Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break

Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break

Autorzy: Andrzej Niemczyk Marek Bobakowski

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 344

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.96 zł

Bezkompromisowa autobiografia trenera „Złotek”

Twardziel. Kobieciarz. Facet, który zawsze mówi, co myśli. Dobry rozgrywający i jeszcze lepszy trener, za którym siatkarki gotowe były pójść w ogień...

Andrzej Niemczyk to żywa legenda polskiego sportu. W tej autobiografii bez ogródek opowiada o tym, co przeżył. I szczerze mówi o ludziach, których spotkał na swojej drodze.

Nowotwór pokonany za pomocą litrów whisky i setek wizyt w kasynach. Burzliwe relacje z kobietami. Milion dolarów stracony w kilka sekund. Kulisy pracy z reprezentacją Polski, metody, dzięki którym doprowadził „Złotka” do podwójnego mistrzostwa Europy, oraz cała prawda o PZPS.

Polskie środowisko siatkarskie do tej pory zamiatało wiele spraw pod dywan. Ta książka to zmieni.

***

„Zawsze powtarzam, że trafię do piekła”, wyznaje wybitny trener. Swoją autobiografią nie próbuje jednak odkupić grzechów i pojednać się z tymi, z którymi się poróżnił. W tej książce Andrzej Niemczyk – jak wielokrotnie w swoim życiu – pojechał po bandzie.

- Kamil Drąg, dziennikarz „Przeglądu Sportowego” i były współpracownik Andrzeja Niemczyka w miesięczniku „Super Volley”

Dał dużą radość wszystkim Polakom. A mnie, dzięki sukcesom, otworzył drogę do świata wielkiej siatkówki, udzielając jednocześnie bezcennej lekcji życia.

- Małgorzata Glinka

Postać Andrzeja Niemczyka kojarzy mi się wyjątkowo osobiście. Miałem okazję przebywać z drużyną Andrzeja i komentować na antenie Polsatu jej pierwsze sukcesy na arenie międzynarodowej. To były też początki mojej zawodowej drogi w telewizji. Szczególnie zapamiętałem pierwsze mistrzostwo Europy z Ankary i niepowtarzalne wieczory w „świetlicy” po każdym wygranym meczu. W wygłaszaniu swoich prawd życiowych Andrzej był niedościgniony...

- Tomasz Swędrowski, Polsat Sport

Każdy powinien mieć odwagę i prawo do swojej prawdy. Andrzej Niemczyk je ma.

- Zbigniew Zarzycki

Wstęp

24 września 2005 roku, stolik w barze w hali sportowej w centrum stolicy Chorwacji, Zagrzebiu. Z jednej strony siedzi on – człowiek, który przed chwilą po raz drugi z rzędu awansował do finału mistrzostw Europy, z drugiej ja – młody dziennikarz, dla którego to pierwszy tak ważny turniej w zawodowej karierze. Milczymy, nie patrzymy na siebie, nawet nie mam pewności, czy Andrzej Niemczyk w ogóle zdaje sobie sprawę z mojej obecności. Nie mam odwagi przerwać tej – aż huczącej w uszach – ciszy. Zresztą dlaczego miałbym to robić? Mijają kolejne minuty, a ja mam przekonanie, że właśnie przeprowadzam najważniejszy wywiad w życiu. Bez pytań, bez odpowiedzi. One są zbędne, z twarzy trenera da się wszystko wyczytać – jak z otwartej księgi. Emocje, wątpliwości, analizę tego, co wydarzyło się przed chwilą. Mógłbym usiąść do klawiatury komputera i bez żadnych problemów napisać długą i przejmującą rozmowę dla katowickiego „Sportu”, który wysłał mnie na siatkarskie Euro.

Trener odpala papierosa od papierosa, patrzy przed siebie, bawi się zapalniczką. W barze pojawia się kilku kibiców, którzy mają ochotę go wyściskać, wycałować, pogratulować. Pokazuję im, żeby lepiej nie podchodzili. Niech uszanują prawo do samotności. Przecież za chwilę Niemczyk wróci do świata fleszy, telewizji, niekończących się wywiadów. Rzeczywistość brutalnie upomni się o swoje, wybudzi go z letargu. Chwilo, trwaj! Fani grzecznie się wycofują, uff, zrozumieli moją prośbę. W lampie nad naszym stolikiem spaliła się żarówka, dzięki czemu wokół nas panuje mistyczny półmrok. W powietrzu czuć coraz gęstszy dym tytoniowy, który mi jednak, choć sam nie palę, wyjątkowo nie przeszkadza. W końcu Niemczyk wstaje, uśmiecha się do mnie i jak gdyby nigdy nic odchodzi od stolika. No tak, przecież kilka metrów obok, na parkiecie i w szatni, jego zawodniczki świętują jeden z większych sukcesów w historii polskiego sportu. Po piekielnie trudnym boju pokonały w półfinale mistrzostw Europy faworyzowane Rosjanki 3:2. Po ostatnim gwizdku sędziego padły sobie w ramiona, a ich guru, przywódca, trener i opiekun wymknął się do baru, gdzie musiał poukładać myśli i przeanalizować to, co się właśnie stało. Teraz chce do nich wrócić, podziękować, przybić piątkę, przytulić, pośpiewać z radości…

Trener wychodzi, ja zostaję przy stoliku. Moje myśli szaleją jak opętane. Jestem dumny, że urodziłem się i żyję w Polsce, jestem szczęśliwy, że nasza reprezentacja ma już w kieszeni przynajmniej srebrny medal (dzień później okazało się, że złoty – Polki pokonały w finale Włoszki).

„Jesteś z Polski? Gratuluję! Macie najlepszego trenera siatkarskiego na świecie. Niemczyk jest wielki” – barman, który przyszedł wyczyścić popielniczkę, przywołuje mnie do rzeczywistości. Dopiero teraz widzę, ile papierosów wypalił mój „rozmówca” – w popielniczce jest mnóstwo niedopałków. Uśmiecham się, nie mogę wydusić nawet jednego prostego słowa „dziękuję”. Wydaje mi się zbyt banalne, a nie znajduję innego, aby odpowiedzieć Chorwatowi. Właśnie w tym momencie przychodzi ta myśl: chciałbym napisać z Niemczykiem książkę – o siatkówce, o emocjach, o kobietach, o alkoholu. Po prostu o życiu.

Mijają lata, a ja często mijam się z trenerem. A to podczas obozów w Szczyrku, a to podczas oficjalnych meczów reprezentacji, a to gdy zadzwonię z prośbą o krótką rozmowę. Czasami się zgadzamy, czasami nie. Czasem bywa miło, a czasem się kłócimy. To z pewnością nie jest związek idealny. Potrafię zadać niewygodne pytania, a trener potrafi ostro odpowiedzieć. Nie raz i nie dwa któryś z nas rzuca słuchawką, ale szanujemy się i złość nie trwa dłużej niż kilka godzin.

Przez długi okres pracujemy nawet w jednym wydawnictwie – trener jako redaktor naczelny (tak, tak, ma i taką profesję w swoim bogatym CV), ja jako dyrektor wydawniczy. Potem, na kilka lat, kontakt się urywa. Pewnego jesiennego wieczoru, siedząc przy trzaskającym w kominku ogniu, przypominam sobie o sytuacji z Zagrzebia. Nie zastanawiam się długo, wyciągam telefon, znajduję w kontaktach odpowiedni numer, dzwonię i walę prosto z mostu: „Chciałbym napisać z panem książkę”. Krótka cisza po drugiej stronie wydaje mi się całą epoką. W końcu słyszę stanowcze, pewne, głośne: „Okej. Zgadzam się, zróbmy to”.

Udało się. Dziesięć lat po pamiętnym wieczorze w Zagrzebiu trzymacie, Drodzy Czytelnicy, książkę, która opisuje życie jednego z najlepszych trenerów siatkarskich. Życie pokręcone, burzliwe, ciężkie, momentami dramatyczne, ale jednocześnie bogate, szalone, piękne. Niemczyk kilka lat temu powiedział jednemu z dziennikarzy, który proponował mu napisanie autobiografii: „Możemy to zrobić, ale wydasz ją po mojej śmierci, bo parę małżeństw się rozwiedzie, a ja dostanę nożem w plecy. Za dużo jest intymnych spraw”. Mnie się udało. Namówiłem trenera na zmianę decyzji, napisanie książki i wydanie jej tak szybko, jak to możliwe. Bo po co czekać? Niech każdy z nas pozna Niemczyka, dowie się zarówno o trudnych, jak i dobrych wydarzeniach z jego życia, przekona się, że to czasami trudny człowiek, a w końcu zostanie jego przyjacielem. Bo jest duża szansa, że tak właśnie będziecie się czuć po przeczytaniu tych kilkuset stron: jak przyjaciele Andrzeja Niemczyka.

Marek Bobakowski

Rozdział 1. Jestem dzieckiem wojny i… szczęścia

Nie wiń za nic nikogo w swoim życiu.

Dobrzy ludzie dają szczęście, źli doświadczenie,

najgorsi dobre lekcje, a najlepsi piękne wspomnienia.

Rodzina

Tysiąc razy słyszałem, że mam anioła stróża. Ktoś, gdzieś, w niewytłumaczalny sposób dba, aby nic złego mi się nie stało, abym mógł żyć, jak mi się podoba, abym mógł przekazać swoje doświadczenie. I właśnie tak jest.

Dowody? Będzie ich w tej książce wiele. Zacznę od początku. Wiecie, że w mojej metryce, w rubryce „miejsce urodzenia” można przeczytać: „Lubiszewice, gmina Poddębice”? A przecież przyszedłem na świat w Łodzi. W oddalonych o 50 kilometrów Lubiszewicach nawet nigdy nie byłem. Pomyłka urzędnika? Przypadek?

Cofnijmy się do II wojny światowej. Moja cudowna kochana mama Krystyna na jednej z łódzkich ulic trafiła na łapankę. Niemcy wywieźli ją na roboty do Berlina, gdzie dostała przydział w szwalni. Szyła ubrania i mundury dla wojska. W ten sposób miała pomóc (chociaż absolutnie tego nie chciała!) Adolfowi Hitlerowi w planach podboju świata. Praktycznie całą dobę ciężko pracowała, żyła w fatalnych warunkach z innymi kobietami, na dodatek okazało się, że jest w ciąży. Nosiła mnie w brzuchu. Gdyby urodziła mnie w Berlinie, Niemcy natychmiast by mnie zabrali, a ona już nigdy w życiu nie zobaczyłaby swojego pierworodnego. Zwłaszcza że miałem mieć typową aryjską urodę – blond włosy i niebieskie oczy. Zostałbym pewnie przekazany jednej z niemieckich rodzin, która w imię ideałów Trzeciej Rzeszy wychowywałaby mnie na przykładnego obywatela. Właśnie taki scenariusz spotkał tysiące polskich dzieci, które przyszły na świat w Niemczech, w obozach pracy i w więzieniach.

Nie wiem, jak mama to zorganizowała, kto jej pomógł i jakim cudem się jej to udało, bo nigdy o to nie pytałem. Natomiast rzeczywiście wyrwała się z Berlina, wróciła do Łodzi i mnie urodziła. Tylko że problem nadal był nierozwiązany – musiała mi wyrobić metrykę, a gdyby odwiedziła łódzki urząd miasta, to po pierwsze zostałaby na miejscu aresztowana, a po drugie Niemcy natychmiast wywieźliby mnie do siebie. I wtedy mama wpadła na pomysł (pewnie ktoś z konspiracji jej pomógł) wyrobienia metryki poza oficjalnym obiegiem. Trafiła więc do proboszcza parafii w Lubiszewicach, który wpisał do swoich akt, że przyszedłem na świat 16 stycznia 1944 roku. Właśnie ta metryka dała mi przepustkę do prawdziwego życia.

Wojna zostawiła w mojej mamie głęboką ranę psychiczną. Kiedy pracowałem już jako trener w Berlinie, to wielokrotnie zapraszałem ją, by mnie odwiedziła. Dzwoniłem, prosiłem, namawiałem. Zawsze odpowiadała: „Tak, tak, Andrzejku, już niebawem przyjadę”. Czułem jednak, że coś jest nie tak, że czegoś się boi. W końcu postanowiłem się dowiedzieć, o co chodzi. Przyjechałem do Polski, zabrałem (wręcz porwałem siłą) mamę do auta i zatrzymałem się dopiero w Berlinie. Wytłumaczyła mi po drodze, że odwlekała decyzję o tej podróży, bo bała się, że gdy zobaczy miasto, wrócą do niej wspomnienia wszystkich bolesnych sytuacji, które przeżyła tam podczas wojny. Bała się też, że nie wróci już do Łodzi. Kiedy pierwszy strach minął, była moim przewodnikiem. Znała każdy zakamarek Berlina, pokazała mi wiele ciekawych miejsc, odwiedziliśmy nawet dzielnicę, gdzie pracowała w szwalni. Mimo wszystko widać było, że nie czuje się tam komfortowo. Z ulgą wróciła do Łodzi. Przełom nastąpił kilka lat później, gdy już pracowałem w Monachium. Zaprosiłem ją na krótkie wakacje, chciałem, żeby zobaczyła jak żyję. I co? Nagle okazało się, że mama czuje się w Bawarii jak u siebie w domu. Słońce, spokój, góry – aż chciało się jej żyć! Czasami śmiałem się, bo przyjeżdżała do mnie na kilka miesięcy i trudno było ją przekonać do powrotu do Łodzi. I proszę: Berlin – Niemcy, Monachium – też Niemcy. Ludzka psychika jest jednak fascynująca.

Moja mama była mądra, kochana, cudowna. Jako dziecko często tego nie doceniałem (pewnie jak większość z nas), ale z roku na rok dochodziło do mnie, ile zrobiła dla mnie i mojego brata Jerzego. Jako dzieci mieszkaliśmy z nią i dziadkami w dość dużym, trzypokojowym mieszkaniu w Łodzi. Mama zawsze pracowała w handlu – najpierw jako ekspedientka, potem była kierowniczką delikatesów, na końcu szefowała w Peweksie. To było coś. 99 procent polskich rodzin codziennie traciło czas na stanie w kolejkach po ser, wędlinę, nawet chleb. A my? U nas w domu lodówka zawsze była pełna. A na stole ptasie mleczko, które normalnie było nieosiągalne i o którym większość dzieciaków tylko śniła. Po latach okazało się, że to nie tylko praca w sklepie dawała nam takie przywileje. Razem z bratem dowiedzieliśmy się, że mama pracowała na drugim „etacie”. Kiedy my szliśmy spać, ona wyciągała maszynę i szyła płaszcze, spodnie, kurtki. Doświadczenie zdobyte w pracy w niemieckiej szwalni przynajmniej przy tym się przydało. Dzięki niemu robiła to sprawnie i zarabiała naprawdę niezłe pieniądze.

Ryszard Kostrzewski

były siatkarz, przyjaciel Andrzeja Niemczyka

Znam Andrzeja od dzieciństwa i znam doskonale również jego rodzinę. Muszę przyznać, że i ja, i wszyscy koledzy zazdrościliśmy mu ciepła, które miał w rodzinnym domu. Jak coś przeskrobał, to zawsze mógł tam wrócić i poczuć się bezpiecznie. To nam naprawdę imponowało. Był wielkim szczęściarzem, że miał tak cudowną mamę. Ona ogromnie go kochała, dla niej nie było ważne, jaki numer wykręcił. Przytuliła, pocałowała, pocieszyła.

Dziadkowie? Babcia pamiętała, abyśmy zawsze mieli ciepły obiad, zajmowała się domem, dbała o porządek – nie tylko taki namacalny, w mieszkaniu, ale również i ten w życiu rodzinnym. Mimo że ciężko pracowała, z bratem również mieliśmy obowiązki. Jurek był od zmywania naczyń, ja od sprzątania. Mama wymyśliła nam taki podział pracy, który przyjął się na wiele lat. Chodziło głównie o to, abyśmy poczuli, że życie to nie tylko przyjemności. Przecież mama z babcią spokojnie poradziłyby sobie z tymi pracami. Dziadek, odkąd pamiętam, był już na emeryturze, ale tu i tam dorabiał, czym jeszcze bardziej wspomagał rodzinny budżet. Sielanka – tak wyglądało życie z mojej perspektywy. Gdybym napisał, że czegoś mi brakowało, skłamałbym.

Dziadkowie odegrali jeszcze jedną bardzo ważną rolę w moim życiu. Gdy byłem małym szkrabem (ale już na tyle dużym, żeby to pamiętać), mama trafiła do więzienia. Nic nie ukradła, nikogo nie zabiła, nie złamała nawet obowiązującego prawa. Myślę, że jej głównym grzechem było to, że podczas wojny miała kontakt z ludźmi z polskiego podziemia, a pewnie i z Armią Krajową. Oczywiście komunistycznym władzom PRL-u się to nie spodobało. Znalazł się więc paragraf (albo i nie znalazł – nigdy nie widziałem dokumentów, na podstawie których ją aresztowano) i mama trafiła do więzienia w Łęczycy. Mimo ośmioletniego wyroku została wypuszczona już po dwóch latach, w 1953 roku, po śmieci Józefa Stalina. To właśnie wtedy z polskich więzień wyszła spora grupa „politycznych”.

Przez kilkanaście miesięcy zajmowali się nami dziadkowie. Dbali o wszystko, przytulali, całowali, ale nie byli w stanie zapobiec naszej tęsknocie za matką. Dziadek woził mnie raz na jakiś czas do więzienia, gdzie pozwalano nam na krótkie widzenia. Do dzisiaj mam przed oczami podwójną kratę, za którą stała mama. Nie mogłem się do niej przytulić, nie mogłem jej nawet dotknąć. Przeciskałem jedynie moje małe paluszki, a mama ja całowała. Nie wiem, jak ona to zniosła psychicznie. Pewnie po każdej takiej wizycie płakała w celi. Podobnie zresztą jak ja. Długo nie mogłem dojść do siebie. Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogę mieszkać z mamusią. Do dzisiaj nie pojmuję, jak można być tak złym człowiekiem, aby niewinnym ludziom zgotować takie piekło…

Szkoła

Moje życie jest od zawsze związane z ulicą Północną w Łodzi. Śmieję się często, że właśnie tutaj wszystko się zaczęło. Przyszedłem na świat w samym sercu miasta, może trzy kilometry w linii prostej od obecnej Atlas Areny, którą zna każdy kibic siatkówki w Polsce. To nie wszystko. Kilkanaście lat później również na tej ulicy, w hali klubu Społem (Północna 36 – pamiętam, jak by to było dzisiaj), stawiałem pierwsze kroki w siatkówce. No i również w tym miejscu – dosłownie rzut beretem od Społem – przyszła na świat moja pierwsza córka. Gośka urodziła się w szpitalu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jakby tego było mało, to na ulicy Ogrodowej, która jest przedłużeniem Północnej, odebrałem tytuł Łodzianina Roku. Do dzisiaj, gdy jestem w pobliżu Północnej, wracają wspomnienia, a w oku pojawia się łza wzruszenia.

Od szkraba byłem bardzo aktywny, wszędobylski, dynamiczny. Dzisiaj psycholodzy na bank zdiagnozowaliby u mnie ADHD, lecz w tamtych czasach nazywano takie dzieci urwisami. Kiedy babcia wysyłała mnie do sklepu mamy po produkty na obiad, to potrafiłem podzielić zakupy na trzy–cztery części, tylko po to, by częściej chodzić po schodach. Biegałem sobie po nich góra-dół-góra i tym samym pracowałem już nad mięśniami nóg. W szkole nauczyciele mieli ze mną problem. Nie chodzi o naukę, bo byłem bystrym dzieciakiem i dostawałem naprawdę niezłe oceny (powyżej średniej), ale o zachowanie. A to zbiłem szybę, a to uderzyłem kolegę, a to kopnąłem piłkę, tak że wypadła na ulicę. Nosiło mnie. Uwielbiałem także psikusy. Dopóki nikomu nie szkodziły, było okej. Ale kiedy jedną z koleżanek przywiązałem w szatni do wieszaka (rany boskie, co mnie napadło…?), to miarka się przebrała. Dyrektor podstawówki postanowił mnie ukarać i od tego dnia moją szatnią był jego gabinet. Zostałem odizolowany od reszty uczniów. Mama zastanawiała się bardzo długo, jak mnie sprowadzić na dobrą drogę. Nagle: eureka! Sport.

Zapisałem się więc do sekcji. Ale nie do jednej – do kilku! Treningi siatkarskie były tylko dwa razy w tygodniu, więc postanowiłem jeszcze uczęszczać na piłkę nożną, koszykówkę, a nawet… boks. Dzięki temu codziennie miałem przynajmniej dwugodzinny ciężki trening. Zapytacie: dlaczego boks? Tak, ja co prawda brzydzę i zawsze brzydziłem się przemocą, ale gdy wracałem późno z zajęć na osiedlu, zaczepiała mnie grupa chuliganów. Postanowiłem więc ich postraszyć. Po kilku tygodniach treningów zaprezentowałem na jednym z moich prześladowców kilka ciosów i miałem już święty spokój. Na tym moja kariera pięściarska się zakończyła. Wiedziałem, że Muhammadem Alim nie zostanę. A ja zawsze chciałem być najlepszy. Pamiętam, jak pojechałem kiedyś na wycieczkę rowerową – miałem super kolarkę, favoritkę. Jadę sobie ulicami Łodzi, aż tu nagle wyprzedza mnie kilku kolarzy. No to ja za nimi – pędzę, co sił w nogach. Oni widać, że trenują kolarstwo: odpowiedni strój, umięśnione nogi, sprzęt. Ale co tam, Niemczyk nie da rady? Da! Pędziłem tak za nimi do Strykowa. Tam opadłem z sił, wracałem do domu totalnie wypruty, ale za to szczęśliwy, że sprawdziłem się w kolejnej dyscyplinie. Piłka nożna? Oczywiście, jak każdy młody chłopak marzyłem o wielkiej karierze. Chodziłem na zajęcia do Bawełny Łódź, ale gdy złapałem poważną kontuzję, mama kazała mi zrezygnować.

Sport to było moje całe życie. Dla mnie udany dzień kończył się późno wieczorem, gdy wracałem z zajęć i czułem takie zmęczenie, że nie byłem w stanie ruszać palcami u nóg. Wtedy wiedziałem: dałem z siebie wszystko. Zrobiłem wszystko, aby być najlepszym.

Mama tak się przejmowała moim zachowaniem w szkole, że wynajęła psychologa. Oczywiście mnie oficjalnie mówiła, że to korepetytorka (przecież na słowo „psycholog” uciekłbym, gdzie pieprz rośnie!), która będzie mi pomagać w odrabianiu lekcji i nauce. Na początku gdy przychodziła do nas do domu, to mnie nigdy nie było. A to musiałem iść do szkoły, a to umówiłem się z kolegą, a to miałem coś do załatwienia w klubie, a to spóźnił się autobus i nie byłem w stanie dojechać na czas. Zawsze uciekałem. Wreszcie mama postanowiła zakończyć zabawę w ciuciubabkę i przed jednym z kolejnych spotkań zamknęła mnie w pokoju. Nie przewidziała jednak, że to nic nie da. Wziąłem sznurek, spuściłem rower z balkonu, skoczyłem… i tyle mnie widzieli! Kiedy pani psycholog weszła do pokoju, była lekko zaskoczona. Nawet nie próbujcie odgadnąć, jakiego kazania wysłuchałem od mamy, gdy wróciłem do domu. No cóż, należało mi się. Z drugiej strony mama pokazała wielką życiową mądrość i w końcu zrozumiała, że nie mam ochoty na pracę z terapeutką. A nie ma większego błędu jak zmuszanie kogokolwiek do takich spotkań. Na końcu więc mnie przytuliła, pocałowała i obiecała, że nie będzie mnie już więcej męczyć.

Po szkole podstawowej chciałem kontynuować naukę w liceum ogólnokształcącym. Zresztą podobnie jak później mój młodszy brat Jurek. Uczyliśmy się nieźle, mimo to mama się nie zgodziła. „Najpierw zawód, potem wykształcenie”, powiedziała. Znając realia PRL-u i będąc doświadczoną kobietą, miała rację. Poszedłem więc do zawodówki i zostałem mechanikiem samochodowym. Do dzisiaj lubię pogrzebać w moich dwóch kilkudziesięcioletnich beemkach. Potrafię naprawić każde auto, które nie jest naszpikowane elektroniką. Klocki hamulcowe, świece, alternator – wymienię lub zreperuję bez żadnego problemu. Po zakończeniu zawodówki postanowiłem zdać maturę, wybrałem więc technikum samochodowe. Jednocześnie poszedłem do pracy. Co zrobiłem z pierwszą wypłatą? „Przepił” – pewnie powie większość z was. Oj, nie, Drodzy Czytelnicy – co do złotówki oddałem grzecznie mamusi. Czułem, że tak właśnie muszę zrobić, że to się jej należy za tyle lat wyrzeczeń. I nie chodzi nawet o finanse, bo moja wypłata zapewne nie była wysoka i nie ratowała domowego budżetu. Liczył się gest. Mama była ogromnie wzruszona.

W „wieczorówce” trafiłem na wyjątkowego wychowawcę. Zupełnie nie mam pamięci do nazwisk, ale jego doskonale kojarzę. Profesor Czarnecki chciał w nas zaszczepić miłość do muzyki poważnej. Technikum samochodowe i muzyka poważna – czujecie? Pedagog miał jednak doskonałe podejście. Mówił: „Kto nie chce słuchać, może wyjść z sali, iść na papierosa, zrobić sobie przerwę”. I na początku 90 procent uczniów wychodziło, zostawały same kujony. Jednak z lekcji na lekcję grupa słuchających była coraz liczniejsza. Po kilku miesiącach chodziliśmy z naszym ulubionym nauczycielem na koncerty muzyki poważnej. Jednocześnie profesor kibicował mi w rozwoju mojej kariery sportowej. W czasach technikum grałem już na poważnie w siatkówkę. Treningi w Społem Łódź – ze względu na moją szkołę – rozpoczynały się bardzo późno wieczorem, a i tak musiałbym opuszczać ostatnie lekcje. Tymczasem najczęściej słyszałem od Czarneckiego: „Niemczyk, co ty tutaj jeszcze robisz? Leć na trening!”. Dzięki niemu mogłem łączyć sportową pasję ze szkołą.

Adam Kurkiewicz

były siatkarz, kolega z boiska

W pewnym okresie zaczęliśmy grać w brydża. Ja miałem partnera, z którym występowałem nawet w niektórych lokalnych turniejach. On grał w parze z kolegą z drużyny i tak razem tłukliśmy w karty. Zazwyczaj to my byliśmy górą, ale jak siadaliśmy do gry, to potrafiliśmy nie odchodzić od stołu przez 24 godziny. Andrzej jest rozrywkowym człowiekiem, bardzo lubił dziewczyny, ale przecież sam tego nigdy nie ukrywał, nawet w wywiadach, gdy był już trenerem siatkarek. Wielu pięknym kobietom zamieszał w głowie, oj, wielu…

Szczęście do ludzi, którym zależało na moim wykształceniu, miałem zresztą do samego końca nauki. Kiedy zaocznie kończyłem technikum samochodowe w Warszawie, przy ulicy Hożej, grałem już w Stali Mielec. Czemu mnie rzuciło aż do Mielca? Uciekałem przed wojskiem, ale o tym szczegółowo opowiem nieco później. Tak więc grając w Stali, miałem do pokonania prawie 300 kilometrów, co dwa tygodnie. Nawet najszybszym samochodem zajęłoby to wówczas pół dnia. Okazało się jednak, że z Mielca do Warszawy codziennie latał – z urzędnikami na pokładzie – popularny „Antek” (czyli oficjalnie An-2). Dwupłatowiec potrafił rozwinąć prędkość ponad 200 kilometrów na godzinę, więc droga do stolicy była przyjemnością. Dzięki decyzji zarządzających Wytwórnią Sprzętu Komunikacyjnego „Mielec” udało mi się uzyskać swoisty abonament na przeloty. W ten sposób zdobyłem maturę.

Sportowe początki

Wspomniałem już, że będąc nastolatkiem uprawiałem kilka dyscyplin jednocześnie. W końcu nadszedł jednak moment, w którym musiałem wybierać. Przecież nie można być zawodowym siatkarzem, koszykarzem i jeszcze piłkarzem. Wąska specjalizacja, która obowiązuje w obecnym świecie, w sporcie była czymś normalnym już 50 lat temu. Wybrałem siatkówkę: najpierw w Społem, potem w Stali Mielec, a następnie w Anilanie Łódź. 184 centymetry wzrostu, dynamika, świetna skoczność – to wszystko powodowało, że był to optymalny wybór. Chociaż… Czasami sobie myślę, iż 10–15 centymetrów wzrostu więcej zrobiłoby ze mnie zawodnika wybitnego. Od razu jednak zaznaczę, aby było jasne – nie narzekałem. Byłem w ścisłej krajowej czołówce. Grałem w pierwszej lidze i w reprezentacjach praktycznie wszystkich kategorii wiekowych (seniorów też). Konkurencja na pozycji rozgrywającego była wówczas ogromna: Tadek Siwek, Zbigniew Rusek, Jurek Szymczyk, Hubert Wagner, ja i Staszek Gościniak. Praktycznie każdy z nas mógł przejąć stery w kadrze narodowej.

Na całe życie zapamiętałem jedną sytuację z obozu przygotowawczego reprezentacji. Selekcjonerem był wtedy Zygmunt Kraus. Docent doktor habilitowany Zygmunt Kraus. Postać w polskiej siatkówce legendarna. To właśnie on po zakończeniu II wojny światowej spowodował, że ta dyscyplina tak prężnie się rozwijała w naszym kraju. Dbał nie tylko o wiedzę teoretyczną (jako pracownik naukowy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie), ale był również praktykiem. Wielki człowiek.

Podczas jednego z treningów postanowił dać mi wycisk. Nie szło mi za dobrze w obronie, więc zorganizował prawdziwą kanonadę. Stałem na korcie tenisowym, a koledzy atakowali z całej siły. Rzucałem się w lewo, prawo, przed siebie, co chwilę lądując twarzą w wysypanej na ziemię „cegle”. Pył unosił się tak wysoko, że po kilku atakach praktycznie nie widziałem piłek, krztusiłem się, dusiłem, w końcu musiałem pobiec w pobliskie krzaki, bo zrobiło mi się niedobrze. Kiedy wróciłem, Kraus powiedział do mnie słowa, które ukształtowały mnie jako zawodnika: „Andrzej, jak chcesz zostać dobrym rozgrywającym, to musisz być jak dziwka: musisz dawać piłki tak, jak klient wymaga”.

Klient, czyli atakujący. Rzeczywiście, takie były wtedy czasy, że to rozgrywający musiał się martwić o idealną wystawę. Atakujący oczekiwał na piłkę „w punkt”. Jeśli takiej nie było, to nawet nie walczył, aby uratować akcję.

Problem ze mną był taki, że od początku poważnej kariery sportowej nie do końca byłem przekonany, że chcę być zawodnikiem. O wiele bardziej pociągała mnie praca szkoleniowca.

Wiesław Radomski

kolega z boiska

Z Andrzejem grałem razem w łódzkiej Anilanie. Byłem wtedy w wieku juniorskim, on zaś był już dojrzałym i utytułowanym zawodnikiem. Jako uczeń Technikum Górniczego w Łęczycy dojeżdżałem 35 kilometrów do Łodzi na treningi. Podczas tych podróży cieszyłem się, że będę mógł trenować z Andrzejem. Wtedy w Anilanie grali Niemczyk, Zbigniew Zarzycki i inni wielcy siatkarze, którzy mieli znaczy wpływ na rozwój mojej kariery. Zawdzięczam mu bardzo wiele. On kierował grą i był bezkompromisowy. Taki jest zresztą do dziś. Zawsze miał odwagę prezentować swoje zdanie. Gdy nie zgadzał się w jakieś kwestii z trenerem, od razu to artykułował i rozpoczynał dyskusję. Był pewnym siebie, ale i otwartym na rozmowy zawodnikiem, dającym przykład młodym.

Za moich czasów siatkarze zarabiali całkiem nieźle. Oczywiście nie były to kwoty tak powalające na kolana jak obecnie. Nie mogę porównywać moich zarobków do tego, co obecnie dostają nasi siatkarze w najlepszych klubach PlusLigi czy w ligach włoskiej i rosyjskiej. Ale znowu – podobnie jak za czasów, kiedy byłem na utrzymaniu mamy – niczego mi nie brakowało. Będąc jednym z lepszych ligowców, zarabiałem około pięciu tysięcy złotych. Potem jako trener w Łodzi miałem już wynagrodzenie na poziomie nawet 12 tysięcy złotych!* Czasami było się nawet na trzech fikcyjnych etatach (ot, urok tamtego okresu), więc te zarobki były potężne. Kasę miałem, półki sklepowe świeciły pustkami, a na dodatek nie było tyle możliwości inwestycji co teraz. Co więc robiliśmy z kolegami? Bawiliśmy się! Przynajmniej do momentu, gdy zostałem ojcem – na świat przyszła moja pierwsza córka, Gosia (więcej opowiem Wam o niej w kolejnych rozdziałach). Wtedy mój świat się zupełnie zmienił.

Z alkoholem jednak nie przesadzałem. Do pewnego czasu w ogóle nie brałem go do ust. Wiedziałem, że może mi to zaszkodzić w profesjonalnej karierze. Mimo abstynencji uwielbiałem nocne kluby, śpiewy do rana, szaleństwa w centrum miasta. Ja i moi koledzy siatkarze czuliśmy się jak młodzi bogowie.

Michał Strzelecki

dziennikarz sportowy

Był bardzo koleżeński i uwielbiał się bawić. Może to i moja wina, ale wypiliśmy razem niejedną butelkę wódki. Wtedy chodziło się na przeróżne bankiety, a Andrzej nigdy nie stronił od zabawy, rozumianej w dobrym tego słowa znaczeniu. Jego siłą było jednak to, że potrafił się zdyscyplinować. Podkreślał to zresztą sam trener Leonard Tietianiec. Kiedy przychodził czas na zabawę, to była zabawa, ale kiedy trzeba było ciężko popracować na treningu, Andrzej odznaczał się sumiennością i rzetelnością.

W PRL-u mieliśmy jak pączki w maśle. Jeździliśmy na turnieje do krajów Europy Zachodniej, więc upłynnialiśmy kasę na luksusowe towary – głównie buty i ciuchy. Taka ciekawostka: wiecie, jak można było poznać w kilka sekund, czy konkretny Kowalski ma rodzinę lub znajomych na Zachodzie? Wystarczyło zerknąć na kolor jego odzienia. Jeżeli było szare, smutne, nieciekawe – to nie miał kontaktów. Natomiast różnorodność kolorów zdradzała, że paczuszki z lepszego świata przychodziły regularnie. Ja sobie sam kupowałem takie szałowe koszule, kurtki, spodnie, i potem paradowałem po Łodzi dumny jak paw. Byłem wniebowzięty, widząc zazdrość w oczach ludzi.

Ryszard Kostrzewski

były siatkarz, przyjaciel Andrzeja Niemczyka

Pamiętam, jak z okazji moich 20. urodzin pojechaliśmy do Nowego Targu po prawdziwy góralski kożuch dla mnie. Po drodze zatrzymaliśmy się w Krakowie. Zameldowaliśmy się w hotelu Cracovia. Potem poszliśmy do słynnego klubu Pod Jaszczurami, gdzie cudownie bawiliśmy się przez całą noc.

Niezapomniany Andrzej Zaucha specjalnie dla mnie zaśpiewał Sto lat! Aż trudno w to uwierzyć… Przy tym w ogóle nie martwiliśmy się o pieniądze. Zdarzało się, że mówiliśmy, że mamy chwilowy zator finansowy. Nic dziwnego, wydawaliśmy czasami ogromne sumy – w zasadzie nie wiadomo na co. Ale co tam! Byliśmy młodzi, piękni, bez zobowiązań. Robiliśmy wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę.

Każdy, kto pamięta czasy PRL-u, doskonale wie, że ludzie, którzy jeździli na delegacje, dorabiali sobie na przemycie. Żeby było jasne – to nie był taki przemyt jak teraz, czyli kojarzący się głównie z narkotykami. Wtedy przemyt polegał na wywożeniu z Polski pewnych produktów (co było zabronione), sprzedawaniu ich za granicą i przywożeniu do ojczyzny innych rzeczy. W sumie dawało to ogromny zysk. Na przykład do Bułgarii wywoziło się plusz, a z powrotem przywoziło marki niemieckie, które w Polsce sprzedawało się po czarnorynkowym kursie, niebotycznym w porównaniu z tym, po jakim się je kupiło. Węgry? Głównie wiozło się kryształy. Holandia? Skandynawia? Włochy? Wtajemniczeni mogli korzystać z wielkiej tabeli z nazwami krajów i produktów, które warto tam zawieźć i które warto kupić na miejscu.

Jak pozbywaliśmy się towaru za granicą? Zazwyczaj mieliśmy już na miejscu umówionych ludzi, którzy kontaktowali się z nami, zabierali produkty i płacili. Czasami chodziło się też na miejscowe bazary i tam handlowało rzeczami z Polski. Aby uzmysłowić młodym czytelnikom paranoję tej sytuacji, powiem tak: wyobraźcie sobie, że Skra jedzie na mecz Ligi Mistrzów do Belgii, a Mariusz Wlazły jest obładowany trzema torbami po brzegi wypełnionymi kryształami. Na miejscu, zamiast koncentrować się przed meczem, udaje się na targ, gdzie przez pięć godzin sprzedaje swoje skarby. Wraca do hotelu na godzinkę przed spotkaniem, chowa gotówkę do skarpetek i jedzie na halę. Niewiarygodne, prawda? Ale tak to właśnie wyglądało w PRL-u.

Pamiętam największy przemyt, jaki osobiście zorganizowałem. Jeszcze za czasów mojej gry w Anilanie Łódź lecieliśmy na turniej do Włoch. Kiedy tylko się o tym dowiedzieliśmy, zapaliła się lampka ostrzegawcza: trzeba zarobić, nie można odpuścić takiej okazji. Przeanalizowaliśmy sytuację i okazało się, że do słonecznej Italii najlepiej zabrać dużą kwotę w dolarach i tam kasę zamienić na różne produkty. Osobiście jechałem po części do mojego fiata 850. W Polsce nie było można dostać ani zderzaka, ani drzwi, ani części mechanicznych, a mój egzemplarz był już mocno „zmęczony”. To była dla mnie jedyna szansa, aby uratować swój samochód, musiałem więc z niej skorzystać. Kilka dni przed wylotem do Włoch, po jednym z treningów, stanąłem na środku szatni i powiedziałem: „Panowie, wszystkie dolary, które zamierzacie przemycić do Włoch, przynoście do mnie. Jak pochowacie je po kieszeniach, to celnicy z pewnością znajdą je i zarekwirują. Po co ryzykować?”

Miałem dość duże zaufanie w zespole, więc koledzy rzeczywiście wpłacali mi kasę. Wpadłem na pomysł, aby te pieniądze ukryć w… piłkach! Miałem dojście do szewca. Wtedy polskie piłki były na świecie uznawane za jedne z najbardziej nowoczesnych. Jedna piłka została więc szczelnie wypełniona banknotami. Przywiozłem ją na lotnisko, przekazałem najstarszemu zawodnikowi w zespole, który miał akurat dyżur przy torbach z piłkami (po prostu danego dnia wszędzie je nosił) i był wtajemniczony w całą sprawę. Na pewniaka wkroczyliśmy do sali odpraw. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie. A tutaj nagle proszą na rewizję osobistą właśnie chłopaka z piłkami. Usiedliśmy ze Zbyszkiem Zarzyckim, który również wiedział, gdzie ukryłem kasę, i zaczęliśmy się zastanawiać, kto dał celnikom cynk.

Do pokoju, w którym nasz kolega czekał na rewizję osobistą, wkroczył sam naczelnik. „Wyjąć piłki z torby”, zażądał. Zaczął po kolei macać każdą z piłek, stękał, cmokał, zastanawiał się. W końcu wypalił: „W tej coś jest. W środku coś ukryliście”. Kolega szedł w zaparte, że to jakaś bzdura, że w piłkach i owszem, jest, ale co najwyżej balon. „Szkoda mi pana, bo akurat na pana trafiło – przyznał w końcu naczelnik. – Jestem pewien, że w tych piłkach coś wywozicie. Nie będę jednak robił afery, bo musiałbym panu mocno nasrać w papierach. Gdybym rozpruł teraz te piłki, to pan już by Polski nie opuścił. Proszę wyjść i powiedzieć kolegom, że ja wszystkim wiem”.

W samolocie zrelacjonował nam całą historię. Kamień spadł nam z serca. Swój chłop okazał się z tego naczelnika, miał pewny cynk, postraszył nas, ale oficjalnie nic nie znalazł. Bo nie chciał znaleźć. A przecież kasę miał na wyciągnięcie ręki. Gdyby rozpruł piłki i zarekwirował dolary, chłopaki z zespołu chyba by mnie zabili.

Tamta podróż do Włoch w ogóle okazała się pechowa. Podczas powrotu na lotnisku znów było – jak to nazywaliśmy – pospolite ruszenie. Służby celne wiedziały, że przylatują nie tylko siatkarze, ale i piłkarze Legii Warszawa, czekały więc na nas w stanie pełnej gotowości. Nagle okazało się, że wszystkie bramki są czynne, choć normalnie nigdy się to nie zdarzało i ludzie stali w ogromnych kolejkach. Oficjalnie przywiozłem do Polski te części do fiata 850, a nieoficjalnie miałem jeszcze trochę złota: bransoletki, kolczyki, pierścionki. Wyciągnąłem to wszystko z torby, wziąłem do ręki i schowałem w kieszeni spodni. Pewnym krokiem podszedłem do uroczej celniczki. Normalnie bym z nią zaczął flirtować, opowiedziałbym żart, ale sytuacja na lotnisku była nerwowa, a ja miałem sporo na sumieniu. Dlatego zaschło mi w gardle i nerwowo unikałem kontaktu wzrokowego. Na dodatek podsłuchałem rozmowę na stanowisku obok, gdzie celniczka sprawdzała jednego z moich kolegów z zespołu. „Proszę opróżnić kieszenie”, powiedziała kobieta.

Zrobiło mi się słabo. Ale będzie wstyd, jeśli za chwilę wyda się, co ja mam w swoich. Czeka mnie rewizja osobista, wpis do akt, problemy z kolejnymi wyjazdami zagranicznymi. Oczami wyobraźni widziałem już same kłopoty… Nagle słowa mocno zdenerwowanej celniczki przywróciły mnie do rzeczywistości: „Torba jest czysta, proszę, oto dokumenty, witamy w kraju, miłego dnia”. Okazało się, że powtarza je już po raz trzeci, dotąd w ogóle nie zareagowałem. Złapałem torbę i z dłonią zaciśniętą na biżuterii popędziłem przed lotnisko. Tam czekał na mnie brat. Wsiadłem do auta i rzuciłem w niego złotem – tak mnie parzyło.

Takich sytuacji sportowcy w PRL-u mieli setki. Pamiętam opowieści kolegów siatkarzy, którzy wracali kiedyś samolotem z lekkoatletami. Legendarny oszczepnik Janusz Sidło wiózł wtedy silnik do mercedesa, w dwóch torbach. Nasz srebrny medalista olimpijski z Melbourne, dla znajomych „Łokietek” albo „Gruby”, przewoził ten ważący pewnie kilkadziesiąt kilogramów silnik jako… bagaż podręczny. Gdyby puścił go przez taśmę na lotnisku, to celnicy zainteresowaliby się, co jest w torbach. A tak była szansa na powodzenie całej akcji. Tylko te kilogramy… „Panowie, ja wchodzę na schody, wy czekacie. Nie idźcie za mną, dopóki nie będę już w samolocie, bo inaczej ta konstrukcja się załamie!”, krzyczał Sidło do kolegów. Schody się chwiały, trzeszczały, ale wytrzymały. Innym razem poleciałem do Związku Radzieckiego. Przed hotelem kobiety handlujące ubraniami praktycznie zerwały ze mnie to, co miałem na sobie. Kurtka, sweter – ależ ceny one płaciły, jak z kosmosu! Wróciłem do Polski praktycznie w samym podkoszulku, ale z pełnym portfelem.

Zbigniew Zarzycki

przyjaciel Andrzeja Niemczyka

Nasza znajomość z Andrzejem trwa praktycznie od zawsze. Obaj jesteśmy łodzianami, a Niemczyków w tym mieście się po prostu znało. Jestem trochę młodszy od niego i pamiętam, że grać z nim, ówczesnym reprezentantem Polski, było marzeniem wielu. Andrzej to świetny kolega. Nie dość, że byliśmy przyjaciółmi, to jego pierwsza żona Baśka była świadkiem na moim ślubie, bawiliśmy się razem na moim weselu, no i spotykaliśmy się bardzo często. W Łodzi prowadziliśmy bardzo wesołe życie. Byliśmy znani i lubiani. Ciężko pracowaliśmy, bo sport kochaliśmy i lubiliśmy pracować, ale też kochaliśmy żyć. Nigdy nie przekraczaliśmy jednak pewnych granic. Potrafiliśmy i dobrze grać, i się zabawić. Takie były wtedy czasy. Nikt z nami nie miał problemów, nie zdarzyło się też, byśmy zostali zawieszeni. Jak prawdziwi mężczyźni – jeśli zabawa, to z pełną kulturą. Nasze życie było bardzo barwne. Po meczu często dzwoniliśmy z innego miasta, że prosimy o rezerwację lokalu, bo przyjedziemy za dwie czy trzy godziny. Szampan ma być zmrożony, bo będziemy oblewać sukces. Pojawialiśmy się, lokal był już opróżniony specjalnie dla Niemczyka i Zarzyckiego, orkiestra grała, zabawa była przednia. Później przychodzili nasi znajomi i tak spędzaliśmy ten pomeczowy czas. Potrafiliśmy siedzieć przy barze całą noc. Pamiętam, że któregoś roku byliśmy na Lidze Światowej w Bydgoszczy. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy i bawiliśmy się do samego rana. Ale wszystko zaczęło się i skończyło bardzo kulturalnie.

Sportowcy w czasach komunizmu mieli to szczęście, że podróżowali po całym świecie. Zwykły Kowalski mógł tylko pomarzyć o obejrzeniu na żywo wieży Eiffla czy Koloseum. Tymczasem ja we Francji i we Włoszech byłem kilkanaście razy. Najmocniej zapadały w pamięć wizyty w miejscach najbardziej egzotycznych. Niestety nie udało mi się pojechać do Korei Północnej, chociaż było bardzo blisko…

Prowadziłem reprezentację juniorek, która brała udział w kolejnym turnieju zespołów „krajów zaprzyjaźnionych”. Za mnie pojechał kierownik zespołu – Władek Heller. Wiedziałem, że w Korei komunizm jest o wiele bardziej brutalny niż ten, który znaliśmy z Polski, ale nie byłem przygotowany na takie wrażenia, o jakich potem usłyszałem. Kiedy wieźli zespół z lotniska do hotelu, okna domów i bloków były zaklejone gazetami. Ulice były puste. Straszny widok, jak z horroru, jak z opuszczonego miasta.

Spotkania odbywały się w nawet niezłej hali, dziewczyny spodziewały się czegoś gorszego. Choć trybuny wypełnione były do ostatniego miejsca (na meczu juniorek!), to kibicami okazali się głównie żołnierze i uczniowie. Wszystkich przywieziono specjalnymi autobusami i wszyscy reagowali na mecz dokładnie tak jak człowiek, który siedział w pierwszym rzędzie. On wstawał, oni wstawali. On bił brawo, oni też. On się uśmiechał, oni też. Kabaret. Choć to nieodpowiednie słowo. Pamiętajmy, że w Korei rozgrywał i nadal rozgrywa się ludzki dramat.

Praktycznie całe dnie kadra spędzała albo w hotelu, albo w naszej ambasadzie, gdzie dziewczyny mogły porozmawiać z rodakami, skorzystać z basenu, poczytać polskie książki. A mieszkały w apartamentach prezydenckich, często miały do dyspozycji po trzy pokoje. Były to o wiele lepsze warunki niż w krajach kapitalistycznych. Mogły zamówić praktycznie wszystko. Wiedziały oczywiście, że są podsłuchiwane i obserwowane. Koreańczycy nie mogli sobie pozwolić na to, by nie wiedzieć, o czym goście rozmawiają. Pewnej nocy sztab szkoleniowy wpadł na pomysł, aby sobie zażartować. Wyraźnie i głośno mówili: „Fajne to azjatyckie jedzenie, ale powoli mamy go już dość. Super byłoby zjeść prawdziwego, polskiego schabowego z kapustą”, „O tak, tak, schabowy z kapustą”. Zgadnijcie, co było na obiad następnego dnia… Inwigilacja była więc pełna, 24 godziny na dobę.

Podsłuchiwali nas nie tylko w Korei Północnej, tak samo było w Związku Radzieckim. Tam jednak zamordyzm wydawał się nieco mniejszy, a miejscowi agenci mieli poczucie humoru. Jeszcze jako zawodnik byłem na zawodach w Charkowie. Po meczu wiadomo: zabawa, muzyka, szampan. Otworzyliśmy z hukiem butelkę, nalaliśmy do kieliszków, wiedząc, że jesteśmy obserwowani, głośno krzyknęliśmy: „Wasze zdrowie – tych, którzy nas teraz podsłuchują”. Miny nam jednak błyskawicznie zrzedły, gdy po paru minutach zadzwonił telefon. O cholera, wkurzyliśmy ich. To się zaraz zacznie! Po kilku sygnałach w końcu znalazł się odważny, podszedł do telefonu, odebrał i… usłyszał wystrzał korka od szampana. Żadnego słowa, żadnych innych odgłosów. Ot, Rosjanie tak zareagowali na naszą „prowokację”.

Przez całe życie byłem związany z Łodzią, jednak przez pewien czas grałem w Stali Mielec. Trafiłem tam… przez wojsko. Występując w Społem Łódź, osiągnąłem wiek poborowy. Nie wyobrażałem sobie jednak, aby iść na dwa lata do wojska. Od zawsze miałem – i mam nadal – awersję do wojny, broni, przemocy. Tym bardziej nie interesowały mnie koszary i ćwiczenia na poligonie. A Stal Mielec zwalniała z obowiązku zasadniczej służby wojskowej. Podpisałem więc kontrakt i wyjechałem na wschód Polski.

Mielec wspominam bardzo miło z dwóch powodów. Po pierwsze to właśnie tam rozpocząłem pierwszą pracę szkoleniową. I jak by nie liczyć, w 2015 roku wypada 50-lecie mojej kariery trenerskiej. Jako 21-letni chłopak miałem już odpowiednie papiery (które zdobyłem tuż przed wyjazdem do Mielca) i objąłem opiekę nad jedną z grup juniorskich. Widząc zaangażowanie młodzieży, patrząc na naiwną radość tych dzieciaków z każdego treningu, obserwując ich niewinność – podjąłem ostateczną decyzję, że w przyszłości chcę zostać dobrym trenerem.

W drużynie piłkarskiej Stali Mielec grało wówczas wielu doskonałych zawodników: Grzegorz Lato, Henryk Kasperczak, Andrzej Szarmach, Zygmunt Kukla. Wielu z nich też uciekało od wojska i pewnie dlatego szybko znaleźliśmy wspólny język. Spędzaliśmy razem czas po treningach, mieszkaliśmy w jednym hotelu, bawiliśmy się. Zresztą z Kasperczakiem mam kontakt do dzisiaj. Gdy Heniu widzi, że do niego dzwonię, to zawsze odbiera. Nawet jak jest w tej „swojej” Afryce i prowadzi kolejną reprezentację z Czarnego Lądu.

Z wojskiem wiąże się jeszcze jedna historia. Kiedy skończyła się groźba wcielenia mnie do armii, natychmiast wróciłem do ukochanej Łodzi. Było to po sezonie, w środku roku. Pech chciał, że zmieniły się przepisy i do wojska mogli mnie ściągnąć jeszcze do grudnia. Nie chciałem wracać do Mielca, nie dopuszczałem myśli o grze w Legii Warszawa, która też załatwiłaby sprawę. Chciałem występować w Łodzi. Stwierdziłem, że postawię na swoim, w związku z czym przez pół roku musiałem się ukrywać. To był szalony czas!

Mieszkałem już wtedy z moją pierwszą żoną, Baśką Hermel, u jej rodziców. Istniało zagrożenie, że wcześnie rano albo późno nocą przyjdą po mnie, więc najczęściej nocowałem u sąsiadki. Pewnego razu, niewiele przed północą, szykuję się do wyjścia, w jednej ręce kapcie, w drugiej ręcznik i jabłuszko, całuję Baśkę, chwytam za klamkę, a wtedy… Dzwonek. Patrzę przez wizjer: wojsko! Tysiące myśli w głowie: uciekać przez okno? Nie, cholera, wysoko (nawet sznurek z uchwytu na rower by nie pomógł…). Poddać się? To nie w moim stylu. W końcu, niczym kochanek uciekający przed wracającym niespodziewanie zazdrosnym mężem, schowałem się w szafie. Komedia. Żołnierze weszli w końcu do mieszkania, Baśka ich przyjęła, oczywiście skłamała, że nie ma pojęcia, gdzie jestem („Panowie, zaraz po ślubie mnie rzucił i poszedł w świat”, palnęła), zagadała ich trochę, pochwaliła się medalem olimpijskim z Meksyku i jakoś się udało. Po wszystkim tarzaliśmy się ze śmiechu.

Jak to się stało, że przez pół roku mnie nie złapali? Myślę, że nie do końca chcieli. Być może ktoś wysoko postawiony w partii otoczył mnie parasolem ochronnym. I niby żołnierze mnie szukali, ale tak naprawdę nie chcieli znaleźć. Bo przecież nie było tajemnicą, że w weekendy gram mecze ligowe. Sporo pisały już wtedy o mnie gazety, więc namierzenie mnie i aresztowanie po jednym ze spotkań ligowych nie było szczególnie trudne. Ale jakoś dziwnym trafem żołnierze przez kilka miesięcy nie wpadli na ten pomysł. Miałem też koleżankę, która pracowała w wojsku. Kilka razy mnie ostrzegła, że wysłano patrol i żebym tego dnia lepiej nie pokazywał się pod adresem zamieszania. Wreszcie, po pół roku ukrywania się, 1 stycznia mogłem w końcu odetchnąć. Wojsko miałem za sobą – uff…

Samochody

Miałem to szczęście, że prawo jazdy zrobiłem już jako nastolatek. Chodziłem do „samochodówki”, więc nie miałem z tym problemu. Chociaż pamiętam, że mieliśmy naprawdę surowego instruktora jazdy. Wiózł nas pod stromą górę, kazał redukować biegi (wtedy nie było synchronizacji w skrzyniach), wysprzęglać… Było naprawdę trudno. Jednak dzięki niemu zostałem dobrym kierowcą.

Mając prawo jazdy w kieszeni, postanowiłem kupić samochód. W Polsce na nowy pojazd nie było szans, bo funkcjonowały talony. Giełda? Horrendalne ceny mnie odstraszały. Na dodatek mogłem wybierać między syrenką, syrenką, a… syrenką. Chociaż pamiętam, że syreną (dokładnie modelem 104) też się później jeździło. A właściwie docierało, bo koleżanka wygrała na loterii i dała mi, abym nabił jej trochę kilometrów. Jeśli zaś chodzi o mój pierwszy samochód, to jeszcze jako uczeń podczas wakacji wyjechałem do pracy do Szwecji. Uczniowie i studenci mieli taką możliwość. Trafiłem do fabryki czekolady. Byłem odpowiedzialny za mycie naczyń i sprzątanie. Fajna praca i super zarobki. Dostawaliśmy 50 dolarów tygodniowo, co stanowiło wtedy – po czarnorynkowym przeliczeniu na złotówki – prawdziwą fortunę. Na dodatek nic nie musiałem wydawać, bo mieszkałem u miejscowej rodziny, która zapewniała mi darmowe jedzenie i spanie. Pierwszego dnia po przyjeździe zobaczyłem pięknego volkswagena. To był beżowy „garbus”. Cena? 250 dolarów. Stwierdziłem, że muszę go mieć. Odkładałem więc każdego zarobionego dolara i na koniec pobytu w Szwecji kupiłem to auto. Zjeżdżając z promu na polską ziemię, byłem dumny jak paw. Przecież nikt z moich rówieśników takiej maszyny nie miał. Widziałem, jak Polacy na mnie patrzą, jak pękają z zazdrości. Wtedy nie interesowało mnie, że utrzymanie tego samochodu będzie cholernie drogie, że będą problemy z dostępem do części zamiennych, wreszcie – że cło okaże się tak potężne, że po dwóch czy trzech tygodniach będę musiał moje cacko sprzedać. Tak też zrobiłem – po prostu nie było mnie na nie stać.

Jeszcze mieszkając w Polsce – przed wyjazdem do Berlina – kupiłem sobie inny szalony samochód. To był rover, cały z aluminium. Nie było więc szans, aby zjadła go korozja. Sprzedał mi go kumpel, który z kolei dwa lata wcześniej nabył go od polskiego ambasadora we Francji. Miałem w nim silnik o pojemności 2,6 litra, co przekładało się na niezłego kopa. Przy tych wszystkich naszych syrenach, warszawach i fiatach 126p mój rover naprawdę się wyróżniał. A jak depnąłem na pedał gazu, to cały świat zostawał daleko z tyłu.

Skoro mowa o samochodach, to muszę wam jeszcze opowiedzieć o spotkaniu u premiera Józefa Cyrankiewicza. To był dopiero numer stulecia! Po igrzyskach olimpijskich w Meksyku w 1968 roku, gdzie Baśka z koleżankami wywalczyły trzecie miejsce, wszyscy medaliści olimpijscy otrzymali zaproszenie do Warszawy. Bankiet był zacny, ludzi sporo, Cyrankiewicz chodził między nimi i mówił: „Kochani, spełnię każdą waszą zachciankę. Do końca bankietu możecie wrzucać do mojej prawej kieszeni marynarki kartki ze swoimi marzeniami. Obiecuję, że je spełnię”.

No to sportowcy pisali: telefon, nowa lodówka, pralka, telewizor… Ot, marzenia Polaków w czasach PRL-u. A siatkarki wcześniej nieoficjalnie dowiedziały się od kogoś, że na Żeraniu stoi kilkadziesiąt nowiutkich fiatów 850, które były przygotowane dla polityków. Takie auto było wtedy w Polsce wręcz nieosiągalne. Co więc zrobiły dziewczyny? Większość napisała na kartce: „Chcę fiata 850”. Bankiet się skończył i tak naprawdę nikt nie wierzył, że Cyrankiewicz dotrzyma obietnicy. Sami wiemy, jak jest z politykami. A jednak. Kilkanaście dni później leżymy sobie z Baśką w łóżku, a tu telefon. „Dzwonimy z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Proszę wybrać kolor fiata 850, powiedzieć, czy chce pan na raty, czy za gotówkę, i podać termin odbioru”, usłyszałem w słuchawce.

Aż mnie zatkało. Wydukałem kolor czerwony (przecież czerwone auta są najszybsze!), termin, i nasze marzenie się spełniło. Takich samochodów na polskich drogach praktycznie nie było. Dało się co prawda kupić to auto w Peweksie, ale cena skutecznie zniechęcała. Po przeliczeniu z dolarów na złotówki wychodziło, że to kwota wzięta z kosmosu. Fiata 850 oczywiście nie dostaliśmy za darmo, trzeba było zapłacić – pamiętam do dziś – 116 tysięcy złotych. Udało nam się jakoś zgromadzić tę kwotę, choć nie było łatwo. Jak to przeliczyć na dzisiejsze pieniądze? Wtedy pół litra dobrej wódki kosztowało około 50 złotych. Czyli można było za tę kwotę kupić ponad 2300 butelek. Przeliczcie sobie sami, jaka to kasa teraz. Wzięliśmy pieniądze i pojechaliśmy do stolicy. Wiele koleżanek Baśki też kupiło 850-kę, po czym natychmiast z Żerania pojechały na giełdę i sprzedały ją od ręki za jakieś 250–300 tysięcy złotych. Pamiętacie scenę z Piłkarskiego pokera gdy piłkarze odbierają nowe polonezy z fabryki, jadą na giełdę, sprzedają je, a nadwyżka finansowa ląduje w lewej kasie klubowej? Właśnie tak się kiedyś robiło interesy.

My z Baśką postanowiliśmy fiatem pojeździć. A właściwie to ja go katowałem. Brałem nawet udział w rajdach amatorskich, byłem wicemistrzem Łodzi (w klasie do 1000 cm3 pojemności silnika). W nagrodę dostałem komplet opon Stomil. Po trzech latach z zyskiem sprzedaliśmy auto na giełdzie – za 170 tysięcy złotych. Takie to były szalone czasy – pełne absurdów i zupełnie niewytłumaczalne.

Ryszard czy Andrzej?

Na razie mało opowiadam o mojej karierze siatkarskiej, a przecież była bardzo udana. Od początku przygody z siatkówką byłem wyróżniającym się zawodnikiem. Najlepsze zespoły w Łodzi (Społem, Anilana), do tego reprezentacje Polski – od tych juniorskich po seniorską.

Wiesław Radomski,

kolega z boiska

Andrzej był niezwykle wymagającym siatkarzem. Często mi się dostawało, gdy wystawił dobrą piłkę, a ja nie skończyłem ataku. Mocno mnie rugał, ale nie złośliwie, lecz pouczająco, „Zagraj tak, a tak”, mówił. Nigdy nie przeklinał, tylko zawsze pouczał. Ja, jako niespełna 18-latek, dopiero uczyłem się wielkiej siatkówki. I mogłem się jej uczyć od najlepszych.

Zresztą z czasami juniorskimi wiąże się interesująca sprawa. Na mój pierwszy wyjazd zagraniczny (do NRD) z kadrą narodową potrzebowałem dowodu osobistego. O powołaniu dowiedziałem się w ostatniej chwili, więc ekspresowo wystąpiłem do urzędu w Lubiszewicach o kopię metryki. Odebrałem ją na poczcie, pognałem, aby wypełnić wniosek o dowód, i nawet nie zauważyłem, że ktoś się pomylił i wpisał „Ryszard Andrzej Niemczyk”. Gdybym chciał naprawić tę pomyłkę, to wyjazd zagraniczny przeszedłby mi koło nosa. Dlatego machnąłem ręką. „Kiedyś to wyprostuję”, powiedziałem sobie. Oczywiście nigdy już nie wyprostowałem i do dzisiaj oficjalnie na pierwsze imię mam Ryszard. Mówcie więc do mnie Rysiek!

Jednak szkoda, że nic z tym nie zrobiłem. Jesienią 2011 roku wystartowałem w wyborach parlamentarnych. Zdobyłem tylko 980 głosów i nie załapałem się na Wiejską. Mój przyjaciel Rysiek Kostrzewski powtarza cały czas, że ludzie byli zdezorientowani. Chcieli głosować na swojego chłopa, na wielkiego łodzianina, na Andrzeja Niemczyka, szli do urny wyborczej, brali kartkę i szukali, szukali, szukali… „No kurde, nie ma Niemczyka – szeptali między sobą. – Jest tylko Ryszard Andrzej Niemczyk. Ale to pewnie jakiś cwaniak, który podszywa się pod naszego kandydata. Może Niemczyk zrezygnował? No nic, trzeba wybrać kogoś innego”.

Nikt nie przeprowadził badań, ale wydaje mi się, że ludzie, którzy chcieli na mnie zagłosować, ale mnie nie znaleźli, postanowili postawić krzyżyk przy mojej córce Gośce. Ona też kandydowała, zebrała prawie 11 tysięcy głosów i weszła do Sejmu. Moja kariera polityczna została więc zaprzepaszczona przez drobną pomyłkę urzędników, do której doszło kilkadziesiąt lat wcześniej. Życie… Ale jak widzę te ciągłe kłótnie w telewizji, żenujące zachowanie naszej klasy politycznej, to sobie myślę, że dobrze się stało. Po co miałbym się ośmieszać na stare lata? To nie dla mnie.

Kończąc temat Ryśka. Pomyłka w urzędzie w Lubiszewicach spowodowała, że oficjalnie nazywam się tak samo jak jeden z najsłynniejszych polskich płatnych morderców. Różnica między nami jest taka, że ja nie mam pseudonimu „Rzeźnik”. Choć część moich siatkarek pewnie ma inne zdanie na ten temat…

ChKS

Wróćmy na parkiet. Przez wiele lat biegałem po ligowych boiskach, w reprezentacjach rywalizowałem o miejsce w pierwszym składzie. W końcu powiedziałem „stop” i zająłem się pracą szkoleniową. Nie było to jednak zaskoczeniem. Przecież, o czym już wspominałem, pracę trenerską zacząłem jeszcze w Stali Mielec jako młody zawodnik. Od początku byłem w tej robocie nastawiony na sukces. Czynna kariera zawodnika nie kręciła mnie aż tak bardzo. Wolałem czytać książki specjalistyczne dla trenerów, szukałem artykułów w prasie, starałem się „podglądać” doświadczonych szkoleniowców. Pewnie dlatego jako siatkarz nie osiągnąłem tego co później jako trener. I również dlatego dość szybko zakończyłem czynną i poważną karierę na parkiecie. Choć wielu wymownie pukało się w głowę.

Adam Kurkiewicz

były siatkarz, kolega z boiska

Andrzej był bardzo ambitnym siatkarzem. Na boisku był nerwusem, ale nieczęsto zdarzało mu się krzyczeć na kolegów – to było moją domeną… Nigdy jednak nie chował się za plecami innych, zawsze chciał błyszczeć. Był szalenie ambitny i chciał daleko zajść, ale nie miał odpowiednich warunków jak na tamte czasy. Pamiętam, że na każdym treningu dawał z siebie wszystko, dążył do perfekcji w każdym zagraniu. Niestety później nasze drogi się rozeszły – Andrzej poszedł do Mielca, ja wylądowałem w gdańskim AZS-ie. Miał ogromne ambicje, by grać w kadrze i gdzieś się wokół niej kręcił, ale nie bardzo udawało mu się na dłużej w niej zagościć. Zawsze mu czegoś brakowało…

„Andrzej, nie kończ kariery. Pograj jeszcze kilka lat, zarobisz trochę kasy, ustawisz się. Może nawet wyjedziesz za granicę, do innej ligi”, przekonywali mnie życzliwi mi ludzie. Byłem głuchy na ich słowa. Z perspektywy czasu – słusznie. Wtedy jednak mocno ryzykowałem. Nie wiedziałem, co mnie czeka w przyszłości.

W końcu przeszedłem na drugą stronę, usiadłem na ławce przy parkiecie. Teraz z tej perspektywy patrzyłem na mój ukochany sport. Miałem już na koncie pracę z dzieciakami, więc przyszedł czas na robotę seniorską. Nie chciałem jednak przychodzić na gotowe i przejmować ligowej ekipy – to nie mój styl. Chciałem zbudować zespół od A do Z. Dlatego zdecydowałem się na ChKS Łódź. ChKS? Tak, Chojeński Klub Sportowy, który działał na Chojnach, jednej z dzielnic Łodzi. Gdy rozpocząłem tam pracę, to praktycznie nie było tam niczego – ani hali, ani zawodniczek, ani pieniędzy. Krok po kroku zacząłem przekonywać działaczy do mojego pomysłu na sekcję. W konsekwencji udało się wybudować jedną z najnowocześniejszych hal sportowych w Polsce i stworzyć zespół. Jak to się mówi, sam sobie byłem sterem, żeglarzem i okrętem. Zajmowałem się wszystkim i wszystkiego doglądałem. Pamiętam, że gdy powstawała hala, potrafiłem wpaść na budowę i zmienić projekt, doprowadzając do szału ekipę murarzy. Miałem na to pozwolenie od dyrektora Zjednoczenia Budownictwa Komunalnego, doktora Jerzego Orłowskiego. „Panie Stasiu, tę ścianę trzeba wyburzyć, a tam podzielić mi to pomieszczenie”, dyrygowałem. Nie muszę chyba opisywać miny majstra… Zresztą doskonale wiedział, że mam pełne zaufanie ze strony władz klubu, więc był wobec moich pomysłów bezsilny.

Radomił Brutanek

jeden z twórców ChKS-u

Wiele było nerwów przy budowie hali, oj, wiele… Wtedy nie mogliśmy stawiać takich obiektów, dlatego teoretycznie miało to być tylko zadaszenie boiska do piłki ręcznej. Udało się jednak zbudować halę od fundamentów, i to w 16 miesięcy, co na tamte czasy było świetnym wynikiem. Mieliśmy wsparcie wszystkich zakładów pracy ze zjednoczenia**. Byliśmy zwartą grupą i wszystko ciągnęliśmy razem. Przez te lata wiele osób przewinęło się przez klub, dla którego wszyscy pracowaliśmy z sercem. Po godzinach chodziliśmy na mecze, organizowaliśmy różne imprezy, sportowe jasełka. Spotykaliśmy się wieczorami i świętowaliśmy. Wtedy wszyscy nam pomagali. Mieliśmy zielone światło od komitetu partii i urzędu miasta, więc pracowało nam się naprawdę dobrze.

Szkolenie zaczynaliśmy od grupy dziewczynek, którą przyprowadziłem z jednej ze szkół. Uczyłem je siatkarskiego rzemiosła od podstaw. Zaczynaliśmy w najniższej lidze i potem rok po roku zdobywaliśmy awans. Widząc, jak te dziewczyny się rozwijają, jak wzrastają ich umiejętności, byłem coraz bardziej dumny ze swojej pracy.

W ciągu kilku lat udało nam się awansować do pierwszej ligi. Wtedy zaczęły się problemy. ChKS działał na zasadach amatorskich, dziewczyny grały za marne stypendium. Musiałem więc interweniować u naszych szefów, aby jak najszybciej znaleźć zawodniczkom lewe etaty w łódzkich zakładach pracy. Tak w tamtych czasach działał „profesjonalny” klub sportowy! „Andrzej, będzie ciężko – usłyszałem od Radomiła Brutanka. – Nie ma takiej możliwości”.

Całą noc myślałem, jak tu przekonać dyrektora zjednoczenia, aby wciągnął na listę płac moje dziewczyny. Na logikę, nikt o zdrowych zmysłach nie miał prawa się na to zgodzić. Gdy rano wpadłem do biura, zawołałem od progu: „Mam pomysł! Zorganizujmy łódzką spartakiadę międzyzakładową!”.

Co miała spartakiada do etatów? Ano miała całkiem sporo. Otóż zakłady zaczęły szukać siatkarek do swoich zespołów. No i tutaj było miejsce dla mnie. Podsyłałem im moje dziewczyny, one były zatrudniane, a potem występowały na zawodach. Mało tego – rok później zakłady zaczęły ze sobą walczyć o moje zawodniczki na rynku „transferowym”! Bo przecież każdy chciał wygrać spartakiadę. W efekcie siatkarki zaczęły świetnie zarabiać, mogły dowolnie podbijać stawki. Odetchnąłem z ulgą – łódzkie zakłady płaciły moim zawodniczkom niezłe pensje, one były zadowolone, a ChKS grał coraz lepiej.

W końcu awansowaliśmy do pierwszej ligi i cel wywalczenia mistrzostwa Polski stał się realny. Postanowiłem dołączyć do tych ciągle jeszcze młodych dziewczyn moją żonę Baśkę. Była brązową medalistką olimpijską i wielokrotną reprezentantką kraju. Od razu została liderką zespołu i poprowadziła nas do upragnionego tytułu. Szaleństwo! W 1976 roku (mając 32 lata) świętowałem pierwszy bardzo poważny sukces szkoleniowy. Zresztą do dziś pozostaje on jednym z moich największych. Potem zdobyłem wiele medali, wywalczyłem mistrzostwo Europy, ale to triumf z ChKS-em dał mi satysfakcję nieporównywalną z niczym.

Radomił Brutanek

jeden z twórców ChKS-u

Andrzeja poznałem, gdy byłem w Zjednoczeniu Budownictwa Komunalnego. Całkiem nieźle grał w siatkówkę, więc postanowiliśmy stworzyć ChKS. Trzeba było się zająć jakimś sportem, a ponieważ znałem Niemczyka i sam kiedyś grałem, to postanowiliśmy, że będzie to właśnie siatkówka. Wybór Andrzeja na trenera był praktycznie naturalny, bo on już wtedy prowadził szkółkę siatkarską dla młodych dziewcząt. Miał świetne podejście do siatkarek. W tym samym czasie, gdy on tworzył drużynę, ja budowałem halę w Łodzi, a w Ustroniu Morskim – dom wypoczynkowy dla naszego zjednoczenia. Później siatkarki jeździły tam na obozy. Czasami drużyna siedziała nad morzem prawie miesiąc, ale było warto, bo powstała naprawdę mocna ekipa. Zaczęła od rozgrywek trzeciej ligi, następnie weszła do drugiej, potem do pierwszej, by od razu sięgnąć po mistrzostwo Polski. To był ewenement na ogromną skalę. Najważniejszy moment nastąpił, gdy Andrzej przekonał żonę, żeby u nas grała. Ona wniosła wiele doświadczenia do tego klubu.

Selekcjoner rewolucjonista

Rok wcześniej – w 1975 – po raz pierwszy objąłem stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski. Postanowiłem zrewolucjonizować zasady pracy w kadrze narodowej. Przede wszystkim chciałem, aby dziewczyny czuły się na zgrupowaniach jak u siebie w domu. Dlatego pozwoliłem na dwie rzeczy: po pierwsze, mężowie, faceci, narzeczeni, kochankowie siatkarek mogli je odwiedzać. Nie zamierzałem zamykać zgrupowań na kilka tygodni przed najbliższymi zawodniczek. To bez sensu. W żeńskiej siatkówce zawsze na pierwszym miejscu są kobiety, a dopiero potem zawodniczki. Zupełnie inaczej jest u siatkarzy. O tak, tam liczy się przede wszystkim sukces, a dopiero na drugim planie jest zawodnik jako facet i jego potrzeby. To była dobra decyzja. Nawet na ciężkich obozach kadrowiczki świetnie się czuły, kiedy wiedziały, że już niebawem spotkają się z najbliższymi.

Sytuacja była jeszcze o tyle inna w porównaniu z obecną siatkówką, że większość moich reprezentantek miała już dzieci. Teraz sportsmenki decydują się na ciążę dopiero po trzydziestce. Wtedy 22-, 24-latka miała już nawet dwójkę potomstwa. To z kolei powodowało problemy. Dziewczyny dzwoniły po treningach do domów, rozmawiały z mężami i dowiadywały się na przykład, że malutka córeczka ma gorączkę. W związku z tym przez cały dzień chodziły podminowane, bo nie mogły się doczekać kolejnego telefonu z informacją, czy temperatura spadła o dwie kreski, czy nie. Nie mogły się skupić na treningu, płakały, niszczyły świetną atmosferę. Wtedy właśnie uznałem, że czas wprowadzić drugą zmianę dotyczącą zgrupowań. W pewnym momencie nie wytrzymałem, uderzyłem dłonią w stół i powiedziałem: „Załatwię wam opiekunkę do dzieci!”. Szczęki im opadły. „Jak to, trenerze? Będziemy mieli przedszkole na zgrupowaniach?”, dopytywały.

Niedługo potem pojechałem do Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu i zażyczyłem sobie obecności wykwalifikowanej opiekunki podczas kolejnego zgrupowania. Patrzyli na mnie jak na szaleńca, ale że miałem dobre układy wśród działaczy, to oczywiście prośbę spełnili. Powołane zawodniczki przyjeżdżały na obozy z dzieciakami, które potem latały po ośrodku z gilami po pas, niejednokrotnie panował istny chaos, ale osiągnąłem najważniejszy cel: podczas treningów zawsze mogłem mieć pewność, że zawodniczki będą w pełni skoncentrowane. Nigdy tego nie sprawdzałem, ale pewnie jako pierwszy w Europie Wschodniej, a może i w całej Europie, wprowadziłem „przyzakładowe” przedszkole na zgrupowaniach reprezentacji kraju. Najważniejsze, że się sprawdziło, a ja otrzymałem nawet puchar od Komisji Kobiet działającej przy Polskim Komitecie Olimpijskim, który wręczyła mi sama Irena Szewińska. Przedstawicielki płci pięknej doceniły moje nowatorskie podejście do treningu z kobietami.

Obozy przygotowawcze odbywały się głównie w Zakopanem, czasami w Wałczu. Warunki mieliśmy całkiem niezłe. W ośrodku pracował dietetyk, który układał nam specjalny jadłospis. Najpierw się ze mną spotykał, pytał o etap przygotowań, a następnie opracowywał menu. Ja jako selekcjoner je akceptowałem. W efekcie w tych ciężkich komunistycznych czasach mieliśmy naprawdę fantastyczne jedzenie. Niczego nam nie brakowało. Paradoksalnie, podczas mojej drugiej przygody z kadrą, już po upadku komuny, było znacznie trudniej. Bo wówczas w Szczyrku nie było już dietetyka na etacie, a kucharki mnie pytały, co ma być na obiad. Nie miało to zbyt wiele wspólnego z profesjonalizmem. Takie czasy. Centralnych Ośrodków Sportowych nie było stać na zatrudnianie osób odpowiedzialnych za odpowiednią dietę sportowców. Dziwne, choć z ekonomicznego punktu widzenia zrozumiałe.

Jedzenie w PRL-u mieliśmy fantastyczne, ale za to obiekty – fatalne. Sala (bo to nie była hala) w Zakopanem była za niska, za wąska, za krótka. Nie spełniała żadnych wymogów siatkarskich. Gdy chciałem ustawić dwa boiska, to zawodniczki zagrywały już praktycznie zza drzwi, przy atakach musiały uważać, aby głową nie uderzyć o sufit, a przyjmujące odbierały, biegając po ławkach ustawionych przy linii bocznej. Dramat. W Wałczu było jeszcze gorzej, bo w ogóle nie mieliśmy do dyspozycji sali siatkarskiej. Tam z kolei budowaliśmy kondycję na kajakach. Zawodniczkom po kilku dniach takich treningów robiły się ogromne bąble na dłoniach. Mimo to miny miały zadowolone, bo kajaki były dla nich odskocznią od nudnych treningów siatkarskich, które tłukły przez okrągły rok. Fizycznie budowały bazę pod sezon reprezentacji, a psychicznie wypoczywały.

Tak naprawdę jednak wszędzie warunki zależały od tego, jakie miało się kontakty w Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wystarczył jeden telefon stamtąd do kierownictwa ośrodka sportowego, na przykład w Zakopanem, aby sportowcy mieli wszystko, czego tylko sobie zażyczą. Ognisko ze świniakiem i orkiestrą góralską? Proszę bardzo, nie ma problemu!

Władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uważały, że sportowcy są niebezpieczni – jeżdżą za granicę, mają kontakt z obcokrajowcami, mogą więc w każdym momencie uciec i poprosić o azyl. Pewnie dlatego na każdym wyjeździe towarzyszyli nam funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Często był to kierownik reprezentacji nominowany przez Komitet Centralny. Taki człowiek – nazywany przez nas „ucho” – podsłuchiwał prywatne rozmowy, notował, nawet robił zdjęcia. Taki komunistyczny paparazzi… Z tą różnicą, że wtedy mógł narobić naprawdę sporo problemów. Pisał raporty, donosił, spekulował. Człowiek mógł nawet trafić do więzienia.

Pamiętam, że raz poważnie bałem się o siebie – właśnie z powodu agentów SB. To było pod koniec lat 70., gdy przebywałem już w Niemczech (o czym w dalszej części książki). Znalazłem w Monachium polską knajpę: przytulną, z niezłym jedzeniem i dobrym piwem. Przede wszystkim jednak można było pogadać tam po polsku. Dla człowieka, który tęsknił za krajem, ostatni argument był najważniejszy. Problem był taki, że do tej samej knajpy przychodzili ludzie z „Wolnej Europy”. To z kolei natychmiast wywołało reakcję komunistów, którzy wysłali tam agentów. Byłem więc między młotem a kowadłem. Bałem się, że ktoś coś źle zrozumie, wyśle donos do Warszawy, przyjadą po mnie, wsadzą siłą do samochodu i wywiozą gdzieś do więzienia dla „wrogów narodu polskiego”… Na całe szczęście okazało się, że agenci SB mieli najwidoczniej dobre rozeznanie. Nie ruszyli człowieka, który w nic się nie angażował. Strachu jednak najadłem się sporo.

Znany siatkarz, trener reprezentacji – wydawać by się mogło, że powinienem być członkiem PZPR-u. Nic bardziej mylnego – nigdy nie zapisałem się do partii, nie miałem legitymacji, nawet za bardzo nikt mnie nie namawiał. Odbyłem dosłownie jedną rozmowę na ten temat. Wysoko postawiony pracownik GKKFiS-u (czyli Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu) zaprosił mnie do swojego pokoju i zaczął: „Wiecie, rozumiecie, towarzyszu…”. Lubię konkretnych gości, a nie ściemniaczy, więc wszedłem mu w słowo: „Konkretnie proszę. O co chodzi?”. „No… Yyy… Hm…” Z daleka widać było, że gość nie wie, jak zacząć. W końcu wydukał: „Zgodnie z jedyną słuszną linią Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej byłoby mile widziane, gdyby wstąpił pan w nasze szeregi”. „A jeśli tego nie zrobię?”, spytałem. „No, każdy selekcjoner jest już w naszych szeregach, nie powinien pan być wyjątkiem”. „W takim razie proszę mnie zwolnić, bo nie zamierzam zapisywać się do partii”. To powiedziawszy, wyszedłem.

Na tym moja „kariera” w partii komunistycznej się zakończyła. Aż dziwne, prawda? Myślę, że partyjni notable, których znałem osobiście, nie chcieli ryzykować. Od zawsze jestem człowiekiem „nieukładowym”, idę swoją drogą, potrafię powiedzieć prosto w twarz, co sądzę. Odstraszyłem potencjalnych pomysłodawców wcielenia mnie do jedynej słusznej partii.

Inna rzecz, że po co był im człowiek, który nie bałby się powiedzieć pierwszemu sekretarzowi, że coś mnie gówno odchodzi albo żeby dał mi spokój, bo jestem zajęty, albo że robi coś zupełnie bez sensu. Oni potrzebowali klakierów, a nie jednostek silnych i niezależnych. Przeżyłem praktycznie całą komunę i jakoś udało mi się uchować. Dzisiaj jestem z tego dumny. W tamtych czasach miałem to gdzieś. Polityka mnie nie zajmowała, moim całym życiem była przecież siatkówka.

Zaraz po objęciu stanowiska selekcjonera obiecałem wszystkim (głównie dziewczynom), że podczas mistrzostw Europy za dwa lata wywalczymy medal. Po pięknej erze polskiej siatkówki żeńskiej w latach 1949–1971, gdy z każdych mistrzostw przywoziliśmy medal (w sumie aż osiem krążków!), w 1975 roku w Jugosławii zajęliśmy zaledwie szóste miejsce. Stąd właśnie moja deklaracja: „Wracamy na podium mistrzostw Europy!”.

Przez prawie dwa lata spokojnie budowałem zespół, który miał w 1977 roku przywieźć do Polski medal. Wiedziałem, że na 99 procent będzie to brąz. Niestety, zawodniczki Związku Radzieckiego i Niemieckiej Republiki Demokratycznej były poza naszym zasięgiem. Nie tylko zresztą naszym, ale i całej Europy. Mistrzostwa odbywały się w Finlandii. I wszystko szło zgodnie z moimi oczekiwaniami: w grupie wygraliśmy 3:0 z Bułgarkami, Włoszkami i Finkami, 3:1 z Republiką Federalną Niemiec i porażka 0:3 z NRD. Awansowaliśmy z drugiego miejsca. W półfinale trafiliśmy na ZSRR. Rosjanki zlały nas strasznie. Drugiego seta przegraliśmy do jednego! Na usprawiedliwienie tylko dodam, że wtedy grało się do 15 punktów.

Przyszło nam więc rozegrać mecz o trzecie miejsce. Walczyliśmy z Węgierkami. Przez ostatnie dwa lata wygrywaliśmy z tą ekipą regularnie i z zamkniętymi oczami. Nie spodziewałem się problemów. Jednak nie doceniłem układów, które rządziły europejską siatkówką. Jako młody szkoleniowiec nie zwróciłem uwagi, że szefem sędziów w Europejskiej Konfederacji Siatkówki jest… Węgier. Tak ustawił on sobie arbitrów na mecz o brąz, że aż mi się włosy (a miałem wtedy bujną czuprynę!) na głowie jeżyły. Co ci goście wyrabiali, rany boskie! Już w pierwszym secie przegraliśmy na przewagi (14:16). W tym momencie wiedziałem, że to będzie przegrane spotkanie. Nie masz szans wygrać meczu, w którym dwóch sędziów robi sobie z ciebie jaja i śmieje ci się w oczy. Dziewczyny walczyły do upadłego, doprowadziły nawet do piątego seta, ale przegraliśmy go 9:15. Zajęliśmy czwarte miejsce i wróciliśmy bez medalu – nie dotrzymałem obietnicy. Po przyjeździe do Polski szefowie związku nie zamierzali mnie zwalniać, ja jednak pojechałem do Warszawy i złożyłem rezygnację. Jestem człowiekiem honoru: nie wykonałem zadania. Moja era w reprezentacji dobiegła więc końca. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wrócę tam za 26 lat.

Nie do końca również zdawałem sobie sprawę, że mistrzostwa Europy w Finlandii aż tak zmienią moje życie. Po raz kolejny ujawnił się mój anioł stróż – bo jak inaczej wytłumaczyć to, co się stało w ciągu kilku następnych tygodni? Gdyby nie te życiowe (nie boję się tego słowa) decyzje, to nie wiem, czy kiedykolwiek usłyszelibyście o Andrzeju Niemczyku. Zostałbym pewnie znany tylko w gronie największych fanatyków siatkówki, którzy kojarzyliby, że ktoś taki wywalczył kiedyś mistrzostwo Polski i przez krótki czas był selekcjonerem kadry kobiet. No i ta książka z pewnością by nie powstała. Jednak los się do mnie uśmiechnął i już wkrótce wszystko miało się zmienić.

* Średnia krajowa wynosiła wówczas około dwóch i pół tysiąca złotych – przyp. red.

** W PRL-u zjednoczeniem nazywano organ zarządzania daną branżą przemysłu – przyp. red.

Życiowy tie-break

Copyright © 2015 by Andrzej Niemczyk

Copyright © 2015 by Marek Bobakowski

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Justyna Żurawicz / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na okładce – Marcin Klaban / Studio MMP

Fotografie na drugiej stronie książki – Nikolai Sorokin / fotolia.com;

Givaga / fotolia.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-431-7

ISBN MOBI: 978-83-7924-430-0

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

Rozdział 1. Jestem dzieckiem wojny i… szczęścia

Rozdział 2. Bye, bye, PRL

Rozdział 3. Tak zdobyłem pierwsze złoto mistrzostw Europy

Rozdział 4. Drugie złoto. Tak przeszliśmy do historii

Rozdział 5. Rozstanie ze „Złotkami”. O co właściwie poszło?

Rozdział 6. Pierwsze małżeństwo – całkowita pomyłka

Rozdział 7. Jestem babiarzem

Rozdział 8. Rak? Utopiłem go w alkoholu

Rozdział 9. Życie po życiu

Siatkarki o Andrzeju Niemczyku

Sukcesy Andrzeja Niemczyka

Kalendarium

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break Zawód: handlowiec. Skuteczna sprzedaż bez manipulacji. Wydanie 2 rozszerzone Motywacja pod lupą. Praktyczny poradnik dla szefów. Wydanie II rozszerzone O negocjacjach i negocjatorach. Poradnik praktyka Jak zarządzać zespołem handlowym i przetrwać. Poradnik dla szefów sprzedaży i handlowców. Wydanie III Jak zarządzać zespołem handlowym i przetrwać. Poradnik dla szefów sprzedaży i handlowców. Wydanie II 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana