Konkurs

Konkurs

Autorzy: Julie Murphy

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB PDF

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 37.80 zł

cena od: 21.23 zł

Szesnastoletnia Willowdean zawsze akceptowała swoje ciało. Choć mama – zwyciężczyni konkursu piękności – nazywała ją „Kluską”.  Wspierana przez przyjaciółkę, uosobienie amerykańskiej urody, i ciotkę z potężną nadwagą, nie zwracała uwagi na to, ile sama waży. Nie miała z tym problemu.

Aż spotkała przystojnego chłopaka, który jej się spodobał i, co ważniejsze, któremu ona też się spodobała. Zakochała się i wtedy straciła pewność siebie…

Żeby ją odzyskać, postanawia zrobić najbardziej przerażającą rzecz, jaka przychodzi jej do głowy: wziąć udział w stanowym konkursie piękności!

Korekta

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Aurora Parlagreco

Ilustracja na okładce

© 2015 by Danielle Stolle

Tytuł oryginału

Dumplin’

Copyright © 2015 by Julie Murphy.

Published by arrangement with Folio Literary Management, LLC

and GRAAL Literary Agency.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5652-8

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Wszystkim dziewczynom z grubymi pupami

Odkryj, kim jesteś, i zrób z tego użytek.

Dolly Parton

1

Najlepsze rzeczy w moim życiu zaczęły się od Dolly Parton. Włącznie z przyjaźnią z Ellen Dryver.

Tu akurat główną rolę odegrała piosenka Dumb Blonde z debiutanckiego albumu Hello, I’m Dolly, z 1967 roku. Latem, zanim poszłam do szkoły, moja ciocia Lucy zaprzyjaźniła się z panią Dryver. Połączyło je uwielbienie dla Dolly. One piły słodką herbatę w jadalni, a my z Ellen siedziałyśmy na kanapie, oglądałyśmy kreskówki i nie za bardzo wiedziałyśmy, co ze sobą zrobić. Aż pewnego dnia pani Dryver włączyła tamtą piosenkę. Ellen zaczęła rytmicznie stukać nogą w podłogę, ja nuciłam i zanim Dolly doszła do refrenu, my już tańczyłyśmy jak szalone i śpiewałyśmy, ile sił w płucach. Na szczęście nasza miłość do siebie i do Dolly nie skończyła się na tym jednym utworze.

Czekam na Ellen przy dżipie jej chłopaka, a stopy zapadają mi się w rozgrzanym asfalcie szkolnego parkingu. Widzę, jak wychodzi ze szkoły i to znika w tłumie uczniów, to znów się pojawia.

El jest moim kompletnym przeciwieństwem. Wysoka blondynka, roztrzepana w ten niewiarygodny, seksowny sposób, który powinien się zdarzać tylko w komediach romantycznych. Zawsze dobrze się czuła w swojej skórze.

Nie widzę Tima, jej chłopaka, ale jestem pewna, że idzie parę kroków za nią z nosem w komórce i nadrabia mecze, które przegapił, będąc w szkole.

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, jak go poznałam, to że jest o co najmniej siedem centymetrów niższy od El, ale jej to kompletnie nie przeszkadza. Jak kiedyś coś o tym napomknęłam, uśmiechnęła się, zarumieniła aż po szyję i stwierdziła:

– Wiem! To słodkie, prawda?

Teraz zatrzymuje się przede mną zdyszana.

– Wieczorem pracujesz, tak?

– Tak. – Odchrząkuję.

– Nigdy nie jest za późno na znalezienie pracy w centrum handlowym. – Opiera się o dżipa i trąca mnie łokciem. – Ze mną!

Kręcę głową.

– Lubię pracować w Harpy’s.

Duża ciężarówka pędzi alejką przed nami.

– Tim! – wrzeszczy Ellen.

On hamuje w miejscu i macha do nas, a ciężarówka mija go o zaledwie kilka centymetrów. Gdyby nie ona, zostałaby z niego krwawa miazga.

– Na litość boską! – złorzeczy El, ale tak, żebym tylko ja słyszała.

Uważam, że są dla siebie stworzeni.

– Dzięki! – krzyczy Tim.

To taki typ, że choćby się zaczęła inwazja kosmitów, on i tak powiedziałby tylko: „Spoko!”.

Gdy wreszcie dociera na naszą stronę parkingu, wkłada komórkę do tylnej kieszeni dżinsów i całuje Ellen. To nie jest obrzydliwy pocałunek z otwartymi ustami, tylko buziak, który wyraża coś w stylu: „Cześć, tęskniłem za tobą, wyglądasz tak samo ślicznie, jak na naszej pierwszej randce”.

Wzdycham. Gdybym mogła nie zobaczyć już ani jednej całującej się pary, głowę daję, że poziom mojego zadowolenia z życia wzrósłby o jakieś dwa procent.

Nie chodzi o to, że im zazdroszczę czy że się wściekam, bo Ellen więcej czasu spędza teraz z Timem albo że Tim mi się podoba. Chciałabym po prostu mieć to, co oni. Kogoś od buziaków na powitanie.

Żeby na nich nie patrzeć, zerkam na bieżnię.

– Co tam robią te panny? – Grupka dziewczyn w różowych spodenkach i pasujących do nich koszulkach maszeruje mimo upału.

– Obóz treningowy dla kandydatek na miss – odpowiada Ellen. – Trwa całe lato. Jest tam jedna z lasek ode mnie z pracy.

Nawet się nie staram powstrzymać i wywracam oczami. Nasze miasto, Clover City, nie bardzo ma się czym pochwalić. Co parę lat drużynie futbolowej udaje się dostać do rozgrywek play-off, a czasem komuś się poszczęści i się stąd wyrwie, żeby zrobić coś, co i nam przynosi chlubę. Ale z całą pewnością nasze małe miasteczko jest znane z jednej rzeczy: z najstarszego konkursu piękności w Teksasie. Pierwsze wybory Miss Nastolatek Niebieskiego Łubinu odbyły się w latach trzydziestych XX wieku i z każdym rokiem robią się coraz popularniejsze i bardziej absurdalne. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek, w końcu moja mama jest od piętnastu lat przewodniczącą komitetu organizacyjnego.

Ellen wyciąga kluczyki z przedniej kieszeni spodenek Tima, a potem mnie obejmuje.

– Baw się dobrze w pracy. Nie pochlap się tłuszczem! – Otwiera sobie drzwi od strony kierowcy i instruuje Tima, żeby wsiadł z drugiej. – Tim, życz Will miłego dnia.

On podnosi głowę i widzę uśmiech, w którym Ellen jest tak zakochana.

– Will… – Przez większość czasu trzyma nos w komórce, ale kiedy już się odezwie, dziewczynom takim jak El miękną kolana. – Mam nadzieję, że czeka cię miły dzień. – Składa mi lekki ukłon.

El podnosi brwi, siada za kierownicą i pakuje do ust nową gumę.

Macham im i ruszam do swojego auta. Jestem w połowie drogi, gdy mijają mnie z piskiem opon i Ellen jeszcze raz się żegna, przekrzykując piosenkę Dolly Parton, tym razem Why’d You Come On Here Lookin’ Like That.

Przegrzebuję torbę, żeby znaleźć kluczyki, ale kątem oka zauważam kaczkowaty chód Millie Michalchuk.

Wiem, co się zaraz stanie. O minivana jej rodziców opiera się Patrick Thomas, który jest chyba największym debilem na świecie. Ma jakąś koszmarną zdolność wymyślania ludziom przezwisk, które do nich przylegają. Czasem są fajne, ale częściej to coś w stylu odgłosu końskiego parskania, który teraz określa dziewczynę mającą pełne usta końskich zębów. Super śmiesznie, prawda?

Niestety, muszę ze wstydem przyznać, że całe życie patrzę na Millie i myślę sobie: Mogło być gorzej. Też jestem gruba, ale to Millie musi nosić spodnie z gumką, bo nikt nie produkuje dżinsów w jej rozmiarze. Oczy ma osadzone za blisko siebie, a czubek jej nosa jest zadarty. Ubiera się w koszulki ze szczeniaczkami albo kociątkami i robi to całkiem serio.

Patrick zasłania drzwi od strony kierowcy, a jego kumple już chrząkają jak świnie. Millie ma prawo jazdy od kilku tygodni i zasuwa swoim minivanem, jakby to był chevrolet camaro.

Już ma wyjść zza rogu i nadziać się na tych kretynów, ale wtedy wołam:

– Millie! Chodź na chwilę!

Ściąga paski plecaka i zmienia kierunek. Uśmiecha się i czerwieni tak, że rumieniec sięga prawie jej powiek.

– Siemka, Will.

Też się uśmiecham.

– Cześć. – W zasadzie nie wiem, co mogłabym jej powiedzieć, ale przecież sama ją zawołałam. – Słyszałam, że masz prawko? Gratuluję!

– Dziękuję! – Znów się uśmiecha. – Kochana jesteś.

Patrzę ponad jej ramieniem na Patricka Thomasa, który przykłada palec do nosa i podciąga do góry, żeby wyglądał jak świński ryjek.

Millie opowiada, jak zmieniała zapisane w pamięci radia stacje słuchane przez jej mamę i jak pierwszy raz nalewała paliwo. Patrick na mnie łypie. Każdy by chciał, żeby nigdy nie zwrócił na niego uwagi, ale akurat ja nie mam szans, żeby się przed nim schować. Nie tak łatwo ukryć słonia.

Millie nawija jeszcze przez kilka minut, aż w końcu Patrick daje za wygraną i odchodzi. Ona tymczasem wymachuje rękami i wskazuje na samochód stojący za nią:

– Nie wiem, czemu na kursach dla kierowców nie uczą tankowania…

– Wiesz co? – przerywam. – Przepraszam, ale spóźnię się do pracy. – Kiwa ze zrozumieniem głową. – Ale jeszcze raz gratulacje!

Idzie do samochodu. Obserwuję, jak starannie ustawia wszystkie lusterka, a dopiero potem wycofuje z miejsca pośrodku niemal pustego parkingu.

Parkuję za budynkiem restauracji Burgery i Hot Dogi od Harpy’ego i wciskam dzwonek przy służbowym wejściu. Nikt nie odpowiada, więc dzwonię jeszcze raz. Teksańskie słońce pali mnie w głowę.

Sterczę pod drzwiami, a facet w kapeluszu wędkarskim i w brudnym podkoszulku akurat przejeżdża przez drive-thru i wygłasza do mikrofonu koszmarnie konkretne zamówienie, zawierające nawet liczbę pikli na burgerze. Głos z głośnika podaje mu sumę do zapłaty. Facet na mnie zerka, zsuwa okulary z pomarańczowymi szkłami i mówi:

– Cześć, ślicznotko!

Obracam się, łapię sukienkę, żeby na pewno nie uniosła mi się na udach i cztery razy wciskam dzwonek. Czuję się niepewnie aż mnie ściska w żołądku.

Nie muszę nosić do pracy sukienki, jest też uniform ze spodniami, ale spodnie są z poliestru, nie dość elastycznego, żeby pomieścić moje biodra. Uważam, że to wina spodni. Nie lubię myśleć o swoich biodrach jak o ułomności, traktuję je raczej jak zaletę. Umówmy się, gdyby był rok na przykład 1642, moje wymarzone do rodzenia dzieci szerokie biodra byłyby warte stado krów czy czego tam.

Drzwi się otwierają i odzywa się Bo:

– Pierwsze trzy razy też słyszałem.

Czuję, jakby mnie załaskotało w kościach. Widzę go, dopiero gdy otwiera na tyle szeroko, żebym weszła. Na jego twarz pada naturalne światło. Na brodzie i policzkach ma lekki zarost. To symbol wolności. Szkoła, do której chodzi – droga, katolicka szkoła z mundurkami – skończyła się o tydzień wcześniej niż nasza.

Samochód odjeżdża od okienka, a ja wchodzę do środka. Chwilę trwa, zanim oczy przyzwyczają się do półmroku.

– Spóźniłam się, przepraszam, Bo. – Ta sylaba pulsuje mi w piersi. Podoba mi się zasadniczość tak krótkiego imienia. To imię, które mówi: „Tak, na pewno”.

Czuję, jak robi mi się gorąco. Dostaję wypieków Przesuwam palcem po brodzie, a stopy zapadają mi się w beton jak w ruchomy piasek.

Prawda jest taka: od pierwszej chwili jestem beznadziejnie zabujana w Bo. W tych nieuczesanych brązowych włosach, które układają się na czubku głowy w doskonały nieład… W służbowym biało-czerwonym uniformie wygląda niedorzecznie. Jak niedźwiedź w spódniczce baleriny. Rękawki z poliestru opinają jego ramiona i myślę sobie, że może jego bicepsy i moje biodra mają z sobą coś wspólnego. No, ale na pewno nie jest to podatność na wyciskanie na siłowni. Pod kołnierzykiem widzę fragment cienkiego, srebrnego łańcuszka, a usta ma mocno czerwone, bo bez przerwy zajada się czerwonymi lizakami.

Wyciąga rękę, jakby chciał mnie objąć.

Głęboko wciągam powietrze.

Ale zaraz je wypuszczam, bo jego ręka mnie mija i tylko przesuwa zasuwkę w drzwiach.

– Ron jest chory, więc jestem ja, ty, Marcus i Lydia. Może być ciężko.

– Dobra. Widzę, że koniec szkoły?

– Tak! Nie mam już zajęć.

– Podoba mi się, że zawsze mówisz o zajęciach, nie o szkole. Jakbyś był już w college’u i spędzał na uczelni tylko parę godzin pomiędzy spaniem na kanapie i… – Powstrzymuję się. – Pójdę zostawić rzeczy.

Zaciska usta, które niemal układają się w uśmiech.

– Jasne.

Idę do szatni i zamykam torebkę w szafce.

Nie będę udawać, że kiedykolwiek byłam jakoś szczególnie elokwentna, ale to, co się ze mną dzieje na widok Bo Larsona, to nawet nie jest potok słów. To werbalna biegunka, najobrzydliwsza z możliwych.

Przy pierwszym spotkaniu, gdy zaczynał u nas pracę, wyciągnęłam rękę i się przedstawiłam: „Willowdean, kasjerka, fanka Dolly Parton i miejscowa grubaska”. Czekałam na odpowiedź, ale milczał, więc zapewniłam, że mam też inne cechy. „Bo”, odparł sucho, ale z uśmiechem. „Nazywam się Bo”. Uścisnął mi dłoń, a przez moją głowę przebiegła rzeka wspomnień sytuacji, które się nigdy nie wydarzyły: my trzymający się za ręce w kinie. Albo idący ulicą. Albo jadący samochodem.

Po chwili puścił rękę.

W nocy, kiedy odtwarzałam nasze pierwsze spotkanie, dotarło do mnie, że się nie skrzywił, kiedy powiedziałam o sobie „grubaska”.

Spodobało mi się to.

Jakoś tak się dzieje, że to słowo ludzi stresuje. A przecież jak ktoś mnie nie zna, pierwsze, na co zwraca uwagę, to ciało. A ciało jest grube. Dokładnie na tej samej zasadzie ja zauważam, że inne dziewczyny mają duże cycki, lśniące włosy albo pałąkowate kolana. I takie rzeczy można mówić na głos. Ale słowo „gruba”, które przecież najlepiej mnie określa, sprawia, że czoła się marszczą, a twarze bledną.

To jestem ja. Jestem gruba. To nie przekleństwo ani wyzwisko. W każdym razie nie wtedy, kiedy ja to mówię. Więc czemu miałabym się powstrzymywać?

2

Właśnie pucuję blat, kiedy wchodzi dwóch chłopaków i dziewczyna. Prawie nic się dzisiaj nie dzieje, więc o mało co nie zedrę lakieru.

– Co podać? – pytam, nie podnosząc głowy.

– Bo! Początkującego rozgrywającego Buldogów ze Świętego Krzyża! – krzyczy chłopak z prawej, który złożył dłonie w trąbkę i udaje komentatora sportowego.

Ale Bo nie wychodzi, więc obaj chłopcy zaczynają skandować jego imię:

– Bo! Bo! Bo!

Dziewczyna między nimi wywraca oczami.

– Bo! – woła w końcu Marcus. – Chodź tu, żeby twoi głąbowaci koledzy się zamknęli.

Bo wychodzi zza rogu, a firmowy daszek wpycha do tylnej kieszeni. Krzyżuje ramiona na umięśnionej piersi.

– Cześć, Collin. – Kiwa głową do dziewczyny: – Amber. Rory. – Opiera się o bar i zwiększa przestrzeń między sobą a znajomymi. – Co tu robicie?

– Wycieczka – odpowiada Collin.

Bo odchrząkuje, ale nic nie mówi. Powietrze aż wibruje od napięcia.

Drugi chłopak, Rory, przygląda się menu wiszącemu nad barem.

– Hej – mówi do mnie. – Mógłbym prosić dwa hot dogi? Tylko z musztardą i sosem.

– Jasne. – Wstukuję jego zamówienie do komputera i staram się nie zerkać na boki.

– Dawno się nie widzieliśmy – zagaja Amber.

Jak to możliwe? W jednym roczniku w szkole Świętego Krzyża jest pewnie nie więcej niż trzydzieści osób.

Collin ją obejmuje.

– Brakuje nam ciebie na boisku. Gdzie się ostatnio podziewasz?

– Tu i tam – mówi na odczepnego Bo.

– Napój w zestawie? – pytam.

– Może być – zgadza się Rory i wciska mi prawie w twarz banknot pięćdziesięciodolarowy.

– Nie mogę rozmieniać nominałów większych niż dwadzieścia dolarów. – Wskazuję na przyklejoną do kasy karteczkę z odręcznym napisem.

– Mam tylko kartę – Collin zwraca się do Bo. – Może mógłbyś rozmienić pięćdziesiątkę?

Na chwilę zapada lodowata cisza.

– Nie mam przy sobie portfela.

Collin parska.

Amber, Mistrzyni Wywracania Oczami, wyjmuje z kieszeni dychę.

Wydaję resztę i mówię Rory’emu, że zamówienie będzie za chwilę gotowe.

Collin wskazuje brodą w moją stronę.

– Jak się nazywasz?

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale odzywa się Bo:

– Willowdean. Ma na imię Willowdean. Muszę wracać do pracy. – Idzie z powrotem do kuchni i nawet się nie odwraca, kiedy go wołają.

– Fajna broda! – woła Amber. – Pasuje do ciebie. – Ale jego już nie ma.

Dziewczyna patrzy na mnie pytająco, ale mogę tylko wzruszyć ramionami.

Wracam do domu i idę od razu na tył do przesuwanych drzwi ogrodowych. Frontowe są od wielu lat zablokowane. Mama cały czas mówi, że musimy znaleźć jakiegoś mężczyznę, który je naprawi, ale ciocia Lucy zawsze twierdziła, że to doskonały pretekst, żeby nikomu nie otwierać. Ja się z nią w sumie zgadzam.

Mama siedzi przy stole w kuchni, wciąż w fartuchu, jasne włosy ma wysoko upięte. Ogląda wiadomości w przenośnym telewizorze. Odkąd pamiętam, zawsze oglądała telewizję tutaj, bo Lucy zajmowała kanapę w salonie. Umarła pół roku temu, ale mama nadal ogląda telewizję w kuchni.

Kręci głową do prezentera, a do mnie mówi:

– Cześć, Klusko. Kolacja w lodówce.

Kładę torebkę na stole i sięgam po owinięty folią talerz. Ostatnie dni szkoły oznaczają początek okresu przygotowań do konkursu piękności, a to z kolei znak, że mama zaczyna się odchudzać. A kiedy mama jest na diecie, wszyscy inni też. W związku z tym na kolację jest sałatka z grillowanym kurczakiem.

Nieźle. Bywało gorzej.

Mama cmoka.

– Masz pryszcza na czole. Chyba nie jesz tych tłustych paskudztw, które sprzedajesz?

– Wiesz, że nie lubię burgerów i hot dogów. – Nie wzdycham, chociaż mam ochotę, bo wiem, że usłyszy. Zawsze słyszy, bez względu na to, jak głośno gra telewizor. Za dwa lata mogę wyjechać do szkoły w jakimś innym mieście i być setki kilometrów od domu, a ona i tak będzie wiedziała. I zadzwoni, żeby powiedzieć: „Dobrze wiesz, Klusko, że nie cierpię, kiedy wzdychasz. Nie ma nic bardziej zniechęcającego niż niezadowolona młoda kobieta”.

Wydaje mi się, że coś jest z tą teorią nie tak.

Siadam i hojnie zlewam sałatkę sosem czosnkowym, bo okazuje się, że ósmego dnia Bóg stworzył dressing.

Mama krzyżuje nogi i przygląda się odpryskującemu lakierowi na paznokciach u nóg.

– Jak było w pracy?

– Dobrze. Jakiś starszy facet podrywał mnie na parkingu. Nazwał mnie „ślicznotką”.

– Och! – Jest zachwycona. – Moim zdaniem to urocze!

– Mamo, błagam cię. To obrzydliwe.

Wyłącza telewizor.

– Uwierz mi, skarbie, im się jest starszym, tym mniej facetów zostaje do wyboru. I nieważne, jak dobrze jest się zakonserwowanym.

Nie na taką rozmowę liczyłam.

– Ron jest chory.

– Biedaczek. – Mama wybucha śmiechem. – W liceum był we mnie zakochany po uszy.

Odkąd tam pracuję, mama wspomina o tym średnio raz w tygodniu. Kiedy się starałam o pracę, w okolicy Święta Dziękczynienia, Lucy zdradziła, że jej zdaniem było dokładnie odwrotnie. Ale z relacji mamy wynika, że leciał na nią każdy facet w mieście. „Wszyscy chcieli uszczknąć kawałek Miss Nastolatek Niebieskiego Łubinu z Clover City”, wybełkotała kiedyś po kilku kieliszkach wina.

Wygrana w tym konkursie to jej największe życiowe osiągnięcie. Wciąż mieści się w tamtą suknię, o tym fakcie też nie pozwala nikomu zapomnieć. Dlatego też, jako przewodnicząca komitetu organizacyjnego, co roku wychodzi z siebie, żeby się w nią wbić i zachwycić rzeszę oddanych fanów.

Czuję, że Riot, kot Lucy, układa mi się na stopach. Poruszam palcami, a on mruczy.

– Po szkole widziałam jakieś ćwiczące do konkursu dziewczyny.

Mama się szeroko uśmiecha.

– Mówiłam ci. Co roku konkurencja jest ostrzejsza.

– A co u ciebie? Jak było w pracy?

– Ech, to był jeden z tych dni. – Przegląda książeczkę czekową, a potem zaczyna się masować po skroniach. – Dzisiaj straciliśmy Eunice.

– O nie! Tak mi przykro.

Raz do roku życie mojej mamy zmienia się w baśń o Kopciuszku. Żyje tak, jak kiedyś sobie wymarzyła. Ale przez resztę czasu pracuje w domu starców Buena Vista, gdzie zajmuje się tak pasjonującymi sprawami, jak podawanie leków, karmienie staruszków i podcieranie im tyłków. Eunice była jedną z jej ulubienic. Zawsze myliła mamę z jedną ze swoich sióstr i za każdym razem, gdy mama się pochylała, żeby jej pomóc, szeptała jej do ucha dziecinne sekrety.

– Po lunchu zamknęła oczy. – Mama lekko się kiwa. – Pozwoliłam jej tak przez chwilę siedzieć, bo myślałam, że drzemie. – Wstaje i całuje mnie w czubek głowy. – Idę spać, Klusko.

– Dobranoc.

Czekam, aż zamknie drzwi, a potem wyrzucam kolację do śmieci i nakrywam jedną z darmowych gazet. Biorę garść ciastek, napój w puszce i idę na górę. Gdy mijam zamknięte drzwi do pokoju Lucy, zatrzymuję się na chwilę i opuszkami palców muskam klamkę.

3

Chyba tego lata wreszcie pójdę z Timem do łóżka – oznajmia Ellen, wygrzebuje ze śniadaniówki kostkę sera i wrzuca do ust. Analizuje tę kwestię w każdy piątek od początku zeszłego roku. Serio, co tydzień przed weekendem mamy zaliczoną dyskusję na temat za i przeciw.

– To dziwne. – Nie podnoszę wzroku znad notatek. Nie jestem złą przyjaciółką, ale rozmawiałyśmy o tym już tyle razy! Poza tym to ostatni dzień szkoły, a ja mam przed sobą jeszcze jeden egzamin. Usiłuję się czegoś nauczyć w ostatniej chwili, El już nie musi, bo zaliczyła wszystko.

Z ustami pełnymi karmelizowanych orzeszków pekan, pyta:

– Co?

– Przepytaj mnie. – Zjadam kilka winogron i podaję jej notatki dotyczące systemu władzy. – Dziwne, bo przecież pierwszy raz to nie ślub. Nie chodzi o to, że uwielbiam letnie kolory i zrobię to latem, żeby dobrać kreację do moich ulubionych barw. Powinnaś to zrobić, bo tego chcesz i już.

Marszczy nos.

– Ale lato to czas przemian. Mogłabym wrócić do szkoły jako kobieta! – Ostatnie słowo dramatycznie podkreśla.

Kręcę głową z deaprobatą. Nie znoszę czczej gadaniny. Gdyby El naprawdę zamierzała to zrobić, czołgałabym się po stole, żeby znaleźć się jak najbliżej i obgadać każdy szczegół. Ale nie rozumiem, jakim cudem ona daje radę tak dużo mówić jedynie o możliwości uprawiania seksu.

Widzi, że nie złapałam przynęty, więc patrzy w moje notatki:

– Podział władz.

– Wykonawcza, ustawodawcza i sądowa. – Potem postanawiam rzucić jej okruszek. – Poza tym sam seks nie sprawi, że się staniesz kobietą. To jest jakiś idiotyczny frazes. Jeśli chcesz uprawiać seks, rób to, ale nie przypisuj temu aż tak wielkiej wagi, bo się rozczarujesz.

Kurczy się trochę w sobie i marszczy brwi.

– Ilu senatorów i reprezentantów liczy Kongres?

– Czterystu trzydziestu pięciu oraz stu.

– Tak, ale nie. Odwrotnie.

– Dobra. – Powtarzam liczby pod nosem. – Zresztą, nieważne, jaka jest pora roku, jeśli moment wydaje się odpowiedni, prawda? Zima też jest fajna, bo zimą jest zimno i ogrzewanie się ciepłem swoich ciał ma sens.

El się śmieje.

– Masz rację.

Nie zależy mi na przytakiwaniu. Nie chcę, żeby zaczęła wcześniej niż ja. Może i jestem egoistką, ale nie wiem, jak zniosę, że zrobiła coś, czego ja jeszcze nie. Chyba się boję, że nie będę potrafiła być dobrą przyjaciółką. W tym sensie, że seks to jednak poważna sprawa i ja nie dam rady dotrzymać jej kroku w dziedzinie, na której się nie znam.

Mam ochotę poradzić, że powinna poczekać. Ale ona i Tim spotykają się już prawie półtora roku, a ona wciąż się rumieni, kiedy o nim mówi. Nie wiem, w jakich jednostkach mierzy się miłość, ale to chyba dobra wytyczna. Poza tym poprosiłabym ją o wstrzymanie się wyłącznie z mojego powodu.

Przeglądam notatki, a obok naszego stolika przechodzi Millie z tacą pełną jedzenia. Za nią idzie jej najlepsza przyjaciółka, Amanda Lumbard. Millie i Amanda razem to jeden wielki ruchomy cel z napisem: „Nabijaj się z nas!”.

Amanda ma nogi różnej długości, więc nosi toporne korekcyjne buty, w których wygląda jak Frankenstein. (W każdym razie tak uważa Patrick Thomas). Jak byłyśmy młodsze, nie miała tych butów, więc po prostu kulała, a jej biodra kołysały się przy każdym kroku. Ona się chyba nie przejmowała, ale ludzie i tak się gapili. Swoją drogą to przezwisko jest idiotyczne, bo Frankenstein był przecież lekarzem, a nie potworem.

Millie do mnie macha, więc ja też podnoszę rękę.

– Nowa koleżanka? – prycha El.

Wzruszam ramionami.

– Czasem mi jej żal.

– E tam, wydaje się zadowolona z życia. – Do końca przerwy śniadaniowej przepytuje mnie z organów władzy: – Co sprawia, że rząd nie ma zbyt dużej swobody?

– Mechanizmy gwarantujące zachowanie równowagi.

– Dobra, to teraz powiedz, co się działo wczoraj w pracy. Jak tam chłopiec z prywatnej szkoły?

Wpycham palec w spiralne kółka skoroszytu.

– W pacy okej. – Patrzę na swoją tacę. – On też w porządku.

Chciałabym jej opowiedzieć o jego głupkowatych kumplach i zaroście, ale nie wiem, jak zacząć, żeby nie wyjść na psychofankę, która przechowuje obcięte paznokcie w słoiku pod łóżkiem. Wczoraj musiałam trzy razy od nowa podliczać wpływy do kasy, bo mnie rozpraszał.

– Lubię Sweet 16 i w ogóle, ale zazdroszczę ci, że pracujesz z kolesiami. – Wrzuca do woreczka do połowy zjedzoną marchewkę. – I w ogóle ciągle nie mogę uwierzyć, że nie pracujemy razem.

El nigdy mi nie wybaczy, że zrujnowałam jej plany naszej wspólnej pracy, idąc do Harpy’s, ale jeśli nie dociera do niej, że nie miałam ochoty pracować w sklepie z ciuchami, w którym nawet nie ma mojego rozmiaru, nie wiem, jak to wytłumaczyć.

– Dlaczego tak ci zależy na pracy z chłopakami? Przecież rozważasz pójście do łóżka z Timem.

Wzrusza ramionami.

– Oj dobra, ale przynajmniej byłoby śmiesznie.

Kończymy jedzenie i idę na ostatni egzamin. I już. Koniec dziesiątej klasy. Na parkingu słychać wiwaty i pisk opon. Ale ja wcale nie czuję, że zaczyna się coś nowego. Zupełnie nie. Ja tkwię w miejscu i czekam, aż moje życie ruszy.

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pudding Kluseczka Konkurs 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Zakazane życzenie Noah ucieka Zwiadowcy: Wczesne lata. Turniej w Gorlanie Felix, Net i Nika oraz (nie)Bezpieczne Dorastanie