Złota maska

Złota maska

Autorzy: Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Wydawnictwo: Armoryka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 9.20 zł

W kabarecie „Złota Maska” zatrudnia się Magda Nieczajówna, córka rzeźnika, marząca o lepszym życiu niż to, które wiedli jej rodzice. Jako artystka kabaretowa osiąga sukces, staje się popularna, znana i podziwiana. Los sprawia, że poznaje bogatego dziedzica Ksawerego Runickiego, który bierze ją za żonę. Jednakże świat arystokracji jest nie dla niej, nie chcą jej tam, jest przybłędą, intruzem, nikim. Odbija się to również na jej małżeństwie, będące przecież klasycznym mezaliansem... Jak się rzecz cała kończy, dowiesz się miły czytelniku z lektury oferowanego przez nas e-booka.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Złota maska

___

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Copyright © 2015 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-8064-081-8

Złota maska

Rozdział I

W jatce pana Antoniego Nieczaja ruch zawsze wcześniej się zaczynał niż w innych. Jeszcze w całej dzielnicy, na Ordynackiej, na Solcu i Kopernika, sklepy na głucho bywały zamknięte i nawet gruby szron, osiadły nocą na żelaznych żaluzjach nie był nigdzie naruszony, a u pana Antoniego na Tamce już wrzała robota. Trzy jaskrawe lampy gazowe, zwieszające się od sufitu, buzowały pełnym płomieniem i w świetle stojący przed jatką furgon z rzeźni, zaprzężony w parę ogromnych koni, zdawał się dymić na mrozie.

Woźnica z czeladnikami, sapiąc i prychając, wnosili wielkie ćwierci mięsa, całe tusze wołowe, porosłe łojem, jeszcze nie całkiem zesztywniałe, a już tu i ówdzie iskrzące się za mrozem, bladoróżowe zadki cielęce i ciemnoczerwone, zgrabne, baranie. Wszystko to szło na wielką wagę, przy której czuwał z notesem w ręku sam pan Antoni. W rozpiętej na piersiach bekieszy i w wysokiej karakułowej czapie na głowie, wydawał się jeszcze większy i jeszcze bardziej tęgi niż był w rzeczywistości. Na jego sinoczerwonej kwadratowej twarzy sterczały krótkie gęste wąsy, wilgotne od topniejącej śniedzi. Spod krzaczastych brwi małe, czarne oczy spoglądały uważnie i spokojnie, to na wagę, to na notes, to w bok na córkę Adelę, szybko zmywającą kaflowe ściany i marmurową ladę. Raz po raz śmigała ku górze, osadzona na długim kiju szczotka owinięta płótnem, później wprawnym ruchem zanurzała się w parującym kuble i znowu wślizgiwała aż pod sufit, zręcznie wymijając niklowane sztaby i przymocowane do nich potężne haki, na których właśnie zaczęto rozwieszać sztuki. Zanim z tym się uporano już zaturkotał drugi furgon, a później trzeci od pana Biesiadowskiego z wieprzowiną, a ledwie wszystko zostało rozwieszone i uporządkowane, zjawiła się Wikta z nowym kubłem gorącej wody i z drugim pełnym świeżych, pachnących żywicą trocin. Posadzka też musiała być czysta niczym lustro i równo, a gęsto trocinami wysypana.

Tymczasem pan Antoni naciągał biały kitel który, opinając go aż pod brodę ponad puszystym, oposowym kołnierzem bekieszy, zdawał się jeszcze rozszerzać jego imponujące bary, opasywał się szeroką płachtą fartucha i na tasiemce zapinał mosiężny łańcuch, na którym zwisała przypominająca sztylet osełka do ostrzenia noży. Podczas gdy czeladnik Kamionka wydobywał spod lady gwichty, noże, toporki i ogromne siekiery, a Adela zabierała się do ćwiartowania schabu i słoniny, pan Antoni stanął w progu i wyjrzał na ulicę.

Codziennie od czterdziestu lat tak patrzył na stromy skręt Tamki, na przymglone płomyki latarni, zbiegające ku Wiśle długim szeregiem, na szarzejący świt i dwa wielkie prostokąty światła, kładące się w poprzek jezdni z okien jego sklepu. Później odwracał się i w milczeniu lustrował wnętrze swojej pięknej, obszernej jatki. Gdy odziedziczył ją po ojcu była o połowę mniejsza, nie miała kaflowanych ścian, a lada była kryta cynkową blachą. Wprawdzie i wtedy była to jatka pierwszorzędna, z doskonałą renomą i z dużą klientelą, ale pan Antoni mógł być dumny, że nie tylko ojcowizny nie zaprzepaścił, że nie tylko dawną markę utrzymał, ale ją jeszcze ugruntował, a jeżeli teraz do tej samej jatki schodziła się klientela nie tylko z najbliższej ulicy, ale i Oboźnej, i z Nowego Światu, z Wareckiej, czy Chmielnej, to on w tym miał swoją zasługę. Niby mięso nie było tu ani droższe ani tańsze, ani lepsze ani gorsze, niby klientów po rogach ulic nie łapał, ani Takie już mieli upodobanie, choć przed kupującymi nie skakał; a nawet przeciwnie, czasem i zburczał. Toteż mógł być dumny i był dumny.

Patrzył na córkę, układającą móżdżki, polędwicę i nóżki cielęce na wystawie, patrzył na jej okrągłą zdrową twarz, na czerwone silne ręce i wciąż mu powracała myśl, że właśnie Adeli po najdłuższym swoim żywocie jatkę zostawi. Kiedyś inaczej sobie układał, inaczej planował. Warsztat powinien przechodzić z ojca na syna, a miał przecież syna. Zawsze tak wspominał go, jakby go już w życiu nie było. A przecież Józef żył i to pięknie, uczciwie żył i nie tylko wstydu ojcu nie przynosił, przeciwnie, wszyscy znajomi i krewni zazdrościli panu Antoniemu losu Józefa. Księdzem został, uniwersytet skończył i seminarium duchowne, stanowiska różne poważne zajmuje, wikariuszem przy farze łomżyńskiej jest i prefektem szkół, a niedługo proboszczem zostanie. I owszem, ojca ni rodziny nie zapominał, listy pisze, w odwiedziny przyjeżdża i serdeczny, jak dawniej bywało i życzliwy, ale... ale pan Antoni, bez obrazy boskiej, nie mógł jednak synowi darować tego odstępstwa. Jużci kapłaństwo, stan święty, ale i rzemiosło wstydu nikomu nie przynosi, a uczciwością i sumiennością, modlitwą i pracą też się wobec Boga zasłużyć dostatecznie można.

Pan Antoni nigdy tego głośno nie powiedział, bo w ogóle mówić za dużo nie lubił, a swoją goryczą tym bardziej przed ludźmi się popisywać, zwłaszcza, że i zrozumienie nie u każdego łatwo znaleźć. Nie mówił tedy, ale w sobie sumował, a im bardziej sumował, tym częściej o Adeli rozmyślał i o wybraniu dla niej odpowiedniego męża, któremu by bez obawy mógł jatkę zostawić.

Bo o trzecim dziecku, o Magdzie, nie warto tu było nawet wspominać. Buntownicza była i niechętna, w głowie wszystko miała tylko nie robotę i nie ojcowski sklep. Ot, teraz już siódma dochodzi, już pierwsza klientela zagląda, a Magda znowu się spóźnia. Aż pięści zaciskały się panu Antoniemu, gdy zerkał na puste krzesełko przy kasie. Tak u niego wszystko musiało być jak w zegarku, a tu taka smarkata cały porządek psuje.

Już wczoraj nie chciała białego kitla nałożyć i siedzieć. Musiał aż krzyknąć na nią. Tak się rozpuściła.

– Tatko – powiedziała – powinien sobie inną kasjerkę znaleźć. Ja w zimie nie mogę, ręce marzną i później są takie czerwone, jak u praczki.

Nic jej na to nie odpowiedział, bo go aż zatknęło, lecz ułożył sobie, że po powrocie do domu rozprawi się z nią jak należy. Nie doszło jednak do tego, gdyż Magdy nie było.

– Gdzie mała? – zapytał Adeli siadając do kolacji.

– Niby tatko nie wie. Na kursach.

Te właśnie kursy przewracały Magdzie w głowie. Pan Antoni był tego pewien. Oczywiście niejakie przygotowanie buchalteryjne może się dziewczynie przydać. Zgodził się na kursy, gdy mu wyliczyła, że niepotrzebnie wydaje się pieniądze na buchaltera, który dwa razy w tygodniu przychodzi do jatki prowadzić księgi. Ale z drugiej strony z tych kursów wszystkie fanaberie.

Pan Antoni winił tylko siebie. Nie na to przecie po śmierci nieboszczki żony zabrał Magdę z gimnazjum i posadził w sklepie, żeby mu się z powrotem do nauki wymykała. Samej nauce nie był bynajmniej przeciwny. Ale mając już doświadczenie z synem, wiedział, że szkoły i wykształcenie odciągają od rodziny. Już lepiej się skalkuluje płacić buchalterowi pensję, niż ryzykować, że Magdzie do reszty w głowie się przewróci. Dlatego postanowił jeszcze dziś, nie zwlekając, pójść do właściciela kursów, pana Bratka i córkę wypisać.

Właśnie doszedł do tej konkluzji, gdy przyszła Magda. Zarumieniona od chłodu, zdyszana, z niespokojnie latającymi oczyma. W długim czarnym palcie ze skunksowym kołnierzem wydawała się smukła, gibka i wysoka, nieomal wyższa od starszej siostry, chociaż w rzeczywistości była drobniejsza.

Czeladnik Kamionka błysnął ku niej białymi zębami:

– Uszanowanie pannie Magdalenie. Przez godzinę darmo sprzedawaliśmy. Z powodu braku kasjerki. Wielkie święto dla klienteli.

Parsknął śmiechem, z fantazją podrzucił toporek i jednym uderzeniem oddzielił ćwiartkę w samym stawie, aż kloc jęknął.

Magda spojrzała z pogardą na jego roześmianą oliwkową twarz, na pływające w niej duże jak śliwki oczy, nieznośnie nachalne. Nic nie odpowiedziała. Nie przez zarozumiałość, ale nie lubiła go. Wiedziała, że się do niej mizdrzy, wiedziała, że na całym Powiślu słynie jako uwodziciel i że wystarczyłoby jej, Magdzie, palcem kiwnąć, a Kamionka wyrzeknie się dla niej całego swego powodzenia, przestanie wystrajać głupie miny do klientek, a już przede wszystkim nieszczerze wzdychać do Adeli. Przyznawała w duchu, że jest ładny, że nie brak mu zgrabności, że nawet było w jego spojrzeniu coś niepokojącego i drażniącego, ale nigdy, ani przez chwilę nie podobał się jej przez tę swoją pospolitość, przez te trywialne dowcipy, przez akcent z Powiśla i przez zapach mięsa, który szedł odeń nawet w niedzielę, gdy był wymyty i w świątecznym garniturze.

Magda nie cierpiała mięsa. Jeszcze jako malutka dziewczynka była raz z ojcem w rzeźni. Widok mordowanych zwierząt, czarna dymiąca krew, która z bulgotem wylewała się z szerokich ran na podgardlu i rozpłatane cielska, prześwidrujące bielą kości spośród ociekającej czerwieni – napełniły ją wstrętem i przerażeniem. Wprawdzie z biegiem lat wspomnienie to zatarło się nieomal doszczętnie, pozostał jednak wstręt. Przed bytnością w rzeźni nieraz przesiadywała w jatce, lecz wówczas jej wyobraźnia nie łączyła mięsa, które było towarem, z żywymi zwierzętami, które widywała latem na letnisku, a jeszcze częściej z okien mieszkania rodziców przy ulicy Dobrej, kędy przepędzano całe stada krów, cieląt, owiec i trzody właśnie do rzeźni.

Brzydziła się mięsa. Czasami, gdy przy większym natłoku w jatce musiała pomóc przy obsłudze klientów, umiała zmusić się do krajania polędwicy czy szpondru, ale wątróbki, flaków, czy lekkich nie wzięłaby do ręki za żadne skarby. Z podziwem przyglądała się Adeli, a dawniej matce, gdy te ze spokojem i obojętnością zanurzały palce w tym obrzydlistwie. Mężczyźni to inna rzecz. Ojciec, kiedy brał coś, zdawało się, że znikało to w jego ogromnych rękach. Pan Edmund umiał to robić z jakąś lubością. I Magda była przekonana, że z takim uśmiechem potrafiłby wypatroszyć człowieka. Nawet, gdy nóż brał do ręki, a spode łba spojrzał na nią, odczuwała na grzbiecie lekki dreszcz.

Zwykle siadywała w jatce tylko w rannych godzinach, w godzinach największego ruchu. Do jedenastej, najdalej do południa. Odkąd matka umarła i ojciec odebrał ją z gimnazjum, było tak dzień w dzień, rok po roku. Musiała siedzieć w kasie i odbierać pieniądze od kucharek i gospodyń. Ojciec, Adela, czy pan Edmund wykrzykiwali należną sumę, a rzeczą Magdy było rozróżnić w tłoku, która z kupujących ma tyle właśnie zapłacić. Należało przy tym uważać, bo nieraz zdarzały się i takie, co chciały oszukać albo wyjść z jatki nie płacąc. Poniektórym zapisywało się wybrany towar w książce i tych Magda najwięcej lubiła. Liczenie pieniędzy, zwłaszcza w zimie, gdy monety namarzają niczym lód, nie należało do przyjemności. Ręce grabiały, chociaż naciągała grube wełniane rękawiczki z obciętymi końcami palców. Gdy chuchała na nie, lub rozcierała je w przerwach, pan Kamionka rzucał zjadliwie:

– Widzi panna Adela, a nie mówiłem, że ta manicura nie grzeje.

Adela zaś jak głupia wybuchała śmiechem. Nie dlatego, by Magdzie sprawić przykrość, lecz by przypodobać się Edmundowi. Magda rozumiała to doskonale, a jednak mściła się później na siostrze. Nie było to nawet trudne. Wystarczyło zakaszlać głośniej podczas układania się do snu i powiedzieć, że to pewnie suchoty, że to i dobrze, bo wszystkiego jej na świecie żałują, że od śmierci matki nikogo bliskiego nie ma. Wystarczyło znowu zakaszlać i zrobić bolesną minę, a już Adela zrywała się z łóżka i stawała w swojej sztywnej białej koszuli nad Magdą i bezradnie rozkładając grube ręce powtarzała:

– Magduś, serce moje, co też ty opowiadasz! Boga bój się!

A potem zaparzała maliny, przynosiła konfitury, błagała siostrę, by zmierzyła temperaturę. Magda postękiwała, ukrywając uśmiech w poduszce i zasypiała otulona pieczołowicie ze wszystkich stron. Nazajutrz zaś niechybnie otrzymywała od Adeli jakiś podarek: koronkową chusteczkę, paciorki na szyję, albo i materiał na sukienkę.

Między siostrami było czternaście lat różnicy i Adela wciąż po trosze traktowała Magdę jak dziecko. Że zaś własnych marzeń nie miała, że wszystko co o sobie myślała i dla siebie układała, dałoby się zamknąć w jej zwykłym powiedzeniu: – ˝Będzie, jak Bóg da˝ – wszystkie swoje nadzieje i ambicje snuła dokoła przyszłości siostry. I jeżeli niechętnym okiem patrzyła na umizgi pana Edmunda do Magdy, to raczej z obawy o nią, niż o utratę jego względów. Cóżby to był za los dla tej pięknej dziewczyny wychuchanej jak kwiatek z inspektów, delikatnej i obytej, czytającej książki i wykształconej wyjść za mąż za takiego Kamionkę?!... Dla siebie Adela też w tym nie widziała wielkiego losu, ale chłopak był pracowity, porządny, nie pił zbyt często, a przy tym aż rwało się do niego serce, taki był ładny. Jeden w tym wszystkim tkwił feler, że liczył sobie dopiero lat dwadzieścia pięć, czyli o równych siedem lat od Adeli był młodszy.

Zresztą nie należało dzielić skóry na żywym niedźwiedziu, gdyż pan Edmund, wprawdzie owszem, przychodził, to i owo podgadywał, ale o oświadczynach nie myślał, może i bojąc się, że mu ojciec da do zrozumienia, że za wysokie progi na jego nogi. Miała Adela już nieraz starających się, ale wszystko jakoś niczym się kończyło, bo pan Nieczaj w ludziach przebierał i mówił:

– Masz za byle kogo wyjść, to lepiej siedź w domu.

Zwłaszcza zaś zwracał uwagę, żeby konkurent z tego samego był fachu.

– Rzemiosło to nie zwykły handelek – powiadał, że to każdy może się doń wziąć. Tu trzeba znajomości z dziada na syna, z syna na wnuka. Dlatego czasy ciężkie się stały i tenże sam kryzys, że do wszystkiego ludzie bez pojęcia się biorą. Jak ma ostać się rzemiosło, kiedy wciąż nowi przychodzą?

Ojciec mądry był i Adeli ani by w myśli nie postało wątpić o słuszności jego poglądów. Tym bardziej, że już dość długo żyła, aby zdążyć sprawdzić trafność opinii ojca. Niejeden z tych, o których pan Nieczaj nie miał dobrego zdania, z torbami poszedł, albo i na złą drogę trafił.

W jednym tylko nie zgadzała się z ojcem: co do Magdy. Za surowy dla niej był, za wiele od niej wymagał. Jakby gwałtem chciał ją przytrzymać w tej jatce i w tym domu, kiedy dla każdego, kto na Magdę bodaj spojrzał, jasnym się stawało, że taka dziewczyna do innego życia stworzona. I Adela odczuwała to na każdym kroku. Czy to w sklepie, czy w domu przy gościach, czy zwłaszcza na wieczorkach, w Resursie Rzemieślniczej, gdzie w karnawale bywali, a już szczególniej po prostu na ulicy. Niczym panienka z najlepszej rodziny. I szyk taki miała, i wzięcie. Doprawdy też nie żałowała Adela tych zaoszczędzonych na gospodarstwie i na własnych pończochach pieniędzy, które wydawała na stroje siostry. Na stroje, na perfumy, na fryzjera i manicurzystkę. Nawet taki wybryk Magdusi, jak wymalowanie sobie paznokci na nogach, nie wydawał się Adeli zbyt karygodnym. Skoro się ma takie piękne, takie równe i gładziutkie stopy, to pasują dla nich podobne wymysły. Adela długo przyglądała się nogom siostry o jasnoróżowych piętach, smukłych palcach i ciemnoróżowych błyszczących paznokciach. Przesunęła ręką po stopach i nie mogła wyjść ze zdumienia. Nigdy nie przypuszczała, że nogi mogą być takie ładne i nie wiedziała po co mają być takie.

Wtedy to właśnie Magda zwierzyła się siostrze ze swojej wielkiej tajemnicy. Adela musiała przysięgnąć na obrazek po nieboszczce matce, że nikomu słóweczka nie piśnie i z przerażeniem wysłuchała wyznania: Magda bynajmniej nie chodzi na kursy buchalteryjne pana Bratka, lecz do takiej szkoły, gdzie uczą tańca i rytmiki. I nie tańca salonowego, nie walca, tanga czy foxtrotta, ale takiego tańca, jak w balecie, co to na scenach są popisy.

Magda długo i obszernie opowiadała o tej szkole, o dyrektorce, pani Iwonie Karnickiej, która kiedyś była primabaleriną carskiej opery w Rosji, o koleżankach, między którymi są córki adwokatów, inżynierów, pułkowników, a nawet jest jedna prawdziwa hrabianka. Opowiadała, jak odbywają się lekcje gimnastyki i tańca, tłumaczyła, że po skończeniu takiej szkoły nie każda musi zostać tancerką czy tam ˝girlsą˝, chociaż zdolniejsze mogą zrobić wielką karierę, a dwanaście najzdolniejszych już występuje w teatrze rewiowym, w samej ˝Złotej Masce˝, ale i tak każdej kobiecie nauka taka przyda się o tyle, że robi się zgrabniejsza, zwinniejsza, ma więcej gracji i wdzięku. Nawet w szkole jest specjalny kurs dla starszych pań, mężatek, i same bogate damy należą do tego kursu.

– No, a tobie po co? – nie mogła przyjść do siebie Adela.

– Mnie? – zamyśliła się Magda i tak, jak siedziała na łóżku w różowej kombinezce, podciągnęła kolana aż pod brodę, zaplotła ręce dookoła nóg i westchnęła: – Może zostanę artystką, ale nie takim byle czym, tylko wielką artystką...

– Ty?... szeroko otworzyła swe małe oczki Adela.

– A dlaczegóż by nie?... Pani Iwona mówi, że mam talent. Warunki zewnętrzne też nie najgorsze.

– Niby jakie warunki? – zaniepokoiła się Adela, gdyż przyszło jej na myśl, że rzecz dotyczy pieniędzy, że zatem ona mogłaby w czymś pomóc, o ile owe warunki nie są zbyt wysokie.

– Warunki zewnętrzne – wyjaśniła Magda – to w teatrze tak się nazywa uroda, budowa, rozumiesz?

Tej nocy Adela oka zmrużyć nie mogła, a gdy posłyszała o czwartej nad ranem, że Wikta krząta się w kuchni, przygotowując śniadanie dla ojca i dla niej, jeszcze zanim się zaczęła ubierać, podeszła cichutko do łóżka siostry i długo wpatrywała się w jej długie czarne jak smoła rzęsy, w rozrzucone na poduszki brązowe, prawie rude włosy, w delikatny owal twarzyczki i wypukłe, jakby nożem wykrojone usta.

– Dlaczegóż by nie? – szeptała do siebie – dlaczego?... Alboż to dla niej takie życie?... Magdusia moja kochana, siostrunia moja jedyna...

W niepokoju, w zdumieniu i w czułości Adela otarła łzy rękawem nakrochmalonej koszuli. Niełatwo jej było pogodzić się z tą myślą, niełatwo uznać rzecz za przesądzoną. Przypuszczała nawet, że to grzech z jej strony, grzech, że starsza siostra nie próbuje odwieść młodszej ze złej drogi. Adeli nieraz obijało się o uszy, jakie to zepsucie jest w teatrze i że takie artystki to przeważnie lafiryndy, albo nawet na utrzymaniu u różnych bogaczy. Jednakże wiedziała z góry, że żadne namowy nie pomogą, a gdyby przysięgi nie dotrzymała i wygadała się przed ojcem ze wszystkim, doszłoby do jakiegoś nieszczęścia. Zresztą gdzieś w głębi pragnęła, gorąco pragnęła, by Magda dostała się do innego, piękniejszego życia, by została wielką damą z tych, co jeżdżą swymi samochodami i rozmawiają w cudzoziemskich językach. Modliła się też, by Bóg ochraniał siostrę przed wszystkim złem, a zwłaszcza przed teatrem. Jednakże pragnęła dla niej bodaj wszystkiego, co byłoby w życiu ich rodziny jakimś zdarzeniem, czymś daleko odbiegającym od codzienności. Pragnęła tak, jakby mogła pragnąć dla siebie samej, gdyby nie najgłębsze przeświadczenie, że do niczego poza ową szarą codziennością nadać się nie potrafi.

Tak było w pierwszych dniach, w pierwszych tygodniach po zwierzeniach siostry. Z biegiem czasu przyzwyczaiła się jednak do tej myśli – zżyła się z nią. Codziennie po obiedzie Magda wychodziła niby na kursy buchalteryjne, a wracała o ósmej, kiedy już ojciec spał. Czasami zjawiała się nawet znacznie później, a siostrze, z którą sypiały w jednym pokoju, tłumaczyła, że był jakiś popis, czy egzamin. W każdym razie tajemnica Magdy spowszedniała, nie groziła już awanturą, skandalem, burzą.

Tak przynajmniej zdawało się Adeli do tego właśnie popołudnia.

Około dwunastej, jak zwykle, prawie cały towar był już rozprzedany i jatka opustoszała. O tej porze pan Nieczaj zwykle zabierał się do rachunków, a Magda obliczała kasę i szła do domu. Dziś jednak, skoro tylko Magda wyszła, ojciec zaczął zdejmować kitel i swoim niskim chrapliwym głosem zapytał:

– Adelko! Kursy tego Bratka to na Żurawiej?

W ręku Adeli znieruchomiał nóż. Zdołała tylko wyjąkać:

– A... a... a... co?

– Pytam: na Żurawiej? – powtórzył już gniewnie.

Adela bezradnym spojrzeniem obrzuciła ściany, spotkała przymrużone oko pana Edmunda, zauważyła, że mostek cielęcy, przygotowany do domu, nie został zabrany przez Magdę i że ktoś wywrócił kubeł od trocin, stojący w kącie.

– Na Żurawiej – odpowiedziała cicho.

Ojciec pochrząkując zdjął fartuch, kitel, starannie obtarł papierem ręce i już zabierał się do wyjścia, gdy Adela zrozumiała, że trzeba za wszelką cenę nie dopuścić, by ojciec wyszedł.

– Niech tatko nie idzie – wydobyła z siebie.

– Co mówisz? – zdziwił się pan Nieczaj.

– Niech tatko najpierw pogada z Magdą.

Stary zmarszczył brwi:

– Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Oporządź wszystko. Za godzinę wpadnie tu Biesiadowski. O, tu masz dla niego pieniądze. I tego... hm... A dlaczegóż to mam nie iść? – zastanowił się.

Adela już była zdecydowana przyznać się do wszystkiego, lecz obecność czeladnika uniemożliwiła wyznanie. Któż zabroni takiemu panu Edmundowi roznosić później po całym mieście, że panna Nieczajówna na jakieś tańce po kryjomu chodzi?...

– Niech tatko nie idzie – powtórzyła tylko, a jej głos zabrzmiał jakoś dziwnie, bo ojciec obejrzał się i zatrzymał w drzwiach.

Spojrzał na Adelę i zrozumiał, że musiało w tym być coś ważnego. Odkaszlnął i w jego oczach wyraziło się zdumienie: nie był przyzwyczajony, by ktoś, a zwłaszcza rodzone dziecko stawało mu na drodze w jego postanowieniach.

– Edmund – odezwał się po chwili – skocz no do Pichcińskiego po te weksle, co miał wczoraj przynieść.

Pan Kamionka bez słowa odłożył toporek i wyszedł.

– Co to jest? – groźnie zapytał pan Nieczaj.

– O, Jezu, czego się tatko tak patrzy – próbowała ratować się odwleczeniem Adela.

– Gadaj zaraz.

– Co mam gadać, nic nie mam do gadania. Tylko to, że do pana Bratka nie ma po co iść... Nie ma po co, bo Magda i tak na te jego kursy już nie chodzi.

Wyrzuciła to z siebie jednym tchem i przeraziła się. Po pierwsze złamała przysięgę, a po drugie niepotrzebnie Wmieszała siebie w tę straszną awanturę, która teraz wybuchnie. Ojciec rzadko się gniewał, ale teraz, jak amen w pacierzu wybuchnie. Adela raz tylko widziała ojca w gniewie, a chociaż było to coś przed piętnastu laty, dotychczas drżała na samo wspomnienie. Wówczas schowała się pod łóżko i aż jakichś konwulsji dostała ze strachu. Było to wtedy, gdy brat nieboszczki matki świeżo wyszedł z więzienia i przychodził do nich na Dobrą ulicę z pretensjami. Wówczas ojciec dowiedział się, że wujek za niego coś tam podpisał. Wtedy niepotrzebnie wygadała się matka, a teraz ona.

Ojciec wyjął ręce z kieszeni, zrobił się jeszcze bardziej czerwony i zapytał nadspodziewanie spokojnie:

– Jak to nie chodzi?

– Nie chodzi, no, nie chodzi i już. Ja więcej nic nie wiem. Jak Boga kocham, nic nie wiem – broniła się piskliwym głosem.

– Mów, pókim dobry!

Twarz ojca wykrzywiła się w jakimś skurczu, Adela zaś, chociaż drżała ze strachu, obiecywała sobie na wszystkie świętości, że więcej pary z gęby nie puści.

– Ja nic nie wiem, nic nie wiem, nic nie wiem.

– Przecież chodzi, co dzień chodzi – nacierał ojciec.

Adela spuściła oczy i milczała.

– Jeżeli nie na kursy do Bratka, to gdzie?... Mów, psiajucho! – wybuchnął nagle – bo cię na drobny mak rozsypię.

– O, Jezu, Jezu! – zajęczała Adela.

Widziała pochylającą się nad sobą zsiniałą twarz ojca, na ramionach uczuła bolesny zacisk jego rąk.

– Dokąd, do kogo chodzi! Mów, bo cię rozerwę! Jak się on nazywa?

Pomimo dojmującego bólu i przerażenia Adela zrozumiała nagle, o co ojciec Magdę podejrzewa.

– Boże broń, niech tatko puści – niemal krzyknęła. – Co też tatko sobie wyobraża, Magda, uchowaj Boże, nie taka.

Pan Nieczaj potrząsnął córkę z całej siły:

– Nie łżesz?!

– Co mam łżeć! Niech tatko puści.

– Więc gdzie chodzi?

– Do szkoły.

– Do jakiej szkoły?

– Tańców się uczy.

Pan Nieczaj puścił ramiona Adeli, wyprostował się, sapał przez chwilę.

– Jak tatko mógł o rodzonej córce tak nawet pomyśleć! – ośmielała się Adela.

– Więc gadaj. Tylko wszystko, jak jest! – spokojnie już odezwał się ojciec.

I Adela opowiedziała wszystko, o tej pani, co za carskich czasów była baletnicą, o córkach doktorów i inżynierów, o ˝Złotej Masce˝, gdzie zdolniejsze uczennice tańczą, o gimnastyce, którą uprawiają nawet wielkie damy. Pan Nieczaj słuchał w milczeniu, bębnił palcami po ladzie i patrzył przez okno.

Adela skończyła i zaryzykowała dodać:

– W tym nic takiego złego nie ma.

– Milcz; gadzino! To po to ja ciebie wychowałem, żebyś ty za moimi plecami rodzoną siostrę na dziwkę kierowała?

– Co ja? Dlaczego niby ja – przeraziła się odpowiedzialności Adela.

– Ty, boś już nie wymawiając dość stara i powinna byłaś pilnować młodszej! Tfu! Głupie baby! Tfu!...

Splunął z rozmachem, wierzchem dłoni otarł włosy i wyszedł. Zawrócił w stronę domu i szedł swoim ciężkim, równym krokiem, nikomu nie ustępując drogi, jak zwykle kiedy był zamyślony, niczym tramwaj sunący po szynach. Długo jeszcze nie mógł zebrać myśli i wciąż powtarzał:

– Głupie baby, psiejuchy, głupie baby!...

Nigdy zbyt wysoko nie trzymał o kobiecym rozumie, lecz ilekroć zdarzyło się coś, co potwierdzało jego krytyczną opinię, dziwił się, jakby jakiejś niespodziance. Bo co go tu najbardziej uderzyło, to głupota córek, zwłaszcza Adeli. Przy Magdzinych osiemnastu latach, nie należało wymagać zbyt wiele rozsądku. Ale żeby ta stara krowa!...

W pierwszej chwili pan Nieczaj wyobraził sobie rzecz najgorszą, toteż gdy okazało się, że Magda chodzi tylko do szkoły tańca, nieco odsapnął. Rzecz jest brudna, paskudna, ale do odrobienia. Najbardziej go zabolała ta zmowa córek. Tak się mu wywdzięczały, że oszukiwały go najbezczelniej w świecie. Te pieniądze, które dawał na kształcenie dziecka, szły za jego plecami na to; by z tego dziecka zrobić lafiryndę. By jego czyste, uczciwe nazwisko utytłać w rynsztoku, by go przed ludźmi upokorzyć. Jakżeby śmiał wówczas spojrzeć w oczy choćby takiego Chróścińskiego, z którym przestał się witać, odkąd jego córka zamieszkała ˝na wiarę˝ z człowiekiem rozwiedzionym, niejakim Lempkiem.

– Pan, panie Chróściński – powiedział mu wtedy przy świadkach – Pan nie jesteś dla mnie kompania.

Nie nadawał się pan Nieczaj do kompromisu. Nie umiał na złe sprawy patrzeć przez palce, ani nawet zmilczeć, gdy widział, że ktokolwiek postępuje nie tak, jak należy, nie tak, jak sumienie, prawo i obowiązek nakazują. Przeciwnie: głośno i przy każdej sposobności walił prosto z mostu co o czym myśli krótko, zwięźle i bezapelacyjnie. Nigdy o nikim nie wypowiadał ujemnego sądu, zanim w rzeczy się nie upewnił: gdy już jednak wiedział, jak się należy; nie znał ani współczucia, ani litości. Pierwszym i głównym podziałem, jaki do ludzi stosował, był podział na uczciwych i nieuczciwych, a rodziców, którzy nie umieli dzieci wychowywać w moralności i obyczaju, potępiał, jako głównych winowajców, o ile naturalnie jabłko nie padło zbyt daleko od jabłoni, a rodzice wyrodka się nie wyparli. Znano też w mieście i w branży pana Nieczaja z tej strony i jeżeli mógł się szczycić szacunkiem ludzkim, to właśnie dlatego.

Kalkulował to wszystko sobie pan Nieczaj i rozważał, a jeżeli czegoś w tej chwili żałował, to jedynie tego, że Magdy zaraz wypędzić z domu nie mógł. Nie mógł zaś dlatego, że sama myśl o tym, teraz gdy już ochłonął, krajała mu serce aż do fizycznego bólu. I nie tylko z tej przyczyny, że chodziło tu o jego dziecko lecz i z tej, że była nim właśnie Magda. Bodaj po raz pierwszy w życiu poczuł stary Nieczaj, że ją, właśnie ją najbardziej ze wszystkich kocha, że choć nigdy jej tego nie okazał, ale nosił ją zawsze w swej myśli, jak coś może najmniej użytecznego, może najbardziej obcego, nieswojskiego, ale właśnie pięknego, upiększającego, cennego.

Sam myślał, że po powrocie do domu zbije smarkatą jak Bóg przykazał na kwaśne jabłko, a przecież, gdy tylko wielkim kluczem drzwi otworzył, a ona z drugiego pokoju wychyliła głowę, poczuł, że nie potrafi. I to jeszcze bardziej rozsierdziło pana Antoniego, jeszcze większą goryczą zalało mu wnętrze. Widział, że oto chwieje się w nim coś, że o mały włos, a po sprawiedliwości by nie postąpił.

Pomału zdejmował bekieszę, szalik, czapkę, ciężko wycierał buty o słomiankę. Nic nie odpowiedział na zdziwione zapytanie córki, co się stało, że tatko tak wcześnie wrócił. Usiadł przy stole, szeroką dłonią zgarnął kilka okruszyn z zielonej ceraty i dobra chwila upłynęła, zanim zawołał:

– Magda!

Dziewczyna weszła i stanęła naprzeciw. W ręku trzymała rurki do karbowania włosów.

– Co tatko każe? – zapytała nie podnosząc oczu.

Zresztą pan Antoni tego nie zauważył, gdyż sam też wbił oczy w podłogę.

– Słuchaj, Magda – zaczął tak spokojnie, aż się sam sobie dziwił. – Jak się nazywa ta szkoła, do której chodzisz?

Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę.

– Przecie tatko wie – wybąkała cicho.

– Wiem – wrzasnął nagle ojciec i uderzył pięścią w stół aż meble zadrżały, lecz zaraz opanował się. – Ty mogłaś tak mnie okłamywać?... Mów!... Rogówką chciałaś zostać?... Rynsztoki wycierać?... Jak się nazywa ta szkoła?

Magda przełknęła ślinę.

– Pani Iwony Karnickiej, szkoła choreograficzna.

– Jak?

– Szkoła choreograficzna, pani Karnickiej.

– Pani? Jakiej pani? – wybuchnął. – Rajfurki, dziwki! Co te porządne dziewczęta w rozpustę wciąga. Już ja jej pokażę! Już ja z nią pogadam, po swojemu! Do milicji rajfurkę zaskarżę!

– Ależ tatko, co tatko mówi! – przeraziła się Magda – ona nikogo nie wciąga. Tam najporządniejsze panienki...

– Milcz, głupia!

– Tatko mi tylko wstydu narobi.

Pan Nieczaj oniemiał.

– Jak to? Ja ci wstydu narobię?... Ja?... Czyś całkiem oszalała?... To ja ciebie od wstydu ratuję, ja dzięki Bogu w porę swoje uczciwe nazwisko osłaniam od wstydu, któryś ty mi przyniosła, a ona mi tu o wstydzie?!...

Magda, cała drżąca, z rozszerzonymi oczyma stała przed nim, a on mówił:

– I nie hańba to? I nie wstyd tak teraz ślipiami przede mną świecić? Tfu! Tfu!

Odszedł dwa kroki, zatrzymał się i zapytał:

– Czy jesteś co winna tej rajfurce?

– To nie żadna rajfurka, to artystka – roztrzęsionym głosem zakrzyknęła Magda.

– To już moja rzecz. Gadaj, ile jesteś tam dłużna?

– Nic nie jestem dłużna.

– Na pewno?

– Po co miałabym kłamać.

– No, więc dobrze. Od jutra będziesz wstawała razem ze mną, o piątej. Razem ze mną będziesz chodziła do sklepu, a po robocie marsz natychmiast do domu i ani kroku za próg. Słyszałaś?

Magda milczała.

– Słyszałaś? – powtórzył groźnie.

– Przecież słyszę, bo tatko tak krzyczy, że cała kamienica słyszy. Mam być w więzieniu, to będę.

– Jeżeli nie podoba ci się rodzicielski dom, to uważaj, żebyś do prawdziwego więzienia nie trafiła. I pamiętaj, żeby twoja noga u tej rajfurki nie postała! Pamiętaj!

Podniósł wielką jak bochen pięść i chwiał nią przed twarzą córki. Stała ze spuszczonymi rękami i cała jej postawa wyrażała rezygnację i posłuszeństwo. Tylko w spojrzeniu Magdy tlił się bunt.

Nie ruszyła się z miejsca, gdy ojciec wychodził. Wiedziała, że wobec jego postanowień jest bezsilna, lecz nie odczuwała strachu. Wcześniej, czy później musiało się tak skończyć, musiało do tego dojść. Ostatecznie widywali ją przecież ludzie, gdy chodziła na Piękną, a u Bratka na kursach uczył się młody Kowalszczak. Zresztą nie obchodziło Magdy, jaką drogą i przez kogo ojciec dowiedział się prawdy. Może i Adela wygadała się?... Nie o to już chodziło. Teraz było najważniejsze, by ojciec nie narobił awantury pani Karnickiej. Ośmieszyłby tym Magdę nie tylko przed dobrą panią, lecz i przed wszystkimi koleżankami. A to skuteczniej zamknęłoby przed Magdą drogę do powrotu, niż wszystkie zakazy domowe.

Ani przez chwilę, zarówno wtedy, gdy ojciec na nią krzyczał, jak i teraz, kiedy spokojnie rozważała swoje położenie, Magda nie myślała o wyrzeczeniu się dawnych zamiarów. Nie wiedziała jeszcze, jak to zrobi, w jaki sposób uwolni się spod kontroli, skąd weźmie pieniądze na opłacenie szkoły, nic nie wiedziała poza tym jednym, że przecież nie da sobie odebrać tego wielkiego pięknego świata, który ją tak pociągał. Przez głowę szybko przelatywały cienie projektów: wezwania pomocy którejś z koleżanek, potajemnego wymykania się wieczorami, gdy ojciec zaśnie, pożyczenia od kogoś pieniędzy albo po prostu zabrania ich z kasy. Lecz wszystko to było nierealne. Magda zaś miała duże poczucie rzeczywistości, zmysł opierania się na prostych i pewnych podstawach. Lecz jeżeli w jej rozmyślaniach coraz częściej powracało nazwisko pana Biesiadowskiego, było w tym niemało racji. Po pierwsze pan Biesiadowski miał u ojca swoje znaczenie, a po wtóre Magda wiedziała, że się mu podoba. Była nawet pewna, że dlatego właśnie, że właśnie dla niej pan Biesiadowski tak często przychodził do jatki po inkaso, chociaż gdzie indziej posyłał swoich pomocników, a sam zaledwie raz na miesiąc, czy dwa zaglądał dla ogólnych rozrachunków. Magdzie się nie podobał. Był brzydki i mały, prawie że niższy od niej. Jednak dość go lubiła. W każdym razie był bardziej okrzesany od tych mężczyzn, którzy przychodzili trzy, czy cztery razy do roku na imieniny ojca, Adeli, czy jej własne, a których poza tym widywała na tańcach w Resursie Rzemieślniczej.

Tak czy owak, wszystkie plany trzeba było na razie odłożyć, a tylko postarać się, by ojciec zaniechał owej zapowiadanej awantury na Pięknej. Najprostszym zaś na to sposobem, co wyczuwała instynktownie, będzie najściślejsze podporządkowanie się życzeniom ojca.

Tegoż wieczora Magda dowiedziała się od siostry, co i jak odbyło się w sklepie. Ku zdumieniu i radości Adeli wcale nie robiła jej wyrzutów. – Cóż by pomogły? Magda, nie umiała robić rzeczy bezcelowych, umiała godzić się z faktami dokonanymi przynajmniej o tyle; by nie walić głową o mur, skoro się wie, że mur jest twardszy. Dlatego też, ku ponownemu zdumieniu siostry, pierwsza ułożyła się do snu, a nazajutrz wstała jeszcze wcześniej niż ojciec, pomagała w kuchni i sama podała śniadanie. Pan Nieczaj nic nie powiedział, gdy na dzień dobry pocałowała go w rękę, zupę również jadł w milczeniu, dopiero gdy postawiła przed nim patelnię z jajecznicą na słonince, odezwał się zwyczajnym tonem:

– A przypomnij mi, Magda, żebym w południe do Urzędu Skarbowego poszedł.

– Dobrze, tatku.

– Ciągają człowieka i ciągają – dodał jakby do siebie.

W sklepie od rana było jak co dzień z tą różnicą, że Magda raz po raz zrywała się od kasy i pomagała przy ekspediowaniu.

Mróz tego dnia zelżał, szyby odtajały.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Złota maska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Znachor Kariera Nikodema Dyzmy Kariera Nikodema Dyzmy Znachor Drugie życie doktora Murka Doktor Murek zredukowany 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie