Czarny sternik

Czarny sternik

Autorzy: Joseph Conrad

Wydawnictwo: FSNZ

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book darmowy

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 0.00 zł

Dzieło Josepha Conrada. Joseph Conrad to angielski pisarz i publicysta polskiego pochodzenia, tworzący w języku angielskim. Problematykę powieści Conrada można określić jako psychologiczno-moralną. Akcja tych utworów przeważnie rozgrywa się na morzu, wśród marynarzy, w egzotycznej scenerii Oceanu Indyjskiego, jego wysp i archipelagów. Te specyficzne warunki życia na morzu stały się w jego powieściach doskonałym tłem dla rozważań na temat granic moralnych i etycznych. Conrad stawiał pytania, na które niełatwo odpowiedzieć. Jakie są granice odpowiedzialności człowieka w obliczu zagrożenia przychodzącego z zewnątrz? Czy przy zasadach moralnych i tych, które wyznacza etyka zawodu należy trwać za wszelką cenę, nawet wobec groźby utraty życia? Jakim próbom charakteru jest w stanie sprostać człowiek? Jakie jest znaczenie ludzkiej solidarności?
Joseph Conrad

CZARNY STERNIK

CZARNY STERNIK

Joseph Conrad

Sporo lat temu kilka okrętów stało u pobrzeża doków londyńskich i zabierało ładunek. Mówię o ósmym dziesiątku ubiegłego stulecia, kiedy Londyn miał nierównie więcej pięknych okrętów w swych dokach niż pięknych budynków w swych dzielnicach.

Okręty stojące u pobrzeża były wcale ładne. Stały one na kotwicach jeden za drugim. Zaś Szafir, trzeci od końca, był niegorszy od innych, ot, tak sobie. Każdy z tych okrętów miał oczywiście swego komendanta na pokładzie. Podobnie jak inne okręty w dokach.

Policjanci, co stoją u bram, znali ich wszystkich z widzenia, nie umiejąc jednakże od razu i bez namysłu powiedzieć, z którego ten lub ów jest okrętu. Jakoż sternicy okrętów, co stały podówczas na kotwicy w dokach londyńskich, byli podobnie jak większość oficerów marynarki handlowej dzielnymi, zapracowanymi, krzepkimi i bynajmniej romantycznie nie wyglądającymi ludźmi. Pochodzili oni z różnych warstw społeczeństwa, ale piętno zawodowe zacierało rysy indywidualne, co prawda niezbyt wyraziste.

Stosowało się to do nich wszystkich z wyjątkiem sternika Szafiru. Co do niego policjanci nie mogli mieć wątpliwości. On jeden się wyróżniał.

Poznawali go z daleka na ulicy. Kiedy zaś rano szedł pobrzeżem do swego okrętu, najemnicy dzienni i robotnicy portowi, co toczyli bele i wozili taczkami skrzynie z ładunkiem, powiadali wzajem do siebie:

— Oto idzie „czarny sternik".

Tak go przezywali, a przezwisko to było nie byle jakim szczęściem, nie mogło bowiem wyniknąć z uznania dla jego godnej powierzchowności. Dodatek: czarny, był tylko powierzchownym wrażeniem ludzi nie znających się na rzeczy.

Jakoż Mr. Bunter, sternik Szafiru, nie był czarny. Nie więcej był czarny od nas wszystkich i nie mniej biały od starszych sterników okrętowych w całym porcie londyńskim. Cera jego była tej urody, że niełatwo ulegała opaleniźnie; a przypadkiem dowiedziałem się, iż biedak chorował cały miesiąc bezpośrednio przed objęciem służby na Szafirze.

Z tego widać, że znałem Buntera. Jużcić, że go znałem. Co więcej, znałem w owym czasie jego tajemnicę, tę tajemnicę, co... ale mniejsza teraz o to. Co zaś do powierzchowności Buntera, to trzeba złożyć na karb niewiedzy i uprzedzenia słowa, które zasłyszałem o nim od pewnego starszego marynarza: „Założyłbym się, że to cudzoziemiec". — Człowiek może mieć czarne włosy, nie będąc bynajmniej kudłaczem. Znałem pewnego marynarza z zachodu, boatswaina pięknego okrętu, co wyglądał więcej na Hiszpana niż wszyscy Hiszpanie, których zdarzyło mi się widywać na morzu. Był podobny do Hiszpana z jakiegoś obrazu.

Uczeni, co się znają na rzeczy, utrzymują, iż ziemia stanie się w końcu dziedzictwem ludzi o czarnych włosach i czarnych oczach. Podobno znaczna większość ludzkości jest już ciemnowłosa w różnych odcieniach. Dopiero jednak, gdy się zdarzy spotkać ludzi z istotnie czarnymi włosami, czarnymi jak heban, pojmuje się, jak są one rzadkie. Włosy Buntera były bezwzględnie czarne, czarne jak skrzydło kruka. Miał przy tym okazałą brodę (przystrzyżoną, lecz porządnie długą), a brwi jego były gęste i krzaczaste.

Dodawszy do tego stalowobłękitne oczy, które u blondyna nie byłyby niczym nadzwyczajnym, lecz w tym posępnym obramieniu tworzyły uderzającą sprzeczność, pojmie się z łatwością dlaczego Bunter się wyróżniał. Gdyby nie spokój jego ruchów, nie ogólna powściągliwość jego zachowania się, można by było mniemać, iż jest nieokiełznanie namiętną naturą.

Nie był jużcić pierwszej młodości, ale jeżeli zwrot „w sile wieku" ma jakiekolwiek znaczenie, to urzeczywistniał je w zupełności. Był wysokiego wzrostu, ale nieco zbyt szczupły. Przyglądając się ze swego pokładu, jak niestrudzenie krzątał się pełniąc swe obowiązki, Ashton, kapitan statku Elsinore, co stał na kotwicy tuż przed Szafirem, odezwał się raz do któregoś ze swych przyjaciół, iż „Johns wziął sobie jakieś popychadło, żeby wyręczało go we wszystkim na okręcie".

Kapitan Johns, komendant Szafiru, dowodził już od wielu lat okrętami, więc był dobrze znany nie będąc jednakże lubianym ni szanowanym. W towarzystwie kolegów zaniedbywano go lub nim pomiatano. Pomiatał nim przede wszystkim kapitan Ashton, człek cyniczny i dokuczliwy. On to pozwolił sobie na niewłaściwy żart powiadając pewnego razu w towarzystwie, iż „Johns jest zdania, że każdego marynarza po skończonej czterdziestce należałoby otruć — z wyjątkiem kapitanów, co dowodzą obecnie okrętami".

Stało się to w restauracji City, gdzie kilku dobrze znanych kapitanów okrętowych zebrało się na lunch. Był tam kapitan Ashton, kwitnący i jowialny, w przestronnej, białej kamizelce i z żółtą różą w dziurce od guzika i kapitan Sellers w marynarce, chudy i bladolicy, co zaczesywał swe szpakowate włosy za uszy i nie mając okularów wyglądał niby ascetyczny, łagodny mól książkowy; i kapitan Bell, nieokrzesany wilk morski z kosmatymi palcami, co miał na sobie niebieską bluzę i czarny pilśniowy kapelusz, zasunięty w tył z karmazynowego czoła.

Był tam również bardzo młody komendant okrętu z niewielkimi płowymi wąsikami i poważnymi oczyma. Ten nie mówił nic i uśmiechał się tylko z lekka od czasu do czasu.

Kapitan Johns, nadzwyczaj zdumiony, podniósł swe łatwowierne i zakłopotane oczy, które wraz z niskim i poziomo poradlonym czołem nie tworzyły zbyt inteligentnego ensemble'u. Wrażenia tego bynajmniej nie osłabiał lekko stożkowaty kształt jego łysej głowy.

Wszyscy zaśmiali się na całe gardło, a kapitan Johns, pomiarkowawszy o co chodzi, jął w końcu uśmiechać się poniekąd kwaśno i próbował się bronić. Dobrze to jest żartować, ale w dzisiejszych czasach, kiedy okręty nie opłacają się wcale i trzeba twardo harować i w drodze, i w porcie, morze nie jest odpowiednim miejscem dla starszych ludzi. Jedynie ludzie młodzi i w kwiecie wieku mogą sprostać nowoczesnym wymaganiom prędkości i pośpiechu. Dość przyjrzeć się wielkim firmom; niemal wszystkie pozbyły się ludzi, u których występowały już oznaki starości. On również nie chciałby mieć żadnego dziada na pokładzie swego okrętu.

Jakoż w tych poglądach kapitan Johns nie był odosobniony. Było podówczas sporo marynarzy, którym nic nie zarzucano prócz tego, że byli szpakowaci; zdzierali oni ostatnią parę obuwia na brukach City w rozpaczliwym poszukiwaniu jakiegoś zajęcia.

Kapitan Johns jak gdyby z nadąsaną niewinnością, dodał, iż od tego poglądu jest bardzo daleko do trucia ludzi.

Zdawało się, że będzie to końcem, ale kapitan Ashton nie pozwolił spełznąć na niczym swemu żartowi.

— O, tak ! Jestem pewny, że miałby pan tę chętkę. Powiedział pan wyraźnie: „nieużyteczni". Cóż począć z ludźmi, którzy są „nieużyteczni?" Pan ma dobre serce, Johns. Jestem przekonany, iż gdyby pan zastanowił się nad tym dokładniej, to zgodziłby się pan, żeby ich uprzątać trucizną nie sprawiając im zresztą męki.

Kapitan Sellers zagryzł swe cienkie, krzywe wargi.

— Zamieniać ich w upiory — poddał jadowicie.

Na wzmiankę o upiorach kapitan Johns przepłoszył się we właściwy sobie roztargniony, przebiegły i niemiły sposób.

Kapitan Ashton mrugnął znacząco.

— Tak jest. A wówczas mógłby pan mieć widoki porozumiewania się ze światem uchów. Widma marynarzy na pewno zwykły nawiedzać okręty. Znalazłyby się takie, które by chciały odwiedzić starego towarzysza.

Kapitan Sellers dorzucił oschle:

— Niech pan nie roznieca w nim podobnych nadziei, bo jest to okrucieństwem. Nic nie zobaczy. Przecież pan wie, Johns, iż nikt jeszcze nie widział ducha.

Na to niedopuszczalne wyzwanie kapitan Johns wyzbył się swej powściągliwości. Bez śladu jakiegokolwiek zmieszania i z niekłamanym uniesieniem ufności, od którego pojaśniały na chwilę jego mdłe, małe oczki, przytoczył mnóstwo niewątpliwie stwierdzonych przykładów. Jest bez liku książek, co przepełnione są tymi przykładami. Trzeba nie mieć pojęcia o niczym, żeby przeczyć zjawom nadzmysłowym. Czasopisma specjalne nadmieniają co miesiąc o podobnych wypadkach. Profesor Cranks widywał duchy codziennie. A profesor Cranks nie jest byle jakim zjadaczem chleba. Jeden z najznakomitszych uczonych współczesnych. A ów dziennikarz — jakże on się nazywał? — którego odwiedzał jakiś duch dziewczęcy. Drukował w swym dzienniku, co zasłyszał od niej. I co to potem mówić, że duchów nie ma! — Przecież je fotografowano! Czy to wam nie wystarcza?

Kapitan Johns był wzburzony. Kapitan Bell zagryzł usta, ale kapitan Ashton znowu się sprzeciwił.

— Na miłość Boską, nie przeszkadzajcie mu tym się zajmować. Ale nawiasem, Johns, kto to jest ten kosmaty korsarz, który jest u pana nowym sternikiem? Nikt, jak się zdaje, nie widywał go przedtem w dokach.

Kapitan Johns, udobruchany zmianą tematu, odpowiedział po prostu, że przysłał mu go Willy, właściciel sklepu z tytoniem na rogu Fenchurch Street.

Jak mi się zdaje, Willy, jego sklep, a nawet ów dom przy Fenfurch Street już nie istnieją. W owych czasach Willy, z zatroskanym, nieprzytomnym wyrazem na swej pulchnej twarzy, dostarczał tytoniu wielu okrętom, odpływającym na południe z portu londyńskiego. O pewnych porach dnia sklep jego był pełen komendantów okrętowych. Siedzieli na beczkach, opierali się leniwie o kantor.

Wielu młodzików znalazło tam pierwsze w życiu oparcie; wielu ludzi dojrzałych zdobyło boleśnie upragnioną posadę jedynie dlatego, iż w sprzyjającej chwili wdepnęli tam po odrobinę machorki za cztery penny. Nawet pomocnik Willy'ego, rudy, bezinteresowny, wątły z wyglądu młodzieniec, udzielał niekiedy zza kantoru cennych wskazówek, wręczając pudełko papierosów i szepcąc nieledwie drgnięciem samych warg mniej więcej w ten sposób: — Bellona. Dok południowy. Potrzeba młodszego oficera. Zdąży pan jeszcze na czas, jeśli pan się pośpieszy.

Biegło się też pędem!

— Oh, więc to Willy go przysłał — rzekł kapitan Ashton. — Jest ogromnie zastanawiającym człowiekiem. Gdyby go się opasało czerwonym pasem i zawiązało się mu czerwoną chustkę na głowę, wyglądałby zupełnie jak jeden z owych rozbójników morskich, co to zmuszali mężczyzn do czuwania na blankach i porywali w niewolę kobiety. Niech pan ma się na baczności, żeby panu nie poderżnął gardła i nie drapnął wraz z Szafirem. Na jakim był on przedtem okręcie?

Kapitan Johns, podniósłszy jak zwykle swe łatwowierne oczy, zmarszczył czoło i odrzekł dobrotliwie, że ten człowiek zaznał już lepszych czasów. Nazywa się Bunter.

— Kilka lat temu dowodził Samarią, okrętem z Li-verpoolu. Utracił go na Oceanie Indyjskim i odebrano mu certyfikat komendanta na rok. Odtąd już nie mógł dostać innej komendy. W ostatnich czasach klepał biedę na statkach handlowych Oceanu Zachodniego.

— No, to tym się tłumaczy, dlaczego nikt go nie zna w dokach — wywnioskował kapitan Ashton, gdy wstawali od stołu.

Kapitan Johns poszedł po lunchu do doków. Był krępy z postawy i miał nieco pałąkowate nogi. Wygląd jego nie przejmował na ogół ludzi poszanowaniem; natomiast inaczej przedstawiała się rzecz z jego podwładnymi. Uchodził za niemiłego przełożonego, tchórzliwego w drobnostkach, przeżuwającego zawsze jakieś żale i nieustannie dogryzającego. Nie był to człowiek, który by zadarł z kimś i na tym zakończył, lecz który zwykł był gadać świństwa płaczliwym głosem. Powziąwszy niechęć do którego z oficerów, był zdolny zatruć mu zupełnie życie.

Tegoż samego wieczora poszedłem, by odwiedzić Buntera na pokładzie, i starałem się pocieszyć go co do widoków podróży. Był przygnębiony. Mniemam, iż człowiek, który skrywa tajemnicę w swej piersi, traci swą lotność. A była jeszcze inna przyczyna, dla której nie mogłem spodziewać się, by Bunter okazał wielką gibkość umysłu.

Z powodu pewnej rzeczy był od niedawna bardzo nieswój, a oprócz tego... lecz o tym później.

Kapitan Johns był tego popołudnia na pokładzie i plątał się, i wałęsał dokoła swego starszego sternika, co uprzykrzyło się niezmiernie Bunterowi.

— Czego on chce? — pytał ze spokojnym rozgoryczeniem. — Wygląda to, jakby podejrzewał, że coś ukradłem i chciałby zobaczyć, do której kieszeni tę rzecz ukradzioną włożyłem. A może ktoś mu powiedział, że mam ogon, zaś on chciałby wymiarkować, jak zdołałem go ukryć? Nie lubię, żeby ktoś zachodził mnie od tyłu co chwila chyłkiem i żeby nagle zaglądał mi w oczy spod mojego łokcia. Czy to jakaś nowa zabawa w straszaka? Nie bawi mnie ona. Nie jestem już berbeciem.

Zapewniłem go, iż gdyby ktoś wmówił w kapitana Johnsa, iż on — Bunter — ma ogon, Johns tak by to wykręcił, iż uwierzyłby, że jest to istotnie prawdziwe w pewien tajemniczy sposób. Był podejrzliwy i łatwowierny do nieprawdopodobnych granic. Wierzył w każdą bajdę, podejrzewał każdego o coś i łaził z tym i przeżuwał to w sobie i przetwarzał w swym umyśle w najnędzniejsze, do rdzenia płaczliwe zakłopotanie. W końcu urabiał sobie możliwie najnikczemniejszy pogląd i znajdował możliwie najnikczemniejszy sposób postępowania dzięki jakiemuś wrodzonemu uzdolnieniu do tym podobnych rzeczy.

Bunter powiedział mi na to, iż ten podły osobnik pełzał po okręcie na swych krótkich, krzywych nóżkach wodząc go ze sobą, żeby burczeć i skomleć z powodu jakichś tam głupstewek. Łaził po pokładach niby jakiś lichy owad — niby karaluch, tylko nie tak żwawo.

Tak z wielkim niesmakiem wyraził się panujący nad sobą Bunter. Po czym mówił dalej z właściwą sobie, stateczną rozwagą, marszcząc przy tym złowieszczo swe kruczoczarne brwi:

— A przy tym ma on bzika. Chciał przez chwilę być uprzejmym, lecz zdobył się zaledwie na to, iż wytrzeszczył na mnie oczy i zapytał, czy wierzę „w obcowanie poza grobem". W obcowanie poza grobem... nie wiedziałem zrazu, o co mu chodziło. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. „Bardzo poważny temat, Mr. Bunter" — odezwał się do mnie. — „Studiowałem go nadzwyczajnie pilnie".

Gdyby Johns żył na lądzie lub gdyby przynajmniej miał sprzyjające sposobności w przerwach między swymi podróżami, byłby się stał na pewno ofiarą oszukańczych mediów. Na swe szczęście podczas pobytów w Anglii przemieszkiwał gdzieś w Leytonstone ze swą niezamężną siostrą, o dziesięć lat starszą od niego. Drżał przed tą straszliwą Herod-babą, co prześcigała go dwukrotnie swą tęgością. Podobno na ogół wymyślała mu straszliwie; miała przy tym swe wyrobione poglądy, o ile chodziło o jego skłonności spirytystyczne.

Te skłonności były dla niej po prostu dziełem szatana. Opowiadano, iż miała się wyrazić, że „przy pomocy Bożej zdoła zapobiec, aby ten dureń nie zaprzedał się diabłu". Nie ulega wątpliwości, iż skrytą ambicją Johnsa było wejść w osobiste obcowanie z duchami zmarłych — gdyby mu tylko pozwoliła na to siostra. Ale była jak skała. Słyszałem, iż przebywając w Londynie musiał wyrachowywać się przed nią z każdego grosza, który zabierał rano, i zdawać jej sprawę ze wszystkich godzin całego dnia. Zaś książeczki czekowej nie wypuszczała z ręki.

Bunter (był marnotrawnym synem, ale pochodził z dobrej rodziny; miał przodków; grób jego rodziny znajdował się kędyś w dziedzicznych hrabstwach) — był oburzony, może z powodu bliskich mu zmarłych. Stalowobłękitne oczy jarzyły się zawziętą dzikością w jego czarnobrodej twarzy.

Wywarł na mnie silne wrażenie — tyle posępnej namiętności było w jego powściąganej wzgardzie.

— To dopiero drab ! Wejść w obcowanie z... Taka nędzna, mała pokraka! Byłoby to bezwstydnym natręctwem. Chciałby wejść?... Co to znaczy? Nowy rodzaj snobizmu czy, licho wie, co?

Zaśmiałem się na całe gardło z tego oryginalnego poglądu na spirytyzm — czy jak tam ta kołowacizna z duchami się nazywa. Nawet Bunter raczył się uśmiechnąć. Ale był to uśmiech cierpki, co wnet zniknął. Innego po człowieku w jego niemal — jeśli tak rzec można — tragicznym położeniu trudno było się spodziewać; to chyba jasne. Był naprawdę udręczony. Gotów już był jąć się w razie potrzeby każdego trudnego wybiegu podczas podróży. Nie podobna spodziewać się wielkich względów, gdy jest się na łasce takiego osobnika jak Johns. Niedola jest niedolą i ma swój koniec. Ale być dręczonym nędznymi, jałowymi, bezdusznymi bajdami o duchach w stylu Johnsa przez całą drogę do Kalkuty i z powrotem, było myślą wprost nieznośną i poniżającą. W tym oświetleniu spirytyzm był, zaprawdę, uroczystym tematem do rozmyślań. Ba, nawet okropnym!

Biedny człowiek! Niewiele brakowało, a byłoby nam obu przyszło na myśl, że on sam bardzo rychło... To pewna, że nie mogłem go pocieszyć. Raczej byłem zatrwożony.

Bunter miał jeszcze inną przykrość tego dnia. Zakłopotany dozorca portowy przyszedł na pokład niby to w jakiejś sprawie, ale w istocie, jak Bunterowi się zdawało, po prostu dla zaspokojenia niewłaściwej ciekawości — niewłaściwej, rozumie się, w pojęciu Buntera. Pokręciwszy nieco, jak szewc skórą, człowiek ten odezwał się nagle:

— Nie mogę obronić się tej myśli. Widziałem już gdzieś pana dawniej. Gdybym usłyszał pańskie nazwisko, możebym...

Bunter — najgorszą rzeczą w życiu jest tajemnica — zaniepokoił się bardzo.

Było nader prawdopodobne, że ten człowiek widział go już kiedyś — bodaj licho wzięło jego doskonałą pamięć! Natomiast od niego samego nie podobna było żądać, żeby pamiętał każdego trutnia w dokach, z którym zdarzyło mu się przypadkowo mieć do czynienia. Bunter z całą czelnością ofuknął się na niego wyzyskując tę natarczywą, czarną jak noc surowość wyrazu, której mu udzielał jego niezwykły zarost.

— Nazywam się Bunter. Czy to wystarcza pańskiej wścibskiej przenikliwości Mnie nic nie obchodzi pańskie nazwisko. Nie pragnę go poznać. Nie jest mi potrzebne. Osobnik, który spokojnie powiada mi w oczy, iż nie jest pewny, czy widział mnie już kiedyś, albo chce być bezwstydnym, albo też nie jest lepszy od padalca. Tak jest, panie! Nie lepszy od padalca — od ślepego padalca!

Dzielny Bunter. Nie podobna było lepiej postąpić. Tak sprawnie wygnał tego dziada z okrętu, jak gdyby każde słowo było uderzeniem kija. Ale wytrwałość tego bezczelnego wścibinosa była zdumiewająca. Zwiał wprawdzie z okrętu przed gniewem Buntera nie mówiąc ani słowa i pokrywając swój odwrót mdłym uśmiechem, ale skoro tylko stanął na pobrzeżu, odwrócił się najspokojniej i z bezduszną powagą jął gapić się na okręt. Utknął tam jak słup zupełnie bez ruchu, a głupie jego oczy nie migały więcej od okienek w kabinach.

Cóż miał Bunter począć? Jużcić było mu to nie na rękę. Nie mógł przecież pójść i ściągnąć niepotrzebny kłopot na swą głowę. Nie pozostało mu tedy nic innego, jak zająć stanowisko pod rejami masztu tylnego i patrzeć równie niezmrużonym okiem jak jego przeciwnik.

Tak stali naprzeciw siebie i nie wiem, któremu pierwej zakręciło się w głowie; ale człowiek z pobrzeża nie widząc żadnej korzyści z dłuższego dotrzymywania pola znużył się wcześniej, machnął ręką i zaniechawszy sporu, jeśli tak wyrazić się można, oddalił się w końcu.

Bunter powiedział mi, iż rad jest, że Szafir, ten „klejnot między okrętami", jak uszczypliwie o nim się wyraził, odpływa już nazajutrz. Miał dosyć doków. Pojmowałem jego niecierpliwość. Opancerzył się przeciw wszelkiej możliwej przykrości, jaka mogła wyniknąć w tej podróży, chociaż widać obecnie, iż nie był przygotowany na osobliwą przygodę, która już go oczekiwała, a nastąpiła nie gdzie indziej niż na Oceanie Indyjskim, to znaczy, w tej właśnie części świata, gdzie biedak postradał swój okręt, a wraz z nim, jak się zdawało, na zawsze swe szczęście.

Wiedząc o wyrzutach sumienia z powodu pewnego skrytego czynu, jakiego dopuścił się w swym życiu, pojmowałem w zupełności, iż człowiek o tak subtelnym jak Bunter charakterze zapewne cierpi niemało. Jednakże, mówiąc między nami, bez najlżejszej chętki do cynizmu, nie podobna zaprzeczyć, iż nawet u najszlachetniejszych wśród ludzi obawa wykrycia stanowi niepośledni składnik w złożonym przejawie wyrzutów sumienia. Nie powiedziałem tego tak obszernie Bunterowi, kiedy jednak biedak napomknął z lekka o tym, rzekłem mu, iż znajdowano już szkielety w bardzo wielu zacnych domach, jeżeli zaś chodzi o jego własną winę, to nie jest ona dla wszystkich wypisana wyraźnie na jego twarzy — nie potrzebuje więc nią tak bardzo się trapić. Zresztą za jakieś dwanaście godzin odpłynie stąd na pełne morze.

Odparł, że myśl ta jest niejaką pociechą i wyszedł, by ostatni wieczór przed rozłąką, co miała trwać wiele miesięcy, spędzić w towarzystwie swej żony. Bowiem mimo swego rozwichrzenia Bunter nie pobłądził w swym małżeństwie. Poślubił damę. Prawdziwą damę. Była ona przy tym przemiłą kobietą. Wiedziałem, co przeszli, i po prostu nie miałem słów podziwu dla jej dzielności. Jakoż do dzielności, co zmaga się codziennie z twardą, powszednią troską, jest zdolna tylko prawa kobieta — tego pokroju, który nazwałbym nieustraszonym.

Rozłąkę tę ze swą żoną odczuwał „czarny sternik" dużo dotkliwiej niż wszystkie poprzednie, co zdarzały się w minionych latach niedoli. Ale ona była nieustraszonej duszy i mniej okazywała cierpienia na swej słodkiej twarzyczce niż kruczowłosy, podobny do korsarza, lecz pełen godności sternik Szafiru. Być może, iż jej sumienie mniejszej doznawało rozterki niż sumienie jej męża. Rzecz prosta, iż jego życie nie miało dla niej tajemnic; ale sumienie kobiece jest poniekąd więcej pomysłowe w wynajdowaniu słusznych i przekonywających rozgrzeszeń. Zależy to również w znacznej mierze od osoby, która ich potrzebuje.

Umówili się, że ona nie pójdzie do doków, by zobaczyć, jak on będzie odpływał.

— Dziwię się, że chcesz w ogóle patrzeć na mnie — rzekł ten przewrażliwiony człowiek. A ona się nie zaśmiała.

Bunter był bardzo wrażliwy; ostatecznie opuścił ją niemal szorstko. Zdążył na pokład w porę i wywarł zwykłe wrażenie na pilota rzecznego, co w połamanym kapeluszu słomkowym wyprowadzał Szafira z doków. Był on bardzo uprzejmy dla pełnego godności, niezwykle wyglądającego, starszego sternika: — Odrobineczkę przyciągnąć liny, Mr. Bunter; dziękuję panu — Mr. Bunter; proszę pana bardzo. —

Pilot morski, który opuścił „klejnot między okrętami", podążający spokojnie w dół Kanału Doverskiego, wyraził się do swych przyjaciół, iż w tej podróży starszym sternikiem na Szafirze jest człowiek, którego, sądząc z przelotnego wrażenia, nie jest wart stary Johns. Nazywa się Bunter. Ciekaw też jestem, skąd się wziął. Nie widziałem go jeszcze na żadnym okręcie, przy którym zdarzyło mi się być pilotem w ostatnich latach. To człowiek, którego się nie zapomina. Nie podobna. A przy tym doskonały marynarz. Cóż, kiedy stary Johns będzie mu suszył głowę! Chyba, że ten stary dureń zlęknie się go — bo nie wygląda on na człowieka, który pozwala kpić ze siebie i nie da poznać, co o kimś myśli. A właśnie tego stary Johns będzie się lękał więcej, niż czego innego.

O wydarzeniach tej podróży nie warto wspominać, gdyż wszystkie, zaprawdę, nikną w porównaniu z przygodą spirytystyczną, która zdarzyła się, jeśli nie samemu kapitanowi Johnsowi, to jego okrętowi. Była to podróż zwyczajna; załoga była zwyczajną załogą, a pogoda nie przedstawiała nic szczególnego. Spokojny, rozważny sposób postępowania „czarnego sternika" wniósł trzeźwość w życie na okręcie. Nawet podczas silniejszych podmuchów wiatru wszystko odbywało się wcale spokojnie.

Przydarzyła się tylko jedna przykra wichura, co dała sporo do czynienia przez całą dobę. Okręt minął już Przylądek Dobrej Nadziei i znajdował się po drugiej stronie wybrzeża afrykańskiego. Na wysokości tegoż przylądka morze bywało kilkakrotnie mocno burzliwe. Nie wynikły jednak stąd znaczniejsze szkody prócz niemałego potłuczenia kruchych przedmiotów w kredensie i w salonie. Mr. Bunter, wielce poważany na pokładzie, spotkał się z obelżywym obejściem Oceanu Południowego, który wywaliwszy drzwi do jego kajuty niby zbrodniczy włamywacz uniósł ze sobą kilka przedmiotów codziennego użytku, a wszystkie inne doszczętnie przemoczył.

Później, ale tego samego dnia, Ocean Południowy dał się we znaki Szafirowi w taki nieokiełznany sposób, iż dwie szuflady, pomieszczone pod posłaniem Mr. Buntera wypadły zupełnie rozsypując wszystką swą zawartość. Jużcić powinny były być zamknięte na klucz i Mr. Bunter sam zawdzięczał sobie to, co się stało. Trzeba było obrócić klucze w zamkach, zanim wyszło się na pokład.

Zmieszanie jego było ogromne. Steward, który przez cały czas uwijał się z miotłą, by osuszyć zalaną kajutę, słyszał, jak zawołał: „Do licha!" strwożonym i zakłopotanym tonem. Zajęty swą pracą steward doznał odruchu współczucia dla zmartwienia sternika.

Kapitan Johns ucieszył się w skrytości, gdy dowiedział się o tej szkodzie. Lękał się bowiem swego starszego sternika, jak to przypadkiem przepowiedział pilot morski, a lękał się z tego właśnie powodu, który owemu pilotowi wydawał się prawdopodobnym.

Toteż kapitan Johns wielce pragnął, by ten czarny sternik znalazł się na jego łasce w ten lub ów sposób. Cóż, kiedy był bez zarzutu i zbliżał się nieledwie do bezwzględnej doskonałości. Więc kapitan Johns czuł się wielce dotkniętym, a zarazem gratulował sobie sprężystości swego głównego oficera.

Udawał, że utrzymuje z nim stosunki towarzyskie, wychodząc z założenia, że im w bliższej żyje się z kimś przyjaźni, tym łatwiej przychwycić go na niedokładnościach. Czynił to także dlatego, że potrzebował kogoś, co chciałby słuchać jego gadaniny o zjawach, widziadłach, duchach oraz innych szczegółach idiotycznej nauki o upiorach. Znał to wszystko jak palce własnej ręki i prządł tę widmową przędzę upartym, bezbarwnym głosem nadając jej właściwe sobie, nijakie, znaczenie.

— Lubię rozmawiać z moimi oficerami — mawiał.   so Bywają panowie, co nie otwierają ust od początku do końca podróży z obawy, by nie utracić swej godności. Czymże w istocie rzeczy jest taka mała rzecz jak stanowisko, które człowiek zajmuje?

Towarzyskości jego należało się najwięcej obawiać podczas drugiej warty nocnej, należał bowiem do ludzi, co ożywiają się pod wieczór i oficer, który miewał podówczas służbę, nie mógł znaleźć już wymówki, o ile zdarzyło mu się zejść ze swego stanowiska. Kapitan Johns napadał znienacka i przyczepiwszy się chyłkiem do biednego Buntera, co przechadzał się po pokładzie, wystrzelał jakimś spirytystycznym konceptem w rodzaju następującego:

— Duchy męskie i żeńskie okazują na ogół wiele wysubtelnienia, nieprawdaż?

Na co Bunter niosąc wysoko swą czarną czupryną okrytą głowę bąkał:

— Nie wiem.

— Ach, to dlatego, że pan o to nie dba. Jest pan najzatwardzialszym, najbardziej uprzedzonym człowiekiem, jakiego zdarzyło się mi spotkać. Mówiłem już, że może pan brać książki z mojej biblioteki. Niech pan bez ceremonii wchodzi do mojego salonu i sam sobie wybiera.

A kiedy Bunter oświadczył, że bywa zbyt zmęczony wartami i nie może znaleźć czasu na czytanie, kapitan Johns uśmiechał się szpetnie za jego plecami i pozwalał sobie na uwagę, że są jużcić ludzie, którzy potrzebują więcej snu niż inni, by zachować zdolność do pracy. Inaczej jednak przedstawia się sprawa, jeżeli Mr. Bunter obawia się, iż nie jest zupełnie przytomny pełniąc służbę w nocy.

— Ale coś mi się zdaje, że pan pożyczył onegdaj od młodszego sternika jakąś powieść, marny stek kłamstw — wzdychał kapitan Johns. — Przykro mi, że nie jest pan uduchowionym człowiekiem, Mr. Bunter. W tym sęk!

Niekiedy pojawiał się na pokładzie o północy i wyglądał nader groteskowo i krzywonogo w swym kostiumie nocnym. Na ten widok utrapiony Bunker załamywał pokryjomu ręce, a czoło pokrywało mu się rzęsistym potem. Postawszy sennie nad kompasem i poczochrawszy się w niemiły sposób, kapitan Johns zaczynał niezawodnie z tej lub owej beczki swych komunałów.

Rozwodził się na przykład nad wzmożeniem się moralności, jakie wyniknie z powszechnego i ścisłego nawiązania stosunków z duchami zmarłych. Duchy w pojmowaniu kapitana Johnsa zgodziłyby się obcować poufale z żywymi, gdyby nie stała temu na przeszkodzie niewiara znacznej części ludzkości. On sam nie chciałby mieć do czynienia z tłuszczą, która by nie wierzyła w jego istnienie, w istnienie kapitana Johnsa. Dlaczegóżby miał uczynić to duch? Zbyteczne pytanie.

Mówił z zadyszką w głosie, stojąc przy kompasie, i starał się znaleźć za jego plecami. Po czym z nieokrzesaną, tępą surowością dodawał:

— Niedowiarstwo, panie, jest zakałą tej epoki.

Odrzucała świadectwo profesora Cranksa i tego jakiegoś tam dziennikarza. Nie dawała się przekonać fotografiom.

Bowiem kapitan Johns wierzył niewzruszenie, że niektóre duchy powiodło się sfotografować. Czytał coś o tym w dziennikach. Przeświadczenie, iż istotnie miało to miejsce, opanowało go przemożnie, ponieważ umysł jego nie był krytyczny. Bunter powiadał później, iż nie podobna było wyobrazić sobie czegoś więcej cudacznego od tego drobnego człowieczka, co spowity w szlafrok, o trzy razy za duży na niego, plątał się z podnieceniem w poświacie miesięcznej opodal koła i potrząsał pięścią w kierunku spokojnego morza.

— Fotografie, fotografie! — powtarzał głosem, co skwierczał jak zardzewiałe zawiasy.

Nawet marynarz, stojący tuż za nim u steru, uczuwał się nieswojo z powodu tych dziwactw, nie mógł bowiem dokładnie pojąć, „dlaczego ten dziad gderze znów na sternika".

Po czym Johns ochłonąwszy nieco zaczynał znowu:

— Czuła na światło płyta nie może kłamać. Nie, panie!

Krotochwilne było to przeświadczenie śmiesznego człowieczka i jego dogmatyczny ton. Bunter nie przestawał kiwać się w takt kołysania się pokładu, niby rozważne i pełne godności wahadło. Nie odzywał się ani słowem. Atoli biedak miał nie byle co na swym sumieniu, jak już wiadomo. Toteż omal nie dostawał bzika, kiedy te idiotyczne duchy chwytały go za gardło, a on już nie wiedział, co począć ze swą własną zgryzotą. Czuł się niejednokrotnie na skraju obłędu ponieważ, ulegając opętańczym zwidzeniom kapitana Johnsa, miał ochotę chwycić go za kark i wrzucić przez burtę we wrącą za okrętem topiel — czego żaden zdrowy na umyśle marynarz nie uczyniłby przenigdy ani z kotem, ani z żadnym innym zwierzęciem. Wyobrażał sobie, jakby się chybotał tworząc nikłą, czarną plamkę, co pozostała za okrętem na rozokolonym w poświacie miesięcznej oceanie.

Nie sądzę, aby nawet w najgorszych chwilach Bunter chciał naprawdę utopić kapitana Johnsa. Przypuszczam, iż te zachcianki rozstrojonej wyobraźni miały na celu tylko powściągnięcie upiornej a czczej gadaniny tego pajaca.

Bądź co bądź była to niebezpieczna forma pobłażania swym odruchom.

Dość wyobrazić sobie okręt na Oceanie Indyjskim, co w jasną, podzwrotnikową noc mknie cicho, party swymi rozwiniętymi żaglami; na przed nim pokładzie czuwa niewidzialna straż, na tylnym okazały czarny sternik przechadza się miarowym, pełnym godności krokiem milcząc złowieszczo, zaś ten groteskowo marny potworek w prążkowanej flaneli na przemian grzmi, to znów skrzeczy o „obcowaniu osobistym poza grobem"...

Przechodzą mnie ciarki po całym ciele, gdy myślę o tym. Niekiedy bzik kapitana Johnsa jawił się w osłonce opętańczego utylitaryzmu: Z jakim by to było pożytkiem, gdyby duchy zmarłych zechciały wziąć praktyczny udział w sprawach ludzi żywych! Jakąż by to było pomocą na przykład dla policji przy wykrywaniu przestępstw! To pewna, że ilość zabójstw znacznie by się zmniejszyła — wyrokował z wyrazem wielkiej przenikliwości. Po czym dawał ujście cudacznemu zniechęceniu.

Lecz czyż warto wchodzić w zetknięcie z ludźmi, którzy nie mają wiary i najprawdopodobniej wzgardziliby zaofiarowanymi wskazówkami. Duchy czują. W pewnej mierze całe są uczuciami. Zdumiewa go jednakże pobłażliwość, jaką ofiary okazują swym mordercom. Byłyby to takie zwidy, iż żaden winowajca nie śmiałby nawet mruknąć. A może nie wyśledzeni mordercy — wierzący lub nie wierzący — są nawiedzani przez duchy? Wszelako wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie chcieliby tym się pochwalić — nieprawdaż?

Jeżeli chodzi o mnie — ględził dalej jakowymś mściwym, zajadłym skomleniem — to nie przebaczyłbym, gdyby mnie ktoś zamordował. Zamęczyłbym go, zadręczyłbym grozą na śmierć...

Myśl, że duch tego błazna mógłby zadręczyć kogoś, była tak komiczna, iż czarny sternik, aczkolwiek niezbyt usposobiony do żartów, parsknął mimo woli mdłym śmiechem.

Śmiech ten, co stanowił jedyne uznanie dla tych długich i poważnych wywodów, obraził kapitana Johnsa.

— Z czegóż pan się śmieje, i to w taki zarozumiały sposób, Mr. Bunter? — warknął. — Zjawy nadprzyrodzone trapiły cenniejszych ludzi od pana. Czyż zdaniem pańskim nie mam dość duszy, żebym mógł być widmem?

Jak się zdaje, przemierzły ton tych słów był powodem, iż Bunter zatrzymał się i odwrócił.

— Nie dziwiłbym się — mówił dalej rozgniewany fanatyk spirytyzmu — gdyby pan należał do tych ludzi, co nie więcej zastanawiają się nad człowiekiem — niż nad zwierzęciem. Nie wątpię, iż byłby pan zdolny odmówić nieśmiertelnej duszy nawet własnemu ojcu.

Wówczas Bunter, co nie mógł znieść już dłużej tego gderania, a przy tym był rozgoryczony swymi osobistymi zgryzotami, stracił panowanie nad sobą.

Podszedł nagle ku kapitanowi Johnsowi i zatrzymawszy się nieco, by spojrzeć mu z bliska w twarz, rzekł głuchym, miarowym głosem:

— Pan nie wie, do czego taki człowiek, jak ja, jest zdolny.

Kapitan Johns zadarł głowę, lecz nazbyt był zdumiony, by się poruszyć. Bunter jął znowu chodzić; przez długi czas te miarowe stąpania oraz poszmer wód u ścian okrętu były jedynymi szmerami, co mąciły milczenie, zalegające roztocze morskie. Następnie kapitan Johns chrząknął, jakby mu było nieswojo, i odsunąwszy się dla większego bezpieczeństwa ku schodom, co prowadziły pod pokład, odciął się, by pokryć swój odwrót pozorami powagi:

— Rozwinąć wielki żagiel z prawej strony i obniżyć prostokątną reję! Czy pan nie widzi, że okręt płynie niemal z wiatrem?

Bunter odrzekł zaraz:

— Tak jest, tak jest, panie.

Chociaż nie trzeba było wcale tykać rej, a wiatr bynajmniej nie naglił okrętu. Przystąpił do wykonania rozkazu, a tymczasem kapitan Johns zawisł na stopniach i mruczał do siebie:

— Chodzi jak admirał po pokładzie, nawet nie zwróci uwagi, kiedy należy naprostować reje!

Słowa te były tak głośne, że je usłyszał sterowniczy. Po czym zeszedł zwolna i znikł z oczu ludzkich. Znalazłszy się u podnóża schodów stanął bez ruchu i myślał:

— To niebezpieczny hultaj mimo swych wielkopańskich pozorów. Nie mam przyzwoitego towarzystwa.

W dwie noce później spał spokojnie na swym posłaniu, gdy naraz mocne stukanie nad głową (na znak, iż jest potrzebny na pokładzie) obudziło go w oka mgnieniu i zniewoliło go do opuszczenia łóżka.

— Co się stało na górze? — mruknął i pobiegł nie włożywszy obuwia.Mijając kabinę spojrzał na zegar. Był czas średniej straży. — Po co, u licha, jestem temu sternikowi potrzebny? — myślał.

Wbiegłszy po schodach zobaczył, iż była jasna, rośna noc księżycowa. Wiał stały, mocny wiatr. Rozejrzał się nieprzytomnie. Na pokładzie tylnym nie było nikogo prócz sterowniczego, który natychmiast zwrócił się do niego:

— To ja, panie! Puściłem na chwilę koło, żeby załomotało nad pańską głową. Zaniepokoiłem się, bo z naszym sternikiem coś się źle dzieje.

— Dokądże on poszedł? — spytał kapitan ostro. Sterowniczy, który był widocznie nerwowy, rzekł: — Ostatni raz, kiedy go widziałem, spadał przez drzwiczki pokładu tylnego w głąb klatki schodowej.

— Spadał w głąb klatki schodowej? Po cóż to zrobił? Co mu się stało?

— Nie wiem, panie. Przechadzał się od strony drzwiczek. Wtem, kiedy właśnie zwrócił się do mnie, by postąpić w tył...

— Widziałeś go? — przerwał kapitan.

— Tak jest. Patrzyłem na niego. I słyszałem łoskot — coś okropnego! Jak gdyby wielki maszt przewalił się przez burtę. Wydało mi się, jakby go coś spiorunowało.

Kapitanowi Johnsowi zrobiło się bardzo markotno, przepłoszył się.

— Ejże! — odezwał się cierpko. — Czy go kto uderzył? Co widziałeś?

— Nic, panie, dalibóg ! Nic nie było widać. Tylko krzyknął z lekka, wyciągnął ręce przed siebie i powalił się — łomot! Nie słyszałem nic więcej, więc puściłem koło na chwilę, by przywołać pana na górę.

— Zląkłeś się! — zawołał kapitan Johns.

— Jużcić, panie, okrutnie.

Kapitan Johns wytrzeszczył oczy na niego. Cisza zalegająca jego okręt, co podążał swą drogą, zdawała się ukrywać jakieś niebezpieczeństwo — jakąś tajemnicę. Nie miał ochoty pójść i sam szukać swego oficera w pomrokach, co głuche i spokojne zalegały pokład główny.

Zdobył się tylko na to, iż postąpił ku wylotowi pokładu tylnego i zawołał wartę. Gdy zaspani ludzie nadbiegli hurmem, krzyknął na nich srogo:

— Niech no który z was zajrzy w głąb klatki schodowej pokładu tylnego. Zobaczcie, czy tam nie leży sternik!

Przerażone ich okrzyki dały mu znać, że go ujrzeli. Któryś z nich wrzasnął nawet odruchowo:

— Nie żyje!

Zaniesiono Mr. Buntera do jego nory i kiedy zapalono światło, zdawało się istotnie, że nie żyje, ale zarazem okazało się, że jeszcze oddycha. Obudzono stewarda, wezwano młodszego sternika i posłano go na pokład, by pilnował okrętu, a kapitan Johns poświęcił przeszło godzinę, by przywołać swego oficera do przytomności. W końcu Mr. Bunter otworzył oczy, ale nie mógł mówić. Był ogłuszony i bezwładny. Steward bandażował szpetnie zranioną głowę, a kapitan Johns trzymał światło. Dla założenia opatrunku trzeba było odciąć sporo kruczych włosów Mr. Buntera. Ukończywszy tę pracę i popatrzywszy przez chwilę na pacjenta obaj wyszli z kabiny.

— Dziwna to historia, stewardzie — rzekł kapitan Johns.

— Jużcić, panie.

— Trzeźwy człowiek, który ma dobrze w głowie, nie spada w głąb klatki schodowej jak worek z kartoflami. Okręt trzyma się mocno, jak jaki kościół.

— Tak jest, panie. Pewno jakiś zawrót głowy, nie dziwota.

— No, a ja się dziwię. Nie wygląda na to, żeby podlegał zawrotom i omdleniom. Przecież to człowiek w kwiecie wieku. Gdyby nie to — nie chciałbym mieć takiego sternika. Czy ci się nie zdaje, że on po cichu się upija, co? Zachowanie się jego wydawało mi się w ostatnich czasach trochę dziwne. Zauważyłem również, że niewiele jadał.

— No, jeżeli nawet miał butelczynę grogu w swej kabinie, to zapewne już dawno ją wypróżnił. Widziałem, jak wyrzucał potłuczone szkło po ostatniej wichurze; ale nie brał na swój rachunek niczego. Jabym nie mógł nazwać Mr. Buntera pijanicą.

— Zapewne — przyznał mu kapitan po namyśle. Steward, zerkając ku drzwiom jadalni, starał się umknąć z korytarza, ile że miał nadzieję, że mu się uda przespać jeszcze z jakąś godzinkę, zanim będzie musiał zabrać się do pracy dziennej.

Kapitan Johns potrząsnął głową.

— W tym jest jakaś tajemnica.

— To istna łaska Opatrzności, że nie roztrzaskał sobie głowy jak skorupy od jaja. Ludzie mówili mi, iż był od tego o włosek.

I steward czmychnął zręcznie.

Resztę nocy i cały dzień następny spędził kapitan Johns między swą kabiną a kabiną sternika.

W swej kabinie siadywał oparłszy dłonie na kolanach i wydawszy usta. Poziome zmarszczki bruździły mocno jego czoło. Od czasu do czasu podnosił ramię powolnym, jakby ostrożnym ruchem i skrobał z lekka swą łysą głowę. W kajucie sternika przystawał długo z ręką na ustach, patrząc na nieprzytomnego niemal człowieka.

Przez trzy dni Mr. Bunter nie przemówił ani słowa. Spoglądał na ludzi z niejaką świadomością, ale, jak się zdawało, nie słyszał zadawanych mu pytań. Obcięto mu jeszcze więcej włosów i spowinięto mu głowę mokrym opatrunkiem. Pożywiono go nieco i ułożono możliwie najwygodniej. Przy obiedzie trzeciego dnia młodszy oficer rzekł do kapitana napomknąwszy o tym wypadku:

— Te półkoliste płytki mosiężne na stopniach schodów są haniebnie niebezpieczne.

— Czyż tak ? — odburknął kapitan Johns kwaśno. — Trzeba czegoś więcej od płytek mosiężnych, by zręczny człowiek przewrócił się jak powalony wół.

Pogląd ten wywarł wrażenie na młodszego oficera. „W tym coś jest" — pomyślał sobie.

— Przy pięknej pogodzie, gdy wszędzie jest sucho, a okręt trzyma się mocno niby jakiś kościół — mówił dalej kapitan Johns zgryźliwie.

Kapitan Johns miał wciąż wygląd tak niewymownie kwaśny, że młodszy oficer nie otworzył już ust do końca obiadu. Jego niewinna uwaga dotknęła i uraziła kapitana Johnsa, ponieważ za jego to namową sprawiono dopiero przed poprzednią podróżą te płytki mosiężne, żeby klatka schodowa piękniej się przedstawiała.

Czwartego dnia Mr. Bunter wyglądał stanowczo lepiej. Był wprawdzie jeszcze bardzo osłabiony, ale słyszał i rozumiał, co mówiono do niego i nawet zdołał wyrzec parę słów słabym głosem.

Kapitan Johns wszedłszy przyglądał mu się uważnie, nie okazując zbytniej sympatii.

— No, czy może pan nam coś powiedzieć o tym wypadku, Mr. Bunter.

Bunter poruszył z lekka obandażowaną głową i utkwił chłodne spojrzenie swych błękitnych oczu w twarzy kapitana Johnsa, jak gdyby gromadząc spostrzeżenia i oceniając wartość każdego rysu: mętnego czoła, łatwowiernych oczu, czczego bezwładu ust. I patrzał tak długo, że kapitan Johns zdrętwiał i obejrzał się przez ramię ku drzwiom.

— To nie był wypadek — szepnął Bunter jakimś osobliwym tonem.

— Chyba nie chce pan przez to powiedzieć, że dostał pan padaczki — rzekł kapitan Johns. — Jakżeby pan określił to, co panu się przydarzyło, jako główny oficer okrętowy?

Bunter odpowiedział mu tylko złowieszczym spojrzeniem. Marynarzowi drgnąła z lekka noga.

— Cóż zatem było przyczyną, że pan upadł?

Bunter podniósł się nieco i patrząc prosto w oczy kapitana Johnsa rzekł bardzo wyraźnym szeptem:

— Miał pan słuszność.

Powalił się na wznak i zamknął oczy. Kapitan Johns nie mógł już wydobyć z niego ani słowa. Wtem wszedł steward do kabiny i marynarz się oddalił.

Ale tejże samej nocy kapitan Johns niespostrzeżenie otworzył drzwi i wszedł znowu do kajuty sternika. Nie mógł czekać dłużej. Tłumiona pożądliwość, podniecenie, przejawiające się w całej jego nędznej, pełzającej, małej osóbce, nie uszły uwagi starszego sternika, co leżał bezsenny spoglądając straszliwie, niby zmorzony i pozbawiony czucia.

— Przyszedł pan mnie podglądać, jak się zdaje — rzekł Bunter nie poruszając się, a jednak zadając dotkliwy cios.

— Uchowaj mnie, Boże! — zawołał kapitan Johns z wzdrygnięciem i przybrał powściągliwy wygląd. — Mam coś do powiedzenia.

— Niechże pan podgląda! Pan i pańskie duchy uwzięliście się, żeby zdeptać życie ludzkie.

Bunter powiedział to bez drgnienia, głuchym głosem i niezbyt wyraźnie.

— Czy chce pan przez to powiedzieć — zagadnął kapitan Johns wstrząśniętym grozą szeptem — że doznał pan nadprzyrodzonej przygody owej nocy? Widział pan tedy zjawę na pokładzie mojego okrętu?

Odraza, wstręt, niesmak byłyby widoczne na twarzy biednego Buntera, gdyby znacznej jej części nie spowijała wata i opatrunki. Hebanowe jego brwi, posępniejsze niż zazwyczaj wśród rąbków białej tkanki, ściągnęły się, gdy wyrzekł z ogromnym naciskiem:

— Tak jest, widziałem.

Wyraz niedoli w jego oczach byłby rozbudził współczucie w innym niż kapitan Johns człowieku. Ale kapitan Johns rozgorzał od triumfującego podniecenia. Był zarazem nieco przerażony. Patrzał na tego niewiernego szydercę, leżącego bezsilnie, i nie miał nawet najlżejszego przeczucia o jego głębokiej, upokarzającej przykrości. Na ogół nie był zdolny do przejmowania się troskami swych bliźnich. Tym razem, na domiar, pragnął niesłychanie dowiedzieć się, co się stało. Utkwiwszy swe łatwowierne oczy w tej obandażowanej głowie zapytał z lekkim drżeniem:

— Czy to — coś powaliło pana?

— Ejże! Czym ja to taki człowiek, że może mnie powalić mara? — zaprzeczył Bunter nieco silniejszym głosem. —- Czy nie pamięta pan, co pan sam powiedział onegdajszej nocy? Cenniejszych ludzi ode mnie... Długoby pan szukał, zanim by pan znalazł lepszego sternika dla swego okrętu.

Kapitan Johns wyciągnął uroczyście palec ku legowisku Buntera.

— Poraziło pana — rzekł. — W tym sęk. Poraziło pana. Nawet sterowniczy był zestrachany, chociaż nie mógł nic widzieć. Czuł coś nadprzyrodzonego. Został pan ukarany za swą niewiarę. Poraziło pana!

— A gdyby nawet tak było — odezwał się Bunter — to czy pan wie, co ujrzałem? Czy może pan wyobrazić sobie ducha, który by nawiedził takiego, jak ja człowieka? Pan pewno sobie myśli, że to była taka cacana, między jedną a drugą filiżanką popołudniowej herbaty, ukazująca się mara, co odwiedza pańskiego profesora Cranksa, i tego, jakiegoś tam dziennikarza, który zawsze bywa przedmiotem pańskich opowiadań ? Nie. Nie mogę panu powiedzieć, do czego była podobna. Każdy człowiek ma swe własne duchy. Nie pojąłby pan...

Bunter umilkł, zdyszany; zaś kapitan Johns zauważył z błyskiem wewnętrznego zadowolenia, co przejawiło się w jego tonie:

— Zawsze wyobrażałem sobie, że jest pan zdolny do wszystkiego. Od rzemyczka do stryczka, jak przysłowie powiada. Tak, tak! Toteż poraziło pana.

— Postąpiłem wstecz — rzekł Bunter krótko — i nie pamiętam nic więcej.

— Sterowniczy powiedział mi, iż drgnął pan wstecz, jakby coś tknęło pana.

— Był to jakby wnętrzny cios — tłumaczył Bunter. — Ale to jest za głębokie, żeby pan zrozumiał. Życie pańskie i moje nie jest tym samym. Czy jest pan zadowolony, że się nawróciłem?

— I nie może mi pan nic więcej powiedzieć? — spytał kapitan Johns ciekawie.

— Nie, nie mogę. Nie chcę. Zresztą byłoby to bez wartości, nawet gdybym chciał. Rzeczy tego rodzaju trzeba samemu przeżyć. Niechże będzie, że zostałem ukarany. Przyjmuję karę, ale mówić o tym nie chcę.

— Bardzo dobrze — rzekł kapitan Johns. — Pan nie chce. Lecz mimo to ja mogę wysnuć własne wnioski.

— Niech pan je wysnuwa, jeśli panu się podoba, lecz niech pan uważa na to, co pan mówi. Pan mnie nie przerazi. Nie jest pan duchem.

— Jeszcze słówko. Czy to pozostaje w jakim związku z tym, co pan powiedział do mnie onegdajszej nocy, gdyśmy mówili o spirytyzmie?

Bunter wyglądał na znużonego i zakłopotanego.

— A co ja powiedziałem?

— Powiedział pan, iż nie mogę wiedzieć, do czego taki człowiek, jak pan, jest zdolny.

— Ach, tak, tak! Dość tego!

— Doskonale. Już wiem, czego się trzymać — zauważył kapitan Johns.— To tylko powiem, iż cieszę się bardzo, że nie jestem panem, chociaż oddałbym niemal wszystko za przywilej osobistego obcowania ze światem duchów. Tak jest, panie, ale nie w ten sposób.

Bunter stęknął żałośnie.

— Czuję, że postarzałem się przez to o dwadzieścia lat.

Kapitan Johns odszedł spokojnie. Widział z radością, iż tego nieuskromnionego hultaja ukorzyło w proch umoralniające oddziaływanie duchów. Całe to zdarzenie było dla niego źródłem zadowolenia i dumy. Jął doznawać jakby jakichś względów dla swego starszego sternika. Co prawda, w dalszych rozmowach Bunter okazywał się bardzo uległym i łagodnym. Zdawało się, jakby garnął się do swego kapitana o duchowe orędownictwo. Posyłał po niego i mówił: — Jestem taki rozstrojony! — a kapitan Johns wystawał cierpliwie całymi godzinami w małej, dusznej kabinie i był dumny, że go wzywano.

Bowiem Mr. Bunter rozchorował się i nie mógł podnieść się z łoża przez wiele dni. Stał się przekonanym spirytystą, nie entuzjastycznie — bo tego trudno było po nim się spodziewać — lecz w przekorny, niewzruszony sposób. Wprawdzie nie można było go uważać, wzorem kapitana Johnsa, za zbyt uprzejmego w stosunku do wyzutych z ciał mieszkańców naszej planety. Jednakże był teraz twardym, acz niechętnym wyznawcą spirytyzmu.

Pewnego popołudnia, kiedy okręt zmierzał już na północ ku Zatoce Bengalskiej, steward zapukał do drzwi kabiny kapitańskiej i nie otwierając ich rzekł:

— Sternik zapytuje, czy nie zechciałby pan zajść do niego na chwilę. Coś jest z nim niewyraźnie.

Kapitan Johns zerwał się od razu z sofy.

— Dobrze. Powiedz mu, że idę.

Myślał sobie: Czyż to możliwe, żeby miał znowu widzenie spirytystyczne — i to za dnia?

Rozkoszował się tą nadzieją. Wprawdzie rzecz się przedstawiała nieco inaczej. Bunter, którego zastał siedzącego bezwładnie na krześle — wstawał już bowiem od kilku dni, ale jeszcze nie wychodził na pokład — biedny Bunter miał mimo to coś osłupiającego do powiedzenia. Zakrywał sobie twarz rękami. Nogi miał chorobliwie wyciągnięte przed siebie.

— Cóż tam znowu nowego? — zaskrzeczał kapitan Johns dość łaskawie, bowiem, po prawdzie, było mu zawsze miło widzieć Buntera — jak się wyrażał — poskromionego.

— Nowego! — zawołał skruszony sceptyk poprzez dłonie. — Ach, dużo jest nowego, kapitanie Johnsie ! Któż by przeczył prawdziwości i okropności? Inny człowiek byłby padł trupem. Chciał pan wiedzieć, co widziałem. Powiem panu tylko tyle, iż posiwiałem, kiedym zobaczył.

Bunter odjął od twarzy ręce, co zwisły po obu stronach jego krzesła niby martwe. Wyglądał jak człowiek złamany w tej mrocznej kabinie.

— Co pan mówi? — zabełkotał kapitan Johns. — Posiwiał pan? Niech no pan zaczeka! Zapalę lampę.

Przy świetle lampy to osłupiające zjawisko uwydatniło się dość wyraźnie. Srebrzysta jakaś omgła przylegała do policzków i głowy sternika, jak gdyby lęk, groza i przerażenie przed czymś nadprzyrodzonym wystąpiły przez pory jego skóry. Krótka broda, przystrzyżone włosy nie odrastały czernią, lecz siwizną — niemal bielą.

Gdy Mr. Bunter, wychudły i przygięty, pojawił się z obowiązku na pokładzie, był starannie ogolony, ale głowę miał białą. Ręce wyglądały jak porażone. „Inny człowiek", szeptano do siebie. Zgodzono się powszechnie i tajemniczo, iż sternik „coś widział", z wyjątkiem sterowniczego, który podówczas stał u koła i utrzymywał, że tego sternika „coś poraziło".

Nie stanowiło to jednakże różnicy. Natomiast wszyscy byli jednego zdania, iż przyszedłszy nieco do siebie okazywał jeszcze więcej dziarskości w swych ruchach niż poprzednio.

Pewnego dnia w Kalkucie słyszano, jak kapitan Johns wskazując jakiemuś swemu gościowi białowłosego starszego sternika, co stał u głównego zejścia, odezwał się zagadkowo.

— Ten człowiek jest w kwiecie wieku.

Podczas nieobecności Buntera zachodziłem regularnie co sobotę do Mrs. Bunter, by zapytać, czy nie potrzebuje moich usług. Tak umówiliśmy się. Miała na życie połowę jego pensji, co wynosiło tygodniowo około jednego funta. Wynajęła sobie pokoik przy zacisznym, niewielkim placu w dzielnicy East-End.

Był to zbytek w porównaniu z tym, co podobno ci ludzie przeszli, gdy Bunter był zmuszony wystąpić z marynarki handlowej Oceanu Zachodniego i wynajmował się jako sternik do najuciążliwszej służby na pocztowcach postradawszy swój okręt, a wraz z nim swe szczęście. Był to, zaiste, zbytek w porównaniu z czasami, kiedy Bunter wychodził z domu o siódmej z rana przełknąwszy zaledwie szklankę gorącej wody i okruszynę suchego chleba.

Nie podobna po prostu o tym myśleć, zwłaszcza gdy znało się Mrs. Bunter. Widywałem ja ich w tych czasach i niemal wzdrygam się, gdy wspomnę, co ta szlachetna pani musiała przecierpieć. Ale dość tego!

Słodka Mrs. Bunter trapiła się wielce, gdy Szafir odpłynął do Kalkuty. Powiadała do mnie: — Jakie to musi być okropne dla biednego Winstona! — takie było imię Buntera — a ja starałem się ją pocieszać, jak tylko mogłem. Później podjęła się nauczania kilkorga drobnych dzieci u pewnej rodziny i nie rozstawała się z nimi przez pół dnia. Zajęcie to wyszło jej na dobre.

Zaraz w pierwszym liście, który dostała z Kalkuty, Bunter doniósł jej, że spadł ze schodów i poranił sobie głowę, ale, dzięki Bogu, nie złamał kości. To było wszystko. Miewała jużcić więcej listów od niego, ale ten pędziwiatr, Bunter, nie skrobnął do mnie piórem ani razu przez całe jedenaście miesięcy. Przypuszczałem oczywiście, iż powodzi się mu jak najlepiej. Któż mógł domyślić się, co się stało?

Wtem pewnego dnia droga Mrs. Bunter dostała list od rejenta z City, który zawiadamiał o śmierci jej wuja. Był to stary grzyb, co spekulował ongi akcjami na giełdzie, bezduszny, skamieniały antyk, który żył bez końca. Coś mi się zdaje, że miał około dziewięćdziesięciu lat, i gdyby mi się zdarzyło spotkać czcigodnego jego ducha w tej chwili, to nie ręczę, czy nie uchwyciłbym go za gardło i nie spróbował zadusić.

To stare bydlę nie mogło przebaczyć swej siostrzenicy, iż wyszła za Buntera; jeszcze po latach, kiedy uważano za stosowne zawiadomić go, iż ona jest w Londynie i niemal głoduje w czterdziestym roku życia, rzekł tylko:

— Dobrze tak tej małej błaźnicy!

Sądzę, że chciał, żeby głodowała. I patrzcie ludzie, stary kanibal zmarł bez testamentu nie mając innych krewnych prócz właśnie tej małej błaźnicy. Bunterowie stali się naraz bogatymi ludźmi.

Mrs. Bunter płakała jużcić, jakby jej serce pękało z żalu. U każdej innej kobiety byłoby to obłudą. Chciała oczywiście przesłać te nowiny za pośrednictwem kablu swemu Winstonowi do Kalkuty, ale z gazetą w ręku przekonałem ją, że okręt już od tygodnia znajduje się na liście tych, co powracają do kraju. Postanowiliśmy tedy czekać, a tymczasem mówiliśmy codziennie o tym lubym staruszku, Winstonie. Minęło takich sto dni, zanim Szafir za pośrednictwem pocztowca, spotkanego u ujścia Kanału, zawiadomił, że „wszystko dobrze".

— Pojadę do Dunkierki na jego spotkanie — rzekła. Szafir miał ładunek juty do Dunkierki. Jużcić wypadło

mi towarzyszyć tej miłej pani w charakterze „inteligentnego przyjaciela". Nazywa mnie „naszym inteligentnym przyjacielem" po dziś dzień. I zauważyłem, iż niektórzy cudzoziemcy spoglądali bacznie na mnie, prawdopodobnie szukając oznak tej inteligencji.

Umieściwszy Mrs. Bunter w przyzwoitym hotelu poszedłem nad wieczorem do doków i jakież było moje zdumienie, gdy zobaczyłem, że okręt stoi już u pobrzeża. Albo Johns, albo Bunter, albo też obaj musieli bardzo pośpieszać w kanale. Bądź co bądź wpłynęli do niego jeszcze przede dniem i załoga była już odprawiona. Spotkałem dwu praktykantów z Szafiru, co wyruszali na urlop do domu. Manatki ich wiózł taczkami jakiś Francuz, a oni byli rozradowani jak skowronki. Spytałem ich, czy sternik jest na pokładzie.

— Stoi tam na pobrzeżu i patrzy, jak zapuszczają kotwicę — rzekł jeden z tych chłopaków przebiegając obok mnie.

Proszę sobie wyobrazić, jakiego doznałem wstrząsu w swych uczuciach, gdy ujrzałem jego białą głowę. Zaledwie zdołałem powiedzieć mu, iż żona oczekuje go w hotelu. Pobiegł zaraz na pokład po czapkę.

Patrząc, jak biegnie po schodkach, byłem niezmiernie zdziwiony dziarskością jego ruchów.

Aczkolwiek czarny sternik zastanawiał ludzi swą rozwagą i osobliwą statecznością jak na człowieka w kwiecie wieku, to jednak mimo swej białej głowy wyróżniał się przedziwnie swą rączością wśród starców. Nie zdaje mi się, żeby Bunter był kiedykolwiek ruchliwszy. Jedyną różnicę dla spostrzegawczości ludzkiej stanowiło tylko zabarwienie jego włosów.

Toż samo było z jego oczami. Te oczy, co wyzierały tak surowo, tak dziko, tak opętańczo z gęstwy czarnego, korsarskiego zarostu, miały teraz niewinny, niemal chłopięcy wyraz i jarzyły się świetlistą pogodą pod białymi brwiami.

Zaprowadziłem go niezwłocznie do saloniku Mrs. Bunter. Uroniwszy łezkę nad nieboszczykiem kanibalem, uściskawszy swego Winstona i powiedziawszy, że musi się postarać, aby mu odrosły wąsy, ta luba istota umieściła swe nóżki na sofie, a ja usunąłem się z drogi Bunterowi.

Zerwał się naraz i zaczął chodzić po pokoju, wymachując swoimi długimi ramionami. Wprawił się w istne szaleństwo i rozszarpywał wielokrotnie Johnsa na strzępy owego wieczora.

— Upadek? No, istotnie upadłem, pośliznąwszy się na patentowanych, mosiężnych płytkach tego kpa. Daję słowo, iż pełniłem służbę na pokładzie, a nie wiedziałem, czy jestem na Oceanie Indyjskim, czy też na księżycu. Byłem jak zwariowany. Kołowało mi po prostu w głowie od zgryzoty. Zużyłem ostatnią resztkę cudownego preparatu twego aptekarza. (To do mnie!). Cały zapas butelek, który mi dałeś, potłukł się, gdy wypadły szuflady podczas ostatniej wichury. Przebierałem się właśnie w suchą bieliznę, gdy usłyszałem krzyk: — Wszyscy na pokład! — wybiegłem tedy pędem nie zasunąwszy ich nawet należycie.

Taki ze mnie osioł! Kiedym powrócił i ujrzałem potłuczone szkło, myślałem, że padnę.

Nie, pomyślcie tylko! Oszukaństwo to rzecz zła, ale nie podobna go uniknąć, gdy człowiek bywa do niego zmuszony. Wiecie, jak mało było widoków, żebym dostał znów okręt, odkąd wygryźli mnie młodsi ze służby przewozowej Oceanu Zachodniego właśnie z powodu moich szpakowatych kudłów. I ani żywej duszy, która by pomogła! Byliśmy samotniczą parą my dwoje; porzuciła wszystko dla mnie. Jakże więc mogłem pogodzić się z myślą, że nie będzie miała nawet kawałka suchego chleba?...

Grzmotnął tak pięścią, iż stół francuskiego hotelarza omal nie rozpękł się na dwoje.

— Byłbym został dla niej krwiożerczym korsarzem, ale postanowiłem tylko pójść krętą drogą i farbować sobie włosy. Toteż kiedy przyszedłeś do mnie z cudownym preparatem swego aptekarza...

Powściągnął się.

— Nawiasem mówiąc, zrobi on majątek, jeśli tylko zechce po niego sięgnąć. To przedziwny środek! Powiedz mu, że słona woda bynajmniej działania jego nie umniejsza. Jest bardzo trwały i niknie dopiero z włosami.

— To bardzo dobrze — rzekłem. — Mówże dalej. Po czym znów rzucił się na Johnsa z popędliwością,

co przeraziło jego żonę, a mnie rozśmieszyło do rozpuku.

— Spróbujcie sobie wyobrazić, co to znaczy być na łasce najnędzniejszej poczwary, jaka kiedykolwiek dowodziła okrętem. Pomyślcie sobie, co ja przeżyłem z tym pełzającym Johnsem! A wiedziałem, że za jaki tydzień siwizna zacznie się pokazywać. Do tego jeszcze załoga. Zastanowiliście się kiedy nad tym? Okazać się marnym oszustem przed wszystkimi marynarzami! Co by to było za życie jeszcze przed przyjazdem do Kalkuty! Zaś tam wyrzucono by mnie na pewno.

Skończyłoby się z połową pensji. Anie tutaj sama, bez grosza — w biedzie; a ja na drugim końcu świata również. Rozumiecie chyba?

Zamierzałem golić się dwa razy dziennie. Ale jak tu golić głowę? Nie było rady — nie było sposobu. Chyba, że wrzuciłbym Johnsa do morza; lecz nawet wtedy... Czy się jeszcze dziwicie, że mając głowę rozklekotaną tym wszystkim nie widziałem po prostu owej nocy, gdzie stawiam nogę? Uczułem, że padam — potem łomot — ciemność — i po wszystkim.

Gdy przyszedłem do siebie, ten wstrząs głowy zaostrzył poniekąd moją bystrość. Obmierzło mi tak wszystko, że przez dwa dni nie chciałem mówić do nikogo. Myślano, iż nastąpiło lekkie wstrząśnienie mózgu. Wtem błysnęła mi myśl, gdym patrzył na tego opętanego przez widma, lichego kpa. — Ach, lubisz duchy ? — pomyślałem sobie. — No, to będziesz miał coś spoza grobu.

Nie zadałem sobie nawet trudu wymyślenia bajdy. Nie potrafiłbym wyobrazić sobie ducha mimo najszczerszej chęci. Nie byłem usposobiony do umotywowanego łgarstwa, chociażbym nawet próbował. Od razu warknąłem na niego z góry. Trzeba wam wiedzieć, iż sam z siebie doszedł do wniosku, jakobym kiedyś zgładził kogoś ze świata w jakiś sposób i że...

— Co za okropny człowiek! — zawołała Mrs. Bunter z sofy.

Po czym nastąpiło milczenie.

— A jak świdrował mi w głowie, gdyśmy płynęli z powrotem! — zaczął znowu Bunter znużonym głosem.— Pokochał mnie. Był dumny ze mnie. Nawróciłem się. Miałem widzenie. Wiecie, co później strzeliło mu do łba? Chciał ze mną „urządzić seans", jak to określił, aby wywołać ducha (co przyprawił mnie o siwiznę, a miał być widmem mojej domniemanej ofiary) i pomówić z nim w „przyjazny sposób".

„Bowiem — rzekł do mnie — może mieć pan ponowne widzenie, kiedy najmniej będzie się go pan spodziewał, i przewalić się przez burtę, albo może spotkać pana jeszcze coś gorszego. Nie będzie pan dopóty bezpieczny, dopóki nie ułagodzi się świata duchów w jakiś sposób".

— Czy można zrozumieć takiego półgłówka? Powiedzcie sami?

Nie odezwałem się. Ale Mrs. Bunter rzekła bardzo stanowczo:

— Winston, nie pozwolę ci już nigdy wrócić na pokład tego okrętu.

— Moja droga — odparł — są tam jeszcze wszystkie moje rzeczy.

— Obejdzie się bez nich. Nie zbliżaj się nawet do tego okrętu.

Stał w milczeniu, po czym spuściwszy oczy z lekkim uśmiechem rzekł zwolna sennym głosem:

— To zaczarowany okręt.

— A dla ciebie ostatni — dodała.

Zabraliśmy go ze sobą, jak stał, i odjechaliśmy nocnym pociągiem. Był bardzo spokojny. Ale kiedy przepływaliśmy kanał i wyszliśmy we dwóch na pokład, żeby wypalić papierosy, zwrócił się nagle do mnie i zgrzytając zębami, szepnął:

— Nie będzie nigdy wiedział, że omal nie wrzuciłem go w morze.

Miał na myśli kapitana Johnsa. Nic nie rzekłem.

Ale kapitan Johns, jak się dowiedziałem, narobił wielkiego hałasu z powodu zniknięcia swego starszego sternika. Wprawił w ruch policję francuską, by poszukiwała zwłok. W końcu, jak mi się zdaje, otrzymał polecenie z biura właścicieli swego okrętu, by zaniechał tego rozgardiaszu, gdyż wszystko jest w porządku.

Nie sądzę, by kiedykolwiek zdołał coś pojąć z tego tajemniczego zdarzenia.

Po dziś dzień sili się niekiedy (przeniesiono go już w stan spoczynku, a jego ględzenia nie są zbyt spoiste), by opowiedzieć zdarzenie z „czarnym sternikiem", którego miał ongiś, a który był „zbrodniczym, wielkopańskim hultajem o kruczoczarnych włosach, co zbielały naraz pod wpływem zjawy pozagrobowej". Mara ta była odwetem za zbrodnię. Gdy zaś dołączy jeszcze do tego czarne i białe włosy, schody na okręcie oraz swe własne poglądy i odczuwania, powstaje taki galimatias, iż nie podobna jest rozpoznać początku ni końca. Jego siostra (która jest jeszcze bardzo krzepka), o ile bywa przy tym obecna, kładzie kres tej gadaninie krótko i stanowczo:

— Proszę nie zważać na to, co on gada. Ma kiełbie we łbie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lord Jim Opowieść Książę Roman Jutro Gospoda Pod Dwiema Wiedźmami Falk