Kochanica cesarza. Tom 1

Kochanica cesarza. Tom 1

Autorzy: Kate Quinn

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Romans / Erotyka Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB PDF

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 22.90 zł

Rzym, pierwsze stulecie naszej ery. Dziewczyna imieniem Teja jest niewolnicą sprowadzoną z Judei: skrytą, małomówną i rozważną. Zakupiona dla pazernej sekutnicy Lepidy z czasem staje się rywalką swej pani do serca gladiatora Ariusza. Zorientowawszy się, że tych dwoje niewolników coś łączy, Lepida pozbywa się Tei, sprzedając ją do domu rozpusty. Stamtąd ciężarna dziewczyna szczęśliwie trafia pod dach pewnego muzyka, który uczy ją śpiewu i gry na lirze.

Podczas gdy Lepida będzie siać zamęt w życiu swego nowo poślubionego męża i jego rodziny, Teja jako śpiewaczka staje się doceniana przez rzymskich patrycjuszy. Dziewczyną zaczyna się interesować sam cesarz Domicjan, który czyni ją swoją kochanką. Jednak Teja bardzo szybko zrozumie, że jego gierki podszyte są czymś o wiele mroczniejszym, a rola cesarskiej nałożnicy okazuje się nieznośną udręką. Mimo że wiele osób próbuje doprowadzić cesarza do upadku: mściwy gladiator, uczciwy senator, nawet westalka, to życie błyskotliwego paranoika Domicjana w końcu znajdzie się w rękach jednej jedynej kobiety…

Kate Quinn

KOCHANICA CESARZA

Tom I

Przełożyła Urszula Gardner

Tytuł oryginału: Mistress of Rome

Copyright © 2010 by Kate Quinn

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Urszula Gardner, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Spis treści

Prolog

Część pierwszaI

II

III

IV

V

VI

VII

Część drugaVIII

IX

X

XI

XII

XIII

Część trzeciaXIV

XV

XVI

XVII

XVIII

XIX

XX

Część czwartaXXI

XXII

XXIII

XXIV

XXV

XXVI

XXVII

XXVIII

XXIX

Część piątaXXX

XXXI

XXXII

XXXIII

XXXIV

XXXV

Nota historyczna

Spis postaci

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Prolog

Teja

Rzym, wrzesień 81 r. n.e.

Otwarłam sobie żyły jednym zręcznym ruchem noża, po czym z zainteresowaniem przyglądałam się krwi wypływającej z rany. Choć nadgarstki miałam poznaczone siateczką blizn po poprzednich nacięciach, nieodmiennie fascynował mnie widok własnej krwi. I nieodłącznie towarzyszyło mi poczucie zagrożenia: czy w końcu, po tylu latach, stanę się nieostrożna i tnę się zbyt głęboko; czy właśnie tego dnia ujrzę, jak moje młode życie wycieka do błękitnej ceramicznej misy z biegnącym dookoła uroczym fryzem przedstawiającym nimfy? Takie myśli znacznie ubarwiały egzystencję niemal zupełnie pozbawioną wrażeń.

Ale najwyraźniej nie było mi pisane rozstać się z tym światem. Początkowy strumień krwi wkrótce osłabł, a kiedy wreszcie zamienił się w wątłą strużkę, mogłam – nie zdejmując z kolan misy – oprzeć się wygodnie o wykładaną mozaiką kolumnę w atrium. Niebawem wzrok zasnuje mi przyjemna mgiełka, dzięki której rzeczywistość nabierze łagodniejszego wyrazu. Tego akurat najbardziej potrzebowałam. Czekała mnie bowiem wyprawa z moją nową panią do Koloseum, gdzie odbywały się walki gladiatorów z okazji objęcia władzy przez nowego cesarza. A z tego, co słyszałam, walki gladiatorów…

– Tejo! – Głos mojej pani wyrwał mnie z rozmyślań.

Odmruknęłam coś niegrzecznie, posiłkując się mieszaniną greki, hebrajszczyzny i rynsztokowej łaciny, jej całkowicie nieznanych.

Owinęłam nadgarstek pasem lnu, zamotałam węzeł, pomagając sobie zębami, i opróżniłam zawartość misy do stojącej pośrodku atrium fontanny. Uważałam przy tym, aby nie poplamić sobie brązowej wełnianej tuniki. Moja pani miała sokoli wzrok, a mnie bynajmniej nie uśmiechało się tłumaczenie jej, dlaczego raz czy dwa razy w miesiącu napełniam własną krwią błękitną misę z biegnącym dookoła uroczym fryzem przedstawiającym nimfy. Zresztą nie uśmiechało mi się tłumaczenie mojej pani czegokolwiek. Byłam jej niewolnicą od bardzo niedawna, tyle jednak zdążyłam się już nauczyć.

– Tejo!

Obróciłam się zbyt szybko i zaraz musiałam się oprzeć o najbliższą kolumnę. Może jednak przesadziłam. Gdy upuścić za dużo krwi, człowieka dopadają zawroty głowy, a nawet mdłości. Z pewnością to nie najlepszy pomysł w dniu igrzysk, kiedy na arenie na moich oczach będą ginąć tysiące zwierząt i ludzi.

– Tejo, przestań się guzdrać! – Moja pani wyjrzała z sypialni. Na szczęście mgiełka przesłaniająca mi oczy złagodziła wyraz jej wykrzywionej złością twarzy. – Ojciec czeka, a ja wciąż jestem nieubrana!

Ruszyłam posłusznie za nią, mając wrażenie, że stąpam nie po podłodze, lecz w powietrzu. Mało gustowna mozaika na posadzce przedstawiała scenę walki gladiatorów posługujących się trójzębami – krew tryskała obficie niewielkimi czerwonymi kwadracikami. Choć było to niesmaczne, wydawało się bardzo odpowiednie: ojciec mojej pani, Kwintus Pollion, jako jeden z nielicznych Rzymian miał prawo organizowania igrzysk cesarskich.

– Niebieska stola – instruowała mnie jego córka, Lepida Pollia. – Z perłowymi zapinkami na ramionach.

– Tak, pani.

Kilka miesięcy wcześniej kupiono mnie dla niej w prezencie urodzinowym. Jako jej rówieśniczka – obie liczyłyśmy po czternaście lat – miałam od tej pory czesać ją i nosić za nią wachlarz, skoro była już niemal dorosłą kobietą. Wartością nie dorównywałam perłowemu naszyjnikowi, srebrnym bransoletom ani kilku sztukom jedwabiu, które również otrzymała od swego kochającego ojca, niemniej sprawdzałam się w roli osobistego cienia, którego posiadanie niezwykle ją podniecało.

– Znowu skaleczyłaś się przy posiłku? – Opatrunek na nadgarstku nie uszedł jej uwagi. – Straszna niezdara z ciebie. Bacz, by nie upuścić mojej szkatułki z klejnotami, gdyż bardzo bym się o to gniewała… No, upnij mi włosy złotymi przepaskami na grecką modłę. Zamierzam być dzisiaj Greczynką, tak jak ty. – Powiedziała to, chociaż doskonale wiedziała, że nie jestem Greczynką, tylko noszę greckie imię nadane mi przez mojego pierwszego pana, ateńskiego kupca.

– Dobrze, pani – mruknęłam po grecku.

Między cienkimi czarnymi brwiami Lepidy pojawiła się zmarszczka. Byłam lepiej od niej wykształcona, co niezwykle ją irytowało. Ja zaś, mając tego pełną świadomość, starałam się podkreślać swoją wyższość raz na parę dni.

– Nie pusz się tak, Tejo! Nie zapominaj, że jesteś tylko jedną z wielu żydowskich niewolnic!

– Dobrze, pani – odrzekłam i dalej potulnie upinałam jej włosy, co nie przeszkodziło jej się rozgadać.

– Mój ojciec mówi, że dziś po południu będzie walczył Bellerofont! Och, wiem, że to nasz najlepszy gladiator, ale ta jego płaska gęba! Choćby się wystroił i wypachnił, i tak nie zamieni się w Apolla. To prawda, że ma wdzięk, nawet gdy przeszywa komuś gardło na wylot… auć! Ukłułaś mnie!

– Wybacz, pani.

– Coś blada jesteś. Jeszcze nie rozumiesz, że nie należy się tak przejmować igrzyskami? Oni wszyscy… gladiatorzy, niewolnicy i jeńcy… i tak by umarli. Dzięki ich walkom mamy z tego przynajmniej trochę zabawy.

– To pewnie przez moje żydowskie pochodzenie – podsunęłam. – My, Żydzi, nie uważamy śmierci za zabawną.

– Tak, pewnie tak – potwierdziła z roztargnieniem Lepida. – Dzisiejsze igrzyska zapowiadają się w każdym razie emocjonująco. Po tym jak cesarz rozchorował się i umarł w samym środku sezonu, całymi miesiącami nie było porządnego przedstawienia.

– Cóż za brak wrażliwości z jego strony – powiedziałam, kiwając głową.

– No, ale wygląda na to, że nowy cesarz uwielbia igrzyska. Cesarz Domicjan… Tytus Flawiusz Domicjan… Ciekawe, jaki się okaże. Ojciec zadał sobie mnóstwo trudu, aby zapewnić mu najbardziej widowiskowe pojedynki. Tejo, perłowe kolczyki!

– Tak, pani.

– I piżmowe pachnidło. Hm… – Lepida zaczęła się przeglądać w lustrze z polerowanego metalu.

Była za młoda na fałdziste jedwabie, klejnoty i uróżowane policzki, jednakże odumarła ją matka, a Kwintus Pollion, aczkolwiek umiał sobie dobrze radzić z handlarzami niewolników i lanistami, w rękach jedynaczki stawał się miękki jak glina. Zresztą uroda Lepidy nie ulegała kwestii. Moja pani olśniewała nie tylko błękitnymi oczami, nie tylko jedwabistymi czarnymi włosami, które były jej dumą i radością, ale przede wszystkim boską sylwetką. Właśnie dzięki niej miała nadzieję złowić dobrego męża, patrycjusza, który nareszcie wprowadziłby cały jej ród do najwyższej warstwy rzymskiego społeczeństwa.

Przywołała mnie bliżej leniwym ruchem trzymanego w dłoni wachlarza z pawich piór. Dostrzegłam w lustrze, że gest ten wzburzył lekko jej loki. Przy okazji zobaczyłam też, że stanowię jakby bledsze odbicie mojej pani: włosy brązowe w miejsce czarnych, kanty w miejsce krągłości, cera ogorzała zamiast alabastrowej, nijakość zamiast piękna. Było to porównanie bardzo pochlebne – dla niej.

– Doskonale – oznajmiła, jakby czytając w moich myślach. – Ale tobie będzie potrzebny nowy strój. Wyglądasz jak uschnięte drzewo. No, chodźmy już. Ojciec czeka.

Kwintus Pollion istotnie już czekał. Jego zniecierpliwienie momentalnie jednak ustąpiło, gdy Lepida posłała mu obezwładniający uśmiech, przy którym zawsze w jej brodzie tworzył się uroczy dołeczek, i po dziewczęcemu zakręciła się wokół własnej osi.

– O tak, wyglądasz bardzo ładnie. Nie zapomnij uśmiechać się do Emiliusza Grakchusa, wywodzi się z niezwykle ważnego rodu i szuka ładnych dziewcząt.

Chciałam wyprowadzić go z błędu, że kto jak kto, ale Emiliusz Grakchus na pewno nie szuka ładnych dziewcząt, jednakże on nie zwracał na mnie uwagi. A szkoda. Niewolnicy bywają nierzadko lepiej poinformowani niż ich panowie.

Ogół Rzymian musiał wstać skoro świt, żeby zapewnić sobie dobre miejsca na widowni amfiteatru. Kwintus Pollion miał miejsca zarezerwowane, dzięki czemu mogliśmy wyruszyć odpowiednio późno i spotkać się w drodze z przedstawicielami najznaczniejszych rodów. Lepida wdzięczyła się do Emiliusza Grakchusa, do grupki oficerów stojących na rogu ulicy, praktycznie do każdego, czyja toga miała purpurowy szlak i kto nosił dobre nazwisko. W tym czasie jej ojciec z powagą wymieniał plotki z tym akurat patrycjuszem, który zaszczycił go zdawkowym uśmiechem.

– …słyszałem, że cesarz Domicjan planuje w przyszłym roku kampanię w Germanii! Najwyraźniej chce pójść w ślady swego brata. Nie może być wątpliwości, że cesarz Tytus utarł nosa barbarzyńcom, teraz zaś będziemy mieli okazję się przekonać, czy cesarz Domicjan poradzi sobie z nimi lepiej…

– Kwintusie Pollionie – doleciał mnie patrycjuszowski akcent – doprawdy, już samo jego pachnidło…

– Mimo wszystko sprawdza się w swojej roli. Cóż znaczą jakieś wonności, skoro robi, co do niego należy?

Kwintus Pollion nie przestawał się uśmiechać i giąć w ukłonach. Oddałby trzy dekady życia w zamian za zaszczyt noszenia nazwiska rodu takiego jak Juliusze czy Sulpicjusze. Moja pani także, skoro już o tym mowa.

Zabijałam nudę, zaglądając do ulicznych kramów, których było wokół pełno. Przekupnie oferowali pamiątki po poległych gladiatorach, zakonserwowaną w piasku krew tego czy innego wojownika oraz niewielkie drewniane medaliony z wymalowanym na awersie wizerunkiem słynnego Bellerofonta. Te ostatnie nie szły najlepiej, ponieważ nawet utalentowany artysta nie był w stanie przydać Bellerofontowi urody. Znacznie większym powodzeniem u kupujących cieszyły się medaliony z portretem przystojnego Traka z trójzębem. Kątem oka dostrzegłam nawet grupkę dziewcząt zachwycających się takim medalionem.

– Jaki cudny!… – piała jedna.

– Co noc śpię z podobnym pod poduszką!… – przechwalała się druga.

Uśmiechnęłam się pod nosem. My, Żydówki, też lubimy walecznych mężczyzn, ale wolimy żywych. Takich, co to rankiem odejmują głowę legioniście, a wieczorem zasiadają cali i zdrowi przy stole. Tylko Rzymianki mogły się zachwycać byle jak namalowanymi portretami ludzi, których nie znały i którzy najpewniej będą gryźli ziemię przed upływem roku. Z drugiej strony, może tacy właśnie mężczyźni najlepiej się nadawali na obiekt dziewczęcych westchnień. Nie groziła im starość ani utrata młodzieńczej urody, a gdy się którejś znudzili, łatwo ich było zastąpić kimś nowym.

Im bliżej amfiteatru, tym gęściejszy stawał się tłum. Nierzadko przy okazji załatwiania sprawunków dla mojej pani zdarzało mi się przemykać w cieniu jego ogromnej kamiennej bryły, lecz znalazłszy się po raz pierwszy w środku, aż rozdziawiłam usta ze zdumienia. Ileż tam było obłożonych marmurem łuków, ileż posągów spoglądających butnie ze swych cokołów, ileż siedzeń dla spragnionych rozrywki widzów! Ponoć wewnątrz mogło się pomieścić aż pięćdziesiąt tysięcy osób! Była to budowla godna bogów, którą zaczął wznosić jeszcze cesarz Wespazjan, a ukończył jego syn, cesarz Tytus. Tego dnia otwarła swe podwoje dla uczczenia młodszego brata Tytusa, Domicjana, od niedawna też noszącego cesarską purpurę.

Nie mogłam wyjść z podziwu, że tyle marmuru poświęcono na jedną wielką komorę grobową, jaką stanowiło Koloseum. Osobiście nie pożałowałabym tego cennego surowca na odeon, gdyż od oglądania umierających ludzi zdecydowanie wolałam słuchanie muzyki. Zaczęłam sobie nawet wyobrażać występ przed tak ogromną publicznością – przed prawdziwą publicznością w miejsce żab, które wysłuchiwały mnie w ogrodzie podczas szorowania podłóg…

– Nie leń się, tylko machaj wachlarzem – napomniała mnie Lepida, która usadowiwszy się na miękkich poduszkach, niczym cesarzowa skinęła zgromadzonym tłumom wiwatującym niezbyt gromko na cześć Kwintusa Polliona. Nadzorca igrzysk miał prawo zasiadać na widowni razem z córką, mimo że normalnie kobiety i mężczyźni siedzieli oddzielnie. – Żwawiej. Zapowiada się upalny dzień. Że też nie jest chłodniej! Mamy przecież jesień…

Posłusznie zaczęłam wachlować szybciej. Walki miały potrwać cały dzień, co oznaczało, że czeka mnie mnóstwo machania pierzastym wachlarzem. Cóż, nie uniknę bólu ramion.

Wtem rozbrzmiały metalicznie trąbki. Nawet ja poczułam poruszenie na tę przejmującą fanfarę. Nowy cesarz wkroczył do loży cesarskiej, unosząc rękę w geście pozdrowienia dla tłumu, a ja stanęłam na palcach, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Domicjan, trzeci z kolei cesarz z dynastii Flawiuszów, był wysoki, miał rumianą twarz i przykuwał wzrok purpurowym płaszczem i złotym wieńcem na głowie.

– Ojcze – Lepida pociągnęła Kwintusa Polliona za łokieć – czy cesarz naprawdę skrywa mroczne sekrety? Wczoraj w łaźni usłyszałam, że…

Nawet ja wiedziałam, że wszyscy cesarze skrywają mroczne sekrety. Tyberiusz ze swymi młodymi niewolnikami; Kaligula sypiający z własnymi siostrami; Tytus z wianuszkiem kochanic – co by Rzymianom przyszło z cesarza, o którym nie można powiedzieć nic pikantnego?

Za to cesarzowa Domicja była wzorem cnót. Smukła, posągowa i śliczna stanęła właśnie u boku swego cesarskiego małżonka, by także pomachać wiwatującym dziko ludziom, którzy jak dotąd słyszeli o niej same dobre rzeczy. Ciekawość wzbudziła najwyżej jej zielona jedwabna stola przyozdobiona szmaragdami. Sądząc ze szmeru podniecenia wśród żeńskiej części widowni, można się było spodziewać, że w tym sezonie najmodniejsza będzie zieleń.

– Ojcze… – odezwała się znów Lepida – chyba wiesz, że w zieleni mi do twarzy. A taki szmaragdowy naszyjnik jak cesarzowej…

Za Domicjanem pojawili się pozostali członkowie jego rodziny. Znalazła się wśród nich cesarska bratanica Julia, młodsza córka Tytusa, która ponoć starała się o przyjęcie do grona westalek, jednakże została odrzucona, ale od reszty wiało nudą. Byłam bardzo rozczarowana. Już pierwsze zetknięcie z rodziną cesarską uświadomiło mi, że niczym się ona nie różni od pierwszego lepszego rodu rozleniwionych patrycjuszy.

Cesarz Domicjan postąpił jeszcze krok do przodu i nie opuszczając podniesionej ręki, gromko wykrzyczał formułkę otwierającą igrzyska. Jakiekolwiek mroczne sekrety skrywał, z pewnością miał donośny głos.

Zdziwieni moją ignorancją inni niewolnicy już wcześniej oświecili mnie w sprawie igrzysk. Orientowałam się więc, że poranny spektakl rozpoczyna zawsze walka pomiędzy dzikimi bestiami – tego dnia miały ze sobą walczyć słoń i nosorożec. Ten drugi wykłuł rogiem oko temu pierwszemu. Doprawdy równie dobrze mogłabym dożyć swoich dni, nigdy nie słysząc ryku ranionego słonia.

– Wspaniale! – zawołał Kwintus Pollion, ciskając na arenę garść monet.

Lepida przebierała w daktylach z miodem. Ja koncentrowałam się z całych sił na wachlowaniu. Szu, szu, szu!

W następnej kolejności walczył byk z niedźwiedziem, a potem jeszcze lew z lampartem. Okruchy rzucone na zaostrzenie apetytu, ale jakie okruchy! Wprawdzie niedźwiedź zachowywał się nieco ospale i trzeba było aż trzech ludzi z ostrymi prętami, żeby rozorać mu boki do krwi i zmusić go do ataku na byka, ale już dwa dzikie koty zaryczały i rzuciły się na siebie, ledwie spuszczono je z łańcuchów. Widzowie wrzeszczeli, rozmawiali gorączkowo, wzdychali i poprawiali się na swoich miejscach. Po pojedynkach bestii przyszła kolej na pokaz przepychu – złaknioną wrażeń publiczność oszołomił spektakl, w którym po arenie defilowały gepardy w srebrnej uprzęży, białe byki z dokazującymi na ich grzbietach małymi chłopcami o złocistej skórze i przystrojone klejnotami i frędzlami ociężałe słonie prowadzone przez Nubijczyków grających na fletach.

– Ojcze, sprawisz mi nubijskiego niewolnika? – marudziła dalej Lepida. – A jeszcze lepiej dwóch. Bliźniaczą parę, która by nosiła za mną pakunki, kiedy idę na miasto…

Później przyszła pora na komików. Na arenę wypuszczono najpierw tuzin rozbieganych zajęcy, a za nimi oswojonego tygrysa, który dopadał je kolejno niczym pasiasta strzała i zaciśnięte w szczękach, lecz w dalszym ciągu żywe, przynosił do stóp swego pana. Choć mnie ten pokaz nawet się podobał, zewsząd zaczęło dobiegać buczenie niezadowolonych widzów. Ludzie przychodzili tu nie po to, by się śmiać, lecz by oglądać krew.

– Cesarz – mówił jednostajnym głosem Kwintus Pollion – szczególnie upodobał sobie boginię Minerwę. Wzniósł nawet dla niej świątynię w swoim pałacu. Może trzeba by złożyć parę imponujących publicznych ofiar…

Oswojony tygrys i jego pan zeszli z areny, a ich miejsce zajęła setka jeleni i sto długoszyich strusi, które zostały odstrzelone jeden po drugim w pełnym galopie przez łuczników rozmieszczonych na podwyższeniach wokół areny. Lepida, zauważywszy w loży obok jakąś znajomą, zaczęła się z nią wylewnie witać, dzięki czemu przegapiła większość rzezi.

Przyszła kolej na dalsze walki dzikich bestii, po których przeciwko lwom, bawołom i bykom wystąpili włócznicy. Zdezorientowane bawoły padały, mucząc głośno, byki w rozszalałym pędzie nadziewały się na włócznie, które rozorywały im ciała, ale lwy pokazywały zęby aż po dziąsła, podkradały się i polowały, tak że zanim same zostały wytropione i wypatroszone, wysłały na tamten świat niejednego włócznika. Cóż za wspaniała zabawa. Szu, szu, szu.

– O, gladiatorzy! – Lepida odtrąciła talerz z daktylami i usiadła prosto. – Ładne osobniki, ojcze.

– Cesarz zasługuje na wszystko, co najlepsze. – Kwintus Pollion ujął ją pod brodę. – Podobnie jak moja córuchna, która przepada za igrzyskami! Domicjan życzył sobie, aby dziś na arenie odbyła się prawdziwa bitwa, nie zwykłe pojedynki. Zatem rankiem będziemy świadkami wyjątkowego widowiska, które poprzedzi przewidziane na południe egzekucje.

Odziani w purpurowe płaszcze gladiatorzy wysypali się z bram, wolno zataczając kręgi na arenie do wtóru entuzjastycznych ryków tłumu. Jedni kroczyli dumnie, inni maszerowali, nie rozglądając się na boki. Uzbrojony w trójząb Trak przesyłał widzom całusy, za co w nagrodę posypały się w jego stronę kwiaty rzucane przez szalejące za nim kobiety. Razem było ich pięćdziesięciu, wszystkich czekała walka na śmierć i życie. Zwycięska połowa opuści arenę przez Bramę Życia – z tarczą. Przegrani wrócą przez Bramę Śmierci – na tarczy lub wręcz ciągnięci żelaznymi hakami.

– Ave, Caesar! – ryknęli jak jeden mąż wszyscy gladiatorzy. – Morituri te salutant!

Szczęk broni. Zgrzyt zbroi. Chrzęst piasku pod stopami, kiedy zaczęli formować pary. Kilka udawanych potyczek z użyciem tępej drewnianej broni, po czym w końcu cesarz dał znak.

Starły się ostrza. Widzowie pochylili się do przodu, naparli na marmurowe barierki, zaczęli wykrzykiwać zachęty kierowane do swych faworytów i przekleństwa pod adresem niezdar. Wymachiwanie rąk, zakłady, wrzaski.

Nie patrz, powtarzałam sobie. Szu, szu, szu, szeleścił wachlarz. Tylko nie patrz…

– Tejo – zapytała Lepida słodkim głosikiem – co sądzisz o tamtym Germaninie?

Zerknęłam.

– Pechowiec. – Mężczyzna akurat umierał przebity trójzębem przeciwnika, wyjąc wniebogłosy. Siedzący w loży obok senator z niesmakiem cisnął na arenę garść monet.

Walczący w dole przypominali wzburzone morze. Skotłowany piasek tu i ówdzie poczerwieniał od krwi.

– Tamten Gal błaga o życie – zauważył Kwintus Pollion, łypiąc okiem i nie odrywając ust od pucharu. – Co za niedojda, upuścił tarczę. Iugula!

Iugula, czyli „dobij go”. Było jeszcze mitte, czyli „oszczędź”, ale tego drugiego nie słyszało się często podczas igrzysk. Publiczność skłaniała się ku łasce jedynie na widok czyjejś wyjątkowej dzielności, o czym miałam się dopiero przekonać. Ludzie przychodzili tu, by oglądać odwagę innych, a także ich krew i śmierć. Nie chcieli patrzeć na tchórzy. Nie chcieli widzieć miłosierdzia.

Bardzo szybko było po wszystkim. Zwycięzcy stanęli pod lożą cesarską, skąd Domicjan sypał monety tym, którzy się spisali. Przegrani leżeli w większości skuleni i milczący w piachu, tylko nieliczni wili się wciąż w śmiertelnych drgawkach i wyjąc, upychali wnętrzności do własnych brzuchów. Chichoczące dziewczęta i roześmiani trybuni robili zakłady, jak długo będą umierać. Obsługa przymierzała się do ściągnięcia poległych z areny, poprawiając w rękach żelazne haki.

Szu, szu, szu. Ramiona bolały mnie coraz bardziej.

– Może jakiś owoc, panie? – U boku Kwintusa Polliona wyrósł niewolnik z tacą winogron i fig.

Lepida gestem zażyczyła sobie wina. Patrycjusze, gawędząc, rozsiadali się w swoich lożach. Plebejusze zajmujący miejsca nad nami wachlowali się, czym mogli, i rozglądali za przekupniami, którzy uwijali się pośród tłumu, sprzedając chleb i cienkusza. W loży cesarskiej Domicjan spoczywał w pozycji półleżącej, wsparty na łokciu, i grał w kości z pretorianami. Ranek upływał miło, aczkolwiek niektórym musiał ciągnąć się niemiłosiernie.

Tuż przed południem doprowadzono arenę do porządku. Zabrano ciała poległych gladiatorów, zagrabiono piasek, usuwając ślady krwi. Wreszcie naszym oczom ukazał się szereg powłóczących nogami postaci zakutych w kajdany. Byli to skazańcy: niewolnicy, bandyci, jeńcy.

– Ojcze, mogłabym dostać więcej wina? Przecież to wyjątkowa okazja!

Tymczasem na arenie pierwszy skazaniec w szeregu zamrugał ze zdziwienia, kiedy wsadzono mu w ręce tępy miecz. Spojrzał na broń pustym wzrokiem i zaraz się skulił, gdy strażnik dźgnął go ponaglająco. Następnie odwrócił się niezdarnie i zamierzył na drugiego w szeregu skazańca. Ostrze musiało być niezwykle tępe, ponieważ nie skończyło się na jednym ciosie. Mimo to ledwie słyszałam wrzaski zabijanego, taki był harmider na widowni. Mało kto zwracał uwagę na to, co rozgrywało się w dole.

Strażnicy brutalnie odebrali broń pierwszemu skazańcowi i przekazali ją dalej. Następna w szeregu była kobieta. Zabiła swego poprzednika, podrzynając mu niewprawnie gardło, po czym sama została rozbrojona i zabita przez mężczyznę stojącego z drugiej strony. Usiłował przeszyć jej serce mieczem, który jednak okazał się na to zbyt tępy. Niewolnica zginęła dopiero pod którymś ciosem z rzędu.

Powiodłam wzrokiem wzdłuż skutego łańcuchem szeregu. Skazańców było ze dwudziestu. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety – wszyscy wyglądali podobnie, garbiąc ramiona i powłócząc nogami. Wyróżniał się spośród nich tylko jeden człowiek. Potężnej postury i prosty jak świeca, toczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem. Nawet z tej odległości widziałam ślady po smagnięciach batem krzyżujące się na jego nagich plecach.

– Ojcze, kiedy odbędzie się pojedynek Bellerofonta? Umieram z ciekawości, jak poradzi sobie z tym Trakiem…

W końcu strażnicy podali miecz wielkoludowi. Zważył go w spętanych dłoniach, zamachnął się na próbę. Swoją ofiarę pozbawił życia jednym zgrabnym ruchem. Skrzywiłam się mimowolnie.

Kiedy strażnik wyciągnął rękę po miecz, wielkolud cofnął się o krok, nie wypuszczając broni z ręki. Strażnik uczynił w jego stronę niecierpliwy gest i w mgnieniu oka rozpętało się pandemonium.

– Oddaj miecz – powiedział strażnik.

Wielkolud stał na szeroko rozstawionych nogach, zapierając się w rozgrzanym piachu i z każdym oddechem łapczywie wciągając powietrze do obolałych płuc. Na ramionach czuł prażące słońce, pod bosymi stopami zaś każde ziarenko piasku. Podrażniona potem skóra nadgarstków i kostek piekła go pod zardzewiałymi obejmami kajdan. Ani na moment nie zwolnił uchwytu na rękojeści miecza.

– Oddaj! – powtórzył strażnik. – Psujesz przedstawienie.

Wielkolud odpowiedział spojrzeniem szklanych oczu.

– Oddaj mi ten miecz! – Strażnik władczym gestem wyciągnął rękę.

Wielkolud odciął mu ją.

Strażnik wrzasnął. Plama krwi zalśniła w ostrym południowym słońcu. Pozostali strażnicy rzucili się ku skazańcowi.

Nie miał miecza w ręce od ponad dziesięciu lat. Zbyt długo, aby cokolwiek pamiętać – powiedziałby jeszcze niedawno. Tymczasem pod wpływem gniewu wszystko wróciło do niego w okamgnieniu. Miły ciężar rękojeści w dłoni, lekki opór ostrza wchodzącego w ciało, mroczna Furia, która zasnuwała mu oczy mgłą i szeptała do ucha: zabij ich, zabij ich wszystkich…

Z pierwszym strażnikiem starł się w radosnej gorączce, krzyżując z nim miecze z głuchym szczękiem. Nacierał siłą wszystkich mięśni, czując, jak ciało wygina mu się niczym sprężysty łuk, aż wreszcie dojrzał nagły strach w oczach przeciwnika, który zdał sobie sprawę z mocy natarcia. Ech, ci Rzymianie ze swoimi pióropuszami, błyszczącymi napierśnikami i dumą – nie przypuszczali nawet, że niewolnik może być tak silny. Dwoma kolejnymi pchnięciami zamienił pierwszego strażnika w kupę mięsa podrygującego w piachu.

Ci, którzy rzucili się na niego potem, stanowili tylko rozmazane plamy zwieńczone jaskrawymi pióropuszami. Drugi strażnik padł na ziemię, gdy tępe ostrze przecięło mu ścięgna, czemu towarzyszył przenikliwy krzyk.

Wielkolud napawał się chwilą. Zwrócił się w stronę następnego przeciwnika zakutego w napierśnik z brązu. Ciął ostrzem prosto w pachę. Jeszcze jedna tarcza potoczyła się po piachu i znów rozległ się krzyk.

Za mało, szeptała Furia, za mało…

Poczuwszy niewyraźny ból w plecach, gdzie dosięgnął go miecz, natychmiast się obrócił gotów rąbać szaleńczo. Skóra niewolnika była najwytrzymalsza właśnie na plecach, o czym jednak nie mogli wiedzieć ci wymuskani mężczyźni, których winnic doglądali galijscy jeńcy i którym łoża grzały potulne trackie niewolnice. I rzeczywiście na niczym się nie znali. Ciął na oślep i po chwili rozkoszował się smakiem krwi, która trysnęła mu na skołtuniony zarost.

Za mało…

Świat zawirował i zbladł, kiedy coś walnęło go w potylicę. Wielkolud zachwiał się, okręcił na pięcie, uniósł miecz – i nagle poczuł, że drętwieje mu całe ramię, gdy strażnik grzmotnął go umbem tarczy prosto w łokieć. Niejako z dystansu przyglądał się, jak broń wyślizguje mu się z dłoni, a on sam pada na kolana, powalony uderzeniem rękojeści miecza w ciemię. Oczy zalał mu pot – kwaśny, gorzki. Jęknął, kiedy okute buty jęły wymierzać mu razy w odsłonięte boki. Mroczna Furia, która podżegała go do walki aż do tej chwili, zwinęła się w kłębek niczym wąż zaczynający pożerać sam siebie. Znał to uczucie. Doświadczył go nieraz na przestrzeni lat spędzonych w niewoli. Ale z mieczem w dłoni wszystko wydawało się takie proste.

Za mało, wciąż za mało…

Ponad odgłosem łamanych kości usłyszał ryk. Przybierający na sile, bezosobowy ryk na podobieństwo huku fal rozbijających się o brzeg. Po raz pierwszy od wejścia na arenę spojrzał w górę i zobaczył widzów upchniętych tysiącami w kolistych, wznoszących się coraz wyżej rzędach. Byli wśród nich senatorzy w togach z purpurowym pasem i kapłani w białych szatach, były matrony w barwnych jedwabnych stolach. Taka masa ludzi… czy na świecie żyło ich w ogóle tylu? Nagle dostrzegł wyłaniającą się z pierwszego rzędu, niemal na wyciągnięcie ręki, twarz chłopca w eleganckiej todze. Młodzik krzyczał coś ustami pełnymi fig i bił brawo.

Wszyscy oni bili brawo. Po ogromnej arenie niosło się echo oklasków.

Gasnącym wzrokiem zdążył jeszcze wypatrzyć lożę cesarską. Znajdował się wystarczająco blisko, aby zobaczyć jasnowłosą dziewczynę o zmartwiałej z przerażenia twarzy, bratanicę cesarza, i samego Domicjana w purpurowym płaszczu, z rumianym obliczem i rozbawionym spojrzeniem, który właśnie obojętnym ruchem unosił rękę.

Z dłonią ułożoną w geście łaski.

Dlaczego? Dlaczego?! – zdążył jeszcze pomyśleć wielkolud, zanim ogarnęła go zupełna ciemność.

Mojej pani nie zamykały się usta, kiedy pomagałam jej się rozebrać przed snem – tematem oczywiście nie były igrzyska, ponieważ cała ta śmierć i krew już dawno jej się przejadły. Lepida rozwodziła się teraz na temat pewnego senatora, o którym Kwintus Pollion napomknął jako o kandydacie na jej męża.

– Nazywa się Marek Norbanus i jest okropnie stary…

Słuchałam tylko jednym uchem. Nie potrafiłam wyrzucić z pamięci tamtego niewolnika o poznaczonych batem plecach. Pochodził z Brytanii czy z Galii? Skądkolwiek się wziął, walczył zaciekle i niemal do samego końca wywijał mieczem niczym Goliat, nie przejmując się odniesionymi ranami. Szczerzył zęby w potwornym grymasie nawet wtedy, gdy go powalili na ziemię, jakby mu było wszystko jedno, czy przeżyje, czy zginie, pod warunkiem że zabierze ze sobą jak najwięcej przeciwników.

– Tejo, uważaj na te perły. Mogłabym za nie mieć trzy takie jak ty.

Naoglądałam się w życiu setek podobnych niewolników, nierzadko służyłam z nimi pod jednym dachem, lecz zawsze starałam się ich unikać. Zazwyczaj dużo pili, mało pracowali, patrzyli wilkiem na swoich panów i zbierali cięgi na każdym kroku. Wolałam się od nich trzymać z daleka, szczególnie gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Do tej pory miałam ich za zwykłych osiłków.

Dlatego nie potrafiłam zrozumieć, czemu tam, w amfiteatrze, nagle zebrało mi się na płacz, gdy wielkolud padł na ziemię. Nie uroniłam łzy, kiedy trafiłam na służbę do Lepidy. Nie płakałam, kiedy na moich oczach ginęli gladiatorzy i nieszczęsne oszołomione bestie. Czemu popłakałam się przez jakiegoś osiłka?

Przecież nawet nie znałam jego imienia.

– Moim zdaniem cesarz Domicjan nie jest specjalnie przystojny, no ale trudno to stwierdzić z całą pewnością z takiej odległości, prawda? – Lepida spojrzała krzywo na uszczerbiony paznokieć. – I tak bym jednak wolała, żebyśmy mieli jakiegoś młodego cesarza zamiast tych wszystkich nudziarzy w wieku mego ojca.

Właśnie, cesarz. Z jakiego powodu darował życie na wpół martwemu niewolnikowi? Publiczność oklaskiwała tyleż przedstawienie, które dał, co jego bliską śmierć. Czemu Domicjan go ocalił?

– Idź sobie, Tejo. Nie potrzebuję cię już. Jakaś niemrawa jesteś dzisiaj.

– Jak sobie chcesz – odparłam po grecku, gasząc lampę – ty podła złośliwa sekutnico.

Wyszłam do atrium, gdzie lawirując między spowitymi mrokiem kolumnami, od czasu do czasu musiałam się wesprzeć o zimny marmur dla odzyskania równowagi. Usilnie starałam się przy tym nie myśleć o błękitnej misie. Dwukrotne otwarcie żył w ciągu jednego dnia nie wyszłoby mi na dobre. Nie dało się jednak ukryć, że miałam na to ochotę, i to wielką.

– O, Teja. W samą porę…

Wpatrzyłam się w dwóch Kwintusów Pollionów, którzy przywoływali mnie od wejścia do sypialni, i tak równym krokiem, na jaki mnie było stać, ruszyłam w stronę srebrnego łoża, które mi obydwaj zachęcająco wskazywali. Zamknęłam oczy i stłumiłam ziewnięcie, mając głęboką nadzieję, że nie zasnę w trakcie całego tego sapania i dyszenia. Od niewolnic nie oczekiwano entuzjazmu, ale jednak spodziewano się po nich niejakiej ochoty. Poklepywałam więc Kwintusa Polliona po ramieniu, kiedy mnie ujeżdżał. Odsłaniał przy tym dziąsła zupełnie jak muł podczas… jak zwał ów akt, tak zwał.

– Dobra z ciebie dziewczyna, Tejo… – sennie wymamrotał Kwintus Pollion, po czym klepnął mnie lekko. – No, zmykaj już…

Poprawiłam na sobie tunikę i wyślizgnęłam się na korytarz. Mogłam liczyć na to, że nazajutrz podaruje mi ukradkiem miedziaka.

Część pierwsza

Julia

Świątynia Westy

Zaledwie wczoraj Tytus Flawiusz Domicjan był tylko moim opryskliwym wujem dziwakiem. Dziś jest z niego dominus et deus, pan i bóg. Pontifex maximus, najwyższy kapłan. Jednym słowem: cezar, cesarz Rzymu. Podobnie jak kiedyś mój ojciec i dziad stał się władcą całego znanego świata.

Ale jak dotąd jest dla mnie miły. Obiecał, że niebawem poślubię mego kuzyna Gajusza, z której to okazji zorganizuje prześwietne igrzyska. Nie miałam serca mu powiedzieć, że nie cierpię igrzysk. Wiem, że ma dobre intencje. Obiecuje, że sama cesarzowa pomoże mi wybrać strój ślubny. Domicja wygląda przecudnie w zielonych jedwabiach i szmaragdach. Ludzie mówią, że cesarz jest do szaleństwa zakochany w swojej żonie. Mówią też, że ona go nienawidzi – ale ludzie plotą, co im ślina na język przyniesie.

Wpatruję się w płomień, dopóki nie ujrzę dwóch płomieni.

Boję się. Boję się, odkąd pamiętam. Boję się cieni pod łóżkiem, postaci w mroku, bezcielesnych głosów…

Dziś na arenie zginęło tysiąc ludzi. Mój wuj przyglądał się temu ze spokojem, a od śmierci ocalił tylko jednego niewolnika. Nienawidzi reszty rodziny, ale dla mnie jest miły.

Czego może chcieć? Czy ktokolwiek w ogóle to wie?

Westo, bogini ogniska domowego, miej nade mną pieczę. Potrzebuję cię…

I

Kwiecień 82 r. n.e.

W szkole gladiatorów przy ulicy Marsa zapanowała radosna, serdeczna męska atmosfera, kiedy zmęczeni wojownicy minęli jej bramy. Dwudziestu wyruszyło na igrzyska zorganizowane z okazji cerealiów, z czego czternastu powróciło teraz żywych. Był to wynik na tyle dobry, że zwycięzcy mogli kroczyć dumnie, wchodząc do wąskiego, rozjaśnionego światłem pochodni korytarza, gdzie na ich zbroje czekały już wystawione kosze.

– …przebiłem brzuch tamtemu Grekowi! Najlepszy numer, jaki…

– …jak ten drań Lapikus obrywa w plecy od Gala? Nareszcie przestanie zadzierać nosa…

– …miał pecha Tezeusz. Na własne oczy widziałem, że się potknął…

Nie zwracając uwagi na wylewne gratulacje niewolnika, Ariusz cisnął do najbliższego kosza hełm z pióropuszem. Broń odebrano im już wcześniej – jak zwykle zaraz po skończonej walce.

– To twoja pierwsza? – Gadatliwy Trak wrzucił własny hełm do tego samego kosza, przykrywając pióropuszem hełm Ariusza. – Moja też. Nieźle poszło, co?

Ariusz pochylił się, żeby odtroczyć nagolenice.

– Ładnieś sobie poradził z tamtym Nubijczykiem. Mnie się trafił jeden z tych zniewieściałych greckich pokurczów, rozprawiłem się z nim aż miło. Ha, może następnym razem trafi mi się Bellerofont i nareszcie się wzbogacę!

Ariusz odpiął osłonę ramienia i zsunął ją wprost do kosza. Pozostali wojownicy zaczęli już przechodzić do przyległej długiej sali, gdzie czekał na nich posiłek. Zasiadając za stołami ustawionymi na kozłach i chwytając za dzbany z winem, głośno pokrzykiwali.

– Cichyś coś. – Trak szturchnął go w łokieć. – Skądeś? Mnie przywlekli zeszłego roku z Grecji…

– Zamknij się! – rzucił Ariusz zgrzytliwą łaciną.

– Co?

Ariusz przepchnął się obok osłupiałego Traka do jadalni i zignorowawszy talerze z chlebem i mięsem, porwał ze stołu pierwszy z brzegu dzban wina, po czym ruszył dalej mrocznym ciasnym korytarzykiem. Nawet tam jednak dobiegło go warknięcie któregoś z wojowników:

– Nie zwracaj na niego uwagi. Zawsze taki zmierzły, drań.

Kwatery w szkole gladiatorów praktycznie nie różniły się od cel. Gołe mury, siennik, dymiąca łojowa świeca. Ariusz usiadł ciężko na podłodze, oparł się plecami o ścianę i opróżnił pół dzbana kilkoma haustami. Tanie wino pozostawiło w jego ustach kwaśny posmak. To nic, pomyślał. Grunt, że szybko działa. Tego właśnie najbardziej w tej chwili potrzebował.

– Puk, puk! – u drzwi odezwał się raźny głos. – Mam nadzieję, że nie śpisz, drogi chłopcze.

– Odpieprz się, Gallusie.

– No, no… Chyba nie wypada tak się zwracać do lanisty? A już szczególnie do takiego, co dobrze ci życzy…

Mężczyzna, który go zagadywał, był postawny i zażywny, nosił nieskazitelną togę, wszystkie palce u rąk ozdabiał złotymi pierścieniami, a ułożone w loki włosy namaszczał olejkiem magnoliowym. Nie ruszał się też nigdzie bez młodziutkiego niewolnika przyodzianego w jedwabne szaty. Gallus, właściciel szkoły gladiatorów we własnej osobie, wsunął się do środka.

Ariusz zmełł w zębach przekleństwo. Gallus wybuchnął śmiechem.

– Spokojnie, spokojnie. Przychodzę ci pogratulować. Co za wspaniały debiut na arenie! Ta lecąca głowa Nubijczyka… ileż w tym było dramatyzmu! Oczywiście trochę się zdziwiłem, widząc takie poświęcenie, taką waleczność u kogoś, kto jeszcze niedawno twierdził, że w ogóle nie stanie do walki…

Ariusz upił kolejny haust wina.

– Przyjemnie mieć rację – ciągnął Gallus. – Ledwie cię ujrzałem, zrozumiałem, jaka moc w tobie tkwi. To prawda, że jesteś trochę za stary na arenę… ile ty właściwie masz lat, dwadzieścia pięć, trzydzieści?… na pewno nie jesteś już młodzikiem, ale masz w sobie to coś… – Wykonał nieokreślony gest ręką, w której trzymał srebrne naczynko z wonnościami. Ariusz wbił w niego spojrzenie. – W następnych igrzyskach także weźmiesz udział. Trafi ci się poważniejsza walka, o ile tylko Kwintus Pollion wyrazi na to zgodę. Może będzie to nawet pojedynek. I wtedy – wzrok lanisty wyostrzył się – nie będę musiał się zamartwiać, czy dobrze się sprawisz, prawda?

Ariusz odstawił dzban na podłogę.

– Co to jest rudis? – zapytał, nie odrywając oczu od dzbana.

Gallus zamrugał ze zdziwienia; nie spodziewał się po gladiatorze takich słów.

– Rudis? – powtórzył. – Drogi chłopcze, gdzieżeś to usłyszał?

Odpowiedziało mu wzruszenie ramion. Podenerwowani i podekscytowani przed walką stali wszyscy w mrocznych czeluściach amfiteatru, przebierając palcami po rękojeści broni. „Oby każdy z nas zasłużył sobie na rudis” – mruknął jeden z nich. Ten człowiek zginął kilka chwil później przeszyty trójzębem, zatem Ariusz nie zdołał go nawet zapytać, co miał na myśli.

– Rudis to legenda – odparł beztrosko Gallus. – Drewniany miecz, który cesarz wręcza gladiatorowi, tym samym zwracając mu wolność. Zdarzyło się to raz albo dwa razy w historii igrzysk, wyłącznie w wypadku prawdziwych gwiazd, do których ty się raczej nie zaliczasz. Odbyłeś dopiero jedną walkę, i to nawet nie pojedynek. Czeka cię długa droga, zanim będziesz mógł się uważać za choćby dobrego wojownika.

Ariusz ponownie wzruszył ramionami.

– Grzeczny chłopiec… – Gallus sięgnął do jego ramienia i zaczął je gładzić. Od czasu do czasu podszczypywał pulchnymi palcami skórę gladiatora, nie przestając przewiercać go na wylot ciekawskim spojrzeniem czarnych oczek przypominających ziarenka pieprzu.

Ariusz wyciągnął wolną rękę, złapał stojącą tuż obok świecę i jakby nigdy nic oblał rozgrzanym łojem wydelikaconą męską dłoń.

Sparzony Gallus szarpnął się gwałtownie.

– Trzeba będzie popracować nad twoimi manierami – westchnął. – No to dobranoc, drogi chłopcze.

Ledwie drzwi zamknęły się za lanistą, Ariusz podniósł dzban i wypił wino do ostatniej kropelki. Opuszczając rękę z pustym naczyniem, odchylił głowę do tyłu, by oprzeć ją o mur. Pomieszczenie wokół nie wirowało jak powinno. Wina było za mało. Przymknął z rezygnacją oczy.

Nie chciał walczyć. Mówił poważnie, stojąc z Gallusem w mrocznym korytarzyku pod areną, dokąd dolatywały stłumione ryki widzów, krzyki rannych i skomlenie dogorywających bestii. A jednak wepchnięto mu w dłoń miecz i kazano walczyć, tak jak innym wojownikom, których zadaniem było rozbudzenie apetytów publiczności na mające nastąpić później pojedynki. Widok nacierającego Nubijczyka obudził uśpioną Furię, która rozprostowawszy swoje sploty, z radosnym wyciem wróciła na ścieżkę morderstwa.

Gdy się ocknął, stał w pełnym słońcu z krwią swojej ofiary na twarzy, a jego uszy rozdzierał aplauz publiczności. Samo wspomnienie tamtych wrzasków przyprawiało go o gęsią skórkę. Arena. Przeklęta arena. Tam szczęście zawsze się od niego odwracało. Nawet wyrżnięcie tamtych strażników przed siedmioma miesiącami nic nie dało – nadal chodził po tym świecie.

Aczkolwiek obudził się wtedy dopiero na sienniku. Twardym, gdyż Gallus nie rozpieszczał półżywych niewolników. Wydobywszy się na powierzchnię świadomości, co kosztowało go trochę bólu, po raz pierwszy usłyszał głos lanisty: piskliwy i afektowany, a jednak świadczący o jego prostackim pochodzeniu.

– Słyszysz mnie, chłopcze? Kiwnij głową, jeśli rozumiesz. Świetnie. Jak się nazywasz?

Wychrypiał w odpowiedzi swoje imię.

Gallus parsknął śmiechem.

– Chyba żartujesz. Pewnie jesteś z Brytanii, co? Wy, barbarzyńcy, nosicie imiona, których nie sposób powtórzyć. Ale takie się tu nie nada. Nazwiemy cię Ariusz. Brzmi trochę jak Ares, grecki bóg wojny, łatwo wpada w ucho… Tak, z takim imieniem zdołamy coś osiągnąć. – Zatarł pulchne dłonie. – Do rzeczy jednak. Zapłaciłem za ciebie niemałą sumkę, mimo żeś był ledwo żywy, a do tego butny. Nie patrz tak na mnie, dobrze wiem, za co trafiłeś na arenę. Wraz z innymi więźniami pracowałeś przy naprawie amfiteatru, dopóki nie udusiłeś strażnika jego własnym batem. Bardzo nieroztropne zachowanie, drogi chłopcze. Co ty sobie w ogóle myślałeś? – Pstryknął palcami na młodziutkiego niewolnika stojącego nieopodal z tacą pełną przekąsek. – No – podjął, przeżuwając zawzięcie – na początek może mi opowiedz, za co zakuli cię w kajdany.

– Wydobywałem sól… – powiedział Ariusz z wysiłkiem przez spuchnięte wargi. – U Celtów, potem u Galów…

– Ojej. Długo to robiłeś?

Ariusz wzruszył ramionami. Sam nie był pewien – dwanaście lat, może dłużej.

– Najwyraźniej sporo czasu. Poznać to po sile ramion i tej klatce piersiowej… – Lanista musnął pulchnym palcem muskuły niewolnika. – Wyrywanie brył soli ze skał i transportowanie ich w górzystym terenie z każdego zrobi mężczyznę. – Niechętnie cofnął rękę. – Ale żadna kopalnia nie nauczy człowieka posługiwać się mieczem. Gdzie się nauczyłeś wojować?

Ariusz odwrócił się twarzą do ściany.

– Nieważne. A teraz posłuchaj. Odtąd będziesz walczył dla mnie, w czasie i miejscu przeze mnie wyznaczonym. Jestem lanistą. Wiesz, kto to taki? Nie? Tak też myślałem, twoja łacina nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Otóż, drogi chłopcze, lanista to człowiek, który przygotowuje gladiatorów do walk. Zostaniesz gladiatorem. To życie dobre jak każde inne, gwarantuje kobiety, pieniądze, sławę. Przysięgę złożysz teraz, a ćwiczyć zaczniesz, jak tylko zrosną ci się kości. Powtarzaj za mną: „Godzę się na przypalanie żywcem, zakuwanie w dyby, chłostę i śmierć od miecza”. Takie są słowa gladiatorskiej przysięgi, chłopcze.

Ariusz wychrypiał, co Gallus może zrobić ze swoją przysięgą, po czym ponownie pogrążył się w nieświadomości.

Zanim był zdolny wstać o własnych siłach, upłynęło wiele dni, zrastanie się kości trwało miesiącami, a ćwiczenia w szkole gladiatorów Gallusa zabrały mu prawie pół roku. Jego przeciwnikami okazali się drobni przestępcy i oszołomieni niewolnicy kupieni na targu za bezcen – jednym słowem bezwartościowa banda. Ariusz bez trudu przystosował się do rutyny panującej w szkole gladiatorów, zamieniając się w kolejnego osiłka z wytatuowanymi na ramieniu skrzyżowanymi mieczami. Było to i tak lepsze od życia w kopalni.

Rudis… To słowo nieustannie go prześladowało. Brzmieniem przypominało raczej węża niż drewniany miecz. Ariusz nie rozumiał, jak niby wręczenie drewnianego miecza przez cesarza może kogoś uwolnić, a jednak ilekroć o tym myślał, przed oczami stawały mu zamglone, pokryte soczystą zielenią wzgórza rodzinnych stron.

Drewniany miecz. Używał takich dzień w dzień podczas ćwiczeń. I wiecznie je łamał, zbyt mocno uderzając. Czyżby to był zły omen? Wciąż miał w pamięci druidów z czasów wczesnego dzieciństwa w Brytanii – kapłani roztaczali wokół siebie woń jemioły i starych kości i we wszystkim, nawet w spadłym liściu, dopatrywali się znaku od bogów. Oni złamanie drewnianego miecza z pewnością uznaliby za złą wróżbę. Jednakże Ariusz nie pamiętał, aby w całym swoim życiu zobaczył choć jeden dobry znak.

Otrząsnął się z myśli o domu. Szkoła gladiatorów nie była taka zła. Na razie nie wzbogacił się ani nie miał kobiet na pęczki, jak obiecywał mu Gallus, ale przynajmniej nie musiał cierpieć bezlitosnego upału, spać na gołej skale czy też nosić kajdan wrzynających się bezlitośnie w kostki. W Rzymie codziennie dostawał porcję chleba, wino, by przetrwać noc, i mógł mieć nadzieję na szybką i bezbolesną śmierć. Tak, to było lepsze od życia w kopalni. Wszystko było lepsze od życia w kopalni.

Mimo to na wspomnienie ryczącego na widowni tłumu przechodził go zimny dreszcz.

Teja

Odkąd po raz pierwszy ujrzałam senatora Marka Wibiusza Augusta Norbanusa, chciałam się do niego porządnie wziąć: ostrzyc go jak należy, wyczyścić plamy inkaustu z jego palców, złajać niewolników, którzy nie potrafili wyprasować mu togi. Był rozwodnikiem od przeszło dekady, a służba rozleniwia się, kiedy pod dachem zabraknie pani domu. Postawiłabym pięć miedziaków, że Marek Norbanus, który czterokrotnie sprawował urząd konsula i był rodzonym wnukiem boskiego Augusta, sam sobie nalewa wino i własnoręcznie odkłada przeczytane zwoje, zupełnie jakby był zwykłym plebejuszem.

– Jak cię wołają, dziewczyno? – zapytał, kiedy podsunęłam mu tacę z marcepanowymi łakociami. Miał głęboko osadzone oczy i przyjazne, choć przenikliwe i wyniosłe spojrzenie.

– Teja, panie.

– Imię jest greckie, ale ty mi nie wyglądasz na Greczynkę. Zanadto przeciągasz samogłoski, no i masz nie taki kształt oczu… Może pochodzisz z Antiochii, lecz ja bym stawiał na Judeę.

Uśmiechnęłam się na znak zgody, po czym wycofałam, żeby dalej go ukradkiem obserwować. Jedno ramię miał skrzywione, przez co tracił równowagę i nieco utykał, ale to było widać tylko wtedy, gdy stał albo chodził. Na siedząco sprawiał imponujące wrażenie dzięki szlachetnemu profilowi i gęstym siwym włosom.

Biedny Marku Norbanusie, nowa żona zje cię żywcem…

– Senatorze! – powiedziała Lepida, wchodząc tanecznym krokiem. Spowijał ją jedwab barwy karneolu, a szyję i nadgarstki zdobiły sznury korali. Wydawała się śliczniejsza i bardziej opanowana niż kiedykolwiek. – Wcześnie przyszedłeś. Nie możesz się doczekać igrzysk?

– Dobre przedstawienie zawsze budzi zainteresowanie – przyznał, wstając i całując jej dłoń – aczkolwiek ja przedkładam nad nie swoją bibliotekę.

– No więc będziesz musiał zmienić przyzwyczajenia, gdyż ja wprost szaleję za igrzyskami.

– Wrodziłaś się w ojca, jak widzę. – Marek Norbanus skłonił się lekko gospodarzowi.

Kwintus Pollion przemknął nieco pogardliwym wzrokiem po zmierzwionych włosach gościa, jego wymiętej todze i naderwanym pasku u jednego sandała. Sam jak zwykle prezentował się nieskazitelnie: ubrany w idealnie przymarszczoną śnieżnobiałą togę i namaszczony wonnościami na tyle mocno, by podrażnić nozdrza. A jednak nikt mimo to nie wziąłby go za patrycjusza. Tak jak nie pomyliłby Marka Norbanusa z plebejuszem.

– Naprawdę znasz bratanicę cesarza? – zapytała narzeczonego Lepida, jak tylko wyszliśmy z domu jej ojca wprost w kwietniowe słońce. Błękitne oczy miała rozszerzone z podziwu. – Julię?

– Owszem, odkąd była o, taka mała – rzekł z uśmiechem Marek Norbanus. – We wczesnym dzieciństwie wraz ze swą kuzynką często bawiła się z moim synem. Paulinus obecnie jest pretorianinem, toteż naturalnie od dawna już się nie spotykają, ale ja od czasu do czasu wciąż składam Julii wizyty. Od śmierci ojca zdaje się bardzo przygnębiona…

Poranek zaślubin Julii i jej kuzyna Gajusza Tytusa Flawiusza wstał słoneczny i ciepły, dzięki czemu mogliśmy bez trudu udać się pieszo do świątyni Junony, opiekunki życia małżeńskiego, gdzie miało dojść do złączenia dłoni narzeczonych. Podróż lektyką i tak zresztą nie wchodziła w grę ze względu na ogromne tłumy na ulicach. Co rusz byłam odtrącana na bok przez rozpychających się czeladników, ciekawskie matrony oraz żebraków usiłujących mi się dobrać do sakiewki. Pewien piekarz w umączonym stroju nadepnął mi boleśnie na stopę, przez co omal nie upadłam.

– Uważaj, dziewczyno! – Marek Norbanus schwycił mnie pod łokieć z zadziwiającą zręcznością.

– Dziękuję, panie – odparłam strapiona. Był zbyt miły jak na męża Lepidy. Osobiście miałam nadzieję, że trafi jej się jakiś demon.

– Och, patrzcie! – zakrzyknęła Lepida, porzucając bok narzeczonego i przepychając się na czoło tłumu. – Są tam!

Zerknęłam ponad ramieniem Kwintusa Polliona. U stóp świątyni ujrzałam kapłana, a obok niego zarumienionego wysokiego mężczyznę, bez wątpienia pana młodego. Był w świetnym humorze, co dało się poznać po przepychankach i żartach z towarzyszącymi mu młodzikami.

– Przystojny jest – obwieściła Lepida. – Chociaż trochę za gruby. Prawda?

Marek Norbanus wydawał się rozbawiony.

– Flawiusze już tacy są – skwitował taktownie.

– Och. W takim razie nie jest gruby, tylko okazały.

Uszy rozdarł nam ryk cesarskich trąb. Wokół zaroiło się od sług cesarza. Pretorianie w lśniących napierśnikach i hełmach z czerwonymi pióropuszami utworzyli szpaler, którym miała przejść panna młoda.

– Czy to Julia? – Lepida wykręcała szyję, żeby lepiej widzieć.

Z wielką uwagą przyjrzałam się cesarskiej bratanicy, która ponoć chciała zostać westalką. Julia okazała się dziewczęciem drobnej budowy, o włosach barwy słomy i wciąż dziecięcej figurze, skrywanej teraz przez białą ślubną szatę. Ognisty welon sprawiał, że jej alabastrowa twarz wydawała się nawet bledsza niż w rzeczywistości. Jakby pozbawione krwi wargi miała rozciągnięte w uśmiechu, lecz właściwie nie wyglądała na uradowaną.

– Brzydko jej w tym kolorze – podsumowała Lepida na mój użytek. – W zetknięciu z nim cera przypomina niedojrzały ser. Ja w dniu swojego ślubu będę wyglądać o wiele ładniej.

Młoda para złączyła dłonie w świątyni. Julia wypowiedziała ustaloną formułkę: „Ubi tu Gaius, ibi ego Gaia”, po czym oboje młodzi wymienili ślubne ciastka i pierścienie. Następnie podpisano umowę małżeńską. Kapłan zaintonował modlitwę, a ryczący biały byk chlusnął w ofierze własną krwią na marmurowe stopnie świątyni Junony. Zwyczajowo zaślubiny w rodzinie cesarskiej odbywały się w zaciszu pałacu, jednakże Domicjan ku uciesze plebsu okazał się miłośnikiem publicznych spektakli.

– Powinna się uśmiechać – krytykowała dalej Lepida. – Nikt nie chce oglądać panny młodej przypominającej trupa.

Zanim rozpoczął się pochód, pan młody musiał symbolicznie wykraść pannę młodą z ramion matki. Nieżyjącą matkę Julii zastępował jej wuj. Julia odrzuciła płomienny welon na jasne włosy i bez protestu dała się przytulić Domicjanowi. Gdy jej mąż obiema rękami wyszarpywał ją z objęć wuja, ja przyglądałam się uważniej cesarzowi.

Był to wysoki, dobrze zbudowany i pełen wigoru mężczyzna w połyskującym złotym wieńcu na głowie, starszy ode mnie mniej więcej dwukrotnie i odziany w lśniący purpurowy płaszcz. Potężne barki Flawiuszów zapowiadały otyłość w późniejszym wieku. Szeroka rumiana twarz sprawiała przyjemne wrażenie…

Szybko pobiegłam wzrokiem do Julii, obecnie już w ramionach męża. Było mi jej żal, co może się wydawać dość dziwne – niewolnica użalająca się nad bratanicą cesarza! Ale kiedy i ona podniosła oczy, na moment zawieszając na mnie spojrzenie, zanim zdążyłam opuścić powieki, zrozumiałam, że Julia Flawia podczas ślubu czuje się zagubiona, przerażona i skazana tylko na siebie. Chociaż był piękny wiosenny dzień, a ona miała cały świat u swoich stóp.

– No i po wszystkim! – Kwintus Pollion klasnął w dłonie. – Lepiej ruszajmy do amfiteatru. Dzisiejsze przedstawienie będzie wyjątkowe, mówię wam. Wynalazłem tuzin przedziwnych pasiastych koni, które nubijski handlarz nazywa zebrami…

Senator zaproponował, abyśmy tym razem skorzystali z lektyki i skrótu wiodącego przez ulicę Marsa. Musiałam truchtać, podczas gdy Lepida – wciśnięta obok swego narzeczonego – spijała z jego ust każde słowo i rzucała mu spojrzenia spod długich czarnych rzęs. Pajęczyca usidlająca smakowitą muchę.

Kwintus Pollion właśnie się zachwycał, jaki to świetny interes zrobił, kupując po okazyjnej cenie dwadzieścia tygrysów oferowanych przez indyjskiego handlarza, gdy lektyka zahamowała raptownie. Ulicę blokował sporej wielkości wóz, okuty żelazem i zamknięty na cztery spusty, oraz lektyka niesiona przez sześciu złotowłosych Greków. Na naszych oczach rozwarła się pobliska brama, zakratowana niczym wejście do więzienia, a zza niej wyłoniła się grupa maszerujących mężczyzn. Kiedy wsiadali do wozu, spod ich purpurowych płaszczy pobłyskiwały zbroje, spod hełmów zaś wyzierały ponure oblicza. Byli to gladiatorzy.

– Wojownicy Gallusa – orzekł Kwintus Pollion i odchylił zasłonkę, żeby lepiej widzieć. – Marni, wszyscy co do jednego. W sam raz na przynętę dla lwów. Podobnie jak Gallus, gdybyście chcieli znać moje zdanie. To ten tam, w lektyce.

Jak na zawołanie zza pomarańczowych jedwabnych zasłonek wychylił się tłusty mężczyzna z wianuszkiem ociekających olejkiem loków ułożonych nad czołem.

– Każesz nam czekać, drogi chłopcze! – zawołał w stronę bramy.

W tej samej chwili ze szkoły gladiatorów wyszedł rudowłosy wielkolud rodem z Galii albo Brytanii. Nosił nagolenice, zieloną przepaskę i absurdalnego kształtu hełm z również zielonym pióropuszem. Rękę, w której trzymał miecz, chroniła pancerna osłona, a nagie plecy i pierś przecinały mu skórzane pasy. Twarz miał kamienną – i dobrze mi znajomą.

To był ten sam niewolnik, który przed siedmioma miesiącami podczas igrzysk z okazji wstąpienia Domicjana na tron podniósł rękę na pilnujących go strażników. Nadal pamiętałam, że uroniłam po nim łzę, podobnie jak zdarzało mi się zapłakać nad losem powalonych lwów z przeszytymi włócznią potężnymi piersiami. Sądziłam, że zginął! Po tym, jak cesarz okazał mu łaskę, musieli go wywlec z areny żelaznymi hakami, zupełnie jak padłe zwierzęta. Tymczasem on wcale nie umarł. Wrócił – i był gladiatorem.

– Pośpiesz się, Ariuszu! – ponaglał go niecierpliwie lanista siedzący w lektyce. – Blokujemy przejazd.

Wielkolud złapał się krawędzi wozu i zgrabnie wskoczył do środka.

Ariusz. A więc takie nosi imię…

Choć ten jeden raz nie mogłam się doczekać igrzysk.

W podziemiach Koloseum huczało niczym w rurach akweduktu. Jasnymi od płonących pochodni korytarzami biegali niewolnicy – jedni z brusami do ostrzenia broni, inni z prętami do drażnienia dzikich zwierząt przed wypuszczeniem ich na arenę, jeszcze inni z żelaznymi hakami do ściągania zwłok z piachu. Z głębi dolatywały ryki lwa bądź umierającego człowieka.

– Główna bitwa lada moment! – zamiast powitania warknął do Gallusa nadzorca, omiatając spojrzeniem gladiatorów. – Do tego czasu nie chcę ich nawet widzieć. Który z nich to ten Bryt? Wchodzi zaraz po tym, jak tygrysy rozprawią się z jeńcami.

Syknięcie Gallusa wystarczyło, aby Ariusz ruszył ciemnym korytarzykiem. Do trzewi olbrzymiej budowli nigdy nie docierało słońce ani wiosenny wietrzyk, było tu zawsze zimno i wilgotno. W powietrzu unosiły się drobinki gliny naruszonej wibracjami powodowanymi przez gromkie okrzyki publiczności.

Wyżej dostał się dzięki mechanicznemu wyciągowi, po czym u samego wejścia odebrał od niewolnika miecz i ciężką tarczę, których tamten pozbył się w wyraźnym pośpiechu.

– Powodzenia, gladiatorze!

Czekając, Ariusz przejechał po ostrzu palcem osłoniętej dłoni. Oczami wyobraźni zobaczył znów upragniony drewniany miecz.

Ryki tłumu umilkły. Uszu Ariusza doleciał przytłumiony głos człowieka zapowiadającego kolejne występy.

– A teraz… wprost z dzikiej Brytanii… Ariusz Barbarzyńca… w roli…

Zgrzytnęła i uniosła się ciężka brama. Do pogrążonego w mroku przejścia wlało się światło słoneczne.

– W roli Achillesa, wojownika wszech czasów!

Ledwie wydostał się na zewnątrz, poczuł niemal namacalny wrzask publiczności. Pięćdziesięciotysięczny tłum krzyczał jego imię. Oczy poraziła mu mozaika jaskrawych stoli i białych tóg, bladych owali twarzy i ciemnych czeluści otwartych ust, a wszystko to na tle oślepiającego lazuru nieba.

Stwierdziwszy, że sam gapi się z otwartymi ustami, czym prędzej opuścił zasłonę hełmu. Nie musiał wiedzieć, jak wygląda Achilles ani jaką rolę odgrywa. Trzeba mu się było skupić na zabijaniu.

Ukryty w nim demon rozprostował swoje sploty.

I znów rozległ się głos zapowiadacza, uciszając aplauz widowni:

– Oraz godny przeciwnik mocarnego herosa Achillesa…

Zadudniła brama po drugiej stronie areny. Ariusz ruchem ramion strącił spowijający go płaszcz i uniósłszy miecz, przyczaił się w przyklęku.

– Królowa Amazonek i jej wojowniczki!

Ariuszowi zadrżała ręka.

Kobiety. Dokładnie pięć kobiet. Uzbrojone w półksiężycowate tarcze, kostki nóg ozdobiły złotymi bransoletami, a na głowy włożyły złociste hełmy z pióropuszami. Piersi pozostawiły obnażone, żeby publiczność miała się do czego ślinić. Uniosły wysoko błyszczące miecze i zacięły wargi w wąską kreskę.

Gladiator poczuł, jak Furia go opuszcza, ustępując wewnętrznemu chłodowi i powodując drżenie całego ciała. Czubek miecza opadł, muskając piasek.

Przywódczyni w hełmie ze szkarłatnym pióropuszem wydała przenikliwy okrzyk przypominający wołanie pustułki i na podobieństwo drapieżnego ptaka rzuciła się ku niemu.

– A niech tam! – mruknął i ponownie wzniósł miecz.

Rozprawił się z nimi pojedynczo. Na pierwszy ogień poszła najdrobniejsza. Mogła mieć góra czternaście lat. Wykonała pchnięcie raczej rozpaczliwe niż umiejętne i błyskawicznie straciła życie. Druga była brunetka ze znamieniem na barku. Wytrącił jej miecz z dłoni i zarąbał ją, odwróciwszy wzrok. Każde uderzenie trwało w jego odczuciu stulecie.

Jakby w zwolnionym tempie zobaczył, że przywódczyni przywołuje do siebie pozostałe przy życiu Amazonki. Domyślił się, co zamierza. Przypuszczając wspólny atak, miałyby szanse go powalić. Jednakże poddały się panice i rozpierzchły zanadto, aby ten plan mógł się powieść. Przy wtórze ochrypłych krzyków zachwyconej publiczności Ariusz dopadł wszystkie trzy i uśmiercił kolejno.

Starał się zabijać szybko.

Ostatnia była przywódczyni w szkarłatnym pióropuszu. Broniła się dzielnie, raz po raz przyjmując ciosy jego miecza na tarczę. Ilekroć skrzyżowała z nim broń, miał wrażenie, że odtrąca kruchą gałązkę. Zza zasłony jej hełmu patrzyły na niego wielkie przerażone oczy.

W końcu odrzucił daleko jej miecz i wraził umbo tarczy w nieosłoniętą niczym pierś Amazonki. Kobieta wygięła z bólu szyję, po czym padła w piach niczym rozbita gliniana figurka.

Wciąż jednak żyła. Dławiła się własną krwią, z każdym ruchem zmiażdżonych żeber usiłując zaczerpnąć tchu. Ariusz postąpił krok do przodu, chcąc poderżnąć jej gardło. Wtem powtarzane chóralnie słowo wdarło się do jego świadomości:

– Mitte! Mitte!

Rozejrzał się wokół nieprzytomnie. Wszyscy widzowie wyciągali kciuki w geście łaski. Ogłuszający ryk był przyjazny, opinia jednogłośna: ocalić ostatnią Amazonkę.

Zapiekły go oczy od lejącego się z czoła potu. Cisnął miecz na ziemię i uklęknął na jedno kolano, wsuwając rękę pod ramię Amazonki. Kobieta krwawiła zewsząd…

Znienacka uniosła powieki i omiotła go gasnącym spojrzeniem. Ostatkiem sił sięgnęła ręką do jego twarzy. Moment później Ariusza przeszył dreszcz aż do szpiku kości: umierająca kobieta odezwała się w języku, którego nie słyszał od kilkunastu lat. W jego ojczystym języku.

– Proszę – wycharczała.

Gapił się na nią bez słowa.

Raz jeszcze zachłysnęła się własną krwią i powtórzyła:

– Proszę…

Patrzył prosto w jej ogromne, rozszerzone błaganiem oczy.

– Proszę!

Złapał ją za włosy i odwrócił głowę tak, aby odsłonić długą szyję. Kobieta zacisnęła powieki z chrapliwym westchnieniem. Ariusz ciął pulsującą tętnicę za jej szczęką.

Dopiero gdy zmaltretowane ciało zwiotczało w jego ramionach, podniósł wzrok na ścichłą nagle widownię. Dźwignął się z piachu, cały umazany krwią ofiary, czując na sobie ciężar niedowierzających spojrzeń.

Furia odrodziła się w nim na nowo. Z całych sił zaczął walić płazem miecza w kamienną ścianę. Uderzał raz za razem, czując, jak prężą mu się muskuły grzbietu, aż w końcu ostrze rozpękło się przy wtórze raniącego uszy zgrzytu. Grzmotnął obiema połówkami o ziemię, splunął na nie siarczyście, a potem zerwał z głowy hełm i także posłał go w piach. Wściekłość podeszła mu do gardła i wydostała się z niego na zewnątrz – nie w formie przekleństw, lecz długiego nieartykułowanego ryku.

Publiczność znów się rozszalała.

Ludzie bili brawo, wiwatowali, wrzeszczeli, wykrzykiwali pochwały, które spadały na jego głowę niczym palący deszcz. Sypali mu monety, kwiaty, zrywali się ze swoich miejsc i skandowali jego imię. Tupali i kołysali się w kamiennych rzędach.

Dopiero wtedy – stojąc samotnie na wielkiej arenie, otoczony przez ciała pięciu kobiet i wirujące wciąż w powietrzu kwietne płatki – rozszlochał się sucho.

Przekład: Urszula Gardner

Redakcja: Irena Kowalska

Korekta: Bożena Sęk, Agnieszka Trzeszkowska

Cover design by Richard Hasselberger

Zdjęcie wykorzystane na I stronie okładki: Cover Art by Alan Ayers

Adaptacja okładki: Krzysztof Rychter

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2278-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Tomasz Szymański / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kochanica cesarza. Tom 1 Wąż i perła 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy