Trumniarz

Trumniarz

Autorzy: Aleksander Puszkin

Wydawnictwo: FSNZ

Kategorie: Klasyka Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book darmowy

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 0.00 zł

Aleksander Puszkin to poeta rosyjski, także dramaturg i prozaik, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli romantyzmu rosyjskiego. Puszkin był wybitnym reformatorem rosyjskiego języka literackiego. Twórczość Puszkina była wielokrotnie tłumaczona na język polski, między innymi przezi: Adama Mickiewicza, Juliana Tuwima, Jana Brzechwę, Mieczysława Jastruna, Adama Ważyka, Seweryna Pollaka.
Aleksander Puszkin

TRUMNIARZ

TRUMNIARZ

Aleksander Puszkin

Czyż nie widzimy codziennie trumien, siwizny starzejącego się świata?

Dierżawin

Resztki dobytku trumniarza Adriana Prochorowa zostały wrzucone na wóz pogrzebowy i para wychudzonych koni po raz czwarty powlokła się z ulicy Basmannej na Nikicką, dokąd trumniarz przeprowadził się z całą swoją rodziną. Zamknąwszy sklepik przytwierdził na drzwiach informację, iż dom wystawia się na sprzedaż i oddaje do wynajęcia, a potem pieszo podążył w stronę nowego mieszkania. Zbliżając się do żółtego domku, już od dawna kuszącego jego wyobraźnię i w końcu kupionego za przyzwoitą sumkę, stary trumniarz czuł ze zdumieniem, że jego serce wcale się nie cieszyło. Przestąpiwszy nieznajomy próg i natknąwszy się na rozgardiasz w swoim nowym siedlisku, westchnął na wspomnienie starej chatynki, gdzie w ciągu osiemnastu lat panował nienaganny porządek; zaczął łajać obie swoje córki oraz służącą za ich powolność i sam wziął się do pomocy. Wkrótce nastał ład; szafka na święte obrazy, szafa z naczyniami, stół, kanapa i łóżko zajęły przeznaczone im kąty w pokoju położonym na tyłach; w kuchni i salonie ulokowały się wytwory rąk gospodarza: trumny wszystkich kolorów i wszelkiego rozmiaru, a także szafki z żałobnymi kapeluszami, płaszczami i zniczami. Nad wejściem zawisł szyld, przedstawiający dorodnego Amora z odwróconym zniczem w ręce, z podpisem: "Tu sprzedaje się i okuwa trumny proste i ozdobne, oraz wypożycza się i naprawia stare." Dziewczęta poszły do swojej świetlicy. Adrian obszedł mieszkanie, siadł przy oknie i kazał przygotować samowar.

Światły czytelnik wie, że Szekspir i Walter Scott przedstawiali swoich grabarzy jako ludzi wesołych i lubiących pożartować, aby tym przeciwieństwem mocniej poruszyć naszą wyobraźnię. Przez szacunek dla prawdy nie możemy naśladować ich przykładu i jesteśmy zmuszeni przyznać, iż charakter naszego trumniarza w zupełności odpowiadał jego mrocznej profesji. Adrian Prochorow był zazwyczaj ponury i zamyślony. Przerywał milczenie może tylko po to, by strofować swoje córki, kiedy przyłapywał je na bezczynnym gapieniu się przez okno na przechodniów, albo żeby zażądać za swoje wyroby podwyższonej ceny od tych, którzy mieli nieszczęście (a niekiedy przyjemność) ich potrzebować. Tak więc Adrian, siedząc u okna i wypijając siódmą filiżankę herbaty, zgodnie ze swoim zwyczajem pogrążony był w smutnych rozmyślaniach. Dumał o ulewnym deszczu, który tydzień temu zaskoczył przy samych rogatkach pogrzeb pewnego emerytowanego brygadiera. Wiele płaszczy przez to skurczyło się, wiele kapeluszy wypaczyło. Przewidywał nieuniknione wydatki, ponieważ stary zapas żałobnych strojów był w opłakanym stanie. Miał nadzieję powetować sobie straty na starej kupcowej Triuchinej, która już prawie od roku była bliska śmierci. Jednak Triuchina umierała na Hulance i Prochorow bał się, żeby jej spadkobiercy, niepomni na swoje obietnice, z czystego lenistwa nie zawarli umowy z mieszkającym bliżej przedsiębiorcą. Te rozmyślania zostały nieoczekiwanie przerwane trzema frankmasońskimi uderzeniami w drzwi. "Kto tam?" - zapytał trumniarz. Drzwi otwarły się i człowiek, w którym już na pierwszy rzut oka można było rozpoznać Niemca-rzemieślnika, wszedł do izby i z wesołą miną zbliżył się do trumniarza. "Wybaczcie drogi sąsiedzie, - powiedział tym rosyjskim narzeczem, którego do tej pory nie da się słuchać bez śmiechu, - proszę wybaczyć, że panu przeszkadzam... chciałem jak najszybciej zawrzeć z panem znajomość. Jestem szewcem, nazywam się Gottlieb Schultz, a mieszkam przez ulicę, o w tym domku, naprzeciwko pańskich okienek. Jutro świętuję moje srebrne gody i zapraszam pana wraz z córeczkami, tak po przyjacielsku, spożyć z nami obiadek." Zaproszenie spotkało się z życzliwym przyjęciem. Trumniarz poprosił szewca, aby usiadł i wypił z nim filiżankę herbaty i, dzięki szczeremu usposobieniu Gottlieba Schultza, już po chwili gawędzili ze sobą jak starzy przyjaciele. "Jak idą interesy szanownemu panu?" - zapytał Adrian. - "He he he - odpowiedział Schultz - i tak i siak. Nie mogę narzekać. Choć mój towar, to oczywiście nie to, co pański: żywy obejdzie się bez butów a martwemu bez trumny nijak." - "Święta prawda - zauważył Adrian - jednakże jeśli żywy nie ma za co sobie kupić butów, to, proszę wybaczyć, chodzi i bosy, a biedny nieboszczyk i za darmo bierze sobie trumnę." W ten sposób kontynuowali biesiadę jeszcze czas jakiś; na koniec szewc wstał i pożegnał się z trumniarzem, ponawiając swoje zaproszenie.

Na drugi dzień, równo w południe, trumniarz i jego córki wyszli z furtki nowo nabytego domu i poszli do sąsiada. Nie będę tu opisywał ani rosyjskiego kaftana Adriana Prochorowa, ani europejskich strojów Akuliny i Darii, odstępując w tym przypadku od obyczaju przyjętego przez współczesnych powieściopisarzy. Uważam jednak, iż nie od rzeczy będzie wspomnieć, że obie panny nałożyły żółte kapelusiki i czerwone pantofelki, co zdarzało im się czynić tylko w uroczystych chwilach.

Malutkie mieszkanko szewca napełnione było gośćmi, w większej części Niemcami-rzemieślnikami, którzy przyprowadzili swoje żony i czeladników. Z rosyjskich urzędników był tylko jeden budnik, Fin Jurko, umiejący zaskarbić sobie, pomimo skromnego tytułu, szczególną przychylność gospodarza. Blisko dwadzieścia pięć lat służył on wiernie na swoim stanowisku, jak pocztylion Pogorielskiego. Pożoga roku dwunastego, unicestwiwszy najstarszą stolicę, strawiła i jego żółtą budkę. Obecnie jednak, po wygnaniu wroga, na jej miejscu pojawiła się nowa, szara, z białymi kolumienkami w stylu doryckim, i Jurko zaczął znowu przechadzać się przed nią z toporem i w zbroi siermiężnej. Znała go większość Niemców, mieszkających w pobliżu bramy Nikitskiej: niektórym z nich zdarzało się nawet nocować u Jurka z niedzieli na poniedziałek. Adrian niezwłocznie zapoznał się z nim, jako z człowiekiem, którego wcześniej czy później można potrzebować, a kiedy goście zasiedli za stołem, trumniarz i budnik zajęli miejsca obok siebie. Pan i pani Schultz, oraz ich córka, siedemnastoletnia Lothen, spożywając posiłek razem z gośćmi, jednocześnie częstowali ich i pomagali kucharce obsługiwać stoły. Piwo lało się strumieniami. Jurko jadł za czterech; Adrian nie ustępował mu ani na krok; jego córki krygowały się; rozmowa w języku niemieckim z godziny na godzinę stawała się coraz bardziej szumna. Naraz gospodarz zażądał uwagi i, odkorkowując zakurzoną butelkę, gromkim głosem zawołał po rosyjsku: "Za zdrowie mojej dobrej Luizy!" Pół-szampan zapienił się. Gospodarz czule pocałował świeże lico swojej czterdziestoletniej towarzyszki życia, a goście z ochotą wypili zdrowie dobrej Luizy. "Za zdrowie moich drogich gości!" - gospodarz wzniósł toast otwierając kolejną butelkę - i goście dziękowali mu, ponownie osuszając swoje kieliszki. Tu zdrowia zaczęły następować jedno po drugim: bądź to zdrowie każdego gościa w szczególności, bądź też zdrowie Moskwy i całego tuzina niemieckich miasteczek, lub zdrowie wszystkich cechów w ogóle i każdego z osobna, albo też zdrowie majstrów i czeladników. Adrian pił zapamiętale i do tego stopnia się rozweselił, że sam zaproponował jakiś żartobliwy toast. Nagle jeden z gości, tłusty piekarz, podniósł kieliszek i wykrzyknął: "Za zdrowie tych, dla których pracujemy, unserer Kundleute" Wezwanie, jak i pozostałe, zostało podjęte radośnie i jednomyślnie. Goście zaczęli kłaniać się jeden drugiemu, krawiec szewcowi, szewc krawcowi, piekarz im obydwu, wszyscy piekarzowi i tak dalej. Jurko pośród tych wzajemnych ukłonów zawołał, zwracając się do swego sąsiada: "No co? Pij ojczulku, za zdrowie swoich nieboszczyków". Wszyscy zachichotali, ale trumniarz poczuł się urażony i spochmurniał. Nikt tego nie zauważył, goście pili dalej i zadzwoniono już na nieszpory, kiedy wreszcie wstali od stołu.

Goście rozeszli się późno i większość z nich miała nieźle w czubie. Gruby piekarz wraz z introligatorem, którego twarz wyglądała jak oprawiona w czerwoną safianową okładkę, wziąwszy Jurka pod ręce, zaciągnęli go do jego budki, pilnując w tym przypadku by spełniło się rosyjskie przysłowie: zapłata dług krasi. Trumniarz wrócił do domu pijany i zły. "Też mi dopiero, w rzeczy samej, - rozważał na głos, - z jakiego to powodu mój fach miałby być gorszy od innych? Czyż trumniarz jest bratem kata? Czegoż śmieją się te niedowiarki? Czy trumniarz to jakiś pajac? Chciałem ich zaprosić na świętowanie mojego nowego mieszkania, zgotować im królewską ucztę: nic z tego nie będzie! Zaproszę tych, dla których pracuję: prawosławnych nieboszczyków". - "No co ty, ojczulku? - powiedziała służąca, która w tym czasie zdejmowała mu buty, - co ty pleciesz? Bój się Boga! Zapraszać umarłych na wieczerzę! Co za okropność!" - "Dalibóg, zaproszę, - ciągnął Adrian, - i to na jutro. Serdecznie proszę, moi dobrodzieje, jutro wieczorem będziemy u mnie ucztować, ugoszczę, czym chata bogata". Z tymi słowy trumniarz poszedł do łóżka i niedługo potem zachrapał.

Na dworze było jeszcze ciemno, kiedy obudzili Adriana. Kupcowa Triuchina zmarła tej samej nocy i umyślny od jej subiekta przygalopował konno do Adriana z tą wiadomością. Trumniarz dał mu za to dziesięć kopiejek na wódkę, ubrał się z pośpiechem, wziął dorożkę i pojechał na Hulankę. Przed domem zmarłej była już policja i przechadzali się kupcy jak kruki, kiedy poczują martwe ciało.

Nieboszczka leżała na stole, żółta jak wosk, lecz jeszcze nie była zeszpecona rozkładem. Wokół niej cisnęli się krewni, sąsiedzi i domownicy. Wszystkie okna były otwarte; paliły się świece; kapłani czytali modlitwy. Adrian podszedł do siostrzeńca Triuchinej, młodego kupczyka w modnym surducie, oznajmiając mu, że trumna, świece, kapa i inne akcesoria pogrzebowe zostaną mu natychmiast dostarczone w doskonałym stanie. Spadkobierca podziękował mu z roztargnieniem, powiedziawszy, że nie będzie targował się o cenę, lecz we wszystkim polega na jego słowie. Trumniarz, jak to miał w zwyczaju, przysiągł na Boga, że nie weźmie nic ponad to, co mu się należy; wymienił znaczące spojrzenie z subiektem i pojechał zakrzątnąć się koło interesu. Cały dzień jeździł z Hulanki do bramy Nikickiej i z powrotem; do wieczora pozałatwiał wszystko i zwolniwszy dorożkarza, poszedł pieszo do domu. Noc była księżycowa. Trumniarz szczęśliwie dotarł do bramy Nikickiej. Przy cerkwi Wniebowstąpienia zawołał go znany nam Jurko i, poznawszy trumniarza, życzył mu dobrej nocy. Było późno. Trumniarz dochodził już do swojego domu, kiedy nagle zdało mu się, że ktoś podszedł do jego bramy, otworzył furtkę i zniknął w niej. "Co to może znaczyć? - pomyślał Adrian. - Któż to znowu czegoś ode mnie potrzebuje? Czy to przypadkiem nie złodziej do mnie się zakrada? A może jakiś amant lezie do moich głupich córek? Ja mu pokażę!" I trumniarz już chciał zawołać na pomoc swojego przyjaciela Jurka. W tym momencie ktoś jeszcze przybliżył się do furtki i zamierzał właśnie wejść, lecz zobaczywszy biegnącego gospodarza, zatrzymał się i uchylił trójgraniastego kapelusza. Twarz jego wydawała się Adrianowi znajoma, ale w pośpiechu nie zdążył dobrze jej się przyjrzeć. "Zechciał pan zawitać w moje progi, - powiedział Adrian sapiąc, - proszę do środka". - "Nie rób ceremonii ojczulku - odpowiedział tamten głucho - idź przodem; pokazuj gościom drogę!" Adrian nawet nie miał kiedy robić ceremonii. Furtka była otwarta, wszedł więc na schody, tamten za nim. Adrianowi zdawało się, że po jego pokojach kręcą się jacyś ludzie. "Co za diabelstwo!" - pomyślał i pospieszył by wejść... a wówczas nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Pokój był pełen nieboszczyków. Światło księżyca, wpadające przez okno, oświecało ich żółte i sine twarze, zapadnięte usta, zmętniałe, półprzymknięte oczy i sterczące nosy... Adrian z przerażeniem rozpoznał w nich ludzi przez siebie pochowanych, a w gościu, który wszedł razem z nim, brygadiera, pogrzebanego podczas ulewy. Wszyscy oni, tak mężczyźni, jak i kobiety, otoczyli trumniarza z ukłonami i pozdrowieniami, z wyjątkiem jednego biedaka, niedawno pochowanego za darmo, który krępując się i wstydząc swoich łachmanów, nie zbliżał się, tylko stał skromnie w kąciku. Pozostali odziani byli przyzwoicie: nieboszczki w czepcach i wstążkach, zmarli urzędnicy w mundurach, choć z nieogolonymi brodami, kupcy w świątecznych kaftanach. "Jak widzisz Prochorow, - odezwał się brygadier w imieniu całej zacnej kompanii, - wszyscy powstaliśmy na twoje zaproszenie; zostali w domu tylko ci, którzy zupełnie bez sił, którzy całkiem się rozpadli, którym zostały już tylko kości bez skóry, ale i z tych jeden nie wytrzymał - tak bardzo chciał się z tobą zobaczyć..." W tej chwili maleńki szkielet przedarł się przez tłum i podszedł do Adriana. Jego czaszka serdecznie uśmiechała się do trumniarza. Kłaczki jasnozielonego bądź czerwonego sukna, a także starego płótna, gdzieniegdzie wisiały na nim jak na kiju, a kości nóg stukały w wielkich butach, jak tłuczki w moździerzu. "Nie poznałeś mnie, Prochorow - powiedział szkielet. - A pamiętasz emerytowanego sierżanta gwardii Piotra Piotrowicza Kuryłkina, tego samego, któremu, w 1799 roku, sprzedałeś pierwszą swoją trumnę - do tego jeszcze sosnową zamiast dębowej?" Z tymi słowy nieboszczyk rozpostarł kościane ramiona, ale Adrian, zebrawszy siły, wrzasnął i odepchnął go. Piotr Piotrowicz zachwiał się, upadł i zupełnie się rozsypał. Między zmarłymi podniósł się szmer niezadowolenia; wszyscy wystąpili w obronie czci swojego towarzysza, czepili się Adriana z łajaniem i groźbami, tak że biedny gospodarz ogłuszony ich krzykiem, prawie zahukany, stracił przytomność umysłu, sam upadł na szczątki emerytowanego sierżanta gwardii i zemdlał.

Słońce już dawno oświecało łóżko, na którym leżał trumniarz. W końcu otworzył on oczy i zobaczył przed sobą służącą, która rozpalała samowar. Z przestrachem Adrian przypomniał sobie wszystkie wczorajsze wydarzenia. Triuchina, brygadier i sierżant Kuryłkin mgliście ukazali się w jego wyobraźni. Milcząc oczekiwał, by służąca zaczęła z nim rozmowę i opowiedziała o następstwach nocnych wypadków.

- Długo spałeś, ojczulku, Adrianie Prochorowiczu, - odezwała się Aksinia, podając mu szlafrok. - Był u ciebie sąsiad, krawiec, a i tutejszy budnik przybiegł z wieścią, że dzisiaj jego imieniny, no ale ty byłeś zajęty spaniem i nie chcieliśmy ci przeszkadzać.

- A przychodzili do mnie od nieboszczki Triuchinej?

- Nieboszczki? Czyżby umarła?

- Ech ty durna! Czy to nie ty pomagałaś mi wczoraj załatwiać jej pogrzeb?

- No co ty, ojczulku? Zwariowałeś, czy wczorajsze pijaństwo nie wywietrzało ci jeszcze z głowy? Jaki pogrzeb wczoraj? Cały dzień ucztowałeś u Niemca, wróciłeś pijany, uwaliłeś się w pościel i spałeś do tej pory, póki na mszę nie zadzwonili.

- Ojej! - zawołał uradowany trumniarz.

- A juści, - odpowiedziała służąca.

- No, jeśli tak, to dawaj prędzej herbaty, i zawołaj mi tu córki.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trumniarz Czarny orzeł Dama Pikowa Naśladowanie Koranu Wieczór zimowy Żądza sławy