W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu

W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu

Autorzy: Renata Lis

Wydawnictwo: Sic!

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 19.23 zł

W lodach Prowansji to pierwsza w Polsce książka o życiu Iwana Bunina - pisarza, wokół którego narosło mnóstwo nieporozumień. Jego miłość do Galiny Kuzniecowej i późniejszy związek Kuzniecowej z Margaritą Stiepun; co się stało z pieniędzmi z Nagrody Nobla; prawdziwy stosunek Bunina do Rosji po drugiej wojnie światowej; nagonka na niego prowadzona przez agenturę sowiecką we Francji i Stanach Zjednoczonych - to tylko niektóre z wielu tematów poruszonych w tej fascynującej książce. Nie jest ona biografią w klasycznym sensie, to raczej pełna przygód i odkryć podróż przez życie Bunina na wygnaniu, którą autorka - wyposażona, oprócz wiedzy literaturoznawczej, także we wrażliwość i pamięć historyczną - odbyła w roku 2013 i 2014, w czasie wojny rosyjsko-ukraińskiej. 

Jest początek lat 40., Niemcy zajmują Francję, a Bunin obserwuje to z Grasse na Riwierze. Za sobą ma wszystko, co kiedyś dawało mu siłę: starą Rosję; miłość; sukces literacki. Odkrywamy jego dawne i obecne tajemnice: autorka sugestywnie przedstawia rozwijany wewnątrz małżeństwa z Wierą Muromcewą romans Bunina z poetką Galiną Kuzniecową, która w końcu opuściła go dla kobiety; towarzyszy mu w podróży do Szwecji po Nagrodę Nobla; pokazuje go, jak rozebrany do naga i głodny pracuje nad prozą miłosną z tomu Ciemne aleje, klnie jak matros i rzuca się z nożem rzeźnickim na André Gide'a. 

W tej wielowarstwowej opowieści często słychać głos samych bohaterów - przede wszystkim za sprawą dzienników Kuzniecowej, Muromcewej i Bunina, których obszerne fragmenty można tu przeczytać po raz pierwszy.

Copyright © by Renata Lis, Warszawa 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015

Projekt okładki i stron tytułowych

Jacek Staszewski

Redakcja

Magdalena Łobodzińska

Korekta

Zespół

Książka napisana dzięki stypendium twórczemu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Wydanie pierwsze

Warszawa 2015

Wydawnictwo Sic!

00–724 Warszawa

ul. Chełmska 27 lok. 23

tel./faks: 022 840 07 53

e-mail: biuro@wydawnictwo-sic.com.pl

http://www.wydawnictwo-sic.com.pl

Znajdziesz nas również na:

Uprzejmie informujemy, że tekstów niezamówionych nie odsyłamy i nie przechowujemy.

ISBN: 978-83-61967-87-3

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

OD AUTORKI

TRZYDZIEŚCI WALIZEK

JAN

W LODACH PROWANSJI

RIKKI-TIKKI-TAVI

GWIAZDA WIELOKROTNA. WYPISY Z TRZECH DZIENNIKÓW Z LAT 1927–1933

LA BOMBE GLACÉE

MODLITWA O UWOLNIENIE

DROGA DO FOSSE COMMUNE

PUSZKA SARDYNEK

DROGA DO FOSSE COMMUNE

KARTKI Z OKUPOWANEGO PARYŻA

„ZNAJDŹCIE DOBRYCH I BOGATYCH LUDZI”

COŚ W RODZAJU HARAKIRI

„ŚWIAT GINIE”

GNIAZDO CEKAEMU

PALCE POPĘKANE OD ZIMNA

KLUCZE

PAŁAC ZIMOWY

CZUŁOŚĆ DO NIEJ AŻ DO ŁEZ

„ZACZNĄ ZJADAĆ WRONY”

KARTOSZKA AETERNA

FAZY GŁODU

WIERSZYK DLA OLECZKI, 8 VII 1941

WARZYWNIK ŁOSIA

OGRODNIK

DYŻURY PRZY GARNKACH

PUDEŁECZKA Z SODĄ

DRAMAT W KUCHNI

LIST DO STALINA

Z WORKIEM NA PLECACH

LEW I GAZELA SYJONU

MUNSZTUCZEK I JARMUŁKA

ZIEMIA I LUDZIE

DOBCZYŃSKI I BOBCZYŃSKI

„UCAŁOWAŁEM JE, PORWAŁEM I SPALIŁEM”

SIEDEMDZIESIĄTE URODZINY

TOŁSTOJ Z BUTELKĄ DŻINU

„NIE WOLNO MI TAK PIĆ”

CIAŁO KOBIETY

ZDANIE Z FLAUBERTA, SKOK Z MOSTU

CZERWONY OŁÓWEK

PRZESZUKANIE

„WSZYSTKO TO BARDZO ŹLE MÓWIĘ”

WALIZKI Z LEKARSTWAMI

„A CÓŻ TO TAKIEGO”

SZCZUROŁAP

NÓŻ RZEŹNICKI

Z WORKIEM NA PLECACH

WIERSZYK DLA OLECZKI, 22 IX 1941

SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ KILO

OSZALAŁA PLANETA

ZNIKANIE

CIEMNE ALEJE

CIAŁO PISARSKIE

PISARZ W ZAPOJU

PIÓRA

„PROSZĘ NIE ZAPOMNIEĆ”

NA WODZIE

NIEBO

„WIEŹLI GO CAŁEGO WE KRWI”

TAJEMNICZE TRÓJKĄTY

RÓŻA JERYCHA

RÓŻA JERYCHA

W KLASZTORZE MARTY I MARII

ŻYCIE

NIEMCY W KIJOWIE

TATARZYN FIEDIA

„A PAN PEWNIE JEST MARYNARZEM?”

WARGA BŁOKA

WNUCZKA PUSZKINA

WIERSZYK DLA OLECZKI, 30 III 1942

ŻYDOWSKIE DNI

LIBERMAN

MODLITWA

ZNOWU WALIZKI

ONA ODCHODZI

CZYTAJĄCA GILOTYNA

I JESZCZE RAZ WALIZKI

ŻYCIE

KRZYŻ TRUWORA

KALENDARIUM ŻYCIA I TWÓRCZOŚCI BUNINA

PRZEWODNIK PO WYBRANYCH POSTACIACH DRUGIEGO PLANU

NOTA O PRZEKŁADACH

WYBÓR ŹRÓDEŁ

OD AUTORKI

Książka W lodach Prowansji opowiada o życiu Iwana Bunina w latach 1940–1944, które pisarz spędził na południu Francji. Okres ten nie byłby jednak dla Czytelnika w pełni zrozumiały, gdybym nie wybiegała w przeszłość i w przyszłość, ukazując miejsca rozpoczęcia i zakończenia wątków. Może to stwarzać pewną trudność w lekturze, ponieważ opisywane przeze mnie zdarzenia rozgrywają się na ogół w tym samym miasteczku Grasse, ale w dwóch różnych domach i dwóch różnych czasach – w willi „Jeannette” w latach czterdziestych oraz w willi „Belweder” w latach dwudziestych i trzydziestych (ponadto wspomniana jest jeszcze trzecia willa – „Montfleuri”) – a oprócz tego również w Paryżu i Sztokholmie. Ponieważ książka rozwija się przy tym według własnej wewnętrznej logiki i nie ma układu chronologicznego, szczególnej wagi nabierają określenia miejsca i czasu akcji.

Tak samo jak w Ręce Flauberta, tutaj również nie będzie przypisów (z wyjątkiem kilku tłumaczeń z francuskiego), nie jest to bowiem książka naukowa (choć korzysta z dorobku literaturoznawstwa), a ponadto tych przypisów musiałoby być wiele i w większości odwoływałyby się one do niedostępnej w Polsce literatury w języku rosyjskim, którą sprowadziłam z Rosji i Francji na własną rękę. Zbiorczą Notę o przekładach oraz Wybór źródeł można znaleźć na końcu książki.

Być może ku swemu zdziwieniu, Czytelnik nie raz przeczyta u mnie o Narbonie (w rodzaju męskim), Grassie i Kannach, zamiast o Narbonie (w rodzaju żeńskim), Grasse i Cannes. Używam tych form z prostego powodu: z rozmysłem posługuję się domowym językiem Bunina i jego bliskich, co oznacza – na przykład – że przejęłam zdrobnienia, którymi oni nawzajem siebie nazywali (Gala, Marga, Lonia), podobnie jak nazwę „Kubusiowy zaułek” (po rosyjsku – Jaszkin pierieułok) na oznaczenie paryskiej rue Jacques-Offenbach, a w cytatach zachowałam ruszczone przez nich na co dzień nazwy francuskich miejscowości. Tylko imię „Jan”, którego w stosunku do Bunina używała jego żona Wiera Nikołajewna, podaję w cudzysłowie, zaznaczając w ten sposób jej wyłączne prawo do tego miana.

Zdecydowałam ponadto, że tytuły książek – wszędzie poza Wyborem źródeł – będę podawała w brzmieniu polskim, nawet jeśli książki te nie były wcześniej tłumaczone na język polski, uważam bowiem, że Czytelnik nie powinien potykać się w lekturze o obcy język – najczęściej rosyjski – którego znać nie musi. Natomiast w Wyborze źródeł tytuły książek nietłumaczonych na język polski podaję w brzmieniu oryginalnym, w tym tytuły i nazwiska rosyjskie – w transkrypcji polskiej. To samo dotyczy występujących czasem w tekście słów i wyrażeń rosyjskich, które zapisuję zgodnie z regułami transkrypcji – z wyjątkiem kilku miejsc, w których świadomie zachowałam cyrylicę, i kilku innych, w których z pewnych powodów zasad transkrypcji nie trzymam się ściśle (na przykład: nada zamiast nado, prastor zamiast prostor). W transkrypcji podaję również tytuły czasopism.

Oprócz Bunina i osób mu najbliższych w książce pojawia się też wiele drugoplanowych i przypuszczalnie mniej znanych niektórym Czytelnikom postaci historycznych. Dlatego, by nie obciążać tekstu objaśnieniami biograficznymi, część z nich zebrałam w Przewodniku po wybranych postaciach drugiego planu. Umieściłam w nim – tylko – te postaci, które odegrały w życiu Bunina pewną rolę, a nie zostały wcześniej przedstawione, oraz osoby, które wprawdzie w książce jedynie wspominam, ale ich życiorysy wnoszą coś ciekawego. Założyłam bowiem, że nie wszystkie pojawiające się w tekście nazwiska wymagają – z różnych względów – informacji biograficznej. W notach z Przewodnika można znaleźć wiadomości podstawowe (ale nie w każdym przypadku tego samego rodzaju), ważne (z punktu widzenia tej opowieści – w pewien sposób ją dopełniające lub rozjaśniające) i ciekawe (a trudno dostępne w polskich źródłach), jednak nie są to biogramy encyklopedyczne. Nie zawsze są też obiektywne – tutaj, tak samo jak w całej książce, często patrzę na postaci oczami Bunina, trzymając jego stronę. Całości dopełnia zwięzłe Kalendarium jego życia i twórczości.

Całość ta wiele zyskała dzięki pomocy osób, którym pragnę tu podziękować. Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć zwłaszcza (w kolejności alfabetycznej): Aleksander Bondariew, Elżbieta Czerwińska, Anna Lis, Magdalena Łobodzińska oraz Ewa i Jarosław Rymkiewiczowie.

Renata Lis

TRZYDZIEŚCI WALIZEK

Upalny letni dzień nad Dnieprem. Łachy piasku naprzeciw Podołu są czarne od kąpiących się. Chwackie łódki dowożą ich tu wciąż z drugiego brzegu. Duże białe obłoki, blask wody, niemilknący pisk, śmiech, krzyki – kobiety rzucają się do wody, biją nogami, przekomarzając się w różnokolorowych rubaszkach, namokłych i wzdymających się pęcherzami. Ci, którzy już się wykąpali, rozpalają na brzegu ogniska, jedzą przywiezione kiełbasy i wędliny, zawinięte w przetłuszczony papier. A dalej, przy jednej z takich mielizn, wśród zgniłych traw, bezgłośnie kołysze się w wodzie napęczniały trup w czarnym garniturze. Tułów półleży na brzegu na wznak, a dolna część ciała, uciekająca do wody, kołysze się miarowo – i tak samo porusza się, to wypływając na powierzchnię, to się zanurzając, oklapnięty biały burak w rozpiętych spodniach trupa. I jedzące kobiety ostro, ze śmiechem coś wykrzykują, rzucając spojrzenia w jego stronę.

To upokarzające wspomnienie z 1918 roku – Bunin przypłynął wtedy z żoną do Kijowa z Homla, w drodze z opanowanej przez bolszewików Moskwy do Odessy – mogło dogonić go latem 1940 roku, przyniesione przez rzekę pamięci aż do departamentu Alpes-Maritimes, do pachnącego olejkami francuskiego miasteczka Grasse, na wpół zanurzone w mętnych wodach. Wzdęty trup zabitego w wojnie domowej mężczyzny mógł chcieć towarzyszyć Buninowi w jego kolejnej – trzeciej już – ucieczce, mógł chcieć dorzucić swoje napęczniałe zwłoki do tych trzydziestu sztuk bagażu, którymi wyładowany był samochód uchodźców. A Bunin nie mógł nic na to poradzić, ponieważ nad trupem swojej przeszłości od dawna nie miał władzy, więc starał się tylko, nagle pobladły, żeby ten ociekający wodą nadliczbowy pasażer nie zwrócił na siebie uwagi pięciu kobiet, które uciekały razem z nim, oraz wynajętego szofera. Męczył się z trupem sam. „Zapiąłbyś przynajmniej spodnie, skoro nie chcesz wysiąść! Jedzie z nami mała dziewczynka! – tak mógł go besztać na postojach, kiedy nikt nie słyszał. A potem: – Nie miej do mnie żalu, mój drogi, ale chciałbym już cię zapomnieć, i chciałbym również zapomnieć tamte baby z gębami pełnymi kiełbasy, które tak haniebnie ci wtedy urągały, i tamtą kminkówkę pitą w pociągu między Moskwą a Wiaźmą, i tamtą Orszę i Mińsk, i tamte zarzygane tory, i tamtego Niemca w mundurze, który nareszcie walił po pysku jakiegoś bolszewika, i tamten przedział dzielony z dziesięciu polskimi oficerami, i w ogóle całą tamtą podróż na południe, i cały następny nasz rok w Odessie, i pierwsze miesiące tysiąc dziewięćset dwudziestego także chciałbym”. – „Jan, z kim ty rozmawiasz?” – mogłaby wtedy zapytać Wiera Nikołajewna, jego żona, a po tych słowach zapadłoby dłuższe milczenie.

Z Grasse wyjechali 16 czerwca 1940 roku, tego samego dnia, kiedy marszałek Philippe Pétain został premierem ewakuowanego z Paryża do Bordeaux rządu Francji. Ruszyli o dziesiątej rano – Bunin z Wierą, Galina Kuzniecowa ze swoją miłością Margaritą Stiepun, Lala Żyrowa z córeczką Olą oraz trzydzieści walizek i wspomnienia. Nie wiedzieli, czy jeszcze wrócą „na Żanetę” – tak nazywali willę, która nosiła francuskie imię „Jeannette” – więc zabrali ze sobą wszystko. Wiadomo było, że uciekać trzeba na zachód, poza tym żadnych określonych planów nie mieli. Wynajętym za ponad dwa tysiące franków zdezelowanym autem z kierowcą zamierzali dojechać do Nîmes, stamtąd pociągiem do Tuluzy i dalej w Pireneje, ewentualnie do Lafrançaise, małej miejscowości przy drodze do Bordeaux, w której mąż Lali Żyrowej miał farmę. Na tej farmie albo gdzieś u sąsiadów można było przeczekać najgorsze, ale raczej tylko w ostateczności, ponieważ nie było tam ani bieżącej wody, ani światła, ani posłań. Niemniej, kiedy świat wypada z ram, wtedy każde pewne schronienie jest na wagę złota, a legendarna „farma Żyrowa”, choć pozbawiona wygód, miała właśnie tę zaletę, że dawała oparcie rozhuśtanej wyobraźni.

Z całej szóstki uciekać musiała tylko Margarita (nazywana też Margo i – w domu Buninów – Margą), ponieważ zamiast bezpaństwowego paszportu nansenowskiego miała paszport niemiecki (jej dziadek ze strony ojca był Niemcem z Prus Wschodnich) i kiedy 10 maja 1940 roku rozpoczęła się już nie dziwna, tylko normalna wojna Niemiec z Francją, ta Bogu ducha winna rosyjska śpiewaczka automatycznie stała się dla Francuzów podejrzana, aż w końcu – 13 czerwca – żandarmeria francuska nakazała jej przed upływem doby opuścić Grasse. Był to swoisty akt łaski, który Marga zawdzięczała między innymi poręczeniu Bunina – bez niego groziłoby jej internowanie. Pozostałym mieszkańcom „Żanety” – czyli Buninowi z Wierą, Galinie i Lali z Oleczką – status persona non grata na tym etapie wojny jeszcze nie groził, również przebieg działań wojennych nie zmuszał do bezzwłocznego wyjazdu: Niemcy wprawdzie zdobywali Francję milowymi krokami, przekroczyli już Sekwanę w jej dolnym biegu i nieubłaganie oskrzydlali Paryż, ale z perspektywy południa wciąż działo się to gdzieś daleko, a Włosi, którzy 10 czerwca przystąpili do wojny po stronie Hitlera i przypuścili atak w kierunku Nicei, nie odnieśli żadnych sukcesów i wkrótce utknęli na dobre w okolicach Mentony. Tak więc, nie licząc ogólnego wojennego rozedrgania, które „nasi” – w odróżnieniu od rodowitych Francuzów – odczuwali już od września 1939 roku, tylko uporczywe włoskie naloty na nieodległą Szwajcarię i południowe wybrzeże Francji mogły ich wtedy bezpośrednio niepokoić.

Jechać czy nie jechać, a jeśli jechać, to dokąd – wahali się codziennie przez część maja i połowę czerwca, bez przekonania pakując rzeczy. Najbardziej niezdecydowany ze wszystkich był Bunin – intuicja wyraźnie nie kazała mu w tamtej chwili ruszać w drogę i być może powinien był tej intuicji posłuchać. Męczący dylemat rozstrzygnęli w końcu francuscy żandarmi, kiedy wypędzili Margę z Grasse – na tę wieść Galina z pewnością oświadczyła, że pójdzie na wygnanie razem z ukochaną, a Wiera Nikołajewna, która z natury nie była zdolna do reakcji innych niż szlachetne, na pewno bez większego trudu przekonała męża, że w tej sytuacji muszą wyjechać całą szóstką, zwłaszcza że Marga z Galą nie miały pieniędzy nie tylko na podróż gdzie oczy poniosą, ale też na bieżące potrzeby.

Właśnie w taki sposób prawie siedemdziesięcioletni Bunin znalazł się w wynajętym za ciężkie pieniądze gruchocie obok pięciu niezaradnych życiowo kobiet, trzydziestu walizek i chmary wspomnień, które wlokły się za jego wyciągniętym z wody towarzyszem z Kijowa jak zgniłe trawy. Wiera Nikołajewna, która śledzeniu nastrojów męża poświęcała tyle samo uwagi, ile on poświęcał obserwacjom pogody, od razu spostrzegła, że „Jan” jest inny niż wtedy, kiedy uciekali z Moskwy do Odessy, a także inny niż wówczas, kiedy na zawsze opuszczali Rosję, z Odessy uciekając do Francji. Wtedy był energiczny i zdecydowany, intuicja podpowiadała mu, kiedy i dokąd jechać, więc śmiało wyznaczał cele i kierunki. Tak było w maju 1918 roku, kiedy z wieczoru autorskiego w Tambowie, prócz worków mąki i kaszy, przywiózł do Moskwy także pewność, że trzeba uciekać na południe, i tak samo było również na przełomie stycznia i lutego w roku 1920, kiedy – pomimo że trafił im się pijany dziadyga, który ciągnął ich rzeczy do portu chwiejnym zygzakiem – zdążyli zaokrętować się na stateczku „Sparta” w ostatniej chwili przed nadejściem bolszewików, w huku zbliżającej się do Odessy artylerii.

Teraz „Jan” nie tylko wydawał się zaskakująco niepewny, ale też ociągał się z pakowaniem i w ogóle sprawiał wrażenie, że jest nieobecny duchem. Bo też żył czymś zgoła innym i dużo przebywał w sobie samym. Całymi godzinami, najczęściej w łóżku, rozmyślał o swoim minionym życiu i o tym, co na pewno go już nie spotka, jak choćby wyprawa w Himalaje, a także o tym, jak to będzie, kiedy jego już nie będzie, a słońce nadal będzie wstawać; przeglądał pożyczone z biblioteki w Nicei rosyjskie czasopisma z końca ubiegłego wieku i kawałek po kawałku odpominał siebie młodego, który kiedyś to wszystko czytał pierwszy raz; testował na sobie cudze utwory z różnych epok, oglądał je pod zimne światło wieczności, pytając, czy były dobre oraz czy były konieczne, i w swoim dzienniku zapisywał wyniki, na ogół niezadowalające. I mimo że pilnie śledził postępy kolejnego końca świata, który rozgrywał się na jego oczach, ewakuacja była ostatnią rzeczą, jaką pragnąłby się teraz zajmować. To przecież zrozumiałe – ktoś, kto schodzi w siebie na dużą głębokość, jest jak nurek, który musi mieć pewność, że po wynurzeniu zastanie wszystko mniej więcej na swoim miejscu. Ewakuacja odrywała Bunina od jego własnej przygnębionej osoby, od której nie chciał się teraz odrywać, ponieważ jeszcze ze sobą nie skończył – miał jeszcze ze sobą do pomówienia. A tu pechowo dobiegło końca to, co jedna z przyjaciółek Wiery Nikołajewny już we wrześniu 1939 roku nazwała w liście do niej „naszą marniutką emigrancką przerwą na złapanie oddechu, która nastąpiła po rewolucji” – i 13 czerwca Wiera powiedziała, że jednak muszą jechać. I pojechali.

Ich z zewnątrz francuski, lecz w środku rosyjski samochód, poruszając się w tempie około dwudziestu kilometrów na godzinę, zasilił wątlejszą południową odnogę wielkiego i bezsensownego eksodusu Francuzów, który trwał już od maja i unosił w swym nurcie – wedle różnych szacunków – od ośmiu do dziesięciu milionów ludzi. Francuzi panicznie bali się dywanowych nalotów, których skutki widzieli w gazetach, a także powtórki z okupacji niemieckiej, wciąż przez niektórych pamiętanej z okresu Wielkiej Wojny, oraz zwyrodniałej niemieckiej soldateski, którą straszyły plakaty na ulicach, jednak większość uciekała przede wszystkim dlatego, że inni również uciekali. Ewakuowano się głównie z północnych departamentów Francji, zwłaszcza z Paryża, który opuściły w tamtym czasie aż dwie trzecie mieszkańców, ale były też takie miejscowości, jak wieś Bousselange, skąd wyjechali wszyscy prócz jednej rodziny, a i ta wolała popełnić samobójstwo. Wezbrana ludzka fala płynęła na tereny położone na południe od linii Loary, ponieważ krążyła pogłoska – raczej pozbawiona podstaw, między innymi dlatego, że Stany Zjednoczone nie przystąpiły jeszcze do wojny – iż właśnie wzdłuż Loary wojsko francuskie wespół z Amerykanami będzie stawiać Niemcom opór.

„Niekończący się sznur samochodów, toczących się dwoma, a gdzieniegdzie trzema rzędami. Wszystko to wyładowane pościelą, betami, walizkami, skrzynkami, pudłami, klatkami z wszelkiego rodzaju ptactwem wewnątrz. Toczyło się to krok za krokiem, bo jeżeli z jakiegoś samochodu uciekł piesek, to samochód się zatrzymywał, łapano pieska i wszystko stawało. Gdy jakiś wóz zepsuł się, a dużo tych gratów psuło się na drodze, bo ciągła jazda na pierwszym biegu grzała motory, wszystko stawało. Brzegami drogi przeciskali się rowerzyści i ludzie idący na piechotę” – szkicował piórkiem portret małej francuskiej apokalipsy Andrzej Bobkowski, który także znalazł się w tłumie uciekinierów z Paryża. Po drodze zdarzały się bombardowania, od czasu do czasu widywano nawet zabitych i rannych. Dworce, drogi i miasteczka pełne były przerażonych ludzi, w większości kobiet, dzieci i starców, ale też resztek francuskiej armii i niezmobilizowanych z różnych powodów mężczyzn.

Jednym z nich był francuski nihilista Louis-Ferdinand Céline, który z lubością oddawał się obserwacji ludzkości w stanie moralnego upadku, przy czym szczególnie cieszyło go chyba to, że w tym żałosnym stanie znaleźli się właśnie Francuzi. „Choćby nie wiem, jak szybko się przemieszczać – notował – choćby nie wiadomo jakich sposobów próbować, by dogonić francuską armię – tą albo tamtą drogą, zygzakiem, non-stop niczym pędzący samochód – zawsze będzie przed nami, nigdy nie da się poruszać tak szybko, jak wycofujący się francuscy żołnierze”. Jean-Pierre Azéma w książce La France des années noires zauważa, że Francuzi zostali wówczas opuszczeni nie tylko przez własną armię, która w rozsypce uciekała przed ogniowym chrztem Blitzkriegu, ale też przez władze lokalne, które na ogół ewakuowały się pierwsze, ze strażą pożarną, restauratorem i piekarzem włącznie. Tkań społeczna rozłaziła się w szwach. Dochodziło do rozbojów i grabieży. Pociągi kursowały bez rozkładu i wyłącznie w kierunku południowym. Po ulicach Limoges w pewnej chwili błąkało się dwieście tysięcy uchodźców. W miejscowości Semoy dwustu chorych uciekło z kliniki psychiatrycznej i w białych bluzach farmaceutów sprzedawało na ulicach swoje lekarstwa po dziesięć sou za sztukę. A skoro ktoś je kupował, to ktoś je również zażywał.

– Patrzcie, patrzcie! Koń płynie!

Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę. Nad szarą parującą wodą widać było wysoko uniesioną końską głowę. Płynął, wyraźnie sam nie wiedząc dokąd, znoszony prądem na środek zatoki. Czasami dźwigał się jeszcze wyżej i wtedy widać było, jak woda przelewa się przez jego ciemny, połyskliwy grzbiet. Lecz siły wyraźnie go już opuszczały, coraz częściej szedł pod wodę, parskał i, kładąc uszy po sobie, wyciągał szyję to w stronę brzegu, to w stronę statku, gdzie czuł ludzi i skąd wyraźnie oczekiwał pomocy.

– Kozacki koń... Szuka swojego pana...

– No tak, przecież nie pozwolili brać koni...

I nagle ostry, krótki dźwięk przeciął powietrze. Po nim rozległ się drugi, trzeci...

Trzeci wystrzał – mogło tak być – wytrącił Bunina z zamyślenia. Niezupełnie przytomnym wzrokiem popatrzył przez okno samochodu – rdzawy z plamami ciemnej zieleni masyw Esterelu zasłaniał morze, lecz dzień był wyjątkowo piękny – i nagle wzdrygnął się na wspomnienie tamtych oszalałych ze strachu, tonących koni, których przedśmiertne rzężenie nadal dźwięczało mu w uszach. Dopiero po chwili dotarło do niego, że przecież pod koniec 1920 roku nie było go na Krymie, że wtedy od dawna mieszkali już z Wierą w Paryżu, a więc nie mógł widzieć, jak ewakuują się żołnierze generała Wrangla. Więc czyje to było wspomnienie? Skąd się tu wzięło? Spojrzał za siebie – i zapadł się w wielkie oczy Galiny. Zrozumiał. Z Galą rozumieli się bez słów. „Jak ona mogła mnie tak okrutnie...” – z przyzwyczajenia zaczął odmawiać w myśli swoją starą litanię, ale zaraz przestał. Pomyślał raczej o tym, że prócz topielca z Kijowa w te absurdalne Pireneje jadą z nimi także inne rosyjskie wspomnienia, i może nawet poczuł ulgę.

„Do Nîmes przyjechaliśmy o zachodzie słońca, jakąś godzinę objeżdżaliśmy hotele – nigdzie nie było ani jednego miejsca! Potem dworzec [...] – myśleliśmy jechać dalej pociągiem – niemożliwe, straszny tłum – a jak wsiąść z trzydziestoma sztukami bagażu! Poszliśmy do bufetu, zjedliśmy. Rozpacz zupełna – nocować na ulicy koło dworca! M. i G. poszły szukać taksówki, żeby jechać dalej w nocy – i natknęły się na taksówkarza, który był rosyjskim Żydem. Przenocowaliśmy u niego” – zapisał później w dzienniku.

Ten Żyd spadł im z nieba – tego już nie zapisał – zupełnie tak samo, jak tamta siostra miłosierdzia na Dworcu Wileńskim w Mińsku, w skórzanej kurtce po jakimś pilocie i drucianym pince-nez, która powiedziała: „Kto by pana nie znał, Iwanie Aleksiejewiczu!” i poszła wytłumaczyć to Niemcom. Bez jej pomocy wtedy w 1918 nie otrzymaliby z Wierą przepustki i nie wyjechaliby do Homla i Kijowa, a więc nie dotarliby również do Odessy, a gdyby nie dotarli do Odessy, to być może w ogóle nie zdołaliby uratować życia, zostaliby zamordowani przez bolszewików jako nieuleczalnie biali, bez jakichkolwiek widoków na udaną reedukację przez pracę – nawet w najsurowszych łagrach za kręgiem polarnym – a gdyby tak się stało, to przecież nigdy nie znaleźliby się we Francji i on nie poznałby Galiny ani nie dostałby Nagrody Nobla, choć z drugiej strony też nie straciłby Galiny i nie straciłby Nagrody Nobla, więc czy było warto? Wino miesza w głowie. „Warto było, warto!” – mógłby wtedy powiedzieć jego wyłowiony z Dniepru towarzysz.

Dopiero w Nîmes poczuli naprawdę, czym jest francuski eksodus. W porównaniu z rosyjską wojną domową, której doświadczyli na własnej skórze, a także z niemiecko-rosyjską wojną w Polsce, o której czytali w „Illustrirowannoj Rossii” – „O Polsce staram się nie myśleć, takie to straszne”, zapisała Wiera Nikołajewna 18 września 1939 roku – był zaledwie drobną katastrofą.

„Siedemnastego – pisał – wyjechaliśmy znów taksówką do Tuluzy i dalej do Montauban, mając nadzieję tam przenocować, a potem znów do Lafrançaise, gdzie Żyrow ma farmę. [...] Opłata do Lafrançaise – dwa tysiące trzysta franków. Najpierw szeroka droga w platanach, słońce i cień, wesoły poranek. [...] Posterunki wojskowe, kontrola dokumentów. Morze winorośli, w dali góry. Około pierwszej postój w jakiejś mieścince, podszedł do nas chłop około lat pięćdziesięciu i ze łzami powiedział: »Możecie jechać z powrotem – armistice!«”.

Jednak to zawieszenie broni, które „ze łzami” zwiastował im chłop, zostanie podpisane dopiero kilka dni później – na razie Francuzi poprosili Niemców uprzejmie o przerwanie ognia, a ci zgodzili się rozpocząć rokowania. „Z deklaracji radiowej Pétaina wynika, że Francuzi w ogóle nie mieli się czym bić. O pół miliona żołnierzy mniej niż w 1917 roku, nie mówiąc o nierówności w uzbrojeniu” – relacjonuje autor Szkiców piórkiem słynne przemówienie, którego Francuzi wysłuchali 17 czerwca. Pétain wspomniał też o przewadze ducha przyjemności nad duchem ofiary oraz o niechęci Francuzów do wysiłku, ale nie odważył się wskazać tych okoliczności wprost jako przyczyn klęski. „Żeby nie obrazić” – komentuje Bobkowski.

A skoro chciano ocalić złudzenia, cena świętego spokoju musiała okazać się wysoka – Francja wycofała się z wojny i oddała swoje zasoby do dyspozycji Hitlera, biorąc na siebie także wiele innych haniebnych zobowiązań, jak choćby zgodę na wydanie Niemcom każdego, kogo ci od niej zażądają. Jednak próżno by szukać wypowiedzi Bunina – tak przecież krewkiego, kiedy komentował przewrót bolszewicki w Rosji – na temat owego żałośliwego armistice. Tubylcza polityka najwyraźniej aż tak go nie zajmowała, nie miał do niej serca ani głowy – po dwudziestu latach spędzonych we Francji w ogóle się z tym krajem nie utożsamiał. Pozostał uchodźcą-apatrydą, a zmienne koleje francuskiego losu przyjmował w taki sam sposób, w jaki Anglik przyjmuje zmiany pogody: jeśli pada, to wkłada się kalosze i bierze parasol; jeśli przestaje padać, wtedy kalosze i parasol zostają w szafie – i nic poza tym.

Zresztą ów chłop pomylił się nie raz, a dwa razy – mimo radosnej nowiny, którą przekazał Buninowi i jego paniom, „jechać z powrotem” nie mogli, ponieważ nie mieli zezwolenia na przejazd, a uzyskać go od ręki nie było można ze względu na restrykcyjne przepisy i epicką francuską biurokrację. Trzeba było zaczekać, aż smrodliwy obłok zawieszenia broni wyłoni z siebie nowy porządek francuskiego życia. Zaczęło się więc jakieś kołowanie z miasta do miasta w poszukiwaniu noclegu, nie do końca dla mnie jasne, zwłaszcza że swoje notatki z tej podróży Bunin i Wiera sporządzili znacznie później i w sposób bardzo sumaryczny. „Znów winnice, winogronowy step – pisał Bunin. – Za Narbonem – Judea, kamienie, znów winnice, rzędy cyprysów posadzonych dla osłony przed wiatrem. [...] Wstrętna Tuluza, ogromna, wulgarna, mnóstwo polskich oficerów... (Na całej trasie – setki uchodźców mknących w autach). W Montobanie – ani jednego miejsca. O zmroku – Lafrançaise – to samo. W końcu trafiliśmy do Griazowów...”.

Rodzina Griazowów to byli chyba ci znajomi Lali Żyrowej, o których wspomina – ale bez nazwiska – także Wiera Nikołajewna, kiedy pisze w dzienniku: „I zwaliliśmy się na głowę tym biednym ludziom, którzy udzielili nam wszystkim schronienia na jedną noc, a potem wszystkie nasze damy przeniosły się do hotelu we wsi, a my przeżyliśmy tam dwadzieścia dwa dni. [...] Nasza podróż wyniosła nas bardzo drogo i pochłonęła mnóstwo sił fizycznych i duchowych. W Lafrançaise nie było żadnych wygód. I trzeba było wybierać między stajnią a gołym polem! Były problemy z wyżywieniem”.

Zdaje się, że „wszystkie nasze damy”, które „przeniosły się do hotelu we wsi”, to była również Lala z Oleczką, a nie tylko Gala z Margą, bowiem w przeciwnym razie Wiera Nikołajewna użyłaby raczej sformułowania „obie nasze damy”, a nie „wszystkie nasze damy”. Dlaczego w takim razie Lala z Oleczką nie poszły mieszkać na legendarną „farmę Żyrowa”, o której ciągle rozmawiali?

Wyjaśnienie tej zagadki, bardzo banalne, nawet dzisiaj traktowane jest jak wstydliwa tajemnica. Mianowicie Lala, ziemianka z Ukrainy – ładna, młoda i bardzo smutna – nawiązała w Paryżu romans z Michaiłem Roszczynem, pisarzem i agentem, który kręcił się koło Bunina i okresowo u niego pomieszkiwał. Nie wiem dokładnie, jak doszło do separacji Lali z mężem, ale wiem, że miał on na imię Aleksiej i we Francji pracował jako szofer, więc w Rosji mógł być oficerem. Z powodu tego romansu rozstali się jeszcze przed wojną, a Lala z Oleczką korzystały z gościny Buninów i pozostawały na ich utrzymaniu mniej więcej przez trzy lata. Wiadomo też – od Wiery Nikołajewny – że Oleczka rozstanie rodziców bardzo przeżywała, ale najwyraźniej nic z tym nie można było zrobić. Konflikt musiał być poważny, a wiecznie chora Lala, która całe dnie leżała na kanapie paląc papierosy, raczej nie wygląda na kogoś, kto byłby w stanie wziąć ster życia w swoje ręce. Więc bardzo możliwe, że Aleksiej Żyrow nie chciał przyjąć żony pod swój dach w Lafrançaise, albo też Lala obawiała się go o to prosić, żeby nie narażać się na upokorzenie, i dlatego wybrała hotel. Zwłaszcza że na farmie Żyrowa – opowiada Wiera Nikołajewna – było „strasznie” i „nie było co jeść”.

Stwierdzenie, że w Lafrançaise „nie było co jeść”, powraca w dzienniku Wiery Nikołajewny kilkakrotnie i może zaskakiwać, kiedy pamięta się Szkice piórkiem – dziennik polskiego uczestnika tego samego eksodusu, który na przełomie czerwca i lipca 1940 roku dotarł ze swym koleżką Tadziem dokładnie w te same okolice, co Bunin. Mogli się byli nawet spotkać, albo chociaż – to bardzo prawdopodobne – minąć się na drodze: dwóch beztroskich rowerzystów i samochód objuczony trzydziestoma walizkami, wlekący za sobą welon kurzu. W dzienniku Bobkowskiego jedzenia jest bowiem mnóstwo: ser, brzoskwinie, pasta z kasztanów, ziemniaki i zsiadłe mleko, wędliny produkcji pana Budzyńskiego, marynowane oliwki, sardynki w puszkach, że o winie białym i czerwonym nie wspomnę. Bobkowski pisze nawet, że „czym dalej na południe, tym łatwiej o chleb i jedzenie”. Skąd taka różnica? Szkice piórkiem przynoszą odpowiedź i na to pytanie. „Wzdłuż drogi widzieliśmy dziesiątki domów, kiedyś zamieszkałych, nieraz całe zagrody – wszystko opuszczone, przegniłe, rozwalone – pisze Bobkowski o specyfice okolic Montauban. – O trzy czy cztery kilometry od głównej drogi można znaleźć miejsca, gdzie nie spotka się żywego ducha. Pustynia”. Więc właśnie w takie miejsce – przypuszczalnie najgorsze, jakie można sobie było w tym rejonie Francji wyobrazić – trafił Bunin ze swymi kobietami. Ponieważ tylko w takim miejscu mógł kupić farmę ubogi rosyjski uchodźca.

Trzy tygodnie później, na początku lipca 1940 roku, kiedy Buninowie z Galą i Margą wyjechali z powrotem do Grasse, Lala z Olą zostały w Lafrançaise, tym razem na pewno na farmie Żyrowa. Sam Aleksiej Żyrow gdzieś przepadł, „uprzednio oddawszy ziemię za darmo na trzy lata jakiemuś Włochowi”. Lala nie miała za co żyć, a siedmioletnia wówczas Oleczka wciąż chorowała, aż w końcu rozchorowała się również psychicznie – „od ciężkiego życia”, jak wyraziła się Wiera Nikołajewna, która wspomagała Lalę nieustannie, a kiedy wyczerpała własne zasoby, umiała zdobyć dla niej pomoc państwa francuskiego i szwajcarskiej organizacji dobroczynnej. W końcu Lala Żyrowa przeniosła się do Paryża i tam podjęła pracę jako księgowa, żeby utrzymać siebie i Olę, której opłacała pobyt w jakimś „pensjonacie”. Na nieszczęście, w czasie tej cudzej wojny w cudzym kraju, Lala podjęła się prowadzenia ksiąg rachunkowych Niemcom i na jesieni 1944 roku francuscy patrioci pojmali ją jako kolaborantkę, ogolili jej głowę i wtrącili do więzienia. Dopiero 11 grudnia 1944 roku Wiera Nikołajewna mogła z ulgą zapisać w dzienniku: „Lala wolna”.

Myślę o tym, że właśnie wtedy, kiedy Lala Żyrowa w chusteczce na głowie jechała na spotkanie z dawno niewidzianą Olą, siedem tysięcy kilometrów dalej na wschód, w żydowsko-polskim posiołku Ili w Kazachstanie, swoją metafizyczną przygodę w brzuchu Lewiatana kontynuował Aleksander Wat. Na nogach miał „buty” uszyte przez dzielnego szewca Kamera z kawałków starych opon i strzępów szmat, na szyi – wypalony do białości przez liczne tyfusowe gorączki bakelitowy krzyżyk z zasobów delegatury rządu polskiego w Londynie, a nad legowiskiem – Matkę Boską Ostrobramską, której z żoną ślubowali dziękczynną pielgrzymkę, jeśli to wszystko przeżyją. „W Ili już byłem właściwie człowiekiem sowieckim, w kondycji dołów sowieckich, proletariuszy – opowiadał Miłoszowi w Moim wieku. – Przez trzy i pół roku żyłem życiem mas robotniczych sowieckich. To rzeczywiście pustynia, tu już Tomasz z Kempis słowo w słowo się sprawdzał. To już było średniowiecze. Odżywianie się korzonkami, na przykład słodkimi kartoflami, niektórymi roślinami trującymi, stały głód, mieszkanie wśród krów, wielbłądów, iszaków. Noclegi zupełnie biblijne”.

Biblijne... To jest właśnie to słowo. To przez nie Wat wynurzył się teraz z mojej pamięci, to ono jest przyczółkiem chwiejnego mostu przerzuconego między tamtą Rosją i tamtą Francją, i ono każe mi teraz spojrzeć z zachodu na wschód, a później z powrotem na zachód. Na przeciwległym brzegu znajduje się rosyjskie słowo pieszczierno, którego używa Wiera Nikołajewna, mówiąc o życiu Lali z Oleczką na farmie Żyrowa.

Pieszczierno jest przysłówkiem utworzonym od rzeczownika pieszcziera, ta zaś oznacza jaskinię lub pieczarę, czyli twór geologiczny, w którym żyli przed wiekami jaskiniowcy i mamuty, jednak w tradycji prawosławia wiąże się też z życiem pustelniczym, zaś słowo pieszcziernik w języku rosyjskim oznacza pustelnika żyjącego w jaskini. Bowiem prawosławni pustelnicy na miejsce swego odosobnienia chętnie wybierali takie jaskinie lub pieczary, na przykład te znajdujące się w klifie nad Dnieprem koło Kijowa (niedaleko miejsca, skąd do Bunina przypłynął topielec w garniturze), gdzie później wzniesiono Ławrę, z powodu tych mnisich jaskiń nazwaną Kijowsko-Pieczerską. Najwięcej o duchowych znaczeniach słowa pieszcziera można przeczytać w Opisowym słowniku żywego języka wielkorosyjskiego Władimira Dala z połowy XIX wieku, ale i słowniki współczesne nie milczą na ten temat. Ciekawie opowiadają one również o etymologii słowa, które wywodzi się od starosłowiańskiej piecziery lub pieczory, co prostą drogą prowadzi do rzeczownika i czasownika piecz' (piec), oraz nieco w bok, do naszej „pieczy” w znaczeniu opieki i troski.

Oba te słowa – „biblijne” Wata i pieszczierno Wiery Nikołajewny – budzą skojarzenia z czymś bardzo dawnym, prostym i związanym z tradycją chrześcijańską, skojarzenia do tego stopnia podobne, że w pewnych sytuacjach można by tych słów nawet używać wymiennie: na przykład Wat mógłby powiedzieć o swoich noclegach w Ili, że były pieszcziernyje, a Wiera Nikołajewna o życiu na farmie Żyrowa mogłaby powiedzieć, że było „biblijne”. Te dwa słowa zdają się ważyć tyle samo.

Kiedy jednak zważy się nie słowa, a opisywane przez nie doświadczenia, wtedy okaże się, że o żadnej wymienności nie może tu być mowy. Więcej nawet – że te dwa połączone brzegi są całkowicie nieporównywalne. Oczywiście, Aleksander Wat był człowiekiem głębinowym, więc każde przeżycie zostało przez niego uwewnętrznione i przeobrażone w epizod jego duchowej epopei, podczas gdy Lala Żyrowa, Wiera Nikołajewna i nawet sam Bunin byli osobami innego pokroju. Lecz nie o takie różnice mi tutaj chodzi – nie chodzi tu o to, że różni ludzie różnie przeżywają takie same sytuacje. Mam tu raczej na myśli jakościową różnicę, jaka zachodzi między tym dnem, na jakim można się było znaleźć we Francji, i dnem, na którym – niemal w tym samym czasie i w toku tej samej światowej wojny – można się było znaleźć na Wschodzie. I to niekoniecznie w sowieckim łagrze czy w niemieckim obozie zagłady, choć łagry i lagry już przez samo swoje istnienie – jako czysta możliwość – dodają wojennemu doświadczeniu wschodniemu głębi i poszerzają jego skalę.

Chodzi tu w istocie o rzecz bardzo prostą – o różnicę między farmą Żyrowa w Lafrançaise i lepianką Watów w posiołku Ili. O powierzchowne podobieństwa i głębsze różnice. Bo tu i tam tak samo brak było bieżącej wody, prądu, kanalizacji i łóżek, tu i tam panował głód i spało się ze zwierzętami lub pod gołym niebem, lecz jednocześnie we Francji miało się do swojej dyspozycji solidny dom z kamienia zamiast wzniesionej rękami zesłańca lepianki z gliny i krowiego łajna, w podwórzu na pewno była studnia, w okolicy przynajmniej bywała żywność. W dodatku klimat był znacznie łagodniejszy i odległości mniejsze, i przez sam ten fakt wojenny głód francuski był zupełnie innym głodem niż stepowy głód sowiecki, poza tym we Francji można było poszukać sobie pracy i dostać za nią pieniądze, a potem je na coś wydać, ponieważ w świecie francuskim istniały towary do kupienia, były na przykład jakieś ubrania i buty zamiast przetartych łachów i chodaków ze starej gumy, były apteki, byli lekarze, było paliwo oraz samochody i pociągi. Można nawet było dokądś wyjechać, w każdym razie nie było to do końca niemożliwe, nikt raczej nie zatrzymywał człowieka przemocą ani nie groził mu śmiercią na miejscu, nikt nie zmuszał też biciem, gwałtem i jeszcze większym głodem do zmiany obywatelstwa, przekreślając ostatnie nadzieje na uratowanie życia. A kiedy „biała róża osypała się cicho na ziemię”, można było jeszcze opuścić sojuszników, oddać większą część kraju pod niegroźną okupację i uratować od zagłady francuski styl życia, by w stanie względnie normalnym czekać wyzwolenia, które w końcu nadeszło i nie wymagało od Francuzów zbyt wielkich ofiar. Na Wschodzie nie było to wszystko możliwe, nawet najbezczelniejsza zdrada i najbardziej haniebna kapitulacja nie mogły tu przynieść choćby porównywalnych rezultatów, i nie tylko farma Żyrowa, ale nawet więzienie i ogolona głowa Lali wydają się doprawdy bardzo odległe od biblijnego posiołka Ili.

Różnica między farmą Żyrowa i posiołkiem Ili jest zarazem granicą zachodniej wyobraźni – dla większości ludzi nieprzekraczalną – i nikt za to nie ponosi winy. Jak pisze Timothy Snyder:

Pod koniec drugiej wojny światowej wojska amerykańskie i brytyjskie oswobodziły niemieckie obozy koncentracyjne, takie jak Bergen-Belsen czy Dachau, lecz alianci zachodni nie wyzwolili żadnego z ważnych miejsc zagłady. [...] Żołnierze amerykańscy oraz brytyjscy nie dotarli na skrwawione ziemie i nie zobaczyli najważniejszych miejsc mordowania. Nie chodzi tutaj tylko o fakt, że Amerykanie i Brytyjczycy nie ujrzeli żadnych śladów zabójstw sowieckich [...]. Nie widzieli oni też nigdy lokalizacji mordów niemieckich [...]. Zdjęcia i filmy z niemieckich obozów koncentracyjnych były wszystkim, co większość ludzi Zachodu poznała w związku z masowymi zbrodniami. Choć straszne, sugerowały one jedynie przebieg wydarzeń na skrwawionych ziemiach. Nie tylko nie stanowią one całej opowieści – nie dają niestety nawet wprowadzenia do niej.

Oznacza to po prostu tyle, że każdy Francuz, któremu opowiedzielibyśmy o posiołku Ili, podstawi sobie w to miejsce umowną farmę Żyrowa. Tak jest, ponieważ nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie takiego zła, którego sami nigdy nie doświadczyliśmy, albo którego nie doświadczyli nasi bliscy lub nasi przodkowie, i zawsze ratujemy się wtedy jakąś protezą z zasobu własnych wspomnień lub rodzinnych opowieści, która wydaje się być temu wielkiemu złu najbliższa. Właśnie dlatego wszystkie nasze porywy, aby w końcu całe to straszne wschodnioeuropejskie doświadczenie wypowiedzieć „przed światem” – który w takich wypadkach zawsze oznacza świat zachodni – muszą spełznąć na niczym. Ludzie stąd, którzy tego próbowali, prędko dochodzili właśnie do takiego wniosku i rezygnowali – jak Piotr Słonimski. Ten żołnierz Armii Krajowej, który po wojnie wyemigrował do Francji i został sławnym genetykiem, w jednym z wywiadów dla polskiej prasy opowiedział – na krótko przed śmiercią – jak kiedyś próbował przybliżyć swoim francuskim kolegom Powstanie Warszawskie. Słuchali z uwagą i Słonimskiemu wydawało się, że jest rozumiany, aż w końcu któryś z nich wyznał, że jemu też w czasie wojny Niemcy zabrali rower. Po tym zdarzeniu Słonimski już do tematu nie wracał.

Nie chodzi tu wcale o drażniące wielu tak zwane polskie cierpiętnictwo, ani o mające źródło w historii nasze niewątpliwe przewagi poznawcze, z których zresztą nic nie wynika, ani też o przysłowiowy i nie raz już opisany oportunizm Zachodu. Chodzi o różnicę losu. Można oczywiście próbować ją czymś objaśniać – na przykład utrwalonymi z biegiem dziejów cywilizacyjnymi i kulturowymi odmiennościami, geopolityką, klimatem, dietą, charakterem narodowym lub nawet teorią psychoanalityczną Lacana – lecz wskutek takich zabiegów nie przestanie ona fascynować ani przerażać, a przede wszystkim nie przestanie istnieć. Nie straci też nic ze swojej tajemnicy ani ze swojej nieuchronności. I nadal upodlenie i głód we Francji będą się nam wydawały lżejsze i ładniejsze, a pluskwy francuskie bardziej eleganckie, i nadal nie będą w nas wywoływać tego niejasnego poczucia wstydu i zwierzęcego strachu, które bierze się z możliwości momentalnej utraty nawarstwionych humanistycznych złudzeń, poczucia, które towarzyszyło i może jeszcze będzie towarzyszyć w przyszłości podobnym doświadczeniom na skrwawionych ziemiach naszej Europy. Bo tak to właśnie zostało urządzone, że w XX wieku tu działy się takie rzeczy, a tam nie. A co się raz wydarza – zwłaszcza jeśli wiąże się to z przekroczeniem granicy dopuszczalnego – to raz na zawsze otwiera sobie drzwi do kolejnych powrotów i eskalacji.

Myślę o tym, czy Bunin nie zaplątał się przypadkiem ze swoim życiem w obcy los zachodnich Europejczyków, podczas gdy jego właściwe przeznaczenie, jego szyta na miarę straszna sud’ba czekała na niego w Rosji? Ten rosyjski los, który zostawił za sobą uciekając z Odessy, upomniał się o niego po raz ostatni jeszcze w sierpniu 1920 roku, kiedy Piotr Struwe przysłał mu z Krymu do Paryża telegram takiej treści:

Po naradzie z Aleksandrem Wasiljewiczem Kriwoszeinem postanowiliśmy, że potęga taka jak Pan jest obecnie znacznie bardziej potrzebna tu, na południu, niż za granicą. Dlatego wysyłam Panu telegram o Pańskim powołaniu.

Nie wiadomo, co w kwestii swego powołania Bunin odpowiedział wtedy Struwemu, ale wiadomo, że na Krym nie pojechał, więc w pewien sposób jednak to swoje powołanie odrzucił. Mówiąc to samo inaczej – może powinien był tam pojechać i na miejscu wesprzeć Białych, tak jak swego czasu w Odessie wspierał Denikina? Parę miesięcy później, w listopadzie 1920 roku, armia Wrangla poniosła ostateczną klęskę w bitwie o Przesmyk Pieriekopski i ewakuowała się z Krymu do Konstantynopola, upadł też wspierany przez nią Rząd Południa Rosji z Kriwoszeinem na czele, a wraz z nim umarła ostatnia nadzieja. Bunin bardzo te wydarzenia przeżył – Wiera Nikołajewna zapisała, że uczucie mieli takie, jakie ma się po śmierci kogoś bliskiego – ale jednak z daleka. Można powiedzieć na jego obronę, że miał już pięćdziesiąt lat, chorował na serce i przede wszystkim był pisarzem. Wybrał życie we Francji zamiast życia w Rosji i oczywiście miał do tego prawo, a mnie zajmuje tylko taka kwestia, czy to życie, które wskutek swojego wyboru przeżywał później we Francji, nie było życiem cudzym? Bo choć przed rewolucją był przekonany, że mógłby mieszkać z dala od ojczyzny, na przykład na Cejlonie albo na Capri jak Gorki, to przecież poczucie własnej nieadekwatności nie opuściło go przez wszystkie te lata, które później na emigracji rzeczywiście spędził.

Inaczej niż choćby Andrzej Bobkowski, który mimo sarkazmu wobec francuskiej mentalności adaptował się na Zachodzie bez przeszkód, Bunin w ogóle nie zakorzenił się w obcej ziemi. Przez trzydzieści lat nie nauczył się porządnie miejscowego języka, nie nawiązał żadnych przyjaźni z Francuzami i nawet w jego twórczości Francja przeszła niemal niezauważona – od czasu do czasu służyła mu jedynie za tło dla kolejnych wcieleń rosyjskiego losu. Nie medytował nad jej istotą tak jak Bobkowski i nie próbował ustalić swojego do niej stosunku. Nie była dla niego religią czy dogmatem, nie opłakiwał więc również jej upadku, choć naturalnie zauważył go i odnotował. Nie miał do niej serca ani klucza, nie rozumiał tych ludzi, nie wiedział i nie próbował się dowiedzieć, czym żyją i jak się kochają. Swoją walkę o przetrwanie toczył samotnie na rosyjskim marginesie francuskiej egzystencji. Nie chroniły go żadne francuskie instytucje i nie miał prawa podjąć we Francji pracy etatowej, nawet gdyby chciał. Istniał tam tak, jak istnieje ktoś, kto życie zostawił w innym miejscu globu.

W Rosji jego los mógłby być podobny do losu jego ukochanego starszego brata Julija, który w 1918 roku nie uciekł z Moskwy, mimo że Bunin z Wierą bardzo go do tego namawiali. Jednak ktoś z rodziny był niezdrów i potrzebował opieki, a poza tym Julij miał w Moskwie mieszkanie i było mu żal je zostawić. Po ostatecznym bankructwie ojca obaj bracia stali się praktycznie bezdomni, więc taka rzecz jak mieszkanie musiała znaczyć dla Julija więcej, niż mogłoby się wydawać. Sam Bunin mieszkania nie miał – przez całe życie posiadał tylko książki i walizki – był więc w stanie decydować o sobie w tamtych ludożerczych czasach znacznie swobodniej. Zresztą, być może Julijowi wcale nie chodziło o mieszkanie, a tylko się na nie powołał, żeby ukryć przed rozgorączkowanym młodszym bratem swoją głębszą, irracjonalną niechęć do wyjazdu? Mogło tak być, zwłaszcza że nikt wtedy nie wiedział, do czego ta monstrualna rewolucja doprowadzi, i Julij tak jak wielu innych miał pewnie nadzieję, że koszmar niedługo się skończy. W każdym razie został i niedługo po wyjeździe Bunina i Wiery zaczął chorować, a potem trafił do „sanatorium” gdzieś w okolicach bulwaru Smoleńskiego. Stamtąd pisał do Tieleszowa listy z prośbą o wstawiennictwo u ludowego komisarza ochrony zdrowia, Nikołaja Siemaszki, aby komuniści zezwolili mu pozostać w owym przybytku bezterminowo, ponieważ „dosłownie uratuje” go to od śmierci. W tamtym czasie w mieszkaniu Julija – tym, przez które nie wyjechał z Moskwy – panowały temperatury ujemne i nie było czym palić, a gdyby nawet było, to i tak Julij nie miałby dość sił, by samemu piłować i rąbać drewno. Później bolszewicy mu to mieszkanie jeszcze „zagęścili”, to jest osiedlili w nim najróżniejszych „proletariuszy”, i Julij nie miał już dokąd wrócić. W końcu kwietnia 1921 roku pisał do Tieleszowa:

Trzeciego uciekłem z „sanatorium” i przeniosłem się do Domu Inwalidów, mieszczącego się w pierieułku Ciepłym pod numerem trzecim; towarzystwo – jeden to generał, drugi pułkownik, trzeci diakon i tym podobni; wszystkich, łącznie ze mną, jest nas w pokoju sześciu. [...] Moi współlokatorzy są bardzo cierpiący i nierozmowni, jęczą, stękają, majaczą i wskutek tego robią się niespokojni i często nie dają mi zasnąć. Po drugie, i to jest najgorsze, wyżywienie jest marne i dalece niewystarczające. Chleba wydają nam po pół funta, masła i innych tłuszczy nie ma wcale.

Kilka miesięcy później, pozostając w zgodzie ze swym rosyjskim losem, Julij Aleksiejewicz umarł z głodu i zimna w pierieułku Ciepłym w Moskwie, tak jak milion innych Rosjan zmarłych w latach 1921–1922 z tych samych powodów. Zaś jego młodszy brat w zaułku Kubusiowym w Paryżu dowiedział się o tym fakcie – z opóźnieniem – z gazet i omal sam przez to nie umarł. Tak się utarło mówić – „omal nie umarł” – ale przecież w tym sformułowaniu nie ma za grosz prawdy, bo ktoś, o kim mówi się w takich sytuacjach, że „omal nie umarł”, przechodził co najwyżej psychiczne katusze o większym niż zwykle natężeniu. Do umierania jest stąd jeszcze daleka droga – tak daleka, że nawet nie majaczy ono na horyzoncie – więc ktoś, kto w tym znaczeniu „omal nie umarł”, o umieraniu nadal nie wie nic. Nie sugeruję bynajmniej, że Bunin powinien był umrzeć tak jak jego brat. Zastanawiam się tylko, czy nie byłoby dla niego prawdziwiej, gdyby umarł w taki sam lub podobny sposób? Czy nie byłoby dla niego prawdziwiej, gdyby pozostał w Rosji i tam spotkał swój rosyjski los, zamiast błąkać się po Riwierze Francuskiej w konwencji nieodległej od tragifarsy?

Bardzo trudno jest na takie pytania odpowiedzieć również z tego powodu, że ten Bunin, którego lektura i fotografie ukształtowały w mojej wyobraźni – ubrany na biało, smukły Bunin w panamie lub w kepi, na plaży w Nicei lub w ogrodzie prowansalskiej willi, zaplątany w niepoważne francuskie pejzaże i w niepoważny francuski los – w ogóle nie pasuje do posiołka Ili w Kazachstanie ani do „sanatorium” w bolszewickiej Moskwie, nie pasuje do tyfusu i dyzenterii, do białookich śledczych z NKWD ani do współwięźniów z bębnicą kiszek w przeludnionej celi, ani nawet do tych sześciu ciężko chorych inwalidów umieszczonych w tym samym pokoju wyziębionej moskiewskiej umieralni. Nie mogę go sobie tam wyobrazić, zupełnie tego nie widzę. Ale może ta nieprzystawalność Bunina do jego hipotetycznego rosyjskiego losu nie powinna dziwić? Być może tak właśnie jest, że nikt nie pasuje do swojego losu, zanim go nie spotka?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

JAN

Dostępne w wersji pełnej

W LODACH PROWANSJI

Dostępne w wersji pełnej

RIKKI-TIKKI-TAVI

Dostępne w wersji pełnej

GWIAZDA WIELOKROTNA. WYPISY Z TRZECH DZIENNIKÓW Z LAT 1927–1933

Dostępne w wersji pełnej

LA BOMBE GLACÉE

Dostępne w wersji pełnej

MODLITWA O UWOLNIENIE

Dostępne w wersji pełnej

DROGA DO FOSSE COMMUNE

PUSZKA SARDYNEK

Dostępne w wersji pełnej

DROGA DO FOSSE COMMUNE

Dostępne w wersji pełnej

KARTKI Z OKUPOWANEGO PARYŻA

Dostępne w wersji pełnej

„ZNAJDŹCIE DOBRYCH I BOGATYCH LUDZI”

Dostępne w wersji pełnej

COŚ W RODZAJU HARAKIRI

Dostępne w wersji pełnej

„ŚWIAT GINIE”

Dostępne w wersji pełnej

GNIAZDO CEKAEMU

Dostępne w wersji pełnej

PALCE POPĘKANE OD ZIMNA

Dostępne w wersji pełnej

KLUCZE

Dostępne w wersji pełnej

PAŁAC ZIMOWY

Dostępne w wersji pełnej

CZUŁOŚĆ DO NIEJ AŻ DO ŁEZ

Dostępne w wersji pełnej

„ZACZNĄ ZJADAĆ WRONY”

Dostępne w wersji pełnej

KARTOSZKA AETERNA

Dostępne w wersji pełnej

FAZY GŁODU

Dostępne w wersji pełnej

WIERSZYK DLA OLECZKI, 8 VII 1941

Dostępne w wersji pełnej

WARZYWNIK ŁOSIA

Dostępne w wersji pełnej

OGRODNIK

Dostępne w wersji pełnej

DYŻURY PRZY GARNKACH

Dostępne w wersji pełnej

PUDEŁECZKA Z SODĄ

Dostępne w wersji pełnej

DRAMAT W KUCHNI

Dostępne w wersji pełnej

LIST DO STALINA

Dostępne w wersji pełnej

Z WORKIEM NA PLECACH

LEW I GAZELA SYJONU

Dostępne w wersji pełnej

MUNSZTUCZEK I JARMUŁKA

Dostępne w wersji pełnej

ZIEMIA I LUDZIE

Dostępne w wersji pełnej

DOBCZYŃSKI I BOBCZYŃSKI

Dostępne w wersji pełnej

„UCAŁOWAŁEM JE, PORWAŁEM I SPALIŁEM”

Dostępne w wersji pełnej

SIEDEMDZIESIĄTE URODZINY

Dostępne w wersji pełnej

TOŁSTOJ Z BUTELKĄ DŻINU

Dostępne w wersji pełnej

„NIE WOLNO MI TAK PIĆ”

Dostępne w wersji pełnej

CIAŁO KOBIETY

Dostępne w wersji pełnej

ZDANIE Z FLAUBERTA, SKOK Z MOSTU

Dostępne w wersji pełnej

CZERWONY OŁÓWEK

Dostępne w wersji pełnej

PRZESZUKANIE

Dostępne w wersji pełnej

„WSZYSTKO TO BARDZO ŹLE MÓWIĘ”

Dostępne w wersji pełnej

WALIZKI Z LEKARSTWAMI

Dostępne w wersji pełnej

„A CÓŻ TO TAKIEGO”

Dostępne w wersji pełnej

SZCZUROŁAP

Dostępne w wersji pełnej

NÓŻ RZEŹNICKI

Dostępne w wersji pełnej

Z WORKIEM NA PLECACH

Dostępne w wersji pełnej

WIERSZYK DLA OLECZKI, 22 IX 1941

Dostępne w wersji pełnej

SZEŚĆDZIESIĄT PIĘĆ KILO

Dostępne w wersji pełnej

OSZALAŁA PLANETA

Dostępne w wersji pełnej

ZNIKANIE

Dostępne w wersji pełnej

CIEMNE ALEJE

CIAŁO PISARSKIE

Dostępne w wersji pełnej

PISARZ W ZAPOJU

Dostępne w wersji pełnej

PIÓRA

Dostępne w wersji pełnej

„PROSZĘ NIE ZAPOMNIEĆ”

Dostępne w wersji pełnej

NA WODZIE

Dostępne w wersji pełnej

NIEBO

Dostępne w wersji pełnej

„WIEŹLI GO CAŁEGO WE KRWI”

Dostępne w wersji pełnej

TAJEMNICZE TRÓJKĄTY

Dostępne w wersji pełnej

RÓŻA JERYCHA

Dostępne w wersji pełnej

RÓŻA JERYCHA

Dostępne w wersji pełnej

W KLASZTORZE MARTY I MARII

Dostępne w wersji pełnej

ŻYCIE

NIEMCY W KIJOWIE

Dostępne w wersji pełnej

TATARZYN FIEDIA

Dostępne w wersji pełnej

„A PAN PEWNIE JEST MARYNARZEM?”

Dostępne w wersji pełnej

WARGA BŁOKA

Dostępne w wersji pełnej

WNUCZKA PUSZKINA

Dostępne w wersji pełnej

WIERSZYK DLA OLECZKI, 30 III 1942

Dostępne w wersji pełnej

ŻYDOWSKIE DNI

Dostępne w wersji pełnej

LIBERMAN

Dostępne w wersji pełnej

MODLITWA

Dostępne w wersji pełnej

ZNOWU WALIZKI

Dostępne w wersji pełnej

ONA ODCHODZI

Dostępne w wersji pełnej

CZYTAJĄCA GILOTYNA

Dostępne w wersji pełnej

I JESZCZE RAZ WALIZKI

Dostępne w wersji pełnej

ŻYCIE

Dostępne w wersji pełnej

KRZYŻ TRUWORA

Dostępne w wersji pełnej

KALENDARIUM ŻYCIA I TWÓRCZOŚCI BUNINA

Dostępne w wersji pełnej

PRZEWODNIK PO WYBRANYCH POSTACIACH DRUGIEGO PLANU

Dostępne w wersji pełnej

NOTA O PRZEKŁADACH

Dostępne w wersji pełnej

WYBÓR ŹRÓDEŁ

Dostępne w wersji pełnej

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu Ręka Flauberta Bitmapowa grafika komputerowa. Wprowadzenie do programu GIMP 2.8 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy