Frassati Gawrońscy. Włosko-polski romans

Frassati Gawrońscy. Włosko-polski romans

Autorzy: Jacek Moskwa Krystyna Kalinowska-Moskwa

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 528

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 26.18 zł

24 stycznia 1925 roku w Turynie miał miejsce ślub Luciany Frassati, córki Alfreda, włoskiego polityka i założyciela dziennika "La Stampa", z polskim arystokratą i dyplomatą Janem Gawrońskim. Niemal 90 lat później, 6 września 2014 roku w rezydencji książąt Salviati w Migliarino koło Pizy odbyły się zbiorowe urodziny sześciorga dzieci Luciany i Jana. Córki - Helena (Nella),  Wanda, Giovanna i Maria Grazia oraz synowie - Alfred (Alf) oraz  Jan (Jaś), obliczyli, że wspólnie liczą sobie 500 lat.

Historia rodziców i dzieci układa się w fascynującą sagę rodzinną, która obejmuje trzy czwarte XX stulecia i sporą już część wieku XXI, a dzieje się w Polsce i we Włoszech, w Turcji i zagrożonej przez hitlerowców Austrii, w okupowanej Warszawie i stolicach powojennego Zachodu, w Moskwie i Wilnie za czasów ZSRR,  w Watykanie - i w wielu innych miejscach. Jej bohaterowie spotykają Einsteina i Toscaniniego, Hitlera i Mussoliniego, koronowane głowy i - wielokrotnie - Jana Pawła II. Autorzy tej zbiorowej biografii wykorzystali liczne dokumenty i wspomnienia, a także relacje rodzeństwa Gawrońskich, z których każde jest na swój sposób postacią ciekawą i wybitną.

Jacek Moskwa polski dziennikarz prasowy i telewizyjny, pisarz, watykanista. W latach 1990-2005 korespondent z Rzymu i Watykanu Autor 5-tomowej publikacji o Janie Pawle II, wydanej przez Świat Książki.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Siostry i bracia

Rozdział 2. Wesele i smutek w Turynie

Rozdział 3. Dyplomacja jawna i tajna

Rozdział 4. Polityka i muzyka w Wiedniu

Rozdział 5. Przed burzą

Rozdział 6. Europa Hitlera i Mussoliniego

• Fotografie

Rozdział 7. Zmienne oblicza wojny

Rozdział 8. Powojenne rozdroża

Rozdział 9. Świat podzielony

Rozdział 10. Mimo żelaznej kurtyny

Rozdział 11. Dzień, który dał nam Pan

Rozdział 12. Pięćsetne urodziny

• Fotografie

Indeks osób

Wydawca

Daria Kielan

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Małgorzata Wojciechowska

Indeks

Mirosława Kostrzyńska

Korekta

Marzenna Kłos

Bogusława Jędrasik

Copyright © by Jacek Moskwa, 2015

Copyright © by Świat Książki, Warszawa 2015

Świat Książki

Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-141-1

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Rozdział 1

Siostry i bracia

Nella, Wanda, Alf, Giovanna, Maria Grazia i Jaś.

Sześcioro dzieci polsko-włoskiego małżeństwa Jana Gawrońskiego i Luciany Frassati. Na chwilę tylko dołączyło do nich tuż przed drugą wojną światową siódme dziecko: Pier Giorgio. Ten trzeci syn szybko odszedł, zaraz po urodzeniu, pozostawiając bolesny ślad w pamięci rodziny.

Rodzina niezwykła. Jej losy wpisały się w historię Polski i Włoch dwudziestego wieku, w historię Europy.

Jan Gawroński – polityk, od 1919 roku w polskiej służbie dyplomatycznej, pisarz – wywodził się z polskiego ziemiaństwa. Reprezentował jego najlepsze cechy: patriotyzm, wykształcenie, znajomość języków obcych, światły, otwarty umysł, fascynację wszelkimi przejawami kultury i... klasyczną elegancję ducha, manier, formy. Dodajmy do tego nieprzeciętny urok osobisty.

Luciana Frassati, piękna kobieta, pisarka, poetka, przyjaciółka sław muzycznych, takich jak Arturo Toscanini i Wilhelm Furtwängler. To córka założyciela turyńskiego dziennika „La Stampa” Alfreda Frassatiego, przedsiębiorcy i wybitnego męża stanu, siostra Pier Giorgia, którego ogłosił błogosławionym Jan Paweł II. Wielce zasłużona dla polskiego ruchu oporu. Wielokrotnie narażała życie dla ratowania innych.

Dzieci tej polsko-włoskiej pary od wybuchu wojny 1939 roku mieszkają na stałe we Włoszech. Wszyscy mają podwójne obywatelstwo, a troje z nich nieustannie krąży między Rzymem i Warszawą, czując się dobrze i tu, i tam.

* * *

Poznawaliśmy ich stopniowo. My, to znaczy Krystyna i Jacek, dwoje autorów tej opowieści o Rodzinie.

Nasz desant na Rzym nastąpił jesienią 1990 roku.

W pierwszych miesiącach pobytu w Italii telewizję oglądaliśmy na okrągło. Na świecie robiło się gorąco: Saddam Husajn zajął Kuwejt, Gorbaczow próbował hamować ruchy niepodległościowe w Związku Radzieckim, jednoczyły się Niemcy. Papież wykorzystywał każdą okazję, żeby komentować ważne bieżące sprawy.

Ja, świeżo mianowany na stanowisko korespondenta Telewizji Polskiej w Rzymie, musiałem śledzić wydarzenia z powodów zawodowych, Krystyna zawsze pasjonowała się polityką. Dla całej naszej trójki osiadłej czasowo w dzielnicy Salario, przy via di Tor Fiorenza, był to bardzo pożyteczny trening językowy. Zwłaszcza dla pięcioletniej Joanny Cecylii, która poszła do miejscowego przedszkola, nie znając ani jednego włoskiego słowa.

Catherine Spaak prowadziła wówczas w trzecim programie włoskiej telewizji publicznej RAI, stanowiącym niewzruszony bastion tamtejszych komunistów, swoją audycję Harem. Gwiazdą była już w czasach, gdy obydwoje, jako trochę podrośnięte dzieciaki, namiętnie zbieraliśmy fotki aktorek filmowych, wśród których córka belgijskiego polityka wyróżniała się dziewczęcą urodą. W istocie była niewiele od nas starsza, bo zadebiutowała jako nastolatka. W latach dziewięćdziesiątych mieszkała na stałe i pracowała w Rzymie. Mieliśmy okazję poznać ją osobiście – drobną, elegancką, ciągle bardzo seksowną blondynkę z klasą – na dorocznym balu karnawałowym w Klubie Prasy Zagranicznej.

Scenografia Haremu, nadawanego w soboty późnym wieczorem, przedstawiała komnatę dla kobiet w orientalnym seraju. Catherine i zaproszone przez nią znane panie ze świata kultury, z biznesu i polityki, w sumie wielkiego świata, zagłębione w kolorowych poduchach i pogrążone w półmroku, plotkowały o różnych sprawach, a spoza gęstej kraty przysłuchiwał się ich dyskusji un uomo misterioso, tajemniczy mężczyzna. Widziało się tylko zarys jego sylwetki. Na koniec programu odsłaniał swoją tożsamość, wychodził z ukrycia, dołączał do pięknych pań i komentował zasłyszane poprzednio rozmowy.

Tego wieczoru okazał się nim Jaś Gawroński. Z jego nazwiskiem, poprzedzonym polskim zdrobnieniem imienia, spotykaliśmy się już wcześniej. Trudno było nie kojarzyć postaci wybitnego włoskiego dziennikarza i polityka: jego twarz i sportowa, smukła sylwetka pojawiały się często na ekranach telewizorów i łamach kolorowych magazynów, w tych ostatnich czasami w towarzystwie Gianniego Agnellego, właściciela FIAT-a, który dla wielu Włochów przez całe dziesięciolecia był substytutem monarchy.

Ujawniony tego wieczoru gość Catherine Spaak prezentował zresztą podobny styl, stonowanej i niekrzykliwej elegancji. Wysoki, mocno łysiejący, o kształtnej głowie, niewątpliwie przystojny, co w tym kraju mężczyznom zdarza się często, zachowywał się i wyrażał z pewną powściągliwością, a to jednak u Włochów jest rzadkością. Mówił głosem głębokim i miłym, doskonale znanym także z radia. Trochę czarował i lekko prowokował swoje rozmówczynie, odpowiadając na ich pytania z ujmującym uśmiechem, zabarwionym leciutką ironią. Te jednak pozostawały całkowicie pod jego urokiem.

Mówił po włosku bez cienia obcego akcentu, chociaż z powodu tej rezerwy w zachowaniu i całości stylu można by wziąć go za Anglika. Przedstawiał się jednak jako Polak, przynajmniej w połowie, bo po ojcu – ale jaki Polak! Zapomnieliśmy, że takich możemy mieć rodaków, chociaż w przeszłości zdążyliśmy już poznać paru spośród najwybitniejszych przedstawicieli naszej nacji. Nie była to uciśniona ofiara obcej przemocy ani dzielny konspirator, ani zakompleksiony intelektualista, łasy na zagraniczne stypendia. Jaś Gawroński mówił z dumą o tej swojej polskiej „połowie”. Chociaż nie stawiał kropki nad „i”, jasne było, że uważa ją za równą włoskiej. Dlatego że jest poważniejsza i odważniejsza, mniej zainteresowana kobietami i piłką nożną, a bardziej sprawami serio, takimi jak wolność, religia i tradycja. Gloryfikował polskie szarmanckie zachowania wobec dam, opowiadał o wyjątkowym na dzisiejsze czasy zwyczaju całowania kobiety w dłoń i generalnie – o szacunku, jakim otacza się w naszej kulturze białogłowy. Dla nas brzmiało to trochę idealistycznie, ale przyjemnie się słuchało.

Jesienią 1990 roku Polska nie miała we Włoszech zbyt dobrej prasy. Paradoksalnie, spowodował to upadek komunizmu. Do przeszłości odeszło współczucie dla dzielnego kraju, poddanego rygorom stanu wojennego. Uchodźcy polityczni, najczęściej uciekinierzy z pielgrzymek do Watykanu, czekający na azyl w obozach pod Rzymem i Neapolem, nie pozostawili po sobie najlepszych wspomnień. Odpłynęli już zresztą w większości do Kanady i ku innym bogatszym brzegom. Zastąpili ich emigranci z marginesu społecznego, którzy przybywali do Italii bez żadnych kontaktów i znajomości języka, a nawet bez jasnej wizji, co chcieliby robić. Jedynym zajęciem, jakie mogli wykonywać, było przecieranie brudną gąbką z mydlinami szyb w samochodach, zatrzymujących się na skrzyżowaniach rzymskich ulic, i wyciąganie ręki po drobne datki. Określenie il Polacco, lavatore di vetri (Polak, czyściciel szyb) było na tyle popularne, że stało się tytułem powieści i opartego na niej filmu. Ludzie ci koczowali najczęściej pod gołym niebem, nawet w zimie, krzepiąc się najtańszym winem z kartonowych opakowań. Mówiono, że dzielą się na Polaków nadrzecznych – mieszkających pod mostami Tybru, jaskiniowych – gnieżdżących się w jamach skalnych na Monti Parioli, niedaleko zresztą naszej ambasady, i leśnych – koczujących w zagajnikach między Rzymem a Morzem Tyrreńskim. Zostałem kiedyś zaproszony przez karabinierów, aby zrobić materiał telewizyjny o likwidacji jednego z takich obozowisk. Jednak jego mieszkańców dzień wcześniej uprzedzono o planowanej akcji, eksmisja groziła już tylko tym, którzy byli zbyt pijani, aby wstać z barłogów zasłoniętych przed deszczem rozpiętą między drzewami folią.

Był oczywiście nasz wielki rodak w Watykanie, niezmiennie kochany przez większość włoskich parafian, ale i on już dawno przestał być faworytem mediów. Matadorom prasy i telewizji, w większości o lewicowych poglądach, nie podobał się fakt, że przyczynił się do likwidacji w kraju nad Wisłą postępowego ustroju, którego ewolucja zapowiadała się przecież tak obiecująco. Drażniło ich także i to, że papież ośmielał się nawet Włochom mówić, jak powinni żyć. Jednym słowem – nad Tybrem czasem lepiej było nie ujawniać polskiego pochodzenia.

Tymczasem tutaj, w programie pięknej i popularnej Catherine Spaak, ten przystojny i mądry mężczyzna o swojskim imieniu Jaś po prostu szczycił się, ba! – chełpił swoją polskością. Mówił, że zawdzięcza ją ojcu – arystokracie, żołnierzowi i przedwojennemu dyplomacie.

O Janie Gawrońskim, od kilku lat już wówczas nieżyjącym, słyszało się u nas w kraju to i owo, ale niewiele, bo to jego żona, matka Jasia i pozostałego pięciorga rodzeństwa, Luciana Frassati-Gawrońska była prawdziwą legendą, zarówno w ojczyźnie męża, jak w Italii. Szczególnie z powodu przygód wojennych, kiedy między innymi wywiozła z okupowanej Polski żonę generała Władysława Sikorskiego, a także przyczyniła się do uratowania większości z grupy krakowskich profesorów, uwięzionych przez Niemców i zagrożonych eksterminacją w obozach zagłady. Wybitnie piękna i wszechstronnie utalentowana, sama też realizująca się w twórczości artystycznej, przyjaźniła się z wielkimi muzykami i poetami. Prawdziwym dziełem jej życia okazała się jednak beatyfikacja brata Pier Giorgia Frassatiego.

Ten „apostoł najuboższych” w Turynie zmarł w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat, w aurze świętości. Jeszcze przed wojną dotarła ona do Polski, gdzie wskazywano go młodym członkom Akcji Katolickiej jako wzór. Jego proces beatyfikacyjny, wszczęty jeszcze przed drugą wojną światową, uległ jednak zahamowaniu. Cóż to bowiem za święty, po którym zostały zdjęcia z górskich wycieczek, przedstawiające go z fajką w zębach i ze szklanką wina w dłoni, w mieszanym towarzystwie nie tylko kolegów, ale i koleżanek – szeptali między sobą spece kompetentnej dykasterii watykańskiej i schowali akta do najgłębszej szuflady, licząc, że sprawa cnót młodzieńca z bożą pomocą wyjaśni się może po pięciuset latach. Luciana, siostra kandydata, nie pogodziła się z tym. Dotarła do swojego dobrego znajomego Giovanniego Battisty Montiniego, który jako były asystent kościelny FUCI (Włoskiej Katolickiej Federacji Uniwersyteckiej) poznał znaczenie postaci Pier Giorgia jako wzoru dla młodzieży. Tymczasem został najpierw arcybiskupem Mediolanu, a później papieżem Pawłem VI. Nakazał wznowienie procesu.

Wielkim zwolennikiem Pier Giorgia stał się też Karol Wojtyła. Metropolita krakowski dostrzegł w postaci młodego człowieka, kochającego góry jak on sam, atrakcyjny wzór dla współczesnych młodzieńców, wchodzących w dorosłe życie. W końcu lat siedemdziesiątych, niedługo przed wyniesieniem na tron papieski, kardynał otworzył w Krakowie wystawę fotograficzną o tym uduchowionym, pobożnym i szlachetnym alpiniście i narciarzu z Turynu. Zorganizowała ją córka Luciany i Jana, Wanda Gawrońska, siostrzenica Pier Giorgia.

Już jako papież Jan Paweł II odwiedził podalpejską miejscowość Pollone, gdzie u grobu Pier Giorgia spotkał się z Lucianą Frassati-Gawrońską i jej dziećmi. Uroczystość beatyfikacyjna odbyła się na placu Świętego Piotra w Rzymie dwudziestego maja 1990 roku, niedługo przed naszym przyjazdem do Włoch.

Wandę Gawrońską poznaliśmy też mniej więcej w tym samym czasie. O niej mieliśmy wiadomości głównie od naszych przyjaciół, opozycyjnych intelektualistów, którzy w trudnych latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku korzystali ze stypendiów w kierowanym przez nią Centro Incontri e Studi Europei (Centrum Spotkań i Studiów Europejskich). Wanda wymyśliła i prowadziła Centro wspólnie ze Stanisławem Augustem Morawskim, nieformalnym przywódcą włoskiej Polonii, przyrodnim bratankiem Zofii Morawskiej z Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.

Szczegóły pierwszego spotkania z Wandą zatarły się w mojej pamięci. Wysoce prawdopodobne, że podjechała na okropnie warczącym motorino. Namiętność do tych pojazdów, które tylko z dużą dozą kurtuazji i to w nielicznych przypadkach można nazwać skuterkami, właściwa jest – jak się miało okazać – całemu rodzeństwu Gawrońskich, z wyjątkiem filozofa Alfa (Alfreda), preferującego tak w Rzymie, jak i w Warszawie rower. Przyznać trzeba, że w Wiecznym Mieście, którego ulice wieki temu przystosowano do ruchu karet, a nie tysięcy samochodów, taki sposób komunikacji wydaje się całkiem racjonalny. W przypadku damy, która powinna zachowywać się jak dostojna matrona, zrazu dziwił, przynajmniej przybyszów z zimniejszej części Europy. Stał się lekką sensacją i przedmiotem zainteresowania polskich mediów lżejszego autoramentu. Wanda Gawrońska jeździła swoją motorynką na ekranach polskich telewizorów. Jej siostra Helena (Nella) wystąpiła z kolei w fotoreportażu ilustrowanego magazynu, wioząc na tylnym siodełku inną damę – panią ambasador Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej Hannę Suchocką.

To zdarzyło się jednak znacznie później. Na początku lat dziewięćdziesiątych Wanda była naszym głównym kontaktem z rodem Gawrońskich. Jak wiele bardzo urodziwych kobiet, które miały być może zbyt wielu adoratorów, nie założyła rodziny. Mieszkała na Zatybrzu przy Piazza Santa Maria in Trastevere, zawsze pełnym turystów koczujących na stopniach fontanny, w wysokiej starej kamienicy, gdzie zajmowała dwa ostatnie piętra. Kwaterowały tam często różne wybitne osoby z Polski i ze świata, między innymi Jerzy Turowicz z żoną. Przy jakiejś okazji i my zaczęliśmy tam bywać.

– Dlaczego, Jacku, nie napiszesz książki o Pier Giorgiu albo nie nakręcisz o nim filmu? – Wanda szybko skracała dystans i przechodziła na ty, co jest naturalnym włoskim zwyczajem.

O nowym błogosławionym napisano już jednak sporo, były między innymi świetne książki jego siostry Luciany, które stały się już klasyką katolickiej hagiografii. Trudno się było z nimi mierzyć. Bardziej interesującym tematem wydawała się sama Wanda.

Powoli odkrywaliśmy, że miała bardzo ciekawą przeszłość zawodową. Była jedną z pierwszych w Europie kobiet fotoreporterek. Jej zdjęcia z wydarzeń w świecie zamieszczały ilustrowane magazyny z obydwu brzegów Atlantyku. Podczas wizyty prezydenta Republiki Włoskiej w Moskwie, Giovanniego Gronchiego, jako jedyna dziennikarka towarzyszyła mu z aparatem na prywatnej daczy ówczesnego przywódcy ZSRR Nikity Chruszczowa.

Spotykaliśmy Wandę przy różnych okazjach w „polskim” Rzymie. Przy tych okazjach ciągle mnie namawiała, abym wziął się wreszcie za realizację przynajmniej programu telewizyjnego o błogosławionym Pier Giorgiu, a ja agitowałem ją, żeby pomogła nakręcić film o Lucianie Frassati-Gawrońskiej i jej dzieciach.

Wiosną 1994 roku koniunktura dla rzymskiego korespondenta Telewizji Polskiej poprawiła się w warszawskiej centrali na tyle, że obydwa scenariusze zostały zatwierdzone. Moją wspólniczką w ich realizacji została doświadczona dziennikarka, specjalizująca się w tematyce międzynarodowej, Agnieszka Matynia-Dąbrowska, prywatnie żona znanego piosenkarza Andrzeja. Przyjechała do Włoch z ekipą, w której znalazł się jeden z najlepszych operatorów TVP Maciej Krogulski. Polecieliśmy z Wandą z Rzymu do Turynu samolotem, a stamtąd udaliśmy się samochodem do Pollone, małego miasteczka u podnóża Alp. Ekipa telewizyjna przybyła tam prosto z Polski i zatrzymała się w pobliskiej stolicy prowincji Biella, w pensjonacie, który sąsiadował z siedzibą pewnej agencji towarzyskiej. Personel stanowiły w większości Polki. Ich okrzyki i przekleństwa niosły się po cichej uliczce przez całą noc. W ciemnościach ktoś usiłował włamać się do samochodu z kolorowymi napisami TVP.

Ja miałem więcej szczęścia. Dostąpiłem zaszczytu gościny w willi rodu Frassatich, jednej z najbardziej okazałych w Pollone, siedzibie zamożnej rodziny mieszczańskiej z drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Teraz królowała w niej Donna Luciana. Zajmowała ostatnie piętro, a właściwie rodzaj nadbudówki na dachu. Jakiś czas wcześniej zdarzyło się, że była w niej sama, kiedy niżej grasowali nocą włamywacze.

Nocleg w tym starym domu, w wielkim łożu, pod którym stała szkandela, czyli metalowe naczynie do ogrzewania pościeli rozżarzonymi węglami, miał w sobie coś magicznego. Ciszę zakłócało tylko tajemnicze skrzypienie drewnianych podłóg. Jeden z sąsiednich pokoi należał do Pier Giorgia Frassatiego. Niczego w nim nie zmieniono od jego śmierci przed sześćdziesięciu dziewięciu laty. W kącie stała para nart z drewna hikorowego, z antycznymi metalowymi i skórzanymi wiązaniami. Były tam także czekan i zwój alpinistycznej liny, na szafce przy łóżku leżały jakieś książki o religijnej treści.

Rano przyjechała ekipa, napełniając dom gwarem. Operator szukał najlepszych planów. Wanda zaproponowała, żeby rozmowa z jej mamą toczyła się w salonie, przy płonącym kominku. Ustawiono fotele. Już od pierwszej chwili znalazłem się pod urokiem Donny Luciany. Zdarzały mi się już w przeszłości takie przyjaźnie z ludźmi starszymi o dwa pokolenia: z księdzem Janem Zieją i Zofią Morawską, które zaowocowały długimi rozmowami i napisanymi na ich podstawie książkami. Również tym razem nić porozumienia nawiązała się bardzo szybko. W tej ponaddziewięćdziesięcioletniej damie można się było zakochać; w każdym razie łatwo zrozumieć, dlaczego adorowali ją najwybitniejsi muzycy, pisarze i malarze, politycy i dyplomaci, a nawet jeden dyktator. Opowieść toczyła się wartko i trwała długo, aż żal, że do filmu mogły wejść tylko fragmenty.

Pani Luciana mówiła o swoim spotkaniu z Polską, o przygodach w okupowanych przez Niemców Warszawie i Krakowie, o tym, jak nakłoniła Mussoliniego do interwencji w sprawie krakowskich profesorów, o swoich przyjaźniach z wybitnymi ludźmi. Przede wszystkim jednak o ukochanym bracie Pier Giorgiu. Z jej słów przebijało poczucie winy, że w całym zamieszaniu spowodowanym śmiercią babki zlekceważono chorobę Heinego-Medina, na którą zapadł młody człowiek, zaraziwszy się od podopiecznych z najuboższych dzielnic Turynu.

Filmowano tylko panią Lucianę i mnie. Agnieszka od czasu do czasu dorzucała pytanie spoza kadru. Z Polski przyjechała naładowana lekturami książek Jana Gawrońskiego i zafascynowana jego postacią. Chciała sprowadzić rozmowę na jego temat. Pani Luciana zbywała jednak te pytania z pewnym zniecierpliwieniem. Wypowiadały się także siostry Gawrońskie: poza Wandą obecne były w Pollone Giovanna, najbardziej związana z tym domem, a także Nella i Maria Grazia.

Później wszyscy pojechaliśmy do sanktuarium Czarnej Madonny, zwanej także Królową Gór, w Oropie. Bez znajomości tego miejsca nie można zrozumieć Pier Giorgia – tłumaczono nam. Oropa znajduje się na wysokości tysiąca dwustu osiemdziesięciu metrów nad poziomem morza, Pollone siedemset, osiemset metrów niżej. Z doliny kursuje tam górska kolejka, przypominająca staromodny tramwaj. Błogosławiony alpinista pielgrzymował jednak piechotą, pokonując o świcie znaczną różnicę wysokości.

W sanktuarium ekipę z Polski przyjęto bardzo życzliwie. Mogliśmy sfilmować z bliska łaskami słynącą figurę Madonny z Dzieciątkiem. Drewniana rzeźba, prawie naturalnej wielkości, przedstawia scenę ofiarowania Jezusa w świątyni. Maryja trzyma Go na jednej ręce, w drugiej dzierży złote jabłko, z którego wyrasta krzyż. Jezus przytula do serca gołębicę. Prawą ręką błogosławi. Twarze obojga są ciemne z racji użytego materiału. W Polakach wywołuje to jednak poczucie bliskości, pokrewieństwa z Panią Jasnogórską. Robiliśmy też zdjęcia siedemnastowiecznego kościoła i przyległego konwentu, który jednorazowo może pomieścić nawet trzy tysiące pielgrzymów.

Niespodziewanie zaskoczyła nas mgła. Maciek Krogulski, nasz operator, był niepocieszony. Wspaniałe, jak się mogliśmy tylko domyślać, widoki zasłoniła biała chusta. Gęsta mgła, częsta w tych stronach, utrzymywała się także wtedy, gdy wróciliśmy do Pollone. Nie można było dostrzec nawet czubków palców wyciągniętej ręki, nie mówiąc już o sfilmowaniu domu z zewnątrz. Z nosami zwieszonymi na kwintę żegnaliśmy się z gospodyniami.

– Nie ma rady, pomódlcie się do Pier Giorgia – poradziła Wanda.

W odpowiedzi tylko ciężko westchnęliśmy. Nagle dobiegły do nas dźwięki mosiężnych dzwonków.

– Pędzą bydło na hale – wyjaśnił ktoś.

– Zrobię chociaż takie ujęcie – powiedział zrezygnowany Maciek i wybiegł z ciężką kamerą na ramieniu. My za nim.

Rzeczywiście, całą szerokością ulicy waliło stado krów z dzwonkami na szyjach. I nieoczekiwanie, razem z ich nadejściem, mgła zaczęła ustępować, odsłaniając zapierającą w piersiach panoramę Alp i dom Frassatich na ich tle. Ta scena z dzwonkami i podnoszącą się mgłą otworzyła potem nasz film Pollone i Polska.

Część zdjęć kręciliśmy później w Rzymie. Jaś Gawroński udzielał nam wywiadu w swoim gabinecie parlamentarzysty europejskiego. Maria Grazia Salviati oprowadzała nas po szpitalu Bambino Gesù (Dzieciątka Jezus), który należał do rodziny jej męża, zanim został ofiarowany papieżowi. Od tej pory na mocy statutu zawsze w radzie nadzorczej zasiada para przedstawicieli rodu Salviatich: kobieta i mężczyzna. Stanowiska zajmowali aktualnie właśnie Maria Grazia i jej mąż. W salach tego najlepszego szpitala pediatrycznego we Włoszech spotkaliśmy dzieci z Polski, przyjmowane tu na darmowe, specjalistyczne kuracje.

Wanda Gawrońska oprowadzała naszą kamerę po swoim mieszkaniu nad dachami Zatybrza. Tam właśnie w kilka miesięcy później odbył się dla całej rodziny Gawrońskich, z Donną Lucianą na czele, pokaz z kaset obydwu filmów: Pollone i Polska oraz krótszego o Pier Giorgiu Frassatim, zrealizowanego dla redakcji programów katolickich TVP. Były białe wino i spaghetti con pesto alla genovese.

W ciągu następnych lat spotykaliśmy rodzeństwo – Wandę, jej siostry i braci dosyć często. Jaś został na pewien czas rzecznikiem prasowym premiera Silvia Berlusconiego, a ja miałem do niego uprzywilejowany dostęp. Robiłem z nim zresztą wywiady także przy innych okazjach, bo znany i kompetentny włoski dziennikarz, mówiący po polsku, świetnie się nadawał do komentowania różnych wydarzeń na scenie politycznej Italii. Gościliśmy go razem z Wandą u nas w domu.

Giovannę Gawrońską-Gilardini poznałem już w Pollone, podczas pracy nad filmem. Natomiast jej rzymskie mieszkanie, ciekawie zaplanowane architektonicznie i ze smakiem urządzone na dwóch ostatnich kondygnacjach reprezentacyjnego palazzo, niedaleko via Giulia, w samym sercu rzymskiego Centro Storlico, obejrzeliśmy dopiero w 2001 roku. Uczestniczyliśmy w przyjęciu z okazji koncertu, jaki odbył się w watykańskiej Auli Pawła VI w obecności polskiego papieża. Organizatorką wydarzenia była Ewa Bednarkiewicz, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II. Chór i orkiestra warszawskiej Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Kazimierza Korda wykonali monumentalne dzieło Wojciecha Kilara Missa pro pace. Wielki kompozytor usiadł skromnie wśród publiczności podczas koncertu, a po nim mogliśmy mu osobiście pogratulować w czasie przyjęcia u Giovanny, w którym wzięło udział bardzo wiele osób.

Apartament należący do Giovanny i jej męża, Gian Franco Gilardiniego – pomysłodawcy sławnej na świecie tamy w Monte Carlo, która wzbogaciła malutkie księstwo Monako o spore tereny gruntu stałego (dziś centrum przemysłowe Fontvielle) – wielokrotnie bywał miejscem podobnych wydarzeń związanych z polską obecnością w Wiecznym Mieście. Kiedy przeglądamy Księgę Domu, trafiamy na ciekawe wpisy z 1992 roku. Urządzono tu kolację z okazji wizyty w Rzymie i Watykanie premier rządu RP Hanny Suchockiej. Wzięło w niej udział około czterdziestu osób z najwyższego szczebla włoskiej, polskiej, watykańskiej i amerykańskiej elity politycznej. Obecni byli między innymi premier Giulio Andreotti, minister spraw zagranicznych Beniamino Andreatta, kilku wybitnych kardynałów oraz przybysz z Waszyngtonu Zbigniew Brzeziński.

To chyba od tamtego dnia datuje się serdeczna przyjaźń rodzeństwa Gawrońskich z Hanną Suchocką, która w 2001 roku wróciła do Wiecznego Miasta jako ambasador Rzeczypospolitej Polskiej przy Stolicy Apostolskiej. My także na tych związkach skorzystaliśmy. Witaliśmy bowiem Nowy Rok, bodaj 2003 czy 2004, w towarzystwie sporej części rodzeństwa Gawrońskich oraz pani ambasador w jej rezydencji w zabytkowym palazzo przy via dei Delfini, który kilkaset lat wcześniej należał do świętego Ignacego Loyoli i jego towarzyszy, pierwszego zalążka zakonu jezuitów. Widok z tarasu ponad dachami Rzymu na rozświetlone fajerwerkami miasto jest niezapomniany.

Wanda pytała tradycyjnie o książkę na temat Pier Giorgia, a ja ciągle nosiłem w głowie temat całej rodziny. Pieczołowicie przechowywałem taśmę z wywiadem telewizyjnym pani Luciany, tylko częściowo wykorzystanym w filmie Pollone i Polska. Rzecz nie do powtórzenia, bo matka rodu zmarła w 2007 roku w wieku stu pięciu lat.

Impulsem, aby powrócić do sprawy, stał się jednak pewien telefon od księdza Adama Bonieckiego.

– Czy nie znacie kogoś, kto mógłby pomóc w spisaniu wspomnień Alfreda Gawrońskiego?

– No nie! Zaraz ktoś nam ukradnie temat! – zaniepokoiliśmy się.

Alfred, zwany w rodzinie i wśród przyjaciół Alfem, w odróżnieniu od noszącego to samo imię dziadka Frassatiego, jest na tle pozostałego rodzeństwa postacią wyjątkową. Najbardziej z nich ciągnął do Polski. Alf bywał w ojczyźnie ojca regularnie, już od końca lat czterdziestych, parokrotnie próbując osiedlić się w niej na stałe. Tak też uczynił Jan Gawroński, który po rozstaniu z Lucianą Frassati mieszkał w Rzymie; w Warszawie, publikując szereg wspomnieniowych książek z bogatej kariery dyplomaty, a także żołnierza armii brytyjskiej i polskiej, później – podróżnika, zafascynowanego przede wszystkim Grecją.

Alfred Gawroński jest oryginalnym, samorodnym, bo nie akademickim myślicielem, który z pewnym powodzeniem próbował zaszczepić w Polsce brytyjską filozofię analityczną.

Prowadził na Uniwersytetach Warszawskim i Jagiellońskim w Krakowie zajęcia z lingwistyki.

W młodości, uwiedziony ideami tak zwanego postępowego katolicyzmu, nawiązał współpracę z prasą PAX-u. Przy okazji swoje pajęcze sieci bezskutecznie próbowała na niego zarzucić Julia Brystygierowa, towarzyszka Luna, „opiekunka” tej organizacji z ramienia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Przyjaźnił się blisko z wybitnymi polskimi intelektualistami i opozycjonistami: Zygmuntem Kubiakiem, Januszem Przewłockim, Jackiem Woźniakowskim. Wiele lat był pod stałą obserwacją bezpieki, podobnie jak przyjeżdżający do Polski Wanda i Jaś. W archiwach IPN-u pozostały po tej inwigilacji tomy akt, wymagające przestudiowania i weryfikacji.

Z Alfem wyjątkowo przypadliśmy sobie do gustu. Może połączyła nas miłość do pewnego typu małych łódek żaglowych. Filozof chętnie opowiadał o swoich wojennych przygodach, kiedy we Włoszech przedzierali się z ojcem do aliantów, o swoim powojennym życiu, rozdartym między Polską a Italią.

Saga rodziny Gawrońskich rozrastała się we wszystkich kierunkach. Obfitość różnego rodzaju materiałów coraz bardziej przygniatała mnie, ich potencjalnego biografa. W końcu zwróciłem się o pomoc do żony. Krystyna, która jest z zawodu dziennikarką, miała swój udział w powstaniu także poprzednich moich książek, o czym świadczą moje pełne wdzięczności dedykacje. Teraz jednak podjęliśmy niełatwy eksperyment pisania na cztery ręce.

W pamięci komputera magazynowaliśmy kolejne wywiady: z Alfem, Wandą, Jasiem, Marią Grazią, wreszcie z najstarszą siostrą – Nellą. Na stałe mieszka ona w jednym z najpiękniejszych, zabytkowych miast Toskanii – Cortonie, gdzie pod koniec szesnastego wieku urodził się Pietro Berretini, sławny barokowy malarz i architekt, autor między innymi Porwania Sabinek, zwany Pietro da Cortona.

Pojechaliśmy tam w dniu Wszystkich Świętych – pierwszego listopada 2012 roku. Dzień był słoneczny, chociaż chłodny i przeplatany deszczem. Zaparkowaliśmy, zgodnie z instrukcją pani Nelli, pod potężnymi murami jeszcze z etruskich czasów.

– Już jestem w drodze po was – usłyszeliśmy w telefonie komórkowym.

Cierpliwie czekając, rozglądaliśmy się za jakimś samochodem, nie zwróciwszy uwagi na motorynkę, którą podjechała postać w dżinsach, niebieskim szetlandzie, sportowej kurtce i kosmicznym kasku, osłaniającym szczelnie całą głowę. To była ona, najstarsza z rodzeństwa. Pani – wieku nie wymawiając – osiemdziesięciosześcioletnia. Po przywitaniu ruszyła zaraz ostro pod górę, prowadząc nas krętymi i stromymi uliczkami. A my w rozpaczliwej pogoni za nią naszym średnio sprawnym, długim, szerokim i niezbyt zwrotnym dwudziestodwuletnim audi 80. Krystyna, zamknąwszy oczy, kurczowo trzymała się fotela. Z ulgą dotarliśmy do mety.

Nella ugościła nas w swoim domostwie, który tworzą trzy renesansowe kamieniczki, urządzone ze smakiem i z dużym wyczuciem stylu epoki rozmaitymi antykami. Na naszą cześć włączyła piecyk gazowy, wyjaśniając, że robi to tylko w trosce o gości.

– Zimą utrzymuję temperaturę około pięciu stopni, tak jest zdrowiej! Przyzwyczaiłam się do takiej temperatury w domu. Jeśli wam zimno, to powiedzcie, a przyniosę koce. Moja znajoma z Polski, pozwólcie, że nie wymienię nazwiska, bo to osoba znana, przesiedziała u mnie cały dzień owinięta kołdrą. Ale to kwestia przyzwyczajenia.

Po obiedzie, dosyć jednak wyziębieni, z radością przyjęliśmy propozycję spaceru. Pani Nella przed wyjściem zdjęła kurtkę, w której krzątała się po domu, bo na zalanej jesiennym słońcem ulicy było jednak dużo cieplej. Poprowadziła nas w kierunku placu centralnego Cortony. Jak kozica górska biegała to po wnoszących się, to znów opadających uliczkach. Schylając się z wdziękiem, dwoma paluszkami podnosiła z kamiennego bruku wilgotne papiery, porozrzucane przez turystów, by następnie wcisnąć je do najbliższego pojemnika na śmieci.

– W pośpiechu zapomniałam założyć gumowe rękawiczki – odpowiedziała na nasze zdziwione spojrzenia. – Najwięcej gimnastyki mam w dni świąteczne, bo wtedy nikt nie sprząta. A tu trzeba się nieźle nabiegać, czasem wychylić nad urwisko, czasem wspiąć na pagórek. W soboty i niedziele czuję się zwolniona z basenu i sali ćwiczeń.

– Buona sera, contessa! – powitał ją właściciel baru Pocztowego, gdzie wstąpiliśmy na espresso, a Nella na kawę bez kofeiny. Wskazał nam dumnym, szerokim gestem ścianę za naszymi plecami. Zdobiły ją zdjęcia sławnych ludzi, którzy w przeszłości odwiedzili Cortonę. Największa fotografia przedstawiała Nellę prowadzącą przez centralny plac miasta brytyjską królową matkę – także Elżbietę, jak aktualnie panująca monarchini, jej córka. Seniorka rodzeństwa Gawrońskich u boku seniorki brytyjskiej dynastii, która zawitała do niej w gościnę. Było to następstwo wcześniejszej wizyty królowej w Migliarino, koło Pizy, rodowej siedzibie diuków Salviatich, u młodszej siostry Nelli – Marii Grazii Salviati.

Według Jasia to właśnie Nella jest najciekawszą osobowością wśród rodzeństwa. Poza tym, że jest z wykształcenia matematykiem (dyplom zdobyła w 1949 roku na uniwersytecie w Londynie dzięki pracy z czystej odmiany tej nauki), z zainteresowania historykiem sztuki, a jej hobby to zbieranie antyków. Jednak pasją nie do przebicia jest narciarstwo. Uprawia je często wraz z synem i podobno na stokach jest od niego szybsza.

Na koniec zbierania materiałów do książki doczekaliśmy się zaproszenia do toskańskiego domu Marii Grazii. Pośrednikiem była Wanda. Na telefoniczne pytanie, kiedy autorzy książki mogliby wpaść na jeden dzień do Migliarino, usłyszeliśmy w słuchawce natychmiastową odpowiedź:

– Co znaczy kiedy? Czekam jutro. Po południu.

I tak pewnego czerwcowego dnia 2013 roku wjechaliśmy na rozległą posiadłość Salviatich, położoną na toskańskim wybrzeżu, niedaleko Pizy. Nie bez trudu odnaleźliśmy ozdobną, kutą w żelazie bramę, która leniwie, ale szeroko otworzyła się po naciśnięciu dzwonka, zapraszając do rozległego parku, utrzymanego w stylu angielskim, tajemniczego i romantycznego. Z przyjemnością schroniliśmy się przed wciąż jeszcze ostrym, popołudniowym słońcem.

Znaleźliśmy się w oazie ciszy, jakbyśmy przekroczyli granicę innego świata, równoległego do naszego, albo bardzo oddalonego w czasie.

Wytyczona drzewami po obydwu stronach aleja doprowadziła nas na obszerny podjazd do nieotynkowanego, bo zbudowanego z jasnego trawertynu, rytmicznie dzielonego pasami niegdyś czerwonych, a obecnie spłowiałych, różowych cegieł pałacu. Architektura francuska świetnie wkomponowała się w to miejsce. Podwójne, zakręcające symetrycznie w kierunku centralnego wejścia schody wiodły do głównego holu na piętrze. Lekko zbiegła po nich, by nas powitać, egzotycznej urody pokojówka. Z uśmiechem i ledwo wyczuwalnym latynoskim akcentem usprawiedliwiła nieobecność gospodarzy. Poprowadziła długim, mrocznym korytarzem wzdłuż domu. Echem odbijały się nasze kroki po marmurowych płytach, ułożonych w czarno-białą szachownicę.

Mijaliśmy drzwi do kolejnych komnat, by znaleźć się w ostatniej, w kształcie pięciokąta, umeblowanej stylowymi, wyrafinowanej urody sprzętami. Ściany pokryte były wzorzystą, w drobne różowe kwiaty na kremowym tle tkaniną. Z takiej samej kwiecistej materii zrobione były abażury kinkietów, ciężkie kotary, szczelnie zamykające dostęp światła do komnaty. Ten sam motyw zdobił wezgłowie i narzutę łoża, drobne akcesoria na toaletce, a nawet poduszeczkę, w którą wyposażona była głęboka wanna w przynależnej do komnaty łazience. Jedną ze ścian zajmowało obszerne, z okapem sięgającym sufitu palenisko, bo zdrobnienie „kominek” nie oddaje istoty i powagi tej kamiennej konstrukcji, dekorowanej kolorowym herbem. Głównym jednak meblem komnaty było ogromne, renesansowe łoże, w którego nogach ustawiono lekki szezląg, zapraszający do krótkiego odpoczynku.

Nim zdążyliśmy zwiedzić nasz apartament i odsapnąć, zostaliśmy zaproszeni do salonu bilardowego, gdzie na srebrnej tacy czekała na nas w oszronionych szklankach orzeźwiająca herbata z liśćmi mięty.

Wkrótce powitała nas szerokim gestem i olśniewającym uśmiechem pani domu, znana nam już z czasów kręcenia filmu w Pollone i Rzymie księżna Maria Grazia. Weszła do salonu energicznie, z rozmachem i od razu przystąpiła do prezentacji osób, spoglądających na nas z licznie rozstawionych i rozwieszonych na ścianach portretów. Meandry informacji o koligacjach rodziny Salviatich tak nas pochłonęły, że nie dostrzegliśmy momentu, w którym w drzwiach pojawił się gospodarz tego miejsca, przystojny, postawny mężczyzna w sile wieku – książę Forese Salviati.

Małżonkowie stanowią piękną parę, a ich związek trwa od pięćdziesięciu sześciu lat. Poznali się w okolicznościach niecodziennych i – jak teraz wspomina Forese – była to ta jedna iskra, to jedno spojrzenie i ten jeden moment. Wiedział, że zadecydują o jego życiu.

– Po tylu latach małżeństwa jakie uczucie dominuje?

– Adoracja i nieustanny podziw dla mojej żony.

Historia miłości Marii Grazii Gawrońskiej i Forese Salviatiego, trwającej przez ponad pół wieku i kwitnącej nadal, wydała nam się w pierwszym momencie baśniowym wariantem losów niezwykłej rodziny polskiego arystokraty, żołnierza i dyplomaty oraz pięknej i wszechstronnie uzdolnionej Włoszki, córki przemysłowca, muzy poetów i wielkich dyrygentów, a także sześciorga zrodzonych przez nią dzieci.

Tymczasem prawdziwe życie napisało dla Frassatich Gawrońskich zaskakująco barwny i oryginalny scenariusz.

Rozdział 2

Wesele i smutek w Turynie

Mniej więcej w połowie 1922 roku pewien młody mężczyzna z ambicjami przybywa z Warszawy do Berlina. Osobliwe to miasto. Jeszcze cztery lata temu było stolicą imperium, które toczyło równą walkę z największymi potęgami ówczesnego świata. Przegrało ją i skapitulowało. W wyniku zdrady – twierdzą niektórzy. Teraz państwo nazywane jest z odcieniem lekceważenia Republiką Weimarską, chociaż jego oficjalna nazwa brzmi Rzesza Niemiecka, co przypomina o chwalebnej przeszłości, ale co też pobrzmiewa groźnymi zakusami na przyszłość. Ciągle jednak poddane jest kontroli zwycięzców, którzy ściągają wojenne reparacje. Wokół szaleje inflacja, wczorajsze fortuny zamieniają się w walizki bezwartościowego papieru, ale na spekulacjach wyrastają inne, jeszcze większe.

Krajem wstrząsają konwulsje walki politycznej. Zwolennicy przywrócenia monarchii i odwetu na winnych niezasłużonej kapitulacji sprzed czterech lat walczą z komunistami, którzy chcą w Niemczech zbudować Republikę Rad, na wzór bolszewickiej. Leje się krew, podejmowane są mniej lub bardziej poważne próby zbrojnych przewrotów. Wszystko to w atmosferze kabaretowej dekadencji i końca starego świata. W kręgach intelektualnych szczególnym powodzeniem cieszy się książka Oswalda Spenglera Zmierzch Zachodu.

Dwudziestego drugiego czerwca 1922 roku z ręki zamachowca ginie minister spraw zagranicznych, Żyd z pochodzenia, Walther Rathenau. Dwa miesiące wcześniej we włoskim mieście Rapallo on i kanclerz Karl Joseph Wirth podpisali z reprezentantami Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej układ, który oznacza zakończenie polityki izolowania państwa bolszewików „kordonem sanitarnym”. Dla kraju, z którego przyjechał ów młody człowiek, traktat jest jeszcze jedną oznaką śmiertelnego zagrożenia. Przez ponad stulecie nie istniał na mapie Europy. Polska powstała znów w wyniku powojennej koniunktury, wykrojona z terenów trzech nieistniejących już cesarstw, ale Niemcy chętnie nazywają ją państwem sezonowym. Kanclerz Wirth bez ogródek wzywa do jego likwidacji.

Polacy potrafili obronić swój kraj przed inwazją bolszewickich armii, niosących rewolucję do centrum Europy, ale niebezpieczeństwo z tamtego kierunku pozostaje aktualne. Grozi ono także z zachodu. Po trzech powstaniach i plebiscycie nastąpił podział przemysłowego okręgu Górnego Śląska. Rzesza nadal go jednak kontestuje, podobnie jak utratę Wielkopolski i pomorskiego „korytarza”, dającego Polsce dostęp do morza.

Jan Gawroński skończył trzydzieści lat i przybywa do Berlina jako sekretarz poselstwa Rzeczypospolitej Polskiej. Stanowisko wydaje się poniżej jego ambicji. Gawrońscy nie należą co prawda do wysokiej arystokracji, raczej do górnej warstwy ziemiaństwa, utracili też sporą część majątku z rodzinnym pałacem w Szuklach, który znalazł się na terenach niepodległej Litwy, ale matka Jana jest rodzoną siostrą księcia Zdzisława Lubomirskiego, jednego z trzech członków Rady Regencyjnej, pierwszej po rozbiorach rodzimej władzy Królestwa Polskiego.

Wysoki i przystojny, chociaż wcześnie łysiejący, o twarzy, w której nie ma nic ze słowiańskiej pospolitości, często z fajką, doskonale ubrany w tweedy i we flanele, Gawroński może uchodzić za Anglika, gdyż mówi z najczystszym akcentem nabytym w Oksfordzie. Edukację średnią pobierał w ekskluzywnej szkole przy opactwie benedyktynów Downside w hrabstwie Somerset. Już wtedy rektor ojciec Leender Ramsey, jeden z najmądrzejszych ludzi, jakich zdarzyło mu się spotkać, krytykował zbytnią rozległość jego zainteresowań.

Istotnie, Jan ma chyba zbyt wiele uzdolnień, aby poświęcić się jednej dziedzinie, w której osiągnąłby doskonałość. Przez pięć lat studiował w Oksfordzie języki i kulturę klasyczną, a starożytna Grecja będzie mu zawsze natchnieniem. Potem na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie poznawał historię i literaturę ojczystą, ale przerzucił się na nauki przyrodnicze w Niemczech, by napisać doktorat pod nieco humorystycznym tytułem Uber die ontogenetischen und psychogenetischen Beziehungen zwischen Polypen und Medusen (O ontogenetycznych i psychogenetycznych relacjach między polipami i meduzami). Po latach śmiać mu się chce na samą myśl, że mógł coś podobnego stworzyć, a na dodatek obcować przez parę miesięcy z podobnymi tworami. Na koniec edukacji uczył się też rolnictwa i zrobił doktorat z ekonomii politycznej.

Po wybuchu pierwszej wojny światowej internowany przez Niemców jako poddany rosyjski, spędził dwa lata na zarządzaniu majątkiem ziemskim w Wielkopolsce, skąd uciekł do Legionów Piłsudskiego. Ich komendant był jednak też internowany wraz z niepokornymi żołnierzami, którzy odmówili przysięgi na wierność cesarzom Niemiec i Austro-Węgier. Żołnierze legionowi, którzy złożyli przysięgę, stworzyli Polski Korpus Posiłkowy pod dowództwem austriackim. Znalazł się tam także nasz bohater.

Wysłano go do Ostrowi Mazowieckiej do szkoły podchorążych, na czele której stał wybitny historyk Marian Kukiel. Bezpośrednim zwierzchnikiem młodego człowieka był dowódca kompanii szkolnej Stefan Rowecki, w czasie drugiej wojny światowej komendant główny Armii Krajowej. Formalnie podporządkowana Niemcom szkoła aż kipiała od konspiracji Polskiej Organizacji Wojskowej. Prawdopodobnie z jej polecenia Gawroński wyruszył na Krym, aby rozpoznać nastroje wśród białych Rosjan, osaczonych tam przez bolszewików.

W tym samym czasie bliski współpracownik Piłsudskiego, Tadeusz Hołówko, pojechał z podobną misją do Moskwy, gdzie rządzili już rewolucjoniści. Jan Gawroński na Krymie rozmawiał nawet z wielkim księciem Mikołajem Mikołajewiczem, który wyjaśnił mu, że odrodzona Wszechrosja byłaby – owszem – skłonna uznać w przyszłości autonomię Królestwa Kongresowego w ramach państwa carów, ale bez „rdzennie rosyjskiej Chełmszczyzny”! Rozczarowany wysłannik powrócił przez Odessę do Polski, w sam czas, aby wziąć udział w rozbrajaniu okupujących Warszawę Niemców.

W pierwszym karnawale odrodzonej Rzeczypospolitej do Warszawy zjechały na bale dziedziczki wielkich fortun na Ukrainie – jak się wkrótce okazało, w większości bezpowrotnie utraconych – wśród których nietrudno byłoby znaleźć kandydatkę na żonę. Nie dane było jednak Janowi wirowanie wśród młodych i zamożnych panien. Gawroński skierowany został do misji wojskowej w Szwajcarii. Po jej odwołaniu wrócił tam jako sekretarz poselstwa, a także bliski współpracownik wybitnego polskiego Żyda, znakomitego historyka Szymona Askenazego, delegata Polski na konferencję Ligi Narodów w Genewie. Z powodu tej służby odmówiono mu powrotu do Polski, gdzie chciał ponownie wstąpić do wojska, aby wziąć udział w wojnie z bolszewikami. W Szwajcarii spędził jeszcze dwa lata.

Szczegóły te czerpiemy ze wspomnień Jana Gawrońskiego, spisanych w kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach[1]. Obdarzony niewątpliwym talentem literackim i niebywałą erudycją, chociaż z właściwą wielu pamiętnikarzom skłonnością do przeceniania roli własnej osoby, pozostawi po sobie kilka książek o dyplomatycznych misjach i wędrówkach znawcy antyku po współczesnej Grecji i Włoszech, a także kilkaset stron niepublikowanych maszynopisów i rękopisów, wypełnionych maczkiem ledwo czytelnych znaków. Jeśli wolno nam w nich grzebać, wybierając smakowite kąski, a odrzucając fragmenty zbyt na nasz gust egocentryczne, to wróciwszy do Berlina roku 1922, zwróćmy uwagę na uwieczniony wprawnym piórem opis pewnej osoby, włoskiej malarki Adelaide Ametis[2]. Spotkanie z nią przesądzi w dużym stopniu o dalszych losach jego życia. „Małego wzrostu, ale nie krępa. Grubiutka, ale zwinna, o oczach śmiejących się, ale przenikliwych, ze stałym półuśmiechem na ustach, ale zdradzającym krytyczny dowcip raczej niż pogodną wesołość – tryskała wybuchowym temperamentem w każdym geście, w każdym słowie. Obu sobie nie żałowała, w przeciwieństwie do siostry[3] spokojnej, posągowej, małomównej, z trudem cedzącej słowa przez tkwiący w ustach papieros. I ona dużo paliła, ale papierosem gardziła: mocniejszych próbując wrażeń i miała stale w zębach fajeczkę z czarnym, smrodliwym tytuniem, jakiego używali pasterze (...). A wobec gości – wstydząc się fajkowego nałogu – przechodziła na cygara. W każdej sprawie i w każdej dziedzinie miała swe zdecydowane przekonania – nieraz oryginalne, ale własne – i dawała im wyraz w sposób kategoryczny, niepodlegający dyskusji. Pomimo tego budziła powszechną sympatię swą prostotą i niczym nieskrępowaną bezpośredniością, tak obcą sztucznej powściągliwości salonów.

Wyżywała się w malarstwie i malowaniu poświęcała całe swe życie bez reszty. Uczyła się go u turyńskiego malarza Alberta Falchettiego[4]. Był to osobnik wyjątkowo uroczy, pogodnej zawsze łagodności i franciszkańskiego serca. W jego pracowni pani Frassati spędzała cały swój czas, tak że – jak mi mówiła jej córka – dzieci widywały matkę zaledwie podczas posiłków. A że był to wielki artysta duchem, ale nie bardzo wielki malarz, uczennica prędko prześcignęła mistrza, zaliczając się w końcu do czołówki malarzy nawet w ich ojczyźnie, jaką są Włochy. Muzea zagraniczne kupowały jej obrazy – jeden z nich wisi w paryskiej galerii, a na weneckim Biennale miała prawo wystawiać hors concours (bez konkursu), co jest [przewidziane] dla malarzy o stwierdzonej dojrzałości.

Także i ja spotkałem się – i zrozumiałem – z panią Frassati na płaszczyźnie malarstwa. W 1922 roku zostałem przeniesiony jako sekretarz naszego poselstwa do Berlina, gdzie jej mąż był wówczas ambasadorem Włoch. Którejś niedzieli, krótko po przyjeździe spotkałem ją wraz z nieodłącznym Falchettim w galerii obrazów miejscowego muzeum. Zauważyłem jej zdumienie, że młody Polak tak trawi swoje niedzielne wczasy. Nawiązała się dyskusja o walorach van Dycka i Velasqueza jako portrecistów. Widziałem, że jeszcze bardziej się dziwi moją znajomością sztuki. W rezultacie polubiła mnie i zaczęła zapraszać na wspólne zwiedzanie berlińskich skarbów sztuki. Czasami w towarzystwie córki, pięknej, czarnobrewej Luciany. Zapraszała coraz częściej – już nie tylko na uroczyste obiady, ale na intymne posiłki w gronie prawie że rodzinnym”.

Jan Gawroński zawiera zatem przyjaźń z rodziną opisanej z takim pietyzmem malarki na gruncie towarzyskim, ale współgra to z jego obowiązkami służbowymi. Otrzymuje nawet polecenie od tymczasowego szefa poselstwa, radcy Alfreda Wysockiego, aby usiłował zbliżyć się do ambasadora Italii, która w wielu kwestiach odgrywa rolę kluczową wobec interesów młodej Rzeczypospolitej. W nowo organizujących się stosunkach polsko-niemieckich jest bowiem wiele spraw nieuregulowanych traktatem wersalskim, a dotyczących Śląska, Gdańska i innych kwestii. Podlegają one decyzji aliantów, wśród których Francuzi na ogół Polskę popierają, chcąc sobie zapewnić możliwie silnego sprzymierzeńca na zapleczu Niemiec, a z tego samego powodu Anglicy są jej przeciwni, bojąc się hegemonii francuskiej na kontynencie. W tej sytuacji głos Włocha bywa nieraz głosem decydującym, zaś Alfredo Frassati miał reputację zwolennika Niemiec. W archiwum poselstwa polskiego jest na jego temat bardzo obszerne i szczegółowe dossier. „Wiedzieliśmy o nim wszystko” – wspomina Gawroński.

Alfredo Frassati[5] to niewysoki mężczyzna, wówczas w średnim wieku, o twarzy ozdobionej sumiastym wąsem i ciemnymi brwiami, mniej szpakowatymi niż zaczesane do góry, dosyć jeszcze obfite włosy. Na pożółkłej fotografii sprawia zdecydowanie sympatyczne wrażenie. Wyraziste oczy patrzą z pewną ironią na rozmówcę.

Przybył do Berlina w styczniu 1921 roku jako człowiek zaufania Giovanniego Giolittiego, premiera Włoch. Wiele predestynowało go do objęcia tej placówki. Zna świetnie język i kulturę niemiecką, bywał tu wielokrotnie. Wybrał Niemcy, chociaż proponowano mu Londyn. Nie jest jednak zawodowym dyplomatą. Stworzył w Turynie, przemysłowej stolicy Italii, od podstaw jedną z największych gazet włoskich. Nosi ona tytuł „La Stampa”, a więc po prostu „Prasa”. Przyniosła mu ogromne dochody. Błyskawiczne powstawanie fortun magnatów prasowych z początku wieku dwudziestego można porównać tylko z tym, co osiągać zaczęli w drugiej połowie stulecia twórcy sieci telewizyjnych, a później przedsięwzięć internetowych.

Ta nowoczesna kariera mało się jednak liczyła na berlińskiej giełdzie dyplomatycznej, gdzie Frassati był traktowany jako Homo novus. On sam z lekkim lekceważeniem traktował formalne obowiązki związane z ambasadorską funkcją. Młodzi sekretarze poselstwa z pewnym żalem, a nawet zawstydzeniem zauważali, że nie zawsze poprawnie wyraża się po francusku, w obowiązującym języku dyplomacji.

Jako ambasador w Berlinie Alfredo Frassati reprezentuje pogląd, że ze względów gospodarczych Górny Śląsk powinien w całości pozostać przy Rzeszy. Odmiennie niż jego bliski przyjaciel Carlo Sforza, minister spraw zagranicznych w latach 1920–1921, a następnie ambasador w Paryżu, uważa, że podział tego przemysłowego okręgu jest grubym błędem. Przyjaźni się blisko z kanclerzem Karlem Josephem Wirthem, a przed tragicznym zamachem – także z jego szefem dyplomacji Waltherem Rathenauem. Kontynuuje w tym zakresie politykę swojej gazety, która u progu pierwszej wojny światowej zwalczała zwolenników interwencji, popychających Italię do wojny po stronie państw ententy przeciwko państwom centralnym, a po traktacie wersalskim znowu zajmowała pozycje proniemieckie.

Z tego też powodu nie przepadają za nim ambasadorowie innych krajów alianckich, uważający, że wyłamuje się ze wspólnego ich frontu, dopatrując w tym nielojalnej konkurencji o przyszłe względy władców Niemiec. Uchodzi też za przeciwnika otaczania Rosji bolszewickiej „kordonem sanitarnym”, który został przerwany przez jego przyjaciela Rathenaua układem z Rapallo. Mówi się nieoficjalnie, że Frassati miał pewien udział w przygotowaniu tego sensacyjnego zwrotu politycznego. Jego polityka koliduje więc w sposób wyraźny z interesami polskimi.

Niespodziewanie jednak uczucie wkracza w dziedzinę dyplomacji i polityki: Jan zakochuje się w córce włoskiego ambasadora. Smagła i czarnobrewa Luciana ma lat dwadzieścia i zwraca uwagę berlińskiego towarzystwa nieprzeciętną urodą. Jest świadoma swojego uroku, a Gawroński chętnie mu się poddaje. Wkrótce poznaje jej brata, starszego zaledwie o rok Pier Giorgia. Różnica wieku jest prawie niezauważalna, wydają się bliźniakami. Te same, mocno zarysowane ciemne brwi nad wielkimi oczyma. Taki sam klin czarnych włosów schodzący na środek czoła z bujnej czupryny. Podobnie smagła cera i olśniewająco białe zęby, często odsłaniane w szerokim, ujmującym uśmiechu.

Luciana i Pier Gorgio są do siebie fizycznie podobni, ale psychicznie jakże odmienni. Chłopak dopiero z upływem lat okiełzna swój wybuchowy temperament. Związani są ze sobą tą tajemniczą, nierozerwalną więzią, która tak często łączy na przykład bliźniacze pary. Spędzili razem pozornie szczęśliwe dzieciństwo w podgórskiej miejscowości w Piemoncie, w wielkim domu, w którym rządziły kobiety z rodziny ich matki. Pier Giorgio miał początkowo zastąpić matce jej starszą córeczkę Eldę, która zmarła, mając zaledwie osiem miesięcy. W konsekwencji Dodo, jak malec sam siebie nazywał, ubierany był w sukieneczki. Kiedy jednak w półtora roku po jego przyjściu na świat przyniesiono do domu prawdziwą dziewczynkę, zademonstrował po męsku, że wcale nie zamierza ustąpić miejsca siostrzyczce.

– Zanieście ją tam – zarządził władczo, pokazując drzwi.

Na jednym ze zdjęć w rodzinnym albumie widzimy to rodzeństwo, kiedy obydwoje mają jakieś pięć, sześć lat. Ubrani podobnie: chłopiec w białym fartuszku, dziewczynka w sukieneczce, takie same pantofelki z paskiem, uczesani prawie identycznie na pazia, ona nieco niższa, ale już opiekuńcza, bierze starszego brata pod rękę energicznym gestem, on patrzy w obiektyw z wyraźną determinacją. Na innym zdjęciu z tego samego okresu obydwoje ubrani są jednak po męsku: w spodnie i koszule z kołnierzykami na stójce.

„Chcąc nas koniecznie zrównać i upodobnić pod każdym względem, wychowywano mnie prawie jak chłopca, ryzykując w ten sposób wypaczenie obu naszych osobowości. Uczono nas odporności, wpajano nawyk do dyscypliny i posłuszeństwa, akceptacji wszelkich narzuconych nam ofiar. Jakikolwiek dialog z dorosłymi był zabroniony, po prostu nie istniał. To, że miano nas za nic albo, gorzej, za istoty zakłócające spokój, pozbawiło nas wszelkich przejawów dumy; za to umieliśmy stawiać czoło trudnościom i odważnie znosić ból. Jedynie ojciec, nie wnikając zresztą przy tym w nasze wewnętrzne życie, brał czasem udział w naszych zabawach i chwile z nim spędzone dawały mi złudzenie, że jednak coś dla niego znaczę (...). Dlatego od wczesnego dzieciństwa bardzo ważna dla każdego z nas dwojga była obecność tego drugiego”[6] – wspominała Luciana już po śmierci brata.

Alfredo Frassati widzi w synu następcę. Pier Gorgio, tak przez ojca kochany i pod wieloma względami do niego podobny, w głębi różni się jednak od niego bardzo. Przede wszystkim gorącą pobożnością. Rodzina jest katolicka, ale raczej w formalny sposób. Sam Alfredo Frassati to agnostyk. Tymczasem jego jedyny syn zostaje ku zaskoczeniu bliskich aktywistą Akcji Katolickiej i związanych z nią studenckich organizacji. Wstępuje nawet do Partii Ludowej i trzeciego zakonu dominikanów. Jako tercjarz przybiera znamienne imię Fra’ Girolamo. Nawiązuje w ten sposób do postaci Hieronima Savonaroli – charyzmatycznego mnicha, który piętnując grzechy renesansowego społeczeństwa i zepsucie dworu papieskiego, uzyskał na krótko duchową władzę w piętnastowiecznej Florencji. Aleksander VI Borgia obłożył go za to ekskomuniką, a władze rodzinnego miasta skazały na śmierć przez powieszenie i spalenie jego szczątków na stosie. Chociaż w samym Kościele ekskomunikę uznano wkrótce za nieważną, a postać „szalonego mnicha” otoczona była czcią nawet przez świętych, to jeszcze w dwudziestym wieku pozostaje Savonarola postacią kontrowersyjną[7]. Biorąc jego imię, Pier Giorgio chce być takim jak on – człowiekiem bez kompromisów.

Taką ma opinię wśród kolegów ze studenckiego ruchu katolickiego. Chrześcijaństwo to dla niego przede wszystkim miłość bliźniego. W Turynie znają go dobrze mieszkańcy najuboższych dzielnic, którym niesie pomoc, działając w Konferencji Świętego Wincentego.

W Berlinie, gdzie jego ojciec jest ambasadorem, nawiązuje szybko przyjaźń z księdzem Karolem Sonnenscheinem, opiekunem biednych, a poprzez niego kontakt ze środowiskami studentów i robotników. Również w Berlinie odwiedza biednych i chorych, niekiedy własnoręcznie robi zastrzyki. Stara się jak najmniej uczestniczyć w światowym życiu rodziców, natomiast zdarza się, że potrawy, a nawet kwiaty, które pozostały na stole po przyjęciu, niesie swoim podopiecznym.

Rodzice wiedzą o tej jego pasji, ale nie bardzo ją akceptują. Alfredo Frassati chciałby, aby syn w przyszłości pokierował jego największym dziełem – gazetą. Tymczasem sam Pier Giorgio wolałby zawód bardziej zbliżony do przyrody i trudu pracy fizycznej. Dlatego wybrał górnictwo. Wychowany u podnóża Alp kocha góry: wspinaczkę latem, narciarstwo zimą.

Z Janem Gawrońskim stanowią zupełnie odmienne typy psychiczne. Katolicyzm mógłby ich połączyć, ale u starszego i doświadczonego Polaka religia to ważna część tradycji i domowego obyczaju. Zbliża ich natomiast miłość do gór. Bratem babki Jana był przecież Władysław Zamoyski, właściciel dóbr zakopiańskich i współtwórca zimowej stolicy Polski. Podobnie jak Pier Giorgio, Jan jest zapalonym narciarzem. Kilkakrotnie będą zjeżdżali wspólnie na alpejskim podgórzu, nie zdążą się jednak zaprzyjaźnić.

Wobec starań Gawrońskiego o rękę Luciany nastroje w rodzinie Frassatich są zróżnicowane. Największą sympatią darzy go skonfliktowana z mężem Adelaide Ametis. Może dlatego że jej ojciec był człowiekiem z fantazją, o usposobieniu dalekim od nudnego charakteru mieszkańców Piemontu. Sporej fortuny dorobił się w Peru. W przyszłym zięciu Adelaide dostrzega jego niebanalną, ciekawą osobowość. Łączy ich też zainteresowanie sztuką.

Natomiast Pier Giorgio obawia się utraty siostry, z którą jest tak blisko związany.

Senator, ojciec Luciany, nie widzi w przystojnym Polaku, który ma zupełnie inną niż on hierarchię wartości, materiału na zięcia. A jednak będzie musiał w końcu skapitulować.

Tłem następnych wydarzeń jest przewrót polityczny we Włoszech, co powoduje dymisję ambasadora Frassatiego. W październiku 1922 roku pewien były socjalista nazwiskiem Benito Mussolini, który bawił zresztą nieco wcześniej w Berlinie i jako parlamentarzysta był w ambasadzie włoskiej, pomaszerował na Rzym na czele swoich kombatantów w czarnych koszulach. Bez większego wysiłku uzyskał inwestyturę z rąk króla i parlamentu, w sposób rażąco niezgodny z konstytucją. Dla liberałów jest to nie do przyjęcia. Ich niekwestionowany przywódca Giovanni Giolitti należy do głównych przeciwników Mussoliniego.

Liberałowie dążą do modernizacji ekonomicznej i kulturalnej zjednoczonej parę dziesiątków lat wcześniej Italii. Zwolennicy Mussoliniego, którzy nazwali się faszystami – od wiązki rózeg (fasci), symbolu etruskiego oznaczającego władzę urzędową i karną, nie do złamania, gdy są ujęte w pęk – także stawiają sobie ten cel. Do jego realizacji stosują jednak inne środki: przemoc zamiast głosowania, apoteozę państwa zamiast poszerzania swobód obywatelskich. Sam Mussolini żywi do Giolittiego głęboką antypatię, którą obejmuje także innych liberałów, wśród nich Frassatiego.

Na wieść o przewrocie senator Alfredo telefonuje do Paryża. Ambasadorem Italii jest tam jego serdeczny przyjaciel, wcześniej minister spraw zagranicznych Carlo Sforza[8]. Natychmiast uzgadniają, że złożą swoje dymisje na ręce nowego szefa rządu. Są zresztą przekonani, że eksperyment polityczny nie potrwa długo.

Tymczasem Gawroński postanawia się oświadczyć. Sprzyja temu zamieszanie spowodowane likwidacją berlińskiego domu Frassatich. Gorące uczucie do Luciany dyktuje plan, mający oswoić ukochaną z jego krajem: „Na jesieni urządziłem paniom wycieczkę do Polski, podczas której projektowałem definitywnie się oświadczyć. W Warszawie nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach”.

Dla Luciany jest to zetknięcie ze światem zupełnie egzotycznym: „W grudniu 1922 roku pojechałyśmy z ciotkę Eleną do Warszawy na kilka dni, jeszcze z Berlina. Pier Giorgio nie chciał jechać. Z dworca zabrała nas kareta zaprzężona w cztery konie. Przysłała ją księżna Lubomirska[9], ciotka Jana. Wywarło to na nas wielkie wrażenie. Przybyłyśmy do Warszawy 16 grudnia, w dniu, w którym zabito prezydenta Gabriela Narutowicza. Całe miasto było wzburzone, widziało się tłumy ludzi na ulicach.

Brat matki mojego przyszłego męża, książę Zdzisław Lubomirski, był postacią bardzo wybitną. W listopadzie 1918 roku jako jeden z trzech regentów inicjował ogłoszenie niepodległości Polski. Wielki pan pod każdym względem, a jednocześnie człowiek ogromnie serdeczny. Do bliskich krewnych należała również rodzina Zamoyskich, posiadająca wielu znakomitych przedstawicieli.

Dystans między arystokracją a ludem był ogromny. Najbardziej jednak uderzała różnica między Polakami a Żydami. Nie tylko ubierali się odmiennie, ale fizycznie byli zupełnie inni. We Włoszech Żydzi żyją od ponad dwóch tysięcy lat, ale właściwie nie odróżniają się od chrześcijan. Tymczasem w Polsce przepaść między ubranym po europejsku Polakiem a Żydem w chałacie i jarmułce, z długą brodą i wyraźnie semickimi rysami twarzy, mówiącego w języku jidysz, zbliżonym bardzo do niemieckiego, wydawała się nieskończona”[10].

Po śmierci prezydenta Narutowicza napięcie polityczne dochodzi do zenitu. Psuje to trochę plany Gawrońskiego, który chciał przedstawić Lucianę rodzinie i znajomym. Na domiar złego zachorowała jego babka ze strony ojca, w której mieszkaniu przy Wareckiej mieszkał zawsze podczas pobytów w Warszawie z rodzicami. W grudniu 1922 roku są oni w stolicy nieobecni. Pan Stanisław przebywa w tym czasie w Paryżu jako delegat rządu do spraw emigracyjnych. Pani Helena, rezydująca chętnie w Zakopanem, tym razem jest w niemieckim Wrocławiu na kuracji. Honory domu czyni jej niezamężna siostra Maria Lubomirska, opiekująca się chorą matką. Traktuje ona Jana jak syna. Odwiedza Lucianę i jej ciotkę w hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu, gdzie panie się zatrzymały.

Jan tak opisuje, co działo się później: „W drodze powrotnej z Warszawy zmówiliśmy się z Lucianą ostatecznie. Zakomunikowała o tym rodzicom, co pociągnęło za sobą rozmowę z jej ojcem, która miała przebieg charakterystyczny”.

– Moglie e buoi dai paesi tuoi (Żonę i woły bierz ze swoich stron). Zna pan to włoskie przysłowie? Zbyt wielkie różnice wychowania mogą utrudniać zgodne pożycie. Nie pochwalam decyzji córki, gotów jednak jestem respektować jej wybór, proszę przyjechać do nas do Turynu – mówi Gawrońskiemu Alfredo Frassati. Niezbyt zachęcające słowa jako reakcja na oświadczyny. Mają one miejsce w Berlinie, zaraz po powrocie Luciany i Jana z Polski, a przed Bożym Narodzeniem 1922 roku, na które państwo Frassati udali się do Turynu, wyjeżdżając w przeddzień Wigilii[11].

Ojciec przyszłej panny młodej nie jest zachwycony takim obrotem sprawy. Trudno ukryć Alfredowi, że Jan Gawroński nie jest w jego typie. Mieszkańcy Piemontu, z którego wywodzi się Frassati, to w rozgałęzionym włoskim krzewie szczep bardzo szczególny. W odróżnieniu od florentyńczyków czy rzymian, nie mówiąc już o neapolitańczykach, są ludźmi raczej zamkniętymi w sobie i małomównymi, ale za to rzetelnymi i pracowitymi. Taki jest też Alfredo Frassati. Mimo znacznego majątku pozostał bardzo oszczędny, rozważny w wydatkach, nawet tych drobnych i na przykład zawsze dba, żeby zgasić zbędną żarówkę.

Jan Gawroński z pewną dezynwolturą napisze w swoich pamiętnikach, że jego teść wywodził się z rodziny chłopskiej. Nie jest to prawdą, gdyż Pietro Frassati, ojciec Alfreda, był w rodzinnym Pollone, niedaleko Turynu, lekarzem, a także dyrektorem ekonomicznym Piemonckiego Szpitala Morskiego w Loano (Liguria). W każdym razie studia prawnicze syna na uniwersytecie w Turynie stanowiły dla tej rodziny pewne obciążenie. Po ich ukończeniu Alfredo bardzo wcześnie zaczął pracę dziennikarską. Dał się też poznać jako przeciwnik dominacji kleru w polityce. Napisał między innymi obszerną broszurę pod frapującym tytułem Kobiety wyborczynie w odniesieniu do życia społecznego i obecnych warunków w Italii. Wypowiada się w nim przeciwko rozszerzeniu prawa do udziału w głosowaniu powszechnym na płeć piękną z takim oto uzasadnieniem: że zwiększy to wpływy polityczne... kleru.

Tymczasem teraz widzi przed sobą pozującego na Anglika dyplomatę niższej rangi, ze zdominowanego przez Kościół katolicki i pogrążonego w chaosie kraju (taki jest ówcześnie tenor artykułów o Polsce, które drukuje „La Stampa”), podobno z dobrej rodziny – to zresztą nie ma dla Frassatiego, demokraty i liberała, większego znaczenia – ale za to o niepewnych dochodach. Jedyne pytanie, jakie mu zadaje, dotyczy zasobów majątkowych starającego się o rękę jego córki. Następnie przedstawia swój własny stan posiadania w cyfrach, które Gawrońskiemu wydają się astronomiczne. Zaznacza, że chociaż córka i syn będą po nim dziedziczyć po połowie, to na razie, póki on żyje, Luciana otrzymywać ma od ojca dokładnie tyle, ile wynosić będą dochody jej męża. Obie strony bowiem winny na równi partycypować w kosztach utrzymania rodziny.

Dzieci Luciany i Jana dosyć zgodnie kwestionują obecnie tę relację ich ojca jako skrajnie niesprawiedliwą wobec dziadka ze strony matki.

Tak przedstawia to Wanda:

– Papa bardzo lubił koloryzować. W tej materii usiłuje przedstawić się jako idealista, w kontraście do przyziemnego teścia. Tymczasem... który z nich bardziej cierpiał za wierność ideałom? Papa w swoim życiu właściwie niczego dla nich nie poświęcił, a dziadek – owszem, tak. Z powodu sprzeciwu wobec faszyzmu musiał wyrzec się nie tylko kariery politycznej i dyplomatycznej, ale także swojego ukochanego dziecka – gazety „La Stampa”.

Także Pier Giorgio zaczyna bliżej przyglądać się ojczyźnie Jana. Nie jest w tym czasie zbyt entuzjastycznie nastawiony do Polski. Nie pojechał wprawdzie z siostrą do Warszawy, ale niemal równolegle, w końcu grudnia 1922, udaje się z Berlina do Gdańska, a później do Katowic, gdzie pragnie zwiedzić kopalnie węgla. Polscy urzędnicy przyjmują jednak nieufnie Włocha, mówiącego po niemiecku i robią mu rozmaite trudności. Musi z tego powodu tłuc się zatłoczonymi pociągami z powrotem do Berlina i jeszcze raz do Katowic, gdzie zostaje wpuszczony tylko na górny poziom kopalni Ferdynand. Rezygnuje z wycieczki do Krakowa, a w drodze powrotnej do Berlina zostaje poddany bardzo szczegółowej, upokarzającej kontroli celnej[12]. Natomiast państwo niemieckie darzy sentymentem, chwilami większym niż własną ojczyznę. Solidaryzuje się z Niemcami publicznie, pisząc na początku 1923 roku list do studentów z Bonn, w którym piętnuje okupację Zagłębia Ruhry przez wojska francuskie dla wymuszenia terminowej spłaty reparacji wojennych[13].

Luciana musi być więc bardzo zakochana i zdeterminowana, trwając uparcie przy planach, które nie wzbudzają entuzjazmu najbliższych jej mężczyzn. Wkrótce po oświadczynach narzeczony wraca do Warszawy na pogrzeb babki. Przy tej okazji spotyka się z rodzicami. Państwo Gawrońscy też nie są zachwyceni jego planami. Pani Helena, która od dłuższego czasu przestrzegała syna przed niebezpieczeństwami starokawalerskiego życia, wolałaby, aby jego wybranką była Polka. Zadaje tylko jedno pytanie: czy ona jest katoliczką jak my? Mimo odpowiedzi twierdzącej jest zgorszona, gdy ogląda zdjęcie Luciany w wydekoltowanej sukni.

Niczym niezniechęcony Jan jedzie z Warszawy do Turynu. Wynajmuje mieszkanie na mieście, składając w domu Frassatich popołudniowe wizyty. To dla niego pierwsza okazja bliższego poznania społeczeństwa kapitalistycznego, tak różnego od społeczeństwa ówczesnej Polski. Podoba mu się, że ludzie bez zażenowania mówią o swoich interesach, potrzebach materialnych i konsekwentnie dążą do ich zaspokojenia. Realizm takiego podejścia bardzo mu imponuje, zwłaszcza że w charakterze przyszłego teścia dostrzega bardziej dobre niż złe strony. Odwiedza go często w redakcji, dyskutują o polityce, ale porozumienie jest trudne. Frassatiego interesują bezpośrednie, konkretne następstwa wydarzeń, zaś Gawroński ma skłonność do dywagacji na temat ich duchowych odniesień.

Podobają mu się innowacyjność i dynamizm włoskiego przemysłu. U Frassatich spotyka najwybitniejszych przedstawicieli elity przemysłowej Italii. Jest wśród nich Vincenzo Lancia[14], jeden z pionierów włoskiego przemysłu samochodowego i sam zapalony automobilista. Gawroński, zaproszony do jego fabryki, spędza tam ranki, aby poznać etapy montażu samochodów. Fascynacja tą marką i związane z nią interesy zaciążą później bardzo na stosunkach z teściem.

Ma okazję podczas tego pobytu w Turynie spędzać dużo czasu z narzeczoną, bo w domu trudno spotkać innych członków rodziny. Senator Alfredo najchętniej przebywa w redakcji, Donna Adelaide w pracowni malarskiej, ich syn na politechnice. Z Pier Giorgiem jednak czasem udaje się na wycieczki narciarskie po okolicznych wzgórzach lub do Pinerolo – najstarszej na świecie szkoły kawaleryjskiej – aby pojeździć konno. Od dziecka jest dobrym jeźdźcem, ale i dla niego jazda po sławnych pinerolskich urwiskach, z których wierzchowce muszą zsuwać się na zadach, jest wrażeniem tak mocnym, że zamyka oczy, całkowicie zdając się na decyzje rumaka. Uderza go jednak fakt, że tutejsze konie są chowane tak jak włoskie dzieci, nadmiernie miękką ręką.

Poznaje też dom Frassatich w Pollone, wiosce położonej wysoko na podgórzu Alp, nad miastem Biella, stolicą włoskiego przemysłu włókienniczego: „Ogród, w którym królują dwa wspaniałe wysokopienne cedry, otoczony jest wysokim murem z żelazną bramą, zawsze na klucz zamkniętą. Za takimi murami kryją się tajemnice wszystkich sąsiednich posiadłości. Ludzie są tu zazdrośni o spokój i niezależność swego prywatnego życia, odgradzają się od siebie, jak tylko mogą (...). W ogrodzie naprzeciwko bramy – dom. Obszerny, piętrowy. Budował go ojciec Adelaide Ametis. Dom pozostawił swoim córkom, z których jedna została moją teściową, druga trwała w stanie niezamężnym. W przeciwieństwie do Turynu, gdzie rodzina spędzała większą część roku ze względu na zajęcia redakcyjne Frassatiego i wykształcenie dzieci, to w Pollone obie panie czuły się u siebie w domu na własnych śmieciach, traktując nawet Alfreda jako gościa czy raczej intruza.

Za pierwszej mojej tam bytności pamiętam, jak uderzył mnie brak w domu jakiejkolwiek biblioteki, szafy na książki, nawet półki. Nigdzie żadnej książki – co najwyżej zarzucone gdzieś w kącie stare podręczniki szkolne, na których mieszkańcy zdobywali pierwsze atuty społecznego wykształcenia. Lecz nieprawda! Przesadzam! Była bowiem w bocznym pokoiku jedna ogromna zamknięta szafa, gdzie w zapomnieniu tłoczyły się setki powieści, które ciotka Luciany stale pożerała – zresztą niewiele mając do roboty poza prowadzeniem domu, co przy odpowiedniej liczbie służby nie wymagało wiele czasu ani wysiłku. Bo też życie poświęcała pieczy nad matką staruszką, za moich czasów już trochę zdziecinniałą. Jak wszyscy, którzy życie swoje oddają innym, była zawsze na usługach każdego, kto jej potrzebował, o sobie zapominając. Chociaż twarda – po góralsku, jak wszyscy tu ludzie, promieniowała dobrocią i zrozumieniem dla każdej biedy”.

Pierwszy pobyt Gawrońskiego w Turynie trwa trzy tygodnie. Nie ustalono jeszcze daty ślubu, ale wszystko wydaje się być na dobrej drodze. Po powrocie do Polski Jan jedzie na Wołyń do Ławrowa – dziedzicznego majątku ciotki. Czuje się ona bardzo osamotniona po śmierci matki, z którą przez całe lata się nie rozstawała. Maria Lubomirska nalega, aby siostrzeniec porzucił służbę dyplomatyczną – na razie wziął dłuższy urlop – i zajął się gospodarstwem, które na niego przepisze. Przygotowała już nawet dla niego domek, w którym miałby zamieszkać z Lucianą. Folwarki są jednak kompletnie zrujnowane po niedawnych wojnach z Ukraińcami i bolszewikami. Gawroński wcześniej może niż inni rozumie, że w ukraińskim otoczeniu Polacy nie mają przyszłości. Przede wszystkim jednak nie znajduje w sobie miłości do ziemi, do natury, żal mu światowego życia, za którym tęskni. Któregoś wiosennego dnia, po objeździe gospodarstw, obydwoje z ciotką zapadają na krwawą dyzenterię. Wracają do Warszawy, gdzie Maria Lubomirska wkrótce umiera na serce.

„Pozostawiam Janowi Gawrońskiemu cały mój majątek, z tym, że nim rozporządzi podług mojej woli, którą zna” – ta niejasna formuła stanie się źródłem rodzinnych nieporozumień, gdyż autorka testamentu planowała raz to podział majątku między rodzeństwo, innym znowu razem przekazanie go jakiemuś zgromadzeniu zakonnemu. W końcu Ławrów przypada siostrzeńcowi. Udaje mu się znaleźć człowieka, który będzie tam gospodarował. To Zygmunt Ołdakowski, były żołnierz, towarzysz ze służby dyplomatycznej w szwajcarskim Bernie, a także awanturniczych i romansowych perypetii w tym mieście. Zaczyna pracę od niezwykłego wyczynu. Dzielny ułan, dowiedziawszy się, że pewien groźny bandyta, który obrabował już kilka sąsiednich dworów, planuje napad na Ławrów, każe wyjechać wszystkim domownikom, sam nocuje, nie zamykając drzwi, z rewolwerami przywiązanymi do nadgarstków. Ten western na Wschodzie kończy się dobrze dla Ołdakowskiego, gorzej dla napastnika, który swoje zuchwalstwo przypłaca życiem.

Tymczasem ciemne chmury zbierają się nad planami Jana. Gawroński zostaje zwolniony z MSZ-u pod pretekstem zbytnio przedłużonego urlopu. Jego matka ciężko choruje. Wszystko wali mu się na głowę, zauważa u siebie niepokojące oznaki wyczerpania nerwowego.

Serce podpowiada mu podróż na Południe. Wyjeżdża znowu do Luciany, która po powrocie z Berlina zapisała się na wydział prawa uniwersytetu w Turynie, gdzie osiemnastego lipca 1923 roku uzyskuje dyplom z wynikiem cento con lode (100 punktów na 100 możliwych, z wyróżnieniem) na podstawie pracy o legislacji, dotyczącej wód publicznych. Narzeczeni spędzają romantyczny dzień nad cudownym jeziorem Como. Upalne lato, bujna przyroda, niezmącony spokój pozwalają im skupić się na wzajemnych uczuciach i zacieśnić związek. W tajemnicy przed resztą rodziny ustalają datę ślubu na początek przyszłego roku. Ich plany ulegną jednak zwłoce o dalszy rok. Na razie jadą wspólnie do Wenecji, gdzie obrazy Adelaide Ametis wystawiane są na Biennale. Cieszą się razem sukcesem artystycznym.

W tym czasie – latem 1923 roku – Vincenzo Lancia proponuje Janowi objęcie przedstawicielstwa jego marki samochodowej w Polsce. Propozycja, choć na pierwszy rzut oka szalenie atrakcyjna, wymaga jednak głębokiej analizy i zastanowienia. Trzeba się poradzić osoby doświadczonej.

„Przed podpisaniem kontraktu, którego wykonanie wymagało wielkiej ilości gotówki, albo też gwarancji bankowych, udałem się do Toeplitza[15] po radę i pomoc. Choć wielu ludzi czekało tygodniami na audiencje u niego, wielki dyrektor przyjął mnie na poczekaniu, z wielką uwagą wysłuchał mojego exposé o planowanym przedsięwzięciu, potem przemówił do mnie w te słowa: »Znam pana rodzinę i bardzo ją szanuję, więc pozwoli pan, że będę do pana mówił jak ojciec. Proszę się nie obrażać, ale mogę panu dać radę na całe życie: niech pan nie tknie żadnego interesu, bo to będzie pana bardzo drogo kosztować«. Na takie dictum nie mogłem oczywiście już o nic prosić. Ale po pewnym czasie Frassati, już jako mój teść, dowiedziawszy się o niedoszłych projektach, zaproponował mi, że będzie sam płacić w Turynie za wysyłane do Polski samochody, z tym, że dług będzie spłacony w Polsce po ich sprzedaniu (...). Niestety – wbrew mądrym zaleceniom Toeplitza przyjąłem tę propozycję. Na swoją zgubę...”[16].

Arystokratyczny dyplomata nie ma oczywiście ani czasu, ani ochoty, aby osobiście zajmować się sprzedażą samochodów. Przekazuje przedstawicielstwo Lancii firmie Syndykat Handlowy. Dyrektorem jej jest niejaki Zygmunt Rakowicz. Jakkolwiek z jego powodu straci znaczną część swojego majątku, Gawroński wspominać go będzie bez żalu. Rakowicz to poznaniak porządny, człowiek uczciwy i pracowity, ale młody i mało doświadczony. Przez siedem czy osiem miesięcy prowadzi te interesy, ucząc się przy tym wiele, ale za nauki płacić musi Gawroński. Syndykat Handlowy zbyt łatwo i nieostrożnie udziela kupującym kredytu wekslowego, który następnie wobec szalejącego kryzysu niełatwo ściągnąć – tak że dług wobec Frassatiego szybko wzrasta. Jego zięć przelewa, co się da, przez lata kombinuje, by ten kredyt spłacać, ale w chwili wybuchu wojny zaległości są dosyć poważne. To rzutować będzie na ich dalsze stosunki.

Także Alfredo Frassati ma w tym okresie coraz poważniejsze trudności, gdyż faszyści nie chcą już dłużej tolerować opozycyjnych artykułów gazety „La Stampa”. Dwudziestego drugiego czerwca 1924 roku bojówkarze napadają na jego dom. Uciekają w popłochu, kiedy Pier Giorgio samotnie i bohatersko im się przeciwstawia, ale sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna.

Frassatiemu ziemia usuwa się spod nóg, a perspektywa wydania ukochanej córki za Polaka, podejrzewanego o lekkomyślność, także przysparza mu zgryzot. Z jego punktu widzenia ma zresztą sporo racji. Jan Gawroński nie traktuje poważnie swojej kariery w biznesie samochodowym ani jakimkolwiek innym, podobnie jak wcześniej w rolnictwie. Składa podanie o przywrócenie go do dyplomacji. Jej ówczesny szef, Aleksander Skrzyński, jest mu życzliwy. Zgadza się, aby Gawroński towarzyszył mu jako wolontariusz bez wynagrodzenia na zgromadzeniu Ligi Narodów w Genewie, potem mianuje pierwszym sekretarzem polskiego poselstwa w Hadze. Jan ma się tam zająć konfliktową sprawą polskich skrzynek pocztowych w Wolnym Mieście Gdańsku. Poznaje niepozornego Szweda z arystokratycznej rodziny, który jest sekretarzem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości i prowadzi kursy prawa międzynarodowego dla dyplomatów, na które zapraszani są jako wykładowcy najwybitniejsi specjaliści z całego świata. To Dag Hammarskjöld[17], późniejszy sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Z pozoru wszystko znowu układa się pomyślnie. W pewnym jednak momencie kontakt listowny Luciany z Janem urywa się. Według Gawrońskiego powodem są prestiżowe perypetie wokół zaręczynowego pierścionka, który miał być uznany za zbyt mało wartościowy, za skromny. W końcu nieporozumienia zostają wyjaśnione, a miłość znowu triumfuje: „W Turynie zastałem Lucianę samą i bardzo rozbitą. Rodziców nie było. Mogliśmy więc spokojnie się rozmówić. Wśród łez. Okazało się, że wszystkiemu winien jest brylant!”.

Zaręczają się w grudniu 1924 roku, postanawiając tym razem, że ślub odbędzie się stosunkowo szybko, bo już za miesiąc w Turynie. Jemu bardzo zależy na pośpiechu. Jedzie przecież niebawem do Hagi i życzyłby sobie, aby w Hadze towarzyszyła mu oficjalnie żona. Ułatwia to wiele spraw protokolarnych.

Gawroński dostaje na ślub dziesięć dni urlopu. Luciana wymienia serdeczne listy z matką Jana, pozostającą nadal we wrocławskiej klinice. Ta pisze do syna, że jej sans enthousiasme wobec małżeństwa syna to już sprawa przeszłości. Także rodzina Frassatich godzi się teraz na ślub bez większych trudności. Adelaide Ametis niezmiennie darzy młodego Polaka sympatią. Senator Alfredo jakoś chyba pokonał swoją rezerwę. Pier Giorgio, chociaż obawia się nieuchronnego wyjazdu Luciany, to cieszy się jej radością. Pisze o tym do przyjaciela: „Jak nie ma róży bez kolców, tak z radością oglądania szczęścia mojej siostry łączy się niestety gorycz rozstania, bo przecież Italia nie będzie już jej ojczyzną. Będę teraz musiał zapełnić pustkę, jaką siostra pozostawi w domu...”[18].

Luciana też niepokoi się o brata, który znajduje się na rozdrożu, bardzo ciężko przeżywając sytuację we Włoszech po przewrocie. Wielu jego kolegów z kręgu młodzieży katolickiej ulega fascynacji faszyzmem. Tymczasem dla młodego Frassatiego hymn falangistów Giovinezza grany w katedrze w Borgo San Donnino, kiedy zwiedzał ją Mussolini, to świętokradztwo, profanacja kościoła i znajdującego się w nim Najświętszego Sakramentu[19]. W listach do przyjaciół odnotowuje wszystkie ekscesy bojówek. Wobec faszyzmu jest bezkompromisowy. Nawet jego ojciec, kiedy składał dymisję, wkalkulował w swą decyzję przekonania syna. Był pewien, że Pier Giorgio nie zaakceptuje go jako ambasadora nowego reżimu.

W młodym człowieku budzi się uczucie do studentki matematyki, poznanej w górskim schronisku na Małej Przełęczy Świętego Bernarda podczas karnawałowej zabawy. Później działają razem w Federacji Katolickiej Młodzieży Włoskiej i założonym przez grupę kolegów „Towarzystwie Ciemnych Typów”. Ten poryw serca trudno chyba nazwać miłością. Adresatka może się go tylko domyślać. Wiele ich różni, przede wszystkim pozycja społeczna. Laura Hidalgo jest sierotą, boryka się z życiem, opiekując się młodszym bratem. Któregoś dnia Pier Giorgio zaprasza ją do domu. Przychodzą we dwie z koleżanką. W rozmowie z Adelaide Ametis i Lucianą Laura czuje się jak w czasie egzaminu. Dla matki chłopca jest jednak tylko „taką z Akcji Katolickiej”. Nawet przez chwilę nie zakłada, że to może być coś poważnego. Również dla Luciany była to „dziewczyna z mentalnością przeciwną naszej”. Przewrażliwiony Pier Giorgio wyczuwa, że kandydatka nie będzie zaakceptowana. Chce być uczciwy, aż do bólu, wobec siebie i wobec innych. Początkowo nie zwierza się siostrze, ale w końcu – od tamtej wizyty upłynął już z górą rok – zdobywa się i na to.

Luciana tak opisuje tę rozmowę w liście do narzeczonego, który pozostaje w Hadze: „Wczoraj wieczorem przyszedł do mnie Pier Giorgio ze swoimi wielkimi czarnymi oczyskami i powiedział mi, że jest zakochany w jednej pannie, którą znam...

Rozumie się, że nic o tym nie mówiłam mamie, byłby to dla niej cios. Biedny chłopiec – wzruszający był, kiedy mówił o tym w ten właściwy sobie, niedopuszczający do dyskusji sposób. Powiedziałam mu, że powinien się starać nie widywać jej więcej. Zapewnił mnie, że sam podjął tę decyzję, a potem dodał: »Ale jeśli w niedzielę mam pójść w góry i ona też tam będzie, co mam zrobić? Zatelefonować do niej, napisać?«. Biedaczek! Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczyma i mówiłam sobie, że na to, aby tak postępować, trzeba całej jego niezmiernej dobroci i prawości. Poczułam, że stoję dużo, ale to dużo niżej od niego. Myślałam o jego karierze, o jego ideałach i to było rozdzierające, bo cokolwiek mówił, dodawał zaraz: »Ale nie mogę, bo nie chcę opuścić mamy«.

Nie wolno nam o tym zapomnieć i trzeba odnosić się do niego z wielką dobrocią i łagodnością, tak jakby mi powiedział: »Luciano, jestem chory«. Giorgio powiedział mi też, że nie tylko nie napomknął jej o swoich uczuciach jeszcze ani słowem, ale nie zrobił nawet najmniejszej aluzji”[20].

W trakcie tej rozmowy, którą Luciana nazywa bolesną spowiedzią, pyta brata o jego plany.

– Pewnie byłbym szczęśliwy, mogąc zostać misjonarzem w Ameryce, ale teraz ty wyjeżdżasz – odpowiada.

W tle jego dramatu jest kryzys małżeństwa rodziców. Pier Giorgio jest niezwykle przywiązany do matki, znacznie bardziej niż Luciana, która potrafi być mocno krytyczna; gotów poświęcić dla niej wszystko. Za żadną cenę nie wolno jej opuścić! Adelaide cierpi na neurastenię. Pozornie jest najzdrowsza w świecie, ale jej przewrażliwienie uniemożliwia wszelkie normalne stosunki. Dzieci to lepiej rozumieją, mąż jest jednak pełen żalów i uraz. Rodzice spotykają się z żelazną regularnością i punktualnością tylko przy dwóch posiłkach dziennie. Dla siadającego z nimi do stołu syna te pół godziny bywa trudne do zniesienia. Rozumie, że przez małżeństwo Luciany traci na zawsze jedynego sprzymierzeńca.

Ona tymczasem zajęta jest przygotowaniami: kompletowaniem wyprawy, stroju, zaproszeniami. Bogate prezenty, obrazy, srebra przynoszone są do pałacu arcybiskupiego jeszcze przed ślubem. Pier Giorgio wyszperał swój podarunek w turyńskim antykwariacie. Z dumą prezentuje go matce, odwijając zmiętą gazetę. Są zszokowani. Krucyfiks: pasyjka z kości słoniowej na tle ciemnego drewna – jest niezwykle piękny, ale bardziej odpowiedni na pogrzeb niż na ślub. Oficjalnym prezentem od brata zostaje mianowany srebrny serwis do kawy, a owinięty gazetą krucyfiks ukryto gdzieś w kącie. W przyszłości będzie dla Luciany najcenniejszą pamiątką, pierwszym przedmiotem, który zabierze z okupowanej przez Niemców Warszawy.

Skromna, jak na pozycję młodej pary ceremonia odbywa się w małej kaplicy arcybiskupstwa w Turynie dwudziestego czwartego stycznia 1925 roku. W pięknie ukwieconym wnętrzu Luciana traci brata z oczu. Przysłaniają go jej świadkowie, obydwaj przyjaciele Alfreda Frassatiego: wysoki i arystokratyczny, z charakterystyczną bródką, hrabia Carlo Sforza, kilka lat wcześniej minister spraw zagranicznych, a obok niego malutki i grubiutki markiz Camillo Eugenio Garroni[21], także bliski współpracownik Giolittiego, do niedawna ambasador w Stambule. Pannę młodą uderza jednak przede wszystkim niezwykła bladość prowadzącego ją do ołtarza ojca. Znacznie później ciotka Elena pokaże młodej mężatce jego list: „Nigdy ci nie mówiłem o tej wizji, która pojawiła mi się w kaplicy arcybiskupiej w dzień ślubu Luciany? (...). Kiedy tam wszedłem, na miejscu ołtarza zobaczyłem trumnę, trumnę, która miała zburzyć wszystko, nie wiedziałem co, nie wiedziałem, nie czułem, ale jedno zrozumiałem: wszystko. I po raz pierwszy w życiu czułem, że mdleję. Straciłem przytomność, może na sekundę, może jeszcze mniej, ale straciłem ją”[22].

Grono gości jest bardzo wąskie: najbliższe rodziny, kilka przyjaciółek Luciany. Ze strony Jana tylko ojciec i dwaj wujowie (mężowie sióstr pani Heleny de domo Lubomirskiej) – Franciszek Kwilecki i Władysław Tyszkiewicz, z córkami. Janowi towarzystwo wydaje się niedobrane.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

* * *

1 Jan Gawroński, fragmenty niepublikowanego rękopisu bez tytułu, zawierającego wspomnienia z lat dwudziestych ubiegłego stulecia, drugiej wojny światowej i okresu bezpośrednio po niej; w posiadaniu rodziny. Dalej jako rkps. Część z tych wydarzeń została opisana przez Jana Gawrońskiego w książce Dyplomatyczne wagary, Warszawa 1965, z pominięciem jednak wielu interesujących szczegółów. W obydwu przypadkach wspomnienia Gawrońskiego wymagają bardzo starannej weryfikacji, gdyż ma on skłonność do koloryzowania, traktując zwłaszcza niedbale chronologię i daty. Autor pomija też swoje zaangażowania typu wywiadowczego, o których wiadomo z innych źródeł.

2 Adelaide Ametis (1877–1949), malarka włoska, żona Alfreda Frassatiego, matka Luciany i teściowa Jana Gawrońskiego.

3 Elena Ametis, niezamężna siostra Adelaide Ametis.

4 Alberto Falchetti (1878–1951), malarz włoski, znany głównie jako autor krajobrazów, przede wszystkim Piemontu i Palestyny.

5 Alfredo Frassati (1868–1961), wydawca, dziennikarz, przedsiębiorca i polityk włoski, założyciel dziennika „La Stampa” w Turynie, w 1913 r. najmłodszy wiekiem senator Królestwa Italii (do 1920 r.), w latach 1946–1953 członek Zgromadzenia Konstytucyjnego, a następnie senator z mocy prawa Republiki Włoskiej.

6 Luciana Frassati, Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu błogosławieństw, z przedmową Karla Rahnera SJ, Warszawa 1979, s. 19 (wyd. włoskie Pier Giorgio Frassati. I giorni della sua vita, Roma 1975).

7 Proces beatyfikacyjny wszczęto dopiero w 500 lat po śmierci Savonaroli, w 1998 r. Powołano jednocześnie komisję, która ma zbadać jego życie i pisma.

8 Carlo Sforza (1872–1952), włoski arystokrata, dyplomata, w latach 1920–1921 minister spraw zagranicznych, później ambasador w Paryżu, ustąpił ze stanowiska po objęciu władzy przez Mussoliniego; po wojnie, w latach 1947–1951, minister spraw zagranicznych Republiki Włoskiej.

9 Księżna Maria Lubomirska, niezamężna córka Jana Tadeusza, siostra regenta Zdzisława i Heleny Gawrońskiej, matki Jana.

10 Luciana Frassati-Gawrońska, niepublikowane fragmenty wywiadu telewizyjnego, przeprowadzonego przez Jacka Moskwę w Pollone podczas realizacji filmu Pollone i Polska (prod. TVP 1, 1994).

11 P.G. Frassati, list do Marii Fischer z 22 grudnia 1922 r., [w:] Bł. Pier Giorgio Frassati, Listy do przyjaciół, Warszawa 1990, s. 87.

12 Listy do Marii Fischer z 18 grudnia 1923 r. i do Antonia Villianiego z 1 stycznia 1923 r., tamże, s. 88–89.

13 List do młodzieży uniwersyteckiej w Bonn ze stycznia 1923 r., tamże, s. 91.

14 Vincenzo Lancia (1881–1937), przemysłowiec i konstruktor samochodów, założyciel fabryki pojazdów noszącej jego nazwisko.

15 Giuseppe Leopoldo (Józef Leopold) Toeplitz (1866–1938), włoski bankier, z pochodzenia Żyd polski, urodzony w Warszawie.

16 J. Gawroński, rkps.

17 Dag Hjalmar Agne Carl Hammarskjöld (1905–1961), szwedzki dyplomata i polityk, w latach 1953–1961 sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych; zginął w katastrofie lotniczej, będącej prawdopodobnie wynikiem zamachu.

18 P.G. Frassati, Listy do przyjaciół, list do Antonia Villaniego z 16 grudnia 1924 r., [w:] dz.cyt., s. 159.

19 P.G. Frassati, list do Antonia Villaniego z 20 czerwca 1923 r., [w:] dz.cyt., s. 100–101.

20 Luciana Frassati, list do Jana Gawrońskiego z 19 grudnia 1924 r., [w:] L. Frassati, dz.cyt., s. 108.

21 Camillo Eugenio Garroni (1852–1935), włoski prawnik i urzędnik państwowy, w okresie przed, w czasie i po pierwszej wojnie światowej odegrał ważną rolę jako ambasador w Stambule i szef delegacji włoskiej na konferencję w Lozannie, która przesądziła o przyszłości Turcji.

22 Alfredo Frassati, list do Eleny Ametis., b.d., [w:] L. Frassati, dz.cyt., s. 122.

Rozdział 3

Dyplomacja jawna i tajna

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 4

Polityka i muzyka w Wiedniu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Przed burzą

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Europa Hitlera i Mussoliniego

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rodzice Jana: Stanisław Gawroński i Helena z Lubomirskich Gawrońska, fot. archiwum rodziny Gawrońskich.

Ojciec Luciany Alfredo Frassati, z synem Pier Giorgiem, fot. archiwum rodziny Gawrońskich.

Matka Luciany, Adelaide Frassati z domu Ametis, fot. archiwum rodziny Gawrońskich.

Alfredo Frassati w mundurze ambasadora Królestwa Włoch, Berlin, początek lat dwudziestych XX w., fot. archiwum rodziny Gawrońskich.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Zmienne oblicza wojny

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

Powojenne rozdroża

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Świat podzielony

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 10

Mimo żelaznej kurtyny

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

Dzień, który dał nam Pan

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Pięćsetne urodziny

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Giovanna, lata sześćdziesiąte, fot. W. Gawrońska.

Nella, lata pięćdziesiąte, fot. W. Gawrońska.

Autoportret Wandy Gawrońskiej, lata pięćdziesiąte.

Jan Gawroński z najmłodszym synem Jasiem na ślubie Marii Grazii, Rzym, 1956, fot. W. Gawrońska.

Ślub Marii Grazii Gawrońskiej z Forese Salviatim, parasol trzyma świadek Mario Chigi, Rzym, 1956, fot. archiwum rodziny Gawrońskich.

Pozostałe fotografie dostępne w pełnej wersji eBooka.

Indeks osób

A

Abrasimow Piotr

Adenauer Konrad

Adrian, pacjent Bambino Gesù

Adżubej Aleksiej

Aga Khan IV

Agnelli Eduardo

Agnelli Gianni

Agnelli Giovanni–76

Agnelli Marella

Agnelli Margherita

Agnelli, rodzina

Albert II Saxe-Cobourg-Gotha

Albertini Vittorio

Alessandrini Federico

Aleksander III

Aleksander VI Borgia, papież

Amanullah Chan, król Afganistanu

Ambrosini Luigi

Ametis Adelaide p. Frassati Adelaide

Ametis Elena

Ametis Linda–64

Anders Władysław

Andreatta Beniamino

Andreotti Giulio

Anna Jagiellonka

Anna Orleańska, księżna

Ansami, minister

Antoniewicz, informator

Arlandi Gino

Askenazy Szymon

Astis Giovanni de

Atatürk Mustafa Kemal–100

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnice Konklawe 1978 Frassati Gawrońscy. Włosko-polski romans 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary