiałą od mrozu ręką wstukała kod w domofon i drzwi otworzyły się od razu.

Szły po schodach, ponieważ mama uważała, że oprócz martwienia się o dzieci należy też nieustająco dbać o swój mięsień sercowy, zwłaszcza w tej rodzinie. Tato zmarł na serce, a ciotka Klara oprócz wielu innych hipochondrycznych dolegliwości cierpiała na arytmię, o której mówiła często i dużo, szczególnie że żaden kardiolog jej u niej nie stwierdził. Ale najlepszym lekarzem w rodzinie była ona sama. Potrafiła postawić diagnozę nawet wtedy, gdy nikt o nią nie prosił. Zatem ciotka Klara też wdrapywała się po schodach, nie korzystając z windy. Ciotka Marianna mieszkała na pierwszym piętrze, więc winda i tak mogła dla niej nie istnieć, zaś ciotka Klara na nieco mniej przyjaznym osiedlu zajmowała mały lokal na trzeciej kondygnacji, więc tragedii nie było. Natomiast one przez to gderanie ciotki o windzie musiały wspinać się na szóste piętro. Na szczęście robiły to zwykle tylko raz w tygodniu, w niedzielę po mszy.

– I co to za chłopak? – zapytała mama, dysząc coraz szybciej.

– Nawet fajny – odpowiedziała dumna ze swego uregulowanego oddechu. – Co prawda trochę wycofany, ale do kina odważył się zaprosić, więc chyba nie jest najgorzej.

– Fajny? – mama przystanęła ze zmęczenia i z wrażenia. – To po co ciągałaś za sobą Nelę? Zrozumieć tego nie mogę.

– Zabrałam ją ze sobą, bo on mi się nie podoba, więc nie skorzystam, poza tym on wzdycha raczej do Neli…

– Fajny, a ty nie skorzystasz? – mama ruszyła przed siebie chyba tylko po to, by znów zastygnąć w bezruchu.

– Mamo! Po prostu nie ma między nami chemii – wytłumaczyła rzeczowo.

Mamie nie spodobała się odpowiedź. Szła dalej, ale nie miała zamiaru skończyć z marudzeniem.

– To teraz masz zamiar zabawiać się w swatkę?

– Właśnie to zamierzam! – rozpromieniła się na przekór mamie.

– O Boże! Julka! Ty w ogóle życia nie znasz…

Może i dobrze… – pomyślała i uśmiechnęła się, bo miała zamiar nie tylko brnąć po schodach, ale też brnąć w poruszony przez mamę temat.

– Możemy się założyć, że coś z tego będzie.

– Na pewno! – uśmiechnęła się drwiąco mama.

– I tu się mylisz – zaoponowała, odwijając długi szalik, ponieważ na tych schodach nawet największy zmarzluch mógł się nieźle namęczyć i zgrzać. – Nela zyskuje przy bliższym poznaniu. I to nawet bardzo. Dlatego nie przesądzałabym sprawy zbyt szybko. Poza tym przecież nie wszystkie związki na ziemi są owocem miłości od pierwszego wejrzenia.

Mama najpierw podejrzanie się spłoszyła, by już po chwili przyznać jej rację. Bardzo lubiła takie momenty, w których mama się z nią zgadzała. Żałowała tylko, że zdarzały się naprawdę rzadko.

– W myśl zasady, że przeciwieństwa się przyciągają – kontynuowała – ci dwoje pasują do siebie, i to nawet zaskakująco dobrze. Gdybyś ich zobaczyła razem, to nie stawiałabyś na nich tak szybko krzyżyka. Nela jest okrągła i przemiła, a on wysoki do nieba i trochę mrukowaty. Inteligencją to pewnie Neli do pięt nie dorasta, ale jej po prostu trudno dorównać.

W końcu weszły do mieszkania i już od progu poczuła, że życie przyspiesza tu biegu. Dom był miejscem, w którym mama odbijała sobie godziny ciszy spędzane w bibliotece. Zawsze gdy odwiedzała ją w pracy, nie mogła się nadziwić, ile różnych oblicz może mieć jedna osoba. Mama w bibliotece była oazą spokoju. Między ciągnącymi się w nieskończoność regałami poruszała się z dostojeństwem. Mówiła głównie szeptem. Do półgłosu uciekała się tylko w szczególnych przypadkach i robiła to z widoczną niechęcią. Natomiast przestępując próg własnego mieszkania, zamieniała się w czynny wulkan. Córka zdążyła się już przyzwyczaić do dwoistej natury mamy i nabrać odporności na jej zmienne nastroje. Dzięki wrodzonej empatii wiedziała, kiedy może pozwolić sobie na dyskusję z rodzicielką, a kiedy najlepiej bez słów zamknąć się w pokoju, by przeczekać burzową atmosferę. Biorąc przykład z Janka – mistrza dyplomacji – bardzo często mierzyła siły na zamiary i wycofywała się rakiem z drażliwych sytuacji. Miała pełną świadomość, że zdarzają się w życiu chwile, gdy wchodzenie w konflikt, i to nie tylko z najbliższymi, jest po prostu nieopłacalne. W potyczkach z uwielbiającą dominować mamą nie miała szans, dlatego unikała spięć, jak tylko potrafiła. Robiła to z wygodnictwa, trochę z lenistwa, a przede wszystkim z umiłowania świętego spokoju. Niejednokrotnie wolała coś przemilczeć, odwrócić wzrok, udać, że nie słyszy, zasymulować pozorną potulność albo najzwyczajniej w świecie porzucić swe zwykle bardzo mocne przekonania, przyznając mamie rację. Wybierała spokój, ponieważ z jej punktu widzenia był dużo bardziej atrakcyjny niż doprowadzenie mamy do palpitacji serca i wypruwania żył podczas zażartych kłótni. W jej mniemaniu awantura była ostatecznością. W obliczu matczynych fanaberii do perfekcji opanowała umiejętność machania na wszystko ręką. Podobnie jak Janek odziedziczyła ją po tacie. Natomiast Justyna nie miała tak łatwo. Była charakterologicznym podobieństwem mamy. Jej mąż, w rodzinie zwany po prostu Krzychem, nie miał z nią najłatwiejszego życia, ale krył w sobie za to ogromne pokłady wrodzonego stoicyzmu. Póki co był w Justynie wciąż tak bezpamiętnie zakochany, że bez trudu tańczył tak, jak ona mu zagrała. Przynajmniej póki co…

– No, przebrałaś się już?! Co ty tam tak długo robisz?! Julka!

Usłyszała wyrzut w głosie mamy dokładnie w chwili, gdy gotowa do pracy stanęła w progu mikroskopijnej kuchni. W tym domu nawet nieduża łazienka była większa od kuchni. Nie dość, że kuchnia była maleńka, to jeszcze do ostatniego skrawka zastawiona meblami. Jakimś cudem zmieściło się w niej umeblowanie zgoła większego metrażu. Centrum mikropomieszczenia zajmował wcale niemały prostokątny stół, którego wieloletnim sąsiadem był narożnik pokryty miejscami poprzecieranym welurem w kolorze cappuccino. Nad dłuższym bokiem narożnika ciągnęła się półka obciążona zniszczoną, bo na bieżąco wertowaną literaturą z zakresu kulinariów. Jedynym luksusem w tej kuchni było ogromne okno – owoc ostatniego remontu budynku, który przeprowadzano wtedy, gdy przygotowywała się do matury. Hałas był wtedy taki, że uczyć się nie dało, ale na szczęście nie przeszkodziło jej to w zdaniu matury prawie na wymarzonych dziewięćdziesiąt procent, a kuchenne okno kochała najbardziej z całego mieszkania. To przez nie potrafiła w samotności godzinami wpatrywać się w niebo nad miastem, a nocą udawać, że tam gdzieś na dole jest las, a nie miejska niezasypiająca nigdy arteria. Między dwudziestą trzecią a czwartą czy piątą rano samochody pędziły tamtędy, za nic mając sobie coś, co w żargonie policyjnym nazywano ograniczeniem prędkości. Gdy patrzyła na okno w kuchni, budziło się w niej przekonanie, że może kiedyś dzięki łaskawości losu będzie mogła pozwolić sobie na własne mieszkanie, które z pewnością też nie będzie duże, ale za to urządzi je zgodnie z zasadami minimalizmu. Wstawi tam tylko to, co konieczne, żadnych zbytków.

– Jestem gotowa do pracy – zameldowała posłusznie.

– Obierz najpierw włoszczyznę na zupę, a później ziemniaki. Potem zajmij się marchewką, udusimy ją do kotletów mielonych, pasuje prawie tak dobrze jak buraczki. Chciałam je kupić, ale były takie wyrośnięte, że się bałam. W środku miały na pewno same wióry. Ja się wezmę za ciasto. Może też marchewkowe… Mamy imbir?

– Pewnie mamy – odpowiedziała, organizując sobie miejsce pracy przy stole.

Siadała zawsze na tym samym miejscu narożnika. Najbliżej okna, tak że miała przed sobą małą przestrzeń, którą raz po raz zagarniała krzątająca się po kuchni mama. Podczas gdy rodzicielka trzaskała kuchennymi sprzętami, ona po cichu obierała wszystkie warzywa, stosując się do porządku prac narzuconego przez mamę. Nuciła. Zawsze gdy przeobrażała się w pomoc kuchenną, reagującą na polecenia: „obierz”, „pomieszaj”, „pozamiataj”, „przynieś”, „wynieś”, nuciła pod nosem. Była to albo wymyślona muzyczna kompozycja, albo niezmiennie walc z Nocy i dni, w którym jej ulubionym fragmentem był: „zielenieje sad po burzy”. Nie przez przypadek z niedzielnymi obiadami kojarzyły się jej seriale z dawnych lat: Noce i dnie, Północ – Południe czy Ptaki ciernistych krzewów. To te seanse przez wiele lat były jak wisienka na niedzielnym torcie. Teraz podśpiewywała sobie, napawając się względnym spokojem, o którym po południu nie będzie mowy, wszak miała odwiedzić je ciotka Klara.

Pomimo tego, że kuchnia była zagracona, a mama trzaskała garami, ona lubiła tu przebywać. Co więcej, to właśnie tu najczęściej uczyła się do egzaminów. Podczas sesji kuchnia stawała się pokojem nauki, miejscem pracy w ciszy nocnej. Książki zwykle czytała w swoim pokoju, ale zakuwała w kuchni, zazwyczaj sama. Wiedziała, że na jej roku istniały towarzystwa wzajemnej adoracji, które razem nie tylko się uczyły, ale też gromadnie odwiedzały toaletę podczas przerw w wykładach. Jednak ani Nela, ani ona nie należały do żadnego z takich kółek. Nie oznaczało to, że były wyobcowane. Wręcz przeciwnie. Trzymały się ze wszystkimi i to na równi. Nikogo nie wyróżniały i nikogo nie pomijały. Najbardziej trzymały się jednak ze sobą, co nie zmieniało faktu, że uczyły się zwykle w pojedynkę. Nela przyswajała wiedzę najczęściej w bibliotece uniwersyteckiej, bo w akademiku nie miała ku temu warunków. A ona właśnie w kuchni, do której przenosiła swą biurkową lampkę. Początek roku kalendarzowego zawsze zaczynał się od mocnego uderzenia, czyli sesji zimowej, od której dzielił ją tylko nieco ponad tydzień. Miała już za sobą blisko cztery miesiące nauki i wystarczyły one, by zrozumiała, że to właśnie trzeci rok studiów był najtrudniejszy. Najwięcej zajęć, najwięcej nauki i – co najważniejsze – najwięcej wiedzy do wkucia. Wcześniej nie musiała przeczytać tylu książek, napisać tylu prac, omówić tak wielu referatów i przedstawić tylu prezentacji. Sesja zimowa zaczynała się od tak zwanej kobyły, to znaczy egzaminacyjnej zmory większości studentów. A na imię jej było statystyka komputerowa. Nienawidziła tego przedmiotu. Od zawsze. Ale to dzięki niemu zaprzyjaźniła się z Nelą. Statystyka, której oddech stale czuła na plecach, była jednym z najważniejszych przedmiotów na pierwszym roku, tak zwanym sitem, które oddzielało ziarna od plew. Przez nią dokonywała się studencka selekcja naturalna. Była tak ważnym przedmiotem, ponieważ – jak się później okazało – poznane na niej zagadnienia przewijały się bardzo często na innych zajęciach. Na pierwszym roku, jakieś dwa tygodnie przed egzaminem ze statystyki, dopadały ją koszmary nie tylko w nocy, ale także w ciągu dnia i nauki do tegoż przedmiotu. Wiedziała, że jeśli ktoś mądry jej nie pomoże, to czeka ją klapa na całej linii i nawet kampania wrześniowa nie pomoże jej wyciągnąć się ze statystycznie prawdopodobnych tarapatów. W związku z tym, nie bacząc na swoiste wyobcowanie Neli, do której z racji imienia przylgnął przydomek Petro, podeszła do niej w akcie desperacji i orzekła: „Pewnie już zauważyłaś, że ze statystyki jestem noga”. Petronela – tak wówczas myślała o Neli – uśmiechnęła się całkiem uprzejmie, w ogóle niecynicznie, dlatego zapytała ją wprost: „Petronela, Pomożesz?”. Nie spodziewała się tak natychmiastowej i w dodatku radosnej reakcji. „Oczywiście” – odparła z sympatią najlepsza studentka na roku, po czym cicho poprosiła, by nazywać ją Nelą. Po prostu Nelą. W ten sposób zaczęła się najcenniejsza przygoda przygoda z Nelą, która zagadnienia ze statystyki miała w małym paluszku, co więcej, posiadała także umiejętności metodyczne i pedagogiczne, co w całokształcie czyniło z niej statystycznego guru.

– Starczy już tych ziemniaków! Oszalałaś?! – podniesiony ton mamy jak zwykle sprawił, że w mgnieniu oka wracała do rzeczywistości.

Zgodnie z matczynym rozporządzeniem wróciła myślami do kuchni i mycia ziemniaków, których przez zamyślenie rzeczywiście obrała jak dla wojska. Ratowała się potulnym pytaniem:

– Coś mam jeszcze przygotować oprócz włoszczyzny i marchewki?

– Imbir jeszcze obierz! Kwiaty podlej w całym domu, a potem sprawdź, czy pranie już wyschło. Jeśli tak, to je ściągnij i chociaż poskładaj, niech bez sensu nie gnije w łazience.

Była gotowa wykonywać polecenia mamy bez szemrania, głowę mając oczywiście zaprzątniętą czym innym. Teraz rozmyślała o statystyce komputerowej, która dopadła ją w tym roku akademickim. Przedmiot okazał się zastosowaniem wiadomości ze statystyki z pierwszego roku, ale na komputerze. Neli oczywiście od razu udało się zaprzyjaźnić z tak zwanym SPSS-em, czyli programem statystycznym, w którym każdy szanujący się psycholog musiał dokonywać obliczeń z przeprowadzonych badań. Nie trzeba było więc być ani alfą, ani omegą, by przewidzieć, że bez znajomości tego programu napisanie pracy licencjackiej i magisterskiej albo przeprowadzenie jakichkolwiek badań będzie niemożliwe. Egzamin zbliżał się wielkimi krokami, jednak ona nie popadała w skrajny stres, ponieważ dzięki ofiarnej pomocy Neli SPSS nie miał przed nią żadnych tajemnic.

– Cieniej się nie dało? – zapytała z dezaprobatą mama, zaglądając do foliowej torby, w której lądowały wszelakie obierki.

– Zajmę się kwiatami i praniem. Mam zrobić coś jeszcze? – zapytała od razu, zupełnie nie przejmując się krytyką, gdyż ta po prostu była nieunikniona.

– Nakryj jeszcze do stołu i obejdź mieszkanie, popatrz, czy nie trzeba czegoś ogarnąć. Zrób coś sama z siebie, bo już mam dosyć proszenia cię o wszystko i tego ciągłego dyktowania, co masz zrobić.

Akurat! – pomyślała przekornie, wychodząc z kuchni, by wykazać się inwencją twórczą przy zbieraniu prania i nakrywaniu do stołu, bo innej pracy niż ta, którą palcem wskazała jej mama, organizować sobie nie miała najmniejszego zamiaru.

Ciotka Klara pojawiła się punktualnie, jak zwykle zresztą. Punktualność z pewnością stanowiła jedną z nielicznych jej zalet. Była niezwykle punktualna i tego samego bez wyjątku wymagała od innych, co czyniło z niej jeszcze bardziej trudną we współżyciu istotę.

– A, dzień dobry, dzień dobry, Julio! – usłyszała powitanie, gdy pomagała ciotce zdjąć futro pochodzące z nie wiadomo jakiego zwierza.

Tej „Julii” w ustach ciotki nigdy nie znosiła. Ale cóż było robić, skoro od zawsze dla ciotki była Julią. Nawet jako mała dziewczynka.

– Mróz taki, że można sobie odmrozić stopy. Pan Hrabia to się nawet do drzwi balkonowych nie zbliża, bo chociaż kocem je opatulam u dołu, to i tak od nich zimnem ciągnie. Tylko patrzeć, jak się pochoruję. Ale czuję, że coś ładnie pachnie, bo w tej waszej windzie to odór taki, że wytrzymać nie sposób!

– To czemu schodami nie przyszłaś? – mama zagadnęła ciotkę z kuchni bez żadnych wstępów czy powitania.

– Po schodach to ja tylko u siebie chodzę. Poza tym tłumaczyć ci się nie muszę. Będziesz w moim wieku, to pogadamy, a wiedz, że ci, Heleno, życzę, żebyś w moim wieku moją kondycję miała.

– Już ty się o mnie nie martw na zapas – zagrzmiała mama. Chyba już siostrzyczka zdążyła podnieść jej ciśnienie swoim gadaniem i tonem głosu, bo z kuchni dochodził stukot garnków.

– Twoja matka, Julio, jak zawsze miła, jak zwykle do rany przyłóż – natychmiast podsumowała ciotka Klara.

Macie to we krwi – pomyślała złośliwie, co nie przeszkodziło jej uśmiechać się i udawać zrozumienie dla słów ciotki, która stała już w drzwiach kuchni. To znaczy w miejscu na drzwi, bo drzwi w kuchni nigdy nie było. A raczej nie było ich, odkąd pamięta. Była futryna, były zawiasy, tylko drzwi brakowało.

– Może byś się przywitała ze swoją starszą siostrą? – zasugerowała mamie ciotka w ramach trwającej wciąż wymiany uprzejmości.

– Dzień dobry, starsza siostro – odparła mama, podkreślając z przyjemnością starszeństwo ciotki. – Zapraszam do stołu. Wszystko jest gotowe, chodźmy, bo stygnie.

– Dobrze, bo z głodu umieram. Rano tylko owsiankę na mleku zjadłam, a w kościele do szpiku kości przemarzłam. Czy w tych kościołach to nie mogliby jakoś bardziej nagrzać?! Przecież w taką zimnicę to na oddechy śpiewających chyba liczyć nie można! No tak, po co grzać, skoro ogrzewanie kosztuje. Ale nikogo to nie obchodzi, że później starsze kobiety majątek w aptekach zostawiają. Poza tym w taki mróz to nawet modlitwa o zdrowie skuteczna pewnie nie jest.

Towarzyszyła ciotce, która przy stole oczywiście zajęła miejsce należne gospodarzowi. Jednak wiedząc, że zaraz zostanie wezwana do kuchni, nie rozsiadała się, tylko przycupnęła przy drugim krańcu stołu.

– Ale co tam u ciebie słychać, Julio? W szkole uczysz się czegoś, co ci się w życiu przyda, czy dyrdymały tłuką ci do głowy?

– Bywa różnie. Czasami fajnych rzeczy się uczę, a czasem dyrdymałów – odpowiedziała wymijająco, nie mogąc się doczekać, by mama zaprzęgła ją do roboty.

– Julka, chodź tutaj! Zupę trzeba nosić!

Wstała natychmiast.

– Przepraszam cię, ciociu, na chwilę – starała się udawać dobre maniery, bo ciotka to lubiła i dzięki temu stawała się bardziej znośna.

– Idź, dziecko, idź. Pomagaj matce, bo nie ubywa jej lat, oj, nie ubywa.

Weszła do kuchni, gdy mama skończyła nalewać zupę do talerzy. Zapach kapuśniaku sprawił, że poczuła wilczy głód.

– No, zanieś! – poleciła mama. – Tej marudzie pierwszej – ściszyła głos. – Tylko nie rozlej po drodze!

To mogło okazać się trudne, ponieważ mama nie żałowała zupy i nalewała jej zawsze od serca. Zatem parząc sobie palce, ułożyła dwa talerze na niewielkiej tacy i udawała, że nic się nie rozlewa, wgapiając się w obrazek na tacce, przedstawiający żółte kwiaty na zielonym tle. Obraz właśnie zalał się kwaśną zupą.

– A to co? Kapuśniak? – zaczęła zrzędzić ciotka Klara.

– Kapuśniak, kapuśniak! – krzyknęła z kuchni mama. – Jedz i nie marudź. Na takie zimno to najlepsza zupa. Nie słyszałaś, że kiszonki są zdrowe? Chronią przed grypą. Specjalnie ugotowałam, bo wieczorem do Marianny skoczę. Zaniosę jej, niech zje coś zdrowego i gorącego. Jak wciągnie wieczorem taką michę zupy, to się jutro już na pewno lepiej poczuje. Chociaż to nie grypa ją dopadła, to i tak jakaś taka słabowita wydaje się ostatnio.

– Bo się nigdy odpowiednio ubrać nie potrafi. Zawsze fircykuje z ubraniami, to teraz ma za swoje – zdolność do empatii nigdy nie była mocną stroną ciotki. – To już nie te czasy, kiedy młodość ją grzała. Ubierać się ciepło trzeba, a nie podfruwajkę udawać! Taka stara, a taka głupia!

Nie odzywała się, bo z ciotką Klarą lepiej było nie wchodzić w dyskusję. Ciotka nie umiała współczuć w chorobie, ponieważ sama udawała wiele różnych dolegliwości, choć była zdrowa jak rydz. Nic dziwnego, przecież złego diabli nie biorą.

– Lepiej daj już spokój – mama skarciła ciotkę, siadając przy stole. – Ledwo z kościoła wyszłaś, a już obmawiasz innych? Lepiej powiedz, czy zupa ci smakuje.

Mama domagała się komplementów i miała ku temu podstawy, bo kapuśniak był wyborny.

– Dobra, dobra… Całkiem dobra… – przyznała trochę na odczepnego ciotka. – Ale jutro będzie na pewno lepsza, bo kapuśniak, żeby dobry był, musi postać, przegryźć się, bo taki świeży, prosto z gara, to jeszcze nie to.

Zerkając na ciotkę, jadła zupę z apetytem. Nie przerywając pałaszowania, z uwagą obserwowała ten pokazowy popis siostrzanej miłości i cieszyła się w duchu, że ją i Justynę łączyła zgoła inna relacja.

– Nie bój się, nie bój… Dostaniesz słoik zupy na jutro – mama umiejętnie zamknęła usta ciotce Klarze.

– Ależ o co ci chodzi?! – ciotka obruszyła się na niby. – Ja wcale nie dlatego… Zresztą pewna nie jestem, czy mnie zgaga po tym kapuśniaku nie będzie męczyła. Bo to jednak kwas, jakby nie patrzeć. A jeszcze jak na drugie jakieś smażone wymyśliłaś, to już zgagę mam murowaną. To pewne jak amen w pacierzu.

Największą zgagą to jesteś ty! – krzyknęła w duchu, dając upust wzbierającym w niej negatywnym emocjom, co nie przeszkadzało jej żwawo wciągać zupę, ponieważ jej akurat zgaga nie groziła. A kapuśniak był wyśmienity.

– A co ty, Julio, tak zamilkłaś? Jak mała byłaś, to buzia ci się nie zamykała. A teraz cicha, rozmarzona jakaś, może się w kimś podkochujesz?

– Dałby Bóg! – mama ochoczo podchwyciła temat, który niezależnie od okazji wyciągała jak asa z rękawa zawsze miła i dyskretna ciotunia Klarunia.

– Nie mam czasu na takie bzdury – palnęła i odłożyła łyżkę na stół, specjalnie robiąc przy tym hałas.

– Julio! Akurat na to czasu wiele nie potrzeba – ciągnęła temat ciotka Klara.

Znawczyni się znalazła! – prychnęła w duchu, zastanawiając się, czy nadejdą takie czasy, że każdą swą myśl rzuci ciotce prosto w twarz.

– Bo wiesz, Julio, twoja siostra w twoim wieku…

– Wiem, wiem! – uśmiechnęła się, udając rozbawienie, chociaż do zabawowego nastroju było jej teraz daleko.

– Idę po drugie danie – mama wstała od stołu. – Julka, jak ciocia skończy, to zanieś do zlewu talerze. Zmyjesz wszystko później.

Skoro tak ładnie prosisz, to czemu nie? Wszystko zmyję później.

Takie myśli pozwalały jej zachować normalność. Nie mogła pogodzić się nie z tym, że była rodzinną pomywaczką. Nie mieściło jej się w głowie, że mama za każdym razem musiała jej o tym przypominać, niezależnie od tego, ile osób bywało na ich rodzinnych niedzielnych obiadkach.

– Tak, tak! Przynoś drugie, bo ja już kończę.

Ciotka Klara nie zważała na niebezpieczeństwo zgagi. Mając przed oczami wizję drugiego dania, przyspieszyła zamaszysty ruch łyżki tak bardzo, że mogła nabawić się kontuzji nadgarstka lub łokcia.

– Całkiem dobra, całkiem dobra… – ciotka skomentowała smak zupy, mówiąc z pełnymi ustami i oddając w jej ręce pusty talerz, gdy na stole mama postawiła okrągły półmisek z dość mocno przypieczonymi kotletami mielonymi.

– O, proszę! Kotlety! – ciotka Klara, nie czekając na zaproszenie do jedzenia, nałożyła sobie na talerz największego mielonego. – O, i marchewka duszona! A to co? Buraków nie dostałaś?!

Obserwowała, jak mama nawet nie stara się zlekceważyć gadki ciotki i bez pardonu rusza do ataku.

– Czy ty mogłabyś chociaż raz w życiu udawać zadowoloną i skupić się na tym, co jest, a nie na tym, czego nie ma? Buraków nie ma! A skoro nie ma, to znaczy, że nie kupiłam! A jeśli nie kupiłam, to znaczy, że były, ale brzydkie. Rozumiesz?! – mama wpatrywała się w ciotkę poirytowana.

– A tobie jak zwykle nic powiedzieć nie można! – ciotka w nosie miała stan irytacji młodszej siostry, zwłaszcza że na talerz nałożyła sobie już wszystko, czym mogła zapchać swe wiecznie paplające bez większego sensu usta.

– Co nie można?! – mama usiłowała mieć ostatnie słowo.

– No pewnie, że nie można! – ciotka, nie zważając na to, że kotlety są smażone, a marchewka to nie buraczki, zajadała się tak, że aż trzęsły się jej uszy, a wraz z nimi dyndały złote kolczyki.

– A tobie można?! – zdenerwowana mama nieproszona nałożyła Julce na talerz kopę ziemniaków, której ta nie miała ochoty zjeść, więc od razu zaprotestowała.

– Mamo! – skrzywiła się, nie odrywając wzroku od ziemniaczanej hałdy na talerzu.

– Bez protestów, jedz! – oberwała natychmiast. – Sesja się zbliża! Musisz jeść! Marchewki sobie dołóż, bo jak nie, to sama to zrobię!

– Mamo… – posłała jej błagalne spojrzenie.

– Jedz, Julio, jedz! Matki słuchaj! Są domy, w których takiego obiadu nie uświadczysz nawet w święta.

Zerknęła na ciotkę Klarę.

Co za stara małpa! Najpierw daje mamie popalić, a potem się podlizuje, udając, że trzyma właśnie jej stronę.

– Przecież jem – odpowiedziała niewzruszona.

Ale musiała ze sobą niezwykle walczyć, by zachować obojętność. Niestety straciła ochotę na jedzenie.

– A co tam u Justyny słychać? Coś dawno jej chłopców nie widziałam. Nawet nie wiem, czy urośli.

Ciotka Klara znów swym zwyczajem dokładała mamie trosk. Przecież wcale nie stęskniła się za dziećmi, których nie znosiła, ponieważ zwykle tak hałasowały, że zagłuszały wszystkie mądrości wygłaszane przez ciotkę. Ciotce chodziło teraz o to, by między wierszami przekazać swojej siostrze komunikat: „córka cię nie odwiedza, pewnie ma jakiś ważny powód, że wolą z dziećmi bywać gdzie indziej”.

Patrzyła na wredny wyraz twarzy ciotki. Jedzenie stanęło jej w gardle. Czuła trudną do opanowania chęć, by wygarnąć ciotce wszystko, co o niej myśli. Nazbierało się tego trochę, nie tylko dziś, ale przez te wszystkie lata. Nawet nie szkoda by jej było poświęcić sporo własnego czasu na takie pranie brudów. Marzyła o tym, aby kiedyś, nie zważając na wiek ciotki, wylać jej w końcu na głowę wiadro zbieranych od dawna pomyj. Nawet nie wiadomo, czy taki zabieg przyniósłby jakikolwiek efekt. Pewnie nie, bo działanie innym na nerwy i wyprowadzanie ich z równowagi było życiową pasją ciotki Klary, bez której nie potrafiłaby normalnie egzystować, choć raczej ciężko nazwać to normalną egzystencją.

– Pewnie, że urośli – mama potrafiła się obronić przed jęzorem ciotki. – Justyna przez nich to pod koniec dnia sama nie wie, jak się nazywa.

Na myśl o wnukach mama wyraźnie się rozpromieniła. Kochała chłopców podwójnie, za siebie i za swojego męża, a ich dziadka, któremu nie było dane doczekać wnuków. Gdyby to zależało od mamy, cały swój czas poświęcałaby Szymkowi i Tymkowi, ale wciąż jeszcze musiała pracować, dlatego chłopcami zajmowała się przede wszystkim Justyna. Na Krzychu specjalnie polegać nie mogła, bo ten albo pracował, albo musiał się uczyć do egzaminów specjalizacyjnych, a że w domu nie miał ku temu odpowiednich warunków, to często wiał z niego do swoich rodziców, gdzie miał cichy kąt i jedzenie podsunięte pod sam nos.

– O matko święta! Jakie teraz te dzieci są rozpuszczone jak dziadowskie bicze! – biadoliła ciotka Klara.

Odezwała się, specjalistka od dzieci!

Zmierzyła ciotkę wzrokiem, a napotkawszy jednocześnie karcące spojrzenie mamy, zaczęła szybciej jeść. Co jednak nie przeszkadzało jej myśleć dalej:

Jak się całe życie kota wychowuje, to niedziwne, że można się do woli wypowiadać w kwestii wychowania akurat dzieci, prawda?!

Po prostu nie potrafiła zrezygnować z własnych myśli, w których regularnie ośmieszała ciotkę Klarę. Sprawiały jej tak niewymowną przyjemność, że chwilami obawiała się, czy na starość nie zacznie dzielić się nimi z otoczeniem. A wtedy będzie przypominać nikogo innego, tylko ciotkę Klarę właśnie.

– Dzieci jak to dzieci – od razu w obronie swych wnuków, żywych sreber, stanęła mama. – Czasami do rany przyłóż, a czasami ocet na ranę. Ale jak brzmi mądre przysłowie: „Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma…

– Smród! – dokończyła z uciechą w głosie i satysfakcją w oku ciotka.

– Nie smród, tylko cud! – zaoponowała mama.

Rodzinny obiad… Niedzielne spotkanie po mszy świętej… Nie ma co…

Coraz bardziej drwiła w myślach. Wiedziała, że jest w stanie wytrzymać jeszcze dużo. Tylko w imię czego? Powinna była skończyć tę udrękę, zamknąć się w pokoju, przysiąść i ostro zakuwać wzorem Neli, która zrezygnowała z obiadu nie dlatego, że dowiedziała się o odwiedzinach ciotki Klary, ale że już od dziś owinięta kocem siedziała na półpiętrze akademika i wtulona w zakurzone żebra kaloryfera bardzo starej daty, zgłębiała tajniki różnych dziedzin psychologii: ogólnej, klinicznej, stresu, penitencjarnej, sądowej czy zeznań świadków. Żałowała, że nie może uczyć się z Nelą, ale z nią przyswajała tylko ten materiał, z którym nie mogła poradzić sobie sama.

– Smakowało? – zapytała mama, zabierając ciotce Klarze sprzed nosa pusty talerz.

– A jakże by mogło nie smakować? Przecież ja w ogóle wybredna nie jestem. Co mi się daje, to jem i nie marudzę. Tak zostałam w domu wychowana.

Ciotka Klara mówiła i patrzyła na swą siostrę takim wzrokiem, jakby ta przed chwilą nakarmiła ją nie świeżo ugotowanym obiadem, tylko bigosem, którego wielka micha tkwiła od kilku dni w lodówce. Bigos był przepyszny, ale ciotka Klara go nie dostała, by nie mogła podsumować kuchennych osiągnięć swej siostry słowami: „Bigos?! A któż to widział, żeby gości bigosem podejmować? Przecież ich nie wypada karmić kapustą wymieszaną z resztkami z całego tygodnia”.

– Kiedyś to były czasy… – ciotka Klara zaczynała urządzać wycieczki w przeszłość.

Jak zwykle robiła wszystko, żeby nie pochwalić obiadu i nie podziękować siostrze za zaproszenie. Dziękowanie nie leżało w naturze ciotki. Całe życie była „urzędniczką na stanowisku w magistracie”, czyli niezależnie od okoliczności to jej należały się podziękowania albo ewentualnie korne prośby, albo kwiaty lub czekoladki, najlepiej te z Pewexu.

– Kiedyś rodzice robili wszystko, żeby dzieci na dobrych ludzi wychować, a teraz dzieci to nic innego jak dodatek do luksusów, któremu czasu poświęcać nie trzeba! Najpierw ludzie dorabiają się majątków, a dopiero później zabierają się za dzieci. No, nie patrz tak na mnie! – ciotka znów skarciła mamę.

A to dlaczego? Bo czekała na jedno „dziękuję” z ust siostry, którego rodzice z pewnością nauczyli małą Klarusię.

– Prawdę mówię! Zabierają się za dzieci, a jak już je mają, to zamiast je uczyć, co jest dobre, to robią wszystko, żeby to im było dobrze. I wyrasta później takie nie wiadomo co. Dalej niż czubka własnego nosa nie widzi. A na starość nie ma się komu zająć rodzicami i innymi starszymi członkami rodziny. A co ja tam mówię: zająć się! Nikt się nawet nie zainteresuje!

Wysłuchiwała bzdur wygadywanych przez ciotkę i wiedziała, że teraz złość staruszki wycelowana była już nie w mamę, ale w nią. Lecz ciotka miała pecha, ponieważ ona w przeciwieństwie do mamy nie miała zamiaru reagować.

– Oj, nie udała się starość Panu Bogu! Oj, nie udała!

Ta to nawet Pana Boga nie oszczędzi!

– Rzeczywiście – jednak się odezwała.

Do tego szczerze się uśmiechnęła, bo zobaczyła po zgorzkniałej minie ciotki, jak ta udaje, że nie zauważa przytyku siostrzenicy, po czym poczęła odpierać atak z delikatnością słonia w składzie porcelany.

– Ty to się, dziecko, lepiej nie wypowiadaj, jak czegoś na własnej skórze nie doświadczyłaś, bo o starości to ty nic nie wiesz, a w tej twojej szkole też nic się na ten temat nie dowiesz, bo gdybyś miała o tym choćby blade pojęcie, to byś się teraz tak głupkowato nie uśmiechała.

Mogła się domyślić, że nie będzie musiała długo czekać, żeby oberwać za kpiący uśmieszek. Wolała nie spoglądać na mamę, by nie dostało jej się jeszcze bardziej, dlatego przybierając skruszony wyraz twarzy, postanowiła zagrać jak zwykle niezbyt rozgarniętą dziewuszkę.

– A co też ciocia wygaduje? Przecież ja się z deseru cieszę. Do głowy by mi nie przyszło, żeby uśmiechać się na myśl o starości. Bo skoro ciocia uważa, że jest straszna, to przecież ciocia wie, z czym to się je. Kto jak kto, ale ciocia to na pewno wie, co mówi, prawda?

Mama, słysząc jej słowa i ton, zwłaszcza ton, chrząknęła, przywołując ją do porządku i każąc po prostu zamknąć dziób. Oczywiście przyszło jej to bez trudu, choćby z tej prostej przyczyny, że już inny dziób kłapał bez opamiętania.

– No i co tam na ten deser zrobiłyście? Mam nadzieję, że jakieś ciasto bez zakalca, bo jak zakalec jest, to jadła niestety nie będę. Pamiętacie, co mi się stało, jak mnie latem drożdżowym zakalcem uraczyłyście? Pamiętacie jeszcze?

Jeden… dwa… trzy… cztery…

Odliczała w myślach, ponieważ ochota na to, by z ciasta marchewkowego, które wyrosło wzorcowo w okrągłej blaszce, zrobić ciotce najpierw kapelusz, a zaraz potem barokowy kołnierz, wciąż przybierała na sile. Ciasto drożdżowe mamy nigdy nie miało zakalca. Za każdym razem wychodziło udane i rzucało wszystkich na kolana. Jednak tylko ciotka Klara, dobrze wychowana panna, która na starość została już tylko panną, miała tendencję do przejadania się nim bez opamiętania, tak że jej żołądek tego nie wytrzymywał.

– Bardzo proszę – mama postawiła na stole okrągłe ciasto marchewkowe przybrane migdałami przyklejonymi do cienkiej warstwy serka mascarpone, do którego dla złamania smaku zakradła się odrobina cynamonu i imbiru.

– O Chryste Panie! A co to, za przeproszeniem, jest?! – ciotka Klara nie kryła niezadowolenia.

– Ciasto marchewkowe – poinformowała ciotkę mama, starając się zachować spokój.

– To akurat widzę – fuknęła wrednie ciotka. – Na drugie marchewka, na deser marchewka. Widocznie promocja w sklepie była, ale oczywiście nie marudzę i staram się to zrozumieć.

Łaskawa monarchini, prawda? – pomyślała, uśmiechając się do ciotki i tym razem bardzo żałując, że ze względu na mamę nie może pozwolić sobie, by wypowiedzieć na głos swoje przemyślenia i zrobić ciotce żabot z ciasta.

– Ja się pytam: co to jest?! – ciotka swoim starym, trzęsącym się paluchem dotknęła migdała, wciskając go mocno w pierzynkę z mascarpone z cynamonowo-imbirową nutą.

– To są migdały – wytłumaczyła coraz bardziej zrzędliwej siostrze mama.

– To od razu mi je powyjmuj. Przecież ja na tym zęby sobie połamię! A jeśliby nawet nie, to mi pod protezę wejdzie. Takie rarytasy to nie na moją szczękę. Czy ty, Heleno, zanim coś robisz, to mogłabyś czasami chociaż trochę o mnie pomyśleć?

Nie wytrzymam tego dłużej!

Musiała wyjść, żeby nie doszło do rękoczynów. Więcej naprawdę mogła nie wytrzymać. Żeby nie wygarnąć tej starej raszpli, musiała znaleźć się daleko stąd.

– Ja za deser dziękuję!

Z łoskotem odłożyła sztućce na pusty talerz, mimo że ciasto marchewkowe mamy z odrobiną rozgrzewającego imbiru w połączeniu z kawą, zwłaszcza zimą, było czymś, o czym marzyła, zanim zasiądzie do nauki przed sesją. Jednak wyobraźnia podsuwała jej teraz widok migdałów wchodzących pod protezę ciotki. Tego było już za wiele. Deser w towarzystwie ciotki mogłaby okupić niebezpiecznymi torsjami, a w rezultacie śmiertelnym zadławieniem. Nie mogła do tego dopuścić, bo bardzo chciała przecież dożyć starości z rodziną u boku, by udowodnić całemu światu, że staruszki mogą być też miłe, pomocne i odlotowe.

Gdy zamknęła się w pokoju i oddała nauce, rozmowa zza ściany przestała dla niej istnieć. Podobnie jak czas, który płynął jak zwykle, z tą tylko różnicą, że przestała go kontrolować.

Z pokoju wyszła tylko na moment poproszona przez mamę, by ucałować nabożnie ciotkę Klarę i powiedzieć, jak bardzo jej przykro, że ta musi je już opuścić. Potem wróciła do siebie z ulgą, by przy wkuwaniu fachowej literatury pochłaniać kolejne kawałki ciasta marchewkowego i popijać je kawą doskonale komponującą się z migdałowym aromatem. Po obiedzie uczyła się, nie robiąc sobie żadnych przerw. Nawet czerpała przyjemność z tej nauki, gdyż nie spodziewała się przyswajać niezbędną do egzaminu wiedzę z taką łatwością. Lubiła się uczyć. Szczególnie tego, co ją interesowało. Często czuła, że pewne dziedziny wiedzy z pewnością przydadzą jej się w pracy zawodowej.

Mama uchyliła drzwi jej pokoju i włączyła górne światło, na pewno dochodząc do wniosku, że jak tak dalej pójdzie, to jej najmłodsze dziecko oślepnie nad książkami.

– Nie masz dosyć? – zapytała, jak na nią bardzo empatycznie.

– A co? – odparła, wyczuwając w głosie mamy jeszcze niewypowiedzianą prośbę.

– Ciotka mnie wykończyła… – mama szeptała, wiedząc, że może zdrowie ciotki Klary szwankowało, ale słuch miała doskonały. – I tak sobie pomyślałam, czy…

– Spoko! – uśmiechnęła się i odgadła prośbę mamy. – Odprowadzę ją. Nawet dobrze mi to zrobi, bo przewietrzę się trochę i odkażę ten jad na mrozie – zażartowała, mając sporo uznania dla psychicznej odporności mamy.

– To super – szczerze ucieszyła się mama. – A podeszłabyś jeszcze do swojej matki chrzestnej, żeby zanieść jej trochę jedzenia?

– Podejdę – odpowiedziała z uśmiechem.

Pomyślała, że za każdym razem, gdy miały nieprzyjemność goszczenia ciotki Klary, a zdarzało się to na ich nieszczęście coraz częściej wraz z tym, jak ciotce przybywało lat, to plusem tej mordęgi było to, że stawały się wtedy z mamą dla siebie milsze niż zwykle i rozumiały się trochę lepiej.

Miała mnóstwo zastrzeżeń do matczynego charakteru. Jednak w porównaniu z ciotką Klarą mama była wzorem godnym naśladowania. Poza tym fizyczne podobieństwo obu kobiet uzmysławiało jej, że tym bardziej należy cieszyć się z tego, iż przynajmniej pod względem usposobienia i osobowości siostry nie są do siebie podobne. Matce naturze, dzięki Bogu, udało się trochę namieszać i mama mimo wszystko była bardzo udana. Co prawda nie tak udana jak ciotka Marianna, ale przecież w życiu nie można mieć wszystkiego, bo życie człowieka ma miejsce na ziemi, a nie w raju…

– A to ty, Juleczko… – ciotka Marianna uchyliła szerzej drzwi, a w oczach na jej widok zagościła radość.

Uśmiechała się już od progu, ponieważ tembr głosu ciotki wskazywał na to, że podczas tej wizyty nie będzie miejsca na marudzenie czy przykrości. Fakt ten cieszył ją niezmiernie, bo jakieś dwadzieścia minut temu z wielką ulgą pożegnała się z nieznośną marudą, o której mama w chwilach złości zwykła mówić: „nawet gdyby jej tyłek miodem posmarować, to nie dogodzisz!”. Mama miewała czasem rację. Nie tylko czasem…

– Tak, to ja, ciociu – uśmiechnęła się, szczerze ciesząc się na widok ciotki Marianny w dość dobrej kondycji.

Co prawda delikatna i drobna postać, którą miała przed sobą, okutana w wełniany pled w kolorze dojrzałych brzoskwiń, była trochę blada na twarzy, ale ciotka Marianna zawsze była ciut bledsza od wszystkich, którzy ją otaczali. Odkąd pamiętała ciotkę, ta miała bardzo jasną karnację i siwe włosy. Przypominała sobie jak przez mgłę, że dawniej siwym włosom towarzyszyły też kruczoczarne. Jednak już od pewnego czasu włosy na głowie ciotki Marianny były całkiem białe, przez co wyglądała na osobę starszą niż w rzeczywistości.

– Wejdź, dziecko, wejdź – zapraszała ją do środka ciotka. – Ale przytulanie mnie odradzam, bo co prawda od wczoraj gorączki już nie mam, jednak wciąż brzydko pokasłuję.

Zrobiła krok przed siebie i znalazła się w świecie ciotki Marianny. Panował w nim spokój, porządek i ład. Stare lampy stojące na miedzianych cienkich nogach rozświetlały mieszkanie, ukazując wnętrza wypełnione pamiątkami z miejsc, które każdy człowiek powinien odwiedzić. Wśród tych bibelotów, na których chyba wyjątkowo nie osadzał się kurz, stały fotografie, książki i kwiaty. Ciotka Marianna zgromadziła w mieszkaniu mnóstwo różnych przedmiotów, ale mimo to jego przestrzeń nie przypominała graciarni, tylko bardzo dobrze przemyślane i zaaranżowane wnętrze. Lubiła w nim przebywać, bo mieszkanie ciotki emanowało spokojem, który w zestawieniu z dobrodusznością właścicielki napawał ją zawsze optymizmem i wiarą w lepsze jutro.

– Proszę, ciociu – wskazała wzrokiem na ciążącą jej już dość mocno siatkę w dłoni. – Oto smakowita przesyłka od twojej młodszej siostry Heleny. Kapuśniak, ziemniaki, mielone i duszona marchewka, a na deser ciasto marchewkowe z dodatkiem imbiru, który na pewno dobrze ci zrobi. Wszystko palce lizać – reklamowała, jak umiała.

– Dziękuję, ale z twojej mamy to jest dobra kobieta – mówiąc to, ciotka wyciągnęła ręce, chcąc przejąć siatkę pękatą od plastikowych pojemników.

– Ciociu, nie! – zaprotestowała. – To jest bardzo ciężkie, ja zaniosę.

Postawiła siatkę na podłodze przedpokoju ciotki i rozebrała się z grubej kurtki. Najbardziej cieszyła się z tego, że pozbyła się kozaków, ponieważ dzięki temu jej stopy mogły szybciej odtajać w ciepłym mieszkaniu ciotki, bowiem wieczór był mroźny, wietrzny i bardzo nieżyczliwy dla spacerowiczów. Wniosła siatkę do kuchni ciotki i postawiła ją na stole.

– Co grzejemy najpierw? – zapytała od razu. – Zupa czy drugie danie?

– Kapuśniak – rozpromieniła się ciotka. – Drugie zostanie na jutro.

– W tym? – wskazała na mały rondelek stojący na kuchence gazowej.

Ciotka skinęła głową. Nawet nie usiłowała udawać, że chce sama zagrzać sobie zupę, ponieważ wiedziała, że „jej Juleczka” bardzo lubi dla niej kucharzyć.

W istocie, bardzo lubiła krzątać się w kuchni ciotki Marianny. Tu wszystko miała pod ręką. Było tu cicho i przytulnie. A co najważniejsze, nikt nie ośmielał się zwracać jej uwagi ani komentować z powątpiewaniem jej umiejętności. Kapuśniak szybko zaczął pyrkotać na gazie, pachnąc przy tym oszałamiająco smacznie.

– Jak się czujesz, ciociu? – zapytała, stawiając miseczkę przed uśmiechającą się to na jej widok, to na widok smakowitej zupy siwowłosą damą.

– Stosownie do wieku się czuję, Juleczko – dama odpowiedziała wymijająco.

– To znaczy dobrze? – zapytała, bo wolała się upewnić.

– Jak to w życiu, dziecko. Raz lepiej, raz gorzej, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby narzekać na starość, bo skoro byłam już młoda, to i dobrze, że starość się też przydarzyła. Modlę się codziennie, oby tak dalej, oby nie gorzej, moja kochana Juleczko.

O ile imię „Julia” w ustach ciotki Klary ją irytowało, o tyle „Juleczka” słyszane od ciotki Marianny sprawiało, że robiło jej się ciepło na sercu. Nawet w tak mroźny wieczór jak dzisiaj.

– Ale pyszne – ciotka promieniała, jedząc kapuśniak. – Twoja mama w kuchni potrafi czynić cuda.

– Przynajmniej w kuchni – odrzekła automatycznie i od razu pożałowała swych słów, gdyż nie zabrzmiały zbyt przyjemnie, ale w obecności ciotki nie musiała aż tak bardzo trzymać na wodzy swych myśli.

– Juleczko, bądź dla niej wyrozumiała. Dużo w życiu przeszła. Poza tym każdy z nas ma coś za uszami. Ale nie każdy potrafi się tak doskonale troszczyć o rodzinę jak twoja mama.

– To prawda – przyznała ciotce rację, bo ta w przeciwieństwie do swych sióstr często miewała rację, chociaż nigdy się o nią nie wykłócała.

– A co tam u ciebie? Sesja za pasem.

Ciotka pracowała tyle lat na uczelni, więc nie zapomniała, że styczeń i początek lutego to dla studentów czas nie tylko radowania się z karnawałowego szaleństwa.

– Już w piątek pierwszy egzamin – westchnęła ciężko, unikając wpadania w histerię.

– Ale już bez zajęć na uczelni – mówiąc to, ciotka uśmiechnęła się, ponieważ zawsze starała się odnaleźć jasną stronę nawet w ciemnych barwach codziennych trosk.

– Całe szczęście – również się uśmiechnęła.

– To od jutra nie wychodzisz z domu? – zapytała ciotka, doskonale znając jej przyzwyczajenia przed sesją.

– Jutro jeszcze tak, bo idę do szpitala, ale już od wtorku siedzę w domu i zakuwam bez przerwy. Piątkowe sprzątanie ogarnę dopiero po egzaminie.

– Nie będziesz zmęczona? – zapytała ciotka z troską w głosie.

– Będę, ale inaczej. Sprzątanie akurat dobrze mi zrobi – uśmiechnęła się, wiedząc, że się nie myli.

– A co tam słychać w szpitalu? Dajesz radę?

– Teraz już tak – odparła szczerze, przypominając sobie bardzo trudne początki.

– Jestem z ciebie dumna – ciotka spojrzała na nią i to wystarczyło, by zrozumiały się doskonale bez słów. – Jestem pewna, że możesz wiele dać tym dzieciom…

– Często myślę, że to ja więcej wynoszę z tych spotkań. Bardzo mi pomagają.

– Bo w życiu tak jest – ciotka uśmiechnęła się dobrotliwie. – Ludzie są jak naczynia połączone. Jednemu ubywa, drugiemu przybywa, a w ogólnym rozrachunku i tak wszyscy mamy po równo. W przyrodzie też nic nie ginie, tylko zmienia właściciela – ciotka Marianna wykładała swoją filozofię życiową mocno osadzoną w biologicznym rytmie świata. – To co jutro planujesz robić w szpitalu?

– To zależy od tego, czego będzie potrzeba. Na pewno poczytam małemu Michasiowi, jest bardzo chory… Fajny, to taki mały dorosły. Patrzy na ciebie, a ty się boisz, że on już wie i zna każdą twoją myśl. Zaczynasz mu czytać i dopóki się nie odezwie, to można go wziąć za dorosłego, bo patrzy na ciebie z taką mądrością. Ale gdy już odważy się o coś spytać, to wiadomo, że wciąż jest dzieckiem, tylko o inteligentnym spojrzeniu dorosłego człowieka.

– A co mu czytasz?

– Zabieram ze sobą kilka żelaznych pozycji. Dzieci lubią Kubusia Puchatka, Bolka i Lolka, trochę starsze lubią Mikołajka… Mam również propozycje bardziej nowoczesne, na przykład historyjki o ludzikach z małych klocków.

– Ale to dla chłopców? – dopytywała z zaciekawieniem ciotka.

– Dla dziewczynek też – wytłumaczyła szybko. – Ciociu, teraz są takie czasy, że najpierw się kręci film dla dzieci, a później wokół niego powstaje cały przemysł zabawkowy, odzieżowy, a nawet spożywczy. Dzieci mogą jeść żelki w kształcie swoich ulubionych bohaterów z bajek.

– Kto by pomyślał, że doczekamy takich czasów, ale to dobrze, że dzieci mają, co chcą. Dzieciństwo to najważniejszy czas w życiu człowieka, bardzo dużo od niego zależy… – mówiąc to, ciotka zamyśliła się.

– Wiesz, ciociu, te dzieci ze szpitala to…

– Wiem, wiem… – ciotka nie pozwoliła jej skończyć.

I dobrze, że to zrobiła, bo ona zupełnie nie miała siły kończyć rozpoczętego zdania. Niestety trochę już się w szpitalu naoglądała, a to, co widziała, mało miało wspólnego z beztroską, która powinna wypełniać dzieciństwo.

– A pamiętasz, Juleczko, co ja ci zawsze czytałam? – ciotka z pewnością zauważyła, że musi zmienić temat, by podnieść ją na duchu i odwrócić uwagę od trudnej tematyki.

– Jakże mogłabym zapomnieć?

– Naprawdę? Pamiętasz? – ciotka zdziwiła się i ucieszyła szczerze.

– No pewnie! Ballady! Moja ulubiona to ta o kapryśnej królewnie, która chciała mieć suknię uszytą z prawdziwych śniegowych gwiazdek – pamiętała swą ulubioną balladę, i to ze szczegółami.

– Zawsze chciałaś, żebym czytała ci tę samą balladę. Zresztą każde z was miało swą ulubioną. Justynka najbardziej lubiła tę o królewiczu zwanym Baryłką, a Janek o roztrzepanym rycerzu. Chcieliście słuchać w kółko tylko swojej ulubionej, żadnej innej.

Widziała, jak ogromną radość sprawiały ciotce te wspomnienia. Nie zdziwiło jej to wcale. Ją również bardzo cieszyły.

– A ty, ciociu, też masz swoją ulubioną balladę? – zapytała z ciekawością.

– Oczywiście, że mam – ciotka rozpromieniła się już któryś raz tego wieczoru.

– To może tym razem to ja ci ją przeczytam – zaproponowała.

– Pod jednym warunkiem – ciotka zrobiła się zagadkowa.

– Jakim? – dla ciotki Marianny była gotowa przyjąć każdy warunek.

– Że najpierw zaparzymy sobie melisy, a później zjemy po kawałku ciasta twojej mamy a mojej siostry i dopiero później oddamy się lekturze.

– W porządku, akceptuję plan – poderwała się od stołu. – Melisa jest tu gdzie zwykle? – zapytała.

– Stare osoby nie lubią zmian – odparła ciotka.

– Ciociu, jakie stare? – obruszyła się i wyjęła z kuchennej szafki metalową puszkę z namalowanym na wieczku słońcem, w której od zawsze ciotka przechowywała saszetki pachnące melisą.

Zapaliła gaz pod małym czajnikiem.

– Ale urosłaś od czasów, gdy czytałam ci Balladę o kapryśnej królewnie.

– Ale chyba za bardzo się nie zmieniłam?

– Wcale, dlatego wciąż za tobą przepadam. Coś ci powiem, tylko w tajemnicy. Nie mów tego nikomu – poprosiła ciotka niby w żartach, a jednak bardzo serio.

– Nie puszczę pary z ust – obiecała uroczyście.

– Jesteś moim ulubionym siostrzyniątkiem – przyznała ciotka.

Słysząc te słowa, poczuła się tak beztrosko, jakby czasy dzieciństwa wróciły nie tylko na chwilę, ale na zawsze.

– Na pewno nikomu nic nie powiem – uśmiechnęła się, zmywając talerz ciotki po zupie.

Gdy odwróciła się, ciotki nie było już w kuchni. Pewnie ruszyła na poszukiwanie książki. Jej okładkę pamiętała od zawsze i to z pewnością dlatego, że właśnie bohaterka jej ulubionej ballady była na niej przedstawiona.

– Już jestem. Patrz, co mam – ciotka trzymała książkę z balladami.

– To ty, ciociu, jedz, a ja będę czytała – zaproponowała, wyjmując egzemplarz z dłoni ciotki.

– A może jak za dawnych czasów… – ciotka chyba miała wielką ochotę wrócić do dawnych czasów.

– Nie – sprzeciwiła się ciotce, chyba pierwszy raz w życiu. – Dzisiaj ja ci poczytam. Tylko zdradź mi, proszę, tytuł swojej ulubionej ballady.

– Ballada o złym czarowniku – bez wahania powiedziała ciotka.

Natychmiast odszukała ulubiony utwór ciotki w spisie treści, była na samym jego końcu. Ciotka zaczęła jeść, a ona czytać. Czytała powoli i wyraźnie, tak samo jak kiedyś robiła to ciotka. Tak jak czyniła to w szpitalu co poniedziałek.

Ballada o złym czarowniku *

Na szklanej górze,

takiej wysokiej,

że trudno było ją

zmierzyć.

Na szczycie,

gdzie już nie sięgniesz okiem,

żył

zły czarownik

na wieży.

Na wieżę

schody wiodły kręcone,

a miały tysiąc dwa stopnie.

Kiedy czarownik szedł,

wtedy one

trzeszczały pod nim

okropnie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Wiera Badalska, Ballada o złym czarowniku, w: taż, Ballady, Warszawa 1975.

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

PANCZAKIEWICZ ART DESIGN www.panczakiewicz.pl

Fotografia na okładce

© Anna Mutwil/arcangel-images.com

W powieści wykorzystano utwór pt. Ballada o złym czarowniku autorstwa Wiery Badalskiej

© by Małgorzata Majewska-Woźniak

Opieka redakcyjna

Anna Rucińska-Barnaś

Redakcja

Monika Skowron

Korekta

Małgorzata Biernacka

Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Anna Ficner-Ogonowska

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-240-4082-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czas pokaże Zgoda na szczęście Szczęście w cichą noc 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy