Wszystkie lektury nadobowiązkowe

Wszystkie lektury nadobowiązkowe

Autorzy: Wisława Szymborska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie Klasyka Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 848

Cena książki papierowej: 69.90 zł

cena od: 39.90 zł

Niepoprawna czytelniczka. Uzależniona od książek. Zachłanna pożeraczka słowa drukowanego, najbardziej nieoczekiwanych dzieł, prac popularnonaukowych, antologii, poradników i literackich kuriozów. Filuterna krytyczka pisarskich talentów i grafomańskich pasji, obdarzona niebywałym nosem do geniuszu i wspaniałym poczuciem humoru. Najmądrzejsze prawdy mówiąca mimochodem, zarażająca ciekawością świata i olśniewająca rozległością zainteresowań.

Wisława Szymborska zachwyca się książkami, a czasem i naśmiewa z tych, które przeczytała, i tych, których wolałaby nigdy nie czytać. Błyskotliwe, zabawne i niekiedy uszczypliwe teksty o literackich perłach i pomyłkach układają się w erudycyjną opowieść o świecie, historii i sztuce.

Felietony Wisławy Szymborskiej ukazują się po raz pierwszy w limitowanej edycji prezentującej wszystkie Lektury nadobowiązkowe.

Od Autorki

Bodźcem do pisania Lektur nadobowiązkowych była figurująca w każdym piśmie literackim rubryka „Książki nadesłane”. Łatwo zauważyć, że tylko nikły procent wymienionych w niej książek trafiał potem na biurko recenzentów. Pierwszeństwo dawano beletrystyce i publicystyce najświeższej daty. Mniejszą szansę miała literatura wspomnieniowa i wznowienia klasyków. Prawie żadnej – monografie, antologie, leksykony. A już zupełnie nigdy na omówienie liczyć nie mogły książki popularnonaukowe i przeróżne poradniki. Inaczej sprawa wyglądała w księgarniach: większość gorliwie recenzowanych książek (większość – czyli nie wszystkie) miesiącami zalegała półki i szła w końcu na przemiał, natomiast cała ta pokaźna reszta, nie oceniana, nie dyskutowana, nie zalecana, rozchodziła się jakoś raz-dwa. Przyszła mi ochota, żeby poświęcić jej trochę uwagi. Początkowo myślałam, że będę pisać prawdziwe recenzje, tzn. w każdym poszczególnym przypadku określać charakter książki, umieszczać ją w jakimś nurcie, no i dawać do zrozumienia, która od której jest lepsza czy gorsza. Szybko połapałam się, że jednak recenzji pisać nie potrafię, a nawet nie mam na to chęci. Że w gruncie rzeczy jestem i chcę pozostać czytelniczką amatorką, na której nie ciąży przymus bezustannego wartościowania. Książka bywa dla mnie czasem przeżyciem głównym, a czasem tylko pretekstem do snucia luźnych skojarzeń. Kto nazwie te Lektury felietonami, będzie mieć rację. Kto uprze się przy „recenzjach”, ten mi się narazi.

No i jeszcze coś od serca. Po staroświecku uważam, że czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. Homo Ludens tańczy, śpiewa, wykonuje znaczące gesty, przybiera pozy, stroi się, ucztuje i odprawia wyszukane ceremonie. Nie lekceważę doniosłości tych zabaw – bez nich życie ludzkie mijałoby w niewyobrażalnej monotonii i chyba rozsypce. Są to jednak działania kolektywne, nad którymi unosi się mniej lub więcej wyczuwalny zapaszek zbiorowej musztry. Homo Ludens z Książką jest wolny. Przynajmniej na tyle, na ile wolnym być można. Sam sobie ustanawia reguły gry, posłuszny własnej tylko ciekawości. Pozwala sobie na czytanie zarówno książek mądrych, z których czegoś się dowie, jak i głupich, bo i one o czymś informują. Wolno mu jednej książki nie doczytać do końca, a drugą od końca zacząć i cofnąć się do początku. Wolno mu zachichotać w miejscu do tego nie przewidzianym albo nagle zatrzymać się przy słowach, które zapamięta na całe życie. Wolno mu wreszcie – czego żadna inna zabawa ofiarować mu nie może – posłuchać, o czym rozprawia Montaigne, albo dać chwilowego nurka w mezozoik.

W.S.

Nota wydawnicza

Chyba niespodziewanie dla czytelników „Życia Literackiego”, obok sążnistych artykułów na temat zadań pisarza, sztuki reportażu albo kolejnego plenum PZPR, doniesień o tym, „co robią Niemcy”, a jak kwitnie literatura w bratnich krajach socjalistycznych, informacji o spotkaniach ZLP i zgodnych z aktualną linią felietonów redaktora naczelnego Władysława Machejka – na stronie 3 numeru 24, datowanego 11 czerwca 1967 pojawiła się rubryka Lektury nadobowiązkowe, może w zamyśle redakcji komplementarna w stosunku do ukazujących się od czasu do czasu Lektur obowiązkowych, w której to rubryce uniwersyteccy badacze (m.in. Aleksander Wilkoń, Stanisław Balbus, Teresa Walas) pisali o kanonicznych tekstach literatury polskiej. Od tej pory teksty Wisławy Szymborskiej były publikowane zasadniczo co dwa tygodnie. Z początku rubryka zawierała notki o trzech książkach, a od roku 1968 zwykle o dwóch.

Widocznie subiektywna rubryka recenzencko-felietonowa zyskała sympatię czytelników, skoro doszło do wydania Lektur nadobowiązkowych w postaci książkowej w krakowskim Wydawnictwie Literackim. Może ktoś kiedyś odtworzy zasady selekcji tekstów do książki opublikowanej w roku 1973. Jakie były ograniczenia objętościowe? Cenzuralne? Czy doboru tekstów dokonywała sama Autorka? Zamykający pierwszy tom Lektur felieton o Kalendarzu ściennym („ŻL” nr 1/1973) był 225. minirecenzją, a do książki weszło ich 145. Wydanie z 1981 roku zawierało 111 tekstów. W autorskim omówieniu zamykającym tom Szymborska napisała: „W skład tomu weszły rozważania o książkach publikowane w «Życiu Literackim» w ciągu ostatnich lat sześciu [właściwie siedmiu: 1973–1979 – A.C.]. Dobrze, że nie wszystkie, i źle, że jednak większość”. Spośród tych książek ostatnią był Dziennik Samuela Pepysa („ŻL” nr 31/1979), a szczególny urok ma tekst końcowy, będący „lekturowym” omówieniem właśnie wydawanego tomu.

Po zerwaniu współpracy z „Życiem Literackim” (po 11 października 1981 roku) Lektury nadobowiązkowe były publikowane w krakowskim „Piśmie” (numery z roku 1983 z omówieniami książek z lat 1981–1982), następnie zaś we wrocławskiej „Odrze” (od połowy roku 1984 do wiosny 1986).

W 1992 roku WL wydało trzeci zbiór zatytułowany Lektury nadobowiązkowe. Większość zawartych w nim tekstów została wybrana z tomów poprzednich, z lat 1973 i 1981. W wielu z nich dokonano drobnych zmian autorskich bądź redakcyjnych. Nowych było dwadzieścia felietonów. Najdłużej na druk czekały refleksje o Powinowactwach z wyboru Goethego, książce „nadal niepokojącej”, opublikowane w „Życiu Literackim” nr 24/1979.

W Lekturach nadobowiązkowych z roku 1996 (Wydawnictwo Literackie) znalazło się 36 nowych tekstów, które od 1993 roku zamieszczała na swych łamach „Gazeta Wyborcza”. Nowością w stosunku do ukształtowanej już tradycji było pojawienie się tytułów, poprzedzających informację bibliograficzną, która z kolei pozostała niezmienna w tym zakresie, że tłumacze i redaktorzy występowali w dopełniaczu.

Tom Nowych lektur nadobowiązkowych (WL, 2002) mieścił w sobie teksty „ponoblowskie”, publikowane w „Wyborczej” od kwietnia 1997 do 15 czerwca 2002 roku, kiedy to cykl został zamknięty omówieniem Alfabetu teatru Tadeusza Nyczka 35 lat po opublikowaniu pierwszego tekstu o Korzeniach nieba ­Romaina Gary.

Badacze i sympatycy twórczości Wisławy Szymborskiej otrzymują zestaw tekstów, który świadczy o jej zainteresowaniach czytelniczych. Z roku na rok i z tomu na tom pewne tematy powracają – na przykład prehistoria człowieka, gady, ptaki. Ciekawość świata i człowieka przejawia się zainteresowaniem seriami wydawniczymi publikującymi pamiętniki, biografie, studia życia codziennego ludzi różnych czasów i miejsc.

Niniejszy zbiór Wszystkich lektur nadobowiązkowych zawiera 562 teksty. Zasadą porządkującą jest kolejność ich ukazywania się w druku. Przeglądnięte zostały roczniki „Życia Lite­rackiego”, „Pisma”, „Odry” oraz cyfrowe archiwum „Gazety Wyborczej”. Michał Rusinek, prezes Fundacji im. Wisławy Szymborskiej, udostępnił Wydawnictwu Znak teczkę zawierającą maszynopisy Lektur… publikowanych w „GW” w latach 1997–2002. Zawierają one odręczne poprawki Autorki oraz rękopiśmienne notatki do redaktorów „Gazety” (teksty wysyłano faksem, a potem trzeba było walczyć z materią i makietą, o czym piszą Anna Bikont i Joanna Szczęsna w Pamiątkowych rupieciach, Wydawnictwo Znak, 2012, s. 157). Prócz tego dysponujemy tekstami przepisanymi przez Michała Rusinka do komputerowego edytora tekstu oraz rękopisem Tajemnicy ­docenta Twardzika. Jest to materiał do studiów tekstologicznych, które oby kiedyś zostały podjęte.

Za podstawę niniejszego wydania uznano publikacje książkowe w Wydawnictwie Literackim, które uznajemy za zaakceptowane przez Autorkę. W kwestiach wątpliwych sięgnięto zarówno do innych wydań książkowych (bo od 1992 roku teksty się powtarzały), jak i do pierwodruków prasowych, które zwykle rozstrzygały sprawę, dowodząc, że autor zazwyczaj wie, co pisze, a redakcyjne „wiedzenie lepiej” konfrontację tę przegrywa. Wielkim udogodnieniem była dostępność większości numerów „Życia Literackiego” w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. Za pomoc zaś w dotarciu do treści niezdigitalizowanej serdeczne podziękowania zechce przyjąć Pan Antoni Bojanowski z Oleskiej Biblioteki Publicznej. Z kolei za pomoc w przepisywaniu, porównywaniu i sprawdzaniu tekstów dziękuję Pani Donacie Ochmann oraz Pannom Annie i Marii Czesakównom i ich bratu Michałowi.

192 teksty ukazują się po raz pierwszy od publikacji w prasie literackiej. Zostały one poddane niezbędnym korekturom, wynikającym ze zmian standardów edytorskich, bibliograficznych, ortograficznych i interpunkcyjnych. Na podstawie pierwodruków lub pierwszych wydań książkowych oraz konfrontacji z omawianymi przez Szymborską książkami dokonano w niniejszej edycji korekty oczywistych omyłek druku. Wśród sprostowanych pomyłek nieoczywistych wymienić można m.in.:

– przywrócenie „chorób wspólnych z ludźmi” za wydaniem z 1981 roku, podczas gdy w wydaniach z lat 1992 i 1996 było: „wspólnych ludziom” (Gdy zachoruje pies);

– wprowadzenie zwrotu „naiwni realiści” za publikacją w „Życiu Literackim” (nr 3/1976) wobec wysoce niejasnego „naiwni real­ności” w książce z roku 1981 (Dziwny świat współczesnych prymitywów);

– w wydaniach książkowych z lat 1992 i 1996 fikcyjny „trzemielojad” zastąpił słowotwórczo prawidłowego „trzmielojada” (Ptaki Polski);

– „niezamierzony łańcuch czasu” na podstawie komputeropisu poprawiono na „niezmierzony łańcuch czasu” (Wędrowniczki);

– Słownik wyrazów kłopotliwych od etapu co najmniej komputeropisu zwał się Słownikiem wyrazów wątpliwych, co może prof. Bańko przyjmie jako sugestię do przyszłych wydań, ale tymczasem uszanowano oryginał.

W opisach bibliograficznych, wzorem wydań książkowych i praktyki recenzyjnej jako takiej, uzupełniono miejsce i rok wydania omawianych publikacji, gdy w pierwodruku ich nie było. Wprowadzono dwa przypisy redakcji i sporządzono indeksy – nazwisk autorów oraz tytułów omawianych książek.

Mamy nadzieję, że w niniejszym wydaniu Lektury nadobowiązkowe są naprawdę wszystkie, lecz ponieważ „szlachetny obyczaj wydawniczy każe (...) coś, co zrobiło się dobrze – zrobić jeszcze lepiej”, nie wykluczamy, że książka niniejsza doczeka się wydania drugiego, uzupełnionego.

Artur Czesak

Romain Gary, Korzenie nieba,

przekład Krystyny Byczewskiej,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Obietnica poranka nie należy do książek wiernych właścicielowi. Dwa razy ją kupowałam i dwukrotnie mi znikała. Raz pożyczona, a drugi raz w niejasnych okolicznościach. Ciekawe, jak będą się zachowywać Korzenie nieba – przypuszczam, że ze względu na większy ciężar gatunkowy będą się lepiej trzymać na półce. Jest to proza zdecydowanie nieeksperymentalna, o chwytach kompozycyjnych, do których jesteśmy dobrze już przyzwyczajeni. W dodatku proza lansująca bohatera, któremu się czegoś chce i zachowuje się jako psychofizyczna całość. Ta całość postawiła sobie za cel bronić słoni przed myśliwymi. Działa na własną rękę, nie korzysta z niczyjego poparcia, jest sama. I to właśnie jest niepojęte we współczesnym świecie, który przestał już wierzyć w istnienie ludzi naiwnych. Pytanie, kto stoi za Morelem; a kiedy okazuje się, że nikt, pytanie, jak wykorzystać dla swoich celów jego bezinteresowne szaleństwo – oto główne przyczyny, dla których ta powieść jest gruba. W sprawę Morela angażują się ludzie prywatni i politycy, administracja i opinie publiczne. Autor nie tai sympatii dla swojego bohatera, ale nie upraszcza na korzyść jego racji niczyich racji przeciwnych. Owszem, siłą tych korzeni nieba jest właśnie to, że i w ziemię mocno są wczepione i poplątane w niej bardzo. Już w kilka dni po przeczytaniu książki wybaczyłam jej pewne dłużyzny.

Pierre Boulle, Opowieści o miłosierdziu,

przekład Heleny Komorowskiej,

Książka i Wiedza, Warszawa 1966

Pierre Boulle napisał powieść Most na rzece Kwai, z czego nakręcono głośny film, jeszcze do tej pory nam nieznany. Albo gorzej niż nieznany, bo w ostatnich dziesięciu latach sprowadzono do nas wiele filmów, które wyraźnie tamten naśladowały. Kiedy wreszcie Most zjawi się w Polsce, wyda nam się dziełem z drugiej ręki. Ale nie o filmie i nie o powieści, tylko o nowelach tu mowa, w których Boulle prezentuje się nam jako czarny humorysta, amator absurdalnych sytuacji, nie tyle idiotom dla nauki, ile mądrym dla memoriału koncypowanych. Możliwe, że znajdą się tacy, którzy zapamiętają wszystkie opowiadania. Ja prawdopodobnie zapamiętałam jedno tylko, Tajemniczego świętego, który – rzecz dzieje się w średniowieczu – wtargnął pewnego dnia do miasteczka trędowatych i zabrał się do masowego obcałowywania tych nieszczęśliwców. Całowanie trędowatych wydawało mi się zawsze najbardziej wyuzdaną formą pokuty. Dziwię się trędowatym, że pozwalali się całować. Ulgi im te pocałunki przynieść nie mogły, przeciwnie chyba, przypominały im, jak bardzo muszą być odrażający w oczach ludzi zdrowych. Opowiadanie jest niesamowite, ale jak się lepiej zastanowić, najzupełniej prawdopodobne, łącznie z zakończeniem, którego, rzecz prosta, nie wyjawię. Mógłby to napisać Poe, gdyby przewidział... obozy koncentracyjne. Bo

owo średniowieczne leprozorium to niestety nic innego, i choć

autor ani słowem tej analogii nie podkreśla, odkrywamy ją bez trudu, jak przystało na czytelników naszego stulecia.

Maria Konopnicka, Poezje,

opracowanie Aliny Brodzkiej,

Czytelnik, Warszawa 1967

Mało czyja poezja wytrzymuje po latach próbę tak obszernego wyboru, w jakim ukazały się obecnie wiersze Marii Konopnickiej. Widuje się jeszcze w księgarniach wybór o wiele szczuplejszy w opracowaniu Anny Kamieńskiej. Z poezją tą łączy nas szkoła, a dzieli od niej seria przewrotów poetyckich i nie tylko poetyckich, wskutek czego wiele wierszy z zakresu publicystyki społecznej to już tylko dokument czytany z ulgą. Najmniej naruszył czas wiersze Konopnickiej na swojską nutę pisane. Niektóre nawet pięknie ubezimiennił. Wstydliwa w wyrażaniu osobistych przeżyć, najwięcej chyba uczuciowej szczerości pomieściła poetka w tych właśnie pieśniach. Wiersz A jak poszedł król na wojnę do dziś wzrusza mnie i boli. Natomiast liczne wiersze z podróży, w których turystka w binoklach rezonuje własnym uczonym głosem na temat ujrzanych dzieł sztuki, odczytuję już tylko z szacunkiem należnym sprawności rymotwórczej. Zresztą moja najmocniej ukochana Konopnicka nie mieści się w tym opasłym tomie, jako że bajka O krasnoludkach i sierotce Marysi została napisana prozą. Mając cztery lata, uznałam tę bajkę za arcydziełko sentymentu i dowcipu. Do dziś tego sądu zmienić bym nie umiała. Kiedy pomyślę, że dzisiejsze czteroletnie dziatki siedzą przed telewizorami i wysłuchują na dobranoc idiotyzmów gąski ­Balbinki, zimny pot występuje mi na czoło.

Antonio Machado, Serce i kamień,

przekład i wstęp Artura Międzyrzeckiego,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Antonio Machado debiutował z końcem zeszłego wieku. O jedno pokolenie starszy od Lorki, Albertiego i J. Guillena, uważany jest – i to uważany coraz mocniej – za patrona współczesnej poezji hiszpańskiej. Słychać w jego wierszach ten balladowy zaśpiew, który Lorca podchwyci i brawurowo rozwinie. Fruwają i mącą rzeczywistość aniołowie, tak potem rozmnożeni w wierszach Albertiego. Staram się czytać tę poezję nie poprzez tych późniejszych poetów, ale po prostu dla niej samej. To przychodzi mi trudniej. Są poeci-źródła. Bez źródeł nie byłoby rzek, ale tylko rzeki przepływają rzeki obszarów językowych. Machado wydaje mi się skarbem lokalnym, wielkością nieprzenośną, sekretem hiszpańskiego krajobrazu. Jest wielu takich poetów we wszystkich literaturach świata, ogromnie ważnych dla rozwoju poezji w tym właśnie jednym, a nie innym języku. Śmierć poety jest omal tego symbolem. Opuścił Hiszpanię w momencie, kiedy dogasała już wojna domowa. Przekroczył granicę francuską wraz z niedobitkami oddziałów republikańskich. Zmarł niespełna miesiąc potem w Collioure. Tak się złożyło, że byłam niedawno parę godzin w tym nadmorskim miasteczku, podobnym chyba do wielu miasteczek hiszpańskiej Katalonii. Wydało mi się wdzięczne i przytulne i takim musi się z pewnością wydawać każdemu chwilowemu turyście. Ale nie uchodźcy, który wie, że już nie będzie powrotu.

Bułat Okudżawa, Wiersze i piosenki,

wstęp i redakcja Ignacego Szenfelda,

Iskry, Warszawa 1967

Prawie wszystkie teksty naszych piosenek o jakich takich ambicjach artystycznych wywodzą się z tradycji kabaretu literackiego. Okudżawa zapewne ceni sobie Wertyńskiego, ale stara się nawiązywać do pieśni ludowej. Śpiewa: „Wojno, wojno, coś ty podła zrobiła” i nie czujemy w tym stylizatorskiej sztuczności. Ogromne powodzenie, jakim cieszy się Okudżawa w Związku Radziec­-

kim, polega oczywiście na czymś więcej. W kraju, w którym powstało tyle pieśni żołnierskich, jeszcze jeden ich twórca nie byłby żadną osobliwością. Rzecz w tym, że Okudżawa nie pisze pieśni żołnierskich, ale pieśni o żołnierzach. Nie do śpiewania przez trzystuosobowy chór męski, ale solo. Bo mowa tu o pojedynczym człowieku na wojnie i po wojnie. Ta pojedynczość, polemiczna czasem, a zawsze ostentacyjna, zdecydowała o powodzeniu. Zważywszy ponadto, że sam autor śpiewa z gitarą i to śpiewa znakomicie... Gdybyż do tomu tych przekładów wydawnictwo dodawało płytę z oryginalnym nagraniem! Bo przekłady, choćby i najzgrabniejsze z piosenek choćby i najlepszych, wiele tracą na niemym papierze. Są w tych wierszach banały, jest czasem skłonność do czytankowej aż prostoty, czego oko nie przepuści, choć ucho by wybaczyło. „O, byle zamysł czysty był – pisze sam autor – reszta już sama się ułoży”. Brzmi to nieprzekonująco jako program poetycki głoszony bez akompaniamentu gitary.

Thomas R. Henry, Paradoksy natury,

przekład Jerzego Chmurzyńskiego,

ilustracje J.S. Miklaszewskiego.

Wiedza Powszechna, Warszawa 1967

Lubię książki, w których liczy się nogi stonogom. Czytanie wyłącznie literatury tzw. pięknej ma w sobie coś przerażającego. Traci się właściwą perspektywę. Po lekturze monologu wewnętrznego dobrze jest dowiedzieć się, jak np. kichają słonie. Takie książki jak Paradoksy natury nie mają na oko nic wspólnego z problematyką pism literackich. Nic? Ależ mają wspólnego czytelnika. I dlatego pozwólcie kilka słów, jak myślę, w interesie nas wszystkich. Chodzi o ilustracje, które w książce popularnonaukowej spełniają rolę arcyważną. Jeśli nie ma ich wcale, można, choć z dotkliwym bólem, wytłumaczyć to sobie jakąś nadrzędną techniczną niemożliwością. Jeśli jednak są, to muszą lojalnie i dokładnie informować nas o wyglądzie omawianych zwierząt. Graficzne impresje, etiudy czy dowolne wariacje są tu co najmniej nie na miejscu. Nie czekam na wizję dumnego artysty, ale na rzetelność sprawnego rzemieślnika. „Koń jaki jest, każdy widzi” – krótko i węzłowato zawyrokował nasz saski encyklopedysta ksiądz Benedykt Chmielowski. Proszę zauważyć, że zasada powyższa nie obejmuje rzekotek workowatych.

Anna Kamieńska, Perły i kamienie,

wybór serbsko-chorwackiej poezji ludowej,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966

Po wyborze bułgarskiej poezji ludowej, czeskiej wraz ze słowac­ką oraz rosyjskiej, czwarta to już praca Anny Kamieńskiej z tego zakresu. Imponująca jest stałość zainteresowań poetki-tłumaczki i, niestety, równie imponujący brak rozgłosu wokół tych wartościowych książek. Gdyby Kamieńska była chociaż tłumaczką mniej powołaną do tego rodzaju zadania, gdyby ryzykowała jakieś wątpliwe efekty stylistyczne, może by więcej się o tym mówiło. Ale cóż, czyta się tę poezję dla niej samej, zapominając o osobie pośredniczącej. Twórczość ludowa, z natury swojej bezimienna, wymaga tłumacza, który by potrafił stworzyć pozory całkowitej swojej nieobecności. Próbuję sobie wyobrazić, ile instynktu, dobrego smaku, doświadczenia językowego i własnej pomysłowości musi się złożyć na wywołanie takiego wrażenia. Złożyło się. Kamieńska nie sili się na udawanie (jakiej zresztą?) gwary, nie korzysta machinalnie z frazeologicznych zasobów naszej pieśni ludowej, dzięki czemu jakaś, w gruncie rzeczy, swojskość tych pieśni wynika sama z siebie, nie wspomagana zbyt natarczywymi zabiegami. Archaizuje bez przesady, tyle właśnie, ile trzeba, żeby czytelnika utrzymać w trwożnym respekcie wobec sędziwości niektórych motywów. Transakcentacje, które z dobrym słuchem stosuje, o tyle mnie niepokoją, że, jak wiadomo, dzisiejsi aktorzy nie mają pojęcia, co to takiego, i jeśli będą te wiersze wygłaszać (co zdarzyć się może), wykoślawią je z tym samym upodobaniem, z jakim wykoślawiają Kochanowskiego. Ale Bóg z nimi. Na razie czytajmy tę poezję w domu, zazdroszcząc Serbom i Chorwatom mnogości epickich wątków.

Fiodor Szalapin, Wspomnienia z mojego życia,

wydanie drugie, przekład z rosyjskiego Ludwiki Rakowskiej,

Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1967

Szalapin był zwolennikiem wjeżdżania na scenę na żywym rumaku. Duch czasu życzył sobie, żeby w teatrze było solidne i prawdziwe wszystko, nie tylko intrygi. Jeżeli potrzebny był las, to wyrywano w parku drzewa i stawiano na scenie w doniczkach. Szalapin miał oprócz porywającego głosu nieprzeciętny talent charakterystyczny. Wiele jego zakulisowych konfliktów polegało na tym, że wymagał od partnerów, żeby z równym mu weryzmem przeżywali swoje role. Wyobraźmy sobie Wyspiańskiego, który jako – dajmy na to – wpływowy wydawca żąda od autorów nie tylko tekstów, ale i własnoręcznych ilustracji. Nie można zmuszać ludzi do posiadania dwóch talentów naraz. Nic mi osobiście nie przeszkadza śpiewak wbity w scenę jak kołek, jeżeli tylko pięknie śpiewa i nie całkiem zapomina o poprawnej dykcji. Po lekturze Wspomnień, zwłaszcza ich pierwszej połowy, byłabym skłonna przyznać Szalapinowi laur trzeci: za uzdolnienia literackie. Przeszkadza mi w tym jednak świadomość, że Maksym Gorki brał żywy udział w powstawaniu tej książki, a trudno uwierzyć, że tylko numerował stronice. Prawdopodobnie jego doświadczonej ręce zawdzięczamy malowniczy rozmach, z jakim opowiedziane zostało przeokropne dzieciństwo śpiewaka, lata poniewierki i skrajnego niedostatku. Później, mówiąc już o latach artystycznej pełni i światowego uznania, Szalapin jakby traci werwę, niejedno ważne przemilcza i ciągle się z czegoś tłumaczy. Jest to w dalszym ciągu ciekawe, ale już bez światłocienia. Być może tkwienie na samym szczycie sławy jest pozycją nudną, a widoki, które się stamtąd roztaczają, mgliste.

Andrzej Wozniesieński, Antyświaty, wybór Anatola Sterna,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Ten drugi w ciągu niedługiego czasu tomik Wozniesieńskiego po polsku nazywa się Antyświaty, co trochę myli, bo fantazja poety nie jest bynajmniej abstrakcyjna, a sam poeta zwyczajnie szczęśliwy, że żyje na ziemi i że wszystkie barwy, kształty, smaki i dźwięki są do jego dyspozycji. Ma rodzaj wyobraźni bardzo ruchliwej, nie zatrzymującej się zbyt długo na jednym szczególe, nastawionej przede wszystkim na pierwsze wrażenie, a na refleksję o tyle tylko, o ile da się sformułować natychmiast, w paru słowach. Ten miły poeta wie, jak trawa rośnie, byleby tylko rosła prędko. Pisze dużo wierszy z podróży, ale nawet w lirykach bardziej „osiadłych” wyczuwamy, że niedawno skądś wrócił i zaraz dokądś pojedzie. Pisze z konceptem, montuje wiersze z małych blekautów, bawi się współbrzmieniem słów i lirycznym dowcipem. Wiersze, które wymagałyby większego skupienia i surowszej selekcji środków wyrazu, nie wychodzą mu przekonywająco. Kiedy przybiera (rzadko) heroiczną postawę Majakowskiego, nie słychać zbyt tubalnego głosu. Nie wiem, czy często będę wracać do tej migotliwej poezji, ale też wcale się nie dziwię, że znajduje ona w Polsce znakomitych tłumaczy.

Lajos Kassák, Koń umiera..., wybrała Gracja Kerenyi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Lajos Kassák, nestor węgierskiej awangardy, ukończył w tym roku 80 lat – dokładnie tyleż miałby, gdyby żył, Błażej Cendrars. Kassák dość wcześnie musiał poznać twórczość swojego francuskiego rówieśnika, ponieważ napisany w 1922 r. poemat Koń umiera, ptaki ulatują w technice obrazowania i ogólnym zamyśle kompozycyjnym wykazuje znaczne podobieństwo do Cendrarsowskiej Transsyberyjskiej kolei. Na szczęście Kassák to prawdziwy poeta, a nie imitator. Urok nowej lektury nie ograniczył go, ale wyzwolił w nim i ośmielił własne możliwości. Węgierski poeta pomieścił w swoim poemacie tyle osobistego, a więc innego, materiału życiowego, że ustalenie formalnych zależności wydaje mi się sprawą dość ważną co prawda, ale drugorzędną. Cendrars, opisując podróż z Moskwy do Charbinu podczas wojny rosyjsko-japońskiej, zajmuje stanowisko współczującego obserwatora, który bierze udział w ­zdarzeniach, tyle ile musi. Młody Kassák – jako „poeta już chirurgicznie nawet nieuleczalny” – pielgrzymujący pieszo z Węgier do wyśnionego Paryża, to już naprawiacz świata, tropiciel idei. Z wędrówki powróci do domu jako socjalista, o czym świadczą nie tylko fakty z biografii, ale ten właśnie poemat. Znalazło się w nim dużo cierpienia, dużo nadziei i sympatii do rodzaju ludzkiego, nic natomiast ze sztywnego mentorstwa. Aż szkoda, że cieniutka książeczka nie mogła ucieszyć nas innymi jeszcze utworami poety z tego właśnie okresu. Miła Gracjo Kerenyi, ambasadorko węgierskiej poezji w Polsce i polskiej na Węgrzech, niech Pani o tym pomyśli.

Aśwagosza, Wybrane pieśni epiczne,

przekład z sanskrytu Andrzeja Gawrońskiego, uzupełnienia i posłowie Eugeniusza Słuszkiewicza, Ossolineum, Wrocław 1966

Autor wierszowanej legendy o św. Aleksym był człowiekiem prostodusznym, pozbawionym artystycznej chytrości. Nie tworzył dla sceptyków i pewnie nawet nie miał pojęcia o ich istnieniu. Wskutek tego nie wiemy, jak wyglądała małżonka św. Aleksego, którą ten zaraz po ślubie opuścił, żeby pójść za głosem ascetycznego powołania. Jeśli np. była brzydka jak noc, decyzja wstrzemięźliwego oblubieńca traci co najmniej połowę wzniosłości. Jakże inaczej rzecz się ma z królewiczem Nandą, buddyjskim bratem Aleksego, starszym od niego o kilkanaście stuleci! Nanda także wyrzeka się świata, ale zanim to nastąpi, widzimy, jak zabawia się w łożu z najpiękniejszą z ziemskich kobiet. Przebieg­ły poeta Aśwagosza wiedział, że jeżeli świat jest okrutną pułapką, to ta pułapka musi mieć swoje złudne powaby. No i odmalował je z takim znawstwem i zmysłowym upodobaniem, jakie spotkamy w grubo dopiero późniejszej rzeźbie hinduskiej. Wielka dysputa filozoficzna Nandy z Buddą o marności żywota rozgrywa się w przepysznych krajobrazach, wśród bujnej roślinności, pod niebem pełnym ptaków. Aśwagosza, choć nie nawrócił mnie na buddyzm, przekonał mnie jednak, że jest dużym artystą, czyli takim, który sobie niczego nie ułatwia. Poeta mniejszego kalibru umieściłby dyskutantów na pustyni ziejącej nicością. Aśwagosza żył prawdopodobnie na przełomie I i II wieku n.e. Pisał swoje poematy w dostojnym sanskrycie. Z tego to bezpośrednio języka Andrzej Gawroński dokonał przekładu fragmentów. Przekład, jak przystało na pracę uczonego, jest z pewnością treściowo wierny, ma jednak już 40 lat i nieco młodopolskich naleciałości, które świadczą o jeszcze wcześniej ukształtowanym smaku tłumacza. Główny jednak kłopot sprawiały mi niewymyślne rymy, które miały się stać niejakim ekwiwalentem ogromnej a nieprzenośnej na nasz język kunsztowności oryginału. Niestety, stało się odwrotnie, obniżyły lot tej poezji.

Bronisław Malinowski, Argonauci Zachodniego Pacyfiku, przekład Barbary Olszewskiej-Dyoniziak i Sławoja Szynkiewicza, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1967

Nie wiem, jakiej miary fizykiem byłby Bronisław Malinowski, gdyby wytrwał przy pierwotnie obranym kierunku studiów. Jeśli marnym – to źle, jeśli znakomitym – to... to chyba jeszcze gorzej? W samą porę jednak przeczytał książkę, która zdążyła odmienić mu życie. Była to Złota gałąź Frazera, dzieło już wówczas nieco przestarzałe, ale i dziś jeszcze zadziwiające szerokością perspektyw i świetnym kształtem literackim. Tak więc Malinowski został etnologiem. A przy okazji – jak przystało na dobrze uzbrojonego humanistę – także i dobrym pisarzem. W czasach, kiedy fizycy porozumiewają się między sobą za pomocą zduszonych okrzyków zgrozy, musimy sobie szczególnie cenić uczonych, którzy posiedli sztukę wykładu w mowie doskonale artykułowanej. Jak na pierwsze słynne dzieło byłego wychowanka UJ, Argonauci dość długo czekali na polski przekład. Monografia ta ukazała się po angielsku już w r. 1922, jako owoc wielomiesięcznych studiów terenowych na Wyspach Trobrianda, które z naszego punktu widzenia znajdują się akurat tam, gdzie diabeł dobranoc mówi (w pięknym języku kiriwińskim), a ściś­lej w okolicach wschodniego przylądka Nowej Gwinei. Mieszkańcy małych wysepek koralowych utrzymują ze sobą (a może już tylko utrzymywali?) stałą łączność o charakterze nader ceremonialnym, a jaka to łączność, nie powiem. Niechże czytelnik, który przeczytał Złotą gałąź zbyt późno, żeby sobie zmienić życie, ma chociaż przyjemność towarzyszenia myślą uczonemu w jego badaniach etnograficznych. Bo metoda tych badań jest równie fascynująca jak i sam ich obiekt, tzw. dziki człowiek. Który, poddany rzetelnej obserwacji, okazuje się istotą misternie skomplikowaną o potrzebach duchowych nie mniejszych niż nasze. Stwierdzenie powyższe może sprawić przykrość wyłącznie rasistom. Toteż ten ponury rodzaj ludzi bardzo, oj bardzo Malinowskiego nie lubił.

Robert Graves, Mity greckie, przekład z angielskiego Henryka Krzeczkowskiego, wstęp Aleksandra Krawczuka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Dostaliśmy dwie książki w jednej. Pierwsza to bardzo obszerny zbiór mitów greckich, obejmujący możliwie dużo w różnych czasach i miejscach powstałych wariantów. Dopełniona źródłowymi odsyłaczami i skorowidzem, przedstawia poważną wartość encyklopedyczną. Druga książka to komentarze. Wszechstronności nie należy od nich oczekiwać, ponieważ Gravesa pasjonuje w mitach tylko jeden motyw, ale za to pasjonuje tak mocno, że domysły naukowo uzasadnione traktuje na równi z domysłami naukowo wątpliwymi. Jungiści słusznie zarzucają Gravesowi naginanie opornych wątków do ukochanej tezy. Tę samą pretensję – i znowu słusznie – zgłasza Graves pod adresem jungistów. Pisarz ten (a raczej kierunek mitoznawstwa, z którym sympatyzuje) widzi w micie przekaz konkretnej rzeczywistości historycznej. Psychoanalitycy – przekaz zbiorowej podświadomości. Marzę o dziele, w którym obie szkoły wykrzykną, że już dłużej żyć bez siebie nie mogą. Mit grecki jest dla Gravesa świadectwem gigantycznego, choć nie gwałtownego przewrotu, jakim było zastąpienie systemu matriarchalnego przez patriarchalny, narzucony przez fale helleńskich najeźdźców z północy i wschodu. Może się mylę, ale usłyszałam jakby rzewną nutkę tęsknoty za czasami, kiedy kobiety sprawowały jeszcze władzę boską, a ich nałożnicy zmuszani byli raz albo dwa razy do roku przenosić się do wieczności. Graves ma w ogóle ujmującą słabość do pań. Hipotezę, że kobieta była autorką Odysei, powtarza w swojej książce jako pewnik, choć argumentacja wypada nader mizernie. Wniosek z tego taki, że trzeba go czytać nie tylko z podziwem dla talentu i olbrzymiej erudycji, ale także z pewną serdeczną ostrożnością. To urodzony poeta, który napisał uczoną księgę.

Pierre Jeannin, Kupcy w XVI wieku,

przekład z francuskiego Eligii Bąkowskiej, Czytelnik, Warszawa 1967

Tyle było awanturniczych opowieści o błędnych rycerzach, a o błędnych kupcach, o ile wiem, żadnej... Tymczasem przeciętny nawet kupiec górował nad przeciętnym szlachcicem ilością i barwnością przygód, koniecznością życiowego hazardu i inicjatywy. Już to, że podróżować musiał więcej, częściej i dalej, narażało go bezustannie na rozliczne niebezpieczeństwa. Wypłynięcie z portu statku z towarem nigdy nie dało się ściśle przewidzieć. Jak za czasów wojny trojańskiej, czekano na pomyślny wiatr, tyle że już nie zabijano Ifigenii. Nigdy nie było też wiadomo, czy towar dopłynie w określone miejsce i czy w ogóle dopłynie. Wliczmy do tego jeszcze niepewność spółek i ryzyko z klientelą, która im była możniejsza, tym mniej solidna. Wreszcie okropny lęk przed ogniem piekielnym, jako że Kościół katolicki wielu transakcji zakazywał. Sukces kalwinizmu wśród kupiectwa spowodowany był w dużej mierze tym, że nowa wiara nie potępiała pożyczek na procent. Książka Jeannina, który nam o tym wszystkim opowiada, ma jednak pewien brak. Może jestem karygodnie nieoświecona, ale doprawdy nie wiem, co to w gruncie rzeczy było 700 000 florenów, 300 dukatów, 95 000 liwrów albo 50 soldów. Autor nie wyjaśnia ani wzajemnego stosunku rozmaitych jednostek monetarnych, ani ich ówczesnej siły nabywczej. Sporządzenie małego chociaż cennika – owszem, trudne, zważywszy chwiejność cen w tym burzliwym stuleciu – bardzo by pomogło wyobraźni. Nie wymagam przeliczenia na płaszcze ortalionowe – wystarczą mi opończe z flamandzkiego sukna. Chciałabym się dowiedzieć, ile kosztował koń, beczka soli, armatka skromna i armatka wystawna. Jakby na pociechę, książka ma piękne reprodukcje starych sztychów i malowideł, dla których wydawnictwo nie pożałowało przyzwoitego papieru.

Olgierd Budrewicz, Sagi warszawskie, Czytelnik, Warszawa 1967

Wszystko, co powstaje pod hasłem „Ocalić od zapomnienia”, z góry może liczyć na poczytność. Toteż ocala się. Hurtem, po łebkach, i laurkowato. W Sagach warszawskich Budrewicz ocala w ten właśnie sposób aż 10 rodzin, które odznaczyły się chlubnie w dziejach naszej kultury i nauki. Na każdy ród przypada około 16 stroniczek, wliczywszy w to liczne fotografie. W takim pamięciowym metrażu dynastia np. Gebethnerów formalnie się dusi. Faktów związanych z jej działalnością wydawniczą znalazłoby się tak dużo, że poczciwa, ale przecież nie wiekopomna anegdotka, jak to roztargniony Gustaw Gebethner poczęstował gości atramentem zamiast winem, zajmuje tylko miejsce. Autor, zdając sobie sprawę z ulotności swojej pracy, zaznacza na wstępie, że celem jego było tylko zasygnalizowanie wielkiego tematu. I dodaje, że w przyszłości znajdzie się na pewno ktoś bardziej od niego powołany. Nie rozumiem, czemu dobrze umysłowo rozwinięty dziennikarz nie miałby właśnie być tym powołanym. Miałam

w rękach zbyt wiele książek, których autorzy coś tam sygnali­zowali, zwalając resztę roboty na bliżej nieokreślone niemowlęta w niewiadomej przyszłości. Tymczasem niemowlęta powyrastają, znów to i owo zasygnalizują, nie czując powołania do niczego więcej. Z dezaprobatą spoglądam w kołyski.

Horacy, Wybór poezji, opracowanie Jerzego Krókowskiego, Biblioteka Narodowa, Ossolineum, Wrocław 1967

Królowanie Horacego w poezji polskiej trwa od Odrodzenia aż po Oświecenie. Romantyzm obojętnieje wobec piewcy złotego środka i od tego czasu inni już mistrzowie patronować będą dalszemu rozkwitowi poezji. Mając to na względzie, musimy szczerze się zdziwić kompozycją omawianego wyboru przekładów. Krzywdzi ona epoki, w których wpływy Horacego były twórcze, faworyzuje natomiast czasy, kiedy tłumaczeniami rzymskiego liry­ka zaczęli się zajmować filologowie i poeci na ogół zapóźnieni. Autor wyboru uwzględnił w szerokim zestawie przekłady od połowy XIX wieku, mniej więcej od Felicjana Faleńskiego, ­natomiast Kochanowski, Morsztynowie, Trembecki, Krasicki znaleźli się na marginesie, we wstydliwym Dodatku i to w dawkach wymierzonych jak trucizna. Nie można sobie wyobrazić koncepcji bardziej niefortunnej. Ma ją tłumaczyć zasada „nowoczesności przekładu”. A więc są ludzie, dla których szkolna gładkość Faleńskiego jest nowocześniejsza od polszczyzny np. J.A. Morsztyna! Może raczej chodziło o większą ścisłość przekładu, od której często nasi dawni wielcy odbiegali? Ależ właśnie ich ówczesna skłonność do parafrazy lepiej świadczy o horacjańskiej chwale niż wierne, ale straszne „wyciery oliwą” wydumane na stercie słowników. Nie twierdzę, że wszystkie przekłady są złe, uważam nawet, że jedna trzecia zasługuje na miejsce w każdej lepiej pomyślanej książce. Chodzi mi jednak o ujawniony tu stosunek do tradycji literackiej, który u miłośnika poezji spowodować musi alergiczną wysypkę. A sam Horacy... Czy już na zawsze będzie tylko żerem rymujących łacinników? Nie tak dawno „Twórczość” opublikowała kilka przekładów Adama Ważyka. Dziwne uczucie: jaki ten Horacy nowy znów i żywy, jak celnie trafia do naszej dzisiejszej wrażliwości! Będzie na co czekać, jeśli tłumacz zamyśla o osobnym zbiorku.

Nguyen Du, Klejnot z nefrytu, przekład Romana Kołonieckiego,

PAX, Warszawa 1966

Tytuł oryginału brzmi Kim Van Kieu. Są to po prostu imiona trojga bohaterów tego wietnamskiego eposu, uznanego za arcydzieło narodowe i zaliczanego do wielkiej klasyki. Wydaje mi się, że nie wypada przepakowywać w kraju tak cennego towaru. Byłoby nam chyba przykro, gdyby Dzieje Tristana i Izoldy, do których wydawnictwo porównuje wietnamski poemat, figurowały poza Europą pt. na przykład Omyłka służebnicy. A więc nie Klejnot z nefrytu, ale stały w uczuciach Kim, łagodna Van i piękna, ale bardzo nieszczęśliwa Kieu powinni znaleźć się na okładce. Autor, Nguyen Du, żył na przełomie XVIII i XIX wieku. Akcję poematu zaczerpnął z chińskich kronik, ale przeniósł ją na grunt swojej ojczyzny, uładził, wzbogacił psychologicznie i nadał jej głębszy sens moralny. To jeszcze nie powieść w nowoczesnym znaczeniu, ale baśń, w której mocno wyidealizowani bohaterowie borykają się na świecie wcale już realistycznie odmalowanym. Charaktery ich mimo najgorszych wybryków losu pozostają jeszcze niezmiennie kryształowe, nie nudzimy się jednak, bo w tym krysztale przebłyskuje tyle delikatnych uczuć, tyle wahań w najlepszym gatunku... Ciągle za mało znamy literaturę Dalekiego Wschodu, a co smutniejsze, nie mamy tłumaczeń z pierwszej ręki. Ten przekład został dokonany z języka francuskiego, a więc języka, któremu jest wyjątkowo trudno nagiąć się do cudzych osobliwości stylistycznych. Tym bardziej szkoda, że wstęp tak pobieżnie ­informuje o formie oryginału.

Aleksander Lernet-Holenia, Mona Liza,

przekład Eddy Werfel, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Dla wyjaśnienia tajemnicy uśmiechu Mony Lizy austriacki pisarz wymyśla nader skomplikowaną anegdotę, wprowadza mnóstwo postaci w kostiumach historycznych, przy czym jedną wpędza w szaleństwo. Nie przekonał mnie jednak, że aż tyle zdarzyć się musiało, żeby Leonardo mógł namalować słynny uśmiech. Nadal sobie myślę, że sekrety twórczości są daleko prostsze, ale za to o wiele mniej sentymentalne. Z mniejszym oporem czytałam następne opowiadania. Dojrzałe rzemiosło narracyjne zaczęło stawiać ciekawsze pytania. Pisarza zainteresował przypadek i jego wpływ na ustalony, jakby się mogło wydawać, bieg ludzkiego życia. Kilka zaledwie minut decyduje o ratunku skazanego na śmierć więźnia. Nieprzewidziane spotkanie woźnicy powoduje śmierć maratońskiego gońca. Nie jest wcale takie pewne, czy Heliodor zostałby pustelnikiem, gdyby nie zraniona stopa. Ślepy traf – zdaje się mówić pisarz – traf, któremu dziewiętnastowieczni realiści odmawiali artystycznego sensu, istnieje przecież; rzeczy nieprawdopodobne są jednak prawdopodobne. W znakomitym opowiadaniu Dwudziesty lipca już tylko zadziwiające zbiegi okoliczności rozstrzygają o wszystkim. W Wiedniu pod okupacją para dwojga ludzi, zamieszanych mimo woli w spisek przeciw Hitlerowi, wymyka się śmierci. Uciekając, wybierają na oślep akurat te zakręty labiryntu, które prowadzą do wyjścia. Czy ich wyjątkowe szczęście nie potwierdza z tym większą siłą groźnej reguły świata, na którym wypadło im żyć? „Mieć szczęście”, „ocaleć cudem” – czy to aby nie jedyny żart, na jaki zdobyć się mogła ówczesna statystyka?

Węgierski Simplicissimus, przekład Danuty Reychmanowej, przedmowa i przypisy Jana Reychmana,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1967

Simplicissimus, czyli prostaczek, roztropek, włóczykij, frant, szelma, drapichrust, ladaco, podróżnik mimo woli, uczestnik każdego zbiegowiska, mały dobosz wielkich wojen – to bohater popularnych w XVII wieku opowieści, którym początek dał Grimmelshausen w 1669 r. Simplicissimus węgierski naśladuje w ćwierć wieku później schemat pierwowzoru, tym razem jednak akcja przenosi się z Niemiec na Śląsk, Spisz, Słowację, Węgry i Siedmiogród. Niemiecki autor tej wersji nie jest do dziś wiadomy. Co więcej, badacze nie rozstrzygnęli z absolutną pewnością, czy znał te strony z autopsji, czy tylko posługiwał się cudzymi relacjami. Zdziwiłabym się jednak bardzo, gdyby najlepsze karty tej książki, poświęcone przeprawie przez wysokie Tatry, okazały się wyłącznie pracowitą kompilacją statecznego mieszczanina, który nawet po drabince na własny strych wejść się wzdragał. Na szczęście, więcej argumentów przemawia za obecnością autora w opisywanych krainach. Właściwy tytuł Simplicissimusa węgierskiego jest długi wedle wymogów siedemnastowiecznej informacji i reklamy. Między innymi poleca dziełko jako wesołe i warte przeczytania. Warte przeczytania na pewno, nie tyle ze względu na perypetie bohatera, ile na ciekawy materiał obyczajowy. Gorzej z wesołością, która zestarzała się bardzo. Ale ostatecznie i humor wielkiego Cervantesa pokrył się z biegiem lat grubą patyną melancholii. Cóż więc wymagać od autora, który Cervantesowi w niczym nie dorównuje. Od bladego nawet uśmiechu powstrzymują nas zwłaszcza liczne egzekucje, przy których roztropek asystuje z niejaką lubością i uwagą usiłującą nie uronić za nic w świecie najmniejszego szczegółu.

Życie innych ludzi, opowiadania angielskie,

wybór i wstęp Henryka Krzeczkowskiego,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

16 opowiadań, 16 autorów. Pierwszy (Hartley) urodzony z końcem zeszłego stulecia – ostatni (Glainville) w r. 1931. A jednak nie czuje się w tej książce specjalnych różnic między pokoleniami. Nurt prozy angielskiej płynie statecznie, bez ostrzejszych zakrętów, w przeciwieństwie do Francji, gdzie co roku oczekuje się nowych wodogrzmotów. Gdyby wyłączyć Samotność długodystansowca Alana Silitoe, opowiadanie, które egzaltowanym tonem i daleko posuniętą mistyfikacją psychologiczną wyraźnie odcina się od całości, tej przynajmniej, z jaką tu mamy do czynienia – można by od biedy wyobrazić sobie, że wszystko napisał jeden autor. Byłby to człowiek bez trudnego dzieciństwa, kompleksów i obsesji, bardziej wpatrzony w innych niż w siebie, niezbyt czuły na zmienne prądy literackie, zwłaszcza jeśli nie przylegają do jego własnej obserwacji życia i wrodzonego mu poczucia komizmu. Z opowiadań nie wynika, żeby brał udział w ostatniej wojnie czy też przemyślał ją w wymiarach kataklizmu moralnego. Był za to w koloniach i zobaczył, że ta afera się kończy. Woli się trzymać swojego domu, ulicy, dzielnicy, miasteczka. To, co opowiada, nigdy nie zdarza się kiedykolwiek i gdziekolwiek i zawsze wiadomo komu, w jakiej sytuacji społecznej, majątkowej, towarzyskiej. Czytał Freuda wiele razy. Sartre’a spróbował, ale nie wiem, czy wytrwał. Mogłabym wymienić jeszcze kilka cech tej zbiorowej osobowości, ale boję się zanudzić jednych, a drugich rozgniewać do reszty. No bo jakże, czy to wypada kleić fikcyjną postać z pisarzy tak różnych wiekiem, biografią, dorobkiem i poglądami? Naturalnie, że nie wypada. Przepraszam.

Igor Bełza, Michał Kleofas Ogiński,

przekład z rosyjskiego Stefana Prus-Więckowskiego, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1967

Ogiński pisał, jak ogólnie wiadomo, polonezy Ogińskiego. Ale być może i mazurek Dąbrowskiego jest mazurkiem Ogińskiego. Igor Bełza uważa rzecz za wysoce prawdopodobną, co już wiele znaczy, bo ten rosyjski muzykolog zna epokę doskonale, a muzykę polską bada od lat i z sercem. Wynika to z jego szerszych jeszcze zainteresowań, a mianowicie studiów nad muzyką narodów słowiańskich. Dla tej muzyki pragnie znaleźć odrębną formułę. Pewien rodzaj rozkołysanego interwału proponuje nawet nazwać „kwartą słowiańską”. Czy obecność owej kwarty pomaga odróżnić kompozycję słowiańską od niesłowiańskiej, nie wiem i na szczęście – z braku kompetencji – nie muszę się do tego ustosunkować... Stwierdzić za to mogę, że książka o Ogińskim ożywia wiele szczegółów jego zapomnianego żywota. Ten poseł na sejm, dyplomata, działacz oświatowy (jak by się dzisiaj powiedziało), powstaniec kościuszkowski i przejściowo omalże jakobin, zmarł na emigracji jako (wprawdzie) senator Cesarstwa Rosyjskiego, ale (przynajmniej) senator dość kłopotliwy, bo publikujący pamiętniki. Jest w tym żywocie także wątek komediowo-romantyczny. Oto Michał Kleofas, przebywając w Wiedniu pod konspiracyjnym nazwiskiem, utrzymywał zażyłe stosunki ze swoją ślubną panią Ogińską, z czego wynikał salonowy bojkot tej damy jako kobiety upadłej. Kompozycje Ogińskiego były dla współczesnych „melancholiczne i zachwycające”. Ubolewano tylko, że te polonezy nie do tańcowania. Kto doczekał Chopina, zrozumiał powagę takich precedensów. Nagrobek Ogińskiego znajduje się we Florencji. Nie postawili go „wdzięczni rodacy”, ale „uxor cum lacrymis”. Było w tym jakby przeczucie, że życie pozagrobowe upływać będzie bez wielkiego hałasu...

Radko Pytlik, Jarosław Haszek,

przekład z czeskiego i uzupełnienia Edwarda Madanego, Wiedza Powszechna, Warszawa 1967

Kto jak kto, ale krytycy literaccy powinni jednak wierzyć w duchy. Obawa, że nagle o północy drzwi się otworzą i stanie w nich duch omawianego pisarza, mogłaby uchronić interpretatorów przed niejednym głupstwem. Szkoda, że Radko Pytlik nie bał się duchów i obmyślał swoje dzieło o Haszku w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa. W rezultacie zatopił wielkiego humorystę w oceanie frazeologii. Gdzieś w podświadomości krytyka zakorzeniło się przeświadczenie, że rewolucyjność i wesołość to pojęcia nie dające się z sobą pogodzić. Skoro więc Haszek był rewolucjonistą, Pytlik uznał za swój święty obowiązek jakoś jego humor usprawiedliwić. Dowiadujemy się ze zdumieniem o rozmaitych „maskach” Haszka: masce wesołka, błazna, mistyfikatora. Okazuje się, że tylko okrutna konieczność zmuszała go do śmiechu – i gdyby czasy były mniej straszne, Haszek z westchnieniem ulgi zacząłby pisać tragedie. Dużo kłopotu sprawiło krytykowi życie osobiste pisarza, który prowadził się nie najprzykładniej, płatał psie figle i słynął z umiłowania trunków. Ponieważ takie cygańskie skłonności również nie bardzo pasują do sylwetki idealnego postępowca, Pytlik wmawia nam, że Haszek brykał nie tak sobie, ale z posępną premedytacją. Jedynymi jaśniejszymi promyczkami w książce są cytaty z samego Haszka oraz kilka jego fotografii. Wyziera ku nam pyzate oblicze człowieka, który śmieje się ze wszystkiego, co mu staje na drodze. Niestety Pytlik stanął za późno.

Gertruda Stein, Autobiografia Alicji B. Toklas, przekład i przedmowa Miry Michałowskiej, Warszawa 1967

Nic pospolitszego, niż napisać własną biografię. Gertruda ­Stein miała lepszy pomysł: posłużyła się osobą przyjaciółki i w jej imieniu opisała swoje ciekawe życie. Ta niewinna mistyfikacja (wyjawiona zresztą na ostatniej stronie książki) pozwala na wiele swobody. Nie uchodzi przecież pisać o samej sobie z entuzjaz­mem – przyjaciółce natomiast wolno i wypada. Alicja Toklas była w tym sensie osobą bezcenną. Miała dzwonek w uchu, który rozdzwaniał się wieszczo w obecności geniusza. Nastąpiło to trzy razy: na widok tejże pani Gertrudy, na widok Picassa i na widok A. Whiteheada. Przez książkę przesuwa się orszak nie byle jakich artystów. Jest wśród nich Apollinaire, Jacob, Braque, Matisse, Gris, Picabia, Tzara, Gide, Pound, Eliot, Hemingway i wielu innych. Ale nieubłagana Alicja trzy razy tylko usłyszała dzwonek. Przypuszczam, że właśnie to było nie do darowania. Przeciw książce zaprotestowali oczywiście ci, na których dzwonek nie reagował. Zarzucili pani Gertrudzie fałszowanie faktów i niekompetencję w sprawach sztuki. Na pewno nie bez pewnej racji: autorka z większym znawstwem kolekcjonowała ludzi niż ich dzieła. Kogo nie znała osobiście, ten właściwie nie istniał. Świadczy to o potężnym snobizmie, który poważnych artystów zawsze drażni, ale jest im ogromnie potrzebny. W domu Gertrudy Stein nie tylko smacznie się jadło. Gospodyni miała fantazję, rozmach, dowcip – no i wreszcie sama była pisarką, a jako taka potrzebowała i dla siebie odrobiny cudzego snobizmu. Niewiele ponoć przetrwało z jej ambitnej twórczości. Najłaskawiej obszedł się czas z tą właśnie autobiografią, która nigdy nie pretendowała do wielkiej literatury. Dobre i to – jak mawia Zygmunt Greń po głębokim namyśle.

Hans Selye, Od marzenia do odkrycia naukowego, przekład Lecha Zembrzuskiego i Wiesława Serzyski,

Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, Warszawa 1967

„Nie istnieje dla mnie różnica między pracą a zabawą” – wyznaje doktor Selye. Tylko bardzo szczęśliwi ludzie mogą tak powiedzieć. Czyli tacy, którzy pracują z zamiłowaniem i wiarą w sens swoich wysiłków. Ten stosunkowo najtrwalszy rodzaj szczęścia bywa udziałem uczonych, czasem artystów, niekiedy pedagogów (z powołania). Selye jest wszystkim naraz. Jako lekarz zyskał światowe uznanie dla swoich badań nad stresem i kalcyfilaksją. Jako pedagog wychował w Kanadzie kilka pokoleń naukowców. Jako artysta... No cóż, obrazu, poematu ani koncertu co prawda nie stworzył, ale czy mógłby zostać twórczym uczonym bez wyobraźni? Czy wyobraźnia uczonego różni się od wyobraźni artysty? Intuicja jednego od natchnienia drugiego? Myślę, że różni się nie bardzo albo wcale – w czym bynajmniej nie jestem osamotniona. Selye próbuje analizować owe błyski intuicji. Pod jego spostrzeżeniami podpisze się ochoczo każdy co świetniejszy artysta. Ale dość już o tym, bo mogłoby się wydawać, że książka Selyego ogranicza się do jednego tylko wątku. Tymczasem jest to smakowity groch z kapustą: wspomnienia osobiste, rozważania nad istotą i metodami badań naukowych, anegdoty ze świata nauki, przypowiastki, portrety kolegów, dobre rady dla adeptów wiedzy, refleksje z zakresu etyki zawodowej, cytaty z ulubionych lektur – słowem wszystko, czego autor nie mógł pomieścić w czysto naukowych rozprawach, a co jednak wydało mu się warte osobnej publikacji. Powstał w ten sposób pasjonujący wizerunek uczonego naszego stulecia. A ponieważ jest nim biolog, można go jeszcze polubić bez specjalnych oporów.

Anatol Koni, Ze wspomnień prawnika, przekład z rosyjskiego Zygmunta Braude i Adama Galisa, wstęp Adama Galisa, Czytelnik, Warszawa 1967

Anatol Koni był jedną z najświetniejszych postaci rosyjskiego sądownictwa na przełomie XIX i XX wieku. Podczas procesu Wiery Zasulicz, na którym wystąpił jako przewodniczący sądu, a zwłaszcza po wyroku uniewinniającym, stał się dla opinii publicznej uosobieniem walki o powagę i niezawisłość sądu. Przeciwnicy, dążący za wszelką cenę do kasacji wyroku, nie dysponując słusznością, dysponowali jednak cudzymi karierami. Mieli wpływy na dworze, a to znaczyło, że potrafią oponentów pozbawić stanowiska. Koni musiał przeżyć wiele ciężkich chwil – ale wytrwał i zemścił się srogo: opisał w pamiętnikach wszystkie ich paskudne machinacje wokół swojej osoby i wokół litery prawa. Tym sposobem piękna galeria wsteczników, intrygantów i oportunistów dostąpiła wstydu nieśmiertelności. Ludzie ci najwyraźniej nie doceniali Koniego: nie wiedzieli, że ten wybitny prawnik i krasomówca ma ponadto talent pisarski. Dzięki Koniemu żyje w wiecznej pamięci taki np. książę Oboleński. Chlupało mu w głowie, ale miał stosunki. Siedząc sobie w pałacu przy misternym biureczku, płodził elaboraty o konieczności stosowania kary chłosty i o korzyściach, jakie by wynik­ły z oślepiania zesłańców, tak przecież skłonnych do ucieczki. Z obszernych pamiętników wybrano do polskiego przekładu rozdział o procesie Wiery Zasulicz oraz wspomnienia o Tołstoju, Dostojewskim i Czechowie. Z lektury wynoszę nieodparte wrażenie, że były to czasy, kiedy wszyscy myślący ludzie znali się osobiście. I to nie dla dopełnienia snobistycznego obrządku, ale z naturalnej potrzeby wymiany poglądów i sprawdzania się w cudzych oczach. Potrzeba przetrwała do dzisiaj, znajomości natomiast zwątlały. Książka Koniego daje bogaty materiał do smutku na ten choćby temat.

Winnice słońca, wybór i opracowanie Jerzego Laua,

Iskry, Warszawa 1967

Antologia prezentuje wiersze 24 młodych poetów bułgarskich tak zwanej nowej fali, czyli z pokolenia, które debiutowało w ostatnim dziesięcioleciu. Do gipsowego pałacu poezji nie weszli z laurkami. Ubrani byli w co kto miał, ponieważ heroicznie wywatowane marynarki starszych braci przestały im imponować. Celem ich poezji nie jest fabrykowanie odpowiedzi, ale raczej stawianie pytań, polemika z wczorajszymi sposobami myślenia i zaznaczenie własnej osobowości. Wielu niestety robi to jeszcze na starą publicystyczną modłę, nie susząc sobie głowy poszukiwaniem nowego wyrazu. Inni z lepszym artystycznym wynikiem penetrują możliwości liryki refleksyjnej. Prawie wszyscy piszą wiersze miłosne, czyli na temat do niedawna o tyle tylko tolerowany, o ile wiązał się z hodowlą pomidorów. Brak jednak w tym pokoleniu, o dużym już bądź co bądź książkowym plonie, indywidualności wyraźnie spełnionych. To ciągle jakby chór bez solistów. Czy może nie mam racji, zmylona układem antologii? Jerzy Lau starał się pokazać każdego poetę poprzez jednakową mniej więcej ilość wierszy. Czyżby ani jeden jeszcze poeta nie zasłużył na potrójną dawkę? Wolałabym wybór o bardziej rozchwianych proporcjach. Być może jednak trzeba na to poczekać.

Nadzieja Drucka, Czarodziej z Nantes,

Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

Na rycinach, które w tak jedynie wyobrażalny sposób ilustrują powieści Juliusza Verne’a, wszystko jest w prążki: ziemia w prążki, księżyc w prążki, morze w prążki, w prążki żagle na wzlatujących pod chmury okrętach, w prążki retorty, z których wydobywają się kłęby złowieszczego dymu, w prążki nauszniki odkrywcy wulkanu na biegunie północnym. Kiedy dowiedziałam się w szkole, że na biegunie nie ma żadnego wulkanu, przyjęłam tę informację z niesmakiem. Staroświeckość Verne’a przeżywa obecnie swojego rodzaju benefis. Wiedza i technika dawno już zdystansowały fantazję pisarza. Tym większą, choć trochę rzewną przyjemność znajdujemy w konfrontowaniu rzeczywistości z jego marzeniami. A jednak Verne nie był, przynajmniej w późniejszym okresie twórczości, fantastą naiwnym. Jeśli jego pierwsze książki wyrażają jeszcze silną wiarę w wynalazek jako rękojmię szczęścia ludzkości, to później wiara ta ustępuje miejsca złym

przeczuciom. Jego początkowo szlachetni uczeni zaczynają objawiać cechy sataniczne. A jeśli trafi się jeszcze jakiś genialny ­poczciwiec, strzec się musi, żeby jego wynalazek nie wpadł w szpony szaleńca żądnego władzy nad ludźmi. Czarodziej z ­Nantes to ładnie opowiedziany życiorys Verne’a oraz omówienie jego najciekawszych książek. Raz jeszcze potwierdza się reguła, że pisarze o wielkiej wyobraźni wiodą życie przeważnie monotonne i uporządkowane. Człowiek, który nosił w głowie koncepty do stu paru książek, mógł sobie pozwolić na jedno zaledwie małe roztargnienie w postaci ożenku i jedną tylko wielką namiętność, a mianowicie do podróży morskich. Ale pożal się Boże, co to za podróże w porównaniu z tymi, jakie przypadły w udziale jego dzielnym bohaterom, że wspomnę choćby kapitana Nemo, który nieuchwytny w swojej podwodnej łodzi, wymierza sprawiedliwość niedobremu światu. Sprawiedliwość w prześliczne prążki, oczywiście.

Konstandinos Kawafis, Wybór wierszy,

wybór, przekład i opracowanie Zygmunta Kubiaka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Większość utworów Kawafisa powstała w ostatnim dwudziestoleciu życia poety, od r. 1911 do 1933. Jest to poezja starzejącego się już człowieka, który jakby czekał na chwilę, kiedy ucichnie w nim zgiełk młodości i który w swoim celowym odosobnieniu niczego się już od teraźniejszości nie spodziewa, chyba tylko spokoju do fascynującej pracy wspominania. Nie ma teraźniejszości w wierszach Kawafisa – tylko to, co było i dokonało się na pewno do końca, pobudza jego myśli. Można o nim mówić jako o powieściopisarzu historycznym, który zwątpiwszy w możliwość stworzenia wielkiego eposu, ograniczył się do publikacji notatek, notatek jednak wyszlifowanych do ostatecznego połysku. Nieistniejący epos Kawafisa zaczyna się od mitycznej Grecji, a kończy na upadku cesarstwa bizantyjskiego. Obłędne byłoby to dzieło, o kilku tysiącach postaci głównych i kilkuset tysiącach epizodów. Kawafis zdążył napisać tylko kilkadziesiąt monologów, scen i komentarzy. O ludziach tak konsekwentnie żyjących w czasie przeszłym zwykło się sądzić, że urodzili się za późno. Nic oczywiście fałszywszego – epik musi żyć kiedy indziej niż ci, których w swoim dziele ożywia. Zresztą Kawafis, gdyby nawet mógł, nie przeprowadziłby się do żadnej innej epoki. Nie wierzy w dawne dobre czasy. Historię widzi jako bolesny dla jednostki proces, gdzie każdy upadek i każdy tryumf jest śmiesznie chwilowy. W te swoiste „Śpiewy historyczne” wplatają się od czasu do czasu wiersze osobiste, czyli Kawafisa o Kawafisie, a nie np. o Demetriuszu Soterze (żył pełen najlepszej woli w II wieku p.n.e.). Zgodnie z typem wyobraźni są to utwory wyłącznie wspomnieniowe, coś w rodzaju wywoływania duchów z niepowrotnej młodości. Refren nieco monotonny, o mało zróżnicowanych wariantach. Ale jako liryczna zaprawa do epickiego muru pięknie spełnia kompozycyjne zadanie.

Cyganeria Warszawska,

wstęp, wypisy i opracowanie Stefana Kawyna,

Biblioteka Narodowa, Ossolineum, Wrocław 1967

„Norwid... choć zachwycił – pisze Edward Dembowski w 1843 r. – nie miał olbrzymiości geniuszu, który w Zamorskim odrazu zabłysł...” I dalej: „Norwid stał się salonowcem, już po nim się niczego spodziewać nie można”. A ówdzie jeszcze „genialnym wieszczem” zostaje mianowany Wolski. ­Uśmiechamy się. Tym trochę zbyt łatwym uśmiechem, na jaki pozwala perspektywa czasu. Dembowski zdobyć jej nie mógł. Miał zresztą zaledwie 21 lat i jakby czując, że niewiele mu życia zostaje, pragnął ujrzeć swoich rówieśników w blasku literackiej chwały już, teraz, zaraz, natychmiast. Wróżył im przyszłość nie tyle z niewielkiego dorobku, ile z własnych pobożnych życzeń. Grupa warszawska, której był inspiratorem, nosiła miano „Zapaleńców”. Ale najmniej wątpliwym zapaleńcem był on sam, i kiedy musiał opuścić Warszawę, grupa rozpadła się, trwalszych śladów w literaturze nie zostawiając. I tylko tenże Norwid, nigdy zresztą ściśle z grupą nie związany... Z czasem o Zapaleńcach zapomniano i przylgnęła do nich nazwa skromniejsza: Cyganerii Warszawskiej. Bo to, co nie spełniło się w sztuce, znalazło wyraz w stylu życia. „Ogniem żądz, uczuć górnością zdeptali blade, robacze żądze i karle tłumów uczucia...” – co w języku potocznym oznaczało, że szokowali salonowe matrony radykalnymi poglądami, ostentacyjnie obnosili po Warszawie wisielczy humor, pogardę dla cnót poczciwych i strój niedbały, na który złożyła się fantazja i bieda. Monografia Cyganerii Warszawskiej jest lekturą smutną. Próbki twórczości oryginalnej (choć jak najstaranniej wybrane) mogą liczyć tylko na czytelnika z natury skłonnego do zadumy. Dla innych – wszystkich – pozostają relacje o wyczynach życiowych członków tej efemerycznej grupy. Kto kocha Maleskiego i Patkiewicza z Lalki, z rozkoszą przeczyta o sosnowym lasku Filleborna i przeprowadzce Sierpińskiego na nowe mieszkanie.

Aleksandra z Tańskich Tarczewska, Historia mego życia, opracowanie i wstęp Izabeli Kaniowskiej-Lewańskiej, Ossolineum, Wrocław 1967

O wdzięku pamiętnika zadecydował fakt, że autorka napisała go jeszcze w kwiecie młodości. Gdyby chwyciła za pióro jako sędziwa już dama, przydałaby swoim panieńskim czasom westchnień i morałów. Z pewnością też, z wielką szkodą psychologiczną, przedstawiłaby samą siebie na historycznym tle. Tymczasem pamiętnik, przez młodą osobę napisany, ukazuje prawdę inną: można było mieszkać sobie w Warszawie na początku XIX wieku i nie wiedzieć wcale, że żyje się w napoleońskich czasach. Wystarczyło być panną na wydaniu. Cesarz może by i zwrócił na siebie uwagę uroczej panny Aleksandry, gdyby zjawił się w domu jej mamy z bukietem w ręce i widokami na zrobienie przyzwoitej urzędniczej kariery. Tak więc historyk z pamiętnika tego pociechy nie ma. Za to badacz obyczajów dojrzy w nim rodzaj odysei, gdzie miejsce Itaki zajmuje łoże małżeńskie w empirowym stylu. Wydawanie panien za mąż to w ujęciu autorki skomplikowany, nie dający się porównać z niczym ceremoniał, któremu podporządkowane było całe życie towarzyskie. To wielka zespołowa twórczość wymagająca nie lada filozofii i wiedzy praktycznej, inwencji i czujności, szaleństwa i metody. Co osobliwsze, owe panny na wydaniu z góry zakochiwały się w swoich, nie zawsze najlepszych, konkurentach. Reguła gry wymagała takich uczuć – i takie uczucia zazwyczaj się lęgły. Miło pomyśleć, że pan Tarczewski okazał się człowiekiem cnym. Gdyby jednak był łajdakiem, pani Aleksandra z tym samym zamiłowaniem do swojej niewieściej misji urodziłaby mu dwanaścioro dzieci. Jest to właściwie bardzo ciekawe.

Edita Morris, Posiew Hiroszimy,

przekład Marii Leśniewskiej,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 1967

W Hiroszimie, wiele lat po atomowej zagładzie, młode i na pozór zdrowe kobiety wydają na świat dzieci niepodobne do ludzi. Nie trzeba mówić, że ten rodzaj genetycznej katastrofy obchodzi wszystkich mieszkańców ziemi w najbardziej ostrzegawczy sposób. Edita Morris, przejęta faktami nie mniej niż inni, postanowiła coś o tym napisać. Nie jest jednak ani Ajschylosem, ani reportażystką. Wybrała trzecie wyjście, moim zdaniem najmniej stosowne: napisała tak zwaną lekką powieść, czyli powieść do poduszki na temat z natury rzeczy wytrącający ze snu. W akcji bierze udział kilka osób, które próbują z nową nadzieją odbudować swoje życie w odbudowanym już mieście. Na próżno. Oczekiwane w czułym kręgu rodzinnym dziecko okazuje się istotą przeraźliwie zdeformowaną. Myślę, że jest to nieszczęście, które budzi litość i grozę niezależnie od tego, jakim ludziom się przytrafia. Nie stałoby się ani odrobinę mniejsze, gdyby ludzie ci byli troszkę mniej dobrzy, piękni, szlachetni i w ogóle wzorowi. Ale autorka nie dowierza naszej zdolności do współczucia uniwersalnego i stara się nas upewnić, że tragiczny wypadek zdarzył się w wyjątkowo porządnej rodzinie. Opowiastka ocieka więc słodyczą. Ponadto napisana została szczebiotliwie, ponieważ szczebiot, wedle mniemania E. Morris, doskonale odtwarza psychikę kobiet japońskich. Jedyną bezsporną wartością książki jest dobra wola autorki.

Friedrich Dürrenmatt, Grek szuka Greczynki, przekład Romana Karsta, posłowie Stefana Lichańskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Od Dürrenmatta wiele się wymaga. Jego to wina, bo sam nas do tego upoważnił i przyzwyczaił. Przyzwyczaił i rozgrymasił. Życzę wszystkim czytelnikom, żeby sięgnęli po jego ostatnią nowelę z mniejszym oczekiwaniem, niż ja to zrobiłam. Wtedy może wszystko będzie w porządku. Grek szuka Greczynki to wedle autora eine Prosakomödie, czyli komedia do czytania. Czemuż nie napisał jej na scenę? Oj, chyba wiedział, co czyni. W teatrze musiałoby się okazać, że schemat nie tylko nie jest nowy (z tym pół biedy), ale i mało zdatny do pomieszczenia w nim nowych spostrzeżeń. Podobnych komedii czy nawet fars pisano dużo we właściwym czasie, czyli jeszcze przed pierwszą wojną światową. Z tamtego to klimatu komediowego pochodzi biedny urzędniczek najniższego szczebla żyjący w świecie naiwnych ideałów, stamtąd – właściciel olbrzymiej fabryki, który pod przemożnym czarem pięknej kokoty awansuje nieznanego sobie urzędniczka na dyrektora produkcji, stamtąd zramolały rezydent i anarchista z bombą w kieszeni. Trzeba być czarodziejem, żeby manewrując garstką tych zakurzonych postaci, powiedzieć coś przenikliwego – choćby tylko o świecie burżuazyjnym, tak jak on dzisiaj wygląda. Nawet w Szwajcarii, która ani pierwszej, ani drugiej wojny u siebie nie miała, bajka o męskim kopciuszku innych perypetii się doprasza. W Szwajcarii co prawda nie byłam, ale właśnie dzięki znakomitszym utworom Dürrenmatta jestem o tym najzupełniej przekonana.

Bogdan Dziemidok, O komizmie,

ilustracje Szymona Kobylińskiego,

Książka i Wiedza, Warszawa 1967

Nie ma zadowalającej definicji poezji. Na szczęście z komizmem rzecz się ma podobnie. Wszelkie formuły okazują się albo zbyt wąskie, albo zbyt szerokie. Określenie, które proponuje Bogdan Dziemidok, po omówieniu i wrażliwej ocenie wszystkich dotychczasowych teorii komizmu, jest jak o jeden numer za luźne ubranie, które co prawda nie leży jak ulał, ale za to zapewnia swobodę ruchów. Autor rezygnuje z pięknej lapidarności, o której w głębi serca zapewne marzył. Komizm, który czasem jednego słówka potrzebuje, żeby zaistnieć praktycznie, jako zjawisko teoretyczne wymaga traktatu. Również wyodrębnienie poszczególnych gatunków komizmu sprawia niemały kłopot. Można jako tako odróżnić satyrę od humoru, przyjąwszy, że satyra to wyraz agresywnego stosunku wobec świata, humorystyka zaś jest wyrazem postawy wyrozumiałej. Co jednak począć z ironią? Czy to wyraz odrębnej, trzeciej jeszcze postawy, czy tylko środek wyrazu stosowany z równym powodzeniem i w satyrze, i humorystyce? A sama satyra, agresywna z natury, czy zawsze godzi w przedmiot ośmieszany – czy przeciwnie, rozładowując naszą ku owemu przedmiotowi niechęć, nie utrzymuje go w miłej równowadze? Kiedy dzieje się tak, kiedy owak? Nie ma co, komizm to sprawa bardzo poważna i na pedantyczną analizę z pewnością zasługuje. Ostatecznie w jednej i tej samej księgarni zaopatrzyć się można w sonety miłosne Petrarki i atlas anatomiczny. Temat ten sam, tylko ujęcie inne. Od czasów Bystronia nikt się anatomią komizmu u nas nie zajmował z całym godnym tej rzeczy rozmachem. Rozmach Dziemidoka ogarnia i rejestruje rozmaite przejawy komizmu w twórczości artystycznej aż do ostatnich lat. Żaden wybitniejszy twórca trudzący się wywoływaniem śmiechu nie został pominięty. Gorzej

z pisarzami wywołującymi uśmiech. Brak Prousta, brak Tomasza Manna. Ten ostatni zresztą zbyt wiele i często, i ciekawie pisywał w swoich esejach o istocie ironii czy parodystycznym duchu współczesnej powieści, żeby go wolno było całkowicie z rozważań wyłączyć. Ilustratorem książki jest Szymon Kobyliński. ­Czyli żadnej niespodzianki: jest co oglądać.

Janusz Skwara, Orson Welles, Biblioteka X Muzy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1967

Do książki raz przeczytanej zawsze prędzej czy później możemy sobie powrócić, wyciągnąć ją z półki własnej czy cudzej i sprawdzić w powtórnej lekturze. Z filmami inaczej. Przewaga ich żyje w naszych wspomnieniach w postaci pierwszego, nigdy już nie zweryfikowanego wrażenia. Obywatel Kane, najgłośniejszy film Orsona Wellesa, był wyświetlany u nas dwadzieścia lat temu. Ludzie, którzy go wówczas obejrzeli, powiadają, że to obraz genialny. Wysłuchuję tej opinii w mało aktywnym stanie ducha. Nie mam powodu ani w nią wątpić, ani wierzyć. Genialna książka przebywa zazwyczaj stopniową drogę od wąskiego kręgu wytrawnych znawców do szerokiego ogółu, film natomiast przeciwnie: od szerokiego ogółu do wąskiego kręgu wytrawnych znawców, specjalistów, archiwistów, którzy na ekskluzywnych pokazach oglądają sobie ściągnięte z ekranów genialne dzieło. Ta druga kolejność rzeczy wydaje mi się ogromnie żałosna. Orson Welles nakręcił dotychczas dziesięć filmów, które Janusz Skwara w swojej monografii po kolei streszcza, próbując wypatrzyć w nich jakąś świadomie rozwijaną myśl artystyczną, co chyba w przypadku kapryśnego Wellesa nie jest zbyt łatwe – tutaj w każdym razie wypadło nieprzekonywająco. W książce znajdujemy również rejestr ważniejszych ról filmowych i trochę zdjęć. Ciężko sobie wyobrazić, że ten ponadstukilowy grubas był kiedyś wątłym chłopięciem, które debiutowało rolą Matki ­Boskiej w szkolnych jasełkach. Mogłabym z tej okazji powiedzieć coś niecoś o zmiennym emploi ludzkiego życia, ale się chyba powstrzymam.

Wawrzyniec Żuławski, Sygnały ze skalnych ścian – Tragedie tatrzańskie – Wędrówki alpejskie – Skalne lato,

Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

W 10. rocznicę tragicznej śmierci Wawrzyńca Żuławskiego wznowiono zbiór jego wspomnień z tatrzańskich i alpejskich wypraw. Książka przypadnie do serca każdemu, kto tylko nie ma zwyczaju pytać, czemu u licha ludzie chodzą po górach, skoro nikt im nie każe. Osobiście niechętnie zawisam nad przepaścią, ale jeśli mam jakąś zaletę, to chyba tę, że nie dziwię się ludziom, którzy zawisają. Ich wysiłek jest dobrowolny, ale nie bezinteresowny. Ciekawość samego siebie w warunkach trudnych, czasem nawet niemożliwych, jest najczcigodniejszym ludzkim interesem. A także ciekawość innych ludzi... My, turyści umiarkowani, wędrujący sobie po łagodnych pagórkach, niewielkie mamy szanse do zaspokojenia tej ciekawości. Żeby poznać dobrze drugiego człowieka, mamy na co dzień dwa sposoby, oba niezbyt zdrowe: zjeść z nim beczkę soli albo popracować z nim parę lat w jednej instytucji. Tymczasem taternicy skrzykują się na Zamarłą Turnię, i już po kilku godzinach uwiązania na wspólnej linie wiedzą o sobie wszystko. Przyjaźnie zawarte w wysokich górach należą do najsolidniejszych. Wawrzyniec Żuławski poniósł śmierć, szukając zaginionego w Alpach przyjaciela. Istnieje pogląd, że wyprawa ratownicza nie była potrzebna, ponieważ zaginiony żyć już wówczas nie mógł. „Ale – jak pięknie napisała autorka wstępu, Grażyna Woysznis-Terlikowska – któż ośmieli się dyktować drugiemu człowiekowi, gdzie ma przebiegać granica między nadzieją a brakiem nadziei, między głosem wewnętrznym szepcącym: idź, ratuj!, a spokojnymi rozważaniami: może już nie iść?”

Jadwiga Rytel, Jan Kochanowski,

Wiedza Powszechna, Warszawa 1967

Kochanowski nie był poetą przez swój czas zapoznanym. Ale i nie budził u współczesnych tego zdumienia, z jakim dzisiaj go czytamy. Przyznawano, że postąpił krok dalej niż inni poeci, ale jakby nie zdawano sobie jeszcze sprawy, jak długi był ten jeden krok. Monografia Jadwigi Rytel ukazuje poetę na tle owej wspaniałej, bo nie dziwiącej się talentom, epoki. Talent był dla renesansu zjawiskiem naturalnym, prawie obowiązkowym. „Zły to uczeń, który nie przewyższa swego mistrza” – pisał Leonardo da Vinci. Postęp w sztuce przedstawiał się jako drabina. Nic tylko piąć się w górę pokolenie za pokoleniem. Z biegiem lat okazało się, że każda epoka musi własną drabinę do Parnasu dostawić, i że nie zawsze ta drabina wierzchołka dosięga, szczeble nie zawsze mocne, a i kondycja pokoleń rozmaita. Wróćmy jednak do książki. Znajdziemy w niej wszystko, co wiadomo o życiu poety, czyli niezbyt wiele, oraz ładnie przeprowadzoną analizę jego dzieła. Miło mi zauważyć, że Psałterz Dawidów został przez autorkę doceniony jako najbogatsze językowo i wersyfikacyjnie dzieło poety. Kiedyś poświęciłam wiele godzin wyśmienitej zabawie, porównując biblijny przekład psalmów z przekładami Kochanowskiego. Jest to mistrz tej miary, że jednakowo cieszy jego wierność wobec oryginału jak i przebłyski inwencji samodzielnej. Polecam tę porównawczą lekturę każdemu, komu szczęśliwym trafem zepsuł się telewizor.

Dawid z Sasunu, epos staroarmeński,

przekład Igora Sikiryckiego, Nasza Księgarnia, Warszawa 1967

W drugiej połowie IX wieku Armenia wyzwalała się spod przeszło dwóchsetletniego jarzma Arabów. Ktoś na czele tej walki stać musiał. Epos ludowy nazywa go Dawidem z Sasunu – i jakby chcąc wynagrodzić mu jakoś głuche milczenie ówczesnych kronik, wymyśla mu żywot pełen cudownych przygód, które – jak to w baśniach – pożyczone są z innych, starszych jeszcze baśni. Tak więc ów bezimienny ormiański wojownik i przywódca zrobił właściwie lepszą karierę, niż gdyby był postacią całkowicie historyczną, czyli wspomnianą od niechcenia przez jakiegoś dajmy na to bizantyjskiego kancelistę. Postać historyczna rzadko kiedy jako niemowlę ledwie od piersi odstawione potrafi zginać wierzchołki drzew do ziemi, a w późniejszych latach nie bardzo jej wypada rozmawiać z własnym koniem. Nie mówiąc już o prosto- i wielkoduszności, które to cechy pojawiają się u postaci całkowicie historycznych tylko od czasu do czasu, i to raczej w dogodniejszych okolicznościach. Przypuszcza się, że pierwsze strofy o Dawidzie powstały jeszcze w czasie walk wyzwoleńczych. Odtąd przez całe tysiąclecie legenda wędrowała z ust do ust, zdana na pamięć i fantazję bezimiennych bajarzy. Na swojego Homera jednak – który by podniósł ją do rangi literackiego arcydzieła – nie natrafiła nigdy. Przetrwała do naszych czasów jako zbiór luźnych podań, plątanina ­rozmaitych mitologicznych wątków. Czytałam z przyjemnością, bo wysoko sobie cenię bajeczny galimatias, jeśli tylko jest tworem wyob­raźni naprawdę naiwnej.

Zmierzch Azteków, wybrał, opracował i wstępami opatrzył Miguel Leon Portilla, przekład Marii Sten,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Kiedy Motecuhzoma w płaszczu z najrzadszych ptasich piór wyszedł wraz z całym dworem na spotkanie Corteza i powitał go jako od wielu pokoleń oczekiwanego boga, wiedział już doskonale, że Cortez owym bogiem nie jest, tylko śmiertelnikiem o paskudnym charakterze. Ostatni władca Meksyku wiedział już także, że broń z epoki kamiennej nie uchroni jego państwa przed armatami przybyszów. Mógł uciec w miejsca odludne albo stawić najeźdźcom zbrojny opór, z góry jednak i to zrozumiał, że klęska jest nieunikniona. Wybrał więc ceremonię powitania, ­licząc, że piękna forma skłoni Corteza do wzajemności. Udał, że staje przed obliczem boga, ponieważ lżej mu było kłaniać się bóstwu niż rozbójnikowi o chytrze biegających oczkach. Nie przydało się to na nic, bo Cortez nie był skłonny do odgrywania dłużej niż przez chwilę sugerowanej mu roli. Zmierzch Azteków to zbiór autentycznych relacji Indian o podboju Meksyku, a więc konkwista widziana oczami zwyciężonych. Niektóre karty tej książki komentatorzy porównują do Iliady. Mnie raczej Tacyt przychodzi tu na myśl, zwłaszcza w scenach, których bohaterem jest Motecuhzoma, a już specjalnie w tej jednej, kiedy bezradny władca w płaszczu z najrzadszych ptasich piór przemawia do nieproszonego gościa jak do boga, który nareszcie pojawić się raczył.

Eurypides, Tragedie, przełożył i opracował Jerzy Łanowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Eurypides mógłby być patronem autorów, którzy w konkursach literackich zajmują pośledniejsze miejsca. Sztuki jego, a napisał ich 90, rzadko zyskiwały sobie łaskawość ówczesnych jurorów. Musiały jednak celniej trafiać w gust potomności i krążyć w liczniejszych odpisach niż sztuki Ajschylosa i Sofoklesa, skoro zachowało się ich stosunkowo najwięcej, bo aż 20, z czego przynajmniej dwie: Medea i Trojanki to arcydzieła do dziś mówiące żywym głosem. Mimo że to tylko głos przekładu. Jerzy Łanowski wybrał, pięknym wstępem opatrzył i przetłumaczył pięć tragedii: Alkestis, Medeę, Hippolytosa, Trojanki i Ijona. Z góry wiedział, czego pragnie uniknąć. A więc nie będzie to przekład prozą, praktykowany dziś zwłaszcza we Francji – oddający może treść dzieła, ale nie myśl, bo tej od formy nie da się bez szkody oddzielić. Nie będzie to przekład rymowany, czyli idący śladem dawniejszych tradycji. Należy również wystrzegać się archaizacji, a już specjalnie młodopolskich śliczności, które po dziś dzień są ideałem estetycznym wielu filologów. A wreszcie – nie stosować izometrii, czyli wiernego odtwarzania rytmów oryginału, bo to w naszym języku wysiłek jałowy, który najdostojniejsze partie chóralne potrafi przeobrazić w libretto do Wesołej wdówki. Ale czy ten bogaty i słuszny program „na nie” wystarczy przy tłumaczeniu poezji? Otrzymaliśmy przekład przejrzysty, zdatny do recytacji, ale jakby wysterylizowany z wszelkiej charakterystyczności. Nic nie obraża ucha, ale też nic go nie olśniewa. Nie jest to zarzut skierowany

do osoby tłumacza, raczej żal ulatujący w gwiazdy. Bo już pewnie z tą wersją Eurypidesa zejdziemy do grobu. Pigułek, które by umożliwiły smakowanie każdej poezji w tym języku, w jakim powstała, jak dotąd nie wynaleziono.

Przy kawie i nargilach, bajki Tunisu,

przekład i opracowanie Anny Miodońskiej-Susułowej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Kto dawno już nie czytał Bajek z 1001 nocy, przypomni sobie w tunezyjskich opowieściach ten sam świat, podobnych bohaterów, a nawet analogiczne wątki. Jak w baśniach Szeherezady roi się i tu od magicznych kufrów, pałeczek, czapeczek, sakiewek, tabliczek i pierścieni, których posiadanie zapewnia właścicielowi ratunek z najgorszej opresji, a ponadto siłę i bogactwo oraz miłość nieprzeliczonych dziewic (każda jest naturalnie piękniejsza od wszystkich pozostałych). Lubię, owszem, ten rodzaj baśni, ale w małych dawkach, bo nuży mnie szybko ich jednostajny mechanizm. Dużo bardziej wolę te, w których bohater z braku cudownego przedmiotu musi sobie radzić przebiegłością i dowcipem. Takimi chytrusami są w książce Dżuha i Bu Nawas, i dla nich przede wszystkim warto ją wziąć do ręki. Bajki te spisał po raz pierwszy niemiecki orientalista Hans Stumme. Nim to nastąpiło, krążyły po Tunisie pieszo i na wielbłądach jako twórczość mówiona. Jednym z opowiadaczy był za czasów Stummego staruszek Ammi Salach, artysta w swoim fachu najwyborniejszy, cóż więc dziwnego, że trochę nerwowy. Jeśli mu choćby raz przerwano, zaperzał się i tracił wątek, nie umiejąc, a może raczej nie chcąc już do niego wrócić. W ten sposób zabrał ze sobą do raju Mahometa pewną ilość rewelacyjnych puent, a żywym pozostawił nauczkę, że z natchnieniem igrać nie wolno.

Claudie Fayein, Al Hakima, przekład Julii Matuszewskiej, Iskry, Warszawa 1967

Al Hakima to znaczy po arabsku lekarka. W tym szlachetnym charakterze Francuzka Claudie Fayein przebywała w Jemenie w latach pięćdziesiątych, a po powrocie opisała ów mało przez Europejczyków znany kraj. Książka nosi kuszący podtytuł: „Poznałam tajemnice haremu”, ale kto by oczekiwał pikanterii, zawiedzie się, czytając jednak dalej. Harem w oczach lekarza to siedziba przedwcześnie starzejących się kobiet i ich dzieci zniekształconych krzywicą. Prorok pozwolił mężczyźnie na posiadanie czterech żon – w praktyce tylko zamożni mogą sobie na taki zamęt pozwolić. Cztery panie śmiertelnie się nudzą, ale nawet jeszcze nie są ciekawe dlaczego. Kilka lat temu czytałam wywiad z pewnym szejkiem, który na pytanie dziennikarza, czemu kobiety nie chodzą do szkoły, zdziwił się bardzo. „Do szkoły? A po co?” – „Żeby chociaż nauczono je czytać i pisać”. – „W jakim celu?” – zdziwił się jeszcze bardziej szejk. „No przynajmniej w tym, żeby potrafiły napisać list...” – „List? Do kogo!?”... Od czasu, kiedy Claudie Fayein napisała swoją książkę, Jemen z królestwa przeobraził się w republikę. Dokonano wielu reform gospodarczych, wątpliwe jednak, czy w dziedzinie obyczajów tak mocno uzależnionych od religii możliwy jest postęp za życia jednego pokolenia. Obraz nakreślony przez lekarkę pozostaje zapewne w wielu rysach aktualny. Jeżeli od tej pory w niektórych żonach obudziła się chęć napisania listu – to już dobrze. List niechby nawet był do męża.

Maurice Cury, Krzesło w szczerym polu,

przekład Jerzego Pańskiego, Czytelnik, Warszawa 1967

Jest to krzesło staroświeckie, pretensjonalnie powyginane i wytartym pluszem obite. Po latach względnej świetności w mieszczańskim saloniku zawędrowało do trzeciorzędnego fotografa i zostało ustawione na tle wiejskiego pejzażu wymalowanego na płótnie. Oparty o to krzesło stoi bohater powieści i spogląda z fotografii na swoją żonę, która kłamie, że była u krawcowej, i na samego siebie, który udaje, że w to wierzy. Historia w literaturze zasłużona, ale i bardzo wysłużona. Trochę jak to krzesełko z fotografii. Żona ma kochanka, z którym spotyka się każdego popołudnia. Mąż nie zastrzeli ani jej, ani jego, natomiast dokona zbrodni doskonałej, tak doskonałej, że nawet jego ofiary nie będą do końca pewne, czy nie uległy własnemu złudzeniu. Ironia autora ratuje tu sytuację. Nie całkiem jednak. Gdyby ta powieść została napisana w czasach Emmy Bovary, psychologiczna celność szatańskiej intrygi nie budziłaby zastrzeżeń. Pułapka, w jaką wpadają kochankowie, byłaby obyczajowo prawdopodobna. Dziś to tylko literacki koncept, który do sprawnego funkcjonowania wymaga postaci o naiwności raczej nienormalnej i bierności wyższej niż przeciętna. Jeśli przyjmiemy tę poprawkę, przeczytamy książkę z przejęciem, co będzie zasługą autorskiego talentu. Gadatliwością skażonego tu i ówdzie.

Weselin Chanczew, Ballada o człowieku,

wybór Janiny Brzostowskiej,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Seria zagranicznych liryków XX wieku, w której ukazał się wyborek wierszy bułgarskiego poety Weselina Chanczewa, liczy już kilkadziesiąt pozycji. Są to przeważnie pierwsze książkowe prezentacje poetów znanych dotąd co najwyżej z antologii. Zaplanowana chudość poszczególnej książeczki zmusza redaktora do wstępu złożonego z kilku dat i tytułów oraz paru okrągłych zdań o humanizmie twórcy. Czasem – jak np. w wypadku Chanczewa – nie wiadomo nawet, z jakiego okresu pochodzą zamieszczone wiersze. Domyślić się tylko należy, że raczej z ostatniego. Zapewne wiersze powinny mówić same za siebie, ale okazja do jak najlepszego przedstawienia gościa została stracona. Wybór obejmuje 30 krótkich utworów lirycznych w przekładach 11 tłumaczy. Ideałem jest oczywiście zawsze jeden tłumacz, który by poznał znakomicie całą twórczość poety, i wybrał sobie do miłej roboty wiersze osobiście mu najbliższe. Kiedy widzimy aż 11 tłumaczy, jasne jest, że zbiorek powstawał inaczej, że mianowicie redaktor wiersze wybierał, a potem po dwa lub trzy rozsyłał do rozmaitych poetów. Piszę, bom smutna i sama pełna winy, jako że biorę czasem udział w podobnych akcjach przekładowych. Czuję się wówczas trochę nie w porządku wobec poety, którego znam zbyt mało, i wobec siebie, którą znam aż za dobrze i wiem, że jako czytelniczka takich wyborów nie lubię. Jakże uwierzyć w obraz poety, który w tak drobnych okruchach luster się odbija? To samo co o zbiorku Chanczewa mogłabym powiedzieć o zbiorku Mykoły Bażana czy Petera Huchela: przeczytałam, i zamiast dumać o poecie, myślę o tym jednym jedynym tłumaczu, którego nie znalazł.

Ernle Bradford, Wędrówki z Homerem,

przekład z angielskiego Eddy Werfel,

Iskry, Warszawa 1967

Ernle Bradford pragnie oczyścić czcigodnego Homera z zarzutu, że na morzu się nie znał i o sztuce żeglowania miał mętne pojęcie. Ostro zabiera się do tego dzieła, pływa po Morzu Śródziemnym, ustala i uściśla, gdzie mogła mieszkać Kirke, a gdzie Kalypso, gdzie Cyklopi, a gdzie Feakowie, szuka zatok zgodnych z Homerowymi opisami, wystawia twarz na te same wiatry, które niegdyś rozwiewać miały rudą brodę Odyseusza. Wszystko mu się zgadza – zgadza aż do przesady. W miarę lektury Homer zmienia się w wilka morskiego, a jego Odyseja w dziennik okrętowy. To, że Homer spisywał legendę co najmniej w czterysta lat po wypadkach, które ją zrodziły, nie przeszkadza zapalonemu badaczowi. Pragnie on dowieść ponad wszelką (swoją) wątpliwość, że morskie przygody Odyseusza zostały oddane z oszałamiającym realizmem, a jeśli już gdzieś licentia poetica dojść do głosu musiała, to chyba tylko na lądzie... Nie śmiem wypowiadać sądu o wartości naukowej dociekań Bradforda, pozwolę sobie tylko wtrącić, że kto bardzo mocno chce znaleźć Wyspę Syren, ten ją znajdzie. Autor Wędrówek z Homerem nawet tajemniczy śpiew ułowił w powietrzu. Czym dał dowód nie tyle realizmu Homera, ile własnej nadwrażliwości. Szanując ludzi nadwrażliwych, wybaczmy autorowi dosyć laicką znajomość mitologii oraz niejakiego Cavafy, „dawnego poety aleksandryjskiego”, o którym skądinąd wiedzieć warto, że to Kawafis, nie taki znowu dawny.

Gilgamesz, epos babiloński i asyryjski ze szczątków odczytany i uzupełniony pieśniami szumeryjskimi przez Roberta Stillera, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Gilgamesz, jak przystało na bohatera najstarszego ze znanych nam eposów, jest w dwóch trzecich bogiem, a tylko w jednej trzeciej człowiekiem. Od bogów ma siłę, wspaniałość postaci i królewskie pierwszeństwo między ludźmi. Ale starczy niewielka z pozoru domieszka człowieczeństwa, żeby jego siła doznawała lęku przed inną siłą, jego pierwszeństwo czuło się osamotnione i pragnęło godnego siebie towarzysza, a uroda wiedziała, że rozsypie się w proch. Boskość jego natury okazuje się krucha i niepewna. Autorzy poematu oddają jej co prawda należną cześć w licznych uroczystych apostrofach, jednak tam, gdzie przyjdzie im opisać czyny Gilgameszowe z bliska, przedstawić bieg jego myśli i zajrzeć w głąb serca, będą mówić o człowieku tylko, człowieku śmiertelnym, wiecznie nie pogodzonym ze swoim losem. Tak więc powieść o niezwykłych dziejach niezwykłej istoty przeobraża się prawem artystycznej konieczności w poemat o przyjaźni i śmierci, o nadziei i rozpaczy ludzkiego żywota, wzruszający nie tylko dlatego, że z tak zawrotnej przepaści czasu go wydobyto. Są w nim sekwencje, których wcale nie potrzeba objaśniać odmiennością czy pierwotnością ówczesnej kultury. Kiedy nierządnica Szamchat obłaskawia dzikiego Enkidu, kiedy matka Gilgamesza modli się o powrót syna z wojennej wyprawy, kiedy Gilgamesz opłakuje zgon umiłowanego przyjaciela – ani przez chwilę nie odnoszę wrażenia, że sytuacje te mogły być opisane lepiej czy inaczej. Opowieścią, której poszczególne wątki sięgają pięciu tysięcy lat wstecz, rozpoczyna się pierwszy rozdział światowej epiki. Rozpoczyna się tak dobrze, że tylko niektórzy Homerowie wyżej sięgnęli, głębiej zeszli. Poemat nie zachował się w całości. Dzięki Robertowi Stillerowi może jednak za całość uchodzić. Oprócz przekładu tłumacz dokonał samodzielnej pracy kompozycyjnej i uzupełnił luki poematu tymi fragmentami szumeryjskich pieśni, które „uszły cało” w głębokich warstwach mezopotamskiej gliny.

Oskar Kolberg, Przysłowia, tom 60 Dzieł wszystkich, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Warszawa – Kraków 1967

Książki tej osobno kupić nie można. Trzeba było zaprenumerować całość pism Kolberga, zaplanowaną na ponad sześćdziesiąt opasłych tomów. Takiej prywatnej inwestycji nasze skąpe normy mieszkaniowe nie przewidziały. Tom Przysłów wydano z pozostawionych przez Kolberga brulionów, w których prócz materiałów przez niego samego zebranych znalazły się przysłowia gromadzone przez wielu innych badaczy folkloru z Józefem Konopką na czele. Redaktor Stanisław Świrko miał dużo zachodu z opracowaniem i złożeniem w jeden przejrzysty tom tak różnorodnych zapisków. Otrzymaliśmy książkę, która zawiera 15 540 przysłów i zwrotów przysłowiowych. Liczba piękna, ale nie wstrząsająca, skoro Księga przysłów Samuela Adalberga była cztery razy bogatsza, a zapowiedziana i bardzo już oczekiwana Nowa księga przysłów polskich pod redakcją Juliana Krzyżanowskiego zgromadzi ich dziesięć razy więcej. Świadomość tak znacznych przewag nie powinna nam jednak zamącić przyjemności przy lekturze Kolbergowskiego zbioru. Przysłowia zgrupowane zostały pod hasłami. Rekordową ilość zebrał Bóg (151 przysłów) i Pan (112). Koń zajmuje trzecie miejsce po Bogu. 104 przysłowia! Filozof ma tylko jedno... Gdybym uważała (choć nie uważam), że przysłowia są mądrością narodów, musiałabym zaszlochać.

Peggy Miller, Żona dla pretendenta,

przekład z angielskiego Anny Przedpełskiej-

-Trzeciakowskiej, przedmowa Adama Kerstena,

Czytelnik, Warszawa 1968

Pretendentem zwano Jakuba Edwarda Stuarta, syna zdetronizowanego Jakuba II. Nigdy już nie miał zasiąść na tronie angielskim, choć całe życie do tego dążył. Mając 27 lat, zakochał się per pro­cura w Marii Klementynie Sobieskiej, wnuczce Jana III. Między narzeczonymi rozgorzała miłość zaoczna, na wiele niebezpieczeństw narażona, ponieważ aktualny król angielski życzył pretendentowi śmierci w kawalerskim stanie. Mała Sobieska w drodze do swego oblubieńca została uwięziona przez austriackiego cesarza. Musiała zdecydować się na romantyczną ucieczkę z aresztu i wielkiego hartu ducha wymagającą przeprawę przez Alpy. Pretendent czekał na nią w Rzymie, pełen niepokoju, to prawda, ale czy mógł przewidzieć, z jak strasznych opałów księżniczka wychodzić musi? Dość powiedzieć, że pewnego razu kolasa z Klementynką przewróciła się do górskiego potoku. Dzisiaj taka przygoda wydaje się błaha, ale pamiętajmy, że były to czasy, kiedy kontakt z wodą uważano za ostateczność. Człowiek dwa razy tylko myty był od stóp do głów: po urodzeniu i po śmierci. Opowieść Peggy Miller nie ma nic wspólnego z fikcją literacką – wszystkie fakty, a nawet styl opisów pochodzą z wiarygodnych źródeł. Wyskoki fantazji zdarzają się autorce rzadko, ot na przykład, kiedy dworzaninowi Jakuba Sobieskiego, Michałowi Szymborskiemu, przyznaje tytuł hrabiowski. Książkę warto czytać przed zaśnięciem. Jest dość ciekawa, żeby oderwać myśl od utrapień teraźniejszości, i wystarczająco nasenna, żeby wypaść z rąk w stosownej chwili.

Andrzej Jakimowicz, Zachód a sztuka Wschodu,

Biblioteka Omegi, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1967

Na jednej z ilustracji obejrzeć sobie możemy posążek ślicznej indyjskiej boginki, który wydobyto spod popiołów Pompei. Wędrówka tej rzeźby z Indii na Półwysep Apeniński obfitowała z pewnością w więcej przygód niż dzieje głowy Niobe wymyślone przez Gałczyńskiego. Dla starożytnego Rzymu Indie leżały na kresach ziemi. Czy egzotyczna boginka wydawała się Rzymianom piękna? Chyba tak. Ich kolekcjonerstwo rozkwitało na kompleksie kulturalnej niższości. Kompleks ten różnił ich nieco od innych podbójców świata. Podboje łączą się zazwyczaj z pogardą dla sztuki narodów pokonanych. Cortez bez skrupułów przetapiał w sztaby bezcenne przedmioty rzeźbione w złocie. Znana jest furia, z jaką wyznawcy Proroka niszczyli freski i posągi. Sztuka hinduska wydawała się Anglikom monstrualna zrazu. W rzeźbie murzyńskiej bardzo długo widziano tylko niezdarne próby, pozbawione wszelkiej wewnętrznej harmonii. Daleko lepiej działo się wówczas, kiedy kultury przenikały się drogą hand­lowej osmozy. Tak właśnie zawędrowała do Europy chińska porcelana, wywołując w XVIII wieku wielką modę na chińszczyznę. W ten też sposób drzeworyt japoński pobudził secesję. Andrzej Jakimowicz omawia w swojej szczupłej książce tylko najbardziej charakterystyczne fakty z zakresu wzajemnych wpływów kulturalnych Wschodu i Zachodu. Ściślej – mowa tu o wymianie idei plastycznych. Inspiracje literackie zostały zaledwie wspomniane – o muzyce ani słówka. Ale to już musiałaby być książka zupełnie inna, bo gruba.

Wacław Gołębowicz, Uczeni w anegdocie, wydanie drugie, Wiedza Powszechna, Warszawa 1968

Anegdoty o wielkich ludziach są lekturą krzepiącą. No cóż – myśli sobie czytelnik – nie odkryłem co prawda chloroformu, ale też nie byłem jak Liebig najgorszym uczniem w szkole. Owszem, nie wynalazłem salwarsanu, ale przynajmniej nie jestem tak roztarg­niony jak Ehrlich, który sam do siebie pisywał listy. W kwestii pierwiastków Mendelejew z pewnością nade mną góruje, natomiast w kwestii owłosienia jestem stanowczo od niego schludniejszy i bardziej umiarkowany. I czy kiedykolwiek jak Pasteur zapomniałem zjawić się na własnym ślubie? Albo jak Laplace zamykam cukierniczkę na klucz przed własną żoną? Doprawdy, czujemy się odrobinę od nich wszystkich roztropniejsi, lepiej wychowani i może nawet bardziej wielkoduszni na co dzień. Ponadto, z perspektywy czasu wiemy już, który uczony miał słuszność, a który mylił się sromotnie. Jakże dziś nieszkodliwy wydaje się nam taki np. Pettenhoffer! Był to lekarz, który gwałtownie zwalczał naukę o chorobotwórczym działaniu bakterii. Kiedy Koch odkrył przecinkowce cholery, Pettenhoffer połknął na publicznym pokazie całą probówkę tych niemiłych zarazków, chcąc udowodnić, że bakteriolodzy z Kochem na czele są niebezpiecznymi mitomanami. Szczególnego blasku tej anegdocie przydaje fakt, że Pettenhofferowi nic się nie stało. Pozostał zdrów i już do końca życia obnosił szyderczo swoją rację. Dlaczego nie zachorował, to dla medycyny tajemnica. Dla psychologii nie. Zdarzają się przecież ludzie o wyjątkowo silnej odporności na fakty oczywiste. O jak słodko i zaszczytnie nie być Pettenhofferem!

Maurycy Beniowski, Pamiętniki – fragment konfederacki, opracowanie Leszka Kukulskiego i Stanisława Makowskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Jest to wstępny rozdział autobiografii Beniowskiego, po raz pierwszy rzetelnie przetłumaczony z francuskiego oryginału. W rozdziale tym autor pisze o swojej młodości i udziale w walkach konfederacji barskiej. Tekst nieduży – w każdym razie komentarz Stanisława Makowskiego łącznie ze wstępem i aneksem jest od niego trzykrotnie obszerniejszy. Czyżbyśmy mieli do czynienia z tak wyborną perłą literatury pamiętnikarskiej, że tomy o niej pisać warto? Bynajmniej. Sprawiedliwe (w tym wypadku) niebiosa, obdarzywszy Beniowskiego talentem życiowym, odmówiły mu literackiego. Przyczyną rozrośniętego komentarza jest dalekie od przeciętności blagierstwo autora. Co nałgał w jednym zdaniu, trzeba w przynajmniej trzech odełgiwać. Co przezornie przemilczał, dopowiedzieć. Nie urodził się ani hrabią, ani w zamku. Dodał sobie lat, żeby uchodzić za uczestnika wojny siedmioletniej. Pisząc o konfederacji, wiele wyczynów bojowych Kazimierza Pułaskiego ofiarnie wziął na siebie. Co rusz podwajał liczbę nieprzyjaciół i własne przy okazji męstwo. Teść jego, zacny rzeźnik (zapewne niekontent z zięcia lekkoducha) awansował na szlacheckiego dostojnika. Kłamstwo nie ma wcale krótkich nóg. Jest chyże jak gazela. To właśnie prawda wlecze się za nim na żółwich nóżkach, wraz ze swoimi dokumentami, sprostowaniami, uściśleniami. Jeśli ma jakieś szanse zwycięstwa, to tylko dzięki długowieczności. Ale nim jeszcze zacznie tryumfować, widzi ze zgorszeniem, że ofiara jej pościgu uwiła już sobie chwalebną nieśmiertelność w poemacie ­wielkiego poety. I co jej zrobić?

Samuel Sandler, Indiańska przygoda Henryka Sienkiewicza, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967

Sienkiewiczoznawca Samuel Sandler zajął się tym razem indiańskimi motywami w twórczości Sienkiewicza, szczególnie zaś najwybitniejszym z tej grupy utworem, Sachemem. Nowela ta, opisująca z melancholijną ironią ostatni akt tragedii Indian w Stanach Zjednoczonych, zawiera przejrzyste ostrzeżenie pod adresem Polaków wypieranych przez „pruskie rugi” z rodzinnej ziemi. Czy paralela: Polacy – Indianie była własnym pomysłem Sienkiewicza? Nie; zrodziła się kilkanaście lat wcześniej pod piórem zapomnianego już dziś publicysty Ludwika Powidaja. Jego esej Polacy i Indianie ogłoszony w rok po powstaniu styczniowym we lwowskim „Dzienniku Literackim” wywołał wówczas burzliwą polemikę, której echa nie milkły długo. Ba, nawet Norwid zza oceanu włączył się do niej wierszem pt. Praca. Nie ma bezspornego dowodu, że Sienkiewicz ów esej czytał. Okoliczności wymienione przez Sandlera wykazują jednak, że jest to więcej niż możliwe. Tym bardziej że nie była to jedyna nić wiążąca wielkiego epika ze skromnym publicystą. Miał Ludwik Powidaj specjalne zamiłowanie do wieku XVII, pisywał szkice historyczne o kozaczyźnie i wojnach szwedzkich, co chyba nie mogło ujść uwagi przyszłego autora Trylogii. Chyba: bo znowu niezbitego dowodu brak. Pozostaje tylko prawdopodobieństwo, intelektualnie zawsze płodniejsze od pewności. Pewność dawno by już zapędziła Powidaja w odnośniki do Sienkiewiczowskich pism – prawdopodobieństwo natomiast uczciło go wartościową książeczką, która roi się od słusznie przypomnianych szczegółów z ówczesnego życia umysłowego. I to on, Powidaj, jest jej cichym bohaterem.

Ian Oswald, Sen, z serii Omegi,

przekład Bogdana Kamińskiego,

Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1968

Sen ma kolosalną przyszłość. W ostatnich czasach badania natury snu nabrały wielkiego rozmachu, prawie się już wyodrębniając w nową gałąź wiedzy medycznej. Ciekawe przecież, w jaki sposób mija nam jedna trzecia niezbyt długiego żywota. Może w dalekiej perspektywie uda się uczonym skrócić nasz conocny spoczynek, a tym samym przedłużyć życie na jawie? O ile naturalnie jawa będzie tego godna. W bliższym terminie wyświetlenie tajemnic snu pomoże w walce z bezsennością, paskudnym przejawem cywilizacji. Sarmacka recepta: „Kto w nocy spać nie może, kup sobie dłużnika łoże” nie wydaje się dziś wystarczająca. Angielski lekarz, Ian Oswald, kieruje obecnie katedrą psychologii medycznej w Australii. Książka jego jest przystępna dla laickiego umysłu, ale czuje się, że stworzył ją specjalista, a nie zawodowy popularyzator, który wczoraj pisał o elektronach, dziś o śnie, jutro o fokach. Autor traktuje sen jako fizjologiczno-psychiczną całość. Nic więc dziwnego, że o psychoanalitykach napomyka z przekąsem. Ich obserwacje są zbyt jednostronne, a wnioski nieprzemyślane na tle całokształtu wiedzy medycznej. Przekąs Oswalda nie jest jednak pozbawiony uznania. Z całkowitym natomiast sceptycyzmem odnosi się angielski somnolog do modnej dziś nauki przez sen np. obcych języków. Istotnie, próby trwają już od dobrych paru lat i najwyższy byłby czas, żeby się objawili światu absolwenci tych sennych kursów. Ale o tym jakoś głucho.

Leopold Pawłowski, Dochotoro znaczy lekarz,

Czytelnik, Warszawa 1968

Czytałam niedawno bardzo ciekawą książkę lekarki Claudie ­Fayein o Jemenie. Nabrałam naiwnego przekonania, że każdy lekarz będzie równie bystrym obserwatorem życia w obcym kraju i równie barwnie to opowie. Prędzej czy później musiałam się rozczarować. Nie wszyscy lekarze, nim jeszcze wyruszą w daleki świat, chodzą na wykłady Lévi-Straussa na Sorbonie. Claudie Fayein chodziła. Książka jej powstała ze szczęśliwego skrzyżowania praktyki lekarskiej z zainteresowaniami etnograficznymi.

Leo­pold Pawłowski wyjechał do Mali jako lekarz, który w chwilach wytchnienia od swojej bardzo ciężkiej pracy lubi sobie zapolo­wać na lwy. Też hobby, tylko że mniej dla czytelnika pożywne. Nie znaczy to, żeby książka jego była zupełnie pozbawiona obserwacyjnego materiału. Republika Mali jest dla nas krajem zbyt egzotycznym, żeby bodaj o klimacie nie dało się powiedzieć kilku wstrząsających słów. Parę scen pozostanie nawet w pamięci. Np. odwożenie żony do szpitala: drogą kroczy osiołek, na osiołku siedzi troskliwy mąż, a obok drepce chora żona z dzieckiem na plecach i koszem na głowie. Jedynym pocieszającym wyrazem w tym opisie jest „szpital”. Bo Mali to państwo młode, niepodległe od zaledwie ośmiu lat.

F.M. Esfandiary, Żebrak,

przekład z angielskiego Ryszardy Grzybowskiej,

Czytelnik, Warszawa 1967

F.M. Esfandiary (jakie imiona kryją się pod inicjałami, pozostanie tajemnicą tłumaczki i wydawnictwa) jest z pochodzenia Irańczykiem. Pisze w języku ojczystym i angielskim. To znaczy – może pisał, bo kiedy się urodził i czy jeszcze żyje, nie wiadomo. Na wszelki wypadek życzę mu wszystkiego najlepszego. Jego Żebrak jest opowiadaniem znakomitym, już choćby dla swojej wyrafinowanej prostoty i delikatnego humoru (nie mówiąc nawet o takich drobiazgach jak wrażliwość na cudzą niedolę). Tytułowym bohaterem jest nędzarz kaleka, który sam żyjąc z żebraniny, musi pewnego dnia uzbierać wielką sumę pieniędzy na ofiarę dla... biednych. Paradoksu tego ani myślę wyjaśniać, nie piszę tutaj bryka, tylko zachęcam do czytania. Nie powiem nawet, jak się historia kończy. Przestrzegam jednak, że humor, o którym wspomniałam, jest tylko światłem wydobywającym z ciemności obraz. Obraz może być okrutny. A im jaśniej oświetlony, tym bardziej nie do zapomnienia.

Rafa trzech szkieletów, opowiadania przygodowe w wyborze Jerzego Rosa, Iskry, Warszawa 1967

Ambitna literatura straszy nas ludźmi. Mniej ambitna, wagonową zwana, straszy jeszcze zwierzętami. Oto jadowity wąż na okręcie wymyka się z klatki i diabli wiedzą z jakiego zakamarka i na kogo wypełznie. Oto szczury z opuszczonego okrętu atakują trzech ludzi skrytych w latarni morskiej. Oto inwazja żarłocznych mrówek na plantację. Oto mały chłopiec walczy z olbrzymim orłem. Oto ptactwo ogarnięte niezbadanym szaleństwem atakuje ludzi – może ludzkość całą... Ostatnia z wymienionych nowel posłużyła Hitchcockowi jako scenariusz do słynnego filmu. O historyjkach tego typu nikt recenzji nie pisze, a nazwiska ich autorów nie mają żadnego obiegu w dyskusjach literackich. Kiedyś tym gatunkiem nie gardzili (przynajmniej od czasu do czasu) nawet najznakomitsi pisarze, ale minęło to wraz z wiekiem XIX. Po doświadczeniach pierwszej i drugiej wojny światowej niedobre szczury zostały zdystansowane. W porównaniu z możliwościami bomby wodorowej stare kaprysy przyrody wydają się swojskie. Po obejrzeniu Ptaków Hitchcocka miałam ochotę kupić sobie papużkę. Ani przez chwilę nie uległam wrażeniu, że z jej strony grozić mi może jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Tak więc Rafa trzech szkieletów jest lekturą kojącą nerwy. Niepotrzebnie tylko znalazła się w zbiorku autentyczna relacja rozbitka ze zbombardowanego okrętu. W tym jednym wypadku powiało grozą prawdziwą. Świadomość, że nie robaczki świętojańskie wysadzają okręty w powietrze, psuje miłą zabawę.

Zofia Tołstojowa, Pamiętniki,

wybór i przekład z rosyjskiego Marii Leśniewskiej, przedmowa i przypisy Wiktora Jakubowskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1968

Zofia Tołstojowa miała zaszczyt i nieszczęście być żoną geniusza. Takiej sytuacji sprostałaby może z trudem jakaś trusia. Tymczasem Zofia obciążona była przez naturę nadmiarem sił witalnych, których nadwątlić nie zdołało ani trzynastokrotne macierzyństwo, ani bezterminowa rola sekretarki męża (siedmiokrotne przepisywanie Wojny i pokoju itp.), ani zarząd majątkiem i domem. A trzeba pamiętać, że przez Jasną Polanę przewijały się bez przesady setki gości rocznie. Bywali oni, chcąc czy nie chcąc, świadkami narastającego konfliktu małżeńskiego, po czym rozwozili świeże plotki po Rosji i świecie. Konflikt istotnie był ciężki: fizyczny, psychiczny i ideowy. Oboje małżonkowie rozgrywali go z miłą dla cudzego oka i ucha ostentacją. Pamiętać też warto, że do pisarza pielgrzymowali nie tylko sami mędrcy i święci, ale rozmaitego autoramentu pieczeniarze, męczennicy na pokaz i kombinatorzy. Całe to bractwo snuło się za mistrzem z notesami, z góry planując sensacyjne o nim wspomnienia pośmiertne. Okazująca im niechęć Tołstojowa podejrzewała nie bez racji, że uwiecznią ją jako Ksantypę, co z kolei wzmagało jej agresywność wobec męża i jego satelitów. Dzienniki jej (niesłusznie w przekładzie zatytułowane pamiętnikami) początkowo służyły zwykłej potrzebie wyżalenia się, potem zaś, coraz bardziej, samoobronie w oczach potomności. Potomność to między innymi my, dzisiejsi czytelnicy tej obolałej spowiedzi. Wysłuchajmy jej z należną litością, grozą, a nawet śmiechem pustym – ale i na tym koniec. Dociekanie, kto z dwojga małżonków był więcej winien nieszczęśliwego pożycia, zalatuje zaświatowym wścibstwem. Miałoby ono może jakiś sens, gdyby dało się udowodnić, jakie dzieło w tych nerwowych warunkach nie powstało. Znamy tylko te, które powstały jednak. Wystarczą chyba, żebyśmy mogli myśleć o żonie Tołstoja jako o nie najgorszej (choć trochę zbyt długo żyjącej) towarzyszce łoża, stołu i pracy.

Charles Chaplin, Moja autobiografia,

przekład z angielskiego Bronisława Zielińskiego, Czytelnik, Warszawa 1967

„W jaki sposób uzyskuje się pomysły? Przez czystą wytrwałość posuniętą do obłędu. Trzeba mieć zdolność znoszenia udręki i zachowywania entuzjazmu przez długi okres czasu. Może dla jednych jest to łatwiejsze niż dla innych, ale wątpię”. – To wyznanie Chaplina należy do rzadkości w jego autobiografii. Opisując niezwykłą przygodę swojego życia, o samej pracy mówi stosunkowo niewiele, a o tzw. męce twórczej tylko to, co powyżej: krótko i węzłowato. Przyzwyczajeni dziś do zawiłych i wylewnych wynurzeń Antonioniego czy Godarda, jesteśmy skłonni ulec złudzeniu, że powściągliwość Chaplina wynika z mniejszej artystycznej samowiedzy. A może miał szczęśliwsze usposobienie? Może świat był prostszy? Może łatwiej było robić dobre filmy? Przyjmuję jednak, że artysta nie ma nigdy w swojej naturze nadmiaru niefrasobliwości, świat nigdy nie jest prosty, a zrobić dobrą rzecz to zawsze wielka sztuka. Co tu się zmieniło, to chyba sposób bycia. Chaplin jest twórcą starej daty, kiedy heroizowanie samego wysiłku nie było jeszcze w modzie. Liczył się tylko efekt, dzieło dokonane. Małomówność Chaplina na temat bólów porodowych imponuje mi bardzo. O wiele bardziej niż wszystko, czym świadomie chce czytelnikowi zaimponować. Bo owszem, do ludzi skromnych nie należy. Z dumą i radosnym snobizmem opowiada historię swojego zawrotnego sukcesu. Wie, że nie ma tak małej encyklopedii, w której brakłoby miejsca na jego nazwisko. Wie, że polityczna nagonka, która zmusiła go do opuszczenia Stanów, zaszczytu temu krajowi nie przyniosła. Bezustannie stara się skupić uwagę czytelnika na zewnętrznych faktach życia. Dopowiedzenie reszty pozostawia swoim starym filmom, na których po dziś dzień publiczność śmieje się i płacze.

Bajka ludowa w dawnej Polsce,

wybór i opracowanie Heleny Kapełuś,

słowo wstępne Juliana Krzyżanowskiego,

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968

Spisywanie bajek ludowych zaczęło się na dobre dopiero w XIX wieku i trwa jeszcze, usprawnione dziś nagraniami magnetofonowymi. Czeka nas piękna seria książek, w których upowszechnione i usystematyzowane zostaną plony gorliwych zbieraczy: bajki mazowieckie, lubelskie, beskidzkie, kaszubskie itp. Tom niniejszy serię tę otwiera, rzucając nieco światła na wieki poprzednie, kiedy jeszcze nikt bajki ludowej nie zapisywał na żywo, czyli w formie i gwarze regionu. Jeśli zapisywano je, to innymi słowami, przerabiając wedle własnego smaku albo dla potrzeb morału. Dochowane przekazy noszą więc słabsze lub mocniejsze ślady obróbki literackiej i nie są ludowe we właściwym znaczeniu tego słowa. Krótko mówiąc, serię polskich bajek ludowych otwiera tom najbardziej dyskusyjny. Napisałam „polskich”, choć to wcale nie znaczy, że wątki ich powstały akurat na terenie ziem polskich. Fabuły wędrują. Da się ustalić, skąd przyszły, trudniej określić, skąd pochodzą. Jeśli przyszły np. z Włoch, to we Włoszech przetrwały jako spadek po Rzymie, a do Rzymu trafiły z Grecji, a do Grecji z Persji, a do Persji z Indii, dajmy na to. Im dalej wstecz, tym bardziej początku nie widać. Zupełnie dobrze się bawię, myśląc o tym. Nie kraje mi się serce, kiedy bajka o arcypolskich realiach okazuje się importem z wojen krzyżowych, a król przekwalifikowanym sułtanem. No cóż, wędrujcie sobie bajki, przekraczajcie wszystkie granice, żyjcie przynajmniej wy na jednym wspólnym świecie, skoro ludzie jeszcze tak żyć nie chcą, nie potrafią, nie mogą.

Petroniusz, Satyryki,

przekład z łaciny i opracowanie Mieczysława Brożka, Biblioteka Narodowa, Ossolineum, Wrocław 1968

Ta starożytna powieść (prawdopodobnie za czasów Nerona i przez „tego” Petroniusza napisana) zachowała się tylko we fragmentach, przy czym ciężko się nawet domyślić, jakiej rozpiętości są niektóre luki. Jedno jest pewne: było to dzieło duże – ponad 16 ksiąg liczące i przygód pełne – erotycznych co prawda, ale dość monotonnych. Po raz pierwszy otrzymujemy polski przekład fragmentów wszystkich. Do tej pory tłumaczono tylko jeden, zwany Ucztą u Trymalchiona, odkładając resztę ze względów pruderyjnych na czasy mniej wstydliwe, czyli, jak się okazuje, obecne. Teraz wreszcie czytelnik może się przekonać, że fragment z ucztą słusznie cieszył się szczególną popularnością – jest stanowczo artystycznie najlepszy, a jego humor wyższej próby niż we fragmentach pozostałych. Nie mogę nawet pozbyć się wrażenia, że napisała go jakaś inna starożytna ręka, a jeśli nawet nie napisała, to przerobiła, dodając ironicznego blasku. Filologowie nie biorą jednak tej ewentualności pod uwagę. Widocznie mają mocne dowody na jednoosobowe autorstwo powieści. Milknę więc. A zresztą czy wypada grymasić przy tekście sprzed dwóch tysięcy lat? Wytykać mu gdzieniegdzie płaskość dowcipu? Humor jest najdelikatniejszą emanacją obyczaju epoki, a tym samym najmniej trwałą. Utwór Petroniusza był na pewno bardzo komiczny, roiło się w nim od zrozumiałych dla ogółu aluzji. Dzisiaj aluzje próbuje się ożywić w odsyłaczach, ale to już nic innego jak udko martwej żaby poruszane elektrycznością. Ponadto powieść musiała być ogromnie zabawna językowo. Bohaterowie jej, przeważnie wyzwoleńcy, mówili językiem ulicy, jakże dalekim od retorycznych norm. Musiały śmieszyć świadomie przez autora wprowadzane błędy gramatyczne i logiczne. Przekład tego wszystkiego jest trudny, a kiedy tłumacza krępuje obowiązek filologicznej ścis­łości, to i niewdzięczny w ostatecznym rezultacie. Tak czy owak Satyryki długo w księgarniach nie poleżą. Entuzjastom happeningu zwracam uwagę, że znajdą w Trymalchionie swojego patrona. Jego uczta to przecież jeden wielki happening, tyle że kosztowniejszy niż te u Kantora.

Miguel de Cervantes Saavedra, Intermedia,

przekład z hiszpańskiego i posłowie Zofii Szleyen, ilustracje Józefa Wilkonia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1967

Ilość sztuk napisanych przez Cervantesa nie jest tak przygnębiająca jak w wypadku Lope de Vegi. Różnie też w różnych epokach były cenione. Romantycy widzieli w Numancji arcydzieło tragediopisarstwa. Dziś grywa się raczej jego komedie, a już najchętniej intermedia właśnie. Dają one śliczne pole dla pomysłowości inscenizacyjnej, zawierają element niewymuszonej zabawy, jest w nich taniec, muzyka i śpiew. Aż wierzyć się nie chce, że te wesołe sceniczne obrazki powstawały w więzieniu. Ale przy Cervantesie niczemu dziwić się nie należy: pierwsza część Don Kichota urodziła się także pod kluczem. Wielu współczesnych dużo by dało, żeby choć z daleka zobaczyć, jak wygląda największy pisarz Hiszpanii. Strażnik więzienny miał ten widok za darmo i zapewne nie czuł specjalnej emocji. Również cenzor madrycki, markiz de Torres, zdziwił się bardzo, kiedy jacyś nobliwi Francuzi wyrazili gorącą chęć poznania prześwietnego don Miguela. Kogo, tego głodomora, obieżyświata, kalekę bez ręki? Czyżby nie było nic godniejszego widzenia w królestwie Hiszpanii? Szkoda że Cervantes nie usłyszał tej historyjki. Powstałoby jeszcze jedno intermedium, może na miarę najlepszego w całym zbiorku Teatru cudów. Sztuczka ta, jak twierdzą badacze, ma grunt autobiograficzny. Jest szyderczą repliką na badanie czystości rasowej, jakiemu został poddany autor na końcowym etapie swojej kariery poborcy podatkowego. Biedny Cervantes. Nie osiągnął w życiu nic prócz wieczności.

Janina Pudełek, Warszawski balet romantyczny – 1802–1866, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1968

Bohaterką baletu epoki romantycznej była sylfida, istotka nadprzyrodzona i skrzydlata, uwodzicielka niebacznych młodzieńców. Tańczono tę postać na czubkach palców, czyli sposobem praktykowanym do tej pory tylko przez akrobatów. Scenariusz wymagał przecież, żeby sylfida oraz jej towarzyszki ledwie dotykały ziemi, a nawet czasem fruwały w powietrzu albo znikały sprzed oczu. Do fruwania i znikania służyły flugi i zapadnie. Publiczność zamierała z wrażenia, obserwując przeloty pań kilka metrów nad powierzchnią wzburzonego jeziora, spod której wyłaniało się czasem pyzate oblicze chłopca najętego do poruszania ową płachtą odmętów. Było wspaniale, kiedy maszyneria działała sprawnie i dyskretnie. Było równie wspaniale, kiedy się zacinała, demaskując całą teatralną złudę. Dziś technika sceniczna funkcjonuje sto razy sprawniej i widz z góry wie, że na niespodzianki z tej strony liczyć nie warto. W perfekcji jednak czai się nuda. Pamiętamy tylko bardzo dobre i bardzo złe widowiska. Dla średnich, których zawsze najwięcej, jedyną szansą pozostania w pamięci byłby nieprzewidziany wpadunek, jakże dziś rzadki, niestety... Dedykuję to westchnienie wszystkim dyskutującym o kryzysie współczesnego teatru. Wracam jednak do sylfid. Jak wyglądały te zwiewne osóbki? Ze sztychów i fotografii wynika, że były to baletnice przysadkowate i nikczemnego, jak by powiedział Zagłoba, wzrostu. Ile więc talentu mieć musiały, żeby wywołać wrażenie niematerialności i wdzięku! Książka Janiny Pudełek pięknie i fachowo zarazem wtajemnicza nas w ten zapomniany świat warszawskiego baletu, w jego niezbyt łatwe dzieje, obyczaje, repertuar. Z repertuaru, dla przyjemności własnej i kilku jeszcze czytelników, wypisuję co smaczniejsze tytuły: Amarylla czyli Dziecię i małpa, Ciotka Urszula czyli daremna ostrożność, Divertissement azjatyckie, Koń czarnoksięski czyli Diabeł pod łóżkiem, Miłość każdemu wiekowi przyzwoita, Okropna chwila czyli Lauretta, Poliszynel upiorem, Schadzka na przedmieściu czyli więcej strachu niż bólu...

Ludwik Zajdler, Atlantyda, wydanie drugie, uzupełnione, Wiedza Powszechna, Warszawa 1968

Platon, jak wiadomo, nie lubił poetów. Twierdził, że robią zamęt. Proszę mi jednak pokazać bodaj jednego poetę, który wywołał tyle zamieszania co Platon swoimi wzmiankami o Atlantydzie. Dość powiedzieć, że o tej z pewnością wspaniałej, choć nie na pewno istniejącej wyspie napisano od czasów Platona 25 000 dzieł. Książka Ludwika Zajdlera stanowi miłą inaugurację 26. tysiąca. Szczególne nasilenie domysłów na temat intrygującego lądu datuje się od odkrycia Troi. Skoro bowiem istnienie Troi nie okazało się bajką, czemuż tylko bajką miałaby pozostać Atlantyda? Pytanie to odebrało zdrowy sen rzeszom mitografów, religioznawców, lingwistów, archeologów, historyków, antropologów, botaników, astronomów, zoologów, etnografów, geologów, geografów, chemików, meteorologów i fizyków. Z setek hipotez dotyczących położenia wyspy, a zwłaszcza czasu i rodzaju katastrofy, Zajdler wybrał i zreferował te, których prawdopodobieństwa dzisiejszy stan wiedzy wykluczyć nie może. Okazał przy tym humor i bezstronność. Dodatkowym jednak wdziękiem książki są jego własne obliczenia oparte na analizie zegarów egipskich. Dzięki temu możemy z ulgą mówić o polskim wkładzie w rozwój atlantydologii. Dziedzina ta ma przed sobą kawał chlubnej przyszłości, ponieważ nieprędko się zanosi na wyjaśnienie sprawy. Tymczasem badacze idą po rozmaitych tropach i już choćby mimochodem dokonują wielu ciekawych spostrzeżeń. Tak więc Atlantyda, wszystko jedno, czy była czy nie, bardzo się nam opłaca. I nie tylko naukowo. Także psychologicznie. Jest potrzebna jako ćwiczenie wyobraźni. Nie warto przecież żyć, marnując całą fantazję na tematy praktyczne.

Ewokacje, krótka antologia poezji Ameryki Iberyjskiej, wybór, przekład i opracowanie Jerzego Niemojowskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968

Biada antologiom, które silą się załatwić za dużo naraz. Nie załatwiają wtedy niczego. Czytelnik nasz ma bardzo niejasne pojęcie o współczesnej poezji w Ameryce Łacińskiej. I prawda, że poznać ją powinien, bo warta jest tego. Ale skoro warta, trzeba z nią delikatnie i pomalutku. W Ewokacjach na stu kilkudziesięciu stroniczkach zaprezentowano nam aż 76 poetów z aż 20 krajów. Na jednego poetę przypadło po jednym wierszyku (z wyjątkiem pięciu, których zaszczycono aż dwoma...). Żadnej więc hierarchii: czy poeta świetny czy mniej świetny, czy dorobek jego duży czy mniejszy. Tłumacz Jerzy Niemojowski zadał sobie godny szacunku, ale beznadziejny trud pokochania 76 poetów, nie czyniąc między nimi żadnej różnicy. Nie wierzę w istnienie tak obszernego serca, a już zwłaszcza u kogoś, kto sam jest poetą. Przypuszczam, że Niemojowski podziwia i naprawdę ceni trzech, no niechby czterech. Tych tylko powinien nam przedstawić w obszerniejszym wyborze. Byłaby to wprawdzie antologia niepełna, ale lepiej dla poezji zasłużona. Tylko to, co gruntowne, jest ciekawe – powiedział z właściwą sobie słusznością Tomasz Mann. Po lekturze katalogu, choćby to był katalog poetycki, pozostaje wrażenie zgiełku i pstrokacizny. Tłumacz powie, że nie chodziło mu o twórczość indywidualną, ale o obraz zbiorowej wyobraźni, kształtowanej przez zespół odmiennych tradycji i warunków lokalnych. Rozumiem. Pytanie jednak, w jaki sposób owa zbiorowa wyobraźnia lepiej się uwydatnia: przez ilość nazwisk? Myślę, że nie przez ilość.

Stanisław Szenic, Maria Kalergis, wydanie trzecie, uzupełnione, Państwowy Instytut Wydawniczy,

Warszawa 1968

Maria Kalergis była kobietą piękną, co w jej czasach znaczyło o wiele więcej niż dziś, bo zdarzało się rzadziej. Kiedy wyruszała w wojaż, na każdej stacji dyliżansu czekał już na nią nowiuteńki fortepian, sprowadzony przez jednego z oszalałych wielbicieli. Żeby sobie pograła, kiedy jej przyjdzie ochota... Adoratorów miała zatrzęsienie takie, że sam Stanisław Szenic rozeznać się w nich nie może. Czy np. młodzieńców, którzy obowiązkowo towarzyszyli jej do rozmaitych wód, zaliczyć do kategorii wielbicieli spoufalonych? Czy wiekowy stryj z Petersburga mieści się w szufladce uczuć familijnych? Co zrobić z Lisztem? Co z Wagnerem? Co z Mussetem? Otóż nic. Rzetelny monografista musi powstrzymać się od domysłów. Dowodów nie ma żadnych, że komukolwiek powiodło się tu lepiej niż Norwidowi. Ówczesne piękności wkładały tyleż wysiłku w ukrywanie tego, co było, ile dzisiejsze w udawanie, że jest więcej, niż jest. Nie wiem, co bardziej męczące. W ogóle była to hrabina tajemnicza. Kto rozstrzygnie np., czy jej pasje polityczne miały charakter prac zleconych czy wynikały z normalnego zaciekawienia? Tak czy owak na polityce znała się drobiazgowo, ale nie przenikliwie. Za największego męża epoki uważała przez dłuższy czas Napoleona III. Na malarstwie znała się podobnie – w tej dziedzinie geniuszem był dla niej Kaulbach. Do poezji (choć oprócz Norwida pisywali o niej Gautier i Heine) upodobania zbyt wielkiego nie wykazywała. Kochała natomiast muzykę, popierała ją i sama uprawiała nie ze snobizmu, ale z prawdziwej potrzeby. Jej przyjaźnie muzyczne wykraczały daleko poza towarzyski regulamin. I ostatecznie, ta kosmopolityczna dama, dla której kultura polska była w gruncie rzeczy obca, zasłużyła się w Warszawie jako protektorka i fundatorka Instytutu Muzycznego. Jej to Moniuszko, obarczony 17-osobową rodziną, zawdzięczał jaki taki spokój do pracy. Wreszcie i teatr wspomina ją ciepło. Dzięki niej Modrzejewska mogła zagrać w Warszawie Ofelię. Wystawianie Hamleta było do tej pory wzbronione z powodu sceny królobójstwa. Pani Kalergis wytłumaczyła komu trzeba, że jest to morderstwo o charakterze czysto rodzinnym.

Mały słownik pisarzy świata,

Wiedza Powszechna, Warszawa 1968

Trzy tysiąclecia literatury tworzonej w kilkudziesięciu językach. 1500 haseł, nad którymi biedziło się pół setki pracowników. Koncertowi brakło jednak dyrygenta. Każdy zagrał swoje, nie oglądając się na całość. Zasady wyboru, a tym samym i pomijania niektórych pisarzy, nie zarysowały się jasno. Jeżeli np. z przyjemnością widzę hasło „Dalajlama Piąty”, zyskując w ten sposób pewność, że kiedy napotkam w prasie literackiej wzmiankę o tym autorze, sięgnę tylko po słownik, gdzie dowiem się, kiedy żył i co napisał, to z o wiele mniejszą przyjemnością kwituję nieobecność w słowniku Jorge Borgesa, o którym prasa literacka pisze nieco częściej. Specjalista od literatury angielskiej zapomniał z kolei o Pepysie, chociaż słownik nie żałuje miejsca pamiętnikarzom dużo mniej fenomenalnym. Z Rosjan opuszczono Kirsanowa, Zabołockiego, Jewtuszenkę, Wozniesienskiego – że tylko poetów wymienię. Poezję francuskiego Renesansu reprezentuje jeden jedyny Ronsard, co oznacza, że Planudes, bizantyjski układacz cudzych wierszy, jest dużo ważniejszy od Du Bellaya i d’Aubignégo, bo on figuruje, a ich nie ma. Wśród francuskich poetów naszego stulecia brak Chara, Desnosa, Michaux... I tak dalej. Ale może spróbujemy cieszyć się tym, co jest? Będzie to trudne. Redakcja nie zadbała o ustalenie skali i dystansu ocen. O Lamparcie Lampedusy np. rozbrzmiewa istny pean („głęboko mądry” – „przenikliwy” – „urzekający”), w porównaniu z czym Homer blednie, potraktowany, biedaczysko, rzeczowo i powściągliwie. Tu i ówdzie za to dokonano wypisów z zeszytów szkolnych: „Liryki Szczipaczowa są krótkie, mają wyraźnie ujętą myśl przewodnią i pointę” – „W erotykach Bialik szuka nie zaspokojenia zmysłów, lecz ukojenia” – „Twórczość Shakespeare’a w genialny sposób odzwierciedla duchowe, gospodarcze i polityczne tarcia Renesansu”... Odłożywszy na bok owe tarcia gospodarcze, z resztą można by się od biedy zgodzić. Zdarzają się jednak sądy wątpliwe i uproszczenia dezorientujące. Śmierć w Wenecji T. Manna zaliczona została do utworów, które ukazują „sytuację artysty w kapitalistycznym układzie społecznym”. Tylko w bardzo wielki upał można przyjąć, że problematyka tej noweli trafnie została ujęta. Natomiast autor notki o Saint-Exupérym jest mniej zdecydowany: „Utwory S.-E. przesycone treściami moralnymi i wiarą w człowieka, są pochwałą walki z przeciwnościami losu, zwycięstwa nad własną słabością, koleżeństwa i humanistycznych wartości jednostki ludzkiej. Ta szlachetna moralistyka, nieco elitarna, oderwana od sprzeczności klasowych, którymi nabrzmiała ziemia, zabarwiła twórczość S.-E. pesymizmem”. Jedno zdanie przeczy drugiemu, bo na mój rozum albo wiara w człowieka, albo pesymizm. Pesymizm zresztą czy optymizm to pojęcia względne, może przydatne w potocznej rozmowie, ale przy szacowaniu twórczości epickiej na nic. Tę samą rękę poznaję w notce o Romain Garym: „Głęboko humanistyczne tendencje Gary’ego, oderwane od konkretnego podłoża społecznego, tracą jednak wiele ze swej żarliwej wymowy”. Znam tylko dwie, ale najgłośniejsze powieści tego autora: Korzenie nieba i Obietnicę poranka. W obu widać konkretne podłoże społeczne. Jeśli więc Gary ma wady, to może jakieś inne? Najdziwniejsza jednak przygoda spotkała H.G. Wellsa, którego nazwano „indywidualistą gardzącym masami ludowymi”. Gardzić – ciężkie to słowo, tym cięższe, że pada w słowniku tylko raz jeden na trzy tysiąclecia. Tym sposobem Wells urasta na jakiegoś monstrualnego Hrabiego Henryka całej literatury światowej... Czy słownik Mały musi znaczyć Pośpieszny? Będziemy cierpliwie czekać na publikacje doskonalsze, które redakcja zapowiada: Mały słownik pisarzy francuskich, Mały słownik pisarzy narodów europejskich ZSRR, Mały słownik pisarzy włoskich itp. Wypada mieć nadzieję, że rażących przeoczeń już tam nie znajdziemy. Że Gjellerupa nie trzeba będzie szukać pod P (Pontoppidan), a Elzy Triolet pod A (Aragon). I że przy niektórych nazwiskach będzie podany sposób ich wymawiania – może to śmiesznie wygląda, ale jest pożyteczne.

Arcydzieła francuskiego średniowiecza, wybór Macieja Żurowskiego, wstępy i przypisy Zygmunta Czernego (Pieśń o Rolandzie, Dzieje Tristana i Izoldy, Wielki Testament Villona – w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Opowieści Marii De France i Percewal z Walii Krystiana de Troyes w przekładzie Anny Tatarkiewicz),

Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968

Dzieła sztuki, tak chętnie nieśmiertelnymi zwane, umierają także. Przypomniał tę smutną prawdę Władysław Tatarkiewicz w marcowym (1968) numerze „Poezji”. Tylko bardzo nielicznym dziełom udaje się czasem po latach zmartwychwstać, rozpocząć drugie życie – ale i ono nie nosi w sobie zalążka na wieczność. W Tanganice rośnie baobab, którego wiek wynosi pięć tysięcy lat. Ile razy wzrusza mnie lektura z dalekiej przeszłości, czuję, jak kładzie się na kartkach książki szyderczy cień tego baobabu. Dzieje Tristana i Izoldy mają przecież zaledwie osiemset lat, a już w ciągu tego krótkiego – ależ tak, krótkiego – czasu zdążyły wyczerpać swoją pierworodną żywotność, popaść w lekceważenie i niepamięć na długie stulecia. Opowieść miała jednak szalone szczęście: nie zginęła bez śladu. Pod koniec zeszłego wieku zjawił się wskrzesiciel, Józef Bédier, który z dwóch cząstkowo dochowanych poematów i różnych luźnych urywków wybrał co konieczne, i zrekonstruował całość, dokonując małej, ale do dziś owocującej rewolucji: przełożył wiersz na prozę w nowożytnej francuszczyźnie. Ale gdyby nie on, gdyby nie jego wiedza, mania, pomysłowość i dobry smak, najpiękniejsi kochankowie świata spaliby nadal snem wiecznym, Izolda w trumnie z chalcedonu, Tristan w trumnie z berylu. Gdyby nie Bédier, również i Pieśń o Rolandzie jako przykład starej francuszczyzny i pisowni byłaby tylko narzędziem szkolnej tortury. Wzorem Bédiera powołano do życia Opowieści Marii de France i Percewala z Walii Krystiana de Troyes oraz kilka innych średniowiecznych poematów, które na razie czekają na polskiego tłumacza. Zasługi Bédiera i jego następców są ogromne. Jednak i oni są tylko dziećmi swego czasu. Przekład wiersza na prozę to przecież wyraz zapoczątkowanej w XIX wieku niewiary w sens poezji epickiej oraz przeświadczenia, że proza powieściowa jest najwyższym stadium rozwoju literatury. Ale co będzie dalej, za sto lat, za dwieście? Może Tristan i Izolda znów będą musieli położyć się do grobu, ona w trumnie z chalcedonu, on w trumnie z berylu? By znów, niemodni, zapomniani, czekać na zmartwychwstanie w innej formie literackiej? Energicznie odpędzam od siebie myśl, że będą to słuchowo-dotykowo-węchowe komiksy. No nie, tego byłoby za wiele. Żartujesz chyba, niedobry baobabie.

Projekt okładki

Oksana Shmygol

Na okładce wykorzystano zdjęcie Andrzeja Żaka,

przedstawiające Wisławę Szymborską w jej mieszkaniu

Opieka redakcyjna

Anna Szulczyńska

Redakcja

Artur Czesak

Korekta

Małgorzata Biernacka

Donata Ochmann

Katarzyna Onderka

Twórczość Wisławy Szymborskiej © Fundacja Wisławy Szymborskiej

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-240-4080-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wszystkie lektury nadobowiązkowe Błysk rewolwru 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia