Barca vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć

Barca vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć

Autorzy: Alfredo Relaño

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 464

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Powstali, by wzajemnie rywalizować. Nie mogą bez siebie żyć. Real Madryt założony przez Katalończyka. FC Barcelona zawieszona za wygwizdanie hymnu Hiszpanii. Zażarte boje o Alfredo Di Stéfano i Ladislao Kubalę z reżimem generała Franco w tle. Kontrowersyjny transfer Luísa Figo i świński łeb rzucony na Camp Nou. Palec José Mourinho w oku Tito Vilanovy… Piłkarska rywalizacja pomiędzy Madrytem a Katalonią trwa już ponad 110 lat. Alfredo Relaño postanowił wreszcie dokładnie się jej przyjrzeć. I obalić mity krążące wokół El Clásico. Jego książka to bezkompromisowa kronika potyczek, które dziś elektryzują cały świat. Opowieść wyjaśniająca fenomen wzajemnej niechęci, ale też niezwykłej symbiozy. Symbiozy, która pozwala obu klubom stawać się jeszcze potężniejszymi.

Ikerowi Casillasowi i Xaviemu Hernándezowi,

którzy grali przeciwko sobie kilkadziesiąt razy

i wciąż się przyjaźnią.

Wstęp do polskiego wydania — Adam Marszał

Życzę Realowi, aby rósł w siłę

Barcelona i Real to dwie drużyny, które zna cały świat. O ich rywalizacji mówią wszyscy fani piłki nożnej i większość dość jasno opowiada się po którejś ze stron. Na tę pełną napięcia i emocji walkę czekają miliony kibiców nie tylko w Hiszpanii, ale na całym świecie. A Polska jest tutaj doskonałym przykładem. Wszyscy tym żyjemy!

Każdy fan piłki komuś kibicuje. A jeden wybór z reguły wyklucza drugi. Każdy opowiada się za tym klubem, który jest mu bliższy – duchowo lub geograficznie. Ja też nie jestem inny. Wiem, komu kibicuję, a której drużyny nie lubię i dlaczego. Tylko czy sympatia do jednych musi oznaczać antagonizm i nienawiść do drugich? Czy w Polsce, dość znacznie oddalonej od terytorium największych spięć i utarczek, rywalizacja Barcelony z Realem też musi przyjmować skrajne relacje? Piłkarze często dawali nam przykłady, że ta walka, tak istotna dla obu klubów, nie musi oznaczać wzajemnej niechęci i braku ludzkich odruchów i sympatii. Przykładem może być pamiętne zdjęcie Raúla i Puyola po jednym ze spotkań.

Te pytania i rozważania nie oznaczają jednak, że jestem kryształowy, pełen cnót i wyrozumiałości, że nie cieszę się z porażek czy remisów przeciwnika, że nie dopinguję ich rywali. Jestem taki sam jak Wy i tak samo jak Wy pragnę dobra swojego klubu, często kosztem przeciwnika. Może jednak warto się zastanowić, czy największy rywal nie jest też największym błogosławieństwem?

Należy pamiętać o współzależności. Najprościej można to określić, mówiąc, że nie byłoby takiej Barcelony, gdyby nie było takiego Realu. I nie byłoby takiego Realu, gdyby nie było takiej Barcelony. Wielki rywal, wróg, przeciwnik, oponent to nie zawsze tylko coś złego. Oba kluby od lat napędzane są nienawiścią, chęcią prześcignięcia głównego konkurenta, pokazania, kto jest lepszy, bogatszy (nie tylko finansowo, ale i historycznie), bardziej medialny, kto ma więcej fanów, kto wygrał więcej trofeów, kto ma lepszego piłkarza, ładniejszy stadion, stroje, a nawet hymn. Ten wyścig zbrojeń na każdej możliwej płaszczyźnie trwa już ponad sto lat i będzie trwał przez kolejne sto, dwieście, tysiąc…? Ta rywalizacja powoduje, że oba kluby wymieniane są rokrocznie wśród najlepszych drużyn na świecie. Gdyby zabrakło jednej z nich, czy nie oznaczałoby to osłabienia tej drugiej? Tak stało się w lidze szkockiej.

Może więc wszystkie te dość negatywne wzajemne relacje trzeba wręcz rozwijać? Wzajemne sukcesy mogą się okazać pożytkiem dla fanów każdej z tych drużyn, ale też dla całej dyscypliny.

Życzę więc Realowi, aby rósł w siłę, życzę, aby się rozwijał, umacniał strukturę, budżet i szkółki młodzieżowe. Życzę mu wszystkiego, co najlepsze. A sobie życzę, żeby i tak wygrała Barça.

Ze sportowym pozdrowieniem

Adam Marszał

Prezes Stowarzyszenia

Fan Club Barça Polska

Wstęp do polskiego wydania — Kamil Kamiński

Uwaga! Rywalizacja Realu Madryt z FC Barceloną może uzależnić!

Legendarny trener Liverpool FC William „Bill” Shankly powiedział kiedyś: „Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że to coś o wiele ważniejszego”. Stwierdzenie to doskonale wpisuje się w ideologię starć pomiędzy Realem Madryt i FC Barceloną. Książka, którą teraz czytacie, przybliży wam historię najpiękniejszej rywalizacji w świecie futbolu, a może i sportu w ogóle. Rywalizacji, która od zawsze budziła w kibicach najbardziej skrajne uczucia znane człowiekowi – miłość i nienawiść.

Mówi się, że mecze Królewskich z Barcą są jedynymi w świecie futbolu, które nie pozostawiają żadnego kibica obojętnym. Możesz być fanem Manchesteru United, AC Milanu czy River Plate Buenos Aires, ale kiedy wybije godzina Klasyku, staniesz po jednej ze stron tego nieustannego konfliktu. Nie będę ukrywał, że moje serce należy do klubu z Madrytu. Moja przygoda z Realem trwa już ponad 13 lat. W tym czasie miałem zaszczyt obejrzeć Gran Derbi z wysokości trybun Estadio Santiago Bernabéu oraz Camp Nou. Atmosfera, którą stworzyło odpowiednio 85 tysięcy i 99 tysięcy kibiców, jest nie do opisania. Emocje towarzyszące fanom podczas tych magicznych 90 minut mogą wynieść ich pod niebiosa, ale i zepchnąć w otchłań. Jednym słowem Klasyk – mecz ponad wszystkimi innymi.

Nie jest tajemnicą, że siła tej rywalizacji dawno przeniknęła bariery sportu. Dziś ten wyjątkowy bój to również polityka i niewyobrażalnie wielkie pieniądze. Dla wielu głęboko oddanych fanów Real Madryt oraz FC Barcelona uzyskały status religii, a dzień, w którym rozgrywany jest mecz odwiecznych rywali, traktowany jest jak święto.

Rozumiem, że nie każdy z Was jest fanatycznym kibicem Królewskich lub Dumy Katalonii, i rozumiem również, że nie wszyscy do końca jeszcze rozumiecie magię rywalizacji tych dwóch gigantów. Aby pomóc Wam lepiej zrozumieć, czym jest ta święta wojna, przytoczę starą anegdotę, która od wielu lat krąży między kibicami Realu Madryt i FC Barcelony:

Na łożu śmierci leży stary, wierny kibic Realu Madryt. Mężczyzna jest otoczony całą swoją rodziną.

– Od dziś jestem kibicem FC Barcelony! – powiedział starzec do swoich najbliższych.

– Ale dlaczego? Przecież całe życie kibicowałeś Realowi Madryt – z wielkim zdziwieniem zapytał jeden z krewnych.

– Wolę, żeby umarł kibic Barcelony – odparł starzec.

Kamil Kamiński

Członek zarządu

Polskiego Stowarzyszenia

Kibiców Realu Madryt

Águila Blanca

WPROWADZENIE

Powiedzmy sobie uczciwie: urodziłem się w kołysce madridistów. Mój ojciec był socio Realu przed wojną, mój starszy brat jest socio Realu od ponad 50 lat, ja sam zostałem zarejestrowany jako socio na sezon 1962/63, tuż przed przybyciem do klubu Amancio. Chcę, żeby to było jasne. Ale prawda jest też taka, że przyszedłem na świat w mieszanej rodzinie madrycko-barcelońskiej. Moja matka urodziła się w El Masnou i dorastała w Barcelonie. Kiedy zaczęła się wojna, do stolicy Katalonii przeniósł się mój dziadek Relaño. Właśnie tam jego trzech synów zakochało się w trzech barcelońskich siostrach Estapé. Tak się złożyło, że po wojnie wszystkie trzy małżeństwa przeprowadziły się do Madrytu i tutaj dorastała druga generacja siedmiorga Relaño Estapé. Słuchaliśmy matek rozmawiających ze sobą po katalońsku i zauważaliśmy na ulicy zdumiewającą niechęć do tego języka. Pośród małych traum z dzieciństwa pamiętam jedną szczególnie niemiłą sytuację, kiedy moja matka i ciotka usłyszały w autobusie: „Proszę mówić po ludzku!”, ponieważ rozmawiały ze sobą po katalońsku.

Futbol nie rozdzielił tego, co połączyła miłość. Kiedy byłem dzieckiem, dwie z trzech rodzin Relaño Estapé mieszkały w tym samym domu: rodzice i wujostwo, dzieci i kuzyni, wszyscy razem. W niedziele w radiu słuchało się audycji Carrusel deportivo (Sportowa karuzela) na antenie Sociedad Española de Radiodifusión, jak wtedy nazywała się Cadena SER, a moja ciotka Estrella, wielka barcelonistka (moja matka początkowo była futbolową agnostyczką, aż z biegiem lat stała się abolicjonistką), obstawiała wyniki meczów i rozprawiała o Kubali. Pozostali dorośli również mówili o Kubali, ale prawie zawsze towarzyszyło temu nazwisko Di Stéfano. Czasem takie rozmowy dało się słyszeć również w ciągu tygodnia, a to dlatego, że Real Madryt często grał mecze w Pucharze Europy. Były transmitowane w radiu i zazwyczaj rozstrzygał je właśnie rzeczony Di Stéfano. Jego nazwisko brzmiało dla mnie jak trzask bata. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem go sobie pośród mgły, mijającego błyskawicznie licznych przeciwników. Nie wiedziałem jeszcze, czym jest futbol. Dopiero co zacząłem oglądać

NO-DO[1], gdzie zamieszczano fragmenty spotkań, które jednak nie mówiły mi zbyt wiele. Dorośli, i owszem, rozmawiali o tym z pasją. Zwłaszcza kiedy dwóch angielskich arbitrów po raz pierwszy wyrzuciło Real Madryt z Pucharu Europy, z rozgrywek, które do tamtej chwili zawsze wygrywał.

Będąc już socio Realu – była to nagroda za dobre oceny i prezent na zakończenie roku szkolnego – z ogromną ciekawością oglądałem mój pierwszy mecz Real Madryt – Barcelona. Real wygrał 2:0, a mój siedem lat starszy brat stwierdził: „Obie drużyny są cieniem samych siebie z przeszłości”. Kubali nie było już w klubie. Nie widziałem go aż do następnego sezonu, kiedy zaczął występować w Espanyolu. Patrzyłem na niego, jak będę patrzył – jeśli w ogóle pewnego dnia tak się stanie – na jeden z posągów na Wyspie Wielkanocnej. Nic wtedy nie zrobił, uważałem jednak, że jest godny podziwu.

Przez kilka lat Barça była w moich oczach historyczną drużyną cofającą się w rozwoju. Nie postrzegałem jej jako rywala dla Realu Madryt. Wydawało mi się, że szacunek, jakim ten zespół darzyli jeszcze mój ojciec i jego bracia, należał mu się bardziej z uwagi na ich żony niż na to, na co naprawdę zasługiwała Barcelona. Ale oglądając w domu schowane w jakimś kącie stare numery magazynu „Blanco y Negro”, odkryłem Barçę, którą nieomal przegapiłem. Barçę mojego przyjaciela Juana Cruza, Barçę HH[2], Barçę, która zaczynała się od Ramalletsa, Olivelli, Rodriego, Gracii, Segarry, Gensany (albo Vergésa w miejsce jednego z nich), Barçę, która w każdym meczu musiała rezygnować z trzech z tych ośmiu wspaniałych napastników: Tejady, Kubali, Kocsisa, Evaristo, Eulogio Martíneza, Luisa Suáreza, Villaverde lub Czibora. Zorientowałem się, że straciłem coś wielkiego. I nauczyłem się patrzeć w sposób szczególny na Barçę Sadurníego, Fusté, Peredy, Zaldúi i pozostałych, których oglądałem w tamtych latach.

Rywalizacja w Madrycie toczyła się z Atlético, dla mnie jednak Barça była bardzo ważna. Często kupowałem „Dicen”. Odkryłem tę gazetę na Metropolitano, stadionie Atlético, na który chodziłem – wbrew radzie mojego ojca – w te niedziele, kiedy Real grał na wyjeździe. Do jej kupna namawiali handlarze na zachodniej trybunie. Od czasu do czasu, jeśli pozwalały mi na to oszczędności, w kiosku przy Cibeles kupowałem „Barçę” albo „RB”, dwa magazyny poświęcone Barcelonie, przy czym jeden z nich systematycznie atakował władze klubu, co wydawało mi się zadziwiające.

Mój pierwszy wyjazd do Barcelony nie miał nic wspólnego z futbolem. Stało się tak z okazji srebrnego jubileuszu moich rodziców. Pojechaliśmy tam, żeby poznać i uściskać katalońską rodzinę, z którą moja matka nie widziała się od wojny. Inne czasy. Ale rozmawiało się o futbolu i nasi barcelońscy krewni dyskretnie zawstydzili nas wspomnieniem finału butelek, do którego doszło nie tak dawno temu. Przyznaję, że ironia była jak najbardziej zasłużona. Tamto zdarzenie pokazało, jak nieokrzesani są kibice Realu Madryt. Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie to. Tym bardziej że byłem wśród nich, choć spieszę z informacją, że nie rzuciłem żadnej butelki.

Moja pierwsza wizyta na Camp Nou miała miejsce kilka lat później, w wielkanocny poniedziałek w 1972 roku. Tym razem – już jako dziennikarz – poszedłem obejrzeć mecz Barça – Real Madryt. Gwizdy, jakimi przywitano wchodzących na murawę piłkarzy Realu, zaskoczyły mnie tak, jak niewiele rzeczy w życiu. Zupełnie nie byłem na to przygotowany i przez moment wydawało mi się, że to jakiś nadprzyrodzony dźwięk, jakby z olbrzymią prędkością zbliżały się do nas inne galaktyki. Minęło kilka dobrych chwil, zanim zdałem sobie sprawę, że to gwizdy; były nieprawdopodobnie ogłuszające, ani trochę nie przypominały gwizdów, jakie można było usłyszeć na meczach odwiecznych rywali w Madrycie.

Coś działo się wokół.

Czym było i jest to coś, staram się wyjaśnić w tej książce. Przygotowywałem się do jej pisania z największą starannością. Są w niej wydarzenia z historii obu klubów (znacznie więcej jednak traktujących o Barcelonie) i mnóstwo informacji dziennikarskich. Są w niej wspomnienia osób związanych z jednym i drugim klubem. Zawarłem w niej wreszcie moje własne wrażenia z ostatnich 50 lat, prawie połowy tej niebywale intensywnej rywalizacji, której byłem naocznym świadkiem, zarówno jako kibic (albo dziecko otoczone kibicami w pierwszych latach), jak i jako dziennikarz. Wyłuskałem wszystkie znaczące z mojego punktu widzenia epizody, do których doszło podczas rywalizacji tych dwóch gigantów, związane tak z meczami rozgrywanymi na boisku, jak i tymi w gabinetach. Wszystko, o czym Państwo przeczytają, jest dobrze udokumentowane, ponieważ w miarę możliwości starałem się docierać do źródeł. Wiele razy weryfikowałem rozpowszechnione po stronie barcelońskiej informacje; powtarzane aż do znudzenia najmłodszym generacjom, sprawiają, że kibice tej drużyny powszechnie uważają się za ofiary zniewag. Oczywiście, że Real Madryt robił świństwa Barcelonie. A Barça robiła je Realowi. Jednak stwierdzenie, że Real był drużyną Franco i stąd brały się jego sukcesy, jest niesprawiedliwym uproszczeniem. Real znaczył więcej niż Barça w czasach Republiki, jego prezes do wybuchu wojny domowej był szanowanym republikaninem, a w kwestii tytułów Real Madryt miał swoje gorsze lata między końcem wojny domowej a przybyciem Di Stéfano. Co do udziału reżimu w tym transferze, odsyłam do odpowiedniego rozdziału, w którym wyjaśniam, że sprawy nie wyglądały tak, jak o nich opowiadano. Dwa rozdziały przed fragmentem poświęconym sprawie Di Stéfano znajduje się opis sprawy Kubali, kiedy to władze robiły, co mogły, żeby mieć doskonałą bazę dla swojej antykomunistycznej propagandy.

Owszem, później, w latach 60., Real Madryt zyskał w Hiszpanii znaczenie, jakiego nigdy wcześniej nie posiadał, stał się czymś w rodzaju instytucji państwowej, której status znacznie wykraczał poza ramy zwykłego klubu sportowego, chociaż w herbie klub miał nazwę miasta. W tamtych latach nikt nie cierpiał tak jak Barça i być może to z tamtego okresu pochodzi siła, która pozwala dziś cieszyć się klubowi świetnością. Książka ukazuje się w momencie, gdy Barça stanowi wzór, kolekcjonuje tytuły i zbiera pochwały, Real Madryt porusza się zaś niezdarnie, wiosłując w górę rzeki, użalając się nad swoim losem i nie znajdując rozwiązania. Jest więc obecnie dokładnie odwrotnie niż wtedy, gdy 50 lat temu poznałem oba kluby, kiedy wspaniała armia, dowodzona przez Di Stéfano, szła od zwycięstwa do zwycięstwa, a Barça wprowadzała nowe projekty, by znaleźć rozwiązanie, które i tak się nie pojawiało.

Dodam jeszcze, że w książce pojawiają się nazwy klubów, które z biegiem czasu się zmieniły: Español stał się Espanyolem, Athletic Bilbao najpierw stał się Atlético, a potem powrócił do nazwy Athletic… Aby uniknąć niedomówień i zamieszania, uznałem, że będę o nich pisał, używając aktualnych nazw. Kiedy więc pojawia się nazwa Atlético, to odnosi się ona do klubu z Madrytu (który przed wojną też nazywał się Athletic), a kiedy pojawia się Athletic, to mowa o klubie z Bilbao (który od 1940 do 1972 roku nazywał się Atlético). Gdy wspominam o czasach tuż po wojnie, kiedy Atlético było znane pod tą nazwą, używam formy Atlético Aviación. Ale chodzi o ten sam klub. Tak samo postąpiłem w przypadku drużyny koszykówki Juventud – Joventut. Kiedy jednak odwoływałem się do tekstów obcego autorstwa, wolałem użyć oryginalnego nazewnictwa.

Imiona i nazwiska bohaterów katalońskich zapisałem tak, jak je zrozumiałem, albo tak, jak oni sami wolą je zapisywać, czyli zazwyczaj po katalońsku.

Książka składa się z 46 rozdziałów. Ta historia wciąż się nie skończyła i nadal jest pasjonująca. Proszę o niej poczytać. Myślę, że Państwa zainteresuje.

1. REAL MADRYT ZAŁOŻYŁ KATALOŃCZYK

Mówi się, że nie ma gorszego wroga niż wróg wyhodowany na własnej piersi. To powiedzenie przychodzi mi do głowy, gdy przypominam sobie, że Real Madryt założył Katalończyk Carlos Padrós Rubió, urodzony w Sarrià 9 listopada 1870 roku.

Książka Todos los jefes de la Casa Blanca (Wszyscy szefowie Białego Domu) autorstwa dziennikarza Juana Carlosa Pasamontesa przedstawia tę postać w sposób wyczerpujący. Był Katalończykiem z krwi i kości. Jego ojciec, barcelończyk, nazywał się Padrós Parals, matka, pochodząca z Vilafranca del Penedès, nosiła nazwiska Rubió Queraltó. Rodzina osiadła w Madrycie w 1876 roku. Otworzyła sklep włókienniczy pod nazwą Al Capricho, przy skrzyżowaniu ulicy Alcalá z Cedaceros. Był to dobrze prosperujący biznes, dzięki któremu rodzina nabyła kilka posiadłości w El Escorial.

Pierwszym prezesem Madrytu CF[3] był jego brat Juan Padrós, jednak człowiekiem, który przede wszystkim przyczynił się do jego założenia (i pełnił funkcję prezesa między 1904 a 1908 rokiem), był Carlos. Należał on do generacji światłych młodzieńców, która sprowadziła futbol do naszego kraju, by w ten sposób poszerzać horyzonty obywateli państwa, które pogrążało się w paraliżującym kastycyzmie[4]. Fragment jego artykułu z magazynu „Gran Vida” dowodzi, jak postrzegał korzyści płynące ze sportu:

Nadszedł już czas, by pośród madryckiej młodzieży zaczęło budzić się zainteresowanie czymś więcej aniżeli tylko służeniem za słupki na ulicy, kiedy to rywalizuje ona z latarniami, uniemożliwiając przejście przechodniom, poświęcając się prawieniu komplementów dziewczętom za pomocą słów świadczących, w większości przypadków, o wątpliwym wychowaniu. Żal było patrzeć na tę generację chłopców: chorowitych, znudzonych wszystkim, zanim jeszcze stali się mężczyznami, pozbawionych marzeń, znajdujących rozrywkę jedynie na jakiejś zabawie, która oprócz tego, że wystawiała na szwank ich marne zdrowie, upokarzała ich, rujnując godność. Trzeba było, żeby z zagranicy przybyła grupa chłopców wychowanych w sposób nowoczesny, pragnących kontynuować w ojczyźnie styl życia, jaki w innych krajach wpaja się młodzieży jako niezbędne uzupełnienie edukacji, żeby tutejsi młodzieńcy, nienawykli do jakichkolwiek zajęć wychowania fizycznego, zaczęli poznawać i doceniać płynące stąd korzyści oraz uroki. Powoli przyzwyczajano się do tego zainteresowania, mimo że krewni i przyjaciele tych chłopców uznawali za żart i kpinę wszystko, co wymagało wysiłku, porzucenia stęchłych przyzwyczajeń, krótko mówiąc, wszystko, co było pracą.

Na szczęście, jako że dobro zawsze zwycięża, zamiłowanie do ćwiczeń fizycznych zaczęło się zakorzeniać i w Madrycie powstało wiele stowarzyszeń piłkarskich, które pomimo znikomego albo wręcz żadnego wsparcia ze strony oficjalnych instytucji w krótkim czasie błyskawicznie się rozwinęły, stając się ośrodkami entuzjastycznych propagatorów tej dyscypliny, tak że dziś można liczyć w milionach tych, którzy uprawiają ten interesujący sport.

Wszystko, co się robi, to i tak mało, żeby wpoić młodzieży przyzwyczajenia do pracy; trzeba wyrwać ją z tego marazmu, w którym tkwi, przekonać ją, że brak ruchu hamuje nasz rozwój, czyni nas bezużytecznymi, a wreszcie: zabija nas.

Carlos Padrós był człowiekiem obdarzonym pomysłami wykraczającymi poza swoją epokę; wprowadził nowe techniki w rolnictwie, był deputowanym parlamentu, wybranym przez mieszkańców Mataró, miasta, którego jest Ukochanym Synem[5] (za poszerzenie koryta rzeki, co rozwiązało ciągły problem z powodziami) i gdzie ma aleję swojego imienia, przebiegającą, co ciekawe, tuż obok boiska piłkarskiego.

Ludzie związani z madryckim klubem dawno o nim zapomnieli, co sprawiło, że w Barcelonie pisano (a ja słyszałem, jak o tym mówiono), że zaprzeczają oni, jakoby założycielem klubu był Katalończyk. Powód jest jednak inny. Kiedy Madrytowi CF przekazano na własność pierwszy Puchar Hiszpanii za kolejne zwycięstwa w 1905, 1906 i 1907 roku, koledzy Carlosa Padrósa z zarządu uznali, że powinien on zatrzymać trofeum jako nagrodę za poświęcenie i troskę. Wiele lat później, w 1932 roku, kiedy klub zdobył pierwsze mistrzostwo kraju, ówczesny prezes Realu Luis Usera Bugallal poprosił o puchar, żeby móc ustawić go w gablocie razem z nowym trofeum, a Padrósowi obiecał wierną kopię trofeum. Padrós nigdy jej jednak nie otrzymał, co bardzo go zdenerwowało i sprawiło, że jego relacje z klubem znacznie się ochłodziły.

Carlos Padrós bardzo postarzał się na skutek wojny. Był więziony, przeżył upozorowane rozstrzelanie przy murze Retiro, schronił się w polskiej ambasadzie, aż udało mu się wyjechać z Madrytu. Po powrocie zastał swój dom zrównany z ziemią. Przetrwał, sprzedając rodzinne posiadłości w El Escorial, ale ostatnie lata jego życia były ciężkie: jego córka zmarła przedwcześnie, dotknął go paraliż, a w czasach powojennych trapiły go liczne problemy. W dniu, w którym umarł, 30 grudnia 1950 roku, Real Madryt pojechał akurat do Barcelony, żeby zagrać przeciwko Espanyolowi w Sarrià (miejsce urodzenia Carlosa Padrósa, obecnie dzielnica Barcelony) i przegrał 1:7! Nikt z klubu nie przyszedł na pogrzeb. Prawdopodobnie zapomniano o Padrósie, zerwano z nim kontakty. A ówczesny prezes klubu Santiago Bernabéu, który siłą rzeczy musiał go znać, należał do grona ludzi skłóconych z Padrósem od czasów Usery Bugallala. Nie udało mi się jednak dowiedzieć, jak było naprawdę.

Wiele, wiele lat później, już w marcu 2002 roku, Florentino Pérez wykorzystał wyjazd Realu do Barcelony, aby złożyć Carlosowi Padrósowi hołd podczas wielkiego spotkania klubów kibica z całej Katalonii. Był to piękny gest, którego inicjatorem był Tomás Guasch, wówczas korespondent dziennika „As” w Katalonii, jego wicedyrektor oraz szef tamtejszych madridistów.

Był to gest wdzięczności prezesa Realu Madryt wobec katalońskiego założyciela klubu. Nie poszły za tym jednak istotne zmiany, ponieważ ogromna większość madridistów nadal ignoruje fakt, że klub, którego są kibicami, powstał dzięki Carlosowi Padrósowi.

Ten dystans Realu wobec człowieka, który założył klub, kontrastuje z sympatią i szacunkiem, jakim w Barcelonie darzy się Hansa (Joana) Gampera. Stadion nie nosi jego imienia, ponieważ założyciel klubu popełnił samobójstwo. W Barcelonie wszyscy wiedzą i mówią o tym po cichu, choć liczne książki poświęcone historii Barçy nie wspominają o tym wydarzeniu, co można zresztą zrozumieć. Samobójstwo Gampera usprawiedliwia się nawet jego oddaniem dla klubu, co miało go doprowadzić do zaniedbywania interesów (był kilkakrotnie szefem Barcelony), a także tym, że był prześladowany przez dyktaturę Primo de Rivery. W dziewięciu książkach opisujących historię klubu pojawia się fałszywa data śmierci Gampera (13 października). Jedyną znaną mi pozycją podającą prawdziwą datę (30 lipca) jest Historia del Barça Ricardo Calveta z 1978 roku.

O ile jednak imieniem założyciela nie nazwano nowego stadionu, to organizowany przez klub letni turniej, w trakcie którego przez wiele lat prezentowano publiczności nowych piłkarzy, nazywał się Pucharem Joana Gampera. Wtedy też zapadał słynny werdykt aquest any, sí (w tym roku tak) albo aquest any, tampoc (w tym roku też nie) odnośnie do tego, czy drużyna zdobędzie mistrzostwo, czy nie.

Różnica w tym, jak upamiętniają swych założycieli Barça i Real, jasno pokazuje też, w jak różny sposób postrzegają się oba kluby. Real Madryt ceni odniesione zwycięstwa – ale nic innego.

Barcelonę łączą z jej historią głębsze i bardziej sentymentalne relacje, a jej miłość wykracza daleko poza osiągnięcia klubu. I wyraża wdzięczność swojemu założycielowi, ponieważ uważa go za źródło, z którego biją wszystkie te uczucia.

2. BARÇA WYGRYWA PIERWSZY MECZ

W 1902 roku futbol zaznaczył już swoją obecność w kilku hiszpańskich miastach, głównie w Madrycie, Barcelonie i Bilbao. Ale również w Huelvie oraz Vigo. Czyli w tych, które najbardziej pozostawały pod angielskimi wpływami z racji istnienia portu w czterech z nich. W Barcelonie wpływy te były jeszcze większe, ponieważ nawiązywano kontakty w przemyśle włókienniczym. A w Madrycie ze względu na kontakty młodych ludzi, wychowanych pośród idei Wolnego Instytutu Naukowego, ludzi postępowych, pragnących pokazać inną Hiszpanię, nie tylko tę słynącą z walk byków i ciecierzycy.

W Barcelonie rozegrano już Puchar Macaya (ufundowany przez pewnego mecenasa o takim właśnie nazwisku i wygrany przez Hispanię, wielkiego rywala Barçy w pierwszym okresie rywalizacji) i organizowano mecze towarzyskie. Ale Carlos Padrós, jeden z głównych organizatorów krajowego futbolu w tamtym czasie, chciał zrobić krok naprzód.

17 maja szesnaste urodziny obchodził Alfons XIII Burbon. Osiągnął wiek, w którym powinien przysięgać na konstytucję. W ten sposób kończyła się regencja jego matki, królowej Maríi Cristiny. Z tej okazji w Madrycie zorganizowano szereg imprez, a Carlos Padrós dostrzegł w tym szansę, by zaprezentować społeczeństwu swój sport. W rzeczywistości można przyjąć za pewnik, że to dlatego Madryt CF został zarejestrowany 22 kwietnia. Od tego dnia Padrós miał w nowym klubie legalną i pewną bazę do dalszych działań. Od burmistrza miasta Alberto Aguilery udało mu się uzyskać fundusze na puchar dla zwycięzcy. Kosztowało go to sporo wysiłku i uporu (Manuel Rosón w książce Libro de Oro del Real Madrid [Złota Księga Realu Madryt] opowiada, że dozorca przyjął ich takim oto komentarzem: „Są już tutaj ci nudziarze od kopania”. A sam burmistrz próbował ich odwieść od tego zamiaru: „Młodzież musi się uczyć, a nie zajmować głupotami”). Jednak Carlos Padrós przekonał go i udało mu się w końcu zdobyć pieniądze na puchar, którego wykonanie zostało zlecone warsztatowi Marabiniego, w tamtym czasie najsłynniejszego złotnika w Madrycie. Od księcia Sesto, szefa Stowarzyszenia Hodowli Koni, uzyskał prawo do korzystania z hipodromu (znajdującego się tam, gdzie dziś mieści się kompleks Nuevos Ministerios, tuż przy Paseo de la Castellana; wówczas poza centrum miasta, ale niezbyt daleko od niego) i udał się do wszystkich klubów, aby wręczyć im zaproszenie.

Z Barcelony zapisały się FC Barcelona i Espanyol, z Bilbao Vizcaya (nazwa, której używali piłkarze Athleticu i Bilbao, dwóch klubów z miasta Don Diego[6], kiedy grali razem na wyjeździe, łącząc w ten sposób siły), a z Madrytu New i sam Madryt CF.

Wszyscy zawodnicy zaszczepili się wcześniej przeciwko tężcowi, co było żądaniem samego Padrósa. Teren hipodromu był zazwyczaj wykorzystywany do meczów polo i często można było się na nim natknąć na końskie ekskrementy.

Zasady turnieju brzmiały następująco:

1. W turnieju mogą wziąć udział wszystkie hiszpańskie stowarzyszenia Foot Ball Association, rejestrując się do dnia 1 maja i w tym celu kierując się do prezesa Sociedad Madrid Foot Ball Club przy ulicy Alcalá nr 48.

2. Po dokonaniu rejestracji stowarzyszenie musi przedstawić skład drużyny, z ograniczoną liczbą zawodników rezerwowych.

3. Nagroda stanie się prawowitą własnością stowarzyszenia, które ją zdobędzie.

4. Grać będzie się seriami, losując po dwie drużyny, i w ten sposób zwycięzcą zostanie ten, kto wygra w ostatniej serii.

5. W przypadku remisu arbiter będzie mógł przedłużyć mecz o 15 minut.

6. Mecze rozgrywane będą bez względu na pogodę, jeśli nie pojawi się sprzeciw ze strony kapitanów poszczególnych drużyn.

7. Sędziowie zostaną wyznaczeni jednogłośnie między kapitanami walczących ze sobą drużyn. W przypadku gdy nie osiągną oni porozumienia, arbitra wyznaczy komisja. Sędzia będzie miał obowiązek przedstawienia komisji raportu, podpisanego przez niego i obu kapitanów drużyn; żaden protest nie zostanie uwzględniony po upływie 48 godzin.

8. Wszelkie nieporozumienia i protesty muszą być przedstawione na piś-

mie komisji, która ma prawo ich rozstrzygania.

(Proszę zwrócić uwagę, że wskazany adres, pod którym można było dokonać rejestracji, to adres sklepu Al Capricho, będącego własnością braci Padrós).

A teraz czas na grę. Ponieważ liczba drużyn była nieparzysta, trzeba było zorganizować 13 maja eliminacje, w których drużyna Vizcaya z łatwością pokonała Espanyol 5:1. Półfinalista Vizcaya następnego dnia zmierzył się z zespołem New.

Jednak wcześniej miało dojść do pierwszego Klasyku, którego wtedy nikt jeszcze tak nie nazywał. O jedenastej rano tegoż 13 maja, w dniu święta Matki Boskiej Fatimskiej i Świętego Piotra Regalado, na murawę hipodromu w Madrycie wybiegają drużyny reprezentujące dwa kluby, które staną się symbolem sportowej rywalizacji nieporównywalnej z żadną inną: Madryt CF i FC Barcelona.

I Barcelona wygrywa 3:1.

Sprawozdanie Rosóna w „Heraldo” jest – jak można się przekonać – kostumbrycznym[7] obrazkiem, który on sam, powielając go we wspomnianej książce Libro de Oro, uznaje za dziwaczny:

Damulki o taliach os i z ogromnymi kapeluszami jak u tancerek kankana, w spódnicach, które odkrywają trzy guziczki małych, szpiczastych butów. Jasne odcienie, słoneczne parasolki w kwiaty; mnóstwo pudru na pięknych twarzach. Mężczyźni: spokojni i poważni. W ich przypadku jest to metamorfoza od „gogusia” do „próżniaka”, od „próżniaka” do „modela z żurnala” i stąd do „panicza”, który aspiruje, by zostać „dżentelmenem”. Ciemne kolory, wątłe postury, ożywione przez kamelię, niedbale przypiętą do dziurki od guzika. Typowe uniformy. Zagorsetowani husarze jak toreadorzy w krótkich kurteczkach i dopasowanych spodniach. Artylerzyści w błyszczących kepi, z czerwonymi sznurowadłami, dzieci w czapkach, „włóczęgi”, które się „wcisnęły”, adoptowane dzieci, wszystkie pana Alberto Aguilery, który był wzorcowym burmistrzem. Oficjele w cylindrach, brunatnych płaszczach z mnóstwem guzików, zbyt ciasnych kurtkach, z laskami zakończonymi gałkami z kości słoniowej… Boczne ściany trybuny pokryte są dwukolorową perkaliną… Obecnych jest prawie dwa tysiące osób. Padrós, Gorostizaga, Meléndez, Manolo Mendía i inni młodzi – młodzi w tamtym czasie oczywiście – czynią „honory” domu, pełniąc funkcje szefów protokołu dyplomatycznego, jako że pośród wielu dyplomatów przybył również król Wielkiej Brytanii. Każdy mężczyzna ma kartonik zwisający z dziurki na guzik. Damy wchodzą za darmo. Z El Rastro[8] trzeba było wynająć dwieście krzeseł od handlarza, który nazywał się Paul Serafín…

Sprawozdawca w ten oto sposób opisuje starcie Barcelony z Madrytem:

O godzinie jedenastej rozpoczął się drugi mecz. Barcelona wystawiła następujących zawodników: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Maier, Valdés, Parsons, Gamper, Morris, Steinberg i Albéniz (sześciu obcokrajowców). W składzie Madrytu wybiegli: Sevilla, Molera, Giralt (M.), Góngora, Spottorno, Palacios, Johnson, Giralt (J.), Neyra, Giralt (A.), Celada. Arbiter Arana z prowincji Vizcaya. Mecz zaczyna się od obustronnych ataków, zaś po rzucie rożnym panu Steinbergowi z Barcelony udaje się strzelić gola. Następnie są dwa rzuty rożne dla Madrytu, a po dłuższym czasie, kiedy w meczu dominuje Barcelona, zawodnicy Madrytu ponownie atakują, po czym kończy się pierwsza część spotkania. W drugiej połowie Barcelona, wymieniając futbolówkę z maestrią, zbliża się do bramki Madrytu, ale przeciwnicy energicznie wybijają piłkę. Barcelona znów przeważa i strzela drugiego gola. Madryt z nowym impetem zbliża się do bramki Barcelony dzięki sprintowi Giralta (J.), który zdołał podać piłkę do Johnsona, a ten strzelił wspaniałego gola. Później Spottorno zagrał ręką na jedenastym metrze, przez co Barcelona otrzymała rzut karny i zdobyła kolejną bramkę. Po dwóch rzutach rożnych dla Madrytu kończy się mecz. Trzy gole Barcelony, jeden Madrytu. Był to najbardziej zacięty mecz, a publiczność entuzjastycznie oklaskiwała wysiłki zawodników, zwłaszcza tych z Madrytu, którzy grali tak, jak nikt się po nich nie spodziewał z uwagi na krótki okres, przez jaki razem występowali, oraz młody wiek większości z nich.

Proszę zwrócić uwagę, że sprawozdawca, zdeklarowany madridista, dobrze przyjmuje zwycięstwo Barçy, do której nie ma żadnych zastrzeżeń, nawet jeśli chodzi o rzut karny. Chociaż nie powstrzymuje się od wsadzenia szpilki rywalowi, wskazując na sześciu obcokrajowców w składzie.

W sumie Steinberg został bohaterem. Musiał być pierwszym wielkim geniuszem naszego futbolu, a przynajmniej tak opisuje go Alberto Malu-

quer w książce Historia del Club de Fútbol Barcelona, wydanej w 1949 roku z okazji pięćdziesięciolecia klubu. Autor w kilku akapitach nie kryje zachwytu nad piłkarzem:

W 1901 roku Gamperowi został przedstawiony młody niemiecki inżynier, który przybył do Barcelony. Nazywał się Udo Steinberg, twierdził, że występował w Britannia F.C. w Berlinie i wyrażał pragnienie gry w klubie azulgrana, który widział podczas jednego z ostatnich meczów. Steinberg miał krzepką budowę ciała, był raczej gruby i średniego wzrostu. Nosił zadbaną brodę, słowem, jego fizyczność nie wskazywała na to, że jest wspaniałym piłkarzem. Gamper przyjął go ciepło, jak na dobrego Szwajcara przystało. Założyciel Barcelony mówił perfekcyjnie po niemiecku, ale chcąc mieć pewność, że nowo przybyły mówi prawdę o swojej wartości, przedstawił go Ossó, ażeby ten, jako kapitan drugiej drużyny, wystawił go w jednym z najbliższych meczów…

I Steinberg, jak podaje to samo źródło, zadebiutował w drugiej drużynie przeciwko Espanyolowi. Barça przegrała 0:4, ale on spodobał się do tego stopnia, że natychmiast został przeniesiony do pierwszej drużyny.

Należy wyjaśnić kwestię kilku składów klubu. Barça w tamtym czasie miała trzy drużyny, w których umieszczano piłkarzy-socios według poziomu ich umiejętności. Każda drużyna posiadała rezerwowych. Steinberg został umieszczony w pierwszej drużynie pod koniec grudnia 1901 roku przez odpowiednią komisję, w skład której – obok Joana Gampera – wchodzili Pablo Viderkeer i Jorge Meyer.

I postąpili właściwie. W dniu święta Trzech Króli był on wielką gwiazdą wspaniałego meczu przeciwko Hispanii (z którą Barça wtedy zawzięcie rywalizowała), wygranego przez culés w gorącej atmosferze 4:2. Steinberg wyróżniał się na tle wszystkich zawodników i stał się bardzo istotną postacią zespołu, aż do czasu, gdy musiał go opuścić w 1908 roku, zobligowany przez rolę, jaką odgrywał w budowie linii tramwajowej w La Rabassada. Grał coraz rzadziej, aż musiał całkowicie zostawić futbol, z wielkim bólem, który był jeszcze większy w przypadku jego kolegów.

Ale przeszedł do małej historii futbolu, będąc pierwszym piłkarzem, który zdobył bramkę w tym, co teraz nazywamy Klasykiem, a co wtedy było jedynie pochodzącą z zagranicy ekstrawagancją. A w tym samym meczu strzelił jeszcze drugiego gola. Trzeciego dla Barcelony zdobył założyciel klubu Gamper – jak można było przeczytać – z rzutu karnego, podyktowanego za zagranie piłki ręką Spottorno. Dla Madrytu trafił Johnson, jedyny Anglik w zespole, który zadał sobie trud nauczenia kolegów z drużyny zasad i podstaw gry. Słynna była książeczka z instrukcjami, w której zalecał im, żeby wybili sobie z głowy zwyczaj schodzenia z boiska podczas meczu, by przy ogrodzeniu zapalić papierosa i porozmawiać z widzami.

Wszystkie relacje jednego i drugiego klubu o tym spotkaniu, do których dotarłem, uznają ten wynik za dobry i opisują miłą i spokojną atmo-

sferę meczu; atmosferę, jaka później zaczęła zanikać, kiedy te dwie drużyny grały ze sobą. Wydana przez sam klub książka Cincuenta años de Historia del C. de F. Barcelona (1899–1949) (50 lat historii C.F. Barcelona) podaje fragment informacji zaczerpniętej z madryckiego dziennika „El Imparcial”, który podkreśla wyższość Barçy:

[…] Potem Barcelona zagrała z Madrytem. Mecz od początku był bardzo zacięty, madrytczycy bardzo dobrze bronili się przed zawodnikami z Barcelony, którzy od pierwszej chwili mieli nad nimi wyraźną przewagę pod względem warunków fizycznych i doświadczenia w grze…

A zatem żadnych polemik. Na razie…

[1] Hiszpańskie kroniki filmowe (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Trenera Helenio Herrery.

[3] Klub powstał jako Madrid CF, dopiero w 1920 roku przyznano mu tytuł Królewski (Real).

[4] Wierność „wiecznym” i „czystym” wartościom hiszpańskiej rasy, które upowszechniali m.in. Menéndez Pelayo, historyk i wielki autorytet naukowy czasów Restauracji, oraz piewca irracjonalizmu Miguel de Unamuno.

[5] Hijo Predilecto, tytuł honorowy nadawany przez władze hiszpańskich miast.

[6] Diego López V de Haro (1250–1310), założyciel Bilbao.

[7] Costumbrismo – kierunek w hiszpańskiej literaturze i sztuce, charakteryzujący się wiernym zobrazowaniem życia i obyczajów epoki.

[8] Słynny targ w Madrycie, na którym można nabyć przedmioty z drugiej ręki.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp do polskiego wydania. Życzę Realowi, aby rósł w siłę

Wstęp do polskiego wydania. Uwaga! Rywalizacja Realu Madryt z FC Barceloną może uzależnić!

WPROWADZENIE

1. REAL MADRYT ZAŁOŻYŁ KATALOŃCZYK

2. BARÇA WYGRYWA PIERWSZY MECZ

3. PIERWSZE SPRZECZKI

4. 1916 – PIERWSZA WIELKA AWANTURA

5. KLUB HISZPANII, KLUB KATALONII

6. SIEDEM DNI CZEKANIA I LIGA DLA BARÇY

7. SAMITIER PRZECHODZI DO REALU!

8. BARÇA NIE POZWALA REALOWI ZAPISAĆ SIĘ DO ROZGRYWEK KATALOŃSKICH

9. ZASTRZELENIE SUÑOLA I ZESŁANIE SÁNCHEZA-GUERRY

10. 11:1 – MECZ, KTÓRY DOPROWADZIŁ DO DYMISJI OBU PREZESÓW

11. SPRAWY RAFY I MOLOWNY’EGO

12. BARÇA BIERZE KUBALĘ

13. KUBALA I OLIVA, SPRAWA K.O.

14. DI STÉFANO DOPROWADZA DO PODZIAŁU

15. REAL MADRYT PANUJE W PUCHARZE EUROPY

16. REAL MADRYT DOPROWADZA DO ZWOLNIENIA HH

17. PAN ELLIS I PAN LEAFE

18. KOSZYKÓWKA NA DRUGIM FRONCIE

19. GOL VELOSO PO CZASIE

20. RIGO I FINAŁ BUTELEK

21. BERNABÉU KOCHA KATALONIĘ „POMIMO KATALOŃCZYKÓW”

22. DE FELIPE POWODUJE GROŹNĄ KONTUZJĘ BUSTILLO

23. KARNY GURUCETY!

24. FERMĺN STRZELA Z KARNEGO W KORDOBIE

25. „BARÇA TO WIĘCEJ NIŻ KLUB”

26. HISTORIA DWÓCH REKWALIFIKACJI

27. „DOPÓKI PLAZA BĘDZIE PRZEWODNICZĄCYM…”

28. OD 5:0 CRUYFFA DO FINAŁU 4:0

29. NÚÑEZ, DE CARLOS I TARRADELLAS

30. KOSZYKÓWKA. DWA KOLEJNE WYCOFANIA

31. ZAPŁADNIAJĄC KOBIETY ZA ROGIEM

32. NÚÑEZ WYGRYWA TELEWIZYJNĄ WOJNĘ

33. NADEPNIĘCIE PRZEZ STOICZKOWA I GENITALIA SÁNCHEZA

34. DWIE LIGI Z TENERYFY

35. „KTO NIE SKACZE, TEN POLAKIEM” I PODWÓJNE 5:0 W CIĄGU 364 DNI

36. GASPART SPRAWIA, ŻE NA BERNABÉU ROZBRZMIEWA HYMN BARÇY

37. GASPART I BABCIA KLOZETOWA

38. FLORENTINO ZABRAŁ FIGO!

39. WIECZÓR ŚWIŃSKIEGO ŁBA

40. SZPALER I 2:6

41. WYBORY VILLARA W 2004 ROKU

42. TYLKO MOURINHO TU BRAKOWAŁO

43. BURZA KLASYKÓW

44. CASILLAS I XAVI ZAWIERAJĄ POKÓJ

45. KLASYK NUMER 247, A TO JESZCZE NIE KONIEC

46. I 249…

PODZIĘKOWANIA

Epilog do polskiego wydania. Jak Barcelona i Real zaczadziły resztę świata

Posłowie do polskiego wydania. Rywalizacja Realu Madryt i Barcelony jest piękna

Posłowie do polskiego wydania. Barcelońsko-madrycka historia trwa dalej

Zdjęcia

Strona redakcyjna

Nacidos para incordiarse.

Un siglo de agravios entre el Madrid y el Barça

Copyright © Alfredo Relaño 2012

Copyright © Ediciones Planeta Madrid, S.A. 2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2015

Copyright © for the Polish translation Barbara Bardadyn 2015

Redakcja i korekta – Grzegorz Krzymianowski, Mateusz Celer

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Zdjęcia w książce pochodzą z archiwum gazety „AS”.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN EPUB: 978-83-7924-397-6

ISBN MOBI: 978-83-7924-396-9

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Barca vs. Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila