Słońce w Chwale

Słońce w Chwale

Autorzy: Sharon Kay Penman

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 482

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.91 zł

             Czym Ryszard III zasłużył sobie na to, by przejść do historii jako najbardziej znienawidzony władca Anglii?

             Sharon Penman podejmuje swoją narracyjną wyprawę w wiek XV i dramatyczne czasy Wojny Dwóch Róż, wiedziona nie tylko historyczną ciekawością, lecz także pasją starcia się z mitem. Chce bowiem przywrócić dobre imię człowiekowi, który stał się  uosobieniem nikczemności, przewrotności i bezwzględności w dążeniu do celu.

             Poznajemy zatem Ryszarda Plantageneta, księcia Gloucester i króla Anglii jako dziarskiego, odważnego, lojalnego i wrażliwego rycerza, który po śmierci przegrał z wrogo spreparowaną pamięcią historyczną.

Sharon Kay Penman

Słońce w chwale

ISBN: 978-83-7785-801-1

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Sunne of Splendour. A Novel of Richard III

Copyright © 1982 by Sharon Kay Penman

Published by arrangement with Henry Holt and Company, LLC, New York

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,

Poznań 2015

PROJEKT OKŁADKI: Wojciech Jan Pawlik (www.pawlik.es)

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Colin Thomas

REDAKCJA: Paulina Wierzbicka

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Od Autorki

Dramatis personae

KSIĘGA PIERWSZA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Julii McCaskey Wolff

Od Autorki

luty 1982 roku

O ILE WYOBRAŹNIA jest siłą napędową każdej powieści, o tyle w przypadku literatury historycznej trzeba wesprzeć ją solidnymi podstawami faktograficznymi, zwłaszcza gdy chodzi o postać tak kontrowersyjną jak Ryszard III. Dlatego też starałam się o możliwie największą dokładność — umieszczając na przykład jakąś scenę w Windsorze tylko wtedy, gdy wiadomo, że moi bohaterowie byli tam właśnie tego dnia; sprawdzając, czy środa istotnie była środą, a także, czy szczegóły dotyczące zwyczajów w XV wieku są potwierdzone przez więcej niż jedno źródło. Przede wszystkim starałam się trzymać faktów niekontrowersyjnych, korzystając wszędzie, gdzie było to możliwe, z ówczesnych kronik. Jeśli zaś trafiałam na sprzeczne ze sobą świadectwa, wybierałam wersję najbardziej zgodną z tym, co wiemy na temat uczestniczących w danym zdarzeniu osób.

Niełatwo poskładać przeszłość z dostępnych nam fragmentów, zwłaszcza jeśli historię pisał zwycięzca. Aby oddzielić „tradycję” Tudorów od prawdy, szczególną uwagą obdarzyłam kroniki spisywane za życia Ryszarda czy zaraz po jego śmierci — z oczywistych przyczyn znacznie mniejszym zaufaniem darząc źródła typowo Tudorowskie.

Nie chcę przez to sugerować, że wszyscy historycy Tudorowscy byli płatnymi „najemnikami”, którzy celowo fałszowali fakty, aby dogodzić swoim patronom. Nie ulega jednak wątpliwości, że kronikarze piszący we wczesnych latach panowania Henryka Tudora musieli dobrze wiedzieć, kiedy opuszczali dziedzinę twardych faktów i wkraczali w krainę fikcji — jak chociażby nadworny dziejopis Henryka, Polydore Vergil, który zaprzeczał temu, że Ryszard kwestionował pozamałżeńskie pochodzenie swych bratanków, natomiast twierdził, że to jego brat Edward nie miał praw do tronu. Było to wierutnym łgarstwem. Podobnie całkowicie mija się z prawdą sir Thomas More, kiedy przypisuje Ryszardowi twierdzenie, że Edward był legalnie zaręczony z Elizabeth Lucy, jedną z wielu swych nałożnic. Wielu dowodziło potem, że nigdy nie było takich zaręczyn, obalając w ten sposób tezę jednego człowieka: właśnie More’a. Z czasem bladły wspomnienia rzeczywistych czynów i faktycznych zaniechań Ryszarda, a gdy już zabrakło tych, którzy byli ich naocznymi świadkami, historycy pozostali zdani tylko na owe stronnicze przekazy. W efekcie tacy autorzy jak Hall czy Holinshed — z których przede wszystkim korzystał Szekspir — wiedzieli tylko to, co podsunęli im przeróżni Vergilowie i More’owie.

Całą sprawę komplikuje również to, że średniowiecznym historykom wspólna była skłonność do upiększeń i przesady. W niczym chyba ich skłonność do przyozdabiania prawdy nie przejawiła się silniej niż w budowie mitu o kalectwie Ryszarda — na który to mit trzeba spojrzeć, pamiętając o ówczesnym przeświadczeniu, że skaza cielesna objawia skazę duchową, a ułomność cielesna jest manifestacją deprawacji moralnej. Żadna z kronik powstających w czasach Ryszarda — Croyland Chronicle, Arrivall, Warkwortha, Manciniego — nie wspomina o żadnej deformacji ciała Ryszarda, nie czyni też tego Philippe de Commines, który znał Ryszarda osobiście. Mamy opis postaci Ryszarda sporządzony przez niemieckiego szlachcica, który spotkał go w roku 1484, i nie występuje tam żadna wzmianka o jakichkolwiek nieprawidłowościach. Pierwsze ziarna mitu posiano po śmierci Ryszarda: to John Rous jako pierwszy wspomniał o tym, że prawe ramię króla miało jakoby górować nad lewym. (Poza tym Rous oznajmił także, że Ryszard dwa lata spoczywał w łonie matki). Następnie do pracy wziął się Thomas More. On także twierdził, że barki Ryszarda nie tworzyły linii prostej, w przeciwieństwie jednak do Rousa wyższym uczynił lewe ramię; ponadto lewicę opisał jako uschniętą, co byłoby znacznym upośledzeniem w trakcie walki wręcz — a skądinąd wiemy, że Ryszard bardzo dzielnie sprawiał się na polu bitwy. Wątek ten podchwycił i rozwinął w roku 1548 Hall, stanowczo już stwierdzając, że ciało Ryszarda było „strasznie zdeformowane”. Całości zaś dopełnił Szekspir, czyniąc z Ryszarda kulejącego garbusa o uschniętej ręce.

Natknęłam się na określenie historii jako procesu, w którym zawiłe prawdy przekształcają się w uproszczone fałsze — i przynajmniej w przypadku Ryszarda III jest to bardzo prawdziwe. Średniowieczne moralizatorstwo i stronniczość zostały tu wzmocnione przez świadome manipulacje, które służyły potrzebom politycznym Tudorów. Zbierając materiały do niniejszej książki, musiałam stale mieć w pamięci to, że każdy autor wprowadza swój własny skrót perspektywiczny, który zarówno może wzmacniać, jak i osłabiać wiarygodność autora. Gdy na przykład historycy o sympatiach Lancasterowskich informują, że Edouard Lancaster zginął na polu bitwy pod Tewkesbury, okazuje się to bardziej przekonujące, jeżeli to samo podaje kronikarz wynajęty przez Edwarda Yorka.

Pisząc o ludziach, którzy żyli przed pięciuset laty, musiałam korzystać z wyobraźni. Nigdy świadomie nie przeinaczałam podstawowych prawd, chociaż niekiedy musiałam rozmijać się z faktami. Na przykład w rozdziale 10 Księgi I dochodzi do konfrontacji Edwarda z Warwickiem w Middleham, chociaż gdzieś we wrześniu Edward przeniósł się z Middleham do zamku Pontefract; skorzystałam więc tu z licencji dramaturgicznej. Od czasu do czasu stawałam przed koniecznością „wypełniania luk”. Średniowieczni historycy nie zaprzątali sobie głowy szczegółami ważnymi dla dwudziestowiecznej autorki, nie wspominają więc, gdzie żyła Elżbieta Woodville po opuszczeniu klasztoru, który udzielił jej schronienia; nie zadbali też o to, aby podać dokładną datę urodzin syna Ryszarda i Anne. W takiej sytuacji sama musiałam proponować przemilczane przez nich konkrety.

Wymyśliłam tylko jedną z występujących w książce postaci: Véronique de Crécy. Ryszard odnalazł Anne przebraną za służącą i zadbał o bezpieczne miejsce dla niej w klasztorze, nic jednak nie wiemy o szczegółach jej zniknięcia, więc musiałam je sama skonstruować, między innymi wymyślając Brownellów. Poza tymi wyjątkami wszystkie inne postaci żyły naprawdę — chociażby wszyscy wymienieni z nazwiska opaci, szeryfowie, burmistrzowie, służący i tak dalej.

Tam, gdzie było to możliwe, usiłowałam portretować mych bohaterów tak, aby odpowiadali swym pierwowzorom. Nie było to szczególnie trudne w przypadku takich osób, jak Ryszard czy Edward, inne jednak postaci — zwłaszcza kobiece — nie zostały bardziej szczegółowo upamiętnione przez dziejopisów. Znamy tylko najbardziej podstawowe fakty z ich życia, co się więc tyczy reszty, musiałam zaprząc do pracy wyobraźnię, aby ożywić schematy, najczęściej nakreślone bardzo grubą kreską. Jeśli chodzi o kobiety, które powiły nieślubne dzieci Ryszarda — Kathryn i Johnny — to musiały one, rzecz jasna, istnieć, by wydać na świat potomstwo, ale nawet ich imiona się nie zachowały.

Inną z trudności, przed jakimi się staje, pisząc o rzeczywistych ludziach, jest konieczność interpretacji ich zachowań, chociaż rzetelnie mogliby je wyjaśnić tylko oni sami lub im współcześni. Dlaczego Edward tolerował niespolegliwość Jerzego i jego zmiany sojuszy? Dlaczego pozwolił mu na blokowanie planów małżeńskich Ryszarda i Anne? Jakieś wyjaśnienie musiałam zasugerować, z całą jednak pewnością sprawy mogły się mieć inaczej. Ale były też sytuacje zupełnie odmienne: gdy fakty były tak nieprawdopodobne, że mogłyby się wydawać fikcją. Jakiż powieściopisarz odważyłby się dzień śmierci Anne uczynić dniem zaćmienia słońca? Tak jednak faktycznie było, a dla londyńczyków stanowiło to nadnaturalne poświadczenie tego, że Ryszard bezprawnie sięgnął po koronę.

Co się tyczy jednej z największych tajemnic w życiu Ryszarda — czyli losu jego bratanków — nie wiemy, co tak naprawdę stało się z chłopcami. Historycy Tudorów zgodnie twierdzą, iż zamordowano ich na polecenie Ryszarda, tymczasem jeden z uznanych badaczy wiktoriańskich przekonująco argumentował za winą Henryka Tudora. Ba, nie brakło przecież i takich, którzy za najbardziej logicznego i prawdopodobnego sprawcę uważali księcia Buckingham. O ile Ryszard miał możliwości, o tyle jednak brakło mu motywu; Tudor miał motyw, ale nie dysponował takimi możliwościami; Buckingham zaś rozporządzał zarówno jednym, jak i drugim. Czyniąc winnym Buckinghama, opieram się wprawdzie na faktach, ale nie jest pewne, czy wystarczyłoby ich, aby przekonać ławę przysięgłych. Trzeba zresztą powiedzieć jasno, iż nie dysponujemy jednoznacznym dowodem na to, że chłopców istotnie zamordowano. W tej sytuacji odwoływać się możemy tylko do poszlak i zdrowego rozsądku. Najbardziej przekonuje mnie to, że zmarli za rządów Ryszarda i że nikt — z tego, co wiemy — nie widział ich żywych po 1483 roku. I chociaż niepodobna zgodnie z logiką prawniczą dowieść, że sprawcą ich śmierci był Buckingham, to kiedy przyjmiemy to za prawdę, wiele elementów układanki zaczyna do siebie pasować. Godne uwagi jest bez wątpienia to, że nikomu jak dotąd nie udało się wyjaśnić, dlaczego Ryszard — gdyby istotnie to on był winien śmierci swych bratanków — wybrał taki sposób pozbawienia ich życia, aby to jego czynił najbardziej podejrzanym. Dlaczego Elżbieta zgodziłaby się oddać swoje córki człowiekowi winnemu śmierci jej synów? Czemu Tomasz Grey zachował się tak, jak się zachował, i dlaczego Henryk Tudor, który zrobił wszystko, co mógł, aby zdyskredytować pamięć Ryszarda, nigdy nie posunął się do tego dewastującego oskarżenia i formalnie nie obwinił Ryszarda o zabicie bratanków? Historycy nie kłopoczą się o odpowiedź na te pytania, a tymczasem sięgają one sedna zdarzeń… i tajemnicy.

S.K.P.

Dramatis personae1

W roku 1459, gdy rozpoczyna się akcja tej książki, relacje między głównymi postaciami były następujące:

RÓD YORKÓW

Ryszard Plantagenet, książę Yorku

Cecylia Neville, jego małżonka

Edward, earl March, najstarszy syn

Edmund, earl Rutland, drugi syn

Jerzy, trzeci syn

Ryszard, najmłodszy syn, Dickon

Anna, księżna Exeter, najstarsza córka

Eliza, księżna Suffolk, druga córka

Małgorzata, najmłodsza córka

RÓD LANCASTERÓW

Henryk VI („Henryś”), król Anglii

Małgorzata Andegaweńska, królowa Anglii francuskiego rodu

Edouard, książę Walii, syn i następca

RÓD NEVILLE’ÓW

Ryszard Neville, earl Salisbury, brat Cecylii Neville

Ryszard Neville, earl Warwick, jego najstarszy syn

Anna Beauchamp, żona

Isabel Neville, starsza córka Warwicka

Anne Neville, młodsza córka Warwicka

Jan Neville, brat Warwicka

Izabela Inglethorpe, żona Jana

Jerzy Neville, biskup Exeter, brat Warwicka

Tomasz Neville, brat Warwicka

RÓD TUDORÓW

Jasper Tudor, brat przyrodni Henryka VI

Małgorzata Beaufort, żona Edmunda Tudora (brata przyrodniego Henryka VI), matka Henryka Tudora

Henryk Tudor, syn Małgorzaty Beaufort i Edmunda Tudora

Harry Stafford, książę Buckingham, powinowaty Edwarda i Richarda Plantagenetów

Henryk Beaufort, książę Somerset, powinowaty Henryka VI

Edmund Beaufort, jego brat

Jan Beaufort, brat Henryka i Edmunda

RÓD WOODVILLE’ÓW

Richard Woodville

Jacqeutta Woodville, jego żona

Elżbieta Woodville Grey, ich najstarsza córka

Antoni Woodville, faworyzowany brat Elżbiety

Katherine Woodville, młodsza siostra Elżbiety

Lionel, Edward, Richard i John — młodsi bracia Elżbiety

Tomasz Grey, najstarszy syn Elżbiety z małżeństwa z sir Johnem Greyem

Dick Grey, drugi syn Elżbiety z małżeństwa z sir Johnem Greyem

Ze względu na niejasności, które mogłyby czytelnikowi utrudnić lekturę, w polskim tłumaczeniu zastosowano następującą konwencję zapisu imion i nazwisk: Edward (z rodu Yorków) i Edouard (z rodu Lancasterów); Anna (z rodu Yorków) i Anne (z rodu Neville’ów) (przyp. tłum.). [wróć]

KSIĘGA PIERWSZA

EDWARD

1

Ludlow

Wrzesień 1459 roku

RYSZARD POCZUŁ STRACH dopiero wtedy, kiedy ciemność zaczęła wciskać się w las. W gasnącym świetle drzewa przybierały groźne i obce kształty. Dostrzegł jakieś poruszenie w cieniu. Nisko rosnące gałęzie zagradzały mu drogę; mokre od deszczu liście zostawiły wilgotny ślad na jego policzku. Słyszał za sobą jakieś dźwięki i starał się nie zwalniać kroku, aż wreszcie potknął się o sterczące korzenie dębu i runął w mrok jak długi. Czuł, że sięgają po niego jakieś widma; coś przypalało mu szyję i wciskało twarz w mokrą ziemię. Leżał bez ruchu, ale jedynym dźwiękiem był nierówny odgłos jego własnego oddechu. Otworzył oczy: wpadł w zarośla, a więziły go tylko kolce i gałęzie, które złamały się pod ciężarem jego ciała.

Trwoga przestała go już dusić, jej fala odpływała, a on poczuł rumieniec wstydu na twarzy. Jak to dobrze, że nikt nie był świadkiem jego upadku. Pomyślał, że jest już za duży, aby tak łatwo wpadać w panikę; w końcu za osiem dni skończy siedem lat. Wygrzebał się z chaszczy i usiadł prosto. Po chwili namysłu poszukał schronienia pod rozpłatanym przez piorun bukiem. Wtulił się w pień i postanowił poczekać, aż znajdzie go Ned.

Nie wątpił w to, że Ned zacznie go szukać. Miał nadzieję, że zjawi się dość szybko. Czekając, próbował myśleć tylko o tym, co dzieje się za dnia, a nie o tym, co może się czaić w ciemności po drugiej stronie pnia.

Nie mógł pojąć, jak to możliwe, żeby tak piękny dzień nagle się zepsuł. Ranek wydawał się pełen cudownych obietnic. Joan wreszcie uległa jego naleganiom i zgodziła się wziąć go na przejażdżkę leśnymi ścieżkami wokół Whitcliffe, sądził więc, że nie może się już dziś zdarzyć nic radośniejszego. Jego podniecenie udzieliło się kucowi, który ochoczo reagował na jego zachęty i puścił się galopem, jeszcze zanim przekroczyli bramę w murach zewnętrznego zamku.

Podczas gdy Joan sunęła za nim jak cierpliwy, wierny cień, on coraz szybszym tempem gnał na swym małym wierzchowcu przez wioskę. Dwa razy okrążywszy rynek targowy, zręcznie przeskoczył nad starym psiskiem drzemiącym na ulicy prowadzącej do Broad Gate, a potem ściągnął wodze tuż przed małą kapliczką St Catherine przy Ludford Bridge. Ponieważ nigdzie nie mógł dostrzec Joan, oparł się o kamienny łuk i cisnął monetę w kłębiące się w dole wiry. Jeden z wioskowych chłopaków zapewniał go, że gdy to zrobi, spotka go wielkie szczęście. Moneta jeszcze nie znikła do końca w wodzie, a on już był pewien jak Pisma Świętego, że stanie się coś radosnego.

Drogą prowadzącą na południe do Leominster nadciągali jeźdźcy. Prowadził biały ogier z ciemną gwiazdą — ulubiony wierzchowiec ukochanego brata Ryszarda. Natychmiast ruszył ku nim z kopyta na swoim kucyku.

Ned był bez zbroi, a wiatr niczym wstęgi rozwiewał jego spłowiałe na słońcu brązowe loki. Jak zawsze górował nad swymi towarzyszami. Ryszard niewielu znał mężczyzn tak wysokich jak Ned, który miał ponad sześć stóp i trzy palce wzrostu. Był earlem March, lordem Wigmore i Clare, najstarszym z czterech synów księcia Yorku. W ten wrześniowy, jeszcze letni poranek nikogo bardziej nie pragnął spotkać. Gdyby tylko Ned na to pozwolił, Ryszard z chęcią jechałby przy nim od brzasku do zmierzchu.

Pomyślał, że Joan także uradowała się na widok Neda, bo jej twarz nagle nabrała barwy płatków róży. Podobnie jak inne dziewczęta zerkała na niego spod rzęs. Ryszard cieszył się z tego; bardzo zależało mu na opinii Joan, chciał więc, by polubiła jego brata. Piastunki, które miał wcześniej, zanim tej wiosny przybył do zamku Ludlow, w niczym nie przypominały Joan. Były surowe, mocno zaciskały usta, nigdy nie sadzały go sobie na kolanach ani nie żartowały. Joan tymczasem pachniała słonecznikami i miała śliczne włosy, tak miękkie i rude jak lisie futro. Zaśmiewała się z jego żartów i opowiadała pasjonujące historie o jednorożcach, rycerzach oraz krucjatach do Ziemi Świętej.

Widząc teraz, jak uśmiecha się na widok Neda, Ryszard najpierw poczuł błogie zadowolenie, a potem zalała go fala niezwykłej radości, gdyż niemal nie mógł uwierzyć w to, że Ned naprawdę z nimi pojedzie. On tymczasem wyraźnymi gestami odprawił swoich towarzyszy, a mając teraz przed sobą wizję całego dnia w towarzystwie osób, które kochał, nie mógł się nadziwić, dlaczego nigdy wcześniej nie cisnął z mostu monety.

To, co się dziś działo, przekraczało wszelkie jego oczekiwania. Ned był w świetnym nastroju i opowiadał Ryszardowi historie ze swego dzieciństwa, które razem z bratem Edmundem spędził w Ludlow. Zaproponował, że pokaże Ryszardowi, jak łowił węgorze w bystrych wodach Teme, a także obiecał zabrać go na targ, który miał się odbyć w Ludlow za cztery dni. Namawiał Joan, aby zdjęła podwikę, która skrywała jej włosy, by potem zręcznymi palcami uwolnić loki, które spłynęły na ramiona jak czerwono-złote sznury.

Ryszard nie mógł ochłonąć ze zdumienia, w jaki wprawiła go kaskada tego jaskrawego, gorącego koloru. Wiedział — jakżeby inaczej — że ludzie mówią o nieszczęściu, jakie sprowadzają czerwone włosy, teraz jednak nie pojmował dlaczego. Joan ze śmiechem pożyczyła od Neda sztylet, aby odciąć lok, który następnie owinęła w swoją chusteczkę i wepchnęła Ryszardowi za kaftan. Ned także chciał taki podarunek, ale Joan dziwnie się wzbraniała. Ryszard bobrował w koszu Joan, podczas gdy Ned i Joan spierali się o jego życzenie, a półgłosem rzucane słowa szybko zamieniły się w szepty i śmiechy. Kiedy Ryszard odwrócił się do nich, zobaczył Neda ze zdobycznym lokiem i Joan znowu w różanych rumieńcach.

Gdy słońce znalazło się dokładnie nad ich głowami, rozpakowali zawartość kosza Joan. Sztyletem Neda pokroili ser i chleb na spore kawałki. Ned zjadł najwięcej z nich, a potem podzielił się z Joan jabłkiem, które objadali po kawałku, aż został tylko ogryzek.

Potem leżeli na kocu Joan i szukali szczęśliwych koniczynek, a ponieważ wygrał Ryszard, w nagrodę dostał cukrowane łakocie. Słońce grzało, a powietrze wypełniał zapach wrześniowych kwiatów. Ryszard przewrócił się na brzuch, aby uciec od Neda, który łaskotał go w nos koniuszkiem kosmyka włosów Joan. Po chwili zasnął, a gdy się zbudził, leżał sam, opatulony kocem. Natychmiast się zerwał i zobaczył swojego kucyka oraz klacz Joan przywiązane do drzew po drugiej stronie polany, ale brakowało białego ogiera Neda.

Poczuł się bardziej dotknięty niż przestraszony. Uważał, że to nie w porządku zostawić go tak śpiącego, ale dorośli rzadko zachowywali się właściwie wobec dzieci i nic nie można było na to poradzić. Rozprostował koc i czekał, aż wrócą; nawet na chwilę nie zaświtała mu myśl, że mogłoby być inaczej. Pogrzebał w koszu, zjadł resztki chleba, a potem ułożył się na plecach i obserwował, jak formują się obłoki.

Szybko jednak mu się to znudziło, uznał więc, że chyba wolno mu rozejrzeć się trochę na polanie. Ku swej uciesze niemal natychmiast odkrył płytki strumyczek — cienką wstęgą wił się w trawie, aby potem zniknąć między drzewami. Położył się tuż przy jego brzegu i, obserwując przemykające w lodowatej wodzie srebrzyste strzałki, usiłował którąś pochwycić, ale niestety ani jednej nie złapał.

Właśnie wtedy spostrzegł lisa, który z drugiego brzegu strugi wpatrywał się w niego złocistymi ślepiami i stał tak nieruchomo, że prędzej można go było uznać za wyciosanego niż za zwierzę z krwi i kości. Ryszard też zastygł w bezruchu. Niecałe pół miesiąca temu na łące za wioską znalazł porzucone lisiątko i przez tydzień bez skutku usiłował je obłaskawić, a kiedy matka przez przypadek odkryła na jego dłoni ślady ząbków, dała mu do wyboru: albo sam wypuści zwierzątko na wolność, albo trzeba je będzie uwolnić. Teraz czuł podniecenie, pewien, że to ta sama znajda. Powolutku usiadł, wstał i zaczął rozglądać się za kamieniem, żeby suchą stopą przejść na drugą stronę, a tymczasem lis bez widocznego pośpiechu pobiegł w głąb lasu. Ośmielony tym zachowaniem Ryszard podążył za nim.

Godzinę później musiał się przyznać sam przed sobą, że zgubił nie tylko lisa, lecz także drogę. Zawędrował gdzieś daleko od polany, na której stały uwiązane konie. Ilekroć wołał Neda, jedyną odpowiedzią był szelest w zaroślach leśnych zwierząt, wystraszonych ludzkim głosem. Powoli zapadał zmierzch i chmury tworzyły coraz większe skupiska, a gdy ostatnie skrawki błękitu pokryła szarość, zaczął kropić ciepły deszcz. Wcześniej próbował zorientować się w swoim położeniu, obserwując wędrówkę słońca, bo wiedział, że Ludlow jest na wschodzie. Teraz jednak poczuł się kompletnie bezradny i powoli ogarniał go strach, który wraz z nadciągającą ciemnością zaczynał przeradzać się w panikę.

Nie miał pojęcia, ile czasu spędził pod bukiem. Wydawało mu się, że czas utracił swe właściwości, a każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Próbował liczyć od stu do jednego, ale w pamięci pojawiały się dziwne luki i nie mógł sobie przypomnieć liczb, które przecież powinien znać.

— Dickon1! Odezwij się, jeśli mnie słyszysz!

Ulga była tak ogromna, że aż zakłuło go w gardle.

— Edmund! Tutaj! Tu jestem! — wrzasnął i już po chwili siedział na koniu brata.

Jedną ręką przytrzymując Ryszarda bezpiecznie na siodle, Edmund wycofał się z zarośli, pozwalając, by ogier sam znalazł sobie najlepszą drogę odwrotu. W świetle księżyca krytycznym wzrokiem ocenił wygląd brata.

— No, umorusany jesteś, co się zowie, ale czy nic ci się nie stało, Dickon?

— Nie — odrzekł Ryszard, a w jego uśmiechu więcej było wstydu niż pewności siebie. — Tylko zgłodniałem.

Edmund miał szesnaście lat i nie był tak miły jak Ned. Znacznie częściej się niecierpliwił, a sprowokowany mógł odpowiedzieć szybkim prztyczkiem w ucho.

— Jeszcze mi za to zapłacisz, braciszku. Możesz być pewny, że znam wiele przyjemniejszych zajęć na wieczór niż pałętanie się po lesie, żeby cię znaleźć. Gdy następnym razem przyjdzie ci do głowy uciekać, poczekam, żeby wilki pierwsze cię znalazły.

Ryszard nie zawsze wiedział, kiedy Edmund mówi serio, teraz jednak dostrzegł, że brwi zmarszczone są na niby, więc się roześmiał.

— Nie ma tutaj… — zaczął, ale potem w słowach brata coś go zaniepokoiło.

— Nigdzie nie uciekałem, Ed… Ja tylko pobiegłem za lisem… Za tym, pamiętasz, co go oswajałem… Czekałem, aż Ned wróci i… — Urwał i zerknął na Edmunda, przygryzając wargi.

— Powinienem był się domyślić — mruknął pod nosem Edmund, a potem dodał: — A to dureń! Przecież wie, co ojciec myśli o dogadzaniu sobie z kobietami z czeladzi! — Rzucił Ryszardowi przelotny uśmiech. — Nie masz pojęcia, o co mi chodzi, prawda? I bardzo dobrze. — Pokręcił głową, powtórzył raz jeszcze: „A to dureń”, a potem znienacka wybuchnął gromkim śmiechem.

Później przez jakiś czas jechali w milczeniu. Ryszard zrozumiał więcej, niż się Edmundowi wydawało: Ned zrobił coś, co bardzo nie spodoba się ojcu.

— A gdzie on jest, Edmundzie? — spytał tak markotnym głosem, że brat zwichrzył mu włosy w geście pocieszenia.

— Gdzie niby ma być? Szuka ciebie. Posłał tę twoją Joan do zamku po pomoc, gdy zrobiło się już ciemno, a oni ciągle nie mogli cię znaleźć. Połowa załogi i czeladzi od zmierzchu przetrząsa las.

I znowu zapadła cisza. Kiedy Ryszard zaczął rozpoznawać okolicę i wiedział już, że niebawem zobaczą Ludford Bridge, usłyszał, jak Edmund mówi w zamyśleniu:

— Nikt nie wiedział, co się stało. Ned został w lesie, a dziewka była tak roztrzęsiona, że z tego, co mówiła, nic się nie dało poskładać. Wszyscy myśleli, że gdzieś się wypuściłeś na własną rękę. — Zawahał się, a potem ciągnął tym niezwykłym tonem, jakim rozmawiają ze sobą dorośli. — Widzisz, Dickon, gdyby nasz pan ojciec dowiedział się, że Ned zostawił cię samego na łące, byłby bardzo nierad. Najbardziej wyklinałby oczywiście Neda, ale obawiam się, że dostałoby się także twojej Joan. Mógłby ją nawet przegnać.

— Nie! — Ryszard gwałtownie odwrócił się na siodle do Edmunda. — Ned nie zostawił mnie samego — zapewnił spiesznie. — To ja pognałem za tym lisem i…

— Jeśli to prawda, nie masz się co turbować o Neda i Joan. Przecież nikt nie będzie miał im za złe tego, co ty nabroiłeś. Ale pamiętaj, Dickon: gdzie twoja wina, tam też na ciebie spadnie kara.

Ryszard pokiwał głową.

— Wiem — szepnął i odwrócił wzrok, by spojrzeć w nurt rzeki pod mostem, gdzie wiele godzin temu cisnął na szczęście monetę.

— Hm, tak sobie myślałem, żeby cię spytać, Dickon… Może chciałbyś, żebym zrobił ci taki drewniany miecz, jak ma Jerzy? Nie mogę przyrzec, kiedy się do tego zabiorę, ale gdybyś chciał…

— Nie, wcale nie musisz tego robić! I tak nic nie powiem na Neda! — przerwał bratu Ryszard głosem pełnym urazy, ale skulił się trochę, gdy z ciemności wychynęły mury zamku.

Edmund był widocznie zaskoczony, ale potem uśmiechnął się, przygryzając usta.

— Przepraszam, mój błąd — powiedział, spoglądając na młodszego brata z tą rozbawioną miną, jaką mają dorośli, gdy odkrywają, że dzieci nie muszą być tylko utrapieniem — które trzeba znosić do czasu, aż dorosną na tyle, by się rozumnie zachowywać — lecz mogą się też okazać osobami godnymi szacunku.

Kiedy zbliżali się do zwodzonego mostu, po którym można było bezpiecznie pokonać fosę najeżoną szpiczastymi palami, pochodnie zapłonęły, aby zasygnalizować szczęśliwy powrót Ryszarda. W chwili gdy wjeżdżali na wewnętrzny dziedziniec, matka już czekała na nich na ganku, skąd wchodziło się do wielkiej sali. Edmund ściągnął wodze, zdjął z siodła małego Ryszarda i podał go matce. Porozumiewawczym uśmiechem pożegnał brata — niezmiernie uradowanego, że przynajmniej zyskał bezwarunkową aprobatę Edmunda.

RYSZARD SIEDZIAŁ NA STOLE w komnacie tak blisko kominka, że czuł na policzku gorąco bijące od ognia. Skrzywił się, gdy matka namoczoną w winie szmatką przemywała mu zadrapania na twarzy i szyi, ale bez protestu poddawał się zabiegom. Właściwie był nawet zadowolony, że zyskał sobie tyle jej uwagi, niewiele bowiem było okazji, gdy własnoręcznie zajmowała się jego skaleczeniami. Normalnie robiłaby to Joan, ale teraz zbyt była wzburzona, aby pomagać. Z oczyma zaczerwienionymi i napuchniętymi trzymała się z tyłu, od czasu do czasu tylko podchodząc i głaszcząc Ryszarda po włosach, ale tak nieśmiało, jakby pozwalała sobie na coś nagle jej wzbronionego.

Ryszard patrzył na nią rozradowany, bo nawet imponowało mu, że tak płakała z jego powodu. Jej jednak nie radowały wyrazy jego sympatii, a kiedy z pewnym ociąganiem opowiedział matce, że sam odłączył się od Neda i Joan, aby gonić za lisiątkiem, dziewczyna, nie wiadomo dlaczego, znowu wybuchła płaczem.

— Ponoć zostaniesz zamknięty za karę w lochu pod wielką salą: w ciemności i ze szczurami.

Brat Jerzy usiadł jak najbliżej, aby przemówić zaraz po tym, jak matka oddali się od stołu. Niebiesko-zielonymi oczyma uważnie wpatrywał się teraz w Ryszarda, który ukrył odruchowy dreszcz. Nie mógł pokazać Jerzemu, jak panicznie boi się szczurów, wtedy bowiem mógł być pewny tego, że znajdzie jednego w łóżku.

Na ratunek pospieszył mu Edmund, który nachylił się nad Jerzym, podając swój kubek z rozcieńczonym winem, aby Ryszard pociągnął łyk, a jednocześnie mrucząc:

— Uważaj, Jerzy, co gadasz, bo sam kiedyś wylądujesz w lochu.

Jerzy spojrzał wojowniczo, ale nie ośmielił się odszczeknąć, gdyż wcale nie był pewien, czy rozsierdzony Edmund nie zrealizuje swojej groźby. Wolał trzymać język za zębami. Chociaż za miesiąc kończył dopiero dziesięć lat, już zdążył wyrobić sobie spryt pozwalający przeżyć.

Ryszard odstawił kubek Edmunda gwałtownie, aż wino chlusnęło na blat, i pospiesznie zsunął się na podłogę. Nareszcie usłyszał głos, którego tak wyczekiwał.

Edward zsiadał właśnie z konia przed normańską kaplicą pod wezwaniem Marii Magdaleny. Dostrzegł Ryszarda, gdy ten jak strzała wypadł przez drzwi, i w trzech wielkich susach pokonał dzielący ich dystans, po czym zamknął brata w uścisku, od którego mogły popękać kości. Podrzucił chłopca w górę i na wyprostowanych ramionach zawiesił go sobie wysoko nad głową.

— Jezu, aleś ty mi napędził stracha, mały! Cały i zdrów?

— Wszystko z nim dobrze — zapewnił Edmund, który stanął w drzwiach i spoglądał z góry na brata klęczącego obok malca wzrokiem pełnym ironicznego rozbawienia, które tamten z niepokojem podchwycił. — Jest cały i zdrów — powtórzył Edmund — coś mi się jednak widzi, że nie upiecze mu się to szwendanie po lesie. Ponoć zgubił się, goniąc za jakimś przeklętym lisem. Ale po co ci to mówię, Ned, przecież tam byłeś, prawda?

— Pewnie, że byłem — odparł chłodno Edward. Usta mu zadrgały, a potem jak na komendę i on, i Edmund zgodnie się roześmiali. Szybko się wyprostował, wziął Ryszarda na ręce i, niosąc go przez podwórze, mruknął: — Na lisa polowałeś, tak? — Ryszard niepewnie pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z twarzy Edwarda. — Niełatwo cię utrzymać na miejscu, Dickon, ale za to potrafisz dochować wiary — rzekł cicho Edward. Ich oczy spotkały się, a kiedy Ryszard zobaczył uśmiech brata, doznał wspaniałego poczucia bycia zaufanym konspiratorem.

Ku zdumieniu Ryszarda ledwie w komnacie zjawił się Edward, Joan natychmiast z niej czmychnęła, nie miał jednak czasu zastanawiać się nad jej dziwnym postępowaniem, gdyż brat znowu usadził go na stole ze słowami:

— Czekaj, niech no ci się przypatrzę. — Postał chwilę, kręcąc głową, a potem rzekł ironicznie: — Wygląda to tak, jakbyś się szarpał z jeżynowym krzewem.

Ryszard roześmiał się na całe gardło.

— Bo tak było — przyznał, a potem zadarł głowę, gdy poczuł na sobie dotyk matki.

Ta badawczo wpatrywała się w najstarszego syna. Odpowiedział obojętnym spojrzeniem, leciutko tylko się uśmiechając, a ona w końcu rzuciła tylko:

— Miałeś szczęście, Edwardzie, naprawdę wielkie szczęście.

— Jakoś nigdy go ono nie odstępuje, ma mère — zauważył lakonicznie Edmund.

— Najwidoczniej we mnie gustuje — chętnie zgodził się Edward, a cofając się, tak uniósł łokieć, aby na pozór nieumyślnie trącić jego rękę i wylać trochę trunku. Edmund był jednak równie szybki i zdążył tak przechylić czarę, że napój spłynął bratu na rękaw kaftana.

— Edwardzie! Edmundzie! Ten wieczór najmniej ze wszystkich nadaje się na zbytki!

W wyrzucie matki tyle było niezwykłej pasji, że popatrzyli na nią zdumieni.

— Ale przecież to najzręczniej nam wychodzi, ma mère — odparował Edmund, chcąc żartem udobruchać rodzicielkę.

Edward, czując, że chodzi o coś poważnego, zmarszczył czoło.

— A czym ten wieczór się wyróżnia, ma mère? Przecież Dickonowi nic się nie stało, skąd więc twoja irytacja?

Nie odpowiedziała od razu, tylko przez chwilę przenosiła wzrok z jednego na drugiego.

— Znasz się na ludziach, Edwardzie — rzekła w końcu. — Chciałam o tym mówić dopiero jutro. Podczas gdy obaj szukaliście Ryszarda, otrzymaliśmy wiadomość od mego brata.

Młodzieńcy wymienili spojrzenia. Ich wuja, earla Salisbury, spodziewano się w tym tygodniu w Ludlow na czele wojsk z północy, aby dołączyli do ludzi ich ojca i tych, którzy niebawem mieli nadciągnąć z Calais pod dowództwem ich kuzyna earla Warwick, syna Salisbury’ego.

— W Blore Heath, na północ od Shrewsbury, wpadł w zasadzkę zastawioną przez wojska królowej. Wasi kuzyni Tomasz i Jan zostali wzięci do niewoli, ale memu bratu i innym udało się przebić. Wysłał umyślnego, żeby nas o tym uprzedzić; ma być tutaj jutro wieczorem.

Zapadła cisza, którą Edward przerwał słuszną uwagą:

— Jeśli królowa chce wojny, nie będzie trzymała armii w Coventry, lecz pomaszeruje na Ludlow, i to całkiem rychło.

Księżna Yorku przytaknęła.

— Tak, Edwardzie, zapewne ruszy na Ludlow. Mniemam, że niechybnie to właśnie nastąpi.

Staroangielski odpowiednik Ryszarda, zarejestrowany na jednym z jego portretów, który podpisano: Dickon of York (przyp. tłum.). [wróć]

2

Ludlow

Październik 1459 roku

W MROKU CZYHAŁA ŚMIERĆ. Ryszard czuł jej obecność, wiedział, że tam jest. Śmierć nie była już mu wcale obca po tym wszystkim, co stało się do tej chwili, raptem dziesięć dni po jego siódmych urodzinach. Śmierć zawsze czaiła się w pobliżu, dopadła w kołysce jego siostrę, zabierała kuzynów i kolegów. W najwcześniejszych latach życia zdążyła już nieraz i jemu zajrzeć w oczy. Teraz znowu się zjawiła i tak jak on czekała na nadejście dnia. Poczuł dreszcz i podciągnął obrębioną lisim futrem kapę pod brodę, po czym cofnął się jeszcze bardziej w głąb łóżka. Śpiący obok Jerzy poruszył się przez sen i zdzielił go łokciem w żebro.

— Przestań się wiercić, Dickon — mruknął i zagarnął poduszkę Ryszarda, który bez przekonania usiłował bronić własności. Decydująca okazała się jednak przewaga trzech lat, więc już po chwili starszy brat smacznie spał, przytulając do piersi obie poduszki. Ryszard podłożył pod głowę zgięte ramię i z zazdrością wpatrywał się w Jerzego. Przez całe siedem lat życia nie zdarzyło mu się nie spać o tej porze, ale też jeszcze nigdy nie był tak przerażony.

Ze zgrozą myślał o nadchodzącym dniu, bo nazajutrz miała się odbyć bitwa. Mężowie będą umierać z powodów, które nie do końca rozumiał. Pojmował jednak, że nim zapadnie noc, ojca, Neda i Edmunda może nie być już pośród żywych.

Poszewka poduszki rozpięła się i wyzierało z niej pierze. Przysunął się więc i zaczął wyciągać pióra jedno po drugim, uważając, żeby nie zbudzić Jerzego, ten jednak smacznie chrapał. Już po chwili wznosiła się między nimi biała sterta, którą malec zaczął dzielić na dwie części, jedną nazywając w myśli Yorkami, a drugą Lancasterami. Jedną puchatą armią dowodził, rzecz jasna, jego ojciec, książę Yorku, drugą — król Lancaster, powszechnie i lekceważąco zwany Henrysiem, oraz jego żona Francuzka.

Nie przestawał wyciągać piór z poduszki Jerzego i dodawać ich do wrogich armii, ale w niczym to nie pomagało: strach nie dawał się odegnać. A jeśli jego ojciec zginie? Albo Ned? Ned i Edmund byli już dorośli. Dorośli na tyle, aby jutro rzucić się na wierzchowcach w szał bitwy. Dorośli do tego, by umrzeć.

Tak usilnie powiększał armię Yorku, aż wreszcie ogromnie górowała nad Lancasterami. Wiedział, że ojciec nie chciał walczyć z królem, i nie sądził, by król naprawdę chciał się bić z jego ojcem. Ileż to razy słyszał, że król unika rozlewu krwi?

Królowa nie miała jednak takich skrupułów. Ryszard wiedział, że nienawidzi jego ojca z całą pasją i chce go zobaczyć martwego. Słyszał, jak każdego dnia powtarzał to jego kuzyn Warwick. Skąd brała się ta nienawiść — tego już nie był pewien, choć nie raz i nie dwa słyszał, jak ludzie powtarzali, że jego ojciec ma większe prawa do korony od króla. Przypuszczał więc, że właśnie to może mieć jakiś związek z tak zaciekłą wrogością. Dziwiło go to jednak, gdyż ojciec wielokrotnie powtarzał, że król jest jego suwerenem i panem lennym, nie pojmował zatem, dlaczego ojciec po prostu nie utwierdzi królowej w tym, że jest lojalny wobec króla Henrysia. Może nie nienawidziłaby go tak bardzo, gdyby to usłyszała… I może nie trzeba by było stawać do bitwy…

Nagle zesztywniał i tak gwałtownie podskoczył w łóżku, że zbudził rozgniewanego Jerzego, który zaklął w sposób posłyszany u Edmunda, a zaraz potem wpadł w złość, krztusząc się piórami.

— Żebyś sczezł, Dickon — wychrypiał, chwytając młodszego brata. Ryszard zazwyczaj zwinnie wywijał się atakom, teraz jednak nawet nie próbował uciekać i wnet został przygwożdżony do siennika przez Jerzego, trochę zaskoczonego łatwym zwycięstwem.

— Jerzy, posłuchaj!… Nic? Słuchaj uważnie!

Przygniatając Ryszarda poduszką, Jerzy posłuchał w końcu stłumionych protestów i nadstawił ucha.

— Jakieś krzyki… — powiedział niepewnie.

SZYBKO UBRALI SIĘ PO CIEMKU i wymknęli z sypialni w Pendower Tower. Całe Ludlow było nagle pełne wrogich głosów i wszystkich najdzikszych widziadeł, jakie była w stanie wykrzesać podniecona wyobraźnia dwóch przerażonych chłopców. Zanim dotarli do wschodnich drzwi wielkiej sali, kilkakrotnie przewracali się jeden przez drugiego, gnając w kierunku światła pochodni i znajomych twarzy.

W sali długiej na sześćdziesiąt stóp, a szerokiej na trzydzieści tłoczno było od mężczyzn raptownie wyrwanych ze snu, teraz dopiero poprawiających odzienie, dopinających pasy na biodrach i udach, szturchających niecierpliwie zamkowe psy, które uwijały się podniecone. Na początku Ryszard dostrzegł tylko miecze, jakby las nagich ostrzy długością dorównujących wzrostowi mężczyzny, które jednym cięciem mogłyby oddzielić głowę od tułowia, ale po chwili zaczął rozpoznawać znajome oblicza. Wuj, Ryszard Neville, earl Salisbury. Jego dorosły syn i imiennik, Ryszard, earl Warwick. William Hastings, młody przyjaciel jego ojca. A przy rozbuchanym ogniu na kominku Ned i Edmund.

Chwilę jednak potrwało, zanim odnalazł rodziców. Księstwo Yorku stali na uboczu. Ryszard dostrzegł, jak matka lekko dotyka koniuszkami palców warg ojca, który zamyka jej dłoń w swojej. Matkę zawsze dotąd widział w nienagannym stanie, znakomicie wystrojoną i noszącą się z godnością, więc teraz widok tej pobladłej kobiety, z rozczochranymi włosami i niestarannie narzuconym ubraniem był dla niego prawdziwym zaskoczeniem.

— Dickon, ostrożnie, bo nas dostrzegą — syknął mu do ucha Jerzy, ale on odepchnął rękę brata i wyskoczył zza osłony baldachimu.

Chociaż tak rozpaczliwie pragnął, by ktoś go uspokoił, nie śmiał podbiec do rodziców i wolał przecisnąć się przez tłum do braci.

— Ale niby czemu miałbyś ruszyć z wujem Salisburym i naszym kuzynem Warwickiem, a nie z panem ojcem i mną, Ned?

Edward szykował się, by odpowiedzieć Edmundowi, ale w tej samej chwili śmigły cień zmaterializował się u jego boku tak cicho i znienacka, że wytrącony z równowagi warknął:

— Na miłość boską, a ty skąd się tu wziąłeś, Dickon? Dlaczego nie jesteś w łóżku?

Na widok wylęknionych czarnych oczu wnet jednak złagodniał, schylił się, jak piórko poderwał Ryszarda w górę i z idącym za nim krok w krok Edmundem zaczął się przeciskać w kierunku osłony odgradzającej południowo-zachodni skraj sali.

Kiedy postawił Ryszarda na ziemi, usłyszeli za sobą tupot stóp i zobaczyli Jerzego, wbiegającego bez tchu za zasłonę. Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał, aż wreszcie Ryszard szepnął:

— Powiedz nam, Ned… Proszę.

Edward spojrzał na Edmunda, a kiedy ten tylko wzruszył ramionami, powrócił wzrokiem do młodszych braci.

— Ay, ay, lepiej, żebyście wiedzieli. Zostaliśmy zdradzeni. Kiedy rozejrzycie się po sali, nie zobaczycie ani jednej twarzy, na którą naiwnie liczyliśmy. Andrew Trollope przeszedł na stronę Lancasterów, a wraz z nim cała załoga Calais. Co gorsza, wie, co nasi dowódcy planowali na jutrzejszą bitwę.

— Co teraz zrobimy?

Edward żachnął się.

— A co niby możemy zrobić, Jerzy? Po wiarołomstwie Trollope’a nie mamy kim walczyć. Ludlow nie wytrzyma oblężenia. Możemy tylko rozpuścić wojsko, kazać mu się rozproszyć, a potem dosiąść koni i gnać tak, jakby nas gonił sam diabeł.

Jerzy i Ryszard trwali oniemieli, aż wreszcie ten pierwszy wybuchł:

— Jak to? Chcecie uciekać?

Zaraz jednak się skulił, widząc wściekłość brata.

— A czego byś chciał? Mamy zachować honor, ale stracić życie? Muszę ci tłumaczyć, co się z nami stanie, jeśli jutro rano ciągle będziemy w Ludlow? Każdy z mężów w tej sali byłby trupem przed zachodem słońca.

— Nie! — obruszył się Ryszard. — Nie wolno wam zostać.

Edmund nie mniej wzburzony od Edwarda spiorunował Jerzego wzrokiem i burknął:

— Ned, niech wracają do łóżka!

Edward po chwili zdał sobie sprawę z tego, że nie można winić dziesięciolatka jak dorosłego za każde wypowiedziane słowo. Czując nacisk na łokieć, zobaczył, że Ryszard przysunął się do niego. Aż do tej chwili niewiele myślał o młodszych braciach, uspokoiwszy się tylko myślą, że nawet mściwa królowa Lancasterów nie skrzywdzi dzieci. Ale gdy pomyślał o tym, co nazajutrz czekać będzie małego chłopca, ze zdumieniem uświadomił sobie, jak wiele by dał, aby oszczędzić Ryszardowi tego, co go spotka, kiedy siły Lancasterów zajmą Ludlow.

Jakby odgadując myśli brata, Ryszard spytał niepewnie:

— Pojedziemy z tobą, Ned?

A widząc przeczący ruch głowy, miał wrażenie, że słyszy gwałtowne bicie własnego serca.

— To niemożliwe, Dickon. Nie przy takiej jeździe.

— Zostawicie nas Lancasterom? — zapytał z niedowierzaniem w głosie Jerzy, przerażony tym, że Edward zamierza się wycofać.

— Dość, Jerzy, przecież to nie jest tak, że wydajemy was w ręce pogan, którzy zarżną was jak ofiarne zwierzęta — prychnął Edward z większą irytacją, niż zamierzał. Przemknęło mu przez myśl, że Jerzy często potrafi wytrącić go z równowagi. Po chwili dodał już łagodniej: — Nie musisz się niczego bać, Jerzy. Lancasterowie nie mszczą się na dzieciach. Będziecie bezpieczni, znacznie bezpieczniejsi, niż gdybyśmy próbowali zabrać was ze sobą.

Edmund był już zniecierpliwiony. Nie czas zajmować się dzieciakami, kiedy chodziło o życie.

— Ned, kuzyn Warwick na nas kiwa.

Edward skinął głową, nadal jednak się nie ruszył, mierzwiąc włosy najpierw Jerzemu, a potem Ryszardowi. Nigdy nie wydawali mu się tacy mali i bezbronni jak teraz, gdy mieli ich zostawić na łaskę nieprzyjacielskiej armii. Zmusiwszy się do uśmiechu, trącił Jerzego łokciem.

— Wyglądasz jak siedem nieszczęść, głowa do góry. Nie ma się czego bać, Lancasterowie będą was dobrze traktować.

— Ja się nie boję — szybko zapewnił Jerzy, a uznawszy milczenie starszego brata za wyraz niewiary, powtórzył z jeszcze większą pasją: — Nic a nic!

Edward tylko kiwnął głową i, rzuciwszy sucho: „Bardzom z tego rad, Jerzy”, odwrócił się, by podążyć za Edmundem. Zatrzymał się jednak i spojrzał na Ryszarda:

— A ty, Dickon? Boisz się?

Ryszard już otwierał usta, by zaprzeczyć, ale potem kiwnął głową i bardziej wyszeptał niż powiedział: „Tak”, zarazem czerwieniąc się, jakby było to najbardziej wstydliwe z możliwych wyznań.

— To coś ci powiem w sekrecie, Dickon… Ja także się boję — rzekł Edward i głośno się zaśmiał na widok zdziwionej miny brata.

— Naprawdę? — wykrztusił tamten.

— Naprawdę. Nie ma takiego, który by nie wiedział, co to strach. Odważny jest ten, kto potrafi to ukryć. Ot i wszystko. Pamiętaj o tym jutro, chwacie.

Zniecierpliwiony Edmund zawrócił.

— Na miłość boską, Ned, zamierzasz tak gadać do rana?

Edward wyprostował się i rzucił z uśmiechem:

— I pamiętaj, żebyś mi wszystko opowiedział, gdy znowu się spotkamy. To przecież ty będziesz świadkiem tego, jak Ludlow się poddaje.

I ruszył w ślad za Edmundem, zostawiając obu chłopców za zasłoną i próbując pogodzić się z myślą o tym, że gdy nastanie świt, Ludlow zajmie armia Lancasterów.

EDMUND NA TYLE DOBRZE ZNAŁ starszego brata, że nie widząc go koło siebie, wiedział, gdzie go szukać. Istotnie, Edward rozmawiał właśnie z matką. Spiesznie ruszył w tamtym kierunku i zdążył jeszcze pochwycić jej słowa:

— Czyżbyś rozum postradał, Edwardzie? Że też w ogóle coś takiego mogło ci przyjść na myśl! Nie, nie ma mowy!

— Poczekaj, ma mère, nie spiesz się z osądem! Zgadzam się, że zrazu wydaje się to bardzo ryzykowne, ale jestem pewien, że się uda. Zaręczam ci!

Nie wiedząc jeszcze, o co toczy się spór, Edmund poczuł niepokój. Nader często Edward ręczył za to, że uda się coś, co inni uważali za zupełnie niemożliwe.

— O co chodzi, Edwardzie? Co ma się powieść?

— Chcę zabrać stąd notre mère i chłopców.

Edmund tak się rozsierdził, że siarczyście zaklął w obecności matki i natychmiast dorzucił:

— Chryste Panie, przecież nie możesz mówić serio!

— Mogę. Tak, wiem, uzgodniliśmy, że najlepiej dla nich będzie pozostać w Ludlow, wiem, że notre mère jest pewna, iż nic im nie grozi. Ja jednak wcale nie jestem tego taki pewien.

— Ned, przecież nikt z nas nie jest tym zachwycony — perswadował Edmund — ale niepodobna tego zrobić. Kobieta i dwóch smarkaczy… przy takiej jeździe, taką drogą?! O wiele bezpieczniej będzie dla nich zostać w Ludlow, nikt przecież nie skrzywdzi niewiasty ani dzieci. Nie, tego nie zrobią nawet Lancasterowie. Zawiozą ich do króla i na pewno na Ludlow zostanie nałożony solidny haracz. No dobrze, z pewnością złupią też to i owo, ale na miłość boską, Ned, to przecież nie francuska wioska, Ludlow to ciągle jest Anglia.

— Tak, ale…

— A poza tym — ciągnął podniesionym głosem Edmund — dokąd niby chciałbyś ich zabrać?

Na twarzy Edwarda pojawił się triumfujący uśmiech. Odpowiedź miał już gotową.

— Wigmore! Klasztor Augustianów nieopodal zamku. Można ich tam bezpiecznie dostarczyć w kilka godzin, bez żadnego trudu. Nic nie mów, tylko słuchaj. Wyruszymy zaraz, pojedziemy bocznymi drogami. Nie ma w Shropshire takiej, której bym nie znał. Z tym chyba się zgodzisz, co? — padło wyzywające pytanie, a Edmund pokiwał głową.

— Tak, ale kiedy już dowieziesz ich do Wigmore, powiedzmy, że ci się to uda… co dalej? Przecież w całym Shropshire będziesz miał już wtedy wojska Lancasterów.

Edward niecierpliwie wzruszył ramionami.

— Zapomniałeś, że ja dorastałem tutaj, w Ludlow? Znam okolicę, nie dam się pojmać. Kiedy oni będą już w Wigmore, bez trudu dołączę do ciebie i pana ojca. — Uśmiechnął się i dodał z przekonaniem: — Przecież widzisz, że to musi się udać, prawda? Przyznaj sam, Edmundzie, że to dobry plan.

— Wprost przeciwnie, uważam, że to szaleństwo. Będziesz zdany tylko na siebie w chwili, gdy Lancasterowie zarzucą sieci na całe hrabstwo. Nie, nie będziesz miał żadnej szansy, nawet znikomej. — Widząc jednak stanowczy grymas na twarzy brata, pokręcił ponuro głową. — No ale widzę, że ciebie nic już nie odwiedzie od tego szaleństwa. W takim razie trzeba siodłać konie i ładować na nie chłopaków. Nie możemy dłużej zwlekać.

Edward tylko z uśmiechem pokiwał głową, najwyraźniej nie był zaskoczony.

— Wiedziałem, że na ciebie mogę liczyć — rzekł z aprobatą, ale po chwili pokręcił głową. — W tym przypadku będę jednak musiał obejść się bez twojego towarzystwa. Najlepiej, żebym zawiózł ich sam.

Edmund skrzywił się szyderczo.

— Bardzo szlachetnie, ale niezbyt mądrze. Nie błaznuj, Ned, dobrze wiesz, że jestem ci potrzebny.

Księżna Yorku, która ze zmarszczonym czołem przysłuchiwała się sporowi między synami, teraz ostro wtrąciła:

— Nie wierzę wprost własnym uszom! Czyście nie słyszeli, jak powiedziałam, że ani myślę opuszczać Ludlow? Na miłość boską! Co ty sobie wyobrażasz, Edwardzie? Że mnie przerzucisz przez siodło jak jakiś wojłok?

Spojrzeli na nią zdezorientowani, gdyż o wiele lepiej wiedzieli, jak radzić sobie z ojcowskim gniewem. Wydali jej się w tym momencie tacy młodzi, że miejsce wzburzenia zajęły w niej opiekuńcza troska i strach o synów. Zawahała się i zaczęła szukać odpowiednich słów, gdyż na powrót stała się matką nastoletnich synów, pamiętającą o tym, że są na razie mieszkańcami dwóch krain, którzy niewidzialną granicę między młodzieńczością a męskością tak często przekraczają to w jedną, to w drugą stronę, że nigdy nie było pewne, po której w danej chwili się znajdują.

— Twoja piecza, Edwardzie, a właściwie dbałość was obu przynosi wam zaszczyt. Myślicie, że nie jestem dumna z tego, że gotowi jesteście ryzykować życie dla mnie i dla swoich małych braci? Tyle że gra byłaby niewarta świeczki. Chcecie oszczędzić nam niewygód, ale sami możecie zginąć. Chyba nie przypuszczacie, że na to pozwolę?

— To wcale nie jest takie wielkie ryzyko, ma mère… — zaczął Edward, ale ona pokręciła głową i dotknęła jego policzka, przy czym ją samą zaskoczyło to, że publicznie daje wyraz swoim afektom.

— Nie zgadzam się, moim zdaniem ryzyko będzie ogromne, ale podejmowane po nic, Edwardzie, zupełnie niepotrzebnie. Tutaj nic nam nie grozi. Myślisz, że trzymałabym Jerzego i Ryszarda w Ludlow, gdybym sądziła, że coś może im się tutaj stać?

Widziała, że to celny argument. Edmund leciutko kiwnął głową, chociaż Edward jeszcze usiłował się bronić:

— Nie, ma mère, oczywiście że nie, aliści…

— A gdyby coś groziło nam ze strony Lancasterów tutaj, Edwardzie, nie inaczej byłoby w Wigmore. Przecież zamek należy do Yorków, nie trzeba więc wiele sprytu, aby się domyślić, gdzie jesteśmy. Nie, jestem zdecydowana zostać w Ludlow. Nie boję się o siebie ani o twoich braci, natomiast rzeczywiście lękam się o mieszkańców. To nasi ludzie i muszę tu być, aby przemówić w ich obronie.

— Będzie tak, jak zechcesz, ma mère — ustąpił wreszcie Edward. — Chyba rzeczywiście masz rację. — Był jednak na tyle młody, że dorzucił jeszcze półgłosem: — Dałby Bóg, żebyś miała rację.

ULICE OPUSTOSZAŁY, sklepy zostały zabite deskami, stragany świeciły pustkami i nawet psy w Ludlow były dziwnie ciche. Tylko ryczenie bydła stłoczonego w jarmarcznej zagrodzie zakłócało nienaturalną ciszę, gdy czujka armii Lancasterów wkraczała do Ludlow przez Ludford Bridge.

Nie napotkali żadnego oporu; nikt nie bronił skarp, którymi przegrodzono drogę do Leominster. Jadąc Broad Street, spokojnie minęli Broad Gate i skierowali się na północ ku High Street, ale na placu targowym przyszło im ściągnąć wodze, gdyż pod krzyżem stała kobieta z dwoma chłopcami.

ARMIA LANCASTERÓW ZALAŁA LUDLOW. Na ulicach tłoczyli się rozweseleni żołnierze. Chorągwie Lancasterów z łabędziem i różą załopotały na wietrze nad głowami księżnej Yorku i jej dwóch najmłodszych synów.

Kiedy zobaczyli konnego rycerza, którego zbroja lśniła w promieniach słońca, Ryszard pomyślał, że to pewnie król Henryk, ale twarz na pół widoczna pod uniesioną przyłbicą była o wiele za młoda. Człowiek ten nie był dużo starszy od jego brata Neda. Ośmielił się spytać szeptem Jerzego, a ten odpowiedział ze śmiałością, która zdumiała Ryszarda:

— Tutaj nie ujrzysz Henryka, Dickon. Powiadają, że to taki dureń, iż w ciemności nie odróżni gęsi od gąsiora.

Ryszard już wcześniej słyszał od czasu do czasu jakieś osobliwe uwagi o zdrowiu władcy, z których niejasno wnosił, że z królem jest „coś nie w porządku”. Wzmianki te najwyraźniej nie były przeznaczone dla niego, a wypowiadano je nad wyraz ukradkowo i aluzyjnie, więc lękał się spytać o te kwestie nawet Edwarda. W jego obecności nikt dotąd nie wypowiedział podobnej uwagi tak jawnie i bez osłonek, na dodatek wtedy, gdy dokoła roiło się od królewskich żołnierzy, spojrzał więc na brata ze zdumieniem i podziwem.

Jerzy wpatrywał się w młodego rycerza, który szedł teraz w kierunku schodów prowadzących do krzyża. Ciągnąc matkę za rękaw, szepnął:

— Ma mère? Kto to? Ten, co nas zdradził… Trollope?

— Nie… Milord Somerset — odparła spokojnie i z rzeczowego tonu jej głosu nikt nie odgadłby, że chodzi o człowieka, który miał więcej powodów niż ktokolwiek inny, by nienawidzić rodu Yorków, gdyż jego ojciec wydał bitwę jej mężowi i nie tylko ją przegrał, lecz także w niej poległ. Schodziła powoli na spotkanie rycerzowi.

Henrykowi Beaufortowi, księciu Somerset, pomimo jego dwudziestu trzech lat powierzono dowództwo nad królewską armią. Małgorzata Andegaweńska, pochodząca z Francji królowa, mogła niewiele sobie robić z obyczajów i jeździć konno z wojskiem, były jednak pewne granice, które i ona musiała uszanować, między innymi dlatego, że w kulturze angielskiej nie było miejsca na żadną Joannę d’Arc.

Somerset nie zsiadł z konia. Sprawną ręką trzymając na wodzy niespokojnego ogiera, niecierpliwie wysłuchał płomiennych słów, jakie księżna Yorku wygłosiła w obronie mieszkańców Ludlow.

Mając czterdzieści cztery lata, Cecylia Neville pozostawała urzekająco piękną kobietą, młodzieńczo szczupłą, z wyrazistymi szarymi oczyma. Somerset nie był całkowicie obojętny na jej wdzięki, gdy w pełni swej krasy stała pośrodku placu targowego, mając po bokach obu małych synów, aczkolwiek natychmiast zrodziło się w nim podejrzenie, że cała ta scena specjalnie została tak obmyślona, aby przemawiała do rycerskiej wrażliwości. Nie żywił sympatii do tej dumnej kobiety zaślubionej jego zaprzysięgłemu wrogowi, dlatego ucieszył się, widząc, że niełatwo jej przyszło występować z taką prośbą.

Chociaż z uwagi na płeć i rangę musiał okazać księżnej względy i wysłuchać supliki w imieniu Ludlow, ani myślał jej spełnić. Ludlow od dawna było siedzibą Yorków, więc zgotowanie mu dnia zemsty będzie dobrą nauczką dla miejscowości wahających się w swej lojalności wobec Lancasterów.

Przerwał jej, aby indagować o to, co i tak już wiedział. Księżna Yorku nie zwlekała z odpowiedziami. Jej mąż? Opuścił Ludlow, podobnie jak jej brat earl Salisbury i bratanek earl Warwick. Jej synowie, Edward, earl March, i Edmund, earl Rutland? Oni również się oddalili, oznajmiła chłodno.

Somerset stanął w strzemionach i spojrzał w górę High Street, która wznosiła się ku murom zewnętrznego dziedzińca zamkowego. Kobieta z pewnością mówiła prawdę. Sama jej obecność w tym miejscu dowodziła tego, że Yorkiści uciekli. Dobrze pamiętał, że po drugiej stronie zamku był most nad Teme, od którego odchodziła droga na zachód do Walii.

W odpowiedzi na jego zamaszysty gest żołnierze wbiegli na stopnie. Chłopcy trwożliwie cofnęli się, Somerset zaś miał kolejną chwilę satysfakcji, gdy na urodziwej twarzy Cecylii Neville dostrzegł nagłą trwogę. Przygarnęła do siebie synów i spytała, czy książę zamierza mścić się na niewinnych dzieciach.

— Moi ludzie mają tylko zadbać o pani bezpieczeństwo, madame.

Jej buńczuczność go irytowała; była ostatecznie tylko kobietą, a na dodatek z rodu Yorków. Nie widząc powodu, aby nie przypomnieć jej o realiach sytuacji, szorstko dodał, że zanim dzień dobiegnie końca, będzie najpewniej wdzięczna, że zadbał o jej ochronę.

Pobladła, słysząc w tych słowach wyrok na Ludlow. Wiedziała, że jest tylko jeden człowiek, który może powstrzymać zbliżającą się rzeź — przedziwna osoba, która tęskniła do pokoju, a którą więzy małżeńskie splotły z kobietą uważaną przez Yorków i ich zwolenników za Messalinę.

— Chcę się widzieć z Jego Królewską Wysokością — rzekła stanowczo — nie ma bowiem poddanych bardziej mu oddanych niż mieszkańcy Ludlow.

Było to żądanie niemożliwe do spełnienia, tego jednak niepodobna było powiedzieć głośno. Somerset przełknął kąśliwą odpowiedź i rzekł tylko:

— Jego Królewska Wysokość uznał, że lepiej mu pozostać w Leominster.

Cecylia nie patrzyła już na Somerseta. Ryszard, który stał tak blisko matki, że przydeptywał rąbek jej sukni, czując, jak napręża się jej ciało, uważnie obserwował, jak w nader oficjalnym, precyzyjnym, ściśle kontrolowanym i tak niepasującym do jej płynnej gracji ruchu opada na stopnie. Spiesznie rzucił się naśladować matkę i tak oto z klęczek miał okazję po raz pierwszy ujrzeć królową Lancasterów.

Pierwszym wrażeniem była po prostu bojaźń. Małgorzata Andegaweńska była najpiękniejszą niewiastą, jaką kiedykolwiek widział — tak piękną jak królowe z wieczornych opowieści Joan. Cała w złocie i czerni niczym któryś z motyli, za którymi z taką czczą pasją uganiał się przez całe lato. Oczy miała wielkie i czarne, ciemniejsze nawet niż tak lubiane przez jego matkę gagaty z Whitby. Szkarłatne usta, biała skóra, ciemne włosy skryte pod podwiką ze złotego, jakby utkanego ze słonecznych promieni muślinu tworzyły całość, od której nie potrafił oderwać wzroku, gdyż nic nie mogło równać się z jej urodą.

— A gdzież pani mąż, madame? Podobnaż to, by cię porzucił, abyś to ty zapłaciła cenę za jego zdradę?

Ryszarda zachwycił ton głosu matki — jasny, wysoki i melodyjny niczym kościelne sygnaturki. Głos królowej, ostry, nabrzmiały szyderstwem, a tak naznaczony akcentem andegaweńskim, że z trudem mógł rozróżnić słowa, bardzo go teraz rozczarował.

— Mąż mój poprzysiągł wierność Jego Królewskiej Wysokości i trwa przy tej przysiędze.

Królowa zaśmiała się, co zrobiło na Ryszardzie równie niemiłe wrażenie jak brzmienie jej głosu. Chowając dłoń w fałdzie matczynej szaty, podsunął się jeszcze bliżej.

Znienacka, ku swemu stropieniu, zdał sobie sprawę z tego, że lśniące czarne oczy wpatrują się w niego. Zmrożony przez ten wzrok nie był w stanie odwrócić spojrzenia. Przywykł do niewidzącego wzroku dorosłych, bo na tym, jak sądził, polega dorosłość, że dzieci są niezauważalne. Nie dotyczyło to jednak królowej, która zlustrowała go bardzo dokładnie, a w jej spojrzeniu było coś tak zimnego i badawczego, że nie wiedząc czemu, poczuł strach.

Tymczasem królowa już patrzyła na jego matkę.

— Skoro twój mąż, madame, a także synowie March i Rutland tak dzielnie umknęli przed konsekwencjami swej zdrady, to ty będziesz musiała być świadkiem kary wymierzonej wszystkim, którzy nie chcieli być lojalni wobec korony.

Cecylia odpowiedziała bez chwili zwłoki i nieoczekiwanie, gdyż stanęła na wprost hebanowej klaczy Małgorzaty, mówiąc:

— Mieszkańcy Ludlow to ludzie dobrzy, pobożni i lojalni wobec króla. Mogę solennie zapewnić, że nie zgrzeszyli wobec niego niewiernością.

— Madame, stajesz mi na drodze — rzekła miękko królowa.

Ryszard zobaczył, jak jej szpicruta tnie powietrze nad jego głową. Klacz rzuciła się do przodu i przez jedną okropną chwilę był pewien, że jego matka padnie pod końskimi kopytami. Zaalarmowana jednak przez wyraz twarzy Małgorzaty zdążyła odskoczyć, a upaść nie pozwolili jej najczujniejsi z żołnierzy Somerseta.

Ryszard przedarł się między nimi i przywarł do matki, przy której był już Jerzy. Cecylia drżała na całym ciele i na chwilę oparła się na Jerzym, jakby był dorosłym mężczyzną.

— Chcę odesłać mych synów z miasta — wykrztusiła chrapliwym głosem. — O to proszę Waszą Wysokość… Wszak i ty jesteś matką.

Małgorzata obróciła się w siodle, szarpnęła wodze i zawróciła do krzyża.

— Zaiste, jestem matką. Dzisiaj upływają szóste urodziny mego syna… ale niemal od pierwszego dnia, gdy przyszedł na świat, podważane są jego prawa, szerzone są plugawe pogłoski, że Edouard nie jest synem mego męża i króla. I wiesz, pani, równie dobrze jak ja, iż kalumnie te głosi przede wszystkim Ryszard Neville, earl Warwick. Warwick… pani bratanek, madame! Bratanek!

To ostatnie słowo zostało wysyczane, a po nim trysnął potok francuskich słów, zbyt szybkich i gniewnych, aby można je było zrozumieć. Urwała, aby nabrać oddechu, zmierzyła wzrokiem poszarzałą na twarzy księżną i jej struchlałych synów, po czym z wystudiowaną powolnością zaczęła ściągać rękawiczkę z hiszpańskiej skóry, kunsztownie obszytą sobolowym futrem. Patrzyła, jak Cecylia Neville unosi brodę, jak Somerset się uśmiecha, wiedziała, iż oboje oczekują, że wymierzy raz w twarz księżnej — a tymczasem cisnęła jej rękawiczkę do stóp.

— Chcę, aby to miasto nauczyło się, co spotyka tych, którzy wspierają zdrajców. Milordzie Somerset, proszę tego dopilnować.

Nie czekając na odpowiedź, ponownie chlasnęła pejczem w bok klaczy, a potem, ukazując swój jeździecki kunszt, okręciła się w miejscu i pognała Broad Street, żołnierze zaś pospiesznie schodzili jej z drogi.

JAKIEŚ DZIEWCZĘ rozdzierająco krzyczało, a zalewany falami tego wrzasku Ryszard cały dygotał. W tym głosie było tyle przerażenia, że z mdlącą ulgą słuchał, jak słabnie, a w końcu milknie.

Wiatr gwałtownie się zmienił i przyniósł wstrętny zapach płonącego mięsa. Kolejne domy stawały w płomieniach, ogień z ostatniego przerzucił się na chlew i uwięzione w nim nieszczęsne zwierzęta. Na szczęście nie było już słychać ich przeraźliwego kwiku. Śmierć zwierząt nie była mu obca; widział, jak się je rżnie do kuchni, a we wrześniu towarzyszył Edwardowi i Edmundowi w łowach na jelenia. Ale to było coś zupełnie innego: świat całkowicie oszalał.

Świat, w którym ulicami gnano mężczyzn jak bydło, z konopnymi pętlami na szyjach. Świat, w którym żołnierze z obrabowanych sklepów wyrzucali na stos deski, aby wznieść z nich szubienicę przed ratuszem. Świat, w którym młodszy syn miejskiego sędziego został skatowany pałkami i zostawiony pośrodku Broad Street, aby się wykrwawił na śmierć. Ze swego miejsca przy krzyżu Ryszard widział jego ciało, chociaż usiłował nie patrzeć. To ten chłopak pomógł mu złapać lisiątko tamtego pamiętnego letniego poranka na łące pod Dinham.

Odwracając wzrok, dostrzegł czerwone strumyki, które cieknąc od podstawy krzyża, zlewały się w rynsztoku.

— Jerzy, patrz! — krzyknął z pełną grozy fascynacją. — Krew!

Jerzy chwilę wpatrywał się, a potem przykucnął, zanurzył koniec palca w cieczy, przyjrzał się i zawołał:

— Nie! Wino! Stamtąd, patrz!

Żołnierze wytoczyli z tawerny wielkie beczki, z których jedna się przewróciła, wylewając swą zawartość.

Powiedli wzrokiem za galopującym bykiem, powitanym wesołymi okrzykami przez znudzonych żołnierzy, których Somerset wyznaczył do pilnowania księżnej i synów. Ryszard nie wiedział, co o nich myśleć; to prawda, nie pozwalali nikomu ich nękać, ale widać było, że są bardzo niezadowoleni z faktu, iż to na nich właśnie padło. Z wyraźną zazdrością przypatrywali się towarzyszom plądrującym miasto i najpewniej w duchu potakiwali nieustannie ponawianym przez księżną żądaniom, aby wraz z dziećmi zabrano ją do obozu królewskiego. Cóż jednak z tego, skoro dowódca był nieugięty i powtarzał, że bez wyraźnego rozkazu jego wysokości księcia Somerset nikt z jeńców ani wartowników nie może się ruszyć od krzyża ani na krok.

Nagle księżna Yorku głośno krzyknęła. High Street, przypominając statek bez steru, wlókł się mężczyzna — jakby niepomny żołnierzy, którzy dźwigali naręcza łupów z ogołoconego już zamku, sterczącego nad bezbronnym podgrodziem niby szkielet ofiary jakiegoś potwora. Mężczyzna nieustannie potykał się i zataczał, poszturchiwany i popychany przez grabieżców, którzy niekiedy nawet schodzili mu z drogi. Chociaż mieli już za sobą gwałty i morderstwa, wzdragali się jednak przed zadaniem krzywdy duchownemu.

Habit z kapturem mówił, że to jeden z karmelitów, aczkolwiek nic już nie zostało z bieli materiału, który zbrukany był sadzą i krwią. Kiedy mężczyzna się zbliżył, zobaczyli, że ma tylko na jednej nodze sandał, a bosą stopą wstąpił w rynsztok pełen wina aż po kostkę, ale jakby zupełnie tego nie zauważył. Dopiero słysząc swoje imię, nagle ocknął się i zaczął rozglądać. Księżna zawołała do niego ponownie i teraz ją zobaczył.

Strażnicy nie usiłowali go powstrzymywać, kiedy po stopniach wspinał się do krzyża, i obojętnie patrzyli, jak Cecylia chwyta w swoje dłonie jego drżącą rękę. Jej oczy przemknęły po zszarganym habicie, a potem wróciły do poszarzałej twarzy.

— Czy ojciec jest ranny?

Niemrawo pokręcił głową.

— Nie… Wybili nasz inwentarz. Krowy, owce… Obory spływają krwią… Wszystko…

Głos mu się załamał, oczy jakby przesłoniła jakaś chmura, trzeba było, by księżna powtórzyła jego imię, a znowu skupił wzrok na niej i na obu chłopcach. Nie rozpoznawali w nim znajomego zakonnika; był potargany i umorusany jak najgorszy żebrak, oczy miał zaszklone, a wargi napuchnięte i popękane.

— Madame… złupili nam klasztor. Wszystko zabrali, madame, dosłownie wszystko. Spalili zabudowania, spiżarnie, gorzelnię, nawet aptekę i przytułek. Kościół… Kościół zbezcześcili… Nawet cyborium i kielichy mszalne. Kielichy, madame, kielichy też…

— Niech ojciec mnie posłucha — przerwała mu ostro. — Na miłość boską, słuchajcież mnie, ojcze! — Przestał się trząść i patrzył na nią nieruchomo. — Musi ojciec dostać się do zamku, znaleźć księcia Somerset i przekazać mu, aby wydał rozkaz zabrania moich synów do obozu króla. — Zerknęła na chłopców, jeszcze bardziej ściszyła głos i powiedziała z naciskiem: — Zanim będzie za późno! Czy ojciec mnie rozumie? Proszę zrobić to natychmiast! Żołnierze nie podniosą ręki na duchownego, przepuszczą ojca. Jeśli Somerseta nie będzie w zamku, proszę go szukać w ratuszu. Zamienili go w więzienie, więc książę może tam oglądać aresztowanych. — Zakończyła szeptem: — Na jednorodzonego syna Bożego, błagam, niech ojciec go znajdzie.

Przejęty żarem tych słów zakonnik skinął głową.

— Tak zrobię, madame! Nie zawiodę Waszej Książęcej Mości!

Jerzy zrozumiał dostatecznie wiele z tej wymiany zdań, aby poczuć dreszcz trwogi, i przyciskając się do matki, patrzył, jak poplamiony habit szybko znika w ciżbie przewalających się przez High Street żołnierzy.

— Ma mère, nie ufasz naszym strażnikom? — spytał szeptem.

Nachyliła się nad nim. Był najładniejszy ze wszystkich jej dzieci. Ryszard był szatynem, tymczasem on miał jasne włosy, które teraz odgarnęła mu z czoła. Chwilę się wahała, a potem uciekła w półprawdę.

— Tak, Jerzy, ufam im, ale dzieją się tutaj rzeczy, których ty i Ryszard nie powinniście w ogóle oglądać. Dlatego chcę, żeby zabrano was do Leominster, do króla. Po prostu musi… Ryszardzie!

Z przeraźliwym krzykiem zdążyła chwycić najmłodszego syna, zanim spadłby ze stopni krzyża na udeptaną ziemię placu targowego. Klęcząc, przygarniała go do siebie i karciła głosem ochrypłym ze strachu. Przyjmował te połajania w milczeniu, a kiedy go wypuściła, ciężko siadł na najwyższym schodku i objął kolana ramionami w daremnej próbie powstrzymania dreszczy wstrząsających jego małym ciałem. Cecylia nie wiedziała ani nie chciała dopytywać, co tak przejęło syna, ale zaraz zwróciła się do strażników z taką furią, że cofnęli się o krok:

— Nie pozwolę na to, aby moi synowie oglądali, jak wyrzynacie mieszkańców Ludlow! Natychmiast zawiadomcie Somerseta! Natychmiast, powiadam, już!

Spiorunowani przez nią mężczyźni skulili się, bo należała do ludzi, wobec których posłuszeństwa uczyli się od dzieciństwa. Jerzy widział jednak od razu, że cały gniew matki na nic się zda, a jej żądanie nie zostanie spełnione. Po chwili kucnął obok Ryszarda.

— Dickon? Co takiego zobaczyłeś? — Ryszard podniósł głowę. Oczy miał nienormalnie czarne, tak pod wpływem szoku rozrosły się źrenice. Milczał. Jerzy nastawał: — No, co takiego? Co mogło być takie okropne?

— Kobieta! Żołnierz pociągnął ją na cmentarz!

Nawet w tej sytuacji Jerzy nie przegapił okazji, aby popisać się swoją znajomością świata.

— Ta, z którą sobie poużywali? — spytał tonem pełnym wyższości.

Słowa te nic dla Ryszarda nie znaczyły, w ogóle ich nie usłyszał.

— To była Joan… Tam, ona… — Machnął ręką w prawo. — W Butcher’s Row. Biegła, potykała się, a potem padła i się nie ruszała. Suknię miała porwaną, była cała zakrwawiona… — Znowu zadrżał i Jerzy musiał nalegać, by kontynuował. — Z kościoła wybiegł żołnierz… chwycił ją za włosy… szarpnął tak mocno, że poderwał ją na nogi i… I pociągnął na cmentarz. — Głęboko zaczerpnął powietrza, przez chwilę wydawało się, iż wybuchnie płaczem, ale jakoś to stłumił, wpatrzony w Jerzego. — Mówię ci, to była Joan — powtórzył, jakby miał nadzieję, że brat temu zaprzeczy, powie, że w żaden sposób nie mogła to być Joan.

Ze wstrzymanym oddechem czekał na odpowiedź, ale już po chwili wiedział, że nie będzie żadnych zaprzeczeń ani uspokajających zapewnień. Jerzemu nigdy nie brakowało słów, nigdy też nie spoglądał w ten sposób na Ryszarda, który nagle pojął, że z Joan stało się coś znacznie gorszego niż to, co widział na Butcher’s Row.

Przebiegł koło nich żołnierz wymachujący odkorkowaną butelką wina chlustającego na wszystkich, których mijał. Ryszard ukrył twarz w rękach, ale nagle poderwał głowę i spytał pod wpływem niespodzianej myśli:

— Jerzy, a czy mężczyzn będą wieszać?

Brat przytaknął.

— Dziękujmy Bogu, Dickon, że naszego ojca nie ma w Ludlow. Gdyby on albo który z naszych braci dostał się w ręce królowej, nabiłaby ich głowy na piki i wystawiła nad bramami miasta, a nam na pewno kazałaby na to patrzeć.

Ryszard spojrzał na niego ze zgrozą, a potem skoczył na równe nogi, gdy kobiecy skowyt przeszył powietrze nad placem targowym. Zerwał się także Jerzy, mocno potrząsając ramieniem brata.

— To nie Joan, Dickon — zapewnił go z pasją. — Głos nie był od kościoła. To nie Joan!

Ryszard nerwowo przestępował z nogi na nogę, nie spuszczając oczu z twarzy brata.

— Jesteś pewien? — szepnął.

Dokładnie w chwili, gdy Jerzy przytakiwał, kobieta znowu zawyła. Tego było już za wiele dla Ryszarda. Wyrwał się z objęć Jerzego tak gwałtownie, że aż stracił równowagę, potoczył się po schodach i znalazł się na drodze jeźdźca, który właśnie skręcił w Broad Street.

Od samego upadku nic się Ryszardowi nie stało, gdyż grunt nie był aż tak twardy, ale impet, z jakim poleciał, sprawił, że stracił dech w piersiach. Nagle zobaczył tuż nad sobą wierzgające nogi i podkowy na kopytach. Kiedy znowu ośmielił się otworzyć oczy, matka klęczała obok niego w błocie, wierzchowiec zaś zatrzymał się raptem o stopę od jego głowy.

Ręce Cecylii trzęsły się tak bardzo, że musiała zapleść palce, aby uspokoić drżenie, a błoto z twarzy syna otarła rękawem sukni.

— Na miłość Najwyższego, madame! Pani nadal jest tutaj?!

Poderwała gwałtownie głowę i zobaczyła nachylającą się nad nią twarz — młodą, zaniepokojoną i dziwnie znajomą. Pospiesznie zaczęła szukać w pamięci i nagle znalazła. Rycerzem, który omal nie stratował jej najmłodszego syna, był Edmund Beaufort, młodszy brat księcia Somerset.

— Też wzywam Najwyższego — krzyknęła w desperacji — i proszę, aby moich synów zabrano stąd w bezpieczne miejsce!

— Dlaczego od razu nie odesłano was do królewskiego obozu w Leominster? — W głosie Beauforta słychać było gniew i niedowierzanie. — Ktoś za to zapłaci memu bratu głową. Lancasterowie nie wojują z niewiastami i dziećmi.

Cecylia w milczeniu wpatrywała się w jego twarz tak uporczywie, że ta pokryła się wreszcie rumieńcem, a wtedy Beaufort gwałtownie obrócił konia i zaczął wydawać rozkazy ludziom, którzy wjechali do Ludlow pod jego komendą. Z jakąż ulgą zobaczyła, że wszyscy są trzeźwi.

— Ci żołnierze odprowadzą panią, madame, i pani dzieci do królewskiego obozu.

W milczeniu tylko potaknęła i przypatrywała się, jak odprawia dotychczasowych strażników, każe przyprowadzić konie, a wściekłość swą wyładowuje, okładając płazem miecza pijanego żołnierza, który napatoczył się ze zdobycznym łupem. Nawet teraz, gdy wydawało się, że bezpieczny odwrót mają w zasięgu ręki, Cecylia wiedziała, że odetchnie spokojnie dopiero wtedy, gdy zobaczy, jak jej synowie bez szwanku wyjeżdżają z Ludlow. Kiedy prowadziła chłopców do czekających na nich koni, a Ryszard nagle się zaparł, napięcie ostatnich dwudziestu czterech godzin znalazło ujście w policzku, który wymierzyła synowi. Zachłysnął się powietrzem, ale nie zaprotestował — zrobił to jednak Jerzy, który natychmiast znalazł się u boku brata.

— Nie złość się na Dickona, ma mère! — powiedział stanowczo. — Widział ją, to znaczy Joan. — Dostrzegając, że matka nie rozumie, wskazał w kierunku kościoła. — Wciągnęli dziewczynę na cmentarz i to była Joan.

Cecylia uklękła obok najmłodszego syna i czule go przytuliła. Widząc łzy, które zawisły na koniuszkach rzęs, delikatnie pogłaskała go po policzku i wyszeptała:

— Och, Ryszardzie, dlaczego nic nie powiedziałeś?

Kiedy z rana oczekiwali na nadejście armii Lancasterów, tłumaczyła im, że koniecznie muszą panować nad sobą i nie dawać wyrazu emocjom, teraz jednak nad troską o dumę, honor i inne tego typu rzeczy górę wziął ból w dziecięcych oczach — ból, który powinien być oszczędzony temu wiekowi niewinności.

To wtedy Edmund Beaufort posunął się do gestu współczucia, którego się po nim nie spodziewała i którego miała mu już nigdy nie zapomnieć. Kiedy podniosła oczy, napotkała jego spojrzenie, a zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, usłyszała słowa:

— Wyślę paru swoich ludzi, aby zobaczyli, co stało się z tą… kobietą na cmentarzu, i każę dostarczyć ją w ślad za wami do Leominster. No, chyba że… — Urwał, wpatrując się w chłopca, którego przygarniała, i zakończył inaczej, niż zamierzał: — Co trzeba, to będzie zrobione. A teraz sądzę, że nie powinniście zwlekać, madame.

Kiwnęła głową i przyjęła wyciągniętą do niej dłoń, pozwalając się podnieść z klęczek. Teraz dopiero zobaczyła, jaki był młody. Nie mógł być starszy więcej niż cztery, pięć lat od jej Edmunda. Bardzo młody, najwyraźniej przygnieciony widokiem tego, co stało się w Ludlow, i dostatecznie wrażliwy, aby wyczuć, że nie chce, aby Ryszard był obecny, kiedy nadejdzie wiadomość o tym, co stało się z Joan.

— Nigdy, milordzie, nie zapomnę pańskiej rycerskości — powiedziała miękko i nasyciła te słowa ciepłem, którego nie spodziewałaby się po sobie w odniesieniu do kogokolwiek z rodziny Beaufortów.

— Na wojnie, madame, zawsze dochodzi do pewnych… wybryków — rzekł i zgasła iskra sympatii, która na chwilę między nimi zapłonęła.

Cofnął się i zaczął wydawać krótkie, surowe rozkazy. Kilku mężczyzn pobiegło w kierunku cmentarza, inni formowali eskortę, która miała odprowadzić księżną Yorku i jej synów do Leominster. Kiedy kazał im ruszać, Cecylia zatrzymała przed nim konia i rzekła:

— Dziękuję ci, panie.

Po jego oczach widać było, że sam czuje się zaskoczony własną łagodnością i nie jest pewien, czy nie została ona mu poczytana za słabość.

— Niech mnie pani tylko źle nie zrozumie, madame. Całkowicie podzielam osąd mego brata. Zrobił to, co musiał zrobić i co robić należało. Trzeba było dziś udzielić nauczki, która nie zostanie szybko zapomniana.

Cecylia obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem.

— Nie musi się pan lękać, milordzie — powiedziała z goryczą. — Ludlow z pewnością nie zostanie zapomniane.

3

Zamek Sandal Yorkshire

Grudzień 1460 roku

DRUGI SYN KSIĘCIA YORKU siedział po turecku w wykuszu okna zachodniej wieży i nie mógł uwierzyć własnym oczom, jaką to furę zimnej pieczeni z kapłona pochłania z talerza jego wujeczny brat, Tomasz Neville. Gdy ten kiwnął, by po raz trzeci napełnić mu kufel ale, Edmund nie wytrzymał.

— Tylko czasem się nie ograniczaj, kuzynie. W końcu od południowego obiadu upłynęły już dwie godziny, a do wieczerzy trzeba czekać jeszcze cztery.

Tomasz uśmiechnął się szeroko, raz jeszcze pokazując, że nie ima się go żaden sarkazm, i dołożył sobie kolejną wielką porcję kapłona. Edmund stłumił westchnienie, tęskniąc za błyskotliwymi potyczkami słownymi, na które zawsze mógł liczyć w towarzystwie Edwarda. Problem polegał na tym, że Tomasz był zbyt poczciwy na to, aby go nie lubić, niemniej spędzenie całych dziesięciu dni sam na sam z nim i jego niewzruszonym optymizmem w zamku Sandal wyczerpywało pokłady cierpliwości Edmunda.

Przypatrując się kolejnym przejawom nieposkromionego apetytu Tomasza i kolejny raz tłumacząc sobie, że jeśli nie znajdzie innego zajęcia, nieodwołalnie będzie się coraz głębiej pogrążał w ponurej nudzie, Edmund zarazem myślał z prawdziwym zdumieniem, że mogą czterej bracia tak się od siebie różnić, jak to było w przypadku czterech synów jego wuja earla Salisbury. Najstarszy z nich — imiennik wuja, Ryszard, earl Warwick — był wprawdzie buńczuczny, arogancki i pełen brawury, ale zarazem otaczał go niewątpliwy czar, któremu Edmund nie ulegał może aż tak bardzo jak jego brat Edward, ale z pewnością nie był nań całkowicie nieczuły. Niewątpliwą i większą sympatią darzył Edmund młodszego brata Warwicka, Jana, natomiast za nic nie mógł się przekonać do trzeciego z młodych Neville’ow, który nosił imię Jerzy — takie samo, jak jedenastoletni brat Edmunda. Jerzy był księdzem, ale tylko dlatego, aby nie gwałcić tradycji, zgodnie z którą jeden z synów wielkiego rodu zawsze stawał się sługą Kościoła. Mając dopiero dwadzieścia lat, zdążył już zyskać tytuł biskupa Exeter, chociaż Edmund nie znał człowieka bardziej od niego oddanego świeckim uciechom, a na dodatek ambitnego.

A najmłodszy z czterech braci był Tomasz, tak niepodobny do pozostałej trójki, że wręcz mógł się wydać podrzutkiem. Jasny, podczas gdy bracia byli ciemnowłosi, tak wysoki jak Edward, chociaż dobrych dwadzieścia pięć funtów cięższy, jasnoniebieskie oczy miał tak niewinne, że Edmund zachodził w głowę, czy aby na pewno żyje w tym samym co oni wszyscy świecie. Nie imały się go nie tylko złośliwości, lecz także niepokoje, odważny był tak jak któryś z mastiffów specjalnie hodowanych do polowań na niedźwiedzie, ale zdaniem Edmunda równie niewiele miał wyobraźni, jak wiele dzielności.

— Słuchaj, Tom, opowiedz mi, jak to było, gdy razem z Janem dostaliście się po bitwie pod Blore Heath do niewoli Lancasterów… Bardzo źle was traktowali?

Tomasz odłamał kawał chleba i pokręcił głową.

— Nie… Jeńców bierze się zbyt często, żeby ktoś chciał ich maltretować. Rozumiesz: nigdy nie wiesz, kiedy na ciebie wypadnie.

— No, ale jednak musiało wam być niewygodnie, przynajmniej na początku — nastawał Edmund, w odpowiedzi na co Tomasz zastygł ze zdziwioną miną na twarzy i ze sterczącym w górę nożem, na którego ostrzu pysznił się kawał pieczeni.

— Czy ja wiem… — odrzekł po chwili namysłu. — Chyba nie. W każdym razie ja niczego takiego nie pamiętam. — Kawał mięsiwa dotarł do ust Tomasza, ten przez dłuższą chwilę żuł je z niekłamaną przyjemnością, a potem rzucił bez żadnej złośliwości: — Ale co, Ed, denerwują cię te hordy Lancasterów pod naszymi bramami?

Edmund zmierzył go zimnym wzrokiem.

— Aż zielenieję ze strachu — powiedział głosem tak ironicznym, aby nawet Tomasz nie miał wątpliwości, że to żart.

Neville powrócił do swojego kapłona, Edmund zaś odwrócił się do okna, za którym widać było zaśnieżony dziedziniec zamkowy. Nie wątpił, że Edward inaczej odpowiedziałby na pytanie Tomasza: zaśmiałby się w głos i zawołał, że gdzie tam, jego takie rzeczy nie są w stanie zdenerwować. Ned chyba nigdy nie troszczył się o to, co inni o nim myślą, i ujmował wszystkich swą otwartością, nawet jeśli niektórych niekiedy zaskakiwała, podczas gdy Edmund o wiele bardziej przejmował się opinią innych, nawet jeśli wszystkiego nie przyjmował z tak naiwną prostotą jak Tomasz. Ze swego strachu mógłby się zwierzyć co najwyżej Edwardowi, ale Ned był teraz na południu, w Ludlow, gdzie zbierał nowych ludzi pod flagą Yorków. Dużo jeszcze czasu upłynie, zanim znowu zjawi się w zamku Sandal.

Trochę to jednak dziwne, że tak bardzo brakowało mu towarzystwa starszego brata. Powinien był już przecież do tego nawyknąć, skoro przez tych czternaście miesięcy, które upłynęły od ich ucieczki z Ludlow, już z górą rok musiał się obywać bez jego obecności. Ostatni raz widzieli się dziesiątego października ubiegłego roku, kiedy wraz z ojcem dotarł w końcu do Londynu, gdzie czekali na nich Ned i wuj Salisbury. Spędzili w Londynie dwa miesiące, po czym dziewiątego grudnia Ned wyruszył do Ludlow i ku granicy z Walią, podczas gdy Edmund i ojciec skierowali się na północ, do Yorkshire.

Edmund był rad, że już tylko dzień został z owego pamiętnego roku 1460, pełnego zdarzeń ważnych dla domu Yorków, ale dla niego samego niezbyt fortunnego, gdyż streszczającego się do czekania, męki odosobnienia i bezczynności na irlandzkim wygnaniu. Uważał, że znacznie lepiej na tym wyszedł jego starszy brat, gdyż Ned z Salisburym i Warwickiem znaleźli się w Calais.

Z Walii, dokąd trafili po ucieczce z Ludlow, Edmund bardzo rad zabrałby się z Neville’ami. Pełen ruchu port w Calais był o wiele bardziej nęcący niż duszny Dublin. Honor nie pozwalał mu porzucić ojca, chociaż bardzo zazdrościł bratu, że ten może wybrać inaczej, aczkolwiek wybór ten wcale ojca nie zadowolił. Nie chcąc obrazić Neville’ów jawną obawą o to, że nie będą mieć wystarczającego nadzoru nad najstarszym synem, ojciec nie omieszkał jego samego poinformować o swej opinii. Ned jednak, z szacunkiem jej wysłuchawszy, następnie postąpił, jak zamierzał, udał się zatem z krewniakami do Calais.

Edmund musiał przyznać, że zawsze tak było. Ned nigdy nie spierał się z ojcem, zawsze był wobec niego uprzedzająco grzeczny, a potem nonszalancko robił swoje, podczas gdy Edmund karnie podporządkowywał się rodzicielskiemu autorytetowi, a potem po cichu wściekał na ojcowski rygoryzm i własny lęk przed przeciwstawianiem się mu.

Aż za dobrze mógł sobie wyobrazić uciechy Neda w Calais, kiedy jednak był już na samym dnie przygnębienia, do Dublina dotarła w lipcu wiadomość, że jego starszy brat i Neville’owie wylądowali na ziemi angielskiej. Londyn witał ich przyjaźnie, więc szybko odzyskiwali swe dawne pozycje. Osiem dni później wymaszerowali z Londynu na północ, aby się zetrzeć z wojskami królewskimi pod Northampton. Królowa przebywała w odległym o trzydzieści mil Coventry, natomiast niefortunny władca dostał się po bitwie w ręce zwycięskich Yorków. Edmund uczestnictwo w takim walnym starciu miał dopiero przed sobą, więc z mieszanymi uczuciami słuchał o tym, że earl Warwick powierzył Nedowi dowodzenie jednym ze skrzydeł. Obawiał się, że tak poważnego zadania ojciec nigdy mu nie przydzieli. Król został przewieziony do Londynu i ze wszystkimi należnymi względami osadzony w monarszej rezydencji w Tower, gdyż — jak wszem wobec powtarzał Warwick — podczas gdy Londyn oczekiwał na przyjazd z Irlandii księcia Yorku, jego rzecznicy walczą nie z dobrym i miłościwym królem Henrykiem, lecz z królową.

York zjawił się w Londynie w październiku, całkowicie zaskakując Salisbury’ego, Warwicka, a także swego syna Edwarda tym, że wszedłszy do wielkiej sali Westminsteru, położył rękę na opustoszałym tronie. Podczas miesięcy irlandzkiego wygnania doszedł do wniosku, że albo zgłosi swoje prawa do korony, albo będzie skazany na niekończący się ciąg krwawych i brutalnych starć z królową i jej wojskami.

Edmund gorąco popierał decyzję ojca. Jego zdaniem król marionetka był jeszcze groźniejszy od króla chłopięcia — a czyż pismo nie mówi: „Biadaż tobie, ziemio, gdy twój król jest dziecięciem!”1? Henryk Lancaster był tylko bezwładnym symbolem autorytetu, cieniem popychanym do tego, aby dawać królewski stygmat czynom podejmowanym w jego imieniu wcześniej przez Małgorzatę, teraz zaś przez Warwicka.

Tymczasem to książę Yorku miał solidniejsze prawo do tronu. Przed sześćdziesięciu laty nić królewskiej sukcesji została brutalnie przerwana, gdy dziad Henryka Lancastera zrzucił z tronu angielskiego prawowitego władcę, a potem go zamordował. Sześć dziesięcioleci później w Anglii nadal pobrzmiewało echo tej brutalnej przemocy. Zamordowany król był bezdzietny, zgodnie z angielskim prawem koronę winni zatem przejąć potomkowie jego wuja, trzeciego syna Edwarda III, Lionela, księcia Clarence — a tymczasem sięgnął po nią dziedzic czwartego syna Edwarda III, Jana z Gandawy, i za nic sobie mając subtelności reguł następstwa tronu, dał początek dynastii Lancasterów2.

Gdyby Henryk Lancaster nie okazał się tak fatalnym monarchą, pewnie po sześćdziesięciu latach nikt już nie kwestionowałby tamtego zamachu stanu. Tymczasem Henryś, który miał dobre intencje, ale słaby charakter, poślubił Małgorzatę Andegaweńską, kobietę o niezwykle silnej osobowości, a jakby tego jeszcze było mało, co najmniej od siedmiu lat zdradzał objawy szaleństwa. W obliczu tych nieszczęść ludzie nagle przypomnieli sobie o niesprawiedliwości wyrządzonej potomkom dawno już nieżyjącego Lionela Clarence’a, co sprawiło, że Małgorzata gotowa była zrobić wszystko, aby zniszczyć księcia Yorku, który pewnego dnia mógłby zgłosić pretensje do korony, gdyż wywodził się od tegoż Lionela3.

Zawiły ten konflikt dynastyczny wydawał się Edmundowi nad wyraz prosty. Jego zdaniem za tym, że ojciec powinien ubiegać się o tron, przemawiały względy sprawiedliwości i prawa, a także prosta konieczność walki o życie. Szybko się jednak przekonał, jak pogmatwana bywa polityka. Niewiele było osób, które kwestionowałyby prawo Yorka do korony, niemniej w praktyce wszyscy, włącznie z księciem, nie palili się do tego, aby ściągnąć ją ze skroni prawowitego syna uprzedniego króla, nawet jeśli miał ledwie dziewięć miesięcy, gdy stał się jej dziedzicem.

Dziesięciu lat nieskrywanej i szukającej różnych form wrogości potrzebowała Małgorzata, aby przemienić Ryszarda Plantageneta z lojalnego poddanego króla w jego rywala — za którego ona uważała go od zawsze. Teraz zaś przekroczył swój Rubikon, czyli Morze Irlandzkie, będąc już nieugięcie przekonany o tym, że nie ma innego wyboru, tylko musi walczyć o tron, nawet jeśli się okazało, że do jego zamiaru z niewielkim zapałem odnoszą się obaj Neville’owie: książę Salisbury i earl Warwick, najstarszy syn. Nie chodziło rzecz jasna o to, by jakimiś gorącymi sentymentami darzyli „świętego Henrysia”, jak go między sobą określali, ale lepiej od Yorka zdawali sobie sprawę z nastrojów w całym kraju. Mógł sobie być Henryś wariatem, ale to Bóg naznaczył go do rządzenia, a prosty fakt, że się do tego po prostu nie nadawał, sam przez się nie przemawiał za detronizacją.

W końcu osiągnięto kompromis, który jak zwykle nie zadowolił żadnej ze stron. Dnia 24 października podpisano akt zgody, który formalnie sankcjonował prawa Ryszarda Plantageneta, księcia Yorku, do korony angielskiej, ale nie pozwalał mu ich dochodzić za życia Henryka VI, czyli Henrysia. Po jego śmierci miał wstąpić na tron jako Ryszard, trzeci tego miana władca Anglii od czasów Wilhelma Zdobywcy.

Skoro jednak trzydziestodziewięcioletni Henryś był o dekadę młodszy od Ryszarda i cieszył się znakomitym zdrowiem fizycznym — o co nie było trudno, skoro nigdy nie zaznał trudów borykania się z codziennymi potrzebami — to trudno się dziwić, że York i jego zwolennicy nie byli zachwyceni owym salomonowym rozwiązaniem. Z drugiej strony, ponieważ akt zgody wymazywał z linii intronizacji siedmioletniego syna Małgorzaty — co wielu uznało za potwierdzenie częstych podejrzeń co do tego, kto naprawdę był ojcem chłopca — jasne wydawało się to, że ani ona, ani jej rzecznicy dobrowolnie nie będą honorować tego rozwiązania, jakkolwiek słuszne by się wydawało. Zdaje się, że jedyną zadowoloną osobą był w tej sytuacji Henryś, który osobliwie przywiązał się do korony, ale zupełnie nie przejmował się tym, że prawa do niej odmówiono jego synowi.

Po lipcowej batalii, w efekcie której król dostał się w ręce Warwicka, Małgorzata wycofała się do Walii, a następnie do Yorkshire, gdzie Lancasterowie od dawna mogli liczyć na poparcie i sympatię. Tam przyłączyli się do niej książę Somerset i Andrew Trollope, którzy przez kilka miesięcy daremnie starali się wykurzyć z Calais Warwicka i Edwarda.

Lancasterowie zaszyli się za masywnymi murami zamku Pontefract, który znajdował się zaledwie osiem mil od twierdzy Yorków — zamku Sandal, a całkiem niedawno zasilili ich dwaj ludzie płonący nienawiścią do rodu Yorków: lord Clifford i earl Northumberland. Ich ojcowie, podobnie jak ojciec Somerseta, polegli pięć lat wcześniej w bitwie pod St Albans, wygranej przez Yorka i Warwicka, czego ich synowie nigdy nie zapomnieli i nie wybaczyli. Małgorzata wyprawiła się do Szkocji w nadziei, że uda się zawiązać alians ze Szkotami, a przynętą miała być obietnica małżeństwa jej małego synka z córką królowej Szkocji.

W efekcie Edmund spędził okres Bożego Narodzenia w okolicy, za którą nie przepadał, gdyż uważał Yorkshire za monotonne i ponure, nieżyczliwe domowi Yorków, a na początku następnego roku zanosiło się na bitwę, która kosztem nieprawdopodobnie wielu ludzkich istnień zadecyduje, czy Anglia będzie rządzona przez Yorków, czy przez Lancasterów.

Nigdy jeszcze pora świąteczna nie wydawała mu się tak ponura. Ojciec i wuj nazbyt byli zaprzątnięci przygotowaniami do zbliżającego się starcia z Lancasterami, aby w ogóle myśleć o bożonarodzeniowych uciechach. Edmund — nader wrażliwy na to, że zaprawieni w bojach wojacy patrzą na siedemnastolatka jako strasznego nowicjusza — z czymś, co uważał za dorosłą obojętność, lekceważąco wyrażał się o świętach i ich ceremoniach, ale w głębi duszy bardzo za nimi tęsknił, podobnie jak za nastrojem, który w tym czasie panował w Londynie.

Kuzyn Warwick pilnował w Londynie uwięzionego króla Henrysia Lancastera i Edmund nie musiał bardzo wysilać fantazji, aby wyobrazić sobie gwar i przepych Bożego Narodzenia świętowanego w prawdziwie pałacowej rezydencji Neville’ów — Herber. Z zamku w Warwick przybędą księżna, ciotka Edmunda, oraz dwie jego wujeczne siostry — Isabel i Anne. Z pewnością przyjadą też jego matka z małymi Jerzym i Dickonem oraz czternastoletnią Małgorzatą, jedyną niezamężną jeszcze siostrą Edmunda. Będzie eggnog4, będą ostrokrzew i jemioła, minstrele na galerii nad wielką salą. Do późnej nocy trwać będą muzyka i wesołość.

Edmund westchnął, wpatrując się w prószący śnieg. Nie potrafił już nawet policzyć, od jak dawna przebywają w zamku Sandal. Raz tylko, aby przerwać uciążliwą monotonię, wypuścili się do malutkiego Wakefield, które leżało dwie mile na północ. Nie potrafił stłumić westchnienia, kiedy usłyszał, że Tomasz domaga się jeszcze chleba. Tradycyjne bożonarodzeniowe zawieszenie broni zbliżało się do końca, a po nim Ned powinien nadciągnąć z Walijskich Marchii z oddziałami tak licznymi, że zapewnią Yorkom niekwestionowaną przewagę militarną. Edmund z wielką radością oczekiwał brata również dlatego, że będzie z nim mógł porozmawiać tak, jak niepodobna było z Tomaszem. Postanowił, że wieczorem napisze do Neda, a decyzja ta tak poprawiła mu nastrój, że raźnie zeskoczył z okna.

— Mam w komnacie kości, Tom. Jeśli je przyniosę, to czy gotów będziesz dać pierwszeństwo hazardowi przed kapłonem?

Tomasz zgodził się z ochotą i to jeszcze bardziej poprawiło nastrój Edmundowi. Odwracał się właśnie, by wysłać służącego po kości, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich sir Robert Apsall, młody rycerz, który był zarazem nauczycielem Edmunda. W sporej komnacie, tylko o połowę mniejszej od wielkiej sali, dało się wyczuć znudzenie młodych mężczyzn, więc uznał, że trzeba ich ponaglić. Przytupując, aby strząsnąć śnieg z butów, powiedział bez żadnych wstępów:

— Przysłano mnie, aby was wezwać do wielkiej sali.

— A co się stało, Rob? — spytał Edmund, przeczuwając nadciągającą katastrofę, podczas gdy Tomasz flegmatycznie odsunął fotel od stołu i wstał.

— Przeczuwam jakieś nieszczęście. Niewielki oddział, który wysłaliśmy z rana na zwiady, nie wraca, chociaż powinni być już kilka godzin temu. Jego Książęca Wysokość obawia się, że Lancasterowie mogli złamać rozejm i zorganizować zasadzkę.

— To na co czekamy? — zawołał Edmund i już był przy drzwiach.

— Edmundzie, poczekaj, jeszcze płaszcz! — krzyknął Tomasz, wskazując szatę zwiniętą w wykuszu, ale widząc pośpiech kuzyna, machnął ręką i pospieszył za nim.

PODEJRZENIA KSIĘCIA YORKU okazały się uzasadnione. Oddział zwiadowczy, na który znaczne siły Lancasterów napadły przy Wakefield Bridge, został wybity niemal do nogi. Kilku niedobitków, zaciekle ściganych przez prześladowców, rzuciło się szukać ratunku w zamku Sandal. Pomiędzy nim a rzeką Calder rozpościerał się podmokły teren, zwany przez miejscowych Wakefield Green. Był to jedyny obszar odkryty między zamkiem a wioską Wakefield, a Yorkiści wiedzieli, że w gęstym lesie, który mieli po lewej i prawej, konie utkną w śnieżnych zaspach, więc zostaną niechybnie dopadnięci i wymordowani przez ścigających.

Pognali więc na przestrzał przez Wakefield Green, o kilkadziesiąt jardów za sobą mając prześladowców, którym nie udało się skrócić tego dystansu. Załoga zamku, widząc, co się dzieje, pospiesznie spuściła most zwodzony na kamienną platformę po przeciwnej stronie zewnętrznej fosy. Przemknęli po nim żołnierze Yorków, a gdy zatrzymywali wierzchowce na wewnętrznym dziedzińcu, z ulgą usłyszeli trzask metalowych zawiasów zabezpieczających płytę podniesionego mostu.

Przez cały dzień padał gęsty śnieg, ale właśnie na tę chwilę ustał na tyle, że załoga mogła z zamkowych blanek obserwować nieprzyjaciół, którzy stłoczyli się na brzegu fosy — jakby niepewni, czy się wycofać, czy też rozpocząć oblężenie twierdzy.

Natomiast w wielkiej sali zamku rozgorzała zażarta dyskusja między dowódcami Yorków — jedni bowiem byli za tym, aby wypaść na żołnierzy Lancasterów i pomścić wiarołomną zasadzkę, inni zaś uważali, że szaleństwem jest wyleganie poza bezpieczne fortyfikacje. Zdecydowanym rzecznikiem tego drugiego stanowiska był długoletni przyjaciel księcia Yorku, sir David Hall, który z pasją i głębokim przekonaniem argumentował, że zdrowy rozsądek nie pozwala na żadne inne rozwiązanie, jak tylko pozostać za murami i czekać, aż Edward, earl March, najstarszy syn Jego Książęcej Wysokości, nadciągnie z ludźmi, których zgromadził w Walijskich Marchiach.

Jego przeciwnicy wyżej od zdrowego rozsądku cenili cnoty odwagi i honoru, które ich zdaniem nakazywały odwet na zdradzieckich Lancasterach. Przez jakiś czas żadna z tych opinii nie mogła zyskać poparcia większości, aż wreszcie na korzyść drugiej przeważyły dwie kwestie. Po pierwsze, skłaniał się do natarcia sam książę Yorku; po drugie, Lancasterowie na błoniach zachowywali się coraz bardziej wyzywająco, ale roztropnie pozostawali poza zasięgiem strzał.

Edmund, skryty w cieniu, milcząco przysłuchiwał się wymianie zdań. W przeciwieństwie do większości rodziny miał ciemne, osobliwie niebieskoszare oczy, które wiernie odzwierciedlały jego żywy temperament. Teraz tylko szare, badawczo przenosiły się z twarzy na twarz. Miał wprawdzie dopiero siedemnaście lat, ale już obce mu były porywcze nastroje: kierował się zdrowym rozsądkiem, nie zaś takimi wzniosłymi pojęciami jak „honor” czy „rycerskość”. Uważał, że to głupota — ryzykować tylko po to, aby odnieść wątpliwą satysfakcję z tego, że udało się wziąć odwet za podstępną zasadzkę. To prawda, że ryzyko nie było zbyt wielkie, siły zamkowe znacznie bowiem przeważały nad Lancasterami po drugiej stronie fosy, ale mimo to uważał, że nie warto wystawiać się na niewielkie nawet niebezpieczeństwo tylko w imię zaspokojenia własnej pychy.

Zastanowił się, czy ojcem nie powoduje chęć wzięcia pomsty za Ludlow, ale wtedy przyszło mu do głowy, że może i jego niechęć do starcia z Lancasterami wcale nie wynika tylko ze zdroworozsądkowego podejścia. A jeśli kryje się za tym także tchórzostwo? Przecież ostatecznie sam nigdy jeszcze nie stawał w bitwie i na samą myśl o tym czuł skurcz żołądka. Ned wprawdzie nieustannie powtarzał, że strach u ludzi jest czymś tak częstym jak pchły u psów i w gospodach, ale Edmund wcale nie był o tym przekonany. Był natomiast pewien, że ani ojciec, ani wuj Salisbury nie mogli znać tego galopu serca podchodzącego pod gardło czy też zimnego potu ściekającego po krzyżu. Obaj byli jego zdaniem wiekowi — ojciec zbliżał się do pięćdziesiątki, a Salisbury był trochę starszy — Edmund nie był więc w stanie wyobrazić sobie tego, że o śmierci myśleli z taką samą grozą jak on. Podobnie w głowie mu się nie mieściło, by chuć mogła być u nich równie nieposkromiona jak u niego.

Nie, nie potrafił uwierzyć Nedowi, który wprawdzie nie krępował się opowiadać o chwilach, gdy panicznie się bał, ale przecież wręcz palił się do ryzyka, na które Ed wolałby się nie wystawiać. Zgoda, nie odstępował brata, kiedy ten dla własnej przyjemności ryzyka jechał konno samym krajem urwistej nadmorskiej skarpy czy też rzucał się z wierzchowcem, aby przepłynąć na drugi brzeg wezbranej rzeki, ale nigdy nie opuszczało go przekonanie, że Ned nigdy nie zaznał takiej jak on trwogi. Kiedy więc ludzie chwalili go za męstwo, zawsze odczuwał sekretny wstyd, jakby dokonywał jakiegoś gigantycznego oszustwa, które pewnego dnia nieuchronnie musi się wydać.

Skoro nie był pewien swej odwagi, nie był też pewien teraz własnego osądu oraz tego, czy wie naprawdę, z czego wynika jego niechęć do ataku na Lancasterów. A nawet gdyby wiedział, nie mógł udzielić innej odpowiedzi, gdy ojciec w końcu zwrócił się do niego:

— A ty co myślisz, Edmundzie? Czy powinniśmy pokazać Lancasterom, jaką cenę trzeba zapłacić za wiarołomstwo?

Jego odpowiedź brzmiała:

— Moim zdaniem nie mamy wyboru, sir.

TAM, GDZIE RZEKA CALDER nagle zawracała na zachód, grunt trochę się wznosił, dając świetny widok na zamek Sandal i Wakefield Green. Tu, w zagajniku na szczycie zaśnieżonego pagórka, zatrzymała się grupa jeźdźców, którzy zobaczyli, jak z wolna zaczyna się opuszczać platforma mostu zwodzonego spinającego fosę. Chorągwie Yorków z sokołem, jarzmem i białą różą zatrzepotały na wietrze, dumnie rozwijając się w spiralach śnieżnych płatków.

Henryk Beaufort, książę Somerset, nachylił się, wytężając wzrok, a potem pozwolił sobie na skąpy uśmiech.

— Wylegają — oznajmił, chociaż jego towarzysze obserwowali twierdzę równie uważnie.

Nie mieli Yorkowie trójki bardziej zawziętych przeciwników niż książę Somerset, lord Clifford i Henry Percy, earl Northumberland. Chyba tylko Małgorzata żywiła większą nienawiść do człowieka, który właśnie wyprowadzał swoje oddziały, aby uderzyć na Lancasterów.

Ci na widok przeciwników zaczęli oddawać im pole. Dla trzech obserwatorów nie mogło ulegać wątpliwości, że ich żołnierzy czeka katastrofa, zaraz bowiem znajdą się między młotem wojska Yorków a kowadłem rzeki, tymczasem żaden z nich nie wydawał się zaalarmowany, a wprost przeciwnie: z mroczną satysfakcją przyglądali się, jak ich ludzie cofają się przed napastnikami — najwyraźniej pewnymi łatwego zwycięstwa.

Lancasterowie w końcu się zatrzymali, a wtedy nacierający zderzyli się z nimi z impetem; błysnęły miecze, krew trysnęła na śnieg. Konie ślizgały się na lodzie i upadały, przygniatając jeźdźców.

Znajdujący się tuż za plecami Somerseta lord Clifford syknął przez zaciśnięte zęby:

— Teraz, na miły Bóg, teraz!

W tej samej chwili, jakby odpowiadając na to rzucone półgłosem wezwanie, z lasu po obu stronach Wakefield Green wyłoniły się zaczajone oddziały Lancasterów: piechota na prawym skrzydle i jazda na lewym. Ta ostatnia, dowodzona przez earla Wiltshire, błyskawicznie znalazła się na tyłach przeciwnika, odcinając go od majaczącej w śnieżycy warowni. Nawet dla osoby nieznającej się na sprawach wojskowych nie mogło ulegać wątpliwości to, że Yorkiści zostali osaczeni przez siły o wiele liczebniejsze; natomiast wyćwiczone oczy Somerseta i Clifforda bardziej dokładnie mogły ocenić, że pięć tysięcy żołnierzy zostało otoczonych przez piętnaście tysięcy.

Koh 10:16, Biblia Brzeska (przyp. tłum.). [wróć]

Edward III królował w Anglii w latach 1327–1377 i miał pięciu synów

(uwzględniając tylko tych, którzy osiągnęli pełnoletność): Edwarda, księ cia Walii, Lionela z Antwerpii, księcia Clarence, Jana z Gandawy, księcia

Lancaster, Edmunda Langleya, księcia Yorku i Tomasza Woodstocka, księcia

Gloucester. Po jego śmierci władzę przejął brat, Ryszard II, który został zmu szony do abdykacji w roku 1399, gdy z synów Edwarda III żył tylko książę

Yorku (Ryszard rok później zmarł w niejasnych okolicznościach). Na opu stoszałym tronie zasiadł Henryk IV, który rządził do roku 1413, a po nim

królował do roku 1422 jego syn Henryk V. W momencie „przejmowania”

władzy jego syn Henryk VI miał dziewięć miesięcy, stąd określenie „Hen ryś” (przyp. tłum.). [wróć]

Moim zdaniem jest to informacja nieścisła. Według moich wyliczeń Ryszard Plantagenet, trzeci książę Yorku, był wnukiem Edmunda Langleya (przyp. tłum.). [wróć]

Alkoholowy napój jajeczny, tradycyjnie podawany na Boże Narodzenie. Podobny do ajerkoniaku (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Władca Północy Słońce w Chwale 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni