Piechniczek

Piechniczek

Autorzy: Paweł Czado Beata Żurek

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 44.99 zł

cena od: 27.84 zł

ENTLICZEK, PENTLICZEK, CO ZROBI PIECHNICZEK?

Mundial 1982, Hiszpania. Polacy zremisowali swoje mecze z Włochami i Kamerunem. Żeby grać dalej, muszą wygrać z Peru. Tuż przed meczem żona przekazuje trenerowi polskiej reprezentacji prośbę swojego brata, który pracował w Hucie Batory: – Antek! Ludzie w hucie mówią, żebyś zdjął garnitur i na mecz przebrał się w dres. Garnitur przynosi pecha. Jak założysz dres, na pewno będzie lepiej.

Piechniczek: – Posłuchałem i pomogło!

Polacy wygrali 5:1, a ostatecznie zajęli w mistrzostwach trzecie miejsce. Antoni Piechniczek aż do ostatniego meczu nosił wyłącznie dresy.

Fragment książki

NIEZNANE KULISY OSTATNIEGO JAK DOTĄD WIELKIEGO SUKCESU POLSKIEJ REPREZENTACJI I OPOWIEŚĆ O NIEZWYKŁYM ŻYCIU CHŁOPAKA ZE ŚLĄSKA, KTÓREGO W 1982 ROKU CHCIAŁA NOSIĆ NA RĘKACH CAŁA POLSKA. 

Grzegorz Lato:

Wielu kibiców uważa, że medal z 1974 roku jest ważniejszy od tego z 1982 roku. To bzdura. Dla mnie obydwa medale są równie wartościowe, Górski i Piechniczek też są na równi. Owszem, w drużynie z 1974 roku może było więcej gwiazd. Ale to Antoni Piechniczek połączył generację, która odchodziła, z młodszym pokoleniem utalentowanych zawodników. Może momentami szlag go trafiał, bo różne jaja robiliśmy, ale nieraz zaciskał zęby. Dobrze, że to przetrzymał, bo banda była z nas rzadka – i do tańca, i do różańca.

Władysław Żmuda:

Porównanie Antoniego Piechniczka do Kazimierza Górskiego? Dwa zupełnie różne charaktery, dwie różne osobowości. Piechniczek zdobył ten sam medal co Górski. Jednego i drugiego trzeba docenić. Piechniczka także za to, że w tak trudnych warunkach politycznych osiągnął taki sukces.

Paweł Czado

urodzony w Katowicach. Uważa to miasto za najwspanialsze na świecie zaraz po Paryżu i Rio de Janeiro. W dziale sportowym katowickiej „Gazety Wyborczej" od 1993 roku, od 2000 roku szef działu. Ukończył Uniwersytet Śląski. Interesuje się m.in. piłką nożną i jej historią – napisał na ten temat kilka książek. Współautor głośnego cyklu tekstów o korupcji w polskim futbolu. Ojciec Radka.

Beata Żurek

urodzona w Pszczynie i nigdzie poza Ziemią Pszczyńską dłużej nie mieszkała. Najlepiej odpoczywa w Katalonii. Pracę w „Gazecie Wyborczej” rozpoczęła w 1992 roku, była odpowiedzialna za wiele projektów. Od 2012 roku jest zastępcą redaktora naczelnego katowickiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Z wykształcenia politolog, jest absolwentką Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Szczęśliwa żona i mama Agnieszki. 

WARSZAWA 2015

Redakcja: Dariusz Kortko

Korekta: Teresa Kruszona

Konsultacja: Grzegorz Kaczmarzyk

Fotoedytor: Katarzyna Stańczuk

Projekt graficzny okładki, makiety, skład i łamanie oraz przygotowanie zdjęć do druku:

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce: Maciej Billewicz/CAF/PAP

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny Paweł Goźliński

Koordynacja projektu Katarzyna Kubicka

© Copyright by Agora SA, 2015

© Copyright by Paweł Czado & Beata Żurek 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2015

ISBN: 978-832-681-793-9 (epub); 978-832-681-794-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

S P I S T R E Ś C I

Wstęp

ROZDZIAŁ 1. Miód na serce narodu

ROZDZIAŁ 2. Za bajtla

ROZDZIAŁ 3. Z Lipin do Legii

ROZDZIAŁ 4. Niebieski

ROZDZIAŁ 5. Trener

ROZDZIAŁ 6. Selekcjoner

ROZDZIAŁ 7. Atak na mistrzostwa Europy

ROZDZIAŁ 8. Meksyk

ROZDZIAŁ 9. Górnik

ROZDZIAŁ 10. Ziemia arabska

ROZDZIAŁ 11. Reprezentacja po raz drugi

ROZDZIAŁ 12. Polityka mała i duża

ROZDZIAŁ 13. W PZPN

ROZDZIAŁ 14. Co dalej z naszym futbolem

ROZDZIAŁ 15. Wisła

Od autorów

Aneks I

Aneks II

Aneks III

Aneks IV

Aneks V

Aneks VI

Bibliografia

Wstęp

11 grudnia 1985 roku. Adana, prowincjonalne tureckie miasto blisko granicy z Syrią.

Reprezentacja Polski rozgrywa z gospodarzami oficjalny towarzyski mecz międzypaństwowy. Goście atakują. Jeden z tureckich obrońców uderza łokciem w twarz napastnika Andrzeja Zgutczyńskiego. Polski piłkarz upada na murawę, turecki sędzia Talat Tokat nie reaguje. Gra toczy się dalej, ale tylko przez chwilę. Polski trener gwałtownie zrywa się z ławki rezerwowych, wbiega na boisko i wślizgiem wchodzi w przeciwnika. Zabiera mu piłkę i przerywa akcję. Tumult, ale wściekły szkoleniowiec na nic nie zważa.

– A co tam wcześniej było?! – krzyczy.

Polscy piłkarze w szoku. – Nasz szkoleniowiec zawsze gwałtownie reagował na niesprawiedliwość. Ale to, co zdarzyło się w Turcji, było niezwykłe – mówi Waldemar Matysik, który grał w tamtym meczu i wciąż opowiada o tym drżącym głosem.

Tym trenerem był Antoni Piechniczek. Człowiek, który zapisał się w historii polskiego futbolu. Jako jedyny szkoleniowiec zdobył z Biało-Czerwonymi awans do dwóch mundiali, a w jednym z nich poważnie namieszał.

O nim jest ta opowieść.

Trening reprezentacji Polski. Dyryguje Antoni Piechniczek. Za nim Stefan Majewski, przed nim Roman Wójcicki. Na pierwszym planie w parze trenują Janusz Kupcewicz i Włodzimierz Ciołek.

R O Z D Z I A Ł 1.

Miód na serce narodu

(1982)

„W 1982 roku Polska była bliżej zdobycia mistrzostwa świata niż w 1974”. Rzesze kibiców uważają, że jedenastka Kazimierza Górskiego powinna być odesłana do Sèvres jako wzorzec piłkarskiego ideału. Dla nich powyższe zdanie brzmi więc jak herezja. Muszą jednak wziąć pod uwagę to, że w 2015 roku zgodnie wypowiadają je Grzegorz Lato i Władysław Żmuda, a byli przecież na obu tych mundialach i zagrali we wszystkich turniejowych meczach. Opinia świetnych polskich piłkarzy brzmi o tyle nieprawdopodobnie, że żadna inna drużyna nie musiała pokonać aż tylu przeszkód, żadna inna drużyna nie przeżywała tylu kuriozalnych problemów jak ekipa Antoniego Piechniczka. Jego piłkarze zmagali się przed mundialem w Hiszpanii i w jego trakcie z przeciwnościami, które żywcem mogliby przejąć scenarzyści serialu „Alternatywy 4” nagranego zresztą rok później. Atmosfera w Polsce jest fatalna. Od grudnia obowiązuje stan wojenny. Władza nie patyczkuje się z obywatelami, coraz więcej internowanych. Każde połączenie telefoniczne rozpoczyna uprzejmy głos, że rozmowa będzie kontrolowana. 1 lutego 1982 roku ceny artykułów żywnościowych rosną o 241 procent. Ludzie i tak wykupują wszystko. Sklepowe półki są puste, a najłatwiej dostać ocet. Sklepikarze nie przejmują się wyglądem towarów, wcale nie musi być zachęcający. Artykuły spożywcze i przemysłowe sprzedawane są w przypadkowych opakowaniach, wystarczy pieczątka z napisem „etykieta zastępcza”. Dlatego gra naszych piłkarzy na hiszpańskim mundialu ma być miodem na serce umęczonego narodu.

Ale piłkarze też łatwo nie mają. Po ponad trzydziestu latach naprawdę trudno uwierzyć w to, w jaki sposób reprezentacja Polski przedzierała się do sukcesu w 1982 roku. Przygody piłkarzy na turnieju w Hiszpanii nie są jednak satyrą na rzeczywistość w PRL-u. Oddają ducha tamtych czasów, kiedy prowizorka goniła prowizorkę. Sukces drużyny Antoniego Piechniczka można porównać do wyścigu, w którym świetny kolarz siada na dziecięcy rower, żeby się ścigać z rywalami dysponującymi najnowszym sprzętem. A jednak daje radę. To zdumiewające, ale wpada na metę w pierwszej trójce...

– Szkoda, że Antoni Piechniczek tak szybko zostawił polski futbol. Gdyby został na stanowisku selekcjonera, na pewno grałbym w piłkę co najmniej trzy lata dłużej – deklaruje dziś Zbigniew Boniek.

„Gdybyśmy mieli taką obronę ze Żmudą i Janasem i takiego bramkarza jak Młynarczyk, bylibyśmy mistrzami świata” – pisze smętnie po hiszpańskich mistrzostwach brazylijski dziennik „O Globo”.

Klepisko na początek

W pierwszej rundzie mundialu Polacy trafiają na Włochy, Peru i Kamerun. W powszechnej opinii Polska ma powalczyć o awans i drugie miejsce w grupie przede wszystkim z reprezentacją Peru. Nastroje są jednak stonowane, hurraoptymizmu nie ma. – Przed mistrzostwami świata nie odczuwałem wielkiej społecznej presji. Ludzie mówili: „Najpierw niech wyjdą z grupy, a potem zobaczymy”. Na pewno nie byliśmy w gronie faworytów – wspomina Andrzej Buncol.

10 czerwca Polacy zostają zakwaterowani w hotelu Porto Cobo w galisyjskiej miejscowości Santa Cruz. Do pierwszego meczu cztery dni. Z początku sielanka: właściciele hotelu, bracia Francisco i Eduardo Caridadowie, zapraszają ekipę na występ folklorystycznego zespołu Los Gaiteirinos. Wydaje się, że o reprezentację zadbano jak należy. Pobudka wyznaczona na godz. 8.30. O godz. 8.45 zawodnicy stają na wadze, a pomiary notują masażyści – Zbigniew Lorek i Zbigniew Korolkiewicz.

O godz. 9 śniadanie, potem piłkarze wychodzą na trening. Szok! Boisko obok hotelu to żałosne klepisko, murawa jest w skandalicznym stanie. Trawy właściwie nie ma, nierówne piaszczysto-gliniaste podłoże jest tylko gdzieniegdzie upstrzone nieregularnymi kępkami zieleni.

– Jak zobaczyłem to boisko, byłem przerażony i zdegustowany. Jak dobrze przygotować zespół do meczu na takiej murawie? – wspomina Antoni Piechniczek.

Trudno uwierzyć, że w takim miejscu mógłby trenować uczestnik mistrzostw świata. Nikt z działaczy tego nie przewidział?! A jednak... Okazuje się, że brak trenera Piechniczka podczas styczniowego rekonesansu w Hiszpanii to poważny błąd piłkarskich działaczy. Pojechali sami, trenera nie zabrali.

Piechniczka rozbawia pierwszy list, który przychodzi do niego na adres w Porto Cobo. To oferta z jakiegoś sklepu numizmatycznego oferującego kupno złotych monet. Piechniczek nie ma złota. Oszczędza na dietach, żeby wysłać widokówki wszystkim, którym obiecał.

Reprezentacja Polski w trakcie prowizorycznego treningu na klepisku w Santa Cruz podczas mundialu w Hiszpanii (czerwiec 1982). Antoni Piechniczek pierwszy z lewej.

– Niedoróbki organizacyjne podczas hiszpańskiego mundialu? O Matko Boska! – łapie się za głowę Grzegorz Lato. – Boisko treningowe było do niczego, musieliśmy na nim ćwiczyć. W 1974 roku w RFN pod tym względem było perfekcyjnie. Rodzina Bofingerów w Murrhardt dbała tam o nas jak o własne dzieci, nigdy tego nie zapomnę – mówi Lato [Albert Bofinger był właścicielem hotelu Sonne Post, w którym byli zakwaterowani Polacy, a boiska treningowe były w idealnym stanie – przyp. aut.].

Zbigniew Boniek: – W Hiszpanii na widok boiska rzeczywiście można się było załamać. Ale my nie płakaliśmy. Urodziliśmy się przecież w komunistycznej Polsce i byliśmy zahartowani. Człowiek był szczęśliwy, że może grać i trenować... Kiedy byłem dzieckiem, rano dostawałem kromkę chleba, a wracałem do domu wieczorem, po pięciu meczach zagranych przed lekcjami, pięciu po lekcjach i po pięciu bójkach na ulicy. Nie byliśmy chowani pod kloszem, nie byliśmy płaczkami.

Działacze w pośpiechu szukają innych miejsc do treningów. Udaje się znaleźć lepsze murawy w niedalekim Courel, a później jeszcze w Vilaboa. Piłkarze trenują tam dwa razy dziennie. Działacze ustalają, że w zamian za udostępnienie obiektu Polacy rozegrają tam mecz kontrolny. Trener nie ma wyjścia, musi na to przystać.

Piłkarze nie marudzą, chcą spełniać marzenia. 21-letni Waldemar Matysik jest podekscytowany. – Muszę się przyznać, że na mundial do Hiszpanii jechałem po... mistrzostwo świata. Naprawdę! Mundial był jak Oksford, a ja bardzo wierzyłem w siebie i w tę drużynę. Dotąd o tym nie mówiłem, bo niektórzy mogliby to źle zrozumieć, ale ja w Hiszpanii chciałem realizować dziecięce marzenia. Właśnie po to ostro trenowałem, biegałem jak szalony. Zawsze byłem bardzo ambitny – wspomina.

Mecz numer 1. Rozbudzone nadzieje

Na przywitanie mundialu mecz w Vigo z najtrudniejszym rywalem w grupie. Włosi są faworytem w każdym turnieju, w którym startują. Z poprzedniego mundialu w 1978 roku wracają z czwartym miejscem. Jedyni pokonują Argentynę – gospodarza i późniejszego mistrza świata.

Przed meczem do kadry docierają plotki z Casa de Baron w Pontevedra, gdzie stacjonują Włosi, że w ekipie Enzo Bearzota są konflikty, panuje kiepska atmosfera. Piechniczek nie daje im wiary.

Mecz kończy się remisem 0:0. Nasi uznają to za dobrą pozycję startową w walce o wyjście z grupy. Obrona spisuje się bezbłędnie. Głównego rozgrywającego rywali Giancarlo Antognoniego neutralizuje Waldemar Matysik (początkowo Piechniczek zastanawia się, czy na jego miejscu w podstawowym składzie nie powinien zagrać Roman Wójcicki). Paweł Janas dobrze pilnuje Marco Tardellego, a Stefan Majewski – Paolo Rossiego.

Antoni Piechniczek: – Po uważnej obserwacji gry Włochów byłem zadowolony z remisu, ale trzeba powiedzieć, że był to remis ze wskazaniem na naszych rywali. Ich przewaga brała się stąd, że wystawiłem jednego defensywnego pomocnika i aż trzech ofensywnych. Teraz uważam, że o jednego za dużo. Zbyszek Boniek powinien był wtedy zagrać w ataku, a zamiast niego w środku pomocy powinien wyjść inny, bardziej defensywny piłkarz, na przykład Stefan Majewski [który wystąpił wtedy na prawej obronie – przyp. aut.]. Skąd się więc wzięło to ofensywne ustawienie? Po pierwsze, bardzo chciałem wygrać na inaugurację, po drugie, pamiętałem nasz bardzo dobry mecz w Argentynie z końcówki 1981 roku. Po tym spotkaniu pomyślałem, że nawet dwadzieścia meczów z różnymi drużynami klubowymi to nie to samo co kilka meczów reprezentacji. Brakowało tego rodzaju spotkań.

Grzegorz Lato: – Remis z Włochami na początek mundialu to był dobry wynik. Mecz kosztował nas dużo zdrowia, graliśmy w słońcu. Po meczu nikt na wynik nie narzekał.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Górnik Zabrze Piechniczek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia