Krąg

Krąg

Autorzy: Dave Eggers

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 22.80 zł

Gdy Mae Holland zostaje zatrudniona w Kręgu, najpotężniejszej na świecie firmie internetowej, czuje, że otrzymała życiową szansę. Kobieta jest zafascynowana nowoczesnością i rozmachem, z jakim działa firma, otwartymi przestrzeniami biurowymi, przytulnymi sypialniami dla pracowników spędzających noce w pracy, licznymi atrakcjami, całonocnymi imprezami, zajęciami sportowymi, nawet akwarium z egzotycznymi rybami. Mae zdaje się nie dostrzegać zagrożenia nawet wtedy, gdy życie poza firmowym campusem staje się coraz bardziej odległe, a jej rola w Kręgu ewoluuje w niepokojący sposób.

To, co zaczyna się jako urzekająca historia o ambicjach i idealizmie młodej kobiety, szybko staje się przyprawiającą o dreszcze powieścią, poruszającą kwestie pamięci, historii, prywatności, demokracji oraz granic ludzkiej wiedzy.

„Lektura futurystycznej powieści Dave’a Eggersa Krąg wciąga do tego stopnia, że zupełnie zapomnisz o facebooku. A po przeczytaniu ostatnich stron zastanowisz się dwa razy, zanim znowu zalogujesz się w sieci”. O, The Oprah Magazine

„Fascynująca powieść idei o strukturze społecznej i dekonstrukcji prywatności oraz o zawłaszczaniu coraz większej części prywatności przez korporacje i wpływie tego procesu na zachodnią demokrację”. The New York Review of Books

Tytuł oryginału:

THE CIRCLE

Copyright © 2013, Dave Eggers

All rights reserved

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: © Jessica Hische

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Aneta Iwan, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-362-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Księga I

Księga II

Księga III

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Przyszłość nie miała żadnych ram ani granic. Kiedyś będzie tak, że człowiek nie pomieści w sobie własnego szczęścia*.

JOHN STEINBECK

Na wschód od Edenu

KSIĘGA I

Mój Boże, pomyślała Mae. To istny raj.

Kampus był bardzo rozległy, pełen szalonych barw Pacyfiku, jednakże nawet jego najdrobniejsze detale zostały starannie przemyślane, a czyjeś ręce nadały im bardzo wymowny kształt. Tam, gdzie kiedyś znajdowała się stocznia, potem kino dla zmotoryzowanych, pchli targ, a następnie szalała zaraza ziemniaczana, teraz rozciągały się łagodne zielone wzgórza i sadzawka z fontanną projektu Calatravy. Było również miejsce na piknik, ze stołami ustawionymi w koncentrycznych kręgach. Oraz korty tenisowe, ziemne i trawiaste, boisko do siatkówki, po którym biegały z piskiem żywe jak srebro maluchy z firmowego ośrodka opieki dziennej. Pośród tego wszystkiego znajdowało się też miejsce, gdzie pracowano, sto sześćdziesiąt hektarów wypełnionych matową stalą i szkłem centrali najbardziej wpływowej firmy na świecie. Niebo powyżej było nieskazitelnie niebieskie.

Mae przemierzała teren firmy w drodze z parkingu do holu głównego, starając się sprawiać wrażenie, że jest u siebie. Brukowany pasaż wił się między drzewami cytrynowymi i pomarańczowymi, a brukowe kostki w kolorze zgaszonej czerwieni tu i ówdzie ustępowały miejsca płytom z natchnionymi hasłami. „Nie rezygnuj z marzeń” – głosiło jedno słowami wyciętymi laserem w czerwonym kamieniu. „Nie stój z boku” – stwierdzało drugie. Były ich dziesiątki: „Znajdź wspólnotę”, „Wprowadzaj innowacje”, „Puść wodze wyobraźni”. Omal nie nadepnęła na dłoń młodego mężczyzny w szarym kombinezonie, który kładł właśnie nową płytę z napisem „Oddychaj”.

Był słoneczny czerwcowy poniedziałek. Mae przystanęła przed głównym wejściem pod logo wytrawionym w szklanym nadprożu. Chociaż firma istniała od sześciu lat, jej nazwa i logo – krąg zawierający utkaną siatkę z małą literą „c” w środku – należały już do najbardziej znanych na świecie. W tym miejscu, na terenie głównego kampusu, pracowało ponad dziesięć tysięcy ludzi, lecz Circle1 miało biura na całej kuli ziemskiej i co tydzień zatrudniał setki młodych zdolnych ludzi. Przez cztery lata z rzędu firmę uznawano za najbardziej podziwiane przedsiębiorstwo na świecie.

Mae nie pomyślałaby, że ma szansę pracować w takim miejscu, gdyby nie trzy lata od niej starsza Annie. Przez trzy semestry studiów w college’u mieszkały razem w brzydkim budynku, w którym dało się jakoś wytrzymać dzięki łączącej je niezwykłej więzi; były trochę jak przyjaciółki, trochę jak siostry lub kuzynki, żałujące, że nie są rodzeństwem, i niewidzące powodu, by się kiedykolwiek rozstać. W pierwszym miesiącu wspólnego zamieszkiwania pewnego dnia o zmierzchu Mae złamała szczękę, zemdlawszy wskutek osłabienia grypą i niedożywieniem podczas egzaminów semestralnych. Przyjaciółka kazała jej leżeć, ale Mae poszła po kawę do 7-Eleven i ocknęła się na chodniku, pod drzewem. Annie zawiozła ją do szpitala i czekała, aż zdrutują jej żuchwę, a później została z nią na noc, śpiąc obok na drewnianym krześle. Po czym w domu przez wiele dni karmiła Mae przez słomkę. Zademonstrowała głębokie zaangażowanie i fachowość, z jakimi ranna nie zetknęła się u osoby w jej wieku. Potem Mae okazywała jej lojalność, o jaką nigdy wcześniej się nie podejrzewała. Podczas gdy sama wciąż studiowała w Carleton College, zmieniając specjalizację z historii sztuki na marketing i psychologię, by w końcu uzyskać dyplom z tej ostatniej bez dalszych planów podążania w tym kierunku, Annie otrzymała dyplom MBA na Uniwersytecie Stanforda i wszędzie ją chcieli zatrudnić, szczególnie w Circle. Kilka dni po ukończeniu studiów wylądowała właśnie tutaj. Teraz miała jakieś wysokie stanowisko – Annie żartowała, że jest Dyrektorem ds. Zapewnienia Przyszłości – i zachęciła koleżankę do złożenia podania o pracę. Mae zrobiła to, i choć Annie uparcie twierdziła, że nie użyła swych wpływów, Mae była pewna, że to nieprawda, i czuła niezmierną wdzięczność wobec przyjaciółki. Setki tysięcy, miliony ludzi chciały znaleźć się na miejscu Mae, wchodzącej do wysokiego na dziewięć metrów i zalanego kalifornijskim światłem atrium pierwszego dnia pracy dla jedynej firmy, która naprawdę coś znaczyła.

Pchnęła masywne drzwi. Hol od frontu był długi niczym plac apelowy i wysoki jak katedra. U góry, po obu stronach, znajdowały się przeszklone biura. Przez chwilę zakręciło jej się w głowie. Spojrzała w dół i w nieskazitelnie czystej, błyszczącej posadzce ujrzała odbicie swojej zaniepokojonej twarzy. Czując za sobą czyjąś obecność, rozciągnęła usta w uśmiechu.

– Ty pewnie jesteś Mae.

Odwróciła się, by nad szkarłatnym szalem i białą jedwabną bluzką ujrzeć głowę pięknej młodej kobiety.

– Mam na imię Renata.

– Witaj, Renato. Szukam…

– Annie. Wiem. Jest w drodze. – Jakiś dźwięk, cyfrowa kropla, dobiegł z ucha Renaty. – Tak naprawdę… – Renata patrzyła na Mae, ale widziała coś innego. Interfejs siatkówkowy, pomyślała Mae. Kolejna stworzona tutaj innowacja. – Jest w Dzikim Zachodzie – dodała Renata, znowu skupiając wzrok na Mae – ale wkrótce tu będzie.

– Mam nadzieję, że ma trochę sucharów i silnego konia – powiedziała Mae z uśmiechem.

Renata uśmiechnęła się uprzejmie, ale nie roześmiała się. Mae znała firmowy zwyczaj, wedle którego poszczególne części kampusu nosiły nazwy epok historycznych; dzięki temu to ogromne miejsce było mniej bezosobowe, mniej korporacyjne. Biło na głowę Budynek 3B-Wschód, gdzie ostatnio pracowała. Swój ostatni dzień w przedsiębiorstwie usług komunalnych w rodzinnym mieście zaliczyła zaledwie trzy tygodnie temu – swoim wypowiedzeniem wprawiła ich w osłupienie – ale już teraz wydawało jej się, że zmarnowała tam zbyt wiele życia. Krzyżyk na drogę temu gułagowi i wszystkiemu, co sobą reprezentował.

Renata wciąż otrzymywała sygnały przez słuchawkę.

– Och, zaczekaj – powiedziała. – Teraz mówi, że wciąż jest zajęta. – Renata popatrzyła na Mae z promiennym uśmiechem. – Może zaprowadzę cię do twojego biurka? Annie powiedziała, że spotka się tam z tobą mniej więcej za godzinę.

Mae zadrżała lekko na słowa „twojego biurka” i natychmiast pomyślała o swoim tacie. Był z niej dumny. „Bardzo dumny” – powiedział, nagrywając się na jej skrzynkę głosową; pewnie pozostawił wiadomość o czwartej nad ranem. Odsłuchała ją po przebudzeniu. „Tak bardzo dumny” – powtórzył zdławionym głosem. Mae skończyła studia dwa lata temu i proszę, pracuje zarobkowo w Circle, ma ubezpieczenie zdrowotne, własne mieszkanie w mieście i nie jest ciężarem dla swoich rodziców, którzy mieli mnóstwo innych zmartwień. Wyszła za Renatą z atrium. Na trawniku na sztucznym pagórku w pstrokatym świetle słońca siedziała para młodych ludzi trzymających przezroczysty tablet i dyskutujących z przejęciem.

– Będziesz pracowała tam, w Renesansie – poinformowała Renata, wskazując na budynek ze szkła i miedzi, która zdążyła pokryć się nalotem. – Tam właśnie siedzą wszyscy ludzie z Działu Doświadczeń Klienta. Byłaś już tutaj?

Mae skinęła głową.

– Byłam. Kilka razy, ale nie w tym budynku.

– Widziałaś więc basen i strefę rekreacji. – Renata machnęła ręką w kierunku niebieskiego równoległościanu oraz wznoszącego się za nim kanciastego budynku, gdzie mieściła się siłownia. – Tam znajdują się gabinet jogi, sale do crossfitu, pilatesu i masażu oraz rowery stacjonarne. Słyszałam, że na nich ćwiczysz? Dalej są korty do gry w bocce i nowe stanowiska z piłkami na uwięzi. Stołówka znajduje się za tym trawnikiem… – Renata wskazała na pofałdowane pole golfowe z garstką młodych ludzi w strojach do gry, rozlokowanych niczym amatorzy kąpieli słonecznych. – Jesteś­my na miejscu.

Stały przed Renesansem, kolejnym budynkiem z dwunastometrowym atrium, nad którym powoli obracała się ruchoma rzeźba Caldera.

– Och, uwielbiam Caldera – wyznała Mae.

Renata się uśmiechnęła.

– Wiem o tym. – Spojrzały na rzeźbę razem. Wisiała kiedyś we francuskim parlamencie czy innym takim miejscu.

Wiatr, którego podmuch dostał się za nimi przez drzwi, teraz obrócił rzeźbę tak, że jej ramię wskazało na Mae, jakby osobiście ją witając. Renata ujęła nowo przybyłą pod rękę i zapytała:

– Gotowa? Na górę to tędy.

Weszły do windy ze szkła w lekko pomarańczowym odcieniu. Rozbłysły światła i Mae ujrzała na ścianach kabiny swoje imię wraz ze zdjęciem z licealnej księgi pamiątkowej. WITAJ, MAE HOLLAND. Z jej krtani wydobył się odgłos przypominający zdławiony okrzyk. Od lat nie widziała tej fotografii i nie cierpiała z tego powodu. Ta wizualna napaść musiała być sprawką Annie. Na zdjęciu rzeczywiście była Mae – szerokie usta, oliwkowa cera, czarne włosy, ale tutaj wysokie kości policzkowe przydawały jej powagi bardziej niż w rzeczywistości, a piwne oczy nie uśmiechały się, wydawały się małe i zimne, gotowe do walki. Odkąd zrobiono tę fotografię – miała wtedy osiemnaście lat, była gniewna i niepewna siebie – przybyło jej tak potrzebnych kilogramów, jej twarz złagodniała i pojawiły się krągłości, które przykuwały wzrok mężczyzn w najrozmaitszym wieku, kierujących się najrozmaitszymi pobudkami. Od czasów szkoły średniej starała się być bardziej otwarta, bardziej zgodna i widok tego zdjęcia, tego świadectwa dawno minionej ery, kiedy doszukiwała się w świecie najgorszych rzeczy, wyprowadził ją z równowagi. Wpadła w złość. Gdy już nie mogła dłużej na nie patrzeć, zdjęcie zniknęło.

– Taak, wszystko opiera się na czujnikach – powiedziała Renata. – Winda odczytuje twój identyfikator, po czym cię wita. To Annie dała nam tę fotografię. Musicie być w bardzo bliskich stosunkach, skoro ma twoje szkolne zdjęcia. Tak czy owak mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Robimy to najczęściej dla naszych gości. Zazwyczaj są pod wrażeniem.

Podczas gdy winda jechała w górę, na ścianach kabiny ukazywały się informacje na temat wydarzeń, które miały się odbyć tego dnia, z obrazami i tekstem wędrującym z jednej szyby na drugą. Każdej zapowiedzi towarzyszyły film, zdjęcia, animacja i muzyka. W południe zaczynała się projekcja Koyaanisqatsi, o pierwszej pokaz automasażu, a o trzeciej ćwiczeń wzmacniających najważniejsze mięśnie. Jakiś kongresmen, o którym Mae nigdy nie słyszała, siwowłosy, lecz jeszcze młody, wpół do siódmej miał otwarte spotkanie z pracownikami. Obraz na drzwiach windy pokazywał go w czasie przemowy na jakimś podium, w nieznanym miejscu, na tle falujących flag, z podwiniętymi rękawami koszuli i zaciśniętymi pięściami.

Drzwi rozsunęły się, dzieląc postać kongresmena na pół.

– Jesteśmy na miejscu – powiedziała Renata, wychodząc z windy na wąską kładkę ze stalowej kratownicy. Mae spojrzała w dół i poczuła ucisk w żołądku. Widziała posadzkę położonego cztery kondygnacje niżej parteru. Próbowała pokazać, że się nie przejmuje.

– Przypuszczam, że nie umieszczacie tu osób cierpiących na lęk wysokości.

Renata zatrzymała się i odwróciła do niej z głęboko zatroskaną miną.

– Oczywiście, że nie. Ale w twoim profilu znalazłam informację, że…

– Nie, nie – wtrąciła Mae. – Nic mi nie jest.

– Mówię poważnie. Możemy cię umieścić niżej, jeśli…

– Nie, nie. Naprawdę. Wszystko gra. Przepraszam. Żartowałam.

Renata była wyraźnie poruszona.

– W porządku. Po prostu daj mi znać, gdy coś będzie nie tak.

– Dobrze.

– Zrobisz to? Bo Annie chciałaby, żebym tego dopilnowała.

– Zrobię. Obiecuję – odparła Mae i uśmiechnęła się do Renaty, która doszła do siebie i ruszyła dalej.

Dotarły kładką do głównej sali biurowej, szerokiej, zaopatrzonej w okna i przepołowionej długim korytarzem. Po obu jego stronach znajdowały się gabinety, których lokatorów było widać przez sięgające od podłogi po sufit szyby. Wszystkie pomieszczenia były starannie i gustownie urządzone – jedno pełne żeglarskich akcesoriów, w większości, jak się wydawało, unoszących się w powietrzu, zwisających z odsłoniętych belek stropowych, inne ozdobione drzewkami bonsai. Minęły niewielką kuchnię z szafkami i półkami ze szkła oraz namagnesowanymi sztućcami przyklejonymi do lodówki w równych pionowych i poziomych rzędach, a wszystko to oświetlone było szerokim żyrandolem z ręcznie dmuchanego szkła, z różnokolorowymi żarówkami, z szerokimi pomarańczowymi, brzoskwiniowymi i różowymi ramionami.

– Dobra, proszę.

Zatrzymały się przy boksie, szarym, małym i wyłożonym materiałem przypominającym sztuczny len. Serce Mae zadrżało. Był to boks niemal identyczny jak ten, w którym pracowała przez ostatnie półtora roku. I pierwsza widziana przez nią w Circle rzecz, której nie przemyślano na nowo i która przypominała o przeszłości. Ściany boksu obito – Mae nie mogła uwierzyć własnym oczom, wydawało jej się to niemożliwe – jutą. Wiedziała, że Renata ją obserwuje, i miała świadomość, że jej twarz zdradza coś na kształt przerażenia. Uśmiechaj się, pomyślała. Uśmiechaj się.

– W porządku? – zapytała Renata, mierząc ją wzrokiem.

Mae wykrzywiła usta, by pokazać odrobinę zadowolenia.

– Świetnie. Wygląda dobrze.

Nie tego oczekiwała.

– A więc w porządku. Zostawię cię, żebyś się zapoznała ze stanowiskiem pracy, a niebawem przyjdą Denise i Josiah, by cię wprowadzić i przygotować.

Mae znowu wykrzywiła usta w uśmiechu, a Renata odwróciła się i wyszła. Usiadłszy, Mae zauważyła, że oparcie jej krzesła jest pęknięte, a ono samo w ogóle się nie przesuwa – kółka sprawiały wrażenie przyklejonych do podłogi. Na biurku postawiono komputer, ale był to jakiś staroświecki model, którego nie widziała nigdzie indziej w budynku. Była zbita z tropu i stwierdziła, że pogrąża się w takiej samej otchłani przygnębienia, w jakiej tkwiła przez ostatnie kilka lat.

Czy ktokolwiek naprawdę pracował w przedsiębiorstwie usług komunalnych? Jak znalazła tam zatrudnienie? Jak to znosiła? Gdy ktoś pytał, gdzie pracuje, wolała raczej skłamać i powiedzieć, że jest bezrobotna. Czy byłoby choć trochę lepiej, gdyby firma nie znajdowała się w jej rodzinnym mieście?

Po blisko sześciu latach nienawidzenia swojego rodzinnego miasta, przeklinania rodziców za to, że przeprowadzili się tam i narazili ją na życie w takim miejscu, na jego ograniczenia i niedostatek wszystkiego – rozrywki, restauracji, światłych umysłów – ostatnio Mae zaczęła wspominać Longfield z czymś na kształt czułości. Było to niewielkie miasto położone między Fresno a Tranquillity, które w 1866 roku założył i nazwał pewien pozbawiony wyobraźni farmer. Sto pięćdziesiąt lat później liczba jego mieszkańców nie przekraczała dwóch tysięcy osób, w większości zatrudnionych w odległym o trzydzieści dwa kilometry Fresno. Życie w Longfield było tanie, a rodzice przyjaciółek Mae byli lubiącymi polowania ochroniarzami, nauczycielami i kierowcami ciężarówek. Ze swojego liczącego osiemdziesięcioro jeden uczniów rocznika maturalnego Mae była jedną z dwanaściorga osób, które poszły do czteroletniego college’u, i jedyną, która wyprowadziła się na wschód od Kolorado. Była zdruzgotana tym, że wyjechała tak daleko i tak bardzo się zadłużyła po to tylko, by wrócić i pracować w lokalnym przedsiębiorstwie usług komunalnych; zdruzgotani byli też jej rodzice, mimo że oficjalnie mówili, iż postępuje słusznie, wykorzystując konkretną okazję i zaczynając spłacać swoje pożyczki.

Budynek przedsiębiorstwa, 3B-Wschód, był beznadziejnym betonowym blokiem z wąskimi pionowymi szparami na okna. Wewnątrz większość biur miała ściany z pustaków, a wszystko było pomalowane na przyprawiający o mdłości zielony kolor. Czuła się tak, jakby pracowała w szatni. Była mniej więcej dziesięć lat młodsza od najmłodszych pracowników w tym budynku, a nawet trzydziestolatki były osobami z innego stulecia. Zachwycali się jej podstawowymi umiejętnościami obsługi komputera. Posiadali je wszyscy znajomi Mae, ale jej współpracowników wprawiały one w osłupienie. Nazywali ją Czarną Błyskawicą, za pomocą tego oklepanego określenia robiąc aluzję do koloru jej włosów, i zapewniali, że jeżeli właściwie wykorzysta swoje atuty, czeka ją tam „świetlana przyszłość”. Twierdzili, że za cztery, pięć lat może zostać szefową Działu Informatycznego w całej placówce! Jej złość nie miała granic. Nie po to poszła do college’u, na elitarne studia humanistyczne, kosztujące dwieście trzydzieści cztery tysiące dolarów, by piastować takie stanowisko. Była to jednak praca, a Mae potrzebowała pieniędzy. Pożyczkodawcy byli nienasyceni i żądali comiesięcznego zaspokajania swojego apetytu, przyjęła więc tę pracę oraz wypłaty czekiem i wypatrywała lepszych możliwości spłaty pożyczek za studia.

Jej bezpośrednim zwierzchnikiem był człowiek imieniem Kevin, który pracował jako rzekomy specjalista od techniki biurowej, ale, o dziwo, nie miał o niej pojęcia. Znał się na kablach i rozdzielaczach; powinien był obsługiwać radiostację u siebie w piwnicy, a nie nadzorować pracę Mae. Codziennie, o każdej porze roku, nosił takie same koszule z krótkim rękawem i przypinanym kołnierzykiem oraz takie same krawaty w kolorze rdzy. Robił okropne wrażenie, z ust śmierdziało mu szynką, a niesforne puszyste wąsy wyłaniały się ukośnie niczym dwie małe łapy spod wiecznie rozszerzonych nozdrzy. Wszystko, łącznie z jego licznymi przewinieniami, byłoby znośne, gdyby nie fakt, że naprawdę sądził, iż Mae zależy. Wierzył, że absolwentce Carleton College, marzącej o rzeczach pięknych i wyjątkowych, zależy na pracy w przedsiębiorstwie zaopatrzenia w gaz i energię elektryczną. I że zmartwi się, gdy pewnego dnia on uzna jej poczynania za niezadowalające. Doprowadzało ją to do szału.

Chwile, gdy prosił, by przyszła do jego gabinetu, kiedy zamykał drzwi i przysiadał na rogu biurka, były koszmarne. „Czy wiesz, po co cię wezwałem?”– pytał niczym policjant z drogówki po zatrzymaniu kierowcy. W inne dni, gdy był zadowolony z wykonanej przez nią pracy, robił coś jeszcze gorszego: c h w a l i ł ją. Nazywał swoją p r o t e g o w a n ą. Uwielbiał to słowo. Przedstawiał ją tak swoim gościom, mówiąc: „A to moja p r o t e g o w a n a, Mae. Na ogół dość bystra”, i mrugał do niej okiem, jakby sam był kapitanem statku, ona jego pierwszym oficerem pokładowym, a oboje oddanymi sobie na zawsze weteranami wielu marynarskich hulanek. „Jeśli sama sobie w tym nie przeszkodzi, czeka ją tu świetlana przyszłość”.

Nie mogła tego znieść. Każdego dnia tej pracy, a spędziła w niej półtora roku, zastanawiała się, czy naprawdę może poprosić Annie o przysługę. Nigdy nie należała do osób, które prosiły o ratunek, o podźwignięcie z upadku. Wymagało to pewnej gotowości na emocjonalne uzależnienie, namolność – czegoś, co nazywała skłonnością do w ł a ż e n i a w t y ł e k i co nie leżało w jej naturze. Jej rodzice byli spokojni, cisi i dumni, nie chcieli nikomu wchodzić w drogę i niczego od nikogo nie wzięli.

Mae była taka sama, lecz ta praca spowodowała, że była gotowa zrobić cokolwiek, byle tylko odejść. To wszystko przyprawiało ją o mdłości. Te zielone pustaki. Automat z chłodzoną wodą. Karty zegarowe. D y p l o m y h o n o r o w e, wręczane za zrobienie czegoś, co uznawano za szczególne. I te godziny pracy! Rzeczywiście od dziewiątej do piątej! Miała wrażenie, że wszystko to pochodzi z innej, słusznie zapomnianej epoki, i sprawiało, że Mae czuła, że nie tylko ona marnuje tu życie, ale również cała ta firma marnuje życie, marnotrawi ludzkie możliwości i powstrzymuje ruch kuli ziemskiej. A kwintesencją całości był boks w biurowcu, j e j boks. Niskie ścianki wokół, mające ułatwić całkowite skupienie na bieżącym zadaniu, obito jutą, jakby każdy inny materiał mógł Mae rozproszyć, być aluzją do bardziej egzotycznych sposobów spędzania czasu. I tak przepracowała osiemnaście miesięcy w biurze, gdzie uważano, iż spośród wszystkich materiałów oferowanych przez ludzkość i naturę jedynym, który powinien oglądać personel przedsiębiorstwa, codziennie i przez cały dzień, jest juta. Tkanina paskudnego, pospolitego sortu. Tkanina workowa, dla biedoty, dla oszczędnych. O Boże, pomyślała. Gdy stamtąd odchodziła, przyrzekła sobie, że już nigdy więcej nie zobaczy, nie dotknie ani nie pogodzi się z istnieniem tego materiału.

Nie spodziewała się, że znów go ujrzy. No bo jak często, zważywszy na fakt, że nie żyła w dziewiętnastym stuleciu i nie zaglądała do dziewiętnastowiecznych sklepów wielobranżowych, człowiek spotyka jutę? Mae zakładała, że już nigdy do tego nie dojdzie, ale juta była też tutaj, dookoła, na tym nowym stanowisku pracy. I patrząc na nią, wyczuwając jej stęchłą woń, miała łzy w oczach.

– Pieprzona juta – mruknęła pod nosem.

Usłyszała za sobą westchnienie, a potem słowa:

– Teraz myślę, że to nie był najlepszy pomysł.

Mae odwróciła się z zaciśniętymi dłońmi po bokach, w pozie nadąsanego dziecka, i ujrzała swoją przyjaciółkę.

– Pieprzona juta – powiedziała Annie, naśladując jej nadąsanie, po czym wybuchnęła śmiechem. Gdy już przestała się śmiać, zauważyła: – To było niesamowite. Bardzo ci za to dziękuję, Mae. Wiedziałam, że to ci się nie spodoba, ale chciałam zobaczyć jak bardzo. Przepraszam, że omal nie doprowadziłam cię do łez. Chryste Panie.

Mae spojrzała teraz na Renatę, która podniosła wysoko ręce w akcie kapitulacji.

– To nie był mój pomysł! – zastrzegła. – To Annie mnie do tego namówiła! Tylko mnie nie znienawidź!

Annie westchnęła z zadowoleniem.

– Musiałam k u p i ć ten boks w Walmarcie. No i ten komputer! Wieki trwało, nim go znalazłam w Internecie. Myślałam, że możemy po prostu przynieść takie rzeczy z piwnicy, ale naprawdę w całym kampusie nie było nic dostatecznie brzydkiego i wystarczająco starego. O Boże, szkoda, że nie widziałaś swojej miny.

Serce Mae waliło jak młotem.

– Jesteś porąbana.

Annie udała zmieszanie.

– Ja? Wcale nie. Jestem niesamowita.

– Nie do wiary, że zadałaś sobie tyle trudu, żeby mnie zdenerwować.

– Cóż, tak właśnie dotarłam tam, gdzie teraz jestem. Chodzi o planowanie i realizację planu. – Mrugnęła do Mae szelmowsko i ta roześmiała się mimo woli. Annie naprawdę była szalona. – A teraz chodźmy. Oprowadzę cię po całej firmie.

Idąc za przyjaciółką, Mae musiała sobie przypomnieć, że Annie nie zawsze piastowała wysokie kierownicze stanowisko w spółce takiej jak Circle. Swego czasu, przed czterema zaledwie laty, była studentką college’u, chodziła w wytartych flanelowych spodniach na zajęcia, kolacje i zwyczajne randki. Jeden z monogamicznych i porządnych chłopaków Annie, a było ich sporo, nazywał ją i d i o t k ą. Mogła sobie jednak na to pozwolić. Pochodziła z bogatej, i to od pokoleń, rodziny i była śliczną dziewczyną z dołeczkami w policzkach, długimi rzęsami i z włosami tak jasnymi, że nie mogły być tlenione. Wszyscy znali ją jako osobę tryskającą życiem, wydawało się, że nic nie może jej martwić dłużej niż przez kilka chwil. Była jednak również idiotką. Przypominała tyczkę, a mówiąc, gestykulowała gwałtownie i niebezpiecznie dla swoich rozmówców, miała też osobliwą skłonność do skakania po tematach oraz dziwne obsesje – na punkcie jaskiń, amatorskiej produkcji perfum oraz muzyki doo-wop. Utrzymywała przyjazne stosunki ze wszystkimi swoimi „byłymi”, ze wszystkimi dilerami narkotyków i wszystkimi profesorami (znała ich osobiście i posyłała im prezenty). Angażowała się w działalność lub kierowała chyba wszystkimi klubami i sprawami w college’u, a mimo to znajdowała czas na naukę – i tak naprawdę na wszystko – a równocześnie na imprezach robiła zazwyczaj coś żenującego, by podgrzać atmosferę, i zawsze wychodziła ostatnia. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem byłoby to, że Annie w ogóle nie spała, lecz rzeczy miały się inaczej. Spała namiętnie, osiem do dziesięciu godzin dziennie, mogła to robić o dowolnej porze i gdziekolwiek: podczas trzyminutowej jazdy samochodem, w lepiącym się od brudu boksie taniej restauracji poza kampusem, na czyjejś kanapie.

Mae wiedziała o tym z pierwszej ręki, będąc kimś w rodzaju szofera Annie podczas długich podróży przez Minnesotę, Wisconsin i Iowę na niezliczone i na ogół nic nieznaczące biegi przełajowe. Mae dostała częściowe stypendium sportowe, by biegać w Carleton College, i właśnie tam poznała Annie, która bez wysiłku uzyskiwała dobre wyniki, była dwa lata starsza, ale tylko czasami przejmowała się tym, czy ona sama bądź ich drużyna wygra czy przegra. Na jednych zawodach Annie była tym bardzo zainteresowana, drwiąc z przeciwniczek, rzucając obraźliwe uwagi na temat ich strojów lub wyników w nauce, a na następnych wynik w ogóle jej nie obchodził, ale chętnie jechała dla towarzystwa. I właśnie podczas tych długich podróży jej samochodem – którego kierownicę wolała powierzać Mae – wystawiała bose stopy przez okno i dowcipnie komentowała przesuwający się za nim krajobraz, a także godzinami snuła domysły, co się dzieje w sypialni ich trenerów, pary małżonków o podobnych, żołnierskich niemal fryzurach. Mae śmiała się ze wszystkiego, co Annie mówiła, i dzięki temu odrywała myśli od zawodów, gdzie ona sama, w odróżnieniu od przyjaciółki, musiała wygrać lub przynajmniej dobrze wypaść, żeby uzasadnić wsparcie zapewniane jej przez college. Stale docierały na miejsce na kilka minut przed zawodami, a Annie nie pamiętała, na jakim dystansie ma biec, i nie wiedziała, czy tak naprawdę w ogóle ma ochotę wystartować.

A zatem jak to możliwe, że ta postrzelona i śmieszna dziewczyna, która wciąż nosiła w kieszeni skrawek dziecięcego kocyka, tak szybko i tak wysoko awansowała w hierarchii Circle? Teraz należała do czterdziestu najważniejszych umysłów w tej firmie – Bandy Czterdzieściorga – wtajemniczonych w jej najbardziej sekretne plany i dane. Jak to możliwe, że z taką łatwością załatwiła zatrudnienie Mae? Że zdołała tego dokonać w ciągu kilku tygodni od momentu, gdy Mae w końcu schowała dumę do kieszeni i poprosiła o pomoc? Świadczyło to o sile woli Annie, jakimś tajemniczym i głębokim poczuciu celu. Annie nie zdradzała żadnych oznak wygórowanej ambicji, lecz Mae była pewna, że przyjaciółka ma w sobie coś, co było konieczne, by mogła znaleźć się w tym miejscu, na tym stanowisku, niezależnie od jej pochodzenia. Gdyby dorastała w syberyjskiej tundrze albo urodziła się niewidoma w rodzinie pasterzy, teraz i tak byłaby tutaj.

Mae usłyszała swój głos:

– Dzięki, Annie.

Minęły kilka sal konferencyjnych oraz świetlic i przechodziły przez nową galerię, w której wisiało sześć basquiatów właśnie zakupionych od jakiegoś stojącego na skraju bankructwa muzeum w Miami.

– Drobiazg – odparła Annie. – I przepraszam, że trafiłaś do Działu Doświadczeń Klienta. Wiem, że to paskudnie brzmi, ale przekonasz się, że zaczynała tu połowa kierownictwa firmy. Wierzysz mi?

– Tak.

– To dobrze, bo to prawda.

Opuściły galerię i weszły do stołówki na pierwszym piętrze.

– Szklana Knajpka, wiem, że nazwa jest okropna – powiedziała Annie. Lokal zaprojektowano tak, że goście jedli na dziewięciu różnych poziomach, a wszystkie podłogi i ściany zrobiono ze szkła. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby setka osób posilała się w powietrzu.

Przeszły przez Wypożyczalnię, gdzie każdemu pracownikowi wypożyczano bezpłatnie wszystko, od rowerów przez teleskopy aż po lotnie, i znalazły się przed akwarium, którego orędownikiem był jeden z założycieli firmy. Stały przed witryną wysoką jak one; w środku powoli, bez ładu i składu wznosiły się i opadały upiorne meduzy.

– Będę ci się przyglądać – wyjaśniła Annie – i ilekroć zrobisz coś ważnego, dopilnuję, by wszyscy się o tym dowiedzieli. Dzięki temu nie będziesz musiała tkwić tu zbyt długo. W tym dziale ludzie awansują dość regularnie, a jak wiesz, zatrudniamy niemal wyłącznie osoby już związane z firmą. Radź sobie z pracą i nie zadzieraj nosa, a zdziwisz się bardzo, jak szybko trafisz z Działu Doświadczeń Klienta w jakieś ciekawe miejsce.

Mae spojrzała przyjaciółce w jaśniejące w świetle akwarium oczy i odparła:

– Nie przejmuj się. Cieszę się, że w ogóle tu jestem.

– Lepiej być u dołu drabiny, po której chcemy wejść, niż w połowie jakiejś pieprzonej i gównianej, która nie budzi w nas ochoty na wspinaczkę. – Mae się roześmiała; była zaszokowana, słysząc podobne świństwa z ust kogoś o tak miłej twarzy.

– Zawsze tak przeklinałaś? Takiej cię nie pamiętam.

– Robię to, gdy jestem zmęczona, czyli prawie zawsze.

– Kiedyś byłaś taką miłą dziewczyną.

– Przykro mi. Cholernie mi przykro, Mae! Dobra. Zobaczmy następne rzeczy. Psiarnia!

– Czy dzisiaj w ogóle będziemy pracować? – zapytała Mae.

– Pracować? To właśnie praca. Pierwszego dnia masz poznać to miejsce, ludzi, zaaklimatyzować się. Wiesz, jak to jest, gdy kładzie się w domu nowe drewniane podłogi…

– Nie wiem.

– Cóż, wtedy najpierw trzeba zostawić tam deski na dziesięć dni, żeby nastąpiła aklimatyzacja drewna. Dopiero potem się je układa.

– Przez analogię, ja jestem taką deską?

– Owszem.

– A potem zostanę ułożona.

– Tak, potem cię ułożymy. Przybijemy cię tysiącami maleńkich gwoździ. Będziesz zachwycona.

Zwiedziły psiarnię, pomysł Annie, której pies, Doktor Kins­mann, niedawno zdechł, ale wcześniej spędził tu kilka bardzo szczęśliwych lat, zawsze blisko swej pani. Czemu tysiące pracowników miałyby zostawiać swoje czworonogi w domu, skoro mogli je przyprowadzić tutaj, żeby przebywały w pobliżu ludzi oraz innych psów, pod troskliwą opieką, w towarzystwie? Rozumowanie Annie przyjęto szybko i skwapliwie, a teraz uznawano je za wizjonerskie. Zobaczyły również klub nocny – często wykorzystywany w czasie dnia na coś, co nazywano tańcem ekstatycznym, wspaniałym treningiem, jak stwierdziła Annie – duży amfiteatr pod gołym niebem, a także mały teatr pod dachem – „działa u nas około dziesięciu trup komedii improwizowanej”. Gdy już to wszystko obejrzały, zjadły lunch w większej stołówce na parterze, gdzie na małej scenie w kącie grał na gitarze jakiś mężczyzna. Wyglądał niczym starzejący się bard, którego słuchali rodzice Mae.

– Czy to…?

– Tak – odparła Annie, nie zwalniając kroku. – Codziennie ktoś tu występuje. Muzycy, komicy, pisarze. To ukochany projekt Baileya: sprowadzić ich tutaj, żeby zapewnić im trochę reklamy, zwłaszcza że nie jest im teraz łatwo.

– Wiedziałam, że czasem się tu pojawiają, ale mówisz, że tak jest codziennie?

– Angażujemy ich z rocznym wyprzedzeniem. Nie możemy się od nich opędzić.

Bard na scenie śpiewał z wielkim przejęciem, głowę miał przechyloną, oczy zasłonięte włosami, palcami trącał gorączkowo struny instrumentu, ale zdecydowana większość obecnych w stołówce nie zwracała na niego uwagi.

– Budżet na to musi być niewyobrażalny – powiedziała Mae.

– Boże drogi, przecież im nie płacimy. Zaczekaj, musisz poznać tego człowieka.

Zatrzymała jakiegoś mężczyznę. Nazywał się Vipul i jak wyjaśniła Annie, miał niebawem zrewolucjonizować telewizję, medium, które bardziej niż inne nadal tkwiło w XX wieku.

– Raczej w dziewiętnastym – powiedział Vipul z lekkim hinduskim akcentem. Jego angielszczyzna była precyzyjna, a ton wyniosły. – To ostatnie miejsce, gdzie klienci nigdy nie dostają tego, czego chcą. Ostatnia pozostałość feudalnej umowy między twórcą przekazu a widzem. Przecież nie jesteśmy już wasalami! – dodał, szybko poprosił o wybaczenie i odszedł.

– Ten facet jest na innym poziomie – zauważyła Annie, gdy szły przez stołówkę. Zatrzymały się przy kilku kolejnych stolikach i Mae poznała fascynujących ludzi pracujących bez wyjątku nad czymś, co zdaniem Annie miało „wstrząsnąć światem”, „zmienić ludzkie życie” lub „wyprzedzało wszystko inne o pół stulecia”. Zakres prowadzonych prac był zdumiewający. Spotkały dwie kobiety pracujące nad głębinowym statkiem badawczym, który miał odkryć tajemnice Rowu Mariańskiego.

– Zrobią jego mapę, jakby to był Manhattan – powiedziała Annie, a konstruktorki statku nie zgłosiły zastrzeżeń do tej hiperboli. Potem przystanęły przy stoliku, gdzie trójka młodych mężczyzn patrzyła w osadzony w blacie ekran wyświetlający trójwymiarowe rysunki tanich domów nowego typu, które można było z łatwością wznosić we wszystkich krajach rozwijających się.

Annie chwyciła przyjaciółkę za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia.

– A teraz obejrzymy Ochrową Bibliotekę. Słyszałaś o niej?

Mae nie słyszała, ale nie chciała się do tego otwarcie przyznać.

Annie posłała jej porozumiewawcze spojrzenie.

– Nie powinnaś jej oglądać, ale co tam, idziemy.

Wsiadły do wypełnionej neonowym światłem windy z pleksi i ruszyły w górę atrium, mając przed oczami wszystkie pięć kondygnacji i wszystkie biura.

– Nie mogę zrozumieć, jak takie rzeczy przekładają się na zyski – zauważyła Mae.

– Boże drogi, ja też nie wiem. Ale tutaj, jak zdajesz sobie chyba sprawę, nie chodzi tylko o pieniądze. Dochody firmy wystarczają, by wspierać pasje wspólnoty. Ci goście pracujący nad ekologicznymi domami to programiści, ale kilku z nich studiowało kiedyś architekturę. Złożyli więc propozycję, a nasi Mędrcy zwariowali na punkcie tego pomysłu. Zwłaszcza Bailey. On po prostu uwielbia rozbudzać ciekawość najbardziej obiecujących młodych ludzi. A jego biblioteka jest obłędna. To nasze piętro.

Wysiadły z windy na długi korytarz, tym razem wyłożony ciemnym wiśniowym i kasztanowym drewnem, z szeregiem niewielkich żyrandoli emitujących łagodne bursztynowe światło.

– Stara szkoła – zauważyła Mae.

– Wiesz, jaki jest Bailey, prawda? Uwielbia to wiekowe gówno. Mahoń, mosiądz, witraże. To jego estetyka. W pozostałych budynkach jego pomysły są odrzucane, ale tutaj stawia na swoim. Popatrz na to.

Annie zatrzymała się przed dużym obrazem, portretem Trzech Mędrców, i dodała:

– Ohyda, co?

Obraz był marny, wyglądał tak, jakby wyszedł spod niewprawnej ręki ucznia liceum plastycznego. Widoczni na nim trzej mężczyźni, założyciele firmy, tworzyli piramidę; byli ubrani w najbardziej standardowy sposób, a ich twarze stanowiły karykatury ich osobowości. Ty Gospodinov, cudowne dziecko i wizjoner Circle, nosił nijakie okulary i ogromną bluzę z kapturem. Spoglądał w lewo i się uśmiechał; sprawiał wrażenie, jakby cieszył się samotnie chwilą, dostrojony do jakiejś odmiennej częstotliwości. Mówiono, że jest granicznym przypadkiem zespołu Aspergera, i wydawało się, że autor obrazu pragnie to podkreślić. Z ciemnymi rozczochranymi włosami i gładką twarzą wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.

– Ty sprawia wrażenie nieobecnego myślami, prawda? – zauważyła Annie. – Ale to niemożliwe. Nie byłoby nas tu, gdyby nie okazał się też kurewsko genialnym specem od zarządzania. Powinnam ci wyjaśnić ten mechanizm. Będziesz szybko szła w górę, więc ci to wyłożę.

Ty, urodzony jako Tyler Alexander Gospodinov, był pierwszym Mędrcem, wyjaśniła Annie, a wszyscy zawsze nazywali go po prostu Ty.

– Wiem o tym – odparła Mae.

– Nie przerywaj mi. Wciskam ci taką samą gadkę, jaką muszę serwować głowom państw.

– W porządku.

Annie mówiła dalej.

Ty zdał sobie sprawę, że jest w najlepszym razie społecznie nieprzystosowany, a w najgorszym – beznadziejnie niezdolny do utrzymywania stosunków z innymi osobami. Pół roku przed publiczną emisją akcji swojej firmy podjął bardzo rozsądną i korzystną decyzję: zatrudnił dwóch pozostałych Mędrców, Eamona Baileya i Toma Stentona. Posunięcie to złagodziło obawy wszystkich inwestorów i ostatecznie sprawiło, że wartość spółki wzrosła trzykrotnie. Publiczna emisja akcji przyniosła trzy miliardy dolarów, rzecz bezprecedensowa, lecz nie niespodziewana, i wtedy, mając wszystkie troski o pieniądze za sobą oraz Stentona i Baileya na pokładzie, Ty mógł snuć się po firmie, ukrywać się i znikać. Z każdym kolejnym miesiącem coraz rzadziej widywano go w kampusie i w mediach. Wiódł coraz bardziej samotnicze życie, a niezależnie od jego intencji atmosfera wokół niego gęstniała. Obserwatorzy Circle zastanawiali się, gdzie się podziewa i co zamierza. Te plany trzymano do końca w tajemnicy i z każdą kolejną innowacją wprowadzaną przez firmę coraz trudniej było stwierdzić, które pomysły powstały w głowie samego Tya, a za które odpowiada coraz szersza grupa najlepszych na świecie wynalazców tworzących firmową stajnię.

Większość obserwatorów przypuszczała, że nadal angażuje się w działalność spółki, a niektórzy uparcie twierdzili, że wszystkie ważne innowacje firmy Circle noszą ślady jego ingerencji, umiejętności znajdowania globalnych, eleganckich i nieograniczenie skalowalnych rozwiązań. Założył tę firmę po rocznym pobycie w college’u, nie przejawiając jakiejś szczególnej przedsiębiorczości i nie stawiając przed sobą konkretnych celów. „Nazywaliśmy go Niagara – powiedział jego kolega z pokoju w jednym z pierwszych artykułów o Gospodinovie. – Pomysły po prostu wypływały mu z głowy jak wodospad, tysiącami, co sekundę każdego dnia, bezustannie”.

Ty opracował pierwotny system, Zunifikowany System Operacyjny, który łączył w sieci wszystko, co dotąd było rozdzielone i rozlazłe: profile użytkowników mediów społecznościowych, ich systemy płatności, rozmaite hasła, konta poczty elektronicznej, nazwy użytkowników, preferencje, wszystkie, co do jednego, narzędzia i przejawy ich zainteresowań. Dawny sposób – nowa transakcja, nowy system dla każdej witryny, dla każdego zakupu – był jak używanie innego samochodu do załatwienia każdej kolejnej sprawy. „Nie należy nikogo zmuszać do posiadania osiemdziesięciu siedmiu różnych aut” – mówił później Ty, gdy jego system opanował sieć i cały świat.

Zamiast tego wsadził wszystkie potrzeby i narzędzia każdego użytkownika do jednego garnka i wynalazł TruYou – jedno konto, jedną tożsamość, jedno hasło, jeden system płatności na osobę. Nie było innych haseł, wielorakich tożsamości. Twoje urządzenia wiedziały, kim jesteś, a twoją jedyną tożsamością – T r u Y o u – niewzruszoną i nie do ukrycia, była osoba płacąca, tworząca konto, odpowiadająca, oglądająca i recenzująca, widząca i widziana. Należało używać prawdziwego nazwiska, je zaś przypisano do twoich kart kredytowych oraz banku, tak więc płacenie nie nastręczało żadnych trudności. Jeden przycisk na resztę naszego życia w sieci.

Żeby używać któregokolwiek narzędzia Circle, a były to narzędzia najlepsze, dominujące, wszechobecne i darmowe, trzeba było to robić samemu, w imieniu własnym, jako TruYou. Epoka fałszywych tożsamości, kradzieży tożsamości, wielorakich nazw użytkownika, skomplikowanych haseł i systemów płatności dobiegła końca. Ilekroć chciałeś coś zobaczyć, czegoś użyć, coś skomentować lub coś kupić, służył do tego jeden przycisk, jedno konto, wszystko powiązane, monitorowane i proste, wszystko wykonalne za pośrednictwem laptopa, tabletu bądź skanera siatkówki oka. Z chwilą założenia jednego konta można było dotrzeć do każdego zakątka sieci, każdego portalu, każdej płatnej witryny, uczynić wszystko, co chciałeś robić.

TruYou w ciągu jednego roku całkowicie zmieniło Internet. Chociaż niektóre witryny z początku stawiały opór, a zwolennicy internetowej wolności krzyczeli o prawie do zachowania anonimowości w sieci, fala TruYou była potężna i zmiażdżyła wszystkich znaczących przeciwników. Zaczęło się od witryn handlowych. Czemu jakakolwiek witryna niepornograficzna miałaby chcieć anonimowych użytkowników, skoro jej właściciele mogliby dokładnie wiedzieć, kto przekroczył próg ich sklepu? Z dnia na dzień wszystkie fora dyskusyjne stały się cywilizowane, wszyscy zamieszczający na nich wpisy odpowiedzialni. Trolle, wcześniej niemalże władające Internetem, zostały przepędzone z powrotem w krainę ciemności.

Ci zaś, którzy chcieli lub musieli śledzić ruchy konsumentów w sieci, znaleźli swoją Walhallę: rzeczywiste nawyki zakupowe rzeczywistych ludzi dało się teraz znakomicie odwzorować i zmierzyć, a marketing wobec tych rzeczywistych ludzi można było prowadzić z chirurgiczną precyzją. Większość użytkowników TruYou, większość internautów, chcących jedynie prostoty, sprawności, nieskomplikowanej i bezproblemowej obsługi, była zachwycona wynikami. Nie musieli już zapamiętywać dwunastu tożsamości i haseł; nie musieli też tolerować szaleństwa i wściekłości anonimowych hord; nie musieli znosić marketingu rozproszonego, w którym próbowano odgadnąć ich pragnienia na chybił trafił. Teraz otrzymywane wiadomości były konkretne, trafne i – na ogół – wręcz mile widziane.

Ty wpadł na to wszystko w zasadzie przez przypadek. Był zmęczony koniecznością zapamiętywania tożsamości, wprowadzania haseł i informacji dotyczących jego kart kredytowych, opracował więc kod, żeby to wszystko uprościć. Czy celowo użył w nazwie TruYou liter swojego imienia? Twierdził, że ze związku między nimi zdał sobie sprawę dopiero po fakcie. Czy miał pojęcie o komercyjnych konsekwencjach TruYou? Twierdził, że nie, i większość ludzi przypuszczała, że to prawda, że monetyzacją innowacji Tya zajęli się dwaj pozostali Mędrcy, ludzie na tyle doświadczeni i przedsiębiorczy, by tego dokonać. To właśnie oni zarobili na TruYou, oni znaleźli sposoby na zbieranie owoców wszystkich wynalazków Tya i to dzięki nim firma stała się siłą, która powiązała najpierw serwisy społecznościowe: Facebooka, Twittera oraz Google, a w końcu Alacrity, Zoopa, Jefe i Quan.

– Tom nie wygląda tu zbyt korzystnie – zauważyła Annie. – Nie jest aż tak drapieżny. Ale słyszałam, że bardzo lubi ten obraz.

U dołu, na lewo od Tya, znajdował się Tom Stenton, przemierzający świat dyrektor generalny firmy, który określał samego siebie mianem K a p i t a l i s t y P r i m e’a – uwielbiał transformery – odziany we włoski garnitur i uśmiechnięty jak wilk, który właśnie pożarł babcię Czerwonego Kapturka. Miał pięćdziesiąt kilka lat, ciemne włosy i skronie przyprószone siwizną, a spojrzenie jego pozbawionych wyrazu oczu było nieodgadnione. Bardziej pasował do stereotypu nowojorskich maklerów giełdowych z lat osiemdziesiątych, niespeszonych tym, że są bogaci, nieżonaci, agresywni i potencjalnie niebezpieczni. Był szastającym pieniędzmi gigantem globalnego biznesu, wydawał się z roku na rok silniejszy i śmiało korzystał ze swoich pieniędzy i wpływów. Nie bał się prezydentów. Nie zrażał się procesami wytaczanymi przez Komisję Europejską ani groźbami wspieranych przez państwo chińskich hakerów. Nic nie było kłopotliwe ani nieosiągalne, nic nie przekraczało jego możliwości finansowych. Był właścicielem zespołu NASCAR, kilku jachtów regatowych, pilotował też własny samolot. W Circle ten szpanerski dyrektor był przeżytkiem i budził sprzeczne uczucia wśród wielu zatrudnionych tam młodych utopistów.

Jego rzucające się w oczy zamiłowanie do konsumpcji było obce pozostałym dwóm Mędrcom. Ty wynajmował zrujnowane trzypokojowe mieszkanie kilka kilometrów od kampusu, ale z drugiej strony, nikt nigdy nie widział, by tam przyjeżdżał bądź go opuszczał; przypuszczano, że mieszka na terenie firmy. Wszyscy wiedzieli za to, gdzie mieszka Eamon Bailey – w doskonale widocznym i bardzo skromnym domu z trzema sypialniami na zwyczajnej ulicy, dziesięć minut drogi od kampusu. Stenton miał jednak domy wszędzie: w Nowym Jorku, Dubaju oraz w Jackson Hole. I całe piętro na szczycie Millennium Tower w San Francisco. A także wyspę w pobliżu Martyniki.

Eamon Bailey, stojący na obrazie obok Stentona, sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego, wręcz radosnego w towarzystwie dwóch pozostałych mężczyzn, którzy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wyznawali całkowicie odmienne wartości. Portret ukazywał go takim, jakim był – siwowłosym, rumianym, z błyskiem w oku, zadowolonym i szczerym. Był twarzą firmy, osobowością, którą wszyscy kojarzyli z Circle. Gdy się uśmiechał, co czynił niemal bez przerwy, uśmiechały się jego usta, uśmiechały się oczy, nawet ramiona wydawały się uśmiechać. Bailey był kpiarzem. Miał poczucie humoru. Mówił z przejęciem i zarazem z pewnością siebie, w jednej chwili serwując swoim słuchaczom wspaniałe poetyckie wyrażenia, a w następnej szczere zdroworozsądkowe sądy. Pochodził z Omaha, z zupełnie normalnej sześcioosobowej rodziny, i w jego przeszłości w zasadzie nie było niczego niezwykłego. Poszedł na studia w Notre Dame i ożenił się ze swoją dziewczyną, która chodziła do Saint Mary’s College przy tej samej ulicy, a teraz mieli czworo własnych dzieci, trzy córki i w końcu syna, tyle że chłopczyk urodził się z porażeniem mózgowym. „Jest stuknięty – powiedział Bailey, oznajmiając o jego narodzinach firmie i światu. – Będziemy go więc kochać jeszcze bardziej”.

Z Trzech Mędrców to właśnie jego można było najczęściej zobaczyć w kampusie, grającego jazz dixielandowy na puzonie podczas pokazu firmowych talentów, to on zwykle pojawiał się w różnych talk-show w roli przedstawiciela Circle, chichocząc lekceważąco podczas rozmów na temat rozmaitych dochodzeń FCC2 lub podczas odsłaniania tajników nowej użytecznej funkcji lub przełomowej technologii. Wolał, by nazywano go Wujkiem Eamonem, a gdy maszerował przez kampus, robił to niczym ukochany wujek, prezydent Teddy Roosevelt z okresu pierwszej kadencji, przystępny i szczery. Oni trzej, w życiu i na tym portrecie, stanowili dziwny bukiet z niedopasowanych kwiatów, ale nie było wątpliwości, że to działa. Wszyscy wiedzieli, że ten trójgłowy model zarządzania się sprawdza, i taki mechanizm z różnym skutkiem naśladowano w firmach z listy pięciuset magazynu „Fortune”.

– Czemu więc nie stać ich było na prawdziwy portret pędzla artysty, który zna się na rzeczy? – zapytała Mae.

Im dłużej przyglądała się obrazowi, tym dziwniejszy się wydawał. Malarz tak go zaaranżował, że każdy z Mędrców trzymał dłoń na ramieniu drugiego. Nie miało to sensu i było sprzeczne z zasadami mechaniki ludzkiego ciała.

– Bailey uważa, że jest komiczny – odparła Annie. – Chciał go umieścić w głównym korytarzu, ale Stenton się temu sprzeciwił. Wiesz, że Bailey to kolekcjoner i w ogóle, prawda? Ma niesamowite poczucie smaku. Rzecz w tym, iż sprawia wrażenie rozrywkowego chłopaka, jak przeciętny zjadacz chleba z Omaha, ale jest również koneserem i ma lekką obsesję na punkcie ochrony przeszłości, nawet złej sztuki z przeszłości. Poczekaj, aż zobaczysz jego bibliotekę.

Dotarły do olbrzymich drzwi, które wyglądały na średniowieczne – i pewnie takie były. Ta przeszkoda mogłaby zatrzymać inwazję barbarzyńców. Na wysokości piersi sterczały kołatki w kształcie gargulców i Mae dała się nabrać na ten żart.

– Fajne kołatki.

Annie parsknęła, machnęła ręką nad niebieską wkładką na ścianie i wtedy drzwi się otworzyły.

Potem odwróciła się do przyjaciółki i powiedziała:

– Niezłe jaja, co?

Była to trzypiętrowa biblioteka, trzy poziomy zbudowane wokół otwartego atrium, wszystko zrobione w drewnie, miedzi i srebrze, symfonia zgaszonych barw. Zgromadzono tam co najmniej dziesięć tysięcy książek, w większości oprawionych w skórę, ustawionych równo na półkach błyszczących od lakieru. Między książkami stały popiersia wybitnych ludzi o surowych obliczach, Greków i Rzymian, Jeffersona oraz Joanny d’Arc i Martina Luthera Kinga. Z sufitu zwisał model Świerkowej Gęsi – a może była to Enola Gay? Do tego około tuzina zabytkowych globusów, oświetlonych od środka żółtawym, miękkim światłem ogrzewającym różne nieistniejące już państwa.

– Kupił tyle tych rzeczy, gdy miały być wystawione na aukcję, czyli przepaść. To jego krucjata. Jeździ do zubożałych posiadłości, do ludzi, którzy niebawem będą musieli sprzedać swoje skarby z okropną stratą, i kupuje to wszystko po cenie rynkowej, zapewniając pierwotnym właścicielom nieograniczony dostęp do nabytych przedmiotów. To właśnie oni często tu bywają, ci siwowłosi ludzie, którzy przychodzą poczytać lub dotknąć swoich rzeczy. Och, musisz to z o b a c z y ć. Zatka cię z wrażenia.

Annie poprowadziła przyjaciółkę po trzech biegach schodów wyłożonych misternymi mozaikami, będącymi, jak przypuszczała Mae, reprodukcjami motywów z epoki cesarstwa bizantyjskiego. Idąc do góry, trzymała się mosiężnej poręczy; zwróciła uwagę na brak śladów palców i jakichkolwiek plam. Widziała zielone lampy bankierskie, błyszczące miedzią i złotem lunety wycelowane w okna z szybami z fazowanego szkła.

– Och, spójrz w górę – poleciła Annie i Mae uniosła wzrok, by stwierdzić, że sufit tworzy witraż przedstawiający niezliczoną ilość aniołów ustawionych w kręgach. – To z jakiegoś rzymskiego kościoła.

Dotarły na najwyższe piętro biblioteki i Annie prowadziła Mae wąskimi korytarzami wyłożonymi księgami o zaokrąglonych grzbietach, sięgającymi niekiedy czubka jej głowy – Biblii i atlasów, ilustrowanych historii wojen i powstań, od dawna nieistniejących państw i narodów.

– W porządku. Popatrz na to – rzekła Annie. – Zaczekaj. Zanim ci to pokażę, musisz się zobowiązać do zachowania tajemnicy.

– Nie ma sprawy.

– Mówię poważnie.

– Ja też. Tak to traktuję.

– Świetnie. A teraz, gdy przesunę tę książkę… – powiedziała Annie, popychając duży tom zatytułowany Najlepsze lata naszego życia. – Patrz na to – dodała i cofnęła się. Ściana z setką książek powoli zaczęła przesuwać się do wewnątrz, ukazując tajemną komorę. – Niezły czubek, co? – zapytała i weszły do tego pomieszczenia. Było okrągłe i wyłożone książkami, ale uwagę zwracał głównie otoczony miedzianą barierką otwór na środku podłogi, w którym znikała rura sięgająca nie wiadomo dokąd.

– Jest strażakiem? – zapytała Mae.

– A skąd mam wiedzieć, do cholery?

– Dokąd ona biegnie?

– O ile się orientuję, do miejsca, w którym parkuje swój samochód.

Mae powstrzymała cisnące się na usta epitety.

– Zjeżdżasz po niej?

– Niee, ryzykowne było już pokazanie mi tej komory. Nie powinien był tego robić. Tak mi powiedział. A teraz ja pokazuję ją tobie, co jest niemądre. Ale to prezentuje sposób myślenia tego gościa. Może mieć wszystko, a chce rury strażackiej, która prowadzi do garażu siedem pięter niżej.

Ze słuchawki Annie doleciał odgłos spadającej kropli.

– W porządku – powiedziała do kogoś na drugim końcu. Nadszedł czas, by opuścić bibliotekę.

– Muszę iść i trochę popracować – powiedziała Annie w windzie, gdy zjeżdżały z powrotem na piętra głównych biur. – Pora przyjrzeć się planktonowi.

– Pora co zrobić? – zdziwiła się Mae.

– No wiesz, chodzi o małe, dopiero co powstałe firmy liczące na to, że wieloryb uzna, że są dostatecznie smaczne, żeby je zjeść. Raz w tygodniu odbywamy serię spotkań z tymi ludźmi, kiepskimi naśladowcami Tya, a oni starają się nas przekonać, że musimy kupić ich firmy. To trochę smutne, zważywszy, że już nawet nie próbują udawać, że mają jakiekolwiek dochody lub chociaż szansę na to. Posłuchaj, teraz przekażę cię pod opiekę dwojga przedstawicieli firmy. Oboje bardzo poważnie traktują swoją pracę. Właściwie to miej się na baczności przed tym, j a k bardzo angażują się w to, co robią. Oprowadzą cię po pozostałej części kampusu, a potem zabiorę cię na przyjęcie z okazji przesilenia letniego, dobrze? Zaczyna się o siódmej.

Drzwi windy rozsunęły się na pierwszym piętrze, w pobliżu Szklanej Knajpki, i Annie przedstawiła ją Denise oraz Josiahowi; oboje zbliżali się do trzydziestki, oboje mieli tę samą szczerość w spokojnych oczach, oboje nosili proste koszule z przypinanymi kołnierzykami w gustownych kolorach. Każde z nich uścisnęło oburącz dłoń Mae i zamarkowało ukłon.

– Dopilnujcie, by dzisiaj nie pracowała – rzuciła Annie, zanim zniknęła z powrotem w kabinie windy.

Josiah, chudy i mocno piegowaty mężczyzna, zwrócił na Mae nieruchome spojrzenie swoich niebieskich oczu i rzekł:

– Bardzo miło nam cię poznać.

Denise, wysoka i szczupła Amerykanka azjatyckiego pochodzenia, uśmiechnęła się do Mae i zamknęła oczy, jakby delektowała się tą chwilą.

– Annie opowiedziała nam wszystkim o was, o tym, jak dawno się znacie. Ona jest duszą i sercem tego miejsca, więc mamy szczęście, że do nas dołączyłaś.

– Wszyscy bardzo ją lubią – dodał Josiah.

Okazywany przez nich szacunek budził w Mae zakłopotanie. Choć oboje z pewnością od niej starsi, zachowywali się tak, jakby była jakimś znakomitym gościem.

– Wiem, że może to być po części zbędne, ale jeśli ci to nie przeszkadza, chcielibyśmy ci wszystko pokazać. Dobrze? Obiecujemy, że nie będziemy cię zanudzać.

Mae roześmiała się zachęcająco i ruszyła za nimi.

Resztę dnia zapamiętała jak przez mgłę; wypełniły go szklane pokoje i krótkie, niesamowicie serdeczne prezentacje. Wszyscy, których poznała, byli zajęci, niemalże przepracowani, lecz mimo to podekscytowani spotkaniem, bardzo zadowoleni z obecności przyjaciółki Annie… Zwiedziła ośrodek zdrowia i poznała noszącego dredy doktora Hamptona, który nim kierował. Zwiedziła przychodnię i poznała szkocką pielęgniarkę, która przyjmowała pacjentów. Obejrzała ekologiczne ogrody o wymiarach mniej więcej sto na sto metrów, gdzie dwaj zatrudnieni na pełny etat farmerzy wygłaszali prelekcję dla dużej grupy pracowników Circle kosztujących świeżo zebranych marchewek, pomidorów oraz jarmużu. Zobaczyła pole do minigolfa, kino, kręgielnie i sklep spożywczy. W końcu, w miejscu, które jak przypuszczała, znajdowało się w rogu kampusu – widziała stamtąd ogrodzenie i dachy hoteli San Vincenzo, gdzie zatrzymywali się goście firmy – odwiedzili firmowy internat. Mae coś o nim słyszała, Annie wspominała bowiem, że czasem nocuje w kampusie i teraz woli internat od własnego domu. Chodząc po korytarzach i widząc schludne pokoje, każdy z lśniącą wnęką kuchenną, biurkiem, wyściełaną kanapą i łóżkiem, musiała przyznać, że mają nieodparty urok.

– Obecnie jest sto osiemdziesiąt pokoi, ale ich liczba szybko rośnie – wyjaśnił Josiah. – W sytuacji gdy w kampusie przebywa około dziesięciu tysięcy osób, zawsze jakaś część pracuje do późna lub po prostu musi się zdrzemnąć w ciągu dnia. Te pokoje są zawsze wolne i zawsze wysprzątane, wystarczy po prostu sprawdzić w sieci, które są dostępne. Teraz szybko się zapełniają, ale plan na najbliższe lata zakłada, że będziemy ich mieli co najmniej kilka tysięcy.

– A po przyjęciu, takim jak dzisiejsze, są za każdym razem pełne – dodała Denise z lekkim grymasem, który miał być chyba znaczącym mrugnięciem. Zwiedzanie trwało przez całe popołudnie, z przerwami na próbowanie jedzenia na zajęciach kulinarnych, prowadzonych tego dnia przez słynną młodą szefową kuchni, znaną z wykorzystywania wszystkich części zwierząt. Podała Mae danie o nazwie pieczony świński ryj. Mae stwierdziła, że smakuje jak niezwykle tłusty bekon; bardzo przypadło jej do gustu. Podczas oglądania kampusu minęli innych gości, grupy studentów i zastępy sprzedawców oraz, jak się wydawało, senatora ze świtą doradców. Oraz pasaż z zabytkowymi automatami do gry i kryte boisko do badmintona, gdzie dyżurował za opłatą były mistrz świata. Gdy Josiah i Denise przyprowadzili ją z powrotem do centrum kampusu, zapadał zmierzch i obsługa kompleksu umieszczała na trawniku zapalone pochodnie. Kilka tysięcy pracowników Circle zaczęło się gromadzić w półmroku i stojąc wśród nich, Mae zrozumiała, że zawsze chciała tutaj pracować – i zawsze chciała tu być. Jej rodzinne miasto oraz reszta Kalifornii, reszta Ameryki, wydawały się pogrążone w jakimś koszmarnym chaosie rodem z Trzeciego Świata. Poza murami Circle były jedynie zgiełk, walka, brud i upadek. Tutaj jednak wszystko doprowadzono do perfekcji. Najlepsi ludzie tworzyli najlepsze systemy, a najlepsze systemy przynosiły owoce, nieograniczone fundusze, które umożliwiły stworzenie tego miejsca, najlepszego miejsca do pracy. Mae pomyślała, że to naturalne. Któż inny bowiem, jak nie utopiści, mógł stworzyć utopię?

– Przyjęcie? To nic takiego – zapewniła ją Annie, gdy powoli przesuwały się wzdłuż dwunastometrowego bufetu. Wokół panowała ciemność, nocne powietrze ochładzało się, lecz w kampusie, nie wiedzieć czemu, było ciepło i rozświetlały go setki pochodni płonących bursztynowym światłem. – To pomysł Baileya. Nie żeby był jakąś Matką Ziemią, ale on interesuje się gwiazdami i porami roku, więc sprawa przesilenia to jego działka. Pojawi się w pewnym momencie i wszystkich powita, tak przynajmniej zwykle robi. W zeszłym roku wystąpił w czymś w rodzaju bezrękawnika. Jest bardzo dumny ze swojej muskulatury.

Mae i Annie stały na bujnym trawniku, napełniając talerze. Potem znalazły miejsca siedzące w kamiennym amfiteatrze wbudowanym w wysoki, porośnięty trawą wał. Annie napełniała kieliszek przyjaciółki z butelki rieslinga, jakiejś nowej mieszanki zawierającej mniej kalorii i więcej alkoholu, którą jak twierdziła, opracowano w kampusie. Mae spojrzała na drugą stronę trawnika, na skwierczące pochodnie rozstawione w rzędach; każdy z nich prowadził biesiadników ku miejscom zupełnie niezwiązanym z przesileniem rozrywek – tańców limbo i electric slide oraz kickballu. Pozorna przypadkowość, brak jakiegoś narzuconego harmonogramu przyczyniły się do tego, że przyjęcie zdecydowanie przewyższyło związane z nim niewielkie oczekiwania. Jego uczestnicy szybko się wstawili i niebawem Mae straciła kontakt z Annie, a potem sama straciła orientację, trafiając w końcu na boisko do gry w bocce, z którego korzystała grupka starszych pracowników Circle; wszyscy przekroczyli już trzydziestkę i próbowali trafić melonami w kręgle. Ruszyła z powrotem na trawnik, gdzie przyłączyła się do gry nazywanej przez ludzi z Circle „Ha”, która wydawała się polegać jedynie na leżeniu z nogami i/lub rękami zachodzącymi na ręce i/lub nogi sąsiada. Ilekroć osoba obok powiedziała „Ha”, trzeba było powiedzieć to samo. Gra była strasznie głupia, ale na razie Mae potrzebowała takiej rozrywki, ponieważ kręciło jej się w głowie i lepiej się czuła w pozycji horyzontalnej.

– Spójrz na tę. Wygląda tak spokojnie – czyjś głos rozległ się w pobliżu. Mae zdała sobie sprawę, że właściciel tego głosu, mężczyzna, mówi o niej, i otworzyła oczy. Nie zobaczyła nad sobą nikogo. Widziała tylko niebo, w przeważającej mierze bezchmurne; jedynie gdzieniegdzie nad kampusem przesuwały się szybko szare smugi, płynąc w stronę oceanu. Mae czuła, jak ciążą jej powieki. Wiedziała, że nie jest późno, a w każdym razie jeszcze nie minęła dziesiąta, i nie chciała zrobić tego, co często jej się zdarzało, czyli zasnąć po kilku drinkach. Wstała więc i poszła poszukać Annie, kolejnej porcji rieslinga bądź ich obojga. Znalazła bufet i stwierdziła, że jest w opłakanym stanie, niczym na bankiecie po napaści dzikich zwierząt lub wikingów. Skierowała się do najbliższego baru, w którym zabrakło rieslinga i teraz serwowano tam tylko jakąś mieszankę wódki i napoju energetyzującego. Ruszyła dalej, dopytując się przypadkowych przechodniów, gdzie dają wino, dopóki nie poczuła, jak przesuwa się przed nią jakiś cień.

– Tutaj jest jeszcze trochę – powiedział.

Mae odwróciła się i zobaczyła odblaskowe niebieskie okulary, które spoczywały na głowie ledwie widocznego mężczyzny. Jej rozmówca odwrócił się, żeby odejść.

– Idę za panem? – zapytała Mae.

– Jeszcze nie. Stoi pani bez ruchu. Ale powinna pani pójść, jeśli chce pani trochę wina.

Poszła za cieniem przez trawnik, pod baldachimem wysokich drzew; blask księżyca przebijał się przez ich korony setką srebrzystych włóczni. Teraz widziała go wyraźniej – miał na sobie koszulkę w piaskowym kolorze i jakąś kamizelkę z licowanej skóry lub zamszu; już dawno nie widziała takiego zestawu. Potem mężczyzna zatrzymał się i przykucnął koło sztucznego wodospadu spływającego po ścianie budynku Rewolucji Przemysłowej.

– Ukryłem tu kilka butelek – powiedział, zanurzając dłonie w sadzawce, do której spadała woda. Nie znalazłszy niczego, uklęknął i wsadził ręce do wody aż po pachy. W końcu wyciągnął dwie lśniące zielone butelki, wstał i odwrócił się do Mae. Wreszcie dobrze mu się przyjrzała. Jego twarz przypominała trójkąt zakończony podbródkiem z dołeczkiem tak delikatnym, że wcześniej był niedostrzegalny. Miał cerę dziecka, oczy znacznie starszego człowieka oraz wydatny nos, który, choć zakrzywiony i garbaty, nadawał reszcie twarzy – niczym kil jachtowi – stabilność. Brwi tworzyły grube poziome kreski biegnące ku krągłym, dużym bladoróżowym uszom. – Chcesz tam wrócić czy…? – Sugerował chyba, że to „czy” może być znacznie ciekawsze.

– Oczywiście – odparła, uświadamiając sobie, że nie zna tego człowieka i nic o nim nie wie. Ponieważ jednak on miał te butelki, a ona zgubiła Annie, a do tego ufała wszystkim ludziom przebywającym w murach Circle – w tym momencie darzyła wyjątkową sympatią każdego, kto znajdował się tutaj, gdzie wszystko było nowe i dozwolone – wróciła za nim na przyjęcie, a w każdym razie na jego obrzeża. Usiedli na kręgu stopni z widokiem na trawnik i z wysoka przyglądali się sylwetkom biegających, piszczących i przewracających się biesiadników.

Mężczyzna otworzył obie butelki, jedną podał Mae, pociągnął łyk ze swojej i powiedział, że ma na imię Francis.

– Nie Frank? – zapytała, wzięła butelkę i napełniła usta słodkim jak cukierek winem.

– Ludzie próbują zwracać się do mnie w ten sposób, a ja… proszę, by tego nie robili.

Mae się roześmiała, a on jej zawtórował.

Powiedział, że jest programistą i pracuje w firmie od prawie dwóch lat. Wcześniej był kimś w rodzaju anarchisty, prowokatora. Pracę w Circle zdobył dzięki temu, że zhakował jego system, penetrując go głębiej niż ktokolwiek inny. Teraz był członkiem zespołu ochrony.

– To mój pierwszy dzień – wyznała Mae.

– Nie wierzę.

I wtedy Mae, która zamierzała powiedzieć: „Daję słowo”, przekręciła drugi wyraz i wyszło: „Daję zdrowo”. Niemal natychmiast zrozumiała, że nigdy nie zapomni tych słów i przez następne dekady będzie się rumienić na ich wspomnienie.

– Dajesz zdrowo? – zapytał z udawaną powagą. – To brzmi bardzo interesująco. Taka otwartość wobec nieznajomego. No, no!

Mae usiłowała wyjaśnić, co chciała powiedzieć, jak doszło do tego niefortunnego przejęzyczenia… Nie miało to jednak sensu. Francis już się śmiał, wiedząc, że dziewczyna ma poczucie humoru, a ona wiedziała, że jemu też go nie brakuje. Jakimś cudem budził w niej poczucie bezpieczeństwa, ufność, że już więcej tej sprawy nie poruszy, że ta straszna gafa pozostanie ich tajemnicą, że oboje rozumieją, iż wszyscy popełniają błędy i skoro wszyscy uznają, że jesteśmy ludźmi, mamy swoje słabości i skłonność do ośmieszania się setki razy dziennie, należy te błędy puszczać w niepamięć.

– Twój pierwszy dzień – rzekł mężczyzna. – Cóż, moje gratulacje. Zdrowie.

Stuknęli się i wypili. Mae uniosła swoją butelkę ku księżycowi, by sprawdzić, ile jeszcze zostało; jej zawartość zrobiła się nieziemsko niebieska i okazało się, że naczynie jest w połowie puste. Mae odstawiła je na ziemię.

– Podoba mi się twój głos – powiedział. – Zawsze taki był?

– Niski i ochrypły?

– Nazwałbym go d o j r z a ł y m. U d u c h o w i o n y m. Znasz Tatum O’Neal?

– Rodzice zmuszali mnie do oglądania Papierowego księżyca. Chcieli mi poprawić samopoczucie.

– Uwielbiam ten film – powiedział Francis.

– Myśleli, że wyrośnie ze mnie Addie Pray, cwana, ale zachwycająca. Chcieli mieć chłopczycę. Strzygli mnie tak samo.

– Podoba mi się.

– Podoba ci się strzyżenie „na pazia”?

– Nie. Twój głos. Jak dotąd to twoja największa zaleta.

Mae milczała. Czuła się tak, jakby ją spoliczkowano.

– Cholera – mruknął. – Czy to zabrzmiało dziwnie? Starałem się jedynie powiedzieć ci komplement.

Zapadła niepokojąca cisza; Mae miała kilka okropnych doświadczeń z mężczyznami, którzy mówili zbyt gładko i błyskawicznie przechodzili do komplementów. Odwróciła się do niego, by potwierdzić, że nie jest taki, za jakiego go uważa – wielkoduszny i nieszkodliwy – lecz rzeczywiście spaczony i niezrównoważony. Kiedy jednak na niego spojrzała, zobaczyła tę samą gładką twarz, niebieskie okulary, sędziwe oczy. Miał zbolałą minę.

Popatrzył na swoją butelkę, jakby to na nią chciał zrzucić całą winę.

– Chciałem tylko, żebyś miała lepsze mniemanie o swoim głosie. Ale chyba cię obraziłem.

Mae zastanawiała się nad tym przez chwilę, lecz jej umysł, przyćmiony rieslingiem, pracował w zwolnionym tempie, myśli grzęzły po drodze. Zrezygnowała z prób analizowania jego wypowiedzi oraz intencji.

– Chyba jesteś dziwny – powiedziała.

– Jestem sierotą – odparł. – Czy to nie powód, żeby mi wybaczyć? – zapytał, po czym, uświadomiwszy sobie, że za mocno i zbyt rozpaczliwie się odsłania, dodał: – Nie pijesz.

Mae postanowiła nie drążyć tematu jego dzieciństwa.

– Jestem wstawiona – wyjaśniła. – Osiągnęłam pożądany efekt.

– Naprawdę mi przykro. Czasami źle dobieram słowa. Najszczęśliwszy jestem, gdy przy takich okazjach nie rozmawiam.

– Naprawdę jesteś dziwny – powtórzyła Mae i wcale nie żartowała. Miała dwadzieścia cztery lata, a on nie przypominał nikogo ze znanych jej osób. To przecież, pomyślała w pijanym widzie, świadectwo istnienia Boga, czyż nie? Spotkała w życiu tysiące ludzi, często tak do siebie podobnych, często niewartych zapamiętania, ale potem pojawił się ten człowiek, nowy, dziwaczny i dziwacznie mówiący. Co dnia jakiś uczony odkrywał nowy gatunek żaby bądź lilii wodnej i to również zdawało się potwierdzać, że jakiś boski showman, jakiś niebiański wynalazca kładzie przed nami nowe zabawki, ukryte wprawdzie, ale mało starannie, akurat tam, gdzie możemy na nie natrafić. I ten Francis był właśnie kimś zupełnie odmiennym, jakimś nowym gatunkiem żaby. Mae się odwróciła, by na niego spojrzeć, myśląc, że chyba go pocałuje.

Był jednak zajęty. Jedną ręką trzymał but, z którego wysypywał piasek, drugą miał w ustach i wydawało się, że obgryza sobie paznokieć do krwi.

Ocknąwszy się z zadumy, pomyślała o domu i ciepłej pościeli.

– Jak oni wszyscy wrócą? – zapytała.

Francis spojrzał na grupę stłoczonych ludzi, którzy najwyraźniej próbowali utworzyć piramidę.

– Jest oczywiście internat. Ale założę się, że już nie ma w nim miejsc. Zawsze też czeka kilka autobusów kursujących tam i z powrotem. Pewnie o nich słyszałaś. – Pomachał butelką w stronę głównego wejścia, gdzie Mae dostrzegła dachy mikrobusów, które tego ranka widziała w drodze do kampusu. – Firma dokonuje analizy kosztów w każdej sprawie. A jeden pracownik wożący do domu zbyt zmęczonych lub, jak w tym wypadku, zbyt pijanych, by prowadzić samemu… Cóż, na dłuższą metę taki transport wychodzi znacznie taniej. Tylko mi nie mów, że nie przyszłaś tutaj z powodu tych autobusów. One są fantastyczne. W środku przypominają jachty. Sporo przedziałów i drewna.

– Sporo drewna? Sporo drewna? – Mae szturchnęła Francisa w ramię, wiedząc, że właśnie flirtuje, i mając świadomość, że to idiotyzm upijać się i flirtować z kolegą z pracy pierwszej nocy. Robiła to jednak i sprawiało jej to radość.

Sunęła ku nim jakaś postać. Mae obserwowała ją z zaciekawieniem, uświadamiając sobie najpierw, że to kobieta, a potem, że tą postacią jest Annie.

– Czy ten człowiek cię napastuje? – zapytała.

Francis odsunął się pośpiesznie od Mae, a potem ukrył swoją butelkę za plecami. Annie wybuchnęła śmiechem.

– Co cię tak spłoszyło, Francisie?

– Przepraszam. Przesłyszałem się.

– O, masz nieczyste sumienie! Zobaczyłam, jak Mae szturcha cię w ramię, i zażartowałam. Czyżbyś jednak próbował się do czegoś przyznać? Jakie masz plany, Francisie Garbanzo?

– Garaventa.

– Tak. Wiem, jak masz na nazwisko – odparła Annie i siadając niezdarnie między nimi, dodała: – Francisie, jako twoja szanowna koleżanka, ale też jako przyjaciółka muszę cię o coś zapytać. Pozwolisz?

– Oczywiście.

– To dobrze. Czy mogę przez jakiś czas zostać sam na sam z Mae? Muszę ją pocałować w usta.

Francis się roześmiał, po czym spoważniał, zauważywszy, że ani Mae, ani Annie się nie śmieją. Przestraszony, speszony i wyraźnie onieśmielony, już po chwili szedł po schodach, a potem po trawniku, unikając bawiących się ludzi. Zatrzymał się pośrodku trawnika, odwrócił i uniósł wzrok, jakby chciał się upewnić, czy Annie zamierza zastąpić go w roli towarzysza Mae tej nocy. Utwierdziwszy się w swoich obawach, wszedł pod markizę budynku Średniowiecza. Próbował otworzyć drzwi, ale nie umiał. Szarpał je i pchał, ale nie ustępowały. Wiedząc, że kobiety na niego patrzą, przeszedł za róg budynku i zniknął im z pola widzenia.

– Twierdzi, że pracuje w dziale ochrony – powiedziała Mae.

– Tak ci powiedział? Francis Garaventa?

– Rozumiem, że nie powinien był tego robić.

– Cóż, nie jest tak, że zajmuje się ścisłą ochroną. To nie Mosad. Ale czy przerwałam coś, czego z pewnością nie powinnaś robić pierwszej nocy tutaj, idiotko?

– Niczego nie przerwałaś.

– Chyba jednak tak.

– Nie. Niezupełnie.

– Wiem, że przerwałam.

Annie spostrzegła butelkę między stopami przyjaciółki.

– Myślałam, że cały alkohol skończył się nam wiele godzin temu.

– Było trochę wina w wodospadzie… przed Rewolucją Przemysłową.

– Zgadza się. Ludzie chowają tam różne rzeczy.

– Właśnie usłyszałam, jak mówię: „Było trochę wina przed Rewolucją Przemysłową”.

Annie spojrzała na drugi koniec kampusu.

– Wiem. Cholera. Wiem.

* * *

* Fragment w przekładzie Bronisława Zielińskiego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

1 Circle (ang.) – Krąg.

2 Federal Communications Commission – Federalna Komisja Łączności.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bohaterowie pogranicza Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza Hologram dla króla Krąg 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów