Zaginione wojowniczki

Zaginione wojowniczki

Autorzy: Anne Fortier

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 656

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.67 zł

Pracująca w Oxfordzie młoda uczona, Diana Morgan, specjalizuje się w językach starożytnych. Od dzieciństwa fascynuje się mitologią grecką, a w szczególności, za sprawą babki, tematem starożytnych wojowniczek  – Amazonek. Ekscentryczna babka Diany, nim pewnego dnia zniknęła bez śladu, opowiadała wnuczce, że sama jest jedną z nich. Współpracownicy Diany z politowaniem kręcą głową nad jej obsesją. Pewnego dnia jednak tajemnicza fundacja składa jej propozycję nie do odrzucenia.

Diana udaje się do Afryki Północnej i dołącza do poszukiwacza skarbów Nicka Barrana. Na ścianie świątyni ukrytej dotąd pod piaskami pustyni odkrywa imię pierwszej królowej Amazonek, Myriny. Kierując się wskazówkami z inskrypcji, Diana i Nick ruszają na poszukiwania legendarnego skarbu, który Amazonki wywiozły z oblężonej Troi. Diana nie domyśla się, jakiej natury jest ów skarb, wie natomiast, że Nick realizuje swój własny plan. Nie mogąc zaufać nikomu i nieustannie czując czyjś oddech na plecach, Diana zbliża się do odkrycia prawdy, która zmieni jej świat.

Zaginione wojowniczki przenoszą nas z Anglii do Afryki Północnej, do Grecji i Turcji, ze starożytności do współczesności – to zapierająca dech w piersiach, oszałamiająca podróż dwóch kobiet na równoległych wyprawach, Diany Morgan i Myriny. Nieustraszone bohaterki walczą o życie, lecz także o to, by dziedzictwo Amazonek nie przepadło na wieki.

Tytuł oryginału:

THE LOST SISTERHOOD

Copyright © 2014 by Anne Fortier

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Jolanta Olejniczak-Kulan

ISBN: 978-83-7999-380-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Część I. ZmierzchRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Część II. ŚwitRozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Część III. SłońceRozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Część IV. ZenitRozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Część V. ZaćmienieRozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Część VI. EkwinokcjumRozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Od autorki

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Amazonki

Mityczne plemię wojowniczek. Nazwa ta jest powszechnie rozumiana jako „bezpierśne” (a– bez; maza – pierś) – wieść niesie, że Amazonki wyrywały sobie albo wypalały prawą pierś, by nie przeszkadzała im w rzucie włócznią […]. Społeczność Amazonek służy za dowód, że w czasach prehistorycznych istniał matriarchat. Taka koncepcja stanowi kuszącą kontrę dla męskich uprzedzeń, ale wypacza istotę mitu.

OKSFORD CLASSICAL DICTIONARY

Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.

GEORGE ORWELL

PROLOG

Młodzi mężczyźni w rekordowym tempie ukończyli trening. Było to jeden z nielicznych pogodnych poranków w Oksfordzie, gdy mgły podnosiły się znad rzeki tuż przed dziobem, jakby natura czekała na tę chwilę i na tę załogę, by wreszcie się zaprezentować.

Haz czuł się niezwyciężony, gdy wraz z kolegami wracał do kolegium, przecinając Christ Church Meadow w blasku wschodzącego słońca. Jego euforię szybko jednak zgasił pedel, który przywołał go szorstkim gestem, gdy tylko mężczyźni weszli na czworokątny dziedziniec.

– To przyszło do pana. – Uwalany atramentem kciuk wskazał przedmiot leżący na blacie. – Jakieś dziesięć minut temu. Właśnie miałem wzywać dziekana…

– Co to jest? – spytał Haz, wyciągając szyję. – I skąd…? – Urwał, gdy tylko poznał zawartość płóciennego kosza. Na poduszce, przykryte kocykiem, spało dziecko.

Haz nie umiał znaleźć właściwych angielskich słów, by wyrazić chaos, który powstał w jego głowie. Widywał już w życiu niemowlęta, oczywiście, ale nie spodziewał się zobaczyć jedno z nich w wilgotnej portierni, w otoczeniu worków z pocztą i zapomnianych parasolek.

– Właśnie, proszę pana. – Pedel ściągnął kosmate brwi w wyrazie krępującego współczucia. – Ale może w tym liście – podał młodzieńcowi kopertę przymocowaną sznurkiem do kosza – znajdzie pan jakieś wyjaśnienie.

CZĘŚĆ I

ZMIERZCH

ROZDZIAŁ 1

Dni dziewięć wciąż pędzony wichrami zajadłemi,

Aż w dziesiątym nareszcie dobiłem do ziemi

Lotofagów…1

HOMER, Odyseja

OKSFORD W ANGLII

CZASY OBECNE

Na swój niejasny sposób babcia dołożyła wszelkich starań, by przygotować mnie na okrucieństwa i rzezie. Tętent kopyt, pędzące rydwany, bezwzględni łupieżcy… dzięki niej już jako dziesięciolatka mniej więcej orientowałam się w tych tematach.

Niestety, również dzięki babci sądziłam, że świat to wspaniałe pole walki, podczas gdy okazał się on zupełnie inny. Powody do walki były mizerne, ludzie nijacy i tchórzliwi; moje umiejętności Amazonki wydawały się w tych okolicznościach bezsensowne i niepotrzebne. A już na pewno żadna z nauk, które babcia przekazała mi w czasie naszych długich popołudni przy herbatce miętowej w towarzystwie przywidzianych potworów, nie przygotowała mnie na walkę ze szkwałami i prądami środowiska akademickiego. W tej kipieli nie miałam szans utrzymać się na powierzchni.

W to konkretne październikowe popołudnie – w dniu, gdy wszystko się zaczęło – powalił mnie nagły podmuch gniewu w połowie prelekcji, którą wygłaszałam na konferencji. Za namową wszechmocnego profesora Vandenboscha siedzącego w pierwszym rzędzie moderatorka dyskusji zerwała się na równe nogi i niepewnie przeciągnęła palcem po gardle, powiadamiając mnie, że na dokończenie wystąpienia mam dokładnie zero minut. Zerknęłam na zegarek i upewniłam się, że idealnie mieszczę się w czasie. Od łaskawości znamienitych uczonych zależała moja kariera naukowa.

– Kończąc już… – zerknęłam na profesora Vandenboscha, który siedział ze skrzyżowanymi rękoma i nogami, przyglądając mi się wojowniczo – podkreślę, że wbrew wszelkim plastycznym opisom owych zwyczajów godowych greccy autorzy awanturnicze Amazonki postrzegali tylko jako fikcyjne, quasi-erotyczne playmate.

Przez audytorium przetoczył się szmer uznania. Wszyscy byli przemoczeni i dość posępni, ponieważ przyszli tu z zalanego deszczem dziedzińca, ale moja prelekcja najwyraźniej odrobinę podniosła temperaturę w pomieszczeniu.

– Niemniej – skinieniem głowy zapewniłam moderatorkę, że zbliżam się do końca – świadomość, że krwiożercze wojowniczki są czystą fikcją, nie powstrzymała naszych pisarzy przed wykorzystaniem ich postaci w powiastkach umoralniających traktujących o zagrożeniach związanych z nieograniczoną swobodą niewieścią. Dlaczego? – Rozejrzałam się po słuchaczach, usiłując oszacować liczbę sojuszników. – Dlaczego Grecy uważali, że żonę trzeba zamknąć w domu? Nie wiadomo. Ale na pewno to straszenie Amazonkami służyło do uzasadniania ich mizoginii.

Gdy tylko ucichły oklaski, profesor Vandenbosch, lekceważąc moderatorkę, wstał i powiódł dokoła surowym wzrokiem. Samym spojrzeniem skosił wiele ochoczo podniesionych rąk. Następnie odwrócił się do mnie z uśmieszkiem na szacownej twarzy.

– Dziękuję, doktor Morgan. Z satysfakcją stwierdzam, że nie jestem już najbardziej staroświeckim badaczem w Oksfordzie. Ze względu na panią mam nadzieję, że na uczelni pewnego dnia znowu pojawi się zapotrzebowanie na feminizm; reszta z nas, podkreślę z ulgą, dawno już minęła ten etap i zakopała topór wojenny.

Chociaż ukrył swój atak pod pozorami żartu, był on tak szokujący, że nikt się nie roześmiał. Nawet ja, uwięziona za mównicą, byłam zbyt wstrząśnięta, by próbować riposty. Większość słuchaczy stała po mojej stronie, to na pewno – a jednak nikt się nie ośmielił wystąpić w mojej obronie. Na sali zapadła cisza tak całkowita, że dało się słyszeć słaby brzdęk kropel deszczu o miedziany dach.

Dziesięć żenujących minut później mogłam nareszcie uciec z auli w wilgotną październikową mgłę. Owijając się ciaśniej szalem, próbowałam wyobrazić sobie dzbanek z herbatą czekający na mnie w domu… ale i tak ciągle czułam, jak szaleje we mnie wściekłość.

Profesor Vandenbosch nigdy mnie nie lubił. Jak mi złośliwie doniesiono – swego czasu zabawiał kolegów fantazją, że zostałam uprowadzona z Oksfordu, by zagrać w dziewczyńskim serialu telewizyjnym. Osobiście wyznawałam teorię, że wykorzystuje mnie w rozgrywkach ze swoją rywalką, a moją mentorką Katherine Kent, sądząc, że zdoła osłabić jej pozycję przez atakowanie jej faworytów.

Katherine oczywiście ostrzegała mnie przed wygłaszaniem kolejnej prelekcji o Amazonkach. „Jeśli dalej będziesz podążać tą drogą badań, staniesz się akademicką padliną” – powiedziała, jak zawsze bezceremonialna.

Nie chciałam jej wierzyć. Uważałam, że pewnego dnia temat rozgorzeje i profesor Vandenbosch nie zdoła zdusić płomieni. Gdybym tylko znalazła czas, by dokończyć swoją książkę, albo – tak by było najlepiej – dopadłabym Historii Amazonum. Jeszcze jeden list do Stambułu, tym razem pisany odręcznie, i może magiczna komnata Grigora Reznika wreszcie stanie przede mną otworem. Musiałam spróbować, byłam to winna babci.

Biegnąc deszczową ulicą, z kołnierzem bluzki podniesionym w obronie przed żywiołami, nawet nie zauważyłam, że ktoś za mną podąża, aż ten ktoś dogonił mnie na przejściu na High Street i pozwolił sobie osłonić mnie swoim parasolem. Wyglądał na żwawego sześćdziesięciolatka i na pewno nie był naukowcem; pod nieskalanym trenczem dostrzegłam drogi garnitur i podejrzewałam, że skarpetki ma dopasowane do krawata.

– Doktor Morgan – zaczął, zdradzając akcentem południowoafrykańskie pochodzenie. – Podobało mi się pani wystąpienie. Poświęci mi pani chwilę? – Ruchem głowy wskazał Grand Café po drugiej stronie ulicy. – Mogę pani postawić drinka? Sądząc z wyglądu, na pewno by się przydał.

– Bardzo to miłe z pańskiej strony – zerknęłam na zegarek – ale niestety jestem już spóźniona na inne spotkanie. – I naprawdę byłam spóźniona. Przez cały tydzień trwał nabór do uniwersyteckiego klubu szermierczego i obiecałam, że wpadnę po godzinach pomóc w demonstracji sprzętu. Jak się okazało, to zadanie idealnie się zgrało w czasie z moim obecnym nastrojem, bo chętnie bym teraz pchnęła kilku wyimaginowanych przeciwników.

– Ach. – Nieznajomy nadal podążał za mną ulicą, końcami drutów parasola dźgając mnie we włosy. – A później? Ma pani wolny wieczór?

Zawahałam się. W oczach tego mężczyzny było coś niepokojącego; miały nadzwyczajną przenikliwość i nutę cynizmu. Trochę skojarzyły mi się z oczyma sów przycupniętych na szczycie biblioteczki w gabinecie mojego ojca.

Zamiast skręcić w ciemną i na ogół pustawą Magpie Lane, stanęłam na rogu z przyjaznym, w założeniu, uśmiechem.

– Chyba nie dosłyszałam pańskiego nazwiska?

– John Ludwig. Proszę… – Chwilę przetrząsał kieszenie, ale ostatecznie się skrzywił. – Nie mam wizytówek. Nieważne. Mam dla pani zaproszenie. – Przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał się upewnić co do mojej wartości. – Fundacja, z którą współpracuję, dokonała sensacyjnego odkrycia. – Przerwał i ściągnął brwi, najwyraźniej niezadowolony z obecności w miejscu publicznym. – Na pewno nie mogę pani postawić drinka?

Wbrew wcześniejszym obawom nie mogłam powstrzymać ciekawości.

– Może umówimy się na jutro? – zaproponowałam. – Na szybką kawę?

Pan Ludwig spojrzał na paru skulonych przechodniów i pochylił się ku mnie.

– Jutro – powiedział, zniżając głos do szeptu – będziemy już w drodze do Amsterdamu. Pani i ja. – Widząc wstrząs na mojej twarzy, miał czelność się uśmiechnąć. – Pierwszą klasą.

– Jasne! – Wysunęłam się spod parasola i ruszyłam w Magpie Lane. – Miłego dnia, panie Ludwig…

– Proszę zaczekać! – Popędził za mną i bez trudu mnie dogonił na nierównym chodniku. – Mówię o odkryciu, które zmienia historię, pisze ją od nowa. To najnowsze wykopalisko, wszystko w najgłębszej tajemnicy, i proszę sobie wyobrazić, że chcielibyśmy, by to pani mu się przyjrzała.

Zwolniłam kroku.

– Dlaczego ja? Nie jestem archeologiem. Jestem filologiem. Jak niewątpliwie pan wie, filologia nie zajmuje się kopaniem, lecz odczytywaniem i rozszyfrowywaniem…

– Właśnie! Nic dodać, nic ująć. – Pan Ludwig znowu sięgnął do kieszeni, w których wcześniej na próżno szukał wizytówki. Teraz wyjął pogięte zdjęcie. – Szukamy kogoś, kto zdoła to odczytać.

Nawet w panującym na Magpie Lane mroku dojrzałam, że fotografia przedstawia napis na czymś, co wygląda na starożytny mur.

– Gdzie to zrobiono? – spytałam.

– Tego nie mogę pani powiedzieć. Dopóki nie zgodzi się pani pojechać. – Pan Ludwig przysunął się bliżej, mówił głosem tak tajemniczym, że aż cichym. – Widzi pani, znaleźliśmy dowód, że Amazonki rzeczywiście istniały.

Ze zdumienia omal nie wybuchnęłam śmiechem.

– Niech pan sobie nie żartuje…

Pan Ludwig wyprostował się gwałtownie.

– Proszę wybaczyć, ale ja absolutnie nie żartuję. – Rozłożył ręce, razem z parasolem, żeby zademonstrować ogrom zagadnienia. – To pani dziedzina. Pani pasja. Nie mam racji?

– Ma pan, ale… – Zerknęłam na zdjęcie, nie mogąc się oprzeć pokusie. Mniej więcej co pół roku natykałam się na artykuł o archeologu, który twierdził, że znalazł ślady pochówku Amazonki albo wręcz legendarne miasto kobiet, Temiskyrę. Artykuły zwykle były opatrzone nagłówkiem NOWE ZNALEZISKO DOWODZI, ŻE AMAZONKI ISTNIAŁY NAPRAWDĘ, a ja zawsze ochoczo zabierałam się do lektury i zawsze na koniec odczuwałam tylko rozczarowanie. Owszem, kolejny ogorzały charakterniak w kurtce z kapturem spędził całe życie na przeczesywaniu regionu Morza Czarnego w poszukiwaniu kobiet pochowanych z bronią i końmi. I owszem, od czasu do czasu taki zatwardzialec znajdował dowód na istnienie prehistorycznego plemienia, które nie zabraniało kobietom jazdy konnej czy noszenia broni. Aby twierdzić jednak, że te kobiety żyły w wyłącznie kobiecej amazońskiej społeczności, która od czasu do czasu ścierała się ze starożytnymi Grekami w widowiskowych bitwach… cóż, to trochę tak, jakby znaleźć szkielet dinozaura i wydedukować, że kiedyś naprawdę żyły na Ziemi zionące ogniem baśniowe smoki.

Pan Ludwig patrzył na mnie sowimi oczami.

– Naprawdę mam uwierzyć, że spędziwszy jakieś dziewięć lat na poszukiwaniu Amazonek, ani trochę nie chce pani udowodnić, że one rzeczywiście istniały? – Ruchem głowy wskazał fotografię, którą trzymałam. – Patrzy pani na dotychczas nieodczytane pismo Amazonek i proszę przyjąć do wiadomości: to pani właśnie ma szansę być pierwszym badaczem, który spróbuje je odczytać. Poza tym zamierzamy sowicie wynagrodzić pani poświęcony czas. Pięć tysięcy dolarów za tydzień pracy…

– Chwileczkę – powiedziałam, szczękając zębami z zimna i szoku. – Skąd pewność, że ta inskrypcja ma cokolwiek wspólnego z Amazonkami? – Machnęłam mu przed nosem fotografią. – Dopiero co mi pan powiedział, że jeszcze tego nie odczytano…

– Aha! – Pan Ludwig wymierzył palec w mój nos, niemal go dotykając. – Takiego właśnie bystrego umysłu nam trzeba. Proszę – sięgnął do wewnętrznej kieszeni, po czym podał mi kopertę. – To pani bilet na samolot. Jutro po południu odlatujemy z Gatwick. Do zobaczenia przy odprawie.

I tyle. W ogóle nie czekając na moją reakcję, pan Ludwig po prostu się odwrócił i odszedł, po czym zniknął wśród przechodniów na High Street, ani razu nie oglądając się za siebie.

* * *

1 Przeł. L. Siemieński.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Julia Zaginione wojowniczki 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni