Dieta czekoladowa

Dieta czekoladowa

Autorzy: Ruth Moschner

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 238

Cena książki papierowej: 7.00 zł

cena od: 22.33 zł

"Dieta czekoladowa to najbardziej skuteczna ze wszystkich diet!

Włącz czekoladę do zdrowego żywienia, wykorzystaj zalety kakao dla zdrowia i do regulacji apetytu. Zapomnij o stresie związanym ze stosowaniem diety i pozbądź się paru zbędnych kilogramów.



Wszystkie diety, które dotychczas stosowałaś, mają jedną wspólną cechę: wprowadzają mnóstwo zakazów, wymagają pracy i wyrzeczeń, w rezultacie przynoszą efekt jojo i nie są radością dla podniebienia. A właśnie rozkosz kulinarna stanowi klucz do diety czekoladowej: sprawia przyjemność, jest skuteczna i wykorzystuje zalety kakao, przede wszystkim działanie hamujące apetyt.



Ruth Moschner w „Diecie czekoladowej” nie prezentuje przyspieszonego kursu odchudzania, lecz radzi kobietom, a także mężczyznom, jak przestawić swój sposób odżywiania na łagodne tory i dzięki temu schudnąć na trwałe i bez narażania własnego zdrowia. Książka zawiera ponadto liczne porady, jak skutecznie zmieniać swoje przyzwyczajenia życiowe. Zakończ wojnę z dietami, a swój organizm traktuj łagodniej i mądrzej. Jeśli przestawisz się na inne myślenie, masz widoki na sukces!

"
Tytuł oryginału: Die Schoko-Diät

Copyright © S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main, 2011

Copyright for the Polish Edition © 2011 G+J Gruner+Jahr Polska

Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41-42

faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta: Roma Sachnowska

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcia na okładce: Fotolia

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN 978-83-7778-117-3

Skład i łamanie: TYPO2 Jolanta Ugorowska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Spis treści

Przedmowa

Wstęp

Wszystko o dietach Przed dietą znaczy po diecie

Najbardziej znane diety – i ta jedna, którą musicie poznać

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

PRZEDMOWA

Franka Mangiameli

Ten, kto waży zbyt dużo, zbyt dużo je – jest to opinia, z którą osoby z nadwagą muszą nieustannie walczyć. W pierwszej chwili opinia ta wydaje się całkiem logiczna, bo kiedy u schyłku dnia zyskujemy nadmiar energii, jest ona gromadzona w depozycie jako trwała warstwa tłuszczu. Jednakże nadmierna ilość energii nie musi powstawać wskutek spożywania zbyt obfitych posiłków (albo posiłków zbyt kalorycznych). W mojej praktyce dietetyka pacjenci często mnie informują, że wcale nie jedzą dużo, a mimo to tyją. Jak to się dzieje?

Nasza waga ciała jest regulowana w sposób bardzo skomplikowany i wpływa na nią więcej czynników niż tylko ilość spożywanego pokarmu. Od samego jedzenia wcale nie stajemy się grubsi. Z pewnością znana ci jest następująca sytuacja: patrzysz na kawałek ciasta i już od samego patrzenia przybywa ci jeden kilogram. A twoja przyjaciółka zjada dwa razy tyle co ty, a jest nadal szczupła. Przyczyna tego stanu rzeczy tkwi między innymi w zdolności do przyswajania produktów spożywczych. Istnieją organizmy źle albo dobrze wykorzystujące pożywienie. Do której grupy ty należysz, decydują twoi rodzice. Z badań nad bliźniętami wiemy, że geny mają wielki wpływ na wagę naszego ciała, ponieważ waga bliźniąt, które wzrastały w rodzinach adopcyjnych, jest taka sama jak waga ich rodziców biologicznych. Na wadze naszego ciała odbija się również stres, niedobór snu i depresje, ale także inne czynniki, jak brak ruchu, zażywanie niektórych leków, zaburzenia gospodarki hormonalnej, skład chemiczny organizmu, a także niedobór światła, przy czym czynniki te albo wzmagają nasz apetyt, albo obniżają zapotrzebowanie na energię. Brak snu na przykład pobudza apetyt na słodycze i produkty zawierające dużo tłuszczu. Poza tym wytrąca się kortyzol, hormon stresu, który z kolei powoduje katabolizm mięśni, a tym samym obniża podstawową przemianę materii. Wiele kobiet w okresie menopauzy stwierdza, że z niewyjaśnionych przyczyn przybierają na wadze. Dzieje się tak z powodu zmniejszonego zużycia energii wskutek obniżającej się produkcji hormonów, jak również naturalnego katabolizmu mięśni. W rezultacie następuje pozytywny bilans energii, a co za tym idzie, przybieranie na wadze – mimo iż wcale nie jemy więcej.

Podczas gdy w latach dwudziestych pulchne zaokrąglenia na brzuchu i biodrach uchodziły za oznaki kobiecości, dzisiaj media przekonują nas uparcie, że tylko bardzo szczupłe kobiety, a nawet poniżej przepisowej wagi, są sexy. Coraz więcej młodych dziewcząt i kobiet dojrzałych ulega tej szalonej modzie na piękność i sięga najczęściej po radykalne środki, aby osiągnąć ideał. Do środków tych należy nadmierne uprawianie sportu, zażywanie szkodliwych dla zdrowia pigułek na odchudzanie, jednostronne, ubogie w tłuszcze diety crash aż do całkowitego wyeliminowania z jadłospisu twardych pokarmów.

Fakt, że diety nic nie dają, wykazał czarno na białym w 2007 roku zespół badaczy z Minneapolis. Dokonali oni oceny utraty wagi u osiemdziesięciu osób, które stosowały określone diety. Były to na przykład diety niskokaloryczne, dieta plus sport, wyłącznie sport, diety farmakologiczne, jak również pigułki odchudzające. Rezultat: przy stosowaniu większości diet osiągnięto wprawdzie dość znaczny ubytek wagi od pięciu do ośmiu kilogramów w ciągu sześciu miesięcy. Na dłuższą metę jednak żadna dieta nie przyczyniła się do utrzymania osiągniętej wagi. Dieta niskokaloryczna spowodowała największy spadek wagi, ale jednocześnie najszybsze przybranie na wadze po pół roku. Efekt jojo wydaje się wciąż nie do pokonania.

Ale niepowodzenie w utracie wagi to tylko jedna strona medalu. Każda dieta crash pozostawia skutki uboczne. Im szybciej następuje spadek wagi, tym większe jest ryzyko utworzenia się kamieni w pęcherzyku żółciowym, powstania osteoporozy albo zaburzeń trawienia. Stres, który dochodzi wskutek chudnięcia, potęguje te dolegliwości. Pojawiają się odporność na insulinę, skłonności do infekcji i ponowne przybieranie na wadze. Większość diet nie intensyfikuje procesu spalania tłuszczu, tylko powoduje utratę cennej masy mięśniowej. Organizm sam się metabolizuje – a to oczywiście nie pozostaje bez następstw. Osoba, która pragnie schudnąć, powraca do swoich dawnych zwyczajów żywieniowych, nie spala przyjętej energii, tylko odkłada ją w postaci tłuszczu, aby zabezpieczyć się na przyszły okres głodu. Tak więc wiele osób zafascynowanych dietą po okresie chudnięcia tyje coraz bardziej. Tymczasem badania wykazały, że lekka nadwaga wcale nie jest taka niezdrowa. Natomiast u zdrowych osób z nadwagą może wzrastać ryzyko śmierci wskutek stosowania diety.

Ruth Moschner pragnie tą książką zakończyć swoją wojnę z dietami i apeluje do czytelników, aby łagodniej i mądrzej traktowali swój organizm. W swojej diecie czekoladowej sprowadza to do jednego punktu: kto pragnie schudnąć, aby czuć się bardziej atrakcyjnie, niech się powstrzyma od szybkiego odchudzania. Powoduje ono wyłącznie szkody na ciele i umyśle. Do tego dochodzi fakt, że ponieważ tylko specjalne mieszanki i drogie pigułki mają zapewnić sukces, diety te często są związane z dużymi kosztami. Długotrwały skutek ich stosowania pozostaje jedynie marzeniem. Tylko ten, kto przestawi się na inne myślenie, ma widoki na trwałe powodzenie. Pożegnaj się więc z szybkim sukcesem, skoncentruj się raczej na powolnym chudnięciu albo spróbuj po prostu zachować swoją wagę – bez umartwiania się i bez całkowitego rezygnowania z rzeczy, które sprawiają twemu podniebieniu szczególną radość. Naucz się jeść z przyjemnością. Jest to pierwszy ważny krok, aby rozbroić wroga, jakim jest jedzenie. Choć określenie dieta czekoladowa brzmi z początku paradoksalnie, ma ona głęboki sens. Nie chodzi o to, aby odżywiać się wyłącznie czekoladą, ale raczej o to, aby łączyć ją ze zdrowym pożywieniem, które zawiera sycące białko i substancje balastowe i które wykorzystuje zalety ciemnej czekolady dla zdrowia, do regulacji apetytu i sprawia, że jedzenie staje się przyjemnością. Albowiem tylko ten, kto potrafi znajdować przyjemność w spożywanych pokarmach, pozbywa się niepotrzebnego stresu związanego z dietą i temu jakby przy okazji, kiedy jest odprężony, udaje się pożegnać z paroma kilogramami.

WSTĘP

„Pani wcale nie jest taka gruba jak w telewizji!” Takie spontaniczne komplementy są najczęściej szczere, choć nie zawsze chciałoby się ich słuchać. Kiedy moja pewność siebie ulega znów zachwianiu, chętnie, ze współczuciem dla siebie samej, interpretuję wypowiedziane z życzliwością słowa „wcale nie taka gruba” jako złośliwe „wcale nie taka szczupła”. A jeśli jeszcze tego samego dnia jakaś dziennikarka napisze o moich jędrnych zaokrągleniach, wówczas marzę tylko, aby całkowicie odessać tłuszcz. Jako prezenterce telewizyjnej również nie zawsze jest mi łatwo. Uważam, że większa część społeczeństwa wolałaby prowadzić bardziej spokojną konwersację z istotą pozaziemską niż z osobą „z telewizji”. Jedni zaczynają szeptać, inni się gapią, na mój dekolt albo na własne stopy, jeszcze inni mówią do mnie takim językiem, jakbym była na poziomie umysłowym małego dziecka.

Okej, z pewnością to nie jest normalne udawać małpę przed milionową publicznością – ale co tam! Co tak naprawdę jest normalne? Z pewnością tylko jedno: również aktorzy czy też prezenterzy telewizyjni śpią, oddychają, tak! I jedzą. Chociaż są i tacy, którzy robią to raczej rzadko. Dlatego od czasu do czasu chudną. Na ekranie tego się nie zauważa. Telewizja bardzo przekłamuje. To, że ktoś w okienku telewizora wygląda super, nie musi się wcale potwierdzać w innych warunkach, w naturalnym otoczeniu. Ale nie figura prezentera powinna skupiać uwagę widzów, tylko on sam. Bo inaczej to nie ma sensu.

Jestem przekonana, że ten, kogo interesuje tylko jego waga, zapomina, że życie ma do zaoferowania jeszcze inne treści. Kiedyś sama byłam jedną z takich osób. Entuzjastką nieustannych diet. Ale po wielu duchowych zawirowaniach i licznych przykrych skutkach spowodowanych na przemian tyciem i chudnięciem mój umysł przeszyła błyskawica! Tak, to prawda, również blondynki czasem tak mają, i nie ma to nic wspólnego z migreną.

Mówiąc szczerze, dla mnie za każdym razem prawdziwym horrorem jest stąpanie po czerwonym dywanie i pozowanie fotografom. Pierś do przodu! Brzuch wciągnąć! A przy tym uśmiechać się swobodnie… żeby potem zobaczyć na ekranie grube uda. Jeśli się ma doskonałą figurę, coś takiego oczywiście nie może się przytrafić. Ale żeby z tego powodu wiecznie głodować? Rezygnować ze wszystkiego, co sprawia przyjemność? Nigdy w życiu.

Ja osobiście znalazłam u siebie pięć tysięcy wrażliwych problematycznych stref, ale jakoś z tym żyję. Jak dotąd nawet całkiem dobrze, ponieważ dieta czekoladowa odmieniła moje życie! I to na dłuższą metę, a nie tylko do czasu, kiedy efekt jojo znów zacznie zaokrąglać kształty. Jako osoba „czekoladowa” i zagorzała entuzjastka przysmaków, jestem szczęśliwa ponad miarę, że dzięki diecie czekoladowej mogę się optymalnie przysłużyć nie tylko mojej figurze. Od kiedy zaczęłam stosować dietę, czuję się znacznie lepiej. I najważniejsze: nie muszę z niczego rezygnować!

Chudnięcie z czekoladą – brzmi w pierwszej chwili absurdalnie. A jest to takie proste! Zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że dotychczas nikt nie wpadł na ten pomysł. Obecnie jestem w 19. miesiącu – tak, tak… tylko proszę bez żartów na temat ciąży słonia, mam na myśli dziewiętnasty miesiąc stosowania diety – i czuję się znakomicie.

Jak to działa? Całkiem prosto. Kakao w odpowiednich ilościach wpływa hamująco na apetyt. Podobnie jak słynną szklankę wody, należy je pić przed jedzeniem. Mózg i przemiana materii mogą wówczas w porę zareagować. Poza tym kakao jako „nagroda przed” uwalnia od przymusu opróżnienia talerza, aby na końcu dostać „to, co najlepsze”. Ponieważ to najlepsze już otrzymaliśmy. Przyjemność jedzenia, umiejętność czynienia czegoś świadomie i z uczuciem radości powoduje dodatkowo uwalnianie hormonów, co pozytywnie wpływa na przemianę materii. Oczywiście nie musimy się codziennie żywić czekoladą, jeśli chcemy schudnąć. Ale pozytywne właściwości czekolady, szczególnie kakao, w dużej mierze ułatwiają związaną z dietą zmianę sposobu odżywiania.

W książce są liczne porady, jak na trwałe i zdrowo zmieniać swoje przyzwyczajenia życiowe. Zwłaszcza na początku trudno odrzucić stare sposoby zachowania. Za dużo podjadania? Brak chęci na sport? Lepiej oglądać telewizję niż zrobić porządek w szafie? Zawsze znajdzie się jakieś usprawiedliwienie dla takich zachowań. Oczywiście to bardzo wygodne zasiadać każdego wieczoru na kanapie i pakować do ust rozmaite słodkie świństwa. I oglądać średniej jakości program telewizyjny. Zanim się człowiek obejrzy, na biodrach odkładają się niezmierzone warstwy tłuszczu. Jest to praktyczne, kiedy trzeba przebrnąć przez trudny okres. Wtedy nie odczuwa się tak szybko głodu. Gorzej, kiedy złe czasy każą na siebie czekać – a my, uspokajając się, pragniemy wierzyć, że tak się naprawdę stanie – a zamiast tego nasze ciało staje się coraz grubsze.

Aby coś takiego nigdy więcej mi się nie przytrafiło, znalazłam dla siebie idealnego towarzysza: czekoladowego rekina. Naprawdę taki istnieje! W naturze można go spotkać w Atlantyku od wybrzeży Szkocji aż do Maroka. Czekoladowy rekin lubi ciepło. Niestety, jest zagrożony wyginięciem. Dlatego proponuję, aby odtąd nie tylko szanować środowisko naturalne, ale również czekoladowego rekina ogłosić patronem wszystkich ludzi, którzy są gotowi każdego dnia zrobić coś dobrego dla własnego ciała. Kiedy nie ma w was radości, kiedy brak wam motywacji i do waszego mózgu znów wkrada się wymówka, pomyślcie o czekoladowym rekinie. On jest waszym osobistym motywatorem – jak na rekina nawet dość atrakcyjnym: ma barwę ciemnobrunatną, może urosnąć do 180 centymetrów i ma smukłą sylwetkę. Czyż nie jest to dobry wzorzec? Mój rekin czekoladowy tu, w książce, jest poza tym absolutnym ekspertem od żywienia i zna wszystkie sztuczki. Również te, które pomagają, kiedy stajemy się słabi.

Życzę wam wielu sukcesów z dietą czekoladową, a przede wszystkim radości z chudnięcia!

Wasza

Ruth Moschner

Oczywiście w tej książce zapoznacie się z niektórymi naukowymi odkryciami. Ale przecież każdy człowiek to indywidualność i w każdej sytuacji reaguje inaczej. Szczególnie na temat odżywiania istnieje zbyt wiele nieporozumień.

Błędne postrzeganie siebie może prowadzić do chorób, a w najgorszym razie nawet do śmierci. Oznacza to, że książka nie powinna zastępować wizyty u lekarza. Również tę dietę zacznijcie stosować dopiero po uprzednim badaniu lekarskim i za zgodą swojego lekarza.

WSZYSTKO O DIETACH

Przed dietą znaczy po diecie

Ten, kto wciąż stosuje diety i stale liczy kalorie, wcale nie żyje dłużej – tak mu się tylko wydaje. Odkąd zawarłam przymierze z tematem spokój, nagle mam więcej czasu. Mogę go wypełnić bardziej przyjemnymi zajęciami. Oczywiście tak jak dotąd chętnie bywam w miarę swoich możliwości Tussi. To znaczy, jestem próżna i kocham wszystko, co pozwala widzieć życie, a przede wszystkim mnie samą jeszcze piękniejszą. Szafka w mojej łazience dorównuje dobrze wyposażonej perfumerii.

Również jeśli idzie o odchudzanie, nie ma nic, czego bym jeszcze nie wypróbowała. Jestem znawczynią diet i co rusz je łamię. Przewałkowałam liczne teorie żywienia, przestudiowałam je i stosowałam. Ale lubię też usiąść czasem wieczorem na tapczanie i zajadać chipsy. Winna na całym froncie. Tak – niekiedy nawet wstaję w nocy i idę do lodówki. Tylko po to, aby zobaczyć, co w niej jest. To oczywiste. No dobrze, bywa, że zjem kawałek sera albo właśnie czekolady, w końcu droga do kuchni nie powinna być daremna. Ale od czasu diety czekoladowej na szczęście świat się od tego nie zawali.

Wiem, że nigdy nie będę Liz Hurley. Nie chciałabym również wiedzieć, ile zachodu wymaga od kobiety realizacja pragnienia, aby sprostać oczekiwaniom mężczyzn. Już wolę zdrową znośność swojej egzystencji. Bo przecież nic nie jest człowiekowi tak po prostu darowane. Dzięki takiej postawie nie muszę uprawiać gospodarki rabunkowej wobec własnego ciała. W każdym razie nadal mam odwagę o każdej porze pójść nieumalowana do piekarza. Prywatnie lubię naturalność. Żadnego makijażu, żadnych ondulacji, oprócz odrobiny tuszu do rzęs nie kładę na twarz nic, co by zafałszowało mój wygląd. Zapytajcie mnie o to ponownie za kilka lat, bo jak dotąd jednak jeszcze nikt nie padł zemdlony, kiedy nagle ujrzał mnie całkiem „naturalną”. Przed kamerą to zupełnie co innego. Bezlitosne światło oznacza bezlitosną prawdę. Wtedy wygląda się czasem jak maska, jak gdyby się przyszło właśnie z mistrzostw świata sztukatorów. Tony make-upu, puder, cienie na powiekach, korektor, highlighter i co tam jeszcze. A mówię tu tylko o twarzy. Wolę sobie nie wyobrażać, co by to było, gdybym musiała prezentować publiczności swoje gołe pośladki! Prawdopodobnie wpędziłoby to przemysł kosmetyczny w kryzys. Lubię u siebie tę część ciała, proszę mnie dobrze zrozumieć. Moja pupa nie jest mała, ale zgrabna. Właśnie okrągła. Moje kryteria oceny wahają się jednak w zależności od nastroju, w jakim się o danej porze dnia znajduję, w stosunku wprost proporcjonalnym. Czasem jest to twarde jabłko, po czym w ciągu paru minut zamienia się w skrzynię pełną owoców pestkowych. Nie mówiąc już o tym, że nagle zaczyna się marszczyć. W tej sytuacji pomaga jedynie ignorancja, seks wyłącznie przy świecach, chirurgia plastyczna albo sport. Ale ten w przypadku owoców, albo lepiej: spadów, jest bardzo wyczerpujący.

Od niepamiętnych czasów wszyscy szukamy sposobów, aby przy niewielkim wysiłku z naszej strony zachować ciało w dobrej formie. Każdego roku, tuż po Bożym Narodzeniu, modlę się do dobrej wróżki, aby znów czarodziejskimi sztuczkami odjęła mi trochę dodatkowych kilogramów. Niechciane prezenty można przecież wymienić. Zamiast tego ta głupia wiedźma posyła zawsze wstrętne karły, które w nocy zwężają moje sukienki. Tak to się kończy, jeśli człowiek nie przechowuje starannie paragonów! Chodzi mi o to, czy ktoś naprawdę potem pamięta, kiedy to się zaczęło, kiedy odłożyła się pierwsza dodatkowa porcja tłuszczu na biodrach? Czy był to chleb z serem ostatnio o pierwszej w nocy albo może raczej trufla ze śmietaną o piątej po południu? Jedno jest pewne: życie to nie stadnina dla kucyków – wówczas wszyscy mielibyśmy super-uda. Jazda na koniu wymaga szczególnie umięśnionej strefy numer jeden kobiety, czyli ud. A kiedy stale otaczamy się żywymi istotami, których tyłek jest co najmniej dwukrotnie potężniejszy, jest to dodatkowy plus. Wcześniej czy później poczujemy się w jakimś sensie drobniejsi.

Na dłuższą metę pomaga jednak tylko naga prawda, tym razem znów całkiem nieumalowana: z niczego nic nie wynika. Ale i tak to szczęście, gdyż przeważnie z niczego wynika niestety gorsze. Bo właśnie w chwili, kiedy człowiek znów na ułamek sekundy zawarł pokój z własnym lustrem, przed nosem człapie topmodelka. Wiem, wiem. Topmodelki nie człapią. Nic dziwnego, w końcu ledwie im starcza masy ciała, aby sprostać sile ciężkości. Jednakże nawet ludzie, którzy zarabiają na życie swoim wyglądem, nie są wolni od kompleksów.

Ja przynajmniej nie znam ani jednej przedstawicielki płci żeńskiej, która byłaby w stu procentach zadowolona ze swojego wyglądu. A co gorsza: tymczasem powstało wiele „dowcipnych” określeń ilustrujących nasze braki w figurze. Uważam jednak, że z problemów z figurą nie powinno się żartować. Jest to sprawa ze wszech miar poważna.

Prawdziwa nadwaga może bowiem prowadzić nie tylko do kłopotów ze zdrowiem, zbyt wiele zaokrągleń wpływa również ujemnie na samopoczucie. Stoimy godzinami przed szafą zapchaną garderobą i nie mamy co na siebie włożyć. To nie jest wcale głupie powiedzenie, drodzy panowie! Często naprawdę nie mamy co na siebie włożyć, ponieważ w danej chwili po prostu nic już na nas nie pasuje. Podczas takich godzin pełnych rozpaczy odpuściłam sobie już niejedno obiecujące spotkanie. Zgodnie z dewizą: to nie ma sensu, skoro z powodu wałeczków tłuszczu na brzuchu on i tak nie dostrzeże moich wewnętrznych wartości.

Na szczęście nigdy nie byłam tak naprawdę gruba. Ale jednak okrągła. Okrągła twarz, okrągłe oczy, okrągła pupa.

Często tylko przesadzamy z domniemanym „za wiele”. Otoczeniu jest wszystko jedno, czy chodzi o jeden, czy o dwa kilogramy mniej. Ludzie o znacznej nadwadze natomiast często cierpią nie tylko dlatego, że nienawidzą samych siebie, ale również dlatego, że inni ostro kpią sobie z nich. Oczywiście zasuszeni tchórze tego świata na ogół nie wyrażają otwarcie swojej pogardy, objawiają ją w formie zawoalowanych przytyków wypowiadanych za plecami ofiary. Nietrudno zrozumieć, że każdy chciałby w tej sytuacji przywdziać czapkę niewidkę. Ale to nic nie pomoże.

Szczególnie subtelny sposób okazywania pogardy charakteryzuje sprzedawczynie, które swoją ciemną stronę władzy w pełni wykorzystują i bez słów, ale odpowiednim spojrzeniem wyrażają swoją ocenę.

SPRZEDAWCZYNI MÓWI Przykro mi, nie prowadzimy odzieży ponadwymiarowej.

SPRZEDAWCZYNI MYŚLI Ta tłusta krowa na pewno tkwi cały dzień przy korycie. I czeka na świeżą dostawę żarcia.

SPRZEDAWCZYNI MÓWI Proszę powiedzieć, jeśli będzie pani potrzebowała pomocy.

SPRZEDAWCZYNI MYŚLI Takiej to już nic nie pomoże.

SPRZEDAWCZYNI MÓWI To naprawdę dobrze na pani leży. Ale towar nie jest do wymiany.

SPRZEDAWCZYNI MYŚLI Ten baleron i tak niczego nie zauważy… Najważniejsze, żebym ja miała prowizję.

W kontaktach z takimi ludźmi często pomaga mi moja wiara, która zakazuje stosowania przemocy bezpośredniej. Wierzę raczej w to, że my wszyscy wcześniej lub później dostaniemy rachunek za swoje zachowanie. Niestety, przy większości aktów zemsty losu nie ma nas na miejscu. Prawdopodobnie dlatego, że akurat czytamy książkę o dietach albo ją właśnie kupujemy. Z drugiej strony, szkoda marnować życie na rozważanie uwag niegrzecznego personelu. Uważasz, że jesteś za gruba? Zmień to. Przejmij odpowiedzialność za to i sama zdecyduj, kiedy i od czego zaczniesz. Właśnie my, kobiety, mamy talent do tego, aby całkowicie odmienić nie tylko własne życie, ale również życie innych. Przyszedł czas, aby zatroszczyć się wyłącznie o siebie. Zmień się. Potrafisz to. Nikt oprócz ciebie nie może decydować, jak wyglądasz i co powinnaś zrobić. Odnajdź się na nowo, ukazując swe prawdziwe oblicze.

Nadwaga może mieć wiele przyczyn. Nie zawsze chodzi o to, że człowiek za dużo je. Uwarunkowana hormonami gospodarka wodna organizmu, niezbilansowane pożywienie, alergie, zbyt mało ruchu, nadmiar kwasów w organizmie, niesprawny układ pokarmowy – to wszystko może być powodem nadwagi. Czasem wystarczy zaledwie kilka odpowiednich trików i „problem” zostanie opanowany.

Niestety, my, kobiety, jesteśmy skłonne do narzekania: na złych przełożonych, na niewyrozumiałych mężów albo na inne niesprzyjające okoliczności. Na przykład kiedy koleżanka jest w dobrym humorze i nie potrafi zachować dla siebie swojej radości, podczas gdy my jesteśmy pogrążone w depresji. No i do tego jeszcze ten wspomniany już gatunek bezczelnej sprzedawczyni. Bardzo wysoko na liście znajduje się kategoria sklepów z bielizną damską. Ten dział został z całą pewnością wymyślony w piekle, po to, aby mnie pozbawić żałosnych resztek poczucia własnej wartości. Należałoby jeszcze raz powiedzieć, że przeciwieństwem narcyzmu nie jest wcale masochizm. W większości sklepów z bielizną jest jasno jak w rzeźni. Przy takim świetle człowiek odkrywa na swojej figurze rzeczy, których nie wymyśliłby nawet autor horrorów Steven King.

Kobieta jest narażona na zranienie w trzech sytuacjach: zaraz po własnych narodzinach, po raz pierwszy kompletnie „bez stylu” „nazajutrz potem”, i kiedy podczas przymierzania modnej bielizny sprzedawczyni rozsuwa gwałtownie kotarę i głosem o dwustu decybelach kracze: „Radziłabym pani kupić biustonosz o dwa numery większy. Czy nie widzi pani, jak ten wrzyna się w ciało?”. No tak, oto przyszła właściwa pora, aby przymierzaną bieliznę spokojnie i grzecznie odłożyć i postanowić zmienić swoje życie. Dlatego zamawiam bieliznę w internecie. Wiele znanych sklepów wysyła artykuły do domów i można je spokojnie i w bezpiecznym otoczeniu przymierzyć. Albo można kupować u uprzejmych sprzedawczyń. Poza tym nic więcej nie da się zrobić.

Dlaczego z takim trudem pozwalamy sobie na coś miłego dla siebie? Przyjemność w opinii naszego społeczeństwa jest niestety wciąż jeszcze stawiana na tej samej płaszczyźnie co przepych – a więc jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Dawniej musiałam najpierw „zarobić” na swoje pożywienie. Po ciężkiej pracy w studiu fitness albo po całym dniu „w dolinie pustych talerzy” mogłam sobie pozwolić, choć z nieczystym sumieniem, na małą przyjemność – na deser.

Każde pokolenie ma własne zaburzenia żywieniowe. Moi dziadkowie przeżyli dwie wojny, łącznie z torturami i głodem. Te straszliwe doświadczenia wycisnęły tak silne piętno na ich umyśle, że babcia i dziadek jeszcze dziesiątki lat po zakończeniu wojny wciąż jedli bardzo dużo.

Na pierwszy rzut oka dziadek był większym żarłokiem, choć babcia była znacznie grubsza. Jak się tak dobrze przyjrzeć – nic dziwnego. Podczas gdy on najadał się trzy razy dziennie do syta, ona pochłaniała wszystko, co wpadło w ręce. Praliny, resztki z kuchni – niby tylko próbowała.

Jej przemiana materii wskutek nieustannego objadania się odbywała się bez przerwy, a pożywienie osadzało się gładko na brzuchu i biodrach. Było to oczywiście straszliwie przykre. Gdy dziadek z widoczną przyjemnością smarował kanapkę grubo masłem, babcia skarżyła się na swoją wagę – i z rozpaczy pochłaniała podwójną ilość kanapek.

Choć latamy już na Księżyc, korzystamy z łączności bezprzewodowej, tweetujemy i czatujemy, pod tym względem jesteśmy totalnie staromodni. Fenomen kobiecego nieczystego sumienia jest trwały jak pożywienie astronautów. Większość mężczyzn podejmuje przeciw temu jakieś działania, my, kobiety, niestety rzadko. Dotyczy to zresztą nie tylko zwyczajów żywieniowych, ale także alkoholu i seksu.

Teraz jednak czeka nas prawdopodobnie najfantastyczniejsza wiadomość XXI wieku. Dokonałam odkrycia – możecie mnie spokojnie nazwać Krzysztofem Kolumbem w dziedzinie odżywiania: nawet jeśli ty, kobieta, publicznie zamówisz sobie ciastko truskawkowe ze śmietaną, świat się od tego nie zawali, skądże, będzie się kręcił dalej! Ale to jeszcze nie wszystko: radosne życie jest przyjemniejsze i lepiej wpływa na figurę i zdrowie niż nieustanne kuracje głodowe. Trzeba tylko wziąć sobie do serca parę zasad, i wszystko pójdzie jak z płatka. Jeśli odnajdziesz własną równowagę, odnajdziesz też idealną wagę. Rozluźnij się. Oddychaj swobodnie. Myśl pozytywnie i bądź wdzięczna za to, co masz. Robimy to zbyt rzadko. Z powodu zbyt obfitych kształtów jeszcze nigdy nie wybuchła wojna.

Nie tylko otyli ludzie cierpią wskutek nadwagi. Również osoby zbyt szczupłe mają problemy z wagą. Zbyt niska waga jest również formą nierównowagi. Oczywiście zaraz odpowiesz na to: „Zbyt szczupła? Chciałabym mieć takie problemy!”. A wcale nie! W Niemczech kupuje się tony biustów silikonowych. Natomiast dla kobiet z nadwagą marzenie, żeby mieć „za mało”, jest nierealne. A tak bardzo pragnęłoby się móc „jeść tyle, ile się chce”. Wreszcie miałoby się do wypełnienia „wystarczająco dużo punktów minusowych”. To niesłuszne rozumowanie, ale tak jest. Gruby człowiek straci szybko trzy, cztery kilogramy, chudy natomiast walczy o każdy gram, by przytyć. Oba warianty, zarówno nadwaga, jak i niedowaga, szkodzą zdrowiu. Ale – bądźmy szczerzy – szczupły elf cieszy się większym uznaniem społecznym niż brzuchaty miłośnik piwa.

Mojej karierze w telewizji rozmiar ubrania pomaga niewiele albo w ogóle nie. Dziesięć kilogramów mniej czy trzydzieści kilogramów więcej nie ma znaczenia. Taka jest prawda. W dyskusji na temat bycia grubym i chudym nie można pominąć jeszcze jednej grupy: osób normalnych. Znam naprawdę dużo ładnych kobiet. Kiedy rozmawiam z moimi dziewczętami, zawsze okazuje się, że właśnie kobiety o perfekcyjnej figurze chciałyby schudnąć trzy kilogramy. A więc nie jeden kilogram, tego nie byłoby nawet widać, również nie dwa, bo to też byłaby niewielka różnica. Muszą to być trzy kilogramy. Żeby wzbudzić zazdrość, trzeba porządnie głodować. Dopiero wtedy otoczenie zaczyna dostrzegać spadek wagi. To jest najważniejszy powód, oprócz ciasnych dżinsów, które nagle znów bez użycia łyżki do butów i bez ataku złości możemy na siebie włożyć. Uznanie i szacunek. Wydaje się to czymś w rodzaju równania matematycznego: obecna figura minus trzy kilogramy równa się zero problemów.

Moja przyjaciółka Sarah na przykład była i dawniej również niezwykle atrakcyjna, ale, trzeba przyznać, miała kilka kilogramów więcej na biodrach. Teraz, kiedy straciła nadmiar tłuszczu, wygląda po prostu czarująco. Rude włosy, porcelanowa cera i figura jak z obrazka. Nie mówiąc o tym, że ubiera się wyjątkowo gustownie. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że ma ona problem ze swoim wyglądem. Mówiąc bardziej obrazowo: ona gazela, ja słoń. Znam wiele młodych kobiet, które chciałyby być takie jak Sarah, tylko sama Sarah nie. Ostatnio zapytała mnie o osobistego trenera, tłumacząc, że chce schudnąć trzy (!) kilogramy. Ze zdumienia tego dnia zrezygnowałam z kolacji.

Albo Claudia – mimo dwójki dzieci mogłaby pójść w zawody z najlepszymi modelkami świata. Co ja bym dała za to, żeby moje uda były tak jędrne jak jej! Ale wtedy musiałabym prawdopodobnie ćwiczyć jogging tak samo często jak ona. Do tego ma ona idealną cerę, choć jest już po czterdziestce, ani śladu zmarszczek na twarzy, za to ma piegi! Super, prawda? Tylko ona sama wcale nie zalicza siebie do najpiękniejszych kobiet na świecie.

Moja przyjaciółka Anne-Kathrin ma wspaniałe ramiona i wydatne kości policzkowe, Regina ma jędrną pupę jak Jennifer Lopez i płaski brzuch, a Brigitte, również matka dwojga dzieci, nie zauważa, że mężczyźni wciąż się za nią oglądają. Za bardzo jest zajęta narzekaniem, mimo iż nadal ma figurę dwudziestolatki. No tak, moja trenerka Henriette też ciągle mi kładzie do uszu, że chce schudnąć. Najlepiej trzy kilogramy. Oczywiście. Tylko w którym miejscu? – pytam. Ale być może jest to jeden z jej sposobów, aby mnie zmotywować do większego wysiłku. Albo potwierdza moje przekonanie, że kobiety w kwiecie wieku czasem również mają nierówno pod sufitem i wierzą, że trzy tysiące gramów mniej uczyni ich życie lżejszym i piękniejszym. Może powinnam poszukać sobie brzydszych przyjaciółek, ale w sprawach sympatii nie mamy, niestety, wyboru.

Problem nadwagi dotyczy oczywiście również mężczyzn. Ale faceci, jeśli tylko chcą, tracą nadmiar kilogramów znacznie szybciej niż dziewczyny. Przedstawiciele mocnej płci pod względem odchudzania mają lepiej, ponieważ nie muszą gromadzić zapasów na ewentualną ciążę. My, kobiety, z natury gromadzimy w organizmie więcej tłuszczów. Poza tym mężczyźni rzadko „zajadają” swoje problemy. Wzrost, tuszę, kłopoty z potencją i inne kompleksy wyrównują, kupując sobie coraz lepsze auta. Kiedy mężczyzna ma problem, włącza po prostu szósty bieg, kobieta natomiast ucieka się do diety. Mimo iż jest już wiadomo, że również mężczyźni mogą mieć cellulitis. Ale im to wcale nie przeszkadza! Podczas gdy my, stwierdziwszy pierwszą nierówność na udach, wpadamy w bezgraniczną panikę, oni prawdopodobnie nawet tego nie zauważą. Przynajmniej u siebie.

Nic dziwnego, że mężczyźni w taki sposób podchodzą do tych spraw. Kobiety i tak bez wahania ich zaakceptują. Jeśli facet zachowuje się poprawnie, jest romantyczny, a do tego kreatywny w łóżku, kontrakt zostaje bardzo szybko podpisany. Nawet jeśli przedziałek podczas pertraktacji poszerzył się o pięć centymetrów, a jego murarski dekolt z tyłu dorównuje naszemu z przodu. Zgoda, niejedna mało atrakcyjna kobieta szuka wewnętrznych wartości mężczyzny raczej w grubym portfelu, ale na ogół to my same niestety wchodzimy sobie w drogę.

Szczególnie głupio postępują te, które przez całe życie się umartwiały, a potem prezentują dumnie spodnie z okresu, kiedy były nastolatkami. „Popatrz, kupiłam te lniane spodnie, kiedy miałam dwadzieścia lat – i jeszcze na mnie pasują.” Z tą tylko różnicą, że z nadmiaru skóry na brzuchu, nogach i ramionach prawdopodobnie dałoby się uszyć dodatkowe spodnie. Ale zamiast to powiedzieć naszej towarzyszce niedoli, klepiemy ją z uznaniem po kościstych plecach. Zycie to nie tort czekoladowo-śmietankowy. Choć – mogłybyśmy sobie taki upiec, gdybyśmy tylko chciały.

Zyjemy w epoce digitalizacji. Oczywiście odczuwam podwójny lęk przed przemijaniem. W jaki sposób po tamtej stronie mam sobie poradzić bez botoksu i innych nowości kosmetycznych? Całkiem prosto: z godnością. Wiadomo bowiem, że również w stuleciu retuszu wciąż jeszcze są kobiety, które ze spokojem akceptują swój wiek i wyglądają olśniewająco. Pociesza mnie to, głównie dlatego, że w grę nie wchodzą żadne reżimy głodówkowe. Niewielka ilość tłuszczu, jaka od wewnątrz wyścieła skórę twarzy, wciąż jeszcze wygląda jak najbardziej naturalnie i w przeciwieństwie do specyfików zatruwających nerwy nie paraliżuje naszej mimiki. Nie mylić z metodą Costy Cordalisa, która polega na odsysaniu tłuszczu z siedzenia i wyściełaniu nim twarzy. Klasyczny przypadek twarzy z tyłka. Gorszy jest tylko prawdziwy lifting twarzy. Mam nadzieję, że zauważę, kiedy mój pępek nagle zacznie się oddalać, a pierś odsunie się z pierwotnego miejsca, i że odpowiednio do wieku będę się stawała coraz bardziej tajemnicza. To znaczy żadnych jaskrawych kolorów, żadnych minisukienek, a dekolt i ramiona będę zasłaniała nie tylko dla dobra przemysłu tekstylnego. Alternatywnie pomaga oczywiście również krótkowzroczne otoczenie. Złe widzenie jest w końcu oznaką starzenia się.

Przy całym tym żałosnym biadoleniu na temat własnego ciała ważne jest przede wszystkim jedno: redukcja masy ciała nie może się stać najważniejszym celem w życiu. Wciąż nam się daje wskazówki, jak najlepiej wyglądać. Raz modne są małe piersi, kiedy indziej znów lansowane są kobiety z wydatnym biustem, a następnie ideał stanowią figury chłopięce. Tylko dlatego, że jakiś typ szuka właśnie żony, nie musisz od razu robić z siebie głupiej krowy. Nie poddawaj się wpływom. To twoje życie, a nie wstrętnej bezczelnej sprzedawczyni, która być może miała tylko zły dzień, ani też twojego męża, który sam również mógłby sobie wreszcie zafundować odchudzanie. Żaden człowiek, oprócz mnie samej, nie może decydować, kiedy się najlepiej czuję. Nie dla innych stałam się gruba i nie zamierzam również odchudzać się dla innych. Podążam w zgodzie ze sobą, gruba i szczupła. Moja figura jest moją prywatną sprawą. Całkiem prywatnie decyduję, co robię i na co sobie pozwalam. A poza tym musi mi to przynajmniej sprawiać przyjemność.

Co roku w Europie wydaje się 93 miliony euro na produkty związane z dietą. To szaleństwo! Za te pieniądze można by sobie na całe życie nakupić ciuchów we wszystkich rozmiarach. I tak trzeba, ponieważ większość diet jest diabelnie wyczerpująca i wcale nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Ale to nie szkodzi. Tu najważniejsze jest przyciągnięcie klientów. Im większy efekt jojo, tym wierniejsi apostołowie odchudzającego się społeczeństwa. Diety są jak stacje benzynowe. Gdyby istniały auta zasilane bateriami, trzeba by je wszystkie pozamykać.

Dlaczego jeszcze nikt, jak dotąd, nie wynalazł diety, która byłaby skuteczna, a w dodatku jej stosowanie nie sprawiałoby kłopotów?

Najbardziej znane diety – i ta jedna, którą musicie poznać

Zakładam, że zamierzacie zastosować dietę nie po raz pierwszy. Z pewnością znacie już dietę ananasową, ziemniaczaną czy kapuścianą. Być może poznałyście też nieco egzotycznie brzmiące zalecenia męczących, umartwiających diet, jak glyx, dieta Montignaca czy Atkinsa. Nie mówiąc już o żp1, diecie rozdzielnej i zone. Kiedy chodzi o diety, jak tylko jakaś wpadnie mi w ręce, natychmiast się sprężam. Uczę się skomplikowanych terminów fachowych szybciej niż kiedyś słówek francuskich czy angielskich. To jasne, idzie przecież o moje ciało, a to jest sprawa delikatna. Niejeden raz w miesiącu mam PMS – poza tym przez całe życie mam nieprawidłowe BMI. Tu kłania się zasada, która zdaje się będzie obowiązywać do końca życia w naszym społeczeństwie: wszystko powyżej 252 jest złe.

Większość diet wprowadza mnóstwo zakazów i rezygnacji, które niczym małe gady czają się za każdym jakże niewinnym artykułem w czasopiśmie na temat optymalizacji figury i jak wampiry wysysają z człowieka wszelką chęć do doznawania radości. Nie mam tu na myśli seksownego Roberta Pattinsona, tylko lekko nadpleśniałego hrabiego Drakulę – jeśli mnie dobrze rozumiecie. Najlepiej zaraz na początku wywiesić nad drzwiami czarną flagę i wypowiedzieć otoczeniu wojnę: uwaga, zła amatorka diety! Wystarczy już samo słowo: dieeetaaa. Spróbujcie wejść do tunelu i wypowiedzieć głośno to słowo. Zabrzmi jak krzyk dziecka o wpół do czwartej rano, kiedy o szóstej ma się ważne spotkanie.

À propos dziecka, niektóre diety są tak surowe, że podczas ich stosowania człowiek nie cofnie się nawet przed odebraniem dziecku lodów na patyku, aby je zjeść. Czujesz się zdemaskowana? Nie tylko ty jedna.

Z informacji prasowych wiemy, że niejeden zasuszony model na widok węglowodanów traci panowanie nad sobą i rzuca dokoła talerzami. Stała rezygnacja ze słodkich przyjemności kulinarnych może wywoływać nie tylko agresję, jak to co jakiś czas można zaobserwować u pewnej pięknej kobiety o jamajskich korzeniach, ale również w znacznej mierze redukować sprawność umysłową. Amerykańska piosenkarka popowa Brittney Spears powiedziała kiedyś: „Muszę często podróżować za ocean, na przykład do Kanady”. Jeśli człowiek wciąż musi odwracać wzrok od jedzenia, może w końcu stracić orientację. Paris Hilton na pytanie, czy boi się świńskiej grypy, odpowiedziała: „Nie, mnie to nie dotyczy. Nie jem wieprzowiny!”. Błogosławieni ludzie nieświadomi, ponieważ mają wszystko… oprócz świadomości.

Również prezenterka nie zawsze ma lekko w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa. Bo trzeba być jeszcze pewną siebie. Jeśli tak nie jest, tym bardziej boli to, że wciąż ponad miarę zwraca się uwagę innych na własne niedoskonałości albo jeszcze lepiej: na dodatkowe kilogramy. Przyznaję, ze mną jest tak samo, kiedy nagle spotykam człowieka z telewizora na ulicy albo w plenerze. Każdy, a przede wszystkim każda, w naturze wygląda na osobę drobniejszą i niższą. Czasem czuję się jak wielki słoń obok małych elfów. Gdybym była fanatyczką techniki, mogłabym wam to bardzo dokładnie wytłumaczyć – a tak, powiem tylko tyle: kamera rysuje najpierw poprzeczne linie obrazu, następnie linie podłużne. Do tego dochodzi bardzo nieprzychylny szeroki kąt. Tak więc mężczyźni wyglądają na wyższych i szerszych w ramionach, kobiety po prostu są tylko okrąglejsze. Zaleta: jak tylko prezenterka opuszcza świat telewizji, automatycznie chudnie – mój całkiem osobisty codzienny efekt jojo.

Ale jest coś gorszego. Na przykład sami twórcy mediów. Również redaktorzy od wygładzania nie są odporni na złudzenia optyczne. To oczywiste, że kiedy cały dzień spędzam z supermodelkami w fotoshopie, mogę bardzo szybko utracić wrażliwość na naturalne, normalne kobiety. Tymczasem w reklamie jak i w czasopismach modowych bez ustanku się retuszuje. Człowiek, albo rezultat przypominający człowieka, który przy tym powstaje, byłby zdolny przeżyć zaledwie sekundę, nie mówiąc już o możliwości zajścia w ciążę.

Ukoronowaniem mojego dnia codziennego są jednak ankiety: „Czy nie miałaby pani ochoty reklamować garderoby większych rozmiarów?”. Naprawdę? Bardzo chętnie, ponieważ branża ta się rozwija i można w niej zarobić mnóstwo pieniędzy. Wprawdzie jeszcze nigdy nie znalazłam mojego rozmiaru 36 w dziale z dużymi rozmiarami. Nawet jeśli uwzględnić przekłamania w TV, wciąż jeszcze spotykamy rozmiar sukni 38, maksymalnie 40.

Opowiadam wam to wszystko oczywiście nie dlatego, aby błagać o współczucie – okej, może trochę – ale przede wszystkim chodzi mi o to, że każdy sam powinien poznać, co dla niego oznacza idealna figura. Waga gwarantująca dobre samopoczucie – co to takiego, a jeśli już, to jaka ona powinna być? Jak już zauważyłyście, nie jestem fanką liczb. Swój właściwy wygląd potraficie określić tylko wy same! Obojętne jest przy tym, jak wyglądają inni albo jak inni chcieliby was widzieć. Nie dajcie się zwodzić bogatym, a przede wszystkim pięknym. Dzisiaj jest tak wiele możliwości udoskonalania ciała. Wachlarz trików służących dobremu wyglądowi jest wprost nieprzebrany: botoks, silikon, push-ups albo bauch-downs. W całym tym hightechu nigdy nie wiadomo, co naprawdę się kryje za albo lepiej pod zdjęciem udostępnionym publiczności. Lepiej popatrzeć samej w lustro, zamiast nabierać niepewności, spoglądając na lewo i prawo.

A jeszcze lepiej: wykreuj swoje własne atuty. Jeśli masz ładny dekolt, pokaż go. Oczywiście nie aż do pępka, tylko ze stylem i klasą. Nie ma zasady, która by zabraniała noszenia obcisłych dżinsów przy okrągłej pupie, wprost przeciwnie. Jeśli spodnie mają dobry fason, właściwie dobrane ciuchy mogą sprawić cud. Heidi Klum prezentuje przecież również audycje telewizyjne, choć swoim głosem mogłaby tłuc szyby. Wszystko jest sprawą nastawienia.

Poszukiwanie idealnej diety znajduje się na liście rankingowej tęsknot ludzkich przed poszukiwaniem wymarzonego księcia. Ponieważ wiele kobiet myśli: „Jeśli zaprezentuję idealną figurę na spacerze, nie przejdzie obok mnie żaden książę, który nie stanąłby jak zahipnotyzowany!”. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby ów książę kochał nas mimo wszystko, tylko dla naszych wewnętrznych wartości. A my kochałybyśmy go tak długo, dopóki nie zacząłby znów narzekać na naszą grubą pupę, którą w czasie trwania związku z powodzeniem wyhodowałyśmy sobie dzięki wylegiwaniu się na kanapie. Po czym można poznać, że to jest miłość? Po tym, że on jej rano smaruje chleb marmoladą. Po czym można poznać, że to już minęło? Po tym, że on jej chleb z marmoladą wyrywa z ręki!

Jest to zaklęty krąg: więcej kilogramów oznacza mniej seksu, oznacza więcej skórki pomarańczowej, oznacza mniej wiary w siebie. Z samej rozpaczy próbujemy możliwie szybko pozbyć się zbędnych kilogramów, które przysparzają nam trosk, i odbieramy organizmowi wszystkie smaki, które mogłyby mu sprawić przyjemność, ponieważ to, co smaczne, jest zarazem złe, tego się w końcu nauczyłyśmy. Waga szybko spada… a po kilku tygodniach wraca, wzbogacona o kilka dodatkowych kilogramów. Te są gratis, w końcu zgodnie z większością diet objadamy się bez zastanowienia jak przedtem, ponieważ musimy sobie jakoś wynagrodzić wyrzeczenia.

Oprah Winfrey uosabia owo słynne jojo już od lat. Jest ona prawdopodobnie najbardziej znaną na świecie fanatyczką diet i zaskakuje wciąż nowymi formami i pełnią swego obfitego ciała. Wspaniałe jest jedno: właśnie za swoje słabości ta prezenterka i aktorka jest uwielbiana przez fanów. Image, jak wiadomo, jest wszystkim w świecie prominentów. (Na szczęście również czekolada mogła swój image w ostatnich latach nieco wypolerować po niekończącej się podróży po górach i dolinach).

Każdy jest nieustannie konfrontowany z metodami, które w różny sposób mają stopić jak sadło nasze kłopotliwe nadmiary. Muszę przyznać, że im bardziej szalony pomysł, tym szybciej na niego wpadam. Myślę, że jestem tu w dobrym towarzystwie. My, kobiety, jesteśmy wprawdzie na ogół nowoczesne, ale w kwestii wyglądu i zdrowia zbyt łatwowierne. Kreatywność i zuchwałość producentów nie zna granic. Mówiąc szczerze, dziwię się, że dotychczas jeszcze nikt nie wypuścił na rynek krowich placków w formie tabletek albo rozgrzewających okładów.

Założę się, że byłby to hit rynkowy. Przecież 95 procent kobiet cierpi na wybrzuszenia tkanki tłuszczowej. Reszta jest albo wyretuszowana, albo nie z tego świata. Dlatego każdej wiosny kremy przeciwko skórce pomarańczowej cieszą się takim powodzeniem. To prawda, że sezon kąpieli jest dla firm kosmetycznych niemal równoznaczny z sezonem przedświątecznym. Pieniądze można by teoretycznie równie dobrze spuścić w toalecie – oczywiście klient, nie wytwórca. Sam ruch spłukiwania skuteczniej napiąłby tkanki niż wszystkie kremy razem wzięte. Byłoby to również bardziej sensowne, w końcu nie zmarnowałoby się tak dużo czasu.

Nie chciałabym dłużej prezentować się wam jako osoba naiwna. Reklama kremu przeciwko cellulitowi jest tak samo wiarygodna jak przysięga małżeńska Borisa Beckera. Teoria, że smarowanie kremem zwalcza cellulit, została tymczasem oficjalnie obalona przez niemieckich dermatologów. Mimo to nadal niezliczone pojemniki przesuwają się rokrocznie po ladach sklepowych. Niech już tak będzie, niektórzy również palą, aby pobudzić przemianę materii, inni wciągają nawet przez nos kokainę, aby nie odczuwać głodu. Faszerujemy się różnymi specyfikami, połykamy kolorowe pastylki i zadręczamy się jednostajnym pożywieniem, aby tylko nie czuć, że tracimy wszystko, co ludzkie, i aby podążać za ideałem piękności, z którego w innym miejscu złośliwie się śmiejemy (wyjąwszy oczywiście ludzi, którzy jeszcze nigdy nie szydzili z tych wszystkich anorektycznych fretek z Hollywood).

Za to w innym miejscu ktoś śmieje się z nas. Prawdopodobnie istnieje nawet mafia cellulitowa, która powstała wyłącznie po to, aby wyłudzać od nas, kobiet, rodzaj haraczu. Zgodnie z dewizą: kto nie chce zapłacić, pozostanie mały, gruby i brzydki. Jeśli jednak regularnie wykładamy kasę na środki pielęgnacyjne, aby tylko zostać przyjętym do klubu jędrnych ud, szybko spostrzeżemy, że tam też nie ma właściwie nic rewelacyjnego. Najnowsza nowość to komory zimna, w których za słoną opłatą w najprawdziwszym sensie tego słowa można sobie odmrozić tyłek. Dzięki minusowej temperaturze tłuszcz zostaje głęboko zamrożony, obumiera, a następnie może zostać wydalony. Coś w tym jednak musi być. Przynajmniej w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć fakt, że moje stopy są takie małe i wąskie – one również są stale zimne. Podczas podróży na Syberię nad jezioro Bajkał naprawdę widziałam najpiękniejsze kobiety na świecie. Urodziwe, jędrne i zwinne dzięki temperaturze do minus 50 stopni Celsjusza. Ja jednak mimo pokus wiecznej młodości i nieziemskiego wyglądu wytrzymałam w zimnej wodzie zaledwie trzy sekundy. A była to połowa lata. Jezioro było jednak tak zimne, że prawie zamarzały nogi.

My mamy całkiem inne możliwości: zastrzyki usuwające tłuszcz i przyrządy ultradźwiękowe na przykład obiecują odtłuszczanie komórek bez wielkiego zachodu i bólu. I oczywiście masaże, masaże, masaże. Szczególnie skuteczny jest próżniociąg na podciśnienie, który usuwa z organizmu niestrawione części pokarmu i w ten sposób zapewnia idealny wygląd. Wadą jest tylko to, że z powodu słabej tkanki niektórzy mają skłonności do białych plam. W czasie odsysania wyglądają one albo jak malinki, albo jak ślad po zbiorowej bójce. I wtedy dopiero nie można się pokazać między ludźmi.

Szczególnie chętnie wspominam swój eksperyment z prądem. U wielu osób stosuje się tę metodę przy odchudzaniu, ja chciałam pomóc mięśniom szybko się odbudować. Dzięki uderzeniom prądem włókna mięśniowe są pobudzane do szybszego przyrostu. Jest to praktyczne, szczególnie gdy na przykład jedno udo ma mniej mięśni niż drugie, tak jak u mnie. Kiedy jednak asystentka zaczęła skrapiać wodą moje ciuchy, ogarnęły mnie wątpliwości. Na co ja się znów decyduję? „Aby było lepsze przewodzenie prądu!” No, pięknie. I znów się pojawił mój zasadniczy problem: najpierw robię, potem myślę. Ale dotychczas wszystko jakoś się udawało.

Dotychczas. Nagle pomyślałam o suszarce w łazience. Jeśli umrzeć, to z odpowiednią fryzurą i nie na urządzeniu do ćwiczeń. Panika rozszerzyła się, kiedy „Panna 1000 wolt” przyczepiła mi elektrody do ciała. Podobnie jak przy EKG, kiedy trzeba sprawdzić krążenie i pracę serca. „Ja… chyba wolałabym dzisiaj tego nie próbować.” Ale to było warte próby. Kiedy mój sprzeciw został zignorowany, weszłam śmiertelnie zmęczona, namoczona i okablowana na przyrząd treningowy, w którym można było regulować rodzaj i intensywność prądu. Ostatnie słowa asystentki: „proszę powiedzieć, jak będzie za mocno”, nie uspokoiły mnie zbytnio, ale nie odkryłam nigdzie żadnych trupich główek ani innych znaków informujących o niebezpieczeństwie, więc się poddałam. Mówiąc szczerze, już wcześniej prawie uszło ze mnie powietrze. „Auuu!”, krzyknęłam z przerażeniem, kiedy pierwsze uderzenie prądu przeszyło moje ciało. „Rzecz polega na tym, że kiedy impulsy stymulują mięśnie, te dzięki temu szybciej przyrastają”. Ach tak. Mogła mi to od razu powiedzieć. Przy odrobinie większym napięciu mięśni i dyscyplinie wszystko to było mniej bolesne i odczuwałam to tak, jakby ktoś cały czas łaskotał mi palcem w pupie albo po udach. I rzeczywiście działało. Ale tylko dopóki trwały zabiegi. Potem po szybkim przyroście mięśni nastąpiła równie szybka ich utrata, i wszystko jest znów prawie po staremu. A najważniejsze: cała przyjemność jest oczywiście nie na darmo. Pardon, jest na darmo, ale nie za darmo.

Podobnie kosztowne było moje doświadczenie z metodą, w której klienta umieszcza się w pomieszczeniu próżniowym. W tym celu po dokładnych wewnętrznych i zewnętrznych pomiarach wody, tłuszczu i innych wartości trzeba włożyć na siebie dość zabawny kombinezon albo, jak kto woli, wsunąć dolną połowę tułowia w pozycji półleżącej do kapsuły kosmicznej. Urządzenia te wytwarzają ciśnienie jak odkurzacz, a badany przez 20 minut wykonuje lekkie ćwiczenia, jakby jechał na rowerze albo maszerował. Ja zdecydowałam się na kapsułę i marsz w miejscu. Czas treningu był indywidualnie dobrany, ponieważ oprócz mnie i kobiety z obsługi w studiu fitness nie było nikogo więcej. „Aby przy tej metodzie osiągnąć optymalny rezultat, powinna pani jeszcze skorzystać z naszego tlenu. To coś wspaniałego, a w dodatku zapewnia młody wygląd!”, stwierdziła kobieta, przyczepiając mi pod nosem jedno z urządzeń, które dotychczas znałam jedynie z sali na intensywnej terapii w serialu telewizyjnym Ostry dyżur. Ale słowa „młody wygląd”, połączone z „mniejszą masą ciała”, wywołują u mnie prawie zawsze coś w rodzaju poczucia, że jestem zamknięta na klucz. Staję się bezwolna, a moja głowa zaczyna przytakiwać. Obłęd w oczach, dokładnie tak samo jak na widok dżinsów, które koniecznie chciałam sobie kupić. Przetrwałam dziesięć sesji po 20 minut. Wreszcie się skończyły. Kilka centymetrów mniejszy obwód, mniej tłuszczu, mniej wszystkiego. Tak przynajmniej mi obiecywano i tylko dlatego to wytrzymałam. Nie chodzi o to, że trening był szczególnie męczący. W porównaniu z męczarniami z prądem elektrycznym kapsuła próżniowa to był przyjemny spacer. Dla osoby hiperaktywnej ćwiczenie fizyczne oznacza symulowanie jazdy na rowerze wcale nie w ślimaczym tempie. Ale przyświecała mi perspektywa bycia piękną.

Dziesiątego dnia nadszedł koniec i znów zostałam obmierzona niczym wół w drodze do rzeźni. Rezultat, uwzględniając wszelkie niewygody i koszty, był po prostu wstrząsający. Moje parametry tłuszczowe się pogorszyły. „Z pewnością za mało pani piła”, brzmiało mało zadowalające wyjaśnienie. Z pewnością. Hasło „picie napojów” jest uniwersalną odpowiedzią na wszystkie problemy związane z tematem odchudzania.

W obronie wszystkich odchudzających się trzeba powiedzieć, że oczywiście są ludzie, którzy chłoną jak gąbka tę czczą gadaninę. Ale po pierwsze, zabiegi te nie działają na wszystkich jednakowo, a po drugie, pozytywny efekt trwa tylko przez jakiś czas. Kiedy się przestaje ćwiczyć, masa ciała przyrasta, a mięśnie wiotczeją. U jednych później, u mnie przeważnie raczej wcześniej.

Pod jednym względem jesteśmy wszystkie jednakowe: mimo źle funkcjonującego zmysłu orientacji niestety nie zapominamy drogi do lodówki. I potrafimy liczyć. Wbrew opinii, że kobiety są słabe w matematyce. Mogłabym wam wyrecytować wszystkie tabele kalorii w pięciu językach z góry na dół i z dołu do góry, łącznie z obowiązującym w społeczeństwie obwodem w piersiach, ustaloną prawnie konsystencją tłuszczu na biodrach i dozwolonym stopniem głębokości zagłębień na udach. Ale wiecie co? Jest to balast, który jako kobiety powinnyśmy jak najszybciej zrzucić. Gruntowne odszlakowanie mózgu czasem czyni cuda!

Odszlakowanie – kiedy przed laty po raz pierwszy usłyszałam to słowo, nie miałam o tym zielonego pojęcia, za to dość niezwykłe skojarzenia. Szlaka – zielone pokłady potworów, które w moim organizmie płatają figle. Skąd się one biorą i czego chcą? Byłam zszokowana. Czegoś takiego nie chciałam w żadnym razie mieć w swoim ciele. A więc pozbyć się ich jak najprędzej poprzez post leczniczy. Post służy przede wszystkim odtruwaniu i odszlakowaniu i jest jedną z najbardziej absurdalnych diet stosowanych w odchudzaniu, jakie kiedykolwiek wypróbowałam. Sączenie całymi tygodniami soków warzywnych i spożywanie soli glauberskiej miało nie tylko oczyścić mój organizm z niepotrzebnych resztek pokarmu, ale także inspirować. Oczywiście post leczniczy to nie jest dieta, która ma spowodować schudnięcie, post ma za zadanie odtruć organizm i odświeżyć umysł. Tylko kto w to wierzy! Dla większości post leczniczy to jedynie sposób na szybką utratę paru kilogramów. Mówiąc szczerze, bez widoków na zrzucenie siedmiu kilogramów w ciągu dwóch tygodni z pewnością nie byłam od początku tak silnie zmotywowana – mimo wyobrażenia sobie owej obrzydliwej szlaki, którą wcześniej czy później zobaczę i która jak ponury cień unosiła się nad moimi butelkami z sokiem warzywnym.

Podczas głodówki rzeczywiście traci się dość szybko wiele kilogramów. Jednak tylko w formie wody. Zapasy tłuszczu pozostają najczęściej tam, gdzie były. Organizm najpóźniej po trzech tygodniach nastawia się po prostu na przemianę materii związaną z postem, a więc na „magazynowanie”, trawienie jest prawie wyłączone. Bez gorzkiej soli czy też soli glauberskiej na dłuższą metę prawdopodobnie nie dałoby się tak funkcjonować.

Po dwóch dniach przygotowań i pierwszym dniu wyłącznie kolorowych soków ani szlaki nie poszły sobie precz w sposób zauważalny, ani nie odczuwałam w najmniejszym stopniu czegoś, co by przypominało rozjaśnienie umysłu. Myślę, że każdy typ osobowości wymaga odpowiedniego sposobu redukcji wagi. Ja jem, aby żyć. Toteż fascynacja nowością, jaką było picie soku warzywnego na każdy posiłek, bardzo szybko minęła. Gorzka sól rano odebrała mi resztki motywacji. Nawet z zatkanym nosem moje nerwy smakowe nie dały się oszukać. Coś obrzydliwego! W dodatku bez widoków na jakiś smaczny przerywnik już drugiego dnia zaczęło mnie totalnie odrzucać od tej metody. Kiedy trzeciego dnia wciąż jeszcze nie udało mi się wmówić sobie soku pomidorowego, a poza tym nie następowało rozjaśnienie umysłu, wskaźnik mojej kreatywności wahał się w pobliżu zera, a na widok jamnika z sąsiedztwa dopadły mnie halucynacje i zaczęłam go sobie wyobrażać jako kurczaka nadziewanego jabłkami na pyszny obiad, dałam sobie spokój. Również bilans wagi – trzy kilogramy w ciągu trzech dni, bzdura! – nie był w stanie zmusić mnie do kontynuowania diety ani chwili dłużej. Zęby są w końcu do gryzienia.

Kiedy już byłam bliska rzucenia się na poradnik, ponieważ kolory wydały mi się nagle tak apetyczne, wreszcie przyszło olśnienie! Pomyślałam, że muszę przerwać post leczniczy – i wreszcie poczułam się wspaniale.

Trzy kilogramy w ciągu dwóch dni znów nadrobiłam, plus jeszcze kilogram, w końcu musiałam wynagrodzić sobie stracony czas dodatkowym szlamem. Jamnik został oczywiście oszczędzony. Moja jedyna pociecha: kuracja odchudzająca kosztowała łącznie z poradnikiem nie więcej niż 20 euro. Niewielka strata w porównaniu z tym, co można wydać na produkty dietetyczne.

Podobna zasada odtruwania stosowana jest w diecie Mayra. Tu do odszlakowania i oczyszczenia organizmu wymagane jest jeszcze mniej odmian: mianowicie tygodniami tylko bułki namoczone w mleku i herbata. To jedzenie jest jeszcze bardziej monotonne niż kuracja sokowa, a więc nie dla osób, które pragną wieść długie i zdrowe życie pełne radości i przyjemności.

Warto wiedzieć Jeśli ktoś chciałby się „odszlakować” bez nieustannego burczenia w brzuchu i w znacznie zdrowszy sposób, niech przeprowadzi kurację odkwaszającą według doktor Renate Collier. W wyniku pewnych procesów przemiany materii powstaje w naszych płucach dwutlenek węgla, który wprawdzie wydychamy, ale który zakwasza nasze komórki. Komórki natomiast potrzebują w miarę neutralnego pH (pH 7,34 do pH 7,40), aby mogły efektywnie pracować. Jeśli wartość jest wyższa albo niższa, niektóre procesy zostają zaburzone. W najgorszym razie przemiana materii całkiem ustaje i komórki ulegają zatruciu. (Testy do oznaczania wartości pH otrzymacie w każdej aptece). Przy kuracji odkwaszającej należy spożywać przede wszystkim potrawy zasadowe. Dwu – lub trzytygodniową kurację uzupełnia się okładami na wątrobę, masażami brzucha i piersi i lekkim ruchem na świeżym powietrzu. Zbyt silne odtrucie może powodować nieprzyjemny zapach z ust (ketoza).

Podobnie „skutecznie” można schudnąć, stosując dietę kapuścianą. Dzięki Heidi Klum dieta cieszy się wielką popularnością, ponieważ modelka rzeczywiście zawsze wygląda top. Jeśli ktoś jednak choć raz jadł zupkę z kapusty kiszonej albo z kapusty i cebuli, zadaje sobie pytanie, jak sobie radzi modelka w czasie stosowania diety, przecież kuracji można śmiało dać również podtytuł „Puszczaj bąki cicho i w samotności”.

Moja przyjaciółka, zresztą jedna z niewielu, która, jeśli idzie o stosowanie diety, jak dotąd była jeszcze całkiem niewinna, teraz dała się złapać na lep kapusty. A przy tym, co za wstyd! nie schudła nawet o kilogram. Znaczny wzrost ilości gazu metanowego nie zaszkodził wprawdzie naszej przyjaźni, ale mimo to dziewczynie było bardzo nieprzyjemnie.

Warto wiedzieć Kapusta i cebula są bogate w celulozę, która dodatkowo może podrażnić wrażliwe jelito (a osoby z problemem nadwagi mają najczęściej wrażliwy układ pokarmowy). Lepiej tolerowana jest kapusta zamrożona przed obróbką.

Oprócz dźwiękowych efektów ubocznych po krótkim czasie, podobnie jak w stosowaniu postów leczniczych, odczuwa się potrzebę bardziej konkretnego pożywienia i oczywiście odmiany. Efekt jojo może więc wkrótce się objawić. Moja przyjaciółka od zup kapuścianych tymczasem znów zaczęła wszystko dobrze trawić. Nie straciła wprawdzie na wadze, ale udało jej się przynajmniej uniknąć efektu jojo.

Dieta ananasowa, jak sama nazwa wskazuje, składa się tylko z jednego produktu: z ananasa. Dlatego bardzo łatwo jest ją stosować, a kto lubi ananasy, z pewnością wytrzyma jeden, dwa dni. Przetestowałam to przed laty. Na początku byłam nawet zachwycona. W końcu ananas jest smacznym owocem południowym. Już od rana napełniałam sobie nim brzuch. Udawało mi się, mimo iż nie jestem wielką zwolenniczką śniadania na słodko. Na przekąskę przed obiadem zjadałam znów ananas, tym razem decydowałam się na plastry i przyrządzałam sobie z nich krem mikserem. W końcu nawet przy monotonnych dietach musi być jakaś odmiana. Niestety sama zmiana konsystencji nie tworzy jeszcze napięcia kulinarnego. Około godziny 12.10 moje myśli zaczynały krążyć, i to nie wokół tego jednego słowa: ana-nas. Nie ananas, tylko „chleb z serem”. Język mi płonął. O godzinie 13.00 stało się i znów zakończyłam dietę. Kanapka z serem kozim i musztardą smakowała jak nigdy.

Przy odrobinie silnej woli tortury byłyby bardziej efektywne, aby jednak osiągnąć korzyści z superenzymów trawiennych ananasa, musiałabym pałaszować owoce kilogramami. Do tego dochodzi nadmiar fruktozy, która nie jest zbyt zdrowa.

Po moim niefortunnym doświadczeniu (miałam ich zresztą więcej, ponieważ również dzień pełen jabłek nie mógł się zakończyć inaczej niż torebką chipsów z papryką), doszłam do wniosku, że prawdopodobnie sędzia uwolniłby delikwenta, gdyby ten w czasie stosowania diety włamał się do supermarketu, aby ukraść torebkę czegoś do chrupania. Nie mówiąc o tym, że od razu możemy rezerwować na kanapie miejsce dla efektu jojo.

Bardziej łagodny wariant diety ananasowej stał się znany przede wszystkim dzięki legendarnej Uschi Glas. Aktorka zastępuje po prostu śniadanie porcją ananasa, wykorzystując rzekome zalety owoców zawierających enzymy, przez resztę dnia natomiast, spożywając białko i niewielkie ilości węglowodanów, dba o zbilansowaną dietę. Ale nie wydaje się to wcale takie proste. Od jej byłego męża i z różnych gazet wiemy, że właśnie ta forma odżywiania często prowadziła do sprzeczek w rodzinie. Afera z kremem do twarzy nie ma z tym nic wspólnego. Biedna Uschi. Dzisiaj jest na szczęście z powrotem wesoła.

W diecie cytrynowej, którą wiele kobiet zna dzięki takim prominentkom, jak Beyoncé, Katy Perry czy Naomi Campbell, pije się codziennie dwa do trzech litrów mieszanki z soku cytrynowego, syropu klonowego i pieprzu kajeńskiego. Mieszanka ta pobudza układ trawienny i pomaga szybciej spalać tkankę tłuszczową. Nie prowadzono jednakże żadnych badań, które by potwierdzały, że właśnie te składniki pozwalają spalać tłuszcz. Pomijając syrop klonowy, a więc fruktozę, ten sposób odżywiania można porównać do diety zerowej. Już podczas pisania tych słów dostaję bólów brzucha i coraz bardziej rozumiem, dlaczego miss Campbell czasem bywa nieco agresywna. Wyobraźcie sobie, że pijecie przez cały dzień coś takiego, następnie wychodzicie z domu, a po drodze nie ma żadnej toalety. Nie, wolę sobie tego nie wyobrażać!

Dieta Atkinsa opiera się na pożywieniu bogatym w tłuszcze i węglowodany. Jest podzielona na cztery fazy, przy czym w pierwszej przyjmuje się tylko 20 gramów węglowodanów dziennie. Dzięki temu pozostaje niski poziom cukru we krwi, a organizm pobiera automatycznie niezbędną energię drogą „przemiany tłuszczowej”. W ostatniej fazie waga przestaje spadać. Jak dotąd zasada brzmi bardzo sensownie, ponieważ nasz organizm może pobierać potrzebną mu energię z innych produktów spożywczych. Niestety brakuje równowagi składników odżywczych. Sam Atkins zaleca, aby dodatkowo przyjmować w diecie substancje mineralne i witaminy w formie tabletek, aby nie powstały niedobory. Niestety nie zmienia to jeszcze niczego w fakcie, że zawartość tłuszczu w diecie wynosi ponad 50 procent i przez eliminowanie produktów pełnoziarnistych organizm otrzymuje za mało błonnika. Może to zaburzać przemianę materii, może powodować obstrukcje albo biegunki, uszkodzenia wątroby lub też niewydolność nerek.

Warto wiedzieć W diecie ubogiej w węglowodany wątroba zamiast po glukozę sięga po kwasy tłuszczowe, rezerwy tłuszczu w organizmie zostają więc naruszone i utracone. Jako produkty uboczne powstają tak zwane ketony. Jest to reakcja na fakt, że organizm przestawia się na głodową przemianę materii. Nie jest to nawet takie złe. Wzrost liczby ketonów działa rzekomo hamująco na apetyt. Mówi się wówczas o ketozie, którą można rozpoznać po nieprzyjemnym zapachu z ust. (Przykładem związku ketonowego jest aceton. Z pewnością słyszałyście już kiedyś to słowo, które odnosi się do zmywacza lakieru do paznokci). Jeśli się przesadzi, zbyt wiele ketonów powoduje zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej, przemiana materii ustaje, co może doprowadzić do śpiączki cukrzycowej.

David Kirsch wyszczupla prominentów. Można powiedzieć, że jest mesjaszem wszystkich, którzy chcą szybko schudnąć. Z tą tylko różnicą, że nie zamienia wody w wino, tylko tłuszcz w mięśnie. W Niemczech jest on znany dzięki pani Klum. (Przypominacie sobie. To ta kobieta od cienkiego głosu i kapuśniaku). Jego metoda jest połączeniem surowych reguł żywienia i intensywnego ruchu. Zasadniczo zrównoważony trening sportowy jest oczywiście super i znakomicie rzeźbi ciało. Jednakże wskutek tego następuje dodatkowo redukcja kalorii, a także zwiększa się podstawowa przemiana materii.

Warto wiedzieć Przemiana podstawowa u człowieka określa ponadto, ile energii potrzebuje on do codziennego „przeżycia”. Im wyższa jest przemiana podstawowa, tym więcej kalorii organizm zużywa, aby uporać się ze wszystkimi procesami przemiany materii.

Davida Kirscha, surowego instruktora superbogatych ludzi, kobiety fundują sobie szczególnie chętnie po przebytej ciąży. W ciągu niewielu tygodni kilogramy się stapiają, ale plan odżywiania i zajęć sportowych jest bezwzględny i wskutek jednostronności niezbyt zdrowy. Właściwie trzeba ze wszystkiego zrezygnować. Wiele posiłków zastępuje się drogimi napojami proteinowymi, i prawdopodobnie wraz z tłuszczem stapia się również dobry humor. Oczywiście nie u Heidi Sonnenschein i innych aniołków Victoria'sSecret. Strzegą one jak jakiegoś skarbu swojej tajemnicy – jak mimo kapuśniaku wzmacniać adduktory i mięśnie pośladkowe. Być może supertrener jest po prostu taki drogi, że nie można sobie pozwolić już na nic więcej. Nawet na wyraz bólu na twarzy.

Z punktu widzenia nauki nie poleca się tego rodzaju przyspieszonego kursu. Może on szkodzić zdrowiu, a – właśnie tak! – przy zbyt dużych wyrzeczeniach za najbliższym rogiem będzie się znów czaił efekt jojo, ponieważ organizm przestawia się szybciej, niż się sądzi, a następnie przy normalnym odżywianiu szybciej gromadzi z powrotem rezerwy tłuszczu. Jeśli więc nie chcesz być za wszelką cenę prominentną topmodelką, daj sobie spokój z Kirschem.

Dieta zone ma za zadanie dbać o wyrównany poziom hormonów w organizmie. Britney Spears poświęciła jej nawet prawdopodobnie piosenkę In the Zone. Śpiewa i tańczy z Madonną i wygląda, trzeba przyznać, naprawdę wystrzałowo. Okej. Nie sądzę, żeby w piosence chodziło rzeczywiście o dietę. Chociaż z Britney nigdy nie wiadomo. W końcu ta kobieta zawsze walczyła z pokusami życia. Ja osobiście uważam, że ona ma po prostu top figurę. Kobieta, która jest matką dwójki dzieci! Wtedy człowiek nawet nie zawsze jest superubrany i rzadko ma superhumor. Mnie się to nie udaje nawet bez dzieci.

Warto wiedzieć Hormony powodują problemy z nadwagą, stąd też ta dieta na pierwszy rzut oka ma istotnie sens. Na drugi rzut oka dieta ta jest jednakże obłędnie skomplikowana. Należy przestrzegać dokładnie pór dnia, każda potrawa musi być dobrana indywidualnie według aktualnego poziomu ilości insuliny we krwi, ponadto trzeba się zapoznać z nowym znaczeniem niektórych słów. Istnieje na przykład, według wynalazcy diety strefowej Barry'ego Sersa, „dobre” i „złe” pożywienie, jedzenie jest „narkotykiem”, który może mieć wpływ na funkcje organizmu itd. Jako trwałe przestawienie się na inne odżywianie dieta zone również nie działa, ponieważ stosowane w niej grupy produktów spożywczych nie zapewniają zbilansowanego pożywienia.

Dieta hollywoodzka – coraz częściej myśli się najpierw o odsysaniu tłuszczu, o liftingu i botoksie. Podobne rozumowanie straszy również tutaj. Dieta zezwala tylko na 500 do 800 kalorii dziennie. A więc wielki głód jest zaprogramowany, zwłaszcza jeśli dodatkowo chciałoby się uprawiać sport. Proszę mi wierzyć, wiem, o czym mówię. Jedyne, czego się człowiek przy okazji tej diety uczy, to liczenie. Poza tym ma się nie tylko zły humor i ochotę na wszystko, co jest zabronione. Brakuje ciał balastowych potrzebnych do trawienia i odtruwania, węglowodanów, a substancje mineralne są również towarem deficytowym. W zasadzie ta forma odchudzania to nic innego jak dieta crash. Wobec tego jedzenie można od razu całkiem odstawić, dieta ta nie jest też wcale zdrowa.

Żp – to znaczy żryj połowę. Przy ciągłym nadmiarze pokarmów i wynikającym z tego przekarmieniu to brzmi nawet całkiem dobrze. Ponieważ nie trzeba głodować, nie trzeba niczego odważać, niczego przeliczać ani też szukać rzadkich produktów spożywczych. Dzieli się po prostu ilość jedzenia przez dwa i zjada tylko jedną połowę. Jeśli chodzi o ilość pożywienia, byłoby to nawet i słuszne, ponieważ nasze porcje najczęściej są zbyt duże. Laicy jednak, którzy odżywiają się w sposób niewyważony, stosując dietę Żp mogą jeszcze zwiększyć niedobór ważnych dla życia substancji odżywczych. Lepsze niż klasyczna dieta Żp jest przestawienie się na zdrowe produkty i świadome przyjmowanie pokarmów.

W metodzie Montignaca albo glyx-diecie unika się produktów spożywczych, po których szybko rośnie poziom cukru. Kilka rad dotyczących tej zasady można spokojnie zastosować. Ten, kto redukuje biały cukier przemysłowy albo całkiem z niego rezygnuje, unika niektórych gatunków owoców i produktów gotowych, będzie z pewnością tracił na wadze w zdrowy sposób. Ja również to robię i przez pierwsze trzy dni czuję się znacznie lepiej. Dietę komplikuje jednak ścisłe oddzielenie produktów białkowych od węglowodanowych i niektóre osobliwe propozycje, na przykład żeby zjadać trzy jajka na raz.

Warto wiedzieć Podczas trawienia produktów, które mają wysoki indeks glikemiczny, na przykład białej mąki, ziemniaków i cukru, powstaje insulina. Często nazywa się ją „hormonem tuszy”. Hamuje ona redukcję zapasu tłuszczu i pobudza apetyt na bardziej krótkołańcuchowe węglowodany. Krótkołańcuchowe węglowodany to te, które z powodu swej struktury osadzają się wprost na biodrach, ponieważ organizm nie znajduje innego sposobu na ich wykorzystanie – chyba że akurat biegnie się maraton.

Na długiej liście diet nie może oczywiście zabraknąć diety czekoladowej. Istnieje wiele wariantów, wszystkie obiecują, że dzięki spożywaniu czekolady schudniemy. Żaden z wariantów nie ma nic wspólnego z przestawieniem się na wyważone odżywianie ani z korzyściami czerpanymi z substancji czynnych zawartych w kakao.

Według jednego wariantu należy zjadać dwie tabliczki czekolady dziennie i nic poza tym. Zasada jest więc podobna do zasady monodiety: używa się tylko produktu jednego rodzaju. W tym wypadku to czekolada biała, mleczna albo gorzka. Nie może to być jednak czekolada z orzechami, marcepanem ani innym nadzieniem. W każdym razie dietę tę bardzo łatwo jest prowadzić. Nie można jednak być na niej dłużej niż jeden tydzień, ponieważ mogą wystąpić poważne niedobory witamin, substancji mineralnych i błonnika. Poza tym prawdopodobnie najpóźniej po dwóch dniach odchudzający się nie będzie już mógł patrzeć na czekoladę – a to byłaby wielka szkoda!

Drugi wariant polega na zastąpieniu innych produktów czekoladą, dokładnie w takiej ilości, ile „zaoszczędziło się” kalorii. Oznacza to: zbyt dużo cukru, wiele przeliczania i również wyraźny niedobór ważnych dla życia substancji.

Nie mylcie zatem diet czekoladowych z moją dietą czekoladową, którą ze spokojnym sumieniem możecie stosować całymi miesiącami.

Moja dieta czekoladowa – wreszcie chudnięcie z przyjemnością oferuje wam nie tylko zrównoważone odżywianie. Tu nie ma żadnych surowych przepisów, żadnego uciążliwego odważania i liczenia kalorii. Nie możesz też popełnić żadnego błędu. Temat jedzenia przestaje przykuwać twoją uwagę. Odżywianie nie stanowi zagrożenia, jest natomiast czymś wspaniałym. Wszystko jest dozwolone, a dzięki pozytywnym właściwościom kakao twój organizm uczy się odzyskiwać równowagę. W którymś momencie nastąpi przełom i zaczniesz automatycznie tracić kilogramy. Oszczędzasz czas, pieniądze i zły humor. Dzięki temu możesz się skupić na rzeczach naprawdę ważnych, na przykład: gdzie tu jest najbliższy salon wyprzedaży? W końcu co jakiś czas mamy prawo do nagrody za dobre wyniki.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dieta czekoladowa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretne życie Chanel No. 5