Wspinaczka

Wspinaczka

Autorzy: Anatolij Bukriejew Gary Weston DeWalt

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Literatura faktu Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 18.20 zł

W maju 1996 roku uczestników dwóch komercyjnych wypraw na Mount Everest zaskoczyła niezwykle gwałtowna burza śnieżna. Jedną wyprawą kierował Scott Fischer, a drugą Rob Hall. Zatrudniony przez Fischera przewodnik rosyjski himalaista Anatolij Bukriejew dokonał rzeczy niemożliwej. Podjął samotną akcję ratunkową i wyprowadził ze strefy śmierci swoich podopiecznych. Żywioł pochłonął jednak Fischera oraz Halla i trzech członków jego ekipy. Niektórzy uczestnicy wyprawy Halla winą za śmierć współtowarzyszy obciążyli Rosjanina. Jeden z nich, Jon Krakauer, dał temu wyraz w swojej książce. Wspinaczka to osobista odpowiedź Bukriejewa na postawione mu zarzuty.

Losy budzącej kontrowersje tragicznej wyprawy przedstawia film EVEREST.

WROCŁAW 2015

Tytuł oryginału

The climb: Tragic Ambitions on Everest

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Fotografia na okładce

© Daniel Prudek / Shutterstock.com

Redakcja

EWA JAWORSKA

Korekta

JANINA GERARD-GIERUT

Opracowanie typograficzne

JAN STOLARCZYK

Redakcja techniczna

JOLANTA KRAWCZYK

Text Copyright © 1997 by Anatoli Boukreev and G. Weston DeWalt

Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMVI, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5450-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Prolog

1. Górskie szaleństwo

2. Zaproszenie na Everest

3. Załatwianie spraw

4. Klienci

5. Szlak pod Everest

6. Dogrywanie szczegółów

7. Baza

8. Z Khumbu do obozu II

9. Obóz II

10. Pierwsze opóźnienia

11. Przed atakiem

12. Odliczanie

13. W strefę śmierci

14. Na Wierzchołek Południowy

15. Ostatnie sto metrów

16. Decyzja i zejście

17. Ślepota śniegowa

18. Iść czy czołgać się?

19. Transkrypt akcji ratunkowej

20. Ostatnia próba

21. Medialne szaleństwo

Posłowie

Epilog: Powrót na Everest

Postscriptum

Ku pamięci

Najnowsze doniesienia: Odpowiedź na stanowisko Jona Krakauera

Odpowiedź

Zarzuty

Konkluzja

Recenzja „The American Alpine Journal”

Raport wyprawy Mountain Madness na Everest: Transkrypt

Przypisy

Przypisy tłumacza

KSIĄŻKA POŚWIĘCONA PAMIĘCI:

ANATOLIJA NIKOŁAJEWICZA BUKRIEJEWA

DYMITRA SOBOLEWA

WŁADIMIRA BASZKIROWA

BRUCE’A HERRODA

LOPSANGA JANGBU

SCOTTA FISCHERA

YASUKO NAMBY

ROBA HALLA

ANDY’EGO HARRISA

DOUGA HANSENA

NGAWANGA TOPCHE

CHEN YU-NANA

Góry posiadają moc, by wezwać nas do swego królestwa, a w nim spoczywają pozostawieni na wieki nasi przyjaciele, których dzielne dusze tęskniły do wierzchołków. Nie zapominajcie o alpinistach, którzy nie wrócili ze szczytów.

Anatolij Bukriejew

WYRAZY DOZGONNEJ WDZIĘCZNOŚCI ZECHCĄ PRZYJĄĆ:

LINDA WYLIE

BETH WALD

TERRY LeMONCHECK

ALEX DAVIS

SIMONE MORO

ERWAND ILINSKI

RINAT KHAIBULLIN

GENE oraz SHIRLEY FISCHER

JEANNIE FISCHER-PRICE

BOB PALAIS

DYANNA TAYLOR

GARY NEPTUNE

W górach liczy się dziś nie tylko wspinaczka, ale i interes, czego wynikiem jest nasilająca się tendencja, aby zarówno cele sportowe, jak również decyzje taktyczne w trakcie wejść miały charakter biznesowy. Pozytywną stroną takiej sytuacji jest to, że alpiniści – podobnie jak przed nimi narciarze i żeglarze – są teraz w stanie utrzymać się ze swojego ulubionego zajęcia. Negatywny aspekt można natomiast dostrzec w coraz to większym tłoku na graniach, mnożeniu się regulacji prawnych, wycelowanych we wspinaczy, a także, trwającym teraz i po wsze czasy, „cyrku” w bazie pod Everestem.

CHRISTIAN BECKWITH,

PREFACE, „AMERICAN ALPINE JOURNAL”, 1997

Góra nie psoci. Stoi tylko w bezruchu.

BRUCE BARCOTT

CLIFFHANGERS, „HARPER’S MAGAZINE”, SIERPIEŃ 1996

PODZIĘKOWANIA

Autorzy pragną podziękować osobom, które przyczyniły się do powstania niniejszej książki. Niektóre z nich, ze względów osobistych, poprosiły o zachowanie anonimowości. Wyrazy największej wdzięczności składamy uczestnikom wyprawy Mountain Madness na Mount Everest w 1996 roku.

Wielu ludzi przyczyniło się do utkania w jednolitą całość zdarzeń i wątków, których zwieńczeniem było powstanie tej książki. Osoby, którym pragniemy podziękować, to: Reina Attias, Kevin Cooney, Charles Ramsburg, Michele Zackheim, Bob Palais, Charlie Mace, Perry Williamson, Gary Neptune, Laurie Brown, Michael DiLorenzo, Todd Skinner, Jack Robbins, David Shenk, Alex Beers, Elliot Robinson, Fleur Green, Christian Beckwith, Anne Krchik, dr Roger Miller, Beth Wald, Sue Fearon oraz Greg Glade.

Weston DeWalt winien jest szczególne podziękowania Jedowi Williamsowi, byłemu prezesowi American Alpine Club, a obecnemu redaktorowi rocznika „Accidents in North American Mountaineering”. Zachęty od niego płynące stanowiły nieustanne wsparcie przy realizacji tego przedsięwzięcia.

Dwie tłumaczki, Natalia Lagovska oraz Barbara Poston, wspierały nas przez cały czas trwania projektu, a ostateczną formę słów zapisanych na poniższych kartach zawdzięczamy w dużej mierze ich niestrudzonym wysiłkom.

Bez Terry LeMoncheck, zbierającej dla nas materiały i przeprowadzającej wywiady, książka ta nie powstałaby. Jej poświęcenie dla niniejszego dzieła było prawdziwym darem. Wyrazy najszczerszej wdzięczności składamy naszemu wydawcy w St. Martin’s, George’owi Witte’owi.

Szczególnej przyjaciółce, Lindzie Wylie, obydwaj winni jesteśmy gorące podziękowania. Jej gościnność, uprzejmość, stanowczy charakter i trzeźwość myślenia niejeden raz sprowadzały nas z obłoków na ziemię.

UWAGA OD AUTORÓW

Pięć dni po tragedii, która rozegrała się 10 maja 1996 roku na zboczach Mount Everestu, dziewięciu alpinistów zasiadło razem w bazie ekspedycji Mountain Madness i zarejestrowało swe przemyślenia oraz wspomnienia. Wiele szczegółów i niektóre fragmenty książki pochodzą z nagranych wówczas refleksji. Anatolij Bukriejew, uczestnik rejestrowanego na taśmie „raportu”, bazował na tym źródle i chciałby podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w spotkaniu. Ich wysiłek włożony w zachowanie szczerości oraz autorefleksję w znacznej mierze pozwolił na rekonstrukcję zdarzeń. Cytaty pochodzące z zarejestrowanych w trakcie raportu kaset oznaczono symbolem: #.

ROZDZIAŁ 1

GÓRSKIE SZALEŃSTWO

W marcu 1996 roku na nocnym himalajskim niebie ukazała się dziwna gwiazda – intruz. Przez kilka kolejnych dni wędrowała ponad górami, ciągnąc za sobą rozchodzący się w ciemności warkocz. Okazało się, że „gwiazda” to kometa Hyakutake. Na Mount Evereście (8848 m) rozpoczynał się sezon wiosenny, ów okres pomiędzy odejściem zimy a nadejściem letnich monsunów, w którym, z historycznego punktu widzenia, wyprawy na szczyt najczęściej kończyły się sukcesem, a naruszenie przez Hyakutake granic nieboskłonu zostało uznane wśród Szerpów za złowróżbny znak. W górskich wioskach gwiezdna smuga wzbudziła niepokój i stała się tematem rozmów.

Szerpowie, etniczna grupa rdzennych mieszkańców Tybetu, których większość zamieszkuje teraz głównie górskie doliny Nepalu, czerpią znaczną część rodzinnych dochodów z wypraw alpinistycznych przybywających w Himalaje. Niektórzy pracują jako tragarze, kucharze czy poganiacze jaków; inni podejmują się bardziej niebezpiecznych, a zarazem intratnych zadań, jako wysokościowy personel pomocniczy, przyłączając się do zagranicznych ekspedycji i biorąc udział w najbardziej spektakularnym pojedynku: umiejętności i wytrzymałości przeciwko warunkom środowiska wykluczającym dłuższą ludzką egzystencję.

Do roku 1996, w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat od pierwszej próby zdobycia szczytu w 1921 roku, na Mount Evereście zginęło ponad 140 alpinistów. Blisko 40 procent wszystkich ofiar śmiertelnych stanowili Szerpowie. Dlatego też, kiedy bieg natury uległ zakłóceniu, nie umknęło to uwadze Szerpów.

Kami Noru jest po trzydziestce, ma żonę, jest ojcem trójki dzieci. Należy do nowego pokolenia Szerpów, którzy, począwszy od lat pięćdziesiątych XX wieku, porzucili tradycyjne stroje na rzecz Gore-Texowych kurtek i zaczęli czerpać z himalaizmu korzyści materialne. W 1996 roku, podobnie jak w kilku poprzednich latach, Kami Noru został wynajęty przez Himalayan Guides, firmę zajmującą się turystyką ekstremalną z siedzibą w Edynburgu, w Szkocji, jako sirdar (kierownik Szerpów) wyprawy na Everest.

Na czele ze swoim szefem, brodatym i krzepkim Anglikiem Henrym Toddem, pięćdziesięciojednoletnim byłym zawodnikiem rugby, który przekwalifikował się na organizatora wypraw, firma Himalayan Guides wyróżniała się tym, iż nigdy nie straciła klienta. Pragmatyzm i sprzyjające Toddowi w górach szczęście, a także udana współpraca z Kami Noru, przyniosły obydwu mężczyznom spory sukces w Himalajach.

Wiosną 1995 roku Todd zorganizował komercyjną ekspedycję na Mount Everest, prowadząc klientów na wierzchołek od północnej, tybetańskiej strony. Wyprawa zakończyła się zwycięsko. Ośmiu alpinistów dotarło na szczyt. Po takim osiągnięciu Todd i Kami Noru byli na fali, jednak nie do tego stopnia, by popaść w samouwielbienie. Tak naprawdę w marcu 1996 roku obydwaj z niepokojem wyczekiwali nadchodzącego sezonu.

Kami Noru napomknął o zbłąkanej „gwieździe” Toddowi, który wspomina, że jego przyjaciel był zaniepokojony jej obecnością. Kiedy Todd zapytał Kami Noru, jakie kometa ma znaczenie dla niego i pozostałych Szerpów, ten po prostu odparł: „Nie wiemy. Nie podoba nam się to”.

„[Kometa] była już widoczna od jakiegoś czasu – stwierdził Todd – a dla Szerpów był to zwiastun, że dzieje się coś niezbyt dobrego”. Przesąd, to jasne, pomyślał Todd, jednak sprawa godna największej uwagi, skoro ludzie najlepiej znający tę górę uznali, że tak jest.

Do niezrozumiałego bałaganu na nieboskłonie Todd mógł dorzucić własny problem. Pod koniec marca zimowe śniegi nie zdążyły jeszcze stopnieć do takiego stopnia, w którym karawana jaków mogłaby bezpiecznie przemierzyć szlak trekkingowy prowadzący do bazy pod Mount Everestem (5300 m). Niektórzy szerpańscy tragarze byli w stanie przedostać się wąskim, zasypanym śniegiem szlakiem, lecz praktycznie nikt poza nimi. Ilość ekwipunku wymaganego przez wyprawy wiąże się z koniecznością skorzystania z siły i ładowności jaków, toteż tempo prac zaopatrzeniowych znacznie zmalało. Była to trudna sytuacja, jeszcze nie beznadziejna, lecz taka, która mogła przerodzić się w katastrofę, gdyby szlaki przez dłuższy czas pozostawały nie do przejścia. Okno pogodowe, które pozwala atakować szczyt Everestu, jest otwarte jedynie na krótko, po czym gwałtownie się zatrzaskuje wraz z nadejściem pory monsunów. Bez odpowiedniego zaopatrzenia na czas nadarzającej się okazji wyprawa może w ogóle nie wybierać się w góry.

Podobnie jak chyba każdy postąpiłby w niepewnej sytuacji, Todd wraz z Kami Noru starali się zapobiec lub zminimalizować kłopoty. Todd, będąc w Katmandu, stolicy Nepalu (1400 m), gdzie zajmował się nawarstwiającymi się problemami logistycznymi i czekał, aż pokrywa śnieżna na północy bardziej stopnieje, dostał w prezencie kilka skrzynek whisky J & B Scotch od jednego ze swoich wspinaczy, którego sponsorem była firma gorzelnicza. Wydając Szerpom, mającym przetransportować alkohol do jego bazy, dokładne instrukcje, jak zapakować towar,Todd nieświadomie przewidział wieczory, podczas którychlibacja miała podziałać łagodząco. Niepijący szkockiej Kami Noru, na swój sposób przygotowywał się na to, co miało nadejść.

29 marca, w krytym łupkową dachówką kamiennym domu w Pangboche (4000 m), wsi ulokowanej na szeregu tarasów górujących nad szlakiem trekkingowym, który wije się do podstawy Mount Everestu, Kami Noru odprawił puja, rytualne dziękczynienie oraz modlitwę o błogosławieństwo. O świcie, w dużej sali na piętrze magazynu ze zbożem, pięciu buddyjskich mnichów w kasztanowych oraz szafranowych opończach zasiadło w kole. Otaczał ich Kami Noru wraz z kilkoma innymi Szerpami z Pangboche, zatrudnionymi do pomocy przy wyprawie na Everest. Nikłe, bladożółte płomienie lampek opalanych tłuszczem jaków i kilka zbłąkanych promieni porannego słońca stanowiły jedyne źródło światła, mieniąc się tu i tam na czerwonych oraz błękitnych splotach tybetańskich dywanów na podłodze wykonanej z ręcznie ciosanych belek. Spirale dymu wznosiły się nad paleniskiem, a silny, słodkawy aromat palonych w ofierze gałązek jałowca rozchodził się po pomieszczeniu.

Śpiewy mnichów odbijały się od ścian i rozbrzmiewały wielokrotnym echem, a z każdym odgłosem nadchodziła coraz większa cisza i spokój, pewność, że jeśli Szerpowie ją uszanują, góra uchroni ich przed niebezpieczeństwem i pozwoli bezpiecznie wrócić do domu. Kiedy ceremonia puja dobiegła końca, mnisi podarowali każdemu z Szerpów ochronny amulet, czerwony sznurek z supełkami. W milczeniu, z należną czcią, kłaniając się w podzięce, każdy z nich przyjął podarunek i zawiązał amulet na szyi.

W ciągu kolejnych paru dni, podczas gdy śnieg nadal topniał, Kami Noru wraz z innymi Szerpami miał opuścić swój dom i wyruszyć w stronę bazy pod Everestem, gdzie dołączyliby do wypraw, które ich zatrudniły. Pracując za 2,50 do 50 dolarów dziennie, mieli pomagać w zakładaniu obozowisk, wnoszeniu na górę ładunków oraz gotowaniu i obsługiwaniu alpinistów coraz liczniej przybywających pod Everest.

We wczesnych latach osiemdziesiątych wszyscy alpiniści i personel pomocniczy zbierający się w bazie pod Everestem w sezonie wiosennym mogliby pomieścić się w jednym wagonie paryskiego metra. W 1996 roku, w szczytowym momencie, miało przybyć szlakiem i rozbić namioty ponad czterysta osób, sprawiając, że obóz przypominał pole namiotowe przy festiwalu rockowym. Pewien alpinista stwierdził, że bazę pod Everestem w 1996 roku można by swobodnie nazwać „cyrkiem, z tą różnicą, że w naszych namiotach było więcej klaunów”. Według relacji wielu osób, w 1996 roku na górze znalazło się paru prawdziwych „ryzykantów”.

Tajwańska ekspedycja, kierowana przez Makalu Gau, stanowiła źródło nieskończonej ilości dowcipów, co przysłaniało nieco poważne obawy dotyczące kwalifikacji jego zespołu oraz tego, czy będą w stanie zejść żywi z góry. Pewien alpinista stwierdził: „Równie dobrze mógłbym znaleźć się na górze z jamajską drużyną bobslejową”. Poza tym była tam również wyprawa „Sunday Times” z Johannesburga, oficjalnie namaszczona przez Nelsona Mandelę. Historyjki na temat stosunkowo nikłego doświadczenia wielu z jej uczestników oraz pytania na temat szczerości intencji ich żylastego i porywczego lidera, Iana Woodalla, nieustannie krążyły podczas spotkań przy szkockiej Henry’ego Todda.

Amerykański himalaista i weteran Everestu, Ed Viesturs, miał powiedzieć: „Jest tu wiele osób, których być nie powinno”. Viesturs, trzydzieści siedem lat, pracował jako przewodnik, a jednocześnie aktor, dla wyprawy filmowej MacGillivray Freeman IMAX/IWERKS, prowadzonej przez amerykańskiego himalaistę i filmowca Davida Breashearsa. Produkcja filmu, z jednym z największych budżetów przeznaczonych kiedykolwiek na dokument o Evereście, miała zakończyć się powstaniem wielkoformatowego dzieła, które weszłoby na ekrany w 1998 roku. Wyświetlany w kinach z ekranami obejmującymi całe pole widzenia oraz najnowocześniejszymi systemami dźwięku film miał przenosić widza z fotela wprost na Everest.

Breashears, niewiele po czterdziestce, był w Himalajach czymś w rodzaju żywej legendy. Nikomu innemu tak jak Breashersowi, chyba tylko z wyjątkiem Sir Edmunda Hillary’ego, który w 1953 roku wraz z Tenzingiem Norgayem po raz pierwszy zdobył szczyt Mount Everestu, nie udało się zamienić góry w żyłę złota i przez lata czerpać znaczącej części swoich dochodów z działalności prowadzonej na Evereście. W 1985 roku wyróżniłsię tym, że zdołał doprowadzić na szczyt teksańskiego biznesmena i milionera, Dicka Bassa. Bass, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, został najstarszym do chwili obecnej alpinistą, któremu udało się osiągnąć wierzchołek. Wyczyn ten uważany jest przez wielu za moment przełomowy w historii prób zdobycia Everestu. Głodni przygód śmiałkowie i ludzie z pieniędzmi dostrzegli tę możliwość. Skoro pięćdziesięciopięciolatek z motywacją i nieograniczonymi dochodami mógł tego dokonać, to znaczy, że każdy może! Zaczęły mnożyć się firmy organizujące komercyjne wyprawy, aby sprostać rosnącemu popytowi i świadczyć usługi klientom będącym w stanie zaoferować dużą kasę za duże góry[1].

Breashears i załoga wyprawy filmowej IMAX/IWERKS, wędrując w kierunku bazy pod Everestem, robili spore wrażenie. Nieopodal domu Kamiego Noru w Pangboche kilkoro uczestników wyprawy zatrzymało się w herbaciarni i zasiadło przy paru stolikach. Zamówili herbatę, jednak podziękowali za lokalne potrawy, decydując się na smakołyki przywiezione z domu. Jeden z weteranów w bazie pod Everestem, uznawszy członków tego zespołu za odrobinę nazbyt przylizanych i wystrzałowych, określił ich mianem „kolesiów od Gucciego”.

Nieopodal ekspedycji IMAX/IWERKS w bazie pod Everestem rozbiła swe namioty wyprawa Himalayan Guides Henry’ego Todda, jak również kilka innych, komercyjnych ekspedycji, które, podobnie jak Todd, nadciągnęły pod Everest z płacącymi klientami. Pośród „psów na kasę”, a tym przydomkiem ochrzcił organizatorów komercyjnych wypraw pewien kronikarz dziejów Everestu, znalazł się zespół Komercyjnej Wyprawy Adventure Consultants, której kierownikiem był Nowozelandczyk Rob Hall.

Hall, czarnobrody i postawny mężczyzna, wyglądem przypominający Abrahama Lincolna, posiadał siłę perswazji i opanowanie, które sprawiały, że wiele osób uważało go za starszego, niż był w rzeczywistości, a miał trzydzieści pięć lat. Od 1990 roku, kiedy jego firma zaczęła organizować ekspedycje na Everest, Hall mógł poszczycić się wynikiem trzydziestu dziewięciu alpinistów (zarówno klientów, jak i personelu pomocniczego) doprowadzonych na szczyt. Reklamy usług jego firmy ukazujące się w międzynarodowych magazynach alpinistycznych były ogromne, kuszące i wręcz zuchwałe. W jednej z nich, która pojawiła się w 1995 roku, można było przeczytać: „100% sukcesu! Wyślij kopertę ze znaczkiem, aby otrzymać naszą kolorową broszurę”. Sto procent, lecz tylko do maja 1995 roku, kiedy zawrócił wszystkich klientów podczas ataku szczytowego, ponieważ głęboki śnieg w wyższych partiach góry opóźniał wejście. Żaden z klientów nie dotarł na szczyt.

W 1996 roku Rob Hall powrócił, gotowy do kolejnej próby, zdecydowany, jeśli okaże się to możliwe, ponownie dołączyć do zwycięzców. Był pod silną presją. Tylko sukcesy, nie zaś przerywanie ataku, mogły napędzić nową klientelę. Tymczasem w 1996 roku pojawiło się dodatkowe wyzwanie, do gry włączył się nowy przeciwnik.

Na Everest przybywał Scott Fischer z Zachodniego Seattle w stanie Waszyngton. Mężczyzna, mający metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, z twarzą o symetrycznych, wyraźnych rysach oraz długimi, bujnymi blond włosami, stał na czele prowadzonej w Waszyngtonie firmy Mountain Madness[*1], organizującej wyprawy alpinistyczne, będącej rozwinięciem jego osobistej dewizy: wspinać się na szczyty całego świata i fantastycznie się przy tym bawić[2].

Obdażony niezwykłym talentem, atrakcyjnym wyglądem i urokiem osobistym, idealnie pasował na okładki magazynów alpinistycznych. Posiadał charyzmatyczną osobowość i przyciągał do siebie ludzi z siłą elektromagnesu. Potrafił zwabić klientów, zmotywować ich i przekonać, by podjęli decyzję, wypisali czeki i spakowali plecaki. Znał się na rzeczy, jednak w biznesie związanym z prowadzeniem komercyjnych wypraw na Mount Everest był nowicjuszem.

Jego motywacja, by stać się everestowym „psem na kasę”, jak określił to jeden z jego biznesowych wspólników, była zupełnie prosta: „Wydaje mi się, że widział, jaki sukces odniósł Rob Hall i pomyślał... «Skoro on potrafi to robić, to i ja mogę». I nie chodziło mu o rywalizację, ani udowodnienie, kto jest twardszy i lepszy, tylko myślał sobie: «Kurczę, przecież jestem świetnym alpinistą. Dlaczego ja też nie miałbym tego zrobić?... Zdobędę klientów i też wyruszę»”. Też wyruszę i też zarobię kasę.

Była szefowa Mountain Madness, Karen Dickinson, opisała decyzję firmy o rozpoczęciu organizacji wypraw na Everest jako „swego rodzaju najwyższy cel we wspinaczce wysokogórskiej. Pojawił się popyt ze strony klientów, który chcieliśmy zaspokoić, w innym wypadku utracilibyśmy ich na rzecz konkurencji. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, taki biznes może przynieść niezłe dochody. Istniała więc motywacja finansowa. Oczywiście, jak zawsze usilnie podkreślam, równie prawdopodobne jest, że pójdzie się z torbami. (...) Jeśli chodzi o pieniądze, to zawsze jest to gra o wysoką stawkę”.

Fischer skupił się na perspektywie czerpania dużych profitów, które mogłyby przyjść po przeprowadzeniu udanej wyprawy. Zastanawiał się nad zmianą swojego życia. Karen Dickinson mówiła: „Rok wcześniej skończył czterdziestkę; jego interesy osiągnęły wreszcie zadowalający poziom. (...) Zdobył K2 [8611 m]; zdobył Everest; wyrobił sobie renomę skutecznego przewodnika. (...) Wspominał, że być może nie będzie już sam wchodził na szczyt Everestu, że wynajmie do tego ludzi”.

Plan miał tylko ogólny zarys, nic pewnego poza luźnymi rozmowami między Fischerem i Dickinson, jednak osoby, które najlepiej go znały, mówiły, że Fischer coraz więcej myślał nad wprowadzeniem zmian. Życie osobiste, pozycja w firmie, publiczny wizerunek, wszystko to u progu wieku średniego miało przejść gruntowne przemeblowanie.

Od wczesnych lat osiemdziesiątych Fischer pracował nad rozwinięciem działalności Mountain Madness, jednak nigdy tak naprawdę nie zapewniła mu ona solidnych, stałych dochodów. Jego życiem była wspinaczka, prowadzenie firmy pozwalało na jej uprawianie, jednak nigdy nie został gwiazdą, nigdy nie należał do najważniejszych graczy na everestowskim rynku. Miał świadomość, że sukces komercyjnej wyprawy na Everest mógłby tę sytuację diametralnie odmienić. Gdyby udało mu się przyciągnąć wystarczającą ilość klientów po 65000 dolarów za głowę (cena wyjściowa Halla), i gdyby sporządził udany harmonogram wypraw w góry wysokie, byłby w stanie rozwiązać liczne problemy, przeprowadzić wiele oczekiwanych zmian.

Jedną z barier, którą musiał pokonać przy obieraniu nowego kierunku, była jego anonimowość. Nie dorównywał sławą wielu innym graczom na rynku wypraw wysokogórskich, którzy zdobili okładki i stronice magazynów alpinistycznych oraz katalogów ze sprzętem. Podczas gdy jego wysiłki, włożone w prowadzenie wypraw, szły naprzód, osobista kariera alpinistyczna poszła w odstawkę. Uważał, jak ujął to jeden z jego przyjaciół, „że media go zaniedbują... prasa traktuje niesprawiedliwie, że nie jest szanowany; że tak naprawdę się o nim nie mówi; chciał być rozpoznawalny”.

Problemem, według niektórych osób z otoczenia Fischera, był jego publiczny wizerunek: wytrawny alpinista, instruktor, przewodnik i fotograf, owszem, lecz przy tym zawadiaka, lekkoduch i miłośnik imprez. Te cechy charakteru składały się na pewien rodzaj sławy, lecz nie był to wizerunek, który mógł wzbudzić zaufanie klientów z zasobnymi porfelami, ani przyciągnąć lukratywne kontrakty sponsorskie firm z listy Fortune 500[*2]. W towarzystwie tego formatu być może postrzegano go jako zbyt „niepewnego”. Udana wyprawa na Everest, zauważona przez media, mogłaby ten niekorzystny obraz zmienić.

Aby zareklamować swoją wyprawę, Dickinson, Fischer i reszta pracowników firmy z biura w Zachodnim Seattle telefonowała do klientów z listy. Porozsyłali także pocztą setki ulotek reklamowych, dwukolorowych wydruków, których szata graficzna swoim urokiem dorównywała instrukcjom obsługi kosiarek do trawy. Nie były to błyszczące, pełne polotu reklamy Roba Halla, ale trafiły one do ludzi z następującymi słowami: „Himalaiści biorący udział w wyprawie w 1996 roku zmierzą się z najwyższą górą świata. (...) Zbudujemy piramidę obozów, do każdego zaopatrzenie dotrze z obozu położonego niżej. Przewodnicy i Szerpowie wysokościowi zainstalują liny, rozbiją i zaopatrzą obozy oraz zapewnią opiekę podczas wszystkich prób ataku na szczyt. Wspinacze będą nieśli lekki ekwipunek, oszczędzając siły na dotarcie do szczytu”.

Decyzja Fischera o wejściu na rynek nie była dobrą wiadomością dla jego konkurentów z everestowej rozgrywki. Beztroski styl bycia, który prezentował, oraz doświadczenie zdobyte przy organizacji wypraw w najodleglejsze zakątki Afryki, Ameryki Południowej oraz Azji zwabiły wielu klientów z całego świata, a gdyby osiągnął sukces, stanowiłby nie lada kłopot, zwłaszcza dla Roba Halla, który z ogromnym powodzeniem pozyskiwał amerykańskich klientów na swoje wyprawy na Everest.

*

Usiłując wywołać większą wrzawę zarówno wokół Mountain Madness, jak i siebie, Fischer i jego współpracownicy zabiegali o uwagę mediów równie agresywnie, co o klientów, i w krótkim czasie ich wysiłki zostały wynagrodzone. Pojawiła się niezwykle obiecująca perspektywa.

„Outside”, czołowy magazyn o tematyce sportowo-rekreacyjnej w Stanach Zjednoczonych, chciał zasponsorować wspinającego się i piszącego Jona Krakauera, zamieszkałego w Seattle dziennikarza i autora poczytnych książek, zlecając mu napisanie obszernego artykułu o boomie komercyjnych wypraw na Mount Everest. Mieli zamiar wykupić dla Krakauera jedno miejsce w zespole Fischera, lecz chcieli ubić przy tym interes, dobry interes.

Szansa, jaka wiązała się z posiadaniem w zespole tak znakomitego dziennikarza, dodawała entuzjazmu. Ekipa Mountain Madness dynamicznie zabrała się do rozpracowywania szefostwa „Outside”. Wymyślono szereg różnych targów i wymian, które miały przynieść korzyść obydwu stronom i podtrzymywały wysoką temperaturę rozmów. Jeden ze współpracowników Fischera wspominał: „Karen [Dickinson] rozbudzała zapał w całym ‘Outside’, chodząc i powtarzając ciągle: Jasne!”.

Negocjacje przebiegały pomyślnie i Fischer był podekscytowany możliwością nawiązania współpracy. W zamian za obniżenie ceny dla „Outside”, przedstawiciele Mountain Madness wynegocjowali miejsce reklamowe oraz obszerny artykuł, pełen kolorowych zdjęć, który, mieli nadzieję, okazałby się cenną promocyjną publikacją. Krakauer również był entuzjastycznie nastawiony, zwierzył się jednemu ze wspólników Fischera, że chce wspinać się z zespołem Scotta, ponieważ posiada on lepszych alpinistów, a poza tym jest postacią barwną i towarzyską. Fischer uznał, że będzie to rozgłos, jakiego szukał – artykuł w poważnym, docierającym do masowego odbiorcy magazynie, którego czytelnikami według badań statystycznych byli głównie bogaci biznesmeni oraz turyści, których stać na zapłacenie za najwyższe góry. Dickinson wspominała: „Przez dłuższy czas naprawdę byliśmy przekonani, że Jon weźmie udział w naszej wyprawie. (...) I w pewnym sensie trzymaliśmy dla niego wolne miejsce, w przekonaniu, że jest już jego, prowadziliśmy intensywne rozmowy z ‘Outside’ o tym, jak miałaby wyglądać zapłata, czyli miejsce reklamowe plus po prostu wypisanie czeku”.

Jednak, jak opowiadał wspólnik Mountain Madness, „chcieli ją [Dickinson] oskubać do ostatniego grosza, wydaje mi się, że w zasadzie dążyli do tego, żeby to Mountain Madness uregulowała rachunek, a nawet dołożyła ze swoich, aby wziąć kogoś z redakcji na wyprawę. Rozumiesz, kurczę, zejdźmy na ziemię! (...) Dlatego w pewnym momencie ludzie z ‘Outside’ poszli do Roba [Halla] i zapytali: «Dobra, ile za to weźmiesz?», a Rob na to: «Mniej». Bingo!”. W ostatniej chwili „Outside” wykupił dla Krakauera miejsce w wyprawie Adventure Consultants.

Przypisy

Rozdział 1

[1] Wyprawy na Everest zmieniły się. Ich organizatorzy, którzy uprzednio skupiali się na rządowym i korporacyjnym sponsoringu, zaczęli coraz częściej kierować swoją uwagę na ludzi, którzy posiadali przyzwoite doświadczenie wspinaczkowe i pieniądze, a których można by namówić do „zakupu” wyprawy. W wyniku takiej sytuacji powstał mariaż ekstremalnego alpinizmu z zaawansowanym amatorstwem, z których obydwa szukały swojej drogi na wierzchołki najwyższych szczytów świata.

[2] Fischer zapracował sobie na sukces. Miał spore doświadczenie we wspinaczce, gdyż edukację alpinistyczną rozpoczął już w wieku czternastu lat. Jako student National Outdoor Leadership School (Państwowej Szkoły Przewodników Terenowych) w Wyoming wyrobił sobie dobrą renomę jako nauczyciel wspinaczki skałkowej i górskiej, był też znany jako wykwalifikowany przewodnik górski z wieloma zwieńczonymi sukcesem i bezpiecznymi wyprawami na koncie.

Przypisy tłumacza

[*1] „Górskie szaleństwo” – przyp. tłum.

[*2] Lista największych korporacji przemysłowych klasyfikowanych według wielkości sprzedaży – przyp. tłum.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wspinaczka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary