Wilki

Wilki

Autorzy: Adam Wajrak

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 22.13 zł

Adam Wajrak, ulubiony dziennikarz przyrodnik Polaków, mieszkaniec Puszczy Białowieskiej, w swojej najnowszej książce opowiada o latach tropienia wilków i przyjaźni z tymi najbardziej fascynującymi drapieżnikami Europy. 

To była największa przygoda mojego życia! Chciałbym, żeby się powtórzyła.

Nagle coś wielkiego i szarego wystrzeliło, zawróciło, rozpędziło się i ani się obejrzałem, jak wilczysko skoczyło i ogromnymi łapami trzepnęło mnie w klatkę piersiową. Cios był potężny. Zachwiałem się na nogach i tylko cudem nie runąłem na ziemię. Nie był to koniec wystawiania mnie na próbę. Nie zdążyłem jeszcze wyjść z szoku po uderzeniu, gdy wilk stanął przy moim boku i poczułem na dłoni jego wielkie ostre zębiska. Trzymał ją spokojnie, ale bardzo stanowczo. Trzymał i patrzył mi w oczy swoimi brązowymi ślepiami, jakby chciał zapytać: „I co teraz, koleżko?”. 

Fragment książki

Wiem, że wśród moich czytelników jest wielu ludzi młodych, przez co niezwykle wrażliwych. Muszę was ostrzec. Gdyby ta książka była tylko o wilkach, nie zawracałbym wam głowy, bo przecież wiecie, że przyroda potrafi być brutalna. Ta książka jest jednak również o tym, jak okropne rzeczy ludzie robili i robią wilkom, jednym z najbardziej prześladowanych dużych ssaków. Dlatego poproście rodziców, żeby tę książkę przejrzeli, zanim weźmiecie ją do ręki, albo przeczytali ją razem z wami. 

WARSZAWA 2015

REDAKCJA Karolina Oponowicz

KOREKTA Marta Śliwińska

FOTOEDYTOR Maciej Jaźwiecki

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

PROJEKT GRAFICZNY MAKIETY I SKŁAD Elżbieta Wastkowska

PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆ DO DRUKU Małgorzata Charewicz

ZDJĘCIE NA OKŁADCE Adam Wajrak (przód), Waldemar Gorlewski (tył)

MAPY Wawrzyniec Święcicki

ZDJĘCIA W ŚRODKU (numery stron dotyczą wydania papierowego)

Adam Wajrak: 4-5, 8, 15, 18, 28, 33, 36 (2), 39, 40, 45, 52-53, 58, 65, 71, 82-83, 89, 96, 104, 108-109, 116, 127, 132-133 (4), 142, 145 (2), 154, 158, 164-165, 170-171, 176, 179, 186-187, 193, 196 (2), 201, 210-211 (2), 222-223, 229, 242, 247, 252-253 (4), 256-257 (4), 263; Z archiwum Adama Wajraka: s. 24-25; Nuria Selva: 150-151, 182, 239; Archiwum IBS PAN: s. 232

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU Katarzyna Kubicka

© Copyright by Agora SA, 2015

© Copyright by Adam Wajrak, 2015

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2015

ISBN: 978-832-681-780-9 (epub); 978-832-681-781-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

S P I S T R E Ś C I

Dedykacja

Początek, czyli skąd Nuria, Antonia i ja wzięliśmy się w Puszczy

Wilk z pocztówki

Żarłoczny i łapczywy

Szczenięta na poligonie

Polowanie na wilki

Supertropicielka

Apetyt na psy

Dopaść jelenia

Kruki i złodzieje jelenich głów

Wnyki

Z twarzy poczciwy

Podziękowania i epilog

Korzystałem m.in. z...

POCZĄTEK,

czyli skąd Nuria, Antonia

i ja wzięliśmy się w Puszczy

• • • • • •

– Nie chcę takiego psa! – oświadczyłem stanowczo Nurii. – Nie chcę i już. Coś, co Nuria właśnie mi przedstawiała, wyglądało kiczowato: rude, z białym kołnierzem i białymi skarpetami. Do tego pękaty kadłubek na cienkich długich łapkach. I łeb z odstającymi uszami, które po załamaniu zamieniały się w klapnięte uszy. Długi pysk, trochę jak u mrówkojada, a na jego końcu spory nochal. Do tego małe rezolutne oczka. Stojące przede mną zwierzę miało w sobie coś z owczarka szkockiego, co musiało być skutkiem dawnej fascynacji mieszkańców puszczańskich wiosek (albo pobliskiej Hajnówki) filmem „Lassie, wróć!”. A jak wiadomo, to film dla egzaltowanych dziewczyn. Ja byłem fanem Szarika z „Czterech pancernych” i psa Cywila, czyli owczarków, prawdziwych psów, które przypominały wilka.

– Gdzieś ty ją znalazła? – zapytałem.

– Bawiła się z dziećmi przed Zakładem. Pomyślałam, że ją wezmę. Ale spokojnie, będę ją miała na spółkę ze Staszkiem – odpowiedziała Nuria.

NIE CHCĘ TAKIEGO PSA! – oświadczyłem stanowczo Nurii. – Nie chcę i już.

Staszek Śnieżko to jej kolega z Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży, w którym Nuria robiła właśnie doktorat. Dobrze wiedziałem, jak ta spółka będzie wyglądać w praktyce. Kundelka wyląduje w naszym domu. No właśnie, kundelka! Nie chciałem nawet myśleć o tym, co nas czeka w związku z posiadaniem suczki: kłopoty z cieczką i odganianie się od okolicznych psich kawalerów.

Nigdy nie miałem psa, choć marzyłem o nim przez całe dzieciństwo. Zawsze sobie wyobrażałem, że ten pierwszy pies będzie super. I oczywiście będzie przypominał wilka. Moja wizja nabrała kolorów, kiedy kilka lat wcześniej miałem okazję chodzić na spacery z prawdziwymi wilkami. Nie łudziłem się, oczywiście, że mogę mieć prawdziwego wilka. Ale niechby to było coś podobnego. Jak choćby te wspaniałe psy pociągowe z Arktyki, z której właśnie wróciłem. Tymczasem Nuria się uparła. I co było robić?

– Popatrz, ona miała niedawno złamaną łapkę – powiedziała. W tej chwili już wiedziała, że wygrała.

– Jak ją nazwiemy? – zapytałem zrezygnowany.

– Nazwiemy ją Antonia – zdecydowała Nuria. Słyszałem to imię już wcześniej. Nuria i jej przyjaciółka Rosa powtarzały czasem zdanie pochodzące z jakiegoś hiszpańskiego kabaretu, które weszło do języka potocznego: „Antonia, jaka ty jesteś ordynarna!”. Mówiły to na takiej zasadzie, jak my mówimy: „Kocham pana, panie Sułku”. A więc Antonia? Pasowało jak ulał, pomyślałem złośliwie. I tak moje marzenie o psie, który przynajmniej trochę przypomina wilka, odeszło w niebyt.

Wilki tkwiły mi w głowie nie tylko dlatego, że chodziłem kiedyś na spacery z najprawdziwszymi wilkami, ale również dlatego, że duża część naszego życia kręciła się wokół nich. A dokładnie tego, co zabiły. Niemal codziennie ruszaliśmy z Nurią do lasu na poszukiwanie ich ofiar. W domu czekała na nas, oczywiście, cała masa zwierzaków, które znacie z „Kuny za kaloryferem”. Tak naprawdę jednak zamieszkaliśmy w Puszczy nie dla ratowania kun, bocianów, sów, borsuków czy wydry Julka, tylko właśnie przez wilki i rysie.

Najpierw powinienem wam chyba opowiedzieć, jak to się wszystko zaczęło – skąd się wziąłem w Puszczy Białowieskiej. Pierwszy raz przejechałem do Puszczy Białowieskiej z wycieczką szkolną w 1988 roku. Zobaczyłem las pełen wielkich drzew, ale też zgnilizny, dziwnych grzybów oraz mroku, jakiego nie widziałem wcześniej w żadnym innym lesie. Puszcza nie przypadła mi do gustu i tak naprawdę trochę mnie przeraziła. Dlatego gdy w 1992 roku znajoma z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego namawiała mnie na artykuły o kłusownikach masakrujących białowieskie rysie, pojechałem do Puszczy bez entuzjazmu. Ale tym razem wydała mi się miejscem niezwykłym, pełnym fascynujących tajemnic. Być może patrzyłem na nią inaczej, bo miał mi ją kto pokazać. Za sprawą zabitych rysiów poznałem Karola Zuba, Bogusię i Włodka Jędrzejewskich, Henryka Okarmę oraz Krzyśka Schmidta, czyli badaczy dużych drapieżników z Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży. To oni wprowadzili mnie w niezwykły świat ostatniej prawdziwej puszczy, a także białowieskich wilków i rysiów. Zresztą nie tylko mnie.

Jesienią 1992 roku Henryk wybrał się swoim „maluchem” do Hiszpanii. Dojechał na samo jej południe, czyli do Parku Narodowego Doñana, gdzie opowiadał o wilkach i Puszczy. Jego opowieści dotarły do studentki biologii Uniwersytetu w Sewilli, niejakiej Nurii Selvy Fernandez. Gdy kilka lat później, w 1995 roku, Nuria skończyła studia i jak przystało na świeżo upieczoną absolwentkę, nie bardzo wiedziała, co ze sobą począć, przypomniała sobie opowieści Henryka. Napisała do niego. Drugi list z prośbą o staż wysłała do włoskiego badacza borsuków. A ponieważ Henryk odpowiedział, a włoski badacz borsuków nie, Nuria spakowała plecak i ruszyła do nieznanego kraju, gdzieś na wschodzie Europy. Miała tu zostać wolontariuszką w wilczym projekcie badawczym. Od tego czasu upłynęło równo 20 lat. Muszę wam przypomnieć, że świat w 1995 roku wyglądał zupełnie inaczej niż w 2015, kiedy piszę tę książkę. Dziś podróż z Hiszpanii do Polski jest prawie tak samo prosta jak z Warszawy do Krakowa, wtedy jednak była to prawdziwa wyprawa na drugi koniec kontynentu. Samolot kosztował majątek. Internet dopiero raczkował i wysłanie maila było dużym wydarzeniem. Nuria nie mogła ot tak wpisać w wyszukiwarkę „Puszcza Białowieska”, żeby dowiedzieć się, co to za miejsce i jak tu dojechać. Polska nie była w Unii Europejskiej, a od świata, po którym teraz swobodnie podróżujemy, oddzielały nasz kraj granice, wizy i paszporty. Używało się gotówki, a miejsca, w których można było płacić kartą kredytową, były w Polsce nieliczne (nie mówiąc już o bankomatach). Tymczasem Nuria, lądując w Warszawie, nie miała przy sobie złotych – były one uznawane na świecie za walutę egzotyczną i żaden hiszpański bank ich nie wymieniał. Do tego w 1995 roku w obiegu były stare i nowe złote: za tę samą rzecz można było zapłacić sto nowych złotych albo milion starych, co mogło zdezorientować cudzoziemca. Dlatego też Henryk, który był bardzo przejęty przyjazdem wolontariuszki z Hiszpanii, postanowił zapewnić jej spokojny przejazd z Warszawy do Białowieży. Szukał kogoś, kto odbierze dziewczynę z lotniska w stolicy i wsadzi ją do pociągu jadącego do Hajnówki. Znał dwie osoby, którym mógł powierzyć tę misję. Jedną z nich byłem ja, drugą mój przyjaciel Piotr Jachowicz (obecnie scenarzysta), z którym często odwiedzałem Białowieżę. A że siedziałem akurat w fiordzie Hornsund na Spitsbergenie w traperskiej chatce pod Górą Wrzasku, gdzie zbierałem materiały do pracy naukowej kolegi na temat mew bladych, na lotnisko wybrał się Piotrek, razem ze swoją siostrą Kasią. Kiedy zobaczyli wychodzącą z samolotu Nurię w niebieskiej czapeczce (umówili się, że to będzie znak rozpoznawczy), od razu wymyślili, że będzie z nas znakomita para. Późnym latem wróciłem do Polski, a Piotrek i Kasia, zamiast z uwagą słuchać o moich arktycznych przygodach, wbijali mi do głowy, że natychmiast muszę jechać do Białowieży, bo poznam tam kogoś niezwykłego. Mieli nosa. Kiedy w końcu dotarłem do Puszczy i w domu naszych przyjaciół, Haliny i Karola Zubów, zobaczyłem Nurię, to na jej widok zatkało mnie z zachwytu. W życiu nie widziałem takich pięknych, kruczoczarnych włosów. Siedziałem więc i się na nią gapiłem, co, jak mi później powiedziała Nuria, wyglądało strasznie głupio. Nic jednak nie mogłem na to poradzić, bo z miejsca się zakochałem. Ale Nuria śmiertelnie poważnie traktowała swoje obowiązki wolontariuszki i nie miała głowy do moich zalotów. Za pomocą specjalnego odbiornika i anteny namierzała wilki, które miały obroże z nadajnikami. Śmigała za nimi na rowerze po Puszczy, a ja, nie mając wyjścia, musiałem ostro pedałować za nią. Rok później planowaliśmy nasze wspólne życie w Białowieży.

Właściwie było to jedyne miejsce, w którym mogliśmy być razem. W grę nie wchodziła ani Sewilla, ani Warszawa. W Białowieży Nuria mogła robić wymarzony doktorat, a ja mogłem pisać o zwierzętach. Wkrótce okazało się, że doktorat Nurii nie będzie o wilkach albo rysiach, ale o czymś z pozoru zupełnie nieatrakcyjnym, ba, wręcz obrzydliwym.

– A może byś tak spróbowała badać padlinę i padlinożerców? – usłyszała Nuria od Henryka Okarmy. Niby paskudny temat, ale Nuria czuła, że byłoby to wielkie wyzwanie i przygoda. Mogłaby się zająć wszystkim: od maleńkich sikor, przez sprytne kruki, rude lisy, po majestatyczne bieliki. Ale najważniejsze było to, że aby znaleźć padlinę, musielibyśmy tropić rysie, a przede wszystkim wilki, i poznać na wylot ich życie. Zresztą nie tylko tropić wilki, ale też uczestniczyć w ich łapaniu i zakładaniu im nadajników. Ja oczywiście zamierzałem się w to zaangażować – nie tylko po to, żeby pomagać Nurii, ale też dlatego, że było to dla mnie fascynujące. Nuria przyjęła propozycję, mieliśmy więc przed sobą kilka lat niezwykłych przygód i ciężkiej pracy. I kiedy ta praca trwała w najlepsze, pochłaniając nas całkowicie, a na dodatek co chwila ktoś podrzucał nam bociana czy kunę, które trzeba było wychować, nagle pojawiła Antonia. Jakbyśmy mieli mało innych kłopotów! Nie byłem tym zachwycony.

Kiedy tak kręciłem nosem na widok kundelki przyprowadzonej do domu przez Nurię, nie wiedziałem jeszcze, że jest ona psem zupełnie niezwykłym. Darem niebios. I że to właśnie ona pomoże nam poznać świat wilków. Zawdzięczam jej choćby słynne zdjęcie watahy sześciu biegnących wilków, które widzicie na okładce tej książki. Nie udałoby mi się go zrobić, gdyby nie to, czego się nauczyłem, przemierzając las z Antonią. O tym właśnie jest ta książka. Zresztą nie tylko o tym, ale też o strachu przed wilkami, który towarzyszy prawie wszystkim Europejczykom. Przywiozłem go do Puszczy i tu się go pozbyłem.

• • • • • •

ANTONIA: długi pysk jak u mrówkojada, a na jego końcu spory nochal. Do tego małe rezolutne oczka.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nieumarły las Lolek Umarły las Wilki Zwierzaki Wajraka To zwierzę mnie bierze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia Na drugie Stanisław Człowiek. Biografia