Luis Suarez. Przekraczając granice. Autobiografia

Luis Suarez. Przekraczając granice. Autobiografia

Autorzy: Luis Suárez Peter Jenson Sid Lowe

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.93 zł

"To nie jest tak, że chcę wygrywać. Ja Muszę wygrywać!" Miał siedem lat, kiedy z rodzinnej wsi musiał przenieść się do wielkiego Montevideo. Choć był już chłopcem bez pamięci zakochanym w futbolu, nie przejmował się treningami, co o mało nie doprowadziło do wyrzucenia go z drużyny Nacionalu… Gdyby nie Sofi, którą poznał jako nastolatek, zapewne nie ukończyłby nawet szkoły. A już na pewno nie zostałby sławnym piłkarzem. To właśnie za przyszłą żoną wyjechał do Europy, to dzięki niej stał się gwiazdą Ajaksu, Liverpoolu i FC Barcelony. Dlaczego Marco van Basten próbował zrobić z niego van Gogha? Jak yerba mate pomogła mu zaaklimatyzować się na Camp Nou? Co czuł, gdy wybijał ręką lecącą do bramki piłkę w ćwierćfinale mundialu, i wreszcie – dlaczego ugryzł Ivanovicia i Chielliniego? W tej książce Luis Suárez po raz pierwszy szczerze opowiada o swojej niezwykłej karierze. Mówi o tym, jak z ulicznego dzieciaka stał się jednym z najskuteczniejszych napastników świata. I tłumaczy, że to nieustępliwy charakter doprowadza go do przekraczania granic. Nie tylko tych piłkarskich…

Dla Sofi, Delfi i Benja.

Kocham Was

WPROWADZENIE:

NA KRAWĘDZI

Gdy tylko to się stało, wiedziałem, co się święci.

Kiedy Godín trafił do siatki, krzyknąłem: „Gol!”, ale wewnątrz jakby wszystko we mnie umarło. Byłem szczęśliwy, że zdobyliśmy tę bramkę, cieszyłem się, że daje nam awans, ale jednocześnie pragnąłem wyłączyć myślenie. Chciałem wymazać ze świadomości to, co zrobiłem przed chwilą, i rychłe tego konsekwencje.

Już wtedy zdawałem sobie sprawę, że zawiodłem mnóstwo ludzi. Mój trener, Óscar Tabárez, „El Maestro”, wszedł do szatni w ponurym nastroju, bo wiedział, co mnie czeka już za moment. Ja tymczasem nie byłem w stanie spojrzeć w oczy ani jemu, ani kolegom z drużyny. Nie miałem pojęcia, jakich użyć słów, żeby ich przeprosić. „Maestro” napomknął, że po meczu dziennikarze już go dopytywali o „incydent”, ale zbył ich, mówiąc, że niczego nie widział.

Kumple z drużyny zaczęli mnie pocieszać: może sytuacja wcale nie wygląda tak źle, może wszystko rozejdzie się po kościach? Ale nie byłem w stanie ich słuchać. Irytowało mnie każde słowo. Wyleciałem z Brazylii dopiero dwa dni później, lecz tak naprawdę już wtedy stałem się nieobecny, czułem, że nie ma tu dla mnie miejsca. Opuściłem mistrzostwa świata dokładnie w tamtym momencie, stojąc w szatni.

Następnego dnia podczas treningu nadal byłem w fazie zaprzeczania rzeczywistości, a co gorsza, nie potrafiłem sprostać konieczności przeproszenia za to wszystko i zaakceptowania faktu, że potrzebuję pomocy. Gdy zajęcia dobiegły końca, „Maestro” zawołał mnie do siebie. Miał dla mnie newsa. „To najgorsza wiadomość, jaką kiedykolwiek musiałem przekazać piłkarzowi”, stwierdził, z trudem wypowiadając każde słowo. Pomyślałem, że zostałem zawieszony na 15, może nawet 20 spotkań, ale on w końcu wyrzucił z siebie: „Dziewięć meczów…”. Nie zabrzmiało aż tak źle, jak się obawiałem. Niestety, to był dopiero początek złych wieści: „I nie możesz postawić nogi na żadnym stadionie. Musisz natychmiast opuścić ośrodek reprezentacji. Nie wolno ci przebywać w pobliżu”.

Chciałem zostać z drużyną i wspierać kolegów. Nawet nie grając, chciałem przydać się na treningach czy we wszystkich drobnych sprawach, w których mógłbym być pomocny. Niestety, w hotelu już czekali przedstawiciele FIFA i menedżer naszej reprezentacji, Eduardo Belza, który poinformował mnie, że muszę opuścić ośrodek tak szybko, jak to możliwe.

Poczułem się potraktowany gorzej niż kryminalista. Można ukarać zawodnika, można go zawiesić, można zabronić mu grać, ale zakazać mu przebywania z kolegami z drużyny?! Zawieszenie na dziewięć spotkań było do zaakceptowania. Lecz odesłanie do domu i zakazanie wejścia na jakikolwiek stadion?! Nie rozpłakałem się tylko dlatego, że kiedy otrzymałem tę wiadomość, stałem obok trenera.

W hotelu drużyna zasiadła do lunchu. Chciałem przemówić do chłopaków, ale nie byłem w stanie. Chciałem im życzyć powodzenia: bądźcie silni, trzymajcie się, walczcie do końca. Jednak nie dałem rady wykrztusić słowa…

Gdyby kara skończyła się na zakazie gry w dziewięciu meczach w reprezentacji Urugwaju – co oznaczało, że ominą mnie aż dwa turnieje i przez aż dwa lata nie będę mógł grać w narodowych barwach – trudno byłoby mi to przełknąć, ale bym to zrozumiał. Ale zakazywać mi gry w Liverpoolu, zwłaszcza że moje wcześniejsze zawieszenia w Anglii nigdy nie przeszkadzały mi występować w reprezentacji? Zabraniać mi oglądać z trybun nawet moich dziewięcioletnich bratanków? Zabraniać wejścia na wszystkie stadiony świata? Zakazywać choćby przebieżki wokół murawy Anfield? Aż do dziś wydaje mi się niewiarygodne, że – nim Trybunał Arbitrażowy nie uchylił tych sankcji – FIFA mogła się zdecydować na aż takie szykany.

Nigdy wcześniej światowa federacja nie ukarała w tak drastyczny sposób żadnego piłkarza. Nawet takich, którzy łamali rywalom nogi lub nosy, jak Mauro Tassotti, który walnął łokciem w twarz Luisa Enrique na mundialu w 1994 roku. Rozmiar mojej kary uzasadniono tym, że „incydent wydarzył się na oczach całego świata”. Zinédine Zidane uderzył z główki Marco Materazziego w finale mistrzostw świata w 2006 roku i dostał za to zawieszenie tylko na trzy spotkania.

Niestety, byłem łatwym celem. I, co ważniejsze, sam dałem powody do takiego potraktowania. Popełniłem błąd. Wina leżała po mojej stronie. Ugryzłem rywala podczas meczu już po raz trzeci w karierze. Zrozumiałem, że muszę popracować nad sobą z właściwymi ludźmi. Zrozumiałem, że potrzebuję profesjonalnej pomocy.

* * *

Po zawieszeniu na dziesięć spotkań w 2013 roku za ugryzienie Branislava Ivanovicia miałem wątpliwości co do podwójnych standardów. Nie wzięto pod uwagę, że przecież właściwie nikt specjalnie nie ucierpiał z mojego powodu. Szkoda, którą wyrządziłem obrońcy Chelsea, była nieporównywalna do tej, jaką może ponieść zawodnik po brutalnym faulu. Angielski futbol często szczyci się tym, że w Premier League rozdaje się najmniej żółtych kartek w Europie. Ale co z tego, skoro sędzia często nie karał kartką piłkarza, który prawie urwał rywalowi nogę?! Dopiero wtedy, kiedy Anglicy będą w stanie powiedzieć, że w ich lidze dochodzi do najmniejszej liczby fauli kończących karierę zawodnika, będzie to jakiś powód do dumy.

Jestem pewien, że nigdy w życiu nie przyczyniłem się do poważnej kontuzji innego piłkarza. Zdaję sobie sprawę, że gryzienie napawa ludzi przerażeniem i odrazą, ale w gruncie rzeczy jest stosunkowo nieszkodliwe. A przynajmniej te incydenty z moim udziałem takie były. Kiedy na Anfield Ivanović podwinął rękaw, żeby pokazać sędziemu ślad po moich zębach, praktycznie niczego tam nie było. Nigdy niczego nikomu nie odgryzłem, jak Mike Tyson, który wyszarpał kawałek ucha Evanderowi Holyfieldowi.

Nic takiego nigdy nie miało miejsca.

Kiedy w 2010 roku wróciłem do domu po meczu z PSV Eindhoven i zobaczyłem w telewizji powtórki incydentu z ugryzieniem pomocnika rywali, Otmana Bakkala, rozpłakałem się. Dopiero co zostałem ojcem, na świat przyszła moja córeczka Delfina. Myśl, że gdy dorośnie, zobaczy, co wyprawiał jej ojciec, bardzo mnie sfrustrowała. Moja żona, Sofi, która podczas meczu siedziała na trybunach, nie zauważyła incydentu. Dopiero kiedy obejrzała powtórki, zapytała mnie: „Coś ty, do cholery, sobie myślał?”.

Postanowiłem sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

W moim przypadku poziom adrenaliny podczas meczu bywa bardzo wysoki, puls mi szaleje i czasami mózg nie jest w stanie wytrzymać napięcia. Ciśnienie przekracza skalę i nie znajduje ujścia. Byłem wtedy sfrustrowany, bo remisowaliśmy bardzo ważne spotkanie, a mieliśmy za sobą passę kiepskich meczów, która groziła zwolnieniem trenera Martina Jola.

Byłem zły na siebie i na sytuację, w której się znaleźliśmy. Tego dnia pragnąłem wyjątkowo dobrego występu, tymczasem miałem wrażenie, że wszystko, co robię, wychodzi źle. Narastająca frustracja i poczucie, że to z mojej winy nie idzie nam tak, jak powinno, doprowadziły do tego, że przestałem się kontrolować.

Dokładnie to samo zdarzyło się z Ivanoviciem w 2013 roku. Musieliśmy pokonać Chelsea, żeby zachować szanse na grę w Lidze Mistrzów. Do zapewnienia sobie awansu było jeszcze daleko, ale porażka oznaczała, że tracimy wszelkie nadzieje. Miałem fatalny dzień. Przez moje zagranie ręką rywale dostali rzut karny i miałem wrażenie, że wszystko wymyka się nam z rąk. Czułem, że narasta we mnie wściekłość na siebie samego, nieustannie bowiem powtarzałem sobie w duchu: „Jak mogłem być tak niezdarny?” albo „Jak mogłem tego nie trafić?”.

W Brazylii, chwilę przed tym, jak ugryzłem Chielliniego, miałem fantastyczną okazję, żeby strzelić gola na 1:0. Gdybym trafił do siatki, gdyby Buffon nie wybił piłki, wówczas nie doszłoby do tej katastrofy. Do niczego by nie doszło.

Niczego.

Ale nie wykorzystałem okazji.

Ciśnienie gwałtownie wzrasta, cały się gotuję, wrą we mnie strach i gniew: „Odpadniemy, odpadniemy przeze mnie!”. Paraliżujące uczucie. Nie zdajesz sobie wówczas sprawy z wymiaru tego, co robisz albo co możesz zrobić.

Wcale nie usprawiedliwiam tego, co zrobiłem – po prostu staram się wyjaśnić, co się stało. Nadal próbuję sam sobie to wytłumaczyć, by lepiej zrozumieć, co się stało i dlaczego.

Gdy serce uspokaja się po meczu, wtedy łatwo jest spojrzeć wstecz i powiedzieć: „Jak mogłem być tak głupi? Przecież do końca meczu zostało jeszcze 20 minut!”. Ale na boisku, gdy adrenalina buzuje ci w żyłach, a presja wzrasta z każdą minutą, nawet nie jesteś świadomy, ile właściwie zostało do końca. Nic wtedy nie wiesz. Ja myślałem tylko o jednym: „Nie strzeliłem gola, odpadniemy z mistrzostw świata”.

Są piłkarze, którzy na moim miejscu powiedzieliby sobie: „No dobra, odpadniemy z turnieju, ale przecież strzeliłem dwa wspaniałe gole przeciwko Anglii, więc i tak jestem gwiazdą”. Inny poprosiłby o zdjęcie z boiska: „Kolano znów piekielnie mnie boli, strzeliłem dwa gole w poprzednim meczu, więc dałem z siebie wszystko”.

Ale ja tak nie umiem. Zawsze chcę więcej. Bardzo trudno mi to wytłumaczyć. Ile bym osiągnął, nigdy nie mam dosyć. Ciągle pragnę więcej i nie mogę znieść myśli o niepowodzeniu. To nie tak, że chcę wygrywać; ja po prostu muszę wygrywać. Strach przed porażką okrywa wszystko wokół mnie mgłą – nawet rażąco oczywisty fakt, że zawsze są na mnie skierowane tysiące par oczu. Tymczasem zaczynam zachowywać się tak, jakby nikt mnie nie widział. W mojej głowie nagle coś się zamyka. I logiczne myślenie nie może się przedostać do „centrum dowodzenia”.

A ugryzienie to najbardziej nielogiczne posunięcie, na jakie mogę się zdobyć. W meczu przeciwko Chile w 2013 roku rywal chwycił mnie za krocze, na co zareagowałem gwałtownie i przywaliłem mu z piąchy. I nie zostałem ukarany. Zupełnie! Nie zawiesili mnie nawet na jeden mecz. Mój uczynek został odebrany jako zupełnie normalny. I nie szły za tym żadne naciski ze strony mediów czy opinii publicznej.

Kiedy po incydencie z Ivanoviciem w 2013 roku zadzwoniłem do niego, powiedział mi, że policja zwróciła się do niego z pytaniem, czy chce założyć sprawę karną. Odparł, że nie ma takiego zamiaru. Byłem mu za to wdzięczny, bo w przeciwnym razie cały ten cyrk trwałby o wiele dłużej. Walnij kogoś z piąchy i natychmiast ci to zapomną. Dlaczego więc za każdym razem wybieram najbardziej autodestrukcyjne rozwiązanie?

Problem z wyłączaniem się mojego umysłu podczas meczu polega na tym, że tak samo dzieje się wówczas wówczas, gdy robię na boisku coś fantastycznego, gdy idzie mi świetnie, więc – co oczywiste – nie chcę tego stracić. Zdarzało mi się wielokrotnie zdobywać bramki, a potem, po meczu, nie wiedzieć, w jakich okolicznościach padły. W moim stylu gry jest coś takiego, że na boisku zawsze jestem trochę nieprzytomny. Ma to swoje dobre i złe strony. Chciałbym lepiej się kontrolować i pozbyć się tego ryzyka, że w każdej chwili mogę zrobić coś szalonego, ale jednocześnie nie chcę zatracić spontaniczności gry i pozbawić mojego stylu intensywności.

Po historii z Ivanoviciem Liverpool wysłał psychologa sportowego do Barcelony, gdzie przebywałem. Spędziliśmy dwie godziny, próbując dojść do tego, co czułem i co siedziało w mojej głowie w momencie, gdy doszło do incydentu. Zaproponował mi stałą współpracę, zachęcał, żebym odwiedzał go tak często, jak uznam za stosowne, ale odmówiłem. Przede wszystkim obawiałem się, że terapia sprawi, iż stanę się zbyt spokojny i za mało spontaniczny na boisku. Co będzie, jeśli następnym razem, gdy piłka przeleci obok mnie, po prostu odpuszczę, zamiast pognać za nią jak pies? Jestem typem piłkarza, który dałby się zabić, byle tylko nie pozwolić wyjść piłce na aut dla rywali w 90. minucie. Takie mam podejście. I za nic nie chcę go stracić!

Do pewnego stopnia powinno to być zrozumiałe i naturalne, że napastnik przez cały mecz jest rozdrażniony i balansuje na krawędzi. Przez te 90 minut na boisku jego zachowanie bywa niezwykle irytujące. Zdaję sobie sprawę, że słowo „irytujący” może się wydać dziwne, ale moim zdaniem pasuje. Popadam w irytację, kiedy obrońca popycha mnie od tyłu. To zupełnie normalne zachowanie, ponieważ często gram tyłem do bramki, a jednak coś takiego mnie irytuje. Podobnie jak irytuje mnie, gdy marnuję okazję do strzelenia gola. Wszystko potrafi wytrącić mnie z równowagi. Czasami, jeśli moje pierwsze zagrania są udane, wiem, że dobrze to wróży, ale jeśli są złe, wówczas pytam sam siebie: „Co dziś z tobą nie tak?”. I już wtedy wiem, że przy pierwszym starciu z rywalem mogę być nieobliczalny.

Niestety, obrońcy też o tym wiedzą. Gdy w Premier League grałem przeciwko Johnny’emu Heitindze, byłemu obrońcy Ajaksu, a na Wyspach – Evertonu, czy przeciwko Philippe Senderosowi z Fulham, które prowadził Martin Jol, zawsze powtarzał się ten sam scenariusz. Nie minęło pięć minut meczu, a Senderos kopał mnie po kostkach, choć piłka już dawno była gdzie indziej. „Aj, sorki”, mówił. A ja wiedziałem swoje: „Jasne, Martin Jol powiedział ci, jaki ze mnie nerwus, i kazał ci mnie prowokować”.

Częste wybuchy irytacji jest do pewnego stopnia wpisane w ten zawód, powinienem więc być do tego przyzwyczajony. Kiedy jednak rozdrażnienie narasta we mnie z powodu kiepskiego występu w szczególnie ważnym meczu, wówczas mogę mieć z nim problem. W spotkaniu z Chelsea grałem paskudnie. Równie kiepsko szło mi w meczu z PSV, kiedy zdarzył się ten incydent z Bakkalem, a w spotkaniu z Włochami zmarnowałem kilka okazji, co mogło poskutkować wyeliminowaniem drużyny z mistrzostw świata. Za każdym razem poziom mojej irytacji przekroczył wszystkie skale, presja była zbyt wielka i doprowadziła do niekontrolowanej reakcji.

Komuś, kto nie gra w piłkę (albo nigdy nie grał), łatwo powiedzieć: „Hej, kolego, nie powinieneś był wówczas stracić nerwów!”. Jednak pod wielką presją jesteś czasem w stanie robić rzeczy, o które nigdy byś się nie podejrzewał: jesz mniej, jesz więcej, zachowujesz się inaczej. Zdarzały mi się mecze, po których mówiłem sobie: „Dlaczego czuję aż tak wielką presję, skoro nigdy w życiu nie pragnąłem niczego innego, niż grać w piłkę i cieszyć się tym?”. Niestety, presja po prostu jest tu stale obecna. A ja nie umiem przesadnie nie dramatyzować przed meczami o wielką stawkę. Chciałbym móc dawać z siebie wszystko, grać najlepiej, jak potrafię, przesądzać o losach spotkania bez konieczności całkowitego spalania się przed meczem i przeżywania go na długie godziny przed pierwszym gwizdkiem.

Pewnie wyda się wam dziwne to, co powiem po trzecim incydencie, ale i tak się poprawiłem. Uspokoiłem się, dojrzałem. Gdy byłem dzieciakiem, raz zawieszono mnie za uderzenie sędziego głową. Przebiegłem 50 metrów, żeby wykłócać się z nim o jakąś decyzję, ukarał mnie za to czerwoną kartką, a ja przywaliłem mu z główki. Naprawdę nie jestem z tego dumny…

Bardzo pomógł mi w życiu związek z Sofi. Zawsze powtarzam, że najlepszego psychologa, z jakim kiedykolwiek rozmawiałem, mam w domu. Ale żona już od dłuższego czasu przekonywała mnie, że ten układ to za mało i powinienem zwrócić się do prawdziwych specjalistów.

Po powrocie do Montevideo, po długich dniach unikania jakichkolwiek rozmów na temat ugryzienia Chielliniego, po dniach życia za zamkniętymi okiennicami, w depresji, po permanentnym odmawianiu zanalizowania tego, co naprawdę było przyczyną incydentu – wybraliśmy się z Sofi na wieś i wreszcie o wszystkim pogadaliśmy. Tam ostatecznie zrozumiałem, co się stało i co powinienem zrobić.

Sofi miała do siebie pretensje, że dotąd nie była wobec mnie wystarczająco stanowcza. Powiedziała: „Czy teraz wreszcie mnie posłuchasz?”. Uznałem, że nie mam alternatywy, i przejąłem inicjatywę.

Zrobiłem rozeznanie i znalazłem właściwych ludzi. Gdybym przebywał wówczas w Liverpoolu, być może zgłosiłbym się do osób, z którymi już rozmawiałem na ten temat. Albo gdyby mój transfer do Barcelony był już dopięty i znalazłbym się na miejscu, może poszukałbym – z pomocą nowego klubu – specjalisty w Hiszpanii. Ale ponieważ właśnie zmieniałem ligę, sam zatroszczyłem się o znalezienie specjalistów. Uważam, że znalazłem właściwych. Terapia to moja bardzo prywatna sprawa, ale mogę powiedzieć, że to, co wspólnie wypracowujemy, pomaga mi zrozumieć, że nie muszę brać na siebie całego ciężaru odpowiedzialności za wynik i za to, co dzieje się na boisku.

Czuję, że cały ten proces bardzo mi pomaga. Choć oczywiście jest za wcześnie, żeby zakrzyknąć: „Ej, patrzcie, już zachowuję się na boisku poprawnie!”. Bo jeśli znów coś się zdarzy, to co wtedy? Zdaję sobie sprawę, że terapia jest procesem. Dzięki niemu zaczynam lepiej rozumieć samego siebie. Uczę się, co powoduje, że w niektórych sytuacjach jestem zdolny do pewnych rzeczy, oraz staram się nie tracić nad sobą kontroli.

Podjęcie terapii z psychologami było słuszną decyzją. Niepotrzebnie się przed nią wzbraniałem. Zrozumiałem, że skoro idę do ortopedy specjalizującego się w urazach kolan, gdy mam kłopot z kolanem, to dlaczego nie miałbym się zgłosić do odpowiedniego specjalisty, który pomoże mi z problemem natury psychicznej.

Dziś najbardziej jestem zadowolony z tego, że wreszcie potrafię być szczery z samym sobą. Jedna rzecz, to ogłosić opinii publicznej, że „już nigdy czegoś takiego nie zrobię” – co musiałem powiedzieć w tamtym momencie. A inna być świadomym, co się obiecuje i do czego zobowiązuje wypowiedzenie tych słów, i w pełni zaakceptować zaistniałą sytuację. Tak właśnie jest w moim przypadku. Wreszcie to sobie uświadomiłem: „Luis, pogódź się z tym, że potrzebujesz kogoś, kto poprzez rozmowę nauczy cię, jak radzić sobie w stresujących sytuacjach i z nich wychodzić”.

Właśnie jestem w trakcie uczenia się, jak radzić sobie z nagromadzonym ciśnieniem. Dotąd wolałem samemu walczyć z napięciem, zatrzymywać go dla siebie, niż dzielić się wątpliwościami z kimkolwiek – nawet z własną żoną, która jest moją bratnią duszą i nie ma przede mną sekretów. Dziś już wiem, że jeśli zwierzę się komuś z tego, że jestem zdenerwowany, schodzi ze mnie część napięcia, umysł staje się jaśniejszy i lepiej się czuję. Nie ma sensu zatrzymywać całego ciśnienia w sobie jak w zakorkowanej butelce. Nie ma sensu radzić sobie z nim na własną rękę.

Kiedy wreszcie zaczęliśmy o tym rozmawiać, wróciło pytanie: dlaczego? „Luis, dlaczego to zrobiłeś, dlaczego ugryzłeś?”. Nadal tego nie wiem. Ale jestem na dobrej drodze, żeby lepiej siebie rozumieć i bardziej się kontrolować.

* * *

Wraz z upływem czasu absurdalne rozmiary kary nałożonej na mnie przez FIFA stawały się coraz bardziej widoczne. Musieliśmy planować dokładnie każdy mój ruch z powodu paparazzich, czy nawet zwykłych kibiców, którzy mogliby mi pstryknąć niewinne zdjęcie podczas jakiejś czynności związanej z futbolem. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy coś się nie stanie, jeśli wypłyną moje zdjęcia z siłowni, gdzie pracuję nad utrzymaniem formy.

Nie mniej trudne było podpisanie kontraktu z FC Barceloną w taki sposób, żeby nie stało się to sprawą publiczną. Klub miał zgodę na dopięcie transferu, nie wolno mu było jednak zrobić tego publicznie. Pozyskanie mnie musiało pozostać sprawą prywatną. Misternie zaplanowano więc całe przedsięwzięcie tak, żeby nikt nas nie zobaczył podczas podpisywania kontraktu, a tym bardziej nie sfotografował. Przygotowano dla mnie trzy różne samochody, ustawione w trzech miejscach na Camp Nou. Każdym z nich mogłem pojechać w innym kierunku, byle tylko zmylić media, gdyby ktoś je zaalarmował…

Po prawdzie, już zdążyłem się przyzwyczaić do takich tajnych operacji. Pewnego dnia opuściłem dom mojego teścia ukryty w jego samochodzie, tak by urwać się paparazzim. Oprócz wielu rzeczy, których zabroniła mi FIFA, musiałem też zrezygnować z mnóstwa innych – z powodu całego tego gigantycznego zamieszania wokół mojej osoby i poczucia, że media śledzą każdy mój krok.

Transfer do Barcelony był inny niż ten niedoszły do Arsenalu rok wcześniej. Władze Liverpoolu były o wiele bardziej otwarte na ten pomysł, ponieważ wiedziały, że Barça zapłaci za mnie tyle, ile zechcą. No i oczywiście jest różnica między przejściem z The Reds do Arsenalu a transferem do Barcelony.

Nigdy w życiu nie będę żałował decyzji, że zostałem w Liverpoolu rok dłużej. Zrobiłbym gigantyczny błąd, gdybym odszedł sezon wcześniej – gdybym nie posłuchał wtedy Stevena Gerrarda. Ostatni raz rozmawialiśmy w ośrodku Liverpoolu, w Melwood, kiedy po mundialu w Brazylii pojechałem tam po swoje rzeczy. Powiedział mi wówczas: „Dobrze zrobiłeś, że zostałeś z nami i zaczekałeś na właściwy moment”. Wtedy przypomniało mi się, co mi powiedział dokładnie rok wcześniej, kiedy przepychanki związane z moim transferem do Arsenalu trwały w najlepsze: „Zaczekaj. Zagraj z nami jeszcze jeden sezon, daj Liverpoolowi jeszcze rok, a zobaczysz, że zgłosi się po ciebie Bayern, Real albo Barcelona. A ty będziesz mógł sobie wybrać, który z tych klubów chcesz, ponieważ masz wystarczające umiejętności, żeby grać w każdym z nich”.

Kocham angielski futbol i zawsze będę za nim tęsknił, ale gdy spełnienie wielkiego marzenia miałem już na wyciągnięcie ręki, po prostu musiałem je pochwycić. Choć nie zaprzeczę, że w dniu, w którym mieliśmy opuścić nasz dom w Liverpoolu, uroniliśmy kilka łez. Nagle przed oczami stanęło nam tyle wspaniałych wspomnień. Moja żona się rozpłakała, a nasza córeczka wołała: „Już tęsknię za moim domem w Liverpoolu, pamiętam, jak obchodziłam tu urodziny, pamiętam wszystkie zabawki w moim pokoju!”. Dla nas wszystkich była to pełna emocji chwila.

Ale, jak było do przewidzenia, znaleźli się ludzie, których ucieszyło moje odejście. Dotarły do mnie komentarze Richarda Scudamore’a, że szkodziłem wizerunkowi Premier League. Nie rozumiałem, o co mu chodzi, zwłaszcza że mój ostatni sezon w Premier League był przecież ekscytujący – Liverpool mnóstwo osiągnął i był o krok od zdobycia mistrzostwa Anglii. Może Scudamore wściekł się na to, że czołowy piłkarz odchodzi do innej ligi?

Kochałem wszystkie kluby, w których grałem, ale nie jestem z tych zawodników, co całują każde godło na koszulce i przekonują, że każda drużyna, do jakiej właśnie przechodzą, to spełnienie ich marzeń. Wielu piłkarzy mówi o swoim nowym klubie tuż po finalizacji transferu: „Zawsze marzyłem o tej chwili”. Wierzcie mi jednak, że w przypadku Barcelony mówiłem to szczerze i nie ściemniałem. Naprawdę zawsze chciałem tam grać. Mam na to dowód w postaci wywiadu dla urugwajskiej telewizji, udzielonego w czasach dzieciństwa. Mówię w nim dokładnie tak: „Któregoś dnia chcę grać w Barcelonie”. Ostatnio urugwajski dziennikarz przypomniał mi, że w wieku 18 lat przychodziłem na treningi Nacionalu z szarym plecaczkiem z logo Barçy.

Kiedy odwiedzaliśmy wraz z Sofi jej rodzinę mieszkającą w Barcelonie, wielokrotnie chodziliśmy wspólnie na Camp Nou. Widziałem zwycięstwo Barçy nad Realem Madryt 5:0 i pamiętną pięciopalczastą cieszynkę Gerarda Piqué. Widziałem, jak Andrés Iniesta strzela gola na 1:0 w derbach przeciwko Espanyolowi. Widziałem inny mecz Barçy z Realem, w którym Fabio Cannavaro za wszelką cenę starał się wślizgiem wybić piłkę z bramki po strzale Messiego, ale wyrżnął w słupek. Wreszcie widziałem spotkanie Barcelona – Arsenal, zakończone wynikiem 4:1, w którym Leo zdobył wszystkie cztery bramki.

Chodząc na te mecze, nawet nie wyobrażałem sobie, że zagram w tej drużynie, z tymi piłkarzami. I nawet kiedy po transferze wreszcie pozwolono mi na pierwszy wspólny trening z nowymi kolegami, jeszcze do mnie nie docierało, że moje marzenie się spełniło. Kiedy zaprezentowano mnie podczas przedsezonowego spotkania o Puchar Gampera, czułem się jak gość, którego zaproszono na ten jeden mecz. Jakbym był kibicem, który wygrał to w jakimś konkursie. Sofi dopytywała się później: „No i jak było? Jak się tam z nimi czułeś?”. Odparłem: „Jakbym został zaproszony do rozegrania tego jedynego meczu”.

Moja prezentacja przed drużyną też nie należała do normalnych. W dniu, w którym wreszcie wolno mi było oficjalnie ćwiczyć, trener Barcelony, Luis Enrique, zebrał piłkarzy w szatni i powiedział im: „No, wyrwaliśmy go z Guantánamo i może dziś z nami trenować…”. Reszta zawodników powitała oklaskami „zwolnionego więźnia”, a ja musiałem wyjść z siebie, żeby nie wyglądać na zawstydzonego, że znów znalazłem się w centrum uwagi.

Trener powiedział, że pozyskując mnie, klub chciał natchnąć drużynę moim nastawieniem: ową wolą zwycięstwa za wszelką cenę. To dla mnie niezwykle ważne, że dostrzegł we mnie tę cechę i zaufał mi, że zarażę nią zespół.

Ludzie często mówią o mnie, że jestem zawodnikiem sprawiającym problemy, ale spytajcie o to moich kolegów z drużyny i spróbujcie znaleźć choć jednego, który uważa podobnie. Oczywiście czasem spieram się z innymi zawodnikami, często mi się to zdarzało w przeszłości, ale tylko w kwestiach piłkarskich. Nigdy nie byłem typem macho, który czasami spotyka się w szatniach – jednym z tych, co to próbują sobie wszystkich podporządkować. Władze Barcelony doskonale wiedziały, że pod tym względem nie będą miały ze mną kłopotów. Przyszedłem tu wykonywać polecenia trenera, spełniać nadzieje kibiców i współpracować z partnerami, którzy chcą odnieść sukces tak samo jak ja.

Przed moim przyjściem do Barçy ludzie zastanawiali się, czy będę pasował do niej pod względem taktycznym. Ale trener doskonale wiedział, że poradzę sobie na każdej pozycji, na której mnie postawi – dokładnie tak jak u Brendana Rodgersa w Liverpoolu. Zawsze wiem, gdzie powinienem być na boisku, żeby najlepiej wykorzystać swój potencjał. Skoro mamy w drużynie Leo Messiego, wchodzącego z głębi boiska, rozgrywającego piłkę z pomocnikami, oraz tak mobilnego zawodnika jak Neymar, który lubi zbiegać w pole karne ze skrzydła albo dostawać piłkę w środku i ruszać z nią do boku, to ja najlepiej przydaję się drużynie, czając się w polu karnym. Może nie jak typowa „dziewiątka”, ale z powodu stylu gry Leo i Neymara często właśnie tak kończę.

Niektórzy eksperci przewidywali, że w trójkę staniemy się linią ataku porównywalną do tej, jaką w czasach Pepa Guardioli tworzyli Messi, Thierry Henry i Samuel Eto’o. W takim układzie Neymar przejąłby obowiązki Henry’ego, a ja – Eto’o.

Mnie nasz obecny styl gry wydaje się podobny do tego, z jakim miałem do czynienia w Ajaksie, a potem u Brendana w Liverpoolu – błyskawiczne przejście z obrony do ataku, granie piłką po ziemi, dużo szybkich ruchów, jeden, dwa kontakty z piłką i podanie. To typowy model gry Ajaksu, który przyswoił sobie w moim ostatnim sezonie także Liverpool. Tak naprawdę styl Barçy jest mieszanką obu – kontakt i podanie ze szkoły holenderskiej Ajaksu i szybkość ataku Liverpoolu.

Pierwszego dnia w nowej drużynie czułem się mniej więcej tak samo jak w pierwszych dniach w Liverpoolu, Ajaksie czy Groningen – co rusz wpadałem w zakłopotanie. Nigdy nie wiesz, co powinieneś akurat zrobić, z kim i jak się przywitać, kogo rozpoznać. Zawsze w pierwszych dniach byłem onieśmielony, ale po prawdzie i tak wyobrażałem sobie, że będzie dużo trudniej – tymczasem koledzy okazali się fantastyczni.

Nie miałem pojęcia, czego oczekiwać. Czy po wejściu do szatni oślepi mnie glamour supergwiazd? Nic takiego nie miało miejsca. Spotkałem grupę absolutnych profesjonalistów, którzy koncentrowali się tylko na futbolu, zdobywaniu trofeów i ciężkiej pracy dla bardzo dobrego trenera. Odkryłem, że istnieje prawdziwie silny związek między szkoleniowcem a resztą drużyny – Luis Enrique to młody trener, który wprowadził w szatni odpowiednią równowagę między śmiechem i żartami a poważną robotą, jaką wszyscy tu mamy do wykonania.

Pierwszego dnia Andrés Iniesta – ponieważ jego znałem najlepiej ze wszystkich piłkarzy – wziął mnie za rękę i powoli wyjaśnił, co i jak. Spostrzegłem, że Leo Messi i Javier Mascherano popijają yerba mate, ziołowy napój niezwykle popularny w Urugwaju i całej Ameryce Południowej, który i ja bardzo lubię, więc ośmielony od drugiego dnia zacząłem przynosić własny kubek do picia mate – z bombillą, czyli specjalną metalową rurką, zakończoną łyżeczką z sitkiem. Pierwszego dnia bałem się, że jak wejdę z nim do szatni, to zostanę uznany za zarozumiałego aroganta, ale już drugiego dnia czułem się komfortowo.

Dani Alves podszedł i powiedział, że bardzo się cieszy z powodu mojego przybycia, bo teraz wreszcie przestanie być jedynym „złym chłopcem” w zespole, co mnie bardzo rozśmieszyło. Od razu poczułem się częścią drużyny.

Co prawda, miało minąć jeszcze sporo czasu, zanim wybiegnę na mecz w pierwszej drużynie u boku Messiego i Neymara, ale przynajmniej mogłem wreszcie trenować z nimi oraz z Xavim, Andrésem, Sergio Busquetsem czy Ivanem Rakiticiem. To niesamowite, co ci faceci mogą z tobą zrobić podczas gry na małej powierzchni! Słynna barcelońska gierka „w dziada”, zwana tu rondo, jest dla nowicjuszy niezwykle trudna. Albo szybko przywykasz do niewiarygodnej prędkości, z jaką zawodnicy do siebie podają, albo przestaniesz widzieć piłkę. Wiedziałem, że oprócz jak najszybszej adaptacji do stylu gry Barçy muszę też pielęgnować te cechy, dla których zostałem tam sprowadzony.

Dyrektor sportowy Andoni Zubizarreta został zapytany, czy Barcelona nadal wyznaje swoją dewizę „więcej niż klub”, skoro pozyskała kogoś takiego jak ja. Odpowiedź, jakiej udzielił, wiele dla mnie znaczy: „Akceptujemy każdego człowieka takim, jakim jest, ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Ludziom zdarza się robić rzeczy dobrze lub źle, ale wszyscy mamy zdolność, żeby uczyć się na błędach… Jestem przekonany, że Luis już wkrótce okaże się dużym wzmocnieniem tego zespołu”.

Zdaję sobie sprawę, że władze Barcelony musiały się liczyć z krytyką, więc tym bardziej jestem im wdzięczny za doprowadzenie transferu do końca.

Towarzyszyło mu sporo przekłamań i pojawiło się przy tej okazji wiele bzdur. Na przykład przeczytałem gdzieś, że „Barcelona zawarła w kontrakcie z Suárezem klauzulę antyugryzieniową”. Czy można było wymyślić coś śmieszniejszego? Podpisując kontrakt z klubem, każdy zawodnik sygnuje również klubowy kodeks postępowania. Zwykle nie zawiera on nic na temat gryzienia rywali. Gdyby taki zapis znalazł się w moim kontrakcie, oczywiście bym go podpisał, na szczęście Barça nie okazała mi takiego braku zaufania.

Kiedy już szczęśliwie przeszedłem testy medyczne i złożyłem podpis na umowie, opowiedziałem prezesowi klubu o mojej pierwszej, wakacyjnej wizycie w Barcelonie, gdy z Sofi byliśmy jeszcze nastolatkami. Włóczyliśmy się po prostu wokół Camp Nou, bo nie było nas stać na bilet do klubowego muzeum ani na zakup czegokolwiek w klubowym sklepie. Ale zauważyliśmy, że ktoś zostawił otwarte olbrzymie wrota wiodące bezpośrednio na stadion i dalej na murawę. Krzyknąłem do Sofi: „Popatrz, zostawili dla nas otwarte drzwi!”. Ona się bała, że ktoś nas złapie przy wejściu i wyrzuci na kopach na zewnątrz, ale powiedziałem: „Nie bój się, chodź, szybko”. I weszliśmy na stadion na jakieś dwie minuty. Zdążyłem zrobić sobie zdjęcie na tle trybun i szybko się zmyliśmy. Gdy żona przybyła na moją oficjalną prezentację, jeden z dyrektorów zwrócił się do niej: „Dobrze, że pani przyszła, Sofi, ponieważ musi pani uregulować rachunek za nielegalne zwiedzanie stadionu w 2004 roku…”.

Sofi była przy mnie przez te wszystkie chude lata, jak podczas tamtej wycieczki, gdy byłem młodym zawodnikiem Nacionalu Montevideo, marzącym o grze w Europie i niemającym pewności, czy kiedykolwiek mu się to uda. Była przy mnie, kiedy ostatecznie dojrzałem do tego, żeby przegadać wszystko to, co zdarzyło się na mundialu w Brazylii. Była przy mnie także wówczas, gdy podpisywałem kontrakt z Barceloną – dokładnie dziesięć lat po tym, jak pierwszy raz wyjechałem z Montevideo, żeby dołączyć do niej w stolicy Katalonii. Skoro już opowiadam wam moją historię, muszę zacząć od Sofi. Od tego, jak się poznaliśmy i jak przemożna chęć bycia z nią sprowadziła mnie do tego miasta dziesięć lat temu.

1. HISTORIA MIŁOSNA

Lało niemiłosiernie i Sofi była przemoczona do suchej nitki. Tymczasem ja, suchutki i zadowolony, grałem na flipperach w centrum handlowym. Skąd miałem wiedzieć, że na naszą pierwszą randkę czeka na mnie na zewnątrz?

Rodzice Sofi wyjechali z miasta na mecz jej brata, więc zasugerowałem, że musimy wykorzystać ich nieobecność. Czekała na mnie na przystanku autobusowym przed centrum, w pełnym słońcu, gdy nagle nadciągnęły czarne chmury i rozpętała się burza. Najbliższa budka telefoniczna była po drugiej stronie ruchliwej dwupasmówki z przejściem dla pieszych. Całą wieczność czekała na zielone światło i kiedy już znalazła się pod drugiej stronie i wykręcała numer do mnie do domu, była kompletnie przemoczona. Odebrała moja siostra, która powiedziała: „Luisa nie ma w domu. Zdaje się, że umówił się ze swoją dziewczyną”.

Biedna Sofi pomyślała, że właśnie została wystawiona. Mało tego – pomyślała, że została wystawiona przez jakiegoś łachudrę, który już ma dziewczynę.

Oczywiście to ona była tą dziewczyną. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Poznał nas wspólny znajomy, który tak jak ja grał w młodzieżowej drużynie Nacionalu – największego klubu w Montevideo. Zacząłem mówić „dzień dobry” jej ojcu, żeby zrobić na nim dobrze wrażenie. Tymczasem ona głowiła się: „Co to za dziwny chłopak, który codziennie mówi „dzień dobry” mojemu ojcu?”.

Po raz pierwszy zagadałem do niej na dyskotece, ale spotkanie przed centrum handlowym miało być naszą pierwszą randką. W końcu weszła do środka, żeby się choć trochę osuszyć, i wtedy wpadliśmy na siebie. Zapytałem niewinnie, gdzie była i dlaczego jest cała mokra…

Burza była tak intensywna, że mecz jej brata został odwołany. Kiedy jakiś czas później zadzwoniła do siostry, ta powiedziała jej: „Natychmiast wracaj do domu, rodzice zaraz tu będą!”. Miała wówczas zaledwie 13 lat, a ja 15.

Dekadę później została moją żoną. W tamtym czasie byłem o wiele bardziej bezpośredni niż dziś. Wprawiałem ją w zakłopotanie tym, że ledwo przekraczałem próg jej domu, od razu leciałem do lodówki i brałem sobie coś do jedzenia. Albo kiedy wracała z mamą z zakupów, zaglądałem do siatek, pytając: „A kupiłyście coś dla mnie?”. Uważała, że jestem bezczelny. Na szczęście dla mnie jej mama uważała mnie za czarującego…

Sofi zna mnie z czasów, kiedy nie tylko byłem bardziej bezpośredni, ale gdy nie miałem nic. Mieszkała w Solymar, na przedmieściach Montevideo. Żebyśmy mogli się spotkać, naciągałem na 40 pesos (około pięciu złotych) jednego z dyrektorów Nacionalu, Wilsona Píreza, żeby mieć na autobus i nie musieć drałować 40 kilometrów na piechotę. Jeśli Wilsona nie było nigdzie w pobliżu, szukałem innego dyrektora, José Luisa Espósito, wymuszając pożyczkę na sfinansowanie zalotów.

Próbowałem ich też naciągać na nieoficjalne premie: „Czy jeśli zdobędę gola w najbliższym meczu, dacie mi 20 pesos?”. Zwykle się śmiali i bez wahania przystawali na taki układ, a ja miałem kasę na dojazd do Solymar. Musiałem jakoś kombinować, żeby zdobyć pieniądze. Nie mogłem po prostu poprosić o nie mamy ani tym bardziej rodzeństwa, choć czasami starsza siostra dawała mi parę groszy na podróż.

Wilson i José Luis byli dla mnie niezwykle uprzejmi. Nadal jesteśmy w kontakcie, a to, co najbardziej cenię w naszej przyjaźni, to fakt, że żaden z nich nigdy o nic mnie nie poprosił w zamian za swą dawną życzliwość.

Jak jeszcze zdobywałem pieniądze? Po okolicy kręcił się facet, który kolekcjonował stare karty telefoniczne i kupował je ode mnie i moich kumpli. Idąc ulicą, zawsze zaglądałem więc do budek telefonicznych i aparatów w poszukiwaniu zużytych kart, a jak już nazbierałem większą partię, sprzedawałem mu je. Czasami pomagała mi je zbierać mama.

Nie zdziwiłbym się, gdyby rodzice Sofi odrzucili takiego małego łobuza, jakim wówczas byłem. Jeśli moja córka w wieku 13 lat przyprowadzi do domu 15-latka wyglądającego tak, jakby pochodził z podejrzanej okolicy, mogę mieć problem, żeby być dla niego miłym i uprzejmym. Tymczasem jej rodzice nie tylko mnie zaakceptowali, ale i sprawiali wrażenie, że naprawdę mnie lubią. Gdy ojciec Sofi wychodził do pracy, pomagałem jej mamie w różnych pracach domowych, na przykład rozgrzaniu bojlera. Kiedy zdarzało nam się z Sofi pokłócić, jej mama zawsze mnie broniła i brała moją stronę. Podejrzewam, że doceniali wysiłek, jaki wkładam w to, żeby móc się z nią widywać. Oto dzieciak z Montevideo, którego nie było stać na autobus do Solymar, ale zawsze znajdował jakiś sposób, żeby dotrzeć do ich córki. Zdawali sobie sprawę, że przyszedłbym na piechotę, gdyby zaszła taka potrzeba. Bywały dni, że mogłem sobie pozwolić na podróż tylko w jedną stronę, więc z powrotem jechałem autostopem. Musiałem wrócić na noc do domu, bo następnego dnia czekał mnie przecież trening w Nacionalu.

Sofi uchroniła mnie przede mną samym. Zanim ją poznałem, miałem w zwyczaju włóczyć się do późnej nocy po mieście i nie przejmować treningami. Zdarzało mi się, że pojawiałem się na stadionie zmęczony i niewyspany. Zawsze tego żałowałem, zwłaszcza że koledzy, którzy nie zarwali nocy, byli wyraźnie lepsi i szybciej niż ja trafiali do pierwszej drużyny. Niestety, nawyk był silniejszy i po każdym takim niepowodzeniu wszystko się powtarzało.

W sezonie, gdy miałem 13 i 14 lat, zdobyłem tylko osiem bramek w 37 meczach i dyrektorzy Nacionalu oświadczyli mi, że chcą ze mnie zrezygnować, ponieważ wiedzą o moich nocnych eskapadach oraz o tym, że nie prowadzę zdrowego trybu życia. Na szczęście Wilson przekonał ich, żeby dali mi jeszcze jedną szansę, a mnie zapowiedział surowo, że jeśli ją zmarnuję, to zaprzepaszczę wszystko. Sofi pokazała mi, że można się zachowywać inaczej. Bez Wilsona i bez Sofi moja kariera mogła się skończyć, zanim się na dobre zaczęła…

Moi kumple zbierali się wieczorem na ulicy i szli na dyskotekę, a ja chciałem się bawić z nimi. Wiedziałem, że to niszczące dla kariery, ale kiedy jesteś nastolatkiem, dzieciakiem, nie zdajesz sobie sprawy, że stoisz na rozdrożu. To, że wybrałem właściwą ścieżkę, zawdzięczam przede wszystkim Sofi. Gdybym nie spotkał jej na swojej drodze, nie wiem, co by się ze mną stało.

Gdy skończyłem 16 lat, byłem już całkowicie skoncentrowany na futbolu. Zwykle grałem mecz w sobotę i wieczór spędzałem potem w domu Sofi, gdzie zostawałem na całą niedzielę. Gdyby nie ona, pewnie szukałbym guza po nocy gdzieś na mieście, z ludźmi, od których zdecydowanie powinienem był się trzymać z daleka. Zapewne byłbym dziś kimś zupełnie innym…

Świat Sofi bardzo różnił się od mojego. Ja w wieku siedmiu lat zostałem zmuszony do opuszczenia małego, pełnego otwartych przestrzeni miasteczka Salto i przeniesienia się do pełnej zgiełku stolicy. Mając dziewięć lat, przeżyłem rozwód rodziców. Mnóstwo czasu spędzałem na ulicy. Pomiędzy naszym mieszkaniem w Montevideo a domem Sofi leżało kilka najbardziej niebezpiecznych dzielnic w Urugwaju.

Kiedy byliśmy już trochę starsi i wspólnie zaczęliśmy jeździć autobusem z jednego domu do drugiego, Sofi nie mogła się nadziwić, że tak dobrze znam te wszystkie niesławne zakamarki miasta. Dopytywała: „Kiedy zdążyłeś tak dobrze je poznać?”. Po prostu: gdy byłem młodszy, chodziliśmy z bratem przez te dzielnice na treningi.

Nasza mama Sandra odprowadzała nas, kiedy mogła, ale przeważnie praca pochłaniała większość jej czasu – była sprzątaczką na miejscowym dworcu autobusowym w Tres Cruces. Mój tata Rodolfo przychodził na niektóre moje mecze, ale już odprowadzić mnie na trening nie miał czasu, bo przez większość dnia również ciężko pracował. Był eksżołnierzem, który po odejściu z wojska chwytał się każdego zajęcia, jakie wpadło mu w ręce. Pracował w lokalnej fabryce ciastek, a późnej jako konsjerż w blokach mieszkalnych, gdzie sypiał na miejscu, w portierni, bo nie stać go było na wynajem mieszkania, a nie miał się gdzie zatrzymać.

Zdaję sobie sprawę, że moi rodzice mieli bardzo pod górkę, więc tym bardziej doceniam to, co zrobili dla mnie oraz moich braci i sióstr. Ale w porównaniu ze stabilnym i ułożonym życiem Sofi moje wychowanie było wręcz anarchiczne.

Nigdy tak naprawdę porządnie się nie uczyłem. Chodziłem do szkoły, ale kompletnie nie przykładałem się do nauki. Szedłem po linii najmniejszego oporu i byłem okropnym uczniem. Nie uważałem na lekcjach, nie chciałem się niczego nauczyć, było mi wszystko jedno. Non stop psociłem, w głowie miałem tylko zgrywy.

Sofi pytała: „Jak to możliwe, że wciąż jesteś w drugiej klasie gimnazjum?”. Pierwszą powtarzałem… dwa razy, więc byłem dwa lata starszy od kolegów z klasy. W końcu musiałem podjąć naukę w szkole wieczorowej, żeby nadrobić zaległości. Trenowałem do samego wieczora, a potem szedłem do szkoły. Ale tam przynajmniej wreszcie byłem najmłodszym uczniem w klasie, a nie najstarszym…

Sofi nie mogła tego zrozumieć. Pochodziła ze świata, w którym trzeba się było uczyć. Zaczęła pomagać mi w odrabianiu prac domowych i powtarzała: „Wcale nie jesteś głupi, jesteś po prostu leniwy! Pewnie, że możesz to zrobić!”.

Po raz pierwszy w życiu ktoś mnie do czegoś zachęcał. Mama chciała dla mnie jak najlepiej, ale musiała zajmować się domem pełnym dzieciaków i nie miała głowy, by pomagać mi w nauce. Gdy wracałem ze szkoły, pytała tylko: „No jak, uczyłeś się?”. „Pewnie”, mówiłem. No i co miała na to odpowiedzieć? Nie miała czasu na nic więcej.

Sofi chciała mi pomóc. Pragnęła mi pokazać, że świat jest pełen możliwości. I że życie to nie tylko futbol – że jest w nim też miejsce na naukę. W dodatku nie tylko doradzała mi, żebym się uczył, ale wręcz zmuszała mnie do tego. Musiałem jej pokazywać każdą odrobioną pracę domową. Była bystra, więc z łatwością mnie poprawiała.

Trochę mnie zawstydzało, że tak bardzo opuściłem się w nauce i właśnie moja dziewczyna pomaga mi się dźwignąć z dołka. Dzięki niej odkrywałem jednak nowy świat – świat, w którym nie trzeba poszukiwać zużytych kart telefonicznych, żeby na ich sprzedaży zarobić na bilet. Pod jej opieką zacząłem się więcej uczyć. Uznałem, że dzięki temu lepiej zarobię, będę więc mógł przychodzić na randki w lepszych ciuchach i wreszcie będzie mnie stać, żeby kupować Sofi jakieś prezenty. Nie chodziło tylko o pieniądze na podróż – strasznie zależało mi na tym, żeby od czasu do czasu móc ją czymś obdarować. Co do ubrań, to czasem nie miałem co włożyć na grzbiet, więc co dopiero mówić o modnych markowych ciuchach.

W Nacionalu było tak, że zawodnicy zbierali się na stadionie, skąd autokar zabierał ich do ośrodka treningowego, gdzie jechało się 45 minut. Jeśli któryś z piłkarzy mieszkał daleko od stadionu, klub opłacał mu dojazd autobusem. Próbowałem wcisnąć w klubie kit, że się przeprowadziłem i teraz mieszkam na tyle daleko, że należy mi się opłata za dojazd. W ten sposób miałbym kasę na podróże do Sofi. Pomyślałem, że byłoby idealnie, gdyby to klub finansował dojazdy do niej, bo mnie zostawałoby w ten sposób parę groszy na jakieś podarki. Niestety, oszustwo się wydało…

Tymczasem okazało się, że będzie nam się jeszcze trudniej widywać. Rodzice Sofi planowali przenieść się całą rodziną do Europy, żeby zacząć tam nowe życie.

Byłem załamany.

Czułem, że cały mój świat rozpada się na kawałki, i to nie po raz pierwszy. Znów wszystko mi odbierano. Tak jak wówczas, gdy musiałem porzucić przyjaciół z dzieciństwa w Salto i przenieść się ze wsi do wielkiego miasta, w którym nikogo nie znałem, a inne dzieciaki bezlitośnie wyśmiewały mój wiejski akcent. Albo gdy w 1996 roku rozpadła się nasza rodzina, co znosiłem z wielkim trudem. Miałem poczucie, że wszystko dokoła wali się i rozpada. A teraz jeszcze to!

Moja rodzina wiedziała, jak bardzo ważna stała się dla mnie Sofi, a mama bardzo doceniała to, ile jej rodzina zrobiła dla mnie, żebym się nie wykoleił i wrócił na właściwe tory. Wiedzieli, jak bardzo będę cierpiał, gdy wyjedzie niemal na drugi koniec świata.

Jej ojciec pracował w banku w Urugwaju, który został zamknięty po kryzysie w 2002 roku, a ponieważ miał brata w Hiszpanii, powiedział: „Dobra, pojedźmy tam spróbować lepszego życia”. Przeprowadzili się do Barcelony w październiku 2003 roku. Sofi była dla mnie wszystkim, więc poczułem, że wszystko mi odebrano. W chwili pożegnania miałem 16 lat i byłem przekonany, że widzę ją po raz ostatni. Dzień przed wylotem do Europy cały jej dom był pełen żegnających przyjaciół i dalszej rodziny, wybraliśmy się więc na spacer, żeby uciec od tego zgiełku. Pamiętam, że staliśmy na przystanku autobusowym, a ja mówiłem do niej: „Nie mogę uwierzyć, że już nigdy cię nie zobaczę”. Nie było przecież takiej możliwości, żeby została i żyła ze mną.

Mama powiedziała jej: „Możesz przecież pójść do szkoły i jeśli zdobędziesz tam odpowiednie kwalifikacje, być może będziesz mogła wrócić do Urugwaju, by być z Luisem”. Sofi zaczęła więc rozpytywać tu i tam, w jakiej dziedzinie najszybciej będzie w stanie się wyspecjalizować. Ktoś jej poradził, że we fryzjerstwie – postanowiła więc, że zostanie fryzjerką. Co prawda, nigdy wcześniej tego nie planowała i nie był to jej wymarzony zawód, ale uznała, że to najszybsza ścieżka, która zaprowadzi ją z powrotem do Urugwaju, byśmy mogli znów być razem.

Przepłakałem cały dzień jej wyjazdu…

Zostawiła mi zeszyt, w którym zapisała teksty ważnych dla nas piosenek. Przeglądałem go i szlochałem. Byłem pewien, że to koniec naszego związku i zarazem koniec mojego świata. Niby w jaki sposób miałbym dostać się z Urugwaju do Barcelony, skoro ledwo mnie stać na podróż z Montevideo do Solymar?! Wiedziałem, że teraz nie będę już ciułać każdego grosza, sprzedając karty telefoniczne, żeby odłożyć na podróż do domu Sofi, ale po to, żeby zadzwonić do niej choć na chwilkę.

Ona zatelefonowała do mnie miesiąc po wyjeździe i opowiadała, jak bardzo jest smutna i samotna. W końcu powiedziała: „Jeśli nie znajdziesz sposobu, żeby przyjechać do mnie do końca roku, to już nigdy się nie zobaczymy”. Powiedziała, że muszę spróbować wszystkiego, żeby przyjechać do Barcelony, więc… zacząłem próbować wszystkiego.

Pomógł mi ją odwiedzić mój ówczesny agent, Daniel Fonseca. Mimo że byłem najmniej ważny ze wszystkich jego ówczesnych zawodników, zgodził się opłacić podróż do Europy, a mój starszy brat dał mi na drogę 60 dolarów. Nie miałem pojęcia, jak to niewiele… Miałem 16 lat i była to moja pierwsza tak daleka wyprawa. Poleciałem w grudniu 2003 roku z tymi kilkoma banknotami, które – miałem wrażenie – wypalą mi dziurę w kieszeni, czując się najbogatszym facetem na świecie. Na miejscu byłem króciutko, ale przynajmniej spędziliśmy wspólnie sylwestra, w trakcie którego powziąłem decyzję, co chcę zrobić ze swoją karierą i swoim życiem. Postanowiłem, że chcę grać w Europie, żeby być bliżej Sofi.

* * *

Jest w Urugwaju drużyna, która nazywa się Liverpool FC. Wywodzi się z Montevideo. Klub został założony w 1919 roku w seminarium duchownym, którego uczniowie nazwali tak zespół piłki nożnej na cześć angielskiego miasta, ponieważ najwięcej statków z węglem cumujących w ich porcie przypływało właśnie stamtąd. Przed sezonem 2005/06 zmienili nawet wyjazdowe stroje na całe czerwone – był to dodatkowy hołd dla oryginalnego klubu. W 2006 kilku przedstawicieli holenderskiego klubu Groningen przyszło na mecz urugwajskiego Liverpoolu poobserwować, jak spisuje się napastnik Elías Figueroa, którym byli zainteresowani. Zostali jednak dzień dłużej, żeby przyjrzeć się jeszcze innemu napastnikowi, 19-letniemu Luisowi Suárezowi.

Suáreza wcale nie było kilka pozycji niżej na liście skautów Groningen – jego nazwiska w ogóle tam nie było! Skaut Grads Fühler i dyrektor sportowy holenderskiego klubu Hans Nijland rozmawiali z ludźmi w Montevideo i każdy mówił im, jak dobry jest ten Suárez. Skoro już byli na miejscu, uznali, że nie mają nic do stracenia. Akurat są w Urugwaju, zawodnik, o którym mowa, gra mecz, a samolot mają dopiero następnego dnia, no to czemu nie dać mu szansy? Dali, a ja jej nie zmarnowałem…

„Nie chcemy go, weźmiemy innego”, powiedziała delegacja Groningen, gdy gospodarze zapytali przybyszów, co sądzą o Figueroi. Widzieli mnie tylko w tym jednym meczu i teoretycznie to było za mało, żeby ryzykować inwestycję, ale uznali, że zobaczyli wystarczająco dużo.

Tym jedynym meczem, w którym mnie obejrzeli, było spotkanie Nacionalu z Defensorem Sportingiem. Walczyliśmy o tytuł, a mnie udało się rozegrać najlepsze spotkanie w sezonie. Strzeliłem wówczas gola. Nie miałem pojęcia, że oglądają mnie jacyś skauci, nigdy wcześniej nie słyszałem też nazwy Groningen, ale wiedziałem, że skoro leży w Europie, to musi być bliżej Barcelony niż Montevideo… Świetny występ i gol na oczach skautów, którzy wcześniej nawet nie planowali mnie oglądać, były właśnie tym łutem szczęścia, którego potrzebowałem.

Przeszedłem długą, wyboistą drogę przez wszystkie szczeble młodzieżowe w Nacionalu. Zaliczyłem potknięcie, kiedy już chciano się mnie pozbyć za to, że za mało koncentrowałem się na piłce, a za bardzo na życiu poza nią. Na szczęście interweniował wówczas Wilson Pírez. Niemniej wątpię, żebym bez wsparcia Sofi wykorzystał tę drugą szansę. Ale dzięki temu, że oboje we mnie wierzyli, moja forma zwyżkowała na tyle, że w wieku zaledwie 16 lat powołano mnie na obóz przedsezonowy z pierwszą drużyną. Powołanie przyszło w trakcie tego krótkiego wypadu do Hiszpanii na spotkanie z Sofi.

Wilson znał mnie od dawna, i jako zawodnika, i chłopaka, który desperacko organizował pieniądze, żeby móc się spotykać ze swoją dziewczyną. Sam był ojcem chłopca trenującego w juniorach Nacionalu, a że dostrzegł we mnie to „coś”, postanowił nakierować mnie na właściwe tory. To właśnie od niego dowiedziałem się, że Santiago „El Vasco” Ostolaza, który był wówczas trenerem pierwszej drużyny, chce mnie zabrać na obóz przedsezonowy.

Sofi nie mogła uwierzyć, że przemierzyłem tyle kilometrów, żeby zaraz się pakować i wracać, byle tylko nie spóźnić się na obóz! Powiedziałem jej: „Muszę wracać. Przecież grając w pierwszej drużynie Nacionalu, będę zarabiał więcej pieniędzy i dzięki temu będę mógł częściej cię odwiedzać”.

Po przylocie okazało się, że na tym całym zgrupowaniu spędziłem zaledwie trzy dni i znów trafiłem do drużyny młodzieżowej. Ale nie miałem zamiaru nikomu się na to skarżyć – to była dla mnie ważna lekcja: dowiedziałem się, jak trudno przebić się do pierwszego zespołu na dłużej. W tym samym roku jeszcze raz zostałem zaproszony na trening z seniorami i tym razem już zostałem tam na stałe. W maju 2005 roku, mając 17 lat, zadebiutowałem w rozgrywkach o Copa Libertadores, spędzając na boisku 15 minut. Kiedy w sierpniu ruszył sezon ligowy, strzeliłem pierwszego gola po zaledwie pięciu minutach gry. Sofi obejrzała tę bramkę z trybun, ponieważ rodzice akurat wtedy zafundowali jej przyjazd do Montevideo jako prezent urodzinowy.

W tym pierwszym sezonie często występowałem w pierwszej drużynie Nacionalu, ale eksplozja formy, która zwróciła uwagę europejskich drużyn, miała dopiero nadejść. Na początku marnowałem bramkowe okazje. Mnóstwo, jedną za drugą! Tak wiele, że w końcu nasi kibice zaczęli na mnie gwizdać i obrażać z trybun. Przezywali mnie „pata pala”, czyli „platfus”. Jeszcze inni ochrzcili mnie mianem „burro”, czyli osioł. Trener Martín Lasarte bronił mnie, przekonując, że na boisku wykonuję kawał świetnej roboty i nie ma znaczenia, że nie strzelam goli. Poprosił kibiców, żeby okazali cierpliwość i raczej zachęcali mnie, niż dołowali.

Pamiętam, że w meczu z River Plate stworzyliśmy 13 okazji do zdobycia bramki, z których zmarnowałem aż dziewięć! Spotkanie skończyło się bezbramkowym remisem, a ja oczywiście zostałem kozłem ofiarnym – mówiono o mnie jako o dzieciaku, który dużo biega, ale nie umie trafić do siatki.

Pocieszałem się, że w tych wszystkich zmarnowanych okazjach dobre jest przynajmniej to, iż jestem w stanie tak wiele ich sobie stworzyć. Że mam mentalność łowcy, który wszędzie stara się dostrzec szansę. Który nie przepuści żadnej okazji, żeby pognać za piłką, bo coś się z tego może urodzić. Im bardziej mnie wyszydzano i dołowano, tym wyżej podnosiłem głowę i większej nabierałem chęci do walki.

Ludziom w owym czasie wydawało się chyba, że będę kolejnym przeciętnym piłkarzem. Do dziś spotykam kibiców, którzy mi wyznają: „Zdarzało mi się obrażać cię z trybun, wrzeszczałem na ciebie podczas meczów, byłem jednym z tych, którzy uważali, że nigdy nie strzelisz żadnego gola”.

Na szczęście akurat w spotkaniu przeciwko Defensorowi Sportingowi udało mi się zdobyć piękną bramkę na oczach skautów Groningen i dzięki temu mogłem zacząć nowy, europejski etap mojej kariery. Oczywiście było to nieco bardziej skomplikowane niż tylko złożenie podpisu na kontrakcie w wykropkowanym miejscu…

Najpierw poleciałem z Montevideo do Madrytu z moim agentem Danielem Fonsecą i innym jego zawodnikiem, Juanem Albínem, który przenosił się do hiszpańskiego klubu Getafe. Musieliśmy się tam zatrzymać na kilka dni, dopóki Juan nie sfinalizował umowy. Leciałem bez żadnych gwarancji, że moja umowa zostanie dopięta, więc lot dłużył mi się w nieskończoność. Zwykle natychmiast zasypiam w samolocie, ale podczas tej podróży nie mogłem zmrużyć oka.

Oczekiwanie było okropne. Sofi właśnie dostała pracę w McDonaldzie w Barcelonie i omal od razu jej nie straciła, starając się za wszelką cenę odwiedzić mnie w Madrycie. Nie widzieliśmy się już od sześciu miesięcy, a teraz znaleźliśmy się tak blisko siebie! Robiła, co mogła, żeby dostać odrobinę wolnego, ale nie chcieli jej na to pozwolić. W końcu mieli dość jej namolności i machnęli ręką. Ale okazało się, że nie ma wolnych miejsc na lot do Madrytu. Ja tymczasem wariowałem w tym zawieszeniu w pokoju hotelowym, łażąc od łóżka do okna. Wreszcie polecieliśmy z Madrytu do Amsterdamu, co oznaczało, że transfer do Groningen jest coraz bliżej.

W takich sytuacjach jesteś absolutnie zależny od innych. W Urugwaju powiedzieli mi: „Leć, podpiszesz kontrakt”. Ale poleciałem zupełnie w ciemno! Gdyby chodziło tylko o Groningen, byłoby w porządku – ale wyniknęły jakieś problemy. Im bliżej było podpisania umowy, tym więcej pojawiało się agentów zaangażowanych w sprawę, a co za tym idzie – coraz więcej przeszkód. Usłyszałem od swoich przedstawicieli, że podpisanie kontraktu opóźnia się, bo klub nie chce dokonać jakichś płatności. Gdy jest się młodym zawodnikiem, trudno ogarnąć, jaką kto odgrywa rolę w transferze. Są agenci i jeszcze ten facet, i tamten koleś… Wyglądało na to, że to właśnie ci dodatkowi goście sprawiają jakieś problemy, a nie Groningen. Moi przedstawiciele byli coraz bliżsi ogłoszenia, że z umowy nici.

– Luis, trzeba będzie stąd wyjechać.

– Jak to wyjechać?! Dokąd niby?

Powiedzieli mi, żebym się nie przejmował, ponieważ pojawiła się szansa, że trafię do Getafe zamiast Albína, bo trener hiszpańskiej drużyny Bernd Schuster chciał innego napastnika. To brzmiało dobrze – co prawda Getafe to nie Barcelona, ale przynajmniej leży w tym samym kraju, więc miałbym bliżej do Sofi. A jeśli jeszcze raz wyjedziemy do Madrytu, to może uda mi się z nią spotkać.

Ale ledwo oswoiłem się z myślą o grze w lidze hiszpańskiej, sprawy znów przybrały gwałtowny obrót i transfer do Getafe upadł. Ostatecznie trafiłem do Groningen. Potrzeba było do tego sześciu dni w pokojach hotelowych, najpierw w Madrycie, a później w Amsterdamie, kiedy nie miałem nic lepszego do roboty poza gapieniem się w telewizor i słuchaniem, jak przeskakują wskazówki zegara. Tkwiłem jak w pułapce, zdenerwowany i bez możliwości porozumienia się w żadnym języku. Z hotelu w Amsterdamie wysłałem do Sofi esemesa z prośbą, żeby napisała mi po angielsku, jak poprosić obsługę o wypranie ciuchów i coś do jedzenia. Odesłała mi dwie wiadomości: z tekstem po angielsku i zapisem fonetycznym, żebym mógł go wymówić. Czytałem: „Yes, please” i starałem się powiedzieć: „Jes, plis”. Okazało się, że moja wymowa jest na tyle kiepska, że w hotelu mnie nie zrozumieli. W końcu wręczyłem boyowi telefon, żeby sobie odczytał, co chcę mu przekazać. Czułem się beznadziejnie, kompletnie zależny od innych. Starałem się nie myśleć o najgorszym scenariuszu: że transfer nie wypali, a ja wracam do domu, za Atlantyk, i znów będę tak daleko od Sofi.

Wtedy myślałem, że jeśli ostatecznie nie trafię do Groningen, to cały ten wyjazd do Europy zakończy się klapą i wrócę do Urugwaju. Dziś podejrzewam, że Nacional sprzedał mnie agentowi, który w ten sposób stał się moim nowym właścicielem. Gdybym więc nie podpisał kontraktu z Groningen, wcale nie jest pewne, że mógłbym wrócić do Nacionalu – prawdopodobnie agent zrobiłby wszystko, żeby upchnąć mnie w jakimś innym klubie. Ja sam byłbym gotów pójść gdziekolwiek, byle tylko zostać w Europie. Nie mam pojęcia, jak bym się zachował, gdyby transfer nie wypalił z powodu głupich 60 tysięcy euro. W tamtych chwilach czułem się bezradny, całe moje życie spoczywało w cudzych rękach. Aż w końcu, w drodze z Amsterdamu do Groningen, pojąłem, że już nic nie powstrzyma transferu, i poczułem wielką ulgę.

Był czerwiec 2006 roku, a ja zrobiłem mały kroczek w karierze i wielki krok, by znaleźć się bliżej Sofi. Choć jeszcze nie tak blisko, jak bym sobie tego życzył: jedno z nas było w Hiszpanii, drugie w Holandii. Musieliśmy jakoś zasypać tę przepaść. Po podpisaniu kontraktu poleciałem na dziesięć dni do Barcelony, żeby obgadać z Sofi, jak możemy wybrnąć z tej sytuacji. Jej matka i siostry akurat odwiedzały rodzinę w Urugwaju. Zadzwoniłem do nich i oświadczyłem: „Zabieram Sofi ze sobą z Barcelony do Holandii”.

Jej mama odparła: „Jeśli tak, to dobrze o nią zadbaj”.

Nie jestem pewien, czy zdawała sobie sprawę, że mówiłem poważnie. Nie jestem pewien, czy sam zdawałem sobie sprawę, jak bardzo poważna była to deklaracja. Ale kiedy po tych dziesięciu dniach żegnaliśmy się na lotnisku, byłem pewien, że „teraz albo nigdy”. Skoro przemierzyłem tyle kilometrów, nie chciałem jej stracić. Ani na moment.

„Leć ze mną – powiedziałem. – Teraz”. „Jesteś szalony! Jak mam tak po prostu z tobą polecieć? Mam 16 lat. Nie mam biletu. No i co z moim ojcem?” „Bilet to najmniejszy problem. Chodź, zaraz ci go kupię”.

Zadzwoniła do taty z lotniska i powiedziała mu: „Tatusiu, lecę do Groningen z »Saltą«” (nazywali mnie „El Salta” od mojego rodzinnego miasteczka, Salto). Jej ojciec odparł: „Okej, a kiedy wracasz?”.

Nie planowała wracać. Tak naprawdę wróciła do Barcelony już po tygodniu, ale tylko na chwilę. A wtedy, ot tak, wsiadła ze mną do samolotu. Bez ani jednej torby, żadnych ciuchów, niczego! Kupiliśmy bilet i poleciała w tym, co miała na sobie – dopiero po jakimś czasie sprowadziła swoje rzeczy.

Wreszcie byliśmy razem. Było to ryzykowne, ale uważaliśmy, że postępujemy słusznie. Po prostu podczas pożegnania na lotnisku, kolejnego z licznych pożegnań, oboje poczuliśmy to samo: „Dosyć, czekaliśmy już wystarczająco długo, musimy wreszcie zacząć żyć razem, i to natychmiast, od teraz”.

* * *

Pobyt w Holandii okazał się dla mnie znakomitą szkołą futbolu i zarazem szkołą życia. Groningen było początkiem tej edukacji. W Urugwaju nikt aż tak bardzo nie zajmuje się młodym zawodnikiem, nikt aż tak nie dba o jego rozwój. Nikt nie zawraca sobie głowy kontrolowaniem tego, co taki chłopak je i pije. W Holandii okazało się, że mam pięć, może sześć kilo nadwagi. Byłem tłusty. Nasz trener, Ron Jans, którego do dziś uznaję za jednego z najlepszych fachowców, z jakimi miałem do czynienia, powiedział mi tak: „Twoja docelowa waga to 83 kilo – jeden kilogram więcej i zapomnij o pierwszej drużynie”.

Nie miałem najmniejszego pojęcia o diecie, zacząłem więc wypytywać w klubie, jak zrzucić wagę. Pierwszą rzeczą, jaką mi doradzono, było odstawienie coli. Nie mogłem zrozumieć, że jej picie ma na organizm aż taki wpływ! Sofi zaproponowała, żebyśmy odtąd zaczęli pić tylko wodę, i z czasem się do tego przyzwyczaiłem. Dziś nie umiem już pić nic innego poza wodą.

Kiedy w klubie kazali mi wejść na wagę po raz kolejny, okazało się, że ważę 83,4 kilograma i Ron powiedział, że chwilowo odpuści mi te 400 gramów. Dostrzegł, że bardzo przejąłem się jego poleceniem i robiłem wszystko, żeby sprostać wyzwaniu. Wówczas nauczyłem się samemu dbać o takie rzeczy i zrozumiałem, że nie potrzebuję nadzorcy, który mnie pilnuje. Sam sobie narzuciłem dyscyplinę.

Kiedy przyjechaliśmy do Holandii, żadne z nas nie potrafiło gotować. Naszym najlepszym przyjacielem był Ronald McDonald, ale kupiłem elektroniczny grill, żeby zacząć przyrządzać potrawy samemu. Przy pierwszej próbie cały dom zasnuł się gęstym dymem… Wtedy wydawało się nam, że ten pierwszy samodzielnie zrobiony stek jest pyszny, ale gdy dziś go wspominam… Madremía! Jak, u diabła, mogliśmy go w ogóle zjeść?!

Sofi miała o wiele zdrowsze nawyki żywieniowe ode mnie i starała się mnie do nich przekonać. Postanowiła też nauczyć mnie dbać o dom. Dotąd słaniem łóżek i sprzątaniem zajmowały się w moim życiu mama i siostry. W Holandii dom był tylko na naszej głowie, więc musiałem wziąć na siebie odpowiedzialność. Dzieliliśmy się gotowaniem i wszelkimi domowymi obowiązkami i w ten sposób wspólnie dorastaliśmy.

Groningen liczy jakieś 200 tysięcy mieszkańców, z czego 50 tysięcy to studenci. Wszyscy poruszają się na rowerach, więc my również je sobie sprawiliśmy i sporo jeździliśmy. Klub załatwił nam też kurs podstaw finansów, dzięki czemu nauczyłem się odróżniać brutto od netto. Po podpisaniu kontraktu z Groningen sądziłem, że skoro przenoszę się z Urugwaju do Europy, wszelkie moje problemy finansowe zostały rozwiązane raz na zawsze. Ale oczywiście wcale tak nie było. Miałem 19 lat i nie rozumiałem, o co chodzi w niektórych sprawach. Nie wiedziałem o pewnych rozwiązaniach wynegocjowanych w kontrakcie. Nikt mi na przykład nie wyjaśnił, że zarobki, które – jak mi się wydawało – dostanę na konto, były zarobkami brutto i będą pomniejszone o podatki. Nikt nie wyprowadził mnie z błędu. Kiedy odkryłem, jak jest naprawdę, poczułem się wrobiony, wręcz oszukany!

Tymczasem rodzinie w Urugwaju wydawało się, że skoro gram w Europie, to już jestem milionerem. Sądzili, że stając się zawodnikiem Groningen, zostałem najbogatszym człowiekiem w Urugwaju. Nigdy im się nie pochwaliłem, ile zarabiam, i oni to szanowali, ale wokół rodziny piłkarza zaraz pojawia się mnóstwo ludzi o dużo gorszym podejściu. Twoja rodzina wie, skąd pochodzisz i ile kosztowało cię, żeby zajść tam, gdzie jesteś, ile poświęcenia i wyrzeczeń musiałeś znieść, ale ludzie, którzy starają się wykorzystać sytuację, nie dbają o to.

Człowiekiem, który wyjaśnił mi różnicę między brutto i netto, był Bruno Silva. Okazał się naszym zbawieniem w tych pierwszych miesiącach w Groningen. Kojarzyłem go z czasów, gdy występował w reprezentacji Urugwaju i jako zawodnika Danubio – trzeciego klubu Urugwaju, za Nacionalem i Peñarolem Montevideo. Oglądaliśmy wspólnie mecze ligi urugwajskiej albo organizowaliśmy rodzinne barbecue. Nigdzie w Groningen nie mogliśmy znaleźć urugwajskich steków, ale udało nam się zdobyć brazylijskie mięso od Brazylijczyka Hugo Alvesa Velamego, który przez długie lata występował w barwach Groningen. Był już wówczas trenerem w klubowej akademii i również okazał się niezwykle pomocny, zostając naszym tłumaczem, gdy trzeba było załatwić coś w klubie.

Bruno opowiedział mi wszystko, co wiedział o Groningen. Że to klub środka holenderskiej tabeli, który chciałby regularnie kwalifikować się do europejskich pucharów, gdzie sezon wcześniej awansował po raz pierwszy od 14 lat. Właśnie wybudował nowy stadion na 22 tysiące widzów i ma stabilną sytuację finansową, więc zawsze dostanę pensję na czas.

Mieliśmy szczęście z Sofi, że trafiliśmy na Hugo i Bruno – dzięki nim nasze życie było o wiele łatwiejsze. Spotykaliśmy się codziennie: oni dwaj wspierali mnie w klubie, a ich żony pomagały Sofi odnaleźć się w nowej roli. Zadbali o nas jak o dzieciaki, które o niczym nie mają pojęcia – bo takimi dzieciakami de facto wówczas byliśmy. A przy tym ich pomoc była absolutnie bezinteresowna.

Kiedy dołączyłem do drużyny, Bruno akurat leczył kontuzję i nie grał. Sofi zapytała go, czy zdarzało mi się występować w pierwszym zespole, na co odparł, że oczywiście. To nas onieśmieliło – ktoś, kto gra w pierwszym składzie Groningen? Wow! Wszystko było wielką przygodą…

Jak każdy dobry Urugwajczyk, Bruno uwielbiał yerba mate. Sam zacząłem ją okazjonalnie popijać w wieku 18 czy może 19 lat, z tatą lub z kolegami z drużyny. Ale gdy tylko opuściłem ojczyznę, stałem się bardziej urugwajski niż kiedykolwiek. Trudno dobrze wytłumaczyć, czym dokładnie jest yerba mate. Często powtarzałem ludziom w Liverpoolu, że to gorzka zielona herbata, do której dolewa się gorącej wody i sączy przez metalową słomkę. Jeśli gdzieś napotkacie na grupę Urugwajczyków, prawdopodobnie jeden z nich będzie trzymał w ręku termos, z którego będzie nalewał gorącą wodę do małego naczynia, pociągał przez słomkę, a potem podawał naczynie przyjaciołom. Piliśmy z Bruno mate litrami. Wcześniej nie potrafiłem jej odpowiednio przygotować, według rytuału, który nazywamy cebar el mate. Nie umiałem nawet porządnie podgrzać wody… Wszystkiego nauczyłem się od Bruno.

Gdy się poznaliśmy, miał 27 lat i pamiętam, że nadymał policzki i kiwał do mnie głową, mówiąc: „Nie mam już przed sobą zbyt długiej kariery”. Zastanawiałem się wówczas, jak daleko mi do niego, i proszę – opowiadam wam swoją historię, mając dokładnie 27 lat.

Bycie bardziej urugwajskim po wyjeździe z kraju polegało też na śledzeniu niemalże z religijnym oddaniem meczów mojego ukochanego Nacionalu i ligi urugwajskiej. Na samym początku zapowiadałem wszystkim: „Dobra, jest 20.00, zamierzam obejrzeć mecz, więc proszę mi nie przeszkadzać”. Stopniowo zacząłem ograniczać liczbę oglądanych spotkań, a skończyłem na samym sprawdzaniu wyników… Krok po kroku coś, co niegdyś było dla mnie bardzo ważne, powszedniało. To do pewnego stopnia smutne, że jakaś część ciebie gdzieś umyka, ale też nieuniknione. Kiedy do Liverpoolu trafił urugwajski zawodnik Sebastián Coates, zapowiadał nam wszystkim: „Nie, o 20.00 nie mogę nigdzie iść ani nic robić, bo chcę oglądać mecz”. A ja mu odpowiadałem: „Zobaczysz, że to nie potrwa długo”. Wiedziałem, bo przeszedłem przez ten sam proces.

Wciąż jestem w kontakcie z Bruno. Jest dla mnie bardzo ważną osobą. Wrócił do swego rodzinnego miasta Cerro Lago, gdzie nadal gra w piłkę, ale zanim tak się stało, przeszedł za mną do Ajaksu. Trafiłem tam w sierpniu 2007 roku, a on dołączył do mnie kilka miesięcy później, w styczniu. Pytali mnie o niego, a ja oczywiście rekomendowałem go władzom Ajaksu, ciepło opowiadając o tym, jak wielkiej pomocy udzielił mi w Groningen. Nie tylko on, ale cała jego rodzina. Graliśmy też razem w reprezentacji Urugwaju. Wcale nie twierdzę, że to ja załatwiałem mu powołania, po prostu kiedy w kadrze pytano mnie o niego, zawsze wychwalałem go jako świetnego zawodnika. Trener Óscar Tabárez dał mu szansę i powołał do składu. Bruno dziękował mi za rekomendację, ale to przecież było nic w porównaniu z tym, co uczynił dla mnie w Holandii. Nawet sobie nie wyobrażałem, że człowiek jest w stanie tyle zrobić dla drugiego, mimo że zna go tak krótko.

Kiedy odchodziłem z Ajaksu do Liverpoolu, Bruno przeżywał problemy z niekończącą się rehabilitacją ramienia po nieudanej operacji. Poszła tak kiepsko, że mówił: „Trafiłem już do nieba, ale na szczęście wróciłem między żywych”. Dziś sobie z tego żartuje, ale wówczas wdała się jakaś przykra infekcja i jego życie było zagrożone.

Bruno świetnie mnie zna, jak mało kto w świecie futbolu. Jeśli go spytam: „Widziałeś, jakiego gola strzeliłem?”, zwykle odpowiada: „Uspokój się, dzieciaku, pamiętam cię z pierwszych dni w Holandii”. Nadal wysyła mi esemesy, od czasu do czasu w rodzaju: „Powinieneś był bardziej podkręcić piłkę przy tamtym rzucie wolnym”. Ja i Sofi sporo się od niego nauczyliśmy o Urugwaju, o tym, jak wygląda życie poza stolicą, ponieważ wyjechałem z Salto jako mały chłopiec i później mieszkałem już tylko w Montevideo. On zaś był w Cerro Lago, czyli na wsi.

Trudno o prawdziwych przyjaciół w świecie futbolu, ale Bruno to zdecydowanie jeden z nich, a także jedna z najbardziej wartościowych osób, jakie poznałem w czasie swojej kariery. Nadal traktuje mnie dokładnie tak samo jak podczas pierwszego spotkania w Groningen. I bardzo się z tego cieszę! Cenię sobie, że to bezinteresowna przyjaźń, z czasów, kiedy dopiero starałem się zaistnieć w futbolu i wyrobić sobie nazwisko.

Holenderski futbol był świetny – spektakularne mecze, wspaniałe stadiony. Stopniowo coraz lepiej odnajdywałem się na boisku i wszystko szło dobrze… z wyjątkiem kłótni z trenerem. Doszło do niej we wrześniu 2006 roku. W pierwszym meczu Pucharu UEFA, z Partizanem Belgrad, przegraliśmy 2:4. Zdobyłem bramkę, gdy wszedłem na boisko z ławki na ostatni kwadrans. W rewanżu wystąpiłem od pierwszej minuty, ale ponieważ utrzymywał się bezbramkowy remis, Jans zdjął mnie w środku drugiej połowy. Zanosiło się na to, że zostaniemy wyeliminowani z pucharów, opuszczałem więc boisko w kiepskim nastroju.

Nie lubię być zmieniany, a do tego lał deszcz. Nie nawykłem też jeszcze wówczas do panującego w Holandii zwyczaju, że schodzący z boiska zawodnik ściska rękę trenerowi. Zrobiłem gest w rodzaju: „Nie ma siły, żebym podał ci rękę”. Potrząsnąłem gniewnie głową. Trener, widząc, że nie okazuję mu szacunku, cisnął o ziemię parasolem. A ten się połamał…

Słowem: moją winą był remis 0:0 oraz to, że parasol się połamał. I pewnie też to, że padał deszcz. Nasze nieporozumienie wkurzyło wszystkich w klubie, ale na szczęście nie musiałem długo czekać, żeby odkupić winy. W najbliższy weekend graliśmy z Vitesse Arnhem, prowadziliśmy 1:0, ale rywale wbili nam trzy bramki. Wywalczyłem rzut karny, z którego strzeliliśmy kontaktowego gola w 82. minucie. Minutę przed końcem wyrównałem na 3:3 i wyglądało na to, że uda nam się urwać punkt. Ale mecz się jeszcze nie skończył… W doliczonym czasie gry po naszym dośrodkowaniu z prawej strony ktoś wybił piłkę głową przed pole karne prosto pod moje nogi. Zamachnąłem się prawą nogą, myląc obrońcę i bramkarza Vitesse, a lewą huknąłem prosto pod poprzeczkę, strzelając zwycięskiego gola.

Nasz stadion oszalał z radości! Tradycją w Groningen było, że bez względu na wynik cała drużyna obchodziła murawę dookoła, żeby podziękować kibicom za doping. To był mój najlepszy występ w barwach klubu, w którym grałem dopiero dwa miesiące. Na oczach świętujących kibiców, gdy obiektywy wszystkich kamer skierowane były na mnie, trener Jans podszedł do mnie i wręczył mi ten połamany parasol. Każdy kojarzył, co się stało kilka dni wcześniej, bo mówiliśmy o tym nawet podczas przygotowań do meczu z Vitesse. Tanecznym krokiem zrobiłem więc rundę honorową wokół trybun z parasolem trenera w ręku i szerokim uśmiechem na twarzy.

Po spotkaniu zjedliśmy w klubie wspólny posiłek, a dwaj dyrektorzy, którzy oglądali mnie w Urugwaju, powiedzieli Bruno Silvie, że wreszcie odetchnęli z ulgą. Wyglądało na to, że zainwestowane we mnie pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto. Sporo ryzykowali, biorąc mnie w ciemno, ale okazało się, że było warto. Pamiętajcie, że widzieli mnie w zaledwie jednym meczu…

Historia z parasolem wszystko zmieniła. Zacząłem więcej grać, wszyscy byli coraz bardziej ze mnie zadowoleni, a my z Sofi coraz szczęśliwsi, wiodąc wspólne życie. Czasy, gdy byłem tłusty, bez formy i poza pierwszą drużyną, odeszły w niepamięć. Kibice Groningen byli dla mnie wspaniali, a ja dbałem o to, żeby mieli powody do radości.

W czasie wolnym od treningów zacząłem uczyć się holenderskiego, żeby lepiej zintegrować się z drużyną i tutejszym futbolem. Na boisku też musiałem nauczyć się czegoś, do czego nie byłem przyzwyczajony – nie upadać w polu karnym od razu, gdy tylko poczułem dotknięcie. Futbol w Urugwaju jest inny. Tam każdy akceptował, że przewracałem się po najlżejszym muśnięciu. W Holandii najpierw wywalczyłem kilka karnych, które nam się nie należały. Ale potem kilkakrotnie nie przyznano nam jedenastki za ewidentne faule na mnie w szesnastce. To samo powtórzyło się później, gdy zacząłem grać w Anglii. To jednak nie tak, że nurkowałem po wymyślonych faulach. Po prostu starałem się wykorzystać każde nieprzepisowe, nawet najlżejsze dotknięcie rywala, żeby wylądować na murawie.

Powoli adaptowałem się do gry w Europie i ta adaptacja trwała później w Premier League. Nie miałem wyjścia: trener wręcz poprosił Bruno, żeby ze mną pogadał i wytłumaczył, że nie wolno mi tak często nurkować i kwestionować decyzji sędziów. Że tak się tutaj nie robi. Było to zupełnie inne podejście niż to, do jakiego przyzwyczaiłem się w Urugwaju.

Po tym, jak już trochę poduczyłem się holenderskiego, zacząłem posługiwać się nim na treningach, a Holendrzy bardzo docenili te moje starania. Udzielałem nawet wywiadów po holendersku. Nieważne, czy były dobre, czy beznadziejne – dla nich liczyło się, że się staram. Powinienem był jednak raczej uczyć się angielskiego, jak robiła większość cudzoziemskich piłkarzy w Holandii, zwłaszcza w większych miastach, bo to pozwoliłoby mi w przyszłości lepiej radzić sobie w różnych sytuacjach w Liverpoolu. Ale wybrałem holenderski i do dziś lubię od czasu do czasu zaskakiwać kogoś z Holandii, kto nigdy by mnie nie podejrzewał o znajomość tego języka.

Musiało jednak minąć trochę czasu, zanim lekcje zaczęły przynosić jakiś efekt. Na samym początku nie rozumiałem kompletnie nic… Kiedy trener Jans chciał mi coś przekazać, musiał to mówić Bruno Silvie i ten dopiero tłumaczył mi, o co chodzi. Pamiętam, że w przerwie pewnego meczu, w którym grałem wyjątkowo kiepsko, trener zaczął coś do mnie mówić; podejrzewałem, że na temat mojej słabej gry. Odpowiedziałem mu: „Sí, la concha de tu madre”. To bardzo wulgarne sformułowanie po hiszpańsku, odnoszące się do czyjejś matki. „Nie moja matka, twoja matka”, odparł Jans perfekcyjnym hiszpańskim. Wyglądało na to, że bariera komunikacyjna między nami wreszcie padła, i to z obu stron…

Grałem u boku Erika Nevlanda, który później przeniósł się do Fulham, ale w Groningen stanowił dla mnie wielkie wsparcie. Norweski napastnik był naszą największą gwiazdą, ale mimo swego statusu bez przerwy pomagał mi na boisku – dokładnie tak samo jak później Steven Gerrard w Liverpoolu.

Jestem bardzo wdzięczny Groningen także za możliwość zadebiutowania w międzynarodowych rozgrywkach, co pozwoliło mi pojawić się na radarze selekcjonera reprezentacji Urugwaju, który w lutym powołał mnie do kadry. To było coś wspaniałego! Kiedy przenosiłem się do Groningen, byłem pewien, że popadnę w kompletne zapomnienie; myślałem, że nie da się przebić do kadry z klubu, o którym – jak mi się wydawało – nikt w Urugwaju nie słyszał. Kiedy pierwszy raz dowiedziałem się o zainteresowaniu moją osobą, od razu pognałem do PlayStation, by razem z bratem sprawdzić, kto tam gra. Okazało się, że żaden z nas nie zna choćby jednego piłkarza Groningen… Gdy Urugwajczyk usłyszy nazwę „Holandia”, natychmiast wymieni Ajax, Feyenoord i PSV. Inne kluby stamtąd są u nas kompletnie nieznane, również AZ Alkmaar czy Twente, choć obie drużyny zdobywały mistrzostwo Eredivisie, czyli najwyższej ligi w Holandii. Groningen należało do klubów, o których nigdy w życiu nie słyszałem, podobnie jak o NAC Breda, Roda Kerkrade czy RKC Waalwijk – nie tylko nie umiałem nic o nich powiedzieć, ale nawet porządnie wymówić ich nazw.

Uznałem, że skoro ja nigdy nie słyszałem o Groningen, to członkowie sztabu technicznego reprezentacji też nie. Ale byłem w błędzie. Zobaczyłem, że piszą o mnie w urugwajskich serwisach sportowych: „Luis Suárez zdobył bramkę dla Groningen”. Pomyślałem wówczas: „Skoro ja mogę o tym przeczytać, to znajdą się ludzie w Urugwaju, którzy również to przeczytają”. Tak też się stało i oto ja, 19-latek z Groningen, dostałem powołanie do reprezentacji Urugwaju. Niestety, w ostatnich minutach debiutu w towarzyskim spotkaniu z Kolumbią zostałem wyrzucony z boiska za drugą żółtą kartkę. Niepotrzebnie kwestionowałem decyzje sędziego Jorge Hernána Hoyosa, który w 85. minucie stracił wreszcie do mnie cierpliwość. Trener Tabárez nie był tym zachwycony, ale ja miałem za sobą debiut w reprezentacji, do czego przyczyniły się występy w Groningen.

W klubie też byli ze mnie zadowoleni, a ja chciałem jakoś się zrewanżować. Zwykle nie składam obietnic, ile goli strzelę w sezonie. Ale podczas spotkania z kibicami ma prezentacji po podpisaniu kontraktu, gdy wyszedłem na środek stadionu i dyrektor sportowy Groningen zapytał mnie, ile bramek zamierzam zdobyć w pierwszym sezonie, wypaliłem: „15!”. Byłem tylko dzieciakiem, który właśnie podpisał pierwszy zagraniczny kontrakt, i nagle znalazł się w świetle jupiterów. A co niby miałem wtedy powiedzieć? Rzuciłem pierwszą liczbę, jaka mi przyszła do głowy: „15 goli”, rzuciłem i zaraz dopowiedziałem sobie w myślach: „15… chyba przez pięć najbliższych lat”.

No ale stanęło na 15 i co niezwykłe, na koniec sezonu rzeczywiście osiągnąłem ten cel! W lidze strzeliłem 12 goli, a Groningen znalazło się w play-offach o awans do europejskich pucharów, co oznaczało konieczność rozegrania przynajmniej jeszcze dwóch meczów. Zdobyłem dwie bramki w półfinale play-offów, a kolejna – w finale – pozwoliła mi spełnić obietnicę daną kibicom.

Grałem na tyle dobrze, że ściągnąłem na siebie uwagę najlepszych klubów w Holandii. Zdecydowałem, że skoro tak, to będę tym napastnikiem, którego potrzebują. Oczywiście, jak zazwyczaj w takich przypadkach, czujesz lojalność wobec swego klubu, ale jeszcze większą wobec własnej kariery, więc kiedy zgłosił się po mnie z poważną propozycją Ajax, uznałem, że nie mogę jej odrzucić.

Ten transfer okazał się równie trudny, jak pierwszy. Musiałem wywalczyć sobie zgodę na przejście. Groningen kupiło mnie za 1,4 miliona euro, a Ajax oferował pięć milionów. Miałem zarabiać sześć razy więcej niż w obecnym klubie – i oczywiście znałem już w tym momencie różnicę między brutto a netto… W Holandii istnieje prawo, które mówi, że jeśli po piłkarza zgłosi się klub występujący w Lidze Mistrzów, gotowy płacić mu przynajmniej dwa razy więcej niż dotąd, to jego obecny klub jest zobligowany, żeby go sprzedać. Ajax zamierzał zapłacić za mnie Groningen ponad trzykrotnie więcej, niż kosztowałem, przechodząc z Urugwaju. W teorii Groningen musiało pozwolić mi odejść, ale klub wolał oddać sprawę do Trybunału Arbitrażowego. Mój agent stwierdził: „Po prostu wcale nie chcą cię sprzedać i udają mądrale”.

Musiałem wybrać się do sądu i słuchać, jak prawnicy przedstawiają moją sprawę. Problem polegał na tym, że Ajax jeszcze nie był pewny awansu do Ligi Mistrzów. Jans szepnął mi na ucho: „Luis, klub nie chce cię sprzedać, ale zamierzam ci pomóc”. Powiedziałem mu, że być może ominie mnie życiowa okazja i najlepszy klub w Holandii nie zgłosi się po mnie drugi raz, a on to zrozumiał. „Wiem – powiedział – ale decyzja należy do dyrektorów, a oni nie chcą pozwolić ci odejść”.

Na wyrok trybunału trzeba było czekać aż pięć dni. W tym czasie musiałem normalnie trenować w klubie. Możecie sobie wyobrazić, czego nasłuchałem się od kibiców… Któregoś ranka dotarły do mnie wieści, że przegramy sprawę przed Trybunałem Arbitrażowym. Miałem przed sobą dwie sesje treningowe, ale nie byłem w stanie się ruszyć, moja głowa gdzieś odpłynęła, myśli były zupełnie gdzie indziej…

„Hej, Luis, nie chcesz dziś z nami trenować?”, spytał Jans.

Odpowiedziałem, że nie, nie mam ochoty trenować po otrzymaniu takiej wiadomości. Nie byłem w stanie nic robić. Czułem się totalnie przegrany. Chciałem wrócić do domu i się rozpłakać. Nie mogłem uwierzyć, że klub robi mi coś takiego. Ale nadszedł dyrektor techniczny Henk Veldmate i pocieszył mnie: „Idź do domu i niczym się nie martw. Zajmę się tym i rozwiążę tak, żebyś był zadowolony. Klub pozwoli ci odejść”.

Pojechałem do domu w południe, a o 17.00 zadzwonił Fonseca i powiedział: „Luis, wszystko załatwione – kluby się dogadały, że odejdziesz za siedem i pół miliona euro. Zbieraj się i jedź do Amsterdamu”.

Zaraz po nim zadzwonił jeden z dyrektorów Groningen: „Luis, gratulacje, przechodzisz do Ajaksu. Dziękujemy ci za wszystko”. Okazało się, że wcale nie chcieli mnie zatrzymywać na siłę, po prostu walczyli o jak najwyższą cenę i dopięli swego.

W Holandii zawsze gdy odchodzi jakiś zawodnik, klub organizuje mu oficjalne pożegnanie – dla niego i dla kibiców. Ale nasi kibice wcale nie chcieli się ze mną żegnać. Wołali na mój widok: „Huurling!”, co oznacza najemnika, i oskarżali, że interesują mnie tylko pieniądze. Prawda była taka, że odchodziłem też dlatego, bo chciałem odnieść sukces w najlepszym klubie w kraju, ale fani Groningen palili moje koszulki, szaliki z moim wizerunkiem i transparenty z nazwiskiem. Ustalono, że klub nie będzie organizował pożegnalnego meczu.

Kiedy w następnym sezonie, w kwietniu 2008 roku, przyjechałem do Groningen z Ajaksem, wrogie nastroje jeszcze nie wygasły. Kibice rozprowadzili między sobą specjalne koszulki z napisem „Anti-Suárez” i znów wyzywali mnie od najemników. Machali flagami i transparentami z wizerunkiem moim oraz dolara. Bruno, który wówczas też już grał w Ajaksie, stwierdził: „Ufff, to nie będzie łatwy mecz”.

W Groningen zwykle było tak, że autokar zostawiał przyjezdnych piłkarzy przed bramą główną stadionu, skąd spokojnie szli sobie do szatni. Ale tym razem bus musiał wjechać do środka, pod same drzwi, inaczej nie trafilibyśmy do szatni w jednym kawałku…

Przez całą rozgrzewkę mnie obrażano, wszędzie powiewały hasła z wrogimi hasłami. Kiedy wybiegaliśmy z tunelu przed rozpoczęciem meczu, spostrzegliśmy jakieś zamieszanie. Ludzie przeskakiwali ogrodzenie i wbiegali na murawę, ponieważ na trybunach został wzniecony ogień. Mnóstwo kibiców trzymało w rękach transparenty z napisami, a część z nich zapaliła się od licznych fajerwerków. Wkrótce zaczęły też płonąć plastikowe krzesełka. Czarny dym zasnuł fragment trybuny i wybuchła panika. Obrażeń doznało 20 osób.

Najszybciej jak to było możliwe, zeszliśmy do szatni, a wraz z nami sporo fanów Groningen, którzy wpadli na ten sam pomysł. Cały korytarz był pełen wkurzonych kibiców, którzy krzyczeli: „Luis, Luis, dlaczego musiałeś odejść?!”. A potem zaczęli prosić o wspólne fotki i autografy. Dość szybko przeszli od obrażania mnie i podpalania trybun do życzenia mi powodzenia w nowym klubie i próśb o pamiątki… To podsumowuje całą kibicowską pasję – dopiero co mieli w sobie tyle gniewu i nagle, w ciągu kilku minut, ich nastrój diametralnie się zmienił.

Sofi siedziała na trybunach wraz ze swoim tatą i nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Ostatecznie mecz został przełożony i rozegrany cztery dni później. Strzeliłem gola, ale nie cieszyłem się z tego. W kolejnych konfrontacjach z Groningen zdobyłem jeszcze trzy czy cztery bramki. Cieszyłem się tylko z tych goli, które wbijałem na stadionie Ajaksu, a i to bardzo umiarkowanie. Kibice Groningen byli dla mnie wspaniali, póki tam grałem, czułem też wdzięczność dla klubu, który sprowadził mnie do Europy. Z czasem też – czego można było oczekiwać – fani przestali być do mnie wrogo nastawieni.

Zaraz na samym początku, po przejściu do Groningen, musiałem polecieć do Urugwaju podpisać jakieś dokumenty. Sofi została sama w Holandii na cztery dni, w naszym apartamencie w centrum miasta. Nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić, wyszła więc na małe sprawunki – kupić kilka płyt i najnowsze gazety, żeby stworzyć album z wycinkami na mój temat i relacjami z meczów. Prowadziła go przez cały nasz pobyt w Groningen. Dobrze, że zaczęła na samym początku, gdy pisano o mnie tylko pozytywnie, inaczej niż pod koniec. W samym centrum Groningen stoi pomnik, który trochę przypomina kurczaka. Żartowałem sobie z Sofi zaraz po przyjeździe do miasta, że kiedyś zastąpią tego ptaszora moim wizerunkiem. Okazało się, że nie mam w sobie nic z proroka – zamiast wystawić mi pomnik, kibice palili moje koszulki…

Odchodząc, czułem, że zostawiam za sobą ważny kamień milowy w karierze – mój pierwszy klub w Europie. Ten, do którego trafiłem, by znaleźć się bliżej miłości mego życia. Gdy byłem dzieciakiem, futbol i Sofia Balbi uratowały mi życie. W 2007 roku przenosiliśmy się do Amsterdamu, gdzie miałem poślubić swoją ukochaną i gdzie miało przyjść na świat nasze pierwsze dziecko. Miałem tam też zostać kapitanem jednego z największych europejskich klubów.

Crossing the Line

My Story

Copyright © Luis Suarez 2014

The right of Luis Suárez to be identified as the Author of

the Work has been asserted by him in accordance with the

Copyright, Designs and Patents Act 1988.

First published in Great Britain in 2014

by HEADLINE PUBLISHING GROUP

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Michał Pol 2015

Redakcja i korekta – Joanna Mika, Tomasz Wolfke, Grzegorz Krzymianowski

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Manu Fernandez / Associated Press

Fotografia na IV stronie okładki – Matthias Hangst / Getty Images

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-388-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-387-7

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wprowadzenie: Na krawędzi

1. Historia miłosna

2. Szkoła holenderska Sędziowie

3. Ręka Suáreza Sława

4. Niech będzie „Siódemka”

5. „Rasista” Fortuna

6. Rewolucja Rodgersa Dzień meczowy

7. Tak blisko Przyjaciele i idole

8. To było Anfield Trenerzy

9. Anglia, moja Anglia…

Epilog: Callejón

Podziękowania

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Najlepsza książka o FC Barcelonie, jaka kiedykolwiek powstała!

Nieomal rozszarpana siatka w bramce Sampdorii Genua. Piłkarz, który miał stać się legendą, podpisujący po pijanemu kontrakt z, jak sądził, Realem Madryt. Bramkarz uciekający z Hiszpanii w przebraniu i prezydent klubu rozstrzelany przez frankistów. Wiceprezydent klubu skaczący do Tamizy i kibice wygwizdujący swoją drużynę mimo prowadzenia w Gran Derbi…

Historia klubu, piłkarzy, kibiców i Katalonii – najpiękniejszej piłkarskiej wspólnoty!

Szukaj w dobrych księgarniach i na

WWW.LABOTIGA.PL

WWW.WSQN.PL

Naprawdę wydawało ci się, że coś wiesz o piłce?

Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki – wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności… Musiał pozostać anonimowy. Aby móc zdradzić Ci wszystko.

Najgłośniejsze piłkarskie książki ostatnich lat!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Luis Suarez. Przekraczając granice. Autobiografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia