13 pięter

13 pięter

Autorzy: Filip Springer

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB PDF

Ilość stron: 288

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 17.45 zł

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska cierpiała na gigantyczny głód mieszkaniowy. Problem ten przez całe dwudziestolecie próbowali rozwiązać różnego rodzaju zapaleńcy, społecznicy, ludzie z misją. Bezskutecznie.

W 1989 roku Polska znów znalazła się w punkcie wyjścia. Tanich mieszkań jak nie było, tak nie ma. Kolejne pomysły na rozwiązanie problemu mieszkaniowego okazują się gorsze od poprzednich, a luki prawne w istniejącym systemie bezwzględnie wykorzystują banki, deweloperzy i czyściciele kamienic. Wielu obywateli radzi sobie więc, jak może, wegetując, oszukując, adaptując się. Umowy kredytowe podpisały prawie dwa miliony Polaków.

Słowo „dom” odmieniane w tej książce przez wszystkie przypadki nie kojarzy się im ze stabilizacją ani spokojem, a większość opowiedzianych tu historii jest tragiczna. Żeby ich wysłuchać, Filip Springer trafił do mieszkania w piwnicy, kontenerze, garażu i małej gastronomi na piątym piętrze kamienicy. I przekonał się, jak rzeczywistość może różnić się od marzeń.

Książka powstała dzięki Stypendium Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego

"Ta książka budzi złość. Najpierw na przedwojenne elity, które nie zrobiły w tej sprawie nic. A potem na elity III RP, które uznały, że sprawę załatwi wolny rynek. Springer opisuje przeklęty polski problem mieszkaniowy, zagląda do ogłoszeń drobnych, piwnicznych klitek po tysiąc sześćset złotych za miesiąc, pokojów sublokatorskich przedzielonych meblościanką. Przypomina historię upadłych deweloperów, kredytów we frankach, czyścicieli kamienic i nieprawdopodobnego cwaniactwa, które na braku mieszkań żeruje. Znakomity reportaż o zaniedbaniach dwudziestopięciolecia, po którym czekoladowy orzeł nie będzie już taki słodki." Grzegorz Sroczyński, „Gazeta Wyborcza”

Filip Springer

13 pięter

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie wewnątrz tomu © by Filip Springer

Copyright © by Filip Springer, 2015

Redakcja Karolina Iwaszkiewicz

Korekta Agnieszka Rymarowicz / d2d.pl,

Magdalena Kędzierska-Zaporowska / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

Książka powstała dzięki stypendium Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego

ISBN 978-83-8049-136-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część I Lustro

Między częściami Budulec i spoiwo

Część II Wielkie kłamstwo

Fundamenty

Piwnica

Kontener

Garaż

Parter

Piętro I

Piętro II

Piętro III

Piętro IV

Piętro V

Piętro VI

Piętro VII

Piętro VIII

Piętro IX

Piętro X

Piętro XI

Piętro XII

Piętro XIII

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Przypisy końcowe

Kolofon

Część I

Lustro

Nareszcie jesteśmy gospodarzami w znacznej części własnego kraju, nareszcie po stu dwudziestu kilku latach nadeszła godzina, że nie ma tu już obcego najazdu. Jesteśmy wolni. I tylko tygodnie oddzielają nas od błogosławionej chwili, kiedy wszyscy znajdziemy się pod jednym dachem.

„Kurier Warszawski”, 12 listopada 1918

1

„Musimy koniecznie umrzeć razem” – mówi Zofia. Jest zimna noc z 28 na 29 listopada 1931 roku, podejmują kolejną próbę. Poprzednio zatkały komin, żeby się zaczadzić. Ale po ich dziurawej chałupce przeciąg gania jak po swoim, więc obudziły się rano całe i zdrowe, tyle że z bólem głowy. Zofia wiesza się pierwsza. Po niej matka, twarzą do ściany. Młodsza siostra Zofii, Jadwiga, wybiega w noc. Tłucze w drzwi sąsiada, razem idą do jej domu. Sąsiad odcina kobiety i kładzie je na łóżku. Jadwiga rozumie, że nie ma już wyboru. Wypija esencję octową i wkrótce dołącza do matki i siostry.

W gazetach napiszą, że jakiś czas wcześniej Zofia Fetlińska straciła pracę, a tylko ona przynosiła pieniądze do domu. Mieszkały przy Powązkowskiej 30, na biednym osiedlu nieopodal cmentarza. Kawałek dalej, przy torach, zaczyna się kolonia nor wyrytych w nasypach kolejowych i szałasów skleconych z byle czego. Za nimi szarzeją baraki dla bezdomnych. Fetlińskie wiedziały, że bez pieniędzy prędzej czy później tam skończą. Dlatego postanowiły odebrać sobie życie. To samo zrobił wcześniej ukochany brat Zofii i Jadwigi. Rok i po czworgu Fetlińskich nie ma śladu1.

W „Robotniku” często pojawiają się informacje o takich zdarzeniach. Przypadkowe numery z roku 1931:

Wielkanoc – piętnaście samobójstw.

18 sierpnia – trzy samobójstwa, wszystkie związane z eksmisjami.

26 sierpnia – trzy samobójstwa.

28 sierpnia – cztery samobójstwa.

6 września. Ulica Pawia 64a. Kupiec Noe Wajman zalega ze spłatą komornego za dziesięć miesięcy. Właściciel grozi mu eksmisją. W środku nocy żona Wajmana wychodzi na klatkę schodową, staje na parapecie. Dostrzegają to Noe i ich siedemnastoletnia córka Linda. Razem dopadają okna i łapią kobietę za nogi, ale ta wyrywa im się po kilku sekundach szamotaniny i skacze. Ginie na miejscu.

8 września – cztery samobójstwa.

9 września – siedem samobójstw, w tym dwa skoki z mostu.

13 września – trzy samobójstwa.

2 października – trzy samobójstwa.

7 października. Ulica Ogrodowa 46. Stanisław Kopczyński, hand­larz uliczny i ojciec dwojga dzieci, zalega z czynszem za siedem miesięcy. Dowiaduje się, że za tydzień zostanie wraz z rodziną eksmitowany na bruk. Chce się rzucić z okna na trzecim piętrze kamienicy, w której mieszka, ale w ostatniej chwili powstrzymuje go żona. By uzbierać na opłaty, sprzedają wszystko, co mają. Pieniędzy nie wystarcza. Stanisław wpada w szał i demoluje prawie puste mieszkanie. Kilka dni później znajdą go tam martwego. Lekarze stwierdzą zgon z wyczerpania.

15 października – cztery samobójstwa.

17 października – cztery samobójstwa.

29 października. Ulica Marszałkowska 137. Maria Złotnicka, od kilku dni bezdomna, wchodzi z dwojgiem dzieci na ostatnie, piąte piętro kamienicy. Otwiera okno na klatce schodowej. Wyrzuca przez nie najpierw syna, później córkę, na końcu skacze sama.

Nawet najbardziej wstrząsające przypadki są relacjonowane w krótkich, lakonicznych notkach, które wypełniają puste przestrzenie między większymi artykułami. Gdyby redakcja chciała z detalami opisać każde samobójstwo w samej tylko Warszawie, na inne informacje zwyczajnie nie starczyłoby miejsca. Trudno tak powszechnemu zjawisku poświęcać więcej uwagi. Takie czasy.

2

Boże, jak pięknie! Właśnie zmierzcha, ulice rozświetliły się już setkami neonów. Spadł deszcz, asfalt lśni i paruje. W powietrzu unosi się lekka mgiełka. Pod kościołem wiatr zaplątał się w koronach młodych drzew. Kamera zatrzymuje się przez chwilę na tej scenie, a potem rusza dalej i szybko przelatuje nad miastem. W kadrze pojawia się lukstorpeda. Mknie po torach przez boleśnie cudowny zmierzch. Na peronie elegancki młodzieniec czeka z kwiatami na dziewczynę. Kamera znów wędruje nad miastem. Jest pięknie. Niech ten wieczór nigdy się nie kończy. Niech bruk nigdy nie wysycha. Niech lśni.

I jeszcze on – potężny, dostojny, największy. Nasz drapacz chmur – Prudential. U jego stóp tętni życiem plac Napoleona. Samochody, motocykle, dorożki, ludzie. W górze cudnie skołtunione chmury, w koronach platanów wiatr. Wędrujemy ulicami. Moniuszki – eleganckie kamienice, czyste chodniki. Potem Marszałkowska. Granatowe niebo przegląda się w kałużach, gdzie igrają z nim reflektory eleganckich aut. Ludzie spacerują, cieszą się. Jest się czym cieszyć.

Znów widok z wysoka. Równe kwartały kamienic skąpane w wieczornym świetle. Pałac Saski, słońce tak pięknie gra na kolumnadzie. I ciągle ten mokry bruk, prawie czuć jego zapach. Plac Dąbrowskiego, Bankowy, znowu Prudential (jeszcze piękniejszy niż przed chwilą, jak to możliwe?). Przy Halach Mirowskich kamera jakby przyspiesza i nieco się unosi, trudno dojrzeć detale. Potem Grób Nieznanego Żołnierza, muzyka poważnieje. I znowu Marszałkowska. Życie na chwilę zamiera, czas się zatrzymuje – ludzie, konie, tramwaje i auta zastygają w pół ruchu. Kamera wędruje środkiem ulicy, możemy zobaczyć, cośmy stracili. Te domy, ten szyk, ten styl. To miasto, w którym spełnia się każda zachcianka i każde pragnienie, miasto, w którym urzeczywistniają się marzenia. To miasto to perła. Klejnot. Skarb.

Praca nad tym filmem trwała ponad cztery lata. Piksel po pikselu, ulica po ulicy kilkudziesięciu magików od animacji komputerowej budowało na nowo naszą Perłę Północy. „Warszawa 1935 to pierwsza na świecie rekonstrukcja przedwojennych planów miasta – mówił przy okazji premiery w sierpniu 2013 roku jeden ze współtwórców filmu Tomasz Gomoła. – Przedwojenna Warszawa to pęd ku nowoczesności, kapitał, klasa, potęga i wpływy”2.

Klasa, potęga i wpływy. Oglądam ten film kilka razy, kadr po kadrze, ujęcie po ujęciu. Wpatruję się z nosem przyklejonym do ekranu. Podobno twórcy zadbali o najdrobniejsze detale. Na podstawie starych fotografii zrekonstruowali witryny sklepowe, modele samochodów i stroje. Oglądam tę cyfrową, „wiernie zrekonstruowaną” Warszawę z 1935 roku sekunda po sekundzie. Kilka razy. Chcę znaleźć choćby jednego bezdomnego albo żebraka. Nic z tego. Są tu eleganccy mężczyźni w świetnie skrojonych garniturach, są kobiety w zwiewnych sukienkach i figlarnych kapelusikach. Jest wszystko, nawet mokry bruk[1], ale nie ma ani okrucha biedy.

– Trudno mi sobie wyobrazić, by w 1935 roku dało się przejść przez warszawskie śródmieście i nie zobaczyć żadnego biedaka – mówi dr Mateusz Rodak z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, jeden z nielicznych polskich naukowców zajmujących się problemem bezdomności w Drugiej Rzeczypospolitej. – Oficjalne dane mówią o dwudziestu tysiącach bezdomnych w momencie największego kryzysu, czyli w roku 1934. Oczywiście mówimy o samej tylko Warszawie i o ludziach, którzy zostali w jakikolwiek sposób zarejestrowani w schroniskach albo przytułkach. – A dostać się tam, dodaje Rodak, to był prawdziwy przywilej. – Oprócz zarejestrowanych bezdomnych była cała rzesza takich, którzy nie mogli liczyć na żadną pomoc, bo przyjechali za pracą z prowincji[2]. Nie wiadomo, ilu ich dokładnie było, ale nie bałbym się zaryzykować tezy, że w czasach największego kryzysu drugie tyle.

Czterdzieści tysięcy ludzi bez dachu nad głową. I ani jednego w zasięgu wzroku podczas wirtualnego przelotu nad międzywojenną Warszawą.

„Wśród książek poświęconych dawnej Warszawie przeważały opisy i wspomnienia pisane, jakby to można powiedzieć, z pozycji Nowy Świat, pierwsze piętro, front – podsumowują Jan Dąbrowski i Józef Koskowski w przedmowie do zbioru przedwojennych reportaży o stolicy Niepiękne dzielnice. – Ich autorzy opisują wciąż ten sam krąg miejsc, rzeczy, tę samą warstwę ludzi, obracają się niemal bez przerwy w sferze określanej kiedyś jako »górne dziesięć tysięcy«. Teatry i kabarety, restauracje i hotele pierwszej klasy, luminarze ówczesnego życia kulturalnego… To była tylko Warszawka, ten »Paryż Północy«, to miasto, którego neony rozpraszały mroki nad niewielką częścią stolicy […]. Warszawka była jednak tylko drobną częścią Warszawy”3.

Maria Barbasiewicz dodaje: „Prawie wszyscy przedstawiciele burżuazji, ziemianie mieszkający w stolicy, inteligencja, pracownicy umysłowi wyższego szczebla byli ludźmi zamożnymi. W latach trzydziestych warszawiaków uzyskujących dochody powyżej dwunastu tysięcy złotych rocznie było niecałe dwa procent (dwadzieścia cztery tysiące osób), a spośród nich około czterysta–pięćset osób miało średni dochód roczny przekraczający 100 tysięcy złotych. Życie codzienne tej grupy było stabilne. Ci warszawiacy mieszkali w wielopokojowych apartamentach w centrum miasta lub willach na Mokotowie, Żoliborzu, Saskiej Kępie”4.

To oni bywali w teatrach i na dansingach, jadali u Bliklego, kupowali buty u Kielmana. I to oni zapełniają karty licznych książek poświęconych polskiej belle époque. Dwa procent – może trochę więcej. Reszta nie zmieści się w kadrze.

3

W lipcu 1928 roku stołeczny magistrat wydaje publikację pod obiecującym tytułem Budownictwo mieszkaniowe m.st. Warszawy. To bardzo piękna książka – na kredowym papierze, z licznymi fotografiami, szkicami i planami. Musiała kosztować niemało czasu i pieniędzy. Można się z niej dowiedzieć, że do końca 1927 roku władze miasta wybudowały 3629 „izb mieszkalnych”. Ta liczba na pierwszy rzut oka robi wrażenie. Próżno tu jednak szukać informacji, jak te tysiące izb przekładają się na liczbę mieszkań.

Kredowy papier mógłby jej nie udźwignąć. Przeważająca większość owych izb znajduje się w przytułkach i schroniskach dla bezdomnych, których w Warszawie od kilku lat lawinowo przybywa. Władze miasta leczą objawy choroby, zamiast zająć się jej przyczyną, choć ta jest przecież znana.

W kwietniu 1924 roku w życie wchodzi pierwsza w wolnej Polsce ustawa umożliwiająca eksmisje lokatorów. W Warszawie mieszka około pięciuset bezdomnych – głównie powojenne sieroty, zdemobilizowani żołnierze i repatrianci ze wschodu. Teraz dołączają do nich eksmitowani i wciąż ich przybywa. Już po roku problem stanie się poważny, a po dziesięciu latach bezdomnych będzie czterdzieści dwa razy więcej.

Eksmisje stają się dyżurnym tematem prasy, opisuje się jednak tylko te najbardziej dramatyczne. Podobnie jak przypadku samobójstw na wszystkie nie starczyłoby miejsca.

„Na skwerze Hoovera przy Krakowskim Przedmieściu przechodnie zaopiekowali się trójką dzieci – to trzynastoletni Stanisław, dziesięcioletni Henryk i pięcioletnia Emilia Piechocińscy. Ich matka porzuciła je, bo została eksmitowana”5.

„Z mieszkania przy Mostowej 23 został eksmitowany Antoni Dopelntern, mimo że ma chorą żonę i dwoje dzieci, z czego jedno jest całkowicie sparaliżowane. Właściciel domu osobiście wyniósł na rękach chorą żonę Dopelnterna na podwórze i tam zostawił”6.

„Stefan Szyszło mieszkał od 16 lat w jednoizbowym mieszkaniu przy ul. Wspólnej 8. Ostatnio, utraciwszy pracę, nie był w stanie płacić komornego i narobił sobie długu 360 zł. W poniedziałek rano przyszedł do mieszkania Szyszły komornik i wyrzucił rzeczy bezrobotnego na podwórze, gdzie walają się do dnia dzisiejszego. Szyszło zamieszkał z dziesięcioletnim synem na podwórzu domu, z którego został eksmitowany”7.

„Kamieniarz F.J. po utracie pracy i eksmisji z mieszkania przez kilka tygodni mieszkał na schodach i w bramach śródmiejskich kamienic. Jednej nocy ktoś go polał benzyną i podpalił. F. przeżył cudem, na skutek ciężkich poparzeń stracił jednak zdolność do pracy fizycznej”8.

Główny Urząd Statystyczny tworzy nową kategorię – „bezdomni z powodu klęski mieszkaniowej”. Choć zostali ujęci w odpowiednich rubrykach, w mieście właściwie nie ma dla nich miejsca. Gorączkowa rozbudowa istniejących schronisk i budowa nowych dopiero się zaczynają.

Skupisko blaszanych baraków na Żoliborzu, nieopodal Dworca Gdańskiego, po latach stanie się symbolem warszawskiej biedy. Wcześniej w barakach znajdowała się stacja kwarantanny Komitetu do Walki z Epidemiami, przez jakiś czas mieszkali tu także repatrianci ze wschodu i uciekinierzy z Rosji. Teraz Polski Czerwony Krzyż pospiesznie adaptuje mizerne budynki, by przyjąć pierwszą falę eksmitowanych. W lutym 1924 roku w czterech barakach żyje sto dwadzieścia sześć osób. Po kilku miesiącach liczba mieszkańców wzrasta do pięciuset. Nie dla wszystkich starcza miejsca pod dachem, niektórzy muszą spać w namiotach. W grudniu 1925 roku stoją tu trzydzieści trzy budynki, po pięciu latach jest ich już sześćdziesiąt siedem, plus namioty. Tłoczy się tu ponad cztery tysiące ludzi. I wciąż brakuje miejsca9.

W 1934 roku do schroniska przychodzi młody reporter „Tygodnia Robotnika” Jan Dąbrowski. Chce zobaczyć i opisać życie w osławionym siedlisku nędzy. Nim dotrze do bramy ogrodzonego płotem i drutem kolczastym osiedla, minie dziesiątki prowizorycznych bud i szałasów. Wznieśli je ci, którym z różnych powodów miejsce w barakach nie przysługuje. Przy samym parkanie szałasy postawili ci, którzy mają szansę dostać miejsce, gdy jakieś się zwolni. Z nadzieją spoglądają w kierunku stojącej nieco na uboczu kostnicy. Każda śmierć w schronisku to dla tych pod bramą dobra wiadomość.

Dąbrowski ma trochę swobody. Jego pojawienie się nie zostało odnotowane przez kierownictwo ośrodka, które zamiast baraków mieszkalnych z pewnością wolałoby mu pokazać ambulatorium, kuchnię, żłobek czy niewielką świetlicę dla młodzieży. Reporter szybko rusza na obchód. Pierwsze pomieszczenie, do którego trafia, ma dwanaście metrów kwadratowych. Mieszka tu osiem osób. Są trzy łóżka.

„Tam, we dwoje na jednym; my, ot tu na drugim, ojciec męża na trzecim, a dzieci na podłodze” – mówi jedna z kobiet.

W następnych izbach nie jest lepiej. Niewielką łaźnię wyłączono z użytku i podzielono na osiem części za pomocą zasłon i firan. Mieszkają tu samotni i bezdzietni. Łącznie trzydzieści trzy osoby. Dąbrowski idzie dalej. Trafia na strych. Pomieszczenie jest zbyt ciasne, by stawiać w nim przepierzenia, trzydzieści pięć rodzin żyje tu po prostu razem. Z mebli mają tylko łóżka i skrzynie. Na szafy nie starczyłoby miejsca, zresztą i tak nie byłoby czego w nich trzymać. Jest kuchenka węglowa i kilka mikroskopijnych okienek.

„Ale szyby to dopiero od niedawna mamy” – słyszy reporter.

Nie ma prądu, schronisko jeszcze długo nie zostanie zelektryfikowane. Mieszkańcy kolejnych baraków skarżą się Dąbrowskiemu na mizerne racje żywnościowe, wilgoć i duchotę w budynkach, brak sanitariatów i stałej opieki lekarskiej. Jedna z matek narzeka na wszędobylskie szczury kradnące zapasy jedzenia i mleka w proszku. Gdy rozmowa schodzi na zbyt wysokie komorne (cztery złote miesięcznie) i działania dyrekcji, jak spod ziemi wyrasta uprzejmy policjant i każe dziennikarzowi opuścić obiekt10.

W drugiej połowie lat dwudziestych żoliborskie schronisko ma coraz więcej problemów i coraz częściej pisze się o tym w prasie. Władze miasta decydują się na budowę nowego ośrodka. Powstaje on po drugiej stronie Wisły, na Annopolu. Początkowo kolonia składa się z dwudziestu baraków, które mają pomieścić półtora tysiąca bezdomnych. W najbliższych latach będzie rozbudowywana. Budynki są parterowe, podzielone na izby. W każdym znajdują się piec kuchenny, betonowa piwniczka na węgiel i ziemniaki, kilka schowków i niewielka sień. Stoją w równych szeregach wzdłuż utwardzonych ulic prowadzących do dużego centralnego placu.

„Annopol to już dom, nie bezdomność. To nawet wygoda, czystość, to nawet komfort. To są właściwie tanie mieszkania, a nie przytułek dla bezdomnych”11 – donosi entuzjastycznie „Kurier Warszawski”.

Osiedle przeznaczone jest przede wszystkim dla ludzi cieszących się dobrą opinią i jakimikolwiek dochodami, bo komorne ma być tu nieco wyższe niż na Żoliborzu.

Eksmisje są już prawdziwą plagą. Wielu kamieniczników za sądową procedurę eksmisyjną pobiera od wyrzucanych lokatorów dodatkową opłatę. Bo tylko wyrok sądu uprawnia do starania się o miejsce w schronisku.

Potrzebujących ciągle przybywa. W 1936 roku w schronisku na Annopolu, przewidzianym początkowo na cztery tysiące osób, będzie sto piętnaście budynków zajmowanych przez jedenaście tysięcy ludzi. Ci, dla których nie starczyło miejsca w gotowych barakach, mieszkają w niedokończonych, bez okien i podłóg, na gołym betonie. Jeden z budynków jest uszkodzony, obsunął się pod nim grunt.

W styczniu 1928, czyli niecały rok po otwarciu schroniska, w gabinecie wiceprezydenta Warszawy Wincentego Boguckiego zjawia się delegacja „annopolaków”[3]. Domagają się zatrudnienia przy prowadzonych na miejscu robotach budowlanych oraz ze względów sanitarnych i moralnych kategorycznie sprzeciwiają się kwaterowaniu kilku rodzin w jednej izbie. Nie zostaną wysłuchani z należytą uwagą. Warunki w schronisku będą się już tylko pogarszać. Brakuje wszystkiego – żywności, leków, opału i personelu.

„Pyta pan, co jemy. Śniadanie – kawałek chleba albo chleb z herbatą. Zależy, jak starczy pieniędzy. Czasem to i kawałka gołego chleba nie ma. Na obiad gotuje się zupę kartoflaną, na kolację herbatę i je się to, co zostanie z obiadu. Bieduje się i głoduje, czeka się poprawy i chciałoby się jej doczekać. Ale co to za życie. Ani żyć, ani umrzeć”12 – powie dziennikarzowi jedna z mieszkanek Annopola w 1932 roku.

Przy wydawaniu posiłków nierzadko rozgrywają się dantejskie sceny. W czasach największych niedoborów licha zupa przysługuje tylko dzieciom. To one są teraz żywicielami rodzin. Często kilka osób dzieli między siebie jedną, góra dwie porcje. By zarobić na jedzenie, mieszkańcy schroniska wyprzedają wszystko, co mają. Pleni się prostytucja, także wśród najmłodszych.

Jedenastotysięczne miasteczko bezdomnych obsługuje tylko jedna przychodnia, czynna sześć godzin tygodniowo. Toalety zbudowano w taki sposób, że dzieci i starcy nie mogą z nich korzystać, o niepełnosprawnych nie wspominając. Nie ma łaźni, suszarni i pralni. Prać i suszyć trzeba w mieszkaniach. Wszędzie panują nieznośna wilgoć i zaduch, ściany atakuje grzyb. Zmorą mieszkańców schroniska są pluskwy, pchły, wszy i karaluchy.

Z perspektywy śródmieścia Annopol ma jednak pewną niezaprzeczalną zaletę. Pisze o tym w 1938 roku Elżbieta Szemplińska-Sobolewska na łamach „Wiadomości Literackich”: „Annopol jest daleko. Nie razi niczyich oczu drewnianymi, murowanymi, betonowymi schronami. […] Ta nędza jest zlokalizowana jak zaraza. Wywieziona w szczere pole. Osadzona na piaskach. Pozbawiona zębów i pazurów. Taka nędza do oglądania, pokazowa, kliniczna, ujęta w system, bezpieczna jak zwierzęta w rezerwacie, zatruwająca swym jadem tylko samą siebie. Nędza bez porównania i bez kontrastu. Beznadziejna”13.

Annopol i Żoliborz to dwa największe schroniska w mieście. Mieszka tu w sumie kilkanaście tysięcy ludzi, czyli dobrze ponad połowa zarejestrowanych warszawskich bezdomnych. Pozostałych rozlokowuje się w mniejszych ośrodkach. W szczytowym okresie jest ich w stolicy aż dwanaście.

Najlepszą opinią cieszy się schronisko przy ulicy Podskarbińskiej, wybudowane jeszcze na początku lat dwudziestych. To duża i całkiem solidna narożna kamienica z odrębnymi mieszkaniami. Żeby się tu dostać, trzeba mieć nieposzlakowaną opinię i udowodnić, że dysponuje się dochodem umożliwiającym pokrycie komornego. Mieszka tu wielu rzemieślników i niższych rangą urzędników.

Za dobre uchodzi też schronisko na Moczydle, gdzie żyją głównie rodziny wyprowadzone z walących się budynków. Oba te ośrodki stanowią jednak chlubny wyjątek od przygnębiającej reguły.

„Zbieranina najrozmaitszego typu ludzi. Codzienne bójki, hałasy, straż baraków jak może reguluje porządek. Częste obławy policji z miasta, wtedy wyciągają nas w nocy na dziedziniec, stawiają w szeregu, kontrolują dokumenty i z powrotem puszczają do baraku – pisze w dzienniku Stanisław, bezrobotny cieśla, mieszkaniec schroniska przy ulicy Kozielskiej, najstarszego w Warszawie. – Na świecie cudownie, w baraku powietrze duszne, smrodliwe, nary i ściany pełne pluskiew. Nie można spać. Jak tylko się położę, cała armia pluskiew napada na mnie i gryzie niemiłosiernie. Chodzimy spać na dziedziniec. Pod barakiem, na całą długość, układamy swoje posłania, okrywamy się łachmanami i tak jeden przy drugim śpimy, dopóki nas deszcz lub policja do kontroli dokumentów znów nie zbudzi”14.

Przy ulicy Okopowej znajdują się dwa schroniska. Jedno z nich, tuż przy wielkim targowisku – Kercelaku, jak magnes przyciąga przestępców. Drugie, nieco dalej, pod numerem piątym, ma tak fatalne warunki sanitarne, że przez lata stanowi wylęgarnię lokalnych epidemii. Cztery kryte papą baraki z klepiskiem zamiast podłogi są całkowicie pozbawione dostępu do bieżącej wody, a chwilami pomieszkuje w nich nawet dwieście pięćdziesiąt osób. Kolejne dezynfekcje nie przynoszą rezultatów. W 1935 roku obiekt zostaje zburzony.

Nie lepiej jest w Polusie przy ulicy Lubelskiej. Schronisko powstało, gdy do Polski dotarł wielki kryzys. Miasto kupiło wtedy i w błyskawicznym tempie zaadaptowało budynki nieczynnej fabryki obuwia. Wnętrza poszatkowano przepierzeniami z dykty, desek, gazet i szmat. Są też mniejsze pokoiki, „ciasne, nikłe, brudne, których całe umeblowanie stanowi rozklekotane łóżko, przypominające barłóg, rozpadający się stół i powykręcane krzesła. Na ścianach wytarte chodniki. W jednej z klitek mieści się wspólna dla kilku rodzin kuchnia, przyczyniająca zaduchu i gorąca i tak już ścieśnionemu powietrzu. Ściany poczerniały od swędu”15.

Codzienność Polusa to „wegetacja i rozpaczliwe trzymanie się życia ludzi zbędnych – ludzi, których się chowa sprzed oka bliźnich, jak zakrywa się ropiejącą i cuchnącą ranę”. Mieszka tu ponad półtora tysiąca osób, w tym całe zastępy złodziei, oszustów, sutenerów i prostytutek. Inkasenci pobierający od tego towarzystwa comiesięczne opłaty jako jedyni w Warszawie zostają wyposażeni w broń.

„Wystarczy przekroczyć próg bramy, ażeby od razu być wprost przerażonym. Wszystko, co wyobraźnia ludzka może stworzyć, widzimy tu jako rzeczywistość”16 – pisał w 1933 roku przejęty reporter „Robotnika”.

Jeśli wylęgarnia chorób na Okopowej, zapluskwione baraki na Kozielskiej i fabryka pełna przestępców na Lubelskiej są kolejnymi kręgami piekła, to drewniany budynek na Dzikiej jest jego jądrem. Mimo że mówi się o nim Cyrk. Bo Cyrk to dno, „straszliwa, otwarta ku niebu rana”17. Trafiają tu tacy, którzy nie mogą nawet marzyć o miejscu w baraku. Przychodzą się tu przespać, gdy z warszawskich ulic spędzą ich zimno i deszcz. Za kilka groszy dostaną kubek herbaty i coś do zjedzenia, ale nad ranem muszą zniknąć. Wracają wieczorem. I tak na okrągło. Cyrk nie jest schroniskiem, to dom noclegowy. Prowadzą go albertyni. Budynek stoi od 1895 roku, ale dopiero w połowie lat dwudziestych XX wieku zaczyna być oblegany. I zyskuje złą sławę. Początkowo było w nim sto miejsc, gdy okazało się, że to zdecydowanie za mało, dobudowano drugie skrzydło na kolejnych sto. W latach największego kryzysu nocuje tu jednak nawet i dziewięćset osób. „Gdy już zajęte są wszystkie izby i korytarze, tak iż o przejściu przez pokotem leżące zwarto obok siebie ciała ludzkie niepodobna pomyśleć, pozostaje jeszcze 150–200 osób, które śpią, stojąc, tworząc żywą kolumnę istot, opierających się jeden obok drugiego”18. Mieszkańcami Cyrku są przede wszystkim alkoholicy, żebracy i chorzy psychicznie, niemało jest też kryminalistów, zdarzają się także pozbawieni pracy robotnicy sezonowi i włóczędzy. „Co najmniej połowa bez koszul. Wystarcza złachmaniona kamizelka lub rzadziej taki sam sweter wprost na gołym grzbiecie. […] Stopy w szmatach powiązanych sznurkami”19.

Na początku lat trzydziestych na Dziką przypadkiem trafia Zdzisław Kaliciński, uczeń Gimnazjum Zamoyskiego. Na co dzień mieszka na Pradze, ale akurat postanowił uciec z domu. Popchnęły go do tego przejściowe niepowodzenia w szkole i strach przed gniewem rodziców. Zdzisiek uiszcza odpowiednią opłatę u dyżurującego zakonnika i o nic niepytany rusza w głąb Cyrku. Oblepia go półmrok i duszący smród. Ciepła ciemność cuchnie lizolem, denaturatem i niemytymi ciałami. A do tego śledzie, cebula, czosnek – podstawa diety „cyrkowców”. Mimo to chłopiec próbuje znaleźć sobie miejsce. Nary, choć trzypiętrowe, są już, rzecz jasna, zajęte, a i na podłodze nikt się już chyba nie zmieści. W końcu Zdzisiek układa się pod oknem; nikt tam nie leży, bo w czasie deszczu robi się w tym miejscu kałuża. Kładzie się w butach, nakrywa jesionką, teczkę wsuwa pod głowę. Nie może jednak usnąć, przygląda się sąsiadom. „Jedni rozczochrani, nieogoleni, ubrani w śmierdzące łachmany, czasem kalecy – bez ręki, nogi czy oka, starsi wiekiem. Inni ubrani biednie, ale ogoleni, uczesani, pod krawatem przypominającym raczej kolorową pończochę pięć lat niepraną, zawieszoną pod brudnym kołnierzykiem, który kiedyś był biały”20. Niektórzy w półśnie, inni zajęci iskaniem się z wielkich płowych wszy. W ciszy słychać miarowe oddechy, pochrapywanie i trzask rozgniatanego w paznokciach robactwa. Jedna noc wystarcza, by młodemu Kalicińskiemu wyparowały z głowy myśli o ucieczce i wolności. Następnego dnia potulnie wraca do domu.

Cyrk dość często gości na łamach prasy. Zwłaszcza lewicowi publicyści pomstują na warunki, w jakich zmuszeni są żyć bezdomni. „Dwadzieścia prycz. Siedemdziesięciu nocujących. Usadawiają się w kucki pod ścianami, zwiesiwszy na kolana senne głowy. Leżą pod pryczami, na przegniłych, zarosłych brudem deskach podłogi. Lokują się po dwóch, po trzech, na chudych siennikach. Młode twarze. Nikt nie ma tu więcej niż trzydziestkę. […] Na dwustu pięćdziesięciu ludzi dwa sedesy. Zawalone kałem, brudem, ociekające gęstą, ohydną cieczą”21 – relacjonuje w 1934 roku Wanda Wasilewska.

Na początku lat trzydziestych problem przepełnionych schronisk jest w Warszawie na tyle palący, że urzędnicy poważnie rozpatrują możliwość przeprowadzenia zorganizowanej ewakuacji części bezdomnych w inne rejony kraju. Chodzi przede wszystkim o usunięcie z miasta tych, którzy w ostatnich latach przyjechali w poszukiwaniu pracy. Pada też propozycja, by uprawniający do ubiegania się o podstawowe świadczenia okres pobytu w Warszawie przedłużyć z roku do trzech lat. Stołeczni pracownicy socjalni argumentują, że takie uregulowanie migracji pozwoli na „niedopuszczenie elementów małowartościowych do stolicy, które oddziaływają hamująco na rozwój stolicy i deprymująco na stan jej bezpieczeństwa”22.

Na szczęście nie wszyscy podzielają ten regulacyjny zapał. Zaczyna być oczywiste, że budowanie kolejnych schronisk i przytułków nie rozwiąże problemu bezdomności. W 1935 roku dyrektor stołecznego Wydziału Opieki Społecznej i Zdrowia Publicznego Jan Starczewski zauważa w jednym z raportów, że bezdomność jest konsekwencją „wzrostu nędzy i błędów popełnianych w akcji budowlanej lat ubiegłych, która w programie swoim nie uwzględniała niemal zupełnie budowy małych mieszkań robotniczych”23. Dwa lata później dodaje: „doświadczenia lat ubiegłych wykazały niezbicie, że rozwiązanie sprawy bezdomności drogą budowy baraków jest niemożliwe. Barak da co prawda rodzinom dach nad głową, ale równocześnie wprowadza je w środowisko, którego ludność, naturalnie zrzeszona przez wspólnotę położenia, jest przesiąknięta wszystkimi cechami charakterystycznymi dla psychiki ludzi przyzwyczajonych do życia na koszt społeczeństwa”.

Trudno się ze Starczewskim nie zgodzić. Zwłaszcza Annopol i Żoliborz wciągają jak bagno. Przeciętny mieszkaniec schroniska spędza w barakach pięć–sześć lat24. To wystarczająco dużo czasu, by nabrać złych nawyków.

Stłoczonym w fatalnych warunkach ludziom puszczają nerwy. Dochodzi do burd, kradzieży, a nawet zabójstw. W kwietniu 1931 roku „Robotnik” opisuje zajście w schronisku na Okopowej 5. Zamieszkały w baraku numer dwa robotnik Aleksander Gubienko, lat 25, wychodząc rano do pracy, żąda od żony dziewięciu groszy na papierosy. Janina Gubienko, lat 23, mówi mu, że ma ostatnie dwadzieścia groszy, za które musi kupić słoniny. „Wówczas mąż uderza żonę pięścią pod lewe oko”, nie zważając na roczne dziecko, które kobieta trzyma na rękach. Awantura budzi ich sześcioletnią córkę Krysię. Aleksander rzuca w żonę i córkę lustrem. Obie zabiera pogotowie25.

We wrześniu 1932 roku do Cecylii Cybulskiej, trzydziestoletniej mieszkanki Polusa, przychodzi jej dawny sublokator Edward Szczygielski, ślusarz, który z zemsty za usunięcie go z mieszkania, z którego Cybulska później również została eksmitowana, przewraca ją, „kopie oraz bije odważnikiem kilowym. Potem ucieka”26.

W styczniu 1933 roku mieszkanki baraków na Żoliborzu wymierzają sprawiedliwość Józefowi Minkowskiemu, który okradł jedną z nich. Mężczyzna zostaje dotkliwie pobity – ma rany „cięte i tłuczone, głowy oraz całego ciała”27.

Ówcześni zajmujący się tym problemem badacze podkreślają, że w schroniskach dochodzi do rozpadu podstawowych więzi międzyludzkich. W ośrodku na Annopolu na 2228 zarejestrowanych rodzin aż „700 jest rozbitych lub czasowo skojarzonych”. „Stan rodzinny mieszkańców schronisk przedstawia się fatalnie: występuje ogromne rozbicie rodzin właściwych, dowolne, zmieniające się krzyżowanie nieślubnych, a nawet kazirodczych związków, ogromny przyrost dzieci nieślubnych, porzucanie dzieci i rozpraszanie ich po różnych instytucjach opiekuńczych. Mężczyzna w schronisku jest w ciągu pewnego czasu (nawet jednocześnie) »dobrem wspólnym« kilku nieraz kobiet pozostających często w związkach krwi jak na przykład matka / córka”28.

Niepokojące sygnały stopniowo docierają do uszu decydentów. Raport komisji rewizyjnej, która regularnie kontroluje schronisko w Annopolu, nie pozostawia żadnych złudzeń. „Wyhodowano na ciele Warszawy wrzód ropiejący z próżniaków, wyzyskiwaczy, nastrojonych wrogo do społeczeństwa. Zdaniem kierownictwa w tym stanie jak dziś wszelkie wysiłki administracji ku uzdrowieniu stosunków nie osiągają celu, większość mieszkańców wprost żeruje na opiece społecznej od szeregu lat, wyciągając ze społeczeństwa znaczne środki zużywane zresztą na demoralizację. Annopol słynie z bójek, rozpraw nożowych i przestępstw kryminalnych, co spokojniejszej, istotnie potrzebującej opieki mniejszości nie tylko utrudnia życie, ale wpływa swą bezkarnością na jej nastawienie psychiczne”29.

Na łamach kwartalnika „Dom, Osiedle, Mieszkanie” („DOM”) Tadeusz Pisiewicz pisze o bezsensie stawiania baraków. „Barak w budownictwie jest tylko tandetą, a tym samym [jest] drogi. Obniża wartość gruntu, który zajmuje. Ekonomicznie nie przedstawia żadnej prawie wartości, nie powiększa majątku ziemskiego gminy, jako budynek stawiany na krótki okres czasu. Pod względem estetycznym oszpeca miasto. […] Chwiać się tu poczynają podwaliny życia rodzinnego, jedynej ostoi zdrowego ustroju społecznego, zjawia się abnegacja, życie na zewnątrz, emigracja i poszukiwanie wszystkiego, co by tylko oddaliło i zaćmiło obraz przykrej rzeczywistości – a ginie nieraz bezpowrotnie w takiej atmosferze młode pokolenie”30.

W 1933 roku władze stolicy zmieniają podejście do problemu. Pieniądze, które do tej pory wydawano na rozbudowę istniejących i budowę nowych barakowisk, przeznacza się na dodatki mieszkaniowe dla rodzin zagrożonych eksmisją. Szacuje się, że w połowie lat trzydziestych zagrożenie dotyczy około piętnastu tysięcy mieszkańców miasta. Ale skromny budżet Wydziału Opieki Społecznej nie pokryje nawet połowy wszystkich potrzeb. Ci, którzy na zasiłek się nie załapią, muszą sobie radzić sami. W 1936 roku warszawskie schroniska przestają przyjmować nowych lokatorów, ale w barakach nadal żyje piętnaście tysięcy bezdomnych, którzy nie będą się chcieli wyprowadzić, nawet kuszeni państwowymi dopłatami do wynajmu mieszkań. Problemu Annopola i Żoliborza nie uda się rozwiązać. Wszelkie działania władz będą jedynie łagodziły skutki, lecz nie usuną przyczyn. Osiedla baraków wymażą z mapy dopiero wojna i zburzenie Warszawy.

W 1936 roku na łamach „Pracy i Opieki Społecznej” Irena Surmacka napisze: „Kategoria mieszkańców schronisk jest dostatecznym dowodem niemal nieograniczonych zdolności człowieka w przystosowywaniu się do warunków”31.

4

„Jeżeli teren jest bogaty w darń, będą stawiane najczęściej domy z darni. Jeśli teren przedstawia zwał lub nasyp, będzie się drążyć nory, jeśli jest dużo rumowisk – będą domy z cegły i gruzu” – wyjaśnia w 1935 roku Adam Zębalski, badacz, który od początku lat trzydziestych przygląda się prowizorycznym schronieniom budowanym przez ludzi pozbawionych dachu nad głową. Domy biedoty dzieli według kształtu, metrażu, budulca, lokalizacji32.

Najtrwalsze budowle stawiają robotnicy, którzy dysponują jakimś kapitałem początkowym. Zwykle wynosi on dwu- lub trzykrotność miesięcznych zarobków i był gromadzony przez kilkanaście miesięcy kosztem wielu wyrzeczeń. Niektóre rodziny na jakiś czas przed rozpoczęciem budowy własnego domku rezygnują z wynajmowanego wspólnie mieszkania bądź pokoju i zamieszkują osobno jako sublokatorzy, żeby szybciej zgromadzić niezbędne środki. Inni biorą prywatne pożyczki. Ze względu na niskie zarobki robotnik nie ma co liczyć na kredyt bankowy. Pożyczka prywatna kosztuje go miesięcznie około pięciu procent pożyczonej sumy. Spłata wiąże się z ogromnym wysiłkiem, dlatego na to rozwiązanie decydują się tylko najlepiej sytuowani.

Największym wydatkiem jest kupno ziemi. Właściwie jedyne kryterium wyboru stanowi cena. Inne parametry, takie jak lokalizacja czy uzbrojenie terenu, mają drugorzędne znaczenie, o ile w ogóle jakiekolwiek. Dlatego najrozleglejsze kolonie bieda-domów powstają w oddalonych od centrum i słabo skomunikowanych rejonach Warszawy – na Okęciu, Wawrzyszewie, Młocinach, Targówku, Gocławiu i w Wawrze. Dla pracowników fabryk Woli czy Pragi oznacza to kilkugodzinne piesze wędrówki do pracy i z powrotem. Zdarza się też, że warszawscy robotnicy kupują ziemię w Wesołej, Rembertowie, Grodzisku Mazowieckim czy Pruszkowie, a nawet w Garwolinie i Wildze. Do postawionych tam domów przesiedlają tylko rodziny, a sami zasilają rzeszę pensjonariuszy domów noclegowych. Z bliskimi widują się raz w tygodniu albo i rzadziej.

Działka zazwyczaj niewiele wykracza poza obrys fundamentów planowanego domu, o ile ten w ogóle będzie je posiadał. Przeważnie wolnego miejsca wystarcza jedynie na niewielki ogródek warzywny, który będzie stanowił źródło żywności, a może też skromnego dochodu.

Bywa, że nieuczciwi właściciele sprzedają tę samą ziemię kilku osobom. Robotnicy z reguły nie są świadomi zawiłości prawnych związanych z zakupem gruntu. Częste jest również dzierżawienie pod budowę działek o nieuregulowanym stanie prawnym (na przykład części nierozparcelowanych posesji). Dzierżawę taką właściciel może w każdej chwili dzierżawiącemu wymówić, a jego dom zburzyć. Innym dość powszechnym rodzajem oszustwa jest sprzedawanie działek, które w planach regulacyjnych przewidziano pod drogi i inne miejskie inwestycje.

Kupno ziemi wiąże się często z tak dużym wydatkiem, że budowa domu zostaje odłożona na kilka następnych lat, brak bowiem środków na zakup materiału. Buduje się bez projektu architektonicznego i pozwoleń, gdyż ich koszt przekracza możliwości finansowe budującego. Za postawienie domu bez zezwolenia grozi mandat wysokości pięciuset złotych, co często przewyższa cały zgromadzony przez ukaranego kapitał. Do tego należy doliczyć koszty rozbiórki. Powszechnie jednak wiadomo, że inspektorzy przymykają oko na dzikie budownictwo, gdyż powiększanie bezdomności nie leży w interesie władz miasta. Niektórzy społecznicy postulują nawet, by część takiej inicjatywy w jakiś sposób zalegalizować – uprościć procedury i zwolnić je z opłat, a nawet by stworzyć system małych, niskooprocentowanych kredytów, z których mogliby korzystać najbardziej potrzebujący. Pozwoliłoby to objąć dzikie budownictwo jakąś kontrolą. Nic takiego się jednak nie stanie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Po II wojnie światowej fotografowie, którzy na zlecenie władz dokumentowali budowę nowych, modernistycznych osiedli, przed zrobieniem zdjęcia prosili często, by po ulicy czy placu przejechała polewaczka. Dzięki temu nawierzchnia sprawiała wrażenie czystszej, w ostrym słońcu wręcz lśniła. Rekonstruktorzy, którzy pracowali nad filmem Warszawa 1935, posłużyli się analogicznym zabiegiem.

[2] Prawo do ubiegania się o jakiekolwiek świadczenia mieli tylko ci mieszkańcy Warszawy, którzy spędzili w mieście co najmniej rok.

[3] Tak o mieszkańcach schroniska pisał PPS-owski „Robotnik”.

Przypisy końcowe

1 „Tajny Detektyw” 1931, nr 47.

2 Agnieszka Jęksa, Warszawa 1935. „To była kapitalistyczna metropolia”, http://www.bryla.pl/bryla/1,85301,13705400,Warszawa_1935___To_byla_kapitalistyczna_metropolia_.html, dostęp: 3 marca 2015.

3 Niepiękne dzielnice. Reportaże o międzywojennej Warszawie, red. Jan Dąbrowski, Józef Koskowski, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1964.

4 Maria Barbasiewicz, Warszawa. Perła Północy, Warszawa: Dom Wydawniczy PWN, 2014.

5 „Robotnik”, 26 września 1931.

6 „Robotnik”, 25 listopada 1932.

7 „Robotnik”, 21 września 1931.

8 Pamiętniki bezrobotnych, red. Adam Andrzejewski i in., pamiętnik nr 1: Murarz-sztukator zamieszkały w Warszawie, Warszawa: PWE, 1967.

9 Mateusz Rodak, Kolonia dla bezdomnych na Żoliborzu (1923–1939), „Praca Socjalna” 2011, nr 1, Warszawa: Instytut Rozwoju Służb Społecznych.

10 Jan Dąbrowski, W barakach na Żoliborzu, „Tydzień Robotnika” 1934, nr 65 (43).

11 Cyt. za: Mateusz Rodak, Schroniska dla bezdomnych w Warszawie, „Studia i Dyskusje” 2011, nr 15, Warszawa: Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN, Instytut Polityki Społecznej UW, 2011.

12 Konrad Wrzos, Oko w oko z kryzysem, Warszawa: F. Hoesick, 1933.

13 „Wiadomości Literackie” 1938, nr 52–53.

14 Pamiętniki bezrobotnych, red. Adam Andrzejewski i in., pamiętnik nr 3: Pracownik imający się robót wszelakich, dz. cyt.

15 Ten i następny cytat za: H.K., Pałace nędzarzy. Reportaż z „Polusa” [w:] Niepiękne dzielnice. Reportaże o międzywojennej Warszawie, red. Jan Dąbrowski, Józef Koskowski, Warszawa: PIW, 1964.

16 „Robotnik”, 25 lipca 1933.

17 Wanda Wasilewska, Hotel pod wszą, „Dziennik Ludowy”, 14 marca 1934.

18 Jan Czempiński, Z dna nędzy, „Kurier Warszawski” 1925, nr 50; cyt. za: Mateusz Rodak, O Cyrku, który nie był cyrkiem – rzecz o warszawskim międzywojennym domu noclegowym, http://www.marginesdrugiejrp.republika.pl/teksty/domy%20noclegowe%20w%20warszawie.pdf, dostęp: 5 maja 2015.

19 Aleksander Matoga-Ferus, Noc w „gigancie”, „Kurier Warszawski” 1932 nr 353; cyt. za: Mateusz Rodak, O Cyrku, który nie był cyrkiem…, dz. cyt.

20 Zdzisław Kaliciński, Wspomnienie [w:] Obraz własny życia w Polsce międzywojennej, red. Daniel Poliński, Warszawa: Książka i Wiedza, 1986.

21 Wanda Wasilewska, Hotel pod wszą, dz. cyt.

22 Mateusz Rodak, Zjawisko bezdomności w Drugiej Rzeczypospolitej (ze szczególnym uwzględnieniem Warszawy) [w:] Od kwestii robotniczej do nowoczesnej kwestii socjalnej. Studia z polskiej polityki społecznej XX i XXI wieku, red. Paweł Grata, Rzeszów: Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, 2013.

23 Ten i następny cytat za: Jan Starczewski, Materiały o organizacji i działalności Wydziału Opieki Społecznej i Zdrowia Publicznego Zarządu Miejskiego w m.st. Warszawie, t. 1, Rok budżetowy 1934–1935, Warszawa 1935.

24 Irena Surmacka, Schroniska miejskie dla bezdomnych, „Praca i Opieka Społeczna” 1936, nr 3.

25 „Robotnik”, 17 kwietnia 1931.

26 „Robotnik”, 2 września 1932.

27 „Robotnik”, 12 stycznia 1933.

28 Irena Surmacka, Schroniska miejskie dla bezdomnych, dz. cyt.

29 Cyt. za: Mateusz Rodak, Schroniska dla bezdomnych w Warszawie, dz. cyt.

30 „Dom, Osiedle, Mieszkanie” 1930, nr 9.

31 Irena Surmacka, Schroniska miejskie dla bezdomnych, dz. cyt.

32 Większość informacji w tym rozdziale pochodzi z opracowania Adama Zębalskiego Osadnictwo robotnicze, Warszawa: Instytut Spraw Społecznych, 1935.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie II

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL-u Miasto Archipelag Źle urodzone Księga zachwytów 13 pięter Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni. Reportaże o polskiej przestrzeni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze