Walet Pik

Walet Pik

Autorzy: Joyce Oates

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI PDF

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.94 zł

Co może się wydarzyć, kiedy normalny, miły człowiek dopuści do głosu mroczną stronę swojej osobowości?

 

Andrew J. Rush jest autorem popularnych powieści kryminalnych. Odniósł pisarski sukces, jego książki doskonale się sprzedają,
są tłumaczone na wiele języków. Jego życie rodzinne także należy do udanych – otaczają go kochająca żona i trójka dorosłych dzieci. Andrew ma jednak mroczną tajemnicę, której istnienia nie domyśla się nikt z jego bliskich. Pod pseudonimem „Walet Pik” publikuje zgoła inne, brutalne, pełne przemocy powieści. W dodatku wiele przerażających szczegółów czerpie ze swojego życia…

Kolejna znakomita powieść autorki od lat typowanej do literackiej Nagrody Nobla.

Joyce Carol Oates

WALET PIK

Opowieść z suspensem

przełożyła Agnieszka Walulik

Tytuł oryginału: Jack of Spades

Copyright © 2015 by The Ontario Review, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Spis treści

Dedykacja

Motto

I1. Siekiera

2. Walet Pik

3. Wezwanie. Czerwiec 2014

4. Oskarżenie

5. Porządny obywatel

6. „Załatwimy ją”

7. Pocałunek przed zabójstwem

8. „Żądam sprawiedliwości”

9. Zwycięzca

10. „Jak baranek bez skazy”

II11. Zbrodnia idealna

12. Pokusa

13. Immunitet

14. „Siostrzeniec”

15. „Nie podoba mi się to”

16. Tumbrel Place I

17. Tajemna biblioteka

18. Skruszony

19. Tumbrel Place II

III20. Dziesięcioletni chłopiec z Harbourton tonie w kopalni, Catamount Park. Lipiec 1973.

21. Ryś. Listopad 2014

22. Strona winna

23. Predator

24. Niepokorny syn

25. Dobre wieści!

26. „Zbyt mroczny jak na mój gust”

27. Zazdrosny mąż

28. „Bądź przeklęty i do diabła z tobą”

29. Wypadek

30. Ucieczka z miejsca wypadku

31. Zmiana miejsca

32. Autodestrukcja

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Ottona Penzlera

Stajemy na skraju przepaści. Zaglądamy w otchłań – czujemy mdłości i zawrót głowy. W poczuciu zagrożenia chcemy się cofnąć. Niewytłumaczalna siła trzyma nas na miejscu.

Edgar Allan Poe, Duch przekory1

I

1

Siekiera

Zupełnie nagle – siekiera. Pojawiła się znikąd i szerokim łukiem pomknęła w kierunku mojej głowy. Usiłowałem poderwać się z przykucu, ale zawiodły mnie nogi i straciłem równowagę, rozpaczliwie próbując się uchylić, a potem rozległ się chrapliwy, błagalny głos: – Nie! Proszę, nie! Nie! – czy to mój własny głos, tak zduszony, że nierozpoznawalny? – i ostrze wbiło się z głośnym łupnięciem w popękany blat biurka o włos ode mnie. Zwaliłem się ciężko na podłogę; twardą, nieustępliwą podłogę pod wystrzępionym tureckim dywanem. Zacząłem gramolić się w górę, sięgając po siekierę, desperacko próbując chwycić stylisko, lecz moje ręce trzepotały tylko bezradnie, jakby rozpacz odebrała mi wzrok; i ten głos (mój? napastnika?) krzyczący wysoko i niemal nieludzko: – Nie! Nieee! – mignęły mi krótkie palce i trupio blade żylaste ramiona okryte cienką tkaniną piżamy, i zduszony wrzask jakby zmieszanego triumfu i furii; i znowu straszliwy wzlot siekiery, matowy połysk topornego ostrza i śmiertelny zamach raz rozpoczęty – niepowstrzymany, i nieodwracalne wbicie się w ludzką czaszkę, ustępliwą jak łupina melona, odsłaniające papkowatą materię mózgu w obfitym rozbryzgu krwi z arterii.

I wciąż ten głos, wznoszący się w niedowierzającym „nie nie nie nie nie”.

2

Walet Pik

Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie pięć miesięcy, dwa tygodnie i dwa dni temu. Nie było żadnego powodu, by przypuszczać, że Walet Pik będzie miał z tym cokolwiek wspólnego.

Nikt tutaj, w Harbourton, w ogóle nie wiedział o Walecie Pik; nawet teraz nikt o nim nie wie. Nikt związany z Andrew J. Rushem – ani moi rodzice, ani żona i dzieci, ani sąsiedzi, ani znajomi jeszcze z liceum.

Tutaj, w tym niewielkim miasteczku w stanie New Jersey, pół wiejskiej, pół miejskiej okolicy, gdzie urodziłem się pięćdziesiąt trzy lata temu i gdzie od ponad siedemnastu lat mieszkam z ukochaną żoną Iriną, znany jestem jako Andrew J. Rush – prawdopodobnie najsłynniejsza osoba w okolicy, autor bestsellerowych kryminałów z elementami grozy (ale bez przesady, nic odstręczającego czy szokującego. Żadnej obsceny ani nawet seksizmu. W moich książkach kobiety traktowane są łaskawie, poza kilkoma obowiązkowymi epizodami w stylu noir nie spotyka ich nic złego. Zwłoki należą przeważnie do dorosłych mężczyzn rasy białej). Po moim trzecim bestsellerze, wydanym w latach dziewięćdziesiątych, zaczęto nazywać mnie w mediach Stephenem Kingiem dla dżentelmenów.

Oczywiście pochlebiało mi to. Moje powieści, choć po ćwierćwieczu trudów osiągnęły milionowy pułap sprzedaży, w przeciwieństwie do książek Stephena Kinga nadal rozchodzą się tylko w dziesiątkach, nie setkach milionów. I mimo że przetłumaczono je na trzydzieści języków (co samo w sobie jest zdumiewające dla kogoś, kto – jak ja – zna tylko jeden), to nie mam wątpliwości, że Kinga tłumaczy się na jeszcze więcej i z większym zyskiem. Do tego tylko trzy moje powieści zostały zaadaptowane na filmy (o których szybko zapomniano) i dwie na seriale telewizyjne (przez stacje dalekie od szczytów oglądalności) – podczas gdy adaptacje Kinga trudno zliczyć.

Jeśli więc idzie o sprawy finansowe, Andrew J. Rush nie sięga Kingowi do pięt. Ale kiedy człowiek zarobił na czysto coś ponad trzydzieści milionów dolarów, przestaje myśleć o samych pieniądzach, tak samo jak seryjny morderca przestaje pewnie rozmyślać o liczbie swych ofiar, gdy przekroczy kilka tuzinów.

(Proszę o wybaczenie! To była bezduszna uwaga – moja kochana Irina niechybnie kopnęłaby mnie w kostkę, jak to czasem robi, kiedy mówię publicznie coś niewłaściwego. Wcale nie chciałem być bezduszny, tylko dowcipny – na swój niezgrabny sposób).

Jakkolwiek porównanie z Kingiem mile mnie połechtało, nie pozwoliłem wydawcy użyć go na obwolucie kolejnej książki bez zgody samego Kinga – mój podziw dla niego (a także, nie ukrywajmy, moja zazdrość) nie zaślepił mnie na fakt, że byłoby to wykorzystanie jego sławy, a poza tym mógłby poczuć się urażony. Ale jemu najwyraźniej wcale to nie przeszkadzało. Podobno tylko się roześmiał. „Kto w ogóle chciałby być Stephenem Kingiem dla dżentelmenów?”.

(Czy była to protekcjonalna uwaga legendy literatury, niczym odpędzenie irytującej muchy, czy tylko dobroduszny żarcik kolegi po piórze? Ponieważ Andrew J. Rush sam jest osobnikiem dobrodusznym, postanowiłem przyjąć tę drugą wersję).

W podziękowaniu wysłałem podpisane egzemplarze kilku swoich najlepszych powieści na domowy adres Kinga w Bangor w stanie Maine. Na stronie tytułowej najnowszej książki skreśliłem żartobliwie:

Nie jestem prześladowcą, Steve –

– tylko kolegą po piórze!

Z wyrazami podziwu

ANDREW J. RUSH

„Andy”

Mill Brook House

Harbourton, New Jersey

Oczywiście nie spodziewałem się odpowiedzi ze strony tak zajętej osobistości – i w istocie nigdy jej nie otrzymałem.

Ileż podobieństw łączy Stephena Kinga i Andrew J. Rusha! Choć na pewno są one tylko dziełem przypadku.

Tak jak King, który podobno zastanawiał się, czy jego sukces to nie wynik jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności, czasem powątpiewam w swój pisarski dar; miewałem nawet poczucie winy z powodu tego, że pisarzom obdarzonym większym talentem powodzi się gorzej niż mnie, i nie dziwiłbym się, gdyby mieli o to do mnie pretensje. Mniej wątpliwości mam, jeśli chodzi o oddanie rzemiosłu, zapał i ochotę do pracy, bo prawda jest taka, że uwielbiam pisać i roznosi mnie, kiedy nie mogę spędzić przy biurku co najmniej dziesięciu godzin dziennie. Mimo to czasem, kiedy budzę się nagle w nocy, chwilowo nie pamiętając, gdzie się znajduję ani kto śpi u mojego boku, ogarnia mnie ogromne zdumienie, że jestem publikowanym autorem – mało tego, że jestem ogólnie podziwianym i zamożnym autorem aż dwudziestu ośmiu kryminałów.

Powieści te sygnowane są moim oficjalnym, powszechnie znanym imieniem Andrew J. Rush.

Między mną a Stephenem Kingiem istnieje także inne dziwne podobieństwo: tak jak King, który jakiś czas temu eksperymentował z fikcyjnym alter ego, Richardem Bachmanem, i ja zacząłem eksperymentować z fikcyjnym alter ego w późnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy moja kariera jako Andrew J. Rusha wydawała się ustabilizowana i nie wymagała już tyle gorączkowej pracy, ile na początku. Tak właśnie z mojego niepokoju po sukcesie Andrew J. Rusha narodził się Walet Pik.

Z początku sądziłem, że jako brutalny, bardziej krwawy, bardziej wstrząsający Walet Pik napiszę jedną, góra dwie książki, ale niespodziewanie zaczęły pojawiać się pomysły na trzecią, czwartą, a w końcu i piątą powieść pod tym pseudonimem. Natchnienie często przychodzi do mnie w późnych godzinach nocnych. Budzę się, przyłapując na zgrzytaniu zębami – a raczej odkrywając, że moje zęby zaciskają się z własnej, nieprzymuszonej woli – i wkrótce potem nadchodzi pomysł na nową powieść Waleta Pik. Przypomina to trochę pojawianie się nowej wiadomości albo jej ikonki na ekranie komputera.

Andrew J. Rush ma agenta literackiego, wydawcę i redaktora na Manhattanie, a także agenta w Hollywood, z którymi współpracuje już od dawna. Tak samo Walet Pik, który też ma (mniej znanego) agenta, (mniej znanego) wydawcę i redaktora na Manhattanie, a także (zupełnie nieznanego) agenta w Hollywood, tyle że współpracuje z nimi nieco krócej; ale podczas gdy Andy Rush znany jest współpracownikom z branży oraz sąsiadom i znajomym w Harbourton, New Jersey, to nikt nigdy nie spotkał Waleta Pik. Jego krwawe dreszczowce przekazywane są do wydawnictwa drogą elektroniczną, a kontrakty negocjowane w równie bezosobowy sposób. Okładki powieści Andrew J. Rusha ukazują sympatycznego, uśmiechniętego mężczyznę na tle regału pełnego książek, ze zmarszczkami wokół oczu i rzednącymi włosami, wyglądającego bardziej na nauczyciela w liceum niż autora bestsellerów. Nie istnieją natomiast żadne fotografie Waleta Pik, w miejscu zaś, gdzie na tylnych stronach okładek spodziewać by się można jego zdjęcia, widnieje zaskakujące (czarne) puste miejsce.

Żadnych zdjęć nie ma też w internecie, są tylko reprodukcje brutalnych, przykuwających uwagę okładek, urywki recenzji i zwięzłe domysły na temat tożsamości autora, tak dalece mijające się z prawdą, a zarazem tak przekonujące, że wywołują mój uśmiech: „Pod pseudonimem Walet Pik ukrywa się podobno były więzień, który rozpoczął karierę pisarską podczas odsiadywania wyroku za zabójstwo w zakładzie karnym dla najgroźniejszych przestępców w New Jersey. W tej chwili przebywa na zwolnieniu warunkowym i pracuje nad nową powieścią”.

Inne, równie przekonujące teorie głoszą, że Walet Pik to kryminolog, psychiatra, wykładowca medycyny sądowej, emerytowany śledczy, emerytowany patolog, mieszkający w zależności od wersji albo w New Jersey, albo w Montanie, Maine, w okolicach Nowego Jorku lub w Kalifornii.

Według jeszcze innych, ale już mniej prawdopodobnych opinii, Walet Pik to „przestępca, być może nawet seryjny morderca, który od wczesnej młodości popełnił niezliczone zbrodnie, lecz nigdy go nie złapano ani nawet nie zidentyfikowano. Jego prawdziwa tożsamość, podobnie jak miejsce pobytu, pozostają nieznane”.

Nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że Walet Pik to zwyczajny pseudonim, i to pseudonim znanego pisarza – nie żadnego przestępcy, a odpowiedzialnego ojca rodziny i aktywnego obywatela. W takiej wersji nie ma przecież za grosz romantyzmu!

Utrzymanie tajemnicy w hiperczujnej epoce elektronicznego szpiegostwa staje się coraz trudniejsze, ale jak dotąd zdołałem przebrnąć przez cztery powieści i negocjacje w sprawie piątej, zachowując dystans między Andrew J. Rushem a Waletem Pik.

Innymi słowy, moi mainstreamowi współpracownicy nie mają pojęcia o moim drugim, krwawym ja. Jakże byliby nieszczęśliwi, dowiedziawszy się, że ten sam Andrew – „Andy” – Rush stworzył sobie za ich plecami drugą literacką tożsamość! Zupełnie jakby szczęśliwa małżonka odkryła, że mąż od lat ją zdradza, choć nigdy nie dał po sobie poznać, że cokolwiek w małżeństwie nie spełnia jego oczekiwań.

„Och, Andrew… Jak mogłeś! Co za straszny, straszny wstrząs…”. Czasem wczesnym rankiem zrywam się nagle ze snu, patrzę na leżącą obok Irinę, która darzy mnie całkowitym zaufaniem, wyobrażam sobie takie słowa w jej ustach i naraz wypełniają mnie dojmujące wyrzuty sumienia.

„…i te powieści… tak szokujące, tak zdeprawowane…”.

Owszem, muszę się z tym zgodzić: gdybym sam nie był autorem powieści Waleta Pik, budziłyby moją odrazę.

Oczywiście jednak moja/nasza tożsamość nie została (jeszcze) odkryta. I jestem zdecydowany do tego nie dopuścić.

Fantazjowałem nawet, że Walet Pik mógłby posunąć się do morderstwa, byle utrzymać swój sekret – choć oczywiście Andrew J. Rush nie skrzywdziłby nawet muchy (no, może nie jest to ścisła prawda: na pewno zdarzało mi się rozmyślać o „skrzywdzeniu” kogoś, kto zasługuje na karę. Ale w prawdziwym życiu nigdy nie rozważałbym żadnej kary w oderwaniu od systemu sprawiedliwości. Podczas wywiadów mawiam nawet, że ze względu na różne przypadki systemu sądowniczego w Stanach, gdzie rasizm żyje i ma się dobrze, nie jestem zwolennikiem kary śmierci). Z nas dwóch to Walet Pik ma lepszą opinię o sobie jako pisarzu, uważa się wręcz za wizjonera; Andrew J. Rush żywi jedynie o wiele skromniejszą nadzieję na zdobycie poklasku jako autor wyśmienitych kryminałów. Jednak to właśnie Andrew J. Rush zdobył przed kilku laty Nagrodę Edgara za najlepszy debiut kryminalny i był nominowany do kilku innych nagród, podczas gdy Walet Pik nie otrzymał – jak dotąd – żadnego wyróżnienia.

No, nie jest to do końca prawda. Internetowe rankingi „najlepszych horrorów”, „najbardziej ekstremalnych powieści grozy”, „dreszczowców dla dorosłych” itp. często wymieniają jego powieści i spokojnie można powiedzieć, że zdobył on sobie podziemną, skromnie licząc kilkutysięczną grupę wielbicieli, dla których jest twórcą kultowym.

Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się obawiam odkrycia tego sekretu; przecież nie jestem przestępcą! Drobiazgowo rozliczam się z podatku od dochodów zarówno Rusha, jak i Pika, choć jest to skomplikowana procedura, wymagająca usług nie jednego, ale dwóch księgowych; nie kradnę amerykańskiemu rządowi ani centa (co prawda w jednej z wczesnych powieści Walet Pik opisał ze szczegółami wypatroszenie urzędnika podatkowego, który zainteresował się prywatnym życiem psychopatycznego milionera, ale w Andrew J. Rushu takie tanie literackie sztuczki wzbudzają tylko odrazę). Tak naprawdę kocham swoje ciche, nudne i przewidywalne małomiasteczkowe życie mniej lub bardziej konwencjonalnego ojca rodziny. Kupuję ubrania marki Brooks Brothers i często noszę krawat, bo lubię, jak ciasno otacza mi szyję, niczym pętla; a kiedy już wkładam przyjazne dla stóp sandały i przez kilka dni się nie golę, tak że w niewyraźnym odbiciu mógłbym przypominać gwiazdę filmu akcji z mocnymi szczękami pokrytymi połyskliwą szczeciną, niczym jakiś atawistyczny drapieżnik, rodzina żartuje, że bawię się w bohemę. Jestem dobrym, obowiązkowym, choć nieco zapominalskim synem dla moich starzejących się, ale wciąż sprawnych rodziców. Mieszkają w centrum Harbourton, w domu z czerwonej cegły na Myrtle Street, gdzie dorastałem, i są wzruszająco dumni ze „słynnych bestsellerów” swojej latorośli, które czytają z wielkim przejęciem i przyjemnością. Jestem dobrym, obowiązkowym, choć nieco zapominalskim mężem dla Iriny, którą poznałem na studiach w Rutgersie na początku lat osiemdziesiątych; trójka moich dorosłych już dzieci z pewnością poświadczyłaby, że byłem bardzo dobrym, wręcz fantastycznym (to ich słowo) ojcem, nawet jeśli nigdy (najprawdopodobniej) nie czuły się przy mnie do końca swobodnie – ale który pisarz zawsze jest przy swoich dzieciach, nawet kiedy go potrzebują? I który mąż stale, przez całe lata, jest przy swojej żonie, choćby ją uwielbiał?

Są to, można powiedzieć, publiczne tajemnice. Z rodzaju tych, których nie mamy odwagi ująć w słowa w obawie, że zranią naszych najbliższych.

Walet Pik nie ma nikogo, kto byłby mu bliski, a tym bardziej nikogo, kogo by uwielbiał, więc niebezpieczeństwo ujawnienia jakichkolwiek tajemnic w ogóle by go nie poruszyło!

Teraz, po pięćdziesiątce, mam bardzo spokojny charakter, ale jestem przekonany, że jako chłopiec cierpiałem na ostrą postać ADD, zespołu zaburzeń uwagi. W podstawówce fizycznie nie byłem w stanie usiedzieć w ławce i powstrzymać się od rozmów, czasem bójek, z kolegami. Nauczyciele zasadniczo zdawali się mnie lubić i chwalili moje wyniki, ale na pewno nie byłem łatwym uczniem. Czasem miałem wręcz wrażenie, jakby moje ubranie pełne było czerwonych mrówek, które nieustannie mnie kąsały. Ledwo się powstrzymywałem, by nie wyskoczyć z ławki, nie zacząć się drapać i wywrzaskiwać słowa, których prawie nie rozumiałem – przekleństwa i wulgaryzmy – oczywiście nigdy tego nie zrobiłem. Zanim skończyłem dziesięć lat, nauczyłem się gryźć w język – i to dosłownie. Zresztą nie tylko język, ale w ogóle wewnętrzną stronę ust; nauczyłem się zaciskać zęby, by nad sobą zapanować! Rodzice karcili mnie, kiedy nachodził mnie wiercioł (jak to nazywali), ale chyba nigdy nie doświadczyłem żadnej kary fizycznej ani nawet surowej reprymendy.

Miałem też skłonność do wypadków. Potknięcia i upadki, podrapane kolana, skręcone kostki i nadgarstki; za szybkie zbieganie po schodach, wywrotki i uderzanie głową w barierkę; prawie utopienie się w kąpielisku w Catamount State Park, kiedy skakałem (albo zostałem zepchnięty przez starszego chłopca) z najwyższej deski w wieku lat dwunastu.

Nawet teraz często słyszę okrzyki z oddali: „Patrzcie na tego chłopca! On tonie! Ratujcie go!”.

„Tuż pod skocznią. Chyba uderzył się w głowę…”.

Z czasem wyrosłem z tego chronicznego wiercenia się, na którą to przypadłość z pewnością cierpi wiele dzieci, zwłaszcza małych chłopców. Na szczęście kiedy dorastałem, nie diagnozowano jeszcze u nich ADHD i nie faszerowano ich lekami, inaczej mógłbym od wczesnych lat znajdować się pod wpływem narkotyków i uszkodzić sobie mózg (nikt mi nie wmówi, że podawanie małym dzieciom tak mocnych leków nie pociąga za sobą długotrwałych konsekwencji). Potem, w liceum, od czasu do czasu nachodziła mnie pokusa odcięcia się od wizerunku dobrego ucznia i przyłączenia do żartownisiów i bystrzaków, lecz zawsze były to tylko chwilowe – i przelotne – porywy. Nie chciałem ryzykować swoich dobrych stopni i nieskazitelnej reputacji Najbardziej Spolegliwego Chłopca w roczniku ’79.

Irytuje mnie – ale tylko trochę – że moje powieści sygnowane nazwiskiem Andrew J. Rush nie są regularnie recenzowane w „Przeglądzie Książkowym New York Times”, a jeśli już, to zawsze razem z innymi kryminałami. Powieści Waleta Pik nie zrecenzowano tam ani razu, na pewno dlatego, że wydawane są zawsze w miękkich okładkach, a brutalna tematyka i niedbałe pióro czynią je niegodnymi takiego zaszczytu. Mimo to jego książki sprzedają się zdumiewająco dobrze jak na nieznanego i niepromowanego autora: pierwsza powieść osiągnęła pułap trzydziestu pięciu tysięcy egzemplarzy i nadal się sprzedaje; czwarta – coś między pięćdziesięcioma a sześćdziesięcioma tysiącami i w tej chwili omawiana jest możliwość jej sfilmowania (choć nie będzie mi przykro, jeśli nie dojdzie do sprzedaży praw autorskich – zwiększona sława Waleta Pik mogłaby w końcu zwrócić uwagę na Andrew J. Rusha, co byłoby niekorzystne, a pieniądze za film wcale nie są mi potrzebne). Lecz kilka dni temu w „New York Timesie” w dziale poświęconym sztuce ukazała się dziwna informacja. Odkryłem ją czystym przypadkiem, bo nikt z moich znajomych nigdy nie zwróciłby na nią mojej uwagi:

„Wydawnictwo Gryphon Books zapowiada na jesień publikację nowej, piątej już powieści Waleta Pik pod tytułem Dopust. Walet Pik nie tylko pisze o wyjątkowo krwawych zagadkach, ale sam stanowi zagadkę; nikt nie wie, kim on, lub ona, właściwie jest – włączając w to wydawcę, redaktora i specjalistę od promocji Gryphona. Nie wiadomo nawet, gdzie mieszka i czy w ogóle żyje – krążą bowiem pogłoski, że powieści te pochodzą z rękopisów pozostawionych przez słynnego pisarza mizantropa, który zmarł w roku 2006 w tajemniczych okolicznościach”.

Byłem w szoku – co za nonsens! Co za nieodpowiedzialność! Te spekulacje były nie mniej bezpodstawne niż plotki o Walecie Pik krążące po internecie. A jednak przez krótką chwilę paniki poczułem się niemal tak, jakby rzeczywiście istniał jakiś osobnik o imieniu Walet Pik – niezależny, autonomiczny i zupełnie nieznany osobnik, niemający nic wspólnego ze mną.

Zespół redakcyjny w Gryphon Books wiedział jedynie, że Walet Pik to pseudonim niepracującego już człowieka z okolic Nowego Jorku, który pragnął utrzymać swoją pisarską karierę w tajemnicy nawet przed rodziną; wszyscy w wydawnictwie obiecali zachować te szczątkowe informacje dla siebie. Kiedy więc za pośrednictwem specjalnej anonimowej skrzynki mailowej podszyłem się pod agenta Waleta Pik i spytałem kierowniczkę działu promocji Gryphon Books, kto rozpowiadał o moim kliencie pogłoski, które trafiły aż do „New York Timesa”, zaczęła się zarzekać, że nie ma pojęcia. Uparcie twierdziła, że wie tylko tyle, ile jej powiedziano – to jest, ile ujawnił agent pisarza. „Jest to emerytowany mieszkaniec okolic Nowego Jorku, który pragnie zachować swoją tożsamość w tajemnicy, i życzeniu temu stanie się zadość”.

Przyszło mi do głowy, że być może po publikacji piątej powieści będę musiał położyć kres istnieniu Waleta Pik. Nie chciałbym bowiem, żeby jego związek ze mną – a raczej mój związek z nim – stał się jawny. Nie byłoby w tym nic trudnego, wystarczyłoby zwyczajnie zaprzestać pisania pod pseudonimem, nie tłumacząc nic agentowi ani wydawcy. Wkrótce potem Walet Pik poszedłby w niepamięć, a nakład jego książek by się wyczerpał.

– Tato, co to takiego?

Julia, moja najmłodsza, zauważyła przypadkiem stertę powieści Waleta Pik z ich brutalnymi okładkami na stole w moim gabinecie, kiedy przyjechała na weekend w odwiedziny; odebrałem je ze skrytki pocztowej w pobliskim Hadrian w stanie New Jersey, dokąd przesłało je wydawnictwo (wynająłem ją specjalnie na ten cel) i przez nieuwagę zostawiłem na widoku. Zwykle kiedy przywożę je do domu, natychmiast chowam je w piwnicy, obok sięgających sufitu półek z tłumaczeniami powieści Andrew J. Rusha, na które nikt nigdy nawet nie patrzy (po dwudziestu ośmiu książkach, z których każda dorobiła się licznych tłumaczeń, można sobie wyobrazić rozmiar archiwum nagromadzonego w tym ciemnym zakątku!). Tylko pierwsze amerykańskie i brytyjskie wydania, w pięknych twardych oprawach, są dumnie eksponowane na mahoniowych półkach w salonie, i to na ich tle fotografuje się zwykle Andrew J. Rush.

– Walet Pik; co za dziwne imię! Ale to na pewno pseudonim.

Ku memu przerażeniu moja słodka Julia zaczęła kartkować Pocałunek przed zabójstwem, okryty tak krwawą okładką, że sam ledwo potrafiłem się zmusić, żeby na nią spojrzeć. Serce zaczęło mi walić jak młotem, a twarz zalała fala straszliwego gorąca (ze wstydu, z poczucia winy). Ale gafa – zostawić książki w miejscu, gdzie wszyscy mogli je znaleźć! Jedynym pocieszeniem było dla mnie to, że w moim gabinecie zawsze zalegały sterty powieści i szpalt i moja rodzina dobrze o tym wiedziała; te egzemplarze Waleta Pik łatwo można więc było wytłumaczyć prośbą wydawcy, bym napisał parę słów na okładkę.

Niepokoiło mnie jednak, że Julia nadal przeglądała książkę, mimo iż jej twarz krzywiła się z niesmakiem. Spośród trójki naszych dzieci tylko ona ma skłonności intelektualne. Na Brownie studiowała lingwistykę i teorię literatury; fascynująca, choć bezużyteczna dziedzina, która najwyraźniej nie pomogła jej znaleźć dochodowej pracy. Julia wróciła więc na studia, żeby zdobyć stopień z socjologii i pracy społecznej na uniwersytecie Rutgers-Newark (oczywiście Irina i ja finansowaliśmy to przedsięwzięcie bez mrugnięcia okiem. W końcu mieliśmy pieniądze!). Nauczywszy się w Brownie „dekonstruować” literaturę, zamiast zwyczajnie się nią cieszyć lub wzruszać, Julia wyostrzyła swoje analityczno-argumentacyjne zdolności i potrafiła inteligentnie i nieustępliwie przepytywać ojca, którego kryminały, jak na standardy teorii literatury, były beznadziejnie przestarzałe pod względem fabuły, struktury, języka i „wizji” – stanowiły książkowy odpowiednik chociażby tacinych ubrań od Brooks Brothers, jego konserwatywnych krawatów i butów marki Birkenstock.

– Wygląda krwawo, ale ciekawie. Wyraźnie seksistowska, w starym stylu. Czy ten Walet Pik to ktoś, kogo znasz, tato?

Nie. Z całą pewnością nie.

– Może jakiś kolega po piórze?

Nie. Z całą pewnością nie.

– Dobrze pisze?

Nie mam pojęcia. Nie czytałem.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pożyczę to sobie. Feministka powinna wiedzieć, co kombinują wrogowie. – Niedbałym gestem odłożyła książkę na bok biurka.

Ja tymczasem spływałem już potem.

Nie nie nie nie nie. Nie pożyczysz.

Na szczęście Julia to bardzo roztrzepana młoda kobieta. Wiedziałem, że zanim opuści nas w niedzielne popołudnie, zupełnie zapomni o Walecie Pik; a sprytny tata oczywiście nie miał zamiaru jej o tym przypominać.

Zresztą, do tego czasu ukryję te nieszczęsne książczyny w bezpiecznej kryjówce przeznaczonej dla mojego alter ego: w zamykanym na zamek schowku w najdalszym końcu piwnicy naszej odremontowanej „historycznej” rezydencji, który pełnił niegdyś funkcję składziku na owoce. Gdyby ktoś przypadkiem zbłądził wzrokiem w tym kierunku – a nie było po temu żadnych powodów – jego uwagę odwróciłyby sięgające sufitu metalowe półki z tłumaczeniami kryminałów Andrew J. Rusha, tym bardziej imponujące, że niezrozumiałe i niezbadane.

Przekład: Agnieszka Walulik

Redakcja: Jan Koźbiel

Korekta: Anna Sidorek, Beata Wójcik

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie wykorzystane na I stronie okładki: © Mads Perch/Stone/Getty Images

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2651-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

O człowieku, który stracił cień Mama odeszła Ofiara Walet Pik Czy zawsze będziesz mnie kochać? Tatulo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie