Kobiety Maorysów

Kobiety Maorysów

Autorzy: Sarah Lark

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 728

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.55 zł

Bestseller tygodnika „Der Spiegel”

Nowa Zelandia, rok 1875. Michael i Lizzie spełnili swoje wielkie marzenie o owczej farmie, przed nimi obiecująca przyszłość. Jednak pewnego dnia sielanka się kończy: ich najstarsza córka Matariki zostaje uprowadzona przez swego biologicznego ojca, maoryskiego wodza Kahu Heke…

Kiedy Michael i Lizzie żyją w ciągłym lęku o swą córkę, rodzina Burtonów oczekuje na powrót syna, Colina. Nikt nawet nie przypuszcza, jakie skutki będzie miał przyjazd młodego mężczyzny…

Dwie rodziny związane ze sobą zrządzeniami przewrotnego losu – bo przeszłość ciągle trwa w teraźniejszości.

„Barwny epos. Prawdziwy bestseller”.

                                             RTL program

„Rzetelnie napisana powieść, osadzona w wiernie przedstawionych historycznych realiach Nowej Zelandii, ze znakomicie scharakteryzowanymi bohaterami i trzymającą w napięciu fabułą!”.

                                                                                              Lovely Books

„Opisy krajobrazów oraz fascynującej kultury dalekiej Nowej Zelandii porywają i zachwycają”.

                                                                                  Bücherregal

Tytuł oryginału:

IM SCHATTEN DES KAURIBAUMS

Copyright © 2011 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Mapa: © Reinhard Borner

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Barbara Meisner, Aneta Iwan

ISBN:

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

DZIECKO GWIAZDRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

DZIECKO CIENIRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

KONIEC ŚWIATARozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

BEZ WYBORURozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Z OTWARTYMI OCZAMIRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

BIAŁE KAMELIERozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Podziękowanie

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

DZIECKO GWIAZD

Nowa Zelandia: Dunedin, Waikato

1875–1878

Anglia: Londyn

Walia: Cardiff i Treherbert

Rozdział 1

– I córka dotychczas uczyła się tylko prywatnie?

Miss Partridge, dyrektorka renomowanej Otago Girls’ School w Dunedin, obrzuciła Matariki i jej rodziców surowym spojrzeniem.

Matariki zniosła je z całkowitym spokojem. Starsza, ciemno ubrana dama z lorgnon zawieszonym na szyi wydawała jej się jakaś osobliwa – Miss Partridge mogła być w wieku licznych babć dziewczyny z maoryskiej wsi, ale tam nikt nie nosił okularów czy czegoś podobnego. Jednak dyrektorka nie sprawiała wrażenia groźnej, Matariki nie czuła się też onieśmielona, siedząc w jej pokoju z ciemnymi meblami, z całą pewnością importowanymi z Anglii, ciężkimi zasłonami na oknach i regałami na książki, które zajmowały całą ścianę. I jedynie zachowanie matki było zdaniem Matariki dziwne – Lizzie w czasie wspólnej podróży z Lawrence do Dunedin była tak podekscytowana, że aż graniczyło to z histerią. Stale krytykowała suknię córki oraz jej zachowanie i sprawiała wrażenie, że to ona właśnie ma zdawać egzamin, który dziś czekał Matariki.

– Nie całkiem, m…

Lizzie Drury powstrzymała się w ostatniej chwili, aby nie zwrócić się do kierowniczki szkoły uniżonym „madame” – i tak już w czasie wzajemnej prezentacji omal przed nią nie dygnęła. Energicznie przywołała się w myślach do porządku. Lizzie była przecież od ponad dziesięciu lat mężatką, właścicielką i panią domu Elizabeth Station – farmy w pobliżu Lawrence. Minęło wiele lat od czasu, kiedy pracowała jako pokojówka, ale do dziś nie potrafiła opanować pewnych nawyków: wielkopański sposób zachowania zawsze ją onieśmielał.

– Miss Partridge – powiedziała, starając się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej władczo i stanowczo. – Nasza córka uczyła się właściwie w szkole w Lawrence. Ale to osiedle powoli wymiera, bo poszukiwacze złota przenoszą się dalej. To, co zostaje… No, w każdym razie nie chcieliśmy już wysyłać tam naszych dzieci. Dlatego w ostatnim roku zdecydowaliśmy się na lekcje prywatne. Jednak… Umiejętności i wiedza naszej nauczycielki są na ukończeniu.

Lizzie nerwowym ruchem poprawiła fryzurę. Jej kręcone ciemnoblond włosy były starannie upięte i ukryte pod figlarnym kapelusikiem. Może zbyt figlarnym? Delikatny błękit i pastelowe kwiatki zdobiące kapelusz wydawały się niemal przesadnie śmiałe w zestawieniu ze sztywną, odzianą w czarną suknię postacią Miss Partridge, która właściwie przypominała wronę. Lizzie miała zamiar wygrzebać z dna szafy jakiś zapomniany i niemodny czepek, dzięki któremu miałaby wyglądać poważnie i dostojnie, ale ustąpiła wobec protestu Michaela.

– Jedziemy do szkoły, Lizzie, a nie na pogrzeb! – powiedział ze śmiechem. – A oni na pewno przyjmą Riki, bo dlaczego mieliby tego nie zrobić? To w końcu bystre i mądre dziecko. A jeśli nawet miałoby być inaczej… To przecież nie jest jedyna szkoła dla dziewcząt na Wyspie Południowej!

Lizzie dała się przekonać, ale teraz wobec wpatrzonych w nią surowych oczu dyrektorki miała ochotę zapaść się pod ziemię. Bo bez względu na to, czy Otago Girls’ School uchodziła za szkołę wyjątkową, czy nie, Matariki była z pewnością kimś w rodzaju przypadku szczególnego…

Miss Partridge bawiła się swoim lorgnon, a w jej wzroku można było dostrzec coraz większą dezaprobatę.

– To bardzo interesujące, mała… – stwierdziła, zwracając się teraz po raz pierwszy wprost do Matariki zamiast do jej rodziców. – Masz teraz ile? Ach tak, jedenaście lat. A możliwości twojej nauczycielki są już na ukończeniu? Musisz więc być bardzo zdolnym dzieckiem!

Matariki, która w ogóle nie dostrzegała ironii jej słów, uśmiechnęła się i był to uśmiech, wobec którego topniały zwykle wszystkie serca.

– Babcie też mówią, że jestem mądra – potwierdziła swym łagodnym, melodyjnym głosem. – Aku sądzi, że mogę tańczyć więcej haka niż wszystkie dziewczęta w moim wieku. A Haeta twierdzi, że mogłabym zostać tohunga, znachorką, jeśli dalej będę się uczyć botaniki i poznawać zioła. A Ingoa…

– Ile ty masz babć, dziecko? – spytała zdumiona Miss Partridge.

W dużych jasnobrązowych oczach Matariki pojawił się wyraz skupienia, kiedy liczyła w myślach. A liczyła szybko; także jeśli chodziło o rachunki, dziewczynka była o wiele lepsza od swoich rówieśniczek, choć było to raczej zasługą jej oszczędnej matki niż domowych nauczycielek czy też „babć”.

– Szesnaście – oświadczyła po chwili.

Miss Partridge zwróciła swoje wodniste oczy na rodziców dziewczyny, a ich wyraz dosłownie odebrał Lizzie mowę.

– Ona ma na myśli stare kobiety ze szczepu Maorysów, który mieszka w pobliżu naszej posiadłości – wyjaśnił Michael. – U Ngai Tahu dzieci nazywają babcią każdą starą kobietę, nie tylko tę, która nią rzeczywiście jest. Dotyczy to także dziadków, ciotek i wujków… A czasami nawet matek…

– Ach tak… To ona nie jest rodzonym dzieckiem państwa?

Już sama myśl o tym wydawała się sprawiać ulgę Miss Partridge. Bo Matariki niespecjalnie przypominała któreś z jej rodziców. Michael Drury miał wprawdzie ciemne włosy, podobnie jak córka, ale jego oczy były tak niebieskie jak niebo nad Irlandią – a akcent także zdradzał pochodzenie. Miał twarz o ostrych, wyraźnych rysach, nie okrągłą jak Matariki, odcień jego cery był też wyraźnie jaśniejszy. Po swojej matce Matariki mogła odziedziczyć drobną figurę i włosy – choć co prawda jej włosy były falujące, a nie kręcone jak u Lizzie. A w dodatku oczy Lizzie także były jasnoniebieskie. Dziecko nie mogło przejąć od żadnego z rodziców bursztynowej barwy swoich oczu.

– Nie, nie! – Michael Drury zdecydowanie potrząsnął głową. – Matariki jest oczywiście naszą córką.

Lizzie rzuciła na niego krótkie i pełne poczucia winy spojrzenie, ale Michael to zignorował i spokojnie popatrzył na dyrektorkę, która nie ukrywała swej niechęci. Michael Drury miał już za sobą liczne życiowe błędy, a jego lekkomyślność dziś jeszcze doprowadzała Lizzie do pasji. Ale zawsze potrafił dotrzymać swych obietnic, także tej, którą złożył Lizzie przed narodzinami Matariki: nigdy nie będziesz zarzucał dziecku, kim była i jest jego matka.

I rzeczywiście Michael nigdy nie kwestionował swojego ojcostwa, choć krótko po narodzinach Matariki stało się jasne, że ta śniada dziewczynka o ciemnych oczach nie mogła być jego dzieckiem. Jedyna uwaga, która wówczas padła na ten temat, odnosiła się do wyboru imienia dla dziecka.

– Chyba nie zechcesz jej nazwać Mary? – spytała Lizzie, opuszczając z zawstydzeniem oczy.

Mary Kathleen, młodzieńcza miłość Michaela, byłaby w ten sposób kimś w rodzaju matki chrzestnej. Ale Michael tylko zdecydowanie potrząsnął głową w odpowiedzi.

Lizzie zesztywniała nagle. Dyrektorka nie mogła uwierzyć, że ta dziewczynka o brązowych oczach mogła być dzieckiem niebieskookich rodziców.

– Ja jestem jej matką! – oświadczyła twardo Lizzie i dodała: – A poza tym ona jest Dzieckiem Gwiazd.

Tak nazwała kiedyś Matariki Hainga, Mądra Kobieta maoryskiego szczepu. To dziecko poczęło się w czasie zabawy z okazji noworocznego święta Tou Hou, obchodzonego przez Maorysów wtedy, kiedy na nocnym niebie nad Wyspą Południową ukazuje się gwiazdozbiór Plejad.

Miss Partridge zmarszczyła czoło.

– A więc nie tylko nieziemsko uzdolniona, lecz także zrodzona pod gwiazdami… – zauważyła.

Matariki spojrzała na dyrektorkę. Była dziewczynką ufną i choć te słowa niewiele dla niej znaczyły, to czuła, że sprawiły one przykrość matce. A tego nie mogła znieść.

– Haikina mówi, że jestem córką wodza! – zatriumfowała. – A to coś takiego jak księżniczka. W każdym razie ja tak myślę.

Lizzie niemal się uśmiechnęła. Ona też tak kiedyś myślała. Kahu Heke, ojciec Matariki, zwabił ją w swoje ramiona w nadziei, że będzie królową. Jego królową… Ale tak naprawdę – stało się zupełnie inaczej i Haikina słusznie postąpiła, nie mówiąc dziecku wszystkiego.

W oczach Miss Partridge było coraz więcej niechęci, ale wówczas wtrącił się Michael. Nie mógł dłużej patrzeć, jak jego żona wprost kuliła się pod surowym spojrzeniem tej impertynenckiej matrony.

– Miss Partridge, to jest Matariki Drury, nasza córka – córka Elizabeth i Michaela Drurych. Tak zostało to zapisane w rejestrze urodzin miasta Dunedin, proszę więc to zaakceptować. Jest mądrym dzieckiem, ale nie określiłbym jej uzdolnień jako ponadnaturalnych. Jednak jej domowa nauczycielka Haikina ukończyła jedynie szkołę misyjną, potrafi dobrze czytać i pisać i uczy tego nasze dzieci. Jest surowa i wymagająca, ale też pełna miłości w stosunku do nich. Nie mówi jednak po francusku, nie zna też łaciny, nie może więc przygotować Matariki ani do ewentualnych studiów, ani też do małżeństwa z mężczyzną z tej samej warstwy społecznej.

Michael podkreślił „z tej samej warstwy społecznej” niemal groźnie i zabrzmiało to tak, że Miss Partridge nie mogła sobie pozwolić na to, aby się z nim nie zgodzić. Farma, którą koło Lawrence zbudowali i rozwinęli Lizzie i Michael, nie była może tak wielka jak te będące własnością „owczych baronów”. Była jednak jedną z najbardziej cenionych hodowli owiec w całej okolicy, a jej specjalnością była nie tyle produkcja wełny w dużej ilości, ile hodowla zwierząt wysokiej jakości. Udane krzyżowanie zwierząt i eksperymenty w produkcji dobrej wełny łatwiej było przeprowadzać w mniejszych gospodarstwach niż na ogromnych farmach, gdzie większość czasu pochłaniało samo utrzymywanie pastwisk i strzyża ogromnej liczby zwierząt. Tryki i owce maciorki z Elizabeth Station osiągały na giełdach najwyższe ceny i Drury uchodzili za cenionych i znakomitych hodowców.

Jednak przede wszystkim Lizzie cierpiała z powodu poczucia niskiej wartości, kiedy oboje byli zapraszani na spotkania związku hodowców owiec bądź kiedy uczestniczyli w balach. Lizzie i Michael pochodzili z dość niskich warstw społecznych, ale Michaelowi w ogóle nie zależało na nabyciu jakiejś ogłady towarzyskiej. Lizzie starała się, jak mogła, ale była bardzo nieśmiała. Wobec ludzi takich jak Wardenowie z Kiward Station czy też Beasleyowie z Canterbury Plains najpierw zawodziło działanie jej zniewalającego uśmiechu, a zaraz potem głos. Lizzie przysięgła sobie, że Matariki czegoś takiego zaznawać nie będzie. Szkoła dla dziewcząt w Otago powinna odpowiednio ją przygotować do życia towarzyskiego.

Choć co prawda Matariki raczej nie miała skłonności do nieśmiałości. Nie wykazywała też żadnych oznak niepokoju i nerwowości, kiedy Miss Partridge raczyła wreszcie zadać jej kilka pytań i zadań rachunkowych. Rozwiązała zadania bez trudu i odpowiadała na pytania czystym głosem, bez odrobiny irlandzkiego akcentu czy też tego z londyńskiego Cockney, z którym Lizzie walczyła przez całe życie. Bo jeśli o to chodzi, to Haikina była idealną nauczycielką. Młoda Maoryska opanowała język angielski w szkole misyjnej w stopniu doskonałym i pozbawionym wszelakiego akcentu.

Na koniec Matariki czekała znudzona, aż Miss Partridge skończy poprawiać dyktando. Dyrektorka spojrzała na nią potem bardziej łaskawie – Matariki popełniła tylko jeden błąd w wyjątkowo trudnym słowie.

– A więc, jeśli chodzi o zasób wiadomości, nie ma żadnych przeszkód, aby ją przyjąć do szkoły – stwierdziła Miss Partridge nieco kwaśno. – Jednak… Musicie państwo zdawać sobie sprawę, że… eee… że Mata… ee… riki będzie jedyną dziewczynką z tak… hm… egzotycznym pochodzeniem.

Michael szykował się właśnie do ostrej odpowiedzi, ale Miss Partridge podniosła uspokajająco rękę.

– Proszę, Mr Drury, mam jak najlepsze intencje. Mamy tutaj dziewczęta… no, z najlepszych rodzin z Canterbury Plains i Otago. Te rodziny przysyłają nam swoje córki, a niektóre z tych dzieci są… hm, nieprzyzwyczajone…

– Ma pani na myśli to, że sam widok naszej córki przerazi te dzieci aż tak bardzo, że natychmiast uciekną do domu?

Michael miał już tego po dziurki w nosie. Cierpliwość nie należała do jego mocnych stron i najchętniej udałby się natychmiast do innej szkoły. Może instytut Miss Partridge należał do najlepszych szkół dla dziewcząt w Otago, ale na Boga, z pewnością nie była to jedyna szkoła na całej Wyspie Południowej w Nowej Zelandii! Choć z drugiej strony nie chciał, aby Lizzie raz jeszcze uczestniczyła w podobnej procedurze – już teraz wyglądała jak wystraszony kot.

– Mam na myśli dobro państwa córki – powiedziała Miss Partridge. – Większość naszych dzieci zna Maorysów co najwyżej jako służących. Córka państwa nie będzie tu miała łatwego życia.

Lizzie się wyprostowała. Kiedy podniosła głowę, sprawiała wrażenie wyższej i bardziej pewnej siebie. I po raz pierwszy tego dnia wyglądała właśnie tak, jak ta biała kobieta, którą była i o której Maorysi mówili z większym szacunkiem niż o każdej innej na Wyspie Południowej. Ona, pakeha wahine, miała w ich oczach o wiele więcej mana niż większość wojowników.

– Miss Partridge, życie nie jest łatwe – powiedziała spokojnie. – A jeśli Matariki nauczy się radzić sobie z tym we wcale nie najgorszych okolicznościach, bo jedynie poprzez kontakty z rozpieszczonymi podlotkami w szkole dla dziewcząt, to będzie jej można tylko pozazdrościć.

Miss Partridge popatrzyła na Lizzie z wyraźnym zaskoczeniem. Dopiero co wydawało jej się, że siedzi przed nią ktoś z rodzaju „cicha, szara mysz”, ale teraz… A w dodatku Lizzie jeszcze nie skończyła.

– Może postara się pani przywyknąć do jej imienia, jeśli ma chodzić tutaj do szkoły. Ona nazywa się Matariki.

Miss Partridge ściągnęła usta.

– Tak… hm… to też jest coś, o czym powinniśmy porozmawiać. A czy nie moglibyśmy jej nazywać… Martha?

– Oczywiście, że wyślemy ją do Otago Girls’ School!

Lizzie i Michael pożegnali się z Miss Partridge, nie omówiwszy dokładnie sprawy uczęszczania Matariki do szkoły, a Michael natychmiast po wyjściu na ulicę zaczął pomstować na tę „impertynencką babę”. Lizzie pozwoliła mu na to i poczekała, aż się uspokoi – a to z pewnością miało nastąpić już w drodze po konie do stajni. I kiedy Michael wspomniał potem o katolickiej szkole Sacred Heart, energicznie przedstawiła mu swój punkt widzenia.

– Otago jest najlepszą szkołą, sam słyszałeś, że wszyscy „owczy baronowie” posyłają tam swoje córki. I przecież szkoła chce przyjąć Matariki. Szaleństwem byłoby z tego rezygnować.

– Te bogate smarkule zamienią jej życie w piekło! – denerwował się Michael.

Lizzie się uśmiechnęła.

– Jak wspomniała już nie bez racji Miss Partridge – zauważyła – piekło nie składa się z pluszowych kanap, angielskich mebli i dobrze ogrzanych sal lekcyjnych. W takich miejscach może wprawdzie rozrabiać parę diabełków, ale z pewnością nie będzie ich tyle co w Newgate Prison, Wicklow Gaol i w australijskich obozach skazańców, nie mówiąc już o nowozelandzkich obozach poszukiwaczy złota. Myśmy to wszystko przetrwali, Michaelu, a teraz sądzisz, że Matariki nie poradzi sobie w szkole dla dziewcząt?

Michael rzucił jej ukradkowe, niemal zawstydzone spojrzenie, popędzając konie.

– Bądź co bądź ona jest księżniczką – uśmiechnął się, po czym zwrócił się do córki: – Chcesz chodzić do tej szkoły, Matariki?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

– Ich suknie wyglądają pięknie – stwierdziła, wskazując na kilka dziewcząt ubranych w czerwono-niebieskie mundurki, które właśnie przechodziły obok Otago Girls’ School. Lizzie przyłapała się na myśli, że jej córka wyglądałaby w tym prześlicznie. Białe bluzki także znakomicie pasowały do złotawej cery Matariki, jej malinowych ust i czarnych loków, które były tak miękkie jak włosy Lizzie, ale o wiele bardziej bujne i obfite.

– A Haikina mówi, że dziewczęta muszą się dużo uczyć, więcej niż chłopcy! – dodała dziewczynka. – Bo kto dużo wie, ma wielkie mana, a kto ma największe mana, może zostać wodzem!

Lizzie uśmiechnęła się z pewnym przymusem. Z własnego smutnego doświadczenia wiedziała, że zbyt wielkie mana nie było zbyt korzystne dla kobiety.

– Ale jeśli chodzi o przyjaciółki, Matariki – z pewnymi oporami postanowiła jednak zwrócić dziewczynce uwagę na możliwe kłopoty, których córka powinna się spodziewać w Otago Girls’ School. – Może być tak, że ich tu nie znajdziesz.

Matariki spojrzała na matkę obojętnie.

– Haikina mówi, że wódz nie ma przyjaciół. Wodzowie są nie… nied…

– Niedotykalni – dokończyła Lizzie. Także to słowo obudziło w niej złe wspomnienia.

Matariki przytaknęła.

– No to ja też będę – stwierdziła spokojnie.

– Zajrzymy do Burtonów?

Lizzie zadała to pytanie z pewnymi oporami, kiedy ich powóz turkotał już w kierunku południowo-zachodnim po niezbyt dobrze wybrukowanej ulicy Dunedin. Wielebny Burton był wprawdzie ciągle jej przyjacielem, ale jego żonę Kathleen Lizzie nadal traktowała z pewną nieufnością. Zbyt długo Michael kochał i wspominał „swoją Mary Kathleen”, a niewiele też brakowało, by wesele Lizzie i Michaela nie doszło do skutku z powodu jego rozgorzałej na nowo namiętności do niej. Lizzie najchętniej w ogóle zerwałaby wszelkie kontakty z Burtonami – wiedziała, że wielebny Peter potrafiłby to zrozumieć. Równie niechętnie jak Lizzie widział Michaela w pobliżu Kathleen. Ale w końcu był jeszcze Sean, syn Kathleen i Michaela. Sean poznał swojego ojca już jako człowiek prawie dorosły, ale mimo że nie rozumieli się zbyt dobrze, to jednak nie powinni byli całkowicie tracić się z oczu.

– A czy oni nie pojechali do Christchurch? – spytał Michael. – Myślałem, że Heather ma tam wystawę.

Heather była córką Kathleen z jej małżeństwa z Ianem Coltrane’em – i to także była historia, którą Michael wspominał niezbyt chętnie. Przed wieloma laty był zmuszony zostawić swoją ciężarną narzeczoną Kathleen w Irlandii, kiedy deportowano go do Australii z powodu kradzieży zboża. Kathleen zaś nie mogła czekać na jego powrót. Jej ojciec wydał ją za mąż za handlarza końmi Iana Coltrane’a, który przyrzekł, że będzie ojcem dla jej dziecka. Nie było to szczęśliwe małżeństwo – mimo że pobłogosławione dwojgiem kolejnych dzieci. Młodszym z nich była właśnie Heather, która dziś była znaną malarką portrecistką. W tym tygodniu pewna galeria w Christchurch wystawiała jej prace. Kathleen i Peter pojechali tam wraz z nią, aby wziąć udział w tym wydarzeniu.

Lizzie wsłuchała się w słowa Michaela i stwierdziła, że nie było w nich żadnego żalu. Michael także nie palił się do tego, aby teraz złożyć wizytę Burtonom, choć przy takiej okazji zwykle wszyscy zachowywali się w stosunku do siebie bardzo przyjaźnie. Ale fakt, że jego wielka miłość była teraz żoną innego mężczyzny, w dodatku duchownego Kościoła anglikańskiego, z pewnością musiał mu się wydawać osobliwy. Michael i Kathleen wychowywali się razem w jednej wsi w Irlandii i byli oczywiście katolikami. Może przebywanie z oczytanym i wykształconym Peterem Burtonem trochę onieśmielało Michaela – a być może także spotkania z nie mniej wykształconym i oczytanym Seanem.

Michael potrafił pogodzić się z tym, że wielebny był człowiekiem o wiele bardziej inteligentnym i wykształconym niż on sam, ale przemądrzałość syna go drażniła – zwłaszcza że chłopak w początkowym okresie znajomości dawał mu wyraźnie do zrozumienia, że nie chce nic wiedzieć o swoim rodzonym ojcu. Po upływie kilku lat konflikt między nimi nie był już tak ostry. Kiedy Kathleen poślubiła wielebnego, a Michael ożenił się z Lizzie, Sean nie czuł się już tak zagrożony nieoczekiwanym pojawieniem się rodzonego ojca.

– A Sean jest jeszcze w kancelarii – dodał Michael. Sean ukończył studia prawnicze na uniwersytecie w Dunedin i właśnie rozpoczął aplikację. Chciał koniecznie zostać adwokatem i naprawdę ciężko pracował.

– Jeśli chcemy się z nim zobaczyć, to musimy zostać w mieście. Poszukamy jakiegoś hotelu?

Elizabeth Station było oddalone od Dunedin o jakieś czterdzieści mil i Lizzie robiło się ciężko na sercu, kiedy myślała, jak bardzo daleko będzie niedługo mieszkać jej córka. Jeśli zaś chodziło o dzisiejszy nocleg, czuła rozterkę. Z jednej strony cieszył ją luksus dobrego hotelu, chętnie też wypiłaby z Michaelem kieliszek wina w czasie kolacji – wino i winiarstwo było wielką namiętnością Lizzie – miała za sobą nawet próby uprawy winogron na swojej farmie. Ale z drugiej strony Haikina martwiłaby się z pewnością, gdyby bez zapowiedzi nie zjawili się wieczorem w domu. Maoryska przyjaciółka i domowa nauczycielka dzieci Lizzie i Michaela także nie mogła się doczekać wyników egzaminu Matariki – gdyby szkoła zgodziła się przyjąć na naukę jej uczennicę i pół-Maoryskę, byłby to dla niej, Haikiny, wielki zaszczyt. A poza tym Haikina miała na głowie dwóch synów Lizzie i Michaela, byłoby więc nie fair zostawiać młodą kobietę z nimi samą bez wcześniejszej zapowiedzi.

– Nie, jedźmy do domu – zdecydowała wreszcie Lizzie. – Sean też być może ma już jakieś plany. Nie powinniśmy tak znienacka do niego zajeżdżać. Spotkamy się z nim, kiedy już przywieziemy Matariki do szkoły.

Michael wzruszył ramionami, a Lizzie odetchnęła, widząc, że łatwo godzi się z faktem stosunkowo luźnego kontaktu z Kathleen i Seanem. Powóz, zaprzęgnięty w piękne i silne konie, z których Michael był bardzo dumny, minął kościół i plebanię w Caversham – było to przedmieście Dunedin, gdzie znajdowała się parafia Petera Burtona. A potem ruszyli szybciej w kierunku Lawrence i widniejących na horyzoncie gór. Droga była tu szeroka i dobrze utwardzona, ale panował na niej niewielki ruch. Lizzie i Michael przyjechali do Otago w okresie gorączki złota – wówczas Lawrence nosiło nazwę Tuapeka, a każdego dnia tłumy ludzi ciągnęły w stronę złotonośnych pól, które szybko zyskały niechlubne miano Ścieku Gabriela. Dziś jeszcze okolica wyglądała tak, jak gdyby przetoczyła się przez nią wojna – każdy skrawek ziemi przekopano tyle razy, że normalna wegetacja świata roślinnego uległa całkowitemu zniszczeniu. Poszukiwacze złota zostawili za sobą błotnistą pustynię.

Ale zasoby złota wokół Lawrence były już zupełnie wyczerpane – przynajmniej te, do których znaleźli dostęp poszukiwacze złota. Lizzie z uśmiechem rozmyślała o rezerwach znajdujących się na terenie Elizabeth Station. Tylko ona i Maorysi wiedzieli, ile złota niósł potok na jej posiadłości, i wszystkim zależało na tym, aby tego nikomu nie zdradzić. Bądź co bądź, to złoto sfinansowało farmę Michaela i Lizzie i było źródłem bogactwa – jak na Maorysów – szczepu Ngai Tahu. A teraz miało umożliwić Matariki zdobycie wykształcenia. Poszukiwacze udali się w kierunku nowych złotonośnych pól koło Queenstown, a założone przez nich niegdyś duże i pełne życia osiedla skurczyły się do kilku spokojnych wsi, zamieszkanych przez nielicznych farmerów i handlarzy. Oczywiście została tu spora gromada poszukiwaczy przygód, oszustów i tych poszukiwaczy złota, którzy byli po prostu za starzy bądź za leniwi, aby spróbować szczęścia gdzie indziej. Cały czas kopali w poszukiwaniu cennego kruszcu w lasach wokół Lawrence – to także był powód, dla którego Michael i Lizzie niechętnie zostawiali Haikinę samą na farmie z dziećmi. Jeśli jednak planowali oboje wyjechać i zostać gdzieś na noc, Lizzie zwykle prosiła szczep o ochronę. Wówczas wódz wysyłał kilku wojowników, którzy zakładali na kilka dni obóz nad rzeką.

Tym razem jednak oboje Drury nie potrzebowali się w ogóle martwić. Kiedy tylko ich powóz wyjechał z lasu i znalazł się na drodze dojazdowej do Elizabeth Station, Lizzie i Michael niemal jednocześnie dostrzegli jakiś ruch nad rzeką. Powyżej wodospadu silnie zbudowany Maorys kołysał miską do płukania złota, a Haikina łowiła ryby. W niewielkim zaś stawie poniżej wodospadu pluskali się Kevin i Pat – dwaj młodsi synowie Lizzie i Michaela.

Hemi, mąż Haikiny, machnął tylko ręką w kierunku Drurych, za to Haikina porzuciła więcierz na brzegu i pobiegła w stronę nadjeżdżającego powozu. Była młodą, szczupłą kobietą o czarnych, sięgających bioder włosach. Nosiła suknię, jaką noszą białe kobiety, pakeha, jak mówili Maorysi, a robiła to chyba dlatego, że wymagała tego jej pozycja nauczycielki. Teraz jednak podwinęła dół sukni tak, że było widać jej długie, szczupłe nogi.

– Matariki, jak było? – spytała podekscytowana.

Dziewczynka w odpowiedzi przybrała dumną postawę.

– Edukacja pozwala sercu stać się tak silnym i twardym jak dąb! – powtórzyła motto Otago Girls’ School.

Lizzie spojrzała zaskoczona na córkę. Skąd ona znała to zdanie? Musiała chyba gdzieś przeczytać i zapamiętać.

– Tylko że ja nie wiem, jak silny i twardy jest dąb – zauważyła Matariki. – Może jego drewno wcale nie jest takie twarde jak drewno drzew kauri i totara…?

Michael nie mógł się nie roześmiać.

– Dobry Boże, rzeczywiście jesteśmy na końcu świata. Nasze dzieci dorastają i w swoim życiu nie widziały dębu! Riki, to jest doskonałe drewno, znakomicie nadające się do tego, aby mieć mocne serce!

Haikina się uśmiechnęła.

– A więc przyjmą ją do tej szkoły? – spytała głosem pełnym nadziei.

Matariki skinęła głową.

– Tak, przyjmą – odpowiedziała. – Ale tylko jako… jako dziecko spoza… No, jako córkę wodza. I mam się nazywać Martha, bo kierowniczka szkoły nie potrafi wymówić Matariki.

Haikina spontanicznie chwyciła dziewczynkę w ramiona.

– W szkole misyjnej nazywali mnie Angela! – zdradziła.

– A ja będę się nazywać Hongi Hika! – zawołał nieoczekiwanie Kevin.

Kevin i Pat zauważyli już tymczasem rodziców i ruszyli biegiem w ich stronę, nie zadając sobie zbytecznego ich zdaniem trudu ubrania się albo choćby wytarcia. Młodszy z chłopców, Pat, wspiął się na kozioł powozu i objął Michaela, Kevin zaś, który miał już osiem lat, czuł się na tyle duży, że też chciałby iść do szkoły w Dunedin podobnie jak Matariki i zazdrościł jej tego przywileju. Teraz podkreślił swoją przewagę, przedstawiając się nowym imieniem.

– Jeśli w szkole dostaje się nowe imię, to ja chcę się nazywać tak, jak największy wódz! – oświadczył.

– Największy wódz nazywa się Te Maiharanui! – zakrzyczała go Matariki. – I Hone Heke! A poza tym w szkole pakeha nie możesz nazywać się tak jak wódz, tylko tak jak któryś pakeha. Może… kapitan Cook? Albo książę Albert?

Lizzie się śmiała, a twarz Michaela przybrała surowy wyraz.

– Kevin, masz dobre, stare, irlandzkie imię! Nazwaliśmy cię tak po twoim dziadku, a on pędził najlepszą whiskey w zachodniej Irlandii! Już nie mówiąc o tym, jak grał na skrzypcach i jak…

– Otrzymałeś imię świętego Kevina – poprawiła Lizzie i spojrzała na męża. – A to był wielki, dobry człowiek, który założył klasztor w Glendalough. I prawdopodobnie wcale nie pędził whiskey, choć co prawda nie jestem tego taka pewna. W każdym razie nikt nie będzie zmieniał twojego imienia, nie martw się.

– Tylko dziewczyny otrzymują nowe imiona! – oświadczyła Matariki i z godnością wysiadła z powozu. – Dostanę też nowe suknie!

Michael uniósł brwi w górę.

– To wszystko będzie kosztowało majątek – powiedział, zwracając się do Hemi, który właśnie podszedł do niego, bez zbędnych słów podając mu butelkę whiskey. Michael pociągnął kilka łyków i uśmiechnął się do Maorysa.

– A wy znów potrzebujecie złota? – spytał, wskazując na miskę do płukania.

Hemi westchnął.

– Są wiadomości z północy – odpowiedział. – I żądania, jeśli można to tak nazwać.

Podobnie jak Haikina, Hemi mówił bardzo dobrze po angielsku i już choćby dlatego należał do nielicznych przyjaciół Michaela z maoryskiej wsi. Bo to Lizzie – a później oczywiście także Matariki – nawiązała i podtrzymywała kontakty z krajowcami. Lizzie znakomicie opanowała język Ngai Tahu i jakiś czas nawet u nich mieszkała. Michael stale był niejako w jej cieniu i dlatego ciągle podejrzewał wojowników, że mają go za słabeusza. Ale Hemi, podobnie jak Haikina, uczęszczał w swoim czasie do szkoły misyjnej i potem pracował na jednej z wielkich owczych farm. Wrócił niedawno do swojego szczepu – a przede wszystkim do Haikiny.

– Żądania? – spytał Michael. – Tylko nie mów, że wasz kingi wpadł na pomysł podwyższenia podatków.

Hemi roześmiał się gniewnie. Maorysi z Nowej Zelandii jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie mieli centralnego rządu. Ale potem ktoś wpadł na pomysł, że pozycja szczepów w rokowaniach z białymi będzie lepsza, jeśli będzie je reprezentował jeden „król”. Tawhiao, pierwotnie wódz szczepów Waikato, został wybrany na kolejnego, drugiego już kingi Maorysów.

– To chyba oznaczałoby koniec jego królestwa – zauważyła Haikina. – Ale zbiórki bądź też dobrowolne datki się zdarzają i przeważnie organizują je ci wodzowie, którzy sprzeciwiają się pakeha. A my, Ngai Tahu, z chęcią się od tego wykupujemy. Niech oni się kłócą tam na Wyspie Północnej. My wolimy żyć w pokoju z pakeha…

Rzeczywiście, szczepy mieszkające na Wyspie Południowej rozwiązywały problemy przeważnie drogą negocjacji.

– Buntowniczy wodzowie? To mi wygląda na Kahu Heke – zau­ważył Michael. – Czy on ciągle rozrabia tam z Hauhau?

Hauhau było maoryskim określeniem gałęzi ruchu religijnego Pai Marire, którego zwolennicy w bardzo stanowczy sposób opowiadali się za podtrzymywaniem maoryskich tradycji i za odzyskaniem tych ziem, na których osiedlili się pakeha. Kahu Heke zawsze to popierał – choć przed powstaniem Hauhau właściwie nie widział szans realizacji tych założeń. Zamiast Nowej Zelandii całkowicie wolnej od pakeha, marzył raczej o narodzie maoryskim rządzonym przez silnego kingi i nawet widział w roli takiego władcy samego siebie. Choć co prawda zakładał rodzaj pewnej integracji z białymi: królową i jego żoną miała być Lizzie Owens, pakeha wahine.

Ale w końcu Lizzie jednak wybrała Michaela, Kahu Heke zaś miał nadzieję, że ruch Hauhau pomoże mu zająć przywódczą pozycję wśród Maorysów. Ale już na początku jego istnienia doszło do niemiłego zgrzytu: wojownicze oddziały Kahu Heke zamordowały anglikańskiego duchownego Carla Völknera i Kahu musiał się ukrywać.

– Kahu Heke niestety wie zbyt dużo o naszym złocie – westchnął Hemi. – Sądzimy, że to jego robota, kiedy ciągle daje nam się do zrozumienia, że powinniśmy przynajmniej finansowo poprzeć zwycięską walkę o nasz kraj, Aotearoa. Co mamy robić… Lepiej, żeby nie przysyłali nam misjonarzy ruchu Hauhau i żeby nasi ludzie nie poczuli apetytu na ludzkie mięso… – Uśmiechnął się i zagrzechotał kamieniami w misce do płukania złota.

Michael pociągnął jeszcze jeden łyk whiskey.

– Najważniejsze, żeby Kahu Heke został tam, gdzie jest – stwierdził, zerkając przy tym na Matariki, która ściągnęła z siebie śliczną koronkową sukienkę i zupełnie naga razem z braćmi wskoczyła do stawu.

Od tego też będzie się musiała odzwyczaić w Otago Girls’ School.

Matariki Drury była szczęśliwym dzieckiem. W czasie swego dotychczasowego życia od nikogo nie doznała odrzucenia czy też nieżyczliwości. Każdy kochał małą, śliczną i pełną życia dziewczynkę. Oczywiście w małym Lawrence kwestia jej pochodzenia musiała być tematem wielu rozmów i plotek, kiedy chodziła do tamtejszej szkoły, ale na szczęście nie dane jej było tego odczuć. W Tuapeka, małym miasteczku poszukiwaczy złota, wielu mieszkańców miało za sobą niezbyt chlubną przeszłość. Właścicielka herbaciarni, ciesząca się szacunkiem i poważaniem, była kiedyś dziewczyną lekkich obyczajów, kramarz zaś zawdzięczał powodzenie swojego rzemiosła nie tyle szczęściu przy płukaniu złota, ile szczęściu w grze w karty. Cóż przy tym wszystkim znaczyła odrobina niewierności Lizzie Drury wobec swojego męża…

W dodatku Lizzie i Michael należeli do najbogatszych i najbardziej szanowanych mieszkańców miasteczka – choć byli jednym z rzadkich przykładów tego, że poszukiwacze złota mogą zbić majątek i utrzymać go przez lata. A teraz Matariki Drury – dziecko z Lawrence – została przyjęta w poczet uczennic renomowanej Otago Girls’ School! Kiedy tylko dziewczynka była w mieście, wszyscy jej gratulowali i ją podziwiali. Barbara zaprosiła ją na gorącą czekoladę, a kramarz obdarował ją cukrowymi laskami, którymi Matariki niechętnie podzieliła się z braćmi.

Ale w Lawrence – oddalonym od Elizabeth Station o kilka mil – widywano Matariki znacznie rzadziej niż w domach maoryskiego osiedla. To tam właśnie dziewczynka miała swoje przyjaciółki i swoich „krewnych” – i oczywiście kochano ją także tam. U Maorysów dzieci były zawsze chętnie widziane i każdy miał dla nich czas. Matariki czesała len z innymi maoryskimi dziewczętami i uczyła się, jak robić spódniczki do tańca z twardych łodyg lnu. Grała na flecie nguru, dmuchając ustami i nosem, słuchała długich historii o bogach i bohaterach, opowiadanych przez maoryskie babcie i dziadków. W domu zaś słuchała baśni opowiadanych przez Michaela – o irlandzkich świętych i bohaterach, a Lizzie uczyła córkę winiarstwa. Matariki chętnie pomagała przy winobraniu. Jednak sok z winogron, a potem wyprodukowane z niego wino uważała za kwaśne i niesmaczne – co tylko pobudzało ambicję Lizzie jako właścicielki winnicy. Będąc młodą kobietą, Lizzie pracowała na Wyspie Północnej w domu gubernatora Jamesa Busby’ego, który pierwszy w Nowej Zelandii zaczął hodować winogrona. Nie odniósł w tym, co prawda, zbyt wielkich sukcesów, ale to nie zniechęciło Lizzie. Matariki nauczyła się od matki, że trzeba zawsze zachowywać optymizm i nigdy nie należy rezygnować. Była dzieckiem pogodnym i ufnym.

Także tego pierwszego dnia w Otago Girls’ School była w znakomitym nastroju, podczas gdy jej matka znów sprawiała wrażenie zdenerwowanej i zaniepokojonej w chwili, kiedy obie wchodziły do budynku przez masywne, ciężkie drzwi. Był to pierwszy dzień po feriach i w hali wejściowej oraz na korytarzach panował ożywiony ruch i hałas – co chwila pojawiała się kolejna wracająca z domu dziewczynka. Większość uczennic nie mieszkała w Dunedin, lecz na wielkich owczych farmach, niekiedy bardzo oddalonych. Także Matariki miała mieszkać w należącym do szkoły internacie. Teraz, stojąc w hali wejściowej, rozglądała się z zaciekawieniem, podczas gdy jej matka udała się na poszukiwania sekretariatu.

– Poczekaj tutaj – przykazała córce.

Czekało ją wypełnianie licznych formularzy związanych z przyjęciem Matariki do szkoły i Lizzie znów czuła się onieśmielona. Nie była pewna, co ma odpowiedzieć na kilka pytań z długiej listy, którą wręczono jej już w czasie pierwszej wizyty, nie wiedziała też, czy ma zabrać teraz Matariki do biura szkoły. Kto miał pomóc dziewczynce rozpakować bagaż? Michael tym razem nie mógł jej towarzyszyć, bo akurat w tym dniu odbywała się aukcja bydła, w której musiał wziąć udział. Lizzie odczuwała brak jego niczym nieskrępowanej pewności siebie.

Wraz z innymi matka udała się więc do biura. A Matariki zaczęła się przyglądać obrazom wiszącym na ścianach szkolnych korytarzy, jednak martwa natura i krajobrazy nie zainteresowały jej aż tak bardzo. Tętniące życiem szkolne korytarze były o wiele ciekawsze. Matariki patrzyła, jak witają się kolejne uczennice, jak coś szepcą do siebie i śmieją się; zauważyła też dwie nieco starsze maoryskie dziewczyny w jasnoniebieskich sukienkach i koronkowych czepkach, które niosły torby i walizki uczennic. Dziewczyny nie wyglądały na szczęśliwe, a żadna z uczennic nie zamieniała z nimi ani słowa. Matariki chciała właśnie odezwać się do jednej z nich, ale nagle usłyszała, że ktoś woła ją z jednego z otwartych pokoi.

– Jesteś nowa? To co tak stoisz i patrzysz? Chodź, weź te rzeczy i zanieś je do wychowawczyni. Trzeba je wyprasować, w walizkach całkiem się pogniotły.

Wysoka blondynka wcisnęła w ramiona zaskoczonej Matariki stertę bluzek i spódnic, po czym wykonała ręką taki ruch, jak gdyby wypędzała natrętną kurę. Matariki posłusznie ruszyła we wskazanym kierunku – choć oczywiście nie miała pojęcia, kim była wychowawczyni i gdzie należało jej szukać.

W końcu zwróciła się do ciemnowłosej dziewczyny, a ta teatralnie przewróciła oczami w odpowiedzi.

– To nie pokazali ci tego zaraz na początku? Zjawiłaś się tu chyba prosto z puszczy!

Jej przyjaciółki roześmiały się głośno, ale dziewczyna pokazała jednak drogę. Matariki szybko znalazła pomieszczenie w rodzaju bieliźniarki, w którym okrągła kobieta wydawała właśnie czekającym w kolejce uczennicom bieliznę pościelową i ręczniki. Matariki grzecznie ustawiła się na końcu i czekała, aż kobieta wreszcie ją zauważyła.

– No co, przynosisz mi coś, zamiast odnieść? – spytała przyjaźnie.

Matariki dygnęła tak, jak nauczyła ją Haikina. Było to obowiązkiem każdej uczennicy w szkole misyjnej w razie spotkania nauczycielki.

– One muszą być wyprasowane – powtórzyła życzenie uczennicy.

Kobieta zmarszczyła czoło.

– Muszą? Powiedz mi, to ty jesteś tą nową pokojówką? Myślałam, że ona przyjdzie dopiero w następnym tygodniu, w tym rozgardiaszu teraz nikt nie ma czasu, żeby cię wprowadzić w obowiązki. A właściwie to ona miała być nieco starsza. – Kobieta popatrzyła na Matariki nieco zaskoczona.

– Jestem Mata… e… Martha Drury – przedstawiła się Matariki. – I jeszcze nie umiem prasować. Ale chciałabym się tego nauczyć. Podobnie jak geografii i literatury…

Matariki zaczęła wyliczać wszystkie przedmioty, których nazwy zapamiętała. Choć co prawda w planie lekcji nie było czegoś takiego jak „prasowanie”.

Wychowawczyni roześmiała się głośno i najpierw uwolniła Matariki od naręcza ubrań.

– Witaj, drogie dziecko! Jestem wychowawczynią i nazywam się Miss Maynard. A więc to ty jesteś tą małą z Lawrence, której imienia nie potrafiła wymówić nasza szanowna dyrektorka. Jak się nazywasz? Matariki, prawda? Ja wcale nie uważam, że to tak trudno wymówić. Pochodzę z Australii, kochanie, a tam dopiero Aborygeni mają dziwaczne imiona! Możesz sobie wyobrazić, że ktoś się nazywa Allembee? Albo Loorea?

Matariki się uśmiechnęła. Miss Maynard była sympatyczna i dziewczynka po tych słowach od razu przestała się czuć obco w szkole.

– No a teraz pokaż mi, kto to wcisnął ci tę stertę ubrań do prasowania. Usłyszy od nas kilka słów, Matariki! Te małe baronówny z owczych farm zwykle zapominają w czasie wakacji, że tu nikt nie będzie po nich sprzątał!

„Nikt oprócz maoryskich dziewcząt”. – Taka myśl przemknęła przez głowę Matariki, kiedy zauważyła zaciekawione spojrzenia pozostałych dziewcząt. Także Maorysek, choć one onieśmielone za chwilę pokornie opuściły głowy. Czy obawiały się wychowawczyni?

– One zachowują się w okropnie służalczy sposób – westchnęła Miss Maynard, widząc pełne współczucia spojrzenie Matariki. – Dostajemy je ze szkoły misyjnej. A tam dziewczęta głównie dygają i się modlą, zamiast się uczyć.

Matariki przyszło do głowy, że żadna z uczennic nie dygała, kiedy Miss Maynard przechodziła obok którejś z nich. Dziewczęta jedynie pozdrawiały ją wesoło – wychowawczyni musiała być bardzo lubiana.

I wreszcie Miss Maynard zażądała wyjaśnień od Alison Beasley, wysokiej blondynki, która wcisnęła Matariki rzeczy do prasowania. Alison otrzymała wszystko z powrotem – wraz z zadaniem samodzielnego wyprasowania ubrań i pokazania nowym uczennicom, jak się to robi.

– Pierwszoklasistki będą czekać na ciebie jutro o dziesiątej w bieliźniarce, Alison – ja także będę obecna. A w najbliższym czasie ty będziesz odpowiedzialna za to, żeby młodsze dziewczynki codziennie pojawiały się na lekcjach odpowiednio ubrane.

Alison, wyraźnie oburzona, zacisnęła wargi. Była już w trzeciej klasie, przyjechała do szkoły z jednej z wielkich owczych farm i z pewnością nie była przyzwyczajona do tego, żeby pomagać w gospodarstwie domowym czy też być za cokolwiek odpowiedzialną.

– I żeby uniknąć dalszych nieporozumień… – Miss Maynard podniosła głos, aby słyszały ją wszystkie dziewczynki, także te na korytarzach i w otwartych pokojach – …to jest wasza nowa koleżanka Matariki Drury. Nie ma nic przeciwko temu, abyście nazywały ją Martha, ale z pewnością nie będzie prasować waszych ubrań!

Alison spojrzała na Matariki z drwiną.

– A skąd ona jest? – spytała kpiąco. – Chyba raczej nie mieszka na żadnej z większych owczych farm.

Miss Maynard odwróciła się gwałtownie w jej stronę.

– Alison, zapewne w to nie uwierzysz, ale na świecie jest bardzo wielu mądrych i dobrych ludzi, którzy nie zaliczają się do „owczych baronów”.

Matariki zniosła badawcze spojrzenie starszej dziewczynki z właściwym sobie spokojem.

– To prawda – wtrąciła się, przerywając we właściwej chwili kazanie Miss Maynard. – Bo ja jestem prawdziwą księżniczką.

Lizzie była przerażona zniknięciem córki i odczuła taką ulgę, że niemal się rozpłakała, kiedy Miss Maynard przyprowadziła do niej Matariki.

– Matariki trochę zabłądziła w szkolnych korytarzach – wyjaśniła nauczycielka. – Ale dzięki temu mogłyśmy się poznać. Pani córka jest naprawdę niezwykłą dziewczynką.

Lizzie zmarszczyła czoło i popatrzyła nieufnie najpierw na Matariki, a potem na Miss Maynard. Czy wychowawczyni kpiła, czy też mówiła poważnie?

Matariki uśmiechnęła się do niej.

– Inne uczennice myślały, że ja jestem pokojówką! – powiedziała wesoło.

Miss Maynard nerwowo zagryzła wargi.

– Jest mi bardzo przykro z powodu tego nieprzyjemnego incydentu, Mrs Drury. My…

Lizzie spojrzała na nią oburzona.

– Jak to, te małe bestie już zaczęły ją dręczyć?

Niewiele brakowało, żeby osobiście zbeształa przyszłe szkolne koleżanki córki. Lizzie była nieśmiała w stosunku do osób o dużym autorytecie, ale o swoją córkę walczyła jak lwica.

– Bardzo mi przykro. To po prostu… – Miss Maynard zastanawiała się przez chwilę, jakich słów użyć, aby prosić o wybaczenie, ale Matariki ją uprzedziła.

– To było bardzo zabawne! – powiedziała wesoło. – A ja zawsze chciałam być pokojówką, tak jak ty kiedyś, mommy! Mówiłaś przecież, że ci się to podobało.

Tu Matariki dygnęła przesadnie nisko i uśmiechnęła się rozbrajająco do matki i Miss Maynard. Lizzie także się uśmiechnęła – może te dziewczęta rzeczywiście próbowały zrobić przykrość jej córce, ale Matariki była na to odporna. Nie potrzebowała nikogo, kto walczyłby za nią.

Miss Maynard też się uśmiechnęła – przede wszystkim z ulgą.

– Jak już mówiłam: naprawdę niezwykła dziewczynka. Jesteśmy dumni, że jesteś z nami, księżniczko Matariki Drury.

Pobyt Matariki w Otago Girls’ School wyglądał podobnie jak pierwszy dzień. Bez względu na to, co robiła Alison i inne dziewczęta, aby rozdrażnić czy też zdenerwować pół-Maoryskę, skrzywdzenie Matariki okazało się praktycznie niemożliwe. A przy tym dziewczynka nie była naiwna – i już po kilku pierwszych tygodniach doskonale dostrzegała złośliwość koleżanek, rozumiała ich kpiny i aluzje. Nie zamierzała jednak brać czegokolwiek poważnie. Złośliwe uwagi Alison i próby przezywania Matariki mianem „księżniczki żebraczki” czy też Kopciuszka po prostu nie robiły na niej wrażenia.

W czasie pierwszego roku nauki w szkole Miss Maynard zadawała sobie szczególnie dużo trudu przy wyborze współmieszkanki dla Matariki. Robiła wszystko, aby dziewczynka zamieszkała z najbardziej tolerancyjną i wyrozumiałą koleżanką, stwierdziła jednak, że Matariki było dość obojętne, z kim mieszkała. Dziewczynka do każdego odnosiła się przyjaźnie i życzliwie, jednak z nikim nie nawiązywała bliższych kontaktów i w każdy piątek, kiedy tylko kończyły się lekcje i zamykano szkołę, jechała konno do domu. Jej ojciec trzymał w stajni niewielkiego, choć silnego konia – przy czym już sam zakup niewielkiej klaczy stanowił małą sensację wśród „owczych baronówien” w szkole. Kiward Igraine, zwana przez Matariki krótko Grainie, pochodziła z hodowli rodziny Wardenów na Kiward Station z Canterbury Plains. Niewielka klacz czystej rasy welsh cob miała znakomity rodowód i z pewnością była bardzo droga. Dzięki Grainie Matariki nie była skazana na to, aby ze szkoły odbierali ją rodzice, co miało miejsce w przypadku większości uczennic, jednak ta okoliczność z początku trochę niepokoiła Miss Partridge.

– Bądź co bądź to czterdzieści mil, Mr Drury – zwróciła uwagę Michaelowi. – Jeśli dziecku coś się stanie…

Ale Michael Drury w odpowiedzi tylko się roześmiał, podobnie jak jego córka.

– Grainie pędzi jak błyskawica, Miss Partridge! – wyjaśniła z dumą Matariki. – Nikt nie może na mnie napaść, na to po prostu jeżdżę zbyt szybko.

Rzeczywiście na prawie nieuczęszczanych drogach wokół Dunedin nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo. Jedynie na złotonośnych polach pojawiały się podejrzane typy, choć także jeśli o nich chodzi, Maorysi stanowili dostateczną ochronę. Szczep Ngai Tahu zaczął powoli odzyskiwać tereny wyeksploatowane i zniszczone przez poszukiwaczy złota – i kiedy tylko Grainie z Matariki na grzbiecie pojawiała się w okolicy Lawrence, wojownicy zwracali na nią baczną uwagę. Koń oczywiście potrzebował odpowiedniej dawki ruchu także w pozostałe dni tygodnia, aby był w stanie pokonać długą drogę w weekend – dla Matariki była to miła wymówka, aby także wtedy po odrobieniu lekcji móc wymknąć się ze szkoły do stajni. Wieczorne próby szkolnego teatru i chóru, zajęcia krawieckie, zabawy, w czasie których rozwijały się dziewczęce przyjaźnie, wcale jej nie interesowały, toteż po prostu z nich uciekała.

– Martha woli rozmawiać ze swoją szkapą! – kpiła Alison Bea­sley, a Matariki z całym spokojem jej przytakiwała. Miss Maynard była jedyną osobą w szkole, która nazywała dziewczynkę jej prawdziwym imieniem.

– Księżniczka po prostu wie, na co może sobie pozwolić i czego chce – odrzekła Mary Jane Harrington, która z powodu swej otyłości także była ofiarą kpin Alison. – I o ile wiem, coby z Kiward Station mają znacznie bogatszy i dłuższy rodowód niż rodzina Beasley z Koromiko Station – dodała Mary Jane.

Miss Maynard, słysząc to, śmiała się w duchu i przy pierwszej okazji przeniosła Mary Jane do pokoju Matariki. I choć w ciągu najbliższych paru lat między dziewczętami nie rozwinęła się prawdziwa, głęboka przyjaźń, to z całą pewnością panowała między nimi całkowita zgoda.

Menażeria Matariki już po kilku miesiącach pobytu w szkole powiększyła się o kolejnego czworonoga – w czasie jednej z jej konnych przejażdżek przyłączył się do niej jasnobrązowy pies o długich nogach. Zwierzę było na wpół zagłodzone i wystraszone i chowało się na początku w słomie koło boksu Igraine. Matariki tego wieczoru zaniosła psu swoją kolację i spokojnie wysłuchała pomstowania właściciela stajni, w której trzymała konia.

– Tutaj ten kundel zostać nie może! – oświadczył Donny Sullivan. – Ani mi się śni karmić to bydlę!

– Nie będzie pan tego robił za darmo – stwierdziła Matariki.

W najbliższy piątek pies pobiegł za Matariki aż do Elizabeth Station i spał przed drzwiami jej pokoju – i nie zwracał najmniejszej uwagi ani na Pata, ani na Kevina. Obaj chłopcy starali się, jak mogli, aby zdobyć jego względy. Matariki odrzuciła też ofertę rodziców, którzy chcieli zatrzymać psa na farmie. Za to wieczorem ukryła pod sukienką talerz i wymknęła się wczesnym rankiem nad potok powyżej wodospadu. Lizzie i Michael próbowali ukryć złotodajne miejsce przed dziećmi, ale Maorysi nie byli tu zbyt ostrożni, a Matariki nie była głupia. I w poniedziałek dosłownie „ozłociła” u Donny’ego Sullivana pobyt psa w jego stajni, w której wieczorem pies musiał być zamykany. W przeciwnym wypadku Dingo – Miss Maynard nazwała psa tak, jak nazywały się one w jej australijskiej ojczyźnie – zawsze potrafił znaleźć jakiś sposób, aby dotrzeć do budynku Otago Girls’ School i wyciągnąć się przed drzwiami pokoju Matariki.

– No, on chyba nie ma jakiegoś niezwykłego rodowodu – stwierdziła złośliwie Alison. – A może sądzisz, że to książę?

Matariki w odpowiedzi lekceważąco wzruszyła ramionami.

– Ale ma za to bardzo dobry charakter – odrzekła Mary Jane.

Matariki Drury ani nie miała żadnych problemów, ani też ich nie stwarzała – w przeciwieństwie do swego biologicznego ojca, o czym Michael Drury i jego przyjaciel Hemi Kute dowiedzieli się w trzecim roku nauki Matariki w Dunedin. Było lato, obaj mężczyźni siedzieli przy ognisku obok potoku koło Elizabeth Station i pili piwo, podczas kiedy Lizzie i Haikina w ramach eksperymentu ściągały skórę z upolowanego królika, patroszyły go i próbowały przyrządzić. Królika zastrzelił Michael, a Hemi w tym czasie płukał złoto. Któryś ze statków wiozących imigrantów jakiś czas temu przywiózł kilka sztuk tych zwierząt, a one rozmnożyły się w błyskawicznym tempie, ponieważ nie miały tutaj żadnych naturalnych wrogów. Ngai Tahu szybko nauczyli się cenić króliki jako jeszcze jedno źródło smacznego mięsa. Z filozoficznym spokojem potraktowali zarówno inwazję pakeha, jak i pojawienie się królików.

– Te Kooti widzi w tych zwierzątkach nowych posłańców boga Whiro – uśmiechnął się Hemi. Nie za bardzo miał ochotę mówić o ruchu Ringatu i Hauhau, bo Kahu Heke znów „poprosił” o darowizny. – Te Kooti rzeczywiście wyciął upolowanemu zwierzęciu serce na ofiarę bogom – dokończył Hemi.

– Czy posłańcami boga Whiro nie były właściwie jaszczurki? – spytała nieco zirytowana Lizzie. Bóg Whiro uchodził za reprezentanta wszystkiego, co złe na ziemi, i to właśnie jaszczurka była mu poświęcona. – No, jej to nie chciałabym jeść…

– Prędzej ona zje ciebie! – roześmiała się Haikina. – Jeśli bogowie będą chcieli twojej śmierci, to ześlą jaszczurkę, a ona będzie cię pożerać od wewnątrz. Króliki tylko zżerają owcom trawę. A poprzez to właściwie bardziej szkodzą pakeha niż zwolennikom ruchu Hauhau. Te Kooti powinien je wręcz kochać. Ale jemu odpowiada każdy środek, byle tylko zwrócić na siebie uwagę.

– I tym środkiem miałoby być rytualne mordowanie królików? No nie wiem… – Michael podniósł w górę butelkę whiskey. – Czy wy, Maorysi, nie macie doprawdy nic lepszego do zaoferowania?

Ale Hemi zareagował nieoczekiwanie serio.

– Masz na myśli tikanga? Stare obyczaje? Oczywiście, że mamy takie, wiesz o tym przecież dobrze.

Lizzie i Michael byli zapraszani na wszystkie uroczystości w szczepie, a Lizzie i Matariki także śpiewały i tańczyły. Ale Michael czuł wtedy, że jego obecność była wręcz zbędna i zawsze oddychał z ulgą, kiedy zaczynano plotkować i pić whiskey.

– Tak, ale to, co wygrzebują Hauhau…

– Oni częściowo powołują się na rytuały, które pochodzą jeszcze znad Południowego Pacyfiku. Czyli z Hawaiki, stamtąd, skąd przybyliśmy tutaj – dodała Haikina. Sprawiała wrażenie nieco zatroskanej. – I jeśli chodzi o niektóre z tych rytuałów, to w ogóle nie wiadomo, że kiedykolwiek były praktykowane na Aotearoa.

Była to maoryska nazwa Nowej Zelandii.

– W każdym razie upłynęło już sporo czasu od chwili, kiedy my, Maorysi, zjadaliśmy naszych wrogów – wyjaśniła Haikina. – Ale to, co się słyszy o zwolennikach ruchu Hauhau… Te Kooti ponoć w czasie prowadzonych przez siebie wojen zabijał ludzi w okrutny sposób.

Te Kooti i jego ludzie między 1868 i 1872 rokiem dokonali wielu napadów na Wyspie Północnej i byli przyczyną licznych niepokojów. W jednej z bitew zginęło prawie trzydziestu pakeha, wśród nich także kobiety i dzieci.

– Nie wyobrażam sobie, w czym bierze udział Kahu Heke – powiedziała Lizzie.

Zwykle nic nie mówiła o ojcu Matariki, zwłaszcza w obecności Michaela. Choć było oczywiste, że jej mąż dowiedział się kiedyś, kto był tym ojcem i w jakich okolicznościach zostało poczęte dziecko – wśród Maorysów także lubiano plotkować. Ale związek Lizzie z Kahu Heke nigdy nie był tematem rozmów między małżonkami.

Jednak teraz Lizzie nie mogła się powstrzymać. Musiała wyrazić głośno swoje obawy, w końcu Kahu Heke nie był nieokrzesanym gburem. Uczęszczał do szkoły misyjnej aż do osiągnięcia dojrzałości i gdyby był bardziej cierpliwy i powściągliwy w swoich poglądach, mógłby zostać lekarzem czy też adwokatem. Ale Kahu, syn wodza, był człowiekiem dumnym, butnym i łatwo go było obrazić. Upokorzenia, które spotykały go ze strony misjonarzy i później ze strony rozmaitych pracodawców na Wyspie Północnej, spowodowały, że stał się zagorzałym nacjonalistą. Z początku organizowane przez niego akcje były dziecinne – podobnie jak akcje jego przodka Hone Heke, którego zuchwałość doprowadziła jednak w roku 1845 do wybuchu wojny o maszt flagowy, zwanej też rebelią Hone Heke. O Kahu Heke zrobiło się głośno wśród pakeha także za sprawą kilku przewróconych przez niego masztów, na których wieszano flagę, oraz zabrudzonych bądź zniszczonych pomników. Ale dopiero kiedy jego wuj Hongi Hika wybrał go na swego następcę, Kahu zaczął poważniej traktować politykę. Jednak jego marzenie o królestwie zostało zniszczone przez Lizzie i ostatecznie pogrzebane przez własną, bardzo nieporadną próbę pomsty w Opotiki. I w rzeczywistości Kahu Heke do dziś nie został spadkobiercą Hongi Hika, Ngati Pau zaś wybrali na wodza mężczyznę o bardziej umiarkowanych poglądach i całkowicie wycofali się z walk przeciwko pakeha.

– Kahu nie jest przecież głupi – oświadczyła Lizzie. – A to, o czym mówią w swoich kazaniach zwolennicy ruchu Hauhau… Z pewnością nie wierzy, że dzięki jakimś tajemniczym rytuałom wojowników nie można zranić albo że można kogoś otruć wodą spływającą z dachu domu wodza.

Michael chciał wtrącić jakąś złośliwą uwagę, ale Hemi powstrzymał go ruchem ręki.

– On w to z pewnością nie wierzy – powiedział młody Maorys. – W każdym razie tak zakładam, nie miałem przyjemności go poznać.

Kiedy Kahu Heke gościł u Ngai Tahu, Hemi był jeszcze w Dunedin.

– Ale jego zwolennicy w to wierzą! – mówił dalej Hemi. – Przeciętny wyznawca ruchu Hauhau jest wojownikiem, a nie uczniem szkoły misyjnej. A wszyscy rekrutują się z wielkich szczepów Wyspy Północnej, które zawsze lubiły ze sobą walczyć. Teraz niektórzy ich członkowie razem występują przeciwko pakeha – ale jeśli chcecie usłyszeć moje zdanie, to oni przede wszystkim chcą zobaczyć krew. Chcą w coś wierzyć, dać się czemuś porwać… no a jeśli przy okazji można się dobrze obłowić, to tym lepiej.

– Kahu nie mógłby czegoś takiego poprzeć – stwierdziła Lizzie wyraźnie zatroskana, a Haikina przytaknęła:

– To prawda. Ale jeśli chodzi o te rzeczy, to Kahu nigdy nie miał żadnych skrupułów. I to mnie niepokoi. Nigdy nie wiadomo, co takim ludziom wpadnie do głowy – i na jaki szalony zwyczaj albo na jakie tapu się powołają, aby wywołać kolejną wojnę.

Rozdział 2

– To są zupełnie inne gwiazdy…

Heather Coltrane oparła się o reling ogromnego żaglowca i zwrócona plecami do morza wpatrywała się w niebo.

– Tak, i nigdy nie myślałam, że je jeszcze kiedykolwiek zobaczę.

Kathleen Burton, matka Heather, miała spojrzenie skierowane w stronę morza – a właściwie w stronę lądu, bo na horyzoncie pojawiły się właśnie pierwsze światła Londynu. Gwiazdy nigdy jej zbytnio nie interesowały, Kathleen była w gruncie rzeczy bardzo praktyczna. I także teraz rozmyślała nie tyle o latach swojego dzieciństwa i młodości w Irlandii, ile o tym, że miasta w Europie są najwyraźniej lepiej oświetlone niż w Nowej Zelandii. Kiedy przed trzema miesiącami statek wypłynął z portu w Lyttelton, ląd już po kilku minutach znikł z pola widzenia Kathleen. Ale za to Dunedin, jej ojczyste miasto na drugim końcu świata, od pewnego czasu miało już oświetlenie gazowe.

– Grosik za twoje myśli – roześmiał się Peter Burton i delikatnie pocałował żonę w kark.

Po ponad dziesięciu latach małżeństwa, kiedy tylko był z Kath­leen, stale pragnął ją dotykać, tulić do siebie – i chronić. Może dlatego, że tak długo trwało, zanim mu na to pozwoliła. Wielebny kochał Kathleen wiele lat, zanim ona wypowiedziała sakramentalne „tak”, i dziś jeszcze był dumny z tego, że to dla niego uporała się ze wszystkimi swoimi upiorami z przeszłości. Kathleen najpierw uciekła od swojego brutalnego męża Iana Coltrane’a, a po jego śmierci zupełnie nieoczekiwanie pojawił się Michael Drury, który był jej młodzieńczą miłością. I ostatnia przeszkoda – wystąpienie Kathleen z Kościoła katolickiego i przejście do anglikańskiego – była dla Petera już tylko czymś w rodzaju małego, nic nieznaczącego kamienia, o który nawet nie można było się potknąć.

Kathleen odwróciła się do męża i uśmiechnęła się do niego. Nie mogła mu przecież wyznać, że rozmyślała o oświetleniu ulic w miastach!

– Myślałam o Colinie – powiedziała. – Jak… dziwnie będzie go znów zobaczyć.

Colin Coltrane było młodszym synem Kathleen. Kilka lat wcześniej, zanim Ian Coltrane zginął gwałtowną śmiercią, Colin był trudnym dzieckiem i Kathleen w końcu zgodziła się na to, aby wysłać go do akademii wojskowej w Anglii. Niełatwo przyszło jej, Irlandce, przezwyciężyć swą oczywistą niechęć do Korony Brytyjskiej. Jednak pobyt i nauka w Anglii wyszły Colinowi na dobre. Ukończył szkołę z dobrymi ocenami i służył od tego czasu jako kapral w Royal Army. A w tej chwili stacjonował wraz z Royal Horse Guard w Londynie – przypuszczalnie się cieszył, że spotka swoją matkę i siostrę.

– Moglibyśmy też pojechać do Irlandii – stwierdził Peter i odgarnął sobie z czoła jasnobrązowe włosy. Wiatr wiał od strony lądu i choć panowało wczesne lato, w Londynie było chłodno i padał deszcz. – Wówczas zobaczyłabyś całą swoją rodzinę. To… jakoś niesprawiedliwe, że mamy zamiar odwiedzić niemal wszystkich z mojego rodu, a ty spotkasz się jedynie z Colinem. Za naszego życia nie przyjedziemy już w te strony. Może powinnaś wykorzystać tę szansę!

Kathleen popatrzyła w jego sympatyczne, brązowe oczy. Cieszyła ją troska Petera, ale jednak potrząsnęła zdecydowanie głową.

– Nie, Peter, nie chcę. Widzisz, tam… nad Vartry… tam się nic nie zmieniło. Ludzie są nadal biedni jak żebracy i cierpią pod butem landlorda, a Trevallion robi swoje tak jak kiedyś – w każdym razie jeszcze przed trzema laty cieszył się dobrym zdrowiem.

Przed trzema laty odszedł też ojciec O’Brien, który chrzcił Kath­leen i Michaela i uczył ich, kiedy byli dziećmi. Sędziwy ksiądz dożył biblijnego wieku ponad dziewięćdziesięciu lat. To za jego pośrednictwem Kathleen miała bardzo luźny kontakt ze swoją rodziną. Po jego śmierci nic już nie wiedziała o losie sióstr i braci, a jej rodzice nie żyli od lat.

– Gdybyśmy się tam teraz pojawili… dobry Boże, Peter, dla tych ludzi bylibyśmy bogaczami jak przysłowiowy Krezus. Ja… ja nie chcę być powodem zawiści.

Kathleen zawiązała ciaśniej ekstrawagancką tiulową szarfę, która przytrzymywała ciemnozielony kapelusz i jednocześnie ukrywała jej bujne włosy. Był to model z ostatniej kolekcji jej warsztatu krawieckiego – i można go było połączyć z każdym rodzajem kostiumu podróżnego. Lady’s Goldmine, sklep z odzieżą damską położony w samym centrum Dunedin, zapewniał jego właścicielkom naprawdę dostatnie życie. Kathleen oraz jej przyjaciółka i współwłaścicielka zakładu zarabiały znacznie lepiej niż Peter Burton w swojej parafii na przedmieściach Dunedin.

Peter uśmiechnął się do żony.

– A przede wszystkim nie masz teraz ochoty wielkodusznie wesprzeć swojego rodu. Co bez wątpienia przyszłoby ci do głowy, gdybyś zobaczyła, że ta przysłowiowa irlandzka bieda jest rzeczywiście taka, jak się o niej mówi.

Wielebny mrugnął do niej.

Kathleen nieco zdenerwowana potrząsnęła głową.

– Rzeczywiście panuje tam ogromna bieda. Podobnie jak w Dunedin, wśród tych poszukiwaczy złota, którym się nie powiodło.

Peter Burton w czasie gorączki złota stale prowadził kuchnię dla najuboższych imigrantów, którzy nie mieli środków do życia, a teraz jego gmina w Dunedin nadal wspierała liczne rodziny poszukiwaczy przygód, z których większość żyła z dnia na dzień. Kathleen i Claire także były bardzo wielkoduszne. Kathleen nie miała podstaw, aby zarzucać sobie niedostateczną dobroczynność.

– Bóg świadkiem, że nie jestem nic winna mojej rodzinie – oświadczyła z goryczą. – Dla nich umarłam już wtedy, kiedy rósł mój brzuch z dzieckiem Michaela. Nie dostałam od nich ani jednego listu, nie doczekałam się choćby śladu zainteresowania moim życiem, kiedy sprzedali mnie jak zwierzę Ianowi i odesłali na koniec świata. Daj mi więc spokój z moją rodziną i Irlandią. Jestem z Dunedin i kocham to miasto. I ciebie!

Kathleen położyła rękę na jego dłoni, a Peterowi przemknęła przez głowę myśl, że gdyby była bardziej otwartą kobietą, to przy tych słowach objęłaby go. Ale Kathleen była ostrożna i trochę pruderyjna – jakiejkolwiek formy pieszczot w obecności innych raczej nie należało od niej oczekiwać.

Heather, jej dwudziestodziewięcioletnia córka, popatrzyła na matkę niemal kpiąco.

– Wszyscy nasi krewni wydają się nie być mili – zauważyła. Heather nie miała zbyt wielkiej ochoty na spotkanie z Colinem. – Mam nadzieję, że przynajmniej twoi są sympatyczni, wielebny.

Peter się roześmiał, bo rozbawił go ten zwrot. Towarzyszył dzieciom Kathleen przez całe ich dzieciństwo jako „wielebny Peter”. I choć najstarszy syn Kathleen, Sean, wreszcie odważył się nazywać go po prostu Peter, Heather nigdy nie mogła się na to zdobyć.

– Moi krewni to typowa angielska szlachta ze wsi – odpowiedział. – Nieprzystępni, zarozumiali i sztywni w obejściu… i z pewnością niezbyt zadowoleni z tego, że wuj James zapisał w testamencie swoją posiadłość w Walii akurat pewnemu zaginionemu potomkowi rodu, który mieszka gdzieś na drugim końcu Pacyfiku.

Heather zachichotała, dodając:

– A w dodatku uzasadnienie rzeczywiście jest nieco… brzydkie.

Młoda kobieta zrobiła surową minę, zmrużyła jedno oko tak, jak gdyby trzymała przed nim lorgnon angielskiego landlorda, i zacytowała fragment z testamentu Jamesa Burtona:

„…zapisuję moją posiadłość koło Treherbert w Walii jedynemu członkowi rodziny Burtonów, który zrobił ze swoim życiem coś sensownego…”.

Peter wzruszył ramionami.

– Co racja, to racja – zauważył. – Ale lepiej nie oczekujmy, że moi krewni przyjmą nas z otwartymi ramionami. Patrzcie, oto Londyn! Światowe miasto, metropolia, setki bibliotek, teatrów, pałaców, wspaniałych ulic… Powinniśmy tu spędzić kilka dni i zanurzyć się w kulturze! Z pewnością znajdzie się jakiś konfrater, u którego będziemy mogli przenocować.

– I pewnie jest tu także wiele, wiele kuchni wydających zupę dla najuboższych – uzupełniła Kathleen, marszcząc przy tym surowo czoło. – Znam cię, Peter. Sympatyczny konfrater nie ma intratnej posady w City. Ludzie, których ty znasz, walczą z nędzą żebraków i dzieci ulicy w najbiedniejszych dzielnicach wielkiego miasta. W przeciągu dwóch dni wysłuchasz ze dwudziestu historii podobnych do historii Lizzie Owens, a ja będę obierać i kroić warzywa na zupę. O nie, to nie wchodzi w grę, Peter. Zamieszkamy w porządnym hotelu – nie luksusowym, ale też nie nędznym. I tam spotkamy się z Colinem, najlepiej już jutro! A potem pojedziemy do Walii.

Peter podniósł w górę obie ręce.

– Pokój, pokój, Kate, zgadzam się na ten hotel. I rezygnuję też z audiencji u królowej, choć miałbym jej sporo do powiedzenia… Na temat organizacji charytatywnych i w ogóle! Ale zanim zorganizujemy spotkanie z Colinem, będę mógł pokazać wam to i owo w mieście, prawda?

Kathleen zaraz następnego dnia, będąc w Hyde Park Barracks, skontaktowała się z Colinem. A potem na życzenie Heather razem zwiedzili National Gallery i przede wszystkim kobiety zachwycały się dziełami Botticellego, Dürera i van Eycka. Córka Kathleen odziedziczyła po matce artystyczne talenty, nie ograniczyła się jednak do rysunków i projektów kolejnych kolekcji mody, lecz studiowała sztukę i potem wyspecjalizowała się w malarstwie portretowym. „Owczy baronowie” z Wyspy Południowej robili, co mogli, aby Heather Coltrane uwieczniła ich na olejnym obrazie – zlecali jej także wykonywanie wizerunków swoich żon, dzieci, a nawet koni! Kiedy Heather któregoś razu dla żartu sportretowała jednego z nagrodzonych rasowych baranów Michaela Drury’ego, także Seideblossomowie, Beasleyowie i Barringtonowie chcieli mieć na ścianach obrazy przedstawiające ich czworonogi. Heather dobrze zarabiała, choć teraz z żalem wspomniała o tym, że jeden z jej obrazów przedstawiający ogiera z hodowli Beasleyów pewnie nigdy nie znajdzie się w londyńskiej National Gallery.

– Tam może nie, ale w którejś galerii w Nowej Zelandii na pewno! – zażartował Peter, a Kathleen się cieszyła, że Heather najwyraźniej dobrze się bawiła, była znów pełna radości i chęci do życia. Wcale nie było tak łatwo przekonać młodą kobietę do wspólnej podróży, bo Heather była w żałobie. Co prawda nie z powodu czyjejś śmierci – przeciwnie, to pewne szczęśliwe wydarzenie wręcz odebrało Heather chęć do życia. Jej długoletnia przyjaciółka Chloé, córka przyjaciółki i wspólniczki Kathleen, Claire Dunloe, zakochała się i szybko wyszła za mąż za swojego wybranka. Zanim do tego doszło, dziewczyny wiele mówiły o otworzeniu wspólnego interesu, jak kiedyś zrobiły to ich matki, otwierając Lady’s Goldmine. I to Chloé cieszyła się wobec perspektywy prowadzenia galerii, w której wystawiane i sprzedawane będą między innymi także obrazy Heather. Ale potem nieoczekiwanie pojawił się Terrence Boulder, młody bankier, który miał kierować oddziałem prywatnego banku Dunloe na Wyspie Północnej i Chloé wręcz przestała się interesować osobą Heather. Nic też nie można było zarzucić młodemu mężczyźnie, którego poślubiła. Był człowiekiem mądrym, sympatycznym i otwartym na świat – matka Chloé Claire i jej ojczym Jimmy Dunloe nie mogli sobie wymarzyć lepszego zięcia. Ale Heather mimo licznych kolejnych zleceń była niepocieszona i mocno przygnębiona. A młoda para po hucznym weselu, które było głośnym wydarzeniem towarzyskim sezonu w Dunedin, wyjechała do Auckland.

– Mam już tę wystawę przed oczami – żartował Peter. – Obok maoryskich maczug wojennych będą wisiały portrety baranów Drurych i psów collie z Kiward Station. Powinnaś przynajmniej namalować choćby katedrę w Dunedin, Heather, aby znalazł się tam choć ślad sztuki sakralnej.

Po południu Peter odwiedził też swojego konfratra – zgodnie z przypuszczeniami Kathleen pracował on w Whitechapel, najbiedniejszej części Londynu. Kathleen i Heather w tym czasie oglądały bogatą ofertę towarów u Harrodsa. Heather dokuczała matce, żartując, że nowa letnia kolekcja mody angielskich projektantów zachwyca ją bardziej niż dzieła Leonarda da Vinci. Wszyscy jednak uznali, że spędzone w tak różny sposób popołudnie było bardzo miłe.

W hotelu Kathleen zgodnie z oczekiwaniami zastała wiadomość od swojego syna Colina. Młody kapral pisał w bardzo uprzejmym liście, że chętnie spotka się wieczorem na kolacji ze swoją matką i jej rodziną. Nie miał żadnych zobowiązań i bez problemu otrzymał od przełożonych zezwolenie na opuszczenie koszar. Colin zaproponował, aby spotkać się około godziny siódmej w hotelowym foyer. Kathleen natychmiast rzuciła się w wir gorączkowych przygotowań.

– O siódmej, o Boże, a już jest szósta! Musimy się przebrać, Heather, chcemy przecież zaprezentować mu się jak najlepiej. I mam nadzieję, że Peter też przyjdzie odpowiednio wcześnie… Nie sądzisz, że należałoby wysłać mu wiadomość do Cheapside? Całkiem możliwe, że zagada się ze swoim przyjacielem i…

Heather przewróciła ostentacyjnie oczami i spokojnie pociągnęła matkę na schody.

– Mommy, Colin widział już nieraz nas obie bez ułożonych włosów i w szlafrokach, a także w wieczorowych sukniach, i jeśli o mnie chodzi, to jestem zdania, że dla niego nie ma to żadnego znaczenia. I tak za bardzo mu na nas nie zależy. Mam nadzieję, że w armii oduczyli go ciągłego sprzeciwiania się wszystkiemu i robienia głupich aluzji do tego, że wszyscy Coltrane’owie są lepsi od każdej żeńskiej istoty na tym świecie.

Kathleen najpierw chciała zaprotestować, ale się rozmyśliła. Heather miała rację, a jej stosunki z Colinem nigdy nie były najlepsze. Będąc chłopcem, Colin wprost ubóstwiał jej pierwszego męża Iana Coltrane’a – i nie było w tym nic dziwnego. Ian faworyzował go w sposób wyraźny i wcale tego nie ukrywał przed pozostałymi dziećmi. Dlatego też Colin jako jedyne dziecko został z ojcem, kiedy Kathleen uciekła od męża – co tylko pogorszyło sprawę wychowania chłopca. Kiedy Kathleen wzięła go do siebie po śmierci Iana, Colin nie był w stanie i nie chciał się przystosować do życia w rodzinie. Ani nie chciał chodzić do szkoły, ani też nie miał zamiaru pracować na żadnej z posad, jakie załatwiała mu Kathleen. Było coraz gorzej: Colin zaczął oszukiwać i okradać swoich pracodawców.

Kathleen miała nadzieję, że armia oduczyła go przynajmniej najgorszych nawyków. A teraz szybko poszła do swojego pokoju, aby się przebrać i przygotować na spotkanie z synem. Kiedy Peter zjawił się o wpół do siódmej, miała już na sobie ciemnozieloną suknię wieczorową, która znakomicie podkreślała jej ciągle szczupłą figurę. Upięła swoje jasnoblond włosy – i z irytacją dostrzegła wśród nich pierwsze siwe pasma, których dotychczas nie było widać. Ukryła je starannie pod malutkim, ekstrawaganckim kapeluszem z woalką, zza której jednak widać było jej duże zielone oczy. Kathleen Burton była prawdziwą pięknością – ciągle jeszcze, mimo dawno skończonych czterdziestu lat. Nadal miała marmurowo białą cerę, a wysokie kości policzkowe i pełne wargi nadawały jej rysom subtelny i szlachetny wyraz. Nikomu nawet nie przychodziło do głowy, że ta angielska róża pochodziła z całkiem nieznanej irlandzkiej wsi nad Vartry River. Peter żartobliwie gwizdnął jak uliczny łobuziak, widząc żonę przed lustrem. Kathleen właśnie zapinała naszyjnik z pereł – cenny, choć prosty klejnot, który znakomicie pasował do jej stylu.

– Twój syn może być z ciebie dumny! – powiedział Peter, zdejmując prostą brązową marynarkę i wkładając elegancki surdut, wyraźnie widoczna spod niego koloratka sprawiała wrażenie dodatku całkiem nie na miejscu. Peter ubrał się tak tylko dla Kathleen – nienawidził tego rodzaju strojów – może był to efekt lat spędzonych w obozach poszukiwaczy złota, w których pełnił funkcję duszpasterza. Wówczas rzadko też nosił sutannę – bardziej niż kazań ludzie potrzebowali tam namiotów szpitalnych, kuchni wydających zupę dla najuboższych i opieki dla chorych.

– Nikt w jego koszarach nie ma piękniejszej matki. Czy on nas zaprosi do kasyna oficerskiego? Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem od wewnątrz.

Kathleen potrząsnęła głową i lekko się zaczerwieniła.

– Nie… Wiesz przecież, że to nie uchodzi. On…

– Oczywiście, on przecież ciągle nosi nazwisko Dunloe. – Peter się roześmiał. – O tym rzeczywiście nie pomyślałem. Jasne, nie może tego tak po prostu przekreślić. Biedny Jimmy! Choć może on jest jednak dumny z tego dzielnego chłopaka w czerwonej spódnicy.

Kathleen wcale nie uważała tej sprawy za tak wesołą. Miała ogromne wyrzuty sumienia, że jej syn uchodzi teraz za Anglika i potomka bankiera Jimmy’ego Dunloego. W swoim czasie mąż Claire zaproponował takie rozwiązanie, bo nie było możliwe umieszczenie w Sand­hurst Academy syna irlandzkiego handlarza końmi. A teraz Kathleen się obawiała, że będzie źle widziana jako rozwiedziona, a może nawet niezamężna matka latorośli Dunloego. Jednak Peter nie sądził, że ktokolwiek będzie się zastanawiał nad być może niepewnym i niejasnym pochodzeniem Colina. Bądź co bądź był on dziś członkiem Royal Horse Guard i strażnikiem samej królowej.

Zastukano do drzwi, zanim Kathleen zdążyła odpowiedzieć.

Hotelowy boy ukłonił się grzecznie i oświadczył, że wielebny Burton i jego żona są oczekiwani w lobby. Kathleen dała chłopcu kilka pensów i poczuła gwałtowne bicie serca. Jeszcze raz uważnie spojrzała w lustro i włożyła podany przez Petera płaszcz. Pogoda w Londynie była bardzo niestabilna, a w hotelu z pewnością ani Colin, ani oni nie będą chcieli jeść kolacji.

W foyer hotelu czekała ich niespodzianka. Była tam już Heather i właśnie rozmawiała z młodym, wysokim mężczyzną o blond włosach, ubranym w czerwony mundur gwardzisty. Oboje odwrócili się jednocześnie w stronę Petera i Kathleen, kiedy ci schodzili w dół. Kathleen z ulgą spostrzegła, że Heather się uśmiechała. Przynajmniej ona nie zamierzała więc tego wieczoru siedzieć z ponurą miną przy kolacji. Znakomicie też wyglądała w swojej sukni w kolorze głębokiej czerwieni i dobranym do niej kapeluszu na kręconych popielatoblond włosach.

– Mamo… wielebny…

Colin podszedł do nich, uśmiechając się, elegancko pocałował matkę w rękę i ukłonił się przepisowo przed Peterem Burtonem. Ten jednak był zaskoczony i wręcz przerażony. Zdumiewające podobieństwo Colina do matki wówczas, w Tuapeka, nie rzucało się tak w oczy; chłopak zdaniem Petera przypominał bardziej ojca. Wtedy Colin był chudym, nieprzystępnym i wiecznie ponurym nastolatkiem o niemiłym wyrazie twarzy. A teraz Peter miał przed sobą młodego kaprala o otwartym, sympatycznym wyrazie twarzy – przystojnego mężczyznę o arystokratycznych ostrych rysach i brązowych oczach. Tych oczu nie odziedziczył po matce, ale nie były one tak czarne i pełne złości jak oczy jego ojca Iana Coltrane’a, któremu przypisywano cygańskie pochodzenie.

– Cieszę się, że mogę zobaczyć ciebie, mamo, pana, wielebny, i naturalnie moją uroczą siostrę. Z trudem cię rozpoznałem, Heather, no ale przecież dorosłaś – i stałaś się naprawdę piękną kobietą.

Heather się zaczerwieniła – a Peter w tym momencie zrewidował swoje dobre wrażenie. To pochlebstwo było szyte zbyt grubymi nićmi – i wręcz niestosowne w stosunku do Heather. Córka Kathleen była wprawdzie ładną dziewczyną, ale o typie urody całkowicie odbiegającym od Kathleen i Colina. Heather była drobna – o wiele mniejsza niż jej matka – i miała cienkie, delikatne włosy. Jej rysy twarzy i ciemne, łagodne oczy przywodziły na myśl obrazy Madonny. Ale nie przykuwały uwagi tak, jak oczy jej matki, na widok których pewnego razu ludzie dosłownie umilkli, kiedy tylko Kathleen weszła do hotelowej kawiarni.

– Dokąd pójdziemy na kolację, Colin? – spytał Peter, przerywając nieprzyjemne milczenie, jakie zapadło po słowach Colina. – A może powinienem mówić: kapralu Dunloe?

Mówił przyjaźnie i uśmiechał się, ale na twarzy Colina pojawił się wyraz nieufności i niechęci.

– To nie moja wina, że jeszcze nie jestem sierżantem – wyrwało mu się gwałtownie.

Kathleen wzruszyła ramionami.

– Nieważne, kim jesteś i jak cię nazywają, bo wyglądasz wspaniale w swoim mundurze! – powiedziała pojednawczo. – Czy możesz nam polecić jakąś restaurację? Peter spekulował coś na temat twojej stołówki oficerskiej, ale to…

– To byłoby niestosowne – przerwał Colin szorstko i tym razem nawet Kathleen spojrzała na niego z pewną irytacją.

– To znaczy… – Colin chyba się zorientował, że jest winien wszystkim wyjaśnienie, ale teraz przerwała mu Heather.

– Ja w każdym razie jestem głodna jak wilk! – oświadczyła. – I jest mi zimno. A to z powodu takich słów: „Kiedy przypłyniemy, to w Anglii będzie lato. Będą ci potrzebne tylko lekkie suknie”. Może oni nazywają to latem, ale moim zdaniem określenie „pora deszczowa” pasuje tu o wiele bardziej.

Wszyscy się roześmiali, słysząc uwagę Heather, znikło też niemiłe napięcie. Colin zapewne wspomniał siostrze, że spędził ostatni rok w Indiach. Teraz, prowadząc Burtonów do Steakhouse w pobliżu hotelu, swobodnie opowiadał o tamtejszych deszczach monsunowych.

– A więc nie podobało ci się w Indiach? – pytała z troską Kathleen, kiedy zamówili już wybrane potrawy. Lokal, w którym się znaleźli, był dość mroczny, ale Colin zapewniał, że podają tu doskonałe gatunki mięsa i sprawiał wrażenie, że doskonale zna kartę win. Peter z uznaniem próbował świetnego bordo, które jego pasierb zamówił, nie patrząc do karty.

– Nie! – odpowiedział Colin, znów zaskakująco szorstko. – Wyjątkowo podstępni oszuści, obok nich zarozumiali maharadżowie i oficerowie Korony, którzy z uporem trzymają się swoich nader intratnych posad!

Młody mężczyzna zamierzał kontynuować narzekanie, ale urwał, widząc zaskoczone spojrzenia, wyprostował się, odetchnął głęboko i nagle na jego twarzy pojawił się niezbyt szczery uśmiech.

– Ale w każdym razie, Heather, są tam bardzo interesujące konie. Czy możesz sobie wyobrazić, że one mają uszy jak szable? Poważnie, u niektórych są tak wygięte, że pośrodku się łączą!

Heather, wielka miłośniczka koni, podobnie jak jej przyjaciółka Chloé, słuchała z zainteresowaniem, podczas kiedy Kathleen i Peter wymienili ukradkiem zakłopotane spojrzenia. Indie należały do najważniejszych kolonii Anglii – nie dalej jak przed rokiem odwiedził je książę Walii – i co jakiś czas dochodziło tam do niepokojów społecznych. Kathleen była bardzo zaniepokojona, kiedy Colina odkomenderowano właśnie tam, ale dla młodych żołnierzy służba w Indiach była znakomitą możliwością przyśpieszenia kariery. Lecz Colin już po roku wrócił do Anglii. Czy rzeczywiście poprosił o przeniesienie tylko dlatego, że nie podobała mu się tamtejsza pogoda i klimat oraz krajowcy?

– Ale tu czujesz się chyba dobrze, Colin? – dopytywała się Kathleen z troską. – To znaczy… mam na myśli to, że to honor służyć… w Royal Horse Guard…

– A czy grywałeś w Indiach w polo? – spytała niemal równocześnie Heather.

Colin sprawiał wrażenie, że nie bardzo wie, na które pytanie odpowiedzieć najpierw, a wyraz jego twarzy oscylował między niechęcią a uśmiechem. Wreszcie zwrócił się do Heather.

– Oczywiście, siostrzyczko, zawsze byłem dobrym jeźdźcem. To było…

– I dlatego Royal Horse Guard? – spytał Peter, który nie był zdecydowany wysłuchać dalszych opisów indyjskich kucyków do gry w polo. – Chyba trzeba być dobrym jeźdźcem, żeby tam…

Colin wykrzywił pogardliwie usta.

– Ależ skąd! – wyrzucił z siebie niechętnie. – Każdy początkujący potrafi wykonać kilka figur, które wykonujemy, kiedy queen ma urodziny. Albo jechać konno za jej powozem jako straż honorowa – to śmiesznie łatwe. Dlatego nie byłem w Sandhurst.

– No to dlaczego to robisz?

Kathleen nie miała zamiaru przepytywać syna, ale czuła się tak, jak gdyby wróciły czasy, gdy niemal każdego dnia przy kolacji próbowała ustalić prawdziwy powód, dla którego właśnie wyrzucono Colina z kolejnej posady czy też szkoły.

Wydawało się, że Colin także to pamiętał. Jego twarz zmieniła się nagle tak, jak w ataku wściekłości, ale opanował się szybko.

– Taaak, w armii robi się to, co się musi robić – stwierdził wesoło. – A ja robię, że tak powiem, dobrą figurę na koniu. Może… może po prostu królowej się podoba, kiedy wokół są młodzi kaprale… – Uśmiechnął się nieco obscenicznie. – Albo młodzi sierżanci…

Tu Colin zaczął nucić piosenkę śpiewaną zwykle przez knajpianych biboszy. Peter znał ją ze swoich szalonych czasów młodości. Tekst uchodził za niezbyt elegancki – mowa była o młodym poruczniku i dziewczynie, szlachciance. Heather, która także to chyba gdzieś słyszała, zaczerwieniła się. Kathleen nie znała tej piosenki, ale nie potrafiła odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech syna. Królowa Wiktoria uchodziła za niezwykle pruderyjną. Z całą pewnością nie pozwalała sobie na zerkanie w stronę mężczyzn, którzy stanowili jej ochronę.

– Czy… liczysz się z szybkim awansem? – Peter cały czas pamiętał o uwadze Colina przy powitaniu. – Jesteś zirytowany, bo to nie udało się w Indiach?

Colin pozornie obojętnie wzruszył ramionami.

– To może jeszcze potrwać. W armii ma się za nic irlandzkich biedaków, którzy chcą do czegoś dojść.

Kathleen natychmiast opuściła wzrok, ale Peter zmarszczył czoło. Nikt w armii nie wiedział przecież o irlandzkim pochodzeniu Colina. Dla swoich przełożonych był kimś o nazwisku Dunloe – choć co prawda urodzonym na drugim końcu świata w bliżej nieokreślonych okolicznościach, ale jednak jako potomek bankiera z rodziny o kontaktach sięgających samego dworu królewskiego.

– Zastanawiam się… – Colin odetchnął głęboko. – Co byś powiedziała na to, mamo, gdybym wrócił do Nowej Zelandii?

– Armed constable? Co to w ogóle jest? – spytała Kathleen.

Nie mogła o to spytać poprzedniego wieczoru, bo Colin mówił z takim podekscytowaniem o swoim powrocie do domu i nowych perspektywach w Armed Constabulary Field Force, że nie chciała zgłaszać żadnych zastrzeżeń. Była zdania, że chłopak powinien się znaleźć tam, gdzie wreszcie się dobrze poczuje – nawet jeśli miała przy tym jakieś niedobre przeczucie. Ostatniego wieczoru przestali o tym mówić zaraz po tym, kiedy Colin zadał to pytanie, i przez ostatnie pół godziny, po uregulowaniu rachunku, pili wino i rozmawiali o grze w polo i krykieta w Indiach. Ale teraz, w pociągu jadącym do Cardiff, Kathleen musiała wspomnieć o swej trosce. Sądziła, że Peter będzie wiedział, co to jest owo armed constable. Kathleen znała swojego męża i wiedziała, że w przeciwnym razie Peter zapytałby o to.

– Armed Constabulary to coś pośredniego między pułkiem wojskowym a oddziałem policji. To dobrze uzbrojona jednostka, jak mówi sama nazwa – wyjaśnił wielebny. – Ta formacja została utworzona w 1847 roku i uprawomocniona poprzez ustawę parlamentarną. Moim zdaniem, powodem były wojny z Maorysami. Wtedy wszystko wskazywało na to, że będzie to regularne powstanie, angielskie jednostki wojskowe znajdowały się też na Wyspie Północnej. Ale kiedy zupełnie obcy żołnierze mają zwalczać takich rebeliantów jak Te Kooti w jego własnym kraju… Wszyscy nieraz widzieli, do czego to prowadzi. Zaczyna się od nieporozumień, a w końcu dochodzi do zbędnego przelewu krwi. No i doszło do paru przypadków masakry – zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. W końcu w Wellington postanowiono odesłać Anglików do domu i prowadzenie wojny przejęli właśnie Armed Constabulary. Zrobili to skutecznie: Te Kooti w końcu się poddał i ukrył u swojego kingi.

– A skąd rekrutowano do nich ludzi? – dopytywała się Kathleen. – Bo przecież nie w angielskich akademiach wojskowych.

Peter potrząsnął głową.

– Nie. Większość pochodziła z oddziałów miejscowej policji i spośród osadników – co miało sens, bo przynajmniej dobrze znali swoją okolicę. Poza tym do tej formacji przyjmowano też Maorysów, choć robiono to ostrożnie, bo przecież nie wszyscy byli powstańcami, i to także przyczyniło się ostatecznie do uspokojenia sytuacji.

Heather, która dotychczas zajęta była szkicowaniem węglem mijanych krajobrazów w swoim bloku, roześmiała się.

– Tak też można na to spojrzeć. Ale na uniwersytetach panuje przekonanie, że szczepy wówczas zwalczały się jeszcze gwałtowniej. W East Cape i Gisborne miały miejsce prawdziwe wojny domowe.

Kathleen wzruszyła ramionami.

– Jak zwykle w takich wypadkach – powiedziała. – Ale walki już się skończyły. To po co nam teraz armed constable?

Nie zadała pytania: po co nam Colin, ale wszyscy podróżujący pociągiem w eleganckim przedziale pierwszej klasy niemal je usłyszeli.

– Żeby zapobiegać dalszym walkom? – odpowiedział pytaniem Peter. – W każdym razie chyba ciągle werbują ludzi, inaczej Colin nie mógłby wrócić.

– Jego sierżant, zgodnie z tym, co mówi, jest w stosunku do niego bardzo życzliwy – stwierdziła Kathleen, której wyjaśnienia Petera ciągle nie zadowalały.

Colin przedstawił sprawę tak, jak gdyby Armed Constabulary Corps wręcz na niego czekały, a jego brytyjscy przełożeni już zgodzili się na jego przeniesienie. Peter skinął głową, mając nadzieję, że uspokoi Kathleen, i był wdzięczny Heather, że skwitowała milczeniem ostatnie zdanie Kathleen. Bo ona chyba wiedziała, że tych podwładnych, z którymi były jakieś trudności, w wojsku chwalono po to, aby się ich pozbyć…

Brat Petera obiecał przysłać na dworzec powóz, który miał zabrać jego nowozelandzkich krewnych. Rodzina Burtonów posiadała majątek w Roath, małej miejscowości na wschód od Cardiff – zgodnie z tym, co mówił Peter, był to bardzo idylliczny dwór, w którym pierwotnie mieścił się spichlerz normańskiego zamku. Dzieliło go zaledwie kilka mil od stolicy Walii, był więc położony dość blisko jej centrum, ale miał zdecydowanie wiejski charakter. Samo Cardiff także było kiedyś spokojnym, małym miasteczkiem, ale od kiedy zaczęło kwitnąć górnictwo i dookoła jak grzyby po deszczu powstawały fabryki oraz kopalnie, mały port szybko zamienił się w jeden z najważniejszych portów przemysłowych świata. Od razu można było dostrzec, że całkiem niedawno była to zwykła osada, która rozwinęła się zbyt szybko: wokół jej centrum wznosiły się wysokie, brzydkie domy, osiedla ubogich chat, gdzie mieszkało wielu przyjezdnych, którzy w mniej lub bardziej legalny sposób dążyli do swojego szczęścia lub choćby próbowali przetrwać. Ale były tu też wspaniałe, pełne przepychu budowle, arkady, a także nowe budynki rządowe. Miasto znajdowało się w ciągłej rozbudowie i Kathleen w jakiś sposób przypominało Dunedin w czasie gorączki złota.

– Dla nas istnienie Roath to wielka zaleta i korzyść! – oświadczył Joseph Burton, korpulentny mężczyzna o czerwonej twarzy. Można było przypuścić, że tak właśnie wyglądałby Peter, gdyby nie był w ciągłym ruchu i nie zajmował się tak gorliwie sprawami swojej gminy. Joseph także miał gładkie brązowe włosy i proporcjonalne rysy twarzy. Choć nie było na niej typowych dla Petera wesołych zmarszczek wokół oczu i dołka w brodzie. Policzki Josepha sprawiały wrażenie nieco nabrzmiałych, a pod oczami widać było wyraźnie worki. Była to twarz mężczyzny, który raczej jadł i pił zamiast się ruszać.

– Cardiff wzrasta razem z Roath; już teraz dużo się buduje w naszym sąsiedztwie. Oczywiście stać na to tylko bogatych, bankierów, armatorów, ludzi interesu, którzy zarabiają krocie na węglu, nawet go nie oglądając. – Joseph się roześmiał. – W Roath wszyscy mieszkają praktycznie na wsi i nie tracą zbyt wiele czasu, żeby dotrzeć do swoich biur w porcie. Są za to skłonni zapłacić każdą cenę. My też sprzedaliśmy nieco ziemi i zyskaliśmy na tym… hm, trochę.

Choć już samo zachowanie Josepha Burtona nie było ani trochę powściągliwe. Jego powóz, do którego zaprzęgnięto cztery piękne konie, był bardzo elegancki i oczywiście sam Burton nie powoził – na koźle siedział ubrany w liberię woźnica. Peter pochwalił konie, ale mrugnął przy tym porozumiewawczo do Kathleen. Wysyłanie powozu z czterema końmi było zupełnie niepotrzebne, bo przecież miał on wieźć tylko trzy osoby i trzy walizki, a nie wagon węgla, co później stwierdził z uśmiechem Peter. Oczywiście Joseph Burton był także przesadnie elegancko i bogato ubrany – jego surdut z pewnością był szyty na miarę.

– Zlecamy szycie w Londynie… – odpowiedział, kiedy Kathleen, prawdziwa krawcowa, od razu to dostrzegła i o to zapytała. – W Savile Row. Tu, na prowincji, można dostać tylko towary masowe, ale u was, tam na końcu świata, jest pewnie jeszcze gorzej!

Tu Joseph spojrzał nieco pogardliwie na trochę wytarty brązowy surdut Petera, a Kathleen natychmiast zaczęła się wstydzić za męża. W Dunedin było kilku dobrych krawców męskich, ale dla Petera jego własny wygląd po prostu nie miał znaczenia. Kathleen się cieszyła, że przynajmniej kostiumy podróżne jej i Heather wytrzymywały każdą krytyczną ocenę. W Londynie zauważyła z przyjemnością, że jej ostatnia kolekcja nawet wyprzedzała aktualne trendy mody w Europie.

Heather nie dawała się tak łatwo zbić z tropu. Jej zdaniem brat Petera był człowiekiem niesympatycznym i Heather się zastanawiała, do kogo odnosiło się owo „my”. Może było to pluralis maiestatis, którego używali zwykle królowie? Żałowała, że nowo poznany wuj siedział teraz naprzeciwko niej w dorożce, bo chętnie zamieniłaby kilka słów na ten temat z Peterem.

Powóz szybko zostawił za sobą piękne centrum Cardiff i już nie tak piękne przedmieścia, a wtedy Kathleen szybko porzuciła swe strapienia, Heather zaś straciła chęć, by zakpić sobie z Josepha. Droga prowadziła przez soczyście zielone łąki i pola, a samo Roath otaczał piękny, pełen licznych jezior krajobraz. Stajnie, stodoły i obrośnięte dzikim winem wiejskie domy wydawały się nie tylko małe i niepozorne w porównaniu z tymi w Nowej Zelandii, ale wręcz przypominały domki dla lalek. Kathleen myślała o Irlandii, a Heather czuła się tak, jak gdyby przeniesiono ją do krainy bajek z dzieciństwa.

Dom Burtonów stał w ogrodzie przypominającym rozległy park tuż nad jeziorem. Przy czym Kathleen uznała, że słowo „dom” nie było tu właściwe – ta budowla była jakimś sennym marzeniem z czerwonej cegły, o wysokich oknach, a jej fasadę zdobiły liczne wieżyczki i wykusze. Budynek otaczały stare drzewa, a prowadzący do niego podjazd wysypany był jasnym żwirem. Burtonowie byli właścicielami zamku!

– No, niezupełnie zamek – odpowiedział wymijająco Peter, kiedy Kathleen zarzucała mu później, że przedstawił posiadłość swojej rodziny w niezbyt korzystnym świetle. – To właściwie rodzaj angielskiego dworu. Mówiłem przecież: Joseph to wiejski dżentelmen. A rodzina nie miała już za dużo pieniędzy… aż do chwili, kiedy mój braciszek osiągnął „skromny zysk” dzięki swoim spekulacjom przy sprzedaży ziemi. A więc tym lepiej, przynajmniej nie będą nam zazdrościć domu w Treherbert.

Tu już w samo urządzenie i wyposażenie hallu, pomieszczeń mieszkalnych i pokoi dla gości zainwestowano najwyraźniej bardzo dużo pieniędzy. Kathleen była w stanie ocenić wartość i mebli, i tekstyliów, bo przecież Lady’s Goldmine sprowadzała swoje materiały z Anglii. Wszystko było też wykonane zgodnie z najnowszą modą – co pozwoliło zrozumieć owo „my” Josepha. Brat Petera mieszkał tu razem ze swoim synem z pierwszego małżeństwa oraz drugą żoną. Joseph był wdowcem i ożenił się powtórnie zaledwie przed rokiem, a bardzo leciwa matka Petera i Josepha po śmierci ojca mieszkała na pierwszym piętrze domu.

– Czy on nie mówił czegoś o swoim synu? – zdążyła wyszeptać Heather, zanim do eleganckiego różowego pokoju, w którym witano gości, weszła młodziutka, śliczna dziewczyna o ciemnych włosach i jasnej cerze.

– Witamy w Paradise Manor – powiedziała łagodnym głosem.

Joseph Burton, który stał za nimi, roześmiał się.

– To ona tak to nazwała! – wyjaśnił. – Paradise Manor, przedtem posiadłość nazywała się po prostu Burton Manor, lecz Alice ma słabość do liryki… Czy mogę przedstawić? Alice Burton, moja żona.

– Dobry Boże, ta dziewczyna jest młodsza od Heather! – oburzała się Kathleen, kiedy byli już sami z Peterem. Oboje uśmiechali się grzecznie, kiedy Joseph i Alice pokazywali im dom – „to Alice urządziła wszystko od nowa” – i wreszcie zaprosili swych gości na herbatę. Rozbudowane angielskie ceremonie przy podawaniu herbaty zawsze wydawały się Kathleen nieprzyjemne, w głębi ducha dziękowała niebu, że wszyscy goście na plebanii Petera woleli kawę i bardziej swobodne obejście. Ale procedury w Paradise Manor przypominały jej dawno minione dni w Irlandii, których wspomnienie dziś ją niemal przerażało. Tylko że wówczas to ona była tą trochę niezdarną młodą dziewczyną, która podawała herbatę – i która marzyła o słodkich ciasteczkach, jedzonych przez lady Wetherby. Młodziutka Mary Kathleen dostąpiła niewątpliwego przywileju służenia na dworze landlorda. I temu przywilejowi zawdzięczała możliwość zabrania do domu odrobiny chleba – i przez niego była wystawiona na ciągłą pokusę kradzieży pozostawionych ciasteczek i dzielenia się nimi z ukochanym, Michaelem Drurym…

Dziś Kathleen uśmiechnęła się krzepiąco do nieśmiałej jasnowłosej pokojówki, która nalewała herbatę drżącymi rękami – Alice właśnie ostro ją zrugała, kiedy kilka kropel spadło na stół. Dobrze wychowana Heather aż drgnęła wystraszona, kiedy Alice zrobiła dziewczynie scenę przy gościach.

– Skąd on wygrzebał tę Alice? – zastanawiał się później Peter. – Zbyt wyszukanych manier nie można jej przypisać, przynajmniej po dzisiejszym dniu, nawet jeśli starała się wypaść jak najlepiej. I jest niewiele starsza od jego syna, o ile go sobie przypominam.

– Ja w każdym razie znikłabym stąd jak najszybciej – stwierdziła Kathleen. – Choć okolica jest rzeczywiście piękna i już teraz lubię twoją matkę.

Matka Petera prawie nie opuszczała swoich pokojów położonych na piętrze domu – rzekomo dlatego, że schodzenie po schodach przychodziło jej z trudem. Kathleen już po krótkiej rozmowie z teściową wywnioskowała, że nie podobało jej się urządzenie domu przez Alice, zaś stara dama wydawała się o wiele bardziej sympatyczna niż młodziutka szwagierka. Z drugiej strony nie chciała zbyt pośpiesznie oceniać Alice. Może ta dziewczyna rzeczywiście miała jakieś ważne powody, aby poślubić tego o wiele starszego i niezbyt atrakcyjnego mężczyznę. Choć co prawda nie sprawiała też wrażenia szczęśliwej, o czym świadczyło zdaniem Kathleen zbyt staranne i wyszukane urządzenie domu.

– Moja matka wie, że wkrótce jedziemy do Rhondda. I sądzę, że też cię lubi, wyrażała się o tobie bardzo pozytywnie. – Peter rozmawiał przez chwilę z matką sam na sam, podczas kiedy Alice pokazywała Kathleen pokoje gościnne. – W każdym razie z tym domem w Treherbert będzie problem. Wygląda na to, że Randolph tam się wprowadził, kiedy Joseph i Alice się pobrali, jeszcze przed śmiercią wuja Jamesa. Teraz rości sobie prawa do tego domu i twierdzi, że wuj James chciał ponoć zmienić testament na jego korzyść…

– Może uda nam się jakoś z nim dogadać – odpowiedziała Kathleen pojednawczo. – Przecież do posiadłości należy chyba wieś, w której zapewne mieszkają dzierżawcy, a może to jest kopalnia? Kiedy już przejmiemy ten majątek, będziemy mogli go zatrudnić jako zarządcę…

Peter wzruszył ramionami.

– A czy czułabyś się dobrze jako landlady mieszkająca gdzieś daleko, ze świadomością, że ktoś inny ściąga twoje podatki?

Kathleen się zaczerwieniła. Wszystko wskazywało na to, że sprawa nie będzie łatwa. Już sama ceremonia przy piciu herbaty była małym koszmarem – ale czy Kathleen miała jeszcze w dodatku odgrywać rolę lady Wetherby? Znowu jakaś nieznana wieś – tym razem nad brzegiem Rhondda River.

Rozdział 3

W Dunedin był przepiękny marcowy dzień, a temperatura wydała się Matariki wręcz letnia. Długie ferie świąteczne skończyły się dwa tygodnie temu i właśnie zaczął się kolejny rok szkolny w Otago School – czwarty dla Matariki. Kilka dziewcząt narzekało na upał, ale jej to nie przeszkadzało w drodze powrotnej do Dunedin. Urodziła się w górach i tam się wychowała – w pierwszych latach swego życia opuszczała Elizabeth Station i Lawrence jedynie po to, aby udać się na wycieczkę na Highlands albo nad któreś z jezior Otago. Ale wreszcie któregoś dnia rodzice zabrali ją po raz pierwszy do Dunedin, gdzie zafascynował ją port. Zaprzęg Michaela jechał ulicą biegnącą wzdłuż wybrzeża w stronę Parakaunui i Matariki nie mogła się napatrzyć na idylliczne zatoki i ciemnoniebieskie, błyszczące wody Pacyfiku, które otaczały urokliwe plaże. Od kiedy mieszkała w Dunedin i uczęszczała do szkoły, opuszczała pomieszczenia lekcyjne, jeśli tylko pozwalała na to pogoda, i zabierała z sobą szkolne lektury na swoje codzienne konne przejażdżki. Na południe od miasta można było znaleźć różne plaże, choć Matariki wolała brzegi zatok o łagodnie nachylonych w stronę morza łąkach. Mogła tam uwiązać konia, aby się pasł, a sama leżała wtedy na plaży i odrabiała zadania domowe, jak tego dnia właśnie. Jej ulubionym miejscem była maleńka zatoka znajdująca się nieopodal ulicy biegnącej wzdłuż wybrzeża, zasłonięta z obu stron skałami. W tym miejscu Matariki sobie wyobrażała, że urzęduje we własnej ukrytej twierdzy, czekając tam na swego księcia z bajki – i rzadko która szkolna lektura tak doskonale pasowała do tych marzeń jak Romeo i Julia, a to ją właśnie przerabiała jej klasa. Mary Jane była poruszona do głębi tragedią zakochanej pary i rozpłakała się na wieść o tym, że nikt nie wziął poważnie jej życzenia odegrania postaci Julii na deskach szkolnego teatru.

Matariki patrzyła na tę historię nieco bardziej krytycznie – przecież można to było łatwo rozwiązać, gdyby Romeo był odrobinę bardziej opanowany i działał rozsądnie! Jej zdaniem zupełnie niepotrzebne było też mordowanie Tybalda. Ngai Tahu w razie sporów ograniczali się do potrząsania dzidami i tańczyli haka. I na tym zwykle energia bojowników się wyładowywała. Ostatni akt tragedii rozegrałby się zupełnie inaczej, gdyby Romeo był Maorysem. Julia miałaby dość czasu, aby się obudzić, jeszcze zanim zakończyłyby się rytualne śpiewy żałobne. A poza tym Romeowi nie przeszkadzałoby, gdyby Julia była tak korpulentna jak Mary Jane…

Już na samą myśl o tym Matariki zachichotała, a jej uwagę coraz częściej odwracało otoczenie. Zamiast podkreślać w tekście fragmenty, które charakteryzowały Romea, wpatrywała się w ciemnoniebieskie wody zatoki. Lud jej ojca pokonał je na kanu – a Kahu Heke był odważnym żeglarzem. Przed laty pomógł Lizzie w ucieczce z Wyspy Północnej przed grożącym jej więzieniem i zawiózł ją w wojennym kanu szczepu Ngati Pau z Bay of Island aż do Kaikoury. Rodzice Matariki opłynęli połowę Wyspy Północnej i pokonali niebezpieczną Cieśninę Cooka między Wyspą Północną i Południową. Matariki wydawało się to o wiele bardziej romantyczne niż średniowieczne walki na szpady. W zamyśleniu głaskała Dingo, który leżał koło niej na piasku, i drgnęła wystraszona, kiedy pies poderwał się nagle i zaszczekał. Mężczyźni, którzy wyszli z cienia skały po drugiej stronie zatoki, pojawili się zupełnie jak znikąd i obronnym gestem podnieśli ręce, kiedy Dingo rzucił się w ich stronę. Matariki z przerażeniem zobaczyła w ich rękach broń.

– Dingo!

Dziewczyna krzyknęła, kiedy rozległ się strzał, ale pies na szczęście nie został trafiony. Dingo śmiertelnie bał się nawet grzmotów i teraz wystraszony zawrócił do Matariki. Dziewczyna przycisnęła do siebie drżące zwierzę i patrzyła w stronę mężczyzn.

– Nie ruszaj się!

Mężczyzna mówił po maorysku, ale brzmiało to dziwnie, także jego widok był osobliwy. Matariki jeszcze nigdy nie widziała młodego mężczyzny, którego twarz tak dokładnie pokrywały tradycyjne szczepowe tatuaże moko. U Ngai Tahu ten zwyczaj był przestrzegany coraz rzadziej, Haikina i Hemi w ogóle nie mieli tatuaży, a pozostali członkowie iwi szczepu mieli jedynie małe tatuaże na nosie i czole. Ci dwaj mężczyźni natomiast, którzy zbliżali się do niej w postawie będącej osobliwą mieszaniną wrogości i zarazem gotowości do obrony, wyglądali naprawdę groźnie. Tradycyjne tatuaże w formie spirali ciągnęły się przez ich policzki do podbródka, otaczały oczy, powodując, że te zyskiwały w efekcie przerażający, dziki wyraz, czoła zaś wydawały się znacznie niższe. Długie włosy obu mężczyzn zgodnie ze zwyczajem wojowników związane były w węzły, także ich ubrania były typowymi strojami szykujących się do walki maoryskich wojowników. Oprócz skórzanych przepasek na biodrach mieli na sobie długie spódniczki z twardych łodyg lnu oraz rodzaj kolorowej szarfy na górnej części tułowia, a także hei-tiki, małe, wykonane z kości figurki bogów zawieszone na szyjach. Co prawda obaj Maorysi nie trzymali w rękach wojennych maczug ani dzid, lecz nowoczesną broń palną. Jeden kierował w stronę Matariki rewolwer, drugi sztucer myśliwski.

Dingo znów zaszczekał. Jeden z mężczyzn podniósł broń, ale drugi potrząsnął głową. Powiedział coś, ale Matariki zrozumiała tylko słowo tapu.

– Ty jesteś Matariki Heke? – spytał ten ze sztucerem. Znów skierował broń w stronę Matariki, a nie Dingo.

Matariki przytrzymała psu pysk, aby nie szczekał.

– Jestem Matariki Drury – odpowiedziała zdecydowanie, starając się nie okazać lęku.

W rzeczywistości była bardziej zaskoczona niż wystraszona. Ci mężczyźni mieli wprawdzie marsowy wygląd, ale byli ubrani tak jak Ngai Tahu w czasie uroczystości. Napastnicy sprawiali wrażenie nie tyle żołnierzy, ile kepa, tancerzy z grupy, która właśnie miała zacząć tańczyć haka.

– Nadszedł czas, abyś zaczęła wypełniać przeznaczone ci zadania w szczepie – stwierdził drugi z mężczyzn i nieco zirytowany zwrócił się do drugiego, kiedy Matariki nie zareagowała.

– Myślałem, że ona…

– Ona dorastała wśród pakeha – odpowiedział pierwszy wojownik. – I zapewne nie wie, jakie jest jej przeznaczenie…

– Pójdę już – powiedziała Matariki.

Ciągle nie miała pojęcia, dlaczego ci mężczyźni kierowali broń w jej stronę, ale miała wrażenie, że teraz chcą przedyskutować sprawę między sobą. Może pozwolą jej odejść, bo być może całkiem przypadkiem weszła im w drogę. Może coś szmuglowali? Matariki co prawda nie przychodziło do głowy, co można nielegalnie tutaj dostarczać, ale w końcu to nie był jej problem. Wykonała taki ruch, jak gdyby chciała wstać z miejsca, na którym siedziała.

– Nigdzie nie pójdziesz! – Jeden z mężczyzn machnął w jej stronę rewolwerem.

Dziewczyna uspokajającym ruchem podniosła rękę. Dobrze, że Dingo tym razem siedział cicho.

– Ja… nikomu nie powiem, że was widziałam, dobrze? – Zmusiła się do uśmiechu.

Wydawało się, że mężczyzna ze sztucerem podjął jakąś decyzję. Podszedł bliżej – ciągle jednak zachowywał pewien dystans w stosunku do niej – i w tym momencie nie wyglądał już jak tancerz.

– Mamy zadanie, aby cię zabrać. Należysz do swojego ludu! Oby święty dom Ngati Pau istniał zawsze!

Matariki poczuła nagle gwałtowne bicie serca. To wszystko wyglądało jak bardziej nieudana część szkolnego przedstawienia grupy teatralnej Otago Girls’ School. Ale z drugiej strony ci mężczyźni mieli broń – i nie były to rekwizyty! Przecież jeden z nich omal nie zastrzelił Dingo. Określenie „święty dom Ngati Pau” oczywiście coś wyjaśniało. Mężczyźni byli wprawdzie Maorysami, ale najwyraźniej nie byli przedstawicielami iwi Ngai Tahu.

– A kto… kto wam kazał to zrobić? – spytała ostrożnie. – To znaczy… Bo ja nie mam pojęcia.

– Masz przejąć obowiązki córki wodza – odpowiedział jeden z nich. Zbliżył się do Matariki, a ona zmusiła się do tego, aby się przed nim nie cofnąć. W walkach między Maorysami bardziej chodziło o to, aby zaimponować przeciwnikowi. Jeśli potrafił zrobić odpowiednie wrażenie, wróg często rezygnował z ataku.

Dingo znów zaszczekał, ale tym razem żaden z mężczyzn nie zwrócił na niego uwagi. Obaj wydawali się być niemal zmartwieni faktem, że Matariki nie uciekała przed nimi. Dziewczyna miała wrażenie, że wyraz ich oczu był wręcz osobliwy. Jej odwaga chyba ich zirytowała, ale z drugiej strony nie mogła się im sprzeciwić. Wyższy z nich miał zapewne około dwóch metrów wzrostu! A ten niższy także nie musiałby użyć broni, aby obezwładnić czternastoletnią Matariki. Aby ją uprowadzić, musiałby ją tylko przerzucić sobie przez ramię. Ale mimo to dziewczyna miała wrażenie, że był skłonny z nią pertraktować…

– Twój ojciec nas tu przysłał, ariki Kahu Heke. Zabierzemy cię do niego.

Matariki zmarszczyła czoło. To, co odczuwała, było dziwną mieszaniną troski i zakłopotania. Czy ci mężczyźni byli szaleńcami?

– Ale przecież Kahu Heke mieszka na Wyspie Północnej – odparła. – Jak mielibyśmy się tam dostać? Na skrzydłach?

Obaj mężczyźni jednocześnie potrząsnęli głowami, po czym zaczęli machać bronią i wskazali Matariki skałę, zza której się niespodziewanie wyłonili. Cały czas zachowywali dystans wobec dziewczyny, którą popędzali, grożąc jej bronią.

Matariki zaczęła brodzić w wodzie, Dingo zaś musiał płynąć, ale dziewczyna dobrze znała tę zatokę i wiedziała, że przy spokojnym stanie morza okrążenie skały było całkowicie bezpieczne. Brodząc w płytkiej wodzie, w której pływały malutkie ryby, docierało się do drugiej zatoki, której brzeg często był zalany. Ale dziś mała plaża o drobnych kamieniach była doskonale widoczna – a na niej znajdowało się piękne, ozdobione płaskorzeźbami kanu! Łódź wydała się Matariki olbrzymia, z pewnością było w niej miejsce dla dwudziestu ludzi, jeśli wszyscy zasiedli na ławkach. Tych dwóch mężczyzn na pewno nie było w stanie przypłynąć tu tak dużym kanu, w którym dziewczyna dostrzegła starannie złożony żagiel. Wahała się między niedowierzaniem, lękiem – i chęcią przeżycia przygody. Tym kanu z pewnością można było żeglować po morzu, a ci mężczyźni wydawali się mówić całkowicie poważnie! Oni naprawdę mieli zamiar uprowadzić ją na Wyspę Północną.

– Ale… Ale… Nie wiem… Co miałabym robić? Jakie to są… obowiązki córki wodza?

Matariki zachwiała się i oparła o skałę. Mężczyźni, którzy podążyli za nią do ciasnej zatoki, zareagowali na jej ruch dziwnie: sprawiali wrażenie wręcz wystraszonych! Jeden z nich niemal się skurczył, kiedy znalazł się blisko jej cienia.

– Tam! Idź tam!

Drugi z mężczyzn energicznie wskazał Matariki łódź, dając znak, aby albo weszła do łodzi, albo stanęła z tyłu za nią. Także on jak gdyby starał się zachować odstęp między nią i swoim przyjacielem. Nie odpowiedział na jej pytanie, ale przez głowę dziewczyny przemykały różne myśli, kiedy posłusznie wykonała rozkaz i przeszła na drugą stronę kanu. Czego mógł chcieć od niej Kahu Heke? Jakie były obowiązki maoryskiej księżniczki?

Jako pilna uczennica Otago Girls’ School, w której nauczycielki wykładały wyłącznie europejską historię, pomyślała najpierw o polityce dynastycznej. Czy jej ojciec chciał ją wydać za mąż? Może za jakiegoś maoryskiego księcia, aby zyskać poparcie jego plemienia dla ruchu Hauhau? Ale nie, to wydało jej się śmieszne! Matariki w myślach złajała siebie samą za atak paniki. Czytała kiedyś opowieść misjonarza mieszkającego na jednej z wysp południowego Pacyfiku, którego bardzo oburzał fakt, że w rodzinach wodzów zawsze bracia żenili się z siostrami. Niepokoiło ją to tak, że w końcu zapytała Haikinę, czy ten zwyczaj nadal był przestrzegany wśród Maorysów, a ona potwierdziła.

– U nas już dawno tego nie ma, ale na Wyspie Północnej tak jest – wyjaśniła Haikina. – Nie bądź taka przerażona, to ma swoje wady i zalety…

Matariki niejasno przypominała sobie jej wykład na temat tapu i silnej dynastii królewskiej, ale teraz z pewnością nie potrzebowała zaprzątać sobie tym głowy. O ile wiedziała, Kahu Heke oprócz niej nie miał dzieci, a nawet gdyby miał syna, to z pewnością nie byłby on w wieku, w którym jest się zdolnym do małżeństwa.

Mężczyźni pośpiesznie naradzali się z sobą – Matariki miała wrażenie, że czuli się swobodniej, kiedy ona stała po drugiej stronie łodzi na brzegu wąskiej plaży. Wykluczało to możliwość ewentualnej ucieczki, chyba że zdecydowałaby się płynąć.

Wyższy z mężczyzn zwrócił się do Matariki.

– Zostań tam, córko wodza – nakazał jej. – Za kanu. Twój pies także. A my zostaniemy tutaj, rozumiesz?

Mężczyzna najwyraźniej chciał podzielić zatokę między nimi a Matariki i psem. Dziewczyna zupełnie nie rozumiała sensu ich działań.

– Myślałam, że chcecie… To znaczy, że ja mam… z wami żeglować… Ale nie mogę tego zrobić tak nagle! Muszę dać znać w szkole. A moi rodzice będą się martwić. Mój koń…

Grainie stała uwiązana na plaży przy pierwszej zatoce, ale o nią Matariki nie potrzebowała się zbytnio martwić. Wiedziała, że koń prędzej czy później zerwie wodze i pobiegnie do stajni.

– Nikomu nie dasz znać! – warknął groźnie wyższy z mężczyzn.

– Twoją rodziną jest szczep Ngati Pau – oświadczył uroczyście drugi. Sprawiał wrażenie, że jest skłonny udzielić dziewczynie choćby kilku wyjaśnień. – I tylko w stosunku do niej masz zobowiązania. Wyruszymy, kiedy tylko woda zacznie się podnosić wraz z przypływem.

Matariki zagryzła wargę. To mogło trwać jeszcze dobrych kilka godzin i do tej chwili zauważą jej nieobecność w szkole. A z całą pewnością nikt nie wiedział, gdzie należało jej szukać. Matariki nie pamiętała, czy wspomniała Mary Jane, że wybiera się na tę właśnie plażę, być może nie. Ale na pewno jej nie opisywała, a plaża nie miała też żadnej nazwy. Oczywiście ktoś, kto będzie jej szukał, może przejechać konno całą drogę ciągnącą się wzdłuż wybrzeża i Matariki nie wątpiła, że Michael tak właśnie zrobi. Ale czy Miss Partridge jeszcze przed jutrzejszym dniem w ogóle wpadnie na pomysł, aby zawiadomić jej rodziców?

W szkole rzeczywiście nie martwiono się za bardzo, kiedy Matariki nie zjawiła się na kolację. Zdarzało się nieraz, że jeżdżąc konno gdzieś daleko, spóźniała się. Wychowawczyni, Miss Maynard, zaniepokoiła się dopiero wtedy, kiedy Mary Jane poszła do łóżka, a jej współmieszkanki jeszcze nie było. Oczywiście wypytała o wszystko dziewczynę, ale nie otrzymała żadnych istotnych wskazówek. Nie, Mary Jane i Martha się nie pokłóciły, Mary Jane nie wiedziała też nic o żadnych zatargach z innymi dziewczętami.

– Ona po prostu pojechała gdzieś na swoim koniu. Jak każdego dnia – powiedziała Mary Jane.

– Ale przecież zawsze tak jest – stwierdziła Miss Partridge, kiedy zgnębiona Miss Maynard przyprowadziła do niej Mary Jane. – Dziewczęta kryją się nawzajem, jeśli któraś zejdzie na manowce. Czy skontrolowała pani inne pokoje? Może w którymś odbywa się jakieś nocne party?

Miss Maynard zdecydowanie potrząsnęła głową.

– Po pierwsze na to jest jeszcze o wiele za wcześnie. A poza tym… Matariki Drury nigdy nie jest zapraszana na podobne imprezy! A poza tym sprawdziłam jeszcze w tej stajni, gdzie ona trzyma konia – nie ma ani konia, ani psa. Powoli zaczynam się naprawdę martwić, Miss Partridge. Może powinniśmy wysłać kogoś do Lawrence?

Miss Partridge potarła ręką czoło. Z jednej strony nie chciała wszczynać niepotrzebnego być może alarmu, a z drugiej nie chciała też robić złego wrażenia, jeśliby Matariki poczuła się czymś urażona i zjawiła się za kilka godzin rozszlochana w Elizabeth Station u rodziców. U małej Drury, co prawda, nigdy się to nie zdarzyło, ale u innych wychowanek tak. Jeśli szkoła w takich wypadkach nie reagowała i nie zawiadamiała rodziców o zniknięciu córki, były potem kłopoty.

– A czy może być tak, że… hm, że ona… no, ma gdzieś przyjaciela? – dopytywała się Miss Partridge z wyraźną dezaprobatą. – To znaczy, maoryskie dziewczyny wcześnie dojrzewają. Ona może…

Miss Maynard nie zaszczyciła jej odpowiedzią, bo wydało jej się to niesmaczne.

– Pójdę jeszcze raz do stajni Mr Sullivana – powiedziała. – Powiem, żeby wysłał któregoś ze swoich chłopców do Drurych. Mam jakieś niedobre przeczucie. Matariki nie znika tak po prostu, nie dając nikomu znać.

Na plaży w zatoce tymczasem zaszło już słońce i Matariki dygotała w cienkich letnich ubraniach. Maorysi także marzli, ale po swojej stronie zatoki rozpalili ognisko i zawinęli się w koce. Nad ogniem w kociołku bulgotała zupa z mięsa i słodkich ziemniaków, którą Maorysi nazywali kumara. Matariki stwierdziła, że jest głodna. I powoli ogarniała ją coraz większa wściekłość. Bo to było mimo wszystko porwanie i najwyraźniej ona, jako jego ofiara, nie mogła liczyć na jakieś łagodne traktowanie. Choć z drugiej strony była przecież córką wodza i na pewno nie było wolą Kahu Heke, aby głodowała i marzła. Matariki, która dotychczas chroniła się przed wiatrem w cieniu kanu, wstała i ruszyła w stronę ogniska.

– Może ja też coś dostanę? – spytała ze złością. – Coś do jedzenia i okrycia? A może to jest tikanga w świętym domu Ngati Pau, aby córka wodza głodowała i marzła?

Miała wrażenie, że mężczyźni znów się wystraszyli, kiedy jej cień padł na plażę w ich pobliżu. Podekscytowani szeptali coś między sobą, podobnie jak przedtem. Najwyraźniej nie byli tego samego zdania, a słowo tapu padło kilkakrotnie.

– Damy ci czarny koc! – zdecydował w końcu niższy z mężczyzn i wykonał taki ruch, jak gdyby chciał ostrożnie zbliżyć się do Matariki i podać jej koc. W końcu przerzucił koc ponad łodzią. – Masz, to twój koc, zrozumiałaś?

– Ale innych koców nie dotykaj! – odezwał się drugi mężczyzna, a w jego głosie słychać było lęk.

Matariki popatrzyła ze zmarszczonym czołem na stos koców leżący obok mężczyzn. Było ich dość i mogli dać jej bez problemu jeszcze jeden, nie mówiąc już o czymś do przykrycia tak samo marznącego Dingo. Ale wszystkie pozostałe koce były niebieskie. Czy jeśli chodzi o kolory, też występowało tu jakieś tapu?

Wzięła czarny koc bez słowa podziękowania i wskazała na kocioł z jedzeniem.

– A to?

Znów ciche, gwałtowne dyskusje. Matariki się wydawało, że usłyszała zdanie: „Nie możemy jej głodzić przez całą podróż”.

– Potrafisz rozpalić ogień? – spytał niższy wojownik.

Matariki uniosła brwi w górę.

– Święty dom Ngai Tahu jest zawsze dobrze ogrzany – odpowiedziała opryskliwie.

– Dobrze – odpowiedział mężczyzna. – To teraz przyjdziesz tutaj i zabierzesz dla siebie trochę drewna. – Wydzielił ze stosu pewną jego część. – A tu jest garnek, kumara i suszone mięso. Weź sobie i ugotuj. Ale poczekaj!

Matariki chciała szybko podejść i zabrać to, co jej oferowano, lecz mężczyzna nieoczekiwanie skierował broń w jej stronę. Musiała poczekać, aż obaj ukryli się za skałą na skraju zatoki. Stamtąd cały czas kierowali w jej stronę broń, aż przeszła przez kanu na drugą stronę i zaniosła na swoją część zatoki drewno i jedzenie. Dotychczas zachowanie mężczyzn wydawało jej się jedynie osobliwe, ale teraz zaczęła odczuwać strach. Wyglądało na to, że jest w rękach jakichś szaleńców, a możliwości ucieczki z zatoki nie było.

Chłopak pracujący w stajni Donny’ego Sullivana galopował prawie całą drogę do Lawrence i około trzeciej w nocy wyrwał ze snu Lizzie i Michaela Drurych. Lizzie przerażona pobiegła do pokoju Matariki, a Michael do stajni – ale nadzieja Miss Partridge, że dziewczyna po prostu uciekła ze szkoły i pojechała do rodziców, okazała się płonna. Kiedy Michael zaprzęgał konie, Lizzie zapaliła kilka pochodni – był to umówiony znak dla Maorysów, że stało się coś złego. I wkrótce potem dziesięciu maoryskich wojowników było gotowych bronić farmy Drurych i ich złotonośnego pola przed ewentualnymi napastnikami. Potwierdzili oni, że Matariki nie uciekła do Ngai Tahu.

Hemi oraz trzech innych wojowników, którzy mówili po angielsku, przyłączyli się do Drurych i wszyscy ruszyli do Dunedin. Rankiem dotarli do Otago Girls’ School – tam potężni wojownicy, których twarze były ozdobione tatuażami moko, śmiertelnie wystraszyli kierowniczkę szkoły. Mary Jane na ich widok wybuchnęła płaczem. Michael i Lizzie uwierzyli zapewnieniom dziewczyny, która o niczym nie wiedziała, choć co prawda przypomniała sobie, że „Martha” miała zwyczaj jeździć na plażę. Michael natychmiast podzielił swoich ludzi. Hemi pojechał z jednym z mężczyzn na południe, a Michael z drugim na północ. Lizzie wszczęła poszukiwania w szkole. Była śmiertelnie blada, kiedy po krótkiej inspekcji pokoju Matariki wróciła do biura Miss Partridge.

– Miss Partridge, musimy zawiadomić policję. Mojej córce przytrafiło się coś poważnego, ona…

– Niechże pani nie wywołuje wilka z lasu! – Dyrektorka starała się zachować spokój. – To są dziewczęta… Martha mogła po prostu uciec… Mogła uciec z jakimś… hm… narzeczonym…

Miss Maynard, słysząc to, głośno wciągnęła powietrze do płuc, a Lizzie spojrzała zimno na starszą kobietę.

– Miss Partridge, moja córka nie jest głupia. Nigdy by nie uciekła bez choćby kilku pensów. Ale całe jej kieszonkowe i pieniądze na opłacenie stajni są w jej szafce. Nie zabrała też żadnej odzieży na zmianę. Zgodnie z tym, co mówi Mary Jane, ma na sobie spódnicę do konnej jazdy i cienką bluzkę; w nocy marzłaby w tym strasznie. I ona o tym wie! Spędziła już wiele nocy pod gołym niebem.

Miss Partridge nerwowo potarła nos.

– Ale jeśli ona uciekła z jakimś…

Lizzie przerwała jej, podnosząc rękę stanowczym ruchem.

– Jeśli chodzi o ewentualnego „narzeczonego” Matariki, to ona nigdy nie wspominała o żadnym chłopcu ani mnie, ani swojej współmieszkance, ani swoim przyjaciółkom w domu. A Maorysi, o czym zapewne pani nie omieszka wspomnieć, są w tych sprawach bardzo swobodni. Moja córka nie miałaby więc powodu, aby ukrywać swój związek. A więc zawiadomi pani teraz policję czy też mam to zrobić sama?

Oficer policji właśnie zbierał informacje o sprawie, usiłując stworzyć sobie jakiś w miarę jasny obraz sytuacji, kiedy nadjechał Hemi z kolejnymi informacjami. Jego towarzysz i on znaleźli Grainie na drodze prowadzącej wzdłuż wybrzeża i przeszukali okoliczne zatoki. Miss Maynard jęknęła z rozpaczą, kiedy wyciągnął z kieszeni książkę Romeo i Julia i położył na biurku Miss Partridge. Przywiózł też buty do jazdy konnej Matariki.

– Znaleźliśmy coś jeszcze – oświadczył, zwracając się do oficera. – Może powinien pan sam to zobaczyć. Michael jest już zawiadomiony, Lizzie, spotkamy się wszyscy w zatoce.

Pół godziny później Drury stali na plaży w pustej, oświetlonej pierwszymi promieniami słońca zatoce, do której można było dotrzeć, brodząc w wodzie bądź opuszczając się na linie po skałach. Hemi i jego przyjaciel Weru, obaj doskonali tropiciele, znaleźli ślady małych stóp Matariki, łap Dingo oraz nagich stóp dwóch mężczyzn i dotarli po nich aż do wody.

– Ona czytała książkę na plaży w zatoce – rekonstruował Hemi wydarzenia policjantowi, Lizzie i Michaelowi. – Zdjęła buty, bo niewygodnie chodzić w nich po piasku. A potem musieli się zjawić ci mężczyźni. Nie, sierżancie, Matariki szła pierwsza, oni jej nie ciągnęli przemocą. Obeszliśmy więc w wodzie skałę – i jest bardzo prawdopodobne, że Matariki odpłynęła łodzią z tymi mężczyznami. I znaleźliśmy drugą zatokę, tu musiało się znajdować kanu. – Wskazał wyraźne ślady łodzi na żwirze. – A tu mamy jeden ślad po ognisku, a tam – drugi. Nie mam pojęcia, po co im były potrzebne dwa ogniska, ale najwyraźniej tutaj przenocowali, aż zaczął się przypływ. A teraz popatrzcie na to!

Hemi zaprowadził wszystkich na drugą stronę zatoki, gdzie był ślad po mniejszym ognisku. To miejsce także otaczały skały – był to rodzaj bardzo jasnego kamienia. Na wysokości bioder napisano na nim ołówkiem kilka słów:

Uprowadzenie, Kahu Heke, Wyspa Północna, dwóch mężczyzn z bronią.

Litery były różnej wielkości i dość niezgrabne – Matariki musiała pisać to w ciemnościach, być może lewą ręką i możliwie niepostrzeżenie, z pewnością była obserwowana.

Lizzie przetarła oczy.

– Powinnam była wiedzieć! Hauhau i ich szalone tikanga…!

Oficer popatrzył na nią przerażony.

– Myśli pani, że to wyznawcy Hauhau? Na miłość boską, nie sądzi pani chyba, że oni chcą… zjeść tę dziewczynę?

Hemi potrząsnął głową.

– Córkę wodza? Na pewno nie. Wręcz przeciwnie, oni jej nie dotkną. Ale mimo to musimy spróbować ją odnaleźć. Czy jest tutaj jakiś rodzaj straży przybrzeżnej?

– Na pewno są łodzie patrolowe! – oświadczył Michael. – W razie wątpliwości zapłacę za nie, pieniądze nie grają tu roli! Nie zostawię mojej córki w rękach tych szaleńców!

Lizzie nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w wiadomość, jaką pozostawiła Matariki.

– On jej nic nie zrobi – wyszeptała. – Ale jeśli zechce, to nigdy jej nie znajdziemy.

Rozdział 4

Kathleen, Peter i Heather jechali pociągiem do Treherbert, wsi położonej w Rhondda na południu Walii. Od kilku lat ten do niedawna wiejski obszar łączyła linia kolejowa prowadząca do Cardiff. Od dwudziestu lat wydobywano tam węgiel.

– Wszystko należy do Southern Coalfield – tłumaczył Peter swojej rodzinie. – I jest to największa posiadłość w całej Wielkiej Brytanii, liczy sześćdziesiąt mil długości.

– A czy tamta okolica jest ładna? – spytała naiwnie Heather.

Atmosfera w domu Burtonów w Roath nie podobała jej się zupełnie, podobnie jak matce i wielebnemu, ale już marzyła o tym, aby móc malować ten krajobraz, który był łagodniejszy, bardziej sielski i przejrzysty niż góry i jeziora jej ojczyzny.

– Kiedyś była to naprawdę piękna okolica – odpowiedział wielebny. – Jako dziecko odwiedzałem mojego wuja i jeździliśmy tam wtedy konno na polowania. Malutkie, urocze wioski o niewielkiej liczbie mieszkańców, wodospady, góry, jeziora, rzeki o czystych wodach. Ale tak było, zanim zaczęto wydobywać węgiel na wielką skalę. Wówczas uchodziło to za nader trudne przedsięwzięcie – praktycznie nie było dróg ani połączenia kolejowego, a większość węgla leży bardzo głęboko pod ziemią. Dziś Rhondda Valley to teren całkowicie pozyskany przez górnictwo, a ono raczej nie sprzyja urodzie krajobrazu.

Ten opis był i tak dość delikatny – o czym Kathleen i Heather się przekonały, kiedy pociąg wjechał między pierwsze osiedla górnicze. Zielony, uroczy krajobraz ustąpił miejsca czarnej pustyni, której horyzont ograniczały hałdy węgla i kopalniane szyby. Węglowy pył był wszechobecny i docierał wszędzie, a kiedy Kathleen zwilżyła chusteczkę wodą kolońską i wytarła nią twarz, na batystowym materiale pojawiły się czarne ślady. Prawie nie było już widać małych wiejskich domków otoczonych ogródkami pełnymi kwiatów. Zamiast nich blisko linii kolejowej ciągnęły się kopalniane osiedla. Pierwszym, co zobaczyli w Treherbert, była ulica z długimi rzędami dwupiętrowych domów wzniesionych w długich, równych rzędach, które różniły się nieznacznie tylko wejściami. Przed nieco nowszymi budynkami można było dostrzec malutkie, poszarzałe trawniki, co nie było niczym dziwnym wobec tej ilości węglowego pyłu.

– Ależ te domy są brzydkie – oceniła Heather.

Peter wzruszył ramionami.

– Ale to jednak domy – stwierdził. – Właściciele kopalni budują je i wynajmują swoim robotnikom za niewielkie pieniądze. To uchodzi za bardzo postępowe.

– I jest postępowe! – wyrwało się Kathleen. – A już zwłaszcza w porównaniu z chatami, w których mieszkaliśmy w Irlandii. Ci ludzie mają pracę i dach nad głową. Jesteś rozpieszczona, Heather.

Heather się roześmiała, choć można było zauważyć, że jest poruszona.

– Ale w czasie pracy ludzie mają kilkaset stóp ziemi nad głowami, o ile dobrze zrozumiałam – zauważyła. – I umierają na pylicę.

– My umieraliśmy z głodu – odparła Kathleen.

– Nie kłóćcie się o to, kto jest bardziej nieszczęśliwy – łagodził Peter. – Tym ludziom powodzi się z pewnością lepiej niż Irlandczykom w czasie klęski głodu w Irlandii, a świadczą o tym już choćby te kwitnące puby.

Pierwszy z nich można było zobaczyć od razu przy dworcu i wszystko wskazywało na to, że przebywało w nim teraz wielu gości, choć było dopiero późne popołudnie. Przypuszczalnie górnicy pracowali na zmianę i mieli wolne o różnych porach dnia.

– Ale to prawda, Heather rzeczywiście jest bardzo rozpieszczona. – Peter się roześmiał i żartobliwie pociągnął welon eleganckiego kapelusza, który jego pasierbica miała na głowie w czasie spaceru, co dla niej samej było oczywiste. Tu zwracał on powszechną uwagę. Szczególnie kobiety w Treherbert patrzyły na przybyszów z wyraźną niechęcią, kiedy ci opuścili dworzec i szli zakurzonymi ulicami. Nigdzie nie było widać żadnej dorożki.

– Powinniśmy zapytać w pubie, gdzie można złapać jakąś dorożkę – rzekł Peter, kiedy dokładnie się rozejrzeli w najbliższej okolicy dworca. – Piechotą tam nie zajdziemy, dom znajduje się dość daleko, za tymi osiedlami. O ile pamiętam, jest bardzo piękny, a tuż obok przepływa niewielka rzeka…

Peter ruszył więc w stronę pubu, a Kathleen i Heather pilnowały bagaży. W Walii było podobnie jak w Irlandii i Nowej Zelandii: kobiety były widziane w pubach raczej niechętnie.

Jednak mimo to Peter natknął się przed wejściem do pubu najpierw na kobietę właśnie. Była bez kapelusza i jakiegokolwiek okrycia, miała na sobie jedynie spraną, niebieską, domową suknię i sprawiała wrażenie, że jest gotowa niemal szturmem wziąć szynk. W ostatniej chwili jednak się zawahała i nie odważyła się nawet wejść do środka. Otworzyła gwałtownie drzwi i z wyraźną rozpaczą wołała kogoś.

– Jimie Paisley, wiem, że jesteś tam w środku! I ukrywanie się nic ci nie pomoże, ja stąd nie odejdę! Tym razem nie odejdę, ja…

– Czy mam się rozejrzeć w środku za pani mężem? – Peter zobaczył łzy w oczach tej z całą pewnością jeszcze niestarej, ale zniszczonej ciężką pracą kobiety. Miała kasztanowe włosy, ciemnoniebieskie oczy i musiała być kiedyś naprawdę piękna. – Jestem duchownym, może ze mną będzie chciał porozmawiać.

Kobieta westchnęła z rezygnacją i z zawstydzeniem wytarła oczy.

– Możecie spróbować, choć naszemu wielebnemu nigdy się nie udało przemówić mu do sumienia. Ale może mój mąż jest jeszcze na tyle trzeźwy, żeby was wysłuchać. Musi mi oddać swoją pensję. I chłopak też, dobry Boże, przecież dzieci głodują! A oni też nie żyją o suchym chlebie. Jak nie będę mogła dać im czegoś do jedzenia, nie będą w stanie pracować na dole. A Bóg mi świadkiem, że sztygar jest cierpliwy, ale kiedyś w końcu będzie miał dosyć mojego Jima.

Peter skinął głową ze zrozumieniem.

– Wyprawię pani męża na zewnątrz – obiecał. – Jak on się nazywa? Jim Paisley?

Kobieta przytaknęła i odgarnęła sobie z twarzy włosy, które wysunęły się z pośpiesznego upięcia. Peter miał wrażenie, że Mrs Paisley wstydzi się z tego powodu.

– O nieba, wielebny, jak ja muszę wyglądać, pewnie myślicie, że pasuję do tych wszystkich pijaczynów i oszustów tam w środku – wymamrotała. – Ale Violet powiedziała mi, że Jim i Fred od razu po pracy poszli do Golden Arms, no to zaraz wybiegłam z domu. Zanim wypije trzy piwa, to czasem można z nim jeszcze pogadać.

Peter, który znał ten typ mężczyzn, skinął głową, chcąc dodać jej otuchy, i wszedł do pubu. Barman zauważył, że rozmawiał przed wejściem z Mrs Paisley, i popatrzył na niego nieufnie. Ale za chwilę jego niechęć nieco ustąpiła, kiedy zobaczył koloratkę Petera.

– Doprawdy, ksiądz! A już myślałem, że czarujecie tę kobietę! Posiłki dla naszego wielebnego Clusky? Ta dziura ma aż trzy puby i tylko jeden kościół. Zważywszy na to, będziecie tu potrzebni – roześmiał się. – Jim Paisley jest tam!

Barman wskazał na wysokiego mężczyznę o rudoblond włosach, który właśnie wznosił toast ze swoimi przyjaciółmi. Sądząc po okrzykach, to on właśnie postawił wszystkim kolejkę piwa.

– A ten chłopak obok niego to Fred, jego syn. Pije tak jak on. Ale spróbujcie, może będziecie mieli szczęście.

Peter podszedł do stołu wesoło gwarzących biboszy. Jeśli Mrs Paisley udało się nawet zaskarbić sobie sympatię barmana, to był to zły znak. Nie było łatwo trafić do sumienia jemu podobnych właścicieli pubów, bo w końcu oni żyli z tego, że górnicy przepijali tu większą część dochodów własnych rodzin.

Peter chrząknął.

– Mr Paisley, jestem Peter Burton, wielebny Burton. Pańska żona jest na zewnątrz i chciałaby z panem porozmawiać…

– Ach doprawdy, chciałaby? – Mężczyzna spojrzał na Petera i roześmiał się. Miał brzydką i niesympatyczną twarz, niemal czarną od węglowego pyłu. Peter słyszał kiedyś, że mycie się w pewnym momencie przestawało mieć sens. Węglowy pył osadzał się w porach skóry, zatykał je… A być może mężczyznom takim jak Jim Paisley było zupełnie obojętne, jak ich postrzegało ich własne otoczenie.

– To może powinna być dla mnie troszkę milsza, zamiast bez przerwy się awanturować i jazgotać. To publiczne zrzędzenie jest doprawdy nieznośne.

Mężczyźni wokół niego przytaknęli.

– Wypijecie z nami piwo, wielebny?

Peter potrząsnął głową i postarał się, aby jego głos zabrzmiał naprawdę surowo.

– W żadnym wypadku nie brałbym udziału w przepijaniu pieniędzy pańskiej żony, Mr Paisley! Przed panem i pana rodziną jest kolejny tydzień, w czasie którego i pan, i pańskie dzieci musicie coś jeść. Ile pan ma dzieci?

Paisley uśmiechnął się szeroko.

– Troje – odpowiedział. – Ale mój najstarszy, Fred, pracuje już razem ze mną!

Wskazał na siedzącego obok niego silnie zbudowanego, rudowłosego chłopaka. Jeśli Jim Paisley wyglądał tak w czasach swojej młodości, to nic dziwnego, że jego żona się w nim zakochała. Fred Paisley był już teraz rzeczywiście przystojny, miał błyszczące niebieskie oczy i zaskakująco białe zęby, które kontrastowały z jego twarzą zwłaszcza dlatego, że zrezygnował z jej mycia nawet przed wizytą w pubie. Ale była to twarz o naprawdę miłych rysach, choć niezbyt subtelna.

– No to dałeś swojej matce pieniądze na życie, chłopcze? – zwrócił się Peter do Freda.

Chłopak uśmiechnął się z wyraźnym zakłopotaniem.

– Dam jej potem – odpowiedział wymijająco.

– Jeśli potem coś jeszcze zostanie! – Peter popatrzył na niego surowo. – Dlaczego nie zrobisz tego zaraz? Twoja matka czeka na zewnątrz. Weź sobie kilka pensów kieszonkowego na piwo po każdej zmianie, a resztę oddaj jej, dla twoich braci i sióstr.

Peter popatrzył chłopakowi prosto w oczy.

– To tylko dwie dziewczyny – wymamrotał Fred. – One niewiele potrzebują.

– Jedno piwo po każdej zmianie? – zagrzmiał korpulentny chłopak siedzący obok Freda. – To jest… To jest o wiele za mało. Czy wiecie… czy wiecie, ile kurzu łyka się tam na dole, wie… wielebny?

– Twój przyjaciel jest już pijany, Fred – powiedział Peter surowo. – Naprawdę uważasz, że należy postępować tak jak on?

– Jim, Fred, wyjdźcie!

Kobieta przed pubem chyba przestała już ufać wielebnemu. Jej strategia była jasna, Peter znał to z osiedla poszukiwaczy złota: jeśli będzie odpowiednio długo awanturować się przed pubem, jej mąż musi zareagować, w przeciwnym wypadku interweniuje właściciel pubu. Niektórzy mężczyźni w końcu ustępowali i dzielili się zarobkami ze swoimi żonami. Przy odrobinie szczęścia zapominali o takim epizodzie w czasie następnych godzin przy piwie. Częściej jednak bili żony zaraz po powrocie do domu – musiały być przecież za coś takiego ukarane. A byli też i tacy, którzy nie mieli żadnych zahamowań i bili żony na ulicy, nie czekając na powrót do domu – wówczas kończyło się na licznych siniakach, a pieniędzy kobiety i tak nie dostawały. Jednak wiele kobiet zapewniało Petera, że to mimo wszystko warte było ryzyka.

Może interwencja duchownego odniosła skutek, bo Fred i Jim wybrali trzecie rozwiązanie. Chłopak w każdym razie wyciągnął swoją sakiewkę i powoli odliczył kilka szylingów z tygodniówki, którą po południu wypłacono mu w kopalni. Jedną trzecią całej sumy wcisnął wielebnemu do ręki.

– Macie. Dajcie to mojej matce – oświadczył chłopak, po czym zajął się swoim piwem. Jego ojciec, mamrocząc coś gniewnie pod nosem, zrobił to samo.

– To i tak ostatni raz – oświadczył ponuro.

Peter, nieco zbity z tropu, stał przy barze z ręką pełną banknotów i nie wiedział, co ma odpowiedzieć.

– No, idźcie sobie w końcu! – warknął Paisley.

Peter wybiegł na zewnątrz.

– Nie jest to zbyt wiele – zauważył, dając kobiecie pieniądze. Ale ona była tak szczęśliwa, że obawiał się, iż zacznie go całować po rękach.

– Wystarczy na przetrwanie! – cieszyła się. – Jeśli będę gospodarować oszczędnie, oczywiście. A Violet może też zarobiła kilka pensów, w końcu stale szuka pracy. Ja też, bo piorę bieliznę dla wielebnego. A może wy… Ale wy macie przecież żonę.

Mrs Paisley chyba w końcu zauważyła, że Kathleen i Heather, które czekały przy walizkach, były razem z Peterem. A Peter przypomniał sobie o dorożce.

– My przyjechaliśmy tu na krótko – wyjaśnił kobiecie. – A teraz potrzebna nam jest dorożka… Żeby dotrzeć do domu Burtona.

Oczy Mrs Paisley rozszerzyły się przerażeniem na wzmiankę o dworze nad rzeką. Czy górnicy wiedzieli, że czekano na dziedzica? Ale kobieta potrząsnęła przecząco głową.

– Tu nie ma dorożek. Właściciele kopalni mają swoje własne powozy. A my chodzimy na piechotę.

Peter westchnął.

– To trochę za daleko. Ale gospodarz w pubie wspomniał coś o kościele. Gdzie jest ten kościół? Z pomocą tutejszego wielebnego na pewno da się zorganizować jakiś transport.

Mrs Paisley przytaknęła gorliwie.

– St. Mary’s Church jest o dwie ulice dalej. A oto Violet – wskazała na szczupłą, może dwunasto- czy też trzynastoletnią dziewczynę, która właśnie biegła ulicą w jej stronę. – Ona może wam pomóc nieść bagaże.

Dziewczyna biegła bez tchu i zatrzymała się przed nimi. Była wyraźnie zmartwiona, ale już teraz można było dostrzec, że będzie piękną kobietą. Miała błyszczące, turkusowoniebieskie oczy i pięknie zarysowane brwi, a jej gęste kasztanowe włosy splecione były w dwa grube warkocze sięgające do połowy pleców. Cerę miała bardzo jasną, policzki zaróżowione po szybkim biegu, a pełne wargi w kolorze głębokiej czerwieni. Dziewczyna była ubrana w wielokrotnie cerowaną, ciasno opiętą na piersiach ciemnoniebieską suknię.

– Mamo… czy masz… czy on?

Mrs Paisley pokazała jej z uśmiechem pieniądze, a wówczas z twarzy dziewczyny znikło napięcie i wyraźny niepokój, a jej oczy rozbłysły radością.

Mrs Paisley wskazała z wdzięcznością na Petera.

– Dzięki pomocy wielebnego…

– Burton – przedstawił się Peter. – Z żoną i córką. – Wskazał na Kathleen i Heather, które szły w ich stronę z walizkami. Zapewne znudziło im się czekanie.

– Wielebny i te damy chcą się dostać do kościoła – wyjaśniła córce Mrs Paisley. – Może zaprowadzisz ich tam i pomożesz nieść bagaże. Gdzie zostawiłaś Rosie?

– Mrs Brown jej pilnuje – odpowiedziała Violet. – Ona akurat jest w dobrym nastroju, bo mąż dał jej pieniądze, zanim poszedł do pubu, a przepracował mnóstwo nadgodzin. W każdym razie zamierzała właśnie gotować z Rosie masę na cukierki.

– Rosemary to moja młodsza córka – powiedziała Mrs Paisley. – A ja jestem Ellen, Ellen Paisley. Raz jeszcze dziękuję wam bardzo, wielebny!

Ellen Paisley schowała pieniądze do kieszeni i odwróciła się, chcąc odejść. A Violet chwyciła najcięższą walizkę, którą jednak Peter jej odebrał.

– Możesz pomóc tym damom – powiedział, spojrzawszy porozumiewawczo na Kathleen i Heather. One oczywiście mogły nieść same swój bagaż, ale Violet z pewnością się ucieszy, kiedy dostanie parę pensów, mogąc coś za to zrobić.

Dziewczyna zaniosła więc walizkę Kathleen do kościoła, który rzeczywiście znajdował się niedaleko. St. Mary’s był prostą budowlą z palonej cegły, a położona obok plebania podobna była do domów górników, choć wyróżniała się dzięki małemu, niezbyt zadbanemu ogródkowi.

– Obiecałam wielebnemu, że wykopię kilka grządek – usprawiedliwiała się Violet. – Ale on mówi, że tu i tak nic nie urośnie. Nie bez racji, węglowy pył jest wszędzie.

Wniosła walizkę po trzech schodach na górę do drzwi i zapukała. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast i pojawił się w nich ciemnowłosy, krępy mężczyzna, który Kathleen wydał się skądś znajomy. Mężczyzna uśmiechnął się do Violet.

– No, kogo mi przyprowadziłaś? – spytał. – Goście?

Violet dygnęła.

– To jest wielebny Burton i Mrs oraz Miss Burton… chyba z Londynu.

Kathleen zauważyła, że dziewczyna zapamiętała nazwisko i wyciągnęła jakieś wnioski, patrząc na ich odzież, zwróciła też uwagę na czas ich przyjazdu. Roztropne dziecko. Szkoda, że w tej ponurej okolicy ma niewiele szans na lepsze życie.

– Z Nowej Zelandii – poprawił Peter. – Dunedin, South Island. A ja jestem…

– Powiedział pan: Burton? – Duchowny popatrzył na Petera badawczo, jak gdyby szukając na jego twarzy rodzinnego podobieństwa. – Ależ proszę wejść, witam! Violet, dziękuję, możesz od razu zabrać bieliznę dla twojej matki.

Śliczne oczy Violet rozbłysły – zwłaszcza kiedy Kathleen dała jej pensa za pomoc przy noszeniu bagaży. Dla kobiet z rodziny Paisle­yów był to chyba szczęśliwy dzień: oprócz wywalczonego zarobku brata i męża jeszcze zlecenie prania bielizny wielebnego i pens od gości!

Dygając i dziękując, dziewczyna wyszła z koszem bielizny.

– Miłe dziecko – stwierdził Peter. – Ale ojciec…

Wielebny Clusky wzniósł oczy do nieba.

– A brat jest dokładnie takim samym nicponiem – kontynuował. – Ellen Paisley została ukarana! Ale proszę najpierw wejść, rozgościć się, Mrs Burton, Miss… I proszę mi powiedzieć, czy pańskie nazwisko to przypadek? A może jest pan prawdziwym spadkobiercą domu nad Rhondda River?

Peter skinął głową.

– Tak, zgadł pan. Jednak nie zamierzamy się tu osiedlać. Właściwie chciałbym jak najszybciej sprzedać ten dom i ziemię. Ale ponoć pojawiły się trudności.

Wielebny westchnął.

– Można tak to nazwać. Młody Mr Randolph zachowuje się tak, jak gdyby ta posiadłość należała do niego. I wcale nie jest najgorsze to, że opróżnia piwnicę z zapasów wina z szybkością zapierającą dech w piersiach – ale on zraża do siebie służbę. Wszyscy, którym jeszcze nie wypowiedział pracy, odeszli sami z siebie. Randolph doprowadzi tę posiadłość do całkowitego upadku. Ludzie mówią, że sprzedał już połowę mebli – a niektóre zniszczył, kiedy był zupełnie pijany. To szalony człowiek, wielebny Burton. Wściekły na cały świat i na Boga. I właściwie nie mogę mieć mu tego za złe.

Spojrzenie duchownego powędrowało w stronę gzymsu kominka, który zdobiło kilka fotografii. Jeden ze starszych dagerotypów przedstawiał dystyngowaną matronę, zapewne zmarłą żonę Clusky’ego. Ale Kathleen wstrzymała oddech, przyjrzawszy się kilku zapewne niedawno wykonanym fotografiom. Bo ta delikatna istota na jednym ze zdjęć, dziewczyna o ciemnych, długich włosach, a na drugim w ślubnej sukni obok krępego mężczyzny – to była bezsprzecznie Alice Burton.

Wielebny zauważył spojrzenia swoich gości.

– Tak, to jedna z przyczyn, z powodu której nie za bardzo udaje mi się wywrzeć jakikolwiek wpływ na tego młodego człowieka – westchnął. – I oczywiście nie jestem szczęśliwy wobec tego, co zrobiła Alice. Gdybyż ona wzięła sobie za męża syna! I myślę, że dawno zwróciła uwagę na młodego Mr Randolpha, bo od pewnego czasu zaczęła stale bywać w domu Burtonów, i stało się to z dnia na dzień, nagle, kiedy Jamesa odwiedził siostrzeniec i jego syn. Dobry Boże, dziś jeszcze robię sobie wyrzuty, że tego nie ukróciłem. Bo nie miałbym nic przeciwko jej związkowi z Randolphem. Ale niestety…

Peter, wyraźnie znużony, roześmiał się i dokończył:

– Niestety, mój brat przepadł z kretesem. Choć chyba nie ma w tym nic złego. Joseph był wdowcem, a pańskiej córki, o ile wiem, też nikt nie wlókł do ołtarza za włosy. A więc nie ma powodu zazdrościć im szczęścia i oni też są chyba tego zdania.

Wielebny Clusky podniósł w górę obie ręce, jak gdyby w geście błogosławieństwa.

– Oni są tego zdania – powtórzył i zabrzmiało to jak prośba do Boga. – Ale tak czy tak, Mr Randolph widzi to nieco inaczej. On czuje się oszukany, zwłaszcza jeśli chodzi o jego dziedzictwo. Ojciec skreślił wszystkie jego apanaże. A zgodnie z wieściami, które docierają do mnie z Cardiff, Alice potrzebuje bardzo dużo pieniędzy, aby być szczęśliwą.

Clusky chyba nie miał najlepszego zdania o swojej córce. Ale jego historia zdaniem Kathleen tłumaczyła wszystko: dobre wychowanie Alice, ale jednocześnie jej kompletny brak doświadczenia w obchodzeniu się ze służbą. Przyjemność, jaką ona znajdowała w odgrywaniu roli lady – i jej nuworyszowskie pozerstwo. Córka duchownego, która uciekła ze swego smutnego życia w tej zabitej dechami dziurze, dziewczyna, którą z pewnością obiecano już na żonę młodszemu konfratrowi z sąsiedniej gminy. Alice była gotowa zapłacić każdą cenę za to, aby móc uciec do pierwszego lepszego mężczyzny. Kathleen nie mogła jej za to potępiać.

– No ale to chyba nie jest powód dla Alice… hm… jej pasierba, aby anektować domy innych ludzi – zauważyła.

Wielebny Clusky przytaknął.

– Oczywiście, że nie. Ale Mr Randolph wprost szalał, kiedy ojciec się z nią ożenił.

Nerwowo przejechał ręką po swoich ciemnych włosach i podszedł do wiszącej na ścianie szafki, z której wyjął butelkę whiskey.

– Dobry Boże, niechże mnie pan nie zmusza, abym opowiedział tę całą paskudną historię… Napije się pan?

Peter skinął głową, a Clusky wyjął kieliszki z szafy.

– A dla dam sherry?

Goście zaintrygowani milczeli, kiedy podawał im pełne kieliszki.

Wielebny Clusky upił spory łyk, zanim zaczął opowiadać dalej.

– To chyba Mr Randolph pierwszy obiecał mojej Alice, że zabierze ją do Cardiff – podjął. – Tak, wygląda na to, że to stary przyprawił rogi młodemu. I zakręcił mu w dodatku kurek z pieniędzmi, kiedy ten się z tego powodu oburzał.

„Może to ostatnie stało się już wcześniej – pomyślała Kathleen. – I może dla Alice Clusky był to ważny argument przemawiający za Josephem, kiedy jej młody ukochany nagle przestał dysponować takimi sumami pieniędzy, które jej wydawały się niezbędne do prowadzenia dostatniego życia”.

– Jak mówiłem… proszę, oszczędźcie mi tego i nie każcie mi opowiadać szczegółów. Ale Randolph któregoś dnia zjawił się tutaj i zwalił winę za wszystko na swojego wuja – i postarał się, aby puby i sale bilardowe w całej okolicy w efekcie jego wizyt znacznie zwiększyły swoje obroty. Mr James niewiele mógł zrobić. I wkrótce potem umarł.

– Ale nie zmienił przedtem testamentu, prawda? – spytał Peter.

– Nie zmienił, tego jestem pewien – oświadczył Clusky. – Byłem świadkiem jego sporządzenia, spisania jego ostatniej woli, którą zostawił u notariusza. Pański wuj był człowiekiem bardzo skrupulatnym, wielebny, nie dałby żadnego pisma komukolwiek, kto być może będzie próbował wyłudzić spadek. Nie mówiąc już o tym, że nie przepadał za Mr Randolphem, delikatnie mówiąc. A także za moim… hm, zięciem Josephem.

Peter westchnął.

– A więc będziemy mieli nieprzyjemne zadanie. Musimy przepędzić stamtąd tego chłopaka – stwierdził. – Cudownie, doprawdy. A już miałem nadzieję, że za miesiąc wrócimy do domu. Mam nadzieję, moje panie, że nie cierpicie na chorobę morską. Trzeba się liczyć z podróżą zimą, po rozszalałym morzu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czas ognistych kwiatów Nadzieja na końcu świata Bogowie Maorysów Kobiety Maorysów Pieśń Maorysów W krainie białych obłoków 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni