Siódma dusza

Siódma dusza

Autorzy: Andrzej Wardziak

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

cena od: 8.40 zł

Historia pięciorga znajomych, którzy postanawiają spędzić pewien piątkowy wieczór w położonej na odludziu wiekowej posiadłości, odziedziczonej po tragicznie zmarłym wuju jednego z chłopaków. Niestety szybko okazuje się, że nie są tam sami, a to, co w pierwszej chwili wydaje się spełnieniem marzeń, szybko zamienia się w ponury, absurdalny koszmar. Dziwne, trudne do wytłumaczenia zdarzenia towarzyszą czytelnikowi od samego początku powieści, trzymając go w napięciu i wodząc za nos aż do ostatniej strony książki.

* * *

Redakcja

Paweł Wielopolski

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

tekst © Andrzej Wardziak

ISBN 978-83-7835-453-6

* * *

Powieść dedykuję Piotrkowi — szkoda tylko, że nigdy jej nie przeczyta.

* * *

Od autora

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli i motywowali mnie do dalszego pisania. To naprawdę pomaga przetrzymać chwile zwątpienia, których podczas tworzenia jest niewyobrażalnie dużo, jednak nikt nie może wiedzieć tego lepiej niż osoba, która mieszka z pisarzem — dlatego przede wszystkim dziękuję Tobie, Rudku, że jeszcze nie wyrzuciłaś mnie z domu ani nie każesz mi spać na kanapie. Dziękuję również Pawłowi Wielopolskiemu za świetną redakcję, która nadała powieści ostateczny kształt.

A Tobie, Drogi Czytelniku, życzę smacznego. Tak jak krwisty stek najlepiej smakuje z lampką czerwonego wina, tak ta powieść najlepiej będzie smakowała wieczorem, przy słabym świetle migoczącej świecy.

Prolog

Podeszwy eleganckich, markowych pantofli Antoniego Mostowskiego cicho chrzęściły na kamiennej ścieżce, zakłócając spokój kwietniowej nocy. Szedł powoli z rękoma zaplecionymi za plecami, każdym krokiem zbliżając się do miejsca swojego przeznaczenia. Miał na sobie elegancki płaszcz, sięgający prawie do ziemi, a do tego ciemny, skrojony na miarę trzyczęściowy garnitur i kapelusz skrywający twarz w mroku. Widać było spod niego tylko krótką, siwą brodę.

Dla postronnego obserwatora Antoni Mostowski wyglądałby niczym filozof, kontemplujący sens życia i szukający odpowiedzi na najbardziej zawiłe zagadki wszechświata, i prawdę mówiąc, mężczyzna niewiele różniłby się od tego wyobrażenia. Ewentualna różnica mogła polegać na tym, że jego myśli nie krążyły wokół pojęcia życia, tylko czegoś zgoła odwrotnego.

W końcu dotarł nad jezioro, ominął krótki pomost i skierował się na brzeg, zatrzymując się tuż przy jego linii. Wziął głęboki wdech świeżego powietrza, tak soczyście pachnącego wodą i sitowiem. Stał nieruchomo pogrążony w myślach, chłonąc ulotną chwilę. Księżyc spowijał okolicę jasnym, zimnym blaskiem, nadając scenerii magiczny i zarazem mroczny charakter. Kontemplacji sprzyjała panująca wokół absolutna, nienaturalna cisza, niezmącona najodleglejszym śpiewem ptaków czy chociażby szmerem liści. Mężczyzna czuł się, jakby był zawieszony w próżni, zatrzymany w czasie i przestrzeni. Doczesne rzeczy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Wszystko, co do tej pory osiągnął, było nic niewarte. Praca, pieniądze, rodzina. Uświadomiwszy to sobie, uśmiechnął się ponuro. Nic nie istniało. Był tylko on i jego myśl.

Posesja, na której przebywał, była ogrodzona szczelnym murem i — o ile pamięć nie myliła Antoniego Mostowskiego — aktualnie przebywał na niej zupełnie sam. To dobrze — pomyślał. Tak właśnie to powinno się rozegrać. Jeżeli na działce przebywałby ktoś jeszcze, mógłby zakłócić albo — co gorsza — przerwać akt, do którego każdy z nas, prędzej czy później, zostanie zaproszony, i w którym, czy tego chce, czy nie, przyjdzie mu zagrać, często z niechęcią dziecka biorącego udział w szkolnym przedstawieniu.

Mężczyzna zdjął płaszcz i z szacunkiem położył go na wilgotnej ziemi. Po chwili jednak zmienił zdanie, podniósł płaszcz i założył z powrotem na ramiona. Wszystko musi wyglądać naturalnie, nie może być mowy o najmniejszej pomyłce — skarcił się w myślach.

Odwrócił głowę i po raz ostatni spojrzał na dworek, w którym przyszło mu spędzić siedemdziesiąt lat swego życia. Uśmiechnął się do radosnych wspomnień, jakie wiązały go z tym miejscem. Był zadowolony ze swego życia. Co prawda, pewne jego aspekty mogły się potoczyć inaczej, lecz w gruncie rzeczy nie mógł na nie narzekać.

Nie, nie czas teraz na wahanie — ponaglił się w myślach.

Wszedł na krótki pomost, odwiązał starą, zbutwiałą łódkę i mocno pchnął ją w stronę przeciwnego brzegu. Łajba delikatnie zakołysała się i podryfowała we wskazanym kierunku.

Antoni Mostowski zszedł z powrotem na brzeg i od razu wszedł do wody. Zimna ciecz zaczęła go otulać coraz wyżej i wyżej, podczas gdy zagłębiał się coraz dalej w mroczne, nieprzeniknione odmęty. Płaszcz zaczął dryfować na wodzie. Żołądek niemalże przykleił się do kręgosłupa po kontakcie z lodowatą wodą, a stara, sfatygowana klatka piersiowa się uniosła. Skurcze zaczęły targać jego ciałem, lecz dalej szedł przed siebie, zapadając się coraz głębiej w muliste dno. Gdy woda sięgnęła klatki piersiowej, zatrzymał się, drżąc jednocześnie z zimna i podniecenia. Serce pompowało krew w zastraszającym tempie, jakby zaraz miało wyskoczyć z bezpiecznej klatki żeber. Stał tak przez chwilę i pozwalał, by jego ciało spazmatycznie tańczyło w rytm dyktowany przez potężne skurcze. Naraz skupił się i po chwili walki uspokoił oddech. Wypuścił powietrze, które uformowało się w małą mgiełkę tuż przed jego twarzą.

Uniósł głowę w stronę nieba i odetchnął jeszcze parę razy. Po raz ostatni spojrzał na jasne gwiazdy. Następnie opuścił wzrok i skupił go na bliżej nieokreślonym punkcie przed sobą. Zapatrzył się w gęstą ciemność pokrywającą drugi brzeg jeziora. Wydawało mu się, że w mroku coś ujrzał, jakiś drobny, szybki ruch, jakby wzburzoną na wietrze flagę. Uśmiechnął się ponownie, choć mniej pewnie niż poprzednim razem.

— Wkrótce się spotkamy.

Ruszył dalej. Woda pochłonęła go całkowicie i mężczyzna pozostawił po sobie tylko dryfujący na tafli jeziora kapelusz.

Rozdział 1

— Tylko jedźcie ostrożnie — powiedział Marcin, unosząc rękę na pożegnanie.

— Jak zawsze — odpowiedziała z uśmiechem jego matka i wychyliła się z auta, aby ucałować syna przed wyjazdem. Za każdym razem ten gest go krępował, jednak pomimo zakłopotania chłopak pochylił się nad mamą i oddał pocałunek. Wiedział, że to było dla niej ważne i nie chciał sprawiać jej zawodu.

— Tylko nie rób żadnej imprezy. — Pogroziła mu palcem.

Marcin spojrzał na nią maślanym wzrokiem:

— Nie no, imprezy to nie, ale pewnie parę osób zaproszę, wiesz, piątek jest i w ogóle… — Matka posłała mu pełne wyrzutu spojrzenie, ale syn ją uprzedził: — No co, chcesz, żebym sam siedział przez weekend w takim wielkim domu na tym odludziu? — Wskazał okazałą posiadłość znajdującą się za jego plecami, mając nadzieję, że chociaż odrobinę to go usprawiedliwi. — Będziemy grzeczni, obiecuję.

— Jasne, ostatnio też tak mówiłeś i jak wróciliśmy to szklana… — nie dokończyła, gdyż ojciec brutalnie wszedł jej w zdanie:

— Tylko nie spalcie domu, jasne?

Matka Marcina odwróciła się i posłała mężowi pełne zaskoczenia spojrzenie, ale ten tylko uśmiechnął się, puścił oczko do syna i wcisnął pedał gazu. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, volvo oddaliło się żwirowym podjazdem w stronę głównej ulicy. Gdy samochód zniknął za ostatnimi drzewami, chłopak odwrócił się na pięcie i przyjrzał posiadłości.

Marcin nie przesadzał, kiedy powiedział, że dom jest wielki. Imponująca budowla znajdowała się w centralnej Polsce, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Serocka. Powstała na początku dwudziestego wieku, zaprojektowana przez dawno już zapomnianego architekta. Przypominała stare posiadłości rodowe, skrywające niezliczone tajemnice i pamiętające czasy, w których ludzie potrafili radzić sobie bez Internetu, co teraz zdaje się graniczyć niemalże z cudem. Wysokie, gładkie kolumny otaczały główne wejście, do którego można było dojść, tylko wspinając się po pięciu szerokich, kamiennych stopniach. Do wysokości prawie czterech metrów dom składał się z czerwonej cegły, co ładnie komponowało się z czerwienią ostrych krawędzi i krzywizn dachu. Nad cegłą rozciągał się szeroki pas białej, teraz już wyblakłej farby. Wąskie, prostokątne okna podkreślały secesyjny styl, jaki nadali mu budowniczowie. Z salonu znajdującego się w północnej części można było wyjść na elegancki taras, otoczony żelazną, stylową barierką, a potem skierować kroki kamienną ścieżką do niewielkiego jeziora, będącego teraz tylko na wyłączność państwa Lipińskich.

Jednak nie zawsze dworek i kilkunastohektarowa działka należały do rodziców Marcina. Sytuacja zmieniła się niespełna pół roku wcześniej, kiedy jego wuj został znaleziony martwy we wspomnianym już jeziorze. Według policji przyczyną śmierci było utonięcie. Co prawda, wuj najlepsze lata miał już za sobą, niemniej rodzina nie chciała zaakceptować takiego wyjaśnienia tajemniczej śmierci. Matka Marcina, jedyna żyjąca krewna wuja, nie zgodziła się na sekcję zwłok. Stwierdziła, że naruszyłoby to spokój zmarłego. Wobec tego wuj został pochowany niespełna tydzień od stwierdzenia zgonu, a w archiwach policyjnych jako powód odejścia wpisano utonięcie.

Wuj okazał się osobą wysoce zapobiegliwą — w jego osobistej bibliotece, której zbiory gromadził przez zdecydowanie większą część swego ekscentrycznego życia, znaleziono kilka listów oraz testament. Każdy list był zaadresowany do innej osoby, w tym jeden do Marcina. W ostatniej woli wuj zażyczył sobie, żeby każdy przeczytał list i zachował to, co przeczyta, dla siebie. Jednak pomimo upływu kilku miesięcy Marcin nie otworzył zapieczętowanej koperty. Przez pierwsze parę dni po pogrzebie nie miał na to czasu ani chęci, a potem zwyczajnie zapomniał o wiadomości.

Natomiast w testamencie Antoni Mostowski postanowił przekazać posiadłość, majątek oraz swoją firmę rodzinie Lipińskich, co zmieniło ich życie o sto osiemdziesiąt stopni.

Marcin zdecydowanie lubił ten dom, jednak równie zdecydowanie nie lubił zostawać w nim sam. Irracjonalny, zakorzeniony głęboko w dzieciństwie, niepokój nie pozwalał mu funkcjonować normalnie, gdy w ponad czterystumetrowej posiadłości nie było nikogo oprócz niego. Długie, ciemne korytarze, skrzypiąca podłoga i przytłaczająca ilość pomieszczeń budziły jego niepokój, tak samo teraz, jak i kiedyś. Nigdy nie potrafił powiedzieć, czego się obawia. Teraz kiedy rodzice musieli wyjeżdżać dopilnować firmę wujka, musiał tu zostawać, żeby przypilnować domu. Zawsze coś gdzieś skrzypiało, jak nie na piętrze, to na parterze. W takich momentach nie umiał utrzymać wodzy fantazji, więc albo zapraszał do siebie znajomych, albo wychodził na wieś, gdzie i tak nic się nie działo, ale wracał tak zmęczony, że usypiał momentalnie po dotknięciu poduszki głową. Chociaż i to nie zawsze pomagało.

Dzisiejszego wieczoru postawił na to pierwsze.

Spojrzał na zegarek Omegi, dumnie połyskujący na jego szczupłym nadgarstku. Dochodziła dwudziesta, czyli miał jeszcze godzinę, zanim zjawią się pierwsi goście.

Wszedł do domu i dokładnie zamknął za sobą ciężkie, dębowe drzwi, po czym stał chwilę na werandzie i nasłuchiwał. Następnie zdjął buty i ruszył w kierunku kuchni, żeby sprawdzić, jak dużo rzeczy musi przygotować przed pojawieniem się pierwszych gości. Normalnie włączał muzykę, jednak teraz postanowił tego nie robić. Chciał jak najszybciej zająć czymś myśli, żeby tylko nie stać i nie nasłuchiwać Bóg wie czego.

Po dwudziestej pierwszej zadzwonił dzwonek do drzwi. Marcin wytarł ręce w fartuch i poszedł otworzyć. Przed drzwiami czekał Adam ze swoją dziewczyną Majką. Chłopak był ubrany jak zawsze elegancko. Skórzane półbuty znikały pod idealnie leżącymi ciemnymi jeansami. Na błękitny sweter od Tommy’ego Hilfigera zarzucił modną, czerwoną, puchową kamizelkę, aktualnie rozpiętą, chociaż chłód październikowego wieczoru dawał już o sobie znać. Oczywiście wszystkie ubrania były oryginalne, nie mogło być mowy o najmniejszej podróbce czy rzeczach z lumpeksu. Z kolei Majka założyła na siebie wąskie, podkreślające jej szczupłą sylwetkę jasne, zielone rurki i grubą, skórzaną kurtkę, zupełnie jakby był środek zimy. Do tego opatuliła szyję i twarz grubym, niebieskim szalikiem.

Gospodarz dał buziaka w policzek Majce, przy okazji pakując sobie do oka kilka czarnych loków. Następnie przywitał się z Adamem:

— Siema — powiedział z uśmiechem, jednocześnie uderzając starego kumpla barkiem.

Adam odpowiedział tym samym, po czym zrzucił półbuty i kamizelkę. Ruszył w kierunku kuchni, w jednym ręku niosąc siatkę z alkoholem, a w drugim siatkę pełną chipsów, prażynek, paluszków, orzeszków i wszelkich innych rzeczy, które tak ochoczo chrupie się w towarzystwie zawartości siatki pierwszej. Majka została, starając się pozbyć wysokich kozaków, których sznurówki miały w sumie chyba z pół kilometra długości. Marcin stwierdził, że postoi chwilę przy niej, bo to raczej nie wypada zostawiać gościa — nieważne, jak dobrze znajomego — samego na werandzie.

— O, jak fajnie pachnie. Co zrobiłeś? — zapytała Majka.

— A takie tam, improwizowałem — stwierdził skromnie Marcin. — Ale wyszło całkiem niezłe. Mam nadzieję, że jesteście głodni.

— Jak wilki! Ktoś jeszcze będzie? — Wreszcie udało się jej uwolnić z lewego buta.

— Tak, ma jeszcze przyjść Tymek, tylko uważaj teraz… Z jakąś nową laską! — powiedział, nie ukrywając sarkazmu, ale i odrobiny zaciekawienia nową zdobyczą kumpla.

— O proszę, Tymek z nową laską? To chyba już druga w tym miesiącu?

— Nie, no właśnie nie. Buja się z nią już od paru ładnych tygodni, ale wcześniej jakoś zapomniał o niej wspomnieć.

— Może dlatego, że bujał się jednocześnie z inną? — rzuciła ironicznie Majka, pozbywając się drugiego buta. Odetchnęła z ulgą.

— Może — stwierdził dyplomatycznie, po czym wreszcie udali się do kuchni.

Pomieszczenie było urządzone w klasycznym stylu — białe ściany, przy których stały wysokie, również białe, drewniane szafki. Nowoczesne elementy, takie jak ekspres do kawy czy kuchnia indukcyjna z wyciągiem, były dopasowane w taki sposób, że nie rzucały się w oczy i nie przytłaczały swoją odmiennością.

— Słyszałeś? — zagadała Majka do swojego chłopaka. — Tymek ma przyprowadzić jakąś nową laskę.

Adam przyjął to bez większego entuzjazmu, cały czas wypakowując piwo do lodówki.

— No spoko, fajnie — stwierdził w końcu, zrozumiawszy, że pozostali czekają na jego reakcję. — Może przyprowadzi dwie, to i tobie by się coś dostało — powiedział, patrząc wymownie na Marcina. Puścił mu oko i zaśmiał się odrobinę zbyt szyderczo, niż zamierzał i niż to było wskazane.

Marcin odrobinę sposępniał. Z niewiadomych przyczyn od jakiegoś czasu nie mógł znaleźć sobie dziewczyny, chociaż jak znajome koleżanki mówiły — był zarówno przystojny, jak i inteligentny. Chwaliły sobie jego wzrost, szczupłą budowę ciała, i jasne, niebieskie oczy. Poza tym, był dobrze ustawiony materialnie. Dla potwierdzenia tego drugiego nie potrzebował niczyjej opinii, wystarczyło mu wyjrzeć przez okno posiadłości i spojrzeć na otaczające ją połacie terenu, gdzie wszystko przecież należało do jego rodziców. Jednak mimo to jakoś nie potrafił sobie znaleźć odpowiedniej kompanki i zaczynało go to coraz bardziej irytować.

Adam zauważył niemrawy wyraz twarzy kumpla, więc błyskawicznie spróbował naprawić swój błąd.

— Nie no, stary, żartuję… — powiedział obojętnym tonem, co według niego miało zabrzmieć jak przeprosiny.

— Nie przejmuj się nim, wiesz, jakim potrafi być dupkiem — powiedziała Maja, wyrastając nagle między dwoma chłopakami. Adam zaczął coś z tyłu komentować, jednak dziewczyna wyraźnie go zignorowała. — Na pewno sobie kogoś znajdziesz, i to prędzej niż ci się wydaje. Po prostu musisz przestać szukać, wtedy okazja sama wpadnie ci w ręce. Jeśli wiesz, co mam na myśli. — Mrugnęła do Marcina.

Uśmiechnął się do niej, chociaż był szczerze zdumiony zachowaniem przyjaciół usprawiedliwiających go, że nie ma dziewczyny. Przecież nie zdążył w żaden sposób skomentować przytyku Adama, ba, nawet nie odebrał tego jako przytyku.

Może tylko tak mi się wydawało — pomyślał Marcin. Może zrobiłem coś dziwnego. W innym wypadku na pewno Maja i Adam nie staraliby się mnie pocieszać ani nic w tym stylu.

— Trzymaj na pojednanie. Oj, bez urazy, wiesz, że żartowałem tylko — powiedział Adam, wyciągając w stronę Marcina otwartą butelkę piwa. Stuknęli się butelkami i pociągnęli potężne łyki złocistego, przyjemnie chłodnego trunku.

— Jakie pojednanie, co ty chrzanisz? — zapytał Marcin, oblizując usta.

— Oj tam, ważne, że mamy dobry powód — wyjaśnił Adam i ponownie przyssał się do butelki.

— Powód zawsze się znajdzie. Ej, tak właściwie, to jak przyjechaliście? — zapytał, podchodząc do kuchennego okna i wyglądając na podjazd, gdzie nie stał żaden samochód.

— Mirek nas podrzucił — odpowiedział Adam.

— O proszę, ty bez swojego ukochanego samochodziku? Świat się kończy — odgryzł się odrobinę Marcin.

Ten jednak przyjął to z uśmiechem, zresztą, jak zawsze, gdy ktoś próbował mu dopiec.

— Słuchaj, mamy tu zostać na weekend, nie? Będziemy walić wódę, whisky, wciągać koks, haszysz, brać piguły, jarać zielsko, chodzić po suficie i sam nie wiem, co jeszcze. Komuś by coś odwaliło i mógłby wpaść na głupi pomysł, żeby na przykład przejechać się moją betą albo ją porysować, albo nie wiem co. Przezorny zawsze ubezpieczony. — Mrugnął do Marcina. Następnie zarzucił swoją czarną, połyskującą od odżywki grzywę do tyłu i olbrzymim łykiem skończył pierwszą butelkę piwa.

— A piwo? Zapomniałeś wymienić piwa.

— Piwo jest tylko na rozgrzewkę. Nie liczy się — odpowiedział błyskawicznie Adam, który zdawał się mieć przygotowaną ripostę na każdą możliwą ewentualność.

Marcin wiedział, że i tak nie wygra, więc tylko uniósł swoją butelkę i pociągnął kolejny łyk.

— Kiedy ma przyjechać Tymek? — zapytała Maja, krojąc składniki na sałatkę z kurczakiem.

— Powinni już… — zaczął Marcin, jednak przerwała mu wibracja telefonu w kieszeni. Wyciągnął smartfon i powiedział do słuchawki: — No hej. Okej, otwieram. — Już są — uśmiechnął się do Mai i ruszył w kierunku domofonu otwierającego główną bramę.

W drzwiach stanął ostatni członek ich paczki — Tymek. Wielu dziewczynom podobał się jego artystyczny wygląd — niedbały zarost, odrobinę przydługie włosy i rozmarzony wzrok. Rozpięta, skórzana kurtka wisiała luźno na chudych ramionach, ukazując znajdującą się pod spodem czarną koszulkę z logo Motörhead. Poza tym chłopak miał na nogach klasycznie podarte jeansy i stare, znoszone kowbojki, do których miał duży sentyment. Obok wysokiego chłopaka stała dziewczyna ubrana też w skórzany, sięgający do ziemi płaszcz. Miała tak śliczną twarz, że Marcina na chwilę przytkało, aż zapomniał języka w gębie.

— Nadia, to Marcin. Marcin, Nadia — przedstawił ich sobie Tymek, wyraźnie zadowolony z reakcji swojego kumpla.

Tymek położył delikatnie plecak na podłodze, po czym odwrócił się i szarmancko pomógł swojej dziewczynie zdjąć płaszcz. To w efekcie wywołało jeszcze większe zdumienie Marcina, który mógł się teraz dokładniej przyjrzeć jej figurze.

Nadia miała na sobie czarne jeansy, podkreślające linię jej zgrabnych nóg, oraz skórzane kozaki znikające pod materiałem spodni. Mimo że na zewnątrz było zimno, założyła tylko ciasno przylegającą czarną bluzeczkę z krótkimi rękawkami, doskonale eksponującą jej pełny biust i wąską talię. Nie zwracając uwagi na Marcina, przegarnęła dłońmi blond włosy, sięgające prawie do pasa. Chłopak spojrzał na twarz dziewczyny. Zauważył duże, niebieskie oczy skryte za ciemnym makijażem. Wąski owal twarzy podkreślała linia pełnych, czerwonych ust oraz drobny, delikatnie zadarty nosek. Na jednym uchu Nadii wisiało chyba z piętnaście kolczyków, przyczepionych jeden pod drugim. Drugie ucho było nie tyle skromniej, co po prostu inaczej ozdobione — jeden kolczyk był połączony łańcuszkiem z innym, wiszącym kilka centymetrów wyżej, poza tym były jeszcze trzy inne. Jednak największą uwagę przykuwał kolczyk tkwiący w ustach dziewczyny — delikatne kółko okrążające sam środek dolnej wargi, zakończone małą, połyskującą kuleczką.

Marcin przyglądał się jej zaledwie chwilę, ale to wystarczyło, żeby pozazdrościć dziewczyny przyjacielowi. I pożałować, że Nadia rzeczywiście nie przyprowadziła koleżanki.

— Zapraszam — powiedział nieco zmieszany i żeby ukryć to wrażenie, szybko dodał: — Ekhm, chodźcie, pokażę wam dom.

Nadia ruszyła pierwsza. Przyjaciele wymienili się spojrzeniami, Marcin zrobił wielkie oczy i ułożył usta w nieme „wow”, na co Tymek wyszczerzył zęby w uśmiechu na pół twarzy.

Tymek doskonale znał dom Marcina — w końcu byli przyjaciółmi od ponad dziesięciu lat i zdążyli tu spędzić niejedną chwilę (nawet jeszcze za czasów wuja), ale oczywiście zaszczyt oprowadzania po domu pozostawił gospodarzowi. Szedł jednak tuż za Marcinem i Nadią, nie spuszczając dziewczyny z oczu.

Nadia zatrzymała się w rozwidleniu na końcu werandy, a Marcin wykorzystał to i wyprzedził ją, stając przodem do dziewczyny. Oszałamiające wrażenie urodą dziewczyny nie minęło, lecz chłopak zdążył się odrobinę ogarnąć, więc przemówił już zupełnie normalnym głosem:

— Po lewej stronie mamy kuchnię — powiedział, wskazując na pomieszczenie, gdzie stali Maja i Adam. Podeszli do nich, żeby się przywitać. Błysk w oku Adama świadczył o tym, że dziewczyna również i jemu wpadła w oko. Chociaż była zdecydowanie nie w jego stylu, tylko ślepiec nie doceniłby tak dobrze wyrzeźbionej figury. Maja również to zauważyła, więc wysunęła się odrobinę na przód i pierwsza uścisnęła dłoń nowej koleżanki. Kontakt trwał krótko, lecz dziewczyny ścisnęły się równie mocno, co w głębi duszy ucieszyło każdą z nich. Taki uścisk świadczył i o pewności siebie, i o sile charakteru.

— Maja — przedstawiła się uprzejmie brunetka.

— Nadia — odpowiedziała blondynka, posyłając Mai uśmiech, od którego chłopakom zrobiło się jeszcze cieplej.

— Adam — Wyciągnął rękę. Nadia, tak jak spodziewała się po swojej pierwszej ocenie nieznajomego, spotkała się z ciepłą, miękką ręką chłopaka, który nie ścisnął jej zbyt mocno. Właściwie to ledwo ją musnął i Nadia była pewna, że nie zrobił tego w trosce o jej szczupłe, pozornie delikatne dłonie.

A potem Maja i Adam przywitali się z Tymkiem.

— Nadia to chyba nie jest polskie imię? — zapytała Maja. W jej głosie nie było krzty ironii czy chamstwa związanego z chęcią zaczepienia nowej w towarzystwie.

— Nie, pochodzę z Ukrainy — odpowiedziała dumnie.

— Ale po polsku mówisz bardzo dobrze — stwierdziła Maja, nieco zdziwiona płynnością języka Nadii.

— Tak, moja mama jest czystej krwi Ukrainką, a ojciec Polakiem — wyjaśniła. — Przeprowadzili się do Polski rok po moich narodzinach. W domu mówiliśmy zawsze po polsku, ale ukraiński znam dzięki babci. Zostawiliśmy ją na Ukrainie, ale bardzo bym chciała sprowadzić ją kiedyś do Polski.

— Oby ci się udało.

— Dobra, idziemy dalej — zarządził Marcin. — Potem sobie pogadacie.

Adam i Maja wrócili do obrządków kuchennych, a Marcin, Nadia i Tymek kontynuowali zwiedzanie domu. Gospodarz ruszył w stronę przeciwległą do kuchni, zapraszając ich do pomieszczenia większego, niż niejedno polskie mieszkanie.

— Tu jest salon. — Marcin stanął na środku pokoju i nonszalancko rozłożył ręce. — Tu mamy wyjście na taras — powiedział, podchodząc do szklanych drzwi i wcisnął przełącznik umieszczony w ścianie, aktywując potężne reflektory halogenowe otaczające cały dom. Na zewnątrz zrobiło się jasno jak w dzień. Światło padło na wielki, marmurowy taras oraz kamienną ścieżkę znikającą w oddali między drzewami.

— Dokąd ona prowadzi? — zapytała z zaciekawieniem Nadia, wskazując na kamienną ścieżkę.

— Do naszego jeziora — odpowiedział Marcin. — Leży tam za drzewami… Właściwie to chyba staw. A może jezioro? W sumie to, nie wiem, jaka jest różnica.

— Okej, luz — uśmiechnęła się Nadia, przerywając nerwowe tłumaczenie chłopaka. — Pójdziemy je zobaczyć? — Odwróciła się w stronę Tymka.

— Tak, ale jutro, nie? Teraz już jest ciemno.

— No właśnie o to chodzi! Chyba nie boisz się ciemnego lasu? — zapytała kokieteryjnie, zmuszając Tymka do udzielenia dokładnie takiej odpowiedzi, jaką chciała usłyszeć.

— Nie no jasne, coś ty! — Przytulił ją do siebie, pokazując jakim jest nieustraszonym twardzielem. Jednak Nadia nie dała się zbić z tropu.

— Cykor — stwierdziła, odpychając się od chłopaka. — Jak się boisz, to sama tam pójdę.

— Nie, no przestań, przecież się nie…

— Dobra, ale i tak chcę tam iść. Pokażesz mi resztę domu? — zwróciła się do Marcina. — Jeżeli mamy tu spędzić weekend, muszę wiedzieć, gdzie jest łazienka. No i gdzie będziemy spać. — Spojrzała na Tymka, a Marcin poczuł delikatne ukłucie zazdrości.

— Jasne — odpowiedział z uśmiechem gospodarz, zgasił światła i ruszył w głąb domu.

Marcin pokazał im cały parter, następnie przeszedł starymi, drewnianymi schodami na pierwsze piętro. Nadia delikatnie dotykała rzeźbionej poręczy, teraz w wielu miejscach poprzecieranej. Po dotarciu na górę Marcin oprowadził gości po wszystkich pięciu sypialniach, dwóch łazienkach, bawialni, pomieszczeniu gościnnym. Pominął pomieszczenia, których przeznaczenia nie znał, a ich również zebrało się trochę.

— Tam jest poddasze, ale nie ma na nim niczego ciekawego. — Marcin pokazał im małe drzwiczki, za którymi znajdowały się kolejne, rzadko używane schody.

— No muszę ci powiedzieć, że całkiem fajnie tu się urządziliście — stwierdziła Nadia. — Bez przepychu, ale bardzo stylowo. Podoba mi się. Poza tym, lubię stare domy. Mają duszę.

— Dzięki.

— Mogę zapytać, czym zajmują się twoi rodzice?

Marcin przeważnie nie lubił rozmawiać z obcymi na temat statusu majątkowego rodziców ani tego, czym się zajmują. Jednak ta dziewczyna miała w sobie coś takiego, że mógłby jej opowiedzieć historię swego życia w najdrobniejszych szczegółach i zrobiłby to z wielką przyjemnością, aby tylko móc z nią rozmawiać.

— Jasne — rzucił Marcin, na co Tymek, który świetnie go znał, uniósł brwi ze zdumienia. — Zaczęło się od winiarni, którą kiedyś mój wuj otworzył za oszczędzone pieniądze. Jeszcze nie było mnie na świecie. Winiarnia szybko okazała się strzałem w dziesiątkę, więc poszedł za ciosem. Najpierw był sklep z winami w najbliższym mieście, potem zaczął produkować inne rodzaje win, ale też zaczął sprowadzać je z zagranicy. Po pewnym czasie dorobił się kolejnego sklepu, a potem jeszcze jednego. — Marcin przerwał na chwilę i wziął łyk piwa. — Teraz sklepów jest chyba ze trzydzieści, rozrzuconych po całej Polsce. No i oczywiście jest sprzedaż internetowa. Moja mama najpierw pracowała w urzędzie, ale później szybko się okazało, że pracy jest aż zanadto w winiarni i przy pilnowaniu własnego interesu, więc pracowała tylko przy niej, razem z wujem.

— Okej… — zaczęła niepewnie Nadia. — Ale to twoja mama i wuj. A ojciec?

— Wuj odszedł pół roku temu i przepisał nam wszystko w spadku — powiedział bez najmniejszej krępacji Marcin. — Teraz cały interes przejęli moi rodzice. Wcześniej ojciec pracował z wujem przy winiarni, więc łatwo było przejąć interes, bo wiedział, co i jak.

Dziewczyna tylko kiwnęła głową, nie drążąc dalej tematu.

— Przykro mi z powodu twojego wuja — powiedziała tylko. Marcin kiwnął głową. Stwierdził, że na razie lepiej nie mówić gościom, gdzie znaleziono jego ciało. Nie chciał ich niepotrzebnie niepokoić.

— Idziemy na dół? — przerwał im Tymek. Już zbierali się na dół, kiedy odezwała się Nadia:

— Ej, a co jest za tymi drzwiami? — Podeszła do masywnych, drewnianych drzwi i położyła na nich rękę. Nie na klamce, ale na samym drewnie, unosząc dłoń na wysokość twarzy. Ten gest mógł wydać się chłopakom dość osobliwy, lecz równocześnie pomyśleli, że dziewczyna po prostu chciała pchnąć drzwi i zobaczyć, co się za nimi kryje.

— To prywatna biblioteka mojego wuja. — Marcin złapał za klamkę w taki sposób, żeby Nadia nie otworzyła drzwi. — Nie życzyłby sobie, żebyśmy tam wchodzili.

Dziewczyna cofnęła rękę, odrobinę zbyt szybko, niżby chciała.

— Wiem — powiedziała, ledwo otwierając usta.

— Co? — zapytał zaskoczony Tymek.

— Nie, nic — odparła błyskawicznie. — Idziemy? Zrobiłam się głodna.

Ruszyli na dół. Marcin został jeszcze przez chwilę i przypatrywał się drzwiom prowadzącym do biblioteczki. Nie otwierał ich, lecz poświęcił chwilę na wspomnienie wuja. Przeskakiwał w pamięci z jednego zdarzenia na drugie, jak po przypadkowych zdjęciach rozrzuconych niedbale w wielkim, kartonowym pudle. Jednak nie tylko to zaprzątało mu myśli. To, co przed chwilą zrobiła Nadia, zaintrygowało go. Sposób, w jaki położyła dłoń na tych drzwiach. Ledwo je musnęła, jakby głaskała chorego, zmęczonego psa, któremu chce dodać otuchy. I chyba coś powiedziała — pomyślał. Nie potrafił wytłumaczyć, skąd nagle pojawiło się nieodparte wrażenie, że gdyby otworzył drzwi, zobaczyłby swojego wuja siedzącego za biurkiem, sączącego wino i zagłębiającego się w lekturze.

— Marcin! Idziesz? — doleciał do niego krzyk Tymka.

— Już idę!

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Infekcja. Exodus Infekcja. Genesis Siódma dusza 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione