Wilk

Wilk

Autorzy: Marek Hłasko

Wydawnictwo: Iskry

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI PDF

Ilość stron: 348

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.90 zł

Niezaprzeczalnie sensacją wydawniczą 2015 r. jest w Iskrach nigdy nieopublikowana powieść Marka Hłaski Wilk, która była jego debiutem literackim, choć na publikację musiała czekać ponad sześćdziesiąt lat. Wilk to historia chłopaka z Marymontu, dorastającego w dwudziestoleciu międzywojennym. Rysiek Lewandowski mieszka w biednej dzielnicy. Środowisko lumpenproletariatu to głównie złodzieje i bezrobotni, bezustannie szukający okazji do zarobienia kilku groszy. Młody człowiek, zapatrzony w westerny, szuka dla siebie szlachetnego wzorca do naśladowania, aby zmienić otaczające go realia. Śni o lepszym życiu, nie do końca wiedząc, czym to „lepsze życie” ma być.

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: Anna Młynarczyk

Opracowanie przypisów: Radosław Młynarczyk

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Zdjęcie na okładce z archiwum miesięcznika „Stolica”

ISBN 978-83-244-0422-3

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2015

Copyright © by Radosław Młynarczyk

Wydawnictwo Iskry al. Wyzwolenia 18

00-570 Warszawa

tel./fax 22 827 94 15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Wstęp 1. Geneza

2. Palimpsest Wilka

3. Kompozycja i styl

4. Socrealizm

5. Obraz dwudziestolecia międzywojennego

6. Gatunek

7. Tytuł

Nota edytorska

Bibliografia

Aneks

Przypisy

WilkI

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wstęp

1. Geneza

Ustalenie dokładnego przebiegu pracy nad powstaniem Wilka jest zadaniem niezwykle trudnym. Mając do dyspozycji jedynie szczątkowe informacje, znikome ilości faktów przesłoniętych ogromną ilością zmyśleń i dopowiedzeń, nie jest łatwo rekonstruować konkretną, jedynie prawdziwą historię powieści. Badacz zajmujący się tym zagadnieniem powinien sobie uświadomić, że nie odtwarza losów utworu, lecz pisze je od nowa. Powyższy wniosek, wywodzący się z myśli historyzmu, wydaje się w przypadku ustalania okoliczności powstawania dzieła literackiego niezwykle uzasadniony jako punkt wyjścia dalszych rozważań1. Więcej, rzetelność wymaga odrzucenia roszczeń do poznania i opisania całej prawdy. Warto zatem na samym początku zaznaczyć, że wszystkie ustalenia, które zostaną poniżej poczynione, stanowią prawdopodobną wersję wydarzeń. Prawdopodobną – to znaczy niecałkowicie pewną. Na rekonstrukcję możliwej wersji zdarzeń pozwalają następujące materiały źródłowe: korespondencja i biografia pisarza opracowana przez Andrzeja Czyżewskiego, maszynopisy powieści Wilk i Sonata marymoncka, recenzje wydawnicze redaktorek Iskier oraz sprawozdanie Hłaski sporządzone dla Związku Literatów Polskich2. Wbrew pozorom, bezdyskusyjnych faktów znajduje się w powyższych źródłach niewiele, pozostaje więc spróbować ustalić spójną, w miarę pewną wersję wydarzeń. Pierwszym potwierdzonym i niezaprzeczalnym faktem w historii o Wilku jest przekazanie przez Hłaskę maszynopisu powieści Bohdanowi Czeszce w połowie 1952 roku. Młodego adepta sztuki pisarskiej i autora Pokolenia skontaktował Stefan Łoś, przyjaciel rodziny Hłaski. Nie chodziło jednak o Wilka, lecz„powieść o szoferach”, jak określił ją Czeszko w obszernym listownym komentarzu, wysłanym trzeciego grudnia. Jedna z wielu porad, których udzielił autorowi, dotyczyła rozwinięcia wątku bazy transportowej do rozmiarów opowiadania. Przejęty uwagami starszego kolegi Hłasko rozpoczął pisanie Bazy Sokołowskiej. Jednocześnie poprawiał powieść, której nadał tytuł Sonata marymoncka. Zapis tej pracy zachował się w listach do matki: 9 maja 1953 roku Hłasko przyznał, że „pisze rozwinięcie tej Syberii”, 14 oznajmił, że „skończył pracę nad Sokołowską”, a 19 czerwca, że wymyślił nowy tytuł dla powieści, Wilk3. Efekty poprawek pokazał szefowi młodzieżowego odłamu ZLP, Igorowi Newerlemu. Na maszynopisie, który widział autor Pamiątki z Celulozy, widnieje krótka recenzja oznaczona datą 20 lipca 1953 roku:

Pierwszy rozdział najlepszy. Całość jednak sknocona. Ale to furda. Grunt, Marku, że macie talent i czas już się zabrać do rzetelnej pracy nad sobą.

Hłasko otrzymał trzymiesięczne stypendium twórcze i poparcie Newerlego, które zachęcić go miało do dalszej pracy. W międzyczasie doszło jednak do zmiany koncepcji artystycznej dzieła. Początkujący pisarz postanowił przenieść akcję utworu do dwudziestolecia międzywojennego. Powody takiej decyzji mogły być następujące: po pierwsze, chciał Hłasko rozpocząć dwuczęściowy projekt sagi marymonckiej, epopei jednej z najuboższych dzielnic Warszawy; po drugie, nie ukrywał swojego zauroczenia Pamiątką z Celulozy i pragnął stworzyć dzieło równie wielkie; po trzecie wreszcie, przesunięcie akcji wstecz pozwalało na sportretowanie barwnej sytuacji politycznej Polski sanacyjnej oraz umożliwiało ominięcie trudnego w dobie socjalizmu tematu II wojny światowej i przemian, które były jej konsekwencjami. Jakiekolwiek byłyby jednak motywacje Marka Hłaski, prace nad utworem o dwudziestoleciu trwały aż do grudnia, kiedy to przedstawił kolegium redakcyjnemu ZLP efekty swoich wysiłków literackich. Nową wersję powieści marymonckiej widział nie tylko Newerly, ale także Zofia Hofmanowa i Wanda Leopold. Fakt ten potwierdzają opinie wydawnicze recenzentek. Pierwsza pisze między innymi, że „obraz Marymonckiego środowiska proretariackiego [sic!] i robotniczego w latach 20-tych – prawdziwy”. Leopold natomiast w notatce z 27 stycznia 1954 roku stwierdza, że „książkę wraz z autorem trzeba gruntownie przepracować”. Szczególnie ważny jest tytuł drugiej notatki – M. Hłasko – Zatoka. Nawiązuje on do tytułu powieści, który wymienia Hłasko w sprawozdaniu do ZLP z 17 kwietnia 1954 roku. W oficjalnym piśmie do Związku pisarz zdaje relację z wykonanych prac, podsumowując zeznanie następująco:

Obecnie, po przeszło półtorarocznej (w sumie!) pracy, zakończyłem prace nad pierwszą częścią książki, której pro-wizoryczny tytuł brzmi: „Zatoka szczęśliwej przygody”. Jest to opowieść o człowieku z Marymontu, który w dwudziestoleciu szuka szczęśliwego życia. Podpisałem umowę z P. W. Iskry. Termin ukończenia pracy: 1 grudzień 1954. Obecnie przerabiam, koryguje pierwszą część tej książki – po rozmowach z ob. Igorem Neverly, redaktorem książki i recenzentami4.

Fakt istnienia wspomnianej umowy potwierdza Andrzej Czyżewski w biografii Piękny dwudziestoletni, z tym że na dokumencie widnieje tytuł Człowiek z ostatniej granicy5. Zamieszanie z tytułami jest dla Hłaski charakterystyczne, gdyż często zmieniał koncepcje swoich utworów. Znacznie to jednak utrudnia porządkowanie jego dorobku literackiego. Do wydania Zatoki szczęśliwej przygody nie doszło, Hłasko rozpoczyna bowiem prace nad opowiadaniami, które później miały wejść w skład tomu Pierwszy krok w chmurach. Jednocześnie wciąż wprowadza poprawki do powieści. W liście do Jerzego Andrzejewskiego z lutego 1955 roku pisze:

Czy wiesz, Jerzy, ile dziś napisałem? 1 stronę, jedną stronę. Rozmowę Lewandowskiego z Zielińskim, oczywiście nad rzeką, tylko (…) chociaż w nocy. No tak, ale gdzie oni niby mają rozmawiać? Jutro muszę napisać rozmowę Rączyna z Lewandowskim, no i gdzie ona ma się odbyć? Tylko nad rzeką! Może na ulicy? Może będą spacerować? Gdyby Rączyn był kobietą, to sytuacja byłaby łatwiejsza. No, ale co zrobić?

Natomiast latem wspomina, że „napisał już 220 str…”, co pokrywa się z rozmiarami Wilka6. Niestety, na listach do Andrzejewskiego ślad powieści się urywa. Nie istnieją żadne późniejsze źródła dokumentujące działania Hłaski na tekście marymonckim. W 1956 roku ukazały się w prasie dwa opowiadania będące fragmentami powieści: Głód i Wilk, nie można jednak stwierdzić, z którego etapu pracy pochodzą7. Dotychczasowe ustalenia faktograficzne pozwalają orzec, że powieść Wilk powstawała od połowy 1953 roku do drugiej połowy roku 1955, czyli mniej więcej dwa lata. Ta krótka próba opisania dziejów kształtowania się młodzieńczej powieści Marka Hłaski oparta jest na strzępach faktów, jakie odnaleźć można w dokumentach, które pozostały po pisarzu. Rekonstrukcja wydarzeń wydawać się może pobieżna i niesatysfakcjonująca, lecz snucie przypuszczeń na temat działań prowadzonych przez Hłaskę w latach 1953–1956 pozostawić należy biografom. Nadpisywanie historii mogłoby doprowadzić do wypaczenia sensu powieści marymonckiej, warto więc wczytać się w sam tekst. Aby rozjaśnić wątpliwości dotyczące relacji Sonaty marymonckiej i Wilka – gdyż obie powieści łączy o wiele więcej niż tylko wymienne tytuły – warto odwołać się do teorii palimpsestów Gerarda Genette’a, a ściślej do jednej z kategorii tekstualnych, które francuski badacz wyróżnia: a mianowicie do pojęcia hipertekstu, czyli relacji wynikania jednego tekstu z drugiego. Badając strukturę powieści Hłaski, trzeba więc poświęcić chwilę utworom, które wydają się palimpsestowo „przebijać” przez tekst Wilka.

2. Palimpsest Wilka

W swoim obszernym studium na temat relacji międzytekstowych Gerard Genette wyznacza trzy porządki naśladowania hipotekstu przez hipertekst: ludyczny – którego tekstualną praktyką jest pastisz, satyryczny – uzewnętrzniający się w postaci szarży, oraz poważny – określany przez badacza jako falsyfikat. Na szczególną uwagę zasługuje przypadek ostatni, „którego dominującą funkcją jest dorównanie jakiemuś wcześniej istniejącemu utworowi literackiemu lub jego rozbudowanie”8. Falsyfikat literacki pozostaje – w przeciwieństwie do pastiche i charge – stosunkowo trudny do rozpoznania ze względu na neutralny stan mimetyczny. Jak dowodzi Genette:

Można go zdefiniować [neutralny stan mimetyczny – R. M.] jako stan tekstu możliwie najbardziej podobnego do tekstów z naśladowanego korpusu, w którym nie ma niczego, co w ten czy inny sposób zwracałoby uwagę na samą operację mimetyczną lub tekst mimetyczny, którego podobieństwo musi być tak przezroczyste, jak to tylko możliwe, nie narzucając się samo jako podobieństwo, czyli jako imitacja9.

Mówić można zatem o specyficznym rodzaju nierozpoznania operacji autora na tekście. Ów brak precyzyjnego, choćby pośredniego, zaznaczenia tekstu naśladowanego pociąga za sobą daleko idące konsekwencje. Otóż takie rozluźnienie więzów pomiędzy utworem a jego testatorami pozwala na stosunkowo swobodny wybór hipotekstów. Swobodny, lecz nie dowolny. Zapewne możliwe byłoby odnalezienie pierwiastków Przebudzonych Michała Bałuckiego w Złotych oknach Adolfa Rudnickiego (choćby tematykę walk powstańczych), podobną jednak nicią można by połączyć całą historię literatury. Wskazywanie operacji hipertekstualnych wymaga uważnego zbadania falsyfikatu, a także lektur pisarza poprzedzających stworzenie utworu – jednym słowem – genezy. Z powyższej konstatacji wynikają dwie drogi prowadzące do wyznaczenia zbioru hipotekstów danego falsyfikatu: posiłkowanie się przesłankami tekstowymi oraz wyzyskiwanie biblioteki autora. Ten hipertekstualny dualizm badawczy może zostać potraktowany jako metoda pozwalająca na rozpoznanie hipotekstów Wilka, gdyż przesłanki o dziełach, które wpłynąć mogły na Hłaskę podczas tworzenia powieści, a które z pewnością „przebijają” przez tekst, podzielić można na dwie grupy: 1. utwory przez Hłaskę przeczytane, wymienione w różnych źródłach; 2. utwory, które Hłasko mógł znać, lecz nie ma co do tego żadnej pewności.

2.1. Utwory przeczytane przez Hłaskę

2.1.1. Pamiątka z Celulozy

W notce odautorskiej dołączonej do opowiadania Wilk Hłasko przyznał, że „kochał Pamiątkę z Celulozy nieprzytomną miło-ścią”10. Słowa te, choć miały prawdopodobnie pełnić rolę ukłonu w stronę opiekuna twórczego oraz skojarzenia świadomości czytelniczej z popularnym dziełem, stanowią podstawę do zestawienia powieści Hłaski z utworem Igora Newerlego. Pozornie teksty mają ze sobą wiele wspólnego, jednak przy uważniejszym spojrzeniu elementy współdzielone, takie jak czas i miejsce akcji, okazują się jedynie fasadą złożoną z elementów statycznych (pisarze nadają poszczególnym częściom struktury tekstu odmienne znaczenia, co różnicuje powierzchowne podobieństwo). Do obszernej problematyki Pamiątki z Celulozy należy między innymi postępujący wyzysk robotników, bezrobocie i nędza ludzi miasta oraz walka partyjnego proletariatu – zjawiska obecne także w Wilku. Trudno jednak mówić o jakimkolwiek bliższym związku pomiędzy utworami, gdyż Hłasko przedstawia biedotę dwudziestolecia z zupełnie innego punktu widzenia niż Newerly. Helena Zaworska w pracy Otwórczości Igora Newerlego przyrównuje powieść do dokonań takich pisarzy, jak Eliza Orzeszkowa czy Stefan Żeromski. Pisze:

Pamiątka jest więc pierwszą historycznie kontynuacją artystycznego obrazu życia mas ludowych w nowej epoce, w nowym układzie sił społecznych, w nowej atmosferze moralnej, obyczajowej (…). Ale równocześnie książka Newerlego jest wielkim krokiem naprzód, stworzeniem w naszej literaturze nowego typu bohatera (…). Wyposażył swych bohaterów w nowe wartości historyczne, ukazał ich nie w perspektywie pesymizmu i beznadziejności, lecz poprzez romantykę walki i optymizm społecznego zwycięstwa11.

Pomijając socrealistyczny zachwyt nad edukacyjną rolą powieści, badaczka zwraca uwagę na optymistyczny wydźwięk utworu. I rzeczywiście, otaczające bohaterów nędza i ubóstwo, niebezpieczeństwa konspiracji i ciężka praca fizyczna przedstawione są nie jako przeszkody, lecz naturalne czynniki towarzyszące drodze do dobrobytu. Obrazy włocławskiego Kozłowa czy Warszawy budzą raczej współczucie niż odrazę czy niechęć. Newerly nie dokumentuje życia proletariuszy, tylko ich walkę, i czyni to w duchu obowiązującej w 1952 roku doktryny. Nie może zatem dziwić fakt, że powieść kończy się wyjazdem Szczęsnego do ogarniętej rewoltą Hiszpanii. Szczęsny Bida jest modelowym przykładem bohatera pozytywnego: jest młody, przekonany o słuszności działań Partii, oddany walce z burżuazyjną władzą i pozbawiony jakichkolwiek wątpliwości natury moralnej. Wszystkie jego działania są szczere i nastawione na dwa podstawowe cele: zapewnienie dobrobytu rodzinie oraz pomoc organizacji partyjnej. Wiarygodności postaci dodaje pozbawienie Szczęsnego emocji. Nawet w sytuacjach – zdawałoby się – tragicznego wyboru przemyślenia Bidy są raczej kalkulacją niż obnażającą wylewnością:

Szczęsny słuchał jednym uchem, zaprzątnięty własną sprawą: co teraz z sobą począć? W domu albertynów nocować nie można, bo tam Bucek ma swój warsztat, rozpowiedziałby, że Szczęsny sypia z bezdomnymi… Zocha wzdrygnęła by się za to ze zgrozy. „Mógł ze mną spać, batiar jakiś, całe szczęście, że się go w porę pozbyłam…”. Zocha w wielkim interesie, bo „Dekort” i Zocha to jedno i to samo, Zocha i mecenas Ortman. Na nich teraz chałupnicy pracują, na nowe banknoty, kolczyki, brylanty w złocistym puzderku z czeczotki. „A ja często trzymam pańskie pudełeczko i tak sobie głaszczę…”. Od tego jej szeptu i pieszczoty wszystko się zaczęło. Bodaj nigdy nie spotkał tej zmory, nie poznał, co to kobieta, czułość i głodne zmysły!12

Bohater występuje tutaj jako narzędzie autora. Bida jest pretekstem do ukazania walki KPP z sanacyjną władzą i kompromitacji dwudziestolecia międzywojennego jako okresu zaciekle krytykowanego przez władze socjalistyczne. Tylko pozornie pełni rolę głównego bohatera, w rzeczywistości jest rodzajem figury tekstowej, aktantem wiążącym dzieło w jednoznacznie ideową całość13. Pozbawiając Szczęsnego wolnego wyboru, przetransponował Newerly aparat sowietyzacji ludzkiej świadomości na grunt literatury niemal dokładnie w taki sposób, jaki zalecał Jerzy Andrzejewski w traktacie Partia i twórczość pisarza14. Nie jest to oczywiście pierwsza polskojęzyczna próba – żeby wspomnieć Traktory zdobędą wiosnę czy Przy budowie – lecz z pewnością najbardziej udana warsztatowo. Newerly w umiejętny sposób utrzymuje powieść na granicy literatury społecznej i zaangażowanej, skutecznie maskując wszelkie formy dydaktyzmu.

Monotematyczność głównego bohatera neutralizuje barwność postaci pobocznych. Zaworska opisuje to w sposób następujący:

Postaci ludowe obdarzone są wielką prostotą, surowością, a jednocześnie głębią uczuć, które mają za sobą ciężkie doświadczenia życiowe, wiele lat harówki i poniewierki, a jednocześnie posiadają tyle mądrości życiowej i optymizmu, że stają się bohaterami na wielką skalę, choćby ich życie było szare15.

Istotnie, życie postaci, które występują w świecie powieściowym, dalekie jest od szarości. Historie Czerwiaczka, Gawlikowskiego, Madzi, Staszka, Korbala czy nawet ojca Szczęsnego nie są jedynie tłem uzasadniającym działania głównego bohatera, lecz osobnymi całościami kształtującymi ogromne uniwersum wykreowane przez Newerlego. Wszystkie ich działania są dokładnie umotywowane, a wypowiedzi nasycone emocjami, które, jak się zdaje, łączy konkretny związek teleologiczny. Chodzi mianowicie o przydanie za pomocą zewnętrznych bodźców dynamiki kształtującej się psychice Szczęsnego i zapewnienie jej słusznego, komunistycznego kierunku rozwoju. To posłużenie się poetyką powieści rozwojowej – co zresztą łączy powieść Newerlego z powieścią Hłaski – wyróżnia Pamiątkęz Celulozy spośród wielu pisanych pod dyktando doktryny powieści produkcyjnych, w których bohater pozytywny w cudowny sposób zmieniał sposób myślenia

i postępowania. W tym sensie Pamiątka łączy perspektywę powieści rozwojowej z perspektywą prozy środowiskowej, prezentując proces socjalizacji jednostki w środowisku, w którym istotną rolę odgrywają wpływy komunistyczne. Rozbudowane tło społeczne i dokładny opis życia proletariatu łączą utwór Newerlego z Wilkiem w dwójnasób: z jednej strony rozmach kreacji świata przedstawionego stanowił niewątpliwą inspirację dla Hłaski, z drugiej jednak autor Chłopca z salskich stepów nadaje obrazowi dwudziestolecia zupełnie inny charakter niż jego podopieczny z młodzieżowego odłamu ZLP. Walka komunistów z sanacyjną władzą – główna oś powieści Newerlego – pojawia się w Wilku epizodycznie. Zatem jeśli może być mowa o jakimkolwiek zakorzenieniu ideologicznym, to tylko fragmentarycznie sygnalizowanym. Postacie związane z KPP, takie jak Jasny czy Rączyn, walczą nie tylko w imię organizacji, lecz przede wszystkim dla ludu. Ponadto jedyna władza, z którą styczność mają bohaterowie, to policja i pracodawcy. Różnica w mrocznej kreacji obrazu dwudziestolecia wynika z odmiennych konwencji podjętych przez pisarzy. Hłasko konsekwentnie stosuje opis realistyczno-naturalistyczny, Newerly natomiast wprowadza do tego rodzaju opisu nacechowane intencją propagandową elementy ideologii socjalistycznej. To, co w Wilku wydaje się podłe i ciężkie, w Pamiątce z Celulozy jawi się jako nieco lżejsze, lecz znacznie silniej upolitycznione. Najlepiej zobrazuje to zestawienie opisów domu. U Hłaski prezentuje się ono następująco:

Przy tych ulicach krzywych i prostych, idących z góry na dół i z dołu do góry, długich i krótkich, prowadzących od jednej bidy do drugiej, w tym całym pokurczonym labi-ryncie głodu, stały domki i domy rozmaite. Domy chwackie i bogackie, murowane, przemawiające do oka solidną czerwienią cegły, stawiane pod winkiel i pion staranną rzemieślniczą ręką, i drewniane, krzywe chałupiny stojące z boku: zastrachane i jakby zawstydzone takim sąsiedztwem, a na ostatku jeszcze ni to domy, ni to budy, sklecone byle jak i nie wiadomo z czego, połatane blachą i skrawkami papy znalezionej na budowie, po prostu czort wie co, najeżone nieprzyjaźnie zardzewiałymi rurami od piecyków.

U Newerlego zaś:

Mieszkali u szwagra na „szlacheckim” brzegu. Szwagier dopiero co postawił dom nowy, duży, o dachu na modłę niemiecką wysokim jak czapa z obu stron ścięta. Na poddaszu właśnie zamieszkali. Z desek, co szwagier dał, zrobili przepierzenie i schodki. Szczęsny z ojcem trzy dni robił, aż się uporali z ciesielką, wszystkie szpary pozatykali, po czym gliną z trocinami całą izbę obrzucili. Weronka worki słomą wypchała, obraz zawiesiła, pasyjkę, wycinanki –i na strychu zrobiło się możliwie16.

Określenie „szlachecki brzeg” odnosi się do klasy posiadaczy, która wykorzystując sytuację polityczną, dorobiła się własnego majątku, a nawet nazwiska. Newerly w swojej powieści wysuwa na pierwszy plan temat prześladowania działaczy KPP w okresie międzywojennym. Hłasko natomiast stosuje manierę

bezwzględnego autentyzmu, ze wszystkimi jej pesymistycznymi konsekwencjami. Zatem ogólna niechęć do tamtego okresu, którą budzi w czytelniku lektura Wilka, jest naturalną konsekwencją realizmu prozy Hłaski, a nie wierności pisarza odgórnym i sukcesywnie realizowanym założeniom doktryny. Kreacja postaci Ryśka wychodzi poza ograniczenia ideologii. Na głębszą analizę obrazu głównego bohatera powieści przyjdzie jeszcze czas, teraz warto zestawić go z przedstawieniem Szczęsnego Bidy. Zadanie to jest o tyle ułatwione, iż trudno znaleźć elementy łączące obydwie postaci. Narrator Hłaski bardzo dokładnie opisuje uczucia, przemyślenia i rozterki Lewandowskiego. Świat Wilka w znakomitej większości prezentowany jest właśnie oczyma bohatera, opis obciążony jest jego punktem widzenia. Bogactwo przeżyć wewnętrznych i emocji stanowi bodaj najbardziej wyraźną różnicę pomiędzy Ryśkiem a Szczęsnym. Kolejną jest sposób patrzenia na świat. Pomiędzy optymistycznym, pełnym wiary Bidą a zrezygnowanym, przekonanym o podłości własnego losu Ryśkiem niewiele jest wspólnego. Wynika to być może z obecności celu w życiu Szczęsnego i jego braku w przypadku Lewandowskiego. Bohater Pamiątki z Celulozy walczy o dobrobyt i zwycięstwo partii, bohater Wilka (szczególnie w początkowych fragmentach powieści) jedynie o zaspokojenie głodu. „Jedynie” brzmieć może niefortunnie i okrutnie, lecz w porównaniu z ideami Bidy pragnienia Ryśka są przyziemne. Jest jednak coś, co łączy obydwu bohaterów. Tak w Wilku, jak i w Pamiątce z Celulozy pojawia się motyw zabójstwa policyjnego szpicla. Tak Rysiek, jak i Szczęsny decydują się na samowolną egzekucję. Tak Lewandowski, jak i Bida pałają szczerą nienawiścią do konfidentów: pierwszy do Kosiorka, drugi doGąbińskiego. Odmienne są natomiast bodźce, które nimi powodują. Bohater Wilka walczy przeciw policji, broni integralności własnego podwórka. Dla niego marymonccy komuniści nie są ideowcami, lecz sąsiadami nękanymi przez „brunatnych”. Szpicle zaś naruszają harmonię dzielnicy, zdradzają jego małą ojczyznę. Warto jeszcze raz podkreślić, że Lewandowski podejmuje decyzję o morderstwie przeciw komuś, a nie dla czegoś. Być może brak tego konkretnego, wyartykułowanego celu, nadania sensu zabójstwu, nie pozwala mu na dokończenie strasznego czynu. Przeciwnie Bida: młody komunista dokładnie wie, czym zawinił prowokator,i decyduje się na egzekwowanie sprawiedliwości z pełną świadomością jej wymiaru. I choć scena zabójstwa nosi dostrzegalne znamiona afektu, Szczęsny ani przed, ani po wystrzale nie boi się konsekwencji. Więcej, wydaje się dumny ze swojej decyzji i uzasadnia ją wyższą racją idei. Jakiego więc rodzaju relacja hipertekstualna łączy Wilka z Pamiątką z Celulozy?Z pewnością mówić można o inspiracji kreacyjnej. Mnogość postaci, lokalizacji, pewna dokładność opisu i – przede wszystkim – umiejscowienie akcji w dwudziestoleciu międzywojennym to elementy zaczerpnięte przez falsyfikat od hipotekstu. Nie jest to jednak przeniesienie bezrefleksyjne: wszystkie składniki świata przedstawionego ulegają u Hłaski transformacji, zostają częściowo oczyszczone z naleciałości ideologii socjalistycznej, pozostawiając w podstawowej warstwie utworu z konwencji, jaką podjął Newerly – socrealizmu, jedynie wymiar realistyczny, uzupełniony kilkoma chwytami estetycznymi: maksymalną brutalizacją opisu, przedstawieniem uczuć bohaterów czy odmówieniem konfliktowi dramatycznemu optymistycznego wydźwięku.

2.1.2. Biesy

O fascynacji Hłaski Dostojewskim mówili i pisali jego znajomi17. Andrzej Czyżewski wspomina, że pisarz potrafił recytować całe ustępy Biesów18. Jeśli faktycznie tak dobrze znał najwybitniejszą chyba w dorobku Dostojewskiego powieść antyrewolucyjną, to nie można jej wyłączyć z kontekstu Wilka. Szczególnie że ślady rosyjskiego oryginału bardzo wyraźnie przebijają przez palimpsest Hłaski. Stanisław Cat Mackiewicz w monografii o Dostojewskim zawarł bardzo istotną uwagę, która odnosić się może także do Wilka:

Z pojęciem satyry łączy się pojęcie humoru – Biesy są książką ponurego dramatu, czasami patosu, nigdy wesołości19.

Jakże prawdziwe są powyższe słowa, gdyby użyć ich w kontekście opowieści marymonckiej. Dramat ludzki, dramat niemocy, dramat zwątpienia, dramat opuszczenia, dramat niewiary (także religijnej) – wszystkie te elementy konstruujące wszechświat Biesów konstytuują także uniwersum Wilka. Najważniejszą cechą, która łączy obydwa utwory, jest atmosfera nieustannego niepokoju, niewyjaśnionego lęku, obawy przed złem, które zaistnieć może wszędzie i w każdym człowieku20. Natura tego zła jest bezwzględna i, rzec by można, bezcelowa, bo jaki sens ma domniemany stosunek Stawrogina z małoletnią dziewczynką lub śmierć małego Henka z Cygańskich Bud? Nikczemność u Dostojewskiego jest przywarą każdego człowieka, trudno znaleźć w Biesach postać bez skazy. Również w Wilku brakuje dobrych ludzi. Niemal wszyscy popełniają czyny niemoralne, wiedzeni najprostszymi instynktami zaspokojenia popędów. Nie w konstrukcji postaci jednak tkwi główne źródło operacji hipertekstualnych, lecz w kreacji świata przedstawionego. Prowincja Dostojewskiego obrazowana jest w bardzo charakterystyczny, „brudny” sposób. W opisach krajobrazu dominują barwy ciemne i ciężkie, nawet gdy przez chwilę rozświetlane są słońcem. Intensywna masywność przestrzeni bez wątpienia wpływa na nastroje, usposobienie i wzajemne relacje między postaciami. Nierozerwalny, antropocentryczny związek człowieka z ziemią ulega odwróceniu, nadając przestrzeni dużo bardziej istotne znaczenie w strukturze świata przedstawionego. W Biesach to przestrzeń konstytuuje i wpływa na ludzi. Otoczenie prowokuje i podsyca zło, które znajduje się w każdym człowieku, aby rosło i uzewnętrzniało się w odpychających realiach prowincjonalnego miasteczka. Podobny zabieg dostrzec można w Wilku. Hłasko używa do demonizacji opisu miasta i ludzi narzędzi podobnych do tych, z których korzysta Dostojewski. Domki są koślawe, ulice zabłocone, a lepsze dzielnice traktowane z pogardą. Warto jednak zaznaczyć, że i tu, podobnie jak w przypadku Pamiątki z Celulozy, dochodzi do wyraźnego przesunięcia napięć: przestrzeń w Biesach pełni funkcję prowokującą zło ludzkie, w Wilku zaś jedynie uzupełniającą, podkreślającą jego wszechobecność. Świat zewnętrzny nie ma mocy sprawczej, podlega jedynie statycznej analizie, związanej z konkretną sytuacją fabularną. Powieść Hłaski jest absolutnie antropocentryczna, a w centrum jej świata stoi Rysiek Lewandowski. Bardzo często ekspozycja otoczenia dokonuje się z punktu widzenia Lewandowskiego. Dochodzi wówczas do subiektywizacji opisu, przeniesienia perspektywy na psychikę dorastającego młodzieńca, dla którego podłość ludzka jest zjawiskiem zupełnie naturalnym. Społeczne doświadczenia Ryśka nie pozwalają mu na dostrzeganie świata innego niż pełnego bandytów, prostytutek i smutnych pijaków. Bohater, dojrzewając w środowisku lumpenproletariackim, wrasta w atmosferę powszechnej degrengolady. Widząc zło w ludziach, zaczyna dostrzegać je także w Marymoncie. W powieści można rozpoznać fascynujący proces zmiany postrzegania wraz ze zmianami dokonującymi się w psychice bohatera. Przestrzeń, która na początku utworu wydawała się swojska i na swój wynaturzony sposób piękna, w późniejszych partiach tekstu nabiera cech demonicznych. Dochodzi nawet do pejoratywizacji kluczowych dla młodego człowieka pojęć, takich jak ojciec, miłość, wiara czy dom: Lewandowski traci jakikolwiek szacunek do rodzica, wiarę w miłość i lepszą przyszłość oraz przeklina warunki, w jakich zmuszony jest mieszkać. Można zatem mówić o symultanicznym objawianiu się zła w człowieku i jego otoczeniu. I właśnie ten proces jest wspomnianym przesunięciem napięć w stosunku do Biesów. Po raz kolejny okazuje się, że zachodzi transpozycja pomiędzy hipotekstem a falsyfikatem, przemyślane wykorzystanie modelu wypracowanego przez tekst uprzedni.

2.2. Utwory, które Hłasko mógł znać

2.2.1. Jak hartowała się stal

Powieść Mikołaja Ostrowskiego otoczona jest legendą autora. Ranny podczas walk w armii bolszewickiej pisarz zmuszony był podyktować powieść sekretarce (w wyniku powikłań stracił wzrok). Jak hartowała się stal ma charakter autobiograficzny, ciężko jednak oddzielić w niej to, co autentyczne, od tego, co dopowiedziała fantazja czytelników i mechanizm propagandy21. Niemniej jednak fakt, iż historia powieści uległa mitologizacji, łączy ją bezpośrednio z Wilkiem. Nie jest tajemnicą, że Marek Hłasko prowadził misterną grę z ludźmi kręgów literackich lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Bardzo chciał uchodzić za naturszczyka, człowieka ze społecznych dołów, który nie ma pojęcia ani o wielkich dziełach, ani o warsztacie pisarskim. Jak skuteczne były te mistyfikacje, świadczyć może krótki ustęp z artykułu Igora Newerlego zamieszczonego w „Nowej Kulturze” w przededniu ukazania się„Almanachu Literackiego”:

Przyniósł – pamiętam – opowiadanie z życia bazy transportowej. Starannie przepisany maszynopis wyjął zza pazuchy ostrożnie, by nie ubrudzić czarnymi od smaru paluchami, i przepraszał najmocniej, że przychodzi do Związku Litera tów, że zdaje sobie sprawę, jakie to jego pisanie jest nic niewarte, ale nie może się od niego odczepić, więc niech już mu pisarze powiedzą, raz na zawsze… itd.22.

Legenda otaczająca autorów byłaby pierwszym czynnikiem łączącym Wilka z Jak hartowała się stal. Jest to jednak czynnik pozatekstowy i nie może być rozpatrywany w kontekście hipertekstualności. Dlaczego więc powieść Ostrowskiego pojawia się w niniejszym opracowaniu jako hipotekst utworu Hłaski?Jak hartowała się stal jest pierwszą nowoczesną powieścią socrealistyczną. Służyła ona za wzór wielu kolejnym pokoleniom pisarzy szerzącym ideologię partyjną. Portret bohatera pozytywnego – Pawki Korczagina –z pewnością został wykorzystany przez Igora Newerlego w Pamiątcez Celulozy. Przełomową rolę głównej postaci powieści Ostrowskiego zwięźle referuje Gabriela Porębina:

Obraz Pawła Korczagina – bodajże po raz pierwszy w literaturze radzieckiej w sposób tak pełny ujął stosunek absolutnej zgody między jednostką a społeczeństwem, więcej– między jednostką i społeczeństwem a systemem polityczno-społecznym. Harmonia ta wyraża się w pełnym zaufaniu do systemu, konkretnie do partii, jako nosiciela i realizatora postępowych ideałów społecznych, będącej tym samym rękojmią spokoju i szczęścia bohatera (…). Autor kultywuje pewne wybrane cechy charakteru (…) mianowicie: zdyscyplinowanie, rygoryzm moralny, absolutna bezinteresowność, odwaga, pracowitość, pryncypialność w podejmowaniu decyzji23.

Warstwa fabularna powieści Ostrowskiego była w chwili publikacji utworu ewenementem, a później przeistoczyła się w fenomen, który zaciążył nad literaturą polską lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Właśnie z tego względu warto przyjrzeć się jej w kontekście Wilka. Powiedziano już, że tekst Hłaski daleki jest od politycznej służalczości. Dyskretne sugestie dezaprobaty wobec władzy pozwalają na zbudowanie pewnej koncepcji ideologiczności utworu. Jak dalece może być ona posunięta, pokaże zestawienie świata wartości dominujących w opowieści o Korczaginie z zasadami rządzącymi realiami marymonckimi. Pawka to bohater, który musi przetrzymać wszystkie przeciwieństwa losu, nie może się poddać, nim nie osiągnie celu. Taki imperatyw narzuca mu konwencja utworu. Jak hartowała się stal jest w praktyce podręcznikiem dla młodych komunistów, odpowiadającym na wszelkie wątpliwości związane z realizowaniem założeń doktryny. Korczagin myśli, mówi i czyni zgodnie z linią Partii. Do wymienionych przez Gabrielę Porębinę cech charakteru dodać należy wyzbycie się czynników pobocznych, które mogłyby odciągać uwagę postaci od realizacji wyznaczonych zadań (rzeczy tak trywialnych, jak choćby miłość). Jeśli Paweł marzy, to tylko o szczęściu ogółu, nie zaś o swoim. Reguły, których przestrzega, nie są jego projektem, lecz podwalinami konstrukcyjnymi powieściowego świata. Rysiek Lewandowski stanowi kompletne zaprzeczenie, a nawet przeciwieństwo ostrowskiego ideału. Od najmłodszych lat marzy o ucieczce na prerię w ślad za swym idolem – Kenem Maynardem. Z czasem myśli o wyjeździe osaczone zostają przez obsesję niemożliwości: wyrwania się z Marymontu, znalezienia porządnej pracy, trwałego zaspokojenia głodu. Wszelkie szlachetne zachowania, których ślady odnaleźć można na pierwszych kartach powieści, zastąpione zostają przez konformistyczny instynktprzetrwania. Odpryski wartości socjalistycznych widać w niechętnym stosunku do policji. Można w tym wypadku mówić wręcz o nienawiści. Z tym że wynika ona z sąsiedzkiej solidarności, a nie z partyjnej walki. Lewandowski identyfikuje się z marymonckim proletariatem, przyjmuje reguły rządzące tym światem i wiernie ich przestrzega. W tym i tylko w tym miejscu drogi rozwoju Ryśka i Pawki zbliżają się do siebie. Pomijając powyższy fakt, można mówić o dychotomii moralnej bohatera Wilka: realizuje on wartości ogółu, lecz działa głównie dla własnego dobra. Nawet jeśli stara się uczynić coś dobrego dla drugiego człowieka (choćby zdobyć buty dla Henka), szybko zniechęcają go trudności i podejmuje drogę łatwiejszą. Nie ma w nim szlachetnego uporu, który najbardziej wyraziście charakteryzował Korczagina. Jak zatem połączyć Wilka z Jak hartowała się stal? Możliwe, że Hłasko chciał stworzyć powieść niezależną, mieszczącą się jednak w karbach doktryny. Jeśli inspirował się Pamiątką z Celulozy, a Igor Newerly wyzyskiwał model bohatera pozytywnego opracowany przez Ostrowskiego, to pośrednio – świadomie bądź nie – nawiązywał do opowieści o Pawle Korczaginie24. Pozwala to na określenie Jak hartowała się stal mianem hipotekstu. W tym przypadku transpozycja zastosowana w falsyfikacie jest posunięta o wiele dalej niż w Pamiątce z Celulozy. Hipertekst odwraca znaczenia ontologiczne wypracowane w utworze Ostrowskiego. Balansuje tym samym na granicy doktryny i realizmu, wahając się raz w jedną, raz w drugą stronę. O tym, na ile Wilk osadzony jest w konwencji socrealistycznej, a na ile odbijają się w nim echa niezgody znanej z Pierwszego kroku w chmurach, przyjdzie powiedzieć później.

2.2.2. Dwadzieścia lat życia

Wspomniano już wcześniej, że Wilk wpisuje się w konwencję powieści środowiskowej. Do tego przydziału gatunkowego dodać należy biografię bohatera żyjącego w dwudziestoleciu międzywojennym. Wydawać by się mogło, że to dość wyjątkowe połączenie, lecz powstała wcześniej powieść, która spełniała wszystkie powyższe wymogi gatunkowe. Chodzi mianowicie o Dwadzieścia lat życia Zbigniewa Uniłowskiego25. Opowieść o Kamilu Kurancie należy do popularnego w okresie dwudziestolecia nurtu biografii lat dziecięcych26. Ważniejszy jednak od rozwoju głównego bohatera będzie w kontekście Wilka aspekt środowiskowy powieści Uniłowskiego. Lumpenproletariat Powiśla, wśród którego dorasta Kurant, ma taki sam wpływ na rozwój psychiki bohatera, co marymonccy sąsiedzi na Lewandowskiego. I choć opisy przestrzeni tworzą dość wyraźną sieć powiązań pomiędzy tekstami, to próba demaskowania wpływu środowiska na kształtowanie jednostki będzie główną osią wykazania operacji hipertekstualnych. Bolesław Faron za dominantę kompozycyjną Dwudziestu lat życia uznaje epizodyczność fabuły:

Główny wątek Dwudziestu lat życia – dzieje Kamila Kuranta – sytuuje bowiem Uniłowski na szerokim tle zdarzeń i postaci, których kontakt z bohaterem jest nieraz jednora zowy i pozornie nieistotny. Nasycenie utworu różnego rodzaju drobnymi scenami i epizodami jest tak duże, że sprawiają one czasem wrażenie przypadkowości lub, co najwyżej, zdają się świadczyć o trudnościach autora w uwolnieniu się od nadmiaru materiału wspomnieniowego27.

O autobiograficzności w przypadku Wilka oczywiście nie może być mowy, z pewnością jednak warto przyjrzeć się fragmentaryczności fabuły. Uniłowski operuje sekwencjami ujęć, luźno związanymi ze sobą obrazkami z życia Kuranta. Ogromna intensywność kolejnych ustępów tekstu, przesycenie ich wydarzeniami ma na celu ukazanie wpływu środowiska na rozwój jednostki28. Właśnie postać Kamila jest elementem wiążącym powieść w mniej lub bardziej logiczną całość. Autor konsekwentnie uzasadnia wszelkie zmiany zachodzące w psychice bohatera, ilustrując każdą osobnym fragmentem fabuły. Z tego wynika, że konstrukcja świata powieściowego zorganizowana została wokół Kuranta. A zatem wszystkie opisy przestrzeni i wszelkie ślady ludzkiego zachowania zaprojektowane zostały tylko po to, by stanowić odbicie przeżyć psychicznych głównego bohatera. Czy można jednak pozbawić znaczenia środowiskowy aspekt powieści, wyzyskując jako jedyny właściwy klucz interpretacyjny psychologiczny zapis dojrzewania jednostki? Z pewnością nie. Obrazowanie świata powieściowego, szczególnie warszawskiego Powiśla, ma wartość choćby dokumentalną,

nie mówiąc o estetyce, mieszczącej się, zdaniem Lesława Eustachiewicza, w konwencji neonaturalizmu29.Wilka przyporządkować do naturalizmu można tylko pod pewnymi względami. Wszystkie drastyczne sceny i motywy w powieści – bójki, trupy, pijaństwo czy sprawy seksualne – opisane są w sposób niemal reportażowy, opatrzony jednak nieśmiałym śladem symbolizmu. Ponadto obszerność opisów w Dwudziestu latach życia jest nieporównywalna z ich występowaniem w Wilku, który jest przede wszystkim powieścią dialogu. Jeśli szukać jakichś punktów wspólnych pomiędzy utworami, to chyba tylko w utrwaleniu obrazu lumpenproletariackiego środowiska okresu dwudziestolecia. Tak Powiśle, jak i Marymont przedstawione są w sposób jak najbardziej zbliżony do autentyzmu. Wracając do psychologizmu utworów –i w tym aspekcie dochodzi do rozbieżności. Wydaje się, że przypadkowość doboru scen z życia Ryśka Lewandowskiego nie jest aż tak chaotyczna, jak w przypadku Dwudziestu lat życia. Światem Wilka rządzi determinizm: wydarzenia są ułożone tak, by udokumentować proces samouświadomienia Ryśka. Każde z kolejnych zdarzeń wydaje się coraz bardziej podłe i beznadziejne. Wątki powieści Hłaski podlegają przemyślanej i celowej gradacji. Utwór, choć pozornie afabularny, skrywa konkretny wzór, który w zasadzie wyklucza jakiekolwiek wewnątrzstrukturalne ingerencje: wprowadzenie nowych treści mogłoby zaburzyć przedstawiony proces dojrzewania jednostki, wykluczenie pewnych wątków doprowadziłoby do zatracenia logiczności fabuły, zmiana kolejności wydarzeń groziłaby z kolei utratą chronologii.Wilk jako falsyfikat wyzyskuje co prawda model strukturalny powieści Uniłowskiego, podlega on jednak pewnym przekształceniom. Chaotyczny układ scen hipotekstu zostaje ułożony wedle odgórnej reguły teleologicznej. Tym, co łączy hipertekst z testatorem, jest schemat fabularny: próba opisania wpływu środowiska na rozwój młodzieńca. Ów schemat jest jednak zaledwie korpusem, prostą bryłą, z której wykuwa się Wilk30.

2.2.3. Literatura amerykańska – Hemingway i Steinbeck

Do końca 1955 roku przetłumaczono w Polsce dwie powieści Hemingwaya: Pożegnanie z bronią (1931) i Mieć i nie mieć (pod innymi tytułami, 1939, 1948) oraz Myszy i ludzi (1948) Steinbecka31. Na amerykańskie korzenie prozy Hłaski krytyka wskazywała niemal od momentu debiutu32. Wydaje się, że założenia te mogą być słuszne, szczególnie w odwołaniu do Wilka. Portretowane w utworach zamorskich pisarzy środowisko robotnicze oraz jego brutalność stanowić mogły źródło inspiracji dla Hłaski. Szczególnie że podobnych przedstawień próżno szukać w literaturze polskiej.Pożegnanie z bronią ze względu na problematykę wojenną i miłosną można w rozważaniach odrzucić. Natomiast pomiędzy Mieć i nie mieć a Wilkiem istnieją pewne zauważalne punkty wspólne, mianowicie bezrefleksyjna agresja. Zbrodnicze czyny Harry’ego Morgana przekazywane są w sposób neutralny, mechaniczny. Wynika to zapewne z postulowanego przez Hemingwaya behawioryzmu. Obojętność wobec śmierci traktowana jest jako zachowanie konieczne, sztuka przetrwania. Brak zaangażowania emocjonalnego postaci wskazuje na akceptację panujących w świecie reguł i brak chęci ich zmiany. W Wilku o bezrefleksyjności mówić oczywiście nie można. To właśnie przemyślenia Lewandowskiego nadają akcji odpowiedni ton. Jeśli jednak przyjrzeć się atmosferze ogólnego przyzwolenia na zło, natura jej pochodzi z tego samego źródła co w powieści Hemingwaya. Obojętność proletariatu na tragedie sąsiadów wynika w istocie rzeczy z przyzwyczajenia i dopuszczenia brutalizacji życia. Pomijając solidarność środowiskową, każda komórka społeczna – rodzina – obciążona jest własnymi problemami, codziennymi trudnościami. Stąd brak zaangażowania w kłopoty innych, realizowany poprzez behawiorystyczne przedstawianie ludzkich dramatów wywlekanych na ulice. Podobną poetykę dostrzec można w Myszach i ludziach, nie behawioryzm będzie jednak płaszczyzną porównawczą pomiędzy utworami Steinbecka i Hłaski. Dalece ważniejszy wydaje się sposób obrazowania życia robotników. Wędrówka za pracą, wieczny głód i brak perspektyw – problemy silnie obecne w Myszach i ludziach – obce były literaturze socrealistycznej. W Wilku natomiast optymistyczna atmosfera tekstów postszczecińskich zastąpiona została właśnie odpychającym obrazem ubóstwa. Niemal naturalistyczny sposób portretowania życia mieszkańców Marymontu nawiązuje w pewnym kształcie do poetyki realizowanej przez Steinbecka. Przedstawienie ludzi kalekich, pokracznych, w jakiś sposób skażonych, stanowi płaszczyznę możliwej inspiracji Hłaski Myszami i ludźmi. Behawiorystyczno-naturalistyczne obrazowanie życia środowisk robotniczych stanowi dość silną podstawę relacji hipertekstualnej. Wzorce amerykańskie siłą rzeczy poddano pewnym przekształceniom, jednak wyjątkowość Wilka wśród rodzimej literatury pozwala sądzić, że inspiracje dla nadania powieści takiego charakteru pochodzą z innego kręgu kulturowego (czy też politycznego). Hipoteksty Hemingwaya i Steinbecka przetransponowane na realia marymonckie nadają powieści Hłaski wymiar surowości i bezkompromisowości.

2.3. Palimpsest absolutny –Sonata marymoncka

Czas wreszcie zająć się utworem, który określić można mianem palimpsestu absolutnego – Sonatąmarymoncką. Wilka i ten tekst cechuje niezwykła zależność: wspólny bohater, miejsce akcji i odautorski zamysł stworzenia epickiej opowieści o warszawskim marginesie. Jednak wszystkie te cechy wspólne przepuszczono przez filtr demonicznego mroku, wyjaskrawiając je w Wilku tak dalece, że ciężko uwierzyć we wspólne źródło obydwu powieści. Jak wspomniano wcześniej, Hłasko najpierw napisał Sonatę, a później zmienił koncepcję i miast powieści postszczecińskiej stworzył utwór międzywojenny. To właściwie wszystko, co wiadomo o związku powieści marymonckich. Wydaje się również, że to wszystko, co je czyni podobnymi. Utwory rozpoczynają się paralelnie. Wilk zawiera co prawda bogatszy obraz marymonckiej ulicy i jej mieszkańców, ale partie tekstu, które traktują o tym samym materiale, są niemal identyczne. Fabuły rozchodzą się w momencie, kiedy główny bohater ma mniej więcej dziesięć lat. W Sonacie wybucha wojna, ojciec Ryśka znika w zawierusze, matkę aresztują Niemcy i osierocony Lewandowski zostaje zmuszony do natychmiastowego wydoroślenia. Natomiast większość akcji Wilka to właśnie dzieciństwo Ryśka spędzone w ubogim mieszkaniu z rodzicami. Zestawienie podobieństw i różnic wydaje się schematem zbyt prostym i niewystarczającym do ukazania niezwykłej zależności pomiędzy powieściami. Wynika to z faktu, iż przedstawiono w nich zupełnie inne realia, odmienne są konflikty wewnętrzne Ryśka, różne są także aspekty środowiskowe. Nie sposób określić zabiegów hipertekstualnych jako transpozycji (jak w przypadku pozostałych hipotekstów), gdyż nie nastąpiło przesunięcie napięć, lecz ich całkowita rekonfiguracja. Jedyną możliwością porównawczą jest zestawienie najważniejszych czynników konstytuujących światy powieściowe historii marymonckich. Rysiek z Sonaty żyje wśród kierowców i robotników. Są to ludzie skupieni na pracy, mniej lub bardziej akceptujący panujący ustrój. Jeśli dopuszczają się rzeczy nieuczciwych, to w tajemnicy, o ich złych uczynkach nie powstają już pieśni, jak było przed wojną. Wartości, jakich uczy się od nich Lewandowski, skażone są już socjalizmem i relacje międzyludzkie przypominają te, które znaleźć można w Jak hartowała się stal. Jednym z największych dylematów Ryśka jest decyzja, kogo uznać za prawdziwego bohatera: Kena Maynarda, Pawkę Korczagina czy chrzestnego Zielińskiego. Sam fakt, że brany pod uwagę jest bohater Ostrowskiego, świadczy o braku podstawowej edukacji moralnej. Wcześnie osierocony Lewandowski budował świat wartości wśród obcych, zupełnie przypadkowych bodźców, co owocuje niezwykłą podatnością na wpływy. W związku z tym bohater przyjmuje takie poglądy, na jakie pozwala mu aktualna sytuacja. Gdyby spróbować określić jednym słowem charakter rozwoju psychicznego Ryśka z Sonaty, byłoby nim wyobcowanie. Podstawową różnicę pomiędzy głównymi postaciami obydwu powieściopisać można bardzo uproszczonym schematem: alienacja – zadomowienie. Lewandowski z Wilka przejmuje świato pogląd ulicy od najmłodszych lat, zobligowany niejako do wrośnięcia w aksjomat dzielnicy. Umieszczając akcję w dwudziestoleciu, zmuszony został Hłasko do całkowitej zmiany koncepcji od autorskiej. Sonata marymoncka o pracy, indoktrynacji i szoferskich realiach raczkującego PRL-u stała się opowieścią o lumpen proletariackim środowisku złodziei i głodujących biedaków. Trzeba powiedzieć jasno, że poza wspólnym źródłem obie powieści nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Fakt, że łączą je niektóre lokalizacje czy imiona postaci (Zieliński młodszy, Rączkowski), nie powinien stanowić dowodu na ścisłe pokrewieństwo utworów. Dowolność zestawień hipertekstualnych winna być traktowana z rozwagą i wyczuciem granicy pomiędzy prawdą a naiwnością. Gdyby o związku tekstów literackich stanowić miało tylko podobieństwo świata przedstawionego, to doświadczenia kresowe Włodzimierza Odojewskiego pojmować należałoby jak linię produkcyjną do wytwarzania kolejnych tomów. Określenie Wilka i Sonaty marymonckiej mianem hipertekstu i hipotekstu jest jak najbardziej uzasadnione i prawidłowe, lecz pozostawia pewien niedosyt. Wydaje się, że nie ma jeszcze warsztatu terminologicznego, pozwalającego określić tak niespotykaną relację. Biorąc pod uwagę fakt, że utwory wyrastają ze wspólnego źródła, można zaproponować kilka nazw związanych właśnie ze wspólnym początkiem, na przykład hipertekstualność fonsualna (łac. fons – źródło, zdrój, wodotrysk), hipertekstualność origonalna (łac. origo – geneza, pochodzenie, początek), hipertekstualność principiumalna (łac. principium – początek, rozpoczęcie, źródło). Jakkolwiek by jednak ten związek nazywać, jest on niezwykły i z pewnością warty dalszego studium.

3. Kompozycja i styl

3.1 Bohaterowie

Hłasko wykreował w powieści imponującą liczbę postaci. Zwyczajowo dzieli się bohaterów literackich na indywidualnych i zbiorowych, jednak w przypadku Wilka podział może nie być tak oczywisty33. Autor skupia się bowiem przede wszystkim na portretowaniu ludzi i nawet wtedy, kiedy w utworze pojawia się pewna zbiorowość, Hłasko prezentuje pośród niej indywidualności. Choć nierzadko dokonuje tego za pomocą lakonicznego, pozornie nieistotnego opisu, dla struktury dzieła pozostaje on nad wyraz znaczący. Zatem, by zachować porządek rozważań, bohaterów Wilka zakwalifikować należy jako indywidualnych i zbiorowych, wśród których dostrzec można jednostki wyróżnione szczegółowym opisem.

3.1.1. Bohaterowie indywidualni

3.1.1.1. RYSIEK LEWANDOWSKI

Stwierdzenie, że Rysiek jest głównym bohaterem powieści, może być niewystarczające. Gdyby zastosować do utworu narzędzia i terminologię strukturalistyczną, należałoby nazwać Lewandowskiego dominantą. Wszystkie elementy, z których składa się Wilk, noszą znamiona głównego bohatera. Fabułą jest jego dojrzewanie, świat przedstawiono z jego perspektywy,

wszystkie postaci to ludzie, których spotyka, osią konstrukcyjną natomiast są monologi wewnętrzne. Stanowi zatem Rysiek spiritus movens prowadzenia opowieści. Przedstawiony w utworze życiorys Lewandowskiego można podzielić na dwie wyraźne części, wyrastające z podstawowego imperatywu ukonstytuowanego przez samego bohatera: pragnienia lepszego życia. Przełomowym dla Ryśka momentem jest strajk w Blaszance – odnalezienie poszukiwanej od urodzenia walki. Nad jej charakterem przyjdzie zastanowić się później, tymczasem przedmiotem uwagi narratora pozostają wydarzenia, które doprowadziły siedemnastoletniego chłopaka na mury fabryki. Nad młodzieńczym okresem życia Lewandowskiego zdaje się ciążyć jedna reguła, przyjmująca postać okrutnego sylogizmu: jeśli człowiek wrasta w dzielnicę, a dzielnica jest podła, to człowiek też jest podły. Od owej zasady nie może być odstępstw, przy czym zaznaczyć należy, że wszelkie wypowiedziane lub wynikające z toku fabuły konstatacje, choć często sprawiają wrażenie prawdabsolutnych, biorą się w istocie rzeczy z przemyśleń bohatera. W atmosferze owego przykazu przeżywa Rysiek siedemnaście lat pełnych biedy, głodu i upokorzenia. Od dzieciństwa prowadzą go marzenia: o bohaterze, ucieczce, walce. Zauroczony obrazem Kena Maynarda, dzielnego kowboja walczącego z niegodziwością, próbuje przetransponować filmowe realia Dzikiego Zachodu na swojski Marymont. Jednak światem warszawskim rządzą inne reguły niż filmowym. Herosami lumpenproletariatu nie są współcześni Robin Hoodowie, lecz bandyci, wysławiani pieśniami złodzieje i mordercy. Oczekiwania Ryśka muszą więc ulec drastycznej zmianie, szlachetność zastępuje spryt, a estymę strach. Choć bracia Zielińscy, wybrani przez Lewandowskiego na „stanowisko” lokalnych kowboi, zawodzą nadzieje głównego bohatera,do końca wierzy on w istnienie bezinteresownych wojowników, na których można się wzorować, dążąc do osiągnięcia ideału. Bezpośrednio z marzeniami o Kenie Maynardzie łączą się projekcje ucieczki. Związane raczej z okresem lat szkolnych, później towarzyszą Ryśkowi jako swego rodzaju przypomnienie, reminiscencje dawnych rojeń, przez co przybierają formę eskapizmu. Ucieczka nigdy nie ma znaczenia literalnego. Lewandowski zbiega nie przed kimś lub czymś, ale do czegoś: do wolności. Chęć pozostawienia domu, głodu i ubóstwa jest tylko fasadą. Wartością nadrzędną w życiu Ryśka jest wolność, wyzwolenie spod jarzma wszechogarniającej rozpaczy. Toteż wyobraża sobie różne drogi ucieczki: statkiem do Ameryki, do kowboi, złodziejstwem do bogactwa, w końcu do wspólnoty robotniczej. Sytuacje, jakich jest świadkiem i uczestnikiem, wymuszają niejako wybór ścieżki pozbawionej moralności. Nawet kiedy Rysiek dostaje pracę, szansę na odmianę losu, okazja ta przeistacza się w najgorsze życiowe doświadczenie. Gorzka prawda o profesji wysiudajki wymusza na bohaterze kolejną, ostatnią już rejteradę. Po doznaniu ostatecznego upokorzenia odnajduje w końcu to, co wreszcie umożliwi ucieczkę do wolności: walkę. Walka jest głównym narzędziem, które doprowadzić ma bohatera do celu poszukiwań, jakim jest – paradoksalnie – odnalezienie samego celu. Nader często pojawiają się w powieści wzmianki o pragnieniu walki, jakiejkolwiek walki, nierzadko podpartej jednoznacznymi moralnie pobudkami. Bohater pragnie być polskim kowbojem. Zakorzenione głęboko w podświadomości urojenia o Kenie Maynardzie nakazują walczyć o dobrą sprawę, o godność biednych, o wolność własną. I dlatego Rysiek za wszelką cenę chce spełnić ostatnie życzenie umierającego Henka, dlatego pozwala odejść chłopcu sprzedającemu gazety, dlatego dołącza do robotników. Urzeczywistnienie fantazmatówjest największym pragnieniem młodego chłopaka z Marymontu. Pozostaje ono wartością stałą pomimo wszystkich złych doświadczeń, jakie napotyka na drodze dojrzewania Lewandowski34. Choć sam bohater się zmienia, wszystkie działania podyktowane są urzeczywistnieniem wyobrażeń. Aby lepiej zrozumieć niezwykłość tej zależności, warto wyeksponować rozwój psychiki Ryśka w toku fabuły powieściowej. Epizody utworu ułożone są według pewnej odgórnie narzuconej kolejności. Przy czym rozwój akcji charakteryzuje szczególna gradacja wydarzeń. Każde następne doświadczenie Ryśka jest coraz bardziej bolesne i upokarzające. Nieprzypadkowo tak często padają w trakcie narracji słowa „upodlenie” i „nędza”. Światem powieściowym zdaje się rządzić pewne teleologiczne założenie, które nie pozwala Lewandowskiemu na wyjście poza wspomniany wcześniej sylogistyczny schemat. I choć kompozycja utworu to osobne, wymagające oddzielnego rozszerzenia zagadnienie, nie można pominąć tej uwagi, zastanawiając się nad ewolucją głównego bohatera. Ryśkiem od najmłodszych lat kieruje osobliwy, dychotomiczny układ respektowanych reguł: żyje według zasad obowiązujących na ulicy, ale swobodnie je interpretuje, używa do własnych celów. Akceptuje rzeczywisty stan rzeczy, lecz za wszelką cenę stara się oderwać od świata, w którym przyszło mu żyć. Znakomitym przykładem ilustrującym to zjawisko jest praca wysiudajki. Gdyby Lewandowski postępował wedle sztywno wytyczonych reguł marymonckiej lojalności, to w momencie, kiedy przyszło mu bić dawnych kolegów, odszedłby z pracy, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Rysiek jednak bardzo długo zwleka z ostateczną decyzją, gdyż honor ulicy stanowi prawo mniej istotne niż wydobycie rodziny z nędzy. Z haniebnego zajęcia rezygnuje dopiero po rozmowie z Budziejewskim. Dopiero słowa wypowiedziane przez człowieka okrutnie skrzywdzonego mogą zostać wzięte za prawdę. Albowiem znaczenie słowa „człowiek”, jego wartość, stanowią dla Lewandowskiego rodzaj ruchomej granicy, która ulega przesunięciu wraz ze zmianami zachodzącymi w psychice bohatera. W dzieciństwie termin ten brzmi dumnie, później staje się najgorszą obelgą, by w końcu przeistoczyć w najcenniejszy dar, jaki można otrzymać. Stosunek Ryśka do człowieczeństwa, choć zmienny, zawsze jest jakimś punktem odniesienia. Im bardziej Lewandowski odchodzi od marzeń, tym mniejsze znaczenie ma dla niego życie, z tym większą pogardą patrzy na innych. Im gorszą sam staje się istotą, tym wyraźniejszą podłość dostrzega w otaczającym świecie. Ta dynamiczna zależność kształtuje jego tożsamość, stanowi o narodzinach buntu. Gwałtowny sprzeciw wobec doskwierającego porządku rzeczywistości rodzi frustracja wynikająca z nieprzystawalności fantazmatów do marymonckich realiów35. Antycypowana przez Ryśka za młodu idea bohaterstwa jest stopniowo przyćmiewana przez coraz boleśniejsze doświadczenia, uniemożliwiające odnalezienie życiowego celu. Dopiero odkrycie właściwej walki pozwala bohaterowi na uporządkowanie wszystkich chaotycznych doznań i nieskładnych przemyśleń, które kształtują jego świadomość poprzez niezwykle trudne, sui generis patologiczne życie. Doświadczenia tanatyczne i martyrologiczne rozwijają w bohaterze swoiście pojmowaną świadomość ideologiczną. Rysiek, obserwując system przez pryzmat rodziny i sąsiedztwa, w sposób holistyczny dochodzi prawdy o świecie: widząc nieszczęście jednostek, stopniowo utożsamia je ze złem systemu. Warto zauważyć, że wszelkie konkluzje mające charakter polityczny, podsuwane są Ryśkowi przez Rączyna. To Janek uświadamia bohaterowi, że brutalne realia marymonckie nie stanowią wyrazu patologii, lecz winę władz. Obrana przez Ryśka droga poszukiwania własnej walki często prowadzi do czynów niemoralnych. Podążanie za swoim sumieniem, dyktowane zasadami nierzadko przedkładanymi ponad honor dzielnicy, charakterystycznie pojmowane kategorie dobra i zła oraz, przede wszystkim, ich makiaweliczne interpretowanie nasuwają pytania o antybohaterski rodowód Lewandowskiego. Tym bardziej że Rysiek zdolny jest do rozwiązań skrajnie brutalnych. Często stosuje przemoc fizyczną, myśli o zabójstwie. Niepohamowane pragnienie wymuszania sprawiedliwości, morderczej zemsty, tworzy obraz nie tylko zagubionego chłopca z biednej dzielnicy, ale również skłonnego do czynów ostatecznych socjopaty. Michał Januszkiewicz, definiując pojęcie antybohatera jako między innymi kategorię interpretacyjną, wymienia cechy charakterystyczne dla owej postaci literackiej36. Są to:

1. wyrastająca z własnego antyheroizmu tęsknota za heroizmem,

2. subiektywne odrzucenie autorytetów,

3. negatywne, alienujące pojęcie wolności,

4. ontologiczny, aksjologiczny i epistemologiczny wymiar świadomości oraz

5. tożsamościowa i etyczna nieokreśloność.

Gdyby zanalizować postać Ryśka wedle powyższych kryteriów, wysnuć można by bardzo ciekawe wnioski, które wskazują, jak się zdaje, odpowiedź na pytanie: czy Lewandowski jest antybohaterem?

1. Nie ulega wątpliwości, że aspirujący kowboj odczuwa tęsknotę za szlachetnym wybawicielem. Zagadnienie to omówiono już wcześniej i nie ma potrzeby powtarzania tego problemu.

2. Czy można mówić o subiektywnym odrzuceniu autorytetów przez Ryśka? Sprawa wydaje się przynajmniej niejasna. Oto z jednej strony przyjmuje on życiowe wskazówki Zielińskich, idealizuje portretowanych przez Kena Maynarda jeźdźców, przyznaje nawet częściową rację garbatemu Kotrasowi. Z drugiej zaś absolutnie odrzuca autorytet rodzicielski (z wyjątkiem siły fizycznej ojca) oraz niektóre argumenty ideologiczne komunistów, wygłaszane przede wszystkim przez Jasnego i Rączyna. W istocie dopiero podczas strajku w Blaszance opowiada się po stronie robotników, uznając jednak siłę nie jednostek, lecz zdesperowanego tłumu. Afirmacja niemal całkowicie pozbawiona jest nadbudowy ideologicznej, co w zasadzie przesądza o subiektywnym pojmowaniu przez Lewandowskiego argumentów aktywu. Bohater oddziela walkę klasową od walki o godność i wolność, indywidualnie traktując charakter rozruchów.

3. Nie jest to jednak interpretacja alienująca. Co prawda bunt robotniczy stanowi szansę na zrealizowanie młodzieńczych marzeń, jednak Lewandowski pozostaje urzeczony tłumem, a wstąpienie do Partii staje się największym pragnieniem, więcej– urzeczywistnieniem wszystkich dziecinnych projekcji. A zatem nie można mówić o separującym pojęciu wolności, lecz postępowaniu ściśle sprzężonym z działaniami zbiorowości.

4. Mówiąc o świadomości walki, nie można pominąć całościowego charakteru bohatera. Januszkiewicz zwraca uwagę na aspekt ontologiczny, to jest całkowite zdawanie sobie sprawy z beznadziejności własnego położenia, aksjologiczny, czyli umiejętność wyznaczania dobra i zła oraz kierowanie się w stronę agresji, obojętności czy dystansu, oraz epistemologiczny – pozwalający na poszukiwanie prawdy o świecie i sobie. Nie ulega wątpliwości, że wszystkie wymienione wyżej punkty odniesienia można bez problemu połączyć z Lewandowskim. Osobnicze interpretowanie kategorii aksjologicznych, wyrastające z tęsknoty za lepszym życiem, naznaczonej ciężkimi warunkami egzystencji, to chyba najbardziej skondensowane i jednocześnie najtrafniejsze określenie istoty psychiki Ryśka.

5. Problemy z określeniem własnej tożsamości oraz etyczne rozchwianie są bezpośrednimi konsekwencjami nieostrości podstawowych pojęć. Bohater Wilka jest niewątpliwie wewnętrznie rozdarty, pozbawiony wychowawczego dekalogu. Zmuszony do samodzielnego ustanawiania zasad i granic, dostosowuje je do napotkanych okoliczności. Ów impas niejasności i dylematów ma charakter permanentny, nawet gdy bohater staje się częścią walczącej zbiorowości, targają nim pewne wątpliwości, wciąż poszukuje dodatkowych odpowiedzi. Na podstawie powyższych rozważań z pewnością uznać by można Ryśka Lewandowskiego za antybohatera. Istnieje jednak pewien problem. Januszkiewicz, jak się zdaje, odnosi ową postać literacką do warunków świata, w którym panują zasady ogólnie uznane za etyczne i moralne. Tymczasem świat Wilka z tej perspektywy można określić jako dziki, podły, pozbawiony reguł. A zatem Rysiek-antybohater egzystowałby w antyświecie. Należy postawić pytanie, czy omawiana kategoria literacka ma prawo zaistnieć tylko w świecie normalnym, rządzonym według pewnego porządku, i czy antybohater operujący w antyświecie ulega „odbuntowieniu”, stając się zwykłym bohaterem? Odpowiedź przynosi sprzeciw Lewandowskiego wobec reguł rządzących Marymontem. Otóż Rysiek, znając realia Żoliborza czy Starego Miasta, nie pragnie wyrównać dysonansu między Warszawą biedną i bogatą, lecz domaga się „lepszego”. Zasadne może być przypuszczenie, że miejsce zamieszkania bohatera nie ma dla sprawy znaczenia. I choć otoczenie stanowi oczywiście znaczący czynnik motywujący antybohatera do buntu, to specyficzna konstrukcja postaci umożliwia, a nawet zmusza do protestu, negacji reguł panujących na ulicy. Zatem antybohater pojawić się może w każdych realiach: tak idyllicznych, jak również antyutopijnych. A Rysiek Lewandowski właśnie antybohaterem locus horridus bezspornie jest.

3.1.1.2. JANEK RĄCZYN

Pomijając głównego bohatera, Rączyn jest chyba najlepiej scharakteryzowaną postacią powieści. Koncentruje w sobie niemal całą ideologiczną nadbudowę Wilka. Biorąc pod uwagę schematyzm postaci, warto przyjrzeć się jej przez pryzmat nomenklatu-ry socrealistycznej, tym samym nazywając Rączyna bohaterem pozytywnym. O jego typowości świadczy przede wszystkim postawa życiowa. Janek jest zagorzałym komunistą, choć w rozmowie z Kotrasem nie potrafi komunizmu zdefiniować. W gruncie rzeczy ideologia stanowi w powieści element jakby niemy. Swoją nieobecność odciska na strukturze dzieła socjalistycznymi w swej istocie motywacjami postaci, szczególnie Rączyna37. Bohater walczy przede wszystkim o emancypację robotników, nie zaś o obalenie klasy rządzącej. Najwyższymi dla niego wartościami są równość, prawa człowieka i pracownika. Oczywiście dysponuje gruntowną wiedzą teoretyczną, poleca przecież Ryśkowi lekturę czasopism marksistowskich, pała również nienawiścią do faszyzmu, w czym z pewnością doszukiwać się można komunistycznych fundamentów przekonań nim kierujących. Jednak podstawowym celem walki bohatera pozostaje godność człowieka biednego. W kreacji postaci Rączyna typowość przejawia również konstrukcja bohatera. Janek stylizowany jest na wzór Pawki Korczagina: niezłomnego w swej walce, pozbawionego wątpliwości bojownika. Absolutnie przekonany o słuszności ideologii, wiernie podąża wytyczonymi przez towarzyszy szlakami. Niemal rzuca się z pięściami na przyziemne marzenia Kotrasa, choć sam do końca nie potrafi wykoncypować wizji społeczeństwa bezklasowego. Jego wyobrażenia o świecie porewolucyjnym są nieostre, lecz determinacja, z jaką ich broni, niezachwiana:

Komunizm to ta sama ulica, a już zupełnie nie ta sama. Już wiadomo, dokąd prowadzi... Nie, czekaj, inaczej...! Albo tak: w komunizmie ludzie... Bo poczekaj... – czy to można tak łatwo? (…) W komunizmie nie będzie takich jak ty! To jest właśnie komunizm!

W Rączynie, jak w każdym bohaterze pozytywnym, nie budzą wątpliwości trudne doświadczenia. Więziony, torturowany, chory na gruźlicę: zawsze pozostaje wierny idei. Nawet gdy Stalin rozwiązuje KPP w 1938 roku, Janek widzi sens w dalszej walce iz nadzieją patrzy w przyszłość, poszukując nowej drogi wyzwolenia. Jedynym momentem, w którym odstąpił od tej postawy, była krótka chwila w więzieniu, kiedy ugiął się pod wpływem brutalnego przesłuchiwania. Nie należy jednak tego zdarzenia traktować jako odstępstwa od ideologii, lecz jako impuls samozachowawczy. Bardziej zresztą zmartwił Janka zawód sprawiony towarzyszom niż własna słabość, co tylko potwierdza główny cel przyświecający jego walce: wolność, równość, braterstwo. Janek jest ideowym przewodnikiem Ryśka Lewandowskiego. Wplątuje go w działalność podziemną, pozwala zostać w Blaszance podczas strajku, przyjmuje do Partii, przynosi „czerwone” gazety. Należy jednak zaznaczyć, że wprowadzanie głównego bohatera w struktury partyjne przebiega nie poprzez indoktrynację, lecz unaocznienie sensu i celu. Rączyn jasno definiujeprzedmiot walki, cały czas podkreślając ludzki pierwiastek całego przedsięwzięcia. Nie prowadzi Lewandowskiego z pozycji guru, lecz człowieka wskazującego właściwy – swoim zdaniem

kierunek rozwoju. Fakt, iż niemal cały ideologiczny ciężar utworu zmaterializowany jest w jednej postaci, przynosi daleko idące konsekwencje dla całościowej interpretacji Wilka. Niestety, po raz kolejny przyjdzie odłożyć rozważania na temat socrealistycznych pierwiastków w powieści na później. Tak dokładna i skrupulatna kreacja Rączyna pozwala jednak wysunąć przypuszczenie, że miał Janek reprezentować racje proletariatu międzywojennego z perspektywy ideologicznej, partyjnej. Można zaryzykować stwierdzenie, że racje ubogich robotników nie byłyby tak uzasadnione, gdyby ze struktury powieści wykluczony został Rączyn, co z kolei jest dowodem na to, że pojedynczy bohater stanowi o socrealistycznym zakorzenieniu gatunkowym utworu.

3.1.1.3. IGNACY KOTRAS

Upośledzony, wyszydzany przez wszystkich sąsiad Lewandowskich jest postacią niezwykle charakterystyczną. Dla skazanego na garb i nieznośną, chimeryczną żonę nieszczęśliwca jedynym marzeniem jest butelka wódki. Ignacy uchodzi za miejscowego filozofa, myśliciela mającego odwagę publicznie mówić o swych marzeniach. Należy przypuszczać, że najbardziej wywyższającym wydarzeniem w życiu panicznie bojącego się policji człowieka jest malowanie portretu Stalina. Kotras podejmuje wyzwanie, roztrzęsionymi rękoma niosąc nadzieję strajkującym robotnikom. Można chyba mówić o przełomie, jaki dokonuje się podczas wykonywania malunku, gdyż bez tego doświadczenia nie byłby możliwy jedyny i zarazem ostatni bohaterski gest gar-busa w powieści. Mocny akcent kończący utwór w dość wyraźny sposób podkreśla magnetyzm, z jakim możliwość uczestniczenia w zorganizowanej, walczącej o dobrobyt grupie przyciąga ubogie jednostki. Umieszczenie Kotrasa pośród marymonckiej społeczności realizuje pewien schemat fabularny, znany choćby z późniejszego Romansu prowincjonalnego Kornela Filipowicza czy opowiadania Porachunki garbusa Marka Nowakowskiego38. Utwory, których akcja toczy się w realiach małego miasteczka lub przedmieść, charakteryzuje specyficzny rodzaj tkanki społecznej. Jedną z postaci pojawiających się w takiej małej ojczyźnie jest miejscowy głupek: upośledzony psychicznie lub fizycznie człowiek, będący obiektem nieustannych drwin, wypowiadający jednocześnie najskrytsze i najbardziej podstawowe pragnienia całej społeczności. Nadwrażliwość osób marginalizowanych, bliska nadwrażliwości dziecka, zdolność do symplifikacji pozornie złożonych problemów były tematem rozważań badaczy zajmujących się romantycznym rodowodem przywoływanego zjawiska39. Nie ma więc potrzeby prezentowania zarysu problemu. Warto jednak zwrócić uwagę, że wpisanie Wilka w pewien schemat fabularny, choćby

wybiórczo, pozwala umiejscowić powieść na obrzeżach kręgu literatury małych ojczyzn. Powracając do samego Kotrasa, rzeczywiście można zaobserwować u niego pewne symptomy nadwrażliwości. Ignacy pragnie, żeby było po prostu dobrze, żeby żyło się lepiej. Nie komplikuje tego żadną ideologią, nie konkretyzuje sposobu walki, zwyczajnie marzy o spokoju dla siebie i własnej ulicy. Prostota tych rojeń tkwi w odrzuceniu Kotrasa przez społeczeństwo. Niestety, próba akcesu do większej grupy kończy się dla garbusa tragicznie. Wniosek z takiego ułożenia planu fabularnego może być okrutny: postać wiejskiego głupka celowo projektowana jest na uboczu, gdyż próba przeniknięcia do centrum akcji kończy się katastrofą.

3.1.1.4 ZDZISŁAW ZIELIŃSKI

Postać złodzieja wykreowana została w sposób przewrotnie tragiczny. Zieliński to bezwzględny, budzący w okolicy respekt przestępca z jednej strony, z drugiej zaś melancholijny, tęskniący do miłości wrażliwiec. Pozornie żyjący z fasonem zawadiaka okazuje się człowiekiem niezwykle nieszczęśliwym, naznaczonym ogromnym cierpieniem. Kreacja Zielińskiego wzbudza w odbiorcy utworu bodaj największe współczucie. Podczas rozmowy z Ryśkiem na czarnej drodze bohater obnaża iluzję, jaką są pieniądze i piękne ubrania. Życie zbrodniarza jest w swej istocie bezcelowe, sprawia wrażenie pozbawionej sensu sekwencji ekscesów alkoholowych. Naznaczone nigdy niezrealizowanym pragnieniem tkliwości, z czasem traci ekscytujący smak. Otoczona fasadą egzystencja Zielińskiego dobiega końca w sposób nagły, przerwana decyzją podjętą w stanie szaleńczego zamroczenia. Ukazująca cały tragizm doliniarza scena wigilijna nale-ży również do najmocniejszych w swej wymowie fragmentów powieści. Pogarda, z jaką traktują złodzieja i rozdawane przez niego dobra zebrani wokół ludzie, odsłania pewną prawdę o środowisku marymonckim czy o życiu w ogóle: respekt nie musi oznaczać szacunku. Zielińskiego się bano, lecz nie poważano. Iw momencie, kiedy najbardziej potrzebował zrozumienia, odmówiono mu akceptacji. W gruncie rzeczy szopenfeldziarz znajduje się w podobnej sytuacji co Kotras. Obydwaj są marginalizowani przez społeczeństwo i właśnie ten dystans, tak garbusowi, jak i Zielińskiemu, przynosi tragiczny koniec.

3.1.1.5. STEFAN BUDZIEJEWSKI

„Człowiek o złotych rękach”, jak określają go sąsiedzi, to postać epizodyczna, lecz niezwykle charakterystyczna, toteż nie sposób jej pominąć. Bezrobotny, porzucony przez żonę bohater powraca do życia Lewandowskiego w momencie najbardziej krytycznym, zdaje się tylko po to, by podkreślić niesprawiedliwość świata:

– Po to Bóg dał człowiekowi ręce, żeby pracował, robił coś nimi na lepsze... Ręka u człowieka – to piękna rzecz Rysiu, ale jak nie ma co wziąć w tę rękę, to najgorsza rzecz...

Powyższe słowa uwydatniają wartość człowieczeństwa, tak często zaznaczaną w Wilku. Dla proletariatu sportretowanego w powieści jedną z podstawowych potrzeb w życiu jest praca. Jednostka pozbawiona zarobku zostaje zmuszona do poszukiwania zajęcia, często skazanego na porażkę. Niemoc zdobycia zatrudnienia, zarobienia na chleb, urasta do rangi problemu łamiącego istnienie. Przykładem takiej roztrzaskanej egzystencji jest właśnieBudziejewski. Pozbawiony perspektyw bohater jedyny ratunek od biedy i głodu widzi w więziennym odosobnieniu. Celowo rozbija szybę swoimi „złotymi rękami” – w zamknięciu ma większe szanse na przetrwanie niż na wolności. Na przykładzie Stefana w sposób niezwykle jaskrawy pokazano problem bezrobocia, obecny na szeroką skalę w dwudziestoleciu międzywojennym. Nawet posiadanie społecznego statusu fachowca nie gwarantowało zatrudnienia. Ludzie szczerzy i uczciwi – tacy jak Budziejewski – doprowadzeni na skraj wytrzymałości w desperacji decydowali się na rozwiązania ekstremalne. Należałoby postawić pytanie, w jakim stopniu kreacja postaci ma charakter osobny, a na ile stanowi kolejny wyrazisty akcent na drodze Ryśka za mury Blaszanki. Nieprzypadkowo bowiem pojawia się Budziejewski w życiu Lewandowskiego akurat w momencie wielkiego napięcia psychicznego. Stefan pełni ważną funkcję w strukturze utworu. Obrazuje konkretny problem społeczny, stanowi pewien mit, zjawę utwierdzającą Ryśka w przekonaniu, iż jedynym wybawieniem dla ludzi ubogich jest walka, niezgoda na zastaną rzeczywistość realizowana w sposób manifestacyjnie siłowy. Przy całej swojej indywidualności, epizodyczna obecność Budziejewskiego na planie fabularnym rozłożona jest celowo i nieprzypadkowo.

3.1.1.6. FELEK I HENEK

Felek Stolarczyk i Heniek (Henek) Pękała są rówieśnikami Ryśka. Pierwszy jest towarzyszem dziecięcych zabaw, jedynym, jak się zdaje, prawdziwym przyjacielem, który wzgardza Lewandowskim, gdy ten podejmuje zawód wysiudajki. Drugi natomiast to chory na gruźlicę marzyciel, śniący o budowaniu na Mary-moncie wspaniałych domów dla biednych ludzi. Obydwaj uczestniczą w przełomowych dla życia Ryśka momentach. Próbując zdobyć buty dla Henka, główny bohater wyzbywa się złudzeń o szlachetnym Kenie Maynardzie i dopuszcza się ostatecznie kradzieży. Można powiedzieć, że emocjonalny szantaż – określany w powieści jako „błagalna prośba” – Pękały jest bezpośrednią przyczyną rozwiania eskapistycznych rojeń Lewandowskiego. Stolarczyk z kolei, podobnie jak Budziejewski, popycha Ryśka w stronę komunizmu. Utrata najlepszego przyjaciela uzmysławia wysiudajce porażkę, jaką jest w istocie haniebna praca dla budkarzy.

3.1.1.7. RODZICE RYŚKA

Rola Stanisława i Franciszki Lewandowskich jest w powieści zmarginalizowana. Dom kojarzy się Ryśkowi z płaczem, przekleństwami i zgryzotą. Znikome zmiany perspektywy – dostrzeżenie w matce kobiety oraz szacunek dla zawodowego profesjonalizmu ojca – nie mają większego znaczenia dla całości utworu. Lewandowskich cechuje ignorancja, zaniedbania wychowawcze i wąski horyzont oczekiwań. Brak domowego ogniska z pewnością stymuluje marzenia o ucieczce, wypacza także światopogląd głównego bohatera. Obojętność syna decyduje o odsunięciu rodziców poza główny obszar problematyki Wilka. Przybliżenie najbardziej wyrazistych bohaterów indywidualnych nasuwa pewną intrygującą myśl. Dlaczego głównymi postaciami powieści uczyniono młodego chłopca, komunistę i garbusa? Jaką rolę pełnić ma to oryginalne trio? Celowości owego zabiegu doszukiwać się można w próbie ukazania wszechstronnej okrutności losu, podkreśleniu, że nieszczęście dotyka zarówno życie młode, jak również oddane Partii czy złamane kalectwem. Inneprawdopodobne wyjaśnienie stanowi fakt, że trójka bohaterów sens życia odnajduje – mniej lub bardziej dosłownie – w walce z systemem, co z kolei sygnalizowałoby socrealistyczny schemat fabularny. W końcu wybór głównych bohaterów może stanowić zapowiedź nowej jakości w polskiej literaturze, mianowicie eksploatowania przez Hłaskę problematyki nizin społecznych, portretowania postaci upośledzonych fizycznie i psychicznie, odwrócenia socrealistycznego optymizmu obrazowania świata.

3.1.2. Bohaterowie zbiorowi

3.1.2.1 MIESZKAŃCY MARYMONTU

Społeczeństwo marymonckie w znakomitej większości należy do lumpenproletariatu. Czynnikiem łączącym mieszkańców jest ubóstwo i głód. Skrajna sytuacja życiowa cementuje obce rodziny w niezwykle ścisłą tkankę, co pozwala traktować społeczność jako całość, a dzielnicę jako odrębną jednostkę, małą ojczyznę. Szczególnie że stosunek ludzi do miejsca zamieszkania jest niezwykle osobisty. Marymontczyków obowiązuje kodeks honorowy, nakazujący lojalność wobec ulicy i sąsiadów. Widać to w takich sytuacjach, jak bójka Felka i Ryśka z chłopcami z Burakowa czy wyprawa Rączyna i Budziejewskiego do urzędu pracy. Stanisław Ossowski definiuje małą ojczyznę jako „przekonanie jednostki o jej uczestnictwie w pewnej zbiorowości i przekonanie, że jest to zbiorowość terytorialna związana właśnie z tym obszarem”40. Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że wszyscy członkowie marymonckiej klasy robotniczej takie przekonanie żywią. Osobiste przywiązanie do najbliższej okolicy czyniz niej obszar prywatny.

Nie można jednak pominąć skojarzeń, jakie nasuwają opisy codziennej rutyny mas podążających rano do pracy. Nie są to jeszcze Bursowskie „blade krętki”, lecz ich wcześniejsza, międzywojenna forma, ludzie, którzy dzielą czas na pracę, odpoczynek i wieczorną flaszkę wódki (jeśli oczywiście pracę mają)41. Tłum zmierzający do fabryk i z fabryk jest szary, bezimienny, wręcz bydlęcy. Pejoratywne nacechowanie określeń mas pracujących ma być może na celu przywoływanie negatywnych skojarzeń z kapitalizmem. Bardziej znacząca wydaje się jednak sugestia bezmyślności harówki, jaką przyszło im znosić. Społeczność marymoncka wykazuje pewną bezrefleksyjność, milczące przyzwolenie na podły los. Jest ono co prawda usprawiedliwiane przez narratora, raz po raz wywierającego na czytelniku presję współczucia, lecz stanowi także źródło pretensji głównego bohatera. Właśnie wśród najbliższego otoczenia nie może znaleźć Rysiek świeżości, nadziei, bohaterstwa, perspektywy zmiany. Tak więc mieszkańcy Marymontu są społecznością silnie związaną, lecz jednym z głównych czynników ich jednoczących jest bezsilność wobec letargu ubóstwa.

3.1.2.2. KAPITALIŚCI

Drugim, poza lumpenproletariatem, biegunem marymonckiej społeczności jest klasa posiadaczy. To właściciele prywatnych interesów, dyrektorzy fabryk, kierownicy: między innymi Lewański, Uklejski, Masołowscy czy Lipko. Przedstawieni są jako bezlitośni wyzyskiwacze, pomiatający robotnikami i biedniejszymi. Uosobieniem owej pogardy jest postać rzeźnika. Otyły biznesmen celowo epatuje bogactwem, przy każdej okazji pokazując plebsowi, że jest człowiekiem lepszej kategorii. Rozwarstwienie społeczne Marymontu znakomicie prezentuje pasterka. Rozmieszczenie ludzi w kościele ma charakter niemal feudalny. Nie ulega wątpliwości, że sposób przedstawienia ludzi lepiej sytuowanych nie jest przypadkowy. Sugestywna demonizacja opisu kontrastuje z podłymi atrybutami przestrzeni biednego proletariatu. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że celowość tego zabiegu pozostaje w głębokiej zależności z ideologiczną nadbudową Wilka. Obrzydliwie bogaci kapitaliści to przecież naturalny wróg klasy robotniczej. Na ile jednak przedstawienie tego dysonansu oddaje realia dwudziestolecia, a w jakim stopniu stanowi manipulację indoktrynacyjną, nie sposób jednoznacznie rozstrzygnąć. Najważniejszy dla struktury dzieła pozostaje fakt, iż pejoratywizacja środowiska kapitalistów wy-ostrza ciężką sytuację życiową lumpenproletariatu.

3.1.2.3. AKTYW ROBOTNICZY

Zaprezentowany w powieści aktyw robotniczy jest niejednorodny. Przebywający w ukryciu działacze partyjni przedstawieni są jako tajemnicza grupa konspiracyjna, strajkujący pracownicy Blaszanki nie dysponują zapleczem ideologicznym, natomiast delegację dzielnicową PPS opisano jako karierowiczów oderwanych od spraw tłumu. Choć wszystkim opozycjonistom przyświeca ten sam cel – walka o emancypację klasy robotniczej

najpełniej te postulaty realizują szare masy z fabryki Więckowskiego.

Solidarność łącząca protestujących wyrasta ze stosunków panujących na ulicy. Podstawową wartość stanowi szacunek

i wspieranie drugiego człowieka w walce o równe traktowanie. Pracownicy zdają sobie sprawę z wyzysku, lecz – mimo całej niechęci wobec właściciela – walczą przede wszystkim o pracę, a nie o obalenie systemu. Strajk przyjmuje postać bierną, okupacyjną, jedyną bronią jest głośne intonowanie słów Międzynarodówki. Agresja pozostaje na marginesie (choć wyraźnie zaznaczonym) działań.

Inaczej zachowują się działacze partyjni. Świadomi zagrożenia, jakie niosą policyjne polowania na komunistów oraz wszechobecni „kapusie”, funkcjonują w strukturach niejawnych, przypominających partyzantkę czasu pokoju. Gotowi są poświęcić życie i zdrowie dla sprawy, czego przykładem choćby Rączyn czy Jasny. Ich rolę w Wilku ograniczono przede wszystkim do podtrzymywania buntowniczych nastrojów mas oraz werbowania nowych członków. Należy zaznaczyć, że te drugie działania zdradzają nieformalność i kruchość organizacji. Czyż bowiem uścisk ręki Ryśka przez Janka można uznać za pełnoprawne przyznanie akcesu do Partii? Z pewnością nie. Wydaje się, że

„czerwoni” pełnią w powieści funkcję raczej symboliczną: ich kreacja wskazuje na obecność problemu, jakim było w dwudziestoleciu zdelegalizowanie KPP. Sytuacja, w której zezwalano na ruchy faszystowskie, karano zaś za wyznawanie zasad komunizmu, została w powieści zdiagnozowana jako niepoprawna. I właśnie dlatego wydźwięk powieści odczytać można jako przychylny wobec kierujących się ideologicznymi pobudkami działaczy: narrator staje po stronie prześladowanych za walkę o słuszną sprawę.

Mimo całej jedności środowiskowej istnieją wśród opozycjonistów podziały na „równych i równiejszych”. Do tej wyższej kasty należy delegacja z rady dzielnicy PPS, która odwiedza Blaszankę, by prowadzić pertraktacje z dyrektorem. Pozorni wybawcy nie są zdolni do wynegocjowania pomocy, gdyż sami uczestniczą w strukturach władzy. W istocie rzeczy działalność przedstawicieli legalnej opozycji ogranicza się do wystąpień negatywnych, skierowanych przeciw kapitalizmowi. Krytyczny portret PPS wynika z powszechnego w latach pięćdziesiątych przeciwstawiania przedwojennych „oficjalnych” socjalistów komunistom. Ich metody uważano za niezgodne z linią Partii, a nawet dyskredytujące lud robotniczy.

Niefrasobliwość opozycjonistów wyższych rangą wskazuje na prawdziwą siłę napędową ruchów emancypacyjnych w Wilku. To aktyw robotniczy walczący o godny byt dla całej społeczności stanowi prawdziwy cel wędrówki Lewandowskiego. Strajk w Blaszance, poczucie zjednoczenia, przynależności, są tym, czego Rysiek szukał przez całe życie. Szlachetna walka w obronie jednostki upokorzonej, bój toczony dla kogoś, a nie przeciw czemuś, bunt konstruktywny, realny, mogący odmienić byt własnej dzielnicy – wszystko to spełnia młodzieńcze pragnienia głównego bohatera utworu.

3.2 Kompozycja utworu

Kompozycję Wilka można w najbardziej ogólny sposób określić jako fragmentaryczną. Otwartość układu konstrukcyjnego tłumaczyć należy rozległym czasem akcji, lecz zaburzenie porządku przyczynowo-skutkowego nie oznacza alinearności. Kolejne wydarzenia, choć nie zawsze wynikają z siebie nawzajem,zogniskowane są wokół jednej idei: przeistoczenia głównego bohatera. To, czy chodzi o drogę do komunizmu, czy dojrzewanie w ogóle, ma znaczenie drugorzędne. Najważniejszą kwestią pozostaje fabularna spójność odautorskiego zamysłu.Wilk jest zbiorem epizodów z życia Ryśka Lewandowskiego. Epizodów ułożonych, o czym wspomniano już wcześniej, w sposób celowy, z zauważalną tendencją do gradacji w dół. Przeprowadzenie bohatera przez piekło to schemat fabularny znany z Pamiątki z Celulozy. W obu przypadkach przedmiotem wędrówki jest wewnętrzne przeistoczenie zagubionego dziecka w świadomego komunistę. Różnica polega na tym, że powieści Hłaski brak wypełnienia konstrukcji zaprojektowanej przez Newerlego. Co prawda Rysiek trafia do kręgu partyjno-robotniczego, lecz ani nie realizuje całkowitej przemiany ideowej, ani nie staje się przewodnikiem ludu. Zakończenie utworu pozostawia Lewandowskiego rozgoryczonego, niepewnego, zrozpaczonego. Jaki jest więc sens zastosowania akurat takiego schematu kompozycyjnego?Wydaje się, że zamierzeniem autorskim było pokazanie siły człowieka. Pomimo kolejnych przeciwności losu, fabularnych upodleń, obrazów biedy kierujących głównego bohatera na„ostatnią granicę życia” poprzez ukazanie niewypowiadalnego bólu istnienia, Rysiek nie poddaje się (jak choćby Budziejewski), lecz odnajduje walkę. Co prawda zwrot akcji przypada na moment specyficznej sytuacji fabularnej i przyjmuje charakter cudownego przypadku, ale fakt ten tylko potwierdza tezę o komplementarności schematu konstrukcyjnego utworu. Wszystkie zbiegi okoliczności zajmują odpowiednie pozycje na osi powieściowego czasu i nie ma w zasadzie możliwości jakichkolwiek przesunięć. Pomimo fragmentaryczności fabuły do-wolność w ułożeniu poszczególnych epizodów jest wykluczona, między innymi ze względu na celową ich gradację. Wracając do motywu siły człowieka, urastającego do myśli przewodniej powieści, należałoby uściślić owe pojęcie. Chodzi mianowicie o wartość jednostki, nie zaś o nachalnie postulowaną przez ideologię moc mas ludowych. Co prawda Lewandowski definiuje siebie dopiero wśród tłumu, jednak cały czas zachowuje niezależność. Wydarzenia w utworze uporządkowano w taki sposób, aby Rysiek najpierw stał się samodzielną istotą, a dopiero później odnalazł sens walki42. Warto zwrócić uwagę na otwarte zakończenie Wilka. Zlikwidowanie KPP przez Stalina pozostawia Lewandowskiego wściekłego i rozgoryczonego. Kolejna walka, jakiej się podjął, zawiodła. Oznaczać to może, że poszukiwanie celu jest zajęciem, które zajmuje dłużej niż osiemnaście lat. Przynajmniej biednemu chłopcu z Marymontu. Gwałtowny charakter zakończenia powieści uznać należy za dopełnienie fragmentaryczności schematu fabularnego. Ostatnia scena pozostawia dowolność interpretacyjną odbiorcy. Jedynym pewnym punktem powieści jest śmierć Kotrasa. Na poły bohaterska, na poły niedorzeczna, zdecydowanie zaskakująca. Dalsze losy Rączyna i Ryśka pozostają niewiadome. Czemu służy taki zabieg konstrukcyjny? Odrzucając przypuszczenia, że Wilk stanowi pierwszą część zamierzonej przez autora epopei marymonckiej, uznać można, że ciężar tematyczny utworu został zrealizowany i wyczerpany. Główny bohater wypełnia schemat fabularny i gotów jest do dalszej drogi w poszukiwaniu celu. Otwarte zakończenie wydatnie wpływa również na odbiór dzieła, gdyż w pewien sposób definiuje lekturę czytelnika wirtualnego. Zadaniem adresata powieści jest rozstrzygnięcie, czy obrana przez Lewandowskiego droga była właściwa, czy nie, przy czym konstrukcyjne doświadczenie zła podsuwa sugestię, że wybory Ryśka stanowiły raczej implikację niż alternatywę. Próba określenia czytelnika wirtualnego pozwala w sposób naturalny przejść do kolejnego fragmentu rozważań, a mianowicie narracji i szerzej: instancji nadawczo-odbiorczych występujących w tekście. Zagadnienie to o tyle ciekawsze, że sposób prowadzenia opowieści w Wilku jest różnorodny i wielopoziomowy, przede wszystkim zaś – specyficzny.

3.3. Instancje nadawczo-odbiorcze

3.3.1. Narracja

W niniejszych rozważaniach kilkakrotnie przywoływano terminologię myśli strukturalistycznej. Owa metodologia wydaje się najbardziej odpowiednią dla wieloaspektowego zrozumienia dzieła literackiego, jego struktury i sensów naddanych. Toteż skomplikowane zagadnienie instancji nadawczo-odbiorczych w Wilku najtrafniej rozstrzygnąć mogą ustalenia polskiej szkoły strukturalnej. Michał Głowiński, analizując istnienie prawdy w literaturze, tak oto opisał wszechsprawczą rolę narracji w prozie:

Narracja powieściowa mówi o świecie, który wydaje się światem sprawdzalnym, zarówno wtedy, gdy przedstawia rzeczywistość współczesną, a więc dostępną czytelnikowi z własnego doświadczenia, jak historyczną, którą sprawdzić można – przynajmniej w teorii – na podstawie dokumentów lub obowiązujących w danej chwili wyobrażeń. Narracja ta nie musi ograniczać się do szczegółów, może przedstawiać– jak się wydawało – biografię człowieka (a także wizję epoki historycznej) w jej całości, w kontekście uwarunkowań i następstw, w sposób deterministyczny, tak więc jak wówczas ujmowano nie tylko curriculum vitae bohatera, ale życie człowieka w ogólności, może przedstawiać nie tylko powierzchnię faktów, ale motywy i uzasadnienia, może wreszcie podporządkowywać jednostkowe działania temu, co uznawano za obowiązujące prawa ogólne43.

Powyższe wnioski, choć odnoszą się do dziewiętnastowiecznego realizmu, z pełną odpowiedzialnością odnieść można do Wilka. Utwór Hłaski przedstawia bowiem nie tylko historię dorastania Ryśka Lewandowskiego, ale także dzieje jednostki osadzonej w konkretnym miejscu i momencie historycznym. Uznając nadrzędną rolę narracji w strukturze utworu literackiego, podporządkował jej Głowiński każdy element dzieła. Zatem wszystko, z czego składa się tekst, bez względu na weryfikowalną prawdziwość danego elementu składowego, podlega prymarnemu charakterowi narratora. Tak potężnie i – trzeba przyznać – entuzjastycznie traktowany wpływ opowiadacza na tekst niesie za sobą silnie rezonujące,

lecz adekwatne do Wilka konsekwencje. Otóż świat bez podmiotu mówiącego nie miałby prawa zaistnieć. Więcej: cały czas jest przez narratora stwarzany, a znaczenia jego elementów aktualizowane. To osoba prowadząca opowiadanie decyduje o charakterze opisu i poziomie zdradzanych szczegółów, w mniej lub bardziej świadomy sposób zaznaczając swoją obecność. Taka aktywizacja narratora prowadzi do pytania o stopień świadectwa zdawanego podczas opowiadania utworu. Na przestrzeni lat badacze powojenni proponowali kilka typologii narracji. Do powieści Hłaski najrozsądniej będzie odnieść dwie spośród nich: Wayne’a C. Bootha i Franza Stanzela44. Byłby zatem narrator Wilka świadomy (swojej roli) i wiarygodny (nieodbiegający od normy tekstu) oraz auktorialny45. Ustaliwszy odgórnie przymioty opowiadającego, przyjrzeć się należy konkretyzacji owych cech w samym utworze. Podmiot mówiący w Wilku z pewnością nie jest obiektywny. Liczne wtrącenia, komentarze, nieustannie skracają dystans dzielący opowiadającego od treści. Konsekwencję tak częstych uwag stanowi wrażenie stałej obecności narratora, poczucia konieczności podsuwania czytelnikowi właściwych rozwiązań, wynikającego z braku zaufania do odbiorcy. Działanie to momentami zniechęca

do lektury dzieła. Ponadto kilkakrotnie podmiot mówiący ujawnia swoją rolę prowadzącego opowieść, przechodząc do perspektywy zbiorowej, realizowanej poprzez liczbę mnogą czasownika. Takie odindywidualizowanie narracji, niespotykane w późniejszej twórczości Hłaski, wprowadza do Wilka cechy gawędy. Wiarygodności nadaje narratorowi stereotypizacja wtrącanych dopowiedzeń. Z jednej strony zabieg ten prowadzi do unifikacji instancji nadawczych powieści, z drugiej jednak wprowadza pozornie niebezpieczny element tendencyjności. Pozornie, ponieważ należy postawić pytanie o zakres owej typizacji. Jeśli ma ona na celu uwiarygodnienie zdawanej relacji, wykazanie, że narrator mówi o świecie doskonale sobie znanym, jest to zabieg jak najbardziej dopuszczalny. Jeśli natomiast stereotypizacja pozostaje w służbie ideologii, wówczas zabieg ten w sposób rażący uwydatnia polityczne uwikłanie powieści. Wydaje się, że jeśli chodzi o Wilka, mówić można o pierwszym przypadku. Wszystkie zabiegi skracające dystans narratora do świata i bohaterów opowieści mają uzasadnić jego kompetencje i prawa do relacjonowania historii marymonckiego lumpenproletariatu. Równie immanentną częścią powieści, co narratorskie, sugestywne wtrącenia, są próby personalizacji opisu. Gdy w toku wypowiedzi pojawiają się uczucia lub myśli postaci, opowiadacz traci wszechwiedzące kompetencje, zastępując je chwilowym wrażeniem danego bohatera. Te zmiany perspektywy, nadawanie opisowi krótkotrwałości, znikomości, pełnią w powieści trójdzielną rolę: po pierwsze, wskazują na prostotę myślenia mieszkańców Marymontu (szczególnie ewolucję postrzegania świata przez Ryśka), po drugie, nadają opowieści perspektywę wielu punktów widzenia (choć uproszczoną do schematu jedna sytuacja – jeden bohater), po trzecie wreszcie, wzbogacają psychologizm utworu. Zastosowanie techniki wielu punktów widzenia zasługuje na szczególną uwagę. Nie jest to zabieg tak rozbudowany, jak choćby w Próchnie Wacława Berenta, lecz uproszczony, pełniący funkcję urozmaicenia narracji. Mimo wszystko stanowi jednak próbę przełamania konwencji socrealistycznej, popularyzującej auktorialny sposób prowadzenia opowieści. Personalizacja opisu służy także poszerzeniu charakterystyki bohaterów i uwiarygodnieniu pozycji narratora. Dochodzi bowiem do maksymalnego zatracenia dystansu pomiędzy osobą mówiącą a światem przedstawionym. Podmiot przechodzi z pozycji odgórnej, niemal wszechwiedzącej, do wnikania w odmęty psychiki bohaterów, o których pojęcia mieć nie może. Przekazując w ten sposób głos postaciom, uwiarygodnia nie tylko siebie, lecz także opowiadaną historię. Przywoływana wcześniej opinia Michała Głowińskiego o narracji traktowała o pojęciu prawdy w literaturze. W późniejszym eseju badacz dalej eksploruje budowę tekstu, mianowicie podporządkowuje fikcję powieściową właśnie strukturom narracyjnym, twierdząc, że to dzięki nim świat przedstawiony funkcjonuje i jest poznawalny46. Przyjmując, że kwestia kreowanej przez podmiot mówiący rzeczywistości jest pewną umową pomiędzy nadawcą a odbiorcą, wydziela Głowiński cztery typy fikcji, z których najlepiej do Wilka pasuje mimetyczna. Zakłada ona istnienie pewnych wspólnych przekonań dotyczących świata rzeczywistego, co realizowane jest poprzez wyrażanie za pomocą słów pojęć niewyrażalnych, na przykład emocji. Owa umowność terminów abstrakcyjnych przejawia się w powieści Hłaski dzięki procesowi multiplikacji punktów widzenia. W Wilku proste definicje skomplikowanych uczuć nie istnieją. Miast tego podkreślony zostaje dodający historii autentyzmu problem z ich konkretyzacją, co z kolei nawiązuje do stereotypowej prostoty ludzi biednych. Mówiąc o związkach narratora z bohaterami, wskazać można jeszcze jeden punkt odniesienia: język. Opowiadanie prowadzone jest przedziwną mieszanką stylu potocznego i wyższego, niemal poetyckiego. Opisy przestrzeni i niektóre próby określenia emocji bohaterów wskazują na spore kompetencje narratora: są rozbudowane, kwieciste, umiejętnie wyważone. Zdarzają się jednak wyrażenia nieostre, trywialne, wyraźnie sugerujące ludowość podmiotu mówiącego, na przykład: „Gdy człowiek długo brnie przez bagnistą ciemność, a potem nagle znajdzie się w kręgu światła – długo mruga i jeszcze mniej wie, gdzie jest”. Wahania stylu wypowiedzi narratora stanowią jeden ze słabszych elementów struktury utworu. Zabieg, który miał zapewne jeszcze wyraźniej skrócić dystans pomiędzy opowiadaczem a światem przedstawionym, wprowadza wrażenie warsztatowej niekonsekwencji. I choć stosowanie kolokwializmów i „mówionych” struktur zdaniowych uwydatnia gawędziarską konwencję powieści, budzi jednocześnie w odbiorcy spore wątpliwościnatury estetycznej. Przy wszystkich zabiegach mających na celu ograniczanie wiedzy narratora pojawiają się także elementy wyraźnie zaznaczające jego dominację tak nad światem przedstawionym, jak i nad odbiorcą. Chodzi mianowicie o wybieganie w przyszłość. Osoba mówiąca wyraźnie sugeruje, że posiada o wiele szerszą wiedzę, niż przekazuje na kartach powieści. Informacje te owiane są jednak tajemnicą, a szczegóły, które narrator zdradza, prowokują w czytelniku dziesiątki pytań, skazanych na brak odpowiedzi. Funkcja tego zabiegu trudna jest do określenia. Z jednej strony wielokrotnie sygnalizowane wydarzenia mające miejsce po zakończeniu akcji utworu sprawiają, że historia o Ryśku Lewandowskim wydaje się niedokończona. Z drugiej jednak Wilk jako opowieść o człowieku, który znalazł się na granicy życia, jest zamkniętą całością. Może zatem być tak, że zapowiedzi przyszłych zdarzeń uzasadniają otwarte zakończenie utworu. Problematyka powieści została wypełniona, lecz życie głównego bohatera toczy się dalej, poza historią opowiedzianą przez narratora. Istnieje jeszcze jedno możliwe uzasadnienie tego problemu. Być może zamierzeniem Hłaski było stworzenie wielkiej epopei, której Wilk stanowił jedynie pierwszą część. Za tą hipotezą przemawiałoby przywoływane już wcześniej sprawozdanie pisarza złożone w ZLP. Tyle tylko, że Hłasko do co najmniej połowy roku 1955 wciąż przerabiał Wilka, a w archiwum autora nie zachował się choćby ślad drugiej części utworu. Pozostaje zatem traktować omawianą powieść jako zamkniętą całość i uznać narratorskie wybiegi w przyszłość za chwyt literacki.

3.3.2. Monologi i dialogi

Narrator nie jest jedyną instancją nadawczą w utworze. Pozostając w obrębie wewnątrztekstowym, warto poświęcić uwagę monologom wewnętrznym Ryśka Lewandowskiego. Myśli głównego bohatera wyeksponowano w tekście w dwójnasób: za pomocą mowy niezależnej i pozornie zależnej. W tym drugim przypadku włączane są niejako z konieczności w tok opowieści, personalizując perspektywę opowiadania. Stanowią zatem jeden z elementów narracji, po raz kolejny potwierdzając jej hegemonię. Abstrahując jednak od strukturalnych zależności, przemyślenia Ryśka są, jak powiedziano wcześniej, osią konstruk-cyjną utworu. Dokumentują zmiany zachodzące w psychice bohatera: od pierwszych, nieskładnych pomysłów po świadome, pełne emocjonalnego zaangażowania kontemplacje. Dumania dotyczą każdego aspektu życia ludzkiego: emocji, marzeń, zdarzeń codziennych, idei oraz planów. Można wytyczyć dość wyraźną (zdarzają się bowiem przypadki wzajemnego przenikania perspektyw) granicę pomiędzy monologami przywoływanymi pośrednio i bezpośrednio. Pierwsze dotyczą pojęć abstrakcyjnych, drugie stanowią komentarz do bieżących wydarzeń. Zapis wewnętrznych przemian zachodzących w Ryśku Lewandowskim odnosi się przede wszystkim do powolnego krystalizowania celu i walki w życiu bohatera. Mowa pozornie zależna odzwierciedla jeden z głównych – jeśli nie kluczowy – motywów powieści: proces przeistoczenia jednostki. Sposób przytaczania myśli Lewandowskiego dynamizuje prowadzenie powieści, wzbogacając jej strukturę. Zanika bowiem sztywny podział na partie narracyjne i dialogowe, a miejsce dawnej granicy zajmuje płynna zmiana perspektywy osoby mówiącej. Zabieg ów w znakomitej większości stanowi o psychologicznej nadbudowie utworu. Przemyślenia zawsze są konsekwencją konkretnych wydarzeń. Codzienne sytuacje prowokują nie tylko bieżące komentarze, lecz także prowadzą do głębszych, długotrwałych wątpliwości. Mowa pozornie zależna pełni zatem w powieści funkcję dopełniającą fabułę. Charakter tej relacji należy traktować jako równorzędny, gdyż rozwój Ryśka przebiega jednocześnie na obydwu płaszczyznach. Separacja struktur przenikanych przez głównego bohatera jest z oczywistych względów niemożliwa. Niemy komentarz codzienności, dokonywany przez Lewandowskiego, często niesie wartości waloryzujące, zwykle negatywnie. Są to przemilczane dopowiedzenia kwestii dialogowych,opinie na temat obserwowanych sytuacji, złorzeczenia kierowane w stronę ludzi i konkretnych zjawisk, misterne plany. Co ważne, mowa niezależna kształtuje w Wilku przekaz tego, co wyrażalne nie tylko na podstawie umowy nadawczo-odbiorczej, lecz także elementów przynależących do planu fikcji powieściowej. Odnosi się bowiem do sytuacji nierzeczywistych, fabularnych. Stanowi o tym, czego narrator wiedzieć nie może– momentalnych wrażeniach bohatera. Tak jak przytoczenia pośrednie następują dopiero po pewnym, poświęconym na refleksje, czasie, tak bezpośrednie są krótkotrwałym utrwaleniem reakcji wywołanych daną chwilą. Ich funkcją jest dopełnianie partii dialogowych, nie mają zatem decydującego wpływu na tok akcji. Wpływ taki zachowują natomiast dialogi. Krytyka często nazywała Hłaskę mistrzem rozpisywania dialogów. Także w Wilku, wczesnej przecież powieści, widać zarys umiejętnego dysponowania wagą słowa wypowiadanego przez bohaterów. Rozmowy nie dłużą się, często pełnią dla fabuły rolę dalece ważniejszą niż pojedyncze wydarzenia. Dostrzec można także nadawanie każdej wypowiedzi cech indywidualnych interlokutora. Ogólne znaczenie personalizacji języka zauważa Michał Głowiński:

Sam sposób wypowiadania bohatera przynosi o nim często więcej wiedzy niż bezpośredni przedmiot jego rozważań. I czytelnik jest bowiem wyznawcą zasady, że człowiek mówi tak, jak mu pozwala na to jego kondycja i w zależności od sytuacji, w jakiej się w danym momencie znajduje. To żywiołowo wyznawane przekonanie pozwala mu wprowadzić mowę bohatera w obręb podstawowych kategorii językowych, czy dokładniej – w obręb wyobrażeń, dotyczących społecznych stratyfikacji języka47.

I tak słowa ojca Ryśka wyrażają troskę o pracę i zachowanie syna, Kotras wypowiada się w sposób prosty i często lękliwy, Rączyn mówi bardzo ekspresyjnie, a Lewandowski zadaje mnóstwo prowokacyjnych pytań. Z całą pewnością dialogi stanowią jedno z najważniejszych narzędzi budujących atmosferę powieści. Wykładają to, co narracja musiałaby oddawać za pomocą niepotrzebnie długich opisów. Pełniąc funkcję dynamizującą, są praktycznym wyrażeniem charakterystyki bohaterów. Warto zwrócić uwagę, że dialogi w Wilku nie są ułożone w sposób przypadkowy. Każda rozmowa poprzedzona jest odpowiednim wstępem, zarysem sytuacji, a gdy opis ów zaczyna się wydłużać, natychmiast przerywa go rozmowa. Przy czym wszystkie konwersacje skrywają określone zamierzenia. Żadna nie traktuje o niczym. Dialogi popychają fabułę do przodu, pełniąc niezwykle ważną rolę w rozwoju głównego bohatera. Nietrudno zauważyć, że wszystkie rozmowy odbywają się przy Ryśku, w związku z czym młodzieniec absorbuje każdą wypowiedzianą przez inne postaci myśl. Zasłyszane opowieści z pewnością mają na ewolucję Lewandowskiego wpływ nie mniejszy niż oglądane wydarzenia. To właśnie obecność bohatera świadczy o celowości wyznaczania dialogów w strukturalnej siatce utworu.

3.3.3. Zewnątrztekstowa sytuacja komunikacyjna

Dotychczas przedmiotem rozważań były wewnątrztekstowe instancje nadawczo-odbiorcze. Nie można jednak zapominać o zewnętrznych uczestnikach komunikacji literackiej. Aleksandra Okopień-Sławińska do wydzielenia roli, w którą wciela się realny autor podczas tworzenia tekstu, używa określenia „dysponent reguł”48. Sformułowanie to chyba najlepiej opisuje kontekst powstawania Wilka. Nie sposób bowiem ferować o poglądach politycznych Hłaski. Można natomiast podjąć próbę scharakteryzowania dysponenta reguł, uwidaczniającego się we wszystkich warstwach dzieła, przede wszystkim zaś w narracji. Rzeczą znamienną jest ostrożne traktowanie ideologii w utworze. Powściągliwość, z jaką „przemyca” się w tekście myśl komunistyczną czy socjalistyczną, wskazuje na niechęć eksponowania podobnych treści. Być może o zawarciu pierwiastków ideologii zadecydowała konieczność, być może ograniczenie ich wynikało z dbałości o główny problem utworu. Pewne jest jedno: taka dyskrecja świadczy o kompromisie podjętym przez dysponenta. Drugim elementem charakteryzującym podmiot czynności twórczych jest chęć uzyskania efektu autentyczności49. Dokładny opis Marymontu i jego mieszkańców, szczegółowość wydarzeń powieściowych świadczy o ogromnej wiedzy dysponenta na temat podejmowany w Wilku. Stylizacja językowa wywołuje wrażenie, jakoby pochodził on z ludu, był świadkiem wszystkiego, o czym pisze. Celem takiego zabiegu z całą pewnością jest

uzyskanie jak najdoskonalszego wrażenia autentyczności i wzbudzenie zaufania w projektowanym czytelniku. Kim jest ów czytelnik idealny? Stosowanie mowy ludu ma na celu dotarcie do niższych warstw społeczeństwa lub przekazanie wiedzy o nieznanym szerzej zjawisku. Wirtualny odbiorca Wilka powinien bezgranicznie zaufać dysponentowi reguł, uwierzyć, że przetwarza on wydarzenia, których był świadkiem. Zatem zadaniem powierzonym takiemu odbiorcy jest podążanie za mistyfikacją podmiotu czynności twórczych, wiara w konstrukcję postaci oraz wydarzenia wkomponowane w utwór. Niejasny pozostaje problem treści ideologicznych. Wydaje się, że czytelnikowi modelowemu pozostawiono pewną swobodę interpretacyjną. Z jednej strony może rozpoznać w zamieszczeniu pierwiastków politycznych schematyczną konieczność lub konkretne przekonania nadawcy, z drugiej zaś – narrator podsuwa mu wskazówki właściwego odczytania. Problem tkwi we właściwym zrozumieniu utworu, lecz praktyka interpretacyjna, szczególnie hermeneutyczna, dowodzi, że każde rozumienie tekstu wytwarza nowe sensy. W związku z powyższym wirtualny odbiorca nie musi odkrywać intentio operis, lecz każdorazowo uaktualniać jego znaczenie.

3.4. Czas i przestrzeń

3.4.1. Czas

Akcja utworu rozgrywa się na przestrzeni osiemnastu, może dziewiętnastu lat. Koniec przypada na wiosnę 1938 roku, kiedy to rozpoczęto likwidację KPP. Rysiek ma wtedy na pewno siedemnaście lat, choć niewykluczone, że jest o rok starszy. Da-ta jego narodzin pozostaje nieznana, lecz przyjąć należy, że sięga nie wcześniej niż 1920 roku. Od tych ustaleń odjąć trzeba okres narzeczeństwa rodziców Lewandowskiego i ciążę matki, co w minimalnym zakresie przesuwa zawiązanie akcji o piętnaście miesięcy. Utrudnieniem jest z pewnością brak zarysu tła historycznego w inicjalnej części utworu. W powieści nie ma ani jednej wzmianki o wojnie, odzyskaniu niepodległości czy bolszewickiej inwazji. Mimo to można przyjąć, że akcja Wilka przypada na lata 1919–1938. Brak historycznego kontekstu w początkowych partiach powieści wcale nie oznacza, że akcja rozwija się niezależnie od czasu rzeczywistego. Pojawiają się bowiem w utworze wzmianki o autentycznych wydarzeniach i postaciach: notatki prasowe o przemówieniach Adolfa Hitlera i Józefa Becka, portret Józefa Piłsudskiego i Józefa Stalina, wspomnienie hiszpańskiej wojny domowej i konfliktu włosko-abisyńskiego, obecność Falangi. Warto zauważyć, że odwołania do świata rzeczywistego w Wilku dobrane są w sposób nieprzypadkowy. Ogniskują bowiem wokół interesów lumpenproletariatu i politycznej aktywności robotników, a więc spraw, które stanowią materiał powieściowy. Przenoszą również napięcia panujące w Polsce lat trzydziestych ubiegłego wieku do szerszego, europejskiego kontekstu. Dzięki temu możliwa jest nie tylko identyfikacja wydarzeń fikcyjnych z autentycznymi, ale także – w pewnym sensie – usprawiedliwienie rozruchów robotniczych. Czas w utworze występuje w postaci niezwykle skondensowanej. Na dwustu pięćdziesięciu stronach maszynopisu zmieściło się dziewiętnaście lat opowieści. Toteż wydarzenia zawarte w Wilku, stanowiące zaledwie wycinek z całego życia Ryśka Lewandowskiego, pełnić muszą kluczową rolę w dojrzewaniu bo-hatera. Uzmysłowienie sobie tego faktu jeszcze wydatniej uwzniośla rolę tak odautorskiej konstrukcji, jak również projektującego obrazy narratora. Mijające w powieści lata odmierzane są w sposób osobliwy. Otóż czas dzielą mieszkańcy Marymontu na pory roku. Jesień i zima to okres gruźliczej śmierci, ale także zarobku z odśnieżania, lato oznacza upał i brak zajęcia. Najwięcej radości przynosi wiosna: roślinność dookoła zakwita, a słońce daje ludziom nadzieję na lepsze jutro. Można wyjść przed dom, oprzeć się o płotek, pójść na ryby, zamoczyć stopy w rzece. Najważniejsze jednak, że jasność poranka pozwala zapomnieć o podłości życia. Na wiosnę przypadają także pewne kluczowe dla fabuły momenty: przybycie nauczyciela do szkoły, śmierć Henka, rozwiązanie Partii. Zaznaczyć trzeba, iż schematyczny podział roku na okres ciepły i zimny nie obowiązuje wszystkich mieszkańców. Kiedy jedni cieszą się kwietniowym słońcem, drudzy złorzeczą na brak śniegu do odgarniania. Zimowy mróz niektórym przynosi śmierć, innym natomiast pracę przy załadunku węgla. Pozornie jednakowy dla wszystkich odbiór pór roku w środowisku lumpenproletariatu uzależniony jest od potrzeb jednostki. Schemat powtarzalności, jaki można odczytać z postrzegania lat, charakteryzuje również kolejne dni. Rano nad Marymontem rozbrzmiewają syreny fabryczne kończące nocną zmianę, a zarazem wzywające następną. Szare masy zmierzają do zakładów pracy, gdzie w znoju i kieracie otrzymują najniższe stawki. Wieczorem te same tłumy wypędza do domów identyczny mechaniczny dźwięk. Ci, którzy nie są zatrudnieni, także zrywają się bladym świtem, by bez śniadania podążać do urzędu pracy. Codzienna monotonia w nikim nie wzbudza wzruszenia, miesz-kańcy przyjmują ją bez refleksji, trwają zaklęci we własnej stagnacji. Niezmienność codziennego i rocznego cyklu umożliwia kondensację czasu powieściowego. To właśnie rzeczony stan hipnotycznego trwania sprawia, iż wzmiankowane w utworze wydarzenia urastają do rangi na tyle niezwykłych, że wartych opisania. W atmosferze ogólnego marazmu przygody Ryśka są jedyną zmienną. Na tyle wyjątkową, że niemal wyznaczającą zwrot historii. Przeto strajk w Blaszance odbywa się pośrednio dzięki Lewandowskiemu. Gdyby młodzieniec nie wprowadził w błąd szpicla śledzącego Rączyna, doszłoby być może do aresztowania zgromadzonych w konspiracyjnym mieszkaniu działaczy. Przy całej niezwykłości wydarzeń towarzyszących życiu Ryśka warto zwrócić uwagę, że, choć przełomowe dla jednostki, nie mają one większego wpływu na czasoprzestrzeń uniwersalną, kosmiczną. Ostatniej wiosny opisanej w powieści drzewa kwitną tak samo jak podczas pierwszej, rzeka równie spokojnie płynie, a domy na Marymoncie rozpadają się w ten sam sposób. Symboliczne zderzenie osobniczego przełomu z obojętnością wszechświata stanowi bodaj najdosadniejszy dowód monotonnego schematyzmu upływu marymonckiego czasu.

3.4.2. Przestrzeń

Kreacja przestrzeni jest najbardziej charakterystycznym elementem struktury Wilka. Dopracowany z niemal chirurgiczną precyzją obszar działania bohaterów kształtuje autentyzm powieści, a stosunek postaci do zamieszkiwanej okolicy metaforyzuje i, miejscami, gloryfikuje odbiór Marymontu. Wierność kreacji dzielnicy pozwala także sytuować Marka Hłaskę wśród prekursorów nurtu małych ojczyzn w polskiej literaturze.

3.4.2.1. PRZESTRZEŃ KONKRETNA

Świat przedstawiony w powieści koncentruje się wokół granic historycznej dzielnicy Warszawy – Marymontu. Obszar ten wyznaczają wędrówki Ryśka Lewandowskiego, który sporadycznie odwiedza także dalsze okolice: Buraków, Wołówkę, Słodowiec, Wawrzyszew, Żoliborz, Bielany, Wolę, a nawet Stare Miasto. Można więc powiedzieć, że przestrzeń Wilka zamyka północna część lewobrzeżnej Warszawy. Choć i takie określenie nie jest do końca precyzyjne, gdyż bohaterowie obserwują życie toczące się po drugiej stronie Wisły: w Annopolu i Pelcowiźnie. Dodać do tego należy także Młociny – miejsce pierwszej randki Lewandowskich. Oprócz autentycznych dzielnic wydzielić można także nazwy (niektóre historyczne) konkretnych ulic, między innymi: Marii Kazimiery, Gdańskiej, Godowskiej, Warszawskiej, Szlacheckiej, Morawskiej, Potockiej, Tczewskiej, Kamedułów (Marymont), Ciepłej, Towarowej (Wola), Powązkowskiej, Burakowskiej (Żoliborz); oraz miejsc takich jak Blaszanka, Śmigłówka, Cytadela czy Zieleniak. Tak dokładne odwzorowanie przedwojennej Warszawy pozwala na pełną identyfikację przestrzeni. Wydarzenia zostały przedstawione na konkretnym tle historycznym, nie zaś wśród abstrakcyjnych, bezimiennych scenerii. Bieda marymonckiego lumpenproletariatu jawi się przez to jako namacalna, niekłamana, realna. Co ciekawe, ani razu nie pada nazwa ulicy, przy której mieszkają Lewandowscy. Dokładna lektura tekstu pozwala jednak sądzić, że jest to rejon ulic Kołobrzeskiej, Bydgoskiej i Strzelewskiej. Przestrzenie konkretne przywracają pamięć o przedwojennej Warszawie. Wilk zawiera około osiemdziesięciu nazw miejsc,z których większość przestała istnieć. Posiada zatem ogromną wartość dokumentacyjną. Oddaje nie tylko zwyczaje ówczesnego społeczeństwa, lecz także siatkę topograficzną miasta, którego już nie ma. Na podstawie powieści stworzyć można mapę pamięci, która z pewnością pokrywałaby się z przedwojennym planem Warszawy. Podobnej dokładności trudno doszukać się nawet w Sonacie marymonckiej. Można wręcz mówić o pewnej ewolucji w kreacji dzielnicy. Jeśli pierwszą powieść marymoncką Hłaski potraktować jako rodzaj wprawki, prototyp, to Wilk byłby rozwinięciem topograficznej wierności pierwowzoru. Jakie, poza nadaniem utworowi charakteru autentyczności, może mieć znaczenie taka konkretyzacja przestrzeni? W powstałych po 1949 roku tekstach socrealistycznych dostrzec można wyraźne dążenie do pewnej uniformizacji literatury. Dotyczy to również przestrzeni, która, choć wielokrotnie umiejscawiana w obszarze autentycznym – fabryki czy placu budowy, stanowić miała bierne, jednolite tło dla zindoktrynowanej fabuły. Poetyka Wilka występować może w opozycji do schematyzmu utworów głównego nurtu piśmiennictwa państwowego. Precyzyjne zachowanie szczegółów miejsca akcji implikuje nierozerwalność tła i fabuły. Historia opowiedziana w utworze ściśle powiązana jest z realiami przedwojennego Marymontu i przesłanie jej pozostaje aktualne tylko w granicach tej dzielnicy. Zmiana miejsca akcji spowodowałaby niebezpieczne przesunięcia w strukturze utworu, czego konsekwencją mogłoby być zatracenie istotnych znaczeń. Powyższe przypuszczenie wykracza nieznacznie poza faktograficzne rozważania na temat przestrzeni. Sygnalizuje tym samym zagadnienie, którego uniknąć nie sposób: metaforyzację świata przedstawionego. Albowiem tak precyzyjne rozrysowa-nie tła akcji sugeruje głębsze związki pomiędzy motywami statycznymi a dynamicznymi i bohaterami powieści.

3.4.2.2. LOCUS HORRIDUS

Najbliższa okolica powinna być przyjazna, bezpieczna, dobra. Tymczasem Marymont budzi skojarzenia ze wszech miar negatywne. Wąskie, nieutwardzone ulice, wytyczone niedbale, tworzące górzysty labirynt bez wyjścia; koślawe, grożące zawaleniem domy; bezpańskie psy, pasące się na skrawkach wyliniałych łąk wychudzone bydło i odrażające, ogromne szczury – to wszystko tworzy krajobraz najbliższej okolicy Ryśka Lewandowskiego. Nie ma w tym nic z sielankowego, bajecznego opisu szlacheckich dworków, które dotychczas tworzyły w polskiej literaturze topos domu rodzinnego. To, co zaprezentowano w Wilku, określić można sui generis antytezą swojskiego ogniska. Lecz tylko pozornie. Odrzucająca brzydotą okolica, choć znienawidzona, podlega pełnej afirmacji mieszkańców. Żaden z bohaterów nie narzeka na lokum, krytyce podlegają jedynie warunki materialne. Kotras podczas przemowy na temat wymarzonego bogactwa nazywa nawet ulicę „piękną” i „kochaną”. Zatem w ogólnej recepcji, opisywanej przez narratora, krajobraz marymoncki budzi poniekąd pozytywne skojarzenia. W początkowej części utworu to właśnie narracyjna kreacja przestrzeni ma dla odbiorcy wartość opiniotwórczą. Podmiot mówiący waloryzuje dodatnio wszystkie elementy scenerii, nawet te obiektywnie podłe, tworząc wrażenie swojskości i bezpieczeństwa, jak gdyby w myśl zasady – „nędzne, ale własne”. Dopiero kiedy punkt widzenia przechodzi z narratora do poziomu Ryśka, następuje zmiana postrzegania otoczenia. Stopniowe odkrywanie przez bohatera prawdy o świecie bardzo wyraźnieodbija się na charakteryzacji przestrzeni. Nabiera ona barw ciemnych i, co ciekawe, wiele elementów zostaje ożywionych („domy waliły się pokotem”, „księżyc wychylał się straszliwymi strzępkami”) dla uwypuklenia demoniczności miejsca. W Wilku zaobserwować można symultaniczność rozwoju psychiki Lewandowskiego i otoczenia. Im bardziej dojrzały jest Rysiek, im więcej rozumie, tym mroczniejsza wydaje się przestrzeń. Bezpieczne miejsca z czasów dzieciństwa, takie jak Las Bielański czy Cytadela, zatracają w oczach bohatera pierwotne znaczenie, podlegając procesowi desakralizacji. Demoniczne obrazowanie przestrzeni, tworzone z pewnością na wzór Biesów, doprowadza do sukcesywnego przeistaczania najbliższej okolicy w locus horridus. Momentem kulminacyjnym tego procesu jest śmierć Henka Pękały. Wraz z przyjacielem znikają młodzieńcze rojenia Lewandowskiego, a przestrzeń staje się niewypowiedzianie podłą nicością. Marymont przestaje być Dzikim Zachodem, wychudzone krowy mustangami, a marne kępy traw rozległymi pastwiskami. Nie dość, że porzucenie przez Ryśka marzeń odsłania dotkliwą rzeczywistość, to jeszcze każdy element codzienności postrzega bohater przez przezrocze pejoratywizacji. Demoniczność Marymontu jest wielowymiarowa. Nie tylko wygląd okolicy odpycha Lewandowskiego, niechęcią napawają też mieszkańcy. Dotyczy to tak konkretnych osób, jak i lumpenproletariatu ogólnie. Do postaci szczególnie zniechęcających należą: garbaty sąsiad, wścibska Kotrasowa czy obleśny bogacz Lipko. Najbardziej upokarzający jest jednak dla Ryśka widok robotników. Bezimienne masy zlewają się z półmrokiem poranka i szarością zmierzchu. Lewandowski porównuje je do bydła harującego za jałmużnę. Szarzy ludzie egzystujący w szarym świe-cie – przestrzeń obserwowana oczyma Ryśka sprawia wrażenie zabarwionej sepią, niezależnie od pory roku. Zmianę perspektywy przynosi strajk w Blaszance. Wraz ze znalezieniem celu i walki odnajduje – czy raczej odzyskuje – Lewandowski swoje miejsce. Po wyjściu ze szpitala świat nabiera ciepłych barw, a drogę do domu wyznacza budząca optymizm wiosna. Marymont traci bezbarwność, miast tego jest ciepły i kolorowy, szczególnie zaś – czerwony. Nadzieja rozpierająca serce młodzieńca gwałtownie zmienia postrzeganie przestrzeni. Dynamika rozwoju Ryśka znów pokrywa się z ewolucją wyglądu scenerii. Niestety, chwile szczęścia trwają ledwie parę miesięcy: wraz z likwidacją Partii kończy się barwna epifania Lewandowskiego. Sceny wieńczące powieść malowane są szkarłatem, nie jest to jednak atrybut komunistów, lecz szaleństwa. Ogarnięty rozpaczą bohater w sposób brutalny zmywa z oczu fasadę optymizmu, po raz kolejny odkrywając prawdziwy, podły obraz świata. Iz tą samą desperacką bezsilnością, jaką odczuwał po śmierci Henka, neguje i odrzuca straszliwy Marymont, w którym przyszło mu żyć. Ogólny demonizm powieściowej przestrzeni przyjmuje mniej lub bardziej konkretne formy. Można w utworze wskazać miejsca, które napawają Ryśka szczególną odrazą. Za przykład niech posłużą trzy lokacje: mieszkanie rodziców, Cygańskie Budy oraz szpital. Dom rodzinny Lewandowskiego jest ciasnym, jednopokojowym mieszkaniem. W klaustrofobicznym pomieszczeniu znajdują się dwa łóżka (czy raczej barłogi), szafa, kilka krzeseł i piec. Od najmłodszych lat to miejsce budzi w bohaterze negatywne odczucia. Kojarzy się z krzykiem ojca, płaczem matki, biciem – często nieuzasadnionym, głodem i biedą. Nie symbolizuje należytego bezpieczeństwa, pozbawione jest miłości. Toteż Rysiek często z domu ucieka, spędzając całe dnie na wędrówkach. Szczególnie dotkliwie odczuwa zimę, gdyż brak butów uniemożliwia jakiekolwiek eskapady. Rodzinne gniazdo bohatera, jako pewien stały punkt powieściowego uniwersum, stanowi jednocześnie najsilniejszy asumpt dla eskapistycznych urojeń Ryśka. Cygańskie Budy są najbiedniejszym obszarem Marymontu. Zamieszkują je ludzie skrajnie ubodzy, bezrobotni, pozbawieni jakichkolwiek perspektyw. Dokładny opis prowizorycznych domów przynoszą wizyty Lewandowskiego u chorego Pękały: ciemna, oświetlana wątłym płomieniem lampy naftowej izba, otoczona nieszczelnymi, prowizorycznymi ścianami, zamknięta kawałkiem dykty zastępującym drzwi. Nędza Cygańskich Bud budzi w Ryśku odrazę i litość. Pośród ogólnego ubóstwa Marymontu ten obszar wyróżnia głód jeszcze większy. Tak wielki, że widząc tragedię Henka, docenia Lewandowski własne „kulawe” szczęście. Szpital, do którego trafia główny bohater, przedstawiono jako miejsce kaźni, przepełnioną bolesnym jękiem i nawoływaniem pielęgniarki umieralnię. Brud i brak profesjonalizmu lekarzy budzą jak najgorsze skojarzenia. Specyfikę tego miejsca najpełniej uosabia Agnieszka – kobieta odpowiedzialna za przygotowywanie nieboszczyków do pochówku. Przerażająca postać, opisana na granicy groteski, nadaje szpitalowi charakteru rodem z ekspresjonistycznego kina grozy. Placówka jest bodaj jedyną lokacją w utworze przedstawioną w całkowicie negatywnym świetle. Kończąc rozważania na temat przestrzeni znienawidzonych, warto przywołać miejsce szczególne, mianowicie Żoliborz. W powieści funkcjonuje legenda „jasnych domów”, symbolizujących majętne, dostatnie życie. Nie jest to jednak życie, do któ-rego należy dążyć, lecz podsycana zawiścią odraza do ludzi lepiej sytuowanych. Pierwsza wizyta Ryśka w lepszej dzielnicy przypomina odkrycie nowego świata. Młody Lewandowski arbitralnie odrzuca wzorzec dobrze wychowanych dzieci i wysokich budynków, stawiając Żoliborz w opozycji do Marymontu. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego „tamtym” żyje się lepiej, z całą stanowczością neguje taki model egzystencji. Świadczy to o pewnej lojalności, poczuciu jedności z własną okolicą, co wyznacza kolejny kierunek rozważań na temat przestrzeni w Wilku.

3.4.2.3. AXIS MUNDI – MAŁA OJCZYZNA

Marymont to nie tylko przestrzeń demoniczna, to także centrum powieściowego uniwersum, miejsce, wokół którego obraca się życie Ryśka Lewandowskiego, zaczyna i kończy opowieść. Stanowi symboliczną axis mundi, podporządkowującą sobie resztę świata. Obszary spoza kręgu oddziaływania osi uważane są za obce, wrogie, niebezpieczne. Nieprzypadkowo główny bohater Wilka jest czystej krwi marymontczykiem, dziedzicem tradycji z dziada pradziada. Taki rodowód zobowiązuje do przywiązania i lojalności wobec dzielnicy. W przywoływanej już wcześniej rozprawie Stanisław Ossowski utożsamia ową lojalność z definicją prywatnej ojczyzny, reprezentującej ojczyznę w znaczeniu ideologicznym50. Stosunkowo mały obszar, jaki zajmuje w perspektywie całego kraju Marymont, urasta w oczach mieszkańców do rangi wartości najistotniejszej, najcenniejszej. Socjologiczny aspekt takiego punktu widzenia jest dość oczywisty: to wspólnota społeczna decyduje

o nadaniu konkretnemu terenowi godności małej ojczyzny. Co zatem łączy mieszkańców Marymontu w zbiorowość?Przede wszystkim ogólne doświadczenie biedy. Trudna sytuacja materialna ułatwia identyfikację z sąsiadami. Wspólnie przeżywane zmartwienia, rozpracowywane nad butelką wódki, bez wątpienia budują poczucie jedności. Wydaje się, że im bardziej życie wystawia ludzi na próbę, tym silniej związani są oni z ziemią. Wszak to ostatni bastion spokoju i bezpieczeństwa. Ludzie kochają swoją ulicę. Wychodzą przed domy, by oglądać rodzinne awantury, aresztowania i bójki, dyskutują przy hydrancie i sklepie Masołowskiej. I choć w takich warunkach trudno o prywatność, nikt na stan rzeczy nie narzeka. Wśród mieszkańców panuje ogólna zgoda i akceptacja, nawet na przestępcze występki Zielińskich czy Michalszczaków. Atmosfera wszechobecnej jedności i przywiązania pozwala nazwać Marymont małą ojczyzną. To w jej obronie występuje Budziejewski pod PUPP-em oraz robotnicy z Blaszanki, udział w obszarze pry-watnym zobowiązuje bowiem do bezwzględnej lojalności. Główny bohater Wilka jako pełnoprawny członek społeczności marymonckiej także uważa dzielnicę za małą ojczyznę. Choć nie potrafi zaakceptować zewnętrznej obskurności i niedostatku, zdradza przywiązanie do najbliższej okolicy. Czuje się w niej bezpiecznie, swojsko i pewnie. Z czasem zostaje postrachem rówieśników, powszechnie rozpoznawalnym łobuzem, co w przewrotny sposób podnosi jego pozycję społeczną. W miarę rozwoju akcji związek Ryśka z Marymontem podlega pewnym zmianom. Uczucia względem małej ojczyzny przyćmiewa nienawiść do brutalnej rzeczywistości. Nigdy jednak obszar prywatny nie podlega wyparciu. Największą obawą Lewandowskiego jest lęk przed odrzuceniem poza marymonckie środowisko. Widać tonajwyraźniej, kiedy podejmuje pracę wysiudajki. Bohatera przeraża możliwość upokorzenia w oczach sąsiadów, nawet wyszydzanego Kotrasa. Czuje tak silny związek z własną społecznością, że paraliżuje go ewentualne nadwyrężenie tej wspólnoty. A utrata jedności z grupą równoznaczna jest ze stratą małej ojczyzny. Podobnie jak miejsca straszliwe istnieją w powieści locus amoenus. Właśnie z nimi najsilniej związany jest Lewandowski. Przyjemne miejsca utrwalone dobrymi wspomnieniami wydzielają w małej ojczyźnie obszar najintymniejszy, rozpoznawalny tylko dla Ryśka. Do lokacji takich należą: stoki Cytadeli, Bla-szanka oraz rzeka. Zbocza Cytadeli to ulubione miejsce dziecięcych zabaw Lewandowskiego. Kojarzą się z beztroską, wagarami i kwitnącymi drzewami kasztanowymi. Młody bohater przychodzi tu z Felkiem bądź sam, zawsze miło spędzając czas. Wiosenno-jesienny pejzaż przywodzi na myśl sielankę, ciepłe barwy liści przynoszą bezpieczeństwo i stanowią osobliwy kontrast wobec miejsca, w którym się znajdują. Wszak za murami Cytadeli zginęły tysiące Polaków. Trudno orzec, czy Rysiek nie zdaje sobie z tego sprawy, czy zwyczajnie o to nie dba. Jedyną wartość przywiązuje do swobody i uciechy, jaką dają łagodne zbocza. W Blaszance dokonuje się największy przełom w życiu bohatera. Odnajduje on upragniony cel i walkę, czyli to, czego nie dała mu najbliższa okolica. Wkracza we wspólnotę robotników i przyjmuje ich dążenia. Jest więc fabryka miejscem, w którym marzenia Ryśka ulegają spełnieniu. To prawdziwa wyspa obfitości w „Zatoce Szczęśliwej Przygody”. Rzeka sama w sobie nie jest miejscem, lecz składnikiem przestrzeni. W życiu Lewandowskiego pełni jednak szczególną rolę. Nad Wisłą odbywa się „wykład” ukochanego nauczyciela, w przy-brzeżnych krzakach spotyka także Rączyna: kiedy zdobywa buty dla Henka oraz w trakcie ideologicznego uświadamiania. Rzeka stanowi zatem pewien stały element procesu przeistoczenia bohatera. Nadanie Wiśle specjalnego znaczenia tłumaczyć można na wiele sposobów: przedstawia patriotyczną ikonę polskości, jest szara i mętna jak Marymont, oddziela dzielnicę od reszty świata. Najrozsądniejszym wnioskiem wydaje się jednak założenie, iż w wyniku kilku przypadków rzeka staje się świadkiem – być może nawet symbolem – przemian, którym podlega Lewandowski. Podsumowując rozważania na temat małej ojczyzny w Wilku, warto powrócić do figury axis mundi. Obszar Marymontu obrazowany jest w pewnym sensie wobec świata zewnętrznego. Perspektywa, z której przedstawiono przestrzeń utworu, ulega stopniowemu powiększeniu, obejmując tereny sąsiadujące z dzielnicą Lewandowskiego. Odautorskie założenie kompozycyjne sytuuje Marymont nie tylko w centrum wszechświata bohaterów, ale także w sercu świata w ogóle, gdyż ocena Burakowa czy An-nopola dokonuje się przez pryzmat ojczyzny prywatnej. Symbolika osi wszechświata nawiązuje do świętości zmaterializowanej w postaci konkretnego symbolu: słowiańskiego drzewa czy hinduskiej swastyki. Takim wyobrażeniem w Wilku byłaby ulica, przy której mieszkają Lewandowscy: miejsce poczęcia, narodzin i dramatu Ryśka. Mizerne centrum kosmosu rzutuje na całe życie bohatera. Jakiż bowiem los może spotkać chłopca urodzonego w tak okropnym i jednocześnie cudownym miejscu?

3.4.2.4. PEJZAŻE

Niezwykle ważną rolę odgrywa w przestrzeni obrazowanie pejzaży. Opisy krajobrazu pojawiają się w Wilku w niespotykanejdla Hłaski ilości. W żadnym z późniejszych utworów pisarza przyroda nie została tak obficie wyeksploatowana. Największe znaczenie nadano w Wilku symbolice wschodzącego i zachodzącego słońca. Wykorzystano przy tym radziecki topos światła. Jasność przychodzi bowiem ze wschodu: z Pelcowizny, Pragi i dalej, z ZSRR. Przynosi nowy dzień, pełen życia, uśmiechu i nadziei. Z drugiej jednak strony, nad ranem wracają robotnicy z nocnej zmiany, umęczeni i żałośni. Ciemność z kolei przynosi zachód: gaśnie piękna rzeka, z pól nadciągają gęste mgły, zapada chłodna noc. Ideologiczna toporność światła płynącego ze wschodu przełamywana jest obrazami okrutnej codzienności. Tak, dzień nadchodzi z prawobrzeżnej Warszawy, lecz w zestawieniu z realiami marymonckimi kwestia powyższa nie ma większego znaczenia, niczego bowiem nie zmienia. Szczególnie widoczne jest to jesienią i zimą, kiedy krajobraz obumiera i pozostaje równie bezbarwny dniem, co nocą. Obecności zindoktrynowanej symboliki zaprzeczyć nie można, nie ma ona jednak nachalnego charakteru. Różnice widać także w kolorystyce pór roku. Pomimo że, jak wcześniej wspomniano, ogólnie pojmowana przestrzeń przybiera barwy nasycone sepią, w niektórych miejscach powieści wiosna traktowana jest w sposób szczególny. Wiosną bowiem przyroda budzi się do życia: zielenieją pola i ogródki, kwitną kasztany, wyrastają maciejki, kumkają żaby, niebo ma kolor ultramaryny. Tak ciepło opisywany krajobraz pozostaje w ścisłym związku z wiosną życia i uczuć. Często eksploatowana w powieści metafora odnosi się do okresu dojrzewania głównego bohatera, narodzin mężczyzny oraz – zapewne – świadomości celu, walki. Różnorodność i nadzieja, jaką daje ludziom marymonc-kim najbardziej kolorowa pora roku, oddają potężny splot emocji, które kłębią się w młodym mężczyźnie.

3.5. Styl utworu

Wilk jest utworem niejednorodnym, rozdartym pomiędzy konwencją socrealistyczną a indywidualnymstylem Marka Hłaski. Wahania nastroju powieści świadczą o pewnym kompromisie twórczym: tekst pisany pod dyktando doktryny przepuszczony został przez filtr artystycznej wizji. Hłasko, czy raczej podmiot czynności twórczych, za pomocą specjalnego doboru środków poddał konwencję transformacji, w efekcie czego mówić można nie o zakorzenieniu ideologicznym, lecz pierwiastkach ideologii w dziele. Jak już wcześniej powiedziano, doktryna przyjmuje w Wilku charakter niemej obecności. Praktyczną realizację tego zabiegu stanowi przeplatanie wątków o różnym ciężarze stylistycznym: gwałtowne przejścia pomiędzy opisem niemal naturalistycznym i ideologicznie zmetaforyzowanym. Scena pierwszych w utworze aresztowań uderza zezwierzęceniem służb porządkowych. Policjanci i tajniacy przedstawieni są w sposób odrażający i dosłowny w swej fizyczności. Zaraz potem następuje relacja przestraszonego Kotrasa, pobitego niegdyś za obserwację pochodu pierwszomajowego: nikczemna władza masakruje niewinnego, czystego człowieka. Zestawienie bydlęcego obrazu „glin” i Kosiorków z przerażonym sąsiadem budzi w Ryśku wątpliwości:

– To kazało myśleć. Nieskładnie, strzępkami zrozumienia. Wystarczyło jednak tego, żeby zrozumieć niejasno, że coś jest inaczej jak w szkole, inaczej jak trzeba.

Podobne zjawisko zaobserwować można w końcowej fazie powieści. Rysiek bardzo brutalnie atakuje Bronisława Kosiorka, opis zmasakrowania policyjnego szpicla cechuje dbałość o szczegóły cielesności. Niemal natychmiast po tym incydencie Lewandowski zaczyna ideologiczną edukację, lekturę podziemnych gazet. Równowaga socrealistycznego świata zostaje przywrócona. Określenie, która z konwencji jest stroną przeważającą, stanowi zadanie niezwykle trudne. Choć obecność doktryny w powieści przyjmuje postać kilku chwytów stylistycznych, ich powtarzalność i całościowe znaczenie wydatnie wpływają na kształt i wydźwięk Wilka. Wygląda to mniej więcej tak, jakby dysponent reguł świadomie ograniczał własną swobodę twórczą, przypominając sobie w momentach odbiegających od ideologicznej metody, że tekst powinien przyjmować postać socrealistyczną. Stanowi zatem powieść swego rodzaju zderzenie dwóch poetyk: indoktrynowanej – optymistycznej, oraz Hłaskowej – mrocznej, ciemnej. Za przykład owego spotkania niech posłużyfragment tekstu:

Ale on już wiedział, że właśnie nie odeszli. Siłę brał z tego, miłość i piękno. Sam o sobie myślał, że urósł. Brał z ich ręki sztandar, aby ponieść go przez wszystkie głodne ziemie. I rozpierało go pragnienie walki. To straszliwe pragnienie walki zrodziło się w nim równocześnie z pragnieniem kobiety. Rzecz jasna, że od dawien dawna, od szczeniaczka, wiedział o wszystkim, dobrze wiedział, bo ludzie z wrzaskiem wynosili na ulice wszystkie swoje sprawy i spraweczki – choćbyś nie chciał, to i tak usłyszysz! W każdą sobotę kobiety wychodziły pod Blaszankę, aby ciągnąć nad łachę pijanych. Widział nieraz, jak żonaz prostytutką wydzierały sobie z rąk do rąk mężczyznę, walącego sprawiedliwie: raz żonę, raz dziwkę. Wyśpiewywał o tym Zieliński, wyganiał w napadzie szału swoje kochanki nocą, przeważnie bez niczego, tak żeby ludzie mieli chociaż trochę do śmiechu. Jako mały chłopiec biegał z innymi pod okna sutereny na Marii Kazimiery, przesiadując w kucki całymi godzinami. Przychodzili tam żołnierze, męty rozmaitego rodzaju i zarostu, potem potężni piaskarze, którzy bili wszystkich i rozbijali wszystko dla samej przyjemności popracowania potężnymi ramionami.

Przytoczony ustęp w znakomity sposób ilustruje rozchwianie stylistyczne utworu. Socrealistyczne wizje nowego początku, konkretnej walki ludowowyzwoleńczej zagłuszone zostają brutalnym opisem marymonckiej rzeczywistości. W powieści nieustannie dochodzi do przeplatania motywów ideologicznych i realistycznych. Wilk jest dziełem dwóch poetyk, które, jak się zdaje, nie mogłyby tu istnieć niezależnie od siebie. Pozbawiona mrocznej kreacji konwencja socrealistyczna byłaby jedynie mdłym „produkcyjniakiem”, natomiast pierwiastki ideologiczne – prezentując racje uciemiężonego ludu żyjącego w dwudziestoleciu międzywojennym – nadają czarnemu realizmowi autentyzmu. Nie należy zatem rozpatrywać poetyk w opozycji, lecz wobec siebie. Ciężar stylistyczny utworu nie ogranicza się jedynie do mieszania konwencji. Specyficzny dobór słownictwa kształtuje tanatyczną warstwę językową powieści. Stała obecność śmierci buduje martyrologiczny, romantyczny wymiar komunizmu. Nieprzypadkowo miejsce indoktrynacyjnych przemówień zajmują w Wilku obrazy zagłodzonego, doprowadzonego na skraj przepaści ludu. Określenia ostateczne służą do opisu każdego elementu struktu-ry dzieła, nawet mającego pozytywne kulturowe znaczenie. Głód nieść może tak zima, jak i lato, brak pracy i zatrudnienie, upośledzenie i pełnia zdrowia. Fabuła Wilka przesycona jest ostrymi, brutalnymi scenami, takimi jak pobicie prostytutki przez alfonsa czy poniewieranie młodej dziewczyny przez Makowskiego. Nagromadzenie obrazów męczeńskich i stosowanie słownictwa martyrologicznego ma uzasadniać racje komunistów oraz tłumaczyć wybory dokonywane przez Ryśka. Kolejną cechą Wilka jest dbałość o detale. Narrację auktorialną wyróżnia perspektywa odgórna. Często jednak widok zostaje przybliżony, skoncentrowany na pozornie nieistotnym szczególe, takim jak lampa naftowa czy lśniący but. Zabieg ten, utwierdzony w konwencji realistycznej, wymusza na odbiorcy większe skupienie. Oddaje znaczenie wszystkich elementów świata przedstawionego. Służy także wartościowaniu opisu, przeważnie negatywnemu:

Wychodzili tak we trzech wczesnym rankiem, kiedy jeszcze mgła zamazywała twarze, a zimny wiatr od Wisły drążył, zdawało się, kości. We trzech: ojciec, Janek Rączyn, który też bez roboty chodził, i jeszcze jeden sąsiad z końca ulicy – Budziejewski Stefan. Ojciec brał czapkę, pięć papierosów w blaszane pudełko, papierosów przekrajanych na połówkę51, dobre słowo od matki w serce, ale prawie nigdy śniadania w kieszeń.

Uszczegóławianie opisu potraktować należy jako jedną z metod demonizacji przestrzeni. Świat zły w najmniejszych detalach, przesiąknięty głodem i śmiercią w każdym aspekcie uwydatnia martyrologię społeczeństwa marymonckiego. Warto jeszcze zwrócić uwagę na symbolikę zastosowaną w powieści. Oprócz wspomnianej już „wiosny życia” i gry światłem w dość nietypowy sposób funkcjonują w utworze aluzje religijne. Podstawowym motywem biblijnym jest wskrzeszenie, odrodzenie, któremu podlega Rysiek. Kilkakrotnie doprowadzony na skraj wytrzymałości, „ostatnią granicę życia”, zawsze odnajduje punkt zaczepienia umożliwiający powrót do rzeczywistości. Jego wiara, choć stale nadwyrężana, pozostaje niezachwiana. Lewandowski doświadcza również epifanii. Będąc świadkiem niejasnych, traumatyzujących sytuacji, doznaje nierzadko objawienia, zamkniętego w sformułowaniu: „I wtedy zrozumiał”. Owo zrozumienie przychodzi nagle i pozwala dostrzec Ryśkowi prawdę tkwiącą w rzeczywistości. Olśnienia dotyczą najczęściej nierówności społecznych, co nadaje uświadamianiu klasowemu charakteru na poły religijnego.

3.6. Język

Dokładnej analizy stylizacji językowej opowiadań Hłaski dokonała Dorota Suska. Ustalenia przez nią poczynione uznano za wiążące, toteż poniższe rozważania oparte są po części na pracy badaczki52.

Język utworu stylizowany jest na gwarę warszawską. Raczej nie można mówić o gwarze marymonckiej. Oczywiście istniały między dzielnicami różnice w zakresie leksyki czy nazewnictwa, jednak wszystkie stołeczne warianty języka ogólnego oparte były na tym samym systemie. Stylizacja ma charakter częściowy, opozycyjno-ekwiwalentny: stopień nasilenia cech gwarowych w dialogach jest znacznie wyższy niż w narracji53. Warto zwrócić uwagę, że odmianą polszczyzny ogólnej posługiwały się osoby uboższe i nieszlachetnego urodzenia, o czym świadczy obecność leksyki przestępczej, nieumiejętnie spolszczonych zapożyczeń i spora ilość wulgaryzmów54. Gwara jest mówionym wariantem języka, toteż zapis ma postać fonetyczną. Prawdopodobnie dlatego stylizacja w powieści sprawia wrażenie niekonsekwentnej. W istocie celem mogło być utrwalenie żywego słowa, nie zaś stworzenie tekstu całkowicie opartego na dialektyzacji. Mowa potoczna służy pokazaniu ekspresji języka ulicy oraz uwiarygodnieniu bohaterów i narratora. Raczej nie można mówić o indywidualizacji postaci poprzez kształtowanie wypowiedzi, choć Rączyn i Jasny, czyli wykształceni komuniści, używają relatywnie mniej gwaryzmów niż reszta mieszkańców Marymontu. Najwięcej w utworze osobliwości fleksyjnych i fonetycznych. Oto niektóre z nich: formy drugiej osoby liczby mnogiej czasownika zakończone formantem - ta: „wieta”, „pójdzieta”; konstrukcje drugiej osoby liczby pojedynczej połączone ze słowem „pan”: „miarkujesz pan”, „widzi pan”; tendencja do upraszczania grup spółgłoskowych: „chrzestny”; fonetyczny zapis emocji: „nnnoo, prooooooooszę”. Znamienna dla Wilka jest także obecność licznych archaizmów, na przykład „kalkulować”, „neptki”, „lanszaft”. Charakterystyczne jest tworzenie nazw istot męskich od nazwisk zakończonych na -ski z addycją sufiksu -szczak: „Lewandowszczak”, „Zielońszczak”, „Bukińszczaki”. Pojawiają się także ekspresywne formy słowotwórcze, na przykład „szesnastogłodowych”, „ostro brzegi”. Osobliwości składniowych jest niewiele, kilkakrotnie pojawiają się w powieści polilogi (marzenia Kotrasa o alkoholu, rozmowy w Blaszance, malowanie portretu Stalina), a w konstrukcjach typu „byk już jesteś”, „jesteś zły człowiek” często miejsce narzędnika zajmuje mianownik. Do swoistych cech języka Wilka należą również: rozbudowana synonimika (na przykład nóż – cyganek, twarz – morda – ryj) oraz liczne frazeologizmy („dupes przez pupes”, „ferfał di klaczkes”). Podsumowując krótką charakterystykę stylizacji powieści, należy stwierdzić, że wszelkie dokonane na tekście operacje językowe służą zbliżeniu zapisu do mowy potocznej55. Wykorzystane w Wilku gwaryzmy warszawskie wyrażają ekspresję wypowiedzi, a także jednoznacznie wskazują na pochodzenie bohaterów. Zakres dialektyzacji określić trzeba jako częściowy, zachowujący słuszną równowagę pomiędzy silniejszym upotocznieniem dialogów i bardziej literacki kształt narracji.

4. Socrealizm

Na przełomie 1951 i 1952 roku Marek Hłasko był korespondentem „Trybuny Ludu”. Pisał krótkie artykuliki dotyczące codziennego życia robotnika. Realia znał dobrze, gdyż pracował w wielu warszawskich zakładach państwowych. Można więc stwierdzić, że sprawy i język ludu nie były mu obce. Jak bardzo angażował się w realizacje planów i struktury partyjne, nie sposób określić. Podobną trudność sprawia rozstrzygnięcie, czy obecność ideologii w pierwszym okresie twórczości (1951–1956) wynika z wiary w założenia doktryny, czy może z kompromisu, będącego ceną za publikację. Z pewnością jednak pierwiastek socjalistyczny w ówczesnych tekstach istnieje56. Opowiadania Pamiętasz, Wanda, Baza Sokołowska czy Trudna wiosna oparte są na schemacie i konwencji prozy socrealistycznej. Oczywiście nie tworzył Hłasko typowych „produkcyjniaków”, w każdym tekście pozostawiając cząstkę własnego artyzmu, nie mniej jednak trzeba zauważyć, że w juweniliach odnaleźć można liczne inspiracje zaczerpnięte z obowiązującej od 1949 roku metody twórczej. Założenia owej metody do skomplikowanych nie należą. Wywodzą się bezpośrednio z myśli marksistowskiej, z tym że upraszczają system filozoficzny do kategorii wyłącznie społecznych. Głównym czynnikiem kształtującym literaturę ma być materializm historyczny, czyli pogląd, według którego stosunki międzyludzkie w procesie produkcji są związkami podstawowymi, podporządkowującymi sobie wszelkie inne przejawy aktywności społecznej. Materializm historyczny narzuca ujmowanie dynamicznej przemiany rzeczywistości jako nieustannego rozwoju, procesu dziejotwórczych przeobrażeń. Następstwem tej idei w praktyce piśmienniczej jest eksploatowanie wzorca fabularnego, przedstawiającego szerokie spectrum walki między nowym a starym, najczęściej poprzez wpisanie schematu w tematykę produkcyjną. Umieszczanie akcji w zakładach pracy, miejscach, gdzie bije serce zachodzących w kraju przemian gospodarczych i społecznych, wnosi do literatury właściwy pierwiastek „życiowy”. Sztuka ma przecież dostarczać gotowych wzorców, które naśladować mogliby czytelnicy, a więc spełniać swą najważniejszą rolę – wychowywać świadomych ideologicznie obywateli. Tak naiwne pojmowanie opiniotwórczych zadań literatury skutkuje zakrojoną na niezwykle szeroką skalę eksploatacją schematów fabularnych. Zawsze współczesnej tematyce, obrazowaniu powojennej odbudowy kraju, realizacji planów gospodarczych, unowocześnianiu przemysłu towarzyszyć musi jednoznaczne działanie bohatera pozytywnego – człowieka pozbawionego wątpliwości ideologicznych – koniecznie zakończone powodzeniem. Krzywdzące wytyczne, podług których znormalizowano literaturę na zjeździe szczecińskim, najpełniej realizowano w prozie. Specyfikę powieści socrealistycznej w sposób zwięzły i słuszny ujął Zbigniew Jarosiński:

Zasadniczy konflikt utworu powinien być mianowicie charakteryzowany jako antagonizm klasowy, a kontrowersjemające podłoże obyczajowe czy moralne jako wtórne wobec niego. W świecie powieściowym nie powinno zabraknąć świadomie szkodzącego wroga klasowego oraz sceny zdemaskowania go. Obok bohatera pozytywnego powinna pojawić się zbiorowość, zwłaszcza robotnicza, udzielająca mu poparcia. Należy ukazać czynną rolę ideologii stanowiącej siłę, która kieruje ludźmi należącymi do obozu postępu. Specjalnego uwypuklenia wymaga rola organizacji partyjnej, wnoszącej socjalistyczny postęp. A w ogólności niemożliwy jest konflikt między bohaterem pozytywnym a partią czy urzędem. Temat pracy wreszcie nie może się usamodzielniać, ale wystąpić winien w perspektywie ludzkiej – jako „walka o jutro”57.

Nie ulega wątpliwości, że tak skomplikowana receptura na słuszny ideologicznie utwór pozostawia autorowi niewielkie pole na wyrażanie indywidualności. Wykaz wymagań uzupełnić należy jeszcze o cechy, które określić można jako wariantywne: wprowadzenie postaci wahającego się inteligenta, niepotrafiącego w pełni zrozumieć interesów ludu, projektowanie bohaterów antagonistycznych oraz schemat, skazujący robotnicze przedsięwzięcia na początkowe niepowodzenie, by finalnie, dzięki hartowi socjalistycznego ducha dyktującemu uporczywość, osiągnięty został sukces. Poetyka powieści socrealistycznej jest czytelna i łatwa do rozszyfrowania. Wszak musi być dostosowana do czytelnika masowego, posiadającego ograniczone kompetencje, toteż treści podane są w taki sposób, aby odbiór nie nastręczał społeczeństwu problemów. Utajony przekaz stanowi założenie, że praca kolektywu bezsprzecznie powiązana jest z ideami socjalizmu. Stosuje się zatem zabiegi podkreślające, często symbolicznie, kult pracy: apoteozę siły fizycznej, realizowanej przez dokładne opisy cielesności bohaterów-herosów, uwydatnienie znaczenia nowych, rewolucjonizujących metody pracy pomysłów oraz pojmowanie kolektywnego wysiłku jako kwintesencji szczęśliwej walki o lepszą przyszłość. Niepomierną rolę w kształtowaniu poprawnej ideologicznie wymowy utworu pełnią bohaterowie. Ich losy determinowane są przez pochodzenie i pozycję klasową. Zwolennicy systemu często używają określeń pochodzących z nomenklatury wojskowej, co służy podkreśleniu walecznego charakteru przemian. Podlegają również pewnym objawieniom, przełomowemu samouświadomieniu prawdy o rzeczywistości. Dzielnie tropią wrogów idei, kułaków, sabotażystów, nierzadko naprowadzając ich na właściwą drogę przemiany. Projektowani są na kształt gotowych modeli, z których bezpośredni, bezrefleksyjny nawet przykład brać mają czytające masy. W jaki sposób założenia socrealistyczne odnoszą się do Wilka? Wspomniano już, że ideologia ma w powieści charakter niemy. Nie oznacza to jednak braku zakorzenienia socrealistycznego. Konwencja zostaje w utworze wykorzystana wprost bądź podlega reinterpretacji. Zakres zabiegów adaptacyjnych przybliży systematyczne przykładanie narzędzi wyznaczonych przez doktrynę do treści Wilka.

ANTAGONIZM KLASOWY JAKO ZASADNICZY KONFLIKT UTWORU

Głównym konfliktem powieści jest poszukiwanie przez Ryśka celu i walki. Niezgoda na rzeczywistość w szerszym kontekściewynika z nierówności klasowych panujących w dwudziestoleciu międzywojennym, jednak antagonizm przedstawiono jednostronnie. Marymont i jego okolice dotknięte są niedostatkiem.„Lepsze życie” natomiast ograniczono do kilku sygnałów o pięknej zabudowie Żoliborza i niekonkretnym określeniu, że gdzieś komuś wiedzie się dobrze. Występują w utworze oskarżenia kierowane w stronę właścicieli fabryk, na przykład wobec Więckowskiego czy Uklejskiego, lecz ciężko je nazwać zarzutami o podłożu klasowym. Wynikają one raczej z rozgoryczenia sprowokowanego przez wyzysk niż świadomości ideologicznej. Należy pamiętać, że konkretne kwestie polityczne wyartykułowane są dopiero podczas strajku, a więc w końcowej fazie powieści. Zatem antagonizm klasowy nie stanowi zasadniczego konfliktu Wilka, tylko jedną z możliwych przyczyn okrutnego stanu rzeczywistości.

WALKA MIĘDZY NOWYM I STARYM, WALKA O JUTRO

Gdyby uznać, że aktywna i konsekwentna niezgoda Lewandowskiego na marymonckie realia stanowi symptom nowości, to schemat ten jest w Wilku realizowany. Czy jednak poszukiwanie drogi, która podniosłaby standard życia, można nazwać walką? Rysiek nie artykułuje głośno swoich pretensji, protest przyjmuje formę konfliktu wewnętrznego, przeżywanego w sposób intensywny, lecz ograniczony. Jeśli walczy, to raczej z tym, żeby nie przystać na warunki rozwoju oferowane przez proletariackie życie. Dopiero gdy odnajduje jasno sprecyzowany cel, do powieści wkracza ideologia. Identyfikacja bohatera z aktywem robotniczym pozwala zaistnieć wyraźnemu rozróżnieniu nowego i starego. Natomiast narracyjne wybiegi w przyszłość sugerują, że„nowe” stanie się walką o jutro. Na myśl przychodzi jeszcze jedna uwaga. W świecie powieściowym walka o jutro nie ma wymiaru ideologicznego, lecz biologiczny. Każdy dzień spędzony na Marymoncie stanowi próbę przetrwania. Ekstremalne warunki życia czynią z głodu i biedy naturalnych wrogów każdego mieszkańca. A zatem nie tylko walka o lepsze jutro, ale o jakąkolwiek przyszłość stanowi w powieści znaczący element.

TEMATYKA PRODUKCYJNA

Jedynym zakładem pracy, na tle którego toczy się akcja powieści, jest Blaszanka. Stanowi jednak miejsce strajku, a nie produkcji. Wilk nie zawiera obrazów odbudowywania kraju i modernizowania przemysłu, a jedyny realizowany w powieści plan to droga Ryśka ku lepszemu życiu. Bliżej przedstawiono jedynie karierę wysiudajki Lewandowskiego, nie ma ona jednak nic wspólnego z ideami propagowanymi przez władze socjalistyczne.

CZYNNA ROLA IDEOLOGII NA DRODZE DO POSTĘPU

Wspominano już wielokrotnie, że ideologia wyrażana jest w Wilku poprzez nieobecność. Postęp, jakiego dokonuje główny bohater, nie ma nic wspólnego z doktryną. Akcenty rozłożone są w powieści w zupełnie odmienny sposób. Próby uświadamiania klasowego, które podejmuje Rączyn, interpretuje Rysiek bardzo dosłownie, kładąc nacisk na ofiary, jakie ponoszą komuniści: zdrowie i życie. Tak więc obecne w utworze dążenie związane jest z pragnieniem odmiany losu, nie zaś z chęcią dokonania rewolucji. To samo odnieść można do aktywu robotniczego. Strajkujący w Blaszance walczą o prawa pracownicze i godną płacę. Na-turalnie oskarżenia padają pod adresem dyrektora-kapitalisty, nie uosabia on jednak całej warstwy społecznej, lecz stanowi konkretne źródło pretensji robotników. Postęp w rozumieniu marymonckiego społeczeństwa to stała praca i regularna wypłata, roszczenia większości nie mają nic wspólnego z wiarą w Partię. Jedyny moment ideologicznego zjednoczenia to potyczka z Falangą, powodem bójki są bowiem różnice światopoglądowe pomiędzy „czerwonymi” a faszystami.

BOHATER POZYTYWNY

Jedyną postacią, która spełnia wymagania stawiane bohaterowi pozytywnemu, jest Rączyn. Pozbawiony wątpliwości młodzieniec poświęca dla sprawy zdrowie i nerwy. Bezgranicznie wierzy w potęgę Partii oraz ideały przez nią rozpowszechniane. Jako bodaj jedyny wyraźnie artykułuje swoje przekonania, używając terminologii ideologicznej. W swoje działania angażuje innych, werbując do wspólnej walki Ryśka i Kotrasa. Mobilizuje aktyw robotniczy do zainicjowania strajku, uczestniczy w dzielnicowych strukturach podziemnych. Jego wiara pozostaje niezachwiana nawet po rozwiązaniu Partii. Janek stanowi niemal modelowy przykład bohatera pozytywnego. Niemal, ponieważ wygląd Rączyna odbiega od typowego przedstawienia wojownika socjalizmu. Jest niski, wychudzony, na ciele nosi ślady przesłuchań. Lukę, jaką w obrazowaniu wzorcowego bohatera pozytywnego stwarza fizyczność Janka, wypełnia Jasny: piękny, wysoki młodzieniec o wspaniałych blond włosach, stanowiący wzór dobrego nauczyciela58.

WYPŁYWAJĄCA Z IDEI SOCJALIZMU PRACA KOLEKTYWU

Praca, jak już wspomniano, w utworze bezpośrednio nie występuje. Istnieje natomiast walka kolektywu, wywodząca się z pobudek ideologicznych. Robotnicy postulują respektowanie praw pracowniczych, równe traktowanie i własną godność. Wspierają się podczas strajku i przyjmując wspólne stanowisko, odnoszą sukces. Warto nadmienić, że dążenia kolektywu nie wykraczają poza zagadnienia z obszaru praw człowieka. Aktyw nie pragnie ukarać kapitalistów, nie żąda zmiany ustroju, lecz godnego traktowania. Faktem niezaprzeczalnym pozostaje natomiast, że kolektywny wysiłek stanowi drogę do lepszej przyszłości. Zjednoczona klasa robotnicza wspólnymi środkami wywalcza lepsze jutro.

DETERMINIZM LOSU BOHATERÓW

Droga Ryśka na mury Blaszanki określona jest przez wiele omówionych już czynników. Nie mają one jednak tendencyjnej, socrealistycznej natury. Gdyby tak było, Lewandowski, jako syn furmana, prowadzony przez biedę i upokorzenia, uczestniczyłby w organizacji strajku, stając wreszcie na jego czele, zostając przodownikiem pracy i gorliwym ideologiem. Tymczasem o życiu Lewandowskiego nie decyduje typowość, lecz zabiegi konstrukcyjne podmiotu czynności twórczych. Determinizm losu Ryśka jest w swej istocie nieprzezwyciężalny, nie wynika jednak z pochodzenia i sytuacji społecznej, tylko celowego zamierzenia dysponenta reguł powieściowych.

WRÓG KLASOWY

Za wrogów klasowych uznać można by Kosiorków, choć ich działania nie są podszyte ideologią, tylko podłą naturą. Policyjni szpicle tropią komunistów nie dlatego, że pragną zatrzymać naturalnądrogę rozwoju historycznego, lecz ze względu na nielegalny charakter podziemnych zgromadzeń (który umożliwia im zarobek).„Czerwoni” traktowani byli w dwudziestoleciu międzywojennym jak przestępcy, formalnie nic ich nie różniło od szopenfeldziarzy, toteż pozostający na usługach władz Kosiorkowie wydawali ich policji równie chętnie, jak złodziei. Trzeba jednak przyznać, że zapalczywa odraza, z jaką przedstawieni są w powieści, jednoznacznie określa stosunek narratora do kapusiów.

NOMENKLATURA WOJSKOWA

Walka stanowi jedną z głównych osnów powieści, toteż bardzo często pojawia się w Wilku to określenie, szczególnie w przytaczanych przez narratora przemyśleniach głównego bohatera. Także wypowiedzi strajkujących traktują o potrzebie walki o godność i prawa, toteż sporo w utworze odniesień do bitew i boju.

KULT FIZYCZNOŚCI

Szczególnie akcentowane w Wilku jest posiadanie zdolnych do pracy rąk. Budziejewski – „człowiek o złotych rękach” – popada w rozpacz przez brak zatrudnienia. Poruszająca rozmowa Lewandowskiego ze Stefanem eksponuje tragedię wszechstronnie utalentowanego mężczyzny. Zwrócenie uwagi na piękne, silne, ale niewykorzystane dłonie z pewnością można odczytać jako aluzję do socrealistycznego kultu fizyczności.

NAGŁE OLŚNIENIA

Bez wątpienia z konwencji socrealistycznej zaczerpnięte zostały objawienia, których doświadcza Rysiek. Sformułowania „wtedy zrozumiał”, „nagle zrozumiał”, „stało się jasne” zwiastują odkrycie kolejnej prawdy o rzeczywistości. Proces samouświadomienia został w utworze pokazany dynamicznie: pierwsze Ryśkowe olśnienia są mgliste, ostatnie zaś pokazują cel i walkę. Dotyczą one niesprawiedliwości i nierówności panujących w otaczającym bohatera świecie. Epifanie nie rodzą jednak świadomości ideologicznej, tylko chęć zemsty.

WARTOŚCI WYCHOWAWCZE

Bohater, który myśli o krwawej zemście, nie może być dla nikogo wzorem. Rysiek od najmłodszych lat podejmuje decyzje wątpliwej moralnie natury. Kradzież butów, decyzja o dostaniu się do szajki Zielińskiego, bicie słabszych gazeciarzy, w końcu chęć zamordowania Kosiorka – wszystko to czyny mało chwalebne. Ostatecznie Lewandowski nie dojrzewa nawet do komunizmu. Rozumie konieczność walki o równość praw społecznych, Partia staje się dla niego wartością najwyższą, jednak ideologicznej dojrzałości nie osiąga. Również wydźwięk utworu nie nastraja optymistycznie. Działania kolektywu pomogły jedynie robotnikom z Blaszanki, nie zawróciły biegu historii. Poza Rączynem i Jasnym nie ma w Wilku ani jednego bohatera godnego naśladowania. Sama powieść pozostaje bez morału, nie wyprowadza pozytywnych wartości, nie ukazuje walki zakończonej sukcesem. Można wręcz mówić o antydydaktyzmie tekstu Hłaski. Do typowych wyznaczników powieści socrealistycznej dodać należy te elementy Wilka, które w żadnym wypadku w utworze zindoktrynowanym pojawić by się nie mogły.

BRUTALNOŚĆ OPISÓW

Przedstawiona w powieści wizja świata jest ze wszech miar pesymistyczna. Pejoratywizacja opisów prowadzi je w rejony po-krewne naturalizmowi i weryzmowi. Zaprezentowane epizody mają wymiar skrajny, intensywnie gorszący. Liczne bójki, pijaństwo, depresyjna antycypacja rzeczywistości – wszystko to, co buduje autentyczny obraz środowiska marymonckiego i zwyczajów lumpenproletariatu, nie mieści się w normach optymistycznej poetyki socrealistycznej. Tak brutalne sceny jak skatowanie Kosiorka, masakrowanie prostytutki krzesłem czy pobicie Lewandowskiego przez tragarzy wychodzą daleko poza normy konwencji.

NATURA ZŁA

O negatywnym obrazie świata w powieści stanowi przede wszystkim wszechobecność zła. W powieściach socrealistycznych nikczemność wynikała z dysonansów klasowych. W Wilku natomiast zło zostało zaprezentowane jako niezbywalna część ludzkiej natury. Pojawiają się oczywiście w utworze sugestie, jakoby podłość marymonckiej rzeczywistości była konsekwencją nierówności społecznych, nieporadności władz, przyjmują one jednak formę mechanicznych formułek podsuwanych czytelnikowi. Prawdziwe zło tkwi w człowieku, a ujawnia się w warunkach ekstremalnych – głodzie i ubóstwie. Podobnie jak w Biesach, do nikczemności zdolna jest każda jednostka, stanowi ona część natury wszystkich ludzi. Takie ujęcie nie było przez doktrynę akceptowane. Połączenie wizji zła społecznego z egzystencjalnym stawia utwór w opozycji wobec tendencyjnej konwencji.

SEKSUALNOŚĆ

Miłość w utworach socrealistycznych – jeśli w ogóle istnieje – traktowana jest górnolotnie. Bohater pozytywny zakochuje sięniewinnie, o fizyczności często nawet nie wspominano59. Tymczasem w Wilku seksualność została wyniesiona na ulice. Kobiety są wyraźnie zdominowane, co widać choćby w relacji Lipki z córkami60. Seks jest stałym elementem rzeczywistości marymonckiej. Dotyka nawet bohatera:

Teraz rosło w nim to pragnienie, z dnia na dzień silniejsze i gorętsze. Długo w noc nie mógł zasnąć, przewracając się wściekle z boku na bok, w końcu przychodził sen – ciężki, pełen niejasnych zjaw, rozłomotany i duszący, taki jak się miewa wiosną życia.

Opis dotyczy oczywiście snu erotycznego. Podobny motyw nie miał prawa pojawić się w powieści socrealistycznej. Z punktu widzenia doktryny seks stanowi przeszkodę odciągającą uwagę od kluczowej sprawy – walki klasowej. Tymczasem porządek Wilka raz po raz zaburzany jest przez podobne sceny: mężczyzna rozdzierany przez żonę i prostytutkę, Zieliński wyrzucający nagą kochankę na ulicę, ekscesy w suterenie na ulicy Marii Kazimiery. Nachalna obecność erotyki w powieści szokuje nawet z dzisiejszego punktu widzenia. Osobną sprawą jest kompozycyjne umiejscowienie seksualnych rozterek w utworze. Rozmyślania erotyczne Ryśka następują tuż po ustępie o uświadamianiu ideologicznym. Zestawienie rewolucji z cielesnością stanowi rzecz niebywałą, a w rzeczywistości Polski lat pięćdziesiątych – wręcz skandaliczną i odsuwa Wilka daleko poza tradycyjną konwencję socrealistyczną.

WULGARYZMY

Wulgaryzacja języka stanowi element stylu potocznego. Jednak ilość wyrazów niecenzuralnych wykracza w Wilku poza wszelkie normy spotykane zazwyczaj w literaturze. Pomijając fakt, że oficjalna metoda twórcza przekleństw nie dopuszczała – godziło to w wychowawczy aspekt literatury – nasilenie określeń obscenicznych szokuje nawet współcześnie. Choć ta właściwość języka powieściowego wprowadza do dialogów ogromny stopień autentyzmu, znacznie utrudnia odbiór utworu. Pomijając względy estetyczne, trzeba przyznać, że różnorodność wulgaryzmów jest imponująca, na przykład ilość wariantów wyrażenia „mać twoja” przekracza w tekście synonimikę słowa „walka”. W wielu miejscach pojawia się także cenzura „taka twoja owaka”, „k…wa”.

RELIGIJNOŚĆ

Dla religii, rozumianej jako opium dla mas, miejsca w utworze socrealistycznym nie ma. W Wilku natomiast wiara pełni istotną rolę. Wynika to zapewne z faktu, iż pobożność stanowiła w dwudziestoleciu ważną część polskiego folkloru, a nawet państwowości. I choć wydarzeniami powieściowymi rządzi przede wszystkim przypadek, bohaterowie często powołują się na wolę bożą lub interwencję Stwórcy. Zauważyć należy, że religijność przybiera przeważnie formę dewocji i dbałości o pozory, niemniej jednak katolicyzm stanowi trwały element świata przedstawionego. Wszechświat, w którym współistnieją Bóg i ideologia marksistow-ska, to projekt niezwykłyi niespotykany. Paradoksalną kwintesencją tej zależności jest modlitwa Ryśka o przyjęcie do Partii. Kompromitacja socrealizmu w tej scenie zakrawa na śmieszność.

ROZWIĄZANIE KPP

Dokonana w 1938 roku likwidacja Komunistycznej Partii Polski była w PRL tematem niezwykle drażliwym i delikatnym. Działacze partyjni wypowiadali się o decyzji Stalina z dyskretnym entuzjazmem, pochwalając wyeliminowanie agenturalnego niebezpieczeństwa. Twierdzono, że struktury Partii zostały poddane inwigilacji wrogów rewolucji, więc rozwiązanie organizacji było jedynym właściwym krokiem. W Wilku zaprezentowano oddolne skutki decyzji sekretarza generalnego, dokonano tego jednak w sposób niedopuszczalny dla konwencji socrealistycznej. Dramatyzm odebrania Lewandowskiemu upragnionej walki sugeruje potępienie likwidacji KPP. A zatem – pośrednio – podważono w powieści decyzję Stalina. Taki przekaz naturalnie nie mógł wypływać z utworu przenikniętego doktryną. Pozornie Wilk jest reinterpretacją powieści socrealistycznej. Wykazane różnice pomiędzy tekstem Hłaski a prozą produkcyjną są jednak znaczące. Na tyle, że utworu socrealistycznym nazwać nie sposób. Właściwszym określeniem byłoby: powieść zawierająca pierwiastki ideologiczne, wykorzystująca socrealistyczny schemat fabularny. Proporcje między elementami metody twórczej a indywidualną inwencją Hłaski są nierówne. W Wilku wykorzystano niektóre elementy konstrukcyjne „produkcyjniaków”, lecz sama doktryna przybiera charakter niemy. Paradoksalnie, nieobecność ideologii stanowi o jej wyrazistości. Wnikliwy odbiorca, zmuszony do wyszukiwania pierwiastków socjalistycznych w procesie uważnej lektury, zwraca na nie większą uwagę, niż gdyby podane były w nachalnej postaci. Dzięki temu zakorzenienia ideologiczne powieści są niepodważalne. Niemniej jednak nieoczywistość doktryny świadczy o jej celowym ukryciu. To z kolei oznacza pewien kompromis twórczy wymuszony nastrojami politycznymi panującymi w Polsce pierwszej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Warunkiem publikacji jakiegokolwiek utworu było respektowanie wytycznych metody twórczej. A jednak Wilk wyzyskuje tylko niektóre elementy poetyki postszczecińskiej. Pozostałe składniki dzieła stanowią cechy charakterystyczne dla stylu Marka Hłaski. Jakie?Z pewnością obrazowanie świata. Demonizacja przestrzeni jest jednym z wyróżników poetyki pisarza, podobnie bezbarwność scenerii. Należy jednak zaznaczyć, że negatywna ocena świata powieściowego wyrażona jest w sposób niezwykle bogaty. Sposób obrazowania przestrzeni utworu jest zaskakująco rozbudowany. Komentując Pierwszy krok w chmurach, Zbigniew Florczak pisał, że „Hłasko instynktownie wrócił do najsubtelniejszego sposobu literatury – do metaforyki jako architektoniki całego pomysłu autorskiego, całego przeżycia, całego opowiadania”61. Lektura Wilka pozwala sądzić, że ów zamysł kreacyjny stanowił ważną część warsztatu pisarza już od pierwszych prób literackich, później podlegając tylko udoskonaleniu. Wyraziste rysy bohaterów i schyłkowy klimat utworu również łączą Wilka z późniejszymi utworami Hłaski, w których„na pierwszy plan wysuwa się prywatność bohaterów, ich dramaty osobiste sprowokowane przez nieprzyjazny świat”62. To samo dotyczy stylizacji języka na żywą mowę. Przede wszystkim jednak pesymistyczna wymowa powieści, wszechobecność zła i wrażenie nieuniknionej katastrofy stanowią zapowiedź przyszłej twórczości autora63.

Podsumowując rozważania na temat obecności ideologii w Wilku, warto zauważyć, że powieściowe ujęcie socjalizmu bliskie jest temu, co Edward Kolbus nazywa socrealizmem á rebours64. Oczywiście utwór nie stanowi zaprzeczenia idei marksistowskich, zawiera jednak pewne sygnały wątpliwości. Sygnały dyskretne, ale obecne.

Faktem jest, że zobrazowanie aktywu robotniczego i wyraźne wskazanie na genezę jego roszczeń pozwala umieścić utwór w kręgu wpływu metody produkcyjnej. Można wręcz powiedzieć, że racja jednostronnie zarysowanego konfliktu leży całkowicie po stronie lumpenproletariatu. Jednak ziarno wątpliwości, kiełkujące na gruncie wycofania pierwiastków ideologicznych ze świata przedstawionego, nakazuje traktować Wilka jako powieść przełamującą schematyzm i wykraczającą daleko poza polityczny dyktat okresu, w którym powstawała65.

5. Obraz dwudziestolecia międzywojennego

Władze Polski Ludowej poddawały ostrej krytyce lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Negatywnej ocenie podlegała także literatura. Jak pisze Jarosiński:

Dwudziestolecie oceniano jako okres, gdy literatura stała się służką sanacyjno-faszystowskiego ustroju, popierającą machinę państwową burżuazji. Dyktat ten miał się również przejawiać w obfitości zjawisk schyłkowych i dążeń antyrealistycznych, a także powodować, że kontynuacje XIX-wiecznego realizmu krytycznego przeradzały się w naturalizm66.

Owe „zjawiska schyłkowe” to także wszelkie ruchy awangardowe, odwracające uwagę od spraw codziennych i ważnych. Znamienne, że pisarze tworzący przed wojną, pozostający pod wpływem władzy ludowej, musieli składać samokrytyki unieważniające dotychczasowe dokonania literackie. Publicznych rozliczeń dokonali między innymi Jerzy Andrzejewski i Adam Ważyk. Burżuazyjną sztukę sanacyjną krytykowano za pomijanie pierwiastków ludowych. Zarzucano tworzenie nieprawdziwego obrazu proletariatu, portretu widzianego z pozycji kapitalistycznego wyzysku. Przede wszystkim jednak literaturze dwudziestolecia brakowało zaangażowania w sprawy robotnicze. Jeśli tematyka produkcyjna w ogóle się w utworach pojawiała, przedstawiana była z perspektywy psychologizmu i historycznych uwarunkowań. Nie postulowano konieczności przemian, równouprawnienia, opisywano tylko ówczesny stan rzeczywistości. A to w oczach krytyki socjalistycznej czyniło sztukę dwudziestolecia nieprzydatną, szkodliwą, wręcz kłamliwą. Rzeczywiście, większość pisarzy traktowała sprawy ludu z pewną wstrzemięźliwością. Tematyka Generała Barcza czy Romansu Teresy Hennert nie nawiązywała w znaczący sposób do społeczności robotniczej. Jednak w latach trzydziestych pewna grupa pisarzy żywo zainteresowała się losem ludu. Zespół Literacki „Przedmieście”, do którego należeli między innymi Jerzy Kornacki, Helena Boguszewska, Władysław Kowalski i Halina Krahelska, postulował „poszukiwanie nowego tematu, którym jest codzienne życie szarych i nieciekawych ludzi przedmieść, niewykorzystane artystycznie marginesy wielkich miast, nieefektowne bytowanie ludu”67. Członkowie grupy, inspirując się francuskim naturalizmem, dążyli do uzyskania niemal reportażowej dokładności obserwacji literackich. Program prozaików nie miał jednak nic wspólnego z ideologią socjalistyczną, celem pisarzy było eksplorowanie niezbadanych jeszcze obszarów życia społecznego. Właśnie do twórczości pisarzy „Przedmieścia” najsilniej nawiązuje poetyka Wilka, szczególnie że w kręgach grupy poruszał się Zbigniew Uniłowski. Podejmowanie problematyki dwudziestolecia międzywojennego, a tym bardziej umieszczanie akcji

utworu w tamtym okresie, nie należało w latach pięćdziesiątych do działań popularnych. Dość powiedzieć, że Pamiątka z Celulozy była jedyną rozpoznawalną powieścią wyzyskującą realia przedwojenne. Jakie zatem czynniki wpłynęły na obraz dwudziestolecia w Wilku? Siłą rzeczy, skoro sztuka współczesna utworowi stroniła od przedstawień Polski sanacyjnej, inspiracją do kreacji przestrzeni były zapewne powieści autorów z „Przedmieścia”. Dodać do tego trzeba jeszcze rozmowy, jakie Hłasko rzekomo przeprowadzał z mieszkańcami Marymontu i starymi działaczami KPP. Rzekomo, gdyż nie sposób jednoznacznie potwierdzić informacji zawartych w sprawozdaniu przedłożonym przez pisarza w ZLP. Trudno jednak przypuszczać, że tak dokładne odwzorowanie przedwojennych realiów stanowi jedynie wykwit twórczej wyobraźni. Mógł mieć również Hłasko dostęp do wspomnień przedwojennych komunistów publikowanych przez Wydział Historii Partii KC PZPR. Przedstawiano w nich robotniczą walkę z burżuazyjnym wyzyskiem, umieszczano mniej lub bardziej dokładne opisy przebiegu strajków oraz artykuły przybliżające kulisy międzynarodowych napięć wywołanych przez wojnę w Hiszpanii68. Należy postawić pytanie, czy negatywny obraz międzywojnia wynika z socjalistycznej propagandy, czy dążenia do autentyzmu. Obecność pierwiastków ideologicznych w powieści została już poddana analizie. Kreacja przestrzeni podporządkowana jest zarówno psychice Ryśka Lewandowskiego, jak i symbolice socrealistycznej. Warto zwrócić uwagę, że te elementy

przestrzeni, które stylizowane są na kształt literatury radzieckiej, mają charakter optymistyczny. Krytyce podlegają stosunki społeczne, lecz – pomijając programowe wypowiedzi Rączyna – przyjmują one kształt antynomii biedni – bogaci, nie zaś komuniści – sanacyjni kapitaliści. Bardziej więc prawdopodobne, że obraz dwudziestolecia w Wilku wiąże się z zagadnieniem prawdy w literaturze niż z ideologiczną propagandą. Sportretowany w powieści okres międzywojenny dzieli przestrzeń na dwie części: biedną i bogatą. Ubogi Marymont, Pelcowizna, Annopol, Słodowiec, Buraków i Wawrzyszew stoją w opozycji do Żoliborza i Starego Miasta. Krajobraz zamożnych dzielnic wyróżnia świeżość, nowość, wysokość budynków, obecność dobrze wychowanych dzieci, ludzi dystyngowanych i światłych. Żyją oni poza ubogą scenerią robotniczych dzielnic, traktując lumpenproletariat jako swego rodzaju atrakcję, egzotykę (dzieci z Żoliborza). Rzeczywistość marymoncka jest zgoła inna: niskie, krzywe domki, brak prądu, bieżącej wody, kanalizacji, wewnętrznych toalet. Ulicom brak utwardzenia, mieszkańcom zaś pożywienia. Społeczność proletariacka sprowadzona została do formy obywateli gorszej kategorii, wyzyskiwanych przez magistrat, czyli władze miasta. Zmuszeni do podejmowania najpodlejszych, najgorzej płatnych prac marymontczycy przypominają o bezlitosnych prawach rynku w czasach kryzysu. Dysonans realiów wynika ze specyfiki dwudziestolecia. Odbudowa państwowości przebiegała niejednorodnie: władze większą wagę przywiązywały do rozbudowy centrum i przemysłu krajowego, mniejszą zaś do warunków życia na przedmieściach, do jakich w międzywojniu należał Marymont. Stąd niechęć mieszkańców do władz, artykułowana poprzez szy-dzenie z ministra spraw zagranicznych Józefa Becka czy nadanie pejoratywnego znaczenia przymiotnikowi „magistracki”. Określenie to oznacza w powieści wyzysk, bezduszność, okrucieństwo. Najbardziej dotkliwym przejawem wspomnianego dysonansu jest w Wilku brak perspektyw dla chłopaka pochodzącego z nizin społecznych. Syn furmana może zostać tylko robotnikiem, lepsze wykształcenie pozostaje poza jego zasięgiem. Młodzież, rozpoznając trudną sytuację rodziców, woli zdobyć jakiekolwiek zajęcie, niż przykładać się do nauki. Sytuacji nie zmienia nawet kontrola z kuratorium. Do lepszej edukacji dostęp mają tylko dzieci zamożne, jak Władek Lipko. Charakterystyczny dla portretu dwudziestolecia jest wyraźny podział społeczny proletariatu: kobiety traktowane są bez szacunku, posłusznie podporządkowane mężczyznom nigdy nie zgłaszają sprzeciwu (z wyjątkiem Kotrasowej i Budziejewskiej). Archaiczne stosunki damsko-męskie, ukrywane za fasadą pobożnej, przygodnej pruderii, świadczą z jednej strony o zacofaniu proletariatu, z drugiej o poszanowaniu pewnej tradycji. Czyni to z Marymontu coś na kształt moralnego skansenu, przechowującego staropolskie zwyczaje. Podlegają one co prawda pewnej adaptacji (choćby zwulgaryzowane przeniesienie relacji małżeńskich na stosunek prostytutka – alfons), nic jednak nie zapowiada zmian obyczajowych. Relacje społeczne dopełnia przedstawienie przedwojennych komunistów. Nielegalny charakter KPP narzuca działalność konspiracyjną. Aresztowania i brutalna pacyfikacja aktywu przez policję w dość wierny sposób oddaje stosunek ówczesnych władz do podziemia komunistycznego. Warto podkreślić silnie eksponowany w powieści martyrologiczny charakter walki ro-botników o równouprawnienie. Prześladowanie „czerwonych” przywodzi na myśl literackie przedstawienia pacyfikacji Armii Krajowej przez hitlerowców. Zawarty w Wilku obraz dwudziestolecia międzywojennego jest ze wszech miar negatywny. Przedstawiona w utworze codzienność marymonckiego lumpenproletariatu dotkliwie obnaża stosunki społeczne panujące w niepodległej Polsce. Dokładność opisu brutalnej rzeczywistości nadaje światu przedstawionemu autentyzm. Abstrahując od tego, czy obraz międzywojnia jest prawdziwy, czy nie, zauważyć należy oryginalność podjętej problematyki i konsekwencję w jej realizowaniu.

6. Gatunek

Określenie gatunku Wilka jest zadaniem niełatwym. Samo założenie kategorialności powieści implikuje zamknięcie jej w ściśle określonych ramach. Tymczasem utwór – jeśli można tak powiedzieć – skutecznie wymyka się systematyzacji, poddając reinterpretacji poszczególne konwencje. I tak w tekście Hłaski odnaleźć można elementy poetyki realizmu (przedstawianie wszystkich aspektów rzeczywistości), naturalizmu (dosłowność opisu), weryzmu (wierne oddanie cielesności), turpizmu (brutalizacja świata przedstawionego) i socrealizmu (symbolika, elementy konstrukcyjne). Nietrudno zauważyć, że główną koncepcję utworu stanowi mimetyczność, przekazanie modelu świata jak najbardziej zbliżonego do rzeczywistości. Stanowi ona pierwszą poszlakę gatunkowości Wilka. Kolejną jest historyczność. Dystans czasowy między procesem twórczym a czasem akcji wynosi około dwudziestu, trzydziestu lat. Pomimo że okres to krótki, możliwe jest nazwanie tekstu powieścią historyczną. Wilk nie ma charakteru wspomnieniowego ani osobistego, opowiada o świecie, którego reguły już nie obowiązują, który przestał istnieć na skutek działań wojennych. Oczywiście historyczność powieści jest raczej wariacją gatunku niż jego realizacją, niemniej jednak warto spojrzeć na utwór i z takiego punktu widzenia. W Wilku dostrzec można również nawiązania do konwencji bildungsroman. Opowieść o dojrzewaniu i formowaniu psychi-ki jednostki jest formatem obecnym w literaturze światowej od XVIII wieku. Nawiązywał do niej także Stefan Żeromski w Przedwiośniu, entuzjastycznie aprobowanym przez krytykę socjalistyczną. Wykorzystując obyczajowy aspekt Wilka, przyporządkować go można także do prozy środowiskowej. Przez wzgląd na mnogość wykorzystanych w utworze poetyk, klasyfikacja tematyczna wydaje się jedyną wyrazistą i różnicującą. Gatunkowość powieści stanowi zagadnienie na tyle złożone, że rozstrzyganie o hegemonii jednego prądu literackiego nad drugim pozbawione jest sensu. Nadanie Wilkowi statusu powieści środowiskowej nie tylko sugeruje autentyzm, ale także zawiera w sobie pierwiastek różnorodności, konieczny do pełnego opisania konkretnego kręgu społecznego.

7. Tytuł

Tytułowy wilk odnosi się prawdopodobnie do Ryśka Lewandowskiego, człowieka wyobcowanego w zbiorowości, ciągle poszukującego własnego stada i nowej drogi życia. Za słuszne można uznać także przywołanie frazeologizmu „głodny jak wilk”, głód towarzyszy bowiem bohaterowi od lat najmłodszych. W utworze pojawia się tylko jedno konkretne porównanie bohatera do zwierzęcia: „Spotkał go Rysiek, idąc kiedyś wilkiem ulicą”. Określenie to oznacza nastawienie wrogie, nieufne, wyzywające, gotowe do walki i znakomicie definiuje naturę Lewandowskiego, chłopca poszarpanego przez życie, zdecydowanego na bójkę z każdym, kto krzywo na niego spojrzy. Gdyby potraktować określenie szerzej i odnieść je do całego świata powieściowego, to trafną jawi się sentencja Plauta:„Człowiek człowiekowi wilkiem”. To realia marymonckie dyktują zachowania agresywne i bezkompromisowe, konieczne, by przetrwać. Ludzie zgromadzeni pod PUPP-em walczą o zdobycie posady, wyszarpując sobie nawzajem szansę na odroczenie śmierci głodowej. Porównywalna nieżyczliwość względem bliźniego charakteryzuje lokalnych bogaczy, co widać podczas sceny kościelnej. Patrzą oni na zgromadzony tłum z pogardą, nie zważając na odświętny charakter uroczystości. Wieloznaczność tytułu powieści skłania do refleksji nad metodą stosowaną podczas nadawania utworom określeń sygnujących. Patrząc na cały dorobek artystyczny Marka Hłaski, nietrudno dostrzec niejednorodność nazewnictwa. Niektóre tek-sty opatrzone są jednym słowem, inne całymi wypowiedzeniami. Względów, jakimi kierował się pisarz przy sygnowaniu utworów, odtworzyć nie sposób. Można natomiast sformułować pewną regułę, umożliwiającą klasyfikację tytułów utworów Marka Hłaski. Tytuł jest reprezentantem utworu, często wyrasta z jego treści lub poetyki. Stanowi część tekstu nastawioną głównie na odbiorcę, pełni funkcję informacyjną i impresywną. MarzannaUździcka definiuje go jako:

znak językowy, który, w zależności od kontekstu, odnosi się do całego utworu albo wskazuje na jego cechy, traktując go jako pewnego typu rzeczywistość, której fragment ujawnia, a nawet niekiedy opisuje69.

Warto zwrócić uwagę na strukturalny charakter powyższej definicji. W tym ujęciu tytuł odnosi się bezpośrednio do motywów statycznych utworu, a więc konkretnego bohatera, przestrzeni, elementu scenerii. Można więc bez problemu zidentyfikować treść danego tekstu nawet przy pobieżnej lekturze. Oczywiście interpretacja dzieła literackiego wyłącznie poprzez określenie je sygnujące byłaby krzywdząco upraszczająca – wszak Panny z Wilka Jarosława Iwaszkiewicza to opowieść o sprawach dalece poważniejszych niż tytułowe kobiety – pozwala jednak na pewną klasyfikację, zgrupowanie utworów danego autora podług konkretnej kategorii. W przypadku Marka Hłaski taka systematyka umożliwia wyodrębnienie dwóch rodzajów tekstów: sygnowanych określeniem odnoszącym się do konkretnego elementu świata przedstawionego (Baza Sokołowska, Dom mojej matki, Robotnicy, Okno, List, Dwaj mężczyźni na drodze, Żołnierz, Pijany o dwunastej w południe, Śliczna dziewczyna, Najświętsze słowa naszego życia, Zbieg, Port pragnień, Planktonydoktora X, Opowiemwamo Esther, Pamiętasz, Wanda, Brat czeka na końcu drogi, Stacja, Szkoła, Noc nad piękną rzeką, Drugie zabicie psa, Nawrócony w Jaffie, Piękni dwudziestoletni, Sonata marymoncka) oraz takich, których tytuł odwołuje się do pojęcia abstrakcyjnego, pewnej wyznaczonej przez autora idei sugerującej właściwą interpretację utworu (Targ niewolników, Finis perfectus, Kancik, czyli wszystko się zmieniło, Odlatujemy w niebo, Pierwszy krok w chmurach, Lombard złudzeń, Pętla, Namiętności, Amor nie przyszedł dziś wieczorem, Krzyż, Miesiąc Matki Boskiej, Szukając gwiazd, Powiedzim, kim byłem, W dzień śmierci Jego, Złota jesień, Głód, Wilk, Wilk (opowiadanie), Trudna wiosna, Umarli są wśród nas, Ósmy dzień tygodnia, Cmentarze, Następny do raju, Brudne czyny, Wszyscy byli odwróceni, Sowa, córka piekarza, Palcie ryż każdego dnia). Druga kategoria, choć komplikująca odczytanie dzieła, łatwa jest do zidentyfikowania. Powierzchowna lektura tekstu pozwala na stwierdzenie, że tytuł nie ma sugestywnego desygnatu w świecie fikcyjnym. Musi zatem odnosić się do sensów naddanych (wykluczając oczywiście hipotetyczną sytuację, w której tytuł nadany został przypadkowo i nic nie znaczy. Nawet niedoświadczony czytelnik jest w stanie stwierdzić, że Ósmy dzień tygodnia nie traktuje o fantastycznie wydłużonym czasie. Tytuły należące do tej kategorii stanowią pewien sygnał wysyłany przez autora odbiorcy, sugestię klucza interpretacyjnego, próbę przekazania właściwych zamiarów twórczych. Symboliczny podział dorobku literackiego Marka Hłaski traktować należy wyłącznie jako próbę klasyfikacji. Upraszcza-jąca kategoryzacja (szczególnie w przypadku określeń dosłownych) ma na celu zaproponowanie hipotetycznej strategii tytułowania utworów przez pisarza. Pomimo że symplifikacja tekstów wydaje się krzywdząca, może pomóc w przybliżeniu całościowego ujęcia twórczości Marka Hłaski.

Nota edytorska

Decyzja o wydaniu Wilka podyktowana została chęcią dopełnienia spuścizny literackiej Marka Hłaski. Dokonano wszelkich starań, aby kształt powieści był najbardziej zbliżony do intencji autora. Kluczowym problemem okazał się wybór tytułu. Brano pod uwagę trzy warianty:

Zatoka Szczęśliwej Przygody – tytuł ten widnieje na maszynopisie będącym podstawą niniejszego wydania. Ponadto pojawia się w recenzji Wandy Leopold i sprawozdaniu złożonym przez Hłaskę w ZLP. Ma on również zakorzenienie tekstowe: jest metaforą młodzieńczych marzeń Lewandowskiego, dziecięcej niewinności.

Człowiek z ostatniej granicy – określenie figuruje na umowie wydawniczej z Iskrami, w liście pisarza do matki z 19 czerwca 1953 roku oraz kilkakrotnie wyróżnione jest w maszynopisie powieści70. Odnosi się bezpośrednio do głównego bohatera, który staje na krawędzi załamania, na granicy ludzkiej wytrzymałości, doprowadzony do tego punktu przez ciężkie doświadczenia życiowe.

Wilk – słowo zamykające umowną klamrą informacje faktograficzne o utworze. Występuje na chronologicznie pierwszym maszynopisie oraz stanowi tytuł ostatniego fragmentu powieści opublikowanego przez autora.

Pomimo że termin Człowiek z ostatniej granicy pojawia się na umowie Hłaski z Iskrami oraz wyróżniony jest w tekście utworu, uznać go należy za krótkotrwały pomysł autora. Świadczy o tym fakt, że ostatni opublikowany fragment powieści nosi tytuł Wilk, co oznacza z kolei, iż wariant ten funkcjonował w świadomości pisarza przez około trzy lata: od powstania pierwszego maszynopisu do ostatniej faktograficznej wzmianki o utworze. Dbając o jak najwierniejsze odtworzenie intencji twórczych Marka Hłaski, zdecydowano, że najtrafniejszym i najodpowiedniejszym tytułem dla powieści będzie Wilk.

Autor opracowania miał do dyspozycji trzy maszynopisy Wilka znajdujące się w Dziale Rękopisów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu. Są one opisane jako: Sonata marymoncka. Powieść. Wersja I. Redakcja 1 (A), Sonata marymoncka. Powieść. Wersja I. Redakcja 2 (B), Sonata marymoncka. Powieść. Wersja I. Redakcja 3 (C). Nazwy wariantów są oczywiście błędne. Przy porządkowaniu archiwum musiało dojść do pomyłki, która w świetle dzisiejszej, uporządkowanej faktografii została wyjaśniona we wstępie do niniejszego wydania. Redakcje A, B i C to nie pierwsze, lecz drugie wersje powieści marymonckiej. Warianty prezentują się następująco:

A: 252 karty papieru przebitkowego, zapisane na maszynie, numeracja ciągła, również maszynowa, odręczne poprawki dokonane niebieskim piórem i ołówkiem. Na początku niewielka wkładka z napisem: „Część Sonaty Marymonckiej (Wilk)”; na ostatniej stronie widnieje napis: „Koniec”.

B: 251 kart papieru przebitkowego, zapisanych na maszynie, numeracja ciągła, maszynowa, obok, w prawym górnym rogu, numeracja odręczna widoczna od strony 5, rozpoczynająca się od numeru 81, w dalszej części niedokładna bądź niedostrzegalna. Notatki odręczne ołówkiem, czarnym i niebieskim piórem, dokonywane przez dwie różne osoby. Na górze karty pierwszej tytuł: „Część pierwsza”, poniżej, podkreślone linią przerywaną: „Zatoka Szczęśliwej Przygody”.

C: 228 kart papieru przebitkowego, zapisanych na maszynie, numeracja ciągła, maszynowa, urywa się na stronie 164, dalej numery 32–42, 1–12. Obok, w prawym górnym rogu numeracja odręczna, wliczająca także niektóre strony napisane ręcznie, będące wstawkami do tekstu maszynowego, łącznie numery do 193, przy czym strony numerowane maszynowo jako 34–42 mają dodatkowo dopisane numery 1–12. W istocie są to opowiadania Złota jesień i Noc nad piękną rzeką. Obszerne notatki odręczne, dokonane ołówkiem lub niebieskim piórem.

Wariant A jest bliźniaczo podobny do wariantu B, przy czym kolacjonowanie maszynopisów pozwala wyznaczyć B jako późniejszy: pozbawiony jest on kilku mniej zgrabnych partii tekstu oraz uwzględnia część ręcznych poprawek naniesionych na wariant A.

Wariant C jest z pewnością późniejszy niż A i B. Usunięto spore partie tekstu, ograniczono komentarz odautorski, znacznie poprawiono stylistykę utworu. Różni się on także fabularnie. Od fragmentów ze szkolnego życia Lewandowskiego wątki zostały ułożone w zmienionej kolejności, niektóre wyeliminowano, zastępując nowymi. Pomimo że wariant C jest literacko najlepszy, nie może być brany pod uwagę jako tekst kanoniczny, ponieważ nie jest skończony. Narracja urywa się po 168 stronach. Nie uwzględniono publikowanych w prasie opowiadań, ponieważ zdecydowano oprzeć edycję jedynie na maszynopisach. Podstawę wydania stanowi wariant B. Uwzględniono wszystkie odręczne notatki dokonane ręką Hłaski:

s. 1, w. 1 koślawo w ziemię, w. 20 brudny (wykreślone przez autora),

s. 2, w. 1 lub, w. 4 huczały groźnie, w. 7 także, w. 12 Rozmaicie biegły uliczki marymonckie,

s. 4, w. 16 robotnicy; dyrektora Więckowskiego z „Blaszanki”,

w. 18 trochę; w. 19 i ci, dla których nie było miejsca pod słońcem –z Cygańskich Bud,

s. 5, w. 1 i order dostał – zaojczyznę, w. 11 dla ubogich, w. 13 2,

s. 6, w. 1 na dobitce, w. 2 szczerej, w. 7 który,

s. 8, w. 28 jej,

s. 10, w. 10/11 Aktoś z tyłu szepnął: Po co by się żenił jak bynie miał? Ha, ha.,

s. 11, w. 3 ale flaszki nie odstawił, w. 4 – zapytał dyszącym, groźnymszeptem., w. 5 że jest?, w. 6/7 – oznajmił pogodnie teść, rozlał sobie kolejkę, wypił, nawet troszeczkę zakasłał.,

w. 11/12 – warknął pan młody. „Boi się życia, proszę gości”,

w. 13/14 Śpiewał beczącym głosem. Pan młody popatrzył, popatrzył, potem machnął ręką z głuchą rezygnacją, zmarszczył groźnie czoło i sam zabrał się do picia., w. 16 podstołem,

s. 13, w. 10 – he, he!, w. 13 –4 kg po urodzeniu! –,

s. 16, w. 21/22, s. 17, w. 1/2 Achmojamamo,/ jak pragne Boga!/ Chyba już rzucę/ kuuurewski staaan!,

s. 17, w. 8–13 Potem przychodził Loluszka. Siadał obok niego i patrzył w ulicę pustym, na wskroś przezroczystym wzrokiem. Milczał. Potem rozklejał się jak dziecko, targał Zielińskiego i groził nieśmiało:

– Graj. Tą… moją. A Zieliński grał – „Winne serce pełne cichego smutku”.

Loluszka słuchał, płakał, potem wstawał i w skupieniu, bez słowa, zgarbiony odchodził.

s. 19, w. 3 ale zawsze wychodzili cało, w. 4 nich, w. 20 – to,

s. 20, w. 10 jemu, w. 16/17 jak wszyscy przyziemni ludzie –,

s. 21, w. 12 który tkwił całymi dniami przy pompie,

s. 24, w. 14 jam; jak,

s. 25, w. 14 O tym młodym Rysiek wiedział że, w. 21/22 Było go Ryśkowi trochę żal; też go miał za frajera, chociaż podobał mu się, miał coś z kowboja – tak do gliny z „kopytami” zacząć sam na sam!,

s. 26, w. 3 zmuszadonauki, w. 6 karkołomnej; inspektor; Rozmowę jaka się odbyła w kancelarii, w. 14 – raz; – dwa,

s. 27, w. 9 dziwne,

s. 28, w. 7 uczyć mnie tu przyszła, stara kurwa magistracka!

s. 33, w. 15 Jakby kończył myślenie, w. 17 jednak; że; jest,

s. 34, w. 13 No!, w. 15 na dosyć niskiej wysokości i znieruchomiał, w. 24 nie można,

s. 35, w. 13 Paszał mnie na huj stąd!,

s. 36, w. 8 wreszcie; się; się, s. 37, w. 6 mu,

s. 38, w. 20 Naj; dla niego,

s. 39, w. 4 rozpoczynać, w. 5 gdzie klątwy, głód i płacz matki,

w. 8 załzawione, w. 16 Lecz cóż to za życie – bez żadnej przygody?, w. 20 wznosił pięść,

s. 40, w. 10 cały, w. 16/17 Olga Gromkopierdziejanka,

s. 41, w. 26 to ich,

s. 42, w. 3 w czarne, w. 7 bez, w. 21 na rajzie, w. 22 byś robił gdy, w. 23 odrzekł, jednak z pewnością siebie,

s. 43, w. 2 na dobre, w. 7 jak by; wrócił,

s. 44, w. 14 jak pętają,

s. 45, w.1/25 on – żyjący tylko marzeniami –,

s. 46, w. 12 Heńka, w. 24 pogalopował na miasto., w. 26 go,

s. 80, w. 8 gadasz,

s. 82, w. 23 tylko, s. 83, w. 25 sen,

s. 103, w. 3 Rysiek,

s. 121, w. 4 pan, w. 6 Rysiek,

s. 133, w. 2 co, w. 7 Ale; nie; w. 7/8 O Jezus mój drogi – za co by takie nieszczęście!, w. 26 serce, w. 27 rozwarł,

s. 134, w. 16 jaka,

s. 196, w. 3 po dokładnym ustaleniu, s. 225, w. 14 Lu!,

s. 252, w. 19 ostatnia granica (pismo rozstrzelone),

s. 268, w. 18 na ostatniej granicy życia, sam w czasach pogardy (podkreślenia autora).

Pozostałe uwagi wyglądają następująco (podano strony maszynopisu):

s. 196: Literatura,

s. 200: Żeromski,

s. 210: zacne!,

s. 219: Żeromski,

s. 220: odważne,

s. 231: literatura,

s. 233: wybieg w przyszłość już po raz wtóry,

s. 235: znów tylko monologi?!,

s. 242: [nieczytelne],

s. 244: zamysł dobry – ukrócony; zła tonacja,

s. 248: nie do zniesienia.

Zapiski widnieją z boku tekstu, pisane pod kątem 90°w stosunku do kolumny. Jak widać powyżej, mają charakter recenzji. Ich autorem jest najprawdopodobniej Igor Newerly, czego dowodzą dwie przesłanki. Pierwszą jest fakt, że był on opiekunem Hłaski z ramienia ZLP i w latach 1953–1955 czytał prawdopodobnie wszystkie próby młodego autora. Druga ma charakter wewnątrztekstowy. Otóż charakter pisma, o którym mowa, jest niezwykle podobny do odręcznej recenzji, jaką wykonał Newerly na maszynopisie opisanym jako Sonatamarymoncka. Powieść. Wersja II. Redakcja 1. Bazując na podobieństwie grafologicznym, można z dalece idącym przekonaniem stwierdzić, że zapiski na wariancie B, niebędące notatkami Marka Hłaski, należą do Igora Newerlego.

Respektowano także skreślenia dokonane w tekście. W jednym przypadku pozwolono jednak na wyjątek. W wariancie B na 209 stronie maszynopisu kilka zdań jest przekreślonych, a właściwie bardzo energicznie zamazanych. Wygląda to następująco:

Rączyn nie odpowiedział. Dopiero po chwili, przez zęby rzucił do Kotrasa:

Wszystko ma swój kres – jeden taki dureń mu powiedział... Chciałem rękę podać, podnieść z tego strachu, co aż na cała ulice wania...[fragment zamazany]

Nie! Tylko raz w życiu od [zamazane]

Dla zachowania ciągłości tekstu, zdecydowano przywrócić fragmentowi pierwotną formę, a więc taką, w jakiej występuje w wariancie A. Zatem:

Rączyn nie odpowiedział. Dopiero po chwili, przez zęby rzucił do Kotrasa:

Wszystko ma swój kres – jeden taki dureń mu powiedział... Chciałem rękę podać, podnieść z tego strachu, co aż na całą ulicę wania... Jeśli się chce lepiej żyć – to pociąg. Przyjdzie czas – odejdzie… Wtedy zostaje się na peronie. Następny przyjdzie – odparł hardo Kotras urażony do cna.

Nie! Tylko raz w życiu odchodzi taki pociąg w lepsze.

Założeniem niniejszej edycji było podanie tekstu kanonicznego jak najbliższego intencji odautorskiej, w związku z czym wszelkich zmian redakcyjnych dokonano z wielką uwagą, poprawiając jedynie miejsca konieczne dla lepszego odbioru dzieła.

Uznano, że gramatyka i leksyka zdań, choć momentami rażąca, stanowi celowy zabieg stylizacyjny (dowodem choćby – warsztatowo lepsza – napisana przez Hłaskę wcześniej Sonata marymoncka), toteż redaktorskie ingerencje sprowadzono do poprawy i ujednolicenia interpunkcji oraz poprawienia oczywistych błędów literowych. Jeśli chodzi o znaki przestankowe, stosował Hłasko zasadę, którą można określić jako interpunkcję intonacyjną. Chodzi mianowicie o dzielenie zdania dyktowane pauzą dramatyczną, a nie regułami składniowymi, na przykład:

Ta broń – to właśnie trzeba wiedzieć dokąd własna ulica prowadzi, trzeba mieć ten drogowskaz żeby w ślepą nie zbłądzić, ten drogowskaz widzicie – to właśnie uświadomienie proletariackie.

Interpunkcję postanowiono przystosować do obowiązujących współcześnie reguł, by utwór stał się przystępniejszy w odbiorze. Nie zakłóciło to artystycznego przekazu Wilka, gdyż powieść nie przybiera kształtu poetyckiego.

Do błędów literowych należy między innymi niekonsekwentny zapis samogłosek nosowych w wygłosie. Zdecydowano o każdorazowym zaznaczaniu nosowości, gdyż zabieg ten nie wydaje się celowy. Nie charakteryzuje konkretnych postaci, a jego nieregularność, obecność tak w partiach narracji, jak również dialogowych, wskazuje na autorskie pochodzenie owych nieścisłości. Błędy wynikają zapewne z pośpiechu pisania na maszynie (niewykluczone, że powodem była również niedokładność autora). Podczas lektury natrafiono na pojedyncze błędy tekstu, na przykład pomyłka Lewandowskiego z Lewańskim, nazwanie Kotrasa grubasem zamiast garbusem czy przestawki natury lapsus calami (użycie znaku głoski i zamiast u, a zamiast z). Za błędy techniczne uznano również sporadyczny brak głosek inicjalnych, na przykład za zamiast zza). Powyższe usterki poprawiono, upewniwszy się, że zmiany podyktowane są logiką

tekstu.

Aby podać tekst w formie jak najbardziej zbliżonej do intencji autorskiej, dokonano uważnej i ostrożnej emendacji. W miejscach kłopotliwych, uszkodzonych mechanicznie (zniszczone rogi kart) lub niezrozumiałych, odwoływano się do wariantów A i C, by sprawdzić, czy błędy obecne w wariancie B ulegały ewolucji.

Dopuszczono także jednostkowe przypadki koniektury. W sytuacji, kiedy miejsce nieczytelne na skutek zagięcia karty w wariancie B uległo uszkodzeniu także w wariancie A (dotyczy to dalszych partii tekstu, co wykluczało odwołanie do wariantu C), uzupełniano brakujące sylaby w trosce o spójność tekstu. Wszystkich poprawek tej natury dokonano z niezwykłą ostrożnością, zachowawszy osobniczy charakter języka powieści.

Kilkakrotnie zastosowano także koniekturę „nadprogramową”, wstawiając do tekstu słowa wyraźnie brakujące, pominięte na skutek pośpiechu lub błędu autorskiego. Praktyka ta wymuszona została dbałością o logikę tekstu. Zdawano sobie oczywiście sprawę, że jest to ingerencja niepodyktowana materiałami źródłowymi, uznano jednak, że pojedyncze słowa nie zmieniają kształtu tekstu, poprawiając jedynie jego stronę techniczną.

Koniekturę oznaczono w tekście głównym nawiasami kwadratowymi.

Żadnych innych ingerencji w tekst oryginalny nie stosowano, mając na względzie wolę autora i dbałość o zachowanie socjolektu zawartego w utworze.

Objaśnienia pojęć niejasnych dokonano na podstawie Słownika gwary warszawskiej XIX w. Bronisława Wieczorkiewicza, Słownika gwar przestępczych Klemensa Stępniaka i Zbigniewa Podgórzca, Słownika języka polskiego Witolda Doroszewskiego, książki Kwiryny Handke Dzieje Warszawy nazwami pisane, konsultacji z wybitnym varsavianistą Jarosławem Zielińskim i rozmów z warszawiakami.

Bibliografia

LITERATURA PODMIOTOWA

Andrzejewski Jerzy, Partia i twórczość pisarza, Warszawa 1951. Bursa Andrzej, Utwory wierszem i prozą, Kraków 1969.

Dostojewski Fiodor, Biesy, tłum. T. Zagórski i Z. Podgórzec, [w:] tegoż, Dzieła wybrane, t. III, Warszawa 1984.

Filipowicz Kornel, Romans prowincjonalny, Kraków 2011. Hemingway Ernest, Mieć i nie mieć, tłum. K. Tarnowska, Warszawa 1958.

Hłasko Marek, Listy Marka Hłaski, Warszawa 2012, e-book. Hłasko Marek, Sonata marymoncka, Warszawa 1982.

Hłasko Marek, Wilk, „Sztandar Młodych” 1956, nr 12–13. Jaszuński Samuel, Wybór pism, Warszawa 1954.

KPP w obronie niepodległości Polski. Materiały i dokumenty, oprac.

J. Kowalski, Warszawa 1953.

Newerly Igor, Pamiątka z Celulozy, wyd. XVI, Warszawa 1975.

Nowakowski Marek, Porachunki garbusa, [w:] tenże, Ten stary złodziej. Benek Kwiaciarz, Warszawa 2012.

Ostrowski Mikołaj, Jak hartowała się stal, t. I–II, tłum. W. Rogowicz, Warszawa 1984.

Steinbeck John, Myszy i ludzie, tłum. J. Meysztowicz, Warszawa 1965.

Uniłowski Zbigniew, Dwadzieścia lat życia, Warszawa 1955.

LITERATURA PRZEDMIOTOWA

Bajdor Jerzy, „Przedmieście” po 30 latach, „Odra” 1963, nr 9, 10, 11.

Barthes Roland, Wstępdoanalizy strukturalnej opowiadań, tłum.

W. Błońska, „Pamiętnik Literacki” 1968, z. 4.

Bereza Henryk, Nowy duch i forma nowa, „Nowa Kultura” 1956, nr 35.

Błoński Jan, Przypadek Hłaski, „Przegląd Kulturalny” 1956, nr 44.

Booth Wayne Clayson, Rodzaje narracji, „Pamiętnik Literacki” 1971, z. 1.

Czyżewski Andrzej, Piękny dwudziestoletni, Warszawa 2012. Dębicka Olga, Dziwka imadonna. Marka Hłaski widzenie świata, Gdańsk 1996.

Dzieci i utopia, [w:] Dzieci, t. I, wybór, oprac. i red. M. Janion i S. Chwin, Gdańsk 1988.

Eustachiewicz Lesław, Obraz współczesnych prądów literackich, Warszawa 1978.

Faron Bolesław, Zbigniew Uniłowski, Warszawa 1969. Florczak Zbigniew, Kroki w chmury, „Nowa Kultura” 1956, nr 38.

Galant Jan, Marek Hłasko, Poznań 1996.

Genette Gerard, Palimpsesty. Literatura drugiego stopnia, tłum.

T. Stróżyński i A. Milecki, Gdańsk 2014.

Głowiński Michał, Cztery typy fikcji narracyjnej, [w:] tegoż, Poetyka i okolice, Warszawa 1992.

Głowiński Michał, Powieść i prawda, [w:] tegoż, Gry powieściowe, Warszawa 1973.

Handke Kwiryna, Dzieje Warszawy nazwami pisane, Warszawa 2011.

Januszkiewicz Michał, W horyzoncie nowoczesności: antybohater jakopojęcie antropologii literatury, „Teksty Drugie” 2010, nr 3.

Jarosiński Zbigniew, Nadwiślański socrealizm, Warszawa 1999. Jarzębski Jerzy, Hłasko – retoryka grzechu i nawrócenia, [w:] Po-

wieść jako autokreacja, Kraków 1984.

Knysz-Rudzka Danuta, Od naturalizmu Zoli do Zespołu „Przedmieście”, Wrocław 1972.

Kolbus Edward, Wbursztynowejkuli, [w:] Kaskaderzy literatury, red. E. Kolbus, Łódź 1986.

Komar Michał, Hłasko, „Twórczość” 1972, nr 11.

Kott Jan, Wielka powieść Igora Newerlego, [w:] Szkice o literaturze współczesnej, red. naukowy Ryszard Matuszewski, Warszawa 1954.

Mackiewicz Stanisław, Dostojewski, Warszawa 1957.

Newerly Igor, Pisarze wobec dziesięciolecia, „Nowa Kultura” 1954, nr 5.

Okopień-Sławińska Aleksandra, Relacje osobowewliterackiej komunikacji, [w:] Problemy socjologii literatury, red. J. Sławiński, Wrocław 1967.

Ossowski Stanisław, O ojczyźnie i narodzie, Warszawa 1984. Piekara Magdalena, Życie erotyczne przodownika pracy, [w:] Bo-

hater powieści socrealistycznej, Katowice 2001.

Porębina Gabriela, Od proletkultu do realizmu socjalistycznego, Katowice 1989.

Putrament Jerzy, O tzw. „schematyzmie”, [w:] tegoż, Na literackim froncie, Warszawa 1953.

Sławiński Janusz, O kategorii podmiotu lirycznego. Tezy referatu, [w:] Wiersz i poezja. Konferencja teoretyczno literacka w Pcimiu, red. J. Trzynadlowski, Wrocław 1966.

Słownik języka polskiego, t. 1–10, red. naczelny Witold Doroszewski, Warszawa 1958–1969.

Słownik realizmu socjalistycznego, red. Zdzisław Łapiński, Wojciech Tomasik, Kraków 2004.

Smulski Jerzy, Obraz kobiety w prozie polskiej pierwszej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku. Rekonesans, [w:] Od Szczecina do… Października, Toruń 2002.

Stabro Stanisław, Legenda i twórczość Marka Hłaski, Wrocław 1985.

Stanzel Franz, Typowe formy powieści, [w:] Teorie form narracyjnych w niemieckim kręgu językowym, tłum. R. Handke, Kraków 1980.

Stępniak Klemens, Podgórzec Zbigniew, Słownik gwar przestępczych, Kraków 2013.

Suska Dorota, Z problemów stylizacji językowej wopowiadaniach Marka Hłaski, Częstochowa 2012.

Uździcka Magdalena, Tytuł utworu literackiego. Studium lingwistyczne, Zielona Góra 2008.

Weiser Piotr, Izrael Hłaski, Kraków 2015.

White Hayden, Poetyka pisarstwa historycznego, red. E. Domańska i M. Wilczyński, Kraków 2000.

Wieczorkiewicz Bronisław, Słownik gwary warszawskiej XIX w., Warszawa 1966.

Wilkoń Aleksandra, Ostylizacji językowej wliteraturze, „Ruch Literacki” XV, 1974.

Zaworska Helena, O twórczości Igora Newerlego, Warszawa 1955.

MULTIMEDIA

Audycja radiowa Parę kroków w słońcu. Rzecz o Marku Hłasce, wyemitowana na antenie Drugiego Programu Polskiego

Radia 14 stycznia 2014 roku, dostępna pod adresem: www.polskieradio.pl/8/1788/Artykul/1024317,Pisanie-jestrzecza-bardziej-intymna-od-lozka/?utm_source=box&utm_medium=link&utm_campaign=related(dostęp: 26.11.2014). Fogg Mieczysław, Zawsze będzie ci czegoś brak, LP, Warszawa 1975.

Grzesiuk Stanisław, Szemrane piosenki, CD, Warszawa 1995. Wielanek Stasiek, Apasz, CD, Warszawa 2002.

Aneks

Autentyczne pieśni zawarte w tekście powieści

Tango meksykańskie (Nie dla mnie twa miłość), słowa Andrzej Włast, muzyka Fryderyk Scher, Warszawa 1935 (druk muzyczny)

Co wieczór w tej tawernie

Uwodzisz mnie misternie,

Jak wędką swój zarzucasz na mnie wzrok

I w tańcu obserwuję twój tygrysi krok.

Lecz w kącie, tam za ladą,

Siedzi kochanek twój

I nie wiem, może

Przebije mnie nożem,

Gdy z tobą zatańczę,

Ten zbój.

Nie dla mnie jest twój uśmiech tajemniczy

I słowa pełne słodyczy,

I twoje oczy drapieżne, zuchwałe,

I twoje usta, jak owoc dojrzałe,

Nie dla mnie są ramiona twe drżące

I piersi kwitnące jak róże,

I twoje tango w bukietów purpurze,

I twoja miłość,i ty.

Nie wołaj mnie oczami,

Cień snuje się za nami,

To jego cień,

Nie ujdziesz przed nim już.

I wszędzie cię dosięgnie jego bat i nóż!

Wiem, że cię nic nie czeka,

I wszystko musisz znieść,

Widzę z daleka, jak przed nim ucieka twój wzrok,

By z moim się spleść…

Michał Bałucki Za chlebem, [w:] tegoż, Poezje, Kraków 1874, s. 128–130

Góralu! czy ci nie jest żal?

Odchodzić od stron ojczystych?

– Świerków, lasów i hal,

I tych potoków srebrzystych

Góralu! czy nie jest ci żal? –

Góral na lasy spoziera,

I łzy rękawem obciera,

I rzekł: „ha, darmo, kiéj trzeba! –

Dla chleba panie, dla chleba”. –

Góralu, wróć się do hal,

W chacie zostali ojcowie,

Gdy od nich pójdziesz w dal,

Co z nimi stanie się – kto wie…?

Czy ci tych starych nie żal? –

A góral jak dziecko w głos płacze:

„Oj może już ich nie zobaczę, –

Ha, darmo paniczu, kiéj trzeba!

Dla chleba panie, dla chleba”. –

Góralu nie odchodź, oj nie –

Na wzgórku u męki boskiej,

Tam płacze dziewczę twe –

Uschnie z tęsknoty i troski,

Gdy pójdziesz; – nie odchodź, nie! –

On głowę zwiesił i wzdycha:

„Oj, dolaż moja” – rzekł z cicha –

„I dziewkę porzucić trzeba

Dla chleba panie, dla chleba”.

I poszedł z grabkami, z kosą,

W guńce starganéj i boso

Precz poszedł w doliny –

w dal, Góralu, żal mi cię, żal!

Mały, biały domek, tekst z odsłuchu na podstawie: Mieczysław Fogg, Zawsze będzie ci czegoś brak, LP, Warszawa 1975

W letnią noc siedzę sam, wkoło cisza panuje.

Jakiś żal w sercu mam, tak mi jakoś źle.

Smutną dziś piosnkę gram i tęsknota budzi się,

Upiór snów mych prześladuje mnie.

Mały biały domek w mej pamięci tkwi,

Mały biały domek wciąż mi się śni,

Okna tego domku dziwnie w słońcu lśnią,

Jakby czyjeś oczy zachodziły mgłą.

W domku tym przeżyłem szczęścia tyle i cudownych dni,

Gdy wspominam te rozkoszne chwile, serce moje drży.

Mały biały domek budzi w sercu żal

Za tym, co minęło i odeszło w dal,

Może ktoś dziwi się, że ten domek tu wspominam,

Który tak tkliwi mnie, nocą przy tle gwiazd,

Niech więc dziś każdy wie, czemu serce moje łka,

Bo w nim mieszka ukochana ma.

Mały biały domek w mej pamięci tkwi,

Mały biały domek wciąż mi się śni.

Okna tego domku dziwnie w słońcu lśnią,

Jakby czyjeś oczy zachodziły mgłą.

W domku tym przeżyłem szczęścia tyle i cudownych dni,

Gdy wspominam te rozkoszne chwile, serce moje drży.

Mały biały domek budzi w sercu żal,

Za tym, co minęło i odeszło w dal…

Przepustka, tekst z odsłuchu na podstawie: Stasiek Wielanek,Majówka, CD, Warszawa 2008

Przepustka!

To najpiękniejsza rzecz na świecie.

Przepustka!

Najukochańszy ty mój kwiecie.

Przepustka!

Kiedy ty będziesz mą, ach powiedz?

Ja będę mógł pojechać,

Swój odwiedzić dom

I znów uścisnąć lubą swą.

Ja będę mógł pojechać,

Swój odwiedzić dom

I znów uścisnąć lubą swą.

Anielciu,

Tyś do mnie listów nie pisała. Anielciu,

Tyś nadal wiosną mi została. Anielciu,

Napisz mi długi, długi list.

Do niego włóż swą miłość

I listeczek róż, swą miłość

I listeczek róż.

Do niego włóż swą miłość

I listeczek róż, swą miłość

I listeczek róż.

Nie martw się kochanie,

Twój chłopak dostanie

Przepustkę, przepustkę,

Raz, dwa, trzy.

Dziewczyno,

Zajęłaś całe moje serce.

Dziewczyno,

Na żadną inną spojrzeć nie chcę.

Dziewczyno,

Kiedy przytulę cię,

ach powiedz,

Będę cię pieścił

Całe noce, całe dnie,

A ty całować będziesz mnie.

Będę cię pieścił

Całe noce, całe dnie,

A ty całować będziesz mnie.

Anielciu,

Tyś do mnie listów nie pisała. Anielciu,

A tak żeś mi to obiecała. Anielciu,

Napisz mi wreszcie,

chociaż raz,

Te parę słów i załącz

Mały kwiatek bzu

I załącz mały kwiatek bzu.

Te parę słów i załącz

Mały kwiatek bzu

I załącz mały kwiatek bzu.

Dni jak wicher lecą,

Dadzą mi za miesiąc

Przepustkę, przepustkę,

Raz, dwa, trzy.

Dziewczyno,

Chcę być bez przerwy obok ciebie.

Dziewczyno,

Będzie nam razem tak jak w niebie.

Dziewczyno,

Skąd ten niepokój mój, ach powiedz,

A może mi niewierna

Nóż do serca pchasz

I może już innego masz.

A może mi niewierna

Nóż do serca pchasz

I może już innego masz.

Anielciu,

Żadnego listu nie dostałem. Anielciu,

Do ciebie tęsknię duszą, ciałem.

Anielciu,

Na dowód, że ty w sercu swym,

Nie czujesz zdrad,

Do listu włóż jaśminu kwiat.

Do listu włóż jaśminu kwiat.

Nie czujesz zdrad,

Do listu włóż jaśminu kwiat.

Do listu włóż jaśminu kwiat.

Co się z góry martwić,

Wszystko to załatwi,

Przepustka, przepustka,

Raz, dwa, trzy! Cztery!

My, pierwsza brygada, [w:] My, pierwsza brygada…, Wojenko, wojenko… Piosenki żołnierskie, Warszawa 1921 (druk muzyczny, zapis oryginalny)

Legjony to żałobna nuta,

Legjony to skazańców głos.

Legjony to żołnierska buta

Legjony to ofiarny stos!

My pierwsza brygada,

Strzelecka gromada

Na stos rzuciliśmy nasz życia los

na stos na stos!

Nie trzeba nam od was uznania,

Ni waszych skarg ni waszych łez

Przeminął już czas kołatania

Do waszych serc próśb nadszedł kres!

Krzyczeli żeśmy stumanieni,

Nie wierząc nam że chcieć to módz

Leliśmy krew osamotnieni

Az nami był nasz drogi Wódz!

Jaś nie doczekał, [w:] Maria Konopnicka, Poezje, t. I, Warszawa 1951, s. 154–157

W ubogiej izbie gość zjawił się błogi:

Słoneczny promień wiosenny, majowy!

Wszedł przez okienko z szybami drobnymi

I jasnym snopem rzucił się po ziemi,

Jak złota strzała padł na stół sosnowy,

Na deski starej, spaczonej podłogi,

Na tapczan nędzny, zasłany barłogiem,

Na komin pusty, zimny, bez ogniska,

Na obraz, który jaskrawie wybłyska

Złocistą glorią w poddaszu nędzarza,

Tak, jakby mógł Ten, co biednych jest Bogiem

I miłosierdziem, i smutnych odwagą,

Gromadzić skarby u swego ołtarza

I stać w purpury blaskach i kamieni,

Gdy ludzie głodni, nędzni, opuszczeni,

Korząc się przed nim, biją w pierś swą – nagą!

Był to niedzielny poranek wiośniany.

W izbie wyrobnik siedział z zgasłą twarzą

U pociemniałej i wilgotnej ściany,

Po której zamróz kroplami ociekał...

Aż z dum swych ciepłym zbudzony promieniem,

Posłyszał wróble, co na dachu gwarzą;

Spojrzał po izbie okiem smętnem, mgławem,

Potem na jasność tę ożywczą słońca

I szepnął z cichym, stłumionym westchnieniem:

„Jaś nie doczekał!”

I otarł grubej koszuli rękawem

Łzę, co po twarzy toczyła się, drżąca

I taka mętna, i ciężka, i wielka,

Jakby to wody nie była kropelka,

Lecz kamień, który, wyrzucony z duszy,

Padnie w głębiny i ziemię poruszy.

Zima ta ciężka była. Śnieżne duchy

Pomiędzy ziemią latały a niebem,

Białymi skrzydły zakrywszy błękity,

A mroźne wichrów północnych podmuchy

Dreszczem wstrząsały ubogie te ściany,

Wśród których nędzarz tak rzadko jest syty

Twardym i czarnym niedoli swej chlebem;

Tak biedne nosi na grzbiecie łachmany,

Tak ciężko musi pracować na dzieci

Wśród skrzących mrozów i wietrznej zamieci!

Zima ta ciężka była. Na kominie

Ogień nie co dnia rozniecał się lichy,

Nie co dnia ciepłą gotowano strawę.

Ojciec przychodził wieczorem bez siły,

Nie mogąc dźwignąć siekiery ni piły,

I padał spocząć, jak martwy, na ławę...

A Jaś tymczasem, w nędznej koszulinie,

Coraz to bledszy, coraz bardziej cichy,

Na kształt mdlejącej lampy lub pochodni,

Zjadał kęs chleba –i siadał na ziemi,

Patrząc na ojca oczyma smutnymi.

Jak ci, co mówić nie śmią, że są głodni!

Wreszcie z tapczana nie podniósł się wcale,

Ojca witając z daleka – uśmiechem...

Przeląkł się nędzarz, chwycił go w ramiona,

W piersiach mu grały i łkania, i żale...

Noc całą dziecko zagrzewał oddechem,

Bo mu się zdało, że stygnie, że kona...

Modlił się, płakał, o ściany tłukł głowę,

A ściany skrzyły się jak diamentowe...

Bo zima na nie rzuciła płaszcz biały.

Łzy na nich marzły –i jak perły stały.

Rankiem wyrobnik zastawił swą piłę,

Porąbał stołek, rozpalił ognisko,

Przyzwał lekarza. Lekarz, człowiek młody,

Oświadczył, że tu jest powietrze zgniłe,

Że straszna wilgoć ma tutaj siedlisko,

Że dziecku trzeba dać lepsze wygody,

Izbę obszerną, jasną i ogrzaną,

Ciepłe okrycie, a przy tym co rano

Posiłek lekki; pożywny, gorący.

Zapewnił nadto, że jeśli chłopczyna

Wiosny doczeka, to wzmocni go słońce.

Wreszcie oświadczył, że mróz – trzaskający!

I wyszedł. – Ojciec stanął jak zmartwiały,

We drzwi wlepiwszy źrenice błyszczące...

A wiatr tymczasem rozmiatał z komina

Iskry i dymy i w szyby tak siekał,

Jakby brał szturmem tę izbę ubogą.

Blada twarz chłopca zrobiła się sina...

Do ojca sztywne wyciągnął rączęta,

Rzucił się... wargi drobne mu zadrgały...

A śmierć, srebrzystą szatą owinięta,

Wzięła go z sobą tajemniczą drogą...

Promienia słońca Jaś już nie doczekał!

W mogiłce leży i nigdy mu duszy

Żadne już światło nie zbudzi, nie wzruszy...

Nigdy nie wzniesie pogodnych swych powiek

Na wielkie cuda tworzącej przyrody

I nigdy zapał do wiedzy, swobody

Nie drgnie mu w piersi okrzykiem: „Tyś człowiek!”

Ach, ileż takich mogił jest na ziemi

I jakże smutne są takie mogiły!

Ludzkość żyć winna siłami wszystkiemi,

A nędza co dzień odbiera jej siły...

Ten szereg drobnych grobów wśród cmentarza,

Co myśliciela smętnego przeraża,

To siew bez plonu, rzucony na marno,

Kwiat bez owocu –i stracone ziarno.

Poprzez mogiły, gdzie śpią te dzieciny

W milczeniu śmierci przeraźliwem, głuchem,

Ludzkość, uboższa ramieniem i duchem,

Idzie tak wolno, jakby cel się zwlekał!

O bracia, czy w nas wcale nie ma winy,

Że słonka Jaś nie doczekał?

Stanisław Grzesiuk, Antek, tekst z odsłuchu na podstawie: Stanisław Grzesiuk, Szemrane piosenki, CD, Warszawa 1995

Ja tutaj w tym syrenim grodzie urodziłem się,

A matka moja ciężko pracowała

I miała synów dwóch, to znaczy Felka, no i mnie.

Porządnych ludzi z nas wychować chciała.

Felek do nauk głowę miał.

A jam w fabryce robić chciał.

Prawnikiem w końcu został brat,

A jam bandytą w kilka lat.

Płakała matka, martwiąc się.

Brat upominał w słowa te:

Antek, Antek, biednyś ty.

Ustatkuj się, to wstyd.

Pamiętaj bracie: skończysz źle,

Zmarnujesz talent, spryt.

Uciekłem z domu, z browningiem ja ruszyłem w świat,

Nie pożegnawszy się z matką i z bratem.

Bandytów hersztem ja zostałem potem w kilka lat,

A brat mój Feliks został adwokatem.

Napadam pana w nocy raz.

Deszcz lał, okropny był to czas.

Celuję w czoło browning swój,

Wtem głos znajomy woła: „Stój!”.

Poznałem brata, zląkłem się.

Brat upominał w słowa te:

Antek, Antek, wstrzymaj się.

Jam Feliks jest, twój brat.

Ustatkuj się, dziś jeszcze czas,

Przed tobą cały świat.

Jam odrzekł mu

„Precz, ruszaj stąd!

Na darmo nie trać słów”.

Brat otarł łzy i ruszył w dal.

A jam bandytą znów.

I od tej chwili upłynęło kilkanaście lat,

Aż wreszcie z bandą moją mnie złowiono.

I wtedy mi się przypomniało, co mi mówił brat,

Gdy mnie na salę sądu wprowadzono.

Między sędziami brat mój stał.

On mnie na śmierć skazywać miał.

Antek, Antek, biednyś ty.

Tak zginiesz jak ten kwiat.

Nie chciałeś słuchać brata słów,

Na ciebie czeka kat.

Załkałem, lecz otarłem łzy.

Aw sercu zbrakło tchu.

Brat rzekł „Wieszajcie”, a sam padł,

Bo serce pękło mu.

I nie pomogły matki łzy.

I brata jego głos.

Dziś szubienica czeka go.

Bandyty taki los.

Polski hymn narodowy (Jeszcze Polska nie zginęła), Warszawa, brak daty wydania (druk muzyczny, zapis oryginalny)

Jeszcze Polska nie zginęła,

Kiedy my żyjemy,

Co nam obca przemoc wzięła,

Z czasem odbierzemy.

Marsz, marsz Dąbrowski,

Z ziemi włoskiej do Polski!

Za twoim przewodem

Złączym się z narodem.

Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę,

Będziem Polakami.

Dał nam przykład Bonaparte,

Jak zwyciężać mamy.

Marsz, marsz Dąbrowski...

Jak Czarnecki do Poznania

Po szwedzkim zaborze,

Dla ojczyzny ratowania,

Wrócim się przez morze.

Marsz, marsz Dąbrowski...

Mówił ojciec do swej Basi

Cały zapłakany:

Słuchaj jeno, pono nasi,

Biją w tarabany.

Warszawianka: pieśń z roku 1831, opracował Michał Świerzyński, Kraków, brak daty wydania (druk muzyczny, zapis oryginalny)

Oto dziś dzień krwi i chwały,

Oby dniem wolności był,

W tęczę Franków orzeł biały

Patrząc, lot swój w niebo wzbił.

Słońcem lipca podniecany

woła na nas z górnych stron:

Powstań Polsko, skrusz kajdany,

Dziś twój tryumf albo zgon.

Hej, kto Polak, na bagnety!

Żyj swobodo, Polsko żyj!

Takiem hasłem cnej podniety,

Trąbo nasza wrogom grzmij!

Trąbo nasza wrogom grzmij!

Marszałek Śmigły-Rydz. Marsz, słowa i muzyka Adam Kowalski, Warszawa 1939 (druk muzyczny, zapis oryginalny)

Naprzód, żołnierze, stara wiara, młode zuchy,

Za Śmigłym-Rydzem, pomni jego w polu chwał.

On nas wywiedzie cało z każdej zawieruchy,

Sam Komendant, sam Komendant nam go dał.

Sam Komendant, sam Komendant

nam go za wodza dał.

Marszałek Śmigły Rydz, nasz drogi, dzielny Wódz!

Gdy każe, pójdziem z nim najeźdźców tłuc.

Nikt nam nie ruszy nic, nikt nam nie zrobi nic,

Bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły Rydz!

W brzasku wolności, w krwi i w ogniu nam przewodził,

Zwycięskim szlakiem do Kijowa wiódł nas bram.

Jak szeregowiec, z piechurami w piachu brodził,

Dobry przykład, dobry przykład dawał nam,

Dobry przykład, dobry przykład zawsze dawał nam.

Międzynarodówka, opracowanie Kazimierz Sikorski, [w:] Młodzież śpiewa, z. 1, Warszawa 1949

Wyklęty, powstań ludu ziemi!

Powstańcie, których dręczy głód.

Myśl nowa blaski promiennymi

dziś wiedzie nas na bój, na trud.

Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata;

przed ciosem niechaj tyran drży!

Ruszymy z posad bryłę świata,

dziś niczym – jutro wszystkim my.

Bój to będzie ostatni,

krwawy skończy się trud,

gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród.

Nie nam wyglądać zmiłowania

Z wyroków bożych, z pańskich praw;

Z własnego prawa bierz nadania

I z własnej woli sam się zbaw.

Niech w kuźni naszej ogień bucha,

Zanim ostygnie, przekuj w stal,

By łańcuch spadł z wolnego ducha,

A dom niewoli zniszcz i spal!

Bój to będzie...

Rządzący światem samowładnie

królowie kopalń, fabryk, hut

tym mocni są, że każdy kradnie

bogactwa, które stwarza lud.

W tej bandy kasie ogniotrwałej

stopiony w złoto krwawy pot

na własność do nas przejdzie cały,

jak należności słusznej zwrot.

Stasiek Wielanek, Murka, tekst z odsłuchu na podstawie: Stasiek Wielanek, Apasz, CD, Warszawa 2002

Tam w Odeskim Lesie banda grasowała

Nieuchwytna od szeregu lat,

Z policyjnych obław wychodziła cało,

Nigdy nie ponosząc żadnych strat.

Nocą, kiedy miasto z cicha usypiało,

Banda pruła zamki wielkich kas

Albo karawany napadała śmiało,

Z łupem odchodziła w gęsty las.

W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie,

Nie wiadomo, skąd ją przywiał wiatr,

Lecz banda czuwała nad jej każdym krokiem,

W bandzie żyła od najmłodszych lat.

Raz gdy po robocie na kieliszek wina

Do tawerny weszliśmy we trzech,

Tam tańczyła Murka przy dźwiękach pianina,

A dokoła Murki dźwięczał śpiew.

Gdy nas zobaczyła, zbladła i zadrżała,

A z jej twarzy uśmiech nagle znikł.

Wszystko było jasne – Murka nas wydała,

Przy stoliku z Murką siedział szpieg.

Błysnął nagan w ręku, wystrzał zapadł głuchy,

Murka się zwaliła z krzesła w dół,

Uderzając przy tym głową o podłogę,

Krew prysnęła nagle ponad stół.

Ukochana Murko – policyjna suko,

Zdradę zapłaciłaś życiem swym,

Banda nie przebacza, kula jest zapłatą,

Zdradę można obmyć tylko krwią.

Tam w Odeskim Lesie jest mogiła mała,

Opuszczona pośród starych drzew,

Tam swą czarną Murkę banda pochowała,

A po Murce został tylko śpiew.

B. Reprodukcje odręcznych poprawek w maszynopisie i recenzji wydawniczych

Uwagi Igora Newerlego naniesione na maszynopis B

Uwagi Igora Newerlego naniesione na maszynopis Sonaty marymonckiej

Poprawki Marka Hłaski naniesione na maszynopis B

Recenzja Zofii Hofmanowej

Recenzja Wandy Leopold

* * *

1 Warto przywołać słowa Haydena White’a: „Jedną z cech wyróżniających profesjonalnego historyka jest konsekwencja, z jaką przypomina on swoim czytelnikom o czysto prowizorycznym charakterze ujęć opisujących wydarzenia, postacie i czynniki sprawcze, odnajdywane w zawsze niekompletnych materiałach źródłowych”. Zob. H. White, Poetyka pisarstwa historycznego, red. E. Domańska i M. Wilczyński, Kraków 2000, s. 79.

2 M. Hłasko, Listy, Warszawa 2012, e-book; A. Czyżewski, Piękny dwudziestoletni, Warszawa 2012.

3 Zob. M. Hłasko, Listy…, dz. cyt., s. 55–58, 62–63.

4 M. Hłasko, Listy…, dz. cyt., s. 78–79.

5 A. Czyżewski, Piękny dwudziestoletni, dz. cyt., s. 149.

6 M. Hłasko, Listy…, dz. cyt., s. 98, 103.

7 Epizod opisany w Wilku pojawia się w ostatnim zachowanym maszynopisie,Głodu jednak tam nie ma.

8 G. Genette, Palimpsesty. Literatura drugiego stopnia, tłum. T. Stróżyński i A. Milecki, Gdańsk 2014, s. 93.

9 Tamże, s. 95.

10 M. Hłasko, Wilk, „Sztandar Młodych” 1956, nr 12–13; I. Newerly, Pamiątka z Celulozy, Warszawa 1975.

11 H. Zaworska, O twórczości Igora Newerlego, Warszawa 1955, s. 44–45.

13 Pojęcie aktanta wprowadził do humanistyki Algirdas Julien Greimas, przystosował je natomiast Roland Barthes, zob. R. Barthes, Wstęp do analizy strukturalnej opowiadań, tłum. W. Błońska, „Pamiętnik Literacki” 1968, z. 4.

14 J. Andrzejewski, Partia i twórczość pisarza, Warszawa 1951.

15 H. Zaworska, O twórczości…, dz. cyt., s. 47. Różnorodność bohaterów Pamiątki z Celulozy wychwalał także Jan Kott w niezwykle entuzjastycznym eseju Wielka powieść Igora Newerlego, [w:] Szkice o literaturze współczesnej, red. R. Matuszewski, Warszawa 1954, s. 7–16.

16 I. Newerly, Pamiątka…, dz. cyt., s. 24–25.

17 By wspomnieć chociażby audycję Drugiego Programu Polskiego Radia Parę kroków w słońcu. Rzecz o Marku Hłasce, w której na ten temat wypowiadają się Kira Gałczyńska i Henryk Bereza, zob. www.polskieradio.pl/8/1788/Artykul/1024317,Pisanie-jest-rzecza-bardziej-intymna-od-lozka/?utm_source=box&utm_medium=link&utm_campaign=related (dostęp: 26.11.2014).

18 Informacja na podstawie prywatnej rozmowy z autorem Pięknego dwudziestoletniego;F. Dostojewski, Biesy, tłum T. Zagórski i Z. Podgórzec, [w:] tegoż, Dzieła wybrane, t. III, Warszawa 1984.

19 S. Mackiewicz, Dostojewski, Warszawa 1957, s. 198.

20 Niepokój człowieka „wołającego z samego środka piekła o gwiazdę prawdy” stanowi – zdaniem Henryka Berezy – wyraźną inspirację Hłaski Dostojewskim. Zob. H. Bereza, Nowy duch i forma nowa, „Nowa Kultura” 1956, nr 35.

21 M. Ostrowski, Jak hartowała się stal, t. I–II, tłum. W. Rogowicz, Warszawa 1984.

22 I. Newerly, Pisarze wobec dziesięciolecia, „Nowa Kultura” 1954, nr 5.

23 G. Porębina, Odproletkultu do realizmu socjalistycznego, Katowice 1989, s. 321–322.

24 Można jednak z niemal całkowitą pewnością stwierdzić, że Hłasko czytał Jak hartowała się stal lub przynajmniej znał jej tematykę, gdyż Rysiek Lewandowski z Sonaty marymonckiej rozważa bohaterstwo Korczagina.

25 Z. Uniłowski, Dwadzieścia lat życia, Warszawa 1955.

26 Więcej o biografii lat dziecięcych zob. B. Faron, Zbigniew Uniłowski, Warszawa 1969, s. 215–219.

27 Tamże, s. 221–222. O autobiografizmie Dwudziestu lat życia wspomina także Danuta Knysz-Rudzka, zob. taż, Odnaturalizmu Zoli do Zespołu „Przedmieście”, Wrocław 1972, s. 158.

28 Tamże, s. 223.

29 Neonaturalizm definiuje Eustachiewicz jako interludium w rozwoju naturalistycznych prądów literackich. Na gruncie europejskim objawił się w minimalizmie symbolizmu oraz syntetyzmu i tak definiowany neonaturalizm odnosi badacz do literatury polskiej; por. L. Eustachiewicz, Obraz współczesnych prądów literackich, Warszawa 1978, s. 123–124. Podobne zdanie o neonaturalizmie wyraża Danuta Knysz-Rudzka, oskarżając niejako twórców tej konwencji o „stopniową degradację powierzchownie pojętej tradycji naturalistycznej”, zob. D. Knysz-Rudzka, Od naturalizmu…, dz. cyt., s. 132.

30 Celowo pominięto kategorię autora. Brak pewności co do znajomości tekstu Uniłowskiego przez Hłaskę nie pozwala na wyciąganie pochopnych wniosków. Dlatego też, zgodnie z zasadą hipertekstualnej wolności i dowolności, pozwolono tekstom „żyć” i przekształcać się samodzielnie.

31 W niniejszej pracy korzystano z wydań: E. Hemingway, Mieć i nie mieć, tłum. K. Tarnowska, Warszawa 1958 oraz J. Steinbeck, Myszy i ludzie, tłum. J. Meysztowicz, Warszawa 1965. Cytat z Myszy i ludzi stanowi motto opowiadania Hłaski Dwaj mężczyźni na drodze – utworu będącego nomen omen trawestacją powieści Steinbecka. Jerzy Jarzębski zauważa niebezpieczeństwo wzorowania się na literackich autorytetach: „Opowiadanie Dwaj mężczyźni na drodze, które jest przetworzeniem motywu Steinbecka z Myszy i ludzi, należy do najsłabszych utworów w tomie. Wielcy okazali się tedy dość hermetyczni, zamknięci w sobie właściwej scenerii i doświadczeniu”. Zob. J. Jarzębski, Hłasko– retoryka grzechu i nawrócenia, [w:] tegoż, Powieść jako autokreacja, Kraków 1984, s. 287.

32 Jan Błoński podobieństwo między opowiadaniami Hłaski a prozą Hemingwaya widzi w personalnej narracji. W Wilku jednak punkt widzenia osoby mówiącej nie jest ograniczony, czego dowodem choćby wybiegi w przyszłość. Ze Steinbeckiem z kolei – jak twierdzi Błoński – łączy Hłaskę fascynacja dialogiem, nadawanie akcji tempa poprzez umieszczenie najważniejszych treści właśnie w partiach dialogowych. Badacz wspomina o pastiszu popełnianym przez autora Pierwszego kroku w chmurach, co wydaje się oceną nieco krzywdzącą, szczególnie w przypadku Wilka, albowiem prości ludzie z Marymontu mają takie samo prawo do wypowiadania rzeczy ważnych, jak robotnicy najemni ze Stanów Zjednoczonych. Por. J. Błoński, Przypadek Hłaski, „Przegląd Kulturalny” 1956, nr 44.

33 Terminy „bohater” i „postać” używane są zamiennie. Wynika to z faktu, iż rozważania mają charakter literaturoznawczy, a nie teoretyczno literacki.

34 Na podobną zależność pomiędzy złymi doświadczeniami młodego bohatera i jego sentymentalnymi marzeniami zwraca uwagę Jan Galant, zob. tegoż, Marek Hłasko, Poznań 1996, s. 29. Należy jednak podkreślić, że ów model postaci występuje tylko w socrealistycznych początkach twórczości Marka Hłaski. W powieściach izraelskich bohaterowie są już wewnętrznie wypaleni, pozbawieni wszelkich złudzeń. Por. O. Dębicka, Dziwka imadonna. Marka Hłaski widzenie świata, Gdańsk 1996, s. 17 oraz opracowanie Piotra Weisera Izrael Hłaski, Kraków 2015.

35 Natura buntu Ryśka Lewandowskiego stanowi prototyp postawy niemal wszystkich głównych bohaterów prozy Marka Hłaski. Istotę tego sprzeciwu uchwycił Henryk Bereza: „Hłasko buntuje się przeciwko życiu (…) dlatego, że wszystko, co w sposób decydujący stanowi o suwerenności życia: miłość, przyjaźń, piękno ludzkich marzeń, pragnień i dążeń, podlega zdeformowaniu i utracie”. Zob. H. Bereza, Nowy duch…, dz. cyt.

36 M. Januszkiewicz, W horyzoncie nowoczesności: antybohater jako pojęcie antropologii literatury, „Teksty Drugie” 2010, nr 3. Poniższe rozważania na temat kategorii antybohatera w Wilku oparte są w całości na tym artykule.

37 Różnicę pomiędzy rozumieniem komunizmu i socjalizmu w dwudziestoleciu międzywojennym najprościej streścić można w sposób następujący: socjalizm dążył do podniesienia wartości jednostki drogą powolnej ewolucji. Komunizm natomiast żądał gwałtownej rewolucji, destabilizacji układu sił rządzących. Socjalizm traktował lud pracujący w sposób osobniczy, natomiast komunizm widział w aktywie robotniczym kolektywne masy. Socjalizm w końcu był ideologicznym abstraktem, tymczasem komunizm stanowił bezpośredni środek wyrazu zbuntowanego ludu. Powyższa definicja jest być może niewyczerpująca, jednak na potrzeby rozważań nad powieścią Hłaski wydaje się wystarczająca.

38 Zob. K. Filipowicz, Romans prowincjonalny, Kraków 2011 oraz M. Nowakowski, Porachunki garbusa, [w:] tenże, Ten stary złodziej. Benek Kwiaciarz, Warszawa 2012.

39 Szczególnie ciekawa jest dyskusja Dzieci i utopia, podczas której padają pytania o rolę dziecka w systemach ideologicznych, totalitarnych. Stefan Chwin, mówiąc o Bramach raju Jerzego Andrzejewskiego, nazywa zdolności dziecka„ostateczną czystą inkarnacją idei”. Zob. Dzieci i utopia, [w:] Dzieci, t. I, wybór, oprac. i red. M. Janion i S. Chwin, Gdańsk 1988, s. 206–215. Wyjątkowość osób upośledzonych wyodrębnia się już w czasach starożytnych. Oto wieszczki, obdarzone darem jasnowidzenia, powszechnie odbierane są jako kobiety chore psychicznie (by wspomnieć choćby wyrocznie Sybillę czy Kasandrę), natomiast zdolnych artystów dotyka kalectwo (Ezop z Frygii, Homer).

40 S. Ossowski, O ojczyźnie i narodzie, Warszawa 1984, s. 18.

41 W poezji Andrzeja Bursy blady krętek jest określeniem człowieka ginącego w tłumie, pojmowanego jako bezmyślny trybik w maszynie władzy i przemysłu. Taki przekaz odczytać można między innymi z wierszy Kasjer czy Uwaga dramat! Por. A. Bursa, Utwory wierszem i prozą, Kraków 1969.

42 Uwznioślenie wartości człowieka podkreślane jest także w Pamiątce z Celulozy. Odmienne jest natomiast ujęcie tematu. W powieści Newerlego o potędze jednostki stanowi jej przydatność dla ogółu, ocenie podlega wkład, jaki wnieść może do podziemnej działalności komunistycznej. Podobne motywacje odnaleźć można i w Wilku, jednak dalece bardziej istotna jest wartość każdego człowieka z osobna. Jedną z bezpośrednich aluzji w tekście powieści Hłaski jest relacja Rączyna z pobytu w więzieniu (zob. Wilk, s. 119–120). Słowa o „pięknym przeżyciu” są niemal wierną kopią wypowiedzi nieboszczyka Babury z Pamiątki z Celulozy (zob. I. Newerly, Pamiątka…, dz. cyt., s. 166).

43 M. Głowiński, Powieść i prawda, [w:] tegoż, Gry powieściowe, Warszawa 1973, s. 20.

44 Zob. W. C. Booth, Rodzaje narracji, „Pamiętnik Literacki” 1971, z. 1, s. 229–244 oraz F. Stanzel, Typowe formy powieści, [w:] Teorie form narracyjnych w niemieckim kręgu językowym, tłum. R. Handke, Kraków 1980.

45 Narrator auktorialny jest bytem funkcjonującym w obrębie świata powieściowego, lecz istniejącym jak gdyby poza nim. Przyjmuje formy quasi-osobowe, toteż jego wiedza, choć szeroka, bywa ograniczona. Świadomość podmiotu mówiącego przejawia się w autotematycznych komentarzach dotyczących samego faktu opowiadania, wiarygodność natomiast – w przystawalności przekazu do opracowywanego materiału. W przypadku Wilka jest to nad wyraz oczywiste, gdyż narrator bardzo dobrze zna świat, o którym mówi, a język narracji nawiązuje do języka bohaterów.

46 M. Głowiński, Cztery typy fikcji narracyjnej, [w:] tegoż, Poetyka i okolice, Warszawa 1992, s. 144–158.

47 M. Głowiński, Gry powieściowe, dz. cyt., s. 42.

48 Zob. A. Okopień-Sławińska, Relacje osobowe w literackiej komunikacji, [w:] Problemy socjologii literatury, red. J. Sławiński, Wrocław 1967, s. 109–125.

49 Określenie Janusza Sławińskiego, tożsame z pojęciem A. Okopień-Sławińskiej. Badacz definiuje podmiot czynności twórczych następująco: „Ma on byt wyłącznie funkcjonalny (w przeciwieństwie do «substancjalnego» bytu realnej osoby pisarza), to znaczy istnieje tylko jako człon relacji, której drugim członem jest dzieło”. Zob. J. Sławiński, O kategorii podmiotu lirycznego. Tezy referatu, [w:] Wiersz i poezja. Konferencja teoretyczno literacka w Pcimiu, red. J. Trzynadlowski, Wrocław 1966, s. 55–62.

50 S. Ossowski, O ojczyźnie…, dz. cyt., s. 37.

51 Zaznaczenie R. M.

52 Opracowanie Doroty Suskiej jest niezwykle cenne, zawiera jednak pewną nieścisłość. Badaczka uważa opowiadania publikowane w prasie (chodzi z pewnością o Szkołę, Złotą jesień, Noc nad piękną rzeką, Wilka i Głód) za fragmenty Sonaty marymonckiej. Teza ta jest oczywiście błędna, co zostało już w niniejszej pracy wyjaśnione. Zob. D. Suska, Z problemów stylizacji językowej w opowiadaniach Marka Hłaski, Częstochowa 2012.

53 Terminy Aleksandry Wilkoń, zob. taż, O stylizacji językowej w literaturze, „Ruch Literacki” XV, 1974, s. 365.

54 Ciekawą uwagę na temat obecności wulgaryzmów w języku bohaterów Hłaski poczynił Michał Komar. Jego zdaniem, po latach socjalistycznej propagandy haseł, tylko słowa wulgarne brzmieć mogły prawdziwie. Por. M. Komar, Hłasko,„Twórczość” 1972, nr 11.

55 Nieco szerzej kwestię naśladowania potocznych sytuacji komunikacyjnych omawia Jerzy Jarzębski, por. tenże, Hłasko…, dz. cyt., s. 292.

56 W niniejszym rozdziale socjalizm traktowany jest według kategorii wyznaczonych przez władze PRL. Termin odnosi się do powojennych stosunków polityczno-społecznych, które uległy znaczącym przeobrażeniom w porównaniu z międzywojennym rozumieniem socjalizmu. Ustrój panujący w Polsce zbliżony był w swoich zasadach i praktycznej realizacji do komunizmu i jego agresywnej metody walki klasowej.

57 Z. Jarosiński, Nadwiślański socrealizm, Warszawa 1999, s. 56.

58 Wspaniały wygląd Jasnego trwa jednak krótko. Prześladowany przez władze nauczyciel upodabnia się w miarę rozwoju akcji do Rączyna, co z kolei sugerować może wyniszczające dla ciała skutki walki komunistycznego podziemia.

59 Więcej na temat obecności erotyki w prozie socrealistycznej zob. M. Brzóstowicz-Klajn, J. Smulski, Kobieta obraz, [w:] Słownik realizmu socjalistycznego, red. Z. Łapiński, W. Tomasik, Kraków 2004, s. 100–104 oraz M. Piekara, Życie erotyczne przodownika pracy, [w:] Bohater powieści socrealistycznej, Katowice 2001, s. 21–46.

60 O podrzędnej roli kobiety w stosunku do mężczyzny wspomina Jerzy Smulski, zob. tenże, Obraz kobiety w prozie polskiej pierwszej połowy lat pięćdziesiątych XX wieku. Rekonesans, [w:] Od Szczecina do… Października, Toruń 2002, s. 63–80.

61 Z. Florczak, Kroki w chmury, „Nowa Kultura” 1956, nr 38.

62 J. Jarzębski, Hłasko…, dz. cyt., s. 278–279.

63 Obecność zła w późniejszej twórczości pisarza silnie zaznacza Stanisław Stabro, por. tenże, Legenda i twórczość Marka Hłaski, Wrocław 1985, s. 23.

64 E. Kolbus, W bursztynowej kuli, [w:] Kaskaderzy literatury, red. E. Kolbus, Łódź 1986, s. 69–74.

65 Co ciekawe, pokonanie schematyzmu dokonuje się w sposób podobny do zalecanego w jednym z esejów przez Jerzego Putramenta. Oskarżając młodą literaturę socrealistyczną o schematyzm, wśród głównych uchybień wymienia między innymi: traktowanie świadomości ideologicznej nie jako procesu, do którego trzeba dojrzeć, lecz jako cudownych chwil olśnienia, niepoprzedzonych żadnym uzasadnionym wprowadzeniem, zbywanie najbardziej dramatycznych momentów kilkoma zdaniami oraz determinizm pochodzenia bohaterów – a więc te aspekty, które w Wilku ulegają transformacji. Zob. J. Putrament, O tzw. „schematyzmie”, [w:] tegoż, Na literackim froncie, Warszawa 1953.

66 Z. Jarosiński, Nadwiślański socrealizm, dz. cyt., s. 60.

67 D. Knysz-Rudzka, Od naturalizmu…, dz. cyt., s. 118. Dzieje Zespołu Literackiego „Przedmieście” wyczerpująco przedstawił Jerzy Bajdor w artykule„Przedmieście” po 30 latach, „Odra” 1963, nr 9, 10, 11.

68 Charakter taki przyjmuje między innymi publikacja KPP w obronie niepodległości Polski. Materiały i dokumenty, oprac. J. Kowalski, Warszawa 1953 oraz publicystyka Salomona Jaszuńskiego zebrana w tomie Wybór pism, Warszawa 1954.

69 M. Uździcka, Tytuł utworu literackiego. Studium lingwistyczne, Zielona Góra 2008, s. 30.

70 Zob. Listy Marka Hłaski, dz. cyt., s. 62.

Wilk

I

Uliczka była brudna. Uliczka przycupnięta drewnianymi, zapadłymi koślawo w ziemię domkami jak wszystkie inne ulice Marymontu: piaszczyste i krzywe, krzywe – jakby je ktoś pijanymi wyznaczał krokami.

Pasowały jednak te płotki i do krzywej latarni na rogu, i do ciemnego sklepu z piwem i warzywami. Schodziło się doń po wygryzionych, skrzypiących schodkach, piszczały drzwi, jęczał przeciągle dzwonek i gruba sklepiczarka Masołowska podnosiła znad kontuaru wyblakłe, senne oczy.

Pachniały mocno i mdławo warzywa, muchy kołysały się na lepach, a z blaszanego szyldu Haberbuscha1 uśmiechał się reklamowo zażywny, rumiany staruszek z kuflem pienistego piwa w ręku. W miejscu nosa odprysnęła emalia i patrząc na staruszka, odnosiło się wrażenie, że szczury odgryzły mu wspomniany organ. Bo po ulicy przemykały tłuste, spasione szczury: chyba tylko one jedne syte na tej ulicy.

Najwięcej ich było w śmietnikach, pomiędzy którymi rozkraczały się Cygańskie Budy, przy ulicy, która nazywała się dumnym imieniem Marii Kazimiery2. W śmietnikach dzieci babrały się radośnie, wyszperywały stamtąd niepojęte skarby: puszki po sardynkach, nadtłuczone butelki i poszczerbione, wyłysiałe grzebienie.

To wszystko. Zwykła ulica, marymoncka ulica. Nawet nie można napisać, że bruk był wyboisty i dziurawy – wcale go nie było.

Podczas gwałtownych jesiennych lub wiosennych deszczy ulica zamieniała się w olbrzymią czarną kałużę, po której dzieci puszczały łódki zrobione z gazety.

Było to zależnie od umowy: Morze Czarne, Ocean Atlantycki lub Zatoka Cudnej Przygody. I nad brudną kałużą unosiły się duchy straszliwych korsarzy, wąsatych, z kindżałami za pasem, płynęły buńczuczne fregaty, rozbrzmiewały krwiożercze okrzyki, huczały groźnie salwy spiżowych dział.

A armatą był mały, chudy Icek od Grynszpanów, który oprócz gruźlicy i wyświechtanej jarmułki na rudym łebku miał jeszcze cudowny dar naśladowania głosów ptaków, strzałów, a także tramwaju z wiaduktu. Rudek umarł którejś październikowej, rozchlapanej nocy, umarł – z wyrazem zdziwienia w niebieskich, prawie lazurowych oczach, oczach zgoła nieżydowskich, oczach – koloru nieba nad Zatoką Cudnej Przygody. Przygody, gdzie spieniona woda rozbija się o postrzępione, ostroszczyte skały, gdzie białe mewy biją skrzydłami o fale i wiatr huczy w dumne, korsarskie żagle.

Rozmaicie biegły uliczki marymonckie: w dół, łagodnie spływały do Wisły, i pięły się piaszczysto z wysiłkiem pod górę. Okrążały się wzajemnie łukiem i krzyżowały ze sobą jak ludzkie nieszczęścia. Stanowczo ludzie z Marymontu nie mieli zmysłu estetycznego – ludzie z ulicy Godowskiej, furmani ze stajni Lewańskiego na Szlacheckiej, szewcy z Pekinu na Warszawskiej i ci, dla których nie było miejsca pod słońcem – bezrobotniaki z Cygańskich Bud, których głównym zajęciem był brak zajęcia, i z innych, takich samych ulic: biednych, głodowskich3. A na ulicy Potockiej chlapało się w kałużach stadko kaczek, mlaskając płaskimi, czerwonymi dziobami. Na kaczuszki dybał w skupieniu kot siedzący na płocie. Mrużył do słońca zbójeckie oczy i wysuwał koniuszek ostrego języka. A na ulicy Kamedułów, gdzie jedną stroną ulicy waliły się rudery, a drugą płynęła mętna łacha, wyciągał się w niebo czerwony komin Warszawskiej Fabryki Wyrobów Blaszanych Bielany, którą ludziska nazywali – Blaszanka4.

Przy tych ulicach krzywych i prostych, idących z góry na dół i z dołu do góry, długich i krótkich, prowadzących od jednej bidy do drugiej, w tym całym pokurczonym labiryncie głodu stały domki i domy rozmaite. Domy chwackie5 i bogackie, murowane, przemawiające do oka solidną czerwienią cegły, stawiane pod winkiel i pion staranną rzemieślniczą ręką, i drewniane, krzywe chałupiny stojące z boku: zastrachane ijakby zawstydzone takim sąsiedztwem, a na ostatku jeszcze ni to domy, ni to budy, sklecone byle jak i nie wiadomo z czego, połatane blachą i skrawkami papy znalezionej na budowie, po prostu czort wie co, najeżone nieprzyjaźnie zardzewiałymi rurami od piecyków. I to stojące gdzie? Jak na pusty śmiech i urągowisko – przy ulicy Potockiej, ulicy, zdawało się z nazwy – hrabiowskiej.

Na tej hrabiowskiej ulicy nigdy żaden hrabia nie mieszkał ani chyba nawet nie przechodził, bo musiałby ugrząźć w piachu i we własnym wstydzie. Owszem, trochę dalej – w Pekinie na Warszawskiej ulicy – był taki jeden, co twierdził, że pochodzi z nieślubnych hrabiów, tylko go zła matka porzuciła.

A obok, na ulicy Szlacheckiej, mieszkali dwaj bracia Zielińscy, o których pieśni śpiewano po więzieniach jak Polska długa i szeroka. Ci nie mieli żadnych pretensji do hrabiowskich tytułów i pałek: trzymali za mordę całą dzielnicę, a ulice, po których chodzili, były starannie omijane przez granatowych.

W cieniu ich sławy żyli sobie w krótkich przerwach pomiędzy więziennymi odsiadkami bracia Michalszczaki – złodzieje dolinowi, czyli fachowo mówiąc – szopenfeldziarze6, oraz ojciec z synem Kosiorki – szpicle, żyjące z łaski pana komisarza Pogorzelskiego. Wyżej, na samym szczycie piaszczystej ulicy, mieszkał najsłynniejszy z najznakomitszych: bandzior Leon, którego zdrobniale, pieszczotliwie przezywano – Loluszka, bo podobno był to człowiek o gołębim sercu i zanim począł z nożem chodzić po prośbie, to dziesięć lat chodził za pracą: – „Ślusarz jestem, wielmożni panowie, na wojnie byłem, medal mam…”- ale się nie doprosił.

Cóż więcej można jeszcze napisać o pięknej dzielnicy Marymont?

Na Potockiej, koło wodociągu, drzemał całymi dniami magistracki dziad i pobierał od kobiet po groszu za kubeł wody7. Tym, co często i gęsto nie mieli ani grosza bożego, dawał bardzo rzadko za darmo, bo serce miał niemagistrackie.

Przy Potoku – knajpa Turalskiego, nieco dalej, na Bielanach – słynny Bochenek, gdzie nierzadko ludzie roznosili się na nożach o drobiazgi8.

Było także boisko sportowe, założone przez tak zwane dobre panie z Koła Polek, gdzie RKS Marymont rozgrywał mecze piłki nożnej z Makabi, rozgrywał nie tylko za pomocą piłki9. Drużyna żydowska wychodziła po meczu na czworakach, a w następną niedzielę rewanżowała się analogicznie w rodzinnej Falenicy czy Otwocku.

Poza tym wiadomo: jesienią grząskie błoto, zimą jeszcze chłodniej i głodniej, aby tylko człowiekowi na gorsze, latem gorąco i jeszcze gorzej, bo nie było śniegu, do którego chodzili bezrobotni na magistrackie odgarnianie, a wiosną – niebo czyste i przejrzyste, niebo wesoło roześmiane.

Ale niebo jest wysokie, bardzo wysokie, i nie widzi twarzy ludzi, którym błękitnieje. Jednak jesienią, kiedy niechętne i szare wisiało ciężko nad Marymontem, wszyscy tęsknili do tamtej bezkresnej ultramaryny: i robotnicy od pana dyrektora Więckowskiego z Blaszanki, ordynarnie wzbogaconego chama, który ich oszukiwał po pańsku, i robotnicy ze Śmigłówki10, których oszukiwał i żałował po chamsku trochę par excellence inteligentny, szpakowaty pan dyrektor, i ci, dla których nie było miejsca pod słońcem – z Cygańskich Bud, i smutny nożownik Loluszka, którego oszukał cały świat, a przecież papiery miał, na wojnie był i order dostał – za ojczyznę.

Tu, na tej ulicy, wśród domków bajkowych, bo prawie każdy wyglądał jak tamten ze złej bajki o kurzej łapce i zaginionych sierotkach, urodził się Ryszard Stanisław Lewandowski.

Mieszkała sobie na piaszczystym Marymoncie dziewczyna. Dziewczyna średnia, ani za bardzo ładna, ani za brzydka, ot, po prostu dziewczyna – chciałoby się powtórzyć za kimś – nijaka. W tej nijakości było jednak coś, co upodobał sobie szczególnie, też nijaki, Stanisław Lewandowski – z zawodu furman, też z Marymontu, chłopak – jak to mówią – po wojsku i niczegowaty.

Upodobał sobie widać bardzo, bo nie tracąc czasu, poszedł w konkury. Konkury to też wiadomo: kino Uciecha aż na Złotej ulicy, gdzie wyświetlano dla ubogich filmy o bogatych nieszczęśliwych ludziach, w słoneczną, pogodną niedzielę – wirująca, kolorowa karuzela w lasku pod Młocinami, huśtawki zapierające dech, woda sodowa z malinowym sokiem po dwa grosze za szklankę i wspólne pięciominutowe zdjęcia na tle olejnych wodospadów, pustyń i pałaców o przedziwnym zaiste wyglądzie11.

Jechali więc na te Młociny pękatym parostatkiem nabitym spoconymi ludźmi po ostatnią możliwą szparkę. Statek sapał, trzeszczał i jęczał brudnym kominem, jakby mu wszystkie swoje troski ludzie marymonccy powierzyli. Koło biło ciężko o wodę. Lewandowski i dziewczyna stali oparci o burtę, wpatrzeni w przewalające się pod nimi zielonkawomętne fale. Milczeli, statek sapał, ludzie wzdychali z gorąca, toczyła się szeroko rzeka. Od czasu do czasu ręce ich spotykały się nieśmiało na mosiężnej poręczy: mała dłoń dziewczyny i mocna, korowata dłoń Lewandowskiego, upiększona na małym palcu artystycznie wykonanym sygnetem, przedstawiającym trupią czaszkę przebitą w poprzek sztyletem, wzdłuż – krzyżem i na dobitce – strzałą. Wzmiankowany sygnet stanowił pamiątkę z czasów wojskowych i przedmiot szczerej zazdrości kolegów.

Dłonie leżały na barierze. Dziewczyna spuszczała wtedy oczy, Lewandowski dziarsko chrząkał, a rzeka, cóż, rzeka szumiała.

Po godzinie jazdy wyspa krótkiego szczęścia – Młociny. Wesołe miasteczko, harmider kolorów, wesołe miasteczko dla smutnych ludzi, krzyczące magikami i człowiekiem wężem lub dziewicą piłą. A pod karuzelą rzyga jakiś słaby żołądkowo, który nie wytrzymał tempa. Chodzą ze swymi pannami żołnierze, obejmując je nisko lewą ręką, bo prawa musi być stale gotowa do daszka12.

Przy strzelnicy z napisem „Ćwicz oko i dłonie – będzie w ojczyzny obronie!” młodzi ludzie z fantazją składają się do pryskających butelek i szybko wyskakujących znikąd zajączków ze smutnymi mordkami.

Przed gabinetem śmiechu, czyli tysiąca luster, stoi chudy facet o zapijaczonym wyglądzie i proponuje wszystkim, aby się z siebie pośmiali za dwadzieścia groszy.

Nieco dalej przekrzykuje go inny, przekrzykuje piskliwym falsetem, który w niezrozumiały sposób dobywa się z ogromnego jak śmietnik magistracki brzucha. Proponuje przerażenie wywołane widokiem kobiety bez głowy czy też głowy bez kobiety: przerażać się można za jedyne dwadzieścia pięć groszy. Dziewica piła, stara baba z wełniastą ondulacją, przegryza pięciocalowe gwoździe, dalej medium, czyli kobieta fatalna. Szwendają się natarczywe pstre Cyganki z taliami kart: „Daj powróżyć, daj rączkę, a szczęście zobaczę…”.

Dzień świąteczny, parny i tłumny: kolorowe, zwiewne sukienki, mundury, głowy w kapeluszach i bez, rude, jasne i ciemne. Przy bufecie, gdzie sprzedają słodycze i różności, dwóch panów bije się laskami po głowach i gdzie popadnie. Trzeci mistrzowskim ruchem ujmuje za szyjkę butelkę po piwie. Trzaaask! Policja. Protokół. Komisariat.

Lewandowski z dziewczyną szli dalej, gdzie na dechach rżnęła do tańca strażacka orkiestra. Słońce błyszczało w mosiężnych instrumentach. Wirowali z zapałem w sztajerze, w poleczce i kołysali się w smętnym tangu: „Co wieczór w tej tawernie, uwodzi mnie misternie…”13. Nachylał się do ucha dziewczyny, ale zagłuszały go wrzeszczące trąby.

I potem, już za ostatnią złotówkę, największa atrakcja – papuga z zakrzywionym nosem i kolorowymi piórkami, smętnie stercząca na katarynce. Ptak mądry i uczony, z zamorskich krajów: „Serce skore do kochania, poznasz bruneta urodzonego pod znakiem Saturna, strzeż się zawistnej kobiety o czerwonych włosach, szczęśliwy dzień – wtorek, szczęśliwy kamień – opal”.

Niedziela na Młocinach mijała jak piosenka. Znowu wracali zatłoczonym parostatkiem, patrzyli na wczesne, jesienne mgły, jak płynęły nisko na wieczorną rzeką. Mieli wrażenie, że tam zostało coś lepszego, ale nieuchwytnego jak kolor wirującej karu-zeli. Niedziela jak ładna piosenka, a jutro znowu: on na piątą rano do Lewańskiego, ona do olejarni na Gdańską14.

Coraz gęstsze były wieczorne mgły. Przybierały barwę mleka, zamazywały brzegi, oblepiały zakopcony statek. Milczeli, żółte światła przepływały bokiem. Syrena brzmiała teraz słabo, bezbronna w białym tumanie.

Skończyło się lato, przepłynęło srebrnymi nitkami babiego lata, przechlapała między opłotkami błotnista, rozmazana jesień, śniegami przewaliła się zima i znowu niebo rozlało wiosenną farbką.

Przygarnęli wiosnę ludzie marymonccy. Zazieleniły się ogródki, jaskrawą zielenią krzyczały Bielany, rozpustna maciejka pachniała wieczorami, nad łachą kumkały żaby, polne koniki ćwierkotały i nawet znana złośnica – Kotrasowa – mniej wymyślała mężowi.

W końcu Stanisław Lewandowski, furman, powziął tak zwaną życiową decyzję. Wyglansował raz jeszcze kamasze, za słowem honoru, że nie przepije, pożyczył od szwagra przykrótki garnitur i oświadczył się z fasonem, na sztywno, z prawą ręką na drżącym sercu – według wzorów filmowych.

Oświadczyny przyjęto i jak to się mówi – Lewandowski został regularnym narzeczonym. Sygnecik z trupią czaszką przewędrował na inny palec. Papuga, cholera, miała nosa: bo pan Stasio był właśnie brunetem, postawnym jak ułan z pocztówki. Przyjemnie było popatrzeć, jak szedł tak z narzeczoną pod pachę wiosennym Marymontem: on ze sztuczną powagą i ciągle w szwagrowskim garniturze, ona – uwieszona u jego ramienia, zawsze z zerwaną gałązką akacji w ręku: „Kocha – nie kocha, lubi – nie lubi, w myśli, w sercu, na ślubnym kobiercu…”. Prawie zawsze wypadało na kobiercu.

Szczęśliwa para kłuła niektórych w oczy. I zapewne przez tę zazdrość kobiecą sąsiadka Kotrasowa ostrzegała złowieszczo przyszłą małżonkę:

– Nie wychodź za niego, pani kochana… Furman, a wiadomo, że każdy furman wypić lubi, życie pani zmarnuje. Wiem, bo moja siostra wyszła za furmana. Zresztą – rób pani, jak pani chce, ja tylko tak, z dobrego serca, po sąsiedzku.

Tu trzeba koniecznie dodać, że sama miała męża garbusa. Był to maleńki człowieczek, wiecznie zatroskany i smutny, jakby wszystkie nieszczęścia świata dźwigał w tej swojej szkatule. Wbrew temu, co ludzie mówili o garbusach – nie był wcale złośliwy ani skryty. Przeciwnie – garnął się do każdego jak dziecko. Na ulicy nie był lubiany, mówili o nim złośliwie, że chłopski filozof. I mały człowiek przemykał skrycie, podcinany złymi spojrzeniami.

Sąsiad Kotras oprócz garbu miał jeszcze w majątku kłótliwą żonę i stojak-szlifierkę do ostrzenia noży, który obnosił po mieście na swoich krzywych plecach i krzyczał: „Noooże ostrzę, no-ooożyczki…”.

– Taak, furman…? A pani chłop ma garba! – powiedziała zagrożona w swoim szczęściu narzeczona, patrząc wrogo na tamtą.

Sąsiadka Kotrasowa aż przysiadła pod ciężarem tego argumentu. Kotras był jej trzecim mężem: dwaj poprzedni z zaświatów cieszyli się jej szczęściem, a przede wszystkim – nareszcie samotnością, bo Kotrasowa była babą dragoniastą, kłótliwą nie do wytrzymania. Ale obydwaj byli prości jak parafialne świece, więc Kotrasowa chciała się nieboszczykami zasłonić jak tarczą.

Zaraz jednak przypomniała sobie, że ludzie jej przypisują zasługę, że mężowie tak szybko odfrunęli z tego padołu, więc dała spokój. Powiedziała tylko nieśmiało:

– Mój? Mój… dopiero teraz dostał garba! – Narzeczona patrzyła drwiąco. – Właściwie to nie garb, tylko od noszenia stojaka go tak skrzywiło…

Narzeczona popatrzyła na jej włosy i przypomniała jej się przestroga papugi – ptaka mądrego. „Wiadomo, że każda ruda jest fałszywa” – pomyślała z satysfakcją. „Ale się dobrali, cholery: garbaty z rudą! Zazdrość jej, gangrenie, bo Stasiek jest jak róża podług tamtego…”.

– Taki mnie pasuje i takiego sobie biorę – powiedziała stanowczo do ostatecznie już pognębionej sąsiadki. – Apani Kotrasowa niech lepiej swojego męża pilnuje, bo już cała ulica mówi, że to on właśnie pieniądze przepija u Turalskiego, a nie Stasiek! – odwróciła się i odeszła z godnością.

„Czekaj” – myślała Kotrasowa. „Czekaj, cholero: przyjdziesz ty do mnie po wyżymaczkę…!”.

Pomimo tych intryg, które Kotrasowa zastawiała jak kłusownicy sidła, odbył się uroczysty ślub.

Uroczysty orszak ślubny, grzęznąc w piachu, dotaszczył się w końcu do kościoła. W tłoku panu młodemu ktoś gwizdnął portfel, fakt drugorzędnej wagi. Oprócz narzeczeńskiej fotografii w podkowie, misternie owiniętej różami, z napisem „Nie zapomnij o mnie”, było tylko osiemnaście złotych, odłożone na miodowy miesiąc. Pal szczęść to osiemnaście złotych, ale Kotrasowa powiedziała:

– Nie będą mieli farta w życiu…

– Młodzi?

– Młodzi. Pod feralną wróżbą idą do ołtarza…

W welon spowita narzeczona już od ołtarza posłała im zabijające spojrzenie. Szepnęła do małżonka, który wpatrywał się z natężeniem w księdza:

– Obszczekuje nas ta stara cholera.

Pan młody zapytał gromko:

– Kto?

– Ciiicho! Kotrasowa… Ale sama po żelazko przylatuje…

Ksiądz przerwał im nosowym głosem:

– Czy ty, Franciszko z domu Kramżak, masz…

Na chórze śpiewał znany z pięknego głosu młodszy brat Zieliński – stopkarz15, czyli taki, co ludzi nożem zastawia w ciemnej ulicy i prosi o pożyczkę na parę dni. Śpiewał z całego serca, aż witraże drżały, a ksiądz dygotał ze złości, bo myliły mu się słowa.

– Czy ty, Stanisławie Lewandowski, masz… – pytał groźnie ksiądz.

– Mam…

A ktoś z tyłu szepnął:

– Po co by się żenił, jakby nie miał? He, he.

Ksiądz wyciągnął ręce błogosławiącym ruchem nad głowami nowożeńców. Z chóru ze zdwojoną energią zaryczał Zieliński. Organista – tabaczkowy staruszek – szarpnął go za nogawkę.

– Panie Zdzisław, nie tak głośno! Bo mnie dobrodziej potem opieprzy… Przecież to ślub, a nie ksiuty na Bielanach! Taki głos dobry do wołania piachu, a nie do duchownej roboty…

– Szanuj się pan! – szczeknął mu Zieliński i zaryczał tak, że aż ludzie przysiedli.

Prosto z kościoła pomaszerowano do domu, gdzie dwie pary teściów przygotowały ucztę weselną na zsuniętych do kupy stołach. Goście usadowili się, szurając z hałasem nogami i krzesłami. Rozlano raz, drugi, trzeci… Potem teść pana młodego, który pierwszy doszedł, usiłował wygłosić mowę weselną, ale mu przerwano i siłą posadzono na miejsce, bo się mylił i plątał w kwestiach zasadniczych. Chwilę siedział nadęty, a potem znowu zabrał się do wódki, ale pan młody zaprotestował energicznie:

– Niech teść przestanie, jak Boga kocham – powiedział szybko do starego, który pił przed, po i pomiędzy kolejkami.

Stary spojrzał z wściekłością, ale flaszki nie odstawił.

– Jest wesele czynie? – zapytał dyszącym, groźnym szeptem.

– To co z tego, że jest? Zdąży się teść doprawić. Inni też lubią…

– Ale nie tak jak ja! – oznajmił pogodnie teść, rozlał sobie kolejkę, wypił, nawet troszeczkę zakasłał.

– Zabraknie!

– To się kupi u Masołowskiej. Ja zięcia proszę, niech mnie zięć nie denerwuje. – Podniósł się i zaśpiewał: – Góóóóraluuu, czy ci.16.

– Najwięcej żal tego, że teść jest buras! – warknął pan młody. – Boi się życia, proszę gości.

Ale tamten nie słyszał. Śpiewał beczącym głosem. Pan młody popatrzył, popatrzył, potem machnął ręką z głuchą rezygnacją, zmarszczył groźnie czoło i sam zabrał się do picia.

W drugim końcu stołu rej wodził młodszy brat Zieliński, chłopak wesoły rzadko. Ten był ulubieńcem ulicy. Dolewał, żartował i poskubywał pod stołem jakąś druhnę, która piszczała radośnie. Sąsiad Kotras siedział smutny: żona hamowała jego zapędy. Wpatrywał się tęsknie w opróżniane flaszki, sam biedaczysko pił co drugą kolejkę: był chory na wątrobę. Przez okna zaglądały ciekawskie dzieci, rozpłaszczały sobie noski na szybach: a może będzie jakaś draka? Może się pobijąjak w zeszłym roku u Su-kiertów? Może starszy Zielińszczak dźgnie kogo? Ale starszy Zieliński siedział koło granatowego Makowskiego i rozmawiał z nim przyjaźnie. Uśmiechali się i przepijali do siebie.

– Uważasz pan – klarował Zygmunt tamtemu. – Burakowskie17 napuścili na mnie takich trzech. „No nic – mówię. – Nie znacie jeszcze mojej ręki, łobuzy. Już ja was wykołuję dupą do wiatru!”. Idę wieczorem…

– Wiem! – przerwał Makowski i uśmiechnął się przypochlebnie. – To przecież ja ich wtedy lipnie ratowałem, he, he, he. Zdarza się, panie Zygmusiu. – Mrugnęli do siebie zachęcająco. – No cyk!

– Zdróweczko!

Łyknęli, otrząsnęli się niby to ze wstrętem, żeby wyglądało wytwornie, bo przecież to najznakomitsze figury na ulicy – stopkarz i glina. Potem Makowski nachylił się do ucha Zielińskiego.

– Uważaj pan! Jutro robimy u was kipisz18. Nie, nie nasz komisariat – zastrzegł się szybko. – Góra! Wszystko w porządku?

Było coraz goręcej – sto lat młodej parze! Brzękały cicho kieliszki. Goście śpiewali, krzyczeli, domagali się: „Kwaśne wino…!”, choć wina wcale nie było, tylko monopolowa czysta, jak się należy, życiowo – po pół litra na łebek, grubo krajana kiełbasa z ćwikłą tudzież golonka z chrzanem. Ale tak wypadało krzyczeć, więc krzyczeli i pan młody całował uroczo zapłonioną małżonkę, śpiewał i dolewał, wytrzeszczał się słodko w aparat fotografa, chociaż go pożyczone lakierki cisnęły jak jasna cholera.

W podróż poślubną nie pojechano, bo podobno w Biarritz19 tego roku pogoda była niepewna.

Więc teraz już wiemy co i jak.

Tu urodził się z kolei Ryszard Stanisław Lewandowski. Marymonciak z dzielnicy – furmański syn z dziada pradziada. Na pierwsze ochrzczono go Ryszard, na drugie po ojcu wziął Stanisław. Oczywiście, co do imienia też były spory, ale matka się uparła: Ryszard i już. Nie powiedziała jednak nikomu, że przedtem, w panieńskich czasach, czytała taką książkę, której bohaterem był jakiś Ryszard, zdaje się, że hrabia.

Ten właśnie Ryszard był w oczach Franciszki z domu Kramżak symbolem czegoś lepszego, do czego się tęskniło jak do niedzieli na Młocinach. Ryszard i koniec!

Nowy obywatel przywitał świat krzykiem i potworną ilością mokrych pieluch. Gromada zaproszonych ciotek, kum i sąsiadek, z akuszerką na czele, była zachwycona.

– Panie Lewandowski – mówiły do ojca. – Przecież to cały pan! Zobacz pan te oczy, ten nos, to tak jak pański…

– A może jeszcze co innego? – wtrącał Zieliński. – He, he!

– …jak dwie krople wody. Ciu, ciu, ciu! – wołały tkliwie, pochylając się nad czerwonym brzydactwem.

Pan młody prężył się dumnie – cztery kilogramy po urodzeniu! – a Zdzisław, młodszy brat Zieliński, który, jak już wiadomo, był człowiekiem wesołym i nieskromnym, mówił o Ryśku, że to jest właśnie dobra, furmańska robota.

Chrzciny wyprawiono równie huczne, jak i wesele, bo ojciec był człowiekiem z życiowo-polskim fasonem – „Zastaw się, a postaw się, psiamać…!” – i wypadało przecież godnie otworzyć drogę temu nowemu życiu.

Długo te chrzciny pamiętał cały Marymont. Z orkiestrą nawet, słyszał to kto – chrzciny z orkiestrą! Grał słynny muzyk – ślepy Kostek z Powązek, specjalnie na tę uroczystość przywieziony dorożką. Wszystko się opłaciło, bo naprawdę był to wirtuoz niemający równego sobie wśród marymonckich muzyków, a kto wie, może i na świecie.

Goście ledwo nabili się w ciasny pokój, z którego zawczasu graty wyniesiono do sąsiadki, owej intrygantki Kotrasowej, która i tym razem usiłowała zamącić uroczystość, twierdząc, że coś za wcześnie Pan Bóg pobłogosławił, ale wiadomo przecież, że rudy człowiek musowo jest fałszywy!

Zaproszono całą ulicę, nawet braci Michalszczaków, za którymi ciągle tęskniły kratki, a którzy obecnie dziwnym przypadkiem losu znajdowali się na wolności. Zielińskich na przykład zapraszano stale: byli to wyrokowcy słynni, z poważaniem na komisariacie i ulicy. Ale co tam, niech się Michalszczaki pobawią!

– Tylko chłopaki! – upominał ich szczęśliwy ojciec. – Grzecznie się bawić, spokojnie, żeby gościom nic nie zginęło… Bez po-ruty20…!

Nato znowu Michalscy byli za honorowi. Gdzie jak gdzie, ale na chrzcinach! Z początku chcieli się nawet obrazić, ale jak zobaczyli Lewandowską idącą z koszem butelek, po krótkiej, ale ciężkiej walce ze samymi sobą – ulegli.

Matka wybierała imię, a ojciec – kuma. Wybór padł na Zygmunta Zielińskiego. Rozmowa była krótka:

– Panie Zygmunt! Chcieliśmy pana na chrzesnego…

– Mogę – odpowiedział z powagą Zieliński. – Zasadniczo nie lubię dużego towarzystwa, ale dla was to zrobię, czemu nie.

Tak więc stało się, że ojcem chrzestnym małego Lewandowskiego został Zygmunt, starszy brat Zieliński, obok Loluszki najjurniejszy bandzior na cały Marymont, Słodowiec i Powązki, przed którym drżał nawet słynny Burakowski z Czerniakowa, nie mówiąc już o takich, jak granatowy dzielnicowy Makowski, który nieraz stawiał Zygmuntowi wódkę u Masołowskiej, żeby tylko było grzecznie i spokojnie na jego rewirze. Zebrani goście wyrażali pogląd, że naprawdę mały Lewandowski urodził się pod szczęśliwą gwiazdą: z Zielińskimi nikt nie zginął!

– Toaścik, proszę państwa! – komenderował Zieliński Zdzisław. – I cyk! Żeby się małemu dobrze żyło. Pij pan, panie Jurczak! Najlepszego i brzdęk! A teraz chórem zaśpiewamy…!

Kiedy ostatni gość wypełzł już na czworakach przez gościnne drzwi, matka zwróciła się nieśmiało do ojca:

– Jak myślisz, czy będzie mu w życiu dobrze? – westchnęła. – Żeby tylko był szczęśliwy.

I tylko sąsiad Kotras, pijąc rano wodę, bo go przepicie strasznie paliło, pomyślał, że nigdy jeszcze w swoim garbatym życiu się tak nie ubawił, jak wczoraj na chrzcinach małego Lewandowskiego, co to matka dla niego umyślała lepsze życie.

II

Na razie nic jednak nie zapowiadało, żeby Lewandowski miał, tak jak matka chciała, życie lekkie.

Pomiędzy ulicznymi opłotkami płynęło ono jak szara, mętna i skołowana rzeka, najgorsze, że nie wiadomo dokąd: czy do Blaszanki, przed którą ludzie wyczekiwali na pracę, czy do więzienia na Pawią ulicę, gdzie siedział teraz słynny Lolusz-ka, czy do miasta cudów lub, jak ktoś woli inaczej, do bezrobotnych baraków przy Dworcu Gdańskim21.

W tym życiu jak zwariowana kołomyjka trudno było znaleźć już nie drogę, ale choćby ścieżkę jakąś głodową. Rano, o bladym świcie, ludzie wychodzili do roboty. Jedni z rozpaczą – że idą tyrać za parę groszy, drudzy odprowadzali ich nienawistnym spojrzeniem, że w ogóle mają dokąd pójść. Wracali o bladym zmierzchu – noc go wygnała, noc go przygnała, a co lepsze – też nie wiadomo. Wychodzili do Blaszanki i Śmigłówki na Kamedułów, do olejarni na Gdańską, do Lewańskiego, paru aż na Wolę, paru do fabryki łóżek pana Januszkiewicza na Ciepłą22.

A poza tym to naprawdę zupełnie zwyczajnie, jak to na Marymoncie przed rokiem trzydziestym dziewiątym. Czasem ktoś z kimś się porżnął na noże, czasem policja zajrzała do akuszerki Aniołkiewiczowej. Kiedyś przylecieli do Masołowskiej, abyjej powiedzieć, że widziano córkę Helkę, jak się puszczała z żołnierzem w krzaczkach pod Cytadelą23.

W noce następne cała ulica nie spała: tak ją bił stary Maso-łowski, ciągał po ziemi za włosy, kuł obcasami w grzeszne ciało. Ryczał:

– Za moją siwą głowę taki wstyd na całą ulicę…

I to jeszcze sklepikarska córka, bo żeby to jaka inna, ale właśnie sklepikarska! Więc bił bez litości.

Rysiek z kolegami mieli wtedy fajne używanie. Całymi godzinami wisieli u okna Masołowskich, rozpłaszczali sobie nosy na szybach i widzieli, jak Hela czołga się przed ojcem, obłapuje go za kolana, żeby tylko nie wyganiał, a on wali ją butami po twarzy, tak jak ojciec powinien zrobić z wyrodną córką. Nie po to przecież dawał co niedzielę pięć złotych na tacę, żeby teraz inni tego nie uszanowali.

Za parę dni Helka poszła z domu, jeszcze ze śladami ojcowskiej kary na ciele. Stary z wielkiej rozpaczy pił parę wieczorów, groził, że zabije, jak spotka, potem przyschło, ulica zapomniała, ksiądz Masołowskiego rozgrzeszył i tylko młodszy Zieliński, wracając po pijanemu nocą, czepiał się opłotków i śpiewał:

Ach, moja mamo,

jak pragnę Boga!

Chyba już rzucę,

kuuurewski staaan!

Lubił popić i pośpiewać ten młodszy braciszek Zieliński, 0 którym na ulicy mówiono, że to człowiek obyty i wychowany. Czasami siadał sobie z guzikówką24 przed domem o brudnym marymonckim zmroku i śpiewał, śpiewał bez końca. A głos miał Zieleńszczak żałośliwy, idący tęskno prosto w ludzkie serca. Ludzie obstępowali Zielińskiego, harmonia płakała, popłakiwała też stara Masołowska za córki życiem złamanym przez ojcowską zawziętość. Potem przychodził Loluszka. Siadał obok niego 1 patrzył w ulicę pustym, na wskroś przezroczystym wzrokiem. Milczał. Potem rozklejał się jak dziecko, targał Zielińskiego i prosił nieśmiało:

– Graj. Tę… moją.

A Zieliński grał – Winne serce pełne cichego smutku.

Loluszka słuchał, płakał, potem wstawał i w skupieniu, bez słowa, zgarbiony odchodził.

Ja w miłość dziś nie wierzę,

Miłość to dzikie zwierzę,

Miłość ci wszystko zabierze,

Dla niej poszedłem kraść.

Ona się dzisiaj śmieje,

Z innym kochankiem szaleje,

Ja za kratamy mdleję,

Bo straszny wyrok mój…

Harmonia złodziejaszka Zielińskiego, ten instrument, w którym musiała pokutować jakaś dusza zaczarowana i nieszczęśliwa, wywabiała ludzi z walących się domków, z gównianek na Cygańskich Budach, spraszała na jedną chwilkę zapomnienia, tęczą kolorową tłukła się w opłotkach, wyczarowywała nutkę szczęścia nieprawdopodobnego, bolesnego jakiegoś w tej szarzyźnie.

Ludzie stali, z uznaniem [kiwając]25 głowami.

– Marnujesz się pan, panie Zdziśku. Do kina pan pójdź, za artystę przedstawiać. Skąd do pana złodziejski fach…?

Była w tych mrocznych śpiewkach i rozpacz, i ból, czasem pragnienie czegoś lepszego, i dziesięciogroszowa tęsknota za karuzelą na Młocinach – dla młodszych, i pragnienie, żeby w końcu życie przestało być karuzelą – dla starych.

Potem harmonia milkła, ludzie rozchodzili się po drewniakach i znowu zostawały tylko Cygańskie Budy, krzywa latarnia na winklu, liszajowate, walące się płoty i dzień odarty z tęczy, szary, kołowaty, codzienny, jak ciężkie przekleństwo, o które trzeba się modlić.

Tak mijały pierwsze lata życia, o których jest tyle słonecznych piosenek, wierszyków i powiastek, które opowiadają siwe nianie i dobre babunie, powiastek utkanych z księżycowego światła.

Lewandowski biegał nad Wisłę przysłuchiwać się, jak klną piaskarze, kradł owoce wawrzyszewskim badylarzom, szukał w sobotę pijanego ojca, dostawał w tyłek od matki – że nie znalazł, i od ojca – że jednak udało mu się odszukać, podglądał pary migdalące się w Lasku Bielańskim, zbierał po ulicy pety, głodował, uczył się w szkole26.

Najczęściej jednak grali w piłkę, czyli w kopanego. To trzeba rozumieć jak najbardziej dosłownie: czyjaś bosa noga wykopywała piłkę w niebo. Ze szmat piłkę, obwiązaną sznurkami i drutami, skopaną jak los ludzki na tej ulicy, ulicy, dla której nawet słońca było szkoda.

Czasami, ale tu trzeba zaznaczyć, że było to już wielkie święto, szedł z chłopakami do kina. I znowu dziesięciogroszowa tęsknota, znowu marzenie kupione za pół złotego. Zresztą – niekoniecznie kupione, czasami udawało się na gapę, czy też „kolega z tyłu ma bilety…”.

Lewandowski patrzył rozszerzonymi z zachwytu oczyma, jak Ken Maynard27 bił w szczękę przemytników i pruł przez prerię na swoim wspaniałym koniu.

Bohaterowie z ekranu popadali czasem w tragiczne opresje, ale zawsze wychodzili cało.

Z nich wszystkich strzelających, skaczących i zwyciężających najwięcej ukochał Rysiek Maynarda. Ten zapadł mu głęboko w serce. Był to kowboj wysoki, barczysty i silny, śmiały jak wiatr stepowy, jak tornado, które też poskramiał. Bronił słabych farmerów przed przedstawicielami towarzystw kolejowych, którzy chcieli im podstępem zabierać ziemię, odnajdywał nowe pokłady złota w Klondike, strzelał, mając zawiązane oczy, z pięćdziesięciu metrów w samo serduszko karcianego asa. Nie było przepaści, której by nie przeskoczył, najbardziej spienionej rzeki nie do przepłynięcia ani watahy podstępnych Indian, której nie potrafiłby wysłać do krainy wiecznych łowów. I tego wszystkiego potrafił dokonać jeden człowiek.

Rysiek Lewandowski zaczął gorączkowo marzyć o wigwamach, lassach i szerokiej prerii. Wystrugał sobie drewnianego colta i czaił się na koleżków za opłotkami. Szukał też gorączkowo prerii, nad którą mógłby zawładnąć. Nie było. Były śmietniki, pożółkła trawka i chude, na wszystko zobojętniałe krowy, które za nic w świecie nie chciały przyjąć do wiadomości, że są mustangami i bizonami.

I Kena Maynarda nie było. Chyba tylko ośpiewany w kryminałach Zygmuchna Zieliński. Ale gdzie on tam! Chłop niski, szeroki w zadzie, z mordą dziurawą po ospie i colta nie miał, tylko sprężynowego cyganka28 firmy Gerlach. I kowboj – to był szlachetny nieznajomy, a tego już każdy szpicel znał!

Pomyślał: – „Trudno!”. Z braku tamtego bohatera zadowalał się tym rodzimym. Słuchał krwawych przechwałek, relacji o rozmaitych kipiszach i dintojrach29, chodził ślad w ślad za Zygmuntem, wyczekiwał na niego pod knajpami, obserwował bójki i rozprawy. Trzeba było wiedzieć wszystko co i jak, jeśli się chciało samemu zostać bohaterem.

Widział wtedy słynną bójkę Zygmunta z Burakowskim z Czer-niakowa, bójkę, o której potem ułożono nową serię piosenek. Bili się koło barek, sam na sam, otoczeni tylko koleżkami, z których nikt ani ręką nie ruszył: co mieli, to mieli, ale tylko do siebie i nie wolno im było przeszkadzać. Krążyli wokół siebie w milczeniu jak dwa złe psy, z nadstawionymi czapkami w rękach, aby wyłapywać ciosy. Wtedy Zygmunt wypędził życie nożem z Burakowskiego. A był to chłop jak wagon, piaskarz, dwieście czterdzieści funtów wagi. Ale Zygmunt, chociaż mniejszy i nie taki krępy, podszedł go zręczniej, spod spodu, i przygągolił mu cygankiem w żywot. Ani do trzech Burakowski nie zliczył, już mu anielskie skrzydełka urosły.

Potem Zygmunt powiedział dobrodusznie do chrześniaka:

– Jak nie siłą, to sposobem, pamiętaj…

Ale Rysiek czuł się tylko rozczarowany i zawiedziony. Bohater Teksasu zrobiłby to z większym fasonem: z grzmiącym błyskiem rewolwerów, ze zwycięskim okrzykiem, potem konie mknęłyby wichrem przez prerię, a oni się najzwyczajniej, jak wszyscy przyziemni ludzie, szlachtowali.

Niedługo zresztą nacieszył się Lewandowski wspaniałym chrzestnym. Bo oto do jednej z licznych o nim piosenek, układanych we wszystkich możliwych więzieniach, podobno nawet na Świętym Krzyżu30, piosenek wlokących się jak tasiemiec nieszczęścia, przybyła nowa zwrotka:

Wtenczas kapusie chwycili browning,

Oddali strzałów trzydzieści dwa,

Upuścił noża – obsło się ciało,

Tak go policja zabiła…

Zygmunt Zieliński przeszedł do historii.

Na ulicy ludzie po swojemu tłumaczyli ten wypadek. Jak to ludzie: obojętnie i z gorącym przejęciem, ze smutkiem i z zadowoleniem, że nareszcie komuś innemu noga się powinęła i nieszczęście, które może jemu było przeznaczone, trzasnęło w kogoś innego. Jedni mówili, że to po prostu pech, inni, że dawno już Zielińskiemu się należało. Wiadomo: nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. A sąsiad Kotras, który uważał się za mądralę i lubił po pijanemu mówić górnie i chmurnie, powiedział:

– Szlus! Wszystko ma swój kres.

Słowa te zabrzmiały groźnie i tajemniczo w uszach małego Lewandowskiego. Z Kotrasa ludzie się śmiali, ale i trochę obawiali, co tu dużo gadać: garbaci jednak są złośliwi i lepiej z nimi nie zaczynać. Stali tak przy opłotkach: ojciec, Rysiek, pokraczny Kotras i nawet zaspany dziad magistracki, który tkwił całymi dniami przy pompie, brał udział w rozmowie. Groszował tu już dwadzieścia pięć lat i miał prawo uważać się za domownika.

– Wszystko? – zapytał Kotrasa człowiek magistracki.

Kotras podłubał w nosie.

– Chyba – odparł z głębokim zastanowieniem i naciskiem, żeby wokół stojący ludzie wiedzieli, że to Kotras mówi. – Dobre i złe, tak samo i życie, dziadku. Teraz przynajmniej Zygmunt ma już spokój i szczęście święte…

– Ładne mi szczęście – mruknął ojciec Lewandowskiego. – Też pan gadasz! Zygmunta zabili kapusie, bo im policja kazała, za dużo już o nich wiedział. Szczęście, że nikomu nie życzę takiego.

Sąsiad spojrzał z boczku, z uśmieszkiem zdało się złośliwym, że to niby on mądry, a ojciec wcale życia nie zna.

– Szczęście, panie Lewandowski, to po mojemu zapomnienie – rzekł uroczyście. – Rozumie pan? A czy tutaj – powiódł ręką po ulicy – człowiek potrafi o czymś zapomnieć? A Zygmunta już nic nie obchodzi, już może się śmiać z tego wszystkiego.

Powiedli ludzie wzrokiem za ręką Kotrasa, spojrzeli na tę swoją ulicę, jakby ją pierwszy raz dopiero w złym śnie zobaczyli. Błoto, bo był to czas jesienny i chłodny, u Andrzejczaków dach się do połowy zawalił i jakieś gnaty nieskładnie sterczały na wszystkie boki, kałuże chlapały pod kopytami chudej szkapiny, a z komisariatu wracał gruby rzeźnik, pan Lipko, który poszedł na policję oskarżyć lokatorów, że mu nie zapłacili czynszu. I tak co dom, to głód, co dom, to jakaś rozpacz przez suche łzy, i w ogóle aż dziwne, że tyle zgryzoty i złego potrafi się pomieścić na jednej krzywej ulicy. Ale Lewandowski nie dał za wygraną.

– Ale o czym, sąsiedzie kochany – nastawał ze złośliwym uśmieszkiem, bo jak wszyscy nie lubił Kotrasa i chciał go zjeść w kaszy – o czym zapomnieć?

Garbuskowi nie zabrakło odpowiedzi. Uśmiechnął się i wszyscy ludzie widzieli, że to był uśmiech smutny.

– O wszystkim. O wszystkim, panie Lewandowski. Nie rozumiesz pan? O tym, że jutro będzie tak samo jak dzisiaj, jak teraz, i pojutrze też tak samo, i dalej, dalej, ciągle, zawsze tak samo, zawsze wiadomo jak, a nigdy dokąd – zapalił się, zaczął pomachiwać długimi rękami. – I pan będzie się kołował, i ja, i ten mały. – Wskazał palcem na Ryśka. – I w ogóle wszyscy, aż się zakołujemy na śmierć i nikt nam nigdy nie powie, po cośmy się kołowali i gdzie. Tfu! – Strzyknął śliną w opłotki.

Ojciec słuchał już zupełnie bezradny. Sam wiedział, że tak jest, ale nigdy by tego tak składnie w słowa nie ułożył. Rysiek też milczał, bo już zupełnie nie wiedział, czy to było bardzo mądre czy głupie. Sąsiad miał opinię dwojaką, a nawet trojaką, bo byli i tacy, co mówili, że trochę mądry i trochę głupi. I tylko człowiek magistracki nie dawał jeszcze całkiem za wygraną.

– No ładnie – seplenił starowina. – Tyle to ja też wiem. Ale powiedz pan, dlaczego tak musi być, wtedy będziesz pan u mnie mądry, to mnie pan powiedz, o!

– Tego nie wiem – powiedział sąsiad skromnie. – Nieuczony jestem przecież. Ale po mojemu tak wychodzi, że żeby całkiem zapomnieć, to by było dobrze. Ja tylko wiem, co bym zrobił, gdybym miał dużo forsy.

– Co? – zaciekawili się wszyscy. Gadany był garbusek, cholera!

– Ja? Kupiłbym sobie wódy, ale tyle, co w małym monopolu, i zaprosiłbym, psiamać, wszystkich, tę całą naszą kochaną ulicę.

Powiedziałbym: – „Pijcie, ile tylko ugodno!”31. I co byśmy wytrzeźwieli, to od początku, tak że nigdy na trzeźwo, już raz na sto dwadzieścia lat!

Wszyscy się roześmieli. Miał on pomysły, ten Kotras, niech go szlag trafi. Chłopski filozof niby, ale nie bójcie się. Nawet ojciec spojrzał na niego z sympatią: dobrze to wykalkulował.

Wtedyjeden młody w granatowym, wyszmelcowanym kombinezonie, co dotychczas stał w milczeniu, paląc głęboko papierosa, wtrącił się nagle do rozmowy:

– Źle pan myślisz.

Kotras uśmiechnął się słodko, bo nie lubił z kimś zaczynać, jako że [był] słabego zdrowia.

– Myśleć? To po to by to właśnie wszystko było, żeby nie myśleć. Gówno mi przyjdzie z myślenia, za przeproszeniem.

Tamten oparł się wygodniej o opłotki. Rysiek przyjrzał się uważnie jego twarzy. A była to twarz młoda, biorąca człowieka otwartością i dobrymi myślami, co żyła za wysokim czołem, i tylko dwie bruzdy, głębokie bruzdy w dół koło ust, legitymowały go, że właśnie z tej ulicy pochodzi i też zmartwieniami żyje.

– To niedużo pan w swoim życiu wymyślił, panie Kotras szanowny – powiedział drwiąco i sztachnął się jeszcze głębiej. – Właściwie to naprawdę porządne gówno. Cóż pan myśli, że ta nasza ulica to już przez cały świat biegnie?

Słuchający przysunęli się z zainteresowaniem, bo to były słowa jakieś nowe i szły nad kałużami, w górze, a ten młody jeszcze raz powtórzył:

– Naprawdę niedużo.

– Możliwość. Dla mnie starczy – odparł Kotras i odwrócił się ze złością, bo ludzie już słuchali tamtego.

– Tylko tyle panu potrzeba do pańskiego szczęścia, panie Kotras: nie myśleć?

– Tylko tyle.

– Mało. Cholernie mało. Można się o coś zapytać?

– Ehhmm. – Kotras czuł, że tamten go zgasi, ale też nie wypadało się cofnąć. – Pytaj się pan.

– Dobra. A pan jak się nazywa?

Kotras spojrzał jak na głupka.

– Wiesz pan przecież, że Kotras, a nie Gucio Potocki. A po…

– Ajeszcze?

– Ignacy. A po.

– Już nic więcej?

– Na drugie jeszcze Roman. A dla.

– Adlatego, że to wszystko jeszcze mało! Kotras, Ignacy, Roman. Pewnie, że to lepsze jak ten Gucio, ale to wszystko mało, tak jak pan powiedziałeś: gówno! A trzeba się nazywać: człowiek, jam człowiek jak cholera!

Żona wybawiła Kotrasa z opresji. Wyleciała przed dom, ruda i rozkrzyczana. Kotras skorzystał skwapliwie. Poczłapał szybko: maleńki, zastrachany człowieczek, który bał się każdego i wszystkiego, a już na sam widok granatowego policjanta chował się we własny garb, bo go kiedyś zbili bezlitośnie na pierwszego maja, chociaż, jak sam mówił, chciał się tylko przyjrzeć. Rysiek patrzył na jego wstrętny garb i czuł niechęć za te słowa szare i oślizgłe, jak wszystko zresztą na tej ulicy.

– Nie sprzeczaj się pan, panie młody – pouczył tamtego ojciec. – Trochę tej racji też miał. – Wahał się chwilę, potem dodał: – Chyba tak. Chyba miał. Jeśli szczęście, to jak to tam. zapomnienie, wtenczas nasza ulica jest szczęśliwa. A wiesz pan dlaczego? – Skrzywił się gorzkim jakimś uśmiechem. – Bo tutaj człowiek już za życia zapomina, że żyje i że jest człowiekiem.

Spojrzał tryumfująco na słuchaczy, jakby spodziewał się, że twarze pootwierają na te mądre słowa, bo przecież całe życie jego i drugich w nich się mieściło, tyle wiedział. Ale ludzie milczeli i tylko ten młody, co się ciągle uśmiechał w rozmowie z Kotrasem, teraz powiedział poważnie:

– A o tym właśnie zapomnieć nie wolno. Bo po mojemu to właśnie największe szczęście nie zapominać, że, cholera, człowiek jestem. Gdzie by nie było. Nie w takich miejscach jak tu ludzie o tym nie zapominają. – Też jakoś gorzko się skrzywił, potem dorzucił: – A Kotras, cóż? On tylko tak mówi, bo go życie bije.

– A mnie nie bije? – warknął ojciec.

– Jakież by ono było, gdyby nie biło? – zaśmiał się ten młody i zapalił nową mewkę32. – I mnie, i was, i wszystkich. To i my w nie uderzymy.

Lewandowski był ciekaw dalszego ciągu tej rozmowy, która początek wzięła od chrzestnego.

O tym młodym Rysiek wiedział, że nazywa się Rączyn i pracował kiedyś w ślusarskim fachu w Blaszance, ale obecnie też chodził nad Wisłę i do PUPP-u33, gdzie takich jak on, bezrobotnych, liczyli na tysiące. Rączynowi ostrzyżona głowa świeciła jeszcze więzieniem, bo to był taki, co, jak Zielińscy mówili, głupio siedział, za politykę. Bo chociaż więzienie to nie żaden wstyd, tylko zwyczajna życiowa rzecz – co trzeci na ulicy był z wyrokiem – to jednak siedzieć i nic z tego nie mieć ani przedtem, ani potem to już tylko zwyczajne frajerstwo.

Było go Ryśkowi trochę żal i też go miał za frajera, chociaż podobał mu się, miał coś z kowboja – tak do gliny z kopytem zacząć sam na sam!

Ojciec machnął tylko ręką i odszedł: bo co miał rozmawiać z młodziakiem, co w ogóle życia nie znał, tylko te zakazane książki i towarzyszy swoich, przez których właśnie w Polsce jest źle. Ojcu też już niewiele zostawało, tylko ta flaszka wódki w sobotę po wypłacie – na zapomnienie, i kościół w niedzielę – żeby nie zapomniał o łasce boskiej. Bo tak samo jak i w szkole Ryśkowi, tak też ksiądz w kościele tłumaczył ojcu, a komu miał ojciec wierzyć, jak nie właśnie osobie duchownej?

O tym wszystkim zaczął Rysio usilnie myśleć, myśleć i dziwić się, co było zrozumiałą konsekwencją tego, czego nie chciał robić Kotras. Ale że Rysiek nie miał garbu na plecach i szmatu życia za sobą, więc dziwił się niepomiernie.

III

Do szkoły chodził raczej niechętnie: dużo ciekawsze było życie na ulicy. Ale trzeba było, więc chodził z zeszytami za pazuchą, kromeczką suchego chleba w kieszeni i żalem w sercu, bo wiosna, kwitną na Cytadeli kasztany, a tu pan nauczyciel zmusza do nauki.

Łysawy nauczyciel przychodził często podpity albo w ogóle nie przychodził, bo cierpiał na kamienie nerkowe. W rzadkich chwilach sprawności fizycznej i umysłowej – drzemał! I tak w stanie karkołomnej drzemki zastał go inspektor. Rozmowę, jaka się odbyła w kancelarii, cała klasa podsłuchiwała z zapartym tchem pod drzwiami.

– Dziwne jest pańskie pojmowanie obowiązków – miotał się tamten z kuratorium w dziurce od klucza. – Może pan mi przynajmniej odpowie: czego pan ich nauczył przez ten czas?

– Ich w ogóle nikt niczego nie nauczy.

– Dlaczego? – Inspektor podskakiwał jak gumowy zajączek dla dzieci. – Dlaczego?

Pan nauczyciel wyjaśniał z kamiennym spokojem:

– Nie przychodzą do szkoły – raz. Nie uczą się – dwa. Zeszłej zimy na całą klasę przyszło tylko siedmiu. To butów nie mają, to ciepłego ubrania…

– A pan co?

– Przecież powiadam, że tylko siedmiu.

Nauczyciel był wyraźnie zdziwiony, że ktoś nie rozumie najprostszych rzeczy, ale tamten przerwał mu gwałtownie:

– Ja się pytam, co pan zrobił w tej sprawie. Czy pan interweniował u rodziców? Czy starał się pan jakoś moralnie wpłynąć na rodziców, na rodziców, proszę pana! Szkoła i dom, rozumie pan!

– Interweniować? Gdzie? W składzie węgla chyba. – Tamten aż się zżymnął. – Do rodziców nie chodzę. To jest, proszę pana, Marymont!

– Dziwne – powtarzał z uporem inspektor. – Dziwne. Gdzie indziej dzieci się jednak uczą.

Był to młody człowiek, ten z kuratorium, i zdawało mu się, że potrafi zrobić dobrą robotę: wyrzucić tego łysego niemrawca, sprowadzić nowego nauczyciela i wszystko pójdzie dobrze.

Klasa dostała teraz panią. Pani oczywiście była młoda i oczywiście jasnowłosa, bo to była dobra pani, z tkliwym, wszystko rozumiejącym uśmiechem, naprawdę pani z elementarza. Mówiła:

– Cicho, dzieci, no ja was proszę, żebyście były grzeczne, no wasza pani was prosi…

„Jak znaleźć podejście do takich dzieci” – myślała dobra pani. „I jakie?” Jedne mają po dziesięć lat, drugie po piętnaście, bo zimują już po kilka lat, ot, choćby taki Felek Stolarczyk, co tylko wtedy chodzi do szkoły, jak nie może znaleźć jakiegoś zajęcia. A chodzi tylko dlatego, że go ojciec w domu bije i nie ma co ze sobą zrobić. Chłop szesnastoletni, wyrośnięty i barczysty, w nos się śmieje ze wszystkiego. A z głupiej historyjki o bocianie, którą usiłowała naprędce sklecić najwięcej.

– Komu pani będzie zalewać? – powiedział z porozumiewawczym uśmiechem i oko zmrużył. – Mnie? A ja to jestem znowuż palcem zrobiony, żebym wierzył w takie rzeczy?

Klasa ryknęła.

Na pauzie wezwała go do kancelarii i znowu cała klasa słuchała pod drzwiami, jak pani tłumaczy Felkowi, że nie mówi się „zalewa” ani tamtego drugiego świństwa, które nie może jej w żaden sposób przejść przez gardło, a jak nawet już wie o pewnych rzeczach, to nie powinien sam się martwić, bo w ten sposób pozbawia się wielu pięknych rzeczy i wiosny uczuć. I potem jeszcze tak pięknie, że Felek niby najstarszy, więc powinien dawać dobry przykład całej klasie, opiekować się młodszymi i bronić przed złymi psami, których na Marymoncie jest strasznie dużo i które już raz ją pogryzły, jak szła na skargę do rodziców Lewandowskiego, że synek jest dobry, tylko bardzo trudny do prowadzenia. O tym, że ją ojciec Ryśka wyrzucił na zbity łeb ze słowami: – „Poszła won, ścierwo. Uczyć mnie tu przyszła, stara kurwa magistracka!”, pani zapomniała dodać.

Stolarczyk zgodził się na przykład, a następnego dnia pobili się do krwi kamieniami z Lewandowskim. Rysiek był wtedy wyznaczony na dyżurnego i nie chciał sprzątać klasy, więc Stolarczyk przestał prosić, a przeszedł do cięższych argumentów. Tarzali się tak z dziesięć minut, Rysiek był zawzięty jak ten pies, co ukąsił panią, i dopiero woźny musiał ich rozdzielać. Przy okazji wybili szybę, więc pani miała znowu okazję do smutnego stwierdzenia wobec całej klasy, że zawiodła się na Stolarczyku. Stolarczyk był innego zdania i mówił potem o pani, że głupia małpa i nie wie, czego chce. Jak porządek, to porządek, cholera!

Pani szlachetnym gestem zapłaciła za szybę z własnych oszczędności, a już za trzy dni szklarz musiał przyjść z dwoma pomocnikami i oszklić cały korytarz, to znaczy jedenaście okien, plus lufciki i ubikacje. Nawet był bardzo zadowolony, bo już dawno nie miał takiego ruchu w interesie, więc popili sobie w robocie, a jeden z pomocników śpiewał beczącym głosem.

W ciągu następnego tygodnia pani pozbyła się anielskiego uśmiechu, w ciągu następnych dwóch zaczęła bić po łapach, stopniowo doszła do uszu, przeważnie z lekka brudnawych, a po miesiącu rozchorowała się na serce i znowu klasa dostała nowego nauczyciela.

Nowy nauczyciel, młody, z jasną strzechatą czupryną, jak tylko wszedł do klasy, nawet nie odmawiając modlitwy, powiedział na wstępie:

– Cześć, chłopaki! – I nawet oko do nich zmrużył.

Potem rzucił z hałasem dziennik na stół i zaczął się przechadzać wśród ławek, za którymi siedzieli czujni i nieufni, bo przecież mieli już dobrych nauczycieli. „Teraz mrugasz – myśleli sobie – a potem tylko do kąta i do domu będziesz pisał w zeszycie, żeby rodzice czytali. No, poczekaj!”. I zaraz Lewandowski z Felkiem zaczęli się namawiać, jak by mu tu uprzyjemnić pobyt.

Ale tamten jak raz przystanął koło ostatniej ławki, w której tradycyjnie przesiadywał Felek. Przyglądał mu się nauczyciel uważnie, z rękami w kieszeniach, kołysząc lekko na nogach. Klasa czekała, a Lewandowski siedział zmartwiały z paroma kapiszonami pod obcasem, z których miał właśnie strzelić. Ale nauczyciel powiedział do Felka cicho, lecz tak, żeby wszyscy słyszeli:

– No i cóż, ty frajerze pompko? Byk już jesteś krasy, niedługo do wojska pójdziesz, a z szyją brudną chodzisz?

Felek zaczerwienił się gwałtownie, bo chichot poszedł po klasie, chciał coś odpowiedzieć, ale nauczyciel już poszedł dalej pomiędzy ławki. Chodził tak sobie, żartobliwe przygadując brudno-szyjcom, brudnouchom i tym, co mieli głowy jak kopy siana po deszczu. A jednemu tak śmiesznie przyciął, że Lewandowski nie wytrzymał, przycisnął butem i huknęło. „Teraz!!!” – pomyśleli wszyscy.

Nauczyciel nawet się nie obejrzał. Machnął ręką i powiedział:

– Znam. Kapiszony pod butem. Stare jak świat. Ja robiłem lepsze: pod katedrą zakładałem i lontem. Profesor skakał pod sufit.

Potem narysował na tablicy Felka Stolarczyka, niezbyt udol-nie, ale Felek jakoś nawet wyszlachetniał, bo szyi nie było widać, i wtedy cała klasa roześmiała się radośnie, a Felek ponuro zacisnął zęby. Na pauzie snuli dalej z Lewandowskim złowieszcze plany. Ale tamten posłyszał i powiedział do nich:

– Cwaniacy! Bez głupich kawałów! Ja się znam na tym jak łysy koń i nie będę się gniewał, jeśli będzie dobry. Jak kiepski, to jeszcze ośle uszy ci dorysuję. A teraz powiedzcie: umiecie w piłkę grać?

No jak to? I zaraz Rysiek o fenomenie Zamora, że niczego więcej by nie chciał, tylko bronić tak jak on, potem rozchmurzony Felek, że Kałuża słabiej jakoś w tym roku gra i nie wiadomo, czy RKS Marymont nie wygra w niedzielę z Kolejarzem Pruszków34, potem jeszcze Rysiek o Kenie Maynardzie i o tym, że Zygmuntowi Zielińskiemu nigdy by nie dali rady, gdyby go kochanka nie sypnęła. Ale niech pan się nie boi, już oni zrobią nad nią taką dintojrę, że popamięta… Nauczyciel się nie bał, tylko powiedział nagle złym, warczącym głosem i jakby do siebie:

– Jeszcze przedtem nad innymi powinni zrobić tę, jak tam… di, dro, dintojrę. Za to, że z dzieciństwa okradają. – I rozejrzał się szybko, czy nikogo nie było, a potem jeszcze Felkowi na ucho: – A ty się naprawdę umyj, bubku, bo wyglądasz jak półdupek w lufciku.

Metafora poskutkowała, bo Felek przyszedł następnego dnia z szyją po prostu śnieżną, można powiedzieć – łabędzią, i nawet wspomnienie butów, jakie miał na nogach, do glansu wyczyścił szuwaksem35.

Odtąd klasa zaprzyjaźniła się z nauczycielem. Nie krzyczał, nie pisał do rodziców ani nie nakładał kar pieniężnych, w czym lubowali się inni. Za jedno tylko karał surowo – za kłamstwo.

– Patrzcie – mówił na takiego do całej klasy, a jasna czupryna jeżyła mu się złością. – Widzicie go? Mówcie teraz, jak go nazwać. Ty, Legutko.

Legutko wstał. Ciężko było powiedzieć coś na swojego kolegę, ale wyjąkał bohatersko:

– Frajer.

Nauczyciel pokręcił głową:

– Nie. Ty, Pękała.

Pękała długo myślał:

– Chłystek.

– Już blisko, ale jeszcze nie. Ty, Lewandowski.

Lewandowski od razu rąbnął:

– Glina! – Bo czy można już gorzej na człowieka jak glina?

Nauczyciel zmarszczył się, z trudem zahamował uśmiech.

– Cicho! No, to ja wam powiem. Tchórz! Boi się przyznać, a jeszcze na kolegę zwala. Widzicie, jak mu łydki drżą? Zbić głupi kałamarz to był bohaterem, a przyznać się nie ma komu. Krasnoludki, co? I do tego pod tablicą. Na miejsce! I nie pokazuj mi się na oczy!

Wszystko to bardzo nie podobało się księdzu, który uczył dużo solidniej, bo za pomocą linijki. Klasa o tym wiedziała, bo kiedyś sprzeczali się tak głośno, że aż na korytarzu huczało. Ksiądz 0 pokorze, a nauczyciel o odwadze cywilnej. Ksiądz o maluczkich, a nauczyciel pięścią w stół i że nie widzi tu żadnych maluczkich, tylko po prostu ludzi, którzy muszą to zrozumieć. I jeszcze coś bardzo cicho, a zaraz potem ksiądz wyleciał na korytarz i walnął drzwiami w pięć łepetyn.

Nauczyciel z jasną głową odszedł zaraz po pierwszym maja. A Zbyszek Gontarczyk, który mieszkał gdzieś blisko niego, opowiadał, że po pana przyjechali w nocy samochodem i zabrali w bransoletach. Potem ksiądz katecheta pięknie mówił o czerwonym szatanie, o czerwonej hydrze, o czerwonym podpalaczu 1 wszystkim w kolorze czerwonym, aż klasa zaczęła chichotać, bo ksiądz miał twarz już nie czerwoną, ale krzykliwie buraczkową, jakby kto bardzo długo bił na płasko mokrą ścierką. Ksiądz zrozumiał widocznie, bo przybladł i przeszedł na kolor czarny. Więc o czarnym piekle i smolistych diabłach, o katuszach, jakich mogą zaznać niewierzące duszyczki, i o czyśćcu, gdzie te duszyczki reperują jak podarte parasole u Bikszpajna na Godowskiej36, a na ostatek o jakimś wielbłądzie, któremu gwałtem zachciało się przepychać przez ucho igielne.

Wszystko dlatego, że Lewandowski chciał się dowiedzieć, dlaczego pana, którego wszyscy lubili, zabrali gliniarze tak samo jak Rączyna i dlaczego akurat na pierwszego maja?

Nie tylko Rączyna i nauczyciela z jasną głową wygarniali z Marymontu ostatniej nocy tego kwietnia. Poszedł szewc Borkowski, którego ludzie przezywali z racji zawodu Skórą i tak już został w partii pod tym imieniem, Gadaja, co miał sześciu synów, i chłopaków z Blaszanki: Kamińskiego Władka, Skarżyńskiego, co miał archanielskie imię Gabriel i ludzką nienawiść do wszystkiego, co nieludzkie, i jednego Lewandowskiego, co przez dwanaście lat zwiedzał więzienia.

Przyjechali – była to już piąta nad ranem, kiedy blade słońce wtaczało się na niebo. W trzy samochody, które nie chciały brnąć po piachu. Poczłapali wszyscy do Rączyna, który mieszkał przy samej łasze. Pierwszy szedł komisarz w płaszczu rozpiętym, wysoki, a blade słońce pętało mu się pomiędzy wyglansowanymi butami. Za nim paru tajniaków z twarzami wytartymi jak magistrackie wyżymaczki i granatowi. Z czujnymi rękami w kieszeniach na gnatach, których kolby były mokre. Sapali wszyscy jak zagonione stado psów i tylko wzdychali do siebie, że to droga ciężka i piasek, a nie żaden strach.

Przy komisarzu, jak dwa jamniki, biegli ojciec z synem Ko-siorki. Jak jamniki, bo wszystko było w nich krzywe: i twarze, i lepkie uśmiechy, i dobre słowa wypowiadane w strachu. I już nie na płask bili przed Pogorzelskim krzywymi pyskami, tylko na sztorc, sunęli na ogonach, poszczekiwali i węszyli na czworakach, na trzech i na jednej. Merdali i odpychali się nawzajem, podskakiwali, pełzali błotkiem, żeby tylko pod rączkę komisarza się dostać: lulajcie, sukinsynki, lulajcie. A w ogóle – bardzo przepraszam jamniki.

Potem zawrócili w ulicę Lewandowskiego. Sąsiad Kotras czyhał zza opłotka, pobladł.

– Może po mnie idą? – zapiszczał złamanym głosikiem do Lewandowskiego i ojca, którzy też patrzyli na tę wybierankę.

– Za co? – spytał ojciec.

Garbata galareta nie mogła przemówić słowa.

– Za to – ślimaczył strachliwie – że wtedy na pierwszego maja, też na pierwszego maja, pa-pa-patrz-trz-ała-ałem n-na-na pochód37. Pobili mnie wtedy.

– Ale puścili wtedy bez niczego? Papiery badali?

– Pup-pu-pus… T-tak… N-n-ie.

Ojciec machnął ręką. To się dopiero sąsiad bał tych rannych ptaszków! No, no! Aż mu zęby dzwoniły w zimnym, rannym powietrzu.

Ale granatowi przeszli bokiem do Pekinu na Warszawskiej, gdzie czerwoni szewcy bili w kopyta jak w pańskie mordy. Kotras odetchnął, wyprostował się i powiedział usprawiedliwiająco, głosem jeszcze rozklekotanym:

– Co pan myślisz? Pan wiesz, jak mnie wtedy bili? Sam im pod rękę wpadłem, bo przecież uciekać nie mogę. Bili i krzyczeli: – „Już my cię wyprostujemy, ty!”.

Odetchnął głęboko, jakby chciał jakąś zmorę spędzić z piersi. Podzwonił jeszcze trochę zębami, dobrze widać pamiętał te obietnice, potem dodał:

– I wiesz pan, co kazali mi robić? Przez stołek jeszcze skakałem i szczekałem: „Na pierwszego maja będę siedział w domu i pilnował dupy”. Dopiero wtedy mnie puścili.

Ojciec mruknął niezrozumiale, bo żal mu się zrobiło kalekiego człowieka za takie poniżenie, co już nie ludzkie i nie zwierzęce, ale jakieś Kosiorkowe było.

– Ehmmm… – jakby kończył myślenie.

Ale dla Ryśka to nie był koniec. To kazało myśleć. Nieskładnie, strzępkami zrozumienia, wystarczyło jednak tego, żeby zrozumieć niejasno, że coś jest inaczej jak w szkole, inaczej jak trzeba.

A na ulicy w dalszym ciągu działy się rzeczy tajemnicze i nie-książkowe. Rączyn wrócił zmasakrowany do domu, z domu do więzienia poszli bracia Michalszczaki, węszył Kosiorek – człowieczek o oczkach czarnych i rozbieganych, a na końcu ulicy młoda dziewczyna zadusiła dwudniowe dziecko, a potem sama chciała się otruć jodyną. Odratowali ją w porę, a potem wszyscy wybiegli przed opłotki, żeby zobaczyć, jak ją dzielnicowy Makowski prowadzi na komisariat, popychając szturchnięciami i kopniakami. Dziewczyna zakrywała oczy, ludzie ponuro milczeli i tylko sąsiadka Kotrasowa krzyczała radośnie za każdym szturchnięciem:

– Lepiej ją, lepiej tę wyrodnicę, panie dzielnicowy szanowny…! – I aż piszczała, gdy posterunkowy szarpał dziewczynę za włosy.

– Dalej, ty ścierwo! – wrzeszczał upojony władzą Makowski. – To dopiero ścierka – krzyczał do ludzi. – Puścić się umiała z jakimś łajdakiem, ale już dziecka wychować jej się nie chciało… Poszła, ty chamskie bydlę, ty gnoju, dalej, dalej i spokojnie.

– Dlaczego on ją bije? – szarpnął się do ojca Lewandowski.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Listy i Pamiętnik Najlepsze lata naszego życia Wilk 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter