Futbol i cała reszta

Futbol i cała reszta

Autorzy: Przemysław Rudzki

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 19.90 zł

Kilku chłopców nieprzytomnie zakochanych w piłce. Dwadzieścia lat przyjaźni w zmieniającej się Polsce. Słodko-gorzka autobiografia pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków Dzieciństwo jest łatwe. Wiosną, latem i jesienią trzeba wygrać jak najwięcej meczów, by zimą mieć o czym opowiadać. Ale nadejdzie czas trudniejszych starć: o przetrwanie, związki, pracę. Do tego wyścigu szczurów dzieciaki z PRL-owskiego blokowiska nie startują z pole position, choć z ważną zasadą podwórkowego kodeksu we krwi: przetrwają tylko najsilniejsi. Jest rok 1982. Kilku chłopców z małego miasteczka zakochuje się w futbolu z całkiem różnych powodów. Mają takie same swetry, piłki, rowery, ich ojcowie te same prace, a babcie – domy na wsiach. To opowieść o kłótniach, przyjaźniach i rozstaniach. Rozmowach i wypalonych papierosach. Łzach, złamanych sercach i kolanach zdartych na szkolnym boisku. Świat wokół się zmienia, ale jedno nigdy – przez kolejne dwie dekady to futbol wyznacza rytm życia. I choć są takie chwile, kiedy trzeba porzucić nawet największą miłość, ponieważ cała reszta staje się ważniejsza, na szczęście szybko okazuje się, że bez piłki nie da się żyć. To może być kilkadziesiąt scen z Twojego życia.

Kumplom.

Tym, którzy wytrwali, i tym, którzy odeszli

To takie dni zasługują na epilog, wiesz?

Na takie dni postawisz swój ostatni bilon.

Takie dni są heroiną, ciężko schodzi,

ale daje paliwo, by pędzić dalej Ósmą Milą.

Eldo, Miasto Słońca

Niewiele istnieje światów, w których niegrzeczni chłopcy mogą się stać idolami inteligencji, a ci z dobrych domów wielbieni są przez rzezimieszków. Futbol – nic innego tak nie łączy i dzieli zarazem. Futbol, najpiękniejsze słowo świata. Bez niego cała reszta byłaby niczym.

Prolog

Tyle lat wcześniej, że można zapomnieć

Jesteśmy tutaj, ale tak naprawdę nikt nas nie widzi. Rzec można: utknęliśmy i na starcie mamy koncertowo przejebane. Dla świata po prostu nie istniejemy, a to nie jest przyjemne. Dzieci z małych miasteczek pogrążone są w zapomnieniu.

Pod niebem szarym od sadzy kopiemy piłkę o ścianę azbestowego bloku pokrytego blachą falistą, co sprawia, że całe osiedle zdaje się wpadać w psychodeliczny rezonans. Zdzieramy kolana do krwi, brudzimy ubrania, które nasze mamy wypiorą później w pralkach marki Frania. Nosimy te same za duże swetry, z tego samego sklepu, blaszaka wyrastającego jak iluzja luksusu w centrum naszego niebytu.

Nasi ojcowie, górnicy, wykonują te same prace, a babcie mają takie same domy na wsiach. Wzdychamy do tych samych rzeczy materialnych o kształcie, którego nie potrafimy nawet poczuć, nazwać i opisać. Śnimy o dorosłym życiu, które kiedyś pozwoli nam się stąd wyrwać. Jeden z nas po osiągnięciu pełnoletności wypowie zdanie, które bardzo długo będzie rozbrzmiewać echem na osiedlu: „Osiemnastka – praca, kasa, pan samego siebie”.

Jesteśmy nieświadomi istnienia innych galaktyk. Wiedziemy tutaj szczęśliwy żywot jak hobbici w Shire. Marzymy o puszce po piwie, której jeszcze nie mamy w kolekcji puszek po piwie, ale spokojnie, znajdziemy ją w kontenerze na śmieci za jednym z katowickich hoteli, podczas jednej z egzotycznych wycieczek czerwonym ikarusem numer 61 albo 159 albo na czeladzkim wysypisku śmieci obok cmentarza. Piszemy listy do zagranicznych klubów z prośbą o zdjęcia drużyn z autografami piłkarzy, chcemy grać w Bayernie i kupić za to dom rodzicom. Pragniemy zebrać jak najwięcej historyjek z gum Donald, poczuć smak mandarynek w święta i dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda banan. Tęsknimy za lepszym życiem, choć nie wiemy, że najlepsze właśnie się dzieje, tu i teraz, a kiedyś, w odległej przyszłości, tęsknota będzie mieć kierunek odwrotny.

Jest rok 1984, ale to nie Orwell. Otacza nas świat pełen kolorów, wypełniony beztroską czułością zaklętą w wizytach u babci, wyjazdach na ryby z dziadkiem i w meczach, dziesiątkach meczów. Wkrótce będziemy jednak każdego dnia rozgrywać te dużo ważniejsze: o przetrwanie, związki, pensje, coraz większe mieszkania, szybsze samochody. Ich tempo będzie szalone, a końcowy wynik odgadłby tylko wariat, bo jedno jest pewne – do tego popierdolonego wyścigu nie startujemy z pole position.

Przed blokiem dziewczyny grają w gumę i siedząc na ławkach, jedzą lody, ale zaraz będą robić lody bez gumy. Będą grube, będą miały dzieci z tymi, z którymi za nic w świecie nie chciały ich mieć. Tymi, którzy szarpali je za włosy na długich przerwach, a w szkolnych szatniach wkładali ręce pod bluzki, próbując wyczuć rosnące piersi i doprowadzając do płaczu. Staną się brzydkie, nijakie, zleją się z całym tym tłem – żywopłotem, krawężnikiem i śmietnikiem, będą jak stary samochód stojący na cegłach, bez silnika, bez lakieru, bez przyszłości. Jak szary blok, obok którego przechodzisz bez emocji. Będą matkami, które same są dziećmi, bez jakichkolwiek szans na to, by ich synowie i córki stały się kimś lepszym niż one. Ale to wszystko ich nie skrzywdzi, ponieważ prawdopodobnie nigdy nie dowiedzą się, że istnieje lepsze życie.

Ale teraz? Teraz ich widok wydaje nam się najpiękniejszym krajobrazem świata i przyprawia o dreszcze. Kupujemy im lody pistacjowe w plastikowym pudełku, polo-coctę i żółte napoje w woreczku, które wyglądają jak stary mocz. Nosimy ich ciężkie kolorowe tornistry i błyszczące w słońcu worki na buty. Chcemy ich takimi, jakie są, lecz nie wiemy, jak to zrobić. Wstydzimy się ich, a one nie zwracają na nas uwagi. Musimy w pocie czoła zapracować na ich spojrzenia, zmężnieć, dorosnąć, coś udowodnić, ale w tej chwili nie mamy pojęcia, jak tego dokonać.

Na naszych klatkach schodowych czuć wymieszane zapachy kotletów mielonych, zup pomidorowych, wątróbek, a w każdą niedzielę rosołu i kurczaka. Za tymi samymi drzwiami są prawdziwi ludzie, blisko siebie, na dobre i na złe. Mają te same meble, z tych samych sklepów meblowych, ich synowie trzymają pod łóżkami te same piłki biedronki, w piwnicach – te same rowery, które czasem nie przetrwają do rana, zwłaszcza gdy złodziejaszek Kermit akurat jest na wolności.

Jesteśmy jak odlani z jednej formy. Mała enklawa, kurewska Chińska Republika Ludowa przeniesiona na polski grunt. Zimą zjeżdżamy na krótkich plastikowych nartkach i sankach z górki w parku, budujemy coraz większe skocznie, jesteśmy Ernstem Vettorim, Vegardem Opaasem i Jensem Weissflogiem, a latem – wiadomo, stajemy się opętani przez futbol. Gramy dwóch na dwóch, trzech na trzech, dziesięciu na dziesięciu. Pijemy wodę z hydrantu, kradniemy śliwki, gruszki, jabłka z działek, jesteśmy Zbigniewami Bońkami, Dariuszami Dziekanowskimi, Włodzimierzami Smolarkami. Krzyczymy do siebie: „Nie siedź na piłce, bo zrobi się jajo!”. Wdajemy się w bijatyki, oszukujemy bezustannie w czasie meczów, ale tak naprawdę kochamy się wszyscy miłością szaloną, czujemy związani ze sobą niewidzialnymi nićmi małomiasteczkowej egzystencji i potem zawsze „dajemy sobie na zgodę”.

Biegamy brudni od kurzu i ziemi, czasem głodni, chce nam się pić, ale kto by się tym przejmował? Jesteśmy jedną wielką rodziną, choć z innych matek i innych ojców. Jest nas cała armia, wszystko mamy za nic. Gramy wszędzie: na żwirowym boisku, które nazywa się „hasiok”, choć mówimy na nie „hasiak” – to nasza, zagłębiowska, wersja. Na basenie, czyli wielkiej połaci zieleni, naszym małomiasteczkowym hyde parku, możemy zrobić sobie tyle boisk, ile dusza zapragnie. W parku, gdzie każda polana, a jest ich kilka, to Camp Nou, Estádio da Luz, Santiago Bernabéu i San Siro, rozgrywamy własne finały europejskich pucharów i mundialu. Od świtu do zmierzchu. Całe hordy rozwrzeszczanych, złaknionych ruchu, nieokiełznanych źrebaków. Biegamy za piłką do utraty tchu, dopóki zapadnie zmrok albo nie zabrzmi okrzyk z jednego z okien. To nasze mamy każą wracać do domu. Kiedyś uciekniemy im tak daleko, że żaden krzyk nie będzie już słyszalny. Ale dzisiaj, na szczęście, nie musimy o tym myśleć. Liczy się tylko futbol.

Pucharowa środa

1982

Rok, w którym Polska wygrywa z Francją i zostaje trzecią drużyną świata.

Kilku chłopców z małego miasteczka nieprzytomnie zakochuje się w futbolu z całkiem różnych powodów. Lekcja numer jeden: wszyscy faceci są tacy sami. Widzew jest najlepszy.

Za mało stacji benzynowych. Za mało benzyny. Za mało kiełbasy i za mało chleba – każdemu wolno kupić tylko dwa bochenki. Za mało ubrań w sklepach, co sprawia, że wszyscy jesteśmy tacy sami – tak chyba wygląda idealny socjalizm. Za mało metrów kwadratowych, bo tylko szczęściarze mają własne pokoje, i za mało kakao, bo nie każdy ma rodzinę w RFN.

Ola Daszewska, najbardziej światowa pięciolatka, jaką znamy, czasem pyta szeptem, czy nie chcemy trochę nesquika. Przynosi go w woreczku, jakby przemycała drogocenny brązowy narkotyk, i skrycie, pod stołem, dosypuje szczęśliwcom do kubków bez ucha, które parzą w palce. Smród przypalonego mleka unosi się w powietrzu, wypełniając każdy zakątek obitej boazerią świetlicy. Kucharka, pani Honorata, pilnuje, żebyśmy wszystko wypili do dna i zjedli do wylizanego talerza, ale choć próbuje robić groźne miny, na pierwszy rzut oka widać, że to dobra kobieta i muchy by nie skrzywdziła.

Za mało jest niemal wszystkiego, ale na szczęście nie wiemy, że może być tego więcej, co pozwala nam spać spokojnie. Mamy po pięć lat i nie obchodzą nas podziały na klasy społeczne, nie wiemy, kto donosi, kto jest partyjniakiem, a kto bumelantem. Kto pędzi bimber i sprzedaje na melinie, a kto zdradza żonę, bo nie wiemy, co to zdrada. Nie mamy pojęcia, gdzie można kupić taniej cukier, a gdzie rzucili pomarańcze. Nie rozumiemy, dlaczego jest godzina policyjna, kto zarządził stan wojenny, czemu generał Jaruzelski chodzi za dnia w okularach przeciwsłonecznych, nie znamy przekleństw, nie przewidujemy upadku komuny, skoku Wałęsy przez płot i rządu Mazowieckiego. Wolność, jaką dostaliśmy, teraz zupełnie nam wystarcza.

Śnieg pada już od dwóch dni. Nie licząc kilku godzin przerwy, tam, w zasnutym ciężkimi stalowymi chmurami niebie, pracownicy fabryki bieli harują na trzy zmiany, produkując miliardy wielkich płatków, które zasypują cały obszar miasteczka. Spadają na park Prochownia, dziurawą trasę nazywaną przez miejscowych „wycieczkową”, którą każdego dnia podąża autobus numer 723, na cmentarz komunalny, zapyziałą pętlę tramwajową, na „Cambridge”, jak mieszkańcy nazywają jedną ze szkół zawodowych. Na Wylewy, czyli dwa śmiesznie małe akweny, na rzekę Brynicę i wysypisko śmieci. Na osiedle Auby, nazwane tak na cześć przyjaźni z małym francuskim miasteczkiem, ulicę 17 Lipca, całą dzielnicę Piaski, czyli kilka bloków i trochę pól ciągnących się po horyzont. Na górę Borzecha, co sprawi, że zaraz będzie się na niej roić od sanek, lecz minutowy zjazd to żadna wielka atrakcja.

Biały jest stadion pierwszej drużyny miejscowego klubu, czyli MCKS, i biały jest ten, na którym mecze rozgrywają rezerwy. Cała biała jest szkoła podstawowa numer pięć, jedna z siedmiu w mieście. Białe familoki z ulicy 3 Kwietnia wyglądają tak uroczo, gdy zapalają się latarnie. Aż trudno uwierzyć, że w ich wnętrzach często rozgrywają się dramaty. W ogóle biały puch jest cudowny, bo nie widać psich gówien i innych małych czy dużych problemów. Biała Czeladź to piękna Czeladź.

A gdyby teraz było lato? Myśl o słońcu pozwala przetrwać parszywy zimowy czas, zapomnieć o mrozie i wietrze, który wieje ci prosto w oczy. Gdyby było lato, zobaczylibyście na drzewie Kunę. Siedziałby pewnie na samym jego czubku, nie wiedząc, biedaczysko, jak zejść. Nigdy nie ma problemu ze wspinaniem się po gałęziach, co parę razy uratowało mu skórę, gdy podkradał śliwki i czereśnie na działkach lub na plebanii. Ci, którzy chcieli go schwytać, nie byli w stanie wspiąć się na drzewo, a Kuna jest taki, że może sobie siedzieć i siedzieć, póki ten, kto chce go dopaść, nie odpuści i sobie nie pójdzie. Gdzieś tam na czubku drzewa jego ruda czupryna mieni się w słońcu jak nieosiągalny szczyt górski.

Gdyby więc było lato, zobaczylibyście, jak Kuna trzęsie gałęziami, a inni zbierają owoce, żółte śliwki mirabelki albo niedojrzałe gruszki, które wcale nie chcą się odczepić od gałęzi. I kiedy Kuna wreszcie jakimś cudem zejdzie na ziemię, już nic dla niego nie zostanie.

Kuna ma na imię Franek. Choć ma tylko pięć lat, na podwórku często można go zobaczyć bez opieki. Mieszka z mamą i tatą na końcu ulicy, ale oni ciężko pracują i wtedy Kuną musi się zajmować babcia, lecz babcia ma swoje sprawy, więc Kuna uczy się życia bez instrukcji obsługi. A lekcje, które go czekają, będą czasem bardzo bolesne.

Gdyby było lato, Kuna, czyli Franek Zawojski, zapewne czekałby, aż mieszkający w bloku po drugiej stronie ulicy piegowaty chłopiec z jasnymi włosami i kolorowym tornistrem będzie wracał z przedszkola pomarańczowym fiatem 125 p. Kuna zazwyczaj wie, gdzie są konfitury, a ten dzieciak z naprzeciwka ma nową piłkę biedronkę, białą w czarne łaty. Z daleka futbolówka wygląda cudownie, gdyby jednak przyjrzeć się bliżej, łatki są już mocno poszarpane od grania na asfalcie. Cóż, chłopiec z fiata zna się na rzeczy i nie wozi piłki od parady.

Kuna zastanawia się, dlaczego jasnowłosy przybysz nie chodzi z nim do przedszkola. Już wkrótce dowie się, że ten właściciel najlepszej piłki, jaką Franio widział w życiu – a właściwie jedynej prawdziwej piłki, jaką widział – przeprowadził się tutaj niedawno z innego miasta i dołączy do jego grupy od początku nowego roku szkolnego.

Kuna nie ma pojęcia o futbolu, ale chętnie przejąłby magiczny przedmiot od chłopca z pomarańczowego fiata 125 p i pobiegł z nim do parku, gdzie kilka polan pokrytych trawą aż się prosi o kopanie takiej piłki. Czuje podskórnie, że byłby w tym dobry. Futbol nie może być przecież trudniejszy niż wchodzenie na drzewa, prawda?

***

Zimą Czeladź zdaje się kurczyć, staje się jeszcze mniejsza, do tego stopnia, że potężny, stary, przepiękny kościół mocniej dominuje nad okolicą. Miasteczko wygląda tak, jakby większość mieszkańców je opuściła, bojąc się jakiejś zarazy. Przypomina komiks science fiction, w którym Czeladź mogłaby wrócić do starej łacińskiej nazwy Cheladiz i być idealnym tłem dla starć dzielnych wojowników z potworami.

Park Grabek pustoszeje, pijacy chowają się po klatkach schodowych, szukając ciepła, ludzie przemykają do domów, brnąc przez zaspy, których nie da się usunąć. Szyb wydobywczy Julian wyrasta dumnie ze śniegu, kopalnia Czerwona Gwardia przestaje być taka ponura i groźna, kiedy czerń kontrastuje z bielą, choć do najweselszych ten widok również nie należy. Szkoda tylko tych wszystkich najpiękniejszych miejsc pokrytych białym puchem aż do wiosny: figury Jana Nepomucena, kapliczki przydrożnej z figurą Chrystusa Salwatora przy Wojkowickiej czy kamiennego krzyża przy Bytomskiej. Minus dwadzieścia osiem stopni, okropna pora. Tylko myśl o lecie rozgrzewa serca.

Więc jak jest tu latem? Otóż latem możecie zobaczyć, jak dwaj kilkuletni chłopcy na placu zabaw przed blokiem ciągną z wielkim trudem dwie huśtawki wahadłowe, tak zwane koniki, by zrobić z nich bramki. To Piaski, część Czeladzi. Nie ma chyba nic gorszego niż dzielnica czegoś, co samo w sobie jest tak małe, że świat kompletnie tego nie zauważa. Typowa górnicza osada, jakich w tym miejscu od dziesiątków lat narosło bez liku. Niemcy szukali tutaj węgla, ale to było dawno temu. Teraz Piaski tętnią życiem, słupki wyżu demograficznego strzelają w górę.

Bloki, przed którymi chłopcy mocują się z huśtawkami, powstały na początku lat osiemdziesiątych. Budynki są cztery, ustawione w jednej linii, i tworzą dość prostą strukturę: pierwszy przylega do boiska treningowego rezerwowej drużyny MCKS Czeladź, drugi do parku, z trzeciego są najlepsze widoki – na park i jednocześnie stadion rezerw MCKS – a czwarty zdaje się odrębnym światem. Całość domyka największy familok z czerwonej cegły z dużymi oknami.

Krzyś Wolski mieszka w trzecim bloku i obserwuje teatrzyk rozgrywający się cztery piętra niżej. Huśtawki przesuwane po parkingu, który w następnych latach będzie stopniowo zapełniał się coraz większą liczbą sprowadzanych z zagranicy samochodów, wydają nieprzyjemny dźwięk i zakłócają panującą na osiedlu monotonię. Jednak każda, najmniejsza nawet historia, jaką można obejrzeć z okna, jest w małym miasteczku atrakcją najwyższej jakości. W takich miejscach jak Piaski o największej nawet bzdurze rozmawia się później całymi dniami, rozbiera się ją na czynniki pierwsze i nadaje rangę istotnego zdarzenia. Historia żyje aż do następnego nieistotnego zajścia. Że ten to, a tamta tamto, i tak dalej.

Dwaj mali chłopcy mocujący się z huśtawką – dobre i to, kiedy nic się nie dzieje w upalny dzień. Krzyś, filigranowy, cherlawy blondynek z piegami, prosi mamę, żeby poszli na podwórko, po czym szybko dołącza do dwóch nieznanych mu chłopaków. Wie doskonale, że nie może pójść tam z pustymi rękami, nie mieć im niczego do zaoferowania, bo wtedy nie przyjmą go do siebie. Dlatego zabiera ze sobą piłkę. Białą w czarne łatki. Swój największy skarb, nieco już zdarty od gry na asfalcie, ale tato powiedział, że „piłka jest od grania”, i w ogóle nie ma pretensji o to, że chłopiec kopie, gdzie popadnie.

Ci dwaj witają go nieufnie. Jeden z nich, wyglądający jak Tytus z komiksów Papcia Chmiela, ma czarne, gęste, kręcone włosy i śniadą cerę oraz zawadiackie spojrzenie. Przypomina też nieco skurczoną wersję Diego Maradony i gdyby przemówił w obcym języku, nie byłoby to dla Krzysia zaskoczeniem. Powitanie jest zaskakujące – chłopiec pluje przybyszowi w twarz.

– Jak chcesz być z nami kumplem, to musisz zdać test – mówi poważnym tonem.

Co oznacza test? Ano to, że drugi z urwisów, z głową niemal białego koloru, kręconymi kudłami opadającymi na ramiona i wielkimi zielonymi oczami, ubrany w dość gruby jak na letni czas sweter, również pluje na Krzysia Wolskiego. Jego strzał nie jest tak celny – ślina ląduje na koszulce nieproszonego gościa.

Krzyś już ma się rozpłakać, ale jakaś wewnętrzna siła powstrzymuje go, wie bowiem, że jeśli teraz poskarży się matce, to ona przepędzi tych dwóch, a jego zabierze do domu. Straci więc podwójnie – znów będzie siedział w oknie i wypatrywał czegoś ciekawego. Wyciera buzię rękawem koszulki, wyciąga rękę i przedstawia się grzecznie:

– Jestem Krzyś Wolski.

Tytus z diabła przemienia się w aniołka:

– Ja jestem Filip.

Drugi chłopiec, Truskawa, czyli Maciek Dobrowolski, dorobił się swojego pseudonimu w dniu, w którym ojciec przyprowadził go do przedszkola w bluzce z naszytą wielką truskawką. Ubrano go w nią tylko jeden raz, ale czasem małe rzeczy naznaczają nas na całe życie i ten chmurny dzieciak będzie nosił piętno ohydnej bluzki przez wiele lat.

Spluwa teraz na ziemię, by dodać sobie powagi.

– Maciek Dobrowolski – przedstawia się. – Mówią na mnie Truskawa – dodaje, jakby był ojcem chrzestnym śląskiej mafii.

– Gramy mecza. Widzew na Rapid. Był taki niedawno, z tatą słuchałem w radiu. Widzew jest najlepszy i wygrywa z każdym. Dlatego jesteśmy Widzewem – zarządza z werwą Tytus, jego ciemne oczy świecą się teraz jak ogniki. Patrzy na Truskawę i rzuca: – Ty, grasz sam na nas. Ja jestem z Małym. Jesteśmy Widzew, a ty GKS Katowice, czyli napierdalamy cię.

Mały nigdy wcześniej nie słyszał tego dziwnego słowa, ale podoba mu się to, że zaraz „mają napierdalać”, ma nowych kumpli i jeden tak go polubił, że woli go od swojego poprzedniego kolegi. Nazwał go Mały, ale co z tego? Przecież jest mały. Wszystko się zgadza.

– Podajesz mi, ja walę z całej pety na bramę – Tytus w skrócie wyjaśnia taktykę na to spotkanie.

Krzyś Wolski nie strzela tego popołudnia ani jednego gola – na takie ekstrawagancje, na taki rodzaj uniesień przyjdzie jeszcze pora – ale na pewno może być dumny, ponieważ gola nie strzela też Truskawa. Widzew, czyli Mały i Tytus, wygrywa osiem do zera.

Filip puszcza oko do kolegi.

– Ty, jesteśmy od dzisiaj kumplami?

– Jasne – Mały spuszcza głowę i patrzy w ziemię. Boi się jeszcze tego nowego towarzysza, który wygląda bardzo groźnie i w ogóle robi dużo hałasu.

– Czego się nie cieszysz? Wygraliśmy. Jesteśmy Widzew. – Tytus zaczyna dziki taniec i wrzeszczy na całe osiedle: – Widzew Łódź, Widzew Łódź!!!

W kilku oknach pojawiają się głowy mieszkańców. Ktoś krzyczy:

– Zamknij mordę, jebany gnoju!

Mama woła Małego – czas iść na obiad. To nic, bo właśnie stało się coś ważnego. Zagrał swój pierwszy mecz, zwyciężył, wymyślono mu pseudonim i jeszcze znalazł przyjaciela. To jak główna nagroda w małomiasteczkowej loterii. Zdał test. Jeden z najważniejszych w życiu. Dopiero teraz przypomniał sobie o pluciu. Trzeba szybko umyć twarz. Już nie musi zgrywać twardziela, a zarazki nie śpią.

***

Karpiu zostanie Karpiem dopiero później, w szkole, gdy pani zapyta, co będzie robił w święta, a on odpowie: „Będę jadł karpia”. Teraz jest po prostu Pawłem. Jednym z setek dzieci urodzonych w Czeladzi, z twarzy podobnym do nikogo – okrągła buzia, mały nos, zaczesana na prawo grzywka („Bo na lewo czesał się Hitler”, tak mówi mama). Ani wysoki, ani niski. Ani gruby, ani chudy („Dobrze, nie będą ci dokuczać w szkole”, twierdzi brat)

– Paweł Biały – przedstawia się elegancko paniom w sklepie spożywczym, gdy mama go o to prosi. Wyciąga dłoń, a one kręcą z niedowierzaniem głowami. Jakiż to dobrze wychowany młodzieniec!

Karpiu nie lubi: gryzących swetrów z wełny i rajtuz pod spodnie na zimę, białego tłuszczu na wędlinach, wątróbki, śledzi w Wigilię, pomidorowej z makaronem (z ryżem to zupełnie inna sprawa!), firanek we wzory nocą przypominających wiedźmy, i tykania zegara nad ranem. To ostatnie wprowadza go w dziwaczny jak na jego wiek stan rozpaczy – podświadomej obrony przed upływem czasu.

Karpia wychowują babcia i dziadek. Jest do nich przywożony o piątej, a odbierany wieczorem. Matka Karpia pracuje w jakimś ważnym miejscu, ojciec zaś, jak wszyscy inni ojcowie, w kopalni. Latem Karpiu jeździ do swoich drugich dziadków, nad morze. Wszyscy mu tego będziemy zazdrościć, bo kiedy w Czeladzi słyszysz, że pojedziesz na wieś, to znaczy, że czasem naprawdę jedziesz na wieś – zabitą dechami, bez żadnych atrakcji, z obsranym przez kury podwórkiem, rozpadającą się stodołą i obrzydliwym wychodkiem w lesie. Na tej wsi będziesz rozpaczliwie tęsknił za kumplami ze szkolnych ławek, meczami, za dziewczynami, a w skrajnych przypadkach nawet za nauką. A najbardziej za bieżącą wodą. Karpiu ma jednak ten komfort, że jego wieś to kurort nad Bałtykiem, zatem kiedy my smażymy się gdzieś na pustkowiach, w samym środku niczego, on spędza czas na plaży, wdychając jod, chociaż nasi rodzice będą nam wmawiać, pewnie z zazdrości, że „za wiele tego jodu to się nie nawdycha, bo najwięcej wytrąca się zimą”. Wielkie halo – na ferie Karpiu też jeździ nad morze.

Ten melancholijnie usposobiony chłopiec lubi rysować, chociaż nie umie (najlepiej wychodzi mu przerysowywanie różnych zwierząt z encyklopedii PWN), uwielbia lody kawowe, miękką pościel i pluszowe misie, co daje duże prawdopodobieństwo, że wyrośnie na wrażliwca, który będzie miał w życiu przejebane.

Pewnego letniego dnia w życiu Karpia wydarzyło się coś ważnego. Właśnie wrócił z plaży – gdzie z bratem i kuzynami puszczali latawce i samoloty zwane wiropłatami – i zasiadł do obiadu. Babcia, jak zwykle, przyrządziła ryby. Telewizor jest włączony, ale Karpiu wcale nie interesuje się tym, co się dzieje na ekranie, bo to przecież nie dobranocka. Korzysta z chwili, w której wszyscy są czymś zajęci, zjada szybko swoją porcję i próbuje narysować słonia, tym razem z pamięci. Co rusz słyszy okrzyki typu „gol!”, „Jezu!”, a nawet „kurwa!”. Nie zna tego ostatniego słowa, więc nie przywiązuje do niego zbyt wielkiej wagi. Kiedy mecz się kończy i Polacy zostają trzecią drużyną świata – wszak to spotkanie z Francją na mundialu w Hiszpanii – starszy brat Karpia pyta dzieciaków:

– Kto chce być kim?

Paweł Biały traktuje to pytanie bardzo poważnie i odpowiada:

– Treserem słoni!

Trudna to rzecz mieć brata starszego o piętnaście lat i Karpiu przekonuje się o tej brutalnej prawdzie właśnie teraz, gdy rysunek słonia zostaje podniesiony do góry i wystawiony na pośmiewisko ogółu.

– Treserem słoni? A gdzie je będziesz tresował, braciszku?

– W cyrku, widziałem w telewizji.

– Tłuku, pytałem, kto chce być kim z meczu Polska – Francja!

Całe kuzynostwo się śmieje, a on beczy na cały głos. Chciałby, żeby mama szybko przyszła, przytuliła go i powiedziała reszcie, by przestali się z niego śmiać. Ale nikt się nie zjawia i pytanie wisi w powietrzu. Chłopiec zerka na telewizor zza pleców brata i widzi mężczyzn. Uśmiechniętych, szczęśliwych, spoconych, ubranych w biało-czerwone stroje, machających do innych ludzi i do kamer.

– Tym chcę być! Tym z brodą! – krzyczy.

Starszy brat, o dziwo, natychmiast odpuszcza.

– No dobrze, elegancko, będziesz Stefanem Majewskim. Numer dziesięć – mówi, bierze żelazko, białą bieliźnianą koszulkę Karpia i z namaszczeniem przyprasowuje do niej dychę kupioną w niedzielę na miejscowym odpuście.

Konflikt pokoleniowy zostaje zażegnany i teraz chłopiec widzi, że kuzynowie, a nawet brat, trochę zazdroszczą mu takiego wyboru. Dziesięć – to brzmi naprawdę dobrze, jakoś tak dumnie. Karpiu prosi brata, żeby opowiedział mu trochę o Stefanie Majewskim. Już tak ma, że kiedy zaczyna się czymś interesować, musi wiedzieć na ten temat wszystko.

– Wybrałeś sobie idola i nic o nim nie wiesz? – śmieje się Jurek Biały.

– Ma brodę. Wygląda jak treser słoni.

– Treser słoni… – Brat Karpia w teatralnym geście przykłada dłoń do czoła, ale nie mówi nic więcej. Bo czy to istotne, z jakich powodów ktoś zakochuje się w futbolu, nawet gdy został do tej miłości lekko przymuszony?

***

To jest Żaba. Nie chodzi o zdanie z czytanki dla dzieci, lecz najprawdziwszy z faktów. Żaba, czyli Marek Żabieniecki, jest spokojnym chłopcem, który nie lubi wadzić innym i rzucać się w oczy. Uwielbia kolorowanki i bajki, a niektóre umie nawet sam przeczytać, bo nauczył go dziadek Julian, więc można powiedzieć, że Żaba jest dość zdolny. Zna się na zegarku i czyta, co – jak na pięciolatka – jest sporym osiągnięciem. W przedszkolu, gdy pani chce się wymknąć na ostre pieprzenie do wuefisty z podstawówki mieszczącej się w tym samym budynku, zostawia podopiecznych w sali, a wcześniej prosi grzecznie:

– Mareczku, poczytasz dzieciom?

Dziwnie to wygląda. Dwadzieścioro maluchów, a na środku, na krzesełku, siedzi jeden i czyta bajkę. Nikt się nie bije, nikt nie gada, takie dzieci zasłuchane. Seks pani trwa około trzydziestu minut z rozbieraniem i ubieraniem, więc Żaba zawsze zdąży przeczytać niemal całą bajkę.

Czyta generalnie wszystko: napisy na szyldach sklepów, numery rejestracyjne samochodów, etykiety na środkach czystości i butelkach po piwie, encyklopedie. Teraz też siedzi i sczytuje świat:

– KDA 7845, KAF 0848, KTU 2309… – Jedna z jego ulubionych zabaw. Odczytywanie na głos rejestracji.

– Cicho będziesz tam? – denerwuje się dziadek. – Ileż można gadać do siebie, synek? Czy ty masz jakiś limit słów, który musisz z siebie dziennie wyrzucić?

– Dziadku, a co to jest limit?

– Nieważne. Musisz tak kłapać? Cały czas?

– Dziadku, dlaczego ty się na mnie tak denerwujesz?

Ale dziadek już nie słucha, już zajął się dłubaniem przy starym odbiorniku radiowym, który wypuszcza strzępki zdań, raz po raz trzeszcząc, jakby właśnie wydał ostatnie tchnienie. Starszemu mężczyźnie z posiwiałą głową i twarzą pełną bruzd chyba to odpowiada, ponieważ – w przeciwieństwie do gadającego bez przerwy i zadającego trudne pytania wnuka – radio można mieć pod kontrolą. Dziadek wcale nie chce naprawić starego pudła, tak mu jest wygodnie. Ta czynność zdaje się zastępować rozmowy z innymi. Rozmyśla wtedy o nieszczęściu, jakie ktoś wyrządził jego ukochanej córce – zrobił dzieciaka i zniknął. Co za wstyd. Ludzie gadają. Dlatego jemu już się nie chce rozmawiać. Ani wychodzić z domu. Nawet po „Trybunę Robotniczą” wymyka się tak wcześnie, żeby na nikogo się nie natknąć. Małomiasteczkowe życie jest trudne do zniesienia, gdy musisz pochylić się pod pręgierzem ocen. Dzisiaj dziadek Żaby wyskoczył do kiosku, gdy tylko został otwarty, ale spotkał mleczarza, pana Jakubka, a ten od razu zagaił:

– Co, wnuk jest u pana, he?

– A jest. I co z tego?

– Tak to bywa, tak to bywa… – westchnął mleczarz, jakby nadchodziła wojna, ale dziadek Żaby dobrze wiedział, że to pozorne współczucie dla jego córki i wnuka. Już miał coś odpowiedzieć mleczarzowi, ale ugryzł się w język, kto wie, jeszcze czego dosypie człowiekowi do mleka.

Zima 1982 roku jest naprawdę sroga. Żaba nie wychodzi z domu, bo mama powiedziała dziadkowi, że się przeziębi. Jest mu to nawet na rękę – może do woli rysować i marzyć o różnych rzeczach, co jest najlepszym zajęciem na świecie.

Śnieg nie przestaje padać. Znacznie utrudnia to Żabie odczytywanie rejestracji, ponieważ na samochodach spoczywają białe czapy. Nic dziwnego, że chłopiec czeka, aż zrobi się ciepło, tym bardziej że minionego lata stało się coś ważnego. Też, tak jak dziś, wyglądał przez okno. Nagle jego uwagę odwróciło coś, czego wcześniej nie dostrzegał. Trzech chłopaków, kilka lat starszych od niego, grało pod oknami w piłkę. Jeden stanął w bramce, miał takie śmieszne, za duże rękawice, najprawdopodobniej przyniesione przez ojca z kopalni. Nie wyróżniali się niczym szczególnym, jak większość dzieciaków mieli na sobie bawełniane koszulki, spodenki marki Polsport i zwykłe trampki. Uwagę zwracało coś innego – kilka kroków od prawego słupka stały prawdziwe piłkarskie buty, czarno-białe korki firmy Adidas. Należały do jednego z graczy, ale ich posiadacz uznał, że szkoda zakładać takie obuwie na kopaninę o nic. Czekały na swój czas. Na wyjątkowy dzień, na ważny mecz. Na lepszą nawierzchnię. Były tutaj jednak, na wszelki wypadek. By wciąż mieć je w zasięgu wzroku, by dodawały mocy. Żaba to spostrzegawczy chłopak – z łatwością dostrzegł w końcu, kto jest ich właścicielem. Wysoki, chudy chłopak z czarnymi włosami raz na jakiś czas zerkał w kierunku bramki, sprawdzając, czy jego skarb jest na miejscu.

Wspomnienie tej fenomenalnej pary butów przypominało Żabie, że już nie może doczekać się lata.

O ile w przypadku Kuny, Karpia i Małego o miłości do futbolu zdecydował przypadek, o tyle Żaba chyba się z nią po prostu urodził. Jeśli istnieje jednostka chorobowa, którą moglibyśmy mu przypisać, to z pewnością nazywa się „piłka nożna”. Żaba nigdy nie podda się żadnej terapii, a objawy mają mu towarzyszyć przez całe życie. Należeć będą do nich: w drodze do szkoły kopanie piłki schowanej w worku na buty na zmianę, rozgrywanie meczów na biurku drużynami zrobionymi z kapsli i bramkami z pudełek po kasetach magnetofonowych (w wersji bardziej zaawansowanej – wykonanymi z drutu, z siatkami ze strzępów starych firanek), zapisywanie informacji o każdym ważnym wydarzeniu piłkarskim w specjalnym zeszycie, zbieranie plakatów piłkarzy, włącznie z tymi, których nie zna, przygotowywanie okolicznościowych albumów piłkarskich z okazji wielkich imprez futbolowych, słuchanie radia pod kołdrą, gdy polski klub gra w europejskich pucharach, a rodzice poszli już spać.

Żaden z kilku chłopaków, którzy latem 1982 roku zakochali się w piłce bez pamięci, nie mógłby się równać wiedzą z tym, który siedzi teraz w oknie i patrzy na miliony wirujących płatków śniegu. Żaden z nich nie umiałby docenić klasy czarnych korków, ba, nie dostrzegłby nawet ich istnienia. Żaden nie mógłby poczytać o piłce, bo żaden nie potrafi czytać.

Dziadka niepokoi długie milczenie dzieciaka.

– A ty co tak milczysz? – zagaja.

Żaba nie odpowiada. Marzy o lecie i ma nadzieję, że nie tylko znów zobaczy czarne buty, ale też że może sam kiedyś będzie takie miał.

***

Matka Kuny wybiega z domu zapłakana, krzycząc na całą klatkę schodową:

– Wszyscy jesteście tacy sami! – i już pani Krysia z piętra wyżej wie. Wie też dziadunio, pan Zborowski, co mieszka przez ścianę, wiedzą państwo Roszponkowie z parteru, a nawet wielodzietna rodzina Jachimków. „Wszyscy jesteście tacy sami” może oznaczać tylko jedno: została zdradzona.

Pani Krysia mówi, że „pewnie z tą babą z kwiaciarni”. Jachimek do Jachimkowej rzuca od niechcenia znad „Trybuny Ludu”, że „to było wiadome”. Roszponkowie mają to gdzieś. Dziadunio Zborowski kręci głową z politowaniem nad losem biednej matki Kuny, a że nie ma się do kogo odezwać, bo jego małżonka zmarła dwa lata temu, wzdycha do siebie samego: „Dzieciaka szkoda najbardziej”.

Od teraz, choćby matka i ojciec Kuny wydali oświadczenie wyemitowane w Dzienniku Telewizyjnym, mówiące, że nikt nikogo nie zdradził, to i tak już będzie bez znaczenia. Wyroki w małych miastach zapadają w trybie natychmiastowym. Małe miasta to najszybsze sądy świata.

Kuna i jego ojciec siedzą teraz w kłopotliwym milczeniu.

– Tato, czy ty i mama się rozwodzicie? – pyta chłopiec.

– Franiu, kochany, skąd ci to przyszło do głowy? Ja mamusię bardzo kocham – ojciec mówi to tak przekonująco, tak ciepło, że chłopiec musi uwierzyć.

– Ale mama uciekła.

– Wróci.

– Ale płakała.

– Przestanie.

– A pani Krysia mówiła, że muszę się trzymać mamy, bo z tobą nigdy nic nie wiadomo.

– Nie słuchaj tej starej jędzy – tato Kuny się wścieka i po chwili żałuje, że tak uczy syna nienawiści. – Tej pani – poprawia się. – Coś ci powiem w sekrecie. Pani Krysia nie może mieć dzieci i jest zazdrosna, że my mamy takiego fajnego synka. I nikt jej nie lubi.

– Ja ją lubię, daje mi czekolady!

– Synku. Mama wróci i wszystko będzie dobrze. Po prostu się zdenerwowała. Jest nam teraz trochę ciężko. Ale nic się nie martw.

– A czemu się zdenerwowała?

– Dzisiaj mieliśmy pojechać do babci na imieniny, ale babcia nie lubi telewizji i nie ma nawet telewizora. A jaki dzisiaj jest dzień?

– Nie wiem.

– Środa, synku. To bardzo ważne, zapamiętaj.

– A dlaczego?

– Bo to jest pucharowa środa. – Ojciec Kuny otwiera sobie piwo, nalewa do szklanki i choć jego syn jeszcze niewiele rozumie z tej wojny płci, to jedno wie na pewno: pucharowa środa jest świętością. Bąbelki piwa wędrują w górę i to też się Kunie bardzo podoba.

– Tato, a opowiesz mi, co to pucharowa środa?

Za chwilę Kuna bezgranicznie pokocha piłkę, która mu się teraz pięknie łączy w głowie z dwoma obrazami: chłopcem wracającym do domu fiatem 125 p i pucharową środą, dniem szczególnym, świętem wszystkich mężczyzn. W listopadowy wieczór, który powinien być przecież beznadziejny, bo mama właśnie wybiegła z domu, a sąsiedzi są przekonani, że tato ją zdradza, wcale nie jest tak smutno.

Gdybyście zajrzeli przez okno do mieszkania Kuny, zobaczylibyście małego rudego chłopca, który kiwa głową w skupieniu, słuchając, jak jego ojciec coś opowiada, i pochłaniając każde jego słowo. I gdy matka Kuny zagląda teraz przez okno do własnego mieszkania, myśli sobie: „Wszyscy tacy sami”. Ale już nie płacze, tylko się uśmiecha, bo kocha tych dwóch facetów, dużego i małego, najbardziej na świecie. I smutny wieczór już nie jest taki przerażający. Matka Kuny rozumie, że nic nie jest ważniejsze niż pucharowa środa.

Futbol

i cała reszta

Copyright © 2015 by Przemysław Rudzki

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na I stronie okładki – tuk69tuk / fotolia.com;

Tomislav / fotolia.com; sinusvelle / fotolia.com

Fotografia na IV stronie okładki – skynet / fotolia.com

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-434-8

ISBN MOBI: 978-83-7924-433-1

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

PROLOG. Tyle lat wcześniej, że można zapomnieć

Pucharowa środa

Dziewczyny nie są trędowate

Pierwsza żółta kartka

Powiedz mi, kim będziesz

Nie ruszaj rolls-royce’a

Jak być dorosłym

Suma wszystkich strachów

Panie Adamie, co tam było w polu karnym?

Świat nie wierzy łzom

Pocztówka z mediolanu

Sala numer 80

W strefie spadkowej

Nigdy nie będziesz piłkarzem

Dyska

Podano amfetaminę

Miłość się skończyła

Mundial w nieudanych związkach

Rezerwowi

Terapia

Chwile ulotne

Emigranci

EPILOG. List od Ady

OD AUTORA. Kick and run

PODZIĘKOWANIA

Strona redakcyjna

Fenomenalna, porywająca, nieuciekająca od kontrowersji

Rod Thorn, wybierając Michaela Jordana w drafcie dla Chicago Bulls, narzekał: „Żaden center nie był już dostępny. Co mieliśmy zrobić? Jordan pewnie nie odwróci losów naszej drużyny. Nie tego od niego oczekuję. Jest bardzo dobry w ataku, ale nie jest dominatorem”. A potem… Potem z milionów ludzi grających w koszykówkę został tym jedynym, który potrafił latać…

Wreszcie w Polsce!

Uważaj na swoje marzenia, bo mogą się spełnić

Porusza i prowokuje do dyskusji o potrzebie miłości i stałości, uzależnieniu od stanu posiadania i wszechobecnej pustki. Na historii czterech przyjaciół związanych tajemnicą Orbitowski buduje opowieść o współczesnych trzydziestoparolatkach, ich dylematach i cieniach przeszłości. Bezsprzecznie potwierdza swoją klasę, a jeśli jeszcze pisze fantastykę, to flirtuje z nią równie urzekająco jak Palahniuk czy Vonnegut.

Najdojrzalsza i najbardziej zaskakująca powieść Łukasza Orbitowskiego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Futbol i cała reszta Gracz 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie