Wszystkie wojny Lary

Wszystkie wojny Lary

Autorzy: Wojciech Jagielski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 24.00 zł

Wojciech Jagielski w błędnym kole świętej wojny. Podróż z Gruzji przez europejski raj do pogrążonej w wojnie domowej Syrii. Niezwykły reportaż o palących problemach XXI wieku. Opowieści słuchamy z ust Lary. Jej synowie, gruzińscy Czeczeni, ruszają do Polski. Tutaj Szamil i Raszid zostają Europejczykami. Potem wyjeżdżają dalej na Zachód, gdzie zakładają rodziny. Po latach europejski raj zaczyna ich jednak przerażać obcością i duchową pustką. Wciąga ich święta wojna – wojna o wartości ich zdaniem największe. Tak trafiają do Syrii… Lara wciąż walczy o to, by wrócili do domu. Pozornie oderwane od siebie strony świata – „kontynent rosyjski” z jego strefą wpływów oraz bliskowschodni kalifat – okazują się ściśle związane. Wojciech Jagielski opisuje, jak na ich styku rodzi się fundamentalizm. Tak wygląda świat, kiedy wojna przychodzi do naszego domu. To kolejna po „Nocnych wędrowcach” i „Wypalaniu traw” wciągająca opowieść, której sens wykracza poza wydarzenia w niej opisywane i która pozbawia nas komfortu stereotypowego myślenia.

Lara tęskniła za czasami, gdy myśl o tym, kim są, nie zaprzątała Kistów z zielonej doliny Pankisi.

– Nie wiedzieliśmy tego tyle lat, pewnie ze sto – mówiła, ni to dziewczyna, ni to staruszka, upychając pod chustkę nieposłuszne kosmyki włosów. – I po co się było dowiadywać?

Wielu Kistów uważało, że sami są winni swojej samotności. Zbyt rzadko przeprawiali się na północne zbocza gór, do swoich braci, aż w końcu zapomnieli, że mieszkają tam inni ludzie. A przecież przed laty też tam żyli i stamtąd wywędrowali w świat. Teraz zastanawiali się, czy dobrze się stało, że na nowo odkryli drugą stronę góry, a także wielkie miasto leżące jeszcze dalej. Co do tego zdania w dolinie były podzielone i wcale nie wszyscy myśleli tak jak Lara. Niektórzy uważali, że przemawiają przez nią nieszczęścia, jakich doświadczyła. Wiadomo, że człowiek dotknięty takim bólem zawsze będzie tęsknił do czasów, gdy go jeszcze nie znał.

Byli i tacy, którzy zapewniali, że nigdy nie zapomnieli północnego zbocza. Ali, młodszy kuzyn Lary, upierał się, że zawsze wiedział, że jest Czeczenem. Lara i ludzie z doliny uśmiechali się tylko pobłażliwie, twierdząc, że niczego nie może pamiętać. Wprawdzie stare legendy mówiły, że Kistowie przyszli do doliny z północnej strony gór, z krainy Czeczenów, ale tylko nieliczni widzieli wcześniej jakiegoś Czeczena na własne oczy.

– Opowiadano o nich rozmaitości, jacy to są wspaniali, waleczni, bogaci – mówiła Lara. – A tak naprawdę wiadomo było tylko, że istnieją, że są muzułmanami jak my i żyją po drugiej stronie góry, ale gdzie dokładnie, tego już mało kto był pewny. Bo i mało kto się tam wtedy zapuszczał, nie było po co. Więc na dobrą sprawę nic o nich nie dawało się powiedzieć. Byli dla nas trochę jak postaci z baśni, jakie się opowiadało dzieciom.

Lara, choć mało kto w dolinie przeszedł tyle co ona i mało komu przyszło doznać tyle bólu co jej, nie narzekała na swój los, na krzywdę, jaka ją spotkała. Nie obnosiła się z nieszczęściem, nie szukała współczucia ani pocieszenia. Jeśli zdarzało mi się słyszeć w jej głosie nieśmiałe, cichuteńkie nutki skargi, to tylko wtedy, gdy opowiadała o doli całej doliny Pankisi i jej mieszkańców Kistów.

Sama była jedną z nich, jak oni urodziła się, wyrosła i spędziła całe życie w dolinie schowanej głęboko wśród przepastnych wąwozów Kaukazu.

Przez sto, a może i dwieście lat Kistowie nie zaprzątali sobie głowy myślami o tym, kim są, za to dobrze wiedzieli, skąd przyszli do doliny. Każdy znał przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści o wędrowcach, którzy przed ponad dwustu laty przeprawili się przez przełęcze Kaukazu na jego południowe zbocza i znaleźli gościnę u żyjących tam gruzińskich książąt.

Książęta powitali ich z otwartymi ramionami i – jak to Gruzini – podjęli prawdziwie po pańsku. A potem w nagłym przypływie wzruszenia – co podczas gruzińskich biesiad za zastawionym stołem i z kielichem pełnym młodego wina zdarza się dość często – obwieścili przybyszom, że jeśli się im u nich spodobało, mogą pozostać w zielonej dolinie na zawsze. Wydzieli się im ziemię pod nowe domostwa, poletka, ogrody i sady, a swoje stada będą mogli wypasać na górskich połoninach. Przybysze popatrzyli po sobie i bez słowa, nawet się nie naradzając, uznali, że nigdzie indziej nie będzie im lepiej. Postanowili osiąść w dolinie.

I nic dziwnego, bo lepszego miejsca ze świecą by w świecie szukać! Gruzińskie księstwo Kachetii mogłoby uchodzić za raj na ziemi. Leżało w płaskiej kotlinie odgrodzonej od świata górskimi łańcuchami. Otulające ją kaukaskie szczyty chroniły Kachetię przed nawałnicami i surowymi zimami, a rzeki i strumienie spływające ze skalistych zboczy szczodrze poiły tamtejsze pastwiska i pola. One zaś odwdzięczały się urodzajnymi zbiorami wszelkich zbóż, owoców i warzyw, soczystą trawą, kwieciem i wonnymi ziołami, z których wiele miało moc uzdrawiania.

Bogactwa Kachetii, a może raczej legendy o ich wspaniałościach i nieprzebranej liczbie, od wieków ściągały jednak w dolinę najstraszliwszych żądnych łupów najeźdźców. Z ogniem i mieczem, nie zostawiając kamienia na kamieniu, przewalały się przez Kachetię mongolska orda Czyngis-chana, wojska Tamerlana, armie Persów i Turków. Pokusie rabunku i porywania sławnych z urody gruzińskich kobiet nie oparli się nawet sąsiedzi Kachetyjczyków, wojowniczy kaukascy górale Awarowie i Lezgini, a także łupieżcy z azerbejdżańskich chanatów. Na koniec zaś przybyli i Rosjanie, władcy północy.

Na nic się zdały potężne mury, fosy i obronne wieże, jakimi Kachetyjczycy otaczali swoje miasta, osady i świątynie. Nieustanne napaści i grabieże, wyniszczające i pustoszące Kachetię, obracały ją za każdym razem w ruinę. W końcu doprowadziły tę krainę do takiego upadku, że miejscowi książęta pomyśleli o sprowadzeniu bitnych górali, którzy obdarowani ziemią, jako strażnicy doliny, broniliby jej przed kolejnymi najeźdźcami. Zwolnieni od wszelkich podatków i powinności spoczywających na pospolitych poddanych mieli stawiać się na każde wezwanie. Również wtedy, gdyby któremuś z gruzińskich królów przyszło do głowy wyruszyć na wyprawę wojenną w świat.

Nie trzeba było długo czekać, by do Kachetii z wysokogórskich wąwozów zaczęli ściągać przybysze. Nie jedynych Kistów skusiła obietnica dni spędzanych w dostatku i słońcu.

Na wezwanie kachetyjskich książąt pierwsi przybyli gruzińscy górale. Mieli najbliżej, a jako krewni byli także najmilej widziani. Kachetyjczyków najbardziej ucieszył widok Chewsurów. Nosili stroje przypominające rycerskie kolczugi. Mieli też zwyczaj zdobić je znakami krzyża. Z tej przyczyny, a także z powodu ich niezwykłej waleczności i upodobania do wszelkiego oręża mówiono o Chewsurach, że są potomkami dawnych rycerzy, którzy wracając z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej, zgubili drogę i zdecydowali się osiąść w kaukaskich wąwozach.

Na wieść, że książęta z Kachetii rozdają góralom ziemię, zjechali zresztą przybysze z całego niemal świata – Ormianie, Azerowie, Żydzi, Rosjanie, Grecy, Osetyjczycy, a nawet budzący trwogę na całym Kaukazie, nieustraszeni i dzicy Lezgini i Awarowie.

Przyjechali też Czeczeni, sąsiedzi Kachetyjczyków z północnej strony gór, z przepastnych wąwozów rzeki Argun. Tamtejsze życie na odludziu i tylko wśród swoich dawało może poczucie bezpieczeństwa, ale nie było łatwe. Górskie bezdroża strzegły Czeczenów przed wrogami, a dodatkową obronę stanowiły kamienne wieże, które wznosili na zboczach. Nie tylko mogli z nich zawczasu dostrzec nadciągające niebezpieczeństwo, ale i schronić się za ich warownymi murami. Zaopatrzeni w wodę i żywność, bronili się w nich tak długo, aż wykrwawiony i zniechęcony najeźdźca odtrąbił w końcu odwrót. Ale po odstąpieniu nieprzyjaciół uwolniona od niebezpieczeństw i strachu codzienność wśród kaukaskich szczytów nie nabierała barw, wigoru i smaku i niewiele przypominała krainę szczęśliwości. Zwłaszcza podczas surowych zim, gdy śnieżne zamiecie zamykały przełęcze, a siarczyste mrozy skuwały rzekę Argun i górskie strumienie, przemieniając ich wody w lodowe figury – smoki i pałace ze starych baśni. Życie wymagało nieustannego wysiłku i poświęceń, sprowadzało się do wiecznej walki o przetrwanie, w której laurem za zwycięstwo była jedynie możliwość stanięcia do kolejnej bitwy. Nic dziwnego, że na wieść o zaproszeniu kachetyjskich książąt, porzucając trudy i znoje, ochoczo wyruszyli w wędrówkę na południową stronę Kaukazu. Cieszyła ich sama myśl o wielkiej odmianie.

Zaproszenie przyszło w samą porę, bo po północnej stronie Kaukazu do czeczeńskich aułów zawitała wojna, krwawa, bezlitosna i zdająca się nie mieć końca. Rosja, mocarstwo północy, połknęła już Gruzję, a rozgościwszy się na południowych zboczach Kaukazu, postanowiła podbić także stoki północne. Część Czeczenów przystała do powstańców, którzy postanowili nie wpuścić Rosjan na Kaukaz, lecz utworzyć w górach własne państwo, rządzące się i żyjące zgodnie z Koranem, świętą księgą muzułmanów. Inni wybrali ucieczkę zarówno przed karnymi ekspedycjami Rosjan i wojenną pożogą – która, jak się okazało, trwała pół wieku – jak i surowymi prawami i porządkami zaprowadzanymi w górach przez powstańców.

Do słonecznej i wygodnej Kachetii, podbitej już przez Rosję, a więc spokojnej, Czeczenów wiodła też chęć wzbogacenia się, wybicia nad innych, wyzwolenia z krępujących więzów wspólnoty, a przynajmniej ich poluzowania.

Obowiązujące w górach i przekazywane z pokolenia na pokolenie prawo nakazywało bowiem dzielić się po równo pastwiskami, wodopojami, a nawet posiadanym stadem, tak by nikt nie miał więcej niż pozostali, a wspólnota nie przerodziła się w poddaństwo, wyzysk i tyranię. Dbała o to wioskowa starszyzna. Widząc, że któryś z członków wspólnoty dorabia się nadmiernego jej zdaniem bogactwa, zwoływano specjalną naradę, odbierano bogaczowi zbędny majątek i rozdzielano go między resztę, każdemu według potrzeb.

Ci, którzy chcieli mieć więcej, więcej niż inni, a może nawet więcej, niż sami potrzebowali, wędrowali do Kachetii, gdzie nikt im tego nie wzbraniał ani ich za to nie potępiał. W zielonej rozległej dolinie mogli mieć tyle, ile chcieli. Nikt im nie wytykał słabości i skłonności do wygód i zbytku, nikt nie mierzył bogactwa i nie żądał, by się nim dzielić. Przeciwnie, ich majątek wzbudzał podziw, a jeśli także i zazdrość, to i ona uchodziła za powód do zadowolenia jako potwierdzenie odniesionego sukcesu.

Byli też i tacy, którzy uciekali przez góry nie po to, by uczynić swoje życie łatwiejszym i lepszym, ale żeby je ocalić. Wędrowali na południowe stoki, uchodząc przed zemstą, jaką im poprzysięgli sąsiedzi, ziomkowie, a nierzadko nawet krewni. Według panującego w górach prawa przelaną cudzą krew odkupić można było jedynie własną, a za zbrodnię popełnioną przez jednego odpowiadali wszyscy. Za śmierć odpłacano śmiercią, a zemsta była świętym obowiązkiem synów, braci i krewnych ofiary. Niedopełnienie tego nakazu ściągało hańbę na cały ród i na całe wieki wystawiało go na pośmiewisko.

Kistami nazwali przybyszów miejscowi, kachetyjscy tubylcy, Gruzini. Nie potrafili ponoć prawidłowo wymówić nazwy, jakiej na określenie samych siebie używali Czeczeni z wąwozów z górnego biegu Argunu, którzy przywędrowali do Kachetii, by w niej osiąść na stałe.

Oni sami wołali na siebie Kej-Jistchoj, co w czeczeńskiej mowie znaczyło, z grubsza biorąc, „ludzie z kraju u wrót”. Ani Lara, ani Omar, jej rówieśnik i przyjaciel, ani tym bardziej jej kuzyn Ali, najmłodszy z nich, nie potrafili wytłumaczyć, jakie wrota mieli na myśli ich przodkowie, wybierając taką właśnie nazwę dla swojego tejpu – wspólnoty połączonej nie tyle więzami krwi, ile faktem, że zamieszkiwała to samo terytorium, zwykle na zboczach lub u podnóża jakiejś góry.

Omar wierzył, że nazwa tejpu nawiązywała do podniebnego sąsiedztwa, w jakim rozłożyła się kraina Kej-Jistchojów, u samych bram nieba. Wyżej, nad ich domostwami i pastwiskami, wznosiły się już tylko skaliste, niezdobyte i sięgające gwiazd wierzchołki Kaukazu. Lara kręciła głową i przekonywała, że w nazwie chodziło raczej o bliskość Kachetii, położonej zaraz za kaukaskimi szczytami, na południowym przedgórzu. Spośród wszystkich czeczeńskich wspólnot z północnych zboczy Kaukazu auły Kej-Jistchojów leżały najbliżej Gruzji. Stąd właśnie miały się brać „wrota” w nazwie wspólnoty. A Gruzini, żyjąc od wieków w sąsiedztwie Kej-Jistchojów, których imienia nie potrafili poprawnie wymówić, przezwali ich po prostu Kistami.

Pod nowe domostwa gruzińscy książęta wyznaczyli przybyszom wciśniętą między góry dolinę Pankisi, długą na dziesięć kilometrów, szeroką na pięć i przeciętą wzdłuż rzeką Alazani, spływającą ze zboczy Kaukazu, pojoną wodami z topniejących śniegów i lodowców.

Kistowie nie byli tu pierwszymi osadnikami. Przed nimi zamieszkali w dolinie gruzińscy górale, którym władcy Kachetii podarowali ziemie w podzięce za wierną i dzielną służbę w wojsku. Gruzini budowali swoje wioski na lewym brzegu rzeki. Czeczeńscy przybysze rozłożyli się więc na prawym.

W nowym miejscu, wśród nowych sąsiadów nie czuli się obco. Znali się z gruzińskimi góralami od stuleci. Mieszkali przez miedzę, po drugiej stronie gór. Stoczyli ze sobą niejedną wojnę, ale częściej żyli w pokoju, odwiedzali się w wioskach, przyjaźnili, uznawali za swoich. Zdarzało się, że przyjmowali się nawzajem do swoich rodów i szczepów, Czeczeni Gruzinów, a Gruzini Czeczenów, a nawet między sobą żenili. Zawierali pobratymstwa, radowali się razem na weselach i dzielili rozpaczą na pogrzebach. Mieli nawet tych samych bogów, którym w podobny sposób oddawali cześć.

Nie zmieniło się to i wtedy, gdy w kaukaskie wąwozy dotarły wiara chrześcijańska z muzułmańską, a Gruzini z południa przyjęli pierwszą z nich, podczas gdy Czeczeni z północy drugą. Nadal nie widzieli w sobie wrogów. Modlili się już inaczej i w oddzielnych świątyniach, ale zachowali podobne obyczaje i upodobania do biesiad, tych samych potraw i wina. Pozostali też wierni wielu dawnym, wspólnym wierzeniom, z którymi teraz kryli się przed obcymi, nie chcąc uchodzić za pogan i barbarzyńców.

W swoich wąwozach, wysoko w górach, nadal razem obchodzili stare święta i pielgrzymowali do świętych miejsc, czcili bóstwa ognia i przyrody, składali im ofiary, wierząc w ich moc i polecając się ich opiece. Nie widzieli też nic niewłaściwego w tym, by jako mili goście uczestniczyć w nabożeństwach odprawianych w świątyniach obu wyznań.

Według kaukaskiej legendy pochodzili wręcz od jednego, wspólnego przodka, Targamosa – potomka Jafeta i Noego, który ratując się przed potopem, zbudował arkę i osiadł w niej na górze Ararat. Biblijna przypowieść czyni z Jafeta, jednego z trzech synów Noego, ojca wszystkich ludów Północy.

W nowej dolinie żyli jak u Pana Boga za piecem, pośród dobrych sąsiadów i życzliwszej przyrody. Tak jak niegdyś w swoich arguńskich wąwozach, trudnili się pasterstwem, a od czasu do czasu wyprawiali się w góry, by w nieprzebytych lasach polować na dziką zwierzynę.

Uprawą gardzili, uznając grzebanie się w ziemi za coś paskudnego, niegodnego mężczyzny, któremu przypisana była rola bohatera, wojownika i zwycięzcy, w najgorszym razie męczennika. Pracę na roli zostawiali swoim kobietom i wiele lat musiało upłynąć i wiele się wydarzyć, zanim zaczęli w tej materii zmieniać zdanie. Ale nawet dziś na poletkach w dolinie Pankisi częściej widuje się kobiety Kistów, podczas gdy ich mężczyźni wolą zajmować się pszczelarstwem i doglądaniem przydomowych winnic.

Nowe życie w nowym miejscu tak bardzo przypominało to dawne, że Kistowie powoli zapominali, że nie od zawsze mieszkali w dolinie. Przenosiny niewiele zmieniły w ich życiu, a ponieważ nie wymagały żadnych wyrzeczeń, tym szybciej o nich zapomnieli, tak jak zapomnieli o wszystkim, co było przedtem. Wycierała się pamięć, za to coraz bardziej wrastali w dolinę, uważając właśnie ją za swój dom i dobre miejsce na ziemi.

Zajęci nowym życiem Kistowie z południowych stoków Kaukazu coraz rzadziej przeprawiali się na północne zbocza, przestali odwiedzać swoich braci Czeczenów. Łańcuchy górskie odgradzające czeczeńskie wąwozy od gruzińskiej Kachetii i doliny Pankisi zdawały się za to piętrzyć, potężnieć, rozrastać. Droga wydawała się zbyt daleka, zbyt trudna, coś nieustannie przeszkadzało w podróżowaniu. Odwodzili ich od tego także Rosjanie, którzy podbili Kaukaz i ziemie położone na północ i na południe od niego. Jako nowi władcy Kachetii i całej Gruzji zniechęcali tutejszych mieszkańców do niepotrzebnych wędrówek, mnożyli trudności i zakazy, uznając, że im mniej będą Kistowie wiedzieli o życiu poza doliną, tym mniej kłopotów im przysporzą. Unieruchomieni, przywiązani do ziemi nie powinni nawet wiedzieć, że zostali zniewoleni.

Rozdzieleni z rodakami Czeczenami, żyjąc wśród Gruzinów, Kistowie stawali się coraz bardziej gruzińscy. Nauczyli się gruzińskiej mowy, poznali gruzińskie zwyczaje i wiele z nich przyjęli za własne. Posyłali swoje dzieci do gruzińskich szkół, gdzie uczyły się o gruzińskich dziejach, dowiadywały o gruzińskich królach, bohaterach, wieszczach. Niektórzy z Kistów przejęli nawet od Gruzinów chrześcijańską wiarę. Jedni ze szczerego przekonania, drudzy dla świętego spokoju. Jeszcze inni przeszli na nowe wyznanie w wyniku podstępu rosyjskich żołnierzy i chrześcijańskich kapłanów, którzy pewnego dnia, bez słowa, zapędzili Kistów do rzeki Alazani i w jej wodach, nie pytając nikogo o zdanie, ochrzcili ich i nadali chrześcijańskie imiona.

Kistowie przybrali gruzińskie nazwiska, dostali gruzińskie obywatelstwo i paszporty. Tak bardzo zrośli się z nowym miejscem, że wkrótce sami zaczęli uważać się za jeden z ludów gruzińskich górali, takich jak Swanowie, Chewsurowie czy Tuszyni. Ta nowa, przybrana tożsamość ocaliła ich przed wygnaniem z Kaukazu na Syberię, na jakie, podejrzewając ich o nielojalność, skazał wszystkich pozostałych Czeczenów rozsierdzony kremlowski władca Józef Stalin, sam wywodzący się z Gruzji.

Ominęło ich nie tylko zesłanie z braćmi w syberyjskie śniegi, ale i wszystkie dziejowe burze, które przetaczały się przez świat, zmieniając jego porządek i kształt. Owszem, dochodziły ich z daleka wieści tak niezwykłe, że aż trudno było im dać wiarę. Ogrodzeni górami Kaukazu słyszeli o królobójstwach, rewolucjach i wielkich wojnach, ale do ich doliny, zapomnianej przez Boga i ludzi, nie miały one dostępu, przechodziły jakby bokiem.

W Tbilisi namiestników rosyjskich carów zastąpili co prawda gruzińscy prefekci, ale tych zastąpili wkrótce nowi zarządcy z Kremla, którzy kazali tytułować siebie towarzyszami i sekretarzami oraz twierdzili, że wszyscy ludzie są równi i jednacy. Mówili też, że Boga nie ma, więc trzeba pozamykać meczety i cerkwie, że większy będzie z nich pożytek, jeśli pootwiera się w nich sklepy i przedszkola.

Kistowie nie zajmowali się jednak polityką i była ich ledwie garstka, kilka tysięcy dusz, pół tuzina wsi, więc ich życie w dolinie toczyło się swoim tempem, bez większych zmian. Tylko od czasu do czasu z górskich kryjówek do pasterskich chat na połoninach zachodzili zbrojni partyzanci, którzy buntując się przeciwko niesprawiedliwościom, wciąż krążyli po wąwozach i przełęczach Kaukazu. Przychodzili do Kistów, by ci, znający góry jak własną kieszeń, służyli im za przewodników, udzielili gościny, przezimowali.

Ale następcom Stalina nie udało się utrzymać złowrogiego mocarstwa zajmującego Europę i Azję i rozciągającego się od Bałtyku po Morze Japońskie i od Arktyki po Hindukusz i Pamir. Nazywane Imperium Zła, władające jedną połową świata, a drugą trzymające w nieustannym strachu, upadło, legło w gruzy jak wcześniej wszystkie jemu podobne.

Usłużne i jeszcze niedawno sparaliżowane strachem prowincje jedna po drugiej otrząsały się z niemocy, ogłaszały niepodległość. Ogłosiła ją i Gruzja, a Kistowie, jej obywatele, sto lat po tym, jak uznali się za Gruzinów, niespodziewanie dla samych siebie odkryli w sobie dawnych Czeczenów.

Kaukascy górale, a zwłaszcza Czeczeni, od lat wyprawiali się za chlebem w głąb Rosji, na Powołże, do północnej stolicy w Sankt Petersburgu i tej głównej, w Moskwie, ale także aż za Ural, a nawet na Syberię. Ale dla Kistów, którzy teraz ruszyli w ślad za nimi, dziwem nad dziwy była już czeczeńska stolica Grozny, wzniesiona przez Rosjan jako najpotężniejsza z ich twierdz na Kaukazie.

Podziwiali jej wielkomiejskość, bogactwo i rozmach, zdumiewali się grozneńskimi rafineriami i wielkimi fabrykami zapewniającymi zajęcie i zarobek, jakich zaczęło brakować w dolinie Pankisi. Przepełniała ich także duma, że do takich wspaniałości doszli Czeczeni, ich kuzyni, ich krew.

Jak ubodzy krewni z dalekiej prowincji, z zabitego deskami zaścianka, nie mogli się napatrzeć wielkości Groznego, a ciesząc nią oczy, czuli, że udziela się ona także im samym, że rosną we własnych oczach, a inni zaczynają na nich spoglądać z większym szacunkiem, a nawet z podziwem.

Było im trochę wstyd, że w odwiedziny do Czeczenów wyprawili się dopiero wtedy, gdy w Gruzji przycisnęła ich bieda. I że nie odnowili braterstwa krwi wcześniej, gdy żyli razem w jednym kraju rządzonym przez Rosjan, a w gości zaczęli wybierać się, gdy rozdzieliła ich państwowa granica Rosji i Gruzji. Północne, czeczeńskie zbocza znalazły się po rosyjskiej stronie, a południowe przypadły Gruzji. Ale nie myśleli o tym za wiele, przywykli do życia w górach, gdzie granice wyznaczały przełęcze i górskie wierzchołki, a nie wykreślone na mapach linie.

Z zachwytem odkryli, że Czeczeni, najliczniejszy i najpotężniejszy z ludów północy Kaukazu, mówią tym samym co oni językiem, tak samo się modlą, mają te same zwyczaje, że w ogóle niemal się między sobą nie różnią. „A więc jesteśmy Czeczenami!” – zakrzyknęli Kistowie z radością, której smak psuła im wszakże gorzka myśl, że wypierają się oto Gruzinów, odpowiadają niewdzięcznością tym, którzy ich kiedyś przygarnęli.

Gruzini istotnie poczuli się zdradzeni. Tym bardziej że w jednej z wojen, jakich wiele wybuchło wtedy na Kaukazie, Czeczeni stanęli do walki po stronie gruzińskich nieprzyjaciół, Abchazów, i pomogli zgotować Gruzinom upokarzającą klęskę.

W tamtych czasach, po rozpadzie imperium, wszyscy jego dawni poddani zadawali sobie pytanie, kim są? A kim nie są? Czym różnią się od innych, kto komu winien ustąpić pierwszeństwa, czyja krew jest lepsza?

Nagły pęd do poszukiwania swoich korzeni i odkrywania tożsamości wywołał nową wędrówkę ludów. Jedni wracali do siebie, inni brali nogi za pas, by uciec co prędzej i jak najdalej od miejsc, gdzie uznano ich za wrogów i zdrajców.

Z doliny Pankisi nikt nikogo nie wypędzał, ale nawet i tam, na końcu świata, swoi zaczęli wyjeżdżać do swoich, przeprowadzać się, żeby mieć za sąsiadów kuzynów i ziomków.

Wyjechali Osetyjczycy, którzy też wdali się w wojnę z Gruzinami. Bliżej swoich wynieśli się Tuszynowie, Pszawowie i Chewsurowie. W ten oto sposób prawie cała dolina przypadła Kistom, którzy także coraz liczniej zaczęli się przeprawiać przez kaukaski grzbiet na północ, do Czeczenów.

Widząc, jak wyruszają w drogę, Gruzini przestali uważać ich za swojaków, ale i czeczeńscy bracia wcale nie witali ich z otwartymi ramionami, nie uznawali ich za sobie równych, lecz spoglądali jak na dalekich i nieco nieokrzesanych kuzynów.

Kaukaska wędrówka ludów zdawała się zresztą nie mieć końca. Napędzana i żywiona łaknieniem wolności, nienawiścią i wojnami, które wybuchły w nowych miejscach lub na dopiero co przycichłych polach starych bitew, gnała kaukaskich górali ze wschodu na zachód i z północy na południe.

Wojna, i to największa ze wszystkich na Kaukazie, wybuchła także w Czeczenii, gdzie miejscowi górale, biorąc za wzór Gruzinów, również obwieścili, że chcą żyć we własnym państwie, i ogłosili jego niepodległość.

Dwie wielkie wojny, które niemal jedna po drugiej przetoczyły się przez Czeczenię na przełomie stuleci, zrównały zbuntowaną krainę z ziemią i zdziesiątkowały jej mieszkańców. Z Kaukazu w cztery strony świata ruszyły rzeki uciekinierów, a Kistowie zwabieni wcześniej jasnymi światłami i bogactwem czeczeńskiej metropolii, Groznego, teraz zawrócili przez góry do spokojnej doliny Pankisi, licząc, że Gruzini wybaczą im i nie zatrzasną przed nimi drzwi. Gruzini nie okazali się pamiętliwi i przygarnęli tułaczy. W ślad za Kistami na gruzińską stronę ruszyły tysiące Czeczenów. Teraz, w potrzebie, chętnie przyznawali się do pokrewieństwa z zapomnianymi kuzynami

W niewielkiej dolinie zrobiło się tłoczno. W pewnej chwili przybyszów z Czeczenii zrobiło się więcej niż miejscowych Kistów, a Gruzini zaczęli kręcić nosami, że Pankisi i jej okolice nie należą już do Gruzji, lecz stały się nową prowincją Czeczenii.

Władzę w dolinie przejęli czeczeńscy komendanci partyzanccy, którzy kryjąc się wśród cywilów, przemknęli przez góry, by po gruzińskiej stronie wylizać rany, zebrać siły i skrzyknąć nowe wojsko. Wraz z partyzantami przybyli do Pankisi także ich mułłowie, nauczający, że solidarność w wierze powinna brać górę nad więzami krwi, a męczeńska wojna o zbawienie jest ważniejsza niż walka o wolność. Z mułłami zaś przywędrowali muzułmańscy ochotnicy, którzy zwiedziawszy się o wojnie na Kaukazie, ogłosili ją świętą i ściągali z całego świata, by uczestnicząc w niej, spełnić swoją religijną powinność i – gdyby Allah okazał się aż tak łaskawy – zginąć męczeńską śmiercią za wiarę i zyskać tym sobie zbawienie.

Rozgościwszy się u Kistów w dolinie, cudzoziemscy rycerze świętej wojny, mudżahedini, ale także czeczeńscy mułłowie i partyzanci, mając za nic wymogi etykiety, zaczęli wytykać gospodarzom, że nie znają Koranu ani jego praw i – co może i zrozumiałe, ale niewybaczalne – ich nie przestrzegają. Nie żyją, jak Pan Bóg przykazał, a nawet nie potrafią wznosić do niego modłów jak należy.

Nie mogli się pogodzić z tym, że muzułmanie w dolinie piją wino i zachodzą do świątyń swoich sąsiadów chrześcijan w odwiedziny. „Wierzycie w gusła i klechdy! Żyjecie jak poganie! – załamywali ręce. – Pora! Pora najwyższa się nawrócić!”

Starszyzna Kistów, oburzona nieobyczajnością przybyszów, ani myślała tego słuchać. Za to młodzi, którym dokuczała już surowa i bezwzględna kontrola ojców i dziadków, w wezwaniach mułłów do pobożności, poznania prawdziwej wiary i drogi do zbawienia dostrzegali szansę na poluzowanie krępujących ich więzów i poszerzenie swojej wolności.

Do wolności i buntu przeciwko starszym zachęcali młodych Kistów także Gruzini, zapatrzeni w daleką Europę i jeszcze dalszą Amerykę, tamtejsze bogactwo, niczym nie ograniczoną swobodę, obyczajowy luz, prawie rozwiązłość, a zwłaszcza święty, niemal powszechny całkowity zakaz zakazywania czegokolwiek.

W tamtym czasie panowało na świecie, a zwłaszcza na Zachodzie, powszechne przekonanie, że szyte na europejską miarę porządki są szczytowym osiągnięciem ludzkości i da się je zaprowadzić wszędzie i z pożytkiem dla wszystkich. Na Syberii i na Saharze, pod Hindukuszem, na arabskich piaskach i w kongijskiej dżungli, w sercu Afryki. Tym bardziej Europę powinno dać się zbudować na bliższym jej Kaukazie.

„Będziemy żyli jak oni, ci z Nowego Jorku, Berlina i Paryża – kusili Gruzini. – Trzeba tylko ich naśladować, starać się być jak oni, być Europejczykami. Jeśli więc jesteście Gruzinami, a jesteście, bo u nas mieszkacie, jesteście też jak my, Gruzini, Europejczykami”.

„Jesteśmy!” – przytakiwali z wypiekami na twarzach młodzi Kistowie.

„Nieważne, czy jesteście Kistami, Czeczenami czy Gruzinami. Przede wszystkim jesteście muzułmanami i tylko to się liczy – szeptali do drugiego ucha brodaci mułłowie i pielgrzymi z Arabii. – Zachód wyparł się swojego Boga, na Zachodzie Bóg umarł. A Allah jest wielki. Allahu akbar! W imię Boga! Bismillah! Nie dajcie się skusić podszeptom szatana, nie schodźcie z dobrej drogi. Nie grzeszcie, nie czyńcie zła, lecz myślcie o zbawieniu”.

Tym Kistom, którzy uwierzyli, że są Europejczykami, przyszło wraz z Gruzinami stoczyć kolejną wojnę z Rosją, którą zawsze drażniły wyniosłość i zachodnie fantasmagorie Gruzinów. Ci zaś, którzy posłuchali świętobliwych imamów, najpierw wyprawiali się na naukę do muzułmańskich akademii w arabskich stolicach, a kończyli jako rycerze świętej wojny, mudżahedini, walcząc w bitwach pod Bagdadem, Mosulem, Damaszkiem i Aleppo.

– A może to sami skazaliśmy się na tę wieczną tułaczkę? – zachodziła w głowę Lara. – No bo jeśli ktoś porzuca miejsce pod słońcem, które zostało mu wyznaczone, i wyrusza w świat za lepszym życiem, to czy sam nie ściąga na siebie klątwy, która sprawi, że już nigdy nie przestanie wędrować i szukać bez końca czegoś, czego nigdzie i nigdy nie znajdzie?

Mówiła też, że nie potrafi sobie przypomnieć, z jakiej książki pochodzi wyczytane przez nią niegdyś zdanie, które z jakiegoś nieznanego jej powodu zapamiętała na całe życie. „Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”. Tak to mniej więcej brzmiało, ale nie pamiętała, czy pochodziło z jakiejś starej baśni, czy z powieści, którymi się kiedyś bez pamięci zaczytywała. A może z podręcznika do nauki historii albo z dramatu napisanego do wystawienia na teatralnej scenie?

Bardzo ją złościło, że nie umie ufnie i swobodnie cofać się pamięcią w dawne czasy, przeskakiwać wedle życzenia pośród wszystkiego, co już było, grzebać się w zakamarkach zdarzeń minionych.

– Głupstwo! Stare dzieje! – mówiła w końcu zniechęcona. – Odwykłam od książek. Ale pamiętam dobrze, że tak to właśnie szło: Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi. Czasami się zastanawiam, czy to aby nie o nas?

– Bo co – tłumaczyła – można powiedzieć o kimś, kto po stu latach zaczyna się zastanawiać, kim tak naprawdę jest? Chyba tylko jedno: że zatracił się lub siebie wyparł, a potem przez cały ten czas był nikim. Zrozumiałe więc, że brakuje mu pewności, wiary, a czując się gorszy, stara się jedynie upodobnić do tych, którzy go przewyższają. Nie próbuje im dorównać, lecz jedynie naśladuje. A w końcu, nawet kiedy osiągnie zamierzony cel, odniesie zwycięstwo, nie potrafi się nim cieszyć, bo nie wie nawet, czemu je zawdzięcza. Potrzebne nam to było? Co nam dobrego z tego szukania siebie przyszło?

Dawny znajomy jej kuzyna Alego i jej synów, ich szkolny kolega z sąsiedniej wioski, zapragnąwszy stać się Gruzinem i Europejczykiem, wstąpił do gruzińskiego wojska. Z wyróżnieniem pokończył kursy szkoleniowe w Europie i Ameryce, dosłużył się oficerskiej szarży, walczył mężnie na wojnie z Rosjanami. Ale po wojnie Gruzini wykluczyli go spośród siebie. Twierdził, że fałszywie go oskarżyli, pozbawili oficerskiego stopnia, usunęli z wojska, wtrącili do więzienia jak pospolitego złoczyńcę.

Wypuszczony na wolność wyjechał, jak inni Kistowie, za chlebem do Turcji. Tam dowiedział się o wojnie, która wybuchła tuż za granicą, w Syrii. Wkrótce ona również, jak wcześniej te z Palestyny, Kaszmiru, Afganistanu, Bośni, Kaukazu czy Iraku, została okrzyknięta świętą. Dla zarobku, ale też dla przygody i z braku lepszego zajęcia zaciągnął się na służbę do armii mudżahedinów walczących o utworzenie kalifatu, pierwszego sprawiedliwego wreszcie państwa Bożego, które miało objąć i Damaszek, i Bagdad, i wszystkie ziemie zamieszkane przez muzułmanów.

W służbie kalifatu zasłużył się tak bardzo, że wkrótce został nawet jednym z jego najważniejszych emirów. Sława, jaką zdobył, sprawiła, że przykład z niego postanowili wziąć inni Kistowie. Wszyscy w dolinie, znając się i pomagając sobie nawzajem, przywykli do myśli, że zawsze i wszędzie mogą liczyć na wsparcie kuzyna czy krajana. Na wieść o triumfach i karierze, jaką ich ziomek robił w kalifacie, wyprawiali się do Syrii, licząc, że znajomy emir nie opuści ich w biedzie, poprowadzi do wielkich zwycięstw, zapewni nieśmiertelną chwałę i łupy.

Znalazł się wśród nich i Ali, choć przyznawał, że na wojnę pojechał głównie dlatego, że w dolinie przycisnęła go bieda i nie mógł dłużej znieść obezwładniającego poczucia beznadziei i bezsensu istnienia.

Pojechali do Syrii także synowie Lary, by na świętej wojnie spełnić swoją religijną powinność i jako mudżahedini zasłużyć na zbawienie. Za nimi wyruszyła w drogę i sama Lara, by ustrzec ich przed nieszczęściem i śmiercią, choćby i tą męczeńską, otwierającą bramy Raju. Wierzyła, że przekona ich, że trzeba żyć, nie umierać.

Do Syrii wybrałby się zapewne i Omar, gdyby nie to, że wcześniej stracił wiarę w wojnę, w życie, a nawet w śmierć.

* * *

– Jestem Lara. I nie wiem, co jeszcze mogę o sobie powiedzieć.

W błękitnej chustce na głowie i obszernej, długiej do kostek spódnicy przypominała wieśniaczkę, która przerwała pracę w polu, by przysiąść na chwilę na pogaduszki z sąsiadkami.

Nie pasowała do wielkiego miasta, a już z pewnością nie do restauracji McDonald’s, którą wybrała na miejsce spotkania. Nie wiem zresztą, gdzie i czy w ogóle był na świecie i jak wyglądał zakątek, o którym dałoby się powiedzieć, że jest w tym momencie odpowiednim dla niej miejscem i tam, a nie gdzie indziej powinna przynależeć.

– Od czego mam zacząć? I jak to poskładać? Gdzie początek, gdzie koniec? Sama już nie wiem. – Bezwiednie i cierpliwie poprawiała włosy, które jakby psocąc, nieustannie wymykały się spod chustki. – Taką długą drogę mam za sobą. Już myślałam, że się nigdy nie skończy.

Miała ociężałą postać i twarz zbolałej, pokonanej przez los kobiety, która potrzebuje jedynie odpoczynku. I tylko w jej oczach i w jej głosie życie paliło się młodym, żwawym, jasnym ogniem, nie zostawiając miejsca na gorycz i zwątpienie. Mówiła o obezwładniającym ją zmęczeniu, ale wystarczyło wtedy na nią nie patrzeć, by ulec złudzeniu, że jest wędrowcem narzekającym na trudy podróży, ale nie mogącym doczekać się dalszej drogi, kolejnych przeszkód do pokonania, następnych niedosięgłych szczytów do zdobycia. Złudzeniu temu ulegał każdy, kto prowadzony opowieścią Lary zmierzał za nią koleinami jej życia.

– Zimno się zrobiło – powiedziała, zacierając dłonie i poprawiając pod brodą chustkę. – Tylko patrzeć, a będzie zima.

Poprzedniego dnia w Tbilisi spadł pierwszy tej jesieni zimny deszcz, a wieczorem wiatr pozrywał z drzew ostatnie liście i ciskał je pod nogi skulonym przechodniom i w reflektory samochodów na śródmiejskich alejach. Rano w radiowych wiadomościach podano, że w górach Kaukazu spadł śnieg i niepogoda może się utrzymać przez kilka dni, co najmniej do końca tygodnia.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

NIESPOKOJNE CZASY PRZEŁOMU WIEKÓW

KALENDARIUM

Dostępne w wersji pełnej

OD AUTORA

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Katarzyna Ewa Legendź

Fotografia na okładce

Anadolu Agency/Getty Images

Opieka redakcyjna

Damian Strączek

Adiustacja

Anna Szulczyńska

Korekta

Małgorzata Biernacka

Katarzyna Onderka

Opracowanie typograficzne

Daniel Malak

Opracowanie map

Anna Styrska-Mróz

© Copyright by Wojciech Jagielski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-240-4071-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wieże z kamienia Dobre miejsce do umierania Na wschód od zachodu Modlitwa o deszcz Wszystkie wojny Lary Nocni wędrowcy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze