Futbol jeszcze bardziej obnażony

Futbol jeszcze bardziej obnażony

Autorzy: Anonimowy piłkarz

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI PDF

Ilość stron: 248

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 22.43 zł

Kontynuacja międzynarodowego bestsellera!
Anonimowy Piłkarz powraca. I nie jest sam…

Szpieg w szatni Premier League uderza ze zdwojoną siłą!

Przeżyj imprezę na San Siro z Filippo Inzaghim i Fabio Capello. Znajdź się w jednej szatni z Paulem Gascoigne’em. Przekonaj się, dlaczego piłkarze Chelsea nie poparli kolegi, który oskarżył sędziego o rasizm.

Anonimowy Piłkarz kolejny raz obnaża prawdziwe oblicze futbolu! Walczy o pieniądze z byłym klubem, doświadcza nienawiści kibiców i zastanawia się nad przyszłością po zakończeniu kariery.

Wydawało ci się, że ujawnił już wszystko? Błąd! Szpieg powraca. Nie sam, lecz z kolegami.

Razem zdradzają jeszcze więcej…

Co dzieje się za kulisami Premier League, zazwyczaj tam pozostaje. W tej książce jest wręcz odwrotnie!

***

Czasem śmieszne, czasem smutne, czasem dziwne, niekiedy wręcz żenujące, ale zawsze wciągające kulisy zawodowej piłki. Szczerość bije po oczach. Jak w pierwszej części: autor skrywa przed nami jedynie swą tożsamość. Choć ja, po cichu, mogę wam zdradzić, że jest nim…
Tomasz Smokowski, nc+

Druga część Futbolu obnażonego przynosi mnóstwo smakowitych dykteryjek oraz jedno przekonanie graniczące z pewnością: jeśli jesteś inteligentnym człowiekiem, zapewne dasz sobie radę w życiu, jeśli jednak jesteś inteligentnym piłkarzem, masz na to znacznie większe szanse. Futbol daje tak ogromne możliwości, że większość zwykłych śmiertelników może o takich tylko pomarzyć.
Paweł Czado, „Gazeta Wyborcza”

W pierwszej części odebrał gwiazdom ich boskość i ujawnił mroczne kulisy futbolu. Teraz uderza ze zdwojoną siłą. Jego ciosy mają moc strzałów Roberto Carlosa i precyzję uderzeń Cristiano Ronaldo. Jak podczas piłkarskiego spektaklu – po świetnym meczu teraz czas na emocjonującą dogrywkę i brutalne zderzenie z rzeczywistością. Będzie bolało…
Miłosz Henzel, wydawca Eurosport.onet.pl

Sądziłeś, że futbol został już obnażony? No to przeczytaj… Anonimowy Piłkarz to najlepsze źródło informacji o tajnikach najlepszej ligi świata.
Andrzej Chojnowski, „CKM”

Dla Shakeela, mojego przyjaciela i prezesa TSF.

Dziękuję Ci za wsparcie i pomoc.

Nie będę pracował na farmie Maggie

O nie, nie będę już pracował na farmie Maggie

Budzę się rano

Składam ręce i modlę się o deszcz

Mam głowę pełną pomysłów

Które doprowadzają mnie do szaleństwa

To straszne, że ona każe mi szorować podłogę

O nie, nie będę już pracował na farmie Maggie

Bob Dylan, Maggie’s Farm

MÓJ MĄŻ – ANONIMOWY PIŁKARZ

W zawodowym futbolu może się wydarzyć praktycznie wszystko: dzisiaj możesz się znajdować w blasku fleszy po fantastycznym sezonie, by jutro rozglądać się za nowym klubem z rosnącym poczuciem, że ten wielki świat, który miał się przed tobą otworzyć, wcale nie jest taki wielki. To te zaskoczenia sprawiają, że każdy sezon wydaje się bardziej ekscytujący od poprzedniego.

Jedyne, co mój mąż kiedykolwiek mówił o swojej karierze piłkarskiej, to to, że zmierza na sam szczyt: będzie grał w Premier League. Nie obchodziła go popularność, ale dostrzegał zalety, jakie niosą za sobą sukcesy piłkarskie – mógł na przykład śmiać się z moich znajomych, kiedy się z nimi spotykaliśmy: „Wasze dzieci będą kiedyś miały moje nazwisko na koszulce. Będą oglądać mnie w telewizji i wołać do mnie »wujku«”. Zawsze wiedział, jak pastwić się nad ludźmi wystarczająco mocno, by się od niego odwrócili.

W klubie, który nadal kocha i w którym spędził większą część pierwszego etapu swojej kariery, miał ogromny wpływ na wydarzenia na boisku. Kiedy tam przyszedł, nie mieli nic, a kiedy odchodził, mieli ugruntowaną, solidną pozycję w angielskim futbolu. Tylko nie myślcie, że mówi o tym ze skromnością – jeżeli go o to spytacie, dokładnie powie wam, co sądzi o swoim wkładzie w ten sukces. Był tak ważny, że klub wysyłał go czasem na boisko kulawego. Pamiętam szczególnie jeden taki sezon, kiedy nie było chyba żadnego meczu, z którego nie wróciłby z jakąś kontuzją – zdartą kostką, spuchniętym udem albo ranami i guzami na całym ciele i twarzy. Ale nigdy nie narzekał. Mówił mi: „Najlepsi są najbardziej poobijani. Jeśli będę wracał bez żadnych ran, możesz zacząć się martwić”. W zeszłym sezonie wrócił z 25-centymetrową raną na piszczelu i padł na łóżko. Około 2.00 w nocy poczułam, że zjeżdża ze mnie kołdra – to on przeczołgiwał się do łazienki i ciągnął za sobą naszą kołdrę, która zlepiła się z krwią na jego nodze. Zdążył zniszczyć tyle ładnych kompletów, że już dawno przestałam takie kupować.

Kilka lat temu spędził tydzień w Leicester, gdzie dostał serię zastrzyków w kolano. Podawali mu rohypnol, ponieważ doktor potrzebował go przytomnego, mimo że procedura była wyjątkowo bolesna. Któregoś dnia usłyszałam stukanie do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam go – wyglądał, jakby wrócił z pijackiej bójki. Położyłam go na kanapie i wtedy zadzwonił jego telefon. Wyświetlił się „Lekarz”, więc odebrałam.

Zakomunikowali mi, że uciekł ze szpitala i robią wszystko, co w ich mocy, żeby go znaleźć. Powiedziałam, że jest obok mnie, a lekarz odparł, żeby mieć na niego oko i poczekać, aż zejdzie z niego rohypnol – co po jakimś czasie nastąpiło. Godzinę później wszedł do kuchni, strasznie oszołomiony, i zaczął narzekać, że boli go ramię. Podciągnęłam rękaw i zobaczyłam wystającą igłę od kroplówki.

Pamiętam też, jak pewnego razu popłakałam się ze śmiechu, kiedy lekarz próbował go opatrywać. Był jeszcze w stroju meczowym, a doktor starał się mu założyć 30 szwów na ranę nad okiem. Zanim zaczął, powiedział, że procedurę trzeba wykonać pod znieczuleniem. Jego błąd polegał na tym, że chwilę później rzucił, ot tak, że tylko rugbiści są w stanie wytrzymać zakładanie tak wielu szwów bez znieczulenia. Mój mąż przynajmniej raz stracił przytomność podczas zabiegu, ale kiedy ten wreszcie się skończył, mógł powiedzieć: „Proszę bardzo, doktorku. Moje oko jest zaszyte, a wszyscy rugbiści nadal marzą, żeby być piłkarzami, więc co powiesz następnemu, który tu przyjdzie?”. Trzeba wiedzieć, jak do niego podchodzić, ponieważ wszystko jest wyzwaniem, a jeżeli to on je rzuca, potrafi zrobić wszystko, aby osiągnąć cel.

Oczywiście żadne z nas nie myśli szczególnie ciepło o szkodach, które futbol wyrządził w jego ciele. Wystarczająco źle patrzy się na niego po przegranym meczu, kiedy ma zły humor, ale jeżeli nie może nawet wyjść na boisko z powodu kontuzji, to atmosfera w domu jest naprawdę nieciekawa.

Otrzymywał wyróżnienia od swoich kolegów po fachu i klubów, dla których grał. Odnosił sukcesy i zdobywał trofea, ale kiedy patrzy w przeszłość i podsumowuje czas, jaki spędził na kopaniu piłki, a potem porównuje go z tym, gdzie mógłby się znaleźć, gdyby używał swojej głowy zamiast nóg, to wiem, że czuje się, jakby podjął złą decyzję. Mógł być bardziej szanowany, bogatszy, a przede wszystkim szczęśliwszy. Czuje, że zmarnował ostatnie 15 lat życia. Może się to wydawać aroganckie, ale jest w tym trochę racji.

Żadne z nas nie wiedziało, co stanie się, kiedy zaczniemy utrzymywać się z jego gry w klubie. Po trzech czy czterech latach coś się w nim zmieniło. Był taki… wyobcowany. Na początku myślałam, że stara się być skoncentrowany, ale wiele lat później, kiedy wiedziałam już, że nie traktuje futbolu na serio, nadal był taki sam. Przybrał inną tożsamość i przez większość czasu nie było żadnego sposobu, żeby do niego dotrzeć.

Futbol, tak jak życie, potrafi być czasem absurdalny. Człowiek myśli sobie, że ma wszystko, co mógłby sobie wymarzyć, żeby zaraz odkryć, że to nic nie warte. Kiedy mój mąż trafił do Premier League, nie wiedział już, po co w ogóle gra w piłkę: jego największym celem było granie w piłkę na najwyższym poziomie, a gdy już tam dotarł, nie miał pojęcia, gdzie iść dalej. Przetrwanie to wystarczający cel dla wielu osób związanych z Premier League – piłkarzy, trenerów, fanów, a już szczególnie właścicieli – ale dla niego było to nie do pomyślenia. Wątpię, żeby kiedykolwiek postrzegał sukces w ten sposób, i to go drażniło. Łatwo mówić, ale cóż – właśnie wtedy powinien skończyć karierę. Osiągnął swój cel, kolejnych już nie miał.

Pamiętam, że kiedy go poznałam, miał w sypialni zdjęcie Kurta Cobaina. Wokalista Nirvany leżał na scenie po występie, szlochał, tak jakby dał z siebie absolutnie wszystko i nie miał dokąd pójść. Wtedy pomyślałam tylko, że to fajne zdjęcie wpływowego człowieka, więc nigdy go o to nie pytałam.

Jednak kilka lat temu na drzwiach naszej lodówki pojawił się wycinek z gazety. Wycięty artykuł opisywał wydarzenia, jakie miały miejsce po zwycięstwie Barcelony w finale Klubowych Mistrzostw Świata, które było ostatnim triumfem zespołu Pepa Guardioli w roku, w którym wygrali wszystko, o co grali. W połowie artykułu ktoś podkreślił jedno zdanie żółtym zakreś-

laczem. Asystent Guardioli Tito Vilanova w końcu znalazł trenera pośród tłumu ludzi chodzących po boisku. Guardiola, zapłakany, odwrócił się do niego i powiedział: „I co my teraz zrobimy?”.

To pytanie słyszę teraz bardzo często.

Pani Anonimowa

WSTĘP

Ostatnie kilka lat to dla mnie katorga. Kłóciłem się z klubami, trenerami i prezesami, jednocześnie zmagając się z myślą, że nieubłaganie zbliża się koniec mojej kariery. Jestem w miarę młody i mógłbym jeszcze trochę pograć, ale nadeszła pora, żeby zająć się czymś innym. Mój następny krok, jeżeli zbiorę siły, żeby się na niego odważyć, jest ważny z kilku powodów, między innymi finansowych. Przede wszystkim jest jednak istotny dla mojej psychiki, ponieważ ostatnimi czasy sam jestem swoim największym wrogiem. Mimo wszystkich tych leków na depresję, z którą walczę od ponad dziesięciu lat, coraz trudniej jest mi spędzić cały dzień bez myśli typu: „Kurwa, na co mi to wszystko?”.

Wiem, że niełatwo będzie otworzyć nowy rozdział – nie dlatego, że będę tęsknił za grą w piłkę, ale raczej dlatego, że inni ludzie nie będą mi pozwalali o niej zapomnieć. Byłem na spotkaniach biznesowych, na których omawialiśmy świetne projekty i ciekawe pomysły, w tym strony internetowe, wynalazki, produkty i tak dalej. Wszystkie te spotkania miały jeden wspólny mianownik: nieważne, czy rozmawiam z inwestorem, dyrektorem generalnym, czy projektantem, po dziesięciu minutach rozmowa przeradza się w pogawędkę o piłce, a to sprawia, że czuję się jak smutny klaun, ktoś, kto istnieje tylko po to, żeby zabawiać resztę. To główny powód, dla którego zdecydowałem, że jeśli mam mówić o futbolu, to będę to robił na własnych warunkach. Jeśli ludzie będą uważali to za ciekawe – w porządku. Jeśli nie – żaden problem. Tak narodził się Anonimowy Piłkarz.

Najbardziej jara mnie to, że jako Anonimowy Piłkarz mogę pokazywać, jak naprawdę działa ten „piękny” sport. Zamierzam kontynuować ten kierunek w tej książce. Nie chcę operować banałami, ale niektórych rzeczy naprawdę nie dowiesz się nigdzie indziej.

Jednak nie mogę mówić o piłce bez żadnego kontekstu – muszę też opowiedzieć trochę o swoim życiu: o tym, skąd pochodzę i jak to się stało, że jestem… inny, jak mogliby to ująć niektórzy. To piłkarski eufemizm słowa „kutas” i grzeczny sposób trenera na wytłumaczenie mojemu agentowi, że wyglądam na kogoś, kto będzie wzniecał konflikty i nie będzie pasował do jego zespołu. To prawda, robiłem rzeczy, z których nie jestem dumny, ale nigdy nikogo nie zapewniałem, że jestem harcerzykiem.

Muszę przyznać, że życie piłkarza było dla mnie prawdziwym objawieniem. Doświadczyłem wszystkiego, czego może doświadczyć zawodowy piłkarz w trakcie ponaddziesięcioletniej kariery. Poznałem też sporo wspaniałych historii. Niektóre nadal sprawiają, że płaczę ze śmiechu. Udało mi się zaszantażować kilku piłkarzy, żeby opowiedzieli mi je jeszcze raz na potrzeby tej książki i mam nadzieję, że spodobają wam się tak bardzo jak mnie. Szacunek dla nich za to, że pozwolili mi się na nie powołać, bo zdążyłem już się nauczyć, że nakłonienie piłkarza do współpracy to nie taka prosta sprawa. Jeśli chodzi o moje własne wspomnienia, zmieniłem lub ominąłem kilka szczegółów, żeby chronić winnych.

Nie wszystkie historie opowiadają o wydarzeniach z boiska. Są to po prostu różne sytuacje, które spotkały profesjonalnych piłkarzy. Niektóre są śmieszne, a niektóre niesłychanie smutne i zależnie od tego, jaki jest twój pogląd na piłkarzy, możesz śmiać się z tych smutnych i smucić przez te śmieszne. Moja ulubiona dotyczy bardzo drogiego jachtu, który zwisa, opierając się tylko o rufę, ze skraju pomostu – kiedy tylko sobie to wyobrażam, zaczynam się śmiać, a piłkarze, którzy przy tym byli, uwielbiają o tym opowiadać.

Ta książka mówi też o mojej wyprawie w poszukiwaniu jakiegokolwiek sensu życia oraz nowej pracy. Nie lubię trwonić energii na coś, co miałbym robić wyłącznie dla pieniędzy albo dla zabicia czasu. Chcę czegoś więcej. Jak wiecie, jeśli czytacie moje artykuły, zazwyczaj opisuję punkt, w którym akurat znajduje się moje życie. Mam nadzieję, że zainteresuje was to, jak poszło mi z pisaniem na inne tematy, nieważne, czy chodzi o przypadkowe spotkanie w kawiarni z fizykiem kwantowym, czy o dziwny sen wywołany kilkudniową chandrą.

Poza tym zamierzam opowiedzieć o tym, co wydarzyło się od lata 2012 roku, kiedy opublikowałem swoją pierwszą książkę – Futbol obnażony. Moje życie ma nawyk nabierania niewyobrażalnej prędkości i zmierzania w nieprzewidywalnych kierunkach właśnie w tych chwilach, w których myślę, że w końcu będę miał moment na wzięcie oddechu.

W 2012 roku podpisałem kontrakt, którego się nie spodziewałem. Klub nagle stracił piłkarza w okolicznościach, których nie mogę opisać, i poprosił, żebym zapełnił lukę do czasu, aż wróci. Jeśli mam być szczery, to wcale nie chciałem tam przechodzić, ale właściciele – poza tym, że byli bardzo przekonujący – są też moimi bardzo dobrymi przyjaciółmi. Radość, jaką dał mi sezon w tym klubie, była czymś, czego nie doświadczyłem od lat. Na krótką chwilę przypomniałem sobie, dlaczego kochałem futbol.

Zanim podpisałem umowę, zadzwoniłem do kolegi pracującego w dużej firmie produkującej buty, żeby wysłał mi najnowszą parę tych kolorowych, plastikowych koszmarków, które zaprojektowali. Zawsze był dla mnie miły, mimo że teraz wszyscy mają w dupie, w jakich gram korkach, a już szczególnie mamuśki, które kiedyś co pięć minut pytały mnie o nazwę modelu, żeby kupić taki sam swoim synom. Ale kiedy je założyłem, poczułem się jak w domu – ten zapach, dotyk, rytuał wkładania ich na stopę i zaciskania sznurowadeł, ucisk naprężającej się skóry… To było to. Pomyślałem sobie: „Właśnie kiedy myślałem, że to koniec… oni biorą mnie z powrotem”.

CZĘŚĆ PIERWSZA

DWIE POŁOWY

To, za czym będę tęsknił jako emerytowany piłkarz – i to, o czym z radością zapomnę

NIE CHODZI O PIENIĄDZE

W ciągu ostatnich kilku lat grałem przeciwko dwóm byłym klubom. Pierwszy mecz poszedł nieźle – kiedy schodziłem z boiska, kibice śpiewali moje nazwisko. W drugim było już nieco gorzej, bo ledwo udało mi się uciec ze stadionu. To kolejny przykład tego, jak futbol doprowadza do sytuacji, które są mało komfortowe dla wszystkich uczestników. Nieważne, jakiej drużynie kibicujesz albo dla kogo grasz: prędzej czy później będziesz musiał stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy cię nienawidzą. Gówno, z którym mam ostatnio do czynienia, jest nie do zniesienia.

Kiedy wspominam moją karierę, dochodzę czasem do wniosku, że rozsądniej byłoby zamknąć gębę i nie obrażać niektórych ludzi, klubów czy kibiców. Z drugiej strony nie byłbym wtedy sobą, a w futbolu nie ma nic gorszego niż wazeliniarstwo. Na pewno byłbym teraz bogatszy, ale jestem przekonany, że przeżyłbym załamanie nerwowe. Potrafię być tylko sobą.

Wiedziałem, że będę miał do odbycia sporo niekomfortowych spotkań, bo na przestrzeni lat wkurwiłem całe mnóstwo osób. Czasami z premedytacją, czasami zupełnym przypadkiem… ale efekt zawsze był taki sam. Wielu piłkarzy mówi rzeczy, które denerwują normalnych ludzi, bo pisząc na Twitterze, nie myślą o tym, jakie to ma przełożenie na prawdziwe życie. W rezultacie jedziesz na mecz wyjazdowy, gdzie każdy jest przeciwko tobie, a trybuny domagają się twojej krwi. To nie jest miłe.

Jakiś czas temu, nie po raz pierwszy w mojej karierze, przetrwanie w moim ówczesnym klubie wisiało na włosku. Z dwóch powodów. Po pierwsze, depresja zmogła mnie tak bardzo, że zwyczajnie nie byłem w stanie funkcjonować – ani na boisku, ani poza nim. Długo biłem się z myślami, aż w końcu poinformowałem mojego trenera, że musi ze mnie zrezygnować. Niestety, postanowił dać mi ostatnią szansę. Doceniałem to, że się stara, ale on kompletnie nie zrozumiał sytuacji – i tu właśnie leży podstawowa różnica pomiędzy trenerami, którzy osiągają sukcesy, a tymi, którzy tego nie robią. Dobry trener zawsze myśli o tym, co jest dobre dla jego zespołu, a nie pojedynczego zawodnika. Nie zrozumcie mnie źle: zawsze upewni się, że z piłkarzem wszystko jest w porządku, ale jeśli ten nie może grać, to nie zagra.

Po drugie, klub miał kłopoty finansowe i zalegał piłkarzom kupę forsy. Nie płacili mi tak długo, że powoli zaczynałem się żegnać z moim domem. Cóż – życie. Nie chcę, żeby ktoś mi współczuł i nigdy o to nie prosiłem, bo wierzę w swoją zdolność do wychodzenia z trudnych sytuacji. Ta historia ciągnęła się przez ponad rok. Usłyszałem dziesiątki fałszywych obietnic o przelewie na początku przyszłego tygodnia, siadałem do coraz to nowych negocjacji i podpisywałem kolejne papiery. Ktoś musiał wyciąć cały las, żeby wyprodukować wszystkie te kartki, które mi podsuwali i które nic nie znaczyły.

Równocześnie klub karmił kibiców propagandą – jeżeli piłkarze będą naciskać na wypłatę zaległych pensji, będziemy musieli zacząć postępowanie likwidacyjne. Fani obrócili się przeciwko nam, a kiedy przejeżdżaliśmy przez bramę i szliśmy do szatni, stali za ogrodzeniem boiska treningowego i miotali przekleństwa.

Ludzie potrafią być bardzo odważni, kiedy stoją daleko od ciebie. Któregoś dnia coś mnie tknęło i postanowiłem, że do nich podejdę. Po tym, jak uścisnęliśmy dłonie, powiedzieli mi, że przetrwanie ich klubu jest ważniejsze od indywidualnych interesów. Powinienem być, jak to nazwali, „bohaterem” i uratować klub poprzez zrezygnowanie ze wszystkich pieniędzy, które mi się należą.

– Stary, co ma dla ciebie większe znaczenie? – spytałem jednego z nich. – Twoja rodzina czy ten klub?

Odpowiedział bez chwili zastanowienia.

– Moja rodzina.

– U mnie tak samo – odparłem. – Potrzebuję tych pieniędzy, żeby moja rodzina miała gdzie mieszkać, więc obawiam się, że nie mogę zwyczajnie z nich zrezygnować, bo nie mógłbym wtedy wspierać swojej rodziny, zgadza się? Z czego będę spłacał swój kredyt? Niezbyt rozsądnie byłoby chyba wrócić któregoś dnia do domu i powiedzieć żonie i dzieciom, że machnąłem ręką na dużą kwotę pieniędzy i musimy się wyprowadzić, ale to nic takiego, bo jakiś klub piłkarski, z którym nie łączą nas żadne specjalne więzi, ucieknie od odpowiedzialności za swoje długi.

Nastała cisza, a panowie wyglądali bardzo niepewnie. Nie chciałem ich ośmieszyć; chciałem tylko pokazać im drugą stronę historii, której do tej pory nie znali. Rozmowa toczyła się dalej, ale po chwili nie miałem już wątpliwości, że on i jego kumpel byli podobni do pozostałych kibiców. Nie do końca rozumieją mechanizmy i sytuacje, którymi się tak pasjonują, i niezbyt obchodzi ich los piłkarzy, bo przecież to jasne, że każdy piłkarz jest milionerem, no nie? Nie mówiłem im o różnych sprawach, które nie dają mi spać – na przykład o tym, że potrzebuję tych pieniędzy do zapłacenia dużego podatku albo że bank grozi zajęciem mojego domu. Dla nich byłem tylko chciwym piłkarzyną.

Fani potrafią być bardzo selektywni w decydowaniu o tym, w co chcą wierzyć, ale trzeba przyznać, że w tym konkretnym przypadku napisano naprawdę dużo bzdur na temat zapaści finansowej klubu. Swoje trzy grosze dorzucali do tego właściciele, potencjalni właściciele i byli właściciele. Tak naprawdę jedyną grupą, która siedziała cicho, byli piłkarze. Kiedy teraz o tym myślę, może ta cisza tak denerwowała kibiców, ale jak to w życiu – tak źle i tak niedobrze. Ludzie, którzy ponosili odpowiedzialność za doprowadzenie klubu do ruiny finansowej, byli już dawno gdzie indziej, a piłkarzy linczowano za nadużycia, które miały miejsce, zanim większość z nich w ogóle pojawiła się w klubie. Szaleństwo.

Co gorsza, tamtego lata znalezienie nowego klubu było dla mnie jeszcze trudniejsze niż zwykle, jeśli nie niemożliwe. Niektórzy młodsi piłkarze z miejsca podpisywali nowe kontrakty w dużych klubach za dobre pieniądze. Było ich stać na czekanie, aż klub będzie w stanie zapłacić swoje zaległości, więc chętnie podpisywali umowy o odroczeniu płatności, które klub podsuwał każdemu zawodnikowi. Moja sytuacja była nieco inna, o czym dowiedziałem się od swojego agenta i byłego trenera, z którym utrzymywałem przyjacielskie relacje.

Okazało się, że mój inny były trener, którego szczerze nie cierpię, unicestwił moją pozycję na rynku transferowym. On najwyraźniej czuje wobec mnie to samo, bo każdy telefon, który wykonywał mój agent, spotykał się z tą samą odpowiedzią: „Wiemy, że to niezły zawodnik, ale ostrzegali nas przed nim – sprawia problemy”.

Wiedział, że sytuacja w moim obecnym klubie jest tragiczna; poza tym darzył ten klub nienawiścią z powodów, w które nie będziemy się zagłębiać, ale na pewno miało to dodatkowy wpływ na jego decyzję o ostrzeżeniu każdego trenera, jaki tylko przyjdzie mu do głowy, żeby mnie nie sprowadzać. W rezultacie znalazłem się w pułapce: nie mogłem znaleźć nowego klubu, bo moje imię obsmarowywał jakiś stary, pieprzony pierdziel, i nie mogłem odejść z klubu, w którym się znajdowałem, bo nigdy nie zapłaciliby mi pieniędzy, które byli mi dłużni. Kibice z dnia na dzień robili się coraz bardziej wściekli. Coś musiało pęknąć.

***

Ostatecznie to ja dałem za wygraną – odszedłem z klubu bez żadnych pieniędzy. Za chwilę ruszał nowy sezon, a jeśli miałem znaleźć nowy klub, to musiałem odejść, zanim tamci zarejestrują mnie w rozgrywkach. Byłem zmuszony zaryzykować i założyć, że moja pozycja negocjacyjna nie będzie szczególnie osłabiona przez to, że byłem bezrobotny. Tego obawiałem się najbardziej, a klub o tym wiedział.

Podpisałem pierwszą ugodę o przeniesieniu terminu płatności jakieś sześć miesięcy temu i powiedziano mi, że mam się spodziewać pieniędzy za sześć miesięcy. To oznaczało sześć miesięcy bez żadnego przychodu i bez czegokolwiek, co można by sprzedać, jednocześnie próbując płacić 16 tysięcy funtów miesięcznej raty kredytu hipotecznego i setki tysięcy podatku, nie licząc kar za nieterminowe płatności.

Teraz zapytali mnie, czy nie moglibyśmy przełożyć wypłaty długu jeszcze raz, co oznaczałoby dla mnie pewne bankructwo. Musiałem im powiedzieć, że tego nie podpiszę. Trzymałem się kurczowo faktu, że zalegali mi mnóstwo pieniędzy. Dzięki temu miałem chociaż jakiś argument, kiedy szedłem do banku negocjować swoją hipotekę. Praktycznie rzecz biorąc, klub musiał mi zapłacić, nawet jeśli nie miał pieniędzy. Z dnia na dzień cała sprawa zamieniła się w rosyjską ruletkę.

Swoją drogą w trakcie tej farsy Związek Zawodowych Piłkarzy zachowywał się skandalicznie. Przestraszyli się tej sprawy i uciekli gdzie pieprz rośnie. Kiedy futbol zdejmuje białe rękawiczki i zaczyna grać ostro, Związek Zawodowych Piłkarzy ma wszystkich w dupie, chyba że chodzi o elitarnego zawodnika z topowego klubu. Nie mieliśmy żadnej pomocy ani kontaktu, żadnej porady ani wskazówki. Zostawili nas samych. Sytuacja była tak skomplikowana, że wydawało się, jakby wszyscy, którzy nie są z nią bezpośrednio związani, stanęli z boku i patrzyli, kto ugnie się jako pierwszy.

Na szczęście udało mi się znaleźć klub – duży klub – a premia za podpisanie kontraktu, którą wynegocjowałem, była wystarczająca, żeby zatrzymać dom, przynajmniej na chwilę. Kiedy mieliśmy zagrać z moim byłym zespołem, w głowie kłębiły mi się tysiące myśli. W pewnym momencie zastanawiałem się, czy nie poprosić trenera, żeby mnie pominął, ale to nie w moim stylu i praktycznie natychmiast odrzuciłem ten pomysł. Nie jestem tchórzem, nigdy nie byłem, ale wiedziałem, że będzie ostro – i miałem rację.

Kiedy spiker wyczytał moje nazwisko, po stadionie rozeszły się tak ogłuszające gwizdy, że prawie pękły mi bębenki. Nie potrafiłem skupić się na grze. Wyzwiska stawały się coraz gorsze, aż w końcu ustały. Tak jak zawsze wróciłem do szatni, przebrałem się, wyszedłem ze stadionu i pojechałem do domu, ale czułem i wciąż czuję niesamowitą odrazę do tych fanów i tego klubu. Nic dziwnego, że prawie każdy piłkarz uważa kibiców za kompletnych ignorantów. To prawda, że ta zgraja była zmanipulowana wieloma sprzecznymi informacjami, ale kiedy tylko w ich głowach pojawiały się jakieś wątpliwości, wybierali najprostsze rozwiązanie i obwiniali zawodników.

Później nastąpił ciąg naprawdę interesujących wydarzeń. Najpierw zadzwonili do mnie z banku, żeby powiedzieć, że nastąpiło przeoczenie dotyczące mojego kredytu i przez ostatnie dwa lata płaciłem za dużo. Zamiast 16 tysięcy funtów miesięcznie powinienem dawać im dziesięć i pół tysiąca. Nie było przeprosin. Wręcz przeciwnie – kobieta przydzielona do mojej sprawy zachowywała się tak, jakby czekała na „dziękuję”. Zamiast tego usłyszała ode mnie inne słowo i od tej pory już się ze mną nie kontaktuje.

Drugi uśmiech losu nastąpił dzień po meczu z moim byłym klubem, kiedy zadzwonił do mnie prezes.

– Słuchaj – zaczął. – Nie wiem, czy przyda ci się to jakoś w rozmowach z twoim starym klubem jako element negocjacji, ale kiedy kibice zaczęli śpiewać o tobie tamtą piosenkę, prezes klubu, z którym siedziałem na trybunie dyrektorskiej, wstał i do nich dołączył.

– Żartujesz! – krzyknąłem.

– Nie, stary – odparł. – Musiałem mu powiedzieć, żeby usiadł, i przypomnieć, że jesteś jednym z naszych piłkarzy i powinien przestać się zachowywać jak dziesięciolatek i okazać trochę szacunku.

– Dzięki, stary. Dobrze zrobiłeś – powiedziałem.

– Ta… Ale on usiadł, a po chwili znowu się odwrócił i powiedział: „Tak, ale przecież to tylko [Anonimowy Piłkarz] – zasługuje na to”.

Po obu stronach słuchawki nastała cisza, która trwała całą wieczność, choć tak naprawdę było to jakieś dziesięć sekund. Wtedy udało mi się zebrać jakieś słowa.

– Powtórz, stary – powiedziałem. – Co dokładnie powiedział?

Prezes powtórzył, a ja kompletnie odleciałem. Padło mnóstwo przekleństw, głównie z mojej strony, i kolejne prośby o pełny opis wydarzeń, żebym był absolutnie pewien, że dobrze to rozumiem. Rozłączyłem się i przez jakąś godzinę siedziałem w ciszy, myśląc nad sytuacją. Najgorszą rzeczą, kiedy jesteś wściekły, jest natychmiastowa reakcja. Obecnie staram się przetrawić informacje i przemyśleć kolejny krok. Nauczyłem się tego od przyjaciół, którzy z powodzeniem radzą sobie w biznesie, mimo że jest to wbrew mojej naturze. Uznałem, że najpierw powinienem zadzwonić do mojego agenta, który razem ze mną zajmował się tą sprawą. Opowiedziałem mu całą historię, on zadzwonił do naszych prawników… i zaczęło się piekło.

– Wiesz co? – powiedziałem. – Od miesięcy staję dla nich na głowie. Zgadzam się na przekładanie terminów tych pierdolonych wypłat, z którymi zalegają nam od miesięcy, jeśli nie lat, sprzedałem wszystko, co mam, wystawiłem dom na sprzedaż i tak mi dziękują? Zadzwoń do tego prezesa i powiedz mu, żeby wsadził sobie swój kontrakt w dupę. – (On dalej łudził się, że zgodzę się przełożyć wypłatę). – Powiedz mu, że nie chcę mu pomóc i że cała jego praca poszła na marne. Nie chcę nawet tych pieniędzy, nie chodzi o pieniądze. Po prostu chcę zobaczyć, jak upada. Chcę zobaczyć, co powie kibicom, kiedy upadnie, po całej jego pierdolonej gadce o byciu zbawicielem klubu.

Byłem już wtedy na maksymalnym gazie. Biorę te wszystkie leki, ale dalej potrafię być mściwym gnojkiem, kiedy mnie poniesie.

– Teraz najważniejsze – powiedziałem. – Powiedz mu, że jutro rano każda gazeta w kraju będzie miała artykuł o tym, co powiedział na trybunie podczas ostatniego meczu, i każdy dowie się, że klub upadł dlatego, że nie potrafił zamknąć gęby i nie popisywać się przed kumplami. Powiedz mu, że mój prezes pozwoli gazetom, żeby go zacytowały.

To ostatnie zdanie było stuprocentowym kłamstwem, ale całą resztę mówiłem zupełnie serio.

20 minut później oddzwonił do mnie prawnik.

– Prezes klubu zaprzeczył wszelkim twoim oskarżeniom. Powiedział, że dał się ponieść emocjom i być może pod wpływem chwili powiedział coś, czego nie powinien, ale to wszystko.

– W porządku. To powiedział to czy nie? – spytałem.

Zignorował mnie.

– Ponadto chciał, żeby ci przekazać, że uważa cię za świetnego zawodnika i docenia wszystko, co zrobiłeś, żeby pomóc mu uratować klub. Rozumie twoje poświęcenie finansowe, tak jak innych piłkarzy. Poprosił, żeby cię przeprosić za swój wybryk, i jeszcze raz podkreślił najmocniej, jak się da, że klub nie ma pieniędzy i nie przetrwa, jeśli wszyscy piłkarze nie podpiszą dokumentów dotyczących przełożenia płatności, które zostały wysłane mailem.

– Cóż, a więc taką mamy sytuację, tak? Powiedz mu, że właśnie przepierdolił ostatnie dwa lata swojego życia, bo nigdy tego nie podpiszę. Chcę zobaczyć, jak upada, i chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że klub upadł z powodu jego słów na trybunie. Przed końcem tygodnia jego nazwisko będzie wydrukowane obok słów, które wypowiedział, w każdej gazecie w kraju, dokładnie tak samo, jak robił to klub, kiedy próbowali wskazać winnych wśród najlepiej zarabiających.

– Chwilkę – powiedział prawnik. – Moim obowiązkiem jest cię poinformować, że powinieneś podpisać ugodę o przełożeniu płatności, jeżeli chcesz mieć jakąkolwiek szansę odzyskania pieniędzy, które klub jest ci dłużny.

– Rozumiem – odparłem. – I wiem, że ty też mnie rozumiesz. Tu już nie chodzi o pieniądze, bo przez niego ta sprawa stała się osobista. Więc proszę, wróć do niego i powiedz mu, że nie podpiszę tej ugody. Znasz mnie. Wiesz, jaki potrafię być poważny. Jestem śmiertelnie poważny.

30 minut później znów zadzwonił telefon.

– Jesteś sam i siedzisz na czymś? – spytał prawnik.

Nie byłem i nie siedziałem, ale skłamałem:

– Tak.

– Właśnie zadzwonili do mnie przedstawiciele klubu – powiedział. – Poprosili mnie, żeby jeszcze raz przekazać pełne i szczere przeprosiny, oraz poinstruowali mnie, żeby poinformować o ich ofercie wynoszącej pełną kwotę zaległych płatności.

– Żartujesz?

– Nie – odparł. – Nie żartuję. Ale jest jeden warunek.

– OK. Co to za warunek? – spytałem.

– Na litość boską, nie wydawaj tego prezesa gazetom. Znam cię, oni też cię znają i wszyscy jesteśmy teraz trochę zmartwieni. Chyba nie dzwoniłeś jeszcze do żadnych dziennikarzy?

– Nie – znowu skłamałem. Cóż, jeśli wejdziesz między wrony…

Pozwólcie, że wyjaśnię wam, jak wielki był to przełom. Klub publicznie, w bardzo otwarty sposób ogłaszał, że w kasie panuje zupełna pustka i że sytuacja jest dramatyczna. Poprosili nawet kibiców o duże darowizny na rzecz ratowania klubu. Najwyraźniej były to bzdury. Problem w tym, że na tak śliskim etapie negocjacji musisz żonglować tak wieloma czynnikami, że potrzebujesz naprawdę stalowych nerwów. Moja siła polega na tym, że zawsze trzymam nerwy na wodzy tak długo, aż wszystkich dotknie szkoda, w tym mnie. Jeśli jesteś na to gotowy, to zawsze poznasz prawdę. Inna sprawa, czy ta prawda w jakikolwiek sposób ci się przyda.

Musiałem jednak zrobić też coś, co niezbyt mi pasowało. Nie mam nic przeciwko sprzeciwianiu się władzy, ale sumienie nie pozwala mi sprzedać własnej matki. W tym przypadku musiałem zrobić wyjątek. Wielu byłych kolegów z drużyny, którzy znajdowali się w tej samej sytuacji, dzwoniło do mnie i pytało, co zamierzam zrobić (zawsze to robią, ale wyłącznie dlatego, że nie bełkoczę tak jak niektórzy), a ja odpowiadałem nie tylko, że ugoda to nasza najlepsza szansa na zobaczenie pieniędzy, ale też, że już ją podpisałem. To nic osobistego, jak mawiają. Lubię kilku tych chłopaków, ale odpowiadam, jak już tłumaczyłem, za swoją rodzinę. A to była dramatyczna sytuacja: na szali był dom Anonimowych.

Skończyło się na tym, że zgodziłem się na propozycję, zaakceptowałem przeprosiny prezesa i obiecałem, że nie rzucę go gazetom na pożarcie. A wiecie, gdzie poszły wszystkie te pieniądze? Do urzędu skarbowego. I tak nie wystarczyło na pokrycie całego podatku.

Tak skończył się jeden z najbardziej przygnębiających etapów mojego życia. Nigdy więcej nie chciałbym przeżywać tego ponownie – chciałem już tylko grać w piłkę. Jednak czasami sprawy nie układają się po twojej myśli i tracisz tę prostą przyjemność. Możesz wtedy beczeć i narzekać, że masz pecha, albo się wyprostować i walczyć z nadzieją, że ludzie poznają prawdę.

W tamtym klubie dalej mnie nienawidzą i nie mam z tym problemu. Nie jest to najprzyjemniejsza rzecz w moim życiu, ale jestem dużym chłopcem – poradzę sobie. Tylko niech wiedzą, że gdybym nie przekonał reszty zawodników do podpisania ugody o przełożeniu płatności, nie mieliby swojego klubu, któremu mogą teraz kibicować, ani krzesełka, z którego mogą mnie teraz wyzywać.

Tales From The Secret Footballer

Copyright © The Secret Footballer 2013

First published in 2013 by Guardian Books

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Piotr Czenicki-Sochal,

Antoni Bohdanowicz 2015

Redakcja i korekta – Joanna Mika, Mateusz Celer

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – Shutterstock, Inc. / Sergey Peterman

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana

ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-304-4

ISBN MOBI: 978-83-7924-303-7

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Mój mąż – anonimowy piłkarz

Wstęp

Część pierwsza. Dwie połowy

Część druga. Co dalej?

Część trzecia. Oczywiste oczywistości

Epilog. Prawdziwy sens futbolu

Strona redakcyjna

Galeria sportowych książek

Szukaj w dobrych księgarniach i na

www.labotiga.pl

www.wsqn.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Futbol jeszcze bardziej obnażony Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila