Co nas nie zabije

Co nas nie zabije

Autorzy: David Lagercrantz

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 608

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 25.65 zł

Książka, na którą czeka cały świat!

Kontynuacja trylogii Millennium Stiega Larssona napisana przez Davida Lagercrantza, ale uwaga, nie na podstawie notatek pozostawionych przez zmarłego Larssona. Narzeczona Larssona nie zgodziła się udostępnić szkicu czwartej części. Rodzina zmarłego autora sama zdecydowała się na kontynuację trylogii wybierając do tego Lagercrantza, który do tej pory specjalizował się w pisaniu... biografii sportowców. 

Mikael Blomkvist przechodzi kryzys i rozważa porzucenie zawodu dziennikarza śledczego. Lisbeth Salander podejmuje duże ryzyko i bierze udział w zorganizowanym ataku hakerów. Ich drogi krzyżują się, kiedy profesor Balder, ekspert w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją, prosi Mikaela o pomoc. Profesor posiada szokujące informacje na temat działalności amerykańskich służb specjalnych. Mikael zaczyna zbierać materiały do sensacyjnego tekstu, który może uratować jego karierę.

Co nas nie zabije - fragment

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PRO­LOG

Część 1

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Część 2

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Część 3

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29

Roz­dział 30

Roz­dział 31

PODZI­ĘKO­WA­NIA

Tytuł ory­gi­nału

DET SOM INTE DÖDAR OSS

Redak­cja

Gra­żyna Masta­lerz

Pro­jekt okładki

© Jörgen Einéus / VALEN­TIN&BYHR

Adap­ta­cja okładki

Magda Kuc

Korekta

Mał­go­rzata Denys, Maciej Kor­ba­siń­ski

Redak­tor pro­wa­dzący

Anna Brze­ziń­ska

DET SOM INTE DÖDAR OSS © David Lager­crantz, first publi­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2015.

Publi­shed by agre­ement with Nor­stedts Agency, Swe­den.

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2015

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Irena i Maciej Muszal­scy

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 978-83-8015-080-5

Kon­wer­sję wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

PRO­LOG

Rok wcze­śniej, o świ­cie

WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ od snu, choć nie jest on wcale wyjąt­kowy. Lis­beth widzi rękę, która ryt­micz­nie i wytrwale ude­rza w mate­rac w jej daw­nym pokoju przy Lun­da­ga­tan.

A jed­nak się budzi. Jest wcze­śnie rano. Lis­beth siada przy kom­pu­te­rze i zaczyna polo­wa­nie.

Część 1

Czujne oko

1–21 listo­pada

NSA, Natio­nal Secu­rity Agency, to ame­ry­kań­ska agen­cja fede­ralna, pod­le­ga­jąca Depar­ta­men­towi Obrony. Jej główna sie­dziba mie­ści się w Fort Meade w sta­nie Mary­land, przy auto­stra­dzie Patu­xent.

Od powsta­nia w 1952 roku NSA zaj­muje się roz­po­zna­niem radio­elek­tro­nicz­nym – dziś ozna­cza to przede wszyst­kim prze­chwy­ty­wa­nie i ana­li­zo­wa­nie danych inter­ne­to­wych i połą­czeń tele­fo­nicz­nych. Upraw­nie­nia agen­cji były stop­niowo zwięk­szane. Obec­nie każ­dego dnia śle­dzi ponad dwa­dzie­ścia miliar­dów roz­mów i wia­do­mo­ści.

Roz­dział 9

noc z 20 na 21 listo­pada

LIS­BETH OBU­DZIŁA SIĘ w wiel­kim podwój­nym łóżku, leżąc w poprzek. Przy­po­mniała sobie, że śnił jej się ojciec. Poczu­cie zagro­że­nia otu­lało ją jak płaszcz. I nagle przy­po­mniała sobie poprzedni wie­czór i doszła do wnio­sku, że rów­nie dobrze może to być reak­cja che­miczna zacho­dząca w jej orga­ni­zmie. Miała ostrego kaca. Wstała i chwie­jąc się na nogach, ruszyła do wiel­kiej łazienki z jacuzzi, mar­mu­rem i całym tym kre­tyń­skim luk­su­sem. Chciało jej się wymio­to­wać. Ale opa­dła tylko na pod­łogę i ciężko oddy­chała.

Potem wstała, spoj­rzała w lustro i zoba­czyła swoje prze­krwione oczy. Nie był to widok krze­piący. Z dru­giej strony dopiero minęła pół­noc. Pomy­ślała, że pew­nie spała nie dłu­żej niż kilka godzin. Wyjęła z szafki szklankę i napeł­niła ją wodą. W tej samej chwili wró­ciło wspo­mnie­nie snu. Ści­snęła szklankę tak mocno, że szkło pękło i zra­niła się w rękę. Krew kapała na pod­łogę. Zaklęła i doszła do wnio­sku, że raczej już nie zaśnie.

Zaczęła się zasta­na­wiać, czy powinna pró­bo­wać zła­mać szyfr pliku, który ścią­gnęła poprzed­niego dnia. Nie, to nie miało sensu, przy­naj­mniej teraz. Owi­nęła rękę ręcz­ni­kiem, pode­szła do półki i wzięła do ręki nową książkę fizyczki z Prin­ce­ton Julie Tam­met. O tym, jak gwiazdy o dużej masie zapa­dają się i two­rzą czarne dziury. A potem poło­żyła się na czer­wo­nej kana­pie sto­ją­cej pod oknem z wido­kiem na Slus­sen i Riddarfjärden.

Zaczęła czy­tać i poczuła się tro­chę lepiej, choć krew spły­wała na kartki, a głowa nie prze­sta­wała boleć. Mimo wszystko pogrą­żała się w lek­tu­rze coraz bar­dziej i od czasu do czasu noto­wała coś na mar­gi­ne­sie. Wła­ści­wie nie było to dla niej nic nowego. Wie­działa lepiej niż więk­szość ludzi, że gwiazdy utrzy­mują się przy życiu dzięki dwóm prze­ciw­staw­nym siłom – eks­plo­zjom ter­mo­ją­dro­wym, do któ­rych docho­dzi w ich wnę­trzach i które dążą do ich roz­dę­cia, oraz gra­wi­ta­cji, która je ści­ska. Dla niej było to jak próba pogo­dze­nia sprzecz­nych inte­re­sów, prze­cią­ga­nie liny, w któ­rym szanse długo są równe, ale gdy zaczyna bra­ko­wać paliwa ter­mo­ją­dro­wego i eks­plo­zje nie są już tak silne, jedna strona nie­uchron­nie zwy­cięża.

Kiedy siła cią­że­nia zaczyna prze­wa­żać, gwiazda kur­czy się jak balon, z któ­rego ucho­dzi powie­trze, i robi się coraz mniej­sza. W ten spo­sób gwiazda może cał­kiem znik­nąć. Karl Schwarz­child już w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej nie­praw­do­po­dob­nie ele­ganc­kim wzo­rem:

rsch = 2GM/c2

w któ­rym G to stała gra­wi­ta­cji, opi­sał sta­dium, w któ­rym gwiazda jest skom­pre­so­wana tak bar­dzo, że nawet świa­tło nie może jej opu­ścić. Wtedy już nie ma odwrotu. Jest ska­zana na zapad­nię­cie się. Każdy atom jest wcią­gany do środka, do poje­dyn­czego punktu, w któ­rym koń­czą się czas i prze­strzeń i moż­liwe, że dzieją się jesz­cze dziw­niej­sze rze­czy. Odro­bina irra­cjo­nal­no­ści w ure­gu­lo­wa­nym wszech­świe­cie.

Tę oso­bli­wość, która jest raczej punk­tem niż zda­rze­niem, ostat­nim przy­stan­kiem dla wszyst­kich zna­nych praw fizyki, ogra­ni­cza hory­zont zda­rzeń. Razem two­rzą tak zwaną czarną dziurę. Lis­beth lubiła czarne dziury. Czuła, że coś ją z nimi łączy.

Mimo to tak samo jak Julie Tam­met nie była zain­te­re­so­wana dziu­rami jako takimi. Inte­re­so­wały ją pro­cesy, które je two­rzą, a przede wszyst­kim to, że gwiazdy zaczy­nają się zapa­dać w sze­ro­kiej, roz­cią­gnię­tej czę­ści wszech­świata, którą zwy­kli­śmy tłu­ma­czyć teo­rią względ­no­ści Ein­ste­ina, a koń­czą w zni­ka­ją­cym małym świe­cie, pod­le­ga­ją­cym pra­wom mecha­niki kwan­to­wej.

Była prze­ko­nana, że gdyby tylko potra­fiła opi­sać ten pro­ces, mogłaby pogo­dzić dwa nie­przy­sta­jące do sie­bie języki – fizykę kwan­tową i teo­rię względ­no­ści. Nie­wąt­pli­wie jed­nak prze­kra­czało to jej moż­li­wo­ści, podob­nie jak ów prze­klęty szyfr. Znów zaczęła myśleć o ojcu.

Kiedy była dziec­kiem, ten obrzy­dli­wiec wie­lo­krot­nie gwał­cił jej mamę. Prze­stał dopiero, kiedy matka doznała nie­od­wra­cal­nych obra­żeń, a ona – miała wtedy dwa­na­ście lat – odpła­ciła mu się za wszystko. Wtedy nie miała poję­cia, że ojciec jest byłym super­sz­pie­giem radziec­kiego wywiadu woj­sko­wego GRU, a tym bar­dziej że spe­cjalny wydział poli­cji bez­pie­czeń­stwa, tak zwana Sek­cja, miał za zada­nie chro­nić go za wszelką cenę. Ale już wtedy zorien­to­wała się, że wokół ojca unosi się atmos­fera tajem­nicy, mrok, do któ­rego nikomu nie wolno się zbli­żać ani nawet oka­zy­wać, że się wie, że ist­nieje. Doty­czyło to nawet cze­goś tak zwy­kłego jak nazwi­sko.

Wszyst­kie listy i pisma adre­so­wano do Karla Axela Bodina i wszy­scy mieli zwra­cać się do niego Karl. Ale oni, rodzina, wie­dzieli, że tak naprawdę nazywa się Zala, a dokład­nie Alek­san­der Zala­chenko. Był czło­wie­kiem, który nie­wiel­kim wysił­kiem potra­fił wywo­łać śmier­telne prze­ra­że­nie. Przede wszyst­kim zaś nosił płaszcz, który go czy­nił nie­znisz­czal­nym, a przy­naj­mniej tak się wtedy Lis­beth wyda­wało.

Jesz­cze nie znała jego tajem­nicy, a już wie­działa, że ojciec może zro­bić, co tylko zechce, i że ujdzie mu to pła­zem. Mię­dzy innymi dla­tego ota­czała go ta okropna aura waż­no­ści. Był czło­wie­kiem, do któ­rego nie można się było dobrać zwy­czajną drogą i który miał tego pełną świa­do­mość. Na innych ojców można było donieść opiece spo­łecz­nej albo poli­cji. Siły sto­jące za nim były jed­nak ponad tym. We śnie przy­po­mniała sobie dzień, kiedy zna­la­zła mamę na pod­ło­dze. Leżała i nie dawała znaku życia. Wtedy posta­no­wiła, że samo­dziel­nie uniesz­ko­dliwi ojca.

To była jedna z jej dwóch praw­dzi­wych czar­nych dziur.

ALARM WŁĄCZYŁ SIĘ o pierw­szej osiem­na­ście. Wyrwał Fransa Bal­dera ze snu. Czyżby ktoś wszedł do domu? Frans poczuł nie­wy­tłu­ma­czalny strach i wycią­gnął rękę. August leżał obok. Zapewne jak zwy­kle wśli­zgnął się do jego łóżka, a teraz kwi­lił nie­spo­koj­nie, jak gdyby wycie alarmu wplo­tło się w jego sny. Mój mały chło­piec, pomy­ślał Frans. Po chwili zesztyw­niał. Czy to były kroki?

Nie, to z pew­no­ścią tylko złu­dze­nie. Nie było sły­chać nic poza alar­mem. Zanie­po­ko­jony wyj­rzał przez okno. Wyglą­dało na to, że wieje moc­niej niż kie­dy­kol­wiek. Fale sma­gały pomost i skraj plaży. Okna trzę­sły się i wygi­nały pod napo­rem wia­tru. Czy to podmu­chy wia­tru uru­cho­miły alarm? Tak po pro­stu?

Oczy­wi­ście i tak musiał wyj­rzeć i spraw­dzić, co się stało, a potem może nawet zadzwo­nić po pomoc i usta­lić, czy ochrona, którą mu zała­twiła Gabriella Grane, jest już na miej­scu. Dwóch ludzi z poli­cji porząd­ko­wej jechało do niego już od kilku godzin. Pomy­ślał, że to jakaś paro­dia. Cały czas powstrzy­my­wały ich pogoda i wciąż nowe, sprzeczne pole­ce­nia: przy­jedź­cie i zaj­mij­cie się tym i tam­tym. Cią­gle im coś wypa­dało. Zga­dzał się z Gabriellą: rażąca nie­kom­pe­ten­cja.

Uznał jed­nak, że zaj­mie się tym póź­niej. Teraz musiał zadzwo­nić. Pro­blem pole­gał na tym, że August wła­śnie się budził, więc musiał dzia­łać szybko. Histe­ry­zu­jący August rzu­ca­jący się na wez­gło­wie łóżka to było ostat­nie, czego w tam­tej chwili potrze­bo­wał. Nagle przy­po­mniał sobie o zatycz­kach do uszu, sta­rych zie­lo­nych zatycz­kach, które kupił na lot­ni­sku we Frank­fur­cie.

Wziął je z noc­nego sto­lika i ostroż­nie wło­żył synowi do uszu. Potem otu­lił go koł­drą, poca­ło­wał w poli­czek i pogła­dził po buj­nych krę­co­nych wło­sach. Upew­nił się, że koł­nie­rzyk od piżamy leży jak trzeba, a głowa wygod­nie spo­czywa na poduszce. Pomy­ślał, że to nie­po­jęte. Bał się i wie­dział, że powi­nien się spie­szyć. A mimo to ruszał się jak w zwol­nio­nym tem­pie i doglą­dał syna. Może to była odro­bina czu­ło­ści w trud­nej chwili. A może chciał odwlec spo­tka­nie z tym, co go cze­kało za drzwiami. Przez chwilę szcze­rze żało­wał, że nie ma broni. Choć i tak by nie wie­dział, jak się nią posłu­żyć.

Był cho­ler­nym pro­gra­mi­stą, w któ­rym na stare lata obu­dziło się tro­chę ojcow­skich uczuć. To wszystko. Nie powi­nien dać się wplą­tać w ten bała­gan. Niech dia­bli wezmą Soli­fon, NSA i wszyst­kie orga­ni­za­cje prze­stęp­cze! Ale musiał zaci­snąć zęby. Ostroż­nie, nie­pew­nym kro­kiem wyszedł na kory­tarz i zanim zro­bił cokol­wiek innego, nawet zanim spoj­rzał w stronę wyj­ścia, wyłą­czył alarm. Hałas roz­stroił mu cały sys­tem ner­wowy. Kiedy w końcu zapa­dła cisza, sta­nął bez ruchu w przed­po­koju, nie­zdolny do jakie­go­kol­wiek dzia­ła­nia. Nagle roz­legł się dzwo­nek tele­fonu. Pod­sko­czył ze stra­chu, ale był zado­wo­lony, że będzie się mógł zająć czymś innym.

– Tak? – powie­dział do słu­chawki.

– Mówi Jonas Ander­berg, dyżurny z Mil­ton Secu­rity. Czy wszystko w porządku?

– Co… tak. Chyba tak. Alarm się włą­czył.

– Wiem. Zgod­nie z naszymi instruk­cjami w takim przy­padku powi­nien pan wejść do spe­cjal­nego pomiesz­cze­nia i zamknąć drzwi. Jest pan tam?

– Tak – skła­mał.

– Dobrze, bar­dzo dobrze. Wie pan, co się stało?

– Nie mam poję­cia. Obu­dził mnie alarm. Nie wiem, co go uru­cho­miło. Nie mogła to być wichura?

– Raczej nie… Chwi­leczkę!

W gło­sie Jonasa Ander­berga usły­szał roz­ko­ja­rze­nie.

– Co się dzieje? – spy­tał ner­wowo.

– Wygląda na to…

– Wykrztuś pan to, do cho­lery. Cały się trzęsę.

– Prze­pra­szam. Spo­koj­nie, spo­koj­nie… oglą­dam nagra­nia z naszych kamer i nie­stety wygląda na to, że…

– Że co?

– Że ktoś pana odwie­dził. Męż­czy­zna. Tak, sam pan póź­niej zoba­czy. Chudy męż­czy­zna w ciem­nych oku­la­rach i czapce cho­dził po pań­skim ogro­dzie. O ile się orien­tuję, zro­bił dwie rundki, choć, tak jak mówię… dopiero to odkry­łem. Muszę się temu przyj­rzeć bli­żej, żeby móc powie­dzieć coś wię­cej.

– Co to za typ?

– Trudno stwier­dzić.

Na chwilę zapa­dła cisza. Jonas Ander­berg naj­wy­raź­niej oglą­dał nagra­nia.

– Cho­ciaż może… nie wiem… nie, nie powi­nie­nem spe­ku­lo­wać na tak wcze­snym eta­pie.

– Ależ bar­dzo pro­szę. Potrze­buję jakie­goś kon­kretu. To mi pomoże.

– Rozu­miem. W takim razie powiem, że przy­naj­mniej jedna rzecz jest w tym dobra.

– Co?

– Jego chód. Facet cho­dzi jak ćpun. Jak ktoś, kto wcią­gnął mnó­stwo amfy. W jego ruchach jest coś prze­sad­nie napu­szo­nego, jakaś sztyw­ność. Mogłoby to świad­czyć o tym, że to zwy­kły nar­ko­man i drobny zło­dzie­ja­szek. Z dru­giej strony…

– Tak?

– To wygląda nie­po­ko­jąco. Ukrywa twarz i…

Jonas umilkł.

– Pro­szę mówić dalej!

– Chwi­leczkę.

– Powiem szcze­rze, że działa mi pan na nerwy.

– Nie robię tego spe­cjal­nie. Ale…

Bal­der zadrżał. Od strony pod­jazdu do garażu dobie­gał war­kot sil­nika.

– Ma pan gości.

– Co mam robić?

– Zostać tam, gdzie pan jest.

– Okej – odparł Frans. Stał bez ruchu, w zupeł­nie innym miej­scu, niż sądził Jonas Ander­berg.

KIEDY O PIERW­SZEJ pięć­dzie­siąt osiem zadzwo­nił tele­fon, Mikael Blom­kvist na­dal nie spał. Ponie­waż jed­nak tele­fon spo­czy­wał w kie­szeni jego dżin­sów, które leżały na pod­ło­dze, i tak nie zdą­żył ode­brać. Poza tym numer był zastrze­żony. Mikael zaklął, wsu­nął się z powro­tem do łóżka i zamknął oczy.

Tej nocy musiał się prze­spać. Erika zasnęła tuż po pół­nocy, a on prze­wra­cał się z boku na bok i myślał o swoim życiu, w któ­rym tak nie­wiele rze­czy było uda­nych. Nawet zwią­zek z Eriką. Kochał ją od kil­ku­dzie­się­ciu lat i wszystko wska­zy­wało na to, że ona odwza­jem­nia to uczu­cie.

Ale teraz to już nie było takie pro­ste. Mikael pomy­ślał, że może zaczął odczu­wać sym­pa­tię wobec Gre­gera. Gre­ger Beck­man był mala­rzem i mężem Eriki. Nikt nie mógłby powie­dzieć, że jest zazdro­sny albo małost­kowy. Wręcz prze­ciw­nie. Kiedy zaczął podej­rze­wać, że Erika ni­gdy sobie nie odpu­ści Mika­ela ani nie będzie umiała się powstrzy­mać przed zdzie­ra­niem z niego ubrań, nie zaczął sza­leć ani mio­tać gróźb, że będą musieli się prze­pro­wa­dzić do Chin. Zapro­po­no­wał jej układ:

– Możesz z nim być, byle­byś tylko do mnie wra­cała.

Na tym sta­nęło. Two­rzyli ménage à trois, nie­kon­wen­cjo­nalną kon­ste­la­cję. Erika naj­czę­ściej spała z Gre­ge­rem w domu w Saltsjöbaden, a cza­sem u Mika­ela przy Bel­l­mans­ga­tan. Z bie­giem lat Mikael doszedł do wnio­sku, że to fan­ta­styczne roz­wią­za­nie dobrze zro­bi­łoby wielu ludziom, żyją­cym pod dyk­ta­turą związku. Za każ­dym razem, kiedy Erika mówiła: bar­dziej kocham mojego męża, kiedy mogę być także z tobą, albo kiedy Gre­ger na jakimś cock­tail party objął go po bra­ter­sku, Mikael dzię­ko­wał za to losowi.

Ale ostat­nio zaczęły go dopa­dać wąt­pli­wo­ści. Może dla­tego, że miał wię­cej czasu na zasta­na­wia­nie się nad wła­snym życiem. Przy­szło mu do głowy, że nie wszystko, co się okre­śla mia­nem poro­zu­mie­nia, rze­czy­wi­ście nim jest.

Zda­rza się, że jedna ze stron for­suje coś, nazywa wspólną decy­zją, a po cza­sie oka­zuje się, że druga strona cier­piała, choć zapew­niała, że wcale tak nie jest. Gre­ger raczej się nie ucie­szył, kiedy Erika zadzwo­niła do niego wie­czo­rem. Kto wie, może on też nie mógł zasnąć.

Mikael ze wszyst­kich sił sta­rał się myśleć o czymś innym. Na chwilę nawet odpły­nął w świat marzeń. Ale to nie­wiele pomo­gło. W końcu wstał. Posta­no­wił zro­bić coś kon­kret­nego, na przy­kład poczy­tać o szpie­go­stwie prze­my­sło­wym albo, co wyda­wało się jesz­cze lep­sze, naszki­co­wać alter­na­tywny plan finan­sowy dla „Mil­len­nium”. Ubrał się, usiadł przy kom­pu­te­rze i zaczął spraw­dzać pocztę.

Jak zwy­kle – w więk­szo­ści były to śmieci, ale kilka maili spra­wiło, że nabrał sił. Chri­ster, Malin, Andrei Zan­der i Har­riet Van­ger wzno­sili okrzyki bojowe i zagrze­wali go do zbli­ża­ją­cej się walki z kon­cer­nem Ser­nera. Odpo­wie­dział, wyol­brzy­mia­jąc swój entu­zjazm. Następ­nie, niczego się nie spo­dzie­wa­jąc, spraw­dził plik Lis­beth. Nagle się roz­ja­śnił. Odpo­wie­działa. Po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów dała znak życia.

Inte­li­gen­cja Bal­dera nie jest ani tro­chę sztuczna. A jak to teraz wygląda u cie­bie?

No i co by się stało, Blom­kvist, gdy­by­śmy stwo­rzyli maszynę tro­chę mądrzej­szą od nas?

Uśmiech­nął się i przy­po­mniał sobie ich ostat­nie spo­tka­nie w Kaf­fe­bar przy S:t Pauls­ga­tan. I dla­tego dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zadała mu dwa pyta­nia. Pierw­sze było drobną przy­ja­ciel­ską zło­śli­wostką, w któ­rej nie­stety kryło się ziarno prawdy. Tek­sty, które ostat­nio pisał do gazety, nie były inte­li­gentne i bra­ko­wało im praw­dzi­wej war­to­ści infor­ma­cyj­nej. Jak wielu dzien­ni­ka­rzy uży­wał spraw­dzo­nych chwy­tów i sfor­mu­ło­wań. Nie mógł już cof­nąć czasu, więc posta­no­wił się zasta­no­wić nad dru­gim pyta­niem Lis­beth – jej małą zagadką. Nie był prze­sad­nie zain­te­re­so­wany tym tema­tem, ale chciał napi­sać coś bły­sko­tli­wego.

Zaczął się zasta­na­wiać, co się sta­nie, jeśli ludzie stwo­rzą maszynę mądrzej­szą od nich samych. Poszedł do kuchni, otwo­rzył butelkę wody Ramlösa i usiadł przy stole. W miesz­ka­niu pod nim pani Ger­mer mocno kasz­lała, a z oddali dobie­gał sygnał karetki, zle­wa­jący się z wyciem wichury. No więc, pomy­ślał, taka maszyna potra­fi­łaby to samo co my plus jesz­cze kilka innych rze­czy, na przy­kład… Zro­zu­miał, o co jej cho­dziło, i wybuch­nął gło­śnym śmie­chem. Taka maszyna musia­łaby umieć skon­stru­ować coś inte­li­gent­niej­szego od sie­bie, i kolejna, i kolejna, aż w końcu źró­dło tego wszyst­kiego, czło­wiek, nie byłby wart wię­cej niż myszka do naj­no­wo­cze­śniej­szego kom­pu­tera. Ludz­kość doświad­czy eks­plo­zji inte­li­gen­cji, któ­rej nie da się w żaden spo­sób kon­tro­lo­wać. To będzie wyglą­dało jak w Matrik­sie. Uśmiech­nął się, odło­żył kom­pu­ter i napi­sał:

Jeżeli stwo­rzymy taką maszynę, znaj­dziemy się w świe­cie, w któ­rym nawet Lis­beth Salan­der nie będzie taka pewna sie­bie.

Potem jakiś czas sie­dział bez ruchu i patrzył przez okno, choć przez sza­le­jącą śnie­życę nie­wiele było widać. Od czasu do czasu spo­glą­dał przez otwarte drzwi na Erikę. Spała głę­bo­kim snem i nic nie wie­działa o maszy­nach inte­li­gent­niej­szych od ludzi, a przy­naj­mniej nie mar­twiła się tym w tej chwili. Potem wycią­gnął tele­fon.

Wyda­wało mu się, że zadźwię­czał. I rze­czy­wi­ście: ktoś nagrał wia­do­mość. Tro­chę się zanie­po­koił, choć sam nie bar­dzo wie­dział dla­czego. Ale pomy­ślał, że jeśli nie liczyć tele­fo­nów od daw­nych kocha­nek, które dzwo­nią po pijaku i chcą się kochać, w nocy zwy­kle przy­cho­dzą złe wie­ści. Odsłu­chał od razu. Usły­szał pełen nie­po­koju głos:

Nazy­wam się Frans Bal­der. Wiem, że to bez­czel­ność dzwo­nić o tej porze. Bar­dzo za to prze­pra­szam. Ale sytu­acja jest poważna. A przy­naj­mniej tak mi się wydaje. Wła­śnie się dowie­dzia­łem, że pan mnie szu­kał. To naprawdę nie­sły­chany zbieg oko­licz­no­ści. Jest kilka spraw, o któ­rych od jakie­goś czasu chcia­łem komuś opo­wie­dzieć i które, jak sądzę, mogą pana zain­te­re­so­wać. Był­bym bar­dzo wdzięczny, gdyby się pan ze mną jak naj­szyb­ciej skon­tak­to­wał. Wydaje mi się, że mamy bar­dzo nie­wiele czasu.

Podał numer tele­fonu i adres mailowy. Mikael zapi­sał i przez jakiś czas sie­dział nie­ru­chomo, bęb­niąc pal­cami o stół. A potem wybrał numer.

FRANS BAL­DER leżał w łóżku, na­dal roz­trzę­siony i prze­stra­szony, choć mimo wszystko tro­chę się uspo­koił. Na pod­jeź­dzie stał samo­chód poli­cjan­tów. W końcu się zja­wili. Byli to dwaj męż­czyźni koło czter­dziestki – jeden bar­dzo wysoki, a drugi dość niski. Obaj mieli krótko obcięte wysty­li­zo­wane włosy i wyglą­dali na zaro­zu­mia­łych, choć zacho­wy­wali się uprzej­mie i z nale­ży­tym sza­cun­kiem prze­pro­sili za spóź­nie­nie.

– Mil­ton Secu­rity i Gabriella Grane z Säpo przed­sta­wili nam sytu­ację – oznaj­mili.

Wie­dzieli, że po pose­sji krę­cił się męż­czy­zna w czapce i ciem­nych oku­la­rach i że muszą zacho­wać czuj­ność. Podzię­ko­wali więc za gorącą her­batę, którą chciał ich poczę­sto­wać w kuchni. Powie­dzieli, że chcie­liby obej­rzeć dom, a on uznał, że to brzmi roz­sąd­nie i pro­fe­sjo­nal­nie. Nie zro­bili na nim szcze­gól­nie dobrego wra­że­nia, bar­dzo złego też nie. Wziął od nich numery tele­fo­nów i wró­cił do łóżka. August na­dal spał, sku­lony, z zie­lo­nymi zatycz­kami w uszach.

Nie mógł już zasnąć. Jakiś czas nasłu­chi­wał i w końcu usiadł w łóżku. Wie­dział, że musi coś zro­bić, bo ina­czej osza­leje. Odsłu­chał wia­do­mo­ści. Obie zosta­wił Linus. Było sły­chać, że jest zły i jed­no­cze­śnie jakby chciał się bro­nić. W pierw­szej chwili Frans zamie­rzał po pro­stu wyłą­czyć tele­fon. Nie był w sta­nie słu­chać jego zrzę­dze­nia. Ale po chwili oka­zało się, że Linus mimo wszystko ma do powie­dze­nia kilka cie­ka­wych rze­czy. Roz­ma­wiał z Mika­elem Blom­kvi­stem z „Mil­len­nium”. Blom­kvist chciał się z nim spo­tkać. Pogrą­żył się w myślach. Mikael Blom­kvist, mam­ro­tał. Czy to on ma być ogni­wem łączą­cym mnie ze świa­tem?

Nie­zbyt dobrze znał szwedz­kie śro­do­wi­sko dzien­ni­kar­skie, ale wie­dział, kim jest Blom­kvist. O ile się orien­to­wał, był to czło­wiek, który zawsze zgłę­biał to, o czym pisał, i ni­gdy nie ule­gał naci­skom. Nie zna­czyło to jed­nak, że jest odpo­wied­nią osobą. Poza tym Frans przy­po­mniał sobie, że sły­szał o nim rów­nież mniej pochlebne opi­nie. Wstał i znów zadzwo­nił do Gabrielli Grane. Wie­działa naj­wię­cej o ludziach mediów i zapowie­działa, że nie zamie­rza się kłaść.

Ode­brała od razu.

– Halo? Wła­śnie mia­łam do cie­bie dzwo­nić. Oglą­dam tego czło­wieka. Mimo wszystko chyba powin­ni­śmy cię natych­miast prze­nieść.

– Ale prze­cież w końcu przy­je­chali ci poli­cjanci. Są za drzwiami.

– Jeśli ten czło­wiek wróci, wcale nie musi wejść głów­nymi drzwiami.

– Dla­czego miałby wra­cać? Ci z Mil­tona mówili, że wyglą­dał jak stary nar­ko­man.

– Nie była­bym taka pewna. Ma ze sobą coś, co wygląda jak skrzynka. Jakieś urzą­dze­nie. Lepiej dmu­chać na zimne.

Frans zer­k­nął na leżą­cego obok Augu­sta.

– Jutro chęt­nie się prze­niosę. Może się oka­zać, że dobrze to zrobi moim ner­wom. Teraz, w nocy, nic nie będę robił. Twoi poli­cjanci wyglą­dają na pro­fe­sjo­na­li­stów, przy­naj­mniej jako tako.

– Znów zamie­rzasz się opie­rać?

– Tak, taki wła­śnie mam zamiar.

– No dobra, wobec tego powiem Flinc­kowi i Blo­mowi, żeby się tro­chę poru­szali i poob­ser­wo­wali oko­licę.

– Dobrze, ale nie dla­tego dzwo­nię. Radzi­łaś mi, żebym wyszedł na forum publiczne, pamię­tasz?

– Tak… nie była to rada, jaką zwy­kle sły­szy się od Säpo, prawda? Zresztą na­dal uwa­żam, że to dobry pomysł. Ale naj­pierw powi­nie­neś powie­dzieć nam wszystko, co wiesz. Zaczy­nam mieć złe prze­czu­cia.

– W takim razie poroz­ma­wiamy jutro rano, jak już się wyśpimy. Powiedz mi tylko, co myślisz o Mika­elu Blom­kvi­ście z „Mil­len­nium”. Czy to jest czło­wiek, z któ­rym mógł­bym poroz­ma­wiać?

Gabriella wybuch­nęła śmie­chem.

– Jeżeli chcesz przy­pra­wić moich kole­gów o wylew, to zde­cy­do­wa­nie powi­nie­neś z nim poroz­ma­wiać.

– Jest aż tak źle?

– Funk­cjo­na­riu­sze Säpo uni­kają go jak zarazy. Jest nawet takie powie­dze­nie: jeżeli Mikael Blom­kvist stoi na two­jej klatce scho­do­wej, wiedz, że ten rok masz z głowy. Wszy­scy tutaj, łącz­nie z Heleną Kraft, odra­dza­liby ci to bar­dzo sta­now­czo.

– Ale ja pytam cie­bie.

– A ja odpo­wiem, że to by był dobry krok. Blom­kvist jest cho­ler­nie dobrym dzien­ni­ka­rzem.

– Czy przy­pad­kiem nie był też kry­ty­ko­wany?

– Jak naj­bar­dziej. Ostat­nio mówi się, że jest już passé, nie pisze wystar­cza­jąco opty­mi­stycz­nych i rado­snych tek­stów czy coś w tym rodzaju. To sta­ro­świecki, docie­kliwy repor­ter, w naj­lep­szym gatunku. Masz na niego namiary?

– Dosta­łem od daw­nego asy­stenta.

– Zna­ko­mi­cie. Ale zanim się z nim skon­tak­tu­jesz, musisz powie­dzieć wszystko nam. Obie­cu­jesz?

– Obie­cuję, Gabriello. A teraz tro­chę się prze­śpię.

– Zrób to. A ja poroz­ma­wiam z Flinc­kiem i Blo­mem, a póź­niej zała­twię ci bez­pieczne miej­sce na jutro.

Potem Frans pró­bo­wał się uspo­koić. I znów było to nie­moż­liwe. Fatalna pogoda spra­wiała, że do głowy cisnęły mu się upo­rczywe myśli. Czuł się tak, jakby coś złego prze­pra­wiało się ku niemu przez morze i chcąc nie chcąc nasłu­chi­wał w napię­ciu. Chciał usły­szeć wszyst­kie nie­ty­powe dźwięki. Z każdą chwilą był coraz bar­dziej zde­ner­wo­wany i nie­spo­kojny.

Obie­cał Gabrielli, że z nią poroz­ma­wia naj­pierw. Szybko jed­nak poczuł, że to nie może cze­kać. Wszystko, co tak długo w sobie tłu­mił, doma­gało się ujścia, nawet jeśli zda­wał sobie sprawę, że to irra­cjo­nalne. Nic nie mogło być aż tak pilne. Był śro­dek nocy i wbrew temu, co mówiła Gabriella, dawno nie był tak bez­pieczny jak teraz. Pil­no­wała go poli­cja i miał insta­la­cję alar­mową pierw­szej klasy. To jed­nak nie poma­gało. Czuł się roz­trzę­siony. Zna­lazł numer, który dostał od Linusa, i zadzwo­nił. Blom­kvist oczy­wi­ście nie ode­brał.

Dla­czego miałby ode­brać? Było o wiele za późno na tele­fony. Nagrał więc wia­do­mość, cedząc słowa szep­tem, żeby nie obu­dzić Augu­sta. Wstał i zapa­lił nocną lampkę po swo­jej stro­nie łóżka. Przez chwilę przy­glą­dał się książ­kom sto­ją­cym na regale po pra­wej. Tym, które nie miały nic wspól­nego z jego pracą. Był nie­spo­kojny i nie mógł się sku­pić. Spró­bo­wał przej­rzeć starą powieść Ste­phena Kinga Smę­tarz dla zwie­rza­ków. Ale przez to znów zaczął myśleć o złych posta­ciach, idą­cych po niego nocą. Długo stał z książką w dłoni. Nagle coś się stało. Przy­szła mu do głowy pewna myśl. Bar­dzo się zanie­po­koił. Za dnia może uznałby, że to non­sens. W nocy wszystko wyda­wało się bar­dzo realne. Nagle poczuł, że chciałby poroz­ma­wiać z Farah Sha­rif albo ze Ste­ve­nem War­bur­to­nem z Los Ange­les. Ste­ven prze­cież na pewno nie spał o tej porze. Roz­wa­ża­jąc to i wyobra­ża­jąc sobie wszel­kie moż­liwe wer­sje wyda­rzeń, patrzył na morze i nie­spo­kojne chmury pędzące po noc­nym nie­bie. I nagle, jakby w odpo­wie­dzi na jego modli­twy, zadzwo­nił tele­fon. Nie byli to, rzecz jasna, ani Farah, ani Ste­ven.

– Nazy­wam się Mikael Blom­kvist – powie­dział. – Szu­kał mnie pan.

– Zga­dza się. Prze­pra­szam, że zadzwo­ni­łem tak późno.

– Nic nie szko­dzi. Nie spa­łem.

– To tak jak ja. Może pan teraz roz­ma­wiać?

– Jak naj­bar­dziej. Wła­śnie odpo­wie­dzia­łem na wia­do­mość od kogoś, kogo, jak sądzę, obaj znamy. Nazywa się Salan­der.

– Jak?

– Prze­pra­szam, może coś źle zro­zu­mia­łem. Wyda­wało mi się, że zle­cił jej pan spraw­dze­nie waszych kom­pu­te­rów i wytro­pie­nie wła­my­wa­cza.

Frans wybuch­nął śmie­chem.

– Ach tak. Boże, to naprawdę wyjąt­kowa dziew­czyna. Ale ni­gdy mi nie zdra­dziła, jak się nazywa, choć przez jakiś czas czę­sto się kon­tak­to­wa­li­śmy. Uzna­łem, że ma swoje powody, i ni­gdy nie naci­ska­łem. Pozna­łem ją na jed­nym z moich wykła­dów w KTH. Chęt­nie panu opo­wiem. To była zdu­mie­wa­jąca histo­ria. Ale naj­pierw chciał­bym zapy­tać… cóż, z pew­no­ścią uzna pan, że to sza­lony pomysł.

– Cza­sami lubię sza­lone pomy­sły.

– Nie miałby pan ochoty tu teraz pod­je­chać? Dużo by to dla mnie zna­czyło. Mam temat o znacz­nej, jak sądzę, sile raże­nia. Mogę zapła­cić za tak­sówkę w tę i z powro­tem.

– To miło z pań­skiej strony, ale zawsze sami pokry­wamy koszty. Dla­czego mie­li­by­śmy roz­ma­wiać w środku nocy?

– Bo… – Frans się zawa­hał. – Bo mam wra­że­nie, że zostało nie­wiele czasu. A nawet wię­cej niż wra­że­nie. Wła­śnie się dowie­dzia­łem, że jestem w nie­bez­pie­czeń­stwie, a jakąś godzinę temu ktoś węszył wokół mojego domu. Mówiąc szcze­rze, po pro­stu się boję i chcę wyrzu­cić z sie­bie to, co mam do powie­dze­nia. Nie chcę już być z tym sam.

– Okej.

– To zna­czy?

– Przy­jadę. Jeśli mi się uda skom­bi­no­wać tak­sówkę.

Frans podał mu adres, a potem się roz­łą­czył i zadzwo­nił do Los Ange­les, do pro­fe­sora Ste­vena War­bur­tona z Los Ange­les. Sta­rał się być sku­piony. Roz­ma­wiali na zaszy­fro­wa­nej linii. Trwało to jakieś dwa­dzie­ścia–trzy­dzie­ści minut. Kiedy skoń­czyli, wszedł na górę i wło­żył dżinsy i czarną kasz­mi­rową koszulkę polo. Wyjął butelkę ama­rone, na wypa­dek gdyby Mikael Blom­kvist miał ochotę na takie przy­jem­no­ści. Nie doszedł dalej niż do drzwi i nagle wzdry­gnął się z prze­ra­że­niem. Wyda­wało mu się, że zauwa­żył jakiś ruch, że coś obok niego prze­mknęło. Ner­wowo spoj­rzał na pomost i morze, ale nic nie zauwa­żył. Widział wylud­niony, sma­gany wia­trem i desz­czem skra­wek ziemi, ten sam co zawsze. Uznał, że mu się przy­wi­działo ze zde­ner­wo­wa­nia. A przy­naj­mniej pró­bo­wał sobie wmó­wić, że tak wła­śnie było. Wyszedł z sypialni i wzdłuż dużego okna ruszył na górę. Nagle poczuł falę nie­po­koju i znów gwał­tow­nie się odwró­cił. Tym razem naprawdę coś zauwa­żył – kawa­łek dalej, koło domu sąsiada, Cede­rvalla.

W cie­niu drzew prze­my­kała jakaś postać. Nie miał czasu się jej przyj­rzeć, ale zauwa­żył, że to mocno zbu­do­wany męż­czy­zna z ple­ca­kiem, w ciem­nym stroju. Biegł sku­lony, coś w jego ruchach spra­wiało, że wyglą­dał na pro­fe­sjo­na­li­stę, jakby bie­gał tak wiele razy, może na jakiejś odle­głej woj­nie. Ten ruch wyda­wał się wyćwi­czony i sku­teczny. Sko­ja­rzył mu się z fil­mem i czymś prze­ra­ża­ją­cym. Może wła­śnie dla­tego minęło kilka sekund, zanim wycią­gnął z kie­szeni tele­fon i spró­bo­wał się zorien­to­wać, który z nume­rów na liście należy do któ­re­goś z dyżu­ru­ją­cych na dwo­rze poli­cjan­tów.

Nie dodał ich do kon­tak­tów, po pro­stu zadzwo­nił, żeby numery poja­wiły się na wyświe­tla­czu, więc teraz nie był pewien. Który numer jest ich? Nie wie­dział, więc drżącą ręką wybrał ten, który wyda­wał mu się wła­ściwy. Nikt nie odbie­rał. Dopiero po pię­ciu sygna­łach w słu­chawce roz­legł się zdy­szany głos:

– Tu Blom, co się dzieje?

– Widzia­łem jakie­goś faceta. Biegł pod drze­wami przy sąsied­nim domu. Nie wiem, gdzie jest teraz. Moż­liwe, że na dro­dze, nie­da­leko was.

– Okej, rozej­rzymy się.

– Wyda­wał się… – zaczął i urwał.

– Jaki?

– Nie wiem. Szybki.

DAN FLINCK i Peter Blom sie­dzieli w radio­wo­zie. Roz­ma­wiali o swo­jej mło­dej kole­żance Annie Berze­lius i o roz­mia­rze jej pupy. Obaj byli świeżo po roz­wo­dzie.

Oba roz­wody były z początku dość bole­sne. Obaj mieli małe dzieci i żony, które czuły się oszu­kane, a także teściów, któ­rzy na różne spo­soby mówili im, że są nie­od­po­wie­dzial­nymi skur­czy­by­kami. Ale kiedy emo­cje w końcu opa­dły, a oni uzy­skali prawo do naprze­mien­nej opieki nad dziećmi i prze­nie­śli się do nowych, skrom­niej­szych domów, doszli do tego samego wnio­sku: bra­ko­wało im kawa­ler­skiego życia. W te dni, kiedy nie mieli u sie­bie dzieci, impre­zo­wali jak ni­gdy przed­tem, a potem – jak w cza­sach, gdy byli nasto­lat­kami – oma­wiali wszyst­kie szcze­góły imprez, oglą­dali napo­tkane kobiety od stóp do głów i szcze­gó­łowo oce­niali ich ciała i umie­jęt­no­ści łóż­kowe. Tym razem jed­nak nie zdą­żyli się zagłę­bić w temat pupy Anny Berze­lius tak bar­dzo, jak by chcieli.

Zadzwo­niła komórka Petera. Obaj pod­sko­czyli. Po czę­ści dla­tego, że Peter zmie­nił dzwo­nek na dość eks­tre­malną wer­sję Satis­fac­tion. Ale głów­nie dla­tego, że była noc, że sza­lała zawieja i że czuli się samotni. Łatwo ich było prze­stra­szyć. Poza tym Peter miał tele­fon w kie­szeni spodni, a że spodnie były cia­sne – przez impre­zowe życie zwięk­szył mu się brzuch – tro­chę potrwało, zanim go wydo­był. Kiedy się roz­łą­czył, wyglą­dał na zmar­twio­nego.

– O co cho­dzi? – zapy­tał Dan.

– Bal­der widział jakie­goś faceta. Podobno szybki z niego sku­ba­niec.

PODZI­ĘKO­WA­NIA

Chciał­bym zło­żyć naj­ser­decz­niej­sze podzię­ko­wa­nia mojej agentce Mag­da­le­nie Hedlund, ojcu i bratu Stiega Lars­sona, Joaki­mowi i Erlan­dowi Lars­so­nom, moim wydaw­czy­niom Evie Gedin i Susan­nie Roma­nus i redak­to­rowi Inge­ma­rowi Karls­so­nowi oraz Lin­dzie Altrov Berg i Cathe­ri­nie Mörk z Nor­stedts Agency.

Dzię­kuję także Davi­dowi Jacoby’emu – ana­li­ty­kowi bez­pie­czeń­stwa z Kasper­sky Lab, Andre­asowi Strömbergssonowi – pro­fe­so­rowi mate­ma­tyki z uni­wer­sy­tetu w Uppsali, Fre­dri­kowi Lau­ri­nowi – sze­fowi działu śled­czego z Ekot, Mika­elowi Lagströmowi – wice­pre­ze­sowi do spraw obsługi klienta z Outpost24, pisa­rzom Danie­lowi Gold­ber­gowi i Linu­sowi Lars­so­nowi oraz Mena­che­mowi Hara­riemu.

I oczy­wi­ście mojej Anne.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mężczyzna, który gonił swój cień Co nas nie zabije Ja, Ibra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny