Zawierucha

Zawierucha

Autorzy: Władysław Stanisław Reymont

Wydawnictwo: FSNZ

Kategorie: Klasyka Obyczajowe

Typ: e-book darmowy

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 0.00 zł

Dzieło Władysława Stanisława Reymonta. Władysław Reymont był polskim pisarzem, prozaikiem i nowelistą, jednym z głównych przedstawicieli realizmu z elementami naturalizmu w prozie Młodej Polski. Niewielką część jego spuścizny stanowią wiersze. Był laureatem nagrody Nobla za czterotomową "epopeję chłopską" pt. Chłopi. Twórczość Reymonta jest zróżnicowana pod względem tematyki, formy literackiej oraz nierówna pod względem swej wartości. W powieściach obyczajowych zawarł elementy krytyki społecznej.
Władysław St. Reymont

ZAWIERUCHA

ZAWIERUCHA

Władysław St. Reymont

Noc zimowa, ciężka surowością, szarawa od śniegów. pokrywających puszystą warstwą pola, zapadała, szła wszystkimi drogami i zewsząd zdawała się wlewać szarość i bezkształt. Wiatr wzmagał się i przechodził w zawieruchę, w śnieżną zamieć. Poświstywał po polach, uderzał w obumarłe szkielety drzew, tarzał się w zaspach, rwał masy suchego śniegu i rzucał je w przestrzeń mroczną i z porykiwaniem, z pomrukiem przeciągłym szamotał się sam ze sobą.

Świat był niby odmęt siny, toczący pianę nocy. Drogi były zasypane i puste; wieś cicha przywarła do boków wzgórza, które niby kopiec cmentarny ubrało szczyty swoje w krzyże i czerniało krzakami jałowców. Pustka była i bezludzie - tylko nad tym wszystkim zawierucha wyła tysiącznymi głosami, przewalała się jak fala i jak fala biła kłębami rozpylonego śniegu w stare, trzęsące się karczmisko, stojące pomiędzy szarzejącym murem lasów a wsią. Stary, z pozabijanymi w połowie oknami dom trząsł się za każdym uderzeniem, aż małe szybki brzęczały żałośnie i malutki kaganek, kopcący się nad kominem, przygasał i rozbłyskiwał co chwila migotliwie w ogromnej, czarnej izbie szynkownianej. Druga, podobna lampka tlała za kratami szynkwasu, oblewając żółtawym światłem szeregi butelek i beczki ogromne. Wiatr napierał i targał pokrzywionymi ścianami, wciskając się przez szczeliny ze świstem. W izbie cicho było i zimno, wilgoć podnosiła się z mokrej, przysypanej śniegiem podłogi i siwy, błyszczący szron oblepiał powały i komin. Pijany chłop kiwał się przed długim stołem, tłukł pięścią, aż butelka z wódką podskakiwała i mruczał półgłosem, to wygrażał w okno, to przyśpiewywał. Im więcej zawierucha srożyła się i targała karczmą, tym cichszy był chłop, tym powolniej się zataczał i częściej nalewał wódkę do kieliszka - coraz to poprawiał baranicę na głowie i niewyraźnie szeptał: - Prowda... prowda je i moja, i twoja, i wszyćkich, kużdy ją mo... Prowda nie pies, coby ją jodyn wzion sobie na postrunek i ino lo siebie..Powtór mom piniądze, mom... Kumie!... na tyn przykład, Jadom miał mamą babę, ale imistą - aleć go prała... prała... Miętki chłop był i postury mimiecki. Rzekłeś... cham! Hunor mom, w pysk wytnę, bo kużde bydle swój hunor ma, a ja gospodarz jezdym, rodzuny ociec dzieciom, krześcijan... I znowu pił i łomotał pięścią w deski stołu, i zataczał się. Drzwi się otwarły z sieni i razem z wichurą i śniegiem weszło dwoje dzieci, pookręcanych w szmaty. Dziewczyna miała lat ze dwanaście, a chłopak ze siedem. Otrzepywali się ze śniegu i stanęli przy szynkwasie, w milczeniu rozgl, pdając się po izbie. Chłop się im przyglądał zamglonymi oczyma, a potem udając, że idzie, rzekł im: - Bojo j się, dzieucha, bo cię zim... Zwirza mom w siebie... zim cię... - A juści! bo jo to kiełbasa, a wy pies, cobyście me zjedli?... - Spyrka mitntko jezdeś... zim cię... Potknął się o wystające dyle podłogi i upadł na stół. Chłopak się śmiał rozbawiony, a dziewczyna szepnęła z przekąsem: - Te chłopy to naród, śpi j om się kiej zwierzoki i sielne majom uciechę... Karczmarka przyszła, więc dziewczyna wydobyła spod zapaski ostrożnie węzełek i rzekła kładąc go na szynkwasie: - Mendel i pinè jajków przyniesłam i za to wezmę: śtyry śledzie, gazu kwaterkę i bułecków rządek...

Karczmarka uważnie przeglądała jajka pod światło.

- Hale! zaboczyłam! Matula pedzieli, coby jesce flasuchne asencji, ty czerwuny, bo chcą ugościć stryjne, co mają jutro przyjechać po mnie.

- Do służby pójdziesz?

- A bogać. Tyła nas gąb w chałupie.

- Czyiście wy?

- A Strzelcowe.

- Tak daleko i przyśliśta na takie zakurki? to bez mała mila l bez las...

- Prowda, karwas drogi i bez las, ale my się z nim znowa. Józiek się tyz nie bojo - i pogładziła chłopaka po ojcowskiej czapce, która mu się aż na nos opuszczała.

Chłopak pokraśniał i podnosząc sobie czapki rzekł poważnie:

- Jo zawdy z tatulem w bór chodzę, a z Jantką ptaki wybirowa, to się nie bojom...

- Śnieg może was zawiać.

- E!... duchtem pódziewa, to je bliżej.

- Że to was matka puściła na taki czas...

- Jeszcze zakurek nie było, kiejśmy poszły, a w dumu świcić nie było czym i śledziów trza, i asencji lo stryjny, a tatulo poszli w obchód.

I pogadywali sobie, a chłop pijany znów sobie w ten sposób:

- Gospodarz jezdym, to pon jezdym. Pon na rano, pon na połednie i pon na odwiecerzu. Zimnioki źres! Bo mi tok lo hunoru trza. Piechty chodzis! Bom taki sielny pon, co już kunie i focmany nie lo mnie. Gorzołcysko, śmierduche chlosz! Bo mi się już baraki cknią. Pijanica jezdeś! Cichoj, bo cię wytnę. Pijanica jezdeś! Zdzielę kłunicą, jak Bóg na niebie, zdzielę. Pijanica jezdeś! A pslo psaro! bedzies się ze mną kłyźnił, naprzeciw stawoł! krzyczał groźnie. - Pijanica jezdeś! A zapowietrzuny! Zakatrupię, zakatrupię sobaczy! - i schwycił się za włosy, bił się po głowie, po twarzy, szarpał sam siebie, a krzyczał: - Nie wydziwioj, nie dunderuj, bo gospodarz jezdym, to pon jezdym!

Potem raptownie przestał i upadł ciężko na ławkę.

Dzieci obojętnie spoglądały na niego. Uniósł się trochę i zawołał cichym, pokornym. głosem, wyciągając do nich butelkę:

- Roboki, napijta się, taki ziąb... Napijta się...

Dzieci przysunęły się jeszcze bliżej karczmarki i nie słuchały,- zajęte ogromnie wybieraniem śledzi.

- Pani, dajta tymu mizeractwu bułecków. Kiej takie dzieciątecka spółkom, to mi się rychtyk wspominają moje serdeczne, co je wypominom podcas wiecór w dobry sposób. Takim sirota, psiokrótka, - kiej pies dworski.

Urwał, potem ciągnął dalej:

- I babę miołem, i krówsko miołem, i dzieci miołem, a tero, kiej kołek som jezdym... Pochówek sprawiłem jednymu - cystą piłem na frasunek; pochowałem na krosty drugie - cerwuną piłem; trzecie pochowałem - harak piłem, bo me kole serca kiej kolką spiralo; baba mi się zmarnowała - som spryt piłem; krowa mi padła na zwiesnę - wszyćko razem piłem i nic - bolenie furt spiro.

Pięciorgo się zmarnowało, pięciorgu gospodarski pochówek zrobiłem i pije se, bo me zmora dusi nocami i duszycki we spiku przychodzą się żalić - pije sobie... Pijanica jezdeś! Cichoj, bo cię wytnę... I zaczął znowu kłócić się ze sobą.

- No, macie dzieci i idźcie, bo światu ano nie widać, tak kurzy.

Antka okręciła sprawunki w chusteczkę, chłopcu naciągnęła lepiej jeszcze czapkę.

- Panu Bogu oddaje - rzekła i wyszli.

- Idźta z Bogiem. No! Szczepanie, bo zamykam karczmę.

- Scepon jezdym, to pon jezdym - mruczał zmożony snem i wódką.

- Idźta, zamykam, taki czas, co i pies nie zajrzy.

- Pijta, roboki, pijta... Nie, to nie... Zło bydlokowi marchew, to niech idzie w krzon...

Wypił resztę wódki, poprawił na sobie ubranie i zaśpiewał:

Powiedziałeś, że mnie weźmies, Skoro żytko, jarkę zeznies. A tyś zezon i owiesek, Teroz scekos kieby piesek.

- Tero se spij, panie gospodarzu - rzekł i wyciągnął się na ławie. - Scepon jezdym, to pon jezdym... mruczał.

Dzieci wyszły przed sień i stały chwilę skłopotane.

Szaro-było na świecie i tak mętnie od rozpylonego śniegu, że nie było znać ani dróg, ani drzew, ani domów - wszystkie kontury zlewały się w jeden bezkształtny wir śniegów, pełen świstów, szumów i chrzęstu. Wiatr kręcił się w kółko i coraz to brał tumany całe śniegu i roztrzepywał go w pyłki nad ziemią, jak kiedy młynarz wytrzepuje pytle z mąki. Słychać było tylko świsty przeciągłe wichru i smutny, rozległy skrzyp drzew przydrożnych, i jakieś głuche warczenie w^rzestrzeniach. Dzieci szły prędko zaledwie odczutymi śladami drogi ku lasowi.

Antka raz po raz spoglądała dokoła i coś, jak niepokój, przebłyskiwać zaczęło w jej oczach, chłopak zaś najspokojniej zajadał bułkę i co chwila unosił czapki, żeby spojrzeć.

- Jantka, dadzą mi matula śledzia?

- A dadzą.

- Główkę?

- A główkę.

- Na wąglikach ją se spiekę i zim - dobro tako?

- A dobro.

Zamilkli zagłębiając się w tę białą, szalejącą otchłań. Szli wciąż jednakowo, choć śnieg był coraz głębszy. Antka co kilkadziesiąt kroków przystawała i szukała w śniegu śladów drogi. Niespokojność jej rosła w miarę zbliżania się do lasu.

- Chodzi prędzy, Józiek, w boru se odpoczniemy, te ci dam jeszcze bułków.

- Nogi bolo me.

- Nie bó się, chodzi. Matula cekają. Stryjna przywiezie ci obrozik.

- I lemyntorz tyż?

- A bogać.

- To se z Wawrzonem pódziewa do skoły?

- A pódzieta.

- Rochów Grzela podział, co jo lutery znom i składać niezgorzy potrafię. . .

- A juści, potrafisz; jo bez trzy zimy chodziłam do skoły, a ino zdziebko porodzę. . .

- Poredze, Jantosia. Przeciek wim, że pirszo litera, tako kiej krokiewka, to je "A"

- Prowda, że una je kiej krokiewka, ale ty pisany nie utrafisz.

- "Utrafie, Jantosia. Takie kółecko równiuśkie z kijoskiem zadartym od zimi, kiej bat.

- Moi ludzie, wieje tyż to, wieje... ślipiów ozewrzyć ni można.

- Bez co to tak?

- To Pon Jezus tak se dmucho lo uciechy.

- Pan Jezus taki ziąb robią?

- Przecie nie kto drugi.

- A kiej ociec duchowny mówili, co zwiesne Pon Jexus robią.

- A robi i zwiesne, i zimę, bo Pon Jezusicek tak chcą i tyła.

- Jantosia! Kupią mi tatulo spencerek?

- Kiej ci obiecali, to i kupią.

- Pedzieli, co za pasionkę mi kupią - taki, jak mo Jędrków Michał, z guzikamy.

Umilkli, bo im wiatr smagał twarze i sypał śnieg w oczy.

Huragan się zrywał chwilami wprost straszny, zdawał się rozwijać skrzydła i bić nimi przestrzeń zapamiętale; jakieś krótkie, przeciągłe syki przecinały powietrze, jakies turkoty o brzmieniach piorunów przebiegały z krańca w kraniec. Zawierucha łączyła niebo z ziemią i jak stado wilków wyła tysiącznymi głosami, skomlała w jakichś urywanych staccatach, to pogwizdywała przeciągle- przycichała na chwilę i rzucała się jeszcze sroższa, powstawała i biła z szumem rozhukanego morza w ziemię, zdawała się być rozwścieklona oporem, bo przypadała na śniegi, rwała je w skrętach, formowała w nich rozpylone wiry i tarzała się z nimi po polach, rozbijała w mgły i powracała zaczynać dziką i potężną robotę od początku. Las niedaleki dorzucał do ogólnego chaosu swoje głosy. Czerniał coraz bliżej i zdawał się podnosić i iść olbrzymiejąc. - Dzieci ledwie były w stanie się przekopywać.

Pod samym lasem ciszej było, ale wpadli w sam środek olbrzymiego leja; olbrzymie zaspy śniegu, podobne do złomów skał, fantastycznie zwalonych, dymiły niby wulkany kurzawą, oblepiającą twarze. Na dwa cale nie było nic widać, prócz niezmiernej, szalejącej masy. Szli jak w obłoku, pełnym chrzęstu groźnego. Przykucnęli sobie trochę, aby nabrać sił.

- Musi być, je gdziesik wisiel, kiej tak dmie.

- Zły? - zapytał cicho Józiek i strach jakiś przejął, zimnem.

- Bogać ta nie zły, kiej nawidzony przez złygo.

- A kaj un? - zapytał jeszcze ciszej.

- Kaj? a chusto se gdzie na postrunecku.

- Wisiel?

- Przecie nie kto drugi. Dyndo se na jakim osikut. Jezus, Maria! - krzyknęła i upadła w śnieg, pociągając chłopca za sobą, bo jakaś olbrzymia gałąź porwana wichrem przeleciała tuż nad ich głowami niby chmura ogromną.

Wisiel! Jantka! Wisiel! - krzyczał Józiek wniebogłosy.

- Zdrowaś Mario! pod Twoje obrune - szeptała dziewczyna szczękając zębami, przerażona, zmartwiała ze strachu, nie śmiejąc podnieść się.

Upłynęło z dobry pacierz nim się zwlekli i poszli, ale to wrażenie jak czarna plama utkwiło im na siatkówkach S nękało mózgi zgrozą. Przystawali częściej, żeby przytłumić drżenie, jakie ich targało i, obejrzeć się, bo im się zdawało, że widzą w każdym ciemniejszym punkcie przestrzeni kołyszącego się trupa. Weszli w las i skręcili na tak zwany ducht, przecinający bór uk- osnie, bo droga była zawalona śniegiem i nie do przebycia. Pod gałęziami olbrzymów prawie cicho było, śnieg grubą warstwą zaścielał ziemię i oblepiał gałęzie, tak że zwisały pod tym ciężarem. Szaroperłowy ton lasu przejmował dziwnym wrażeniem. Pnie drzew jak czarne, bazaltowe kolumny stały nieskończonymi szeregami i majaczyły w głębiach niby kontury widziadeł, zagradzały zewsząd drogę i stały w milczeniu ponurym, że aż się czuło tę ich moc potężną wyrazu, i ta ich zaduma senna przejmowała jakąś świętą, mistyczną trwogą.

Dzieci się uczuły jakby w kościele o zmroku, kiedy to już światła pogasną, błyszczeć zaczynają złocenia ołtarzy i ostatnie echa śpiewów i muzyki przebrzmiewają w ciszy i nocy.

Nie mówiły ani słowa do siebie, tylko szły przenikane zabobonną trwogą i pragnieniem znalezienia się jak najprędzej w domu. Drzewa z szumem głębokim pochylały się i biły gałęziami o gałąź, to znów szemrały cicho jak fala zamierająca, strząsając śnieg z siebie, że na kształt kaskad spływał na ziemię w białym, szeleszczącym obłoku, to znowu stawały i jakby się opuszczały w ciszę i senność.

Huragan jakby czyhał na to, bo nadbiegał ze świstem i uderzał w las z góry, zatrząsł, zakręcił, stargał i bił siłą niezmierną, i rwał gałęzie, i druzgotał. Las drżał cały aż do podstaw pod wściekłymi uderzeniami, wył jakoś boleśnie, z jękiem przejmującym pochylał się i wstawał, prostował wyniosłe pnie i wrzał gniewnie niezmożony, potężny, zdawał się skupiać, osadzać głąbiej w ziemi i iść zwartą masą w bo}, i tłuc koronami wichurę, i przypierać mocą swoją nagle ocknioną. Huragan, który walił raz po raz, jak taranami falami wichrów z takim rozgwarem uderzał, że las się rozsrożył i rozjęczał cały, zdawał się potężnieć pod obuchem i rozkołysany, szalejący, śpiewał hymn dziki, potężny, urągający burzom. I nic już słychać nie było, prócz świstów, szumów, trzasków, porykiwań jakichś.

Trzask łamanego drzewa czasami wpadał w ten odmęt jak salwa karabinowa i ginął przecinając świstem powietrze. Oderwane wierzchołki leciały z jękiem nad borem lub ułamane, zczepione jeszcze ostatnimi włóknami, szamotały się żałośnie z burzą, biły o pień; to znów przez chwilę taka cisza napływała ogromna, że dzieci słyszały bicie serc własnych i jakiś triumfalny, zwycięski rozhowor lasu, i rozszerzonymi oczyma patrzały na każde drzewo czerniejące, na każdą gałąź, omiecioną ze śniegu. Strach przed wisielcem rozsadzał im serca i tak dość przerażone burzą i nocą. Co chwila prawie Józiek chwytał Antkę i szeptał: "Wisieli wisiel!" - a to tylko gałąź jakaś tłukła się pomiędzy drzewami lub modrzew czerniał swoją chropawą korą, albo cień jakiś, oderwany nie wiadomo skąd, leciał po śniegach.

Antka szła prędko i choć przymykała oczy ze strachu, nie mogła nie patrzeć.

Nie widziała nigdy wisielca, ale rozpalona nocą i huraganem wyobraźnia stwarzała jakąś straszną, nieuchwytną larwę, jakiś majak potworny, który chwilami widziała tuż przed sobą: to uczepiony na jakimś sęku, kołysał się w mrocznej głębi, to leciał gdzieś nad lasem, rozkrzyżowany w wichurze, to jak bryła bezkształtna toczył się pomiędzy drzewami, obijał o nie, szedł po lesie obłokiem pyłu, to znowu przysłaniał jej ciemnością świat i śmiał się - słyszała najwyraźniej chichot, to skowyt psi, to jakieś ohydne mlaskanie.

Martwiała, krew jej zastygała w żyłach, kurczyła się w sobie ze strachu, bo wydawało jej się, że czuje, jak ją ten wisiel chce złapać i zdusić. Na próżno mówiła pacierz, na próżno żegnała się, strach potęgował się coraz bardziej, a musieli iść wolno, bo zagradzały im drogę takie gąszcze zagajników, leżały takie wykroty olbrzymie, że tylko z trudem mogli się przedzierać.

Na pół żywi ze zmęczenia i trwogi przedarli się na niewielką polankę, z której ducht skręcał więcej na lewo, prowadził wprost do ich chałupy, i upadli pod ogromnym świerkiem, stojącym w pośrodku, aby trochę odpocząć.

Zimno im było, więc się przyciskali do siebie i z jakąś głęboką nieświadomą trwogą patrzeli w las. Jakiś lęk niewytłumaczony przenikał ich coraz bardziej; ta względna cisza przytłaczała ich więcej, aniżeli burza.

- Bojom się, Antosia - szepnął chłopak.

- Nie bój się, Józiu. Pon Jezusicek nie do nos na zatracynie, nie.

- Pon Jezus wszyćko mogą. . .

- Wszyćko.

- To kieby chciał, to by chałupę wzion z wiatrem.

- A wzionby.

- Antka! to i naszą graniastą by ożywił?

- Przecie, tchnąłby se w nią parę i bydlątko by wstało.

- A kiej tatulo mięso przedali, a i myśma tyż zjedli. . .

- Głupiś, nie deliberuj. Pon Jezus wszyćko mocny jest zrobić.

- Zimno mi, Antosia.

Okręciła go swoją zapaską, przytuliła jeszcze lepiej do siebie i siedzieli tak bez słowa, wsłuchani w głuche warczenie nadbiegającej z powrotem burzy. Wichura znowu nadchodziła, nadbiegały pierwsze fale lekkie, przerywane jakby forpoczty, potem zaczęły iść wichry z poświstem wprost przeraźliwym i z mocą wściekłą brały się za bary z lasem, obdzierały gałęzie, wżerały się w głębie mroczne z szumem podobnym do bijącego burzą w brzegi morza, rwały wszystko, kotłując śnieg, mącąc przestrzeń. Las jęczał prawie rozpaczliwie, giął się ze skrzypem, łamał z trzaskiem podobnym do huku piorunów, porykiwał głucho jak zwierzę, charczał jak duszony, to rozprężał się i rozchwiany, oślepiony walką dyszał tak ciężko i okropnie, że dzieci zamierały ze strachu. A huragan wzmagał się, coraz straszliwsze siał zniszczenie; olbrzymie drzewa niby patyki suche wyrywał z ziemi lub łamał - padały zdruzgotane na polankę i leżały zmięte podobne trupom poodzieranym, na podścłelisku śniegu.

Nie było nic widać poza szalejącą, zwichrzoną masą śniegu, nie było nic słychać poza tą dziką, gniewną wrzawą chaosu.

- Bojom się, Antosia, bojom.

- Nie bó- sie, Józiek, nic. Wiater przestanie, to pódziemy.

Umilkli znowu, bo im zaczynało być i ciepło, i cichość jakaś ogarniać ich poczynała.

- Józiek, zmówmy pacierz, to może Jezusicek nam przemieni - i zaraz zaczęła:

... "Ojcze nasz, któryś je w niebie, święć się imię Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi" cicho brzmiał pacierz i niby smuga światła i ciepła, tym szmerem wypływał z ich serc, zamierających ze strachu i płynął w noc, w wiry, w huragan, który wył i druzgotał wszystko; w te rozpętane żywiołowe moce, co wzięły panowanie nad światem i z brutalnym triumfem tarzały się po przestrzeniach. Śnieg ich prawie zasypał, nie wiedzieli o tym, zaczynało im być jakoś dobrze, jakaś senność słodka brała ich w moc swoją, więc tym serdeczniej akcentowali modlitwę, tym ufniej kładli dusze swe przed Panem i głębiej błagali zmiłowania.. . "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, a odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom" - i drżały im tak serca miłością, i wznosiły się, że szeptali coraz ciszej i coraz wolniej. Te dwie proste dusze w jakimś ciemnym przeczuciu zagłady, dwa atomy konające rzucały się do stóp Wszechmocy i żebrały krwią serc swoich o zmiłowanie. Jakieś kołysanie uczuwali w sobie i jakieś światłości, pełne grania pięknego, muskały im dusze.

"... Zdrowaś Mario, łaskiś pełna"- ciągnęła dalej Antosia prawie niedosłyszalnym szeptem i snuła dalej modlitwę myślą bezładną i rozprzężoną sennością. Zapadali w jakąś niewypowiedzianą cichość; wydawało się im, że jakiś Anioł otula ich białością i szemrze skrzydłami, bo im coraz lepiej - lepiej - że taka jasność ich przepełnia, taka wesołość, takie granie i śpiewy, słodkości pełne zalewają im serca, że są pełni szczęśliwości i zachwycenia ekstatycznego.

Świadomość ich rwała się w strzępy, a oni wnętrznie olbrzymieli, zdawali się podnosić w bezgranicznym uszczęśliwieniu i coraz mniej czuli, coraz niewyraźniej a wspólnie j przenikali się niejako - snuły się im w mózgach sceny życia niedawne, przeżywali je po raz drugi. To dom.. . to sad wiśniowy... to pastwisko nad rzeką... to ta graniasta, co im padła... to szli w ledwie zieleniejącą brzezinkę na smardze i babie uszy.. . to się kryli w zbożach szumiących, złotawych.. . to kościół niziutki czerniał im ścianami... to słyszeli śpiew księdza i modlili się, dymy z trybularza owiewały ich wonią i przenikały ich świętą trwogą niskie brzmienia organów... monstrancja roztaczała złocisty blask, że padali na twarz upojeni światłością i zachwytem, a potem ksiądz szedł... i tłum szedł.. . i wszyscy szli.. . chorągwie szumiały i pieśń się zrywała z tych serc prostych i biegła w błękity. "Święty! Święty a nieśmiertelny!" - brzmiało szeroko i zdawało się w swym strumieniu i potędze brać ich dusze i unosić.. . a dzwony tak grały poważnie, tak biły hymnem radości, że im twarze i serca zalały łzy rozczulenia... Potem jakieśwody, zboża zielone... tłumy ludu... wesele

Magdy, ich siostry najstarszej, i ścisk, tumult, śpiewki, muzyka taneczna, twarze aż im dyszą rozkoszą, aż się śmieją z uciechy, rozbrzmiewają pełnią zdrowego, jędrnego życia wsi... I znowu co innego: obrazy przesuwają się z taką szaloną szybkością, że już nie zdają sobie sprawy dokładnej, co widzą; zaczyna im być mroczno, dusze zaciemniają się... idą do karczmy, a wiatr świszczę i śnieg rozwiewa, noc fioletowe kładzie piętna... Zaczynają drżeć, poruszać się niespokojnie, rzucać... gnębi ich cień, stojący tam... w krańcach, widzą, jak się kołysze i rośnie... Uciekają przez las, ale widziadło idzie przed nimi, skacze, chichocze, że aż im krew lodowacieje... czepia się sęków i przechylone, ogromne, straszne sinością buja się z burzą i połyskuje krwawo oczyma; zamierają ze strachu, bo jest blisko, bo szpony jakby z cieniów wyciąga po nich. - Wisieli... wisieli... - krzyczą przejęci trwogą śmiertelną, chcą uciekać, ale poruszyć się nie mają sił; ciężko im, czują się jakby przywarci do siebie i do ziemi - szarpią w wysiłkach nadludzkich, odrywają, dobywają ostatka sił - i zmęczeni, oblani śmiertelnym potem męki, z rzężeniem chrapliwym upadają w jakąś bezdenną otchłań i widzą, jak ten wisiel z rozrzuconymi nogami kołysze się tuż nad nimi, słyszą ten jednostajny skrzyp postronka, który go trzyma i stuk głuchy o drzewo - i znowu, spadają, lecą, lecą... bez tchu i przytomności w nieskończoność.

Zawierucha przeszła. Las stał spokojnie i jakby oddychał ciężko i zagłębiał się w bezmiernym spokoju, jaki zapanował nad ziemią. Przez perłowe mgły przeświecały gwiazdy i księżyc się wyzbył reszty chmurnych obsłon i toczył niby kula, srebrem przesycając, ciemną zieleń świerków, rozsypywał po śniegach błękitnawe cienie i niby nimbem świetlistym otaczał te dwie główki dzieci, przytulone do siebie, ledwie się odcinające sinością trupią od śniegów, zapalał w głębiach ich martwych, szeroko otworzonych źrenic zielonkawe ogniki i jakby muskał z pieszczotą zastygłe z wyrazem trwogi bezmiernej twarze. A rozpłynięte w ciszy i świetle lasy zdawały się jakby tętnami soków swoich śpiewać głębokie modlitwy - niby hymny dziękczynne, niby ostatnie podzwonne tych dusz czystych roztopionych w nieskończoności. A noc zimowa cicha, rozgwieżdżona, pełna tajemnic spokoju i senności, szła naprzód - niepowstrzymanie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chłopi Zawierucha Z pamiętnika Wspomnienie W porębie W jesienną noc