Due. Opowiadania Tom II

Due. Opowiadania Tom II

Autorzy: Zenon Rogala

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 237

Cena książki papierowej: 29.00 zł

cena od: 18.00 zł

Kto zapoznał się z pierwszym tomem pt. „Ene”, już dobrze wie, że kotlet mielony może być Proustowską magdalenką, a kostka cukru ma wiele wspólnego z Lansem Armstrongiem. Wie również, jak zachowuje się prawdziwy komunista. „Due” to drugi z cyklu tomik opowiadań Zenona Rogali, w którym autor kontynuuje literacką rejestrację osobistych wspomnień. Krótka, oszczędna forma, jaką się posługuje, uwydatnia wrażliwość na pozornie nieistotny szczegół, a poetyckie spojrzenie pozwala mu ująć go w ulotną formę impresji. Nie oznacza to jednak braku związku z przyziemną i często brutalną rzeczywistością. W kolejnych opowiadaniach pojawiają się dobrze znani bohaterowie, ale również zupełnie nowe postaci zaludniające świat dzieciństwa i czas dojrzałości narratora.

Spis opowiadań

O SOBIE. PONOWNIE

ADIEU

ŚWIATŁO

KLIF

KOREK

ZDROWIE

KRÓL

EMIL GLASER

GÓRA

KOCIOŁ

BECZKA ŚMIECHU

SIOSTRA

SPOTKANIE

STRACH

SWAT

KRZESŁO

GRANAT

WYSPY JAPOŃSKIE

ZOSIA

ŁZA MIODU

AZOREK

KOCHANKA

CHRISTO

CIEŃ

CYNAMON I KLEPSYDRA

RAJ

CHORĄŻY

ROMSKI KRÓL

PISARZ

KLUCZ

KONSPEKT

KROPELKA

LAUR

NARADA

PALUCH

PLATAN

WRÓŻBA

PYTANIE

DUSZA

DYM

RZECZNIK PRAW DZIECKA

SEN

TOM

ŚMIERĆ

BĄK

DYRYGENT

DAJANA

ŻOŁNIERZ

ZAKRĘT

DOŚĆ

„B”

TOMASZEK

NIEWYPAŁ

WŁODZIU

WYKRZYKNIK

O sobie. Ponownie

Dzieciństwo to najważniejszy okres w życiu człowieka. Właśnie wtedy rozpoczynają się w młodym wnętrzu wszelkie procesy kształtujące postawę, charakter, osobowość i wszystko to, co w przyszłości stanowi o wartości człowieka. Wiele spraw, naszych zachowań i nawyków, których nie rozumiemy w wieku dojrzałym, bierze swój początek w czasach najodleglejszej naszej ziemskiej egzystencji – w dzieciństwie. Nawet drobny incydent w młodości, o którym już w dorosłym życiu nie pamiętamy, może mieć znaczenie i wpłynąć na nasze późniejsze postępowanie. Nawet jeśli już nie pamiętamy, że ktoś nieświadomie i nieodpowiedzialnie obiecał nam spacer w nagrodę za zjedzony obiad, a okazał się niesłowny, to utajony żal mógł pozostać w psychice jak rdza na metalu. Taki drobny z pozoru incydent mógł być początkiem poważnego procesu destrukcji. Ileż mamy przykładów na to, że wszelkie toksyczne związki mają swoje źródło w rodzinach! W nich bowiem przeżywamy albo sielskie dzieciństwo, albo pełen utrapienia, źle wróżący rozwojowi osobowości dziecka koszmar. Brak właściwych wzorców do naśladowania to największe zagrożenie naszego systemu wychowawczego.

Ale jest też wiele przykładów pozytywnych. Dzieciństwo bywa okresem, w którym kontakt dziecka ze światem dorosłych może zaowocować rozbudzoną wrażliwością, wykształcić osobowość wyczuloną na piękno, a przykłady harmonii w świecie łatwo można wtedy przełożyć na zasady współżycia między ludźmi.

W pewnym wieku, kiedy już nie zależy nam na trwaniu w pozorach utrwalonych przez przyklejone nam etykietki, dobrze jest przyznać się przed samym sobą do tej pierwotnej przyczyny naszego aktualnego, dorosłego stanu ducha, do naszej prawdziwej kondycji w relacjach z bliskimi. Dokonać próby wskazania tych momentów z dzieciństwa, które w przyszłości stały się drogowskazami, a także te inne, determinujące nasze późniejsze upadki i gorzkie porażki.

Jednym słowem, cenna, wielce chwalebna i uważana za konieczną dla zrozumienia teraźniejszości jest podróż w przeszłość. Pełna odpowiedzialności i szczególnego znaczenia. Pozornie nieistotny dla dorosłego człowieka incydent w rozumieniu dziecka może przynieść dla jego rozwoju zarówno wielkie korzyści, jak i poczynić potworne spustoszenie w psychice.

Kiedyś dzieci w sobie tylko znanych zaklęciach wybierały spośród siebie przywódcę lub eliminowały z zabawy jednego uczestnika. Dzisiaj nie funkcjonują już podwórkowe wyliczanki, za pomocą których dokonywało się dawno temu owego „ślepego” wyboru – wyrzucającego z gry lub do niej przywracającego. Jeszcze w zakamarkach pamięci można się doszukać takich, których znaczenia nikt już dzisiaj nie rozszyfruje:

Ene, due, rike, fake.

Torba, borba ósma smake.

Eus, deus, kosmateus

i morele baks!

Pozorny chaos i brak logiki daje jednak wiele do myślenia. Dziecięca potrzeba tajemnicy i niewytłumaczalnych do końca czarodziejskich znaków. Język używany tylko do zabawy. Pełen tajemnic i dziecięcej fantazji.

To stąd czerpię zapamiętane ślady, stąd przenoszę pierwsze odciski powstałe w dziecięcej psychice w dzieciństwie, by odnaleźć je w swoim dorosłym życiu.

W szczęśliwym dzieciństwie dostrzegam przyczyny wielkiego sukcesu swego zmierzającego ku końcowi życia. Dane mi było szczęśliwie trafić wtedy na ludzi wspaniałych, mieć liczne rodzeństwo, prostą, ale dzięki temu najszczerszą matkę. Otoczenie to wyrobiło we mnie zmysł akceptacji i pobratania się ze światem, nauczyło jego akceptacji. Wiedziony instynktem pedagogicznym podejmowałem próby wpływania również na poglądy i postawy innych.

Adieu

Jego pojawienie się w domu było nie lada atrakcją. On sam był atrakcją, gdyż przynosił ze sobą zapach wielkiego świata. Przyjeżdżał rzadko, przeważnie po to, żeby przywieźć ciuchy do prania i wywieźć trochę wałówki do odległego miasta. Wpadał na krótko, a wyjeżdżał już w niedzielę, pociągiem o 18.25. Wtedy wszyscy go odprowadzali – żeby ludzie widzieli, jak jedzie po nauki do wielkiego miasta. Wtedy, i tylko wtedy, mama mogła trzymać ojca pod rękę. Ale jak tylko pociąg zniknął za zakrętem koło mleczarni, wszystko wracało do normy. Znowu truchtała obok, a właściwie pół kroczku za ojcem.

Tej niedzieli, jak każdej, wszyscy już w wyprasowanych i wykrochmalonych bielusieńkich koszulach kręcili się przed drzwiami. Mama co chwilę wchodziła do pokoju, gdzie zmęczony nauką w dużym mieście spał Fredek. Okazało się, że on nie spał, tylko leżał w nadziei, że rodzina wyjdzie do kościoła bez niego. Dopiero kiedy mama, zdesperowana bezskutecznymi namowami, zamaszystym ruchem pozbawiła go kołdrzanej ochrony, on, spokojnie leżąc, wycedził:

– Ja już nie chodzę do kościoła. Razem z Piotrem Smalcem zerwaliśmy z tym opium dla ludu, zresztą nikt w naszej organizacji ZMP do kościoła chodził nie będzie… – powiedział, ale oczy miał nadal zamknięte.

Żałuję, że zobaczyłem twarz mamy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co wyrażała jej mina.

– Matko Przenajświętsza, Jezu Chryste, a tom się doczekała. – Już podnosiła do oczu swoją dyżurną chusteczkę. – Za miskę strawy, za siennik ze słomy wyrzekłeś się Pana Boga – tak oceniła koszty pobytu syna w internacie.

Konsternacja naszej gromadki trwała całą wieczność. Powinniśmy już iść, ale pertraktacje z bezbożnikiem pewnie będą jeszcze trwały. Zresztą nawet jeśli da się go przekonać, że powinien zgodnie z przykazaniem „dzień święty święcić”, nie byłem pewny, czy ubierze się i czy, jak w ostatnią niedzielę, razem pójdziemy na sumę. Wiedziałem, że to już nigdy nie będzie możliwe. Wiedziałem też, że już nigdy nie będzie tak, jak było do dzisiejszego poranka.

Wtedy stało się coś najgorszego. Milczący do tej pory ojciec zdjął z wyprasowanych przez mamę spodni rzemienny pasek i znów odrzucił z bezbożnika kołdrę. Pierwsze razy Fredek zniósł bardzo dzielnie. Podobnie jak Pan Jezus dzielnie znosił biczowanie przez rzymskich żołnierzy za to, że mianował się Bogiem, tak i Fredziu dzielnie przyjmował od swego ojca świszczące razy za to, że podawał w wątpliwość boskość Jezusa.

Ale dzielność trwała krótko. Bo kiedy na plecach, nogach i ramionach zaczęły pokazywać się różowe nitki, mama, co było aktem wielkiej odwagi, uklękła przed swoim mężem.

– Nie bij go! – błagała, prosiła, szlochała, wyła, zawodziła…

Nagle jej interwencja przyniosła nieoczekiwany skutek. Po raz pierwszy ojciec usłuchał mamy, w dodatku w trakcie wykonywania wyroku. Już wszyscy sądzili, że Fredziu znów położy się do łóżka, bo trząsł się cały, choć nie płakał. Patrzyłem na to ze zgrozą. Bezradny. Smutny. Przerażony. Ale najgorsze przyszło za chwilę. Ojciec, kiedy znów założył rzemienny pasek do swoich wyprasowanych przez mamę spodni, wrzasnął:

– Wynoś mi się z domu!!!

I wtedy Fredziu jakby zyskał nową energię, jakby wdzięczny za taką propozycję, już stał ubrany. Nie widziałem, czy wziął coś ze sobą, ale cały rozczochrany wybiegł, wiem, że z ulgą, z domu. Nie odwrócił się nawet, dopiero kiedy złapał za klamkę, powiedział stanowczo, jakby na ironię tej sytuacji:

– Adieu.

Światło

Czasu było niewiele i walka rozpoczynała się natychmiast, jak tylko Bochenek zrzucił tornister z ramion. Jego przeciwnika, Andrzeja, znałem, bo chodził do jednej klasy z Marianem, moim starszym bratem. Czasami przychodził do nas i coś tam szeptali w kącie. Oni wymyślili, żeby dla zaszyfrowania swoich nazwisk i pełnej konspiracji po prostu wymawiać je, zaczynając od końca. I tak Łabędowicz został Cziwodębałem.

Walka odbyła się w pomieszczeniu toalety, do której wchodziło się bezpośrednio z placu szkolnego. Był to obszerny, wolno stojący barak. Jak przystało na czynność intymną, wystawiliśmy wartę stojącą przed wejściem, aby w porę ostrzec walczących i kibiców w razie zagrożenia w postaci zbliżającego się belfra.

Widać było, że Bochenek jest silniejszy, bo natarł od razu z impetem. Zwarli się ze sobą na środku pomieszczenia ubikacji, między licznymi drzwiami do kabin z jednej strony a rowkiem ściekowym biegnącym wzdłuż posadzki tuż przy dolnej krawędzi przeciwległej ściany. Najważniejsze było, kto pierwszy upadnie. Łabędowicz próbował odskakiwać, ale potknął się o jakieś nierówności i los pojedynku był przesądzony. Bochenek usiadł na jego piersiach i walił na oślep. Wiedział, że taka okazja może się już nie powtórzyć.

W szczelinach między plecami starszych, którzy byli najbliżej walczących, zobaczyłem krew na twarzy Andrzeja. Był cały czerwony, bo próbował ją ścierać, przez co rozprowadził krew po całej twarzy. Było po walce. Bochenek, czyli dla wtajemniczonych Kenechob, wybiegł z pomieszczenia, a za nim jego sekundanci i ten, co nosił jego tornister.

Cziwodębał zbierał się z posadzki, ale całe jego ubranie i jak na złość jasna kurtka powalane były na plecach błotem naniesionym przez nas na butach, a na przedzie kurtki krwawymi plamami, dowodami klęski.

Po lekcjach zawsze staraliśmy się wychodzić razem. Przede wszystkim dlatego, że szliśmy w jednym kierunku. W powrotnej drodze kończyły się szkolne problemy, a zaczynały o wiele ważniejsze. Zdarzało się dość często, że tuż po wyjściu odbywały się walki pomiędzy zwaśnionymi kolegami, jak ta wygrana przez Bochenka. Bywało też, że na pobliskim cmentarzu zbieraliśmy lśniące i połyskujące tłuszczem kasztany z szarą, matową plamką na każdym. Niektóre należało wyjąć z puchowej otuliny, chronionej przez niegroźne już kolce.

Najbardziej jednak lubiliśmy chodzić na górę Łysą, choć jej gęsto zalesiony wierzchołek wyraźnie przeczył tej nazwie. Nigdy nie zdołaliśmy ustalić, kto tak przewrotnie nazwał tę górę.

Gęstwina leśna nie była nam straszna. Wycięcie gałęzi w lesie świerkowym, który posadzono w równym szyku, nie było wcale takie trudne. Drzewa posadzono w jednakowej odległości od siebie, tak jakby na planie zeszytu w kratkę posadzić drzewka tam, gdzie krzyżują się linie. Korytarze powstałe w wyniku obcięcia gałęzi do pewnej wysokości tworzyły tunele umożliwiające szybkie przemieszczanie się po odpowiednio oznakowanej trasie w leśnej gęstwinie. Dzięki temu właściwie byliśmy nieuchwytni, a konspiracja wiele razy okazywała się bardzo przydatna. Tajne ścieżki wiodły w głąb lasu i tam na szerokiej polanie spotykaliśmy się w celu odbywania wojennych narad.

Kaziu Lasota, mój najlepszy kolega, którego ojciec jeszcze nie tak dawno gromił szkopów, tak jak jego ojciec był zdania, że już niedługo rozpocznie się trzecia wojna światowa. Nasi za granicą już zbierają siły i wreszcie ruszą na Rosję, żeby zrobić porządek. Wtedy generał Anders przyjedzie na białym koniu i nie pozwoli, żeby Ruscy zrobili z Polski siedemnastą republikę. Sagan nie miał politycznego oparcia w swoim ojcu, który jako malarz pokojowy każdy ciężko zarobiony przez siebie grosz lekkomyślnie i skwapliwie przepijał. Widać nie miał poglądów politycznych, które Sagan mógłby głosić wśród nas. Dlatego w chwilach ciężkiej próby Sagan wyjmował z kieszonki zapinanej przezornie na guzik poskręcanego papierosa i zapalał go dumnie.

W moim domu instrukcja była krótka i rzeczowa. Kiedy rozmowa schodzić będzie na tematy polityczno-społeczne, mama podpowiadała, jak mam mówić:

– Nic nie wiesz, niczego nie słyszałeś, nie widziałeś i niczego nie pamiętasz, a radia w domu nie mamy.

Ojciec jednak co wieczór wyjmował ebonitowego pioniera z szafy spod sterty ubrań i z uchem przy płóciennym okienku potrafił przesiedzieć pół nocy.

Dzisiaj los był dla nas łaskawy. Kaziu, zanim weszliśmy do naszej kryjówki, natknął się na wiszącą na gałęzi broszurkę gęsto zadrukowaną maleńkimi literkami. Po prostu zapisanych drobnym maczkiem kilkanaście stron. Książek, broszurek różnej maści, zapisanych zeszytów mieliśmy na co dzień dość. Z początku w ogóle nas ta porzucona przez kogoś zdobycz nie zainteresowała.

Kiedy już siedzieliśmy w wojennym kręgu naszego sztabu wojskowego w samym sercu leśnego matecznika, Sagan okazał się najbardziej ciekawski. Przede wszystkim zwrócił uwagę, że papier tej książeczki był niespotykanej cienkości. Był tak cienki, jak strony w brewiarzu księdza Krzemińskiego, który niekiedy prosił któregoś z nas, żeby mu przynieść z zakrystii ten jego osobisty modlitewnik. Kiedyś zajrzałem w głąb łacińskiego tekstu, przekartkowałem i stwierdziłem, że cienkość stron była zadziwiająca. Teraz takie cieniusieńkie kartki składały się na tę kilkunastostronicową broszurkę.

Na pierwszej, równie cieniutkiej jak pozostałe stronie wydrukowano znacznie większymi literami tytuł „Za kulisami Bezpieki i Partii”. To już wydawało się podejrzane. Owszem, czuliśmy, że w naszym kraju dzieje się coś nie tak. Ale jak dotąd ciągle się o tym tylko mówiło. Raz, i muszę to przyznać z dumą, kiedy wracałem przez nieoświetlony zaułek obok ulicy Karola Miarki, całkiem świadomie i gotowy na poniesienie konsekwencji napisałem po ciemku szkolną kredą na murze: Precz ze Stalinem. Kiedy nazajutrz chciałem napawać się dumą z bohaterskiego czynu, okazało się, że z wzniosłego hasła została tylko nieczytelna bazgranina.

Ale teraz w lesie trzymamy w rękach wiele stron wywrotowych tekstów. Już samo to jest niebezpieczne, bo taki dowód rzeczowy mógł sprowadzić nie lada kłopoty. W dodatku Sagan, który wykazał największe zainteresowanie tą porzuconą w lesie broszurką, zainteresował się jej treścią na dobre.

– O, posłuchajcie panowie oficerowie, tego ostrzeżenia. – Sagan streszczał przeczytany fragment. – „Kto wejdzie w posiadanie tego dokumentu, musi liczyć się z konsekwencjami, trzyma bowiem materiał groźny jak odbezpieczony granat ręczny. Broszurki tej nie wolno przekazywać osobom niepewnym, podejrzanym ideowo. Przekazywać go można jedynie osobom zaufanym i sprawdzonym. A przechowywać w tajnych i sprawdzonych skrytkach”.

Powiało grozą, sytuacja międzynarodowa od dzisiaj zacznie nabierać tempa. Najtrudniej było nam zrozumieć, że w takich gęstwinach leśnych ktoś zgubił albo podrzucił nam tak niebezpieczny zeszycik. Może teraz będzie nas śledził, żeby przekonać się, który z nas jest wrogiem ludu. W czasie rozmów ojca z jego znajomymi dochodziły mnie słuchy o nocnych aresztowaniach, biciu w czasie przesłuchań na UB, a także o tajemniczych zniknięciach największych zwolenników wybuchu trzeciej wojny światowej.

Nie było innego wyjścia. Dla całkowitej konspiracji przyjęliśmy na czas przygotowań do wybuchu wojny swoje konspiracyjne pseudonimy. Kaziu Lasota od dzisiaj będzie nosił pseudonim Atosal, Sagan, jak łatwo sprawdzić, będzie Nagasem, a ja, ponieważ zobowiązałem się do wyniesienia tego odbezpieczonego granatu z lasu do domu, wymagałem szczególnej konspiracji i przybrałem pseudonim podwójnie zakonspirowany: Ateop.

Zanim włożyłem te prawie przezroczyste kartki w miejsce, gdzie wydawały mi się najbezpieczniejsze, czyli w spodenki gimnastyczne, aby w razie zagrożenia usiąść na nich jak gdyby nigdy nic, zobaczyłem nazwisko autora tych drukowanych rewelacji.

– Panowie oficerowie – zawołałem. – Od dzisiaj naszym konspiracyjnym wodzem jest Józef Światło, pseudonim Ołtaiwś.

Klif

Szkoła była maleńka, parterowa. Do jej drzwi od drewnianej furtki ogrodzenia wiodła kilkumetrowa żwirowa ścieżka, a wzdłuż niej po obydwu stronach rosły kwitnące begonie. W progu tego zadbanego budyneczku powitał nas serdecznie pan kierownik, który jedną ręką wywijał wiklinową gałązką.

Aż dziwne, że można salę lekcyjną, zwykłą klasę szkolną, zamienić na sypialnię dla uczniowskich wędrowców. Sala noclegowa powstała ze szkolnej klasy odbiera dotychczasową powagę pomieszczeniu, a klasowe dekoracje pozostawione przez tutejszych uczniów, portrety uczonych i pisarzy, a nawet wiszące jeszcze zapomniane wykazy dyżurów z przedwakacyjnymi datami i z nieznanymi nazwiskami byłych dyżurnych klasowych całkiem nie pasują do wstawionych piętrowych łóżek, stołu do spożywania posiłków, plecaków i suszących się na oparciach piętrowych łóżek ręczników. Brak ławek szkolnych to jeszcze nie sypialnia, ale wstawione do klasy łóżka to już nie klasa. To wynik wspaniałej inicjatywy ukrytej pod czterema literkami: PTSM. Dzięki niej w całym kraju istnieje sieć szkół, które na czas wakacji zmieniają się w bazy noclegowe dla wędrujących po naszym pięknym kraju uczniów, znajdujących się pod opieką nauczycieli, takich entuzjastów turystyki jak nasza pani, Pelagia Werno.

W sypialnianej klasie na tablicy widnieje wykonany kolorowymi kredami przez kierownika szkoły rysunek. To szkic poglądowy, a właściwie przekrój pionowy przez teren nadmorski, na którym jesteśmy. Linia pozioma zaczynająca się od lewej strony tablicy, niebieska, nawet lekko pofałdowana, to powierzchnia morza. Styka się z żółtą linią oznaczającą plażę. A ona już powyżej niebieskiej łagodnie zmierza w górę, jak każda plaża, aż nagle wystrzela w niebo prawie pionowo. Przedstawia obraz wysokiego, prawie pionowego brzegu nadmorskiego z piasku, to brzeg klifowy. Na powierzchni tego klifu na tablicowym obrazku naszkicowane są duże i małe domki, drzewa, kapliczki, a nawet kościół, choć jakiś dziwny, bo właściwie bez wieży i wielkiej dzwonnicy. Ruiny tych budowli leżą w gruzach u podnóża klifu, natomiast reszta tej wielkiej świątyni stoi na samej krawędzi pionowego stoku. Jeszcze metr lub dwa i kolejne ściany tej wielkiej budowli znajdą się na piaszczystej plaży i zostaną połknięte przez żarłoczne morze, podobnie jak pożarty został już wcześniej cały teren naszkicowany na tablicy linią przerywaną. Teren, który w przeszłości uległ odwiecznemu działaniu morskich fal. Jest tam naszkicowana linią przerywaną nieistniejąca już w rzeczywistości dzwonnica kościoła, wiele domów tej wioski. Według szkicu już trzysta metrów terenu wchłonęło do swego wodnego brzucha żarłoczne morze.

Stale osypujący się do morza, podbierany przez wiatr i sztormowe fale, piaszczysty i stromy, jest bardzo niebezpieczny dla wszystkiego, co znajdzie się przy jego krawędzi. Ale klif stanowi zagrożenie nie tylko dla roślin, drzew i spacerujących ludzi. Ten brzeg jest pozbawiony jakiejkolwiek tarczy obronnej przed niszczącym działaniem podstępnych fal, które odwiecznie atakują bezradny ląd. Wściekłe, potężne, nienawidzące ziemi, posiadające potężną energię fale, rozszalałe w sztormowych podmuchach, zwłaszcza w porach jesienno-zimowych, kiedy huragany morskie atakują plażę potężnymi zwałami wody, wdzierają się i pochłaniają do swych przepastnych głębin ułomki brzegu, kęsy ogromnych niekiedy rozmiarów. To tak, jakby morze odgryzało powoli i systematycznie smaczne kawałki grubego ziemskiego tortu.

Ląd w sąsiedztwie takiego morza to, mimo powszechnie używanej nazwy, ląd niestały. Różnica między poziomem morza a wierzchołkiem klifu potrafi wynieść nawet do dwudziestu metrów.

Pan kierownik wydawał się bardzo ożywiony, kiedy po kolacji, wymachując nieodłącznym wskaźnikiem, dokładnie tłumaczył nam to zjawisko, którego skutki zobaczymy na własne oczy już jutro.

– Jutro zobaczycie ciekawe zjawisko, a właściwie skutki ciekawego zjawiska. Zobaczycie, jak świat zmienia się w czasie. Tak dzieje się w każdej dziedzinie, a wy zobaczycie tylko, jakie napięcia mają miejsce na styku dwóch środowisk, morskiego i lądowego. A jak zapamiętacie moje słowa, być może któreś z was przyjedzie tu za pół wieku i zobaczy to, o czym teraz mówię. Bo mówię o powolnym procesie zmian. – Pan kierownik, jak zawsze uzbrojony we wskaźnik, uderzał nim w drugą otwartą dłoń, jakby karał się za to, co powiedział.

Pani Werno, jako doświadczony pedagog, przeczuwała, że niektórzy z nas zechcą jeszcze dziś wieczorem udać się w to osobliwe miejsce, dlatego zarządziła wcześniejsze spanie, zapowiadając jutro przyspieszoną pobudkę…

A dzisiaj, w dniu wyjazdu z wczasowego pobytu nad morzem, postanowiłem zboczyć z trasy powrotnej wiodącej do domu na drugim końcu kraju i cofnąć się o pół wieku, aby pójść śladem uczniowskiej wyprawy. Tym bardziej że jest wielce prawdopodobne, iż to ostatnia szansa na konfrontację z przeszłością.

Zostawiam samochód na przydrożnym placu pod opieką młodziaka w czapce z odwróconym do tyłu daszkiem.

Dawna parterowa szkoła, dawny entuzjasta zjawisk przyrody, pan kierownik-dyrygent, dawna, prawdziwa turystka, pani Werno, i dawna, sprzed pół wieku rzeczywistość, ale również moje dawne możliwości fizyczne zostały poddane niszczycielskiemu wpływowi czasu. Uległy mu, podobnie jak niestały ląd poddał się morskim falom. Dopiero na kilka metrów przed nieszczelnym blaszanym ogrodzeniem dostrzegam sterczący w niebo wyszczerbionymi cegłami fragment ocalałej tylnej części ostatniego na klifie prezbiterium średniowiecznego kościoła. Na ogrodzeniu widnieje napis: „Prace konserwacyjne – przebywanie na klifie wzbronione”.

Wrócę tu za kolejnych pięćdziesiąt lat…

Korek

Nie patrzył na mnie. Odchylił prawą rękę w moją stronę i czekał. Nadeszła więc ta oczekiwana przeze mnie chwila. To ja będę ostatnim człowieczkiem na ziemi, który weźmie udział w tej największej tajemnicy świata. Uniosłem się delikatnie nad ziemię i całkiem świadomie i samodzielnie, a także, jak się potem okazało, na własną odpowiedzialność, zbliżyłem swoją prawą rękę tuż nad obrzeże kielicha i… czas się zatrzymał, za to rozległ się przepiękny, ale również przeraźliwy dźwięk wydany przez szklany korek, który dźwięczał w kielichu wraz z wlanym do niego winem. Wtedy to, uniesiony nad ziemią, trwałem tak chwilę w oczekiwaniu na wysłanników piekieł, którzy na pewno zaraz mnie pojmą i wepchną w otchłań. Przyjdą… przyjdą na pewno, bo gorąco już toczyło moje ciało od wewnątrz. Dźwięk alarmu uniósł się aż pod sklepienie kościoła, do tych dwóch aniołów, które trzymały pofałdowaną szarfę z dającym się odczytać napisem „Gloria in excelsis Deo”. Ale ziemi nie było pode mną, nie czułem jej pod stopami, unosiłem się nad nią gotów na przyjęcie zasłużonej kary. Za sprawą iskier, noży, toporów i błyskawic miotanych spod krzaczastych brwi księdza opadłem na ziemię i poczułem wreszcie pod nogami dywan rozłożony na stopniach ołtarza.

Służenie do wina jest dla ministranta w hierarchii posług liturgicznych największym zaszczytem. Tuż za nim jest służenie do mszału, a dalej służenie do ręczniczka, po zwykłe służenie do dzwonka. Służenie do wina należy się najbardziej zasłużonemu i największemu autorytetowi pośród ministranckiej braci. Tylko on ma dostęp do pięknych kryształowych ampułek z winem i wodą, przykrytych biało-białym wachlarzem ręczniczka.

Chcąc służyć do wina, należało przyjść o świcie. O tej porze najbardziej zasłużeni ministranci spali spokojnie, a więc chcąc dostąpić takiego zaszczytu, należało być jak najwcześniej, zanim kościelny otworzy wielkim kluczem drzwi zakrystii. Tylko to dawało szansę na wyręczenie kościelnego od obowiązku bycia ministrantem.

Więc to ja chciałem być ostatnim człowiekiem biorącym udział w tej największej tajemnicy świata. Pragnąłem jako ostatni na ziemi przyczynić się do jej wypełnienia poprzez wlanie do szczerozłotego kielicha paru kropel kwaśnego wina, mającego po wymówieniu cudownego zaklęcia stać się najprawdziwszą krwią, którą wypije ksiądz Krzemiński.

Tymczasem długo jeszcze rozlegał się i trwał alarm podniebieski, o czym świadczyły wzniesione w niebiosa oczy dwóch aniołów oczekujących z góry ostatecznych decyzji. Alarm trwał i we mnie, bo nie mogłem ukoić serca mego dzwonu, gdyż ręce miałem zajęte trzymaniem w prawej pustej już ampułki po winie, a w lewej nakrochmalonego przez siostry elżbietanki ręczniczka.

Świat zamilkł i patrzył na mnie z pogardą. Ziemia jednak nie pochłonęła mnie żywcem. Powoli odzyskiwałem zmysły. Słuch powrócił mi, kiedy ujrzałem księdza, który pochylony nad ołtarzem głośno jak nigdy wcześniej krzyczał do złoconego wnętrza nachylonego przed ustami kielicha:

– Hic est enim calix Sanguinis mei…

Zdrowie

Innego powodu dla tej szokującej sytuacji nie mogłem znaleźć jak ten, że najwidoczniej spóźnili się na pociąg. Ostatni, który zatrzymuje się w ich wiosce, dawno już odjechał z pobliskiej stacji kolejowej. Nawet słyszałem, jak gwizdał na pobliskim przejeździe, więc innego powodu niż to, że teraz idą na piechotę w stronę wioski, nie widzę. Ale jak to jest możliwe? Przecież w głowie się nie mieści, żeby o tej porze iść do domu na piechotę taki kawał drogi. To ładnych kilka kilometrów. Owszem, zdarzało się, że zamiast pociągiem ktoś z tej sąsiadującej z naszym miasteczkiem wioski dojeżdżał na rowerze. Wiem, że moi klasowi koledzy, Jancio Zabawa czy Marian Rabiej, żeby coś załatwić, najczęściej coś kupić, wysyłani przez rodziców, przyjeżdżali po południu na rowerach, a potem, po załatwieniu sprawy, wracali, i to było całkiem zrozumiałe. Nawet Jasiu Siwak, kolega mego starszego brata Staszka, przyjeżdżał na swojej lśniącej jawie pięćsetce i jak się po rynku i okolicznych uliczkach przejechał, i był pewien, że wszyscy go zobaczyli, spokojnie wracał do domu, bo mieszkał w tej samej wiosce co Krzysiu. Ale żeby o tej przedwieczornej porze Krzysiu ze swoim ojcem wracał do domu, w dodatku na piechotę, to było całkiem nie w porządku. Jedyne, co mogło tłumaczyć tę sytuację, to stan, w jakim obaj się znajdowali. Byli kompletnie pijani. Nie, tego nie mogłem zrozumieć. Nie pierwszy przecież raz widziałem pijanych ludzi, ale widok Krzysia i jego ojca był dla mnie tak szokujący, że ledwo zdążyłem się schować z powrotem do bramy. Wolałem się Krzysiowi nie pokazywać, w dodatku jego widok, nawet pijanego, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, ale przecież mi się nie przywidziało. Wyraźnie widziałem Krzysia, kolegę mego starszego brata Mariana, z którym chodził do maturalnej klasy. Tak, to był Krzysiu, a ten facet obok niego to nikt inny, tylko jego ojciec.

W miasteczku widywało się pijanych często, nawet zbyt często, byli codziennym folklorem. W ilościach wyższej od średniej dziennej pojawiali się w dniach wypłat i słynnych w tamtym czasie zaliczek. Ponieważ każdy zakład wypłacał zaliczki w innym terminie, pijanych widywało się właściwie na okrągło. Chodzili, a raczej się słaniali. Jedni mieli sylwetki pochylone do przodu, głowa ciążyła im znacznie, więc żeby za nią nadążyć i ustrzec się przed upadkiem, jakoś koślawo podkładali kończyny dolne i zataczając się, parli do przodu, patrząc pod nogi. Poły ich najczęściej rozpiętych marynarek powiewały z boków i być może to one były odpowiedzialne za ciążenie ku ziemi. Inni całkiem odwrotnie, postawa ich była przesadnie wyprostowana, głowa wolała zostać trochę z tyłu, ale nogi parły do przodu i zdarzało się, że konflikt między głową a nogami, zwłaszcza dolną ich częścią, powodował, że jegomość się zatrzymywał. Po chwilowym odpoczynku, złapaniu równowagi znów zostawiał głowę nieco z tyłu i zataczając się, balansując jak linoskoczek za pomocą rozstawionych rąk, łapał równowagę i powoli, chybotliwie, kołysał się, byle do przodu. Byli też tacy, i tych widywało się najczęściej, co chodzili we dwójkę, a nawet we trójkę. I choćby na trzeźwo nie mogli na siebie patrzeć, choćby jeden drugiemu ręki nie podawał, kiedy pijacki los ich połączył, było to na dobre i na złe. Przeważnie się odprowadzali. Kodeks pijacki nakazywał, że trzeźwiejszy odprowadza bardziej zawianego kumpla i dodatkowo uważa, żeby po drodze nikt im nie ubliżył, bo wtedy sprawa stawała się już honorowa i mogło pójść na ostro. Szli, trzymając się albo pod ręce, albo za ramiona czy też pod łokcie. Zwykle śpiewali piosenki, często wojskowe, jeśli już odsłużyli wojsko. Zdarzało się usłyszeć żołnierską pieśń o kapitanie, dowódcy oddziału, co pod czerwonym sztandarem sam szedł z bandażami na głowie. Ale bywały, i to często, pieśni miłosne. Niektórzy, bardziej kulturalni, mieli w repertuarze słynną w tamtych latach pieśń „Suliko”, podobno ulubioną piosenkę wodza światowego proletariatu, Józefa Stalina. Repertuar pieśni powrotnych był długi i bardzo urozmaicony.

Ale ten obraz mną wstrząsnął. Szli w milczeniu obok siebie, szli jakimś niepisanym szablonem, jednakowo. Ich sylwetki były prawie identyczne. Krzysiu, nieco szczuplejszy, szedł tuż przed swoim ojcem prawie pół kroku, ale jednak przed. Jego długie, proste włosy kołysały się jak zepsuta wycieraczka samochodowa, która zamiast ułatwiać widzenie, raczej mu drogę zasłaniała. Raz w lewo, raz w prawo, jak wahadło zegara schowanego w głowie Krzysia. Widocznie jego patron, biblijny opiekun podróżnych, taką kolejność ustalił tej dwójce wędrowców, że ojciec podążał za swoim synem. Nie chciałem, żeby Krzysiu mnie zobaczył. Normalnie zatrzymałbym go, bo bardzo ceniłem jego dowcip i inteligencję. Ale nie tym razem. Sam fakt, że widziałem go z jego pijanym ojcem, odbierał mi całkowicie płaszczyznę rozmowy, bo wśród wszystkich absurdalnych na tym świecie spraw na samym końcu było wyobrażenie mnie pijanego idącego z moim pijanym ojcem. Prawda była taka, że mój ojciec zasadniczo nie pił z uwagi na leczoną od pięciu lat wątrobę. Kolejna prawda była taka, że na stole operacyjnym okazało się, że to nie z powodu wątroby nie może pić alkoholu, bo wątrobę ma całkiem zdrową, tylko z powodu wrzodów na żołądku. Ale po tej słynnej operacji, kiedy wycięli mu połowę żołądka, tym bardziej stronił od kieliszka.

Przyczaiłem się więc w drzwiach i postanowiłem przeczekać, aż Krzysiu minie moją bramę i zamajaczy w oddali jako holownik swego ojca. Dziwne, ale zazdrościłem swemu koledze tej sytuacji. Ciekaw byłem powodu, dla którego wspólnie z ojcem postanowili zajrzeć do kieliszka. Jak to się stało, że ojciec Krzysia dopuścił go do wspólnego oglądania dna szkła. Ogarnął mnie dziwny wstyd, że to ja się chowam przed moim pijanym kolegą, żeby nie zorientował się, że byłem świadkiem jego karykaturalnej dorosłości.

Kiedy tak stałem po drugiej stronie drzwi wejściowych w oczekiwaniu na taktyczny unik towarzyski, usłyszałem dziwny śpiew. Dochodził z załomu znajdującego się tuż za bramą wejściową. To śpiewał Krzysiu. Wtedy zacząłem rozumieć, że z pieśnią ma związek moczopędny alkohol. Krzysiu w czasie przymusowego postoju w załomie budynku, w chwili przymusowej przerwy w podróży, śpiewał pod nosem naszą harcerską piosenkę:

Wiesz ty co, mój kochany, wiesz ty co.

Śmiej się wciąż, choćby nie wiem jak ci szło.

Czy masz więcej, czy masz mniej,

ty się zawsze w życiu śmiej.

Śmiech to zdrowie, zapamiętaj sobie to.

Dławiłem się za drzwiami ze śmiechu, ale nie dla pochwały zdrowia. Po prostu uświadomiłem sobie, że resztę podróży Krzysiu odbędzie śpiewająco.

Due. Opowiadania Tom II

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-7942-499-3

© Zenon Rogala i Novae Res s.c. 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

Redakcja: Wioletta Cyrulik

Korekta: Beata Gorgoń-Borek

Okładka: Karolina Kucharska

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Novae Res – Wydawnictwo Innowacyjne

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fake. Opowiadania Tom IV Rike. Opowiadania Tom III Due. Opowiadania Tom II Ene. Opowiadania Tom I 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Magnes Góra Tajget Sześć światów Hain