Turniej cieni

Turniej cieni

Autorzy: Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 816

Cena książki papierowej: 45.00 zł

cena od: 29.26 zł

Lata 30. XIX wieku

Kluczem do panowania nad Azją jest Afganistan, o który Wielka Brytania rywalizuje z Rosją. W Wielką Grę, nazywaną przez Rosjan Turniejem Cieni wplątane są losy Polaków: Jana Witkiewicza – młodzieńca ułaskawionego z wyroku śmierci i zesłanego na Syberię, Adama Gurowskiego – ucznia Hegla i przyjaciela Heinego, arcyzdrajcy sprawy polskiej, a także Rufina Piotrowskiego – prostego żołnierza i najsłynniejszego uciekiniera z syberyjskiej katorgi.

W śniegach Syberii,  na gorących piaskach afgańskich pustyń i wybrzeżach Morza Czarnego trwa Wielka Gra. Bohaterowie rzucają cienie, ktoś jednak pociąga za sznurki marionetek.

Fascynująca opowieść o Polsce. O ludzkich losach, przeznaczeniu, zdradach i niezłomności.

Elżbieta Cherezińska

Turniej cieni

ISBN: 978 - 83- 7785 - 800-4

Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2015

All rights reserved

PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk

REDAKCJA: Tadeusz Zysk, Jan Grzegorczyk, Tomasz Zysk

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

CZĘŚĆ I

Olszynka Grochowska, luty 1831 r.

Orsk, luty 1831 r.

Londyn, czerwiec 1832 r.

Sankt Petersburg, siedziba III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, sierpień 1833 r.

Paryż, grudzień 1834 r.

CZĘŚĆ II

Kabul, Bala Hizar, rezydencja Dosta Mohammada Chana, 24 grudnia 1837 r.

Psków, mieszkanie służbowe przy kancelarii gubernatora prowincji, 24 grudnia 1837 r.

Paryż, salon pani Zalewskiej, 24 grudnia 1837 r.

Ludhijana, biura przedstawicielstwa Kompanii Wschodnioindyjskiej, grudzień 1837 r.

Kabul, Bala Hizar, haweli Mirzy Sami Chana, 24 grudnia 1837 r.

Kabul, Bala Hizar, styczeń 1838 r.

Kabul, rezydencja Dosta Mohammada Chana, styczeń 1838 r.

Paryż, styczeń 1838 r.

Ludhijana, styczeń 1838 r.

Kabul, kwiecień 1838 r.

Kabul, kwiecień 1838 r.

Londyn, rezydencja lorda Jamesa Hamiltona przy Seymour Place, lipiec 1838 r.

Paryż, rezydencja państwa Borzęckich, lipiec 1838 r.

Obóz szacha pod Heratem, lipiec 1838 r.

Ludhijana, październik 1838 r.

Sankt Petersburg, gabinet ministra Nesselrodego, październik 1838 r.

Kandahar — Kabul, listopad 1838 r.

CZĘŚĆ III

Londyn, rezydencja lorda Hamiltona przy Seymour Place, listopad 1839 r.

Orenburg, listopad 1839 r.

Psków, listopad 1840 r.

Londyn, rezydencja lorda Jamesa Hamiltona przy Seymour Place, grudzień 1840 r.

Sankt Petersburg, siedziba III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, sierpień 1841 r.

Londyn, dom aukcyjny Christie’s, sierpień 1841 r.

Kabul, listopad 1841 r.

Sankt Petersburg, siedziba III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, styczeń 1842 r.

Sankt Petersburg, marzec 1842 r.

Londyn, sierpień 1842 r.

Paryż, szpital Pitié, październik 1842 r.

Londyn, rezydencja Jamesa Hamiltona przy Seymour Place, styczeń 1843 r.

Gubernia wołyńska, Młynów, luty 1843 r.

Indie, Indaur, rezydencja pułkownika Wade’a, czerwiec 1843 r.

Gubernia kaliska, pałac w Wyszynie, dawna rezydencja Gurowskich, listopad 1843 r.

CZĘŚĆ IV

Gubernia podolska, Kamieniec Podolski, grudzień 1843 r.

Londyn, rezydencja lorda Hamiltona przy Seymour Place, grudzień 1843 r.

Kamieniec Podolski, styczeń 1844 r.

Londyn, styczeń 1844 r.

Kijów, Twierdza Kijowska, styczeń 1844 r.

Kijów, Twierdza Kijowska, luty 1844 r.

Sankt Petersburg, siedziba III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, luty 1844 r.

Kijów, Twierdza Kijowska, marzec 1844 r.

Królestwo Polskie, gubernia kaliska, Wyszyna, kwiecień 1844 r.

Kijów, Twierdza Kijowska, czerwiec 1844 r.

Londyn, rezydencja księcia Devonshire, Chiswick House, czerwiec 1844 r.

Rosja, w drodze na Sybir, lato 1846 r.

Londyn, czerwiec 1844 r.

Rosja, w drodze na Sybir, sierpień 1844 r.

CZĘŚĆ V

Liverpool, wrzesień 1844 r.

Omsk, siedziba generała-gubernatora Gorczakowa, wrzesień 1844 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, wrzesień 1844 r.

Sankt Petersburg, restauracja Wielka Rosja, grudzień 1844 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, grudzień 1844 r.

Londyn, rezydencja lorda Jamesa Hamiltona przy Seymour Place, styczeń 1845 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, styczeń 1845 r.

Hrabstwo Hampshire, wyspa Wight, lato 1845 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, lato 1845 r.

Belgia, Spa, hotel d’Orange, lato 1845 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, lato 1845 r.

Liverpool, styczeń 1846 r.

Gubernia tobolska, zakład jekateryński, styczeń 1846 r.

CZĘŚĆ VI

Sankt Petersburg, Oddział III Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, luty 1846 r.

Zachodnia Syberia, luty 1846 r.

Szwajcaria, Berno, marzec 1846 r.

Zachodnia Syberia, marzec 1846 r.

Edynburg, hotel Imperial, kwiecień 1846 r.

Rzeka Dwina, kwiecień 1846 r.

Londyn, kwiecień 1846 r.

Rosja, w drodze, maj 1846 r.

Londyn, czerwiec 1846 r.

Sankt Petersburg, czerwiec–lipiec 1846 r.

Sankt Petersburg, III Oddział Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, czerwiec 1846 r.

Sankt Petersburg, lipiec 1846 r.

CZĘŚĆ VII

Hrabstwo Hampshire, wyspa Wight, sierpień 1846 r.

Kurlandia, sierpień 1846 r.

Londyn, sierpień 1846 r.

Prusy, lipiec 1846 r.

Londyn, rezydencja lorda Hamiltona przy Seymour Place, wrzesień 1846 r.

Prusy, Królewiec, wrzesień 1846 r.

Sankt Petersburg, listopad 1846 r.

Londyn, listopad 1846 r.

Paryż, styczeń 1847 r.

Rzym, wiosna 1848 r.

Paryż, kościół Saint Severin, wigilia Bożego Narodzenia 1848 r.

Epilog

Sankt Petersburg, Pałac Zimowy, czerwiec 1854 r.

Konstantynopol, wrzesień 1854 r.

Wyspa na Oceanie Atlantyckim, grudzień 1855 r.

OD AUTORKI

ŹRÓDŁA

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

CZĘŚĆ I

Bo kto nie wyjdzie z domu, aby zło znaleźć, i z oblicza ziemi wygładzić, do tego zło samo przyjdzie, i stanie przed obliczem jego.

Olszynka Grochowska, luty 1831 r.

Wczesnym rankiem nad laskiem grochowskim wisiała zimna mgła. W obozie wojsk Królestwa Polskiego zakazano palenia ognisk, Rosjanie stali bowiem za blisko. Głodni żołnierze spali oparci o szare pnie olch, konie pozbawione furażu żałośnie szukały suchej trawy pod śniegiem. Ten, topniejący poprzedniego dnia, w nocy stężał od mrozu i pokrył się cienką warstwą lodu.

Raz ślizgając się po nim, to znów zapadając pod jego skorupę, szedł Rufin Jozafat Piotrowski, młody dwudziestoparoletni kapral z ogoloną głową, w narzuconym na mundur piechoty zakonnym habicie. Oddech rwał mu się ze zmęczenia, ale szedł coraz szybciej, wiedząc, iż czas, jaki został do walnego starcia, kurczy się. Szedł już niemal tydzień, spod Stoczka, gdzie walczył w zwycięskiej bitwie w pułku piechoty pod generałem Dwernickim i po raz pierwszy w życiu doświadczył smaku krwi. Był młokosem i rekrutem, nie znał wojny. Przygotowywał się do święceń zakonnych u karmelitów bosych w Wiśniowcu, ale gdy wieść o spisku podchorążych i Nocy Listopadowej przekroczyła zamknięte mury klasztoru, gdy feldmarszałek Dybicz ze studwudziestotysięczną armią rosyjską ruszył ku granicom Królestwa Polskiego, gdy z powstania zrobiła się rewolta, a z rewolucji wojna, kleryk, nie bacząc na klauzulę zakonną, przeprosił Boga za niedotrzymane śluby i ruszył w bój. Generał Dwernicki był najbliżej Wiśniowca, Rufin zaciągnął się. Wcielono go do piechoty, dostał karabin tulski z bagnetem, a należał do szczęśliwców, bo dla wielu zamiast karabinów zostały tylko noże, piki i kosy. Jednak Dwernicki nie zapomniał, iż młody rekrut w plecaku ma zakonny habit, i gdy trzeba było kogoś posłać z poufnymi listami, kazał się Piotrowskiemu przebierać za zakonnika i iść. Kleryka nikt nie zaczepiał, nie zatrzymywał, mógł przejść opodal rosyjskich czujek, nie zwracając na siebie uwagi, komu potrzebny młody klecha w czas wojny? Kto by sobie nim głowę zawracał? Serce Rufina rwało się, by z oddziałem podążyć na Wołyń, ale Dwernicki wezwał go i powiedział: „Idź, synu, pod Warszawę, zaniesiesz do naczelnego wodza moją osobistą prośbę. Nie mogę posłać adiutanta, bo ich potrzebuję przy sobie, do noszenia rozkazów. Rzecz ta jest prywatna, choć wojna i nie czas na prywatę, ale honorowa. Spiesz się. Jak ci się uda, ocalisz życie pewnej rodziny, idź, a potem wróć do oddziału, bo wciąż jesteś moim podkomendnym”.

Tak i szedł, i dotarł pod Olszynkę Grochowską. Od generała wiedział, że wojska polskie ustawiają się w wachlarz, który ma osłonić stolicę przed szykującym się do ataku na Warszawę od wschodu feldmarszałkiem Iwanem Dybiczem.

Feldmarszałek Dybicz najpierw próbował zdobyć Olszynkę Grochowską z marszu. Raz, drugi, za trzecim razem piechota polska stawiła mu tak zaciekły opór, że podczas odwrotu własnych wojsk omal nie dostał się do niewoli. Wtedy postanowił poniechać i poczekać z frontalnym atakiem na przyjście sił księcia Szachowskiego, oddalonego od Warszawy o cztery dni drogi. Kazał ustawić w lasku na wzgórzu dwa korpusy piechoty, dwa korpusy doborowej jazdy i jeden korpus grenadierów, w sumie sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi i ponad dwieście dział. Polacy mieli armat nie więcej niż sto, wojska, jeśli wywiad był dobry, też nie więcej niż trzydzieści, może czterdzieści tysięcy. Tylko czekać na wsparcie księcia Szachowskiego i Warszawę z marszu brać!

Na ósmą rano feldmarszałek zaordynował nabożeństwo dla rosyjskiego wojska. Jak patriarcha pobłogosławi świętym obrazem Michała Archanioła, to duch wstąpi w armię! Jednak ledwie odśpiewano pierwsze modlitwy, gdy od strony Białołęki dało się słyszeć armaty. Dybicz skrzywił się:

— Polskie?

Przerwał nabożeństwo i odebrał meldunek od wbiegającego adiutanta:

— Generał Szachowski zaatakowany, od wczoraj broni się zacięcie. Jego armaty ugrzęzły w błocie pod Markami. Nie przyjdzie nam z pomocą, bo sam potrzebuje wsparcia.

A niech go czart! — pomyślał Dybicz. — Zostałem sam. Lód na rzece puści lada dzień, nie ma na co czekać z atakiem, bo wpław nie sforsujemy Wisły. Dzisiaj albo nigdy.

— Dzisiaj? — w lot rozszyfrował jego minę towarzyszący mu książę Konstanty, a Dybicz usłyszał w jego głosie lęk.

Konstanty Romanowicz, namiestnik Królestwa, wciąż nie mógł się pozbierać po ucieczce z Warszawy. Wciąż trawił zdradę Polaków, nie mógł uwierzyć, że jego ukochani żołnierze walczą przeciwko niemu.

— Dzisiaj, Wielki Książę. Dzisiaj przejdziemy Olszynkę Grochowską i zdobędziemy Warszawę — odpowiedział mu i przygładził bokobrody.

A potem rozesłał adiutantów z rozkazami. Sześćdziesiąt pięć batalionów. Osiemdziesiąt sześć szwadronów jazdy. Na prawe skrzydło VI korpus generała Grigorija von Rosena, lewe — generał Piotr Pahlen, rezerwy mają stać pod Miłosną. Frontalny atak artylerii ze wszystkich dwustu dział. Pół godziny ostrzału wroga, a potem falami szturm piechoty.

— Za cara i Matkę Rosję! W bój!

Rufin Piotrowski nie dotarł do pozycji dowództwa polskiego; atak rosyjski zastał go na tyłach lasku grochowskiego. Wciąż przedzierał się w stronę Żelaznego Słupa przy szosie, gdzie, jak mu powiedziano, znajduje się naczelny wódz. Myślał gorączkowo, czy iść do generała Radziwiłła czy raczej do Chłopickiego. Który z nich naprawdę będzie dowodził? A może szukać bitnego Skrzyneckiego i jemu powierzyć to, o co prosił go Dwernicki? Albo do słynnych dowódców jazdy, Umińskiego i Łubieńskiego? Widział chorągwie narodowe z napisem na jednej stronie po polsku, na drugiej po rosyjsku „Za naszą i waszą wolność, za naszą i waszą wiarę”, które dowódcy rozdawali żołnierzom z rozkazem:

— Rzucać między Rosjan, niech czytają przesłanie!

Przedzierał się na tyłach idącej do ataku piechoty, widział, że potężny ostrzał rosyjski nie czyni większych szkód, jest chybiony i pociski ryją tylko pole przed wojskiem. Widział piechotę z trudem ustawiającą się w lasku w bojowy czworobok. Wreszcie, po niemal godzinie, rosyjskie działa umilkły i dywizje Skrzyneckiego i Żymierskiego ruszyły do ataku. Mijali go biegnący do boju żołnierze piechoty liniowej, tacy jak on sam, wszak ich mundur nosił pod habitem. Biegli lekkozbrojni fizylierzy z uwalanymi błotem, kiedyś białymi pomponami; grenadierzy w wysokich kaszkietach z postawionymi na sztorc bagnetami; zacięci woltyżerowie z żółtymi i żółto-granatowymi pomponami. Szereg załamywał się tylko, gdy padli zabici, żołnierze nie cofali się ani na krok. Lasku broniło dwanaście batalionów polskich.

Rufin przeżegnał się i ruszył, by wypełnić swój rozkaz i znaleźć naczelnego wodza.

Po dwukrotnym nieudanym szturmie feldmarszałek Dybicz przegrupował natarcie. W lasku walczyło dwadzieścia siedem rosyjskich batalionów, a adiutanci donosili, że mają duże straty własne. Niech to diabli, dobrze, że wciąż są niewyczerpane rezerwy. Rzucił dziewiętnaście batalionów Rosena, cztery kolejne generała Pahlena, wsparł atak huraganowym ogniem dział.

— Brawo! Brawo! — krzyknął nieopodal Wielki Książę Konstanty.

Dybicz skierował lunetę w to miejsce, w które przez swoją patrzył Konstanty.

A niech to! — zaklął w duchu. — Książę bije brawo Polakom. Skurczybyki dopuszczają naszych na czterdzieści kroków, z zimną krwią! A potem strzelają jak do kaczek. — Odsunął na chwilę lunetę od oka i zerknął na zaróżowione policzki księcia Konstantego. — Przecież nie oskarżę cesarskiego brata o zdradę stanu — pomyślał i z powrotem zerknął przez lunetę.

— Kto to? — spytał na głos, wskazując na pułkownika polskiej artylerii, który biegał od działa do działa, sam je ładował, ustawiał i trafiał za każdym razem.

— Ten wysoki? Pułkownik Chrząszczewski! — odpowiedział Konstanty. — Żołnierze go uwielbiają, och!…

Na ich oczach Chrząszczewski padł. Kula armatnia rozerwała go na dwoje. Dybicz spojrzał na Konstantego z tryumfem. Książę zbladł, nie opuścił lunety. — Ten bazyliszek tak nienawidzi moich ukochanych żołnierzy, że zabija ich samym wzrokiem. Nie odwracając się do feldmarszałka, powiedział zduszonym głosem:

— Patrz pan, generale. Polacy nawet na chwilę nie przestali strzelać.

Rufin, idąc tyłami lasku, niewiele widział. Słyszał wybuchy dział, jakby były tuż obok, słyszał krzyki i wycie rannych, strzały karabinów, huraganowe okrzyki idącej do ataku piechoty. Słup, o którym powiedziano, że przy nim stacjonuje sztab, był już blisko. Wtedy go zobaczył. Cywil w cylindrze, w surducie, z cygarem, na gniadym koniu. Pistolety w olstrach. Za nim trzech adiutantów w barwach grenadierów. Z cygarem w zębach krzyknął:

— Nie pokładałem żadnej nadziei w tych żołnierzach z szybkiego werbunku. Czyś ty widział ten regiment dwudziesty?

— Pułk Dzieci Warszawy, panie generale! — odpowiedział cywilowi adiutant.

— Mieszczanie, plebs, rzezimieszki z kosami, a pod ogień idą jak stara napoleońska gwardia. Nie myślałem, że coś takiego drugi raz w życiu zobaczę. Biją się, jakby całe życie na wojnie spędzili.

Naprzeciw nim nadjechał adiutant.

— Panie generale Chłopicki! Generał Roland wykrwawia się w lasku, broni się drugą godzinę i z prawej strony linia przerwana! Rosjanie znów wdarli się do Olszynki.

Rufin Piotrowski w tej chwili zrozumiał, że cywil z cygarem to Chłopicki, wcześniej dyktator powstania, a po dymisji nieformalny wódz wojsk polskich. Już chciał ku niemu podskoczyć, ale Chłopicki rzucił się konno do przodu i zawołał:

— Wezwać generała Żymirskiego, by wsparł Rolanda i odzyskał lasek!

Dybicz miał dość cholernej Olszynki; dwa razy zdobywana, dwa razy tracona; rzucił kolejne bataliony. Kazał ruszyć generałowi Markowowi. Śledził go przez lunetę.

— Kim jest dowodzący? — spytał Konstantego, który świetnie znał wszystkich dowódców polskich.

— Który, generale? — obojętnie zapytał książę.

— Ten, co prowadzi piechotę! — wściekle krzyknął Dybicz.

— To nie piechota, feldmarszałku. To mój Pułk Czwarty. Moi czwartacy… — Zadrżał wzruszeniem głos księcia. — A prowadzi pułkownik Bogusławski, dawno miałem awansować go na generała.

Oszaleję z tym wariatem — zaklął w myślach Dybicz. Miłość Konstantego do czwartaków była legendarna, Wielki Książę przy kieliszku szampana opowiadał o nich anegdoty z takim zapałem, jakby mówił o własnych synach.

Na minutę ustał ostrzał armatni i obaj usłyszeli, jak generał Markow, na pięćdziesiąt kroków od Pułku Czwartego, krzyczy:

— Bogusławskij! Nie strielaj! Nie strielaj! — i macha uniesionym pałaszem.

Dybicz zdążył pomyśleć, że carski generał nie powinien krzyczeć tak do wroga, nawet jeśli się znają, ale w tej samej chwili któryś z czwartaków strzelił prosto w brzuch generała Markowa. Trafić musiał w tętnicę, bo krew chlusnęła jak purpurowa fontanna. Dybicz z obrzydzeniem odsunął lunetę od oka. Nie zobaczył, że Markow wpycha pięść w ranę i drze się:

— Riebiata, nazad! Nazad!

Gdy ponownie przyłożył ją do oka, jego piechota była w odwrocie.

— Czwartacy! — wyrwało się Konstantemu. Zreflektował się, że strzelili do Markowa, i dodał sztywno: — Aż to chuje.

Feldmarszałek Dybicz zacisnął szczęki i posłał na Polaków kolejne natarcie.

— Artyleria na Olszynkę! Jazda za nimi! Cisnąć półkolem!

— Czwartacy do lasku! Bronić Olszynki, nie puścić! — krzyknął Chłopicki, unosząc się w siodle. — Pułkowniku Bogusławski! Nie ustąpcie!

— Panie generale! Mamy wielkie straty własne! Pułki piechoty po trzydzieści procent stanu zostawiły martwych na polu! Wyrzynają nas — zameldował adiutant na spienionym koniu.

— Jakiż on podobny do Napoleona — wyrwało się Piotrowskiemu.

— Bo to jego nieślubny syn, z Walewską, Aleksander — rzucił z uśmiechem jeden z czwartaków.

— Idziemy z odsieczą! Sam będę przewodził grenadierom! — odkrzyknął Chłopicki. — Jechać z rozkazami do jazdy Umińskiego i Łubieńskiego. Mają nas wesprzeć atakiem oskrzydlającym. Możemy wygrać tę bitwę, do diabła! Możemy ją wygrać teraz!

Piotrowski poczuł skurcz, gdy usłyszał, że generał wzywa sił nieczystych. Rozejrzał się. Jak szukać wodza naczelnego, Radziwiłła? Rzucił się ku szosie, tam w rowie dostrzegł schowany sztab. Gdy wybiegł na szosę, zobaczył, że przed laskiem szeregi polskie się rozproszyły pod naporem Rosjan. Zobaczył Chłopickiego, jak jedzie, bez broni. Jak strzelają do niego, strącają cylinder, koń pod nim pada. Generał wyjął nogi ze strzemion i zeskoczył niemal w locie. Podniósł cylinder, odrzucił cygaro, pochylił się i rannemu zabrał karabin. Stanął, naładował, przyklęknął i strzelił.

— Jeszcze Polska nie umarła! — krzyknął i ruszył przed siebie.

Zestrzelili mu cylinder, Chłopicki poprawił włosy, szedł, a za nim tyralierą grenadierzy.

— Nie umarła, kiedy my żyjemy! — wrzeszczał.

Podprowadzono mu konia, wskoczył na siodło, ruszył. Ledwie skoczył kilka kroków, rosyjski strzelec wycelował i zabił pod nim konia. Doprowadzono mu następnego, on krzyczał:

— Kiedy my żyjemy! — Jechał z uniesionym pałaszem, wiatr rozwiał mu włosy.

Wtedy dogonił go adiutant, krzycząc:

— Umiński i Łubieński nie wykonają pańskiego rozkazu! Mówią, że pan nie jest wodzem! Chcą rozkazu od Radziwiłła.

— A by ich piekło pochłonęło!… — zaklął, ale się zmiarkował, bo był wśród wojska. Zawrócił ku adiutantowi. — Co takiego?

— Łubieński powiedział… pan wybaczy? — wystraszył się Aleksander Walewski.

— Mów! — Chłopicki przetarł dłonią czarną od prochu twarz.

— Powiedział, że nie będzie piechur dowodził jazdą.

— Jadę do Radziwiłła! — krzyknął Chłopicki do generała Skrzyneckiego. — Pan dowodzisz!

Rufin zerwał się do biegu. Między drzewami na skraju lasku koń Chłopickiego przeciskał się z trudem, Rufin biegł niemal przy ich boku. Generał w surducie dostrzegł go.

— Klecha na wojnie? Czego chcesz?

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego do naczelnego wodza! — krzyknął Rufin.

— Ja nie jestem wodzem! Nie słyszałeś? Jestem generałem doradcą, którego rozkazów nie chce wykonywać dumna jazda polska — strzyknął śliną w bok. — Idź do Radziwiłła!

— Rzecz jest pilna, panie generale!

— To biegnij, klecho! — krzyknął, wyprzedzając go, Chłopicki.

Piotrowski podciągnął habit i biegł. Było niedaleko. Gdy dotarł pod Żelazny Słup, Chłopicki już zdążył zeskoczyć z konia i kłócił się ze starszym, siwowłosym mężczyzną w mundurze generalskim.

— Nie chcą wykonać rozkazu! — krzyczał. — A tylko teraz mamy szansę! Oskrzydlenie kawaleryjskie, szturm naszej piechoty i Dybicz jest nasz! Generale! Morale Moskali padło, ale jak feldmarszałek rzuci na nas kolejne dywizje, to odbiją Olszynkę. Teraz, teraz albo nigdy!

— Atak to zabójstwo, generale Chłopicki! Ja… ja… nie wezmę śmierci tych żołnierzy na swe sumienie…

— To po coś pan się dał zrobić wodzem, do cholery?!

— Niech pan nie klnie! Generale, nie uchodzi!

— Każ pan Umińskiemu i Łubieńskiemu oskrzydlać. Ja nie zostawię tych ludzi! Poprowadzę piechotę w bój!

— Życie panu niemiłe?

Chłopicki chwycił Radziwiłła za ramiona i zbliżył czarną, usmoloną twarz do jego pobladłej twarzy. Krzyknął:

— To nie o życie chodzi, tylko o honor! My tu umrzemy, pan nie rozumiesz?

Puścił wodza, odwrócił się na pięcie, wskoczył na siodło i ruszył.

— Kondotier — rzucił za nim Radziwiłł — istny kondotier!

Piotrowski chciał pobiec za nim, ale miał zadanie.

— Panie generale, kapral Piotrowski od generała Dwernickiego — zameldował się Radziwiłłowi.

— Od Dwernickiego? On na Wołyniu, dostał rozkazy.

— Tak, ale wysłał mnie. Proszę posłuchać, tu nieopodal jest dom, tam rodzina po powstańcu kościuszkowskim, honorowa sprawa. Dwernicki obiecał sierotom opiekę.

— Jak obiecał, niech wypełni, nic mi do tego. Adiutant! Wołać generała Szembeka. Na niego sceduję dowództwo! — Radziwiłł odwrócił się do Rufina. — Z której to strony ten dom?

— Tam.

— Leć pan do… nie wiem do kogo. Kto tam dowodzi? A zresztą, nie mam do tego głowy!…

Rufin odsunął się, bo generał Radziwiłł gniewnie odszedł w bok. Uskoczył. Zobaczył, jak Chłopicki konno wysuwa się przed szereg piechoty, dołącza do generała Prądzyńskiego, jak obraca się, patrzy w lewo, czy idzie wsparcie jazdy, odgarnia mokre włosy z osmalonej twarzy, i w tej samej chwili rozległ się dźwięk rozrywanego granatu. Chłopicki i jego koń zniknęli w chmurze dymu. Jakby ogień piekielny ich pochłonął. Grenadierzy rzucili się ku ranionemu wodzowi.

— Żyje! Ranny, ale żyje… — krzyknął ktoś, lecz nie dokończył zdania, bo został postrzelony.

Generał Prądzyński doskoczył do Chłopickiego wyciągniętego spod szczątków konia.

— Żyjesz pan?

— Żyję i żałuję, że mnie nie zabili. Z tymi ludźmi — uniósł się i pokazał na grenadierów — chciałbym zginąć.

— Komu pan przekazuje dowództwo?

— Skrzyneckiemu.

— Jakie rozkazy?

— Odbić Olszynkę. Zabrać Moskalom lasek choćby za cenę ostatniej krwi.

Dybicz, widząc przez lunetę, jak wynoszą ciało generała z pola bitwy, krzyknął z radości:

— Chłopickiego zabili! Szyk piechoty załamał się! Koniak! Podać koniak! — zawołał do adiutanta. — A wojsku dać wódki! Gdzie są Nieśmiertelni?

— Kirasjerzy, panie marszałku?

— Tak! Synkowie moi złoci!

— Gotowi, panie generale!

— Najjaśniejszy książę! — zawołał Dybicz do Konstantego. — Napij się ze mną!

— Za co? Bitwa jeszcze nieskończona — wzruszył ramionami Konstanty.

— Za zwycięstwo, mój książę! Chłopicki zabity. Spójrz przez lunetę, wojska Szembeka uciekają w stronę Wisły w popłochu, piechota kłębi się w lasku. Odwrót! Polacy w odwrocie! Napij się, książę! — zerknął, zobaczył, że wykonano jego rozkaz i wzdłuż szyku kirasjerów jedzie oddział sztabowy z wódką.

Konstanty na karym koniu podjechał blisko niego. Wyciągnął rękę po koniak. Koń parsknął i obrócił się. Konstanty wypił i rzucił mu pod kopyta kieliszek.

— Do ostatniego ataku! — krzyknął Dybicz.

Książę Konstanty odwrócił się. W oczach miał łzy.

Rufin pobiegł w kierunku, który machnięciem pałasza wskazał mu Radziwiłł. Słyszał świst kul, szczęk tulskich skałkowych karabinów, ale z boku, nie przed sobą. Myślał o poległych i tak bardzo chciał, by wśród nich nie było tej piątki dzieciaków, co przymierały głodem. Musiał więc iść szybciej i szybciej. Las przerzedzał się i Piotrowski wiedział, że okrąg, jaki zatoczył lasem, wyprowadza go o mniej więcej milę od ich chałupy. I słyszał, że bitwa po raz kolejny tego dnia nabiera rozpędu.

— Tak! — odpowiedział zapytany wartownik. — To 1. Pułk Strzelców Pieszych, brygada generała Szembeka.

— Do dowództwa którędy?

Odpowiedział mu nieokreślony ruch ręką, jakby wartownik szukał w powietrzu, między rzadkimi drzewami, między chmurami ciemnego, duszącego dymu.

— Tędy, może tędy?…

Dopiero teraz Rufin zobaczył, że wartownik jest ranny. Chwilę wahał się, czy zostać z nim, czy szukać dowódcy, ale nawet skrawka płótna do opatrunku przy sobie nie miał. Ruszył biegiem. Złapał szeregowca z torbą sanitarną.

— Tam, wartownik trafiony, biegnij, człowieku, biegnij!

Widział żołnierzy wracających z potyczki, osmolone od prochu twarze, czarne dłonie przecierające czoła. Siadali gdzie popadnie, opierali się o drzewa, szukali manierek z wodą. Nie mówili nic. Tylko oddechy, głośne charczenie, zachłyśnięcie wodą, szczęk zębów o blachy manierki. Wiedział, że odpoczną chwilę i znów ruszą do ataku, a to znaczyło, że czas dla tych biedaków, których generał Dwernicki kazał mu ochronić, dramatycznie się kurczy.

— Do dowództwa? Do generała Szembeka? Którędy? Którędy? — pytał każdego z wracających piechurów. Kręcili głowami, ich zmęczone twarze były nieobecne, nieprzytomne; zresztą może nie słyszeli go wcale, bo w uszach wciąż mogli mieć świst po huku wybuchów. Piotrowski w rozpaczy rzucił się ku niewielkiemu pagórkowi na skraju lasu. Na jego szczycie powiewał sztandar, a przy nim kręciło się kilku ludzi, pomyślał, że to musi być kwatera dowództwa.

— W imię Boga! Za naszą i waszą wolność! — wrzeszczał ochrypłym głosem niewysoki mężczyzna w mundurze piechoty i czerwonej rogatywce z białym piórem, wymachując przy tym sztandarem z takim samym hasłem.

Piotrowski stanął w miejscu i patrzył, nie rozumiejąc tego, co widzi. Gdzie jest? Na wojnie z Moskalem czy na rewolucyjnym wiecu? Otarł pot z czoła i dopiero teraz zobaczył, że namiot dowództwa jest obok, oparty o kępę starych brzóz, a na wykrzykującego ze wzgórza rewolucyjne hasła nikt nie zwraca uwagi. Pod płótnem namiotu kilku generałów, których nie znał i których od niższych stopniem rozróżnił tylko po epoletach. Wokół nich adiutanci z mapnikami, konie uwiązane ledwie parę metrów dalej, gorączkowa, pełna okrzyków krzątanina.

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego… — zameldował się, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. W powietrzu padały zagłuszające go raporty bitewne oraz komentarze.

— Generał Skrzynecki miał tylko dziesięć batalionów, a wstrzymał cały korpus Rosena! Moskale stracili tysiąc ludzi, nasz Skrzynecki czterystu ledwie!

— Tylko dziesięć batalionów?

— Ale między nimi słynny Pułk Czwarty, panie generale! Czwartacy to lwy.

— Kapral Piotrowski od generała Dwernickiego…

— Co tu robi ten kleryk? — generał wreszcie go zauważył.

— Ja od generała Dwernickiego — wdarł się szybko Rufin. — Tam, na skraju lasu, jest zniszczony dwór, chałupa właściwie, generał prosi, by zaopiekować się mieszkającą tam rodziną, bo to sieroty po kościuszkowskim powstańcu…

— Pokaż memu adiutantowi gdzie — skinął mu głową generał i Piotrowski domyślił się, że to słynny Piotr Szembek, o którym mówiono: „Ufaj Szembekowi, on nie zdradzi”. — Franciszku, idź z klerykiem.

Jasnowłosy adiutant zasalutował i pociągnął go z namiotu, wskazując na wzgórek.

— Stamtąd będzie coś widać. Jestem Franciszek Kacper Fornalski w służbach u generała Szembeka.

— Kapral Rufin Jozafat Piotrowski.

— Skąd ten habit?

— Do powstania poszedłem wprost z nowicjatu i generał Dwernicki używa mnie do noszenia wiadomości. Jako kleryk nie rzucam się w oczy.

— Ano tak. Pod Stoczkiem walczyłeś?

— Walczyłem.

Ze szczytu wzgórza, na które wchodzili, znów ujrzał tego dziwaka w rogatywce krzyczącego:

— Rewolucja nie kończy się ostatnim strzałem na ulicy, ale ustaleniem nowego porządku! Do diabła ze starym światem!

— Hrabio Gurowski, zamknij się i biegiem do dowództwa. Są rozkazy dla ciebie — odkrzyknął mu lekceważąco adiutant generała.

— Chcecie mnie uciszyć, tak? — Napadł na nich niewysoki człowiek w niebieskich binoklach.

Dopiero teraz Piotrowski zobaczył, że spod czerwonej rogatywki patrzy na nich tylko jedno oko, a drugie jest całkowicie zarośnięte.

— Uciszyć byś się mógł, drogi hrabio, bo tu trwa wojna, nie rewolucja — spokojnie odpowiedział adiutant.

— To jedno i to samo — ryknął jednooki mężczyzna. — To nasze być albo nie być! A ja nie jestem już hrabią! Wyrzekłem się tytułu, bo nie chcę mieć nic wspólnego z tymi darmozjadami! Walczę o Polskę dla ludu! O wolność dla obywateli, a nie ciemnotę mas!

Fornalski wyraźnie nie brał tego człowieka na poważnie. Mówił do niego jak do niesfornego dziecka:

— Nie żyłuj się, panie Gurowski. Masz rozkaz jechać do Paryża, przewieziesz korespondencje dla prasy i pocztę dyplomatyczną.

— Albo wielka Polska niepodległa i wolna, albo żadna!

Adiutant zręcznie wyminął zagradzającego im drogę Gurowskiego i pociągnął Piotrowskiego za rękaw habitu.

— Który to dom? — spytał, osłaniając oczy przed promieniami słońca, które wyszło spomiędzy chmur. — Tam proszę spojrzeć, na tyłach były trzy chałupy i karczma, generalicja wzięła je na kwatery.

— To żadna z nich, tamta stoi osobno, na polance.

— Widzisz artylerię Rzepeckiego? — Adiutant wskazał na pozycje na skraju lasku. — A tam naciera na nas korpus generała Rosena. No, nie widać, bo dym zasłania. I gdzie ten dom?

Piotrowski nie mógł przez chwilę go znaleźć. Widział tylko wybuchające raz po raz pociski. Najpierw ogień, potem chmura czarnego i siwego dymu idąca kominem wzwyż. Wreszcie, gdy chmura opadła, zobaczył działa Rzepeckiego wysuwające się z lasu na odkrytą przestrzeń.

— Szykują kolejny atak — powiedział adiutant.

— A dom jest tam — Piotrowski pobladł i wskazał na chałupę — wprost na ich linii.

— Biegiem do Rzepeckiego! Może zdążymy!

Zbiegali ze wzgórza, potykając się; mijali bataliony piechoty ruszające do natarcia. Żołnierze w marszu robili znak krzyża usmolonymi dłońmi i stawiali bagnety. W powietrzu dźwięk sygnałówek krzyżował się z rozkazami. Gdzieś z boku migała między drzewami czerwona rogatywka jednookiego Gurowskiego, który równo z nimi biegł z bagnetem, nie przestając krzyczeć:

— Za wolność naszą i waszą!

Przedzierali się w poprzek kompanii idących do ataku, raz po raz wpadali na żołnierzy. Piotrowski zahaczył habitem o konar, przewrócił się, zobaczył, jak białe pióro znika między drzewami; stracił też z oczu adiutanta generała Szembeka. Zerwał się ze śniegowego błota, ruszył dalej, wreszcie wybiegł na skraj lasu. Dom już płonął. Przed nim stał wyrostek w za dużym, ojcowym kożuchu i krzyczał rozpaczliwie:

— Zostawcie nas! Zostawcie! To jedyne, co mamy!

Rozkładając szeroko ramiona, dopadł do niego jednooki Gurowski, zasłonił ramionami chłopca i resztę płonącego domu. Wrzasnął ku artylerzystom:

— Zostawcie ich!

— Ktoś ty?! — zawołał ku nim dowódca artylerii.

— Jestem Walenty Dmowski — odkrzyknął zdeterminowany wyrostek. — Syn kościuszkowskiego powstańca.

Jednak w tej samej chwili raca kongrewska wystrzelona z innego punktu ogniowego z szatańskim świstem wbiła się w kryty strzechą dach chałupy. Stanął w ogniu w jednej chwili. Zawirowała w powietrzu płonąca słoma. Gurowski rzucił się ku płonącemu domostwu, Piotrowski, podciągając wysoko habit, dołączył do niego. Z wnętrza wybiegły okutane w chusty dzieci. Piotrowski chwycił kilkuletnią dziewczynkę na ręce i ruszył z nią w stronę lasu. Dziecko miało szeroko otwarte usta, milczało przerażone, jakby zamarłe. Wepchnął dziewczynkę w ramiona kogoś z pierwszego szeregu i pobiegł z powrotem do chałupy. Widział Gurowskiego, który mimo niskiego wzrostu targał pod pachami dwoje mniejszych dzieci. Walenty Dmowski stał jak wmurowany.

— Ilu was tam jeszcze jest? — zawołał do niego Piotrowski.

— Jeszcze matka z kilkumiesięczną siostrą — poruszył ustami wyrostek.

— Pomóż mi — krzyknął do chłopca i już wbiegali w płonące obejście.

Kury i kaczki płonące żywcem biegały, czyniąc zgiełk i machając skrzydłami, przez co rozniecały płomienie na piórach jeszcze bardziej. Kwiczało poparzone, oszalałe prosię. Z domu wybiegła kobieta z szablą w ręku i obrazem Matki Boskiej pod pachą, w drugiej ręce trzymała niemowlę.

— Matulu! — zawołał wyrostek.

— Uratowałam! — krzyknęła do niego, pokazując kościuszkowską szablę. — Uratowałam…

— Ktoś jeszcze? — zawołał, dobiegając, zziajany Gurowski.

— Prosiak — nieprzytomnym wzrokiem potoczył chłopiec — nasz prosiak.

— Zabieraj ich, klecho, ja złapię świniaka — zarządził Gurowski i kapral posłuchał go, jakby wykonywał rozkaz szalonego rewolucjonisty. Zagarnął kobiecinę i jej syna i pchał w stronę lasu. Gdy wbiegali między drzewa, słychać było „Hura!” polskiej szarży i kanonadę moskiewskich karabinów. Piotrowski wepchnął chłopaka i matkę głębiej w zarośla, gdzie czekały mniejsze dzieci, i wybiegł znów na skraj lasu. Artyleria konna wytaczała szybko lekkie sześciofuntowe działa. Pospiesznie szukał Gurowskiego, przepatrując przestrzeń między dopalającą się chałupą a lasem. Padła komenda:

— Od prawego działami ognia!

— Nie strzelajcie! Tam jest człowiek! — zakrzyknął Piotrowski.

— Ecce homo! Tu jestem — klepnął go od tyłu w ramię jednooki.

— A prosię? — odetchnął Rufin.

Gurowski wzruszył ramionami.

— Trzeba nam wojny totalnej, a nie świnie ratować. Jestem mózgiem tej rewolucji i moje życie warte więcej niż strata jednej świni. Nazywają mnie jakobinem i straszą, że Europa nie będzie nam sprzyjać, gdy u siebie będziemy szerzyć hasła rewolucji, a nie rozumieją, że tym właśnie wygrała Francja. Europa nie pójdzie dzisiaj umierać za Polskę. — Strzyknął śliną w bok i otarł usta. — Ale za rewolucję narodów? To chwyci, kleryku. Wolność nasza i wasza! Czym prędzej trzeba przenieść rewolucję za Bug, a nawet dalej, w głąb Rosji, za Kaukaz! Rozlać się niczym wezbrana rzeka i despotów zatopić.

Kapral w habicie patrzył na podporucznika w czapce z białym piórem. Obaj wyglądali cudacznie.

Zagrzmiały działa i z drzew poleciała na nich kora i kruche gałęzie. Osłonili głowy. Gdy rozwiał się dym, na poszarpanym lejami polu przed Olszynką Grochowską ujrzeli kłębiące się trupy koni i moskiewskich kawalerzystów.

— Hurra! Wygrana! Generał Rosen pobity! — krzyczeli żołnierze.

Piotrowski rozejrzał się. Jednooki szalony Gurowski zniknął jak duch.

— Moskale się wycofują! — zawołał ktoś i chwycił go za ramiona.

— Słyszysz? Ucichły armaty! — Śmiał się jak szalony jakiś kanonier z czarną od prochu twarzą. — A Moskal grzmi z armat, odkąd staje do bitwy! Grzmi w ciemno, bo mu się zdaje, że nieprzyjaciela przestraszy! Ha, ha! Na dzikie ludy Kaukazu to pewnie działa, ale nie na nas, co, księżulo? Nie na nas! Sam armatę zagwoździłem! Tymi, tymi rękami! Pobłogosław, no pobłogosław bohatera!

Kanonier obracał Piotrowskim jak w jakimś tańcu upiornym, choć zwycięskim, a z pola równym marszobiegiem wracało na pozycje wojsko.

Drogę Rufinowi przecięła kolumna wracających z szarży kawalerzystów.

— Jazda Umińskiego! — krzyknął ktoś na ich widok.

— Jana Ne-po-mu-ce-na! — odkrzyknął ułan.

— Moskala prać!

— Skórę z niego brać!

Jan Umiński jechał na czele, bez epoletów generalskich, w prostym mundurze fizyliera — a to był ten sam, co wojska napoleońskie wprowadził do Moskwy!

Rufin zrzucił habit i wbiegł pomiędzy nagie pnie lasku. Już mógł, bo wypełnił misję generała Dwernickiego, jego honorowy dług.

— Gdzie dowódca brygady? — spytał pierwszego napotkanego piechura. Ten na głowie miał wysoką czapkę z wyraźną „4”. Czwartacy.

— Tam — rzucił mu wojak bez zęba z przodu, osmalony na wąsach i twarzy. — Kapitan Borzęcki.

Rufin stanął przed oficerem na baczność.

— Kapral Piotrowski melduje się na rozkazy.

— Skąd się wziąłeś? — spytał Borzęcki.

— Spod Stoczka. W zwycięskiej bitwie walczyłem pod generałem Dwernickim. W piechocie liniowej, jak pan.

— Wezmę cię. Mam takie straty, że każdy, kim wypełnię lukę w szeregu, jest cenny. Masz broń? — zadał pytanie dowódca, ładując swoją.

— Nie.

— To weź karabin z bagnetem. Im już niepotrzebne. — Borzęcki głową pokazał na zabitych. — Przed nami Termopile.

— Co? — nie zrozumiał w pierwszej chwili Rufin.

— Straciliśmy dowództwo. Chłopicki ranny. Jazda ruszyła samotrzeć. Artyleria gra, jak jej dusza podpowie. Mój przełożony, generał Skrzynecki, dostał rozkaz bronić Olszynki do upadłego. I moja dusza mówi, że nie oddam tego lasku.

Piotrowski spojrzał na pomarańczowe smugi światła na korze drzew. Zdały mu się wypływającą z ran i zamarzającą krwią, a sterczące ze stratowanego śniegu konary kośćmi ramion zastygłych w pośmiertnym stężeniu.

— Chce pan być Leonidasem? — spytał Rufin, pamiętając, że król Sparty przed bitwą dowiedział się od wyroczni, że zginie.

— Gdyby to miało ocalić Królestwo Polskie? Chciałbym, kapralu — westchnął dowódca brygady czwartaków, nie przestając ładować broni. — Kserkses miał ciężką jazdę, huvaka. A na nas pójdzie armia ciężkozbrojnych kirasjerów. — Uniósł wzrok na Rufina. — Co tak patrzysz, kapralu? Pocisk karabinu nie przebije rosyjskich kirysów. Pozostaje nadzieja, że tak jak w Termopilach, garstka walecznych pobije butnych Persów. Stawaj w szereg i rób to, co moi czwartacy.

Stanął w ostatnim szeregu z bagnetem, który wyjął z rąk zabitego. Kapitan Borzęcki dał rozkaz:

— Na skraj lasu marsz!

Ani skrawka pustej ziemi. Szli po trupach Rosjan i swoich.

Najpierw patrzył, by nie deptać po zmarłych, ale gdy od frontu zaczęły świstać kule, patrzył tylko, by nie złamać szeregu. Stanęli między pierwszymi, rzadkimi drzewami. Spojrzał w górę. Lutowe słońce chyliło się ku zachodowi. Jego oczy rejestrowały chłodną, wiszącą nad ziemią mgłę, a rozbudzona wspomnieniem Leonidasa wyobraźnia podpowiadała, że to ostatnie tchnienia umarłych, które zawisły między ustami żołnierzy a boską wiecznością, ku której nie zdołały się jeszcze przedostać.

Widok na otwartą równinę zasłaniały mu pierwsze szeregi czwartaków, więc zanim zobaczył, najpierw usłyszał rosyjską jazdę. Ziemia drżała pod końskimi kopytami.

— Wyczekać! — krzyknął Borzęcki. — Na czterdzieści kroków. Pal!

Wystrzeliły salwą tulskie karabiny. Kirasjerzy w mundurach z zielonymi wyłogami, na wielkich gniadych rumakach wbijali się w pierwsze szeregi czwartaków. Kule odbijały się od ich srebrnych kirysów. Pierwsza salwa, druga, trzecia.

— Nieśmiertelni… — krzyknął ktoś z pierwszego szeregu. — Naprawdę nieśmiertelni!

— Kule się ich nie imają, ogień ich nie zabije…

Koń wielki jak smok zamajaczył tuż nad nim, Rufin odskoczył w bok, przewrócił się, upadł na zwalony olchowy pień i wylądował twarzą tuż nad wykrzywionym, zastygłym w bólu obliczem poległego grenadiera.

— Kapitanie! Proch się kończy! Nie damy rady! To rycerze samego księcia piekieł! — doskoczył do Borzęckiego żołnierz niemal czarny od prochu.

W tej samej chwili stojący przed Rufinem chłopak o wyglądzie złodziejaszka, dzieciak Warszawy z płową potarganą czupryną, wyciągnął przed siebie kosę, przerażony szarżą kolejnych kopyt i w odruchu obrony wbił ją w koński bok. Na jasne włosy chłopaka prysła gorąca krew. Gniady rumak zakwiczał przeraźliwie i padł w biegu, przygniatając swym ciężarem kirasjera.

Borzęcki, widząc to, krzyknął:

— Czwartacy na kolana! Wysypać proch! Dla nas nie ma innego ratunku. Idziemy na walkę wręcz.

I cały oddział klęknął.

Zdmuchnęli proch z panewki. Ich oczy mówiły: „My nie strzelamy. My idziemy na noże”.

Rufin pomyślał: Co oni robią!? Pozbywają się broni palnej. I zaraz zrozumiał. Idą na życie i śmierć.

— Czwartacy! — krzyknął Borzęcki. — Proch w pył.

Klęcząc, dmuchnęli wszyscy jak na komendę. I odkrzyknęli, składając przysięgę:

— Bóg i Ojczyzna! Dla niej wszystko. Po nas nic.

I powstali jak ta garstka Leonidasa w Termopilach.

Ustawili ostrza bagnetów na wprost pędzących ku nim brzuchów. I darli nimi końskie boki, wypruwali wnętrzności gniadych rumaków, a dumni kirasjerzy spadali w śnieżne błoto jeden za drugim, bez żadnego wystrzału. Dobijano ich bagnetami na ziemi.

— Bóg i Ojczyzna — nic nie ma więcej.

Kirasjerskie hełmy z napisem „Nieśmiertelni” toczyły się pod buty dzieci Warszawy. Szewców, golibrodów, krawców, złodziei. Deptali je, idąc przed siebie, na wprost.

W tym samym czasie, jakby na komendę „wsparcie piechoty”, generał Skalski odpalił race kongrewskie. Te z przeraźliwym, wężowym sykiem, z ogonem ognia, wpadały między kolejne nadciągające bataliony moskiewskich jeźdźców. Spłoszyły doborową jazdę Dybicza. Konie stawały dęba w miejscu, zrzucając jeźdźców. Rakieta za rakietą Polacy odpalali swój gniew.

Kolejne pułki piechoty, zbrojne tylko w bagnety i piki, wychodziły z mokradeł Olszynki. Artyleria nie miała pocisków, rzuciła się do walki wręcz.

Rufin Piotrowski, idąc w jednym szeregu z czwartakami, na noże, bagnety i kosy, myślał, że odkąd bitwa straciła wodzów, odkąd dowództwo przeszło w ręce oficerów i zwykłych żołnierzy, odtąd Polacy wzięli zwycięstwo. Stali się murem, którego niezwyciężeni kirasjerzy nie mogli pokonać.

On sam deptał po ciałach poległych i szedł naprzód, wypierając Rosjan z Olszynki. I wtedy zrozumiał, że kłótnie dowództwa i spory ideologów zrywu były próżne. Bo trzon armii stanowili prości ludzie. Ci, którzy zdmuchnęli proch z panewki, składając przysięgę, że liczy się tylko Ojczyzna i Bóg.

— Feldmarszałku! — Na słaniających się nogach porucznik z trudem meldował. — Pułk imienia Albrechta Pruskiego nie istnieje. Z tysiąca Nieśmiertelnych ostało się osiemdziesięciu. Tylko łasce pułkownika Kickiego zawdzięcza życie dowódca Nieśmiertelnych, Egor Fedorowicz Meyendorff.

— Odwrót! — zakrzyknął feldmarszałek Iwan Dybicz do swego dowództwa. — Ocalić resztki armii! Ooodwrót!

Ostro podjechał ku nim adiutant, za nim dwaj oficerowie z ubłoconymi, biało-czerwonymi chorągwiami.

— Wielki Książę! Panie generale! Takie chorągwie Polacy rzucali naszym pod stopy! — zameldował.

— Rozwinąć! — nakazał Dybicz.

„Za naszą i waszą wolność, za naszą i waszą wiarę”.

— Zwinąć! Schować w tabory — warknął feldmarszałek.

— Zwycięstwo było przy Polakach — powiedział suchym głosem książę Konstanty, składając lunetę i odwracając twarz od Dybicza tak, by ten nie mógł zobaczyć jego łez. — Ja, feldmarszałku, nie wrócę już do Warszawy.

— Żałujesz, Wielki Książę? — krzyknął Dybicz, zawracając konno.

— Czy ja żałuję? — szepnął Konstanty Romanowicz i jego koń rzucił się w bok, w stronę polskiej stolicy. Książę szarpnął wodze. — Od dzisiaj idę w cień…

Koń Konstantego zarżał, a on sam zasłonił ramieniem twarz.

Słońce schowało się za horyzontem. Krwawa poświata przeciągała ostrzem po zbrukanym, stratowanym śniegu.

Orsk, luty 1831 r.

— Profesor Aleksander von Humboldt! Nawet wyrazić nie potrafię, jaki to zaszczyt dla Rosji, guberni orenburskiej, Orska i mego skromnego domu! Uczony światowej sławy w moich progach… proszę, proszę tędy… — Pułkownik Isajew, komendant twierdzy orskiej, giął się w ukłonach. — Napije się pan profesor herbaty? Rosyjska herbata to nie zwykły napój, to cała celebra, najpierw samowar trzeba…

— Napiję się później, z ochotą. Teraz chciałbym odświeżyć się po podróży przez stepy — odrzekł przybysz, wysoki siwowłosy mężczyzna z szyją owiniętą białym fularem.

— Naturalnie! Tędy, proszę. Przygotowałem mieszkanie. — Przechodzili przez korytarz do położonych w głębi domu pomieszczeń. Isajew prowadził, idąc tyłem, by nie odwracać się od wybitnego gościa, i nie przestawał mówić ani na chwilę: — Na co dzień mieszka w nim guwerner moich dzieci, podporucznik Witkiewicz, ale teraz jest w stepie, a jego współlokator czeka na pana profesora, aby się przywitać, i także usunie się, by nie przeszkadzać wybitnemu uczonemu w wypoczynku. Tutaj jest sypialnia, salon i wyjście na sad, choć teraz zamknięte, bo pogoda, wiadomo, au!…

Isajew wpadł plecami na dwóch młodych mężczyzn, trzydziestolatka i na oko dwudziestolatka, którzy stali w drzwiach mieszkania, z wyraźnym zamiarem powitania Humboldta.

— Panie pułkowniku — odezwał się młodszy, na którego nadepnął Isajew, i dodał po francusku: — Pan profesor Humboldt, jak mniemam?

— Owszem — odpowiedział uczony.

— Alojzy Pieślak — ukłonił się mężczyzna.

— I Tomasz Zan — dodał drugi.

— Pan Pieślak mieszka tu na co dzień, a pan Zan przyjechał z Orenburga, przysłany przez generała Gensa, by panu profesorowi towarzyszyć w drodze. Zan to wybitny geolog, dodam z dumą, a Pieślak etymolog — wyjaśniał Isajew.

— Dziękuję — skłonił głową Humboldt i zrobił to w sposób tak doskonale uprzejmy i obojętny zarazem, jakby pułkownik był kamerdynerem. Isajew wyczuł intencję i zmieszawszy się, ponowił zaproszenie na herbatę, wycofując się chyłkiem.

— My również nie chcemy przeszkadzać panu — odezwał się Tomasz Zan. — Chcieliśmy jedynie się przedstawić i polecić swe usługi podczas wyprawy badawczej po Uralu.

— Panowie Polacy? — zaciekawił się Humboldt, wchodząc w głąb salonu. — Bagaże do sypialni — dodał do sługi.

— Polacy — odpowiedzieli wspólnie.

— Zesłańcy? Za co, jeśli to nie tajemnica?

— Za promienistość — roześmiał się Zan.

— To ciekawe, proszę mówić — zachęcił Humboldt, przechadzając się dla rozprostowania kości po niewielkim pomieszczeniu.

— Każdy człowiek promieniuje, stosownie do swej wartości moralnej i duchowej. Jedni roztaczają wokół siebie aurę piękną i pociągającą, drudzy zaś wstrętną, która winna odpychać, ale, jak wiemy, potrafi prawem magnetyzmu przyciągnąć ku sobie drobinę, na jej własną zgubę.

Humboldt zatrzymał się i przyjrzał Zanowi. Czarne, rzadkie włosy otaczały twarz Polaka, czerwonawą, ze śladami po ospie. Obiektywnie rzecz ujmując, powierzchowność Tomasza Zana była nieatrakcyjna, lecz jednocześnie wyraz tej brzydkiej twarzy był osobliwie ujmujący.

— Za takie rzeczy car zsyła? — uniósł brwi uczony.

— Od doskonalenia moralnego tylko krok do społecznej solidarności i rozwoju uczuć patriotycznych, a za to, profesorze, Polakom grozi najsurowsza kara — grzecznie odpowiedział Zan i uśmiechnął się.

— Pan się naigrawasz? Przepraszam, nie rozumiem — rozłożył ręce Humboldt.

— W żadnym razie! — pogodnie zaprzeczył Zan. — Ja stworzyłem Promienistych i ja w procesie całą winę wziąłem na siebie, jestem więc szczęśliwym człowiekiem, profesorze! Dowiodłem w śledztwie, że ideały, jakie głosiłem młodym, nie są na sprzedaż, i z radością ponoszę karę, wiedząc, iż przeze mnie nie cierpi nikt inny. Zresztą nie uznaję jej moralnie, zatem mej aury nie umniejsza.

Aleksander von Humboldt pokręcił głową i sam się uśmiechnął.

— A pański młodszy towarzysz? — spytał, siadając. — Też promienisty?

— Nie. Ja byłem czarnym bratem — odpowiedział Pieślak. — Członkiem naiwnego, gimnazjalnego stowarzyszenia, któreśmy powołali, gdy aresztowano Promienistych. Byliśmy pewni, że gdy tak zwani winni rozmnożą się w setki, wina ich zostanie w sposób naturalny umniejszona i kary będą lżejsze. Tymczasem stało się na odwrót i z mego i mych przyjaciół zatrzymania zrobiono proces pokazowy.

— Nastoletnich chłopców skazano na śmierć, a później, łaską księcia Konstantego, zamieniono karę na dożywotnią katorgę — uzupełnił Zan.

— Zatem — Humboldt przerwał mu, wstając z krzesła — panie promienisty, jednak jest pan moralnie odpowiedzialny za to, że cierpią i inni.

— Nie — twardo odpowiedział Pieślak — my nikogo nie winimy, profesorze. My tacy jesteśmy, z mlekiem matki ssiemy wolność, nawet gdy ojczyzna w niewoli.

— Rozumiem. — Profesor przeszedł do ściany z biblioteczką i przesuwał palcami po tytułach tomów. W pewnej chwili odwrócił się do nich, patrząc pytająco.

— Czytacie moje książki?

— Ja czytałem Ansichten der Natur — powiedział Zan, szybko, jak uczniak przyłapany na niewiedzy.

Humboldt stukał palcem w półkę; podeszli i spojrzeli, na co wskazuje.

— Essai politique sur le Royaume de la Nouvelle Espagne — odczytał Zan.

— Voyage aux régions équinoxiales du Nouveau Continent, fait de 1799 à 1804 — przeczytał Pieślak. — Des lignes isothermes et de la distribution de la chaleur sur le globe. To książki Witkiewicza. To jest, przepraszam, pana profesora autorstwa… Ja nie czytałem, przepraszam, ale Witkiewicz czytał.

Profesor ze zdumieniem przeglądał zawartość biblioteki; szedł wzdłuż niej jak myśliwy na polowaniu, mrucząc:

— Osiemnaście tomów moich prac… po niemiecku, francusku.

Nagle znów odwrócił się i spytał:

— Tu są arabskie traktaty filozoficzne?

— Tak — potwierdził Zan, jakby było to oczywiste. — Witkiewicz nauczył się języków Wschodu. Ma wybitny talent.

— Promienisty, jak pan? W tym samym wieku?

— Młodszy — z zawstydzeniem odpowiedział Zan — z procesu Czarnych Braci, jak Alojzy — wskazał na Pieślaka.

— Niebywałe! Co robi, gdy nie pochłania książek?

Jan Prosper Witkiewicz pędził konno przez kirgiski step. W tatarskiej okrągłej czapce na ogolonej głowie, przy siodle miał kindżał, ale przy pasie szamszir, — tatarską krzywą szablę, a na plecach sajdak oraz separ — małą drewnianą tarczę obciągniętą skórą. Po niebie gnały chmury i ściemniało się, na stepie zaś oznaczać mogło to tylko jedno: zbliża się buran.

Jak okiem sięgnąć otwarta przestrzeń pociągniętych szronem suchych traw w ostatnich promieniach zachodzącego słońca kłuła oczy jeźdźca światłem żółtym, odbitym od bieli szronu w złote, a tak ostrym, że zdawało się przecinać zaciśnięte powieki. W tym stepie są dwa wielkie morza: morze traw i piasków, i morze nieba, oba jednakowo puste. On i jego koń, zdawało się jedyne żywe istoty, gnali pomiędzy dwiema płaszczyznami, które w każdej chwili mogły ich zmiażdżyć. Uderzył wiatr i słońce zaszło bez żadnego ostrzeżenia, jakby wicher zdmuchnął je potęgą przedwiecznych płuc. W tej samej chwili w głębi nieba przetoczył się grzmot. Koń stanął dęba, ale Witkiewicz szepnął mu w ucho coś w języku Turkmenów i zwierzę skoczyło przed siebie, po czym przeszło w kłus. Gdy z nieba ku ziemi wypadła błyskawica, rozdzierając przestrzeń na dwie połowy, koń nawet nie zadrżał. Pędził, bo tak nakazał mu jeździec, któremu ślepo ufał. I wtedy pchnęło ich do przodu potężne uderzenie wiatru.

— Na stepie nie ma wiatru! — krzyknął Witkiewicz. — Jest wicher!

Dostali jego skrzydłem w plecy; to dobrze, bo gdyby zawiał w twarz, wtłoczyłby jeźdźcowi i rumakowi oddech w płuca tak, że mogliby się nim udusić. Witkiewicz wiedział, że to dopiero preludium, i nie pomylił się.

Z ołowianej chmury spadł śnieg. Ostre, zmrożone perły siekły z taką siłą, jakby uderzał ktoś batogiem rozdzielonym na sto rzemieni, albo katowskim biczem zwanym plet’, szatańskim wynalazkiem carskich oprawców. Chmura zmrożonego śniegu wyczerpała się, zarzucając step białym płaszczem. Końskie kopyta ślizgały się na nim, ale rumak nie zwalniał, bo jeździec szeptał mu w ucho zaklęcia w gardłowych językach Wschodu. Drugi grzmot zdawał się gonić ich niczym wielka, ołowiana kula toczona po blasze. Za nim przyszedł gęsty, mokry śnieg. Witkiewicz zatrzymał konia. Wiedział, że z tym, co teraz się zaczęło, nie wygra. Zmusił ogiera, by położył się na ośnieżonym stepie, sam zwinął się w kłębek przy nim i trzymając obiema dłońmi uzdę, schował głowę w załom końskiej szyi.

Śnieg zasypał ich w dwa, może trzy kwadranse. Byli teraz białym pagórkiem na lodowej pustyni.

Gdy wreszcie przestało sypać, równie nagle, jak wcześniej zaczęło, śnieżny pagórek poruszył się. Pierwszy powstał koń, za nim jeździec. Otrzepywali się, łapiąc w płuca mroźne powietrze. Witkiewicz obrócił się dookoła — w krąg jak okiem sięgnąć był tylko ocean bieli odcinający się od czerni wciąż groźnego nieba. Wyciągnął kościany gwizdek schowany za pazuchą i dmuchnął w niego. Koń otrząsnął się na przenikliwy świst piszczałki. Mężczyzna gwizdnął znów, i znów. Robił to tak długo, aż na horyzoncie zamajaczyły czarne punkty i zaczęły się ku nim zbliżać, układając się na śniegu niczym rozpostarte orle skrzydło.

*

Aleksander von Humboldt z kieliszkiem rosyjskiej wódki i talerzykiem z wędzonym na zimno jesiotrem nie odrywał wzroku od hipnotycznej twarzy Tomasza Zana.

— Janek Witkiewicz jest guwernerem dzieci naszego gospodarza, pułkownika Isajewa. Uczy ich francuskiego.

— Jakie zna języki?

— Francuski, jak wspomniałem, angielski, niemiecki, rosyjski. Oczywiście polski, ojczysty. I litewski, bo stamtąd pochodzi. Do tego perski, dari i paszto, arabski literacki i w dialektach. Tatarski, kirgiski. Razem dziewiętnaście języków. Gdyby chciał, mógłby się porozumieć w chanatach Heratu, Kokandu i Chiwy. Z Arabami i Persami. Z Afgańczykami, Tatarami, Czerkiesami, Kirgizami, Kazachami i Turkmenami mówi na co dzień. Nauczył się nawet Koranu na pamięć, chyba dla rozrywki.

— A pan znasz Biblię? — Uważnie przyjrzał mu się Humboldt i łyknął kieliszek wódki.

— Znam, ale nie na pamięć — uśmiechnął się Zan.

— A uczyłeś się jej pan dla rozrywki?

Promienisty pokręcił głową.

— Wasz przyjaciel ma w swym zbiorze traktaty Hadżi-Szejk-Ahmeda — powiedział Humboldt, odstawiając kieliszek. — Filozofa zwanego „wiernym wśród niewiernych”.

— Ach, to pewnie dla… — zaczął Zan i urwał nagle.

— Rozrywki? — Profesor ironicznie zmrużył oczy.

— …nauki języka — dokończył promienisty.

— Wie pan, co znaczy „ketman”? — Humboldt podsunął swój kieliszek Pieślakowi, a ten nalał i szkło zaszło mgłą.

— Rodzaj koranicznej figury? Pozorny zaprzaniec wiary, który czyni to tylko po to, by przetrwać we wrogim sobie obozie, a potem dalej czcić Allacha?

— Mniej więcej — odparł zamyślony Humboldt i starł opuszką palca mgłę z kieliszka wódki. — Porozmawiam o waszym Witkiewiczu z carem. Mikołaj I Romanow oczekuje, iż pojawię się na audiencji po zakończeniu wyprawy badawczej. — W głosie uczonego słychać było lekką ironię. — To niedopuszczalne, by człowiek o tylu talentach, o takich umiejętnościach, marnował się jako zwykły żołnierz twierdzy orskiej i guwerner dzieci tego, jak mu tam? Isajewa. Niedopuszczalne. Ktoś taki może zdziałać wiele, gdyby dostał zadanie odpowiednie do swych predyspozycji. Jest pan pewien — zwrócił się do Pieślaka — że przeczytał moje dzieła ze zrozumieniem?

— Owszem. Wszystkie osiemnaście tomów. To, co jest w tej bibliotece, połknął, a potem długo trawił.

— Trawił — powtórzył za nim Humboldt i nagle zmienił ton. — Panom powiedziano o wydarzeniach w Warszawie? Wiecie już o powstaniu w Polsce?

W namiocie sułtana Baj-Muhammada służący mu Telengut przelewał drewnianą łyżką kumys w wielkiej skórzanej misie, kiwając się przy tym rytmicznie w przód i w tył. Witkiewicz siedział naprzeciw sułtana, tęgiego postawnego mężczyzny o płaskiej twarzy i wydatnym jak na tutejsze ludy nosie. Wokół Baj-Muhammada siedziała kirgiska starszyzna, a kobiety władcy, ciekawe gościa, wyglądały raz po raz zza perkalowej zasłony.

— Wyglądaliśmy ciebie, Batyr, od wielu dni — odezwał się sułtan do Witkiewicza.

— I ja chciałem do was dotrzeć od wielu dni, ale musiałem pozbyć się kozackiej eskorty, sułtanie. Na szczęście do twierdzy przybył słynny uczony i komendant zwołał wszystkich kozaków, by osłaniali go podczas podróży w góry.

Sułtan przekrzywił głowę, zaciekawiony.

— Osłaniali? Przed kim?

— Przed zbójcami. — Witkiewicz uśmiechnął się, a w mroku namiotu błysnęły jego zęby. Po chwili powiedział zupełnie poważnie, nawet twardo: — To wielki człowiek, mędrzec, który bada skały, wodę i powietrze, a potem pisze natchnione księgi o właściwościach natury. Włos nie może spaść mu z głowy, ani jeden wielbłąd z jego karawany nie może skręcić nogi i ani jedna rzecz z jego bagażu nie ma prawa się zawieruszyć.

Sułtan nie odpowiedział, odwrócił głowę w prawo i lewo, jakby wzrokiem przekazywał słowa młodego Polaka starszyźnie jako własny rozkaz.

— Jeżeli ktoś z waszych ludzi spotka się z jego ekspedycją, niechaj zachowa się gościnnie i godnie — kontynuował Witkiewicz — tak, aby wielki mędrzec, gdy będzie pisał księgę o podróży przez Ural, na zawsze przekazał ludom Europy słowa „Kirgizi to ludzie honoru i pokoju”. W Europie słowom uczonych wierzy się bardziej niż słowom cara, kiedy więc Mikołaj Romanow krzyczał będzie, iż musi zdławić naród kirgiski, bo to lud niespokojny, wojenny i zdradliwy, stać za wami będzie księga uczonego mędrca.

— Allach przemawia przez ciebie. Cóż jednak, jeśli napadną na uczonego bandy rozbójników, które nie oszczędzają i naszych aułów? Kto mu wtedy powie, że to nie Kirgizi, lecz zwykli siewcy wiatru?

— Kozacy orenburscy będą osłaniać jego karawanę, a oni odróżniają was od nich. Niewinny nie musi obawiać się kary.

Sułtan wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią gościa i skinął na Telenguta, by ten podał kumys. Sługa ustawił na tacy dwa kubki i klęcząc, trzymał ją między Baj-Muhammadem a gościem. Witkiewicz wyczekał, aż sułtan poczęstuje się pierwszy, dopiero wtedy wyciągnął rękę po swój kubek. Wypili biały trunek. Odstawili kubki na tacę i sługa wycofał się na kolanach, by nalać starszyźnie.

— Czy sułtan Irten Karatajew przysłał odpowiedź dla mnie? — spytał po chwili Witkiewicz.

— A wizyta mędrca badającego skały nie stoi w sprzeczności z planami Irtena i twoimi, Batyr? — odpowiedział pytaniem sułtan.

— Uczony wyjedzie, niewola zostaje, czcigodny sułtanie. Nasze plany są w mocy, jeśli Irten Karatajew je wesprze.

— Jak ci wiadomo, sułtan Karatajew uznaje moje pośrednictwo w waszej sprawie, bowiem bez pomocy mego ludu nie uda wam się dokończyć tego, co zaczniecie w twierdzach. Mnie musisz przekonać, Batyr, że ta rzecz warta jest pomocy.

Witkiewicz nie okazał zniecierpliwienia. Spokojnie powiedział:

— Na linii orenburskiej są twierdze, w których załogę wojskową stanowią niemal sami Polacy i Tatarzy, wszystko to ludzie wcieleni siłą do carskiej armii, rosyjskich oficerów jest niewielu. Gdyby więc wszyscy moi rodacy i wszyscy dawni poddani Karatajewa wspólnie wzniecili powstanie, mogliby pokonać rosyjską obsadę garnizonów bez trudu i ruszyć ku głównym twierdzom, Orenburgowi i Orsku, jednocześnie z dwóch stron. To daje wielkie szanse na zakleszczenie Rosjan i pobicie ich.

— Zgadzam się. — Baj-Muhammad pogładził dłonią błękitny chałat na wydatnej piersi. — Ale co dalej? Car carów nie zostawi granicy swego władztwa otwartej, a linia orenburska jest granicą jego imperium. Przyśle nowe wojska w miejsce pokonanych, i przyśle ich więcej. A ci, którzy nadejdą, będą szukać was, zbiegów, po naszych aułach. Będą karać moich synów i córki za pomoc w waszym powstaniu.

— Tak być może — zgodził się Witkiewicz — ale nie musi. Gdyby bowiem od południa nadeszły wojska brytyjskie, mówiąc, iż muszą bronić granic swych indyjskich kolonii? Czy car gotów jest na wojnę z silniejszym od siebie imperium?

— A czy to imperium chce wojny z carem? A jeśli jej chce, to czy ta wojna nie zmiecie z powierzchni stepu mego ludu?

— Twój lud ma to, czego potrzebować będą Anglicy, gdy staną na tej ziemi. Waszym skarbem są stada wielbłądów, bez których nie sposób poruszać się tutaj, a tym bardziej prowadzić wojny. I w waszych rękach jest skarb drugi, ważniejszy jeszcze od stad. Jest nim wiedza. Po stepie poruszać może się nawet ciężkozbrojne wojsko, ale tylko gdy wie, w których miejscach są ukryte studnie. Lecz na pustyniach zginie każdy, kto zapuści się na piaski bez waszego przewodnika. To pierwszy powód, dla którego Anglicy nie będą mieli zamiaru zniszczyć twego ludu, sułtanie. Drugim zaś jest inny porządek ich kraju, odmienny w swej istocie od urządzenia imperium cara. Otóż car, Baj-Muhammadzie, jest samowładcą, który pragnie podporządkować sobie inne ludy, podporządkować bezwzględnie i dlatego z pełną mocą je wynaradawia, by jedynym wyznaniem jego poddanych była wiara w imperatora. On utożsamia się ze swym władztwem, a to w konsekwencji osłabia jego monarchię, bowiem nie dopuszcza do rządów i władzy nikogo, kto miałby inne zdanie niż sam car. Anglia zaś ma króla, lecz faktycznie rządzi nią rada starszych, która musi brać pod uwagę także dużą radę złożoną z przedstawicieli nawet najmniejszych mieścin tego wielkiego królestwa. To kraj, w którym mądrzy ludzie mogą mówić, co myślą, a inni ich słuchają. Anglia chce zdobywać nowe ziemie nie dla ich posiadania, ale dla szerzenia swej cywilizacji. Chce produkować więcej i sprzedawać swoje towary w nowych krajach.

— Nie przekonuje mnie to, co mówisz, Batyr. Nie możesz obiecać, że mój lud będzie mógł żyć tak jak zawsze. Hodować wielbłądy, wędrować ze stadami, czcić Allacha. Dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest, by nie było ani Rosji, ani Anglii, tylko step bez kresu pokryty zieloną trawą.

— Nawet najbujniejsza trawa zimą chowa się pod śniegiem, sułtanie. Rosja przyszła z północy i nikt nie zdołał jej powstrzymać, tak jak zimy i burzy śnieżnej nie zatrzyma nikt.

Baj-Muhammad pochylił się ku starszym i chwilę rozmawiali szeptem. Potem sułtan skinął na Telenguta i ten znów nalał kumys do kubków.

— Uważam, że czas zmian jeszcze nie nadszedł — powiedział Baj-Muhammad, gdy wypił. — Ale wiem też, że zagrożenia kroczą ku nam z południa i północy. Dzisiaj nie poprę waszego powstania, bo ty nie wiesz, co zrobią Anglicy, ty to jedynie przewidujesz. Sułtan Irten Karatajew wysłucha mego zdania i zgodzi się ze mną, nie pozwalając swym Tatarom wystąpić przeciw Rosjanom. Ufam ci jak własnemu synowi, Batyr, więc wiem, że tak samo postąpisz wobec twych rodaków pełniących służbę w twierdzach. Sprawa ta pozostanie naszą tajemnicą, bo, jak słusznie mówisz, burzy śnieżnej nie powstrzyma nikt i nastanie czas, że będziemy musieli stawić jej czoła. Ale jeszcze nie dzisiaj, gdy pytań jest wiele, odpowiedzi żadnej.

Witkiewicz wypił. Sfermentowane kobyle mleko łaskotało jego podniebienie. Odstawił kubek i powiedział:

— Będę szukał odpowiedzi na twoje pytania, sułtanie Baj-Muhammadzie. Podziękujmy Allachowi za dar mądrej rady.

Londyn, czerwiec 1832 r.

Adam Gurowski po przybyciu do Londynu wynajął pokój w Furnival’s Inn na Holbornie, dzielnicy nieoficjalnie zwanej dzielnicą dziennikarzy i wydawców. Liczył, że mieszkając tam, poza oficjalnymi spotkaniami nawiąże mniej formalne, ale za to dobrze rokujące znajomości. Miał ze sobą listy polecające od radykalnych paryskich redaktorów, od równie radykalnych polityków francuskich, ale tak naprawdę potrzebował wedrzeć się na salony, którymi jako demokrata gardził. Tak jak przed laty wyrzekł się tytułu, tak w Londynie na kartach wizytowych kazał sobie pisać „hrabia Adam Gurowski”. Cel uświęca środki, czyż nie?

Powstanie padło, nim zdążył je przekształcić w społeczną rewolucję, ale sprawa polska rozpalała Europę i, co wściekało Gurowskiego, sprawą polską mieszał Adam Czartoryski. Stary książę, dla hrabiego przedstawiciel skompromitowanych konserwatystów, wchodził wszędzie tam, gdzie w wąskim gronie spotyka się arystokracja, by przy cygarze i koniaku ględzić, jak urządzić Europę po nowemu, ale w myśl zmurszałych zasad. Gurowski po upadku powstania, gdy Paryż zalała fala polskich emigrantów, zagospodarował tę rzeszę ludzką szybko i bezkompromisowo. Przede wszystkim wystąpił z Komitetu Narodowego Polskiego, bo ten, rezygnując z lewicowej ideologii, wyraźnie chciał się centrować i stawał się radykałowi kulą u nogi. Założył własną partię — Towarzystwo Demokratyczne Polskie z iście republikańskim manifestem. Głosił: „Przyszłość Polski zależy od przyszłości innych ludów europejskich” i teraz przyjechał do Londynu, by te ludy Polsce pozyskać, i co najważniejsze, wyprzedzić księcia Czartoryskiego.

Od kwadransa chodził pod hotelem w tę i z powrotem, czekając na dawnego przyjaciela, Bogdana Jańskiego, który przed pięcioma laty wygrał konkurs na profesora ekonomii planowanego przez Staszica Instytutu Politechnicznego w Warszawie, a potem, dostawszy z niego stypendium naukowe, wyjechał za granicę i już nie miał do czego wrócić, bo Instytutu car nie pozwolił otworzyć. Wtedy chadzał w nimbie geniuszu, dwudziestojednoletni profesor! Teraz pracował w Szkole Handlu i Przemysłu w Paryżu i od stypendium do stypendium, ot, jak i obecnie, w Londynie, podróżował po Europie, szukając sposobu, jak by nauki Saint-Simona przełożyć na współczesną ekonomię. Punktualność nie była jego cnotą, ale po dwóch kwadransach zjawił się, zdyszany, z rozczochraną burzą spoconych loków i kołnierzykiem sztywno opinającym szyję.

— Adamie! Lord Dudley Coutts Stuart przyjmie cię u siebie, przed spotkaniem Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski! Już, dorożka, wołaj dorożkę, jedziemy!

— Bogdanie! Nie przywitasz się? Od razu będziesz mnie do dorożki wsadzał?

Jański zamrugał i roześmiał się.

— Uściskam cię w dorożce, czasu nie ma, spotkanie nam naznaczył na szóstą, a to kawał drogi! Musimy jechać do Bedfordshire, trzydzieści mil od Londynu.

Nie przestając gadać, Jański zatrzymał dorożkę, utargował z woźnicą cenę, wsiedli i ruszyli.

— Lord Dudley Stuart to stara, dobra szkocka arystokracja, ale w jego żyłach płynie krew Sobieskiego! Jest po kądzieli praprawnukiem Sobieskiego, wiesz, jaki to kapitał? Zresztą zobaczysz jego podmiejską rezydencję. Pałac Luton Hoo, sam się przekonasz, budował go najlepszy angielski architekt! Wizytówki zrobiłeś, jak mówiłem?

— Hrabia Gurowski — przytaknął Adam.

— Bardzo dobrze! Anglicy to lubią. — Jański wychylił się przez okno powozu. — Ależ upał! Widzisz ten dom? Uważaj, żebyś się tam nie zapuścił! To dawny Mother Clap, kiedyś miejsce schadzek mężczyzn, co kochają chłopców! À propos, co u twego brata, Ignacego? Piękny jak zawsze?

— Spotyka się z markizem de Custine — odburknął Adam.

— O, na markiza też się powołuj! — klepnął się w kolano Jański. — Oczywiście, z umiarem! Ale to dobrze postrzegana rodzina, cudem uniknęli szafotu za rewolucji francuskiej, Anglicy kochają takie historie! Przy okazji, mój jakobinie, czy już wynalazłeś maszynę do wieszania arystokratów? Jeśli tak, to z tym się nie obnoś. Anglicy cenią sobie…

— Przestań ględzić! — wszedł mu w słowo Gurowski. — Wiem, co lubią Anglicy, i obiecuję trzymać się tego, cośmy ustalili, ale na Boga, przyjechałem tu, by przeciwdziałać szkodliwej akcji Czartoryskiego!

— Dobrze, dobrze — przetarł spocone czoło Jański. — Mam tu trochę przyjaciół, uczonych, poprą cię na piśmie. Robert Owen jest całym sercem z tobą, ale tutaj uchodzi za radykała. Komunę gminną utworzył, żeby pokazać, że socjalizm to nie utopia, ale mu się nie powiodło, wrócił właśnie do Londynu i zajął się ustawodawstwem robotniczym… A ty wiesz, Adamie, że w Anglii nasi żołnierze, czwartacy, też założyli komunę? Nazwali ją „Grudziądz”…

— Kogoś lepiej postrzeganego nie masz? — skrzywił się Gurowski, choć osobiście z radością poznałby Owena i dowiedział, dlaczego mu się nie udało. Z czwartakami wolałby się raczej nie spotkać.

— Jamesa Milla czytałeś, zakochany w Benthamie, utylitarysta, jestem z nim w pewnej zażyłości, a w każdym razie dyskutujemy gorąco, jego poparcie masz gwarantowane. Ale dzisiaj niemałą popularność bierze syn Jamesa, John Stuart Mill, empirysta, jego publikacje cieszą się coraz większym powodzeniem. Zresztą sam ci napisałem listy polecające — westchnął wreszcie Jański. — No, czego się spodziewałeś? Że ja, żarliwy socjalista, wystawię ci na półmisku arystokratów? Ciesz się jak dziecko i doceń, że lord Stuart nas dzisiaj przyjmie, bo to najgorętszy polonofil w Londynie. Jeśli pojutrze, na spotkaniu Towarzystwa, on cię wprowadzi i przedstawi, to będzie tak, jakby się wszyscy w twarz zaśmiali Czartoryskiemu! Przy okazji, jak twoje Towarzystwo Demokratyczne? Ależ tu się plotkowało o waszej kłótni z Lelewelem! A o twoim przyjeździe do Londynu jak gardłowano! Żeś szaleniec, wariat, furiat, choć głowa niepospolita! Ach, gazetowe kule, już mnie to męczy. Czy w Paryżu, czy tu, w Londynie, wszędzie to samo. Z Polski wyszła emigracja skłócona, a na obczyźnie skłóciła się jeszcze bardziej. Czasami… wiesz, Adamie… czasami, myślę, że droga wiedzie gdzie indziej! Że Boga nam w sercach brakuje, iluminacji duchowej. — Jański zapatrzył się nagle w okno, jakby zobaczył tam coś, co go olśniło, po chwili jednak otrząsnął się i zaśmiał niczym sztubak. — Gdybym tak dziwek wiecznie nie pożądał, gdybym lędźwi głodem nieustającym nie płonął, może bym został mistykiem zakonnym?

— Ty? Socjalista? — uderzył go w ramię Gurowski. — Wstydź się. Chadzaj na dziwki, póki możesz, póki cię stać i póki tobie staje, a mistycyzm zostaw innym.

— Jeszcze jedno! Pojutrze na spotkaniu czytać będziemy Mickiewicza, coś całkiem nowego, dzieło, nad którym pracuje… — Jański zawahał się i skrzywił sam do siebie. — Adam wysłałby coś, czego jeszcze nie skończył? To do niego niepodobne — polemizował sam ze sobą, ale już po chwili wpadł w swój zwykły słowotok. — Campbell jest olśniony Adamem. Powiadam: olśniony!

Gurowski skrzywił się. Nie znosił Mickiewicza. Ten przyjazd do Londynu, z którym łączył tyle nadziei, nagle zaczął mu się wydawać katastrofą. Całe to Towarzystwo Literackie Przyjaciół Polski, które ponoć za poduszczeniem Czartoryskiego powołał Campbell, wydawało mu się nieco operetkowe, choć w istocie było najprężniejszą organizacją wspierającą sprawę polską, i nie pojawić się w nim, będąc Polakiem na misji dyplomatycznej w Londynie, byłoby jawnym pokpieniem sprawy. Sam Thomas Campbell to już starzec grubo po pięćdziesiątce i w swych heroicznych a łzawych poematach o klęsce powstania sławi to wszystko, co Gurowskiego drażni.

— Czytałeś? — nie dawał spokoju Jański. — No błagam, nie mów, że nie przeczytałeś Campbella przed przyjazdem! Na próżno, na próżno ta dzielność wspaniała, choć z waszych szeregów gromem salwa grzmiała, o księgo czasu, gdzie jest historia spisana, Sarmatia upadła niewinna i nieopłakana…

— Grafomania — przerwał przyjacielowi Gurowski — i nie mów, że nie słyszysz mizeroty wizji. Sarmatia upadła, bo była sama sobie winna, Bogdanie. Sarmatii życie się już nie należało i ja Polski, co wzdycha za Sarmacją, nie chcę i nie życzę sobie ani potomnym.

— Dobrze, dobrze! Ale Campbella chwal, choćby ci rymy gorzkimi były. To ceniony poeta i wielkiego serca człowiek. A nam teraz trzeba serca.

— Rozumu trzeba bardziej, ale nie bój się, mój Jański, wstydu ci nie narobię. Będę chwalił Songs of Battle i Lines on Poland.

Jański rozjaśnił się.

— Więc czytałeś! Ach, ty umiesz mnie zwieść!

Gurowski nie wyprowadził go z błędu; czytał tylko tytuły i po parę wersów, więcej nie zdzierżył, a i czasu nie miał.

Kwadrans przed naznaczoną godziną byli na miejscu. Sylweta pałacu lorda Dudleya olśniła Gurowskiego. Nowoczesna, klasycystyczna bryła budynku była imponująca. Olbrzymi jasny pałac sprawiał wrażenie niebywale lekkiego, jakby jego linie nakreślił pełen umiaru antyczny portrecista. Zdyscyplinowany prostymi płaszczyznami skrzydeł, fenomenalnym półokrągłym portykiem wspartym na dwunastu kolumnach i okolonym schodami, które nawet z daleka wydawały się stworzone do tego, by na nie wbiegać lekko, a nie piąć się w mozole.

— Robi wrażenie, prawda? — szturchnął go Jański. — Zaprojektował go geniusz, Robert Adams, najbardziej pożądany architekt w Londynie. A te parki wokół? Półtora tysiąca akrów, na oko. Wszystko to jednak nic w porównaniu z, że się tak wyrażę, zawartością! Lord ma bibliotekę liczącą około dwudziestu pięciu tysięcy tomów! Na ścianach obrazy Tycjana, Rafaela, Rembrandta…

— Rembrandta nie lubię — zdążył zaprotestować Gurowski, czując, jak mu schnie w gardle. — Nie mogłeś mnie uprzedzić?! — krzyknął na przyjaciela bezradnie. — Ubrałbym się jakoś lepiej…

— No wiesz? Sądziłem, że to twój najlepszy surdut! Ach, nie przejmuj się. Nie wchodzisz tu, by mu imponować, bo mówiąc szczerze, nie bardzo masz czym. Wchodzisz tu jako Polak, który walczył pod Olszynką Grochowską i dostał Virtuti Militari…

Gurowski zamilkł i sposępniał. Wszystko to, czego nie chciał, właśnie się działo. Grał w widowisku, które zamierzał napisać zupełnie inaczej, a czuł się jak obudzony nagle podczas farsy na paryskim Bulwarze Złoczyńców, tyle że budził się nie na widowni, lecz na scenie. Przebrany w damskie fatałaszki miał fikać nogami i krzyczeć coś w rodzaju „oj, oj, boli, boli”.

Uspokoił go sam lord Dudley Stuart, niewysoki, lekko rudawy dżentelmen o bujnych bokobrodach i drobnych, dziecięcych ustach. A właściwie ukoił go kieliszek brandy, którą podał lokaj.

— Hrabia Adam Gurowski! Cieszę się, że pan Jański pozwolił mi pana poznać, bo opowiadają o panu najróżniejsze rzeczy, a chciałbym sam się przekonać co do ich istoty. Zatem, jest pan przywódcą partii demokratycznej, tak?

— W rzeczy samej, lordzie. Nowoczesne społeczeństwa zawsze już dzielić się będą na demokratów i konserwatystów, bo rozwoju społeczeństw nie da się powstrzymać…

— Adam jest skromny — przerwał mu szybko Jański — i nie powie wprost, iż jest przywódcą drugiej co do wielkości polskiej partii.

— W kwestii wielkości niedługo będzie pierwsza. — Gurowski w lot zrozumiał intencje Jańskiego. — Lawinowo rejestrujemy nowych członków. Demokratyczność mego stronnictwa polega na tym, iż każdy Polak może się do niego zapisać, wykazując się jedynie patriotyzmem, nie zaś pochodzeniem.

Jański dyskretnie mrugnął do niego i Gurowski zamilkł. Lord jednak nie poczytał tego za impertynencję, przeciwnie, zapytał z uśmiechem:

— Hrabia i demokrata, wspaniałe połączenie! Pewnie żal było opuszczać siedzibę rodową?

— Owszem. Wyszyna to stary zamek.

— Zamek? Proszę o nim opowiedzieć.

— Szesnastowieczny, osiem baszt obronnych, wiele legend, ale pan wybaczy, lordzie, nie chcę o nim mówić…

— Rozumiem, smutne wspomnienia…

— Przeciwnie. Raczej wyznanie wiary. Otóż ja uważam, iż nie należy oglądać się wstecz, gdy chce się wolnej ojczyzny. Nie ma co rozpamiętywać przeszłości, trzeba myśleć o przyszłości!

— Przyszłość ma korzenie w przeszłości, hrabio — odpowiedział poważnie Stuart. — Jak niegdyś mój prapradziad, a król polski, Jan III Sobieski, ratował Europę przed islamem, tak dzisiaj Polska ratowała ją przed Azjatami, bo Rosjanie to w istocie Azjaci przebrani przez Piotra I w europejskie stroje! Wtedy polska husaria była najskuteczniejszą bronią przeciw armii sułtana. A teraz? To samo! To, co zrobił wasz słynny Pułk Czwarty kirasjerom generała Dybicza, to współczesne Termopile! Wciąż powtarzam w parlamencie, że ambicje Rosji nie mają granic i należy je powstrzymać, nim będzie za późno. Polacy nie powinni być pozostawieni sami sobie w zeszłym roku. To była porażka europejskiej solidarności narodów!

— W tym rzecz, lordzie! — podchwycił ochoczo Gurowski. — Sprawa polska jest sprawą cywilizacji!

— Hrabio! — wszedł mu w zdanie lord Stuart. — Czuję, że się rozumiemy. Wybornie! Pojutrze będę pana wprowadzającym na spotkanie Towarzystwa Literackiego! Proszę uczynić mi ten zaszczyt.

Gurowski był zaskoczony. Sądził, że będą rozmawiać godzinami, jak na spotkaniach Towarzystwa w Paryżu, a tu kilka zdań i już? Pełen sukces? Jednak Stuart, tłumacząc się obowiązkami, grzecznie, acz stanowczo pożegnał się z nimi i odprowadził do holu. Nie przestawał przy tym cieszyć się z wizyty i gratulować Gurowskiemu orderu. W ostatniej chwili, gdy już stali w drzwiach, Dudley zatrzymał ich i z rozmarzonym uśmiechem dodał:

— Lata temu chłopcy w moim wieku zaczytywali się w opowieściach o korsarzach, a ja? Ech, moim bohaterem był Kościuszko. Pięć razy czytałem Tadeusza z Warszawy Jane Porter! Młodość, prawda, panowie? Młodość ma siłę!

Dwa dni później Gurowski dał się prowadzić Jańskiemu na Duke Street do siedziby Towarzystwa Literackiego Przyjaciół Polski. Obaj mieli oczy podkrążone po całonocnym balowaniu w Londynie. Jański uparł się, by mu pokazać katedrę Świętego Pawła, Gurowski nie był jej ciekaw, ale za to z radością umknął przyjacielowi przez Fleet Street na słynny londyński Strand. Rozświetlony blaskiem gazowych latarni, rozśpiewany, pękający w szwach od gospód i karczm, tam mu się podobało! Po szklanicy wina wypróbowywał swój angielski akcent na każdym spotkanym pijaku, a było ich tam mnóstwo, jakby cały Strand wraz z nadejściem zmroku zmieniał się w jedną niekończącą się libację. Skończyli na pijaństwie w tawernie U Alice, gdzie Jański odkrył „najtańsze i przewyborne, bezpruderyjne i pomysłowe, rude i blond londyńskie piękności”. Z szumnej zapowiedzi prawdziwe okazało się tylko „rude i bezpruderyjne”, ale spotkanie z przyjacielem po latach warte było nocy w spelunie z piekielnie mocnym angielskim ginem. I jak za studenckich czasów, rankiem wystarczyło obmyć twarz zimną wodą, by odzyskać rezon i elokwencję.

— Poznasz wszystkich — Jański nie przestawał mówić — będzie Adolf Bad, Niemiec z Hamburga, ze starej żydowskiej rodziny, prawnik i przedsiębiorca, jest sekretarzem Towarzystwa. Drugim jest Krystyn Szyrma, pamiętasz go z Warszawy?

Gurowski chciał jęknąć, bo oczywiście pamiętał i wiedział, że Szyrma jest gorliwym wyznawcą Czartoryskiego, ale obiecał w nocy Jańskiemu, że przestanie kontestować rzeczywistość, a spróbuje się w niej odnaleźć.

— …taki jest statut Towarzystwa, że jednym z sekretarzy jest Polak, tak to zapisali. Uważaj na FitzRoya Somerseta, poznasz go, stary wojak bez ręki, z wojen napoleońskich pamiątka, przyjaciel księcia Wellingtona, żonaty z jego siostrzenicą, co dało mu awans społeczny, bo z urodzenia on jest czwarty czy piąty syn lorda Henry’ego Somerseta, zresztą nie wiadomo, czy z prawego łoża, więc jak na tutejsze dziedziczenie tytułów to nic nie znaczy…

— Bogdan! Czy twój słowotok może zmierzać do celu?

— No wiesz? Wszystko, co ci mówię, jest ważne. W Anglii istotne sprawy załatwiają prywatne stosunki, a do tego zmierzam, że Somerset ponoć spotyka się z Dorotheą Lieven…

— Siostrą Aleksandra Benckendorfa, szefa rosyjskiej tajnej policji? — Gurowski aż przystanął na chwilę. Wyschło mu w ustach.

— Owszem. I jednocześnie żoną rosyjskiego ambasadora w Londynie. Słynna Dorothea! Tajemnicą poliszynela jest, że Dorothea i lord Grey, brytyjski premier, są kochankami. Ile pani ambasadorowa przekazuje do Petersburga z tych tajnych schadzek? Tego akurat nikt nie wie, ale może w jej alkowianych sztuczkach tkwi odpowiedź na to, dlaczego parlament odrzucił apel pułkownika Evansa, by wysłać wojsko do walczącej Polski? Evansa też poznasz, nie opuszcza żadnego ze spotkań Towarzystwa i to jemu zawdzięczamy, że w Izbie Gmin nie ustają debaty o sprawach polskich. Wiesz — Jański zatrzymał się nagle i chwycił Gurowskiego za łokieć — właściwie żałuję, że wyjeżdżam z Londynu.

— Jak to wyjeżdżasz? Nic nie mówiłeś…

— Stypendium mi się skończyło. Wracam do Paryża, pojutrze. Ale nie bój się, przyjacielu! Po dzisiejszym spotkaniu na Duke Street będziesz znany w Londynie na tyle, że sobie beze mnie poradzisz. Tylko błagam, pamiętaj, jacy są Anglicy!

Pokój obrad Towarzystwa w ciemnej boazerii, wybity tkaniną ze scenami myśliwskimi, ze stołem prezydialnym i ustawionymi naprzeciw niego fotelami, zasnuty był dymem z cygar. Trzech lokajów roznosiło na tacy brandy, bo koniak, jak zdążył mu szepnąć Jański, z powodu wysokich ceł na francuski trunek, pito w Anglii tylko na prywatnych spotkaniach. Nad stołem prezydialnym, a jakże, portret Kościuszki.

— Lorda Dudleya jeszcze nie ma — rozejrzał się Jański — poczekajmy tu, przy wejściu, żebyś został przez niego wprowadzony. O rany! W tej jednej sali są tysiące funtów na pomoc ojczyźnie! Tysiące!

— To pułkownik Evans? — Gurowski w tytoniowym dymie wyłowił około siedemdziesięcioletniego dżentelmena o ciemnej, zadziornej urodzie.

— Tak. Przy nim lord Somerset, ten bez ręki.

— Być może kochanek ambasadorowej Rosji, która jest jednocześnie kochanką brytyjskiego premiera — mrugnął jedynym okiem Gurowski.

— Gdyby cię pytano, użyj słowa „przyjaciółka”. — Jański rozglądał się wokół, sprawdzając, kto już przyszedł. — Powinien być lord John Russell, jeden z założycieli Towarzystwa i wpływowy wigowski polityk, ale… czekaj, czekaj… jest lord Hamilton! Może w zastępstwie teścia, co? — Jański dyskretnie pokazał Gurowskiemu wyjątkowo wysokiego młodzieńca. — Po śmierci dziadka, jako siedmiolatek, otrzymał tytuł markiza Abercorn, a jeszcze wcześniej, po śmierci ojca, w wieku trzech lat, odziedziczył gigantyczną fortunę, którą pomnożył w tym roku, żeniąc się z lady Louisą, córką wspomnianego Johna Russella, szóstego księcia Bedford, ale dla ciebie istotniejsze jest to, iż Hamilton, podobnie jak jego ojciec i dziad, zasiada w radzie powierniczej „Timesa”.

— Co to takiego? — spytał Adam, lustrując Hamiltona.

— Ciało, które odpowiada za bezstronność gazety, a w istocie ma wpływ na każdy pojawiający się tam artykuł. Spójrz, przy jego boku Harry McGonagall, wschodząca dziennikarska gwiazda „Timesa”.

— Ten rudy? Wygląda, jakby całą noc pił.

— To może znajdziesz z nim wspólny język, czego ci życzę, bo McGonagall dostaje coraz więcej miejsca na szpaltach.

Gurowski przyglądał się Hamiltonowi. Na oko młodszy od niego o jakieś pięć lat, dwudziestolatek zapewne, o włosach tak jasnych, że wydawały się siwe, i równie przejrzystym, podłużnym obliczu, sprawiał wrażenie nad wiek dojrzałego. No cóż, skoro w jego żyłach płynie krew, której pochodzenie można notować od tysiąca lat! Gurowski szczerze nie znosił arystokratów z tą ich ujmującą grzecznością, pod którą kryli wyniosłą obojętność. Jego ród można wywieść od czasów Batorego, choć przodkami od linii pradziadów akurat nie ma się co chwalić. Od dziecka, jako jedyny z pięciu braci Gurowskich, kontestował herby, portrety rodowe i bezbrzeżnie irytujące go tradycje.

— Jest i lord Dudley, chodźmy do niego! — Jański szarpnął go za łokieć.

— Hrabia Gurowski! — Dudley Stuart skinął mu głową, jakby byli znajomymi od dawna, i poprowadził go ku stołowi prezydialnemu.

Krystyn Szyrma, siwy, w okularach w cieniutkiej drucianej oprawce, zaciął usta w wąską kreskę, ale podał Adamowi rękę.

— Pan tutaj — powiedział na powitanie tonem, który wieszczył koniec świata. — I znów hrabia — nie omieszkał dodać kąśliwie.

Gurowski zbył to zamknięciem jedynego oka. Usadzono go za stołem prezydialnym obok poety Campbella, Szyrmy, Żyda nazwiskiem Bad, a także pułkownika Evansa. Lord Dudley zajął miejsce tuż przy nim i to dodało mu otuchy, zwłaszcza że naprzeciw niego usiadł bladooki lord Hamilton i nie odstępujący go dziennikarz „Timesa”. Bezręki Somerset, przed którym przestrzegał go Jański, zasiadł w jednym z ostatnich rzędów.

Lord Stuart przedstawił Adama jako gościa z Polski, bojownika spod Olszynki Grochowskiej, kawalera orderu Virtuti Militari i założyciela Towarzystwa Demokratycznego w Paryżu, lecz zamiast oddać mu głos, od razu przekazano go Krystynowi Szyrmie, a ten, z iście angielską flegmą, przedłożył porządek spotkania.

— Jako pierwszy nasz honorowy prezes, wyborny poeta, Thomas Campbell, miał przeczytać fragment najnowszego poematu Adama Mickiewicza, ale niestety — Szyrma spłonił się lekko niczym bibliotekarz, który mówi, że nie ma zamówionego tomu — rzecz ta nie dotarła do nas z Paryża. Powiedzieć jedynie możemy tyle, ile udostępnił nam autor, iż poemat ten będzie apokryficzny i profetyczny jednocześnie, a dotyczyć ma pielgrzymstwa polskiego. Ponieważ jesteśmy Towarzystwem Literackim, poezja być musi, zatem nasz nieoceniony prezes, pan Thomas Campbell, przeczyta fragment własnego, wyśmienitego utworu The Pleasures of Hope, rzecz jasna, poświęconego Polsce. — Szyrma wyjął chustkę i otarł pot z czoła. Potoczył po zebranych ciężkim wzrokiem. — Następnie pułkownik Evans zda nam sprawozdanie z obrad parlamentu, na których przedstawiana była tak droga nam sprawa polska. Potem poprosimy o głos gościa, hrabiego Gurowskiego — Szyrma mówiąc „hrabiego”, nie darował sobie nuty sarkazmu — i, jeżeli będzie taka potrzeba, podyskutujemy na forum znamienitego Towarzystwa. Obrady protokołować będzie nasz drogi Charles Dickens, zaprawiony sprawozdawca parlamentarny.

Siedzący z boku stołu młodzieniec o gładko przyczesanych włosach i wyjątkowo dużych uszach skłonił się i zarumienił, szybko kryjąc się za obszernym notesem.

Bogdan Jański robił do Gurowskiego miny, które miały mu przypomnieć, by słuchał The Pleasures of Hope w skupieniu. Słuchał w skupieniu i jego irytacja rosła: Obrońca Warszawy spojrzał ocalały, gdzie szerokim polem ruiny leżały, „O Boże” — zawołał —„kraj mój biedny chroń”! Czy nie ma nikogo, by mu podać dłoń? Przestał się więc skupiać i wziął na przeczekanie.

Ciekawiej się zrobiło, gdy tylko głos zabrał Lucy Evans, niezwykle energiczny pułkownik w swej rzutkości będący zaprzeczeniem flegmatycznego Szyrmy i natchnionego Campbella.

— Szesnastego sierpnia, siódmego września i trzynastego października zeszłego roku na posiedzeniach Izby Gmin zgłosiłem pod obrady kwestię wymuszenia przez nasz rząd na Prusach neutralności w konflikcie Rosji z Polską. Rozbicie układu Prusy–Rosja jest bowiem pierwszym krokiem do rozbicia więzi łączących zaborców Polski! Sir Francis Burdett poparł mój wniosek, obaj apelowaliśmy: „Nadszedł czas, by udzielić Polsce pomocy!”, wzywając Wielką Brytanię i Francję do wysłania wojsk na pomoc walczącym. Niestety, członkowie Izby odrzucili ten apel. Sir Ferguson argumentował na forum, iż car gwałci konstytucję, wskazywał na patologię Rosji i idące stąd zagrożenia dla Anglii…

— Nawet epidemia cholery przyszła z Rosji — odezwał się z głębi sali ktoś, kogo Gurowskiemu nie zdążył przedstawić Jański. — Proszę zwrócić uwagę! Z Rosji do naszych Indii i przez Skandynawię do drogiej Anglii!

— Dziękuję, lordzie Lumley — pułkownik Evans skinął tamtemu głową. — Słuszna konkluzja. Nawet cholera idzie z Rosji! Uleganie carowi powodowane strachem przed jego imperium oznacza poświęcenie interesów Wielkiej Brytanii i Zachodu. Powiem dobitniej: brak stanowczych kroków z naszej strony to już kapitulacja, a car nie śpi! Jego ambicje nie znają granic! Przedstawiliśmy królowi petycję, by rząd Jego Królewskiej Mości Wilhelma III nie uznał i nie sankcjonował obecnej sytuacji Królestwa Polskiego…

Gurowski zaczął klaskać. Jański także, ale poza nimi nikt więcej. Twarze zebranych wyrażały aprobatę, ale nie taką, by od razu bić brawo. Evans skinął Gurowskiemu głową i kontynuował:

— Zaproponowałem w końcu Izbie Gmin, by skończyć z dyplomacją, składaniem oświadczeń i tym podobnymi gestami bez realnej wartości, i wypowiedzieć Rosji wojnę. W końcu nasza armia sprawdzona na tylu frontach świata, nasza brytyjska broń, świetne wyszkolenie i przygotowanie żołnierzy bez trudu mogą powstrzymać Rosję.

Lord Hamilton założył nogę na nogę i skinął do Campbella, jakby pytał, czy może zabrać głos. Poeta nieco skonsternowany, że zebranie wymyka się z przedstawionego przez Szyrmę planu, zgodził się. Hamilton mówił cicho, tak cicho, że na sali zapanowało kompletne milczenie. I mówił wolno, jakby nie spieszyło mu się donikąd.

— Sprawa polska to brytyjskie zaniedbanie. Nikt nie zwrócił uwagi, że niepodległość Polski bardziej przydałaby się Londynowi niż niepodległość Belgii?

Siedzący przy jego boku rudowłosy dziennikarz notował szybko każde słowo swego lorda, to samo robił Dickens przy stole prezydialnym. Dwudziestoletni Hamilton mówił, jakby miał lat sześćdziesiąt, a obecni na sali zażywni panowie słuchali go, nie przerywając.

— Nadto wydaje mi się aż nazbyt widocznym, iż w istocie Rosja odwraca naszą uwagę. Pokazuje nam, że całe siły kieruje na stłumienie polskiego buntu, że swych zachodnich granic wpływu będzie broniła jak lwica, i my wpatrujemy się w owe zachodnie granice, nie patrząc jednocześnie na to, co Rosja robi na południowym wschodzie. Czyż nie wydaje się szanownym panom, że jest w tym ukryty cel, cel, którym są brytyjskie Indie? A przecież wojna z Rosją jest bezpieczna dla Londynu. Wystarczy, by nasza wyborna flota opanowała Bałtyk, i nie trzeba będzie używać wojsk lądowych.

Uniósł się jednoręki pułkownik Somerset.

— To intrygująca hipoteza, ta z ukrytym w Indiach celem Rosji. Ale zwrócę lordowi Hamiltonowi uwagę, iż do Indii Rosja musiałaby dotrzeć przez Azję Środkową, a zwłaszcza przez niedostępny Afganistan. Co się zaś tyczy kwestii opanowania Bałtyku, to nie sądzę, aby był to sposób na pokonanie imperium cara. To, pan wybaczy, jakby przez dziurkę od klucza chcieć opanować pałac Buckingham.

Na sali rozległy się pojedyncze chichoty, a niezrażony młody-stary Hamilton odpowiedział cicho i zupełnie spokojnie:

— Przez Tamizę można wpłynąć do Londynu.

— Ach, doprawdy! Proszę nas nie straszyć, lordzie — żachnął się ktoś z sali.

— Nie straszę. Stwierdzam fakty. — Z absolutną powagą powiedział Hamilton. — Proszę zwrócić uwagę, iż Rosja to dziwoląg. Jej sfery rządowe opanowali Niemcy, handel Żydzi. Kulturę tworzą po francusku, a najlepsi żołnierze rosyjskiej armii to Polacy.

— Panowie! — zaoponował lord Dudley Stuart. — Skupmy się na konkretnych rozwiązaniach. Pułkownik Evans przedstawił nam swój imponujący wkład w to, by sprawa polska nie schodziła z obrad Parlamentu, a nasz gość, hrabia Adam Gurowski, powiedział do mnie wczoraj znamienne zdanie: „Sprawa polska jest sprawą cywilizacji”.

Gurowski przywołany do głosu wstał.

— Sprawa polska jest sprawą cywilizacji — zaczął, czując, jak zasycha mu w ustach; oparł się jedną ręką o stół i poczuł, jak zyskuje siły — ale by połączyć ją z interesem całej ludzkości, zapomnijmy o historii, unieważnijmy przeszłość, bowiem potęga naszej sprawy w tym, iż idzie z naturalnych praw człowieka! Praw, których domagają się wszystkie ludy. W tym siła! Nie orężem mamy my, Polacy, strzec Europy, być waszym przedmurzem przed barbarzyńską Rosją, ale promieniowaniem równości społecznej, tej uniwersalnej misji ludzkości! Dzieląc prawa po równo, od chłopa, od robotnika wzwyż. Takie jest moje Towarzystwo Demokratyczne! Wy, panowie, usłyszcie, czym kipi dzisiaj Paryż! Polacy tułacze, prości żołnierze czy generałowie — wszyscy są między sobą równi w obliczu wspólnego nieszczęścia! Wszyscy ceniący prawdziwe dobro przyszłej Polski jak jeden mąż zrzeszają się pod sztandarem demokracji i wolności!

— Czyżby? — przerwał mu Szyrma i Gurowski zrozumiał, że jeśli ktoś może mu tu popsuć wystąpienie, to wyłącznie drugi Polak. Jański robił miny, ale lojalnie milczał. — Tak ceniony w Londynie generał Bem ma o pańskiej działalności odmienne zdanie.

— Generał Bem mnie nienawidzi i co napiszę, to w paryskich dziennikach mi odpowiada — prychnął w jego stronę Gurowski. — A ja mam obywatelskie prawo do krytykowania. Do wytykania błędów i po nazwisku wskazywania winnych. A to brak dobrych generałów zgubił naszą sprawę! Ochota była, serce było! Ja sam ukułem hasło „Za wolność waszą i naszą”…

— Joachim Lelewel mówi, że on to wymyślił — kwaśno odpowiedział Szyrma.

— Był przy tym, ale ja wymyśliłem! Bo to moja idea! Wolność dla wszystkich narodów! „Od każdego według jego zdolności”, jak mawiał wybitny myśliciel Saint-Simon z taką wprawą tu, na Wyspach, reinterpretowany przez Owena! Społeczeństwo musi się zmieniać i przekształcać, by nadążyć za zmianami wynikłymi z rozwoju przemysłu! Toż już przywołany Saint-Simon wyznaczył Wielkiej Brytanii jako prekursorce nowoczesnego przemysłu wiodącą rolę w tej rewolucyjnej przemianie! I teraz ja jako Polak i ja jako Europejczyk mówię wam, szlachetni panowie z Izby Gmin i Izby Lordów: skoro Wielka Brytania ma być prekursorką Nowej Europy, to Polacy mogą być jej uzdrawiającą siłą. Ale warunkiem, bez którego nie może być Polski, jest to, by podeptać Święte Przymierze. Polska — tak, ale w granicach przedrozbiorowych! Każdy, powtarzam, każdy, kto zgadza się, by Polsce przywrócić jedynie te cienie praw, jakie dyktował Traktat Wiedeński, jest zdrajcą. I wołam o to ja, Adam Gurowski, który zawsze idę w awangardzie tak, jak w trzydziestym roku, w listopadzie!

Gurowski był w swym żywiole. Mówił tak jak setki razy na wiecach. Widział, iż Jański zakrył twarz rękoma, widział lorda Somerseta nabierającego w policzki powietrza, Krystyna Szyrmę poczerwieniałego z wściekłości, niewzruszonego Hamiltona, zaciekawionego dziennikarza „Timesa” za jego ramieniem. Widział niepomiernie zdumionego pułkownika Evansa i wreszcie oszołomionego lorda Dudleya Stuarta.

— Tu, na Zachodzie, pióro uczonego i publicysty więcej gnębi despotów niż bagnety w walce! Użyjcie swych piór dla naszej sprawy, a lud niech czyta i budzi się ze snu! A skoro jesteśmy przy kwestii bagnetów. Przecież nie raz słyszałem, jak mówicie, iż żołnierz polski, a zwłaszcza polski oficer jest wart setkę innych. Pułkowniku Evans, czy to nie pan mówił: „Polacy strzelają perłami”? W szeregach Towarzystwa Demokratycznego są sami żołnierze! Oficerowie i generałowie nawet, ale zwłaszcza żołnierze! Dość targów między rządami. Anglia i Francja kombinują, jak tu użyć polskiego żołnierza, Czartoryski wciąż wynajduje nowe konflikty na świecie i tam by legion polski posyłał! Nie tędy droga, panowie lordowie! Kwestią bowiem jest to, nie dokąd naszych wybornych żołnierzy posłać, lecz jakiej będą służyć sprawie. A ta jest jedna: wolność, równość, demokracja!

W ciszy, jaka zapadła, usłyszał szept Krystyna Szyrmy, po polsku:

— Za głupstwo, któreś pan właśnie popełnił, wdzięczny ci będzie car Mikołaj.

Campbell zamknął obrady, mówiąc, iż planowana dyskusja już się odbyła, podczas wystąpienia pułkownika Evansa. Członkowie Towarzystwa wstawali bez słowa, by szybko wziąć po kieliszku brandy. Już szeptali ze sobą po bokach. Nieśmiały Dickens poprosił tylko, by przeliterować mu nazwisko do protokołu.

— Mieszkam w Furnival’s Inn, może dokończymy dyskusję później? — zaproponował Gurowski.

— Ja także wynajmuję tam pokój — powiedział Dickens, umykając wzrokiem — ale moja osoba w niczym nie przysłuży się pana sprawie. Musiałby pan dotrzeć do Harry’ego McGonagalla, tego z „Timesa”, a on właśnie wychodzi z lordem Hamiltonem. Przepraszam.

Evans i Dudley stali z boku, wyraźnie dystansując się od Gurowskiego. Jański ciągnął go na zewnątrz.

— Nic tu po nas. Ukłoń się i wychodzimy.

Gdy znaleźli się na dusznej Duke Street, która zdawała się oddawać ciepło zgromadzone w kamiennych murach za dnia, oddawać je wraz z kurzem, smrodem końskich odchodów, dalekiego rynsztoka, wraz z całym brudem wyziewów wielkiego miasta bezwstydnie niezważającego na spacerujące pod koronkowymi parasolkami damy, Jański wybuchł:

— Adamie, jak mogłeś?! Gdy oni wyrażają zachwyt nad naszą armią, wyszkoleniem, oficerami, ty przeszedłeś prosto do targu! Mówiąc, że Czartoryski kupczy polskim żołnierzem, ty wystawiłeś go na aukcji, tak? „U mnie w Towarzystwie sami żołnierze! Kto da więcej?” Adamie, objawiłeś się diabłem. Tak, Asmodeuszem w niebieskich binoklach, jakim przedstawiał cię Czartoryski! Potwierdziłeś w ich oczach, że Polak to jakobin, radykał i nie daj Bóg socjalista. A prosiłem i błagałem: pamiętaj, jacy są Anglicy! Despotyzm nie, ale socjalizm po dwakroć nie! Przekreślić historyczne podstawy do trzymania się Polski? Spaliłeś sprawę, przyjacielu, tyle ci powiem. — Jański potrząsnął głową i oddalił się bez pożegnania.

Sankt Petersburg, siedziba III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, sierpień 1833 r.

Naprzeciwko pałacu Michajłowskiego, w budynku nad rzeką Fontanką, nazywanym „domem przy Moście Łańcuchowym”, w siedzibie III Oddziału Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości, zwanej czasem „tajną kancelarią” lub po prostu „tajną policją rosyjską”, siedzieli jej szef i jego zastępca, Aleksander Benckendorf i Leoncjusz Dubelt. Obaj w randze generałów, choć o ile Benckendorf, wychowanek szkoły wojskowej, nosił z dumą mundur paradny na co dzień, o tyle Dubelt nie wkładał go nigdy. Korzystał z przywileju, jakim była funkcja zastępcy szefa tajnej policji, i ubierał się wyłącznie po cywilnemu, w dodatku z wyszukaną elegancją. Stała też za tym jego cicha umowa z szefem, Benckendorfem, z czasów, gdy obaj tworzyli zręby III Oddziału, jego myśl przewodnią i filozofię służby. Skoro bowiem do zadań kancelarii należała całość spraw związanych z jak najszerzej rozumianą kontrolą obywateli i bezpieczeństwem Imperium, to dobrze było wysłać obywatelom sygnał: Jesteśmy wszędzie i wszystko nam wolno, nie znacie dnia i godziny, czuwamy nad wami jak armia i wchodzić możemy w wasze życie jak cywile. Tak więc Dubelt pod nienagannie skrojoną kamizelką i surdutem nie krył się, a wręcz przeciwnie! Wypełniał jedynie swą misję.

— Jak podróż, Leoncjuszu? — zagaił Benckendorf zastępcę, siedząc za swym ukochanym, wielkim mahoniowym biurkiem zdobionym w rzeźbione łby polarnych niedźwiedzi.

— Wybornie! Poczyniłem jednak kilka intrygujących spostrzeżeń. Moje nazwisko, tak zresztą jak pańskie, Aleksandrze, nie sugerowało w Paryżu Rosjanina. Tym samym doświadczałem dwóch różnych przyjęć. Pierwsze, gdy wchodziłem do hotelu lub siadałem w restauracji, naturalne, uprzejme i grzeczne, nazwałbym je naturalną reakcją na człowieka z naszej sfery. Drugie zaś, gdy meldowałem się lub w rozmowie wspomniałem, iż jestem Rosjaninem. To powodowało natychmiastowe ochłodzenie relacji, a nawet opuszczenie mego stolika przez gości, Francuzów, naturalnie. Cóż za egzaltowany naród. Ale spotkanie z prefektem francuskiej policji, panem Henrim Gisquetem wypadło świetnie, powiem nawet: wybornie! Francuska policja wie, iż w jej dobrze pojętym interesie jest inwigilowanie środowisk polskich uchodźców. Gisquet to stara szkoła Josepha Fouche! Najlepsze czasy francuskiej policji politycznej, oni naprawdę wiedzą, jak to robić. Czy pan wie, Aleksandrze, że prefekt zatrudnił na stanowisku kierownika wydziału kryminalnego dawnego kryminalistę, niejakiego Eugene’a Vidocqa? Nieprawdopodobne, czyż nie? Korzystać z usług kogoś, kto zna przestępców niemal po imieniu. Wracając do naszej sprawy, wprawdzie prefekt Gisquet przyznaje, iż spośród Polaków trudno mu werbować agenturę, lecz z racji na ich liczbę w Paryżu i tak są to wielkości satysfakcjonujące.

— Podzielą się agentami?

— Agentami się nie podzielą — Dubelt płasko rozciągnął usta w czymś, co świetnie udawało uśmiech — ale wynikami ich pracy, owszem. Możemy złożyć zapotrzebowanie na informacje dotyczące poszczególnych Polaków lub środowisk, które nas interesują wyjątkowo.

— Zatem wszystkie. — Benckendorf sięgnął po koniak i zreflektował się, że pije sam. — Leoncjuszu? Pozwolisz?

— Odrobinę. Proponuję metodę drabinkową, by nie przestraszyć Francuzów. Dadzą nam coś, poprosimy o dwie następne informacje wynikające z pierwszej i trzecią nową. I tak dalej.

— Akceptuję — kiwnął głową Benckendorf.

— Uważam jednak, panie generale, że powinniśmy nabrać rozmachu w sprawie ulubionej przez nas obu broni.

— Agenci wpływu? Mamy ich.

— Teraz jest czas, by przyspieszyć ich działania. Zintensyfikować.

— Nie przesadzasz, Leoncjuszu? To najdroższa część naszej pracy.

— Ja wiem, że taniej kosztuje zwerbować agenta, przeszkolić, wysłać do Londynu czy Paryża, by tam wmieszał się w szeregi emigracji polskiej, ale sam policz, takich mamy w tej chwili ze trzy dziesiątki w samym Paryżu, kilku jeszcze na szkoleniu. I co? Co z tego, że oni nam donoszą, co się gada w Towarzystwie Demokratycznym, na spotkaniach weteranów czy na kolacjach u Czartoryskiego?

— Nie postponuj ich pracy! Oni znoszą nam informacje jak pszczoły nektar do ula! — Benckendorf uniósł się.

— Nie śmiałbym! — Na twarzy Leoncjusza Dubelta odbiło się szczere zaprzeczenie. — Ja tylko mówię, iż teraz czas na ofensywę prasową. Musimy zmienić oblicze Rosji w oczach zachodnich czytelników, przebić się nazwiskami świetnych publicystów do opinii publicznej na Zachodzie!

— W Paryżu mamy genialnego księcia Elima Mieszczerskiego, sieć wpływów, jakie stworzył wśród publicystów francuskich, jest nieoceniona! Balzak bywa u niego na przyjęciach! W Wiedniu mamy świetnego Karola Schweitzera. W Londynie jest moja siostra, Dorothea Lieven. Nie zaprzeczysz, że podbiła angielskie salony…

— …i alkowy!

Benckendorf zaśmiał się.

— Gorąca krew Dorothei! Cóż ona poradzi, że mężczyźni na stanowiskach tracą dla niej głowę…

— …a ona z tej ich atencji czyni użytek w słynnych „zielonych listach” do cara Mikołaja. Czy to prawda, że car, czytając listy pańskiej siostry, każe wyjść nawet adiutantowi?

— Prawda — z dumą potwierdził Benckendorf i zasępił się — choć nie wiem dlaczego sukcesy mojej siostry przypisuje sobie głównie nasz minister spraw zagranicznych.

— Wyślijmy do Paryża Jakowa Tołstoja — nieoczekiwanie mocno poprosił Dubelt. — Jest już gotów. Jego pióro odświeży paryską prasę. I będzie nasz!

— Zastanowię się — wymijająco odpowiedział Benckendorf i zanurzył usta w koniaku.

Dubelt przez chwilę milczał. Wahał się, czy warto teraz poruszać temat, na którym zależało mu najbardziej, czy przypadkiem nie trafił na zły dzień przełożonego. Zwyciężyła ciągota do ryzyka.

— Skoro doszliśmy do porozumienia w kwestii agentów wpływu — zaczął mówić tym głosem, który tak lubił jego zwierzchnik, głosem pokornego Leoncjusza Dubelta — chciałbym zapytać pana, drogi Aleksandrze, jaka jest pańska opinia o praktykowanej w islamie postawie takijja?

— Czego? — szczerze zdziwił się Benckendorf.

— Takijja, inaczej ketman, czyli muzułmanin, który może się zaprzeć i wyrzec wiary w Allacha, w istocie pozostając mu wiernym. Korzystają z tego w sytuacjach przymusowych, gdy przebywają wśród niewiernych i mogłaby im grozić śmierć z powodu wyznania. Koran na to zezwala.

— Zaprzaństwo? — skrzywił się Benckendorf.

— Pozorne. Niektórzy praktykują ketman latami, w głębi duszy będąc jednocześnie najgorliwszymi z wyznawców.

— Do czego zmierzasz? Chcesz przejść na islam?

— Proszę nie żartować, panie generale! — Dubelt uniósł w górę swój kieliszek. — Świat bez koniaku mnie nie pociąga. Zastanawiam się nad nową koncepcją pracy z agentem…

— Przecież to pomysł stary jak historia naszej służby.

— Owszem! Cieszę się, że tak to pan postrzega. Myślę jednak o pójściu dalej niż wprowadzenie do środowisk polskich zwerbowanych przez nas ludzi. Myślę o grze w grze.

— Podwójna agentura to klasyczny wynalazek — żachnął się Benckendorf.

— Dlatego nie ją mam na myśli. Wyobrażam sobie człowieka niepospolitego, wybijającego się walorami umysłu, charyzmatycznego, który byłby dla Polaków wręcz symbolem ich zrywu…

— Wybacz, Leoncjuszu — Benckendorf najwyraźniej dosyć miał już rozmów — ale nie. Ja rozumiem, do czego zmierzasz, lecz to islam musi się uczyć od nas, a nie my od islamu. Taka jest cywilizacyjna kolej rzeczy.

A zatem nic nie rozumiesz, drogi Aleksandrze — pomyślał Leoncjusz Dubelt. — Myślisz utartymi schematami, zbyt utartymi jak na szefa tajnej służby. Ale ja jestem zastępcą doskonałym, więc ci o tym nie powiem, bo twoja ignorancja czyni moje pole działania niewidzialnym, a to w naszej pracy jest najważniejsze, prawda?

— W naszej pracy najważniejsza jest systematyczność — ciągnął Benckendorf. — O co cię prosiłem?

— Bym prześwietlił Towarzystwo Demokratyczne Polskie. — Dubelt ułożył dłonie na kolanach jak uczeń.

— Tak jest. Zamiast śnić o ketmanie, zajmij się lepiej Gurowskim.

— Już się zająłem — powiedział Leoncjusz Dubelt, po czym wstał i z nienagannym uśmiechem skłonił się przełożonemu.

Paryż, grudzień 1834 r.

Ołowiane chmury wisiały nad Sekwaną. Adam Gurowski wlókł się przez Point Neuf, mając mglisty zamiar pójścia na Boulevard du Temple, zwany przez tutejszych „Bulwarem Złoczyńców”, po to by wejść na widownię któregoś z tamtejszych teatrzyków i utopić rozgrzaną głowę w pierwszej lepszej tandetnej opowieści o zdradzie, miłości i nienawiści po grób. Nie mógł czytać, jedyne oko piekło go i bolało, łzawieniem reagując na druk. Przez ostatnie miesiące nadwerężył je ponad miarę, pisząc bez ustanku, wreszcie skończył i gdy dzieło tych katorżniczo ciężkich dni było gotowe, gdy La verite sur la Russie et sur la revolte de provinces polonaises ukazało się, zrozumiał, iż jego męka zamiast dobiec końca, dopiero się zaczyna. Nie potrafił się na niczym skupić, jeśli nie podawał swemu umysłowi pożywki. Musiał coś robić, a gadać z nim, od ukazania się jego broszury, nie chciał nikt.

Wbił pięści w kieszenie ukryte w fałdach płaszcza, nacisnął głębiej cylinder i szedł przed siebie. Mijali go gazeciarze wracający z pracy z pustymi torbami. Jak mógł być tak naiwny, by sądzić, że znajdą się odważni, którzy mu przyklasną? Którzy zrozumieją idee, o jakich pisze? Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, a co dopiero wśród tej skłóconej emigracji! Hipokryzja, zakłamanie i fałsz, ot, co! Splunął, bo od goryczy w ustach poczuł się niedobrze. W nozdrza wpadł mu kwaśny zapach wina i ciepła woń jagnięcej pieczeni. Uniósł głowę. „Wesoła Bigotka” stało na drewnianym szyldzie. Niech będzie. Wszedł.

— Pół litra domowego i coś na ciepło! — rzucił do kręcącej się za szynkiem korpulentnej damulki i mrugnął, na co ta odpowiedziała mu szerokim uśmiechem.

Parsknął rozbawiony. Nie mrugał, by ją kokietować. Mrugał, bo oko zaszło mu łzami po wejściu do ciepłego wnętrza. Zdjął cylinder i rozejrzał się za wolnym stolikiem. Znalazł całkiem spory, w rogu sali. Oberżystka po chwili postawiła przed nim szklankę i dzbanek wina.

— Tyś jest wesoła bigotka? — zagadnął ją, rzucając okiem na mocno przebrzmiałe wdzięki.

— Nie. Ja jestem właścicielką lokalu — prychnęła wyniośle. — A ty co? Głodny i nienasycony?

— Wystarczy pieczeń i wino — zakończył wymianę uprzejmości. Czy ludzie zawsze muszą opatrznie rozumieć jego intencje?

Zamarł. Usłyszał ludzi rozmawiających po polsku. Samo to nie było niczym dziwnym w Paryżu, ale on rozpoznał jeden głos.

— Niech Pan nasz pobłogosławi wino, które pić będziemy, i chleb, którym się przełamiemy za chwilę…

Adam odwrócił się jak oparzony.

— Bogdan? Jański, przyjacielu, to ty?

Przy stole schowanym za filarem siedziało czterech mężczyzn i jednym z nich musiał być Jański, wszak Gurowski poznał jego głos. Ale albo chore oko płatało mu figla, albo coś dziwnego stało się z Bogdanem.

— Niezbadane są wyroki boskie i Pan ma prawo poddać nas i tej próbie — powiedział Jański do swych towarzyszy, a następnie wstał i zrobił krok ku Gurowskiemu. — Tak, Adamie, to ja.

— Już nie jadasz w najtańszych niemieckich jadłodajniach? Mówiłeś, że lubisz ich tłustą kuchnię. Nie poznałem cię! Wyglądasz jak… — Gurowski szukał słowa — …jakiś apostoł?

Bogdan Jański, z którym dwa lata temu bawił się U Alice w Londynie, korzystając z uroków bezpruderyjnych rudych Angielek, nie mógł być tym samym Jańskim, który stał teraz przed nim. Długie włosy spadały mu na ramiona, jedwabista i równie długa broda postarzała go. Ubrany był w jasną, płócienną koszulę wyłożoną na spodnie, w czym jako żywo przypominał pańszczyźnianego chłopa. Na szyi zaś miał coś, co mogło być różańcem. Adam odruchowo spojrzał na jego stopy, sprawdzając, czy nie jest bosy. Ale nie, buty miał.

— Dziękuję, że dostrzegasz przemianę — spokojnie odpowiedział Jański. — Owszem, czuję się apostołem pielgrzymstwa polskiego.

— Ach, ty i ten Mickiewicz — machnął ręką Gurowski i zatrzymał ją w powietrzu, bo zdał sobie sprawę, że znad stołu patrzą na niego surowe oczy. Boże, znał tych ludzi! Kajsiewicz, Domeyko i Semenenko! Wszyscy oni, a ten ostatni na równi z Jańskim, to byli wybitni ludzie socjalizmu, saintsimoniści z umysłami ostrymi jak brzytwy! Co im się stało?

— Z wiadomych ci powodów nie możemy przyjąć zaproszenia od ciebie, ale proszę, siądź do naszego stołu — powiedział Jański, mimo iż Semenenko syknął.

Gurowski jak zahipnotyzowany wziął swój półmisek, dzban wina i przesiadł się.

— Co z wami? — zapytał, ostrożnie upijając łyk wina.

— Zmierzamy do duchowego przełomu — odpowiedział Jański.

— O, to coś nas łączy, bo ja go właśnie dokonałem! — roześmiał się Gurowski i wychylił więcej.

— Jak możesz nazywać to, coś uczynił, duchowym przełomem? — Oczy Jańskiego zapłonęły niebezpiecznie.

— To ty użyłeś tej nazwy — wzruszył ramionami Gurowski. — No, w końcu siedzimy przy jednym stole, prawda, bracia? Tak teraz do siebie mówicie?

Jański pobladł, na jego czole pojawiła się bruzda i Gurowski pomyślał, że do tej pory o takich przemianach czytał jedynie w powieściach.

— Adamie! Postąpiłeś haniebnie. Uczyniłeś grzech kainowy, ale nawet dla ciebie może nie być za późno — Jański zawiesił głos, wpatrywał się w niego, aż szepnął: — Łotr na krzyżu, gdy uczynił akt skruchy, został dopuszczony do Królestwa Niebieskiego.

— Nie żartuj! To, że siedzimy w Wesołej Bigotce, tak cię rozbuchało? Napisałem La verite sur la Russie, bo takie jest moje wyznanie wiary! Tak. „Prawda o Rosji i buncie polskich prowincji”, tak właśnie myślę!

Młodziutki Semenenko o niezwykłych, niemal bursztynowych oczach zawrzał:

— A czy prawdą jest, że starasz się u cara o amnestię? Odpowiedz!

Gurowski skrzywił się. Co ma im powiedzieć? Że pragnie amnestii jak niczego innego? Że bez niej nie odzyska ani skrawka majątku? Że chce wyjechać do kraju? Przecież pożrą go tu żywcem.

— Nie otrzymałem jej — odpowiedział wymijająco.

— Ile ci zapłacili za słowa tak plugawe? — wyrywał się do niego Semenenko. — Jak ci to mogło przejść przez usta? „Polska trupem w ostatnim stadium rozkładu”! Chryste, zlituj się!

— Czy ty wiesz, Adamie, ilu młodych ludzi masz na sumieniu? — Starał się panować nad głosem Jański. — Czytają twoje „objawienia” i myślą: „Ach, to ten Gurowski, co porwał nas w listopadzie do rewolucji! Może nadal trzeba iść za nim? To przecież ten Gurowski, którego w Paryżu czyta się i cytuje”. Ilu młodych straci Polska przez ciebie? I jak wielkie straty uczyniłeś naszej sprawie we Francji? Twoje nazwisko opinia europejska zawsze łączyła ze sprawą polską, a ty na nią nagle naplułeś!

— Publicznie wyrzec się polskości i ogłosić Moskalem? — Kajsiewicz mówił spokojniej, ale wzgarda w jego głosie była bezgraniczna. — Tyś zawsze był wariat, Adamie. Ale nigdym nie pomyślał, że z ciebie taki zdrajca!

— Jański — syknął do Bogdana Gurowski — uważnie czytałeś? I wy, apostołowie, nagle objawieni! Kto, jak nie wy, powinien zrozumieć moją myśl? Wszak znacie Saint-Simona na pamięć, chyba że?… Może wraz z zapuszczeniem bród i włosów pamięć dawnych fascynacji wam odeszła? To wy jesteście zaprzańcy socjalizmu! Ja wierzę weń głęboko, dlatego napisałem „Prawdę o Rosji”! Dlatego musiałem wyrzec się polskości, a niech was!

Wypił duszkiem wino ze szklanki i dolał sobie natychmiast. Pociekło mu po palcach. Oblizał je. Zaczął im tłumaczyć spokojnie:

— Jakąż wartość ma istnienie Polski dla wielkich interesów ludzkości? Lub w czym ma przeszkodzić jej zniszczenie? Rosja czy Polska? Które z nich lepiej odpowiada postępowej cywilizacji państw? Ale odpowiedzcie szczerze! Albo przynajmniej pomyślcie — dodał po chwili, bo odpowiadał mu mur milczenia.

— To nie małe zaściankowe narodowości, ale wielkie państwa są niezbędne dla postępu rodzaju ludzkiego! — próbował przebić się do nich. — Zresztą, by wzmocnić pień, trzeba poświęcić część konarów drzewa! Dzisiejsze państwa znikną zupełnie lub zostaną zredukowane w przyszłości do pewnej małej liczby, pod auspicjami idei, być może dzisiaj nieznanej, która będzie wyrażała ducha dziejów! Czyż to nie wydaje się wam oczywistym?

— Koncepcja ponadpaństwowej unii jest bzdurą, Adamie. To się nigdy nie ziści — spokojnie odpowiedział Jański — bo narody istnieją przez wspólnotę doświadczeń i wiary, musi je łączyć cierpienie, doświadczenie, jak kiedyś, gdy nowoczesna Europa powstawała po najeździe Hunów. Rosja to Hunowie XIX wieku! A ty złożyłeś jej hołd na piśmie, pseudonaukową argumentację dominacji…

— Może i piszę o Rosji — wszedł mu w zdanie Gurowski — ale to Azję Środkową wyznaczam na kraj, gdzie dopełnić ma się misja przyszłości. Tam wyznaczyłem pole wybrane przez Opatrzność do prac cywilizacyjnych ze strony rosyjskiego narodu! Mnie, jako naukowca, interesuje proces!

Jański uderzył w stół, aż szklanka Gurowskiego podskoczyła i przewróciła się na sękatej ławie. Adam podniósł ją natychmiast i zacisnął na niej palce, jakby chciał się jej przytrzymać.

— Czyś ty zmysły postradał? — Jański niemal krzyczał. — Kto pozwolił ci się stawiać w roli Boga i wyznaczać role, misje i pola działania? Adamie! Jak ta twoja awantura z „Prawdą o Rosji i buntem polskich prowincji” wypada na tle twoich czynów? I wreszcie, jeśli już musiałeś szukać „kraju przyszłości”, to czemuś wybrał żandarma Europy, Rosję? Choćby Prusy! Tam masz rodzinę, czemu nie Prusy? Anglia, poznałeś ją trochę, to idealny „kraj przyszłości”! Potęga cywilizacji… Czemuś postawił na Rosję?…

Milczący dotąd Domeyko nie wytrzymał i odezwał się gniewnie:

— Skoro miałeś takie plany, skoro naprawdę chciałeś wydać to okropne dzieło, to po coś na Czartoryskiego najeżdżał wiosną? Po coś wywołał tę wielką burzę wokół starego księcia? Ja go nie bronię jako polityka, ale pytam o ciebie, o twoją moralność, jako człowieka! Ty byłeś duszą „Aktu z Poitiers”, który oskarżał arystokratów, że tylko dlatego negocjują dług Królestwa Polskiego z księciem Druckim-Lubeckim, by sobie amnestię załatwić! Zebrałeś tysiące podpisów i nie wstyd ci? Cały ród Czartoryskiego wyklęliście, a teraz co? Jak się czujecie, skoro starego księcia car na śmierć skazał i wyrok ogłosił za jego udział w powstaniu? Czartoryski skazany, a ty do ambasady rosyjskiej idziesz po amnestię? Ślepcem być trzeba, by nie widzieć w „Akcie z Poitiers” rosyjskiej prowokacji, której stałeś się ramieniem!… Boże, zmiłuj się!

Szklanka z winem zadrżała w ręce Gurowskiego. Zacisnął zęby.

— Kim ty jesteś, Adamie? — zapytał Jański. — A może ty masz za zadanie rozbijać emigrację? Jak można na ciebie inaczej patrzeć? Rozbiłeś Komitet Narodowy Polski, teraz Towarzystwo Demokratyczne, które sam założyłeś. Gdzie się pojawisz, siejesz wiatr.

— Nie rozbiłem Towarzystwa Demokratycznego — burknął Gurowski i sam usłyszał, że odgryza się jak dziecko. — Odszedłem z niego, bo nie spełniło pokładanych w nim oczekiwań. Przecież nie po to założyłem pismo „Przyszłość”, którego jestem jedynym autorem, redaktorem i wydawcą…

Jański wyciągnął w jego stronę otwartą dłoń. Dotknął palców Gurowskiego. Tego było za wiele. Tama wznoszona miesiącami pękła. Adam popłakał się.

— Bogdanie, ja po prostu przejrzałem na oczy… Po to wydawałem „Przyszłość”, by budować nową Polskę, kraj ludu, i nagle zrozumiałem…. że nie da się wyzwolenia Polski pogodzić z teorią socjalizmu… — Łzy leciały mu ciurkiem z jedynego oka. Drugie, zarośnięte, zostawało puste. Zdjął binokle i położył je na stole. Szlochał.

— Tak, utraciłem wiarę w odrodzenie Polski… Nowej nie będzie, a starej nie chcę!…

Poleciało mu z nosa. Szukał chustki i nie znalazł. Wytarł nos rękawem.

— Do wszystkiego trzeba podejść bez sentymentów, nawet do spraw zasadniczych. Gdy zacząłem sprawę badać naukowo, doszedłem do wniosku, że Polska jest przyszłości niepotrzebna z punktu widzenia uniwersalnego postępu. Tak — siorbnął — z tego punktu widzenia Polska nie istnieje.

Gurowski chciał uchwycić dłoń Jańskiego, ale ten zabrał rękę.

— Wiesz co? — powiedział do niego Jański tym samym głosem, którym rozmawiali przed laty. — To te emigracyjne masy, którymi tak pogardzasz, są lepsze od twego zaprzaństwa i wyższą okazały moralność. To one nie dadzą się podzielić, a ja je będę w duchu chrystusowym jednoczył. Bo masy nie odstąpią od polskości, a twoja apostazja zamiast nas rozbić, wzmocni. Długo nosiliśmy się z zamiarem przejścia od życia świeckiego do sakralnej służby Bogu i Ojczyźnie. Twoja zdrada pchnęła nas do czynu, bo świat musi być w równowadze. Byłeś kiedyś piewcą wolności „waszej i naszej”. Teraz stałeś się wyrzutkiem. Apostatą. Diabłem wcielonym. Ale ja widzę w twym grzechu jasność. Nie dla ciebie, Adamie. Ale dla Polski.

CZĘŚĆ II

A jeśli kto z Was powie: Oto jesteśmy pielgrzymowie bez broni, a jakże mamy odmieniać porządek w państwach wielkich i potężnych?

Kabul, Bala Hizar, rezydencja Dosta Mohammada Chana, 24 grudnia 1837 r.

Kolacja dobiegała końca, gdy słudzy wnieśli misy rodzynek, daktyli, suszonych moreli i fig. Choć poruszali się bezszelestnie, płomienie lamp oliwnych ugięły się w nagłym ukłonie, tworząc na pokrytej mozaiką ścianie osobliwe widowisko podwójnych cieni. Słudzy zniknęli równie cicho, jak weszli, zabierając ze sobą tace z niedojedzonym pilawem i zostawiając prócz owoców jedynie czarki i dzbany z herbatą. Na miękkim perskim dywanie siedziało naprzeciw siebie dwóch Europejczyków, na oko w podobnym wieku, koło trzydziestki. Gospodarz, Alexander Burnes, w luźnym stroju przepasanym jedynie barwnym pasem, zdjął z głowy turban, gdy tylko zniknęła afgańska służba. Przeczesał palcami gęste, ciemne włosy i przeciągnął się.

— Kapitanie Witkiewicz — powiedział do swego gościa — uczestniczymy w najdziwniejszej kolacji, jaka odbyła się za naszych czasów w Kabulu! Nie obawia się pan podróżować w mundurze kozackiego oficera? — Przyjrzał mu się bacznie i po raz kolejny tego wieczoru pomyślał, czy jest możliwe, że spotkał go już wcześniej, w dżalabii i turbanie. Gość miał wprawdzie kasztanową, nie czarną brodę, ale w jego twarzy było coś nieuchwytnie azjatyckiego, jakby pod pozorem nienagannych manier ukrywał ciemny i nieokiełznany ton. Czy rozpoznałby go w tubylczym przebraniu?

— Nie — odpowiedział Witkiewicz, patrząc w ciemne okno za plecami Burnesa. — Jestem oficjalnym wysłannikiem cara Rosji Mikołaja I, nie wstydzę się munduru carskiego oficera i nie zamierzam się kryć. Dzisiaj wigilia Bożego Narodzenia. Jest pan chrześcijaninem?

Burnes klepnął się w pierś, wyciągnął spod jedwabnej tuniki niewielki krzyżyk i zakręcił nim z szelmowskim uśmiechem.

— A pan, drogi Iwanie Witkiewiczu?

— Mam na imię Jan.

Jan — powtórzył w myślach Burnes — choć dwa miesiące temu w obozie szacha perskiego dałeś się poznać jako Omar Bej, muzułmanin wyznania sunnickiego. Na głos powiedział jednak tonem lekkim, jakby właśnie sobie przypomniał coś miłego:

— Ach, prawda, pan jest z pochodzenia Polakiem! — Po czym włożył rękę pomiędzy stos elegancko ułożonych jedwabnych poduszek i wyciągnął spod nich butelkę brandy. Już miał ją odkorkować, gdy zatrzymał się nagle i zacisnął palce na szyjce butelki. — Pan wybaczy, jeśli pytanie moje jest zbyt bezpośrednie. Czy wielu Polaków służy carowi Rosji?

— A jak wielu Szkotów pracuje dla królowej Wiktorii? — odpowiedział pytaniem Witkiewicz i po raz pierwszy tego wieczoru przytrzymał Alexandra Burnesa wzrokiem.

— Ach… — gospodarz odpowiedział wyraźnie zakłopotanym śmiechem. — Napije się pan brandy?

— Wolałbym szkocką whisky — nieustępliwie, choć grzecznie natarł Witkiewicz.

— Prawda, jestem Szkotem — odparł Burnes, otwierając butelkę — ale z wyżyn. — Żartobliwie pogroził Witkiewiczowi palcem. — I jak cała moja rodzina, rad jestem z połączenia królestwa Szkocji i Anglii, chwalę Unię, potrafię czystym głosem zaśpiewać „Boże, chroń królową” i tak dalej. Napije się pan?

— Z przyjemnością. — Witkiewicz podsunął czarkę po herbacie, w której od razu rozbłysnął bursztynowy płyn. — Zdrowie gospodarza! — Upił łyk.

Burnes uniósł rękę do ust, ale zatrzymał swoją czarkę tuż przed toastem i wbił wzrok w swego gościa. Witkiewicz spostrzegł, że gospodarz nie wypił. Zamarł na ułamek sekundy, jakby jego umysł potrzebował błyskawicznie przetrawić informację. Czy tamten wystawia jego opanowanie na próbę tym szczeniackim gestem? Czy chce go otruć, nim dowie się, z czym jego gość przybył do Kabulu? A może już wie? Gra szpiegów, dotykanie obnażonych nerwów szpikulcem rozżarzonego żelaza. Witkiewicz przełknął brandy i z ujmującym uśmiechem podał Burnesowi swoją czarkę. Ten, bez cienia kpiny, upił łyk i oddał mu naczynie ze słowami:

— Można powiedzieć, że pijemy z jednego źródła.

— Cóż począć, skoro postawiliśmy na tego samego konia — odrzekł Witkiewicz z ledwie wyczuwalną ulgą i upił kolejny łyk brandy.

Burnes roześmiał się głośno i wypił duszkiem pół czarki.

— Proszę pić, Janie, proszę się nie krępować! Mam spory zapas alkoholu, choć nie mam pana ulubionej szkockiej. Zamówię! Kto wie, może dane nam będzie się jeszcze spotkać?

— Kto wie? — powtórzył za nim Witkiewicz, odstawiając czarkę.

— Kozacy słyną z tego, że piją wódkę szklanicami! Ach, proszę wybaczyć, zapomniałem, że pan nie jest kozakiem!

— Żołnierze każdej nacji piją na umór — melancholijnie odpowiedział Witkiewicz — bo wojna na trzeźwo jest nie do zniesienia.

— Racja. Jedynie islamscy wojownicy naszego szlachetnego gospodarza nie piją, ale idą do boju odurzeni modłami lub opium, więc wychodzi na to samo.

— Tylko bez kaca — uśmiechnął się Witkiewicz i rozpiął górny guzik mundurowej kurtki. — W moim kraju dziś wieczór śpiewa się kolędy i wierzy, że w noc wigilijną nawet zwierzęta przemówią ludzkim głosem.

Burnes nalewał kolejną czarkę brandy. Uśmiechnął się.

— Rozczulający zwyczaj, ale cóż, gdy nas to nie dotyczy, prawda, kapitanie? Dwóch wywiadowców wrogich sobie mocarstw podczas przypadkowego spotkania w nieprzypadkowych misjach. Nie możemy przemówić ludzkim głosem. Obaj jesteśmy w pracy.

— Święta prawda, ale w jednym się pan myli. Rosja i Wielka Brytania nie są wrogimi mocarstwami. — Głos Witkiewicza brzmiał odległą nutką przekory. Z uśmiechem wziął od Burnesa pełną czarkę.

Ten parsknął śmiechem i puścił do Polaka oko.

— Zatem kapitanie! Napijmy się za mój błąd!

Wypili. Przez chwilę rozmawiali o łagodnym afgańskim grudniu, urodzie kabulskich ogrodów i historii timurydzkiej twierdzy Bala Hizar. Zręcznie i po francusku, z wirtuozerią omijając wszelkie tematy, które mogłyby wywołać u rozmówcy alarm. Gdy Alexander Burnes opowiadał o swym zachwycie majestatycznym nurtem Indusu, słowem się nie zająknął, że już go przepłynął i ocenił głębokość, szerokość i spławność rzeki dla potrzeb brytyjskiej armii. Jan Witkiewicz, mówiąc o imponujących szczytach Uralu, nie wspomniał, iż osłaniał ekspedycję orenburską, która pod wodzą jego przyjaciela, Tomasza Zana, prowadziła tam badania geologiczne i odkryła na wschodnich stokach zasoby złota. Mówili jakby od niechcenia, w istocie zbierając siły, układając plan sprytnych pytań, którymi mogliby wysondować swe prawdziwe zamiary, oszacować wzajemne szanse. Równie dobrze Szkot i Polak — przedstawiciel Kompanii Wschodnioindyjskiej i orenburskiej Komisji Granicznej, Wielkiej Brytanii i Rosji — mogliby mówić po persku, turecku czy arabsku, bo obaj opanowali te języki w stopniu dla Europejczyka nadzwyczajnym. Burnes prócz tego świetnie znał hindi i narzecza indyjskie; Witkiewicz z łatwością posługiwał się paszto, dari i wszelkimi odmianami dialektów turkmeńsko-kirgiskich, ale sprawiało im przyjemność mówienie tu, w Kabulu, po francusku.

— Czytałem pana Voyage à Boukhara, gratuluję pióra.

— Dziękuję. — Burnes lubił pochwały. — A pan, kapitanie, nie myślał o wydaniu własnej książki?

Witkiewicz roześmiał się serdecznie.

— Nie. Rząd carski nie ma w zwyczaju ogłaszania wyników swych misji. Zresztą — pochylił się ku niemu poufale — przyznam się panu, że nie znoszę pisania.

— To jak pan sobie radzi z meldunkami?

— Zwięźle!

W rzeczy samej — pomyślał Burnes. — Czytałem twoje listy, wiem, że zawierają wyłącznie suche fakty.

Na głos zaś powiedział:

— Meldunki, raporty, sprawozdania! Ujemne strony pracy wywiadowcy!

— Mieliśmy nie rozmawiać o pracy — łagodnie zwrócił mu uwagę Witkiewicz.

Burnes zaśmiał się nerwowo.

— Więc o czym będziemy mówić, kapitanie? O kobietach?

— Jeśli mam być szczery… — bezradnie rozłożył ręce Witkiewicz — wolę na kobiety patrzeć, niż o nich mówić.

— Trzeba było od tego zacząć! — rozpromienił się Burnes i skinął na czuwającego w oddali adiutanta. — Mohan! Przyprowadź tancerki! Mam tu taki drobny przywilej — zwrócił się z powrotem do Witkiewicza — nasz szlachetny gospodarz, emir Dost Mohammad, przeznaczył kilka czarnookich młódek na mój, nazwijmy to, pożytek!

Wiem o tym od Mirzy Samiego Chana — pomyślał Witkiewicz i jego uwadze nie uszło, iż gdy tylko drobnym, zręcznym krokiem wbiegły kabulskie hurysy, gospodarz mimowolnie pogładził się po udzie. Dostrzegł też, że odgłos dzwonków, które miały umocowane do kostek stóp, sperlił pot na jego czole, choć w komnacie nie było za ciepło.

— Proszę się przesiąść — zachęcił go Burnes, robiąc obok siebie miejsce, lecz nie odrywając oczu od tancerek — stąd lepiej widać.

Jan Witkiewicz wstał, obszedł podwyższenie, które pełniło funkcję stołu, i powoli siadł obok Burnesa, tak by mieć go przed sobą, by patrząc na tancerki, jednocześnie widzieć swego przeciwnika. O wykraczającej poza granice przyjęte we wschodniej dyplomacji namiętności Alexandra Burnesa do kobiet wiedział, odkąd jego przełożony, generał-gubernator Perowski, zaczął wprowadzać go w tajniki misji. Potwierdzali to także liczni informatorzy, których w ciągu ostatnich trzech lat Witkiewicz zdołał zwerbować do pracy dla rosyjskiego wywiadu w całej Azji Środkowej.

Teraz wychylił się nieco do przodu, aby wydać się swemu gospodarzowi urzeczonym występem. Burnes, siedząc po turecku, kołysał się łagodnie w rytm kroków tancerek i nieznacznie poruszał biodrami. Pocierał kciukiem o palec wskazujący, jakby obracał między nimi ziarno pieprzu. Wąsy mu drżały i raz po raz, przy każdym głębszym wychyleniu tancerek, obnażał zęby. Czy nikt jeszcze nie wykorzystał kobiet jako przynęty na Burnesa? — pomyślał Witkiewicz. Przyjrzał się dziewczętom. Na pierwszy rzut oka każdemu Europejczykowi wydałyby się jednakowe, ale on już od dawna nie czuł się Europejczykiem. Czy stał się Azjatą? Nie zadawał sobie takich pytań. Twarze dziewcząt były przysłonięte, ale nie tak, jak kobiet na kabulskiej ulicy, gdzie spod nikabów, hidżabów i burek widać było jedynie oczy, choć i to nie zawsze. Tancerki miały jedynie półprzejrzyste zasłony spadające luźno na piersi, ale nie kryjące ich urody. Wszystkie należały do tego niezwykłego typu Afganek, które z reguły rozbudzają zmysły przybyszów z Europy — wysokie, smukłe, umięśnione, o prostych dumnych nosach i wydatnych ciemnopurpurowych wargach. Drobne piersi kryły pod odkrywającym ramiona wdziankiem pokrytym metalowymi płytkami, tak że wydawały dźwięki przy każdym poruszeniu. Z daleka różniły się od siebie barwą szarawarów mocno dopasowanych na biodrach. Witkiewicz widział już dużo bardziej roznegliżowane tancerki, ale nie spodziewał się, że zobaczy je tu, w pałacu cytadeli Bala Hizar, w rezydencji słynącego z surowych obyczajów Dosta Mohammada Chana. Ten bowiem trzy lata temu przyjął godność emira, ogłaszając dżihad przeciw swemu odwiecznemu wrogowi, maharadży Pendżabu Randźitowi Singhowi, i pod sztandarem świętej wojny energicznie jednoczył wokół siebie wodzów skłóconych afgańskich plemion, ale najwyraźniej surowość obyczajów była w Bala Hizar na drugim miejscu po gościnności. Zwłaszcza wobec tak cennych przybyszów jak Alexander Burnes.

Jan Witkiewicz jak nikt inny zdawał sobie sprawę, że on i jego mocodawcy są wciąż o krok za Anglikami w podskórnej rozgrywce o Afganistan. Nie zamierzał nad tym ubolewać, zamierzał działać.

Jego uwagę przykuła jedna z tancerek. Dziewczyna w zielonych szarawarach najzręczniej rezonowała z wysokim dźwiękiem rababu, na którym przygrywał smukły młody muzyk, i najwyraźniej starała się trzymać z tyłu, za swymi towarzyszkami. Dlaczego, skoro była najlepszą z nich? Czy dlatego, że Burnes przyglądał się jej intensywniej niż innym? Że patrząc na nią, zaciskał szczęki, a nozdrza mimowolnie poruszały mu się niczym u charta wietrzącego zwierzynę? Ona jedna miała nadgarstki owinięte taśmą z wzorzystego jedwabiu. Chowała coś pod nią? Niemożliwe. Poruszała dłońmi jak pozostałe, gdyby pod materią schowała najmniejszy choćby sztylet, nie mogłaby tak wdzięcznie wyginać rąk. Muzyk ostro szarpnął strunami rababu i tancerki zastygły w ukłonie z ramionami nad głową. Od ich spoconych ciał dobiegła intensywna woń różanego i jaśminowego olejku.

Mohan Lal Kaszmiri, Hindus wychowany na Brytyjczyka, adiutant Alexandra Burnesa, wyprowadził dziewczęta. Witkiewicz nie zamierzał wracać na swoje miejsce, przyciągnął do siebie jedwabny wałek, ułożył go pod plecami i rozparł się wygodnie. Tak. Tak powinien wyglądać mężczyzna usatysfakcjonowany tańcem siedmiu młodych, egzotycznych kobiet.

Burnes pochylił się i spod poduszek wyciągnął kolejną butelkę brandy. Nie pytając, nalał im obu i podał Witkiewiczowi czarkę.

— Któraś spodobała się panu szczególnie? — spytał.

Jan udał, że zachłysnął się zbyt zachłannym łykiem, otarł usta i zlizał ostre krople alkoholu z wierzchu dłoni.

— Ta w czerwonych szarawarach. Piękna talia.

— Umięśniona jak arabska klacz! — Burnes klepnął się w udo.

Arabska klacz? — pomyślał Witkiewicz z niesmakiem. A na głos powiedział:

— Lędźwie w sam raz pod kozackie siodło!

— Cały twój oddział, kapitanie, mógłby ją ujeżdżać do świtu, a i tak nie dalibyście rady oswoić tej narowistej afgańskiej bestii! — roześmiał się gospodarz gardłowo i poufale klepnął Witkiewicza w ramię.

Ten zjeżył się. Gdyby nie myśl o tym, co tu robi i co jeszcze zrobić powinien, odwinąłby się i dał Burnesowi w pysk, bo nienawidził takiego spoufalania się. Zamiast tego rozluźnił mięśnie. Tak, tak powinni rozmawiać Europejczycy w środku Azji, uwolnieni od kulturowego gorsetu. Może jeszcze wspólne obrzydliwe angielskie cygaro, nim przejdą do pikantnych pogawędek?

— Zapali pan? — Burnes wyjął metalową papierośnicę.

Janie, uważaj — przestrzegł się Witkiewicz w duchu — twój przeciwnik robi się przewidywalny, więc albo ty jego rozgryzłeś, albo on właśnie rozwałkowuje ciebie.

Sięgnął po papierosa.

— Egipskie? — spytał, zaciągając się dymem.

Burnes kiwnął głową.

— Jak się mieszka u Mirzy Samiego Chana? Nie brakuje panu wygód?

— Nie jestem wymagający. — Witkiewicz ponownie rozparł się na poduszkach. — Oczywiście, haweli pierwszego ministra nie dorównuje rezydencji Dosta Mohammada, więc nie mogę się mierzyć z panem, Alexandrze, ale znam swoje miejsce w szeregu. Przybyłeś do emira przede mną. — Wydmuchnął kółka dymu. — Rozumiem, że nie pańskiej interwencji zawdzięczam areszt domowy?

— Nie — szczerze odparł Burnes. — Mojej interwencji zawdzięcza pan możliwość wyjścia na dzisiejszą kolację. Nie mogłem sobie odmówić okazji poznania pana. Iwan… przepraszam, Jan Witkiewicz, bohater tylu naszych alarmujących meldunków. Czy mogę moim przełożonym ujawnić pańskie prawdziwe imię? Naturalnie, przecież gdyby pan tego nie chciał, nie podałby go pan. Wspólna Wigilia w Kabulu!

— Zna pan taką afgańską legendę? Powiadają, iż biblijny Kain, nie mogąc zaznać spokoju po zabójstwie brata, dotarł na pustynię, położył się z kamieniem pod głową i zapadł w sen, z którego nigdy się nie obudził. Pustynny wiatr wysuszył jego ciało, słońce przepaliło kości, aż pierworodny Adama i Ewy stał się piaskiem i częścią pustyni, na której wzniesiono starożytny Kabul. Piękna śmierć, nieprawdaż? Rozwiał się niczym pustynny pył i ślad po nim nie został.

Pół siedzieli, pół leżeli na poduszkach w cytadeli Bala Hizar na obrzeżu Kabulu, patrząc w ciemnię okna, za którym gdzieś w dali spało Kainowe miasto.

— Za co właściwie został pan ukarany, kapitanie? — zapytał nagle Burnes.

— Nie macie tego w swoich meldunkach? — zakpił Witkiewicz, wyciągając przed siebie nogi.

— Mamy, ale nie bardzo to rozumiem. — Burnes niedbale zgasił papierosa. — Kim byli Czarni Bracia? Powiedziano mi, że to terrorystyczna organizacja polska, ale, jeśli dobrze zapamiętałem, pan i inni terroryści mieliście po piętnaście lat. Jak to możliwe?

— Dawne dzieje — wzruszył ramionami Witkiewicz.

— Niech pan opowie. To nie ma żadnego związku z tym, co robimy dzisiaj, z naszą…

— Rywalizacją? — wszedł mu z słowo Jan. — Nie, nie ma.

— Zatem?

— W Rosji nie wolno należeć do tajnych stowarzyszeń. Nawet wolnomularstwo jest zabronione, ale o tym akurat pan wie. — Witkiewicz wyłapał ledwie wyczuwalne poruszenie Burnesa. — Byliśmy młodymi chłopcami z prowincji, zapatrzonymi w wileńskich kolegów, traktowaliśmy ich jak mistrzów, jak wtajemniczonych. I wydawało nam się, że świetnie rozumiemy, czym jest braterstwo. Gdy aresztowano tamtych, powołaliśmy do życia Czarnych Braci, by rozmnożyć liczbę przestępców i przez to zniwelować wymiar kary dla zatrzymanych. Nikt z nas nie sądził, że za patriotyczną poezję i kilka odezw na płotach dostaniemy karę śmierci.

— Pan zmyśla? — spytał sennie Burnes.

— Przeciwnie.

— Za patriotyczne manifesty i kilka wierszyków skazano uczniów na śmierć?

— Nie. Za przynależność do tajnych związków. Gdyby wtedy nazwał pan mój poemat „wierszykiem”, wydrapałbym panu oczy — parsknął śmiechem Witkiewicz. — Zaczynał się od „Niech jedność między nami ściśle dochowana stanie już grobowcem podłego tyrana”. Władze carskie nie mają poczucia humoru, ale przynajmniej zamieniono nam karę śmierci na aresztanckie roty.

— Dożywocie w garnizonie?

— Mniej więcej. Za rok mogę się ubiegać o zwolnienie z kary.

— Doskonała wiadomość. — Burnes podniósł się leniwie i sięgnął po brandy. — To znaczy, że za rok nie będzie mi pan deptał po piętach w Afganistanie. Napiję się za to, pan pozwoli, kapitanie?

— Proszę i mnie nalać, napijemy się razem.

Wychylili czarki. Witkiewicz podjął rozmowę:

— Bo czymże jest deptanie po cudzych piętach w naszym fachu, panie Burnes? Jest wywiadowczą katastrofą, przyznaniem się, iż kto inny jest lepszy. A skoro nie będę deptał panu po piętach, to może tym razem ja będę górą? — Mrugnął do Szkota i podsunął czarkę. — Za to chętnie napiję się po raz drugi.

— Kozak z pana! — zaśmiał się Burnes i polał. — Choć Polak. Nie żal pracować dla ciemiężyciela własnego narodu?

— Mieliśmy nie rozmawiać o pracy — uciął Witkiewicz.

— Mam znów wezwać tancerki? Czy może tylko tę w czerwonych spodniach? Choć, pan wybaczy, ona i mnie się najbardziej podobała.

— Nie respektuje pan pasztuńskich praw gościnności? Wszak tutaj gość dostaje wszystko, co najlepsze — zażartował Witkiewicz.

— Tak daleko moja asymilacja nie sięga. A strój afgański noszę przez wygodę. I przez szacunek dla gospodarzy. — Udał, że grozi mu palcem.

— Zatem którą z hurys przeznaczył pan dla gościa?

— Może pan wziąć tę w zielonych szarawarach — z przesadnym lekceważeniem powiedział Burnes i nozdrza mu zadrgały.

Więc już ją miał. Jest bardziej azjatycki, niż mu się wydaje — pomyślał Witkiewicz — chce, bym miał kobietę, którą on już zbrukał. Chce ją za coś ukarać, a mnie poniżyć w swoich i jej oczach.

— W zielonych? Nie zauważyłem tancerki w zielonych.

— Miła dla oka, nie będzie pan żałował. Mohan Lal przyprowadzi ją do pana, a potem odbierze. A Mirza Sami Chan nie powinien się nadto burzyć, że na jedną noc przybędzie mu dodatkowa mieszkanka.

— Jest pan nadzwyczaj gościnny, sir Alexandrze Burnes.

— Nie mam tytułu, panie Witkiewicz — cierpko odpowiedział Burnes.

— Nie? Zatem także i nasze służby nie są dobrze poinformowane. Albo… są poinformowane nazbyt dobrze — roześmiał się szczerze Witkiewicz. — Kto wie, co czeka pana po powrocie z misji.

Burnes poruszył brwiami i jasne było, iż „sir Alexander” wchodzi w skład jego oczywistych pragnień. Rozlał resztę brandy do czarek i podał gościowi.

— Co pan będzie robił, kapitanie, po zakończeniu carskiej służby?

Witkiewicz upił łyk, zmrużył oczy i odpowiedział pytaniem:

— A czego jeszcze nie robiłem? Przemierzyłem pieszo setki mil, konno tysiące. Latałem. Bo gdy w kazachski step uderzy wicher, to jeździec leci w górę wraz z koniem. — Wypił brandy do końca. — Wie pan co? Jeszcze nie żeglowałem, a chciałbym poczuć wolność oceanu, niezmierzoną przestrzeń morza.

— Zobaczymy się jeszcze?

— Zostanę w Kabulu tak długo, jak będzie trzeba. Prędzej czy później wszystkie drogi prowadzą na wschód.

Alexander Burnes wyciągnął rękę do Jana Witkiewicza. Uścisnęli sobie prawice może o jedną chwilę za długo.

Psków, mieszkanie służbowe przy kancelarii gubernatora prowincji, 24 grudnia 1837 r.

Szron przywarł do szyby niczym biała, zimna pleśń. Wdzierał się do pokoju, a niewielki żeliwny piecyk nie był w stanie rozgrzać wnętrza mieszkania. Gurowski przysunął fotel do pieca tak blisko, jak się tylko dało. Fotel! Nieszczęsny mebel, który pewnie był fotelem w młodości carycy Katarzyny, a dzisiaj walczył z rdzewiejącą sprężyną usiłującą przebić wyblakłą i poszarpaną tapicerkę, niczym złamane żebro skórę leżącego na ziemi jeńca. Obaj siebie warci, dwa pokrzywione karły — bezkształtny stary mebel i on, dawny hrabia Gurowski, co wielkim gestem demokraty sam siebie pozbawił tytułów i ze sztandarem „Za naszą i waszą wolność” prowadził pochód przez ulice Warszawy. Prawda o Rosji była jego intelektualnym oświeceniem, wyznaniem wiary i bezkompromisowym buntem myśliciela „nowego porządku”, ale owszem, liczył na to, że przy okazji przyniesie mu amnestię i przywrócenie majątku, bo dlaczegóż by nie? W końcu imperator nie tylko karze, ale i nagradza! W jego wypadku imperator najwyraźniej wciąż się wahał i póki co, zamiast nagrody, skierował go pod opiekę III Oddziału Tajnej Kancelarii na zabitym dechami pustkowiu w Pskowie!

Gurowski powlókł się w stronę kredensu, szukając ostatka wódki. Była tu. Była na pewno. Sam chował, a przecież w tej norze nie odwiedza go nikt, więc kto by mógł wódkę mu kraść? Była i jest. Chciwie złapał butelkę i przycisnął do piersi, wlokąc się z nią w stronę fotela.

Miał na sobie kożuch włożony na znoszony szlafrok, a szlafrok na wełnianą kamizelkę. Do tego czapka wciśnięta na uszy, filcowe buty, chroniące przed odmrożeniem stóp, nawet w domu. Miał i wełniane mitenki podarowane przez panią Pieszczurową, nadętą i pustą żonę gubernatora, której schlebiała obecność „czerwonego hrabiego” w kancelarii męża o tyle, że mogła popisywać się przed nim swoim kiepskim francuskim, a przed przyjaciółkami tym, że na zadupiu w Pskowie opiekuje się słynnym w samym Paryżu pisarzem. Słyszał, jak mówiła z wyższością: „Wywrotowiec, Nadieżdo Aleksiejewna, ale nawrócony na Rosję i cara Mikołaja gorliwy wyznawca”. I usta w ciup. A co one wiedziały o jego pismach? Czytały Le cause polonaise sous son veritable point de vue, par un Polonais? Miały choćby pojęcie o druzgocącej mocy La verite sur la Russie et sur la revolte des provinces polonaises? Te gęsi prowincji pskowskiej, żony, córki i siostry osłów w surdutach ledwie dopiętych na wydatnych brzuchach! Piekło prowincji, w której każdy udaje kogoś, kim nie jest i kim w gruncie rzeczy nie chciałby być.

— Tfu! — Potknął się o poły za długiego szlafroka, dobrze, że wódkę przyciskał do piersi.

Opadł na fotel, sprężyna zajęczała niebezpiecznie. Butelkę ojcowskim gestem umieścił w głębi fotela, sprawdził, czy dobrze zamknięta. Dobrze, dobrze. Wyciągnął ręce w stronę piecyka, chwytając w palce błogosławione ciepło. Przyłapał się na fałszu tkwiącym w tym geście. Po co mu to ciepło, teraz, gdy podjął decyzję? Po co mu namiastka czegokolwiek, skoro i tak postanowił skończyć ze sobą? Ach tak, miał napisać listy. Listy. Ciężko pisać zmarzniętymi paluchami. Przysunął drewniany stołek, który robił tu za przenośny stół do pisania.

— Cecylio, gdybym mógł rozmawiać, powiedziałbym ci jedynie, jak brakuje mi sił — wymruczał, wtórując skrzypieniu pióra po szorstkim kancelaryjnym papierze. — Nie gań mnie ani nie oskarżaj, uwierz, że życie dla mnie było bolesne… — Odłożył pióro i pomacał ręką za plecami, szukając wódki. Wyciągnął z butelki korek, który zdawał się zapleśniały, jak wszystko tutaj. Łyknął. Aż w nosie zakręciło, aż do oka mu poszło. Niebieskie szkło binokli zaparowało. Zdjął je. Odstawił butelkę, poszukał chustki i wytarł jedyne oko, jakie posiadał. Znów złapał się na hipokryzji. Po co mu dalej dbać o oko, skoro dzisiaj koniec z tym wszystkim? No tak, listy. Trzeba dokończyć listy. Pomrugał, czekając, aż wzrok mu wróci. Napił się jeszcze, tym razem ostrożniej, by nie drażnić jedynego źródła kontaktu ze światem. Odstawił wódkę, założył binokle. Jego papier i litery zawsze były niebieskie. W słońce patrzył tylko przez niebieskie szkło. Ale miejsca w niebie dla siebie nie widział, bo w nie nie wierzył. Zaśmiał się z tego i dopisał: — Nie szukaj, skąd przyszedł cios i kto mnie dobił, to ja sam jestem tego przyczyną. Żegnaj, przyjmij me ostatnie słowa — bądź matką mych dzieci i każ im zapomnieć ich nieszczęsnego ojca, który im błogosławi… — Znów odłożył pióro i zarechotał sucho. Czy wpada, by ateista błogosławił? A niech tam. Niech mają legendę, z której czerpać będą, co im się spodoba. — Ot, Cecylio, cała spowiedź przeklętego, nic więcej.

Sięgnął po nowy papier. Jeszcze trzeba do gubernatora Pieszczurowa. Co by mu tam? Trochę łzawych beknięć dla jego durnej żony i dziedzicznie paskudnych córek. Jak mu było tu dobrze, rodzinnie, jak dziękuje za pomoc i serdeczną opiekę. Podrapał się pod gryzącą wełną czapki. Może dzięki temu zapłacą dług, co już narósł u kupców? Ile tego się uzbierało? Ze czterysta rubli, jak nic. Jedna kwartalna pensja. Dopisze coś o wielkim sercu gubernatorowej Pieszczurowej, to tłusta Walentyna spłaci go na pewno. Już, załatwione. Najuniżeńszy sługa hrabia Adam Gurowski. Niech ma. Zawsze to lepiej spłacać hrabiego niż zwykłego polskiego skazańca, to będzie dla niej „takie francuskie”.

Kolejny papier. Hr. Aleksander Benckendorf, dyrektor Oddziału III Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości. Szef tajnej policji, nadzorca piekła politycznych skazańców.

— Tego Lucyfera akurat lubię — rozprostował palce — jego siostrzyczka Dorothea w młodości była ponętną suczką, dlatego bez trudu rosyjskie służby umieściły ją w łóżku premiera Greya. Że też dla mnie mój nadzorca nie miał jakiejś pięknej siostry i skazał mnie na towarzystwo Pieszczurowej! — Znów sięgnął po wódkę, ale tym razem pił ostrożnie, niemal łagodnie. — Co może być moim pośmiertnym darem dla wszystkowiedzącego Benckendorfa? Może podaruję mu parę myśli z dzieła, które nie powstanie? Tytuł wymyśliłem z wyprzedzeniem — Le civilisation et la Russie. Miało być kamieniem węgielnym wszechrosyjskiej dumy, moim wyznaniem wiary w Rosję, kraj przyszłości, ale dzisiaj sam je skazuję na śmierć, razem ze mną. Chociaż, nim mój trup ostygnie, Benckendorf wyśle tu swych żandarmów, by przeszukali mieszkanie i w zębach przynieśli mu każdy skrawek zapisanego papieru. Dwie trzecie książki gotowe. Pierwsza część, z wykładem o oryginalności Rosji, druga o jej specjalnej roli w Azji, a trzecia… nic, ani słowa! Za to spisałem nęcący szkic, co zawierać miał, wyrazistą wizję przebudowy Rosji w najnowocześniejszy kraj świata. To im dopiero będzie nie w smak! Zamiast wizjonerskich rozwiązań zostawiłem plik niepopłaconych rachunków, kwitów dłużnych. Benckendorf bystry, w lot pojmie, że gdyby docenili mój talent, gdyby złotem sypnęli, mógłbym służyć swym umysłem carowi, tak że nie tylko testament ideowy Piotra I Mikołaj by wypełnił, ale i przebiłby genialnego protoplastę rozmachem. Drogi mój szefie tajnej policji, szanowny hrabio Benckendorfie! Napiszę tak: To Rosja została wybrana przez Opatrzność, by popchnąć koła cywilizacji. Tylko Rosja stworzyć może oryginalną syntezę Europy i Azji, i wszystko, czego doświadczyła w przeszłości, od najazdów Mongołów, przez Batorego pod Pskowem i wulgarne polskie Dymitriady, do tej roli ją przygotowywało. Jeśli dawni historycy uważali, że historia ludzkości jest historią zmagań Europy z Azją, to oto nastaje czas Rosji, która kres tym walkom położy poprzez swą genialną zdolność do adaptowania zdobyczy innych cywilizacji. Tylko Rosja potrafi zrusyfikować dorobek obcych narodów, wykorzystując go do swych potrzeb i nie zmieniając własnej istoty, czyli nie ulegając wpływom innych cywilizacji, co stało się zgubą zupełną choćby Polski. Kropka. Niech to będzie moje pośmiertne przesłanie dla ciebie, Lucyferze Benckendorf. Zanęci, w głowie zakręci i pozostanie ci tylko mój trup. Dowód, że Gurowski wierzył do ostatka w Rosję i jej imperatora.

Pukanie do drzwi było nieśmiałe, ale usłyszał je od razu. W pierwszej chwili skurczył się cały, w drugiej wziął głęboki wdech i zawołał:

— Proszę wejść!

— Dobry wieczór, Adamie Władysławowiczu. Przyniosłem zamówiony medykament. — Iwanow, właściciel pskowskiej apteki, wszedł i zamknął za sobą drzwi. Na bobrowym kołnierzu jego płaszcza lśniły wielkie płatki śniegu.

Gurowski wygramolił się z fotela i podszedł do aptekarza.

— Tak jak było umówione? — spytał.

— Dwadzieścia rubli co do kopiejki — kiwnął głową Iwanow. — Może obejrzę to oko?

— Nie trzeba. Wyjazd do wód by mi pomógł, do Rewla na kurację chciałem, ale zgoda z III Oddziału jeszcze nie przyszła. — Gurowski wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Już w Paryżu doktor zalecił mi opium, przeciwbólowo. Jak się ma jedno oko i to chore, to ono lubi boleć za dwa.

Iwanow rozpiął płaszcz i przyjrzał mu się uważnie.

— Jak pan stracił oko? — spytał bez ogródek.

— Sam sobie je wydłubałem — chropawo zaśmiał się Gurowski. — Bawiłem się nożem w dzieciństwie, chciałem pokazać braciom, jaki jestem odważny, i stało się. Nas było pięciu braci, w takim gronie każdy się lubi popisywać.

— A od jak dawna dokucza panu ból tego drugiego oka? — dopytywał aptekarz.

— Odkąd widzę świat takim, jaki jest — rozeźlił się Gurowski. Nie zamawiał wizyty doktora, tylko dostawę opium. Wyjął pieniądze i podał Iwanowowi.

Ten postawił na chybotliwym stole ciemną buteleczkę Tinctura opii i zerknął na Gurowskiego.

— To czysty wyciąg, wie pan, że wolno wziąć do trzech kropel, nie więcej?

— Wiem, wiem, panie Iwanow. Dziękuję, dobrej nocy, chciałbym się już położyć. — Gurowski niemal wypchnął aptekarza za drzwi. Przekręcił klucz. Nareszcie. Dopadł butelki, odkorkował i nie czekając na nic, jakby bojąc się zmiany zdania, podniósł do ust i przechylił.

Sen opiumowy był kaskadą błogosławieństw. Jego karłowate, zgarbione ciało prostowało się i smuklało. Zdejmował niebieskie binokle, a mimo to wciąż widział świat w intensywnej, niebiańskiej poświacie. Wydłubane w dzieciństwie oko otwierało się i choć nie było w nim utraconej źrenicy, to sama możliwość poruszania powieką dawała mu siłę skrzydeł lecącego ptaka. Wachlowanie powieką nad ziejącą pustką jamą oczodołu napawało go jakąś upiorną radością.

— Czy jestem tam? — pytał w pustkę. — Czy jestem tam?

Ostatnie, co pamiętał, to że wypił dość, by zafundować sobie sen do wieczności, ale nie miał pewności, czy to, co jest teraz, to jeszcze śnienie czy już umieranie. Dzielił się, rozdwajał. Jeden on, młody, czerwony demokrata w dwudziestym dziewiątym, trzyma w dłoniach wszystkie nitki spisku koronacyjnego, linie żywotów Romanowów — Mikołaja, Konstantego i nawet imperatorowej Aleksandry Fiodorownej. Wszystko, wszystko raz-dwa-trzy miało zależeć od tego sygnału. Od niego, jego oklasku — raz-dwa-trzy i salwa. Dwudziesty czwarty maja, koronacja Mikołaja I na króla Polski, defilada, parada, och, jak Romanowowie uwielbiają parady, i stu młodych podchorążych w galowych mundurach na placu Saskim.

Drugi on, Gurowski w Pskowie, w tym podłym mieszkaniu z łaski gubernatora Pieszczurowa, przy piecyku, w objęciach starego fotela, w kożuchu, szlafroku i mitenkach od madame gubernatorowej, z piórem, które jest jego pistoletem, pisze:

Mikołaju Pawłowiczu Romanowie, z Bożej łaski Cesarzu i Samodzierżawco Wszechrusi! Kończę swe życie w Pskowie, bo wszystkie żyjące we mnie struny zostały zerwane pod wpływem miażdżących mnie okoliczności. Duszę Bogu polecam, a dzieci moje Tobie, jak i opiece szlachetnej cesarzowej. Nikogo nie winię za swój los poza mą nieszczęśliwą gwiazdą. Nie mogę dłużej żyć, gdy wszystkie me zabiegi i idee, nawet te najdroższe sercu, były niedocenione. Całą mą ambicją było służyć Tobie, najjaśniejszy cesarzu, skoro tego mnie nie wolno, pozwól, panie, mą śmierć Ci chociaż podarować — kropka, podpis czytelny, data.

Czy car wie? Ile wie o spisku? Wysocki szlachetnie brał winę na siebie, ach, Wysocki był przeciwny strzelaniu do cara, więc cóż on mógł wziąć na własne sumienie ponad szlachetne sprzysiężenie podchorążych? Ja, ja, tylko ja wiedziałem wszystko i za wszystkich. Ja, Adam Gurowski, z urodzenia hrabia, z wyboru demokrata, z rozumu apostata piekielnej, przestarzałej polskości. Mikołaju Pawłowiczu Romanowie, z Bożej łaski Cesarzu i Samodzierżawco Wszechrusi! Dzisiaj ja tobie swą opiumową śmierć dedykuję, w zamian twojej śmierci w dwudziestym dziewiątym, śmierci, od której dzieliły cię trzy moje oklaski, sygnał dla podchorążych, którzy, a nie wiedziałeś o tym i nie wiesz, mieli ostrą amunicją załadowane paradne karabiny. Komenda na koniec defilady, czworobok podchorążych wokół ciebie, twej Aleksandry Fiodorowny i księcia Konstantego i pach! Sto karabinów, sto strzałów w wasze piersi. Ukochany twój czworobok defiladowy miał być grobowcem otwartym na trzy moje oklaski. I decyzja zapadła chwilę przed — nie strzelać. A podchorążowie z ostrą amunicją w wyglansowanych paradnych mundurach Korpusu Kadetów spocone palce zaciskali, czekając na oklaski. Na sygnał, którego im dać nie mogłem, za co mnie w swej naiwnej młodości znienawidzili. Ale gdybym to zrobił? Nie posłuchał rozkazu i klasnął? Salwa rozerwałaby was na strzępy i komuż dedykowałbym dzisiaj Le civilisation et la Russie?

Owładnął nim śmiech. Śmiał się tak opętańczo, że dłoń, w której wciąż trzymał pióro, kreśliła konwulsyjne litery w powietrzu. Wykrzykniki, znaki zapytania, przecinki, przecinki. Pusty oczodół zamykał się, a pełny łzawił, poczuł duszność w piersiach, jakby mizerny piecyk Pieszczurowa wepchnął mu się cały pod szlafrok i kamizelkę.

A może to czart? Może diabły przyszły po mą duszę wreszcie? Saint-Simonie, ratuj! Po ateistę powinna przyjść czysta, klarowna nicość, a nie lęk śmiertelny pod postacią szatana, ubrany w diabli frak, ufryzowany w bokobrody i dobry filcowy kapelusz!

— Panie gubernatorze Pieszczurow — głos Leoncjusza Dubelta, zastępcy hrabiego Benckendorfa, szefa tajnej policji, brzmiał czysto — proszę natychmiast wezwać do niego doktora. Jego cesarska mość nie ma życzenia, by Adam Gurowski sam sobie odebrał życie.

Paryż, salon pani Zalewskiej, 24 grudnia 1837 r.

Rufin Jozafat Piotrowski nabrał w płuca powietrza i wraz ze wszystkimi zgromadzonymi huknął:

— Bóg się rodzi, moc truchleje! Pan niebiosów obnażony…

Zagrały w nim wszystkie Wigilie polskie, matka, ojciec, siostry, ci, których zostawił w dalekim kraju, nawet bracia klerycy i ojciec przełożony u karmelitów bosych w Wiśniczu. Zaskrzypiał mu śnieg pod butami, jakby nie miał trzydziestu, lecz trzynaście lat i znów szedł na pasterkę. Jakże mu się tego śniegu zachciało! Bardziej niż barszczu, niż klusek z makiem, bardziej niż postnej ryby. W wiecznie pustym żołądku emigranta ssało, ale nie jeść chciał. Chciał iść przez śniegi do kościoła pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, do jej drewnianej figury, na kolana padać i dziękować, że narodził się Pan. Na krótko, na jedną chwilę zamajaczył pod powiekami spowity pomarańczową poświatą śnieg spod Olszynki Grochowskiej.

— Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król przed wiekami…

Raz-dwa i było po kolędzie. Rozejrzał się wokół. Nie on jeden miał oczy zaczerwienione od płaczu. Wszyscy tu tacy sami — popowstańcza emigracja. Mieszkańcy zakładów w Levroux, Loches, Dijon, Bourges na coraz chudszym żołdzie francuskiego rządu, tym podatku od czystego sumienia, jakim Francuzi zasilali ubożejących uchodźców, których po powstaniu listopadowym wynosili pod niebiosa, a im dalej od niego, tym bardziej nie wiedzieli, co z nimi począć. Pani Zalewska, jedna z wielu zacnych kobiet emigracji, wspomagająca ich na co dzień jak nie groszem, to kolacją, zaprosiła na wigilijną wieczerzę po dwóch szczęśliwców z każdego zakładu. I oto siedzą przy wspólnym stole, łamią się opłatkiem i wymieniają nowinami, gdzie można znaleźć polskiego szewca, który tanio załata rozpadające się buty i nie weźmie za robotę jak Francuz.

— Takich pierogów, jak robiła moja babka Prądecka primo voto Sobocka, to z francuskiej mąki się nie ulepi, choćby zdechł! — zamarudził z pełnymi ustami ktoś z naprzeciwka.

— I barszczu, panie Macieju, barszczu też z tutejszych buraków się nie nagotuje takiego. Niby czerwone jak trzeba, a smak zupełnie obok! — odpowiedział mu kto inny, siorbiąc.

— Zaraz się zacznie — szepnął Rufinowi do ucha przyjaciel, Andrzej Gawroński.

I nim Rufin zdążył przełknąć, się zaczęło.

— Chleb we Francji okropny! Trociny zamiast mąki.

— Śmietana jakaś słodka, nie kwaśna, i kiełbaski niedobre.

— Masło tłuste.

— Rilletty, omlety i z cebuli zupa!

Rufin uniósł głowę znad talerza i trwożliwie zerknął ku szczytowi stołu, gdzie siedziała gospodyni. Czy słyszy? Nie, zajęta rozmową, Bogu dzięki! Jeszcze by tego brakowało, żeby zacna kobieta, która własnym sumptem wyprawiła wieczerzę, usłyszała, jak jej goście zrzędzą. Wziął się na odwagę i powiedział niby do Gawrońskiego, a głośno:

— A mnie się zdaje, że ten barszcz bardzo dobry, iście polski.

— Staropolski — dodał Gawroński.

— Pierogi w ustach się rozpływają. Cebulka akuratnie wysmażona.

Cisza. Współbiesiadnicy pojęli. Sięgnęli po półmiski i nim Rufin z Gawrońskim się obejrzeli, wokół nich na talerzach zostało tylko garnie. Mała zemsta rodaków za manifestację przy stole. A niech tam.

— Pan szanowny z którego zakładu? — zagadnął Rufina ten od „masła tłustego”.

— Z Levroux… — grzecznie odpowiedział Piotrowski.

— Ach, z prowincji! — lekceważąco skomentował pytający.

— …staram się o przeniesienie…

— Nie, nie. W Paryżu nigdzie nie ma miejsc — szybko zastrzegł rozmówca, jakby się bał, że Rufin zamieszka za ścianą obok. — Okropnie przepełnione mamy placówki. Odradzam.

— …o przeniesienie do Châteauroux — uzupełnił Rufin.

— A, to inna rzecz! Nazywam się Nowicki. January Nowicki — rozpromienił się tamten.

— Rufin Jozafat Piotrowski. I mój przyjaciel, Andrzej Gawroński. Obaj z korpusu generała Dwernickiego, zwycięzcy spod Stoczka.

— My spod generała Skrzyneckiego, spod Olszynki Grochowskiej — dumnie wyprężył się Nowicki.

— My Warszawy broniliśmy. Konserwatyści? — dopytał bezpośredni Gawroński.

— Owszem, owszem. A panowie co? Demokraci? Przepraszam… — Nowickiemu się odbiło.

— W rzeczy samej. — Gawroński nie zamierzał kryć poglądów i Rufin zmartwił się, że wigilijna wieczerza zamieni się w wojnę polsko-polską.

January Nowicki sapnął i pewnie skonstatował to samo, bo najpierw najeżył się, a potem uśmiechnął polubownie.

— No, trudno. Ale dzisiaj noc wigilijna i zwierzęta nawet, hmm…

Rufin przytrzymał pod stołem Gawrońskiego, bo czuł, że przyjaciel będzie ripostował. I byłoby tak w istocie, gdyby u szczytu stołu nie zabrzmiały oklaski. Pani Zalewska stała i coś mówiła, zapewne od dłuższej chwili.

— …i, jako że noc wigilijna jest najświętszą w naszej narodowej tradycji, jest nocą przebaczenia, pojednania i narodzin nadziei, zaszczycą nas dzisiaj swą obecnością dwaj wybitni Polacy, wyjątkowi! Tak różni w swych poglądach, spierający się na co dzień o kształt przyszłej odrodzonej Ojczyzny, dzisiaj postanowili przełamać się z nami opłatkiem i wesprzeć słowem nadziei was, żołnierzy listopadowych, was, Polaków tułaczy. Powitajmy w tych skromnych polonijnych progach samego księcia Adama Czartoryskiego, brawa!

Szurnęły krzesła, bo jeden przez drugiego zerwali się biesiadujący. Rufin i Gawroński spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. January Nowicki nabrał powietrza i sapnął:

— Nasz książę Adam! Niech żyje!

Oklaski odbijały się od luster na ścianach i kryształowych żyrandoli, gdy siwowłosy, szczupły starzec wszedł do jadalni pani Zalewskiej w asyście swych sekretarzy. Jeden z nich, przystojny czterdziestolatek, wydał się Piotrowskiemu znajomy.

— Dzisiaj książę, jutro król! — wołał pokraśniały January.

— O rany, Rufinie, on rzeczywiście wygląda jak król — z oburzeniem szepnął do ucha swego towarzysza Gawroński. — Jak stary, stetryczały monarcha bez tronu i korony…

— Ale jest w nim coś niezwykłego, przyznaj, Andrzeju — odszepnął mu Rufin. — Bardzo pański.

— I oderwany od ludu, jakby się na Księżycu urodził, a na Saturnie wychował — odpalił Gawroński. — Ten niebieski szal pod szyją? Czyż to nie wyzywające? Stroi się, jakby już był monarchą!

— Poznajesz? Ten po prawej ręce księcia to major Bystrzonowski. — Rufin w końcu odkrył, skąd zna towarzysza Czartoryskiego. — Pamiętasz, Andrzeju? Razem z nami przekraczał granicę pruską po powstaniu.

— Ach tak, przypominam sobie. To ten krakus, co lancę złamał, jak nas Prusacy rozbrajali?

— Ten sam.

Oklaski wreszcie ucichły i Czartoryski, patrząc na zgromadzonych, pokiwał głową na powitanie. Pierś pani Zalewskiej falowała, oczy zachodziły łzami wzruszenia, jakby sama wciąż nie dowierzała, że Wielki Książę wstąpił w jej skromne progi. Chciała coś powiedzieć, ale nie dała rady, rozpłakała się, a January Nowicki i jego kamraci ryknęli:

— Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami…

— A Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami!

Rufin Piotrowski pomyślał, że to świętokradztwo i choć wigilijne, to jednak nadużycie, ale nic nie powiedział, bo Gawroński był bliski wybuchu, a wszyscy ich sąsiedzi przy stole śpiewali co sił w płucach. Wreszcie kolęda umilkła i pani Zalewska odzyskała mowę.

— Drugim zaś gościem naszej wieczerzy jest polityczny oponent księcia Adama, członek Centralizacji Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, pan Ludwik Mierosławski.

Teraz z kolei Rufina Piotrowskiego zamurowało. Należał do Towarzystwa od czterech lat, ale nigdy jeszcze nie poznał osobiście nikogo z nowej Centralizacji. Gawroński wbił mu palce w dłoń.

— Słyszysz? Ty słyszysz? — I natychmiast zaczął klaskać.

Z odleglejszej od nich części stołu również posypały się oklaski, najwyraźniej, zbiegiem okoliczności, usiedli pośród konserwatystów.

— Ubodzy, was to spotkało, witać go przed bogaczami! — zaryczał natychmiast Gawroński. — A Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami!

Ludwik Mierosławski był przystojnym, dwudziestotrzyletnim mężczyzną; wszedł prosto, może nazbyt sztywno, jakby obawiając się tej konfrontacji, zresztą, zapewne słyszał burzę oklasków witającą księcia, bez wątpienia większą niż ta, która poprzedziła jego entrée.

— Czartoryski mógłby być jego pradziadkiem — z dumą powiedział Gawroński i korzystając z szumu powitań, krzyknął: — Przyszłość Polski w rękach młodych!

— Którzy nic jeszcze nie dokonali prócz tego, że kwestionują autorytety uznane na arenie międzynarodowej — wyniośle skomentował January Nowicki.

— Autorytety kanapowe! — odciął mu się ostro Gawroński. — Polska spłynęła krwią przez polityczną ślepotę waszych przywódców!

— A nie przez popędliwość waszych? — zaiskrzył January.

— Panowie, gospodyni przemawia — łagodnie upomniał ich Rufin.

Ucichli, ale pani Zalewska też skończyła. Za to, na ich oczach, Adam Czartoryski i Ludwik Mirosławski przełamali się opłatkiem. Książę zaintonował ostatnią zwrotkę kolędy:

— Podnieś rękę Boże dziecię, błogosław Ojczyznę miłą!

Zebrani odpowiedzieli zgodnym chórem i nawet Rufin śpiewał głośniej niż wcześniej, nie bacząc na to, że głos mu płata figle i nie zawsze brzmi równo.

— W dobrych radach, w dobrym bycie, wspieraj jej siłę swą siłą!

Kolacja niepostrzeżenie zamieniła się w przyjęcie. Goście wstali od pustego już stołu i przeszli do salonu. Córki pani Zalewskiej podawały wino, a każda z nich miała wpięte we włosy biało-czerwone wstążki. Potem nadszedł czas na drobne upominki dla dawnych żołnierzy.

— Dzieło pań, szlachetnych Polek, zrzeszonych w Towarzystwie Pomocy Emigrantom — oświadczyła dobra gospodyni. — Oklaski!

Rufin dostał skarpety wełniane, takie same jak w ubiegłym roku na Wigilii u majorowej Borzęckiej.

— Przydadzą się, tamte mi się na pięcie wytarły — powiedział do Gawrońskiego, któremu trafiły się chustki do nosa.

Stali pod ścianą, starając się być jak najbliżej wianuszka, który otoczył Ludwika Mierosławskiego. Przepchnąć się bliżej nie było jak, więc krok po kroku przesuwali się jedynie ku niemu, łapiąc co piąte, szóste słowo, jakie padało z najściślejszego kręgu.

— …kraj na starych zasadach odrodzić się nie może, bo życia w nim żadnego nie będzie…

— …wszystkie ożywcze soki narodu są dzisiaj na emigracji…

— …słać emisariuszy do kraju trzeba…

— …dobrą nowinę rodakom…

— …demokratyczne im dzieła przybliżać…

Rufin pociągnął przyjaciela za rękaw surduta. Gawroński syknął.

— Ostrożnie, bo rozerwiesz! — I ściszając głos, pokazał palcem. — Widzisz? Na łokciach przetarte na sito.

— To czemuś nie mówił? U mnie jest jeszcze jeden, jakby go zwęzić, byłby na ciebie w sam raz. Chętnie się podzielę.

— Dziękuję. Ale na krawca nie mam.

— Może by tak te panie z Towarzystwa poprosić? — nieśmiało zaproponował Rufin.

— …wielu pojechało, a trzeba nam jeszcze więcej posłać… — dobiegło ich od wianuszka skupionych przy Mierosławskim.

— Słyszysz? — gorączkowo szepnął Rufin. — Ja bym pojechał. O niczym innym nie marzę, jak wrócić do kraju.

— Zwariowałeś? Życie ci niemiłe?

Rufin zebrał się w sobie i powiedział twardo:

— Takie życie przestało mi wystarczać. Duszę się we Francji. I wiesz, gdybym mógł się ojczyźnie przysłużyć, to nie bałbym się zginąć.

Andrzej Gawroński zamrugał. Odstawił pusty kieliszek i dotknął czoła Rufina. Ten strząsnął rękę przyjaciela.

— Nie, nie mam gorączki, wiem, co mówię.

— Nie znałem cię takiego — wymamrotał zaskoczony Gawroński. — Myślałem, że…

— Że jestem spokojny i cichy? Bo jestem! — niemal krzyknął Rufin. — Jestem! Ale po upadku powstania ani na chwilę nie przestałem myśleć o kolejnym, tym razem zwycięskim. I wiesz co? Dzisiaj noc wigilijna, dzisiaj nie boję się mówić swoim głosem. Pójdę do Mierosławskiego i zaoferuję się.

— Poczekaj… — jęknął Gawroński, ale nie zdążył.

Rufin jak stał, tak ruszył.

— Przepraszam, przepraszam pana — grzecznie próbował przedostać się przez krąg admiratorów Mierosławskiego.

— Gdzie się pan pchasz?! — dostał kuksańca.

— Przepraszam — powiedział głośniej — ja do pana Mierosławskiego.

Chciał wcisnąć się między dwóch zażywnych mężczyzn, ale ich plecy stworzyły mur nie do sforsowania. Wycofał się i spróbował z drugiej strony.

— Przepraszam, ja do pana Mierosławskiego! — krzyknął nagle, ale i to nic nie dało. Ci, którzy go otaczali, nie ruszyli się ani na centymetr. Doprowadzony do ostateczności Rufin pociągnął jakiegoś młodzieńca za surdut. W odpowiedzi dostał kuksańca prosto w żołądek. Młody, najwyżej dwudziestoparoletni człowiek odwrócił się i syknął:

— Spadaj pan.

— …dobro każdego z mieszkańców, zwłaszcza tych najsłabszych, musi być naszym priorytetem… — zdążył usłyszeć z ust Mierosławskiego i w tej samej chwili najordynarniej w świecie wypchnęły go w bok jakieś silne ręce mężczyzny torującego sobie drogę. Był to ni mniej, ni więcej, tylko January Nowicki. Konserwatysta pod wezwaniem „masła tłustego”.

— To zwolennik Czartoryskiego! — krzyknął oskarżycielsko Rufin, ale nic mu to nie pomogło. Krąg wokół Mierosławskiego był zwarty i zamknięty, niczym mur twierdzy.

Wrócił pod ścianę, do Gawrońskiego. Poprawił bokobrody. Przeczesał palcami rzadkie włosy.

— A słyszałem kiedyś, że podczas przyjęć załatwia się najważniejsze rzeczy — mruknął, strzepując poły szarego surduta.

— Najwyraźniej nie podczas wigilijnych — pocieszył go Andrzej. — Chodź, tam bliżej Czartoryskiego podają koniak. Przyda ci się coś mocniejszego.

Książę Adam spoczął w fotelu, wokół niego na dostawionych krzesłach siedzieli słuchacze. Major Bystrzonowski przy samym księciu, niczym adiutant.

— Tu posiedzenie, tam wiec — skomentował Gawroński i przysunęli się bliżej, by nie ominął ich kelner z koniakiem.

— …tak, przedwczesne. Ale byłem pod wielkim wrażeniem energii generała Borowskiego. À propos, słyszałem, że jest nieślubnym synem Radziwiłła — sucho zaśmiał się książę.

— I to mówi ten, który jest bękartem Repnina — syknął do ucha swemu towarzyszowi Gawroński.

— Przestań, może to zwykła potwarz — cicho uspokoił go Piotrowski.

— Czy to prawda, książę, że ów Borowski niemal namówił szacha perskiego na wysłanie oddziału na pomoc listopadowemu powstaniu? — spytał mężczyzna z kręgu najbliżej siedzących.

Czartoryski zrobił tajemniczą minę i nie słyszeli, co odpowiedział. Dostali koniak, ale jeden kieliszek na dwóch, bo to już ostatni z tacy. Dzielili się nim, po łyczku.

— Chodź, Andrzeju.

— Nie, poczekaj. Posłuchajmy.

— Mówi się, oczywiście w sekrecie — ciągnął mężczyzna — że agenci dyplomatyczni księcia pracują dla ojczyzny na wszystkich frontach. Że nie ma dworu w Europie…

— Och, nie tylko w Europie! — zaćwierkał sekretarz księcia.

— Nie śmiałem powtarzać, bo słyszy się, że i w Azji — niemal zatchnął się z emocji mężczyzna.

Czartoryski pokiwał głową z namaszczeniem.

— W obecnej chwili największą usługę sprawie niepodległościowej przyniósłby konflikt zbrojny. Wojna, w której Rosja musiałaby się zmierzyć z potęgą…

— Francji? — wyrwało się jasnowłosemu młodzianowi.

— Albo Anglii! — podpowiedział sekretarz księcia.

Sam Czartoryski zrobił minę tak tajemną, że Rufin i Gawroński niemal wybuchli śmiechem i tylko przytomność Piotrowskiego, który pociągnął towarzysza za łokieć, nie spowodowała towarzyskiej katastrofy. Gdy salwowali się ucieczką, usłyszeli jeszcze:

— …niczym Feniks z popiołów odrodzi się Polska w ogniu wojny, która powali Rosję na kolana…

— A niech mnie, Rufinie! — parsknął Gawroński, gdy byli już dość daleko, by nie zwrócić na siebie uwagi. — Kanapowe fantazje!

— Wiesz, a ja słyszałem już taką teorię wcześniej, od hrabiego Chodkiewicza, jeszcze w czasie powstania. A on wcale nie był konserwatystą. Był — Rufin ściszył głos — masonem.

— Nie bój się, mów głośno. Tutaj co drugi jest wolnomularzem.

— Tutaj?

— No, może co czwarty. Na jakim świecie ty żyjesz? Toś nie wiedział, że u nas w Towarzystwie Demokratycznym większość to bracia spod znaku kielni i węgielnicy?

Rufin patrzył na Gawrońskiego, jakby pierwszy raz go widział, aż przyjaciel się roześmiał.

— No co? Myślałeś, że rozpoznasz ich po fartuszkach? Dobry z ciebie człowiek, ale naiwny jesteś jak dziecię, Rufinie. Boże dziecię.

— Upiłeś się — ponuro mruknął Rufin.

— Jezuita z Levroux! — Nagle wyrósł przy nich niemożliwie wysoki, chudy mężczyzna. — I jego wierny towarzysz, Andrzej Gawroński!

— Macieju, Macieju! — Gawroński uściskał dawno niewidzianego przyjaciela. — Przestań z tym „jezuitą”, bo Rufin będzie się boczył.

— Dzisiaj Boże Narodzenie, nie będę się na nikogo gniewał. — Rufin polubownie wyciągnął rękę do przybyłego. — Choć po prawdzie to nie jezuita, a były karmelita. Co u ciebie, Macieju?

— Stara bieda. — Z uśmiechem machnął ręką. — Słyszeliście nowiny o Gurowskim?

— O którym? — zjeżył się Rufin. — Ich tam pięciu braci.

— O jednookim karle!

— Nie mów o nim. To człowiek, którego imię winno być wykreślone — niemal ze zgrozą żachnął się Piotrowski. — Wstyd dla Towarzystwa Demokratycznego, hańba dla Polski.

— Z Towarzystwa ustąpił sam, tak po prawdzie to i przez nas — zaśmiał się Gawroński. — Bardzo mu nie pasowało, że do demokratów zapisało się tylu emigrantów spoza paryskich zakładów. Pamiętasz, jak nas nazywał? „Trzy P”. Prowincjonalni polscy patrioci! PPP to my!

— Żadni z nas byli radykałowie i grzech pierworodny nieśliśmy! Polskę nam się chciało robić, a nie bezimienny kraj przyszłości pozbawiony historii. — Rufin czuł, że ledwie okiełznane emocje znów zaczynają w nim grać.

Nie umiał wspominać czerwonego hrabiego beznamiętnie, podobnie jak niemal wszyscy na emigracji. Tym bardziej że zetknęli się na tę krótką chwilę, pod Olszynką, gdy szalony demokrata, nie bacząc na ostrzał rac kongrewskich, razem z nim wynosił z płonącego domu dzieciaki. Gurowski, kiedyś pierwszy radykał przedpowstańczej konspiracji, potem działacz listopadowy, wreszcie założyciel Towarzystwa Demokratycznego, zawsze bulwersował ostrością sądów i wyzywającym zachowaniem, ale gdy sam sobie odbierał tytuł hrabiowski, to miało to jakiś sens, było znakiem, że skoro głosi równość wszystkich obywateli wobec prawa, to od siebie zaczyna rewolucję. Potem jednak postępowanie Gurowskiego w Paryżu stawało się coraz dziwniejsze, aż trudno było się oprzeć wrażeniu, że jedyne, co go zajmuje, to skłócanie ludzi ze sobą, mieszanie w emigracyjnym tyglu. Aż wreszcie doprowadził Towarzystwo na skraj politycznej awantury, a potem demonstracyjnie je opuścił, wyrażając wzgardę do takich jak on i Gawroński, prowincjonalnych patriotów, co chcieli ojczyzny, a nie polityki. „Narobiłem błota, niech się kąpią” — powiedział o swoim wyjściu z partii do jednego ze wspólnych znajomych.

Wszystko to jednak byłoby do wybaczenia, blizna w Towarzystwie po odejściu Gurowskiego zarosłaby szybko, gdyby nie jego skandaliczna broszura. Gdy jesienią trzydziestego piątego ukazała się Prawda o Rosji i buncie polskich prowincji za trzy franki dostępna bez subskrypcji, w Polaków na emigracji trafił piorun. Oto bowiem jeden z nich, znany, przyjmowany na demokratycznych salonach całej Europy, zaprzyjaźniony z najwybitniejszymi intelektualistami, dawny powstaniec i działacz sprawy polskiej, otwarcie wyrzekł się polskości. Czytali to, wyrywali sobie z rąk i nie wierzyli, że papier jest aż tak cierpliwy!

„Aby wzmocnić pień, poświęca się często konary drzewa. To jest sytuacja Polski w stosunku do Rosji. Rosja, rozpoczynając proces zjednoczenia Słowian od unicestwienia i absorpcji Polski, działa zgodnie z naturalnymi mechanizmami historii, stąd czerpiąc swą prawomocność i siłę. Rosja reprezentuje życie i afirmację, Polska trupa, który przeszedł wszystkie fazy rozkładu”.

Jednooki dawny hrabia w jednym tekście dokonał bluźnierczej analizy polskiej historii, dochodząc do wniosku, że Polska nikomu nie jest potrzebna, że krajem przyszłości jest Rosja, i sam ogłosił się narodowym apostatą. Polaków swoim oświadczeniem trafił prosto w serce, a międzynarodową opinię publiczną między oczy. Rosja, po agresywnej polityce w Persji i Turcji, po buńczucznych zapowiedziach, że w imię Świętego Przymierza ruszy pacyfikować rewolucyjne nastroje Belgii i Francji, po brutalnym stłumieniu powstania listopadowego, była europejskim wrogiem publicznym numer jeden. Oświadczenie, iż wszelka polityczna racja leży po jej stronie, że dominacja jej się właśnie należy, było istną bombą, która niemal ręce mogła oderwać rodakom zabiegającym w paryskich i londyńskich rządach o sprawę polską.

— Gurowski wyjechał do Rosji, poprosił cara o amnestię, w posagu wniósł tę swoją broszurę i został przyjęty z honorami — przerwał rozważania Rufina Maciej.

— Łaska cara — z pogardą rzucił Gawroński. — Jak chciał żebrać amnestii, mógł normalnie paść na kolana i powiedzieć, że powstanie to wybryk młodzieńczej głupoty. Musiał napluć na Polskę i duszę diabłu sprzedać za bezcen?

— Nie taki bezcen — roześmiał się Maciej. — Ponoć dostał pensję roczną w tysiącach rubli! Jak pączek w maśle ma się nasz czerwony hrabia w Petersburgu. Przyjęcia, rauty, fety, piękne damy, przebaluje Polskę jak nic! Sprzedam narodowość, tanio, kto da więcej!

— Cicho, zamknij się, Macieju! — zgromił go Rufin. — To nawet jak na dowcip jest za głupie.

— Ach, nasz zawsze porządny i świątobliwy Piotrowski! Tyś do Jańskiego pójść nie powinien? Do braci zmartwychwstańców, samozwańczych apostołów emigracji nie ciągnie jego świątobliwości Rufina? — ciągnął Maciej.

— Możesz śmiać się ze mnie, ale z Pana Boga ty się nie natrząsaj, bo to grzech — bez urazy odciął się Rufin. — A u zmartwychwstańców byłem, na ulicy Notre Dame des Champs 11 w „domku Jańskiego”. Pomodliłem się z nimi, posłuchałem i wyszedłem.

— A czemuż to? Ja bym myślał, że to iście w twym stylu, Rufinie! Odnowienie duchowe, śpiewy, kontemplacje.

— Bo mnie mało znasz, Macieju — westchnął Rufin cierpliwie. — Ja już w klasztorze byłem i do powstania z niego uciekłem. To, co robi Jański, jest słuszne i pobożne, oni już nawet śluby złożyli. Tylko widzisz, i ja mówię „Bóg i Ojczyzna”, ale… — Rufin zawahał się, jakiego słowa użyć — …ale obawiam się wszelkich nadmiernych ekspiacji. Boję się, by z tej idei szlachetnej jakaś sekta koniec końców nie wyszła. Polskość to nie religia. Nie można zamknąć się w klasztorze, gdy szaleje narodowa burza, w każdym razie ja tak nie mogę.

Rozejrzał się wokół siebie. Mierosławski żegnał się i wychodził odprowadzany przez wpatrzonych w niego emigrantów. Książę Adam też gotów do wyjścia żegnał się jeszcze z gospodynią, a jego stronnicy stali przy tym na baczność niczym obstawa jakiegoś dziwacznego wojska. Na stolikach puste, poprzewracane kieliszki. Grupki mężczyzn w wytartych kamizelkach, w butach, co od miesięcy wołają o szewca, z prezentami upchanymi po kieszeniach surdutów. Wyraźna polaryzacja salonu, na prawo, na lewo. Złośliwe spojrzenia, jakieś żałośnie wygłodniałe szyderstwo. Wokół fortepianu śliczne córki Zalewskiej, panienki z biało-czerwonymi wstążkami we włosach próbujące intonować kolędy, podczas gdy goście łasym wzrokiem szukają ostatnich pełnych kieliszków. A co bardziej podochoceni równie chciwie patrzą na same panienki.

Rufin poczuł, jak ściska mu się żołądek. Że chce wyjść na mróz, na skrzypiący śnieg, przez który brnąć będzie na pasterkę. Poszedł pożegnać się z gospodynią, a gdy się odwrócił, wpadł prosto na Ludwika Bystrzonowskiego.

— Przepraszam, panie majorze — wymamrotał.

— My się znamy? — przyjrzał mu się Bystrzonowski.

— Kapral Piotrowski, w habicie karmelickim listy nosiłem.

— Pamiętam pana! — Bystrzonowski uściskał go serdecznie. — Wszak panu zawdzięczam przeniesienie przez granicę mojego bagażu! Kleryka nikt nie sprawdzał, ależ nam się udało, co? Ach, nie poznałbym dzisiaj! Co pan robisz w Paryżu? Biedujesz, jak wszyscy?

— Nie — odpowiedział odważnie rozdrażniony Rufin. — Drogi do Polski szukam.

Bystrzonowski przyjrzał mu się uważnie i odpowiedział z rozmysłem:

— Drogi do Polski prowadzą z różnych stron, panie Piotrowski, a ja jestem pańskim dłużnikiem. Spotkajmy się, możemy o tym pomówić. Na rue Jacob w podwórzu jest maleńka kawiarnia, przyjdź pan tam w sobotę za dwa tygodnie o siódmej wieczorem.

— Przyjdę, panie majorze.

— Do zobaczenia, panie Piotrowski.

Uścisnęli sobie dłonie i Bystrzonowski ruszył pospiesznie wraz z księciem.

Gawroński machnął do Rufina, pokazując, że wziął już jego płaszcz. Wyszli na ulicę. Owionął ich wilgotny wiatr, a buty rozgniotły paryskie, grudniowe błoto. Był przy nim Gawroński, a on poczuł się sam, piekielnie sam.

— Człowieka nie da się przesadzić w inne miejsce. Wykorzeniony usycha albo i gnije.

— Co ci, Rufinie? Może to nie ja wypiłem za dużo?

Złapał Gawrońskiego za ramiona, potrząsnął nim, w gardle go ściskało.

— Muszę wrócić, za wszelką cenę muszę pojechać do Polski.

— A Słowo ciałem się stało… — zabrzmiał wyraźnie pijany głos kolejnego opuszczającego dom pani Zalewskiej. — O, panowie demokraci! — Poznali Januarego. — Co panowie robią? Bijecie się czy całujecie?

— Chodź, zostawmy już tę szopkę. — Gawroński pociągnął Rufina w mrok.

Ludhijana, biura przedstawicielstwa Kompanii Wschodnioindyjskiej, grudzień 1837 r.

Major Claude Wade zaciągnął się cygarem i odsunął od biurka. Święta Bożego Narodzenia miały się właśnie zacząć, już chciał opuścić biuro i udać się do swojej jasnej i wygodnej rezydencji, a przed nim wciąż leżała kartka papieru z nakreślonym szkicem raportu do lorda Aucklanda, gubernatora Kalkuty. To była wersja oficjalna, teraz czas na wersję prawdziwą, skierowaną do głównego doradcy Aucklanda i bezpośredniego zwierzchnika Wade’a, Williama Macnaghtena. Ta zaś powinna zacząć się słowami:

— „Alexander Burnes to dupek”. Ha! Powiedziałem to na głos!

— W rzeczy samej, majorze — radośnie potaknął mu Arthur Cooper, sekretarz i najbliższy współpracownik. — Jak rozumiem, pan major pisze do Kalkuty. Proszę dodać „kobieciarz, bibosz”…

— …i nieopierzony młokos!

— Naturalnie. Przyjechał do Azji ledwie parę lat temu i książki wydaje, jak jakiś, za przeproszeniem, ekspert. A to przecież pan, majorze, jest pierwszym azjatyckim wywiadowcą Imperium. Arcyszpiegiem z Ludhijany!

— I?…

— I jedynym trzeźwo myślącym politykiem na północ od Indusu.

— Źle.

— Na północ od Delhi — poprawił się Arthur.

— Bardzo dobrze. I co jeszcze?

— I, jeśli gubernator Indii, a za nim rząd w Londynie przestaną słuchać pańskich rad odnośnie do Afganistanu, to perła w koronie Imperium będzie zagrożona przez rosyjską ekspansję i skończymy marnie.

— Marnie — przytaknął Wade.

Sekretarz zaniepokoił się.

— Coś źle powiedziałem?

— Nie, powiedziałeś dobrze. Ja bym tego krócej nie ujął. Po cholerę pęta mi się po terenie ten Burnes? Wpuścili mi go jak szerszenia do ula…

— Za pozwoleniem pana majora. To pan jest szerszeniem. Burnes to co najwyżej truteń. Taki o, malutki, bez żądełka. Kto wymyślił najlepszy sposób na opanowanie Afganistanu?

— Ja.

— Kto go konsekwentnie wprowadza w życie od dwudziestu lat?

— Piętnastu — skromnie poprawił go Wade.

— Pan wybaczy to zaokrąglenie, ale Szach Szudża jest pod kuratelą brytyjską od dwudziestu już lat i tak sobie pomyślałem, że gdyby pan major był na stanowisku przedstawiciela dyplomatycznego w Ludhijanie dwadzieścia lat temu, to zrobiłby pan dokładnie to, co pana poprzednik, czyli postawił na Szudżę.

— Tak. Tak bym zrobił. Bo widzisz, Arthurze, ja jestem rojalistą i muszę stawiać na rasowe, przepraszam za wyrażenie, konie. A Szach Szudża z dynastii Sadozai jest prawowitym następcą tronu Afganistanu.

— Skrycie, perfidnie i przebiegle pozbawionym władzy przez uzurpatorów z rodu Barakzai z Dostem Mohammadem na czele. Tak na marginesie, ktoś jeszcze pamięta, o co im poszło?

— Arthurze — Wade z pobłażliwą wyższością zwrócił się do sekretarza — a kogo to obchodzi? To dzikusy. Rodowa zemsta jest u nich ważniejsza niż prawo.

— Uhm — chrząknął Arthur — ośmielam się zauważyć, iż to rodowa zemsta jest ich prawem.

— No i sam widzisz, jakie to prawa. Dżungla, synu, dżungla! — Major odchylił się na krześle i zapatrzył w okno.

Arthur najpierw chciał grzecznie zaprzeczyć, że dżungla to Indie, a nie Afganistan, ale zatrzymał się w swym prymusostwie. Nie po raz pierwszy miał wrażenie, że jego pryncypałowi, który urodził się w Bombaju, a prawdziwą sławę zdobył, dbając o brytyjskie wpływy na dworze maharadży Pendżabu Randźita Singha i budując doskonałą siatkę szpiegowską od Himalajów po Ludhijanę, Afganistan myli się z terenami, które przemierzał w młodości. Zwłaszcza że… hmm… w Afganistanie nigdy nie był. No, ale fakt faktem, to jego rad, jako doświadczonego orientalisty, słuchali politycy w Kalkucie, nawet jeśli jednocześnie wysyłali Alexandra Burnesa w teren.

— Wydaje mi się, majorze — nieśmiało podjął sekretarz — że należałoby znaleźć pewne nieścisłości w raportach Burnesa i wskazać je naszym przełożonym. A jeszcze lepiej, gdyby udało nam się zdyskredytować go w ich oczach, wówczas lord Auckland nie marnowałby cennego czasu na rozważania, czy raporty tego młodzika mają jakiś sens, i po prostu przychyliłby się do naszej, przepraszam, pana wizji polityki afgańskiej.

— Dość odkrywcze — zauważył Wade i nieoczekiwanie ożył. Zerwał się z krzesła. — Zatem ty, mój drogi Arthurze, przygotuj raz-dwa raport o hulaszczym trybie życia Szkota, a ja zmiażdżę jego mierne wnioski swoimi twardymi argumentami. Wyrobisz się do jutra? Ach, przecież już święta — zmartwił się Wade.

— Za dwie godziny będę gotów. — Arthur szurnął nogami. — Mam już takie wstępne jakby szkice…

Claude Wade bacznie przyjrzał się sekretarzowi i już miał coś powiedzieć, ale zmilczał. Został w gabinecie sam. Wysoki dźwięk piszczałek skierował jego wzrok za okno. Ach, tak. Szach Szudża i jego ceremoniały! Najpierw szło sześćdziesięciu muzyków, wyciskając z piszczałek niemożliwie jazgotliwe dźwięki, potem paradnie ustrojone wojsko, następnie prowadzone przez służbę słonie, a na końcu szach na wysadzanym klejnotami siodle. Od dwudziestu lat Brytyjczycy utrzymywali Szudżę, jego harem zwany rodziną i dwór, a sam starzejący się szach im mniej miał faktycznej władzy, tym większej obsesji dostawał na punkcie jej okazywania. Kosztował ich fortunę. Zwłaszcza jego ostatnia, trzecia próba odzyskania władzy, przed czterema laty, gdy ruszył na Dosta Mohammada Chana z uzbrojoną w Delhi za angielskie pieniądze armią i skończył niechlubnie, uciekając przed wojskiem Dosta spod Kandaharu. Dziwaczny starzec! Z nadludzką godnością znosił porażki, a gdy tylko los, i oczywiście, dzięki Wade’owi, Anglicy, zaczynał mu sprzyjać, przedwcześnie obrastał w królewskie piórka i przegrywał. Po cichu mówiono o nim w Kalkucie, że jest kosztowną inwestycją w Afganistan, którego Wielka Brytania wciąż nie miała. Żywiony, ubierany, na żołdzie wraz z całym tym swoim dziwacznym dworem, słoniami, wielbłądami i papugami jego żon, podczas gdy faktycznym panem Afganistanu był Dost Mohammad Chan i jego przyrodni bracia.

Po tamtej niechlubnej porażce sprzed czterech lat nawet on, Claude Wade, jego najzagorzalszy stronnik, zrozumiał, iż Szudża jest cholernym, kosztownym pechowcem i nie rokuje nadziei. Ale ponieważ w tym samym czasie młody Burnes już słał pierwsze meldunki, w których zachłystywał się konkurentem Szudży, Dostem Mohammadem, ostatnią rzeczą, jaką zrobiłby Wade, było przyznanie, iż postawił na niewłaściwego konia. Za długo siedział w wywiadowczym fachu, zbyt ciężko pracował na stanowisko i dwupiętrową rezydencję w Ludhijanie.

Major Claude Wade pojął wtedy, iż jest inny czynnik, który może pchnąć hołubionego przez Anglików Szudżę do tronu. I tym czynnikiem jest ich największy straszak — Rosja. Gdy carska dyplomacja zacznie pociągać w Kabulu za sznurki, oczywiście, sznurki rozpięte wokół ministrów i wezyrów Dosta Mohammada Chana, Anglicy nie będą mieli wyboru i będą musieli postawić wszystko na kartę Szacha Szudży, by za pomocą tej marionetki wygrać swą dominację w Afganistanie. Dla świata wszystko będzie gładkie — oto dwa afgańskie rody stanęły do walki o tron. Szacha Szudżę bez trudu wykreuje się w oczach światowej opinii na prawowitego króla, wszak od dwudziestu lat brytyjska dyplomacja nie nazywa go inaczej. Dostowi Mohammadowi przeznaczy się rolę krwawego, dzikiego uzurpatora. Czyż ci, którzy wesprą szlachetnego króla w odzyskaniu należnej mu czci, nie zasługują na chwałę? Poza tym oczywistym jest, iż Imperium bronić musi swych północnych granic, a Rosja w Afganistanie to już niemal pożar dla brytyjskich Indii.

Tak, major Wade znał dobrze Azję. Znał swych przełożonych w Kalkucie i Londynie. Znał ich rusofobiczne sny, czarne wizje nieustającej rosyjskiej ekspansji, legendarnego testamentu Piotra Wielkiego, który zawierał jasny cel dla jego następców — Rosja musi rządzić światem! Och, Bóg mu zesłał generała Perowskiego, nominowanego na gubernatora Orenburga jakby na osłodę ostatniej porażki Szudży. Ten jastrząb w lot dojrzał Afganistan jako strefę, którą Rosja powinna otoczyć siatką swych wpływów. I wystarczyło tylko delikatnie przekierować jego zainteresowanie z Chiwy na Kabul, bo Rosjanie jakoś kochają się w krnąbrnej Chiwie, a to Kabul jest bramą do Indii i każdy, nawet najmniej obeznany z mapą polityk z Londynu, na hasło „Kabul” zareaguje właściwie, recytując formułę ukutą tu, w jego gabinecie: „Kabul musi być pod wyłącznym wpływem brytyjskim”.

Na to, by w brytyjskiej grze wykorzystać Rosję, Wade wpadł pewnego dnia, gdy trzymał w ręku jeden z przechwyconych dokumentów rosyjskich. Patrzył na dwugłowego orła na carskiej pieczęci. Głowa na wschód, głowa na zachód. Pokonać przeciwnika jego własną bronią. Znaleźć dwugłowego. Problemem pozostawał wciąż sam Dost Mohammad. Piekielny chan z rodu Barakzai z upiorną wytrwałością przedkładał Anglików nad Rosjan, jakby Alexander Burnes zadał mu jakiegoś czarownego naparu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odrodzone Królestwo. Tom 3. Płomienna korona Królowa Harda Turniej cieni Pasja według Einara Niewidzialna korona 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge