Homo polacus. Eseje o polskiej duszy

Homo polacus. Eseje o polskiej duszy

Autorzy: Piotr Augustyniak

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 21.83 zł

Karzeł czy olbrzym? Mesjasz narodów czy homo sovieticus? Piotr Augustyniak przygląda się napięciom tkwiącym w duszy Polaka. Nieodmiennie uwikłanego w historię, targanego resentymentami, zarazem zaś uparcie ufającego w postęp. Rozdartego między mityczną Sarmacją a realną emigracją, między drobnym cwaniactwem a heroizmem Powstania, między Ojczyzną a „synczyzną”… W rozważaniach towarzyszą autorowi wielcy XX wieku – politycy, myśliciele, pisarze – którzy z kolei przywołują własnych mistrzów i antymistrzów. Ostatecznie więc obok Piłsudskiego i Dmowskiego, Witkacego, Schulza i Bobkowskiego, Miłosza, Herberta, Rymkiewicza czy ks. Tischnera w tej międzypokoleniowej dyskusji uczestniczą też Mickiewicz, Sienkiewicz, Conrad, a nawet – Nietzsche. Nie jest to rozmowa „ku pokrzepieniu serc”, jednak warto się jej przysłuchać.

Moim synom

Jasiowi i Wawrzkowi

na przyszłe zmagania

Od autora

Przez ostatnie lata odzyskanej wolności zrobiliśmy ogromny krok w stronę Polski nowoczesnej. Stwierdzenie to jest truizmem, który jednak warto na wstępie odnotować, aby właściwie zrozumieć rozważany w tej książce problem. Można go ująć tak: czy to zauważalne na każdym kroku polskie unowocześnienie, tożsame z integracją ze światem Zachodu, przebudowujące nasze miasta i wsie, naszą architekturę i infrastrukturę, czyniące z Polski „zieloną wyspę” i „lidera przemian”, jest w stanie równie dogłębnie przemodelować polskie myślenie? Doprowadzić do przezwyciężenia polskiego kompleksu, który na trwałe wpisał się w polską tożsamość, ukształtowaną jednocześnie przez powstańcze klęski i romantyczne rojenia? Można bowiem odnieść wrażenie, że przyjmując z łat­wością i wielkim entuzjazmem nowoczesny styl życia, kompleks ten niesiemy w sobie nadal, tyle że w formie nieco przytłumionej i przygaszonej, a przecież wciąż groźnej, nadającej naszej nowoczesności znamię czegoś połowicznego, ocierającego się o imitację i karykaturę. Nie wspominając już o niebezpieczeństwie jego nawrotów ze wzmożoną siłą, kiedy spotykają Polskę spektakularne niepowodzenia i katastrofy.

Polski kompleks nie został więc do dziś przezwyciężony. Dlatego trzeba wciąż na nowo pochylać się nad polską duszą, próbować zrozumieć jej zawikłanie, w którym wielki potencjał splata się z wewnętrzną, paraliżującą niemożnością. Książka ta próbuje opisać owo wewnętrzne zmaganie, wychodząc z założenia, że jest dziś właściwy czas, aby się nad tymi ograniczającymi i krępującymi wątkami polskości zastanowić. Choćby po to, żeby do przyszłych prób, których przecież historia nikomu nie szczędzi, przystąpić z większą duchową suwerennością, jakiej przykłady dają bohaterowie niniejszych rozważań. Żeby w oparciu o ich przemyślenia stworzyć narzędzie pomocne w kształtowaniu polskości twórczej i wewnętrznie wolnej.

Bohaterami, o których mowa, są wybitni polscy intelektualiści XX wieku. Ich grono uzupełnia Fryderyk Nietzsche, który o tyle jest tu u siebie, że sam uważał się za Polaka. Składające się na książkę eseje próbują w dialogu z formułowanymi przez te postaci poglądami odsłaniać i opisywać meandry polskiej tożsamości oraz jej odniesień do nowoczesności.

Eseje niniejsze były publikowane na łamach „Przeglądu Politycznego”. Jedyny wyjątek stanowi szkic o Tadeuszu Borowskim. Oddając do rąk czytelnika złożoną z nich książkę, chciałbym serdecznie podziękować Wojciechowi Dudzie, bez którego inspiracji, intuicji i pasji zakończyłbym pisanie na pierwszym szkicu. Kilkuletnia współpraca z gdańskim redaktorem była dla mnie niezwykłą i bardzo pouczającą przygodą intelektualną. Bardzo dziękuję również panu Henrykowi Woźniakowskiemu za to, że dostrzegł w moich esejach potencjał wart książkowej publikacji w Znaku, oraz za pomoc w nadaniu książce jej ostatecznego kształtu.

Zwrot „Homo polacus ”, stanowiący tytuł książki, zaczerpnąłem ze Szkiców piórkiem Andrzeja Bobkowskiego.

Kraków, 26 lutego 2015 roku

Polska Nietzkiego

U podstaw polskiej tożsamości ukryty jest kompleks: z jednej strony, jesteśmy złaknieni zachodniego stylu życia i stajemy się coraz bardziej wyemancypowani i niezależni, z drugiej strony, tkwi w nas wiele starych uprzedzeń i przesądów. Myślę, że to dzięki temu kompleksowi w „traumatycznym” czasie III RP przechowaliśmy wiarę w wielkość katolickiego polskiego narodu. Wcale nie chodzi o to, że ciągle są pełne ławki naszych kościołów. Również nie o to, że pamięta się u nas o tradycji, kultywuje narodowe zwyczaje, przywiązuje wagę do symboli: kocha naszego Papieża i ubóstwia narodowe barwy. Dziwne jest raczej to, że polska religijność i patriotyzm nie zmieniają się wraz z całą głęboką przemianą sposobu życia, która rozpoczęła się w 1989 roku. A tylko tak mogłyby mieć coś do powiedzenia o naszej sytuacji i w ten sposób uchronić się przed dewaluacją, infantylnością i anachronizmem. Zamiast ewolucji mamy jednak stagnację w postaci niegroźnych małyszo- i dudkomanii.

Istnieje więc u nas jakieś zawikłanie, które nie pozwala ani skonać narodowej dumie, ani uczynić jej czymś niepretensjonalnym i konstruktywnym.

Polska Nietz…kiego

Współczesna polska tożsamość rodziła się w przeszłości, zarówno tej dawniejszej, jak i tej bliższej. To truizm, można go jednak boleśnie doświadczyć na własnej skórze. Rodząc się i żyjąc w tym kraju, zostaliśmy, chcąc nie chcąc, wrzuceni w splot pewnych okoliczności i faktów: zbiorowych mrzonek, z trudem odniesionych sukcesów, nagminnych porażek, paranoidalnych lęków oraz często nieuzasadnionych nadziei. Nasze indywidualne życie, jakkolwiek się potoczy, nigdy się od tego bagażu całkiem nie oderwie. Nieważne, czy stanie się przedmiotem perwersyjnej miłości i dumy czy wstydu i zażenowania, czy zignoruje się go, podążając ścieżką twórczego samorozwoju. Bycie Polakiem nie jest kwestią wyboru. Wchodzi w krew, zanim pojawi się możliwość zgłoszenia akcesu lub odmowy. Polska to taka zbiorowa nieświadomość, determinująca nasz sposób bycia, w której kryje się źródło polskiej sprzeczności: poczucie niższości nagle przechodzące w zbiorową manię wielkości.

Przekazano mi w dzieciństwie – pisał Nietzsche w 1882 roku – bym pochodzenie swoje i nazwisko wywodził od polskiej rodziny szlacheckiej, która nazywała się Niecki i przed około dwustu laty porzuciła ojczyznę i tytuł, uchodząc przed nieznośnymi represjami na tle religijnym: byli to bowiem protestanci.

Nie przeczę, że jako chłopiec niemało dumy czerpałem z tego swojego polskiego pochodzenia; co jest we mnie z niemieckiej krwi, zawdzięczam wyłącznie swojej matce, z domu Oehler, i matce mojego ojca, z domu Krause, poza tym wydaje mi się, że we wszystkim, co istotne, pozostałem Polakiem. […] Przyjemnie było mi myśleć o prawie polskiego szlachcica do tego, by swym prostym veto obalić decyzje zgromadzenia; Polak Kopernik zaś wydał mi się tym, który z tego prawa do zakwestionowania decyzji i złudzeń wszystkich innych ludzi uczynił największy i najgodniejszy użytek. […] U Szopena szanowałem to, że uwolnił muzykę od niemiec­kich wpływów, od skłonności do rzeczy szpetnych, ponurych, drobnomieszczańskich, niezdarnych, od pyszałkowatości: piękno i szlachetność ducha, wspaniała pogoda, swoboda i bogactwo duszy, jak również południowy żar i waga doznania… 1

Odsłania się w tych słowach całe polskie zapętlenie. Istotą polskości odziedziczonej przez Nietzschego jest liberum veto. Jako polityczne prawo przysługujące szlachcie stanowi ono w jego oczach oznakę czegoś bardziej podstawowego: pewnego rodzaju instynktu. Veto – „nie zgadzam się” – jest jak dynamit, który otwiera jednostce drogę do czynu przełamującego zbiorowe, tłumne złudzenia. Tak miało być właśnie w przypadku Kopernika. Instynkt ten zmusza do ­oprotestowania i odrzucenia wszystkiego, co jest zbiorowym mniemaniem i dążeniem. Nietzsche miał na tym punkcie prawdziwą obsesję. Nic dziwnego więc, że w polskim veto dostrzegł zadatek wielkości i chętnie sam siebie uważał za Polaka.

Protestujący Polak jest synonimem istoty odrzucającej wszystko, co autorytatywnie narzucone i grupowo przyświadczone – każdą ustaloną, niezmienną, obiektywną wartość. Polak więc to ­protestant, odrzucający wszelkie przeszkody na drodze do bycia wolnym i twórczym człowiekiem. To właśnie doszło do głosu w muzyce największego z Polaków, Fryderyka Chopina, jako piękno i szlachetność, bogactwo i swoboda wolności, żar i wrażliwość.

Na tę najdawniejszą, pierwotną polskość nakłada się w opisie Nietzschego coś zupełnie innego. Jest to wrogość i nietolerancja wobec tego źródłowego dla polskości protestanckiego instynktu. Nietolerancja, choć wtórna, zrasta się z polskością tak mocno, że stanowi odtąd drugi, dominujący w historii, polski instynkt. Ta wrogość odbiera konsekwentnie protestującym jednostkom prawo nie tylko do nieskrępowanych twórczych poszukiwań, ale w ogóle do jawnej obecności w granicach Polski.

Można powiedzieć tak: miejsce „Polaka-protestanta” zajmuje „Polak-katolik”. Jest to istota do głębi niepolska, bo niewierna źródłowemu żywiołowi polskości. Realizująca go przewrotnie, pod dyktando instynktu wrogości i nietolerancji. Miejsce indywidualnego veto zajmuje tu protest zbiorowy, powszechny, „katolicki”. Odrzucający wszystko, co nie podporządkowuje się wspólnocie i jej zdaniu. Nietzsche, identyfikując się z polskością liberum veto , ipso facto odcina się od jej narodowo-katolickiej, zaprzecznej, zepsutej modyfikacji. Z tego względu wobec zagadujących go po polsku „rodaków” zdarzało mu się – jak pisze – wypierać się swej polskości i przedstawiać jako Szwajcar 2 . A swą fascynację polskością wypowiadał zasadniczo w czasie przeszłym.

Źródłowy Polak, opisany przez Nietzschego, w Polsce zdominowanej przez jego zbiorową antytezę traktowany jest jako przeciwieństwo Polaka. Jako człowiek nietypowy, skazany na kompleks darmozjada, wywrotowca lub pięknoducha, inteligenta lub liberała. Jego pozostanie w granicach Ojczyzny jest możliwe tylko za cenę przeniesienia ostrza jego indywidualnego protestu do podziemia lub na margines oficjalnego, polityczno-religijnego życia. Alternatywą jest bycie, podobnie jak Nietzsche, Polakiem na obczyźnie – Polakiem bez Polski. Do wyboru: albo infantylizacja, albo marginalizacja, albo wyniszczający kosmopolityzm bez ziemi.

Kim więc Polak jest naprawdę? Zdolnym do odmowy szlachcicem ducha na obczyźnie czy z gruba ciosanym, nie w pełni wyosobnionym członkiem „katolickiego” narodu, zamieszkującym w kraju nad Wisłą? A może jednym i drugim po trochu, istotą – jak chciał ­Brzozowski – zdziecinniałą, w wewnętrznym zapętleniu obu odziedziczonych instynktów wijącą sobie przytulne gniazdko? Polak tkwi w tej sprzeczności, nic sobie z tego nie robiąc. Szlachetność oprotestowująca wszystko, co narzucone przez zbiorowość, połączona z pędem do autodestrukcyjnego poczucia winy za posiadanie tych aspiracji, prowadzi do miernej codzienności, która jest (tylko z pozoru niegroźną) formą zatopienia w grupie oraz cichej, zawistnej niechęci wobec inności i wyjątku. Dlatego stać nas tylko na rzadkie infantylne erupcje ułańskiej fantazji. Twórczość, ironia, zmysł wolności zatracają się i bagatelizują w zbiorowej, ksenofobicznej tożsamości „katolickiego” narodu.

Okazuje się w ten sposób, że polska tożsamość nie jest wcale, wbrew utrwalonym przekonaniom, „katolicka”. Nie jest też „narodowa”. Jej symbiotyczne przywiązanie do narodowej wspólnoty i katolickiej tożsamości to coś wtórnego i neurotycznego. To sposób radzenia sobie z poczuciem winy wzbudzanym przez zbiorowy instynkt, wrogi wolnej indywidualności. Dlatego polskie życie społeczne jest areną ciągłej szamotaniny. Porywy wyzwolenia źródłowej energii są regularnie osłabiane i tłumione w takt nasilających się cyklicznie narodowo-religijnych uczuć, wybuchów ekspiacji, przechodzących w zbiorowe sny o potędze. To ich nieuchronna powtarzalność sprawia, że dzisiejsza Polska nie może stać się naprawdę wolna, twórcza i normalna, lecz szamoce się pomiędzy przyjęciem i odrzuceniem przybywającej z zewnątrz nowoczesności.

Przemiany ducha

Skąd bierze się jednak ta szamotanina? Dlaczego Polak, mając w sobie „protestancki” instynkt, ma kłopoty, żeby w nim wytrwać i popada w jego „katolickie” zaprzeczenie? Kluczem do tej zagadki nie mogą być dziejowe klęski I Rzeczypospolitej, bo przecież były one w dużym stopniu nie źródłem, ale wynikiem już od dawna postępującej degeneracji. Nasuwa się myśl, że to w samym polskim „protestantyzmie” tkwi pewna skaza, która o tej degeneracji przesądza.

Jeszcze raz Nietzsche:

Lecz na pustyni najsamotniejszej dokonuje się druga przemiana: lwem staje się tutaj duch, chce, by wolność padła jego łupem, panem chce być […] o zwycięstwo chce walczyć z wielkim smokiem.

Kimże jest wielki smok, którego duch nie chce już nazywać panem i bogiem? „Powinieneś” – zwie się ten wielki smok. Ale duch lwa mówi: „Chcę” 3.

Lew w imię „chcę”, w imię swobody decydowania o sobie, występuje przeciw jakiejś zewnętrznej woli, przeciw naciskowi narzucającemu, jak żyć i co czynić. Dlatego lew jest odpowiednikiem „Polaka-protestanta”, który również swoim zdecydowanym „nie” sprzeciwia się przytłaczającej, zewnętrznej sile dziejowego „powinieneś”. Stąd polskie powstania, polska konspiracja, polskie „stawanie okoniem”, a nawet nieznośne, infantylne kombinatorstwo.

Pytam więc: co jest nie tak z polskim „protestantyzmem”? Dokładnie to samo, czego brakuje lwu: Tworzyć nowe wartości – tego i lew jeszcze nie potrafi. Ale stworzyć sobie wolność dla nowego tworzenia – oto, co potrafi moc lwa. […] .

Ale powiedzcie, bracia moi, cóż takiego potrafi dziecko, czego nawet lew nie potrafił? Czemu lew-grabieżca musi stać się jeszcze dzieckiem?

Niewinnością jest dziecko i zapomnieniem, rozpoczynaniem od nowa, grą, kołem, co samo z siebie się toczy, pierwszym ruchem i świętym, wymówionym Tak.

Tak, do gry tworzenia potrzeba świętego mówienia Tak (ZAR, s. ­30–31).

Polski „protestantyzm” ma tę słabość, że zbyt rzadko wyrasta z niego twórczość. Polskie „chcę” wyczerpuje się bowiem w proteście. Nie chodzi o to, że nie potrafimy być kreatywni, pracowici, zaradni, lecz że nasza twórczość jest naznaczona kontestacją i że kryje się w niej lęk o samych siebie; że nawet z tworzenia czynimy narzędzie odmowy, głośnego „nie” wobec świata. Tymczasem odmowa i protest mogą być drogą do czegoś czysto pozytywnego.

Przykładem niech będą raz jeszcze Kopernik i Chopin. Pierwszy nie tylko oprotestował starą kosmologię, ale genialnie stworzył fundament nowej. Drugi nie tylko – zdaniem Nietzschego – przełamał niemiecką dominację w muzyce, ale wykreował nowy jej kształt i koloryt. Dlatego są obaj czymś nadpolskim, czymś, co się w Polsce prawie nigdy nie pojawia.

Nam, Polakom, świat zwykle zagraża. Nie jest dla nas zaproszeniem do afirmacji polegającej na jego współkształtowaniu. I znów można wyjaśniać, że jest tak na skutek historycznych okoliczności, wyjątkowej brutalności i nieprzychylności losu. Zgoda, lecz tym większa i tym bardziej paląca jest potrzeba odnalezienia w sobie nie oglądającej się wstecz, ironicznej wobec własnej przeszłości, twórczej, pozytywnej energii. Jej zagubienie sprawia, że żyjemy wciąż zajęci sobą, wspomnieniem poniesionych krzywd, marnotrawionych szans, trawieni wewnętrzną niemożnością. Dlatego też nasz „protestantyzm” stał się własną infantylną karykaturą, pieniactwem, brawurą i wódczanym polotem, zawiścią i resentymentem, który jest fundamentem „katolickiej” Polski.

Mówiąc może nazbyt podniośle: zamiast stać się heraklitejskimi dziećmi, które w zabawie o nazwie „życie” zapominają o samych sobie – nazbyt często lądujemy w ciasnej piwniczce naszego niewydarzenia, gdzie ogłupiali i infantylni pędzimy groteskowy, ale przerażający żywot, nawiedzani wciąż tymi samymi widmami przeszłości.

Gombrowicz: Gdym zmysły odzyskał, w piwnicy jakiejś się ujrzałem, słabo światłem z małego okienka rozjaśnionej. […] Więc powiadam: – Na Boga żywego, ludzie, chyba pijani jesteście, powiedzcież mi, gdzie jestem i za co mnie prześladujecie […]. Za całą odpowiedź tylko Dychanie ich Ciężkie, umęczone, usłyszałem […].

Pojąłem tedy, że nie ma nadziei 4 .

I dalej: Odtąd się ta Męka zaczęła, Golgota, ten Związek, Potrzask Szatański, Diabelski.

[…] W tym zaś ścisku dawność, dawność wraca i już jakby nie przeszłe, a Zaprzeszłe było… Więc Pyckal Baronowi, Ciumkale złamany paznokieć pokazał, a Kasjer „Józef, Józef, nie płacz” mówi, a Księgowy płacze! […] o Boże, Boże, po cóż tu siedzimy, o Boże, Boże, przecie wszyscy wyjść chcemy… a tam Swoboda […] ja Wyjdę, Wyjdę, o już Wychodzę, Wychodzę! […] Wtem ruszył się Pyckal; Baron krzyknął, jemu Ostrogę wraził; Pyckal na ziemię z kwikiem upadłszy, mnie dziubnąć chciał, ale chybił; wtenczas panna Zofia mnie swoje wsadziła ostrze; i tak my wszyscy na ziemi w Konwulsjach i z Pianą! 5

1 F. Nietzsche, Pisma pozostałe, wybrał, przełożył i przedmową opatrzył B. Baran, Kraków 2004, s. 270–271.

2 Por. tamże, s. 271.

3 Tenże, To rzekł Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, przeł. S. Lisiec­ka, Z. Jaskuła, Warszawa 1999, s. 30. Dalsze cytaty z tego dzieła oznaczam skrótem ZAR i numerem strony.

4 W. Gombrowicz, Trans-Atlantyk, Kraków 2005, s. 106–108.

5 Tamże, s. 110–112.

Wspólnota niedomyjców

Polska jest formą naszej codzienności. Kształtuje się w prozie naszego życia. Składają się na nią nasz pośpiech i marazm, nasz pracoholizm, nasze bezrobocie, nasze sukcesy i – spektakularne jak zawsze – klęski. Tak właśnie rośnie Polska – okropnie prozaiczna i nieciekawa. Jednak na co dzień prawda o takiej Polsce jest dla nas prawie niewidoczna. Bo z tą prozaicznością, która nas irytuje i zniechęca, wolimy jej nie utożsamiać. Wolimy doświadczać jej od święta. Podziwiać Polskę w ważnych, spektakularnych, narodowych wydarzeniach, w czasie wielkich spektakli polskości. Komu się wtedy nie zakręci łza w oku, kogo nie przejmie dreszcz emocji, że jednak nie zginęła, że ciągle jest i… jest wielka. I wtedy już nie myślimy o polskiej biedzie, o politycznym rozwydrzeniu, o korupcji, cwaniactwie, pijaństwie, przemocy w rodzinie i szkole. Jesteśmy razem, trwamy mocni w wierze, wierzymy w Boga i w to, że jeszcze tego lata, to Polska będzie mistrzem świata 6.

Ogólna teoria ludzkiego smrodu

Myślę, że trzeba mieć dosłownie niezłego nosa, żeby się nie dać zwieść takim narodowym uniesieniom. Kiedy bowiem barwy i dźwięki przesłaniają nagą prawdę o Polsce, nos czuje w niezawodny sposób dobywający się bezlitośnie spod odświętnej powłoki zapach. Takiego nosa do Polski miał Witkacy. Zresztą nie tylko do Polski i Polaków, ale w ogóle do ludzkich egzystencjalnych wyziewów i smrodów.

Otóż moja ogólna teoria smrodu ludzkiego – pisze w Narkotykach 7 – jest następująca […]: niedokładne mycie całego ciała, a dokładne mycie pewnych jego części: twarzy, szyi, nóg, pach itp. jest powodem, że wszystkie świństwa, które muszą się wydzielać z organizmu przez całą skórę, wydzielają się tylko przez te części, których pory skóry są odetkane (NN, s. 174). Ludzki „niepach” bierze się, zdaniem Witkacego, z ukrytych w człowieku toksyn i paskudztw, które w tak przykry sposób wydzielają się na zewnątrz. Wydzielają się zaś tym intensywniej, im bardziej są wstrzymywane przez niemycie się i ubieranie. Swój „niepach” zlikwidować można tylko przez dokładne i częste mycie całego ciała, dzięki czemu przez jego otwarte pory uwalniają się toksyny na bieżąco, nie tworząc przykrych dla otoczenia złogów. Człowiek jest, ogólnie biorąc, szczególniej w parażach klimatu średniego i zimnego, najbrudniejszym bydlęciem świata, i to głównie z powodu konieczności noszenia ubrań. Ogólnie wiadomo, że na ogół ręce mniej śmierdzą niż nogi – a czemu? Bo nie są zamknięte […] i są oczywiście częściej myte. Chodzić gołym nie można, ale wszystko można nadrobić myciem się, zapamiętałym, fanatycznym, wściek­łym (NN, s. 173–174).

Nie chodzi więc tylko o likwidację przykrej woni – a więc o komfort tych nielicznych, którzy wyróżniają się czujnością powonienia. Gra ­toczy się o znacznie większą stawkę: o odtrucie wnętrza człowieka, o jego zdrowie, świeżość, radość, witalność etc. […] nie chodzi tu tylko o względy estetyczne, ale i o zdrowie, bo skóra jest bądź co bądź zasadniczym narzędziem wydzielania (NN, s. 176). Niestety, ludzie nie są skłonni zatroszczyć się o samych siebie – są zbyt dla siebie tolerancyjni i zbyt na sobie „zafiksowani”, aby uznać siebie za źródło tego przykrego dla innych, a dla nich samych groźnego problemu. Niestety każdy niedomyjec nie zdaje sobie sprawy, że sam jest elementem ogólnego niepachu, że dla innych jego smrodki, które u siebie toleruje, wcale nie są znów tak przyjemne, jak dla niego samego, a może i dla najbliższych (NN, s. 174). W ten sposób – prawem zwielokrotnienia – utrzymująca się toksyczność, a w efekcie też smrodliwość poszczególnych jednostek staje się problemem społecznym. Zatrute są domostwa i miejsca publiczne. Wszystko jest pełne „niepachu”, tym bardziej przykrego, im intensywniej, dla niepoznaki, skrapianego perfumami. […] często widzi się mieszkania, w których wiszą na ścianach drogocenne obrazy, wszystko jest udywanione i wypoduszkowane, a jednak panuje w nich brud, a nawet smród, często subtelny, ale jakościowo bardziej jadowity (NN, s. 172). Przemożna i wściekła, zakrawająca na fobię niechęć i niemożność znoszenia przykrych woni jest więc głęboko uzasadniona – wyrasta z troski o zdrowie człowieka, z pragnienia, aby go odtruć i pchnąć ku pełni życia. […] jak ktoś mi powie, że nie był nigdy w łaźni, a jest w dodatku już po czterdziestce, to naprawdę w mordę bym prał niechluja dla jego dobra do krwi (NN, s. 351).

Węzłowisko upośledzenia

Węch doszukujący się w człowieku toksycznych złogów nie może być tylko zmysłem ciała. Musi być również władzą duchową, zdolną do psychoanalitycznych „wziewów”. Człowiek jest bowiem zatruwany nie tylko w sferze swej fizjologii, lecz również psychiki.

Ten sprawny, specjalnie szkolony węch musi być w stanie wedrzeć się w najgłębsze pokłady egzystencji i rozpoznać źródło zatruwających ją toksyn. Musi przedostać się tam, gdzie człowiek to tyle co Istnienie Poszczególne (NN, s. 234). Poszczególność, która nie jest jednak czymś trwałym, raz na zawsze danym, ale wymaga walki, jest zasadą ciągłego rozwoju, samoprzewyższania i wybijania się. […] człowiek jest nie przez to, że jest po prostu i koniec, ale przez to, że ma pewien kierunek, że rozwija się, że staje się czymś więcej, niż jest w danej chwili, że przerasta siebie, a przez to przerasta innych, staje się czymś wyróżniającym się (NN, s. 234). Ceną indywidualności jest konieczność ciągłego przezwyciężania ograniczenia będącego zwiastunem końca. Nie da się jednak całkiem go pokonać, bez niego bowiem jednostka traci swą indywidualność.

Dlatego też twórcze wysiłki jednostki są nieuchronnie tragiczne – jedynie oddalają śmierć i rozpad. Egzystencja człowieka jest zatem zapętlona, jest węzłowiskiem dwu zasad: ograniczoności i dążenia do wybicia się aż po nieskończoność – dążenia daremnie usiłującego rozerwać ramy indywidualnego ograniczenia. To nieusuwalne zapętlenie (complexum) jest zdaniem Witkacego węzłowiskiem upośledzenia (NN, s. 239), czyli kompleksem niższości, leżącym u podstaw bycia człowiekiem. W tym „transcendentalnym” prawie […] tzn. absolutnym prawie ontologicznym […] leży źródło kompleksu niższości, na tym tle że mimo iż jest nam dany […] „rozpęd do nieskończoności”, nikt z nas nie może go w swoim istnieniu w całej pełni ziścić i życie nasze jest wypadkową najróżniejszych starć naszych danych z otaczającym nas układem osób, sił społecznych i natury (NN, s. 235). Węzłowisko niższości […] wynika […] z samych podstaw istnienia, które jest rozwojem, i z ograniczeń, które ten rozwój z konieczności na swej drodze napotyka (NN, s. 236).

Węzłowisko upośledzenia, tożsame z samym byciem człowiekiem, każdy z nas tak lub inaczej podejmuje i spełnia, pozytywnie lub negatywnie, wypaczając przez twórczą pracę niebezpieczne toksyny swego upośledzenia lub gnijąc w nich, dusząc się w oparach swego rozkładu i trując wszystko dookoła. Dobrze spełniony […] kompleks niższości, przy odpowiedniej dla istotnego rozwoju danego osobnika sumie warunków, może być powodem najistotniejszej, najautentyczniejszej jego twórczości, począwszy od objawów czysto indywidualnych: sztuki, filozofii, nauki, aż do działalności najbardziej bezpośrednio społecznej […]; źle spełniony staje się powodem przykrych deformacji osobnika, który […] zatruwa tak siebie, jak i swe otoczenie ptomainami swego psychicznego rozkładu (NN, s. 235). Myli się jednak ten, kto myśli, że spełnienie pozytywne jest roz-wiązaniem i usunięciem za-pętlenia. Aby się wyzbyć kompleksu niższości, trzeba byłoby przestać być człowiekiem.

Polska niepachem stoi…

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

6 Szkic ten powstał w roku 2006 – roku pielgrzymki do Polski Benedykta XVI oraz mistrzostw świata w piłce nożnej, które odbywały się w Niemczech. Stąd nawiązanie do hasła pielgrzymki oraz do okrzyków wznoszonych przez polskich wiernych i polskich kibiców.

7 Wszystkie cytaty w tym eseju pochodzą z Narkotyków – Niemytych dusz, za: St.I. Witkiewicz, Narkotyki – Niemyte dusze, Warszawa 1979. Opatruję je skrótem NN i numerem strony.

Sienkiewicz bezskrzydły

Dostępne w wersji pełnej

Legenda „solidarnej Polski”

Dostępne w wersji pełnej

Homo sovieticus po latach

Dostępne w wersji pełnej

Dekapitacja dawnej Polski

Dostępne w wersji pełnej

Polska koncentracyjna

Dostępne w wersji pełnej

Głowa Wojny

Dostępne w wersji pełnej

Okrwawiony węzeł

Dostępne w wersji pełnej

Filozof tępych Sarmatów

Dostępne w wersji pełnej

Rogata dusza ziemskiego kościoła

Dostępne w wersji pełnej

Czyn, walka i honor

Dostępne w wersji pełnej

Karaluchy

Dostępne w wersji pełnej

Pasierbowie Europy

Dostępne w wersji pełnej

Jaki tam z Jima lord

Dostępne w wersji pełnej

Na przekór taktyce i taktowi

Dostępne w wersji pełnej

Spowiedź dziecięcia skurwywieku

Dostępne w wersji pełnej

Śmiertelna woń Tiergartenu

Dostępne w wersji pełnej

Nota bibliograficzna

(obejmująca podstawowe pozycje omawiane w książce)

Bielik-Robson A., Czy śmierć będzie nowym Bogiem Polaków, „Dziennik” (dodatek „Europa”), 18–19.10.2008, s. 12–14.

Bobkowski A., Szkice piórkiem, Warszawa 2007.

Borowski T., Wybór opowiadań, Warszawa 1967.

Brzozowski St., Legenda Młodej Polski. Studia o strukturze duszy kulturalnej, ­Kraków–Wrocław 1983 (reprint wydania z 1910 roku).

Conrad J., Lord Jim, przeł. M. Kłobukowski, Kraków 2001.

Dmowski R., Myśli nowoczesnego Polaka, Londyn 1953.

Gombrowicz W., Dziennik 1953–1956, t. 1, Kraków 1997.

Gombrowicz W., Dziennik 1957–1961, t. 2, Kraków 1997.

Gombrowicz W., Dziennik 1961–1969, t. 3, Kraków 1997.

Gombrowicz W., Trans-Atlantyk, Kraków 2005.

Herbert Z., Hermes, pies i gwiazda, Wrocław 1997.

Herbert Z., Napis, Wrocław 1996.

Herbert Z., Pan Cogito, Wrocław 1994.

Herbert Z., Rovigo, Wrocław 1997.

Herbert Z., Struna światła, Wrocław 1997.

Herbert Z., Studium przedmiotu, Wrocław 1995.

Miłosz Cz., Rodzinna Europa, Kraków 1994.

Nietzsche F., Pisma pozostałe, wybrał, przełożył i przedmową opatrzył B. ­Baran, Kraków 2004.

Nietzsche F., To rzekł Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, przeł. S. Lisic­ka, Z. Jaskuła, Warszawa 1999.

Piłsudski J., Pisma zbiorowe, t. 2, red. L. Wasilewski, Warszawa 1937.

Piłsudski J., Przemówienie przy składaniu prochów Słowackiego do grobów wawelskich, [w:] tenże, Myśli, mowy i rozkazy, wybrał i wstępem opatrzył B. Urban­kowski, Warszawa 1989.

Rymkiewicz J.M., Kinderszenen, Warszawa 2008.

Schulz B., Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod Klepsydrą, Warszawa 1994.

Sienkiewicz H., Listy z podróży do Ameryki, Warszawa 1986.

Skiwski E., Na przełaj oraz inne szkice o literaturze i kulturze, Kraków 1999.

Szczepanowski St., Idea polska wobec prądów kosmopolitycznych, [w:] tenże, Walka narodu polskiego o byt. Wydanie czwarte, obozowe „Myśli o odrodzeniu narodowem”, Londyn 1942, s. 173–250.

Szczepański J.J., Polska jesień, Biblioteka Polityki, t. XXI.

Szczepański J.J., Przed Nieznanym Trybunałem, Kraków 1995.

Tischner J., Chochoł sarmackiej melancholii, [w:] tenże, Świat ludzkiej nadziei. Wybór szkiców filozoficznych 1966–1975, Kraków 1994, s. 15–28.

Tischner J., Etyka solidarności oraz Homo sovieticus, Kraków 2005.

Tischner J., Ksiądz na manowcach, Kraków 2000.

Tischner J., Myślenie według wartości, Kraków 2000.

Witkiewicz St.I., Narkotyki – Niemyte dusze, Warszawa 1979.

Projekt okładki

Witold Siemaszkiewicz

Opieka redakcyjna

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Katarzyna Onderka

Recenzja naukowa

Prof. dr hab. Jan Andrzej Kłoczowski OP

Copyright © Piotr Augustyniak

© Copyright for this edition by SIW Znak, 2015

ISBN 978-83-240-4040-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trans Homo polacus. Eseje o polskiej duszy Elektroniczna aparatura medyczna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?