Czarny pryzmat

Czarny pryzmat

Autorzy: Brent Weeks

Wydawnictwo: Mag

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 734

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 29.93 zł

To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem.

Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu możliwe jest utrzymanie kruchego pokoju. Niestety, Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów.

Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Podziękowania

Mapa

Tytuł oryginału:

Black Prism

Copyright © 2010 by Brent Weeks

Copyright for the Polish translation © 2011 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Urszula Okrzeja

Korekta:

Magdalena Górnicka

Projekt okładki:

Peter Cotton – LBBG

Ilustracja na okładce:

Richard Jones

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-619-0

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojej żonie, Kristi,

która poświęciła większą część dekady na udowodnienie mi, że mam rację.

Rozdział 1

Kip czołgał się w ciemnościach w stronę pola bitwy. Mgła przygniatała, zamazywała dźwięki, rozpraszała światło gwiazd. Chociaż dorośli stronili od tego miejsca, a dzieciom zabroniono tu przychodzić, bawił się tu setki razy. Za dnia. Tej nocy przyświecał mu bardziej ponury cel.

Kiedy dotarł na wierzchołek wzgórza, wstał i podciągnął spodnie. Rzeka w tyle szumiała – a może to wojownicy szemrali w jej toni, martwi od szesnastu lat. Wyprostował się, ignorując własną wyobraźnię. Mgła sprawiała, że czuł się zawieszony, wyjęty poza bieg czasu. Jednakże, nawet jeśli nic na to nie wskazywało, słońce już nadchodziło. A zanim wstanie, Kip chciał już być na drugim krańcu pola bitwy – jeszcze nigdy nie zapędził się w swoich poszukiwaniach tak daleko.

Nawet Ramir nie przyszedłby tutaj nocą. Wszyscy wiedzieli, że Strzaskana Skała jest nawiedzona. Ram jednak nie musiał nakarmić rodziny. Jego matka nie przepuszczała na mgiełkę wszystkich zarobków.

Zaciskając rękę na małym nożyku za paskiem, Kip ruszył. Nie tylko niespokojni umarli mogli go wciągnąć w wieczną noc. Widziano tu buszujące nocą stado ogromnych pekari o okrutnych kłach i ostrych racicach. Byłaby porządna kolacja, gdyby mieć muszkiet z zamkiem lontowym, stalowe nerwy i bystre oko, ale odkąd w Wojnie Pryzmatów zginęli wszyscy mężczyźni z miasteczka, niewielu zaryzykowałoby życie dla kawałka bekonu. Z dawnego Rektonu został tylko cień. Alkadesa wolała, żeby nikt z mieszczan nie ryzykował życia. Poza tym, Kip nie miał muszkietu.

Poza tym, pekari nie były jedynymi stworzeniami włóczącymi się tu po nocy. Puma albo złoty niedźwiedź też pewnie nie wzgardziłyby tłuściutkim Kipem.

Niskie wycie rozdarło mgłę i ciemność, sięgając kilkaset kroków w głąb bitewnego pola. Kip zamarł. Och, zatem wilki też tu były. Jak mógł zapomnieć o wilkach?

Na zew odpowiedział drugi wilk, a potem kolejne. Upiorny dźwięk, prawdziwy głos dziczy. Człowiek nic na to nie mógł poradzić, że słysząc go, zamierał. To był ten rodzaj piękna, przez które robi się w gacie.

Oblizując usta Kip znowu ruszył. Miał niejasne wrażenie, że ktoś go śledzi. Podkrada się. Zerknął przez ramię. Niczego nie zobaczył. No jasne. Matka zawsze powtarzała, że Kip ma zbyt bujną wyobraźnię. Po prostu idź, Kip. Masz dokąd dojść. Zwierzęta bardziej boją się ciebie i tak dalej. Poza tym, wiadomo, że zawsze wydaje się, że wycie rozlega się o wiele bliżej, niż to jest w rzeczywistości, stara sztuczka. Wilki pewnie zwoływały się wiele mil stąd.

Przed Wojną Pryzmatów rozciągały się tutaj wspaniałe ziemie uprawne. Tuż nad Umbrą, ziemia dobra pod figi, winogrona, gruszki, jeżyny i szparagi – rosło na niej dosłownie wszystko. A chociaż minęło szesnaście lat od rozstrzygającej bitwy – nastąpiła rok przed urodzeniem Kipa – to równina wciąż była rozdarta i pokaleczona. Spalone belki ze starych domostw i stodół nadal wystawały z ziemi. Ostały się głębokie bruzdy i kratery po pociskach armatnich. Wypełnione teraz kłębiącą się mgłą przypominały jeziora, tunele, pułapki. Bezdenne. Niezgłębione.

Większość magii, którą posłużono się w bitwie, prędzej czy później rozpadła się pod wpływem wielu lat nasłonecznienia, ale tu i ówdzie nadal lśniły połamane włócznie z zielonego luksynu. Twarde żółte odłamki potrafiły przebić nawet najsolidniejszą skórę buta.

Rabusie już dawno temu zebrali wszystko co wartościowe – broń, zbroje i luksyn – ale z każdym rokiem, w miarę upływu pór roku i po kolejnych deszczach coraz więcej tajemnic wychodziło na światło dzienne. To, co Kip miał nadzieję znaleźć, było najlepiej widoczne właśnie w pierwszych promieniach świtu.

Wilki przestały wyć. Nie było nic gorszego od tego mrożącego krew w żyłach dźwięku, ale dzięki niemu Kip przynajmniej wiedział, gdzie wilki się czają. A teraz... Kip przełknął gulę narastającą w gardle.

Kiedy wszedł w dolinę cienia między dwoma wysokimi sztucznymi wzgórzami – pozostałościami po dwóch ogromnych stosach pogrzebowych, na których spalono dziesiątki tysięcy – dostrzegł coś we mgle. Serce podeszło mu do gardła. Zarys kolczego kaptura. Błysk oczu rozglądających się w ciemności.

I zaraz potem wszystko zniknęło w kłębiących się oparach.

Duch. Dobry Orholamie. Jakiś duch czuwał przy swoim grobie.

Kip, to może mieć swoje dobre strony. Może wilki boją się duchów?

Zdał sobie sprawę, że zatrzymał się i wpatruje się w ciemność. Ruchy, tłumoku.

Ruszył, trzymając się nisko. Może i był duży, ale szczycił się tym, że lekko stąpał. Oderwał wzrok od wzgórza – nadal nie było widać ducha, człowieka, czy co to było. Znowu miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Zerknął za siebie. Nic.

Stukot – jakby ktoś upuścił kamyk. I ruch dostrzeżony kątem oka. Kip zerknął w górę wzgórza. Zgrzyt, iskra, uderzenie krzemienia o stal.

Mgła rozświetliła się na krótką chwilę i Kip dostrzegł kilka szczegółów. To nie duch, ale żołnierz, który krzesał iskrę, próbując zapalić lont. Lont się zajął, zalewając twarz żołnierza czerwoną poświatą i zapalając mu światełka w oczach. Mężczyzna przymocował lont do kurka zamka lontowego i obrócił się, rozglądając się w ciemnościach.

Przed chwilą patrzył na płomyk na loncie – który teraz jarzył się jak węgielek – i pewnie nic nie widział w mroku, bo omiótł wzrokiem Kipa, niczego nie dostrzegając.

Obrócił się znowu, gwałtownie, ogarnięty paranoją.

– Jak u diabła mam cokolwiek zobaczyć? Zasrane wilki.

Bardzo, bardzo ostrożnie Kip zaczął się przesuwać. Musiał zanurzyć się głębiej w mgłę i ciemność, zanim oczy żołnierza przywykną do ciemności, jeśli jednak narobi hałasu, mężczyzna może strzelić na oślep. Kip szedł cichutko na palcach, mimo obolałych pleców, przekonany, że w każdej chwili może przeszyć go ołowiana kulka.

A jednak mu się udało. Sto kroków, więcej. I nikt nie wrzasnął. Nie rozległ się strzał wśród nocy. Dalej. Kolejne dwieście kroków i Kip zobaczył światło po lewej. Ognisko. Płonęło tak słabo, że wyglądało teraz jak garstka węgielków. Kip starał się nie patrzeć wprost na nie, żeby nie przyzwyczajać oczu do światła. W pobliżu nie było namiotu ani posłań, tylko ogień.

Kip wypróbował sztuczkę mistrza Danavisa ułatwiającą widzenie w ciemności. Przestał wytężać wzrok i spróbował patrzeć bardziej kątem oka. To pewnie tylko nierówność gruntu. Podszedł bliżej.

Dwóch mężczyzn leżało na zimnej ziemi. Jeden był żołnierzem. Kip wiele razy widział matkę nieprzytomną. Natychmiast się zorientował, że ten człowiek nie stracił przytomności. Leżał w nienaturalnej pozie, nigdzie nie było koców, usta miał rozdziawione i gapił się nieruchomo w noc. Obok martwego żołnierza Kip zauważył drugiego mężczyznę – zakutego w łańcuchy, ale żywego. Leżał na boku, z rękami skutymi z tyłu, z czarnym workiem na głowie, ciasno zaciśniętym na szyi.

Więzień żył i dygotał. Nie, płakał. Kip się rozejrzał. Nikogo nie było widać.

– Niech cię diabli, dlaczego tego nie skończysz? – spytał więzień.

Kip zamarł. Myślał, że podkradł się cicho.

– Tchórz – powiedział więzień. – Pewnie tylko wypełniasz rozkazy, co? Orholam cię ukarze za to, co zamierzasz uczynić z tym małym miasteczkiem.

Kip nie miał pojęcia, o czym mężczyzna mówi.

I najwyraźniej jego milczenie było bardzo wymowne.

– Nie jesteś jednym z nich. – W głosie więźnia pojawiła się nutka nadziei. – Pomóż mi, proszę!

Kip zrobił krok do przodu. Ten człowiek cierpiał. Zaraz jednak się zatrzymał. Spojrzał na martwego żołnierza. Przód jego koszuli przesiąkł krwią. Czy to więzień go zabił? Jak?

– Proszę, zostaw mnie w łańcuchach, jeśli musisz, ale błagam, nie chcę umierać w ciemnościach.

Kip nie podszedł, chociaż czuł, że postępuje okrutnie.

– To ty go zabiłeś?

– Mają mnie stracić o świcie. Uciekłem. Ścigał mnie i zanim umarł, założył mi worek na głowę. Jeśli świt już się zbliża, to zaraz zjawi się jego zastępca.

Kipowi ta historyjka nadal nie składała się w całość. Nikt w Rektonie nie ufał przemaszerowującym przez te ziemie żołnierzom, a alkadesa powiedziała młodym ludziom z miasteczka, żeby przez jakiś czas omijali szerokim łukiem wszystkich zbrojnych. Podobno nowy satrapa Garadul ogłosił swoją niezależność od Chromerii. Teraz był królem Garadulem, jak oznajmił, ale oczekiwał, że miasteczko dostarczy mu tylu samo co zwykle młodych poborowych. Alkadesa powiedziała jego przedstawicielowi, że skoro już nie jest satrapą, nie ma prawa zabierać młodzieży do swojego wojska. Król czy satrapa, Garadul z pewnością nie ucieszył się z tej odpowiedzi, ale Rekton był za mały, żeby zawracać sobie nim głowę. Mimo to, rozsądek kazał unikać jego żołnierzy, dopóki sprawa nie ucichnie.

Z drugiej strony fakt, że w tej chwili Rekton nie dogadywał się najlepiej z satrapą, nie oznaczał, że więzień od razu stawał się przyjacielem Kipa.

– Więc jesteś przestępcą?

– Na sześć cieni do Dnia Słońca. – Mężczyzna westchnął. Nadzieja znikała z jego głosu. – Posłuchaj, chłopcze... Jesteś dzieckiem, prawda? Mówisz jak dzieciak. Dzisiaj umrę. Nie mogę uciec. Prawdę mówiąc, nie chcę. Już dość się nauciekałem. Tym razem będę walczył.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz. Zdejmij mi kaptur.

Chociaż Kipa dręczyły jakaś niejasne wątpliwości, rozwiązał supeł na szyi mężczyzny i ściągnął mu kaptur.

W pierwszej chwili nie miał pojęcia, o czym więzień mówił. Mężczyzna usiadł z rękami nadal spętanymi z tyłu. Miał może ze trzydzieści lat, był Tyrejczykiem jak Kip, ale miał jaśniejszą cerę, włosy raczej kędzierzawe niż skręcone, a członki szczupłe i muskularne. I wtedy Kip zobaczył jego oczy.

Mężczyźni i kobiety potrafiący okiełznać światło i stworzyć luksyn – krzesiciele – zawsze mieli niezwykłe oczy. Odrobina osadu z koloru, który krzesali, odkładała się w ich oczach. W miarę upływu czasu zabarwiała całą tęczówkę na czerwono, niebiesko, czy jaki był kolor danej osoby. Więzień był zielonym krzesicielem. Zieleń jednak, zamiast układać się w postaci halo wewnątrz tęczówki, roztrzaskała się jak misa, która spadła na ziemię. Drobne zielone odłamki błyszczały nawet w białkach oczu. Kip zdusił okrzyk i odsunął się, wzdragając.

– Błagam! – powiedział mężczyzna. – Błagam, szaleństwo mnie nie dopadło. Nie skrzywdzę cię.

– Jesteś kolorakiem.

– Więc teraz wiesz, dlaczego uciekłem z Chromerii.

Ponieważ w Chromerii zabijano koloraki, jak farmer zabija ukochanego psa, który złapie wściekliznę.

Niewiele brakowało, żeby Kip uciekł, ale więzień nie wykonał żadnego zagrażającego mu ruchu. Poza tym, nadal było ciemno. Nawet koloraki potrzebowały światła do krzesania. Mgła jednak wydawała się jaśniejsza, a szarość zaczynała muskać horyzont. To szaleństwo rozmawiać z wariatem, ale może nie aż tak wielkie. A przynajmniej do świtu.

Kolorak przyglądał się dziwnie Kipowi.

– Niebieskie oczy.

Roześmiał się.

Kip się skrzywił. Nienawidził swoich niebieskich oczu. Co innego, kiedy jest się cudzoziemcem, jak mistrz Danavis, który też miał niebieskie oczy. U niego prezentowały się dobrze. Za to Kip wyglądał jak dziwadło.

– Jak się nazywasz? – spytał kolorak.

Kip przełknął ślinę, myśląc, że pewnie powinien uciec.

– Och, na miłość Orholama, myślisz, że rzucę na ciebie urok, korzystając z twojego imienia? Co za ignorancja panuje w tym zaścianku? Nie tak działa chromaturgia...

– Kip.

Kolorak wyszczerzył zęby.

– Kip. No dobrze, Kip, zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ugrzęzłeś w tej dziurze? Miałeś uczucie, że jesteś kimś specjalnym?

Kip nie odpowiedział. Dwa razy „tak”.

– A wiesz, dlaczego czujesz, że jest ci pisane coś wspanialszego?

– Dlaczego? – spytał Kip głosem cichym i pełnym nadziei.

– Bo jesteś aroganckim małym wypierdkiem. – Kolorak parsknął śmiechem.

Kip nie powinien dać się tak podejść. Matka mówiła mu gorsze rzeczy. A jednak potrzebował chwili, żeby przełknąć obrazę. Drobna porażka.

– Spal się w piekle, tchórzu – odparł. – Nawet nie potrafisz uciekać. Dałeś się złapać żołnierzom w podkutych butach.

Kolorak roześmiał się jeszcze głośniej.

– Och, oni mnie wcale nie złapali. Oni mnie zwerbowali.

Kto by zwerbował szaleńca?

– Nie wiedzieli, że jesteś...

– Pewnie, że wiedzieli.

Kip poczuł nieprzyjemny ciężar w żołądku, gdy ogarnął go strach.

– Powiedziałeś coś o moim mieście. Wcześniej. Co oni planują?

– Wiesz, Orholam ma poczucie humoru. Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Jesteś sierotą?

– Nie, mam matkę. – Kip natychmiast pożałował, że powiedział więźniowi nawet tyle.

– Uwierzyłbyś, gdybym ci powiedział, że istnieje proroctwo na twój temat?

– To nie było zabawne i za pierwszym razem – żachnął się Kip. – Co się stanie z moim miastem?

Zbliżał się świt i Kip nie zamierzał tu zostawać. Nie dość, że zjawi się wtedy zmiennik żołnierza, to w dodatku Kip nie miał pojęcia, co kolorak zrobi, kiedy już będzie miał światło.

– Wiesz, nie bez powodu jestem tutaj. Nie tutaj-tutaj. Nie w sensie „dlaczego w ogóle istnieję?”. I nie w Tyrei. Tylko w łańcuchach.

– Co?

– W szaleństwie jest moc. Oczywiście... – Urwał i zaśmiał się do własnych myśli. Otrząsnął się. – Posłuchaj, ten żołnierz ma klucz w kieszeni na piersi. Nie mogłem go wyjąć, nie z... – Potrząsnął rękami skutymi z tyłu.

– A dlaczego miałbym ci pomóc?

– Dla kilku prostych odpowiedzi przed świtem.

Szalony i sprytny. Po prostu cudownie.

– Najpierw chcę usłyszeć jedną.

– Strzelaj.

– Jakie mają plany w związku z Rektonem?

– Ogień.

– Co? – spytał Kip.

– Przepraszam, chciałeś jedną odpowiedź.

– To nie odpowiedź!

– Zamierzają zrównać z ziemią twoją wioskę. Uczynić z niej przykład, żeby nikt więcej nie przeciwstawił się królowi Garadulowi. Oczywiście, inne wioski też postawiły się królowi. Jego bunt przeciwko Chromerii nie wszystkim przypadł do gustu. Na każde miasto marzące o zemście na Pryzmacie przypada jedno takie, które nie chce mieć nic wspólnego z wojną. Twoją wioskę wybrano z rozmysłem. A mnie ruszyło sumienie i sprzeciwiłem się. Padło kilka słów. Uderzyłem zwierzchnika. Nie do końca z własnej winy. Przecież wiedzą, że my, zieloni, nie przestrzegamy zasad i nie szanujemy hierarchii. Zwłaszcza kiedy pęknie nam halo. – Kolorak wzruszył ramionami. – Masz, prostą odpowiedź. Myślę, że zasłużyłem na klucz, co?

To było zbyt wiele informacji, żeby przetrawić je od razu – pęknięte halo? – ale odpowiedź rzeczywiście okazała się prosta. Kip podszedł do martwego mężczyzny. Skóra trupa była blada w narastającym świetle. Weź się w garść, Kip. Zapytaj o to, o co trzeba.

Widział, że świt już nadchodzi. Upiorne kształty wynurzały się z nocy. Wielkie bliźniacze kopce Strzaskanej Skały rysowały się jako fragment pozbawionego gwiazd nieba.

O co powinienem zapytać?

Wahał się, nie chcąc dotknąć martwego człowieka. Przykląkł.

– Dlaczego moje miasto?

Grzebał w kieszeni trupa, starając się nie dotknąć jego skóry. Znalazł dwa klucze.

– Chcą odzyskać coś, co należy do króla. Nie wiem co. Tylko tyle podsłuchałem.

– A co takiego ma Rekton, czego mógłby chcieć król?

– Nie Rekton. Ty.

Kip potrzebował chwili. Dotknął piersi.

– Ja? Ja osobiście? Ja niczego nie mam!

Kolorak wyszczerzył zęby w uśmiechu szaleńca, ale Kip uznał, że tylko udaje.

– Więc to tragiczny błąd. Ich błąd, a twoja tragedia.

– Co? Myślisz, że kłamię?! – spytał Kip. – Myślisz, że kręciłbym się po nocy, szukając luksynu, gdybym miał wybór?

– Naprawdę nic mnie to nie obchodzi. Dasz mi tu ten klucz czy mam bardzo grzecznie poprosić?

Podanie mu kluczy to błąd. Kip to wiedział. Kolorak był niezrównoważony psychicznie. Był niebezpieczny. Sam się do tego przyznał. Dotrzymał jednak słowa. Czy Kip mógł złamać swoje?

Otworzył kajdany, a potem kłódkę na łańcuchach. Odsunął się ostrożnie jak od dzikiego zwierzęcia. Kolorak udał, że tego nie zauważył, roztarł tylko ręce i się przeciągnął. Podszedł do strażnika i przetrząsnął mu kieszenie. Wyjął zielone okulary z pękniętym jednym szkłem.

– Mógłbyś pójść ze mną – powiedział Kip. – Jeśli powiedziałeś prawdę...

– Jak myślisz, jak blisko podszedłbym do twojego miasteczka, zanim ktoś wybiegłby z muszkietem? Poza tym, kiedy wzejdzie słońce... jestem gotów to zakończyć. – Kolorak odetchnął głęboko, patrząc na horyzont. – Powiedz mi, Kip, jeżeli przez całe życie robiło się złe rzeczy, ale umrze się, robiąc coś dobrego, to myślisz, że zadośćuczyni się całemu złu?

– Nie – odparł szczerze Kip, zanim zdążył się ugryźć w język.

– Ja też tak myślę.

– Ale to lepsze niż nic. Orholam jest miłosierny.

– Ciekawe, czy też tak powiesz po tym, co zrobią z twoim miasteczkiem.

Kip chciał zadać jeszcze kilka pytań, ale wszystko działo się tak szybko, że nie potrafił poskładać tego w całość.

W świetle jutrzenki zobaczył, co kryło się we mgle i ciemności. Setki namiotów rozstawionych z wojskową precyzją. Żołnierze. Mnóstwo żołnierzy. Kiedy Kip tak stał, niecałe dwieście kroków od najbliższego namiotu, równina zaczęła migotać. Iskierki zapłonęły, gdy potłuczony luksyn rozbłysnął jak gwiazdy rozrzucone na ziemi, odpowiadające siostrom na niebie.

Po to właśnie tu przyszedł. Zwykle, kiedy krzesiciel wypuszczał luksyn, ten po prostu rozpadał się niezależnie od tego, jakiego był koloru. Jednakże podczas bitwy panował chaos i brało w niej udział wielu krzesicieli, a część zapieczętowanej magii została zasypana i ukryta przed słońcem, które by ją zniszczyło. Niedawny deszcz odsłonił nowe pokłady.

Kip przeniósł wzrok z mrugającego luksynu na czterech żołnierzy i mężczyznę w jaskrawoczerwonej pelerynie i czerwonych okularach, którzy wyszli z obozu i zmierzali w ich kierunku.

– A tak przy okazji, nazywam się Gaspar. Gaspar Elos. – Kolorak nie patrzył na Kipa.

– Co?

– Nie jestem jakimś tam krzesicielem. Mój ojciec mnie kochał. Miałem plany. Dziewczynę. Życie.

– Nie ro...

– Zrozumiesz.

Kolorak założył zielone okulary. Pasowały idealnie, przylegały ściśle do twarzy, a soczewki zachodziły na skronie tak, że jakkolwiek spojrzał, zawsze patrzył przez zielony filtr.

– A teraz zmiataj stąd – dodał.

Kiedy słońce musnęło horyzont, Gaspar westchnął. Zupełnie jakby Kip przestał istnieć. Kolorak przypominał chłopcu matkę przy pierwszych wdechach mgiełki. Między skrzącymi się iskierkami ciemniejszej zieleni w białkach oczu Gaspara wirowały kropelki jak zielona krew, która uderza w wodę, najpierw się rozpraszając, a potem barwiąc wszystko. Szmaragdowa zieleń luksynu rozdymała się w jego oczach, gęstniała, aż stała się lita i wtedy się rozprzestrzeniła. Poprzez policzki aż po linię włosów, a potem w dół do szyi, kontrastując mocno z resztą ciała, kiedy wreszcie wypełnił paznokcie rąk, które wyglądały zupełnie jakby pomalowano je krzykliwym jadeitem.

Gaspar zaczął się śmiać. To był niski, irracjonalny rechot. Bezlitosny. Szalony. Tym razem nie udawał.

Kip rzucił się do ucieczki.

Dobiegł na kopiec pogrzebowy, gdzie wcześniej widział wartownika, pilnując, żeby trzymać się z dala od wojska. Musiał dotrzeć do mistrza Danavisa. On będzie wiedział, co robić.

Teraz na wzgórzu nie było wartownika. Kip odwrócił się w chwili odpowiedniej, by zobaczyć przemianę Gaspara. Zielony luksyn rozlał się z jego rąk na ciało, pokrywając każdy skrawek czymś, co przypominało skorupę, olbrzymią zbroję. Kip nie widział żołnierzy ani czerwonego krzesiciela zbliżających się do Gaspara, ale dostrzegł ognisty pocisk wielkości głowy mknący w kierunku koloraka. Pocisk trafił go w pierś i wybuchł, spowijając wszystko w płomieniach.

Gaspar przebił się przez ogień, a płonący czerwony luksyn przywarł do jego zielonej zbroi. Wyglądał wspaniale, przerażająco i potężnie. Pobiegł żołnierzom na spotkanie z wyzywającym okrzykiem i zniknął Kipowi z oczu.

Kip uciekł, a cynobrowe słońce podpaliło mgłę.

Rozdział 2

Gavin Guile obrzucił zaspanym wzrokiem dokumenty, które wsunięto pod jego drzwi, i zastanawiał się, za co tym razem karze go Karris. Jego komnaty zajmowały połowę ostatniego piętra Chromerii, ale wypełniające całe ściany okna przyciemniono, żeby mógł spać, o ile w ogóle kładł się spać. Pieczęć na liście pulsowała tak delikatnie, że Gavin nie potrafił powiedzieć, jaki kolor w nią wkrzesano. Usiadł na łóżku, żeby lepiej się przyjrzeć, i rozszerzył źrenice, by zebrać tyle światła, ile tylko się da.

Nadfiolet. Ożeż ty...

Ze wszystkich stron wypełniające ściany poczernione okna opadły i pokój zalało obejmujące całe spektrum barw światło, kiedy poranne słońce ukazało się nad horyzontem i dwiema wyspami. Ponieważ miał tak bardzo rozszerzone źrenice, magia zalała Gavina. Było tego za wiele, żeby nad tym zapanować.

Światło buchnęło z niego we wszystkie strony, przechodząc przez niego w kolejnych falach zaczynając, począwszy od nadfioletu. Ostatnia była podczerwień, która obmyła jego skórę jak płomień. Wyskoczył z łóżka w jednej chwili zlany potem. Ponieważ okna były otwarte i zimny wiatr letniego poranka szalał w komnacie, natychmiast zmarzł. Gavin krzyknął i wskoczył z powrotem do łóżka.

Jego zbolały okrzyk musiał być wystarczająco głośny, żeby Karris go usłyszała i zorientowała się, że brutalna pobudka się udała, ponieważ Gavin wychwycił jej charakterystyczny śmiech. Nie była nadfioletowa, więc musiała poprosić przyjaciela o pomoc w jej małym figlu. Szybki strzał nadfioletowym luksynem w przełączniki wystarczył, żeby okna się zamknęły, a filtry stłumiły światło o połowę. Gavin wyciągnął rękę, żeby strzałem otworzyć drzwi, ale się powstrzymał. Nie zamierzał dać Karris tej satysfakcji. Przydzielono ją Bieli jako dziewczynę na posyłki, co miało rzekomo nauczyć ją pokory i powagi. Jak na razie poniesiono na tym polu spektakularną klęskę, chociaż Biel zawsze prowadziła pokrętną grę. Mimo wszystko Gavin nie potrafił powstrzymać szerokiego uśmiechu, kiedy wstał i zebrał poskładane papiery, które Karris wcisnęła mu do ręki pod drzwiami.

Podszedł do drzwi. Na małym stoliku na zewnątrz znalazł śniadanie na tacy. Każdego ranka wyglądało tak samo: dwie przysadziste cegiełki chleba i blade wino w pucharku z przezroczystego szkła. Chleb był przaśny i robiono go z pszenicy, jęczmienia, fasoli, soczewicy, prosa i orkiszu. Człowiek mógł żyć na samym takim chlebie. A właściwe żył. Tyle że nie Gavin. Na sam widok bochenków wszystko przewróciło mu się w żołądku. Oczywiście mógłby zamówić inne śniadanie, ale nigdy tego nie robił.

Zabrał tacę do pokoju i położył papiery na stoliku obok chleba. Jeden list był dziwny – zwykła koperta, która nie przypominała prywatnej papeterii Bieli ani oficjalnej białej i sztywnej papeterii używanej w Chromerii. Obrócił list. Biuro pocztowe Chromerii oznakowało list jako otrzymany z „ST, Rekton” – Satrapia Tyrea, miasto Rekton. Nazwa brzmiała znajomo. Może to jedno z miasteczek w pobliżu Strzaskanej Skały? Chociaż w tamtej okolicy było kiedyś wiele miast. Pewnie to błaganie o audiencję, chociaż takie listy powinny zostać odfiltrowane i zajmowano się nimi oddzielnie.

Ale wszystko po kolei. Przełamał bochenek, sprawdzając, czy niczego w środku nie ukryto. Zadowolony wyjął buteleczkę z błękitnym barwnikiem, którą trzymał w szufladzie, i wlał go odrobinę do wina. Zakręcił pucharkiem, żeby wymieszać płyny, i podniósł na wysokość granitowo błękitnego nieba na obrazie, który trzymał na ścianie dla porównania.

Oczywiście udało mu się znakomicie. Robił to już od prawie sześciu tysięcy poranków. Prawie szesnastu lat. Kawał czasu jak na trzydziestotrzyletniego mężczyznę. Rozlał wino na połówki przełamanego chleba, sprawiając, że stał się błękitny... i nieszkodliwy. Raz w tygodniu Gavin przygotowywał błękitny ser albo owoc, ale to wymagało więcej czasu.

Otworzył list z Tyrei.

Umieram, Gavinie. Najwyższy czas, żebyś poznał swojego syna, Kipa.

Lina.

Syna? Nie mam...

Nagle ścisnęło go w gardle, a pierś przeszył mu ból, jakby serce odmówiło posłuszeństwa, niezależnie od tego, co mówili konsyliarze. Po prostu proszę się rozluźnić, powtarzali. Jesteś młody i silny jak tur. Nie mówili „weź się w garść”. Masz mnóstwo przyjaciół, wrogowie boją się ciebie i nie masz żadnych rywali. Jesteś Pryzmatem. Czego się boisz? Od lat nikt tak do niego nie mówił. Czasem żałował, że już tak nie mówią.

Na Orholama, list nie był zapieczętowany.

Gavin podszedł do przeszklonego balkonu, nieświadomie sprawdzając swoje krzesanie, jak to robił każdego ranka. Spojrzał na rękę, rozszczepiając światło słoneczne na składowe kolory, co tylko on potrafił, napełniając każdy palec kolejnymi kolorami, zaczynając od tego poniżej widzialnego widma i kończąc na tym, który poza nie wykraczał: podczerwień, czerwień, oranż, żółć, zieleń, błękit i nadfiolet. Poczuł szarpnięcie, gdy krzesał niebieski? Sprawdził drugi raz, zerkając na słońce.

Nie, nadal rozszczepienie światła przychodziło mu z łatwością i przebiegało bezbłędnie. Wypuścił luksyn, pozwalając, by każdy kolor ześlizgnął się spod paznokci i rozwiał jak dym, uwalniając znajomy bukiet żywicznych woni.

Odwrócił się ku słońcu – jego ciepło na twarzy było jak pieszczota matki. Gavin otworzył oczy i wciągnął ciepłą, kojącą czerwień. Wciągał i wypuszczał w rytm ciężkich oddechów, które próbował uspokoić. Potem wypuścił czerwień i sięgnął w głęboki, lodowaty błękit. Miał wrażenie, że kolor zamraża mu oczy. Jak zawsze, błękit przynosił klarowność, spokój, porządek. Szkoda, że nie plan działania – do tego jednak Gavin miał za mało informacji. Wypuścił kolory. Nadal świetnie sobie radził. Nadal zostało mu co najmniej pięć z jego siedmiu lat. Mnóstwo czasu. Pięć lat, pięć wielkich celów.

No dobrze, może nie tak wielkich.

Jego poprzednicy w ciągu ostatnich czterystu lat – poza tymi, których zamordowano lub którzy zmarli z innych przyczyn – służyli dokładnie siedem, czternaście albo dwadzieścia jeden lat od chwili zostania Pryzmatami. Gavin przekroczył już czternaście lat. Więc zostało mu mnóstwo czasu. Nie istniał żaden powód, żeby okazał się wyjątkiem. A przynamniej nie było ich za wiele.

Wziął drugi list. Złamał pieczęć Bieli – stara wiedźma wszystko pieczętowała, chociaż zajmowała drugą połowę piętra i Karris osobiście doręczała wszystkie wiadomości od niej. Jednakże upierała się, że wszystko musi być na swoim miejscu i wszystko należy stosownie wykonać. Od razu widać, że wychował ją Błękit.

List od Bieli brzmiał:

Mój drogi Lordzie Pryzmacie, o ile nie wolisz powitać uczniów, którzy przybędą później tego ranka, dotrzymaj mi, proszę, towarzystwa na dachu.

Patrząc poza budynki Chromerii i miasto, Gavin przyjrzał się kupieckim statkom w zatoce po zawietrznej stronie wyspy Wielkiego Jaspisu. Podniszczony ataski slup wchodził właśnie do portu i płynął prosto do pirsu.

Powitać nowych uczniów. Niewiarygodne. Nie chodziło o to, że jest za dobry, żeby witać nowych uczniów... Nie, właśnie o to chodziło. On, Biel i Spektrum powinni się wzajemnie równoważyć. Jednakże, chociaż Spektrum bało się najbardziej jego, prawda była taka, że stara wiedźma częściej stawiała na swoim niż Gavin i wszystkie siedem Kolorów razem wzięte. Tego ranka na pewno chciała znowu poeksperymentować na nim i jeśli wolał uniknąć czegoś równie uciążliwego jak nauczanie, to lepiej, żeby udał się na szczyt wieży.

Gavin związał rude włosy w kucyk i włożył szaty, które naszykowała mu osobista niewolnica: koszulę w kolorze kości słoniowej, dobrze skrojone spodnie z czarnej wełny z przydużym wysadzanym klejnotami pasem, wysokie buty zdobione srebrem i czarną pelerynę z surowym wzorem ze staroilytańskich run wyhaftowanych srebrną nicią. Pryzmat należał do wszystkich satrapii, więc Gavin starał się uhonorować tradycje wszystkich ziem, nawet tych, które zrodziły głównie piratów i heretyków.

Wahał się chwilę, a potem otworzył szufladę i wyciągnął parę ilytańskich pistoletów. To była najnowocześniejsza broń palna, jaką Gavin widział – jak to zwykle bywa w przypadku wyrobów z Ilyty. Mechanizm zapalający był o wiele solidniejszy od zamka kołowego i nazywano go zamkiem skałkowym. Każdy pistolet miał długie ostrze pod lufą i specjalne mocowanie z osłoną, więc kiedy wsuwał je za pas na plecach, trzymały się pewnie i pod kątem, żeby się na nie nie nadział siadając. Ilytanie pomyśleli o wszystkim.

No i oczywiście pistolety niepokoiły Czarną Gwardię Bieli. Gavin wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Kiedy odwrócił się do drzwi i znowu zobaczył obraz, uśmiech mu zrzedł.

Podszedł z powrotem do stołu z niebieskim chlebem. Złapał za wygładzony od ciągłego dotykania brzeg obrazu i pociągnął. Obraz bezszelestnie odchylił się, odsłaniając otwór wąskiej rynny.

Nie było w niej nic groźnego. Była za mała, żeby wspiął się nią człowiek, nawet gdyby przezwyciężył wszelkie inne trudności. To mógł być zsyp do pralni. Gavinowi jednak przypominał czeluść piekielną, jakby sama wieczna noc otwierała się przed nim na oścież. Wrzucił do rynny jeden kawałek chleba i poczekał. Rozległo się głuche uderzenie, kiedy chleb zatrzymał się na pierwszej śluzie, ciche syknięcie, kiedy się otworzyła, a potem zamknęła, cichszy stukot o następną śluzę i wreszcie kilka chwil później ostatnie uderzenie. Każda ze śluz nadal działała. Wszystko wyglądało normalnie. Bezpiecznie. Zdarzały się błędy w ciągu lat, ale tym razem nikt nie musiał umierać. Nie było powodu do paranoi. Prawie warknął, gdy pchnął obraz, z hukiem zasłaniając otwór.

Rozdział 3

Trzy uderzenia. Trzy syknięcia. Trzy bramy oddzielające go od wolności. Zsyp splunął rozerwanym bochenkiem chleba prosto w twarz więźnia. Mężczyzna złapał go, prawie nie patrząc. Wiedział, że chleb jest niebieski – niebieski jak nieruchomy błękit głębokiego jeziora wczesnym rankiem, kiedy noc nadal zagarnia dla siebie niebo, a bryza nie śmie musnąć tafli wody. Wykrzesanie takiego błękitu nieskażonego żadnym innym kolorem było trudne. Gorzej, krzesanie go sprawiało, że więzień czuł się znużony, beznamiętny, spokojny, w harmonii nawet z tym miejscem. A dziś potrzebował żaru nienawiści. Dzisiaj ucieknie.

Po tylu latach tutaj czasem nawet nie dostrzegał koloru, jakby się obudził w świecie namalowanym w odcieniach szarości. Pierwszy rok był najgorszy. Jego oczy tak przyzwyczajone do niuansów, tak znakomite w analizie każdego spektrum, zaczęły go zwodzić. Kolory mu się przywidywały. Próbował krzesać z tych kolorów narzędzia, które pozwoliłby mu uciec z więzienia. Jednakże wyobraźnia nie wystarczała do magii, potrzebne było światło. Prawdziwe światło. Był Pryzmatem, zatem każdy kolor byłby dobry, począwszy od tych powyżej fioletu, a skończywszy na tych poniżej czerwieni. Gromadził nawet ciepło własnego ciała, nasączał tą podczerwienią oczy i ciskał nią w nużące, niebieskie ściany.

Oczywiście, ściany utwardzono, zabezpieczając przeciwko takim żałośnie małym ilościom ciepła. Wykrzesał kiedyś błękitny sztylet i podciął sobie żyły w nadgarstku. Kiedy tylko krew spadała na podłogę, natychmiast traciła kolor. Następnym razem zebrał własną krew w dłoniach i spróbował wykrzesać czerwień, ale nie mógł zebrać wystarczająco dużo koloru, skoro jedyne światło w celi było niebieskie. Krwawienie na chleb też nie podziałało. Naturalny brąz wypieku zawsze był zafarbowany na niebiesko, więc dodanie czerwieni dawało w efekcie ciemny, fioletowawy brąz. Kolor, z którego nie da się krzesać. Rzecz jasna. Brat pomyślał o wszystkim. Jak zawsze.

Więzień usiadł obok zsypu i zaczął jeść. Cela miała kształt spłaszczonej piłki: ściany i sufit tworzyły idealną sferę, a podłoga również się zakrzywiała, chociaż nieco słabiej. Ściany jarzyły się wewnętrznym światłem, a każda powierzchnia emitowała ten sam kolor. Jedynym cieniem w celi był sam więzień. Były tu tylko dwa otwory: powyżej, od zsypu, z którego wypadało jedzenie i stale płynął strumyczek wody, który musiał lizać, jeśli chciał się napić, oraz odpływ poniżej na jego nieczystości.

Nie miał żadnych przyrządów, żadnych narzędzi poza dłońmi i wolą, zawsze jego wolą. Dzięki tej woli mógł wykrzesać z błękitu co tylko zechciał, chociaż wszystko rozpadało się, kiedy tylko to wypuścił, zostawiając jedynie pył i słabą – na poły żywiczną, na poły mineralną – woń.

Jednak dzisiejszy dzień to pierwszy dzień jego zemsty, pierwszy dzień wolności. Ta próba się powiedzie – właściwie to nawet nie pozwalał sobie myśleć o tym jak o „próbie” – więc miał sporo do zrobienia. Wszystko trzeba było wykonać we właściwym porządku. Nie pamiętał już, czy zawsze był taki, czy nasiąkał błękitem tak długo, że kolor zmienił go do szpiku kości.

Ukląkł obok jedynej charakterystyczne cechy celi, której nie stworzył jego brat. Pojedyncze, płytkie zagłębienie w podłodze. Misa. Najpierw wydrapywał misę rękami, wcierając zjadliwe oleje z opuszków palców w skałę tak długo, jak tylko się ważył. Tkanka tworząca blizny nie wytwarzała olejów, więc musiał przestać, zanim starłby palce do żywego. Skrobał dwoma paznokciami bruzdę między nosem i policzkiem, a dwoma innymi za uchem, zbierając więcej olejów. Z każdego skrawka ciała, skąd mógł zebrać oleje, zeskrobywał je i wcierał w nieckę. Zmiana nie była znacząca, ale z biegiem lat niecka stała się głęboka na palec do drugiego stawu. Jego strażnik więzienny wprawił wysysające kolory piekliszcza w podłogę tak, że tworzyły siatkę. Cokolwiek rozlało się wystarczająco daleko, żeby przeciąć jedną z linii, niemal natychmiast traciło kolor. Jednakże piekliszcze było niewiarygodnie drogie. Jak głęboko sięgało?

Jeśli siatka zagłębiała się w posadzkę na grubość tylko paru kciuków, to pewnego dnia jego odarte palce mogą tam sięgnąć. A wtedy wolność będzie już na wyciągnięcie ręki. Jeśli jednak jego brat wykorzystał dość piekliszcza, żeby krzyżujące się linie sięgały na stopę w głąb skały, to ścierał palce przez niemal sześć tysięcy dni na darmo. Umrze tutaj. Pewnego dnia jego brat zejdzie na dół, zobaczy małą nieckę – jedyny ślad, jaki więzień zostawi po sobie na tym świecie – i się roześmieje. Na myśl o tym śmiechu rozlegającym się echem w jego uszach, poczuł w piersi małą iskierkę gniewu. Rozdmuchał ją, pławiąc się w jej cieple. To był ogień wystarczający, żeby pomóc mu się ruszyć, wystarczający, żeby odeprzeć kojący, osłabiający błękit.

Skończył i oddał mocz do niecki. I patrzył.

Przez chwilę przefiltrowane przez żółć uryny przeklęte niebieskie światło zamieniło się w zieleń. Zaparło mu dech. Chwila przeciągała się, podczas gdy zieleń pozostawała zielona... i została zielona! Na Orholama, udało mu się. Zszedł wystarczająco głęboko. Przebił się przez piekliszcze!

A potem zieleń zniknęła. Jak co dzień, po dokładnie tych samych dwóch sekundach. Krzyknął sfrustrowany, ale nawet jego frustracja była słaba, a krzyk bardziej pozwolił mu upewnić się, że nie stracił słuchu, niż wyrażał wściekłość.

Następne zadanie doprowadzało go do szaleństwa. Uklęknął obok wgłębienia. Przez brata zamieniał się w zwierzę. W psa bawiącego się własnym gównem. Jednakże to uczycie było zbyt stare, przeżywane zbyt wiele razy, żeby dać mu prawdziwe ciepło. Po sześciu tysiącach dni był zbyt upodlony, żeby oburzać się własnym upodleniem. Zanurzył obie dłonie w moczu i zaczął go wcierać w skałę, jak wcierał oleje. Nawet pozbawiona koloru uryna nadal była uryną. Nadal miała kwaśny odczyn. Powinna szybciej przegryźć się przez piekliszcze niż oleje ze skóry.

Albo mogła zneutralizować oleje. Być może w ten sposób coraz bardziej oddalał od siebie dzień ucieczki. Nie wiedział. To właśnie doprowadzało go do szaleństwa, a nie zanurzanie palców w ciepłym moczu.

Wybrał mocz z niecki i osuszył ją zwitkiem niebieskich szmat – ubraniami i poduszką teraz cuchnącymi moczem. Śmierdziały od tak dawna, że już mu to nie przeszkadzało. To już nie miało znaczenia. Ważne było, żeby misa wyschła do jutra, by mógł znowu spróbować.

Kolejny dzień, kolejna porażka. Jutro znowu spróbuje z podczerwienią. Minęło już trochę czasu. Doszedł do siebie po ostatniej próbie. Powinien być wystarczająco silny. Chociaż tego jednego nauczył go brat – pokazał mu, jaki on, więzień, jest silny. Może właśnie z tego powodu najbardziej nienawidził Gavina. Jednak jego nienawiść była równie zimna jak jego cela.

Rozdział 4

W chłodzie wczesnego poranka Kip biegł przez rynek tak szybko, jak pozwalała mu na to niezgrabna sylwetka piętnastolatka. Zaczepił butem o bruk i wleciał głową naprzód przez tylną bramę prowadzącą do domu mistrza Danavisa.

– Nic ci nie jest, chłopcze? – spytał siedzący przy stole warsztatowym mistrz Danavis.

Uniósł ciemne brwi wysoko nad chabrowymi oczami z tęczówkami do połowy wypełnionymi wyraźną rubinową czerwienią, która zdradzała fakt, że jest krzesicielem. Mistrz Danavis był żylasty, tuż po czterdziestce i nie nosił brody. Miał na sobie grube, wełniane spodnie i cienką koszulę, odsłaniającą smukłe, muskularne ręce mimo chłodu poranka. Czerwone okulary zjechały mu nisko na nosie.

– Auć, auć. – Kip spojrzał na zdarte dłonie. Kolana też go piekły. – Nie, wręcz przeciwnie.

Podciągnął spodnie krzywiąc się, bo potarł zdartymi rękami o grube, niegdyś czarne lniane płótno.

– Świetnie, świetnie, bo... popatrz. Powiedz mi, są takie same?

Mistrz Danavis wyciągnął ręce. Obie były jasnoczerwone, wypełnione luksynem od łokci po palce. Uniósł je tak, żeby jego jasna jak kofi z mlekiem skóra nie rozpraszała Kipa przy ocenie. Tak samo jak Kip, mistrz Danavis był mieszańcem, chociaż Kip nigdy nie słyszał, żeby ktoś z tego powodu robił krzesicielowi złośliwe uwagi – nie to co jemu. W przypadku mistrza farbiarza jedno z rodziców pochodziło z Krwawej Puszczy. Jego twarz była poznaczona dziwnymi kropkami, które tamci nazywali piegami, a jego włosy – całkiem zwyczajnie ciemne – miały jednak lekko rudawy odcień. Przynajmniej jego jaśniejsza skóra sprawiała, że Kip nie miał trudności z odpowiedzią.

Wskazał na przedramię farbiarza tuż przy łokciu.

– Czerwień zmienia tu odcień, a tutaj jest odrobinę jaśniejsza. Ehm, możemy porozmawiać, proszę pana?

Mistrz Danavis strzepnął rękami z niesmakiem i rubinowy luksyn chlupnął na ziemię, i bez tego poplamioną setkami odcieni czerwieni. Maziowaty luksyn zważył się i rozpuścił. Zwykle popołudniami Kip przychodził zamieść resztki – czerwony luksyn był łatwopalny nawet w formie pyłu.

– Superchromaci! Rozumiem, że moja córka, ale żeby też mąż alkadesy? I ty? Dwóch mężczyzn w jednym miasteczku? Czekaj no, Kip, co się stało?

– Proszę pana, na drugim... – Kip się zawahał.

Nie dość, że chodzenie po pobojowisku było zabronione, to mistrz Danavis powiedział raz, że jego zdaniem zabieranie stamtąd przedmiotów niczym nie różni się od okradania grobów.

– Miał pan jakieś wiadomości od Liv?

Tchórz. Trzy lata temu Liv Danavis wyjechała szkolić się w Chromerii, jak kiedyś jej ojciec. Mistrza było stać na opłacenie tylko jednego przyjazdu córki, w czasie przerwy żniwnej, podczas pierwszego roku nauki.

– Chodź tu, chłopcze. Pokaż mi ręce.

Mistrz Danavis wziął czystą szmatkę i otarł krew i brud zdecydowanymi ruchami. Odkorkował dzbanek i przycisnął do szyjki szmatkę. Potarł dłonie Kipa szmatką nasączoną brandy.

Kip zdusił okrzyk.

– Nie bądź dzieckiem – zbeształ go mistrz Danavis. Chociaż Kip pracował dorywczo u farbiarza odkąd pamiętał, bywało, że nadal trochę się go bał. – Kolana.

Krzywiąc się, Kip podciągnął jedną nogawkę i oparł stopę o stół. Liv była od niego dwa lata starsza – miała teraz prawie siedemnaście lat. Oczywiście, nawet brak mężczyzn w miasteczku nie sprawił, że Liv zobaczyła w nim kogoś więcej niż dzieciaka, ale zawsze była dla niego miła. Ładna dziewczyna, miła i tylko z rzadka traktująca go protekcjonalnie, to właściwie wszystko, na co Kip mógł liczyć.

– Powiedzmy tylko, że nie wszystkie rekiny i morskie demony żyją w morzu. Od czasów wojny Chromeria to nieprzyjemne miejsce dla Tyrejczyków.

– Więc myśli pan, że może wróci do domu?

– Kip – przerwał mu mistrz Danavis – czy twoja matka znowu ma kłopoty?

Mistrz Danavis nie zgodził się przyjąć Kipa na ucznia farbiarskiego, twierdząc, że w małym Rektonie nie będzie w przyszłości wystarczająco dużo pracy dla Kipa i upierał się, że sam nie jest porządnym farbiarzem, a pomaga mu tylko fakt, że jest krzesicielem. Oczywiście, przed Wojną Pryzmatów musiał być kimś innym, ponieważ szkolił się w Chromerii. Nauka sporo kosztowała, więc większość krzesicieli zgadzała się odpracować później dług u kogoś, kto opłacił szkolenie. Mistrz pana Danavisa musiał więc pewnie zginąć w czasie wojny, zostawiając go samemu sobie. Jednakże niewielu dorosłych wspominało tamte czasy. Tyrea przegrała i nastały ciężkie czasy, tylko tyle wiedzieli Kip i inne dzieci.

Jednakże mistrz Danavis płacił Kipowi za dorywczą pracę i karmił go, jak połowa matek w mieście, za każdym razem kiedy się przyplątał. A nawet lepiej, pozwalał Kipowi zjadać ciasta, które przysyłały kobiety z miasta, próbując zwrócić na siebie uwagę przystojnego kawalera.

– Proszę pana, na drugim brzegu rzeki są żołnierze, przyszli zrównać miasteczko z ziemią, ukarać nas przykładnie za przeciwstawienie się królowi Garadulowi.

Mistrz Danavis już chciał coś powiedzieć, kiedy zobaczył, że Kip mówi poważnie. Przez chwilę milczał i nagle jego postawa całkiem się zmieniła.

Zasypał Kipa gradem pytań: gdzie dokładnie stacjonuje wojsko, kiedy tam był, skąd wie, że zamierzają zniszczyć miasteczko, jak wyglądają ich namioty, ile ich zliczył, czy widział krzesicieli? Odpowiedzi Kipa brzmiały niewiarygodnie nawet dla niego samego, ale mistrz Danavis we wszystkie uwierzył.

– Powiedział, że król Garadul werbuje koloraki? Jesteś pewien?

– Tak, pszepana.

Mistrz Danavis potarł górną wargę kciukiem i palcem wskazującym, jak mężczyzna wygładzający wąsy, chociaż był gładko ogolony. Podszedł do skrzyni, otworzył ją i wyciągnął sakiewkę.

– Kip, twoi przyjaciele wędkują dziś rano przy Zielonym Moście. Musisz ich ostrzec. Królewscy ludzie zajmą ten most. Jeśli ich nie ostrzeżesz, zginą albo pójdą do niewoli. Ja ostrzegę wszystkich w mieście. Gdyby stało się najgorsze, wykorzystaj te pieniądze, żeby dostać się do Chromerii. Liv ci pomoże.

– Ale... ale moja matka! Gdzie...

– Kip, zrobię co w mojej mocy, żeby uratować ją i wszystkich w mieście. Nikt inny nie uratuje twoich przyjaciół. Chcesz, żeby wzięto Isabel do niewoli? Wiesz, co się wtedy stanie, prawda?

Kip pobladł. Isa ciągle jeszcze była urwisem, ale jego uwagi nie uszedł fakt, że powoli stawała się piękną kobietą. Nie zawsze była dla niego miła, ale na myśl, że ktoś mógłby ją skrzywdzić, ogarnęła go wściekłość.

– Tak, proszę pana. – Kip odwrócił się, żeby odejść, ale się zawahał. – Proszę pana, co to jest superchromata?

– To wrzód na moim tyłku. A teraz biegnij!

Rozdział 5

Sytuacja przedstawiała się paskudnie. List – wiadomość, że ma syna – nie był zapieczętowany. Gavin dałby sobie rękę uciąć, że ludzie Bieli czytali całą jego korespondencję. Jednakże Karris śmiała się, po tym jak dała mu list, więc ona go nie czytała. Wobec tego nie wiedziała. Na razie. Poszła jednak złożyć raport Bieli. Która już oczekiwała Gavina.

Poruszył ramionami i rozciągnął szyję, przechylając głowę, tak że strzeliły mu wszystkie kręgi, po czym ruszył przed siebie. Czarnogwardziści szli za nim, dostosowując krok. Każdy niósł muszkiet z zamkiem kołowym i miał jatagan albo inną broń białą. Gavin wspiął się po schodach na otwarty taras na dachu Chromerii. Jak zawsze, najpierw zauważył Karris. Była niska i miała z natury krągłą figurę, teraz wyrzeźbioną w zbyt twarde płaszczyzny i żylastą po latach mozolnego treningu. Włosy miała długie, proste i dzisiaj w kolorze platynowy blond. Wczoraj były różowe. Gavinowi podobał się ten blond. Zwykle oznaczał, że Karris jest w dobrym nastroju. Zmiany koloru jej włosów nie były magiczne. Po prostu lubiła często go zmieniać. Albo uznała, że tak bardzo się wyróżnia, że równie dobrze może przestać próbować wtopić się w tłum.

Jak inni Czarnogwardziści chroniący Biel, Karris miała na sobie piękne czarne spodnie i bluzkę, skrojone z myślą o walce i bez ozdób, nie licząc złotego haftu na ramieniu i przy szyi, który oznaczał jej rangę. Nosiła wąski, czarny jatagan – broń o lekko wykrzywionym do przodu, jednosiecznym na prawie całej długości ostrzu – a zamiast tarczy obity metalem kij do parowania ciosów ze sztyletem umieszczonym prostopadle w połowie długości. I jak wszyscy w Czarnej Gwardii, przeszła wyczerpujący trening w posługiwaniu się obiema tymi rzeczami oraz wieloma innymi rodzajami broni. Za to, w przeciwieństwie do reszty, nie miała skóry tak czarnej jak Paryjczycy albo Ilytanie.

Najwyraźniej jej myśli też nie były czarne. Usta leciutko krzywiła w szelmowskim uśmieszku. Gavin uniósł brew, udając, że jest nieco poirytowany jej wcześniejszym figlem z zaciemnieniem w pokoju, i stanął przed Bielą.

Orea Pullawr była pomarszczoną, starą kobietą, która ładowała coraz więcej i więcej rzeczy do fotela na kółkach, w którym siedziała. Czarna Gwardia dbała, żeby na każdej zmianie był obecny przynajmniej jeden krzepki mężczyzna, na wypadek gdyby trzeba było ją znieść po schodach albo wnieść. Jednakże pomimo fizycznego zniedołężnienia od ponad dziesięciu lat Orea Pullawr nie musiała opędzać się od rywali ubiegających się o jej białą szatę. Większość ludzi nie pamiętała nawet jej prawdziwego imienia. Ona po prostu była Bielą.

– Gotowy? – spytała.

Nawet po tylu latach nadal nie potrafiła pogodzić się z faktem, że to nie było dla niego trudne.

– Poradzę sobie.

– Zawsze sobie radzisz – odparła.

Oczy miała czyste i szare, nie licząc dwóch szerokich barwnych łuków otaczających tęczówki, niebieskiego na górze i zielonego na dole. Biel była niebiesko-zieloną dichromatką, ale barwne łuki wypłukały się, poszarzały już, ponieważ od dawna nie krzesała. Każdy z nich był tak gruby, jak to tylko możliwe, sięgając od źrenicy aż do samego brzegu tęczówki. Jeśli kiedykolwiek jeszcze spróbowałaby krzesać, jej halo pękłoby – kolor wylałby się na białka oczu, i to byłby jej koniec. Dlatego nie nosiła barwnych okularów. W przeciwieństwie do innych emerytowanych krzesicieli, nie siliła się na zachowanie pozorów i nie zakładała niepotrzebnych okularów, żeby przypominać wszystkim wokół, kim kiedyś była. Orea Pullawr była Bielą, i to wystarczało.

Gavin wszedł na podwyższenie. Ponad nim na łukowatych trajektoriach, żeby jego położenie można było regulować stosownie do pory dnia, miesiąca czy roku, wisiał wielki, szlifowany kryształ. Gavin go nie potrzebował. Nigdy go nie potrzebował, ale najwyraźniej wszyscy lepiej się czuli, myśląc, że potrzebuje oparcia, żeby poradzić sobie z taką ilością światła. Nigdy też nie miał choroby świetlnej. Życie nie było sprawiedliwe.

– Jakieś specjalne życzenia? – spytał.

Sposób, w jakim Pryzmat wyczuwał zaburzenia równowagi w magii świata, nadal stanowił tajemnicę. Spowity w religijne banialuki – jakoby Pryzmat był połączony bezpośrednio z Orholamem i w związku z tym ze wszystkimi satrapiami – ten temat w ogóle nie był badany, zanim Gavin został Pryzmatem. Nawet Biel była niemal przerażona, kiedy o to zapytała, a Gavin w życiu nie spotkał bardziej zuchwałej kobiety.

Co prawda, nie poczynili większych postępów w badaniach, ale dawno temu zawarł z Bielą umowę: ona będzie go uważnie studiowała, on będzie współpracował, a w zamian za to pozwoli mu podróżować bez Czarnej Gwardii depczącej mu po piętach na każdym kroku. Zwykle ten układ się sprawdzał. Czasem jednak Gavin nie był w stanie się powstrzymać i drażnił się z Bielą, ponieważ najwyraźniej niczego się nie dowiedzieli w ciągu szesnastu lat, odkąd został Pryzmatem. Oczywiście, ilekroć posunął się za daleko, ściągała go na dach i mówiła, że naprawdę musi zbadać sposób, w jaki światło wędruje przez jego skórę. I wtedy musiał szukać zaburzeń równowagi. Na świeżym powietrzu. Zimą. Nago.

Żadna frajda. Gavin jak to Gavin, szybko nauczył się, gdzie leży granica, której lepiej nie przekraczać. Cesarz Siedmiu Satrapii, dobre sobie.

– Chciałabym, żebyś wreszcie pozwolił Czarnej Gwardii wypełniać jej obowiązki, Lordzie Pryzmacie.

– Pytałem o badanie równowagi.

– Czarnogwardziści trenują całe życie, żeby nam służyć. Ryzykują własne życie. A ty znikasz, co tydzień. Zgodziliśmy się, że możesz bez nich podróżować, ale tylko w nagłych wypadkach.

Służyć nam? Rzeczywistość była trochę bardziej złożona.

– Lubię niebezpieczne życie – odparł Gavin.

Ciągle spierali się z tego powodu. Bez wątpienia Biel uznała, że jeśli nie urządzi przedstawienia na dachu, to Gavin wywalczy sobie jeszcze więcej wolności. I bez wątpienia miała rację. Gavin spojrzał na Biel beznamiętnie. Biel odwzajemniła spojrzenie. Czarnogwardziści stali bardzo, bardzo cichutko.

Czy tak byś sobie z nimi poradził, bracie? Czy po prostu zmusiłbyś ich do uległości urokiem osobistym? W moim życiu wszystko sprowadza się do walki o władzę.

– Dzisiaj nie mam specjalnych życzeń – odpowiedziała Biel.

Gavin rozpoczął.

Pryzmat zasadniczo potrafił dokonać dwóch rzeczy, których nie umiał nikt inny. Po pierwsze mógł rozszczepić światło na składowe kolory bez żadnej pomocy. Zwykły czerwony krzesiciel potrafił krzesać tylko w obrębie czerwonego widma, jedni szerszego, inni węższego. Żeby krzesać, musieli widzieć czerwień – czerwoną skałę, krew, zachód słońca, pustynię, cokolwiek. Albo też – jak odkryli krzesiciele dawno temu – mogli założyć czerwone okulary, które filtrowały białe słoneczne światło, przepuszczając samą czerwień. To dawało mniejszą moc, ale było lepsze niż nieustanne uzależnienie od otoczenia.

Te same ograniczenia dotyczyły każdego krzesiciela – monochromaci mogli krzesać tylko jeden kolor, dichromaci dwa. Zwykle były to kolory graniczące ze sobą, jak czerwień i oranż albo żółć i zieleń. Polichromaci – którzy panowali nad trzema lub więcej kolorami – zdarzali się najrzadziej, ale nawet oni musieli krzesać z barw, które widzieli. Tylko Pryzmat nie potrzebował okularów. Tylko Gavin potrafił rozszczepiać światło w sobie.

To było wygodne dla Gavina, ale w niczym nie pomagało innym. W przeciwieństwie do właśnie tego, co robił teraz – gdy stał na szczycie Chromerii w świetle, które wlewało mu się przez oczy i wypełniało skórę każdym kolorem widma, wsączając się wszystkimi porami, bo wtedy wyczuwał zaburzenia równowagi na całym świecie.

– Na południowym wschodzie, jak poprzednio – powiedział Gavin. – Głęboko w Tyrei, prawdopodobnie w Kelfingu, ktoś posługuje się podczerwienią. Mnóstwem podczerwieni.

Żar i ogień zwykle oznaczyły magię bojową. Od tego zaczynali niepotrafiący krzesać watażkowie i satrapowie, kiedy chcieli zabijać. Żadnej subtelności. Zużycie takiej ilości podczerwieni w Tyrei oznaczało dwie rzeczy: albo trwała tam cicha wojna, albo nowy satrapa Rask Garadul założył własną szkołę przygotowującą bojowych krzesicieli. Nie uraduje to jego sąsiadów. Ruthgarski gubernator, który okupował dawną stolicę Tyrei, Garriston, z pewnością nie ucieszy się z tej nowiny.

Poza nadużyciem podczerwieni, wykorzystano więcej czerwonej magii niż błękitnej, od ostatniego razu, kiedy Gavin badał równowagę, i więcej zielonej niż pomarańczowej. Pierwotnie system sam się regulował. Jeśli czerwoni krzesiciele na świecie zużyli zbyt wiele czerwieni, krzesanie stawało się dla nich coraz trudniejsze, a jednocześnie łatwiejsze dla niebieskich. Zapieczętowany czerwony luksyn szybciej się rozpadał, a niebieski stawał się trwalszy. Na tym poziomie to była tylko niedogodność, drobne utrapienie.

Legendy opowiadały o erze przed Lucidoniusem, który przyniósł ze sobą prawdziwą wiarę w Orholama, kiedy centra magiczne były rozrzucone po całym świecie: zielone w obecnym Ruthgarze, czerwone w Atashu i tak dalej, a wszyscy czcili pogańskich bogów i tkwili w przesądach i ignorancji. Pewien watażka wybił niemal wszystkich niebieskich krzesicieli. W ciągu kilku miesięcy – jak powiadano – Morze Lazurowe zamieniło się w krew, a w wodach umarło całe życie. Rybacy nad wszystkim brzegami morza przymierali głodem. Nieliczni niebiescy krzesiciele, którzy przetrwali, heroicznie próbowali samodzielnie przywrócić równowagę, wykorzystując tyle niebieskiej magii, że przypłacili to życiem. Morza się oczyściły, a czerwoni krzesiciele powrócili do krzesania. Tym razem jednak zabrakło niebieskich krzesicieli. Cały czerwony luksyn rozpadł się, wody mórz znowu zamieniły się w krew, zapanowały głód i zaraza.

I tak to szło. Niemal w każdym pokoleniu ogromne klęski żywiołowe wybijały tysiące ludzi, którzy wierzyli, że w jakiś sposób obrazili swych kapryśnych bogów.

Pryzmaci temu zapobiegali. Gavin wyczuwał, że równowaga została zakłócona na długo przed pierwszymi namacalnymi skutkami, i naprawiał szkody, krzesząc dopełniający kolor. Kiedy Pryzmaci zawodzili, a dochodziło do tego nieuchronnie po siedmiu, czternastu albo dwudziestu jeden latach, Chromeria musiała zapobiegać katastrofom w bardziej brutalny sposób – oprócz tego, że na całym świecie gaszono pożogi (wojenne i te zwykłe), rozsyłano pisma, na przykład nalegające, by niebiescy nie krzesali bez wyraźnej potrzeby, a czerwoni krzesali jak najwięcej. Ponieważ każdy mógł wykrzesać tylko skończoną ilość koloru w ciągu życia, oznaczało to przyśpieszanie śmierci czerwonych i powstrzymywanie niebieskich od wszelkiej pożytecznej działalności we wszystkich satrapiach. W takich czasach Chromeria szukała następcy Pryzmata z wielkim zapałem. A Orholam nieodłącznie przysyłał nowego Pryzmata w każdym pokoleniu, a przynajmniej tak głosiły nauki.

Z wyjątkiem pokolenia Gavina, kiedy w swej niezgłębionej mądrości Orholam zesłał dwóch – i rozdarł świat na dwoje.

Gavin zakręcił się powoli, rozkładając ręce szerzej i wypuszczając strumienie nadfioletu – równoważąc podczerwień, czerwień, żeby zrównoważyć błękit i wreszcie oranż dla zrównoważenia zieleni. Kiedy świat znowu wyglądał jak należy, Gavin się zatrzymał.

Odwrócił się i uśmiechnął do Bieli. Jak zwykle, nie sposób było cokolwiek wyczytać z jej twarzy. Jej Czarnogwardziści – każdy z nich był krzesicielem i wobec tego rozumiał, jaką mocą żonglował przed chwilą Gavin – robili wrażenie równie zblazowanych. A może już przywykli? W końcu był Pryzmatem. To do niego należało dokonywanie niemożliwego. Ich zadaniem było chronienie Bieli, nawet przed nim, gdyby do tego doszło.

Gavin był Pryzmatem i wobec tego rzekomo cesarzem Siedmiu Satrapii. W rzeczywistości jego obowiązki miały głównie naturę religijną. Pryzmaci, którzy okazywali się czymś więcej niż tylko figurantami, szybko zostawali zmuszeni do przejścia na emeryturę. Często w sposób nieodwołalny. Czarnogwardziści zginęliby, broniąc Pryzmata przed każdą inną osobą, Biel jednak była głową Chromerii. W razie potrzeby stanęliby po jej stronie, a nie jego. Wiedzieli, że wtedy zapewne by zginęli, ale do tego właśnie ich szkolono. Nawet Karris.

Gavin zastanawiał się czasem, czy gdyby do tego doszło, Karris spróbowałaby go zabić jako ostatnia, czy jako pierwsza?

– Karris? – odezwała się Biel. – Czeka na ciebie statek płynący do Tyrei. Weź to. Przeczytaj po postawieniu żagli. Przez resztę drogi wiosłuj, kiedy będziesz mogła. Zależy nam na czasie.

Wręczyła Karris złożony list. Nawet nie wyglądał na zapieczętowany. Albo Biel ufała Karris, że nie otworzy go przed wypłynięciem na morze, albo wiedziała, że przeczyta go natychmiast niezależnie od zabezpieczeń. Gavin myślał, że dobrze zna Karris, ale nie wiedział, jak się zachowa.

Karris wzięła list i ukłoniła się nisko przed Bielą, nie zerkając nawet na Gavina. Potem odwróciła się i odeszła. Gavin wbrew sobie zerknął za nią – smukła, pełna wdzięku, silna – ale nie przyglądał się zbyt długo. Biel i tak to zauważy, ale gdyby zaczął się gapić, pewnie by to skomentowała.

Machnęła ręką, kiedy Karris zniknęła na schodach, a reszta Czarnej Gwardii odsunęła się poza zasięg słuchu.

– Zatem, Gavinie – powiedziała, krzyżując ręce. – Syn. Wyjaśnij to.

Rozdział 6

Zielony Most znajdował się około pięciu mil w górę rzeki. Ciało Kipa domagało się, żeby przestał biec, ale za każdym razem gdy zwalniał, wyobrażał sobie żołnierzy nachodzących z drugiego brzegu rzeki. Musiał dotrzeć na miejsce przed nimi.

Jakieś dwanaście koszmarów o zniewoleniu i śmierci później dotarł do mostu. Isabel, Ramir i Sanson opierali się wygodnie o przęsło i wędkowali. Isabel opatuliła się z powodu chłodu, patrząc, jak Sanson próbuje wyciągnąć pstrąga tęczowego, a Ram mówi mu, co robi źle. Wszyscy spojrzeli na Kipa, który zgiął się wpół zadyszany. Nigdzie nie było śladu żołnierzy.

– Musicie się zbierać – wysapał. – Żołnierze nadchodzą.

– Och, nie, nie! Tylko nie żołnierze! – Ram odegrał panikę.

Sanson zerwał się na równe nogi, myśląc, że Ram mówi serio. Miał wystające zęby i był łatwowiernym, dobrodusznym chłopakiem, który zawsze jako ostatni chwytał żart, chociaż najczęściej to on był jego tematem.

– Spokojnie, Sanson. Tylko żartowałem – powiedział mu Ramir, trochę za mocno szturchając go w ramię.

Kiedy za pierwszym razem usłyszeli o przymusowym werbunku do wojska, potrzebowali jakiejś sekundy, żeby uznać, że jeśli ktoś z nich zostanie siłą wcielony do służby u króla Garadula, to właśnie Ram. Miał szesnaście lat, ale wyglądał doroślej od reszty i jako jedyny chociaż trochę przypominał żołnierza.

– Ale nie ja – powiedział Kip, nadal pochylony z rękami na kolanach i zadyszany.

Sanson, nadal niepewny, powiedział:

– Mama powiedziała, że alkadesa strasznie się pokłóciła z człowiekiem od króla. Powiedziała, że alkadesa kazała mu wsadzić sobie rozkaz w ucho.

– Jak znam alkadesę, to nie powiedziała, że w ucho – wtrąciła Isa.

Wyszczerzyła szelmowsko zęby, a Sanson i Ram wybuchnęli śmiechem. Oni po prostu nie rozumieli.

Kip zauważył, że Isa spojrzała na Rama – zerknęła tylko, mając nadzieję, że dostrzeże aprobatę. Kiedy ją zobaczyła, Kip zauważył, że pokraśniała z zadowolenia, i aż go zemdliło. Znowu.

– Co jest grane, Kip? – spytała.

Miała wielkie piwne oczy, pełne usta, krągłe kształty i nieskazitelną skórę. Nie sposób było rozmawiać z nią i nie być świadomym jej urody. Była ładniejsza nawet od Liv i bardziej od niej była... w Rektonie.

Kip szukał właściwych słów. Ludzie idą nas zabić, a ja się martwię dziewczyną, która nawet mnie nie lubi.

Od Zielonego Mostu do najbliższego gaju pomarańczowego było jakieś trzysta, czterysta kroków. I teren był niemal całkowicie odsłonięty.

– Żołnierze... – zaczął Kip, ale Ram wszedł mu w słowo.

– Jeśli mnie zwerbują, to zgłoszę się na ochotnika na krzesiciela bojowego – powiedział. – To niebezpieczne, wiem, ale jeśli mam tu zostawić wszystko, co kocham, to zamierzam przynamniej zrobić użytek ze swojego życia. – Spojrzał w dal, w swoją wspaniałą przyszłość.

Kip miał ochotę go strzelić w ten przystojny, heroiczny dziób.

– Może uciekniecie sobie z Sansonem? – zaproponował. – No wiecie, schowacie się przed wielkim, złym wojskiem. Chcemy się z Isą pożegnać.

– A dlaczego nie możecie pożegnać się przy nas? – zdziwił się Sanson.

Isa się zaczerwieniła.

Oczy Rama rozbłysły.

– Mówię serio, nie bądźcie palantami, co? – powiedział, udając, że żartuje.

– Ram, posłuchaj – spróbował jeszcze raz Kip. – Wojsko idzie zrobić z nas przykład. Musimy uciekać. Teraz. Natychmiast. Mistrz Danavis powiedział, że zajmą most.

Zielony Most tak naprawdę był pamiątką po ostatniej armii, która tędy przeszła. Był cały z zielonego luksynu – najtrwalszego rodzaju luksynu, który zapieczętowany rozpadał się najwolniej. Mówiono, że kiedy Gavin Guile poprowadził tędy wojsko, żeby zmiażdżyć siły swego złego brata, Dazena Guile, to on właśnie, Pryzmat osobiście, wykrzesał ten most. Sam jeden. W kilka sekund. Armia przeszła, nawet nie zwalniając, chociaż żołnierze zdążyli okraść miasto z wszystkich zapasów i całego żywego inwentarza. Wszyscy mężczyźni z miasteczka zostali przymusowo wcieleni do służby po jednej albo drugiej stronie.

To dlatego dorastali bez ojców. Nikt w Rektonie nie powinien lekceważyć żadnego przechodzącego w pobliżu wojska. Nawet dzieci.

– Wyświadcz mi pewną przysługę, Pulpecie. Odwdzięczę się – powiedział Ram.

– Jeśli odejdziesz z wojskiem, to nie będzie cię tutaj, żeby mi się odwdzięczyć– odgryzł się Kip.

Miał ochotę zabić Rama, kiedy nazywał go Pulpetem.

Ram wykrzywił się paskudnie. Już parę razy się bili i Ram zawsze wygrywał. Ale nigdy nie było łatwo. Kip potrafił dużo znieść i czasem wariował. Obaj to wiedzieli.

– Więc po prostu zrób coś dla mnie, dobra?

– Musimy uciekać! – Kip prawie krzyknął.

Nie wiedział, dlaczego się dziwił. Nie bez powodu przezywano Ramira baranem[*]. Gdy raz obrał sobie cel, to parł prosto do niego, taranując wszystko po drodze i nigdy nie zbaczając nawet na cal w lewo czy prawo. Dzisiaj jego celem było odebranie Isabel dziewictwa. Tak po prostu. Żadne wojsko najeźdźców nie mogło powstrzymać tego durnego barana.

– W porządku. Chodź, Isa, pójdziemy do pomarańczowego zagajnika – powiedział Ram. – I nie sądzę, żebym ci to zapomniał, Kip.

Ram wziął ją za rękę i pociągnął na ścieżkę. Poszła za nim, ale się odwróciła, patrząc przez ramię na Kipa, jakby się spodziewała, że coś zrobi.

Co on mógł zrobić? Przynajmniej poszli we właściwym kierunku. Gdyby podszedł do Rama i uderzył go pięścią w twarz, tamten zlałby go na kwaśne jabłko, a co gorsza, obaj zostaliby na odsłoniętym terenie. Gdyby Kip poszedł za nimi, Ram mógłby uznać to za prowokację do bójki, nawet jeśli Kip nie miał takiego zamiaru, i efekt końcowy byłby taki sam.

Isabel nadal na niego patrzyła. Była tak piękna, że to aż bolało.

Kip mógł zostać. Nic nie zrobić. Schować się pod mostem.

Nie!

Zaklął. Isa zerknęła za siebie, kiedy wyszedł z cienia Zielonego Mostu. Jej oczy się rozszerzyły i wydawało mu się, że cień uśmiechu musnął jej usta. Szczerze się cieszyła, widząc, że Kip ściga ją i zachowa się jak mężczyzna, czy też była to podła radość, że będą o nią walczyć? Wtedy jej wzrok powędrował w górę i na lewo, na przeciwległy brzeg rzeki. Zdziwiła się.

Powyżej rozległ się okrzyk mężczyzny, ale z powodu syku rzeki Kip nie zrozumiał ani słowa. Ram potknął się, dochodząc na szczyt nadrzecznej skarpy. Nie podparł się, ale padł na kolana, zachwiał się i poleciał do tyłu.

Dopiero kiedy bezwładne ciało Rama przetoczyło się, Kip zobaczył strzałę wystającą z jego pleców.

Isa też ją zauważyła. Spojrzała na kogoś, kto stał na drugim brzegu, zerknęła na Kipa, a potem czmychnęła w przeciwną stronę.

– Zabić ją – rozkazał mężczyzna głośnym, czystym głosem, stojąc na moście dokładnie nad Kipem. Powiedział to beznamiętnie.

Bezradnemu Kipowi zbierało się na wymioty. Zmarnował za dużo czasu. Umysł nie chciał przyjąć tego, co widziały oczy. Isa biegła brzegiem rzeki. Szybko. Zawsze była szybka, ale nie miała się gdzie schować przed strzałą, która już nadlatywała – Kip to wiedział. Serce waliło mu młotem w piersi, krew ryczała w uszach i nagle puls przyśpieszył dwukrotnie, trzykrotnie.

Dostrzegł kątem oka ledwie cień – strzała. Rękę Kipa przeszył ból, jakby sam został postrzelony. Rozbłysk błękitu, prawie niewidoczny, cieniutki jak trzcinka, śmignął od niego w powietrze.

Strzała wpadła w wodę, dobre piętnaście kroków od Isy. Łucznik zaklął. Kip spojrzał na swoje ręce. Trzęsły się... i były niebieskie. Tak boleśnie modre jak niebo. Tak się zdziwił, że na chwilę zamarł.

Spojrzał znowu na Isę, która teraz znajdowała się ponad sto kroków dalej. Ponownie zamigotał cień, kiedy kolejna strzała przesunęła się ze skraju jego pola widzenia w samo centrum i trafiła w plecy Isy. Dziewczyna poleciała twarzą na ostre kamienie na brzegu, ale kiedy Kip patrzył, podniosła się na czworaka i powoli, ze strzałą wystającą z krzyża, z rękami i twarzą we krwi. Prawie udało jej się wstać, kiedy w plecy wbiła jej się następna strzała. Isa padła twarzą w płytką wodę przy brzegu i już się nie poruszyła.

Kip stał ogłupiały, nie dowierzając własnym oczom. Widział tylko miejsce, gdzie szkarłat życia, kłębiąc się, wypływał z pleców Isy do czystych wód rzeki.

Tętent kopyt zadudnił na moście nad nimi. Kip zastanawiał się gorączkowo.

– Panie, ludzie są gotowi – odezwał się mężczyzna powyżej. – Ale... panie, to nasze własne miasto.

Kip zerknął w górę. Zielony luksyn mostu nad nim był półprzezroczysty i widział poprzez niego cienie mężczyzn – co oznaczało, że jeśli on albo Sanson się poruszą, żołnierze prawdopodobnie ich dostrzegą.

Cisza, a potem ten sam oficer, który rozkazał zabić Isę, odezwał się chłodno:

– Więc mamy pozwolić poddanym, by sami wybierali, kiedy słuchać króla? A może wypełnianie moich rozkazów też nie powinno być obowiązkowe?

– Nie, panie. Po prostu...

– To wszystko?

– Tak, panie.

– Więc spalić miasto. Zabić wszystkich.

* * *

* Ram (ang.) – baran, tryk (przyp. tłum.)

Rozdział 7

– Nie zamierzasz nawet udawać, że nie czytasz mojej poczty? – spytał Gavin.

Biel parsknęła śmiechem.

– Dlaczego mam obrażać twoją inteligencję?

– Sam mógłbym podać kilka powodów, więc ty wymyśliłabyś ich ze sto.

– Unikasz odpowiedzi. Masz syna?

Mimo jej ogromnej determinacji, by uzyskać odpowiedź – Gavin wiedział, że nie uda mu się od niej wykręcić, niezależnie od jego pomysłowości – mówiła ściszonym głosem. Jak nikt inny rozumiała powagę sytuacji. Nawet Czarna Gwardia o tym nie usłyszy. Jeśli jednak czytała jego niezapieczętowaną pocztę, to ktoś inny też mógł.

– Z tego co mi wiadomo, to nie jest prawda. Nie rozumiem, jakim cudem mogłoby do tego dojść.

– Ponieważ uważałeś czy ponieważ to naprawdę jest niemożliwe?

– Chyba nie spodziewasz się, że odpowiem na to pytanie.

– Rozumiem, że Pryzmat jest narażony na wielkie pokusy, i doceniam twoją wstrzemięźliwość tudzież dyskrecję, czy cokolwiek to było... w ciągu tych wszystkich lat. Nie musiałam sobie radzić z ciężarnymi młodymi krzesicielkami albo poirytowanymi ojcami domagającymi się, żeby zmusić cię do poślubienia ich córek. Dziękuję ci za to. W zamian za to nie poparłam nacisków ze strony twojego ojca, żebyś się ożenił, chociaż to niewątpliwie uprościłoby życie i tobie, i mnie. Jesteś bystrym człowiekiem. Wystarczająco bystrym, mam nadzieję, żeby wiedzieć, że możesz poprosić mnie o nową niewolnicę-pokojówkę, o więcej niewolnic, czy czego potrzebujesz. W przeciwnym wypadku, mam nadzieję, że jesteś... bardzo ostrożny.

Gavin odkaszlnął.

– Jak nikt inny.

– Nie udaję, że jestem w stanie wyśledzić wszystkie twoje wyjścia i powroty, ale o ile wiem, nie byłeś w Tyrei od czasu wojny.

– Od szesnastu lat – przytaknął cicho Gavin.

Szesnaście lat? Naprawdę on siedzi na dole już od szesnastu lat? Co zrobiłaby Biel, gdyby odkryła, że mój brat nadal żyje? Że trzymałem go cały czas w specjalnym piekle pod tą właśnie wieżą?

Biel uniosła brwi, wyczytując coś innego z jego zachmurzonego oblicza.

– Ach. Wiele rzeczy robią mężczyźni i kobiety w czasie wojny, kiedy myślą, że mogą zginąć. To były szalone dni dla ciebie. Więc może ta wiadomość stanowi... szczególny problem.

Gavinowi zamarło serce. Ze wszystkich tysięcy rzeczy, które wydarzyły się szesnaście lat temu, jeden fakt był teraz najważniejszy – w czasie, kiedy dziecko musiało zostać poczęte, Gavin był zaręczony z Karris.

– Jeśli jesteś absolutnie pewien, że to nie jest prawda – mówiła Biel – poślę człowieka, żeby odebrał list Karris. Próbowałam wyświadczyć ci przysługę. Znasz jej temperament. Uznałam, że najlepiej będzie dla was obojga, jeżeli dowie się o tym, kiedy będzie daleko stąd. Kiedy ochłonie, myślę, że ci wybaczy. Jeśli jednak przysięgasz, że to nieprawda, to nie musi o niczym wiedzieć, prawda?

Przez chwilę Gavin zastanawiał się nad postawą starej wiedźmy. Zachowała się życzliwie, bez wątpienia, ale też zaaranżowała sytuację tak, żeby wszystko rozegrało się na jej oczach. Miała po temu tylko jeden powód – chciała zobaczyć pierwszą, najszczerszą reakcję Gavina. To było życzliwe, okrutne i sprytne zarazem, i w żadnym razie nie było przypadkowe. Gavin po raz setny upomniał się, żeby nigdy nie uczynić sobie wroga z Orei Pullawr.

– Nie pamiętam tej kobiety. W ogóle. Jednakże to był straszny czas i nie... Nie mogę przysiąc.

Wiedział, jak Biel to przyjmie. Pomyślała, że przyznaje się do zdrady w czasie narzeczeństwa z Karris, ale też, że jego zdaniem zawsze uważał. Tyle że młodzi ludzie popełniają błędy.

– Powinienem tam pojechać– powiedział. – Zbadać to dokładnie. To ja narobiłem bałaganu.

– Nie – odparła oschle. – Teraz to bałagan Karris. Nie wyślę cię do Tyrei, Gavinie. Jesteś Pryzmatem. Wystarczy, że muszę wysyłać cię przeciwko kolorakom...

– Nie wysyłasz mnie. Po prostu mnie nie zatrzymujesz.

To był ich pierwszy tytaniczny pojedynek woli. Nie zgodziła się, żeby Pryzmat się narażał; powiedziała, że to szaleństwo. Gavin nie wytoczył żadnych argumentów, po prostu nie dał się zatrzymać. Zamknęła go w jego komnatach. A on wysadził drzwi.

W końcu ustąpiła, a on zapłacił za to w inny sposób.

Minęła chwila. Biel odezwała się bardzo cicho i łagodnie:

– Po tych wszystkich latach, Gavinie, po tych wszystkich kolorakach, które zabiłeś, i ludziach, których ocaliłeś, czy to boli chociaż trochę mniej?

– Słyszałem, że mówi się o herezji – rzucił szorstko. – Ktoś znowu naucza o starych bogach. Mógłbym się czegoś dowiedzieć.

– Nie jesteś już promachosem, Gavinie.

– W końcu nawet i pięćdziesięciu ich na wpół wyszkolonych krzesicieli nie zdoła powstrzymać...

– Za to jesteś najlepszym Pryzmatem, jakiego mieliśmy od pięćdziesięciu, a może nawet stu lat. A oni mogą mieć pięćdziesięciu jeden krzesicieli albo i pięciuset w ich małej, heretyckiej Chromerii, więc nie chcę o tym słyszeć. Karris sprawdzi tę kobietę i jej syna, sprawdzi, czego zdoła się dowiedzieć od tego „króla” Garadula. Możesz spodziewać się jej powrotu w ciągu dwóch miesięcy. A skoro mowa o kolorakach, widziano niezwykle potężnego niebieskiego koloraka na obrzeżach Krwawej Puszczy. Kierował się w stronę Ru.

Niebieski kolorak idący w kierunku najczerwieńszych ziem świata. Dziwne. Niebiescy zwykle są tacy logiczni. Biel próbowała odwrócić jego uwagę, i to był bardzo dobry sposób, bo nie zostawi mu czasu na dogonienie Karris.

– Wobec tego, za pani pozwolenie, Najszlachetniejsza Pani – powiedział, a w jego dobrych manierach jak zawsze kryła się odrobina ironii.

Nie czekał na jej odpowiedź, tylko zgromadził magię i podbiegł do krawędzi dachu.

– O nie, nie waż się! – zaprotestowała.

Zatrzymał się. Westchnął.

– Co znowu?

– Gavinie! – zbeształa go. – Z pewnością nie zapomniałeś, że obiecałeś dziś poprowadzić zajęcia. To największy zaszczyt dla każdej klasy, poznać ciebie. Uczniowie czekali na to wiele miesięcy.

– Która to klasa? – spytał podejrzliwie.

– Nadfiolety. Jest ich tylko szóstka.

– Czy to nie ta klasa z dziewczyną, której biust zawsze wylewa się dekoltem? Lana? Ana?

Jedna rzecz, kiedy kobiety uganiały się za Gavinem, ale ta dziewczyna rzucała się na niego, odkąd skończyła czternaście lat.

Biel miała zbolałą minę.

– Rozmawialiśmy z nią kilkakrotnie.

– Posłuchaj, zaczyna się odpływ, a ja muszę złapać Karris. Poprowadzę zajęcia następnym razem, kiedy się spotkamy. Nie będę się wykręcał ani kłócił.

– Dajesz słowo?

– Masz moje słowo.

Biel uśmiechnęła się jak objedzony kocur.

– Lubisz uczyć bardziej, niż jesteś gotów przyznać, co?

– Bzdura! – żachnął się Gavin. – Do widzenia!

Zanim Biel zdążyła cokolwiek powiedzieć, podbiegł do krawędzi dachu wieży i skoczył.

Rozdział 8

Kip gapił się na ciało Isy. Kiedy zobaczyła żołnierzy zabijających Rama, obejrzała się na niego. Szukała bezpiecznego miejsca, ochrony. Spojrzała na niego i wiedziała, że on nie zdoła jej ocalić.

Jakiś dźwięk i nagła pustka obok niego sprawiły, że Kip oderwał wzrok od Isy. Sanson biegł w stronę wioski. Sanson nie był bystry, ale zawsze był praktyczny. Nigdy w życiu nie zrobił niczego równie durnego. Kip jednak nie potrafił go winić. Nigdy nie widzieli też, jak ktoś umiera.

Niestety, nie było szansy, żeby żołnierze nie dostrzegli Sansona i teraz on też musiał umrzeć. Chyba że Kip coś zrobi.

Stał tu wystarczająco długo, nic nie robiąc, podczas gdy jego przyjaciele ginęli. Teraz coś zrobił. Pobiegł. W przeciwną stronę.

Kip nie cierpiał biegać. Kiedy biegł Ram, to jakby patrzeć na ogara, który goni łanię – same smukłe, twarde mięśnie i płynna siła. Kiedy biegła Isa, to jakby widzieć uciekającą łanię – sama gracja i zaskakująca prędkość. Kip biegł jak dojna krowa człapiąca do obory z pastwiska. Za to nikt się go nie spodziewał.

Dotarł do ciała Rama i rozpędził się na dobre, kiedy usłyszał pierwszy krzyk. Wpadł na skarpę nad rzeką, prawie nie zwalniając. Kiedy już udało mu się rozruszać swoją masę, sporo trzeba było, żeby go zatrzymać.

Uschnięte drzewo z pniem wznoszącym się na wysokość łydki, schowanym niemal całkiem w wysokiej trawie, to było właśnie takie „sporo”. Kip uderzył golenią w drzewo i poleciał do przodu. Przeszorował twarzą po ziemi i przekoziołkował z rozpędu. Z bólu miał przed oczami tylko czerń i czerwień. Przez sekundę myślał, że zwymiotuje, a potem dostał zawrotów głowy. Spojrzał w dół, spodziewając się zobaczyć kość wystającą mu z nogi. Nic takiego. Mięczak.

Łzy popłynęły mu po twarzy. Ręce znowu krwawiły, paznokcie miał zdarte. Słyszał krzyk mężczyzn na moście. Stracili go na chwilę z oczu, ale teraz zbliżali się jeźdźcy. Nie ubiegł więcej niż pięćdziesiąt kroków. Trawa sięgała mu ledwie do kolan. Jeźdźcy mogą go zobaczyć w każdej chwili, a wtedy umrze. Jak Isa.

Słaniając się, wstał mimo płonącej z bólu łydki i łez zamazujących mu widok. Nienawidził siebie. Płakał, bo się przewrócił. Bo był niezdarny. Bo był słaby.

Jeźdźcy wrzasnęli, kiedy tylko wstał. Kip widział już wcześniej konnych króla Garadula przejeżdżających przez miasto, ale nigdy w pełnym uzbrojeniu. Kiedy jechali przez Rekton, zbroje mieli zawsze schowane. Rekton nie był wystarczająco duży, żeby warto było się popisywać. Dwaj jeźdźcy galopujący w stronę Kipa należeli do podrzędnego oddziału kawalerii. Ledwie było ich stać na własne kuce, broń i zbroję; służyli tylko w porze suchej. Amatorzy, mający nadzieję wrócić do domu przed żniwami, z łupami wojennymi i stekiem kłamstw. Obaj mieli na sobie zbroje z paru płyt i kolczugi, lżejsze i tańsze od pełnej zbroi płytowej, jakie nosili lordowie i Lustrzana Gwardia króla Garadula. Były zrobione z sześciu wąskich pasm cienkich, nachodzących na siebie płyt z przodu i nitowanej, najzwyklejsze kolczugi tworzącej plecy i rękawy. Każdy nosił toep, okrągły hełm ze szpikulcem i sępimi piórami, a także czepiec kolczy, chroniący szyję i podwajający grubość zbroi na górnej części piersi. Nie mieli lanc, tylko vechevorale – sierpowato zakrzywione miecze o rękojeści długiej jak przy toporze i jednosiecznej półksiężycowatej klindze z ostrzem po wewnętrznej stronie łuku. Jeźdźcy przepychali się, żeby lepiej się ustawić, śmiali się i zakładali, który skosi dzieciaka.

Śmiech przeważył. Poddać się i zginąć to jedno, ale dać się zamordować jakimś rozchichotanym kretynom to coś całkiem innego. Jednak nie było już czasu. Jeźdźcy przeszli w pełen galop, tratując delikatną, promiennie zieloną trawę, żeby zaraz tak samo stratować Kipa. W końcu rozdzielili się, jeden przełożył vechevoral do lewej ręki, żeby mogli jednocześnie zaatakować chłopca.

Kip rzucił się i skoczył, postanowiwszy sobie, że zmaże pięścią chociaż jeden z tych durnych uśmieszków. Skok kiepsko mu wyszedł i w dodatku Kip za bardzo się z nim pośpieszył, jednak kiedy jego ciało wzniosło się na spotkanie broni, wypełniła go promienna zieleń. Poczuł zalewającą go energię. Kilkanaście źdźbeł trawy wykiełkowało z jego pięści, przebijając skórę, gdy wziął zamach. W miarę jak wylewało się z niego zielone światło, źdźbła pogrubiały na szerokość oszczepów na odyńca i stały się prawdziwymi ostrzami. Cisnął nimi w powietrze, a sam poleciał do tyłu, z powrotem na ziemię. Kilkanaście jaskrawo jadeitowych włóczni uderzyło tępymi końcami w ziemię wokół niego.

Jeźdźcy nie mieli dość czasu, żeby ściągnąć wodze, zanim wpadli na ścianę włóczni. Vechevorale wyleciały im z rąk, gdy konie wpadły na ostrza i oderwały się od ziemi uniesione przez wbite pod kątem włócznie. Siłą rozpędu połamały pierwszy rząd włóczni, ale zaraz odkryły, że dalej jest ich więcej. Jeźdźcy wylecieli z siodeł na czekające już zielone włócznie. Lżejszy nadział się i zatrzymał pięć stóp nad ziemią. Cięższy połamał drzewca i padł płasko na plecy obok Kipa.

Przez długą, idiotyczną chwilę Kip nie miał pojęcia, co się stało. Usłyszał krzyk z mostu:

– Krzesiciel! Zielony krzesiciel!

Spojrzał na ręce. Promienna zieleń powoli ściekała z jego zakrwawionych palców – i miała dokładnie taki sam odcień jak trawa i włócznie. Miał pocięte kostki dłoni, nadgarstki i opuszki, jakby coś wyrwało mu się spod skóry. Powietrze wypełnił zapach żywicy i cedru.

Trochę go zamroczyło. Ktoś klął cicho, zrozpaczonym głosem. Kip się odwrócił.

To żołnierz, który leżał na ziemi obok niego i się wykrwawiał. Kip nie miał pojęcia, że tamten jeszcze żyje. Przeszyły go cztery włócznie, ale teraz znikały, uginając się pod własnym ciężarem, migocząc, jakby na jakimś niepostrzegalnym poziomie gotowały się i rozpadały w nicość. Żołnierz zassał powietrze. To sprawiło, że dwie włócznie w jego piersi się przesunęły. Mężczyzna jęknął i zaklął. Włócznie powoli znikały, zostawiając tylko kredowy, zielony pył, mieszający się z krwią. Mimo kolczego kaptura, który przekrzywił się i zasłonił część twarzy mężczyzny, Kip widział blask jego ciemnych oczu, błyszczących od łez.

Przez kilka chwil Kip czuł, że coś go łączy z żołnierzem. Zieleń była jednością, wzrostem, dzikością i pełnią. Kiedy jednak spłynęła mu z palców, a wielkie włócznie pochyliły się jak więdnące kwiaty, znowu poczuł, że jest sam. Przerażony. Drobniejszy jeździec, który zawisł nad ziemią, upadł teraz z głuchym łoskotem i brzękiem kolczugi. Włócznie zamigotały, rozproszyły się i rozwiały jak ciężki pył.

Kip usłyszał płacz – to był większy jeździec, który nadal przeklinał. Wziął głębszy wdech i gwałtownie zakaszlał, pryskając krwią poprzez kolczugę na twarzy. Obrócił się na brzuch i więcej krwi wypłynęło spod pękniętego toepa.

Kip się odwrócił. Spojrzał w stronę mostu. Królewscy żołnierze zniknęli. Kip zgadywał tylko, że uznali, że jakiś wyszkolony krzesiciel zjawił się chłopcu na pomoc. Może poczekają do zmroku, żeby go ściągać, a może mieli własnego krzesiciela w obozie. Tak czy inaczej, Kip wolał uciec, i to szybko.

Odwrócił się na nogach jak z waty, z piekącymi palcami, i ogłupiały z rozpaczy i wyczerpania ruszył chwiejnym krokiem do gaju pomarańczowego.

Rozdział 9

Gavin Guile śmignął obok klas i koszar, spadając. Wiedział, że wiele osób podbiegnie do okna, żeby zobaczyć, co będzie potem. A zważywszy, że był to pierwszy dzień nauki krzesania dla szaraków, Gavin miał szansę stać się idealną ilustracją jednej z podstawowych lekcji, jakich uczył każdy preceptor.

Preceptor zapalał świecę i kazał uczniom opisać, co się dzieje. To zawsze dawało preceptorom okazję, żeby się poznęcać nad zdumionymi dziećmi, które nieodmiennie mówiły „Pali się”. „Ale co macie na myśli, mówiąc pali się?”. „No, że się pali...”. Wszystko zmierzało do stwierdzenia, że każdy ogień zaczyna się od czegoś namacalnego, a kończy się, gdy nie pozostaje prawie nic namacalnego. Kiedy pali się świeca, gdzie podziewa się łój? Zamienia się w moc, którą odbieramy jako światło i ciepło, a zostawia po sobie pewien osad – ile, to zależy od tego, jak dobrze spala się świeca.

Magia była czymś odwrotnym. Zaczynała się od mocy – światła lub ciepła – a jej wyraz zawsze przybierał materialną formę. Tworzysz luksyn. Możesz go dotknąć, chwycić – albo dać się pochwycić jemu.

W połowie drogi w dół Gavin wykrzesał niebieski czepiec i uprząż z zimnego błękitu nieba z odrobiną zieleni dla większej elastyczności. Czepiec rozwinął się gwałtownie i spowolnił upadek. Kiedy Gavin znajdował się kilka kroków nad ziemią, wypuścił w dół gwałtowny podmuch podczerwieni, który spowolnił go tak, że wylądował na ulicy lekko jak piórko. Czepiec rozpadł się w niebieski pył, zielony żwirek i zapach żywicy, kredy i cedru. Gavin ruszył zamaszystym krokiem do portu.

Znalazł ją w ciągu kwadransa – sama dopiero co zjawiła się w porcie, z torbą przewieszoną przez ramię. Zdjęła mundur Czarnogwardzisty, ale nadal miała na sobie spodnie. Karris wkładała sukienkę tylko raz w roku, na Bal Światłowładców, kiedy tego wymagano. Udało jej się też jakimś cudem ufarbować włosy niemal na czarno, nie będzie więc za bardzo wyróżniać się w Tyrei.

Oczywiście, nie sposób się nie wyróżniać, kiedy ma się takie oczy – jak szmaragdowe niebo usiane rubinowymi gwiazdami. Karris była zielono-czerwoną dichromatką, bez mała polichromatką. Tego „bez mała” nienawidziła przez całe życie. Jej czerwony łuk sięgał tak daleko w podczerwień, że potrafiła krzesać ogień, ale nie potrafiła krzesać trwałego podczerwonego luksynu. Oblała egzamin. Dwa razy. Nie miało znaczenia, że potrafiła wykrzesać więcej podczerwieni niż większość podczerwonych krzesicieli ani że była najszybszym krzesicielem, jakiego Gavin kiedykolwiek widział. Nie była polichromatką.

Z drugiej strony, polichromaci byli zbyt cenni, żeby przyjmować ich do Czarnej Gwardii.

– Karris! – zawołał, biegnąc, żeby ją dogonić.

Zatrzymała się i poczekała na niego nieco zdziwiona.

– Lordzie Pryzmacie – powitała go, jak zawsze poprawna w miejscach publicznych.

Bez wątpienia nie przeczytała jeszcze listu.

Zrównał się z nią.

– Zatem – zaczął. – Tyrea.

– Sama paszcza Siedmiu Satrapii.

Pięć lat, pięć wielkich celów, Gavinie. Wyznaczył sobie cele, kiedy tylko został Pryzmatem, żeby skupić na czymś innym myśli. Siedem celów na każde siedem lat. A pierwszy brzmiał – nieodmiennie od lat – powiedzieć Karris całą prawdę. Prawdę, która mogła wszystko zniszczyć. Co zrobiłem? Dlaczego? I czemu zerwałem nasze zaręczyny piętnaście lat temu.

I za to możesz gnić w niebieskim piekle wieczność, bracie.

– Ważna misja – powiedział.

Wzruszyła ramionami.

– Jak to jest, że ważne misje nigdy nie prowadzą mnie do Ruthgaru albo Krwawej Puszczy?

Zaśmiał się. Ruthgar to najbardziej cywilizowany i najzamożniejszy kraj w Siedmiu Satrapiach i oczywiście jako zielona krzesicielka Karris doskonale czułaby się na Zielonych Równinach. Z kolei sama wywodziła się z Krwawej Puszczy, a nie miała okazji wędrować wśród tamtejszych drzew od lat młodzieńczych.

– Więc może skrócimy tę podróż? Mogę cię tam zabrać łodzią.

– Do Tyrei?! To po drugiej stronie morza!

– To po drodze do koloraka, z którym mam coś do załatwienia.

Poza tym mogę już nie mieć zbyt wielu okazji, żeby znaleźć się blisko ciebie.

Skrzywiła się.

– Mam wrażenie, że ostatnio pojawiło się sporo koloraków.

– Zawsze ma się takie wrażenie. Pamiętasz zeszłe lato, kiedy pojawiło się sześciu w sześć dni, a potem nic przez trzy miesiące?

– Chyba tak. Jakiego rodzaju? – spytała.

Jak większość krzesicieli, szczególnie oburzały ją koloraki jej własnego koloru.

– Niebieski.

– Ach. Więc domyślam się, że zaraz ruszasz. – Karris wiedziała, że Gavin serdecznie nienawidzi niebieskich koloraków. – Czekaj, polujesz na niebieskiego koloraka... w Tyrei? – zdziwiła się, odwracając się i patrząc na niego swoimi niesamowitymi zielonymi oczami z czerwonymi plamkami.

– A dokładnie w okolicy Ru.

Odchrząknął.

Roześmiała się. Miała trzydzieści dwa lata i zmarszczki ledwie rysowały się na jej twarzy – niestety, większość z powodu trosk, nie od uśmiechów – ale nadal miała te same dołeczki. To było niesprawiedliwe. Po wielu latach znajomości uroda kobiety nie powinna już przeszywać mężczyzny na wskroś tak, że nie mógł złapać powietrza. Zwłaszcza kiedy nigdy nie mógł tej kobiety mieć.

– Tyrea leży tysiące mil od Ru!

– Najwyżej kilkaset. I jeśli przestaniesz marnować światło dzienne na spory ze mną, to może zdołam nas przetransportować na miejsce przed zmrokiem.

– Gavin, to niemożliwe. Nawet dla ciebie. A gdyby nawet to było możliwe, nie mogłabym cię prosić...

– Nie prosiłaś. Sam się zgłosiłem. A teraz powiedz mi, naprawdę wolisz spędzić dwa tygodnie na korwecie? Niebo jest czyste, ale wiesz, jak niespodziewanie nadciągają sztormy. Słyszałem, że ostatnio, kiedy żeglowałaś, zrobiłaś się tak zielona, że mogłaś krzesać z własnej skóry.

– Gavinie...

– Ważna misja, co?

– Biel cię za to zabije. Wiesz, ma już wrzód, który nazwała twoim imieniem. Naprawdę.

– Jestem Pryzmatem. Muszą płynąć z tego jakieś korzyści. I lubię wiosłować.

– Jesteś niemożliwy – poddała się.

– Wszyscy mamy jakieś talenty.

Rozdział 10

Kip obudził się, czując zapach pomarańczy i dymu. Nadal było gorąco; wieczorne słońce sączyło się między liśćmi, żeby połaskotać go w twarz. Jakimś cudem dotarł do jednego z pomarańczowych gajów, zanim padł. Popatrzył w dół na długie, idealne rzędy żołnierzy, zanim wstał. Nadal kręciło mu się w głowie, ale zapach dymu oderwał jego myśli od własnej osoby.

Kiedy doszedł do skraju gaju, smród przybrał na sile i powietrze zgęstniało. Kip dostrzegł w oddali rozbłyski światła. Wyszedł z zagajnika i zobaczył słońce zachodzące za rezydencją alkadesy, najwyższym budynkiem w Rektonie. Kiedy patrzył, piękna, głęboka czerwień słońca zamieniła się w coś mroczniejszego, bardziej gniewnego. I wtedy znowu zobaczył światło – ogień. Gęsty dym buchnął nagle w niebo i jak na sygnał zakłębił się nad kilkunastoma innymi miejscami w mieście. W kilka chwil dym rozkwitł szalejącymi płomieniami wznoszącymi się wysoko ponad dachami.

Kip usłyszał krzyki. W pomarańczowym gaju leżał zniszczony, stary posąg. Ludzie z miasteczka nazywali go Połamanym Człowiekiem. Większość posągu rozpadła się w ciągu wieków, które upłynęły, odkąd się przewrócił, ale głowa w znacznej mierze się zachowała. Ktoś dawno temu wyciął schodki w odłamanej szyi. Głowa była wystarczająco wysoka, żeby dało się z niej oglądać wschód słońca ponad drzewkami pomarańczowymi. To było ulubione miejsce schadzek. Kip wspiął się po schodkach.

Miasteczko płonęło. Setki żołnierzy piechoty otoczyły je rozległym, luźnym kręgiem. Kiedy ogień wypłoszył kilku mieszkańców z kryjówek, Kip zobaczył, że jeźdźcy króla Garadula szykują lance. To była stara panna Delclara i jej sześciu synów, pracujących w kamieniołomach. Najstarszy – Micael – niósł matkę przerzuconą przez ramię. Krzyczał coś na braci, ale Kip nie słyszał, co takiego. Bracia biegli w stronę rzeki, najwyraźniej mając nadzieję, że tam będą bezpieczni.

Nie mieli szans.

Jeźdźcy opuścili lance, osiągając pełen galop w odległości może trzydziestu kroków od uciekającej rodziny.

– Teraz! – krzyknął Micael.

Kip usłyszał to z miejsca, w którym stał.

Pięciu braci padło na ziemię. Zalo zareagował za wolno. Lanca przebiła mu się przez plecy i chłopak wyciągnął się na ziemi jak długi. Dwaj inni nadziali się na lance, kiedy żołnierze szybko zmienili kąt ustawienia broni i trafili, chociaż Delclarowie padli płasko na ziemię. Jeździec ścigający Micaela też obniżył lancę, ale nie trafił. Uderzył w ziemię i lanca w niej ugrzęzła.

Jeździec nie wypuścił jej na czas i wysadził się z siodła siłą własnego rozpędu.

Micael podbiegł do żołnierza i zabrał mu vechevoral. Okrutnym ciosem niemal odciął mężczyźnie głowę mimo kilku warstw kolczugi.

Jednakże inni jeźdźcy już ściągnęli wodze i po kilku sekundach las błyszczącej stali zasłonił Kipowi Micaela, jego brata i matkę.

Kipowi zrobiło się niedobrze. Na jakiś sygnał, którego ani nie usłyszał, ani nie zauważył, jeźdźcy uformowali szyk i odjechali galopem w stronę następnych ofiar w oddali. Kip cieszył się tylko, że tamte znajdowały się na tyle daleko, że ich nie rozpoznał.

Wokół reszty miasta piechota powoli zacieśniała krąg.

Matka! Kip patrzył przez kilka minut na płonące miasto i o niczym nie pomyślał. A przecież jego matka tam była. Musiał do niej dotrzeć.

Jak miał się dostać do miasta? Nawet gdyby ominął żołnierzy i ogień, czy matka jeszcze żyła? Poza tym ludzie króla widzieli, w jakim kierunku uciekł. Pomyślą, że „krzesiciel”, którego widzieli wcześniej, to jedyne zagrożenie w okolicy. Z pewnością będą go wyglądać. Może już nawet ktoś na niego polował.

A wobec tego siedzenie w najwyżej położnym punkcie gaju pomarańczowego nie było najmądrzejszym pomysłem.

Jak na sygnał Kip usłyszał trzask łamanej gałązki. To mogła być łania. W końcu zbliżał się już wieczór. W zagajniku kręciło się mnóstwo łani po...

Niecałe trzydzieści kroków od niego ktoś zaklął.

Gadająca łania?

Kip padł na brzuch. Nie mógł oddychać. Nie mógł się ruszyć. Zabiją go. Jak zabili Delclarów. Micael Delclara był duży. Rosły jak dąb. A zabili go.

Rusz się, Kip, po prostu się rusz. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Cały się trząsł. Oddychał płyciutko i zdecydowanie zbyt szybko. Spokojnie, Kip. Oddychaj. Odetchnął głęboko i oderwał wzrok od drżących rąk.

Niedaleko stąd znajdowała się jaskinia. Kip znalazł tam raz matkę, kiedy zniknęła na trzy dni. Od dawna krążyły pogłoski o jaskiniach przemytników w okolicy i za każdym razem, kiedy matce kończyły się pieniądze i mgiełka, szła szukać tych pieczar. W końcu jej się poszczęściło i jakieś dwa lata temu znalazła tyle narkotyku, że nie wróciła do domu. Kiedy Kip ją znalazł, nie jadła od wielu dni. Prawie umarła. Podsłuchał wtedy, jak ktoś powiedział, że przez wzgląd na syna lepiej byłoby, gdyby umarła.

Kip zszedł na ziemię i zaczął biec, starając się, żeby ruiny oddzielały go od człowieka, którego usłyszał. Poruszał się mniej więcej tak szybko jak Sanson, gdyby Sanson biegł, niosąc na plecach drugiego Sansona. Kip biegł więc, starając się być cicho, zygzakiem między prostymi rzędami drzew. I wtedy usłyszał dźwięk, który go zmroził aż do szpiku kości: szczekanie psów.

Napędzany strachem Kip puścił się cwałem. Ignorował ogień w nogach, kłucie w płucach. Już skręcał w stronę rzeki; jaskinia znajdowała się na jej brzegu. Usłyszał żołnierza wykrzykującego przekleństwa, jakieś dwieście kroków za sobą, może mniej.

– Trzymaj psy na smyczy! Chcesz znaleźć krzesiciela, kiedy jeszcze jest światło?

Z każdą minutą robiło się coraz ciemniej. Zatem to dlatego nadal żył. Ponieważ ciemność tłumiła wszystkie kolory i krzesiciele nie byli nawet w części tak potężni nocą jak za dnia. A z powodu dymu i nadciągającego wału czarnych chmur niebo ciemniało szybciej niż zwykle. Gdyby żołnierze spuścili psy, już by go wytropili. Ponieważ nadciągał mrok, w każdej chwili mogą uznać, że czas spuścić psy ze smyczy.

Nagle Kip znalazł się na brzegu. Przydepnął sobie nogawkę spodni i omal się nie przewrócił – w ostatniej chwili podparł się jedną ręką. Zatrzymał się. Jaskinia znajdowała się w górze rzeki, kawałek od miasta, nie więcej jak dwieście kroków. Wziął dwa kamienie, które dobrze leżały mu w dłoniach. Mając jaskinię, która będzie go osłaniała z boków i od tyłu, mógłby... Co mógłby? Umrzeć powoli?

Spojrzał na kamienie w dłoniach. Kamienie. Przeciwko żołnierzom i bojowym psom. Ależ z niego głupiec. Wariat. Spojrzał znowu na kamienie, a potem rzucił jeden na drugi brzeg, w dół rzeki. Drugi rzucił jeszcze dalej. Potem złapał dwa następne, potarł je o ciało i rzucił tak daleko, jak zdołał. Ostatni wpadł z trzaskiem w gałęzie wierzby. Kiepski rzut.

Nie czas zadręczać się własną nieudolnością. Trop Kipa już prowadził w górę rzeki – w kierunku, w którym Kip musiał się udać. Pozostawała mu tylko nadzieja. To była żałosna próba, ale nie miał innego wyjścia. Szedł dalej w górę rzeki, starając się udawać, że nie słyszy coraz bliższego ujadania psów. Potem wszedł do rzeki, uważając, żeby ubraniem nie otrzeć się o suche skały. Wszedł do rzeki przy zakolu, więc za chwilę zniknie za zakrętem.

– Puścić psy! – wykrzyknął znajomy już głos.

Kip znalazł się naprzeciwko wejścia do jaskini. Było niewidoczne z rzeki, zasłonięte przez głazy, które spadły przed pieczarą, ale kiedy tylko wyjdzie z rzeki, zostawi trop wyczuwalny dla psów i mokre ślady doskonale widoczne dla żołnierzy. Nie mógł wyjść z wody. Jeszcze nie. Spojrzał w górę na czarne chmury.

Nie siedźcie tak! Dajcie trochę deszczu!

– W czym kłopot? Co z nimi? – zapytał ostro żołnierz.

– To psy bojowe, panie, nie tropiciele. Nie wiem nawet, czy tropią krzesiciela.

Kip brnął w górę rzeki kolejne kilkaset kroków, gdzie zakole przechodziło w kolejny prosty odcinek, a do wody obsunęło się drzewo rosnące na brzegu. Nic to nie pomoże na trop, jaki zostawiał, ale przynajmniej ukryje wodę, która z niego kapała. Wspiął się na brzeg i zamarł. Jeśli ruszy w dół rzeki, zbliży się do ścigających go ludzi. Jednakże fakt, że żołnierz wspomniał o innych tropach, obudził krztynę desperackiej nadziei w sercu Kipa. Inne tropy mogły oznaczać inne świeże ślady. I gdyby nie psy, jaskinia mogła być najbezpieczniejszym miejscem do przenocowania.

Przełykając ślinę, bo serce już podeszło mu do gardła, skręcił w dół rzeki w stronę jaskini. Miał wrażenie, że poczuł coś zimnego na skórze. Deszcz? Spojrzał na czarne chmury i stwierdził, że musiało mu się wydawać. Doszedł do miejsca przed wejściem do groty.

Dwóch żołnierzy stało niemal dokładnie nad nim. Dwaj inni znajdowali się na drugim brzegu. Po każdej stronie rzeki kręcił się jeden pies bojowy, każdy spokojnie sięgający Kipowi łbem do ramienia. Oba nosiły skórzane, nabijane ćwiekami uprzęże jak ladry dla koni, tyle że bez siodła. Kip padł na ziemię.

– Panie, czy mogę? – odezwał się jeden z mężczyzn. Najwyraźniej otrzymał pozwolenie, bo powiedział: – Krzesiciel pobiegł prosto do rzeki, a potem zawrócił w górę rzeki, zanim wszedł do wody? Wie, że go ścigamy. Myślę, że zawrócił jeszcze raz i poszedł w dół rzeki.

– Kiedy my byliśmy tuż za nim? – powątpiewał dowódca.

– Musiał usłyszeć psy.

I wtedy Kip uprzytomnił sobie coś jeszcze: psy czują też zapach w powietrzu, nie tylko na ziemi. Gardło mu się ścisnęło. Nawet o tym nie pomyślał. Wiało z południowego zachodu. Ścieżka poprowadziła go na wschód, a kiedy rzeka zakręciła – na północ, w idealnym kierunku. Gdyby poszedł w dół rzeki, w stronę miasta, psy natychmiast by go zwęszyły. Skoro dowódca o tym pomyślał, to z pewnością zdawał sobie sprawę i z tego.

– Nadciąga deszcz. To może być nasza jedyna szansa... Załatwmy to szybko.

Gwizdnął i gestem kazał ludziom na drugim brzegu ruszyć w dół rzeki. Natychmiast pobiegli.

Serce Kipa znowu zabiło mocniej. Ześlizgnął się w dół brzegu między dwa głazy, gdzie kryło się wąskie przejście. Wydawało się, że ciągnie się na cztery kroki i zaraz się urywa, ale Kip wiedział, że tylko ostro zakręca. Nigdy w życiu nie odkryłby tego przejścia za pierwszym razem, gdyby nie gryzący, mdląco słodki odór mgiełki wylatujący tamtędy. Orholam jeden wie, jakim cudem odkryła to miejsce jego matka.

Nawet teraz, gdy wiedział, że jaskinia się tam znajduje, Kip z trudem znalazł odwagę, żeby tamtędy przejść. Poza tym, coś mu tu nie pasowało. Nie było tak ciemno, jak powinno. Na dworze zapadła już noc, a Kip zasłaniał przejście, więc w pieczarze musiał siedzieć ktoś z latarnią.

Kip stał nieruchomo, dopóki nie usłyszał, że psy bojowe zaszczekały innym tonem. Znalazły kamienie, które przerzucił przez rzekę. To oznaczało, że niedługo żołnierze odkryją jego podstęp. Ciemność i ciasnota były wręcz duszące. Musiał w końcu coś zrobić.

Przecisnął się przez zakręt i wszedł do otwartej przestrzeni jaskini przemytników. W słabym świetle latarni siedziały dwie osoby: Sanson i matka Kipa. Cali byli we krwi.

Rozdział 11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 24

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 25

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 26

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 27

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 28

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 29

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 30

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 31

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 32

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 33

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 34

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 35

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 36

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 37

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 38

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 39

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 40

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 41

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 42

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 43

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 44

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 45

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 46

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 47

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 48

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 49

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 50

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 51

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 52

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 53

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 54

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 55

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 56

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 57

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 58

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 59

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 60

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 61

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 62

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 63

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 64

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 65

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 66

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 67

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 68

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 69

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 70

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 71

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 72

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 73

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 74

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 75

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 76

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 77

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 78

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 79

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 80

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 81

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 82

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 83

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 84

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 85

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 86

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 87

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 88

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 89

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 90

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 91

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 92

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 93

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 94

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 95

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Dwa lata temu wysłałem moją trylogię Nocny Anioł w świat z typowym uczuciem triumfu i przerażenia. Paliłem się, żeby zostać pisarzem, od trzynastego roku życia. To była moja szansa, ale też ryzykowałem, wystawiając się na krytykę mas. Setki rzeczy mogą zniszczyć debiut i choćby po to, żeby nie być zmuszonym do szukania prawdziwej pracy, potrzebowałem, by mój debiut wypadł lepiej niż większość debiutów. Jednakże codziennie marzenia spalają się na popiół. Wydarzają się tragedie.

Ale też i cuda.

Dlatego moje pierwsze podziękowania są dla Was, Czytelnicy, którzy daliście szansę nieznanemu gościowi z powieścią w stylu ninja. A już w szczególności dziękuję tym czytelnikom, którzy wręczyli moją książkę kumplowi mówiąc: „Spróbuj. Nie, serio mówię, spróbuj”. A już podwójnie szczególnie, z dodatkiem bitej śmietany i wisienką na czubku, dziękuję tym z Was, którzy pracujecie w księgarniach i robiliście to samo od Albuquerque po Perth. Wszyscy zmieniliście moje życie. To ogromny przywilej utrzymywać się z pisania, więc dziękuję Wam.

Kristi, jesteś uosobieniem wdzięku i nieustępliwości. Bez Ciebie nie spełniłbym marzenia i nawet nie chciałbym tego. Dzięki, że masz do mnie tę szaloną, niepraktyczną słabość, szeroką na cal i głęboką na milę.

Don, dziękuję, że walczyłeś o umowy, ale też wiedziałeś, kiedy odmówić. Dziękuję, że wykierowałeś mnie tak, bym pracował z ludźmi, którzy z pasją podejdą do moich książek. Cameron, dziękuję, że wcisnęłaś moją książkę wszystkim nieświadomym jej istnienia na świecie.

Devi, dziękuję, że wykorzystałaś swoje płonące Oko Saurona – nie, nie przeciwko mnie! – ale po kryjomu w moim imieniu. I dziękuję też Wam – Tim, Alex, Jack i Jennifer – obiecałem, że to będzie moja najkrótsza książka, a okazała się najdłuższa, przysparzając wszystkim bólu głowy. Zamiast mnie zlać i wydusić ze mnie następny produkt na taśmę produkcyjną, daliście mi ogromną swobodę. Doceniam Waszą wiarę we mnie i wszystko, co robicie, bym odniósł sukces. Jesteście naprawdę nieulękli i znakomici; cudownie się z wami pracuje.

Dziękuję wszystkim innym osobom z Hachette, od bezimiennych, nieopłacanych stażystów (trzymajcie się!), przez gościa, dzięki któremu komputery działają, Ginę (naprawdę jestem Ci winny kilka porządnych kolacji, prawda?), po cierpliwych ludzi z produkcji, którzy mają dobre powody, żeby mnie nie cierpieć. Jednakże całą tę nienawiść przekazuję mojej redaktorce, Devi. (Ona uwielbia też dostawać niezamawiane rękopisy! Oto jej numer domowy: –––––––– i prywatny e-mail: ––––––@––––––––).

Heather i Andrew, dziękuję Wam za całą Waszą pracę przy forum. Pozwoliliście mi kontaktować się z fanami i nadal mieć czas na pisanie. Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Obawiam się, że nagrodziłem moich przyjaciół i rodzinę, którzy znosili moje rozliczne e-mailowe wiadomości w ciągu ostatnich lat (na ile różnych sposób można napisać „nadal nie sprzedałem książki”?), bycie tak zajętym w ciągu ostatnich dwóch lat, że dla odmiany prawie wcale się nie odzywałem. Jeżeli dziękowałem Wam już w poprzednich „Podziękowaniach”, to dziękuję znowu.

Cody L., Twój entuzjazm jest lepszy od kawy. Shaun i Diane M., dziękuję za Wasze mądre rady i przyjaźń. Scot i Kariann B. – dziękuję za wypady do Red Robina za każdym razem, gdy sprzedaliśmy prawa zagranicą. (Włochy, hura!). Doktorze Jacobie K. dziękuję za niesamowite improwizowane wykłady, delikatne poprawki w tłumaczeniach i „promachosa”. Dziękuję też doktorowi Jonowi L. za słowa „Czy to nie byłoby świetne, gdyby zamiast [tu wstaw oklepany chwyt gatunkowy] bohater zrobił [tu wstaw przeciwieństwo oklepanego chwytu]?”. To nasionko dręczyło mnie latami, Jon. Od tego czasu odkryłem bardzo dobre powody, dla których inni pisarze tak nie robili – i świetnie się bawiłem, robiąc to mimo wszystko. Dziękuję Seiei – kilka tweetów kompletnie odmieniło tę książkę. Dziękuję Nate’owi D., za genialne burze mózgów, i Laurze J.D., za przenikliwe spostrzeżenia w dwóch kwestiach, których nigdy naprawdę nie pojąłem: kobiet i bycia w niewiarygodnie dobrej formie fizycznej. Wszelkie błędy w tej książce to ich sprawka.

Dziękuję napojowi „Rockstar Energy”. Te lata, o które skróciłeś moje życie, pewnie i tak byłyby kiepskie.

A na koniec dziękuję Wam, niewzruszeni w swej ciekawości Czytelnicy, którzy nadal czytacie podziękowania, chociaż nie szukacie tu swojego nazwiska. Książka nie była dla Was wystarczająco długa? Śmiało, wyskoczcie z domu i powiedzcie komuś: „Musisz to przeczytać! Nie, serio mówię. Daj spokój, jest nawet maa-paa!”.

Mapa dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powiernik światła. Księga 4 Powiernik Światła (Księga 3). Okaleczone oko Czarny pryzmat Oślepiający nóż Nocny Anioł. Tom 2. Na krawędzi cienia Nocny Anioł. Tom 1. Droga cienia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona