Plantacja Somerset

Plantacja Somerset

Autorzy: Leila Meacham

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 616

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 27.63 zł

To nie tylko historia o rodzinnej tragedii, miłości i stracie, ale także o obsesji i cenie, jaką ludzie gotowi są zapłacić, by spełnić swoje marzenia.

„Plantacja Somerset ukazuje bogatą historię Ameryki. Miłośnicy autorki, jaki i nowi czytelnicy, będą chłonąć losy rodzinnej sagi. Meacham posiada niebywały dar opowiadania”. Publishers Weekly

„Meacham pisze bardzo sprawnie, a jej powieść ma w sobie wszystko, co mieć powinna: historię, elementy westernu, silny ładunek emocji, złamane serca i zawiedzione przyjaźnie”. Kirkus Reviews

Jest rok 1835. Syn plantatora z Południowej Karoliny, młody Silas Toliver marzy o tym, by wraz z najlepszym przyjacielem i ukochaną Lettie wyruszyć do Teksasu. Kiedy umiera ojciec Silasa, ten zostaje zupełnie bez środków do życia. Właściciel sąsiedniej farmy, Carson Wyndham, proponuje młodzieńcowi sfinansowanie przeprowadzki i założenia plantacji w Teksasie w zamian za poślubienie jego córki, Jessiki. Rodzina chce pozbyć się Jessiki, która reprezentuje skrajnie abolicjonistyczną postawę.

Silas przyjmuje ofertę, zapoczątkowując w ten sposób zagmatwaną historię miłosną i wyzwalając klątwę, która towarzyszyć będzie rodzinie Tolivierów przez wiele pokoleń…

Zagmatwane losy rodów ukazane są na tle ważnych wydarzeń z historii Stanów Zjednoczonych takich jak wojna secesyjna czy okres odbudowy państwa zwany Rekonstrukcją.

Tytuł oryginału:

SOMERSET

Copyright © 2014 by Leila Meacham

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-337-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Część IRozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Część IIRozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Część IIIRozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Część IVRozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Rozdział 87

Rozdział 88

Rozdział 89

Rozdział 90

Rozdział 91

Rozdział 92

Rozdział 93

Rozdział 94

Rozdział 95

Rozdział 96

Rozdział 97

Rozdział 98

Rozdział 99

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla tych wszystkich, którzy przybyli, zostali,

odważyli się na zmiany i zasłużyli na miano Teksańczyków.

Rodzina Toliverów

(1806-1900)

Rodzina Warwicków

(1806-1900)

Rodzina DuMontów

(1806-1900)

Potomkowie Jaspera

(wybrani)

Rozdział 1

Plantacja Queenscrown w pobliżu Charlestonu

w Karolinie Południowej

Spod szerokiego, miękkiego ronda ogrodowego kapelusza Elizabeth Toliver obserwowała swego młodszego syna. W wyczekującej postawie stał przy balustradzie werandy i z napięciem wpatrywał się w prowadzącą do rodzinnego domu drogę, z obu stron porośniętą dębami. Był początek października 1835 roku. Elizabeth stała z sekatorem w ręce w jednym z różanych ogrodów okalających dom. Zamierzała naciąć kosz czerwonych lancasterów, które pielęgnowała i o które lękała się od stycznia. Doprawdy zadziwiające, jak woda, ściółka i nawóz mogą pomóc cienkim łodyżkom – w ogóle wszystkiemu, co rośnie – zbyt długo pozostawionym bez opieki. W naturze mnóstwo jest podobnych przykładów odradzania się z nową siłą w sprzyjających warunkach; szkoda, że człowiek tego nie dostrzega i nie stosuje wobec własnego gatunku.

Szkoda, że jej mąż nie poznał potrzeb swojego syna i nie postarał się ich zaspokoić.

– Na kogo czekasz, Silasie? – zawołała.

Obrócił w jej stronę głowę. Jego niezwykle przystojna twarz o rysach tak charakterystycznych dla Toliverów dowodziła, że jest potomkiem długiej linii angielskich arystokratów, których portrety witały gości w wielkim holu Queenscrown. Silas zmrużył zielone, płomienne jak szmaragdy oczy pod brwiami równie czarnymi jak jego gęste, niesforne włosy, ale to dołeczek w typowej dla rodziny brodzie nie pozostawiał wątpliwości co do jego pochodzenia.

– Na Jeremy’ego – odparł oschle i wrócił do swojej obserwacji.

Elizabeth zgarbiła się zrezygnowana. Silas wciąż obwiniał ją o zapis, który jego ojciec zamieścił w testamencie. „Powinnaś była go przekonać do zmiany zdania, matko – zarzucił jej – a teraz musisz ponieść konsekwencje”. Nigdy go nie przekona, że nawet nie przypuszczała, iż taka będzie ostatnia wola jego ojca, chociaż syn wiedział – musiał wiedzieć – że nigdy nie poświęciłaby jego szczęścia dla własnego. Teraz słyszała „konsekwencje” swojej porażki nadjeżdżające z tętentem końskich kopyt – Jeremy Warwick na swoim białym ogierze przybywał, by zwabić jej syna, jej czteroletniego wnuka i przyszłą synową w odległy, niebezpieczny teren zwany Teksasem.

Jeremy zatrzymał pędzącego konia. Zanim przywitał się z Silasem i zsiadł z wierzchowca, zawołał do niej:

– Dzień dobry, pani Elizabeth. Jak się miewają róże?

Bez względu na to, gdzie się spotkali, zawsze witał ją tak samo. W ten sposób pytał, jak w ogóle się miewa. Nawiązanie do róż miało głębszy podtekst, a mianowicie obie rodziny, Warwicków i Toliverów, wywodziły się z angielskich królewskich rodów, które w swoich herbach miały eleganckie kolczaste kwiaty. Warwickowie z Karoliny Południowej pochodzili z rodu Yorków, reprezentowanego przez białą różę; Toliverowie z rodu Lancasterów, którego symbolem była róża czerwona. Chociaż żyli w przyjaźni i po sąsiedzku, w swoich ogrodach nigdy nie hodowali kwiatów symbolizujących arystokratyczne korzenie drugiej rodziny.

Pytanie „Jak się miewają róże?” nie oznaczało troski o jej ukochane rośliny, które zaniedbała, przez wiele miesięcy opiekując się chorym mężem w szpitalu w Charlestonie i które teraz zdołała przywrócić do życia, lecz o to, jak ona się czuje, skoro przed czterema tygodniami pochowała męża.

– Trudno powiedzieć – odkrzyknęła. – Od pogody zależy, czy zdołają przetrwać.

Bawili się w takie dwuznaczności od czasów, gdy chłopcy byli jeszcze dziećmi, a Elizabeth odkryła, że Jeremy Warwick jest bystry i ironiczny, ale nigdy nie posuwa się do kpiny. Uwielbiała go. Wysoki i postawny w porównaniu z jej szczupłym, wiotkim synem, który mu jednak nie ustępował wzrostem, Jeremy był najmłodszym z trzech braci. Ich ojciec był właścicielem przyległej plantacji bawełny noszącej nazwę Meadowlands. Obaj idealnie do siebie pasowali – rówieśnicy, zajmowali podobne miejsce w hierarchii rodzinnej, a łączyło ich pochodzenie i zainteresowania. Z tej ich przyjaźni Elizabeth się cieszyła, tym bardziej że Silas od chwili, gdy nauczył się mówić, toczył ze swoim starszym bratem nieustającą wojnę.

W spojrzeniu Jeremy’ego błysnęła szczera radość zdradzająca, że właściwie odczytał jej odpowiedź.

– Niestety, pogoda nie zawsze spełnia nasze oczekiwania – powiedział, przepraszająco chyląc głowę, co tylko potwierdziło Elizabeth powód jego wizyty.

– Czy nadszedł list, którego oczekiwaliśmy? – zapytał Silas.

– W końcu. Mam go w sakwie, razem z listem od Lucasa Tannera. Dotarł już ze swoją grupą do czarnoziemu.

Elizabeth ani myślała wrócić do domu. Jeżeli obaj młodzieńcy chcieli rozmawiać na osobności, mogli się oddalić, liczyła jednak, że tego nie zrobią. Czasem, kiedy chciała dowiedzieć się czegoś o rodzinnych sprawach, musiała bezwstydnie podsłuchiwać albo zlecić to komuś ze służby. Usłyszała, jak Silas woła w głąb domu do Lazarusa, żeby podał kawę. To dobrze. Będą rozmawiali na werandzie, ciesząc się pięknym jesiennym porankiem.

– Czy treść listów mnie uraduje? – zapytał Silas.

– W zasadzie tak – odparł jego przyjaciel.

Elizabeth wiedziała, na co się zanosi. Przyjaciele zaczynali właśnie ochoczo realizować marzenie, które od lat dzielili i o którym nieustannie dyskutowali. Jako najmłodsi synowie dorastali w świadomości, że z chwilą śmierci ojców nie dane im będzie zostać jedynymi spadkobiercami rodzinnych plantacji. W przypadku Jeremy’ego nie stanowiłoby to problemu. Pozostawał ze starszymi braćmi w przyjaznych stosunkach, ojciec go uwielbiał i na pewno dopilnuje, żeby przypadła mu sprawiedliwa część majątku. Jeremy po prostu chciał mieć własną plantację i prowadzić ją wedle własnego uznania. Natomiast układy Silasa z ojcem i bratem przedstawiały się całkiem odmiennie. Benjamin Toliver faworyzował Morrisa, pierworodnego syna, od dnia jego urodzin i traktował jako dziedzica Queenscrown. „Tak powinno być”, mawiał do Elizabeth, nigdy nie wyzbywszy się do końca przekonania o prawie pierworództwa, zgodnym z jego angielskim pochodzeniem, wedle którego najstarszy syn powinien odziedziczyć całość rodzinnego majątku. W Karolinie Południowej prawo to zostało zniesione w 1779 roku.

W grę wchodziły też jednak inne uprzedzenia. Benjamin i Morris wyznawali takie same poglądy i synowi nie chodziło o to, by zadowolić ojca. Morris naprawdę szczerze w ten sam sposób postrzegał wszystko, od religii po politykę, podczas gdy Silas zawsze zajmował inne, często wichrzycielskie stanowisko. Niechęć między ojcem a synem i między braćmi narastała. Elizabeth próbowała zasypać stale powiększającą się przepaść i traktowała Silasa ze szczególną czułością, co tylko dolewało oliwy do ognia. Benjamin wiedział, że gdyby uczynił z synów równorzędnych partnerów, skoczyliby sobie do gardeł jeszcze w dniu jego śmierci. By tego uniknąć, zapisał całą plantację, wszystkie pieniądze i cały rodzinny majątek – ziemię, dom z całym umeblowaniem, inwentarz, wyposażenie i niewolników – Morrisowi, zostawiając Silasa bez grosza poza roczną „pensją” wraz z procentem od zysków z plantacji, ale tylko jeżeli zostanie zarządcą pod zwierzchnictwem brata.

Nic dziwnego, że Silas, obecnie dwudziestodziewięcioletni, czuł się oszukany i przepełniony goryczą i że pragnął opuścić rodzinny dom, by wraz z Jeremym Warwickiem wyruszyć do „czarnej ziemi” w południowej części Teksasu, podobno idealnej do uprawy bawełny. Bardzo to smutne, że odejdzie przekonany o niesprawiedliwości i złej woli ojca, Elizabeth bowiem wiedziała coś, o czym Silas nie miał pojęcia. Benjamin Toliver poświęcił miłość do żony dla miłości do młodszego syna. Przez decyzję męża jej przypadła opieka nad niezdarnym synem kawalerem, który prawdopodobnie nigdy się nie ożeni i nigdy nie da jej wnuków, by mogła je uwielbiać i rozpieszczać. Prawdopodobnie przyjdzie jej tego żałować, ale musi pozwolić – nie bacząc na swą miłość do cudownego wnuka i dziewczyny, która niedługo zostanie jej drugą synową – by Silas wyjechał do Teksasu, nie wiedząc, że jego ojciec swoim testamentem dał mu wolność.

Rozdział 2

Silas czuł rozpacz matki podszytą żałobą, niesioną ku niemu rześkim, jesiennym wiatrem, ale nic nie mógł na to poradzić. Wyjeżdża do Teksasu, zabierając ze sobą syna i narzeczoną. Spierali się o to od wieków. Dla matki rodzina była wszystkim. Dla niego wszystkim była ziemia i nierozerwalna więź, która łączyła z nią człowieka. Bez własnej ziemi, którą trzeba orać i uprawiać, człowiek był niczym, bez względu na to, z jakiej wywodził się rodziny. Matka robiła co mogła, by powstrzymać młodszego syna przed porzuceniem wygody i bezpieczeństwa rodzinnego domu i wywiezieniem rodziny do Teksasu, który stał na skraju rewolucji. Docierały do nich wieści, że teksańscy koloniści organizują się, by ogłosić niezależność od Meksyku swoich nowo zasiedlonych ziem, co musiało doprowadzić do wojny.

– Co mam uczynić, matko? Zostać tutaj we władzy brata, gdzie mój syn, tak jak jego ojciec, nigdy nie będzie panem swojego domu?

– Nie wmawiaj mi, że robisz to dla Joshui – protestowała matka. – Robisz to dla siebie. Zawsze tego pragnąłeś, ale teraz musisz myśleć o Lettie i swoim synku. – Zasłoniła rękoma twarz, przerażona koszmarami, przed którymi go ostrzegała: straszliwymi chorobami (w 1834 w kolonii Stephena F. Austina wybuchła epidemia cholery), barbarzyńskimi Indianami, dzikimi zwierzętami i wężami, żądnymi krwi Meksykanami, niebezpiecznymi przeprawami przez rzeki, narażaniem się na szaleństwa pogody… przerażająca lista ciągnęła się bez końca, zaś najgorsze było to, że może już nigdy nie ujrzeć syna, Joshui i Lettie.

– To ty nie wmawiaj mi, matko, że przemawia przez ciebie troska o nich. Gdybym mógł znaleźć ziemię gdzieś na Południu, gdzie jest bezpiecznie, i tak chciałabyś, żebyśmy zostali w Queens­crown, wszyscy razem, jak rodzina, nie bacząc na to, że ojciec mnie wydziedziczył, a brat nienawidzi.

– Przesadzasz. Twój ojciec zrobił to, co według niego było najlepsze dla Queenscrown, a twój brat wcale cię nie nienawidzi. On cię po prostu nie rozumie.

– Ja zaś zrobię to, co według mnie najlepsze dla Somerset.

– Somerset?

– Tak nazwę swoją plantację w Teksasie, na cześć przodka Toliverów, księcia Somerset.

Matka umilkła, nie mając argumentów przeciwko tak potężnym ambicjom.

Za swoje cierpienie mogła podziękować mężowi i jego ostatniej woli, o czym przypomniał jej Silas, co jednak nie tłumaczyło jego opryskliwości przez te ostatnie tygodnie. Wstydził się jej zresztą. Kochał matkę i bardzo będzie za nią tęsknił, ale nie mógł pozbyć się przekonania, że celowo nie przewidziała niesprawiedliwego podziału majątku ojca i tym samym mu nie zapobiegła. Gdyby Benjamin Toliver podzielił go po równo, Silas porzuciłby swoje marzenie. Obiecałby sobie żyć w zgodzie z bratem. Morris, kawaler, kochał swego bratanka i lubił przyszłą szwagierkę za jej słodkie, łagodne usposobienie. Lettie i matka przepadały za sobą. Elizabeth traktowała dziewczynę jak córkę, której nigdy nie miała, zaś jego narzeczona odnosiła się do niej jak do zastępczej matki, ponieważ rodzoną straciła jako dziecko. Dobrze by się im razem żyło, w spokoju.

Nawet Morris zaczynał rozumieć, co straci dzięki temu, że został jedynym spadkobiercą.

– Coś wymyślimy – powiedział, Silasowi jednak nic, co zrobiłby jego brat, nie mogło wynagrodzić braku ojcowskiej miłości, tak boleśnie zademonstrowanej przez postanowienia testamentu. Nie przyjmie od brata niczego, czego jego ojciec nie chciał mu dać.

Dlatego wyjedzie do Teksasu.

Kiedy Jeremy zsiadał z wciąż jeszcze brykającego ogiera, Silas z wdzięcznością spoglądał na przyjaciela, który tak jak on zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Jeremy Warwick rzadko powstrzymywał swego konia, ponieważ sam nie miał zwyczaju z niczego rezygnować. Silas bardzo to sobie w nim cenił, bo chociaż przyjaciel znany był z niespotykanie zdrowego rozsądku, nigdy nie bał się ryzyka, a przedsięwzięcie, na które wraz z nim się zdecydował, było najbardziej ryzykowne ze wszystkich.

Zanim uwiązał konia, Jeremy rzucił Silasowi sakwę z pocztą, po którą pojechał do Charlestonu. Silas niecierpliwie ją rozwiązał i już po chwili czytał list od Stephena F. Austina, znanego empresario1 z Teksasu, nie czekając, aż wypastowane buty przyjaciela dotkną podłogi werandy.

– Wieści są niepokojące – odezwał się Jeremy, zniżając głos, żeby Elizabeth nie słyszała. – Pan Austin jest gotowy sprzedać nam tyle ziemi, ile będziemy w stanie kupić, pod warunkiem że zgodzimy się zamieszkać w Teksasie, ale ostrzega przed zbliżającą się wojną. Mówi, że nie mógł sobie wymarzyć lepszego miejsca: dobra, dziewicza ziemia, obfitość drewna i wody, sprzyjająca pogoda, ale być może będzie musiał o nie walczyć. Już stoczył kilka potyczek z Indianami i meksykańską milicją.

– Wyjeżdżamy dopiero w przyszłym roku na wiosnę, więc może do tego czasu rozwiąże się przynajmniej konflikt z meksykańskim rządem, ale będę musiał przedstawić sytuację wszystkim, którzy nam będą towarzyszyć – rzekł Silas. – Muszą poznać dodatkowe ryzyko.

– Lettie też o tym powiesz? – zapytał cicho Jeremy.

Ostry odgłos sekatora ucichł. Mężczyźni na werandzie przerwali na chwilę rozmowę. Elizabeth nadstawiła uszu, podsłuchując. Właśnie, Silasie, co zrobisz? Czy powiesz Lettie? Jej syna uratował Lazarus, który w tej właśnie chwili łokciem otwierał sobie drzwi frontowe, niosąc tacę z kawą. Silas podszedł, by mu pomóc.

– Dziękuję, paniczu – powiedział siwowłosy Murzyn i postawił tacę na stole, przy którym całe pokolenia Toliverów popijały koktajl miętowy i popołudniową herbatę. – Czy mam nalać kawę, panie?

– Nie, Lazarusie. Ja to zrobię. Powiedz Cassandrze, że placek wygląda smakowicie.

Lazarus i jego żona Cassandra pojadą razem z nim do Teksasu. Należeli do niego, otrzymał ich w spadku po Mamie Toliver, swojej babce. Drugiemu wnukowi nie zostawiła nic. Ostatnio Silas zauważył, że Lazarus porusza się z coraz większym trudem, a jego żona nie śpiewa już, zagniatając ciasto na chleb.

– Lettie też powiem – odparł Silas, podając Jeremy’emu talerzyk z kawałkiem placka. Nalał każdemu z nich po filiżance parującej kawy. – Kiedy uznam, że nadeszła stosowna chwila.

– Ach – powiedział Jeremy.

– Co to ma niby znaczyć?

– Że placek jest wyśmienity – rzekł Jeremy, częstując się sporym kawałkiem. – Wybieracie się z Lettie na przyjęcie Jessiki Wyndham?

– Lettie za nic by z niego nie zrezygnowała. Uczyła Jessicę, zanim dziewczynka wyjechała do szkoły, i szczerze się do niej przywiązała. Dzielą je raptem cztery lata. Ja jej w zasadzie nie pamiętam. A ty?

– Ledwo. Do dzisiaj pamiętałem tylko małą dziewczynkę o poważnej twarzyczce i oczach wielkich i brązowych jak kasztany, ale przypomniałem ją sobie, kiedy rano zobaczyłem ją w porcie w Charlestonie. Właśnie wróciła z Bostonu. Wyszli po nią matka z bratem. Doszło do krępującej sceny, gdy Jessica rzuciła się na pomoc staremu bagażowemu, którego źle potraktował jakiś pasażer.

– Biały?

– Niestety.

– Jej ojcu to się nie spodoba.

– Mam nadzieję, że to niemiłe zajście nie zepsuje przyjęcia. Podobno Wyndham nie szczędzi grosza, by odpowiednio uczcić osiemnaste urodziny Jessiki i jej powrót ze szkoły dla panien w Bostonie. Będą też ich krewni z Anglii, lord i lady De Witt.

– Wyndhamowie mogą sobie na to pozwolić – zauważył Silas, wyjmując z sakwy mapę.

– Według „Couriera” Wyndhamowie to najbogatsi ludzie w Karolinie Południowej – rzekł Jeremy, odkrawając następny kawałek placka.

– Biedak będzie musiał przeganiać każdego łowcę posagu w tym stanie.

– Może Morris się z nią ożeni i oszczędzi jej ojcu kłopotów.

Silas prychnął.

– Morris nie odróżnia walca od polki ani damskiej chusteczki od szmaty do sprzątania, ma więc raczej niewielkie szanse na zdobycie ręki dziewczyny. Może ty się z nią ożeń, Jeremy, i oszczędź jej ojcu kłopotów. Taki przystojniak jak ty nie będzie miał konkurencji.

Jeremy się roześmiał.

– Nie chciałbym obrazić Lettie, ale wątpię, żeby młoda dama o pochodzeniu i obyciu Jessiki Wyndham zechciała poślubić mężczyznę, który zamierza osiedlić się w Teksasie. Lettie cię uwielbia. Poszłaby za tobą do samego piekła.

Silas rozłożył mapę, która dołączona była do listu Stephena F. Austina, i ze zmarszczonym czołem przyglądał się trasie, którą empresario wyznaczył na niej czarnym atramentem. Odległość robiła wrażenie; tereny za Czerwoną Rzeką nie wyglądały zachęcająco. Miejsce, w którym szlak zbaczał z logicznie narzucającego się kierunku, obwiedziono kółkiem. Na marginesie zanotowano: „Nie zapuszczajcie się tutaj. Tereny łowieckie Komanczów”.

– Może tam właśnie ją zabieram – powiedział Silas.

Rozdział 3

– Gdzie też powinnam posadzić lady Barbarę? – zapytała Eunice Wyndham, gdy jej córka zjawiła się w loggii, gdzie trwały właśnie gorączkowe przygotowania do lunchu zaplanowanego na dwanaście osób. – Okropny dylemat. Jeśli będzie siedziała tyłem do ogrodu, w słońcu będzie widać, jak bardzo rzedną jej włosy. Jeśli usiądzie twarzą do ogrodu, będzie widoczna każda najmniejsza zmarszczka na jej twarzy. Ta kobieta jest taka próżna w kwestii swojego wyglądu.

Jessica nie słuchała. Jej matka po prostu myślała na głos i nie spodziewała się, że córka odpowie. Wiedziała, że dziewczyny takie rzeczy nie interesują, nawet teraz, po dwóch latach spędzonych w szkole z internatem, która miała zmienić jej obojętność. Stół ustawiono w loggii, by nie zajmować jadalni, gdzie następnego dnia miał się odbyć wielki bankiet. Jessica wolałaby uczcić swoje urodziny i powrót do domu rodzinnym piknikiem. Nie widziała nigdzie osoby, której przyszła poszukać wśród czarnych służących. Nie znalazła jej też w jadalni, gdzie trwały podobne przygotowania.

– Mamo, gdzie jest Tippy?

– Może posadzę ją u szczytu stołu, a lorda Henry’ego na drugim końcu. Wszyscy uznają to za wyraz szacunku. Twój ojciec i ja usiądziemy naprzeciwko siebie na środku.

– Mamo, gdzie jest Tippy? Nigdzie jej nie mogę znaleźć. Co z nią zrobiłaś?

Eunice wsunęła ozdobioną kwiatowym wzorem wizytówkę w szklany uchwyt w kształcie pąka róży i odsunęła się, by sprawdzić efekt.

– Powinnam ustawić pułapki na muchy? – zapytała. – Kiedy byliśmy z ojcem w Waszyngtonie, kupiłam dwie bardzo ładne z kryształu. Mają tam potworne muchy, znacznie gorsze niż tutaj. Ale może jeszcze nie pora na nie, jak sądzisz?

– Mamo, gdzie jest Tippy?

Eunice nie zwracała na córkę uwagi.

– Na litość boską, dziecko. Czemu jesteś jeszcze w szlafroku?

Jessica skierowała się ku drzwiom.

– Dokąd się wybierasz?

– Do kuchni. Na pewno tam ją zesłałaś.

– Jessie, natychmiast przestań, słyszysz? – W głosie Eunice pojawiło się przerażenie. Chwyciła wachlarz, z którym przyszła do pokoju, i pomachała nim gwałtowanie przed twarzą. Jessica zatrzymała się i obróciła. Trzy pokojówki ubrane w szare sukienki z białymi fartuszkami znieruchomiały i w pokoju zapadła cisza. – Tak się cieszę, że ojciec zabrał lady Barbarę i lorda Henry’ego na przejażdżkę – powiedziała Eunice, nie przestając się wachlować. – Nie będę musiała się wstydzić, że moja córka biegnie do kuchni przywołać służącą, skoro równie dobrze można na nią zadzwonić.

– Chcę zobaczyć Tippy, mamo.

– Dekoruje twój urodzinowy tort.

– W takim razie pójdę jej pomóc.

Eunice posłała przerażone spojrzenie stojącym bez ruchu służącym, które z szoku i ciekawości wybałuszały oczy

– Na razie to wszystko – warknęła. – Idźcie pomóc Willie May.

Służące wybiegły z szaro-białym pośpiechem. Eunice pośpiesznie wciągnęła córkę do pokoju i zamknęła za nimi przeszklone drzwi. Dopiero wtedy się odezwała.

– Nie tym tonem, młoda damo, zwłaszcza w obecności służby. Masz dość kłopotów po zajściu w porcie.

– Przecież tylko uderzyłam tego człowieka wachlarzem w ramię.

– Broniłaś Murzyna przed białym!

– Znęcał się nad obładowanym bagażowym. Uderzyłabym go nawet wtedy, gdyby bagażowy był biały jak śnieg.

Spięta, rozgniewana twarz Eunice zapadła się jak wilgotna babeczka.

– Słowo daję, dziecko, co my mamy z tobą począć? Tak się wszyscy cieszyliśmy na twój powrót. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak brat nie mógł się ciebie doczekać. Uparł się, że pojedzie ze mną do portu, ale narobiłaś mu wczoraj tyle wstydu, że chyba nie zdoła ci wybaczyć.

– To Michael powinien był tego człowieka powstrzymać.

Eunice zaczęła się wachlować jeszcze szybciej.

– Wiedziałam, że nie należy cię posyłać do szkoły w Bostonie, do tego gniazda abolicjonistów.

– Nie, matko, tam rodzą się ci, którzy opowiadają się za wolnością.

– Och, Jessie! – Wyczerpana jak zwykle po podobnych sporach z córką, za którą bez wahania oddałaby życie, Eunice opadła na jedno z krzeseł i westchnęła z rozpaczą. – Co oni w tej szkole z tobą zrobili?

– Utwierdzili mnie tylko w tym, w co zawsze wierzyłam. Wszyscy ludzie są równi i nikt nie ma prawa czynić z drugiego człowieka niewolnika.

– Ciii! – syknęła gwałtownie Eunice, zerkając przez szklane drzwi, czy nikt ich nie podsłuchuje. – Posłuchaj, moja uparta córko. Nie masz pojęcia, co się tu pod twoją nieobecność działo. Gdybyś wiedziała, zrozumiałabyś, czemu nie wolno tak myśleć, jak niebezpieczne takie rozmowy mogą być dla Tippy.

– Co… co się tu dzieje?

– Nie na naszej plantacji, ale na innych. Niewolnicy się buntują, co prawda na próżno, ale dzieje się to na tyle blisko, żeby twój ojciec się niepokoił. Plantatorzy są na skraju wytrzymałości i szybko karzą każdego niewolnika, a dodam, że bezlitośnie, albo… – przewiercała Jessicę wzrokiem – każdego, kto choćby tylko daje do zrozumienia, że nie zgadza się z ideami Południa.

– Ideami? Abolicja to idea. Niewolnictwo to dogmat.

Eunice przestała się wachlować. I tak niewiele zyskiwała przez to powietrza. Miała wrażenie, że płuca jej za chwilę wybuchną.

– Widzisz, o tym właśnie mówię. Ostrzegam cię, Jessie, że chociaż twój ojciec gotów jest spełnić każdą twoją zachciankę, nie będzie w tym domu tolerował takich poglądów ani twojej niestosownej przyjaźni z niewolnicą. – Potrząsnęła głową z pretensją do samej siebie. – Nigdy nie powinnam była pozwolić, byś jako dziecko tak zaprzyjaźniła się z Tippy, ale nie miałaś się z kim bawić. Miałaś do towarzystwa tylko ją. Nie powinnam była ulec błaganiom mojej siostry, żeby posłać cię do szkoły z internatem w Bostonie, gdzie będziesz blisko niej, a już z całą pewnością nie powinnam była się zgodzić, żeby Tippy pojechała z tobą.

Z drugiej strony – Eunice z przyganą uniosła jedną brew – łudziłam się, że będziesz miała dość rozsądku, żeby po powrocie do domu się od niej odsunąć. – Ze znużeniem przyłożyła dłoń do czoła. – Miałam nadzieję, że zrozumiesz, że musisz pozwolić jej odejść, pogodzić się, że Tippy ma swoje miejsce, tak samo jak ty swoje.

– Mamo… – Jessica uklękła przed matką, a jej obszerny szlafrok ułożył się w bańkę wokół niej. Eunice ten widok skojarzył się z rudowłosą, brązowooką lalką, która składała się z ładnego tułowia i bufiastej spódnicy. Jessica uwielbiała ją jako dziecko. Ale na tym podobieństwo jej córki do lalki się kończyło. Eunice nie była w stanie tego pojąć. Córka miała regularne rysy, piękne zęby, ogniste włosy i wielkie, wyraziste oczy, uroczo ciemnobrązowe, mimo to jednak jej jasna, piegowata twarzyczka była… może nie brzydka, ale nijaka. Mąż Eunice wolałby, żeby córka była piękna, ale też podobna do córek ich przyjaciół, martwiąca się jedynie strojami, przyjęciami i flirtami, szczęśliwa, że jako jedyna córka jednego z najbogatszych ludzi na Południu jest uwielbiana i rozpieszczana. Lecz od chwili przyjścia na świat Jessica buntowała się przeciwko roli, która przypadła jej z racji pochodzenia. Czy wyczuwała, że ojciec dogadza jej we wszystkim, by nie dać jej odczuć, że jest nią rozczarowany? Jessica za dużo myślała, zadawała zbyt wiele pytań, sprzeciwiała się, buntowała. Gdyby była piękna, Carson inaczej traktowałby jej zachowanie, ale ponieważ była nieładna, tylko go nim denerwowała. Czasem Eunice myślała sobie, że Jessica powinna się była urodzić chłopcem.

– Rozumiem – powiedziała właśnie dziewczyna – ale się z tym nie godzę. Nigdy nie narażę Tippy, ale nie mogę, nie będę traktować jej jak kogoś gorszego ode mnie. Jest bystra i pomysłowa, jaka ja nigdy nie będę. Lepsza i mądrzejsza, i ma wszystkie cechy, które podziwiam i których oczekuję od przyjaciółki. Nie chcę stawiać ciebie i papy w niezręcznej sytuacji, ale będę darzyć moją przyjaciółkę szacunkiem, na który zasługuje. Nie będę traktować jej jak niewolnicy.

Eunice przyłożyła sobie dłonie do policzków.

– O mój Boże… gdyby twój ojciec cię słyszał…

– Na pewno byłby mną bardzo rozczarowany.

– Bardziej niż rozczarowany. Nie widziałaś jeszcze, jaki potrafi być. Jeżeli dalej będziesz się obnosić ze swoim uwielbieniem dla Tippy, musisz mieć na względzie jej los. Ja nie zdołam zapobiec konsekwencjom twoich poczynań.

Jessica łagodnie oderwała dłonie matki od jej policzków i przytrzymała je.

– Nie martw się, mamo. Obiecuję nie sprawiać żadnych kłopotów i z nikim w domu nie będę rozmawiać o tym, co myślę na temat niewolnictwa. Południe jest jakie jest i ja jedna nie zdołam go zmienić, ale proszę, pozwól, żeby Tippy została moją służącą. Wiesz, że ma tylko jedno płuco i zapalenie opłucnej, w gorącej kuchni nie może oddychać.

– Pozwolę, ale tylko jeżeli dotrzymasz swojej obietnicy, dziecko. Inaczej ojciec odeśle ją do pracy w polu i każe mieszkać w barakach niewolników. Bardzo cię kocha, ale zrobi to, wierz mi. – Eunice uwolniła ręce i odgarnęła córce z twarzy jej ogniste włosy. – Tęskniliśmy za tobą – odezwała się łagodnie. – Dlatego przyjechałaś do domu przed końcem semestru, ale słowo daję, odkąd jesteś w domu, nie zaznałam chwili spokoju. Podczas lunchu i jutro na bankiecie będzie się mówiło o ruchu abolicyjnym. Obiecaj mi, że kiedy ktoś cię zapyta o zdanie, będziesz trzymać język na wodzy.

Jessica wysunęła język i chwyciła go dwoma palcami.

– Obietssuję tsymać jęsyk na wody.

– Głuptas. – Po twarzy Eunice przemknął uśmiech, który nie zgasił jednak niepokoju w jej oczach. – A teraz mnie puść. Mam mnóstwo pracy.

– Przyślesz Tippy do mojego pokoju? Nikt nie potrafi mi tak ułożyć włosów jak ona i pomyśl tylko, jak bym wyglądała, gdyby nie pilnowała mojej garderoby.

– A ty pamiętaj, że twój ojciec lubi robić ci niespodzianki. Rozmawiaj z Tippy wyłącznie o fryzurach i strojach, na wypadek gdyby niespodziewanie się pojawił. Jeśli zacznie coś podejrzewać, zamiast koronkami i wstążkami Tippy będzie się zajmować bawełną.

– Będę pamiętać. – Jessica wstała i zakręciła się w swoim satynowym szlafroku, a spódnica zawirowała wokół delikatnej, szczupłej talii. – Jutro kończę osiemnaście lat. Kiedy zdążyłam się tak postarzeć?

– Osiągnęłaś wiek, w którym pora pomyśleć o małżeństwie – powiedziała Eunice.

– Myśleć można, ale nie trzeba go zaraz zawierać. Jaki mężczyzna zechciałby poślubić taką diablicę jak ja?

No właśnie, jaki? pomyślała Eunice z westchnieniem.

Rozdział 4

Tippy przesuwała szczotkę wzdłuż każdego długiego, lśniącego loka, od czoła aż do samego końca, i powtarzała ten ruch tak długo, aż naturalnie kręcone włosy Jessiki opadały na jej ramiona jak rdzawa, błyszcząca satyna. Wkrótce upnie je w wieczorową fryzurę o nazwie Madonna, inspirowaną angielskim romantyzmem. Aby osiągnąć zamierzony efekt, trzeba było rozdzielić włosy pośrodku i ułożyć w loczki wokół głowy i przy twarzy. Na drucianym manekinie w rozmiarach Jessiki wisiała suknia z kremowej satyny. Uszyta była według najnowszej mody, w fasonie podkreślającym gładkie ramiona, wiotką talię i smukłe kostki.

– Pasuje do panienki idealnie – powiedziała panna Smith­field, krawcowa, która uszyła suknię w swoim sklepie w Bostonie, ale to Tippy ją zaprojektowała i wybrała materiał. Wszystkie dodatki także leżały już przygotowane: dobrane kolorystycznie satynowe pantofelki z kwadratowymi noskami, rękawiczki do łokci, mała zielona wieczorowa torebka pod kolor szmaragdowej broszki, którą ojciec podarował Jessice z okazji urodzin.

Dziewczyna siedziała przed lustrem, a Tippy stała za nią, przez co Jessica widziała tylko nastroszone włosy służącej (kolejna osobliwość – nie były kręcone, jak u wszystkich członków jej rasy, a ich jasnobrązowy odcień kontrastował z ciemną skórą Murzynki), małżowiny jej uszu i spiczaste, poruszające się nieustannie łokcie. Nie wyższa od kija od szczotki i z cienką, wysuszoną skórą Tippy została obdarzona wyjątkowo wielkimi uszami, dłońmi i stopami, co ci, którzy jej nie znali lub nie doceniali jej licznych talentów, uważali za groteskowe.

– Co też dobry Pan sobie myślał, dając mojej dziewczynce takie długaśne uszy przy takiej malutkiej twarzyczce i ciele i skąpiąc jej przy tym jednego płuca? – lamentowała nieraz Willie May.

Jessicę również to zastanawiało. Nie znała innej ludzkiej istoty zbudowanej równie dziwacznie, ale już w dzieciństwie urzekała ją drobniutka figurka Tippy i jej nieproporcjonalne niektóre części ciała. Ze swoim bystrym umysłem i twórczą wyobraźnią Tippy przypominała jej złośliwego chochlika z ulubionej książeczki dla dzieci. Jessica wyobrażała sobie, że jest czekoladowym elfem z innego świata, którego za duże uszy, dłonie i stopy delikatne jak u wróżki mogły przemienić się w skrzydła i przenieść ją z powrotem tam, skąd przybyła. Gdy dorosła już na tyle, by zrozumieć, że przyjaciółka urodziła się bez ważnego organu, martwiła ją kruchość Tippy i bała się, że któregoś dnia po przebudzeniu stwierdzi, że anioły zabrały jej towarzyszkę zabaw. Patrzyła na poruszające się zwinnie ręce Tippy i wyobraziła je sobie, jak zbierają bawełnę w palącym słońcu, widziała też ciężki wór, pod którym uginają się wątłe ramiona przyjaciółki, i czuła, jak robi jej się słabo, ale przecież ojciec nie zrobi tego Tippy, Jessica była tego pewna. Wiedział, że córka nigdy by mu tego nie wybaczyła, ale mógł je rozdzielić i był do tego zdolny. Nie wolno jej o tym zapomnieć.

– Niczego już nie pragnę – powiedziała Jessica. – Czy to nie okropne, Tippy? Mieć osiemnaście lat i żadnych pragnień.

– Nie znam się na żadnych pragnieniach, ino żem w domu i że mogę jeść chleb kukurydziany z syropem z trzciny cukrowej – odparła Tippy, wysławiając się jak prosta niewolnica.

Jessica odwróciła się od lustra i patrząc surowo na Tippy, odezwała się przyciszonym głosem.

– Musisz mówić jak tępa robotnica, kiedy rozmawiasz ze mną?

– Tak, psze panienki, muszę, bo zapomnę, gdziem jestem. Tak bezpieczniej dla nas.

Jessica odwróciła się z powrotem do toaletki.

– Teraz żałuję, że nie zostawiłam cię w Bostonie w pracowni panny Smithfield. Zarabiałabyś na życie, szyjąc. Tam mogłabyś marzyć o wielu rzeczach i wszystkie by się spełniły.

Tippy zbliżyła usta do uszu Jessiki i odezwała się poprawną angielszczyzną.

– Twój tatuś posłałby po mnie, a ja i tak bym nie została. Nie pozwoliłabym ci wrócić beze mnie.

Jessica nasłuchiwała kroków swego ojca w korytarzu. Nie wszedłby bez pukania, zwłaszcza teraz, kiedy była już dorosła, ale i tak nie czekałby na zaproszenie. Wczoraj rano pozwolono Tippy wrócić z kuchni do pokoju Jessiki, która powtórzyła jej przestrogę matki, chociaż Tippy usłyszała podobną od Willie May.

– Chcą nas rozdzielić, bo jesteśmy sobie bardzo bliskie – wyjaśniła Jessica – a mama przestrzegła mnie, że jeśli nie będę posłuszna, odeślą cię do pracy w polu. Musimy udawać, że jesteś moją służącą, a ja twoją panią.

– To nie będzie trudne – odparła na to Tippy. – Jestem służącą, a ty moją panią.

– Tylko z nazwy.

Uzgodniły, że muszą mieć się na baczności. Willie May dała Tippy dokładne instrukcje. Nie wolno jej zwracać się do Jessiki „Jessie”, nie dodając przedtem „panienko”, i zawsze musi przy tym dygnąć. Koniec z chichotaniem i opowiadaniem sobie sekretów. Koniec z leniwym czytaniem sobie nawzajem. Koniec z obnoszeniem się z przyjaźnią.

– I jeszcze jedno – dodała Willie May, patrząc na Tippy surowo. – Koniec z wysławianiem się jak biała dama albo obnoszeniem się przed panem i innymi niewolnikami ze swoim wykształceniem.

Dziewczęta przypieczętowywały umowę w tradycyjny sposób – zahaczając o siebie kciuki prawych dłoni. Ponieważ w korytarzu panowała cisza, Jessica odezwała się z uśmiechem:

– Dopilnuję, żebyś dostawała tyle syropu z trzciny cukrowej, ile tylko zechcesz, nawet gdybym miała go tu przemycać.

– Nie, nie, Jessie…. panienko Jessie… nie wolno ci mnie tak… faworyzować. To zbyt niebezpieczne.

Jessica westchnęła.

– Brzydzę się tym wszystkim tutaj. Wstydzę się za Południe. Wstydzę się za moją rodzinę.

– Cii. Nie wolno ci tak mówić. Nie wolno ci tak nawet myśleć.

– Nic na to nie poradzę.

– Z Północy przyjeżdża ta nowa nauczycielka… Wiem, jaka jest, panienko Jessie. Proszę, nie pozwól, żeby wpakowała cię w kłopoty. Błagam cię…

– Jessie! Tu papa. Wchodzę!

Dudniący głos na korytarzu należał do mężczyzny, którego Jessica uwielbiała, ale i bała się jednocześnie. Niemal w tej samej chwili drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wkroczył Carson Wyndham, a jego wysokie buty, wypastowane tak, że ich blask oślepiał, z mocą uderzały w drewnianą podłogę. Niskiego wzrostu, dziarski rudowłosy mężczyzna, potężnie zbudowany i szorstki w obejściu, sprawiał takie wrażenie, że tłumy się przed nim rozstępowały i szlochały nad tymi, którzy nie zeszli mu z drogi.

Tippy zareagowała błyskawicznie i przekrzywiła głowę, patrząc na przerażone odbicie Jessiki w lustrze.

– …piękne ma panienka włosy, żal je tak upinać – powiedziała głośno, jakby kontynuując rozmowę przerwaną pojawieniem się Wyndhama seniora.

– Zgadzam się – rzekł Carson, zatrzymując się przy toaletce córki, by przyjrzeć się tematowi dyskusji. – Czemu, u licha, kobiety myślą, że muszą dręczyć swoje włosy, wykręcając i naciągając je, skoro Bóg mi świadkiem, że o wiele piękniej wyglądają, gdy opadają swobodnie, tak jak Pan je stworzył?

Dotknął nakrycia głowy z delikatnej siateczki, które wisiało na lustrze. Jessica nosiła je podczas wczorajszego lunchu – delikatna złocista sieć podtrzymywała jej rozpuszczone włosy.

– Podobałaś mi się w tym wczoraj, Jessie… chociaż nie mam pojęcia, jak się nazywa. Czemu nie możesz założyć tego dzisiaj?

– Och, papo, do sukni balowej dama nie może zakładać siatki na włosy.

Takiej odpowiedzi oczekiwał ojciec od córki – bezmyślnej, kobiecej i próżnej. Uśmiechnął się zadowolony.

– Zapewne. Podoba ci się broszka?

– Jest przepiękna. Jeszcze raz dziękuję, papo.

Wręczył jej prezent podczas lunchu, w którym uczestniczyli najbliżsi przyjaciele rodziców. Lunch stanowił część uroczystości urodzinowych Jessiki, ale tak naprawdę jej ojciec chciał się pochwalić przed swoimi dalekimi krewnymi z Anglii, lordem Henrym i lady Barbarą, księstwem Strathmore. Gdyby nie urocze towarzystwo Lettie Sedgewick, jedynej rówieśnicy Jessiki, a także jej brata, Wyndhamówna chybaby umarła z nudów albo przynajmniej z obrzydzenia. Rozmowę prowadzili w zasadzie tylko jego lordowska mość i jego przemądrzała żona, rozwodząc się nad godnym ubolewania wzrastającym znaczeniem brytyjskiej klasy średniej, zuchwałością robotników rolnych w Dorset, domagających się stworzenia związków zawodowych, i polowaniem na głuszce. Słuchacze i pełni uniżoności wielbiciele jaśniepaństwa spijali z ich ust każde wyniosłe słowo, czemu kres położył dopiero Michael, wznosząc toast za powrót siostry do domu.

Do tych słuchaczy nie należała Lettie Sedgewick. Jessica darzyła ją szczerą sympatią. Z niecierpliwością wyczekiwała, kiedy po przyjeździe z Bostonu jej przyjaźń z dawną nauczycielką rozkwitnie na nowo i będzie mogła dzielić się z nią wszystkim, co wyniosła ze szkoły. Niestety, Lettie była teraz zaręczona z Silasem Toliverem, wdowcem, którego Jessica zapamiętała jako uderzająco przystojnego i który planował założenie własnej plantacji w Teksasie. Jessica sobie przypominała, że pierwsza żona Silasa zmarła w połogu po wydaniu na świat chłopczyka, przyszłego pasierba nauczycielki. Lettie była niezwykle inteligentną córką prezbiteriańskiego pastora, biegłego w sztuce wysławiania się. Wyndhamowie, członkowie kościoła jej ojca, zatrudnili ją jako guwernantkę Jessiki, by poza wykształceniem szkolnym doskonaliła ją w sztuce pisania i literaturze klasycznej, zanim wyjedzie do szkoły z internatem. Lettie zdobyła dyplom nauczycielski w college’u w Nashville i uczyła w szkole publicznej w małym miasteczku, w którym mieścił się kościół jej ojca, Willow Grove. Parafia znajdowała się o rzut kamieniem między Charlestonem a położonymi obok siebie plantacjami, przy drodze zwanej Aleją Plantatorów – przy niej leżały najznamienitsze posiadłości plantatorów bawełny i trzciny cukrowej. Silas ani Jeremy Warwick nie zostali zaproszeni na urodzinowy lunch, ponieważ nie znali Jessiki zbyt dobrze. Pojawią się za to na balu.

– Można by pomyśleć, że Karolina Południowa wciąż jest brytyjską kolonią, widząc, jak niewolniczo niektórzy z nas są przywiązani do wszystkiego, co angielskie – powiedziała Lettie do Jessiki z błyskiem rozbawienia w oku, gdy w końcu nadarzyła się im okazja, by zamienić kilka słów na osobności.

– Poza niewolnictwem – odparła Jessica. – Brytyjczycy mieli dość humanitarnej przyzwoitości, by zakazać handlu niewolnikami.

Jessica powinna była ugryźć się w język. Powiedziała to bez zastanowienia, ale tolerancyjna natura Lettie Sedgewick i zażyłość, która łączyła Jessicę z córką pastora, pozwalała na kontrowersyjną szczerość. Ucząc Jessicę, Lettie nie protestowała, a nawet zachęcała, żeby Tippy brała udział w lekcjach, chociaż robiły to w tajemnicy. Prawo zabraniało uczyć niewolników czytania i pisania i nauczycielka ryzykowała, że jej ojciec zostanie pozbawiony swojego stanowiska w Pierwszym Kościele Prezbiteriańskim, jeśli sprawa się wyda.

Na twarzy Lettie pojawiło się rozbawienie.

– To prawda – rzekła. – Widzę, że niewiele się zmieniłaś, droga uczennico, ale radzę, żebyś najpierw sprawdziła, czy możesz mówić swobodnie.

– Muszę się tego nauczyć.

– Słyszałam od Silasa, co wydarzyło się wczoraj w porcie. Jeremy Warwick odbierał tam jakąś przesyłkę do Meadowlands. Powiedział Silasowi, że nie podszedł, nie chcąc dodatkowo krępować ciebie, twojej matki i brata.

– Pan Warwick na pewno ma o mnie jak najgorsze zdanie.

– Ależ skąd. Powiedział Silasowi, że był pełen podziwu dla twojej odwagi.

Raczej dla skrajnej głupoty, pomyślała Jessica, spoglądając teraz w lustrze na poważną twarz ojca. Czy Michael powiedział mu o wczorajszym zajściu w Charlestonie i ojciec przyszedł, żeby ją zrugać?

– Jessie – rzekł Carson – chcę, żebyś dzisiaj wyglądała szczególnie ładnie.

– Robimy co w naszej mocy, prawda, Tippy? – odparła Jessica z ulgą. – Czy jest ku temu jakiś szczególny powód poza tym, że to moje urodziny?

– Nie… nie ma żadnego powodu. Chcę tylko być dumny z mojej córeczki, która po dwóch latach wróciła w końcu do domu, więc proszę, postaraj się. – Nachylił się i pocałował córkę w policzek. – Do zobaczenia na przyjęciu. Tippy?

– Tak, psze pana?

– Dopilnuj tego.

– Tak, psze pana.

Ojciec wymaszerował z pokoju, a kobiety obrzuciły się długimi, pytającymi spojrzeniami.

– O co chodziło? – zapytała Jessica.

– O Jeremy’ego Warwicka – odparła bez wahania Tippy.

– Jeremy’ego Warwicka?

– Słyszałam wszystko w kuchni. Twój papa chce, żebyś zrobiła na nim wrażenie, bo ma nadzieję, że będziecie mieli się ku sobie. Przy stole będziesz siedziała obok niego.

– Jeremy jest w wieku Silasa, za stary dla mnie, poza tym mają razem jechać do Teksasu. Czemu ojciec chce, żebym za niego wyszła?

– Nie wiem. Warwickowie są bogaci. Może chce odstraszyć konkurentów, którzy nie śmierdzą groszem? – Tippy porozumiewawczo zamrugała bezrzęsymi powiekami. – Jeremy Warwick to dobry człowiek, tak mówią w kuchni. Dobry pan. Nie wiem, czemu jeszcze się nie ożenił. Może twój tatuś chce, żebyś oddała mu swój wianek, zanim zrobi to jakaś inna.

– Nie, Tippy, to nie dlatego – powiedziała Jessica, nagle wszystko pojmując. Aż ją zakłuło w sercu ze smutku. Ojciec dowiedział się o awanturze w porcie. Musiał mu powiedzieć Michael, a matka, która za bardzo się męża bała, by mieć przed nim sekrety, na pewno powtórzyła mu, co Jessica myśli o niewolnictwie.

– Ojciec chce się mnie pozbyć, zanim przysporzę mu kłopotów.

Ale tylko pod warunkiem, że z Karoliny Południowej wywiezie mnie porządny i bogaty człowiek. Tak bardzo ojciec mnie kocha, pomyślała sobie. Poczuła, jak smutek z wolna ustępuje miejsca złości. Cóż, ma dla niego niespodziankę. Nigdy nie poślubi właściciela niewolników.

Rozdział 5

Miała powitać gości, stojąc w rzędzie wraz z rodzicami, bez wielkiego entrée, gdy panna pojawia się u szczytu schodów. Schody były dla prawdziwych piękności. Nie przeszkadzało to Jessice. Po uściśnięciu dłoni pięćdziesięciu gości rękawiczkę miała całą w brudnych smugach i z trudem trzymała w ręce kieliszek z szampanem, kiedy w końcu mogła podejść do Lettie, która wraz z Silasem Toliverem i Jeremym Warwickiem stała przed pięciopiętrowym, udekorowanym kwiatami tortem urodzinowym.

– Jest przepiękny – wykrzyknęła Lettie, gdy Jessica się zbliżyła. – Czyżby projekt był zasługą Tippy?

– Oczywiście. Zrobiła kwiaty z ubitego białka, które utwardziła w cukrze.

– Doprawdy wyjątkowy, podobnie jak ty, jubilatko. Co za przepiękna suknia! Z Paryża?

– Z Bostonu.

Jessica czuła, jak rumieni się pod spojrzeniami mężczyzn. Wystroiła się najlepiej, jak umiała, ale efektu nie dało się określić mianem wyjątkowego. Lettie widziała piękno we wszystkim i wszystkich, i mogła sobie na to pozwolić. Ona prezentowała się rzeczywiście wyjątkowo, co bez wątpienia wyrażało spojrzenie Silasa. Stanowili piękną parę – on wysoki, ciemny i przystojny, istny lord Byron ze swoimi niesfornymi czarnymi lokami, zielonymi oczami i uroczym dołeczkiem w brodzie, ona drobniutka i jasna, o porcelanowej cerze, delikatna, uosobienie bohaterki wiersza poety Gdy stąpa piękna.

– I do twarzy pani z rumieńcem – odezwał się Jeremy Warwick z diabolicznym uśmiechem. Stroił sobie z niej żarty? Jessica zignorowała komplement.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wybrałaś mnie na swoją druhnę – powiedziała do Lettie.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że się zgodziłaś. Pojedziemy w przyszłym tygodniu do Charlestonu, żeby poszukać materiału na twoją suknię?

– Z przyjemnością, ale w tych sprawach jestem beznadziejna. Tippy potrafi znakomicie wybrać tkaninę i kolor. Ma doskonały gust. To ona zaprojektowała dla mnie tę suknię. Zawsze razem z nią kupuję swoje stroje.

– Tippy? – wtrącił się Silas. – Słyszę to imię już po raz drugi. Chyba nie miałem przyjemności jej poznać.

– Yyy… Tippy to służąca Jessiki – wyjaśniła Lettie, nieco skrępowana.

– Murzyńska służąca ma lepszy gust od swojej pani? – zwrócił się z Silas z niedowierzaniem do Jessiki.

Ta wyzywająco zadarła brodę.

– Moja ma.

Poczuła, jak jej łokieć ujmuje zdecydowana, męska ręka. Czyżby ostrzegawczo?

– Chyba słyszę dzwon na kolację – powiedział Jeremy, wsuwając sobie dłoń Jessiki pod ramię. – Będę miał przyjemność siedzieć przy stole po prawej stronie pani. Czemu zawdzięczam zaszczyt towarzystwa jubilatki?

– Zdecydował o tym mój ojciec, panie Warwick – odparła Jessica, czując nagle, że brak jej tchu. Uznała, że to wina wiatru czy może raczej dusznego zapachu perfum unoszącego się w pomieszczeniu. – Jeśli to możliwe, mam pana oczarować i omamić w nadziei, że nie uzna mnie pan za niewartą poślubienia.

Pozostali wpatrywali się w nią osłupiali. Śmiech Jeremy’ego przerwał krępującą ciszę.

– Na Jowisza – powiedział. – Już jestem oczarowany.

Jessica rozczesywała włosy po przyjęciu, kiedy do drzwi zapukał jej ojciec, jak zwykle krótko i szybko. Nawet nie próbowała odpowiedzieć, ponieważ drzwi i tak otworzyły się natychmiast. Ojciec wszedł, w smokingu, pachnąc dymem z cygar.

– Cóż, drogie dziecko, dobrze się bawiłaś na przyjęciu?

– Tak, papo, doskonale.

Wieczór był nużący, rozmowy nudne i przewidywalne, z wyjątkiem chwil, kiedy Silas i Jeremy opowiadali o swoich planach przeprowadzenia wiosną taboru wozów do Teksasu. Tabor miał mieć pół mili długości i obaj panowie liczyli, że będą przemieszczać się z prędkością co najmniej dwóch mil na godzinę, dzięki czemu zdołają pokonać dziennie dystans dziesięciu mil. Oczywiście to jeszcze będzie zależało od pogody i innych drobnych przeciwności. Podróż zapowiadała się na niebezpieczną, pełną rzeczy nieznanych i Jessica się zastanawiała, jak Lettie zniesie trudy, które bez wątpienia ich czekały. Poza tym jedynym interesującym tematem było szczęśliwe przybycie z Massachusetts Sary Conklin, która miała zastąpić Lettie na stanowisku nauczycielki w miejscowej szkole. Sedgewickowie odebrali ją w porcie w Charlestonie i zawieźli do jej nowego domu w Willow Grove.

– Jest ładna? – zainteresował się Michael.

– Bardzo – odparł wielebny Sedgewick, lekko się rumieniąc.

Jessica nie zdradziła, że zna nową nauczycielkę, ale podejrzewała, że Lettie się domyśla, iż przyjaciółka użyła swoich wpływów, aby posadę tę dostała osoba obca i pochodząca z Północy.

Ojciec usiadł na kanapce, która była zbyt niska, by wygodnie wyciągnął nogi, ale z tego miejsca mógł bez trudu obserwować twarz córki w lustrze.

– Mam nadzieję, że nie mówisz mi tego, co chcę usłyszeć, ale że naprawdę dobrze się bawiłaś – powiedział. – Trudno mi to było ocenić. Co sądzisz o Jeremym Warwicku?

Jessica rozprostowała na szczotce jeden z nawoskowanych kędziorów.

– Uważam, że jest uprzejmy.

– Uprzejmy?! Tylko tyle masz do powiedzenia? Słowo daję, na całym Południu nie ma chyba niezamężnej kobiety, która nie uważałaby go za czarującego, pełnego życia, zabawnego. Niejedna mężatka też tak myśli, jeśli mam być szczery.

Porozumiewawczo poruszał brwiami, co widząc, Jessica z trudem powstrzymała się od śmiechu, ponieważ tego typu błazenady zupełnie nie leżały w pozbawionej poczucia humoru naturze jej ojca.

– W takim razie dlaczego jeszcze się nie ożenił? – zapytała.

– Rzeczywiście, to dość szczególne, ale z tego, co słyszałem, kiedy był młody, jego ukochana umarła na tyfus. Muszę przyznać, Duszku, że niezbyt się starałaś, żeby zrobić na nim odpowiednie wrażenie.

Jessica napotkała jego wzrok w lustrze. Duszku... Nie nazywał jej tak, odkąd była małą dziewczynką. Przezwisko wzięło się z ich wspólnej zabawy, w której Jessica wyskakiwała z kryjówki, żeby go nastraszyć. „Hu!” krzyczała, a on się śmiał, kręcił nią w kółko i nazywał swoim duszkiem. Przypomniała sobie, ile bólu potrafi przysporzyć w niej ojciec, i ścisnęło ją w gardle.

– Miałam zrobić na nim wrażenie, papo?

Skóra wokół uszu Carsona zaróżowiła się lekko.

– No tak, Duszku. Przyznaję, że próbuję bawić się w swatkę. Jeremy to najbardziej pożądany kawaler w Karolinie Południowej, poza Silasem Toliverem, ale on jest już zaręczony. Poza tym Silas nie ma pieniędzy, w przeciwieństwie do Jeremy’ego. On zadba o ciebie jak należy.

– Silas nie ma pieniędzy? – Jessica zdumiona spojrzała na ojca w lustrze. – Jak to możliwe? Queenscrown to przecież świetnie prosperująca plantacja.

– Benjamin Toliver zostawił Queenscrown starszemu synowi, Morrisowi. Silas tylko u niego pracuje. Dlatego wyjeżdża do Teksasu.

Jessica zmartwiła się o Lettie.

– Jakim sposobem może sobie na to pozwolić?

– Utopił w tym przedsięwzięciu trochę własnych pieniędzy. Resztę pożycza ode mnie.

Jessica zadrżała z troski o Lettie. Nie tylko przyjdzie jej znosić niewyobrażalne trudy nowego życia w Teksasie, na dodatek wszystko za pożyczone pieniądze. Zapewne miną całe lata, zanim plantacja stanie się dochodowa i spłaciwszy wpierw jej ojca, Silas zdoła odłożyć jakiś grosz. Może miłość pozwoli im to przetrwać, a Silas zrealizuje marzenie, które wraz z Jeremym tak długo pielęgnowali.

Jessica obróciła się na taborecie, by spojrzeć bezpośrednio na ojca.

– Dlatego chcesz mnie tak pośpiesznie wydać za mąż, papo?

– Cóż… nie robisz się coraz młodsza. Twoja matka w tym wieku była już mężatką i szczerze, nie przychodzi mi na myśl żaden inny mężczyzna lepszy od Jeremy’ego. – Carson udał, że łapie coś w swoje pulchne, mocne palce. – Musisz go wyłowić z garnka, zanim zrobi to ktoś inny.

– Pytanie, czy Jeremy chce być wyłowiony.

– Uważam, że był wystaczajaco chętny, ale go zniechęciłaś.

– On ma prawie trzydzieści lat, jest jedenaście lat starszy ode mnie.

– A cóż to zmienia? Ja jestem osiem lat starszy od twojej matki, podobnie jak Silas od Lettie, a sama widzisz, jaka ona jest z nim szczęśliwa.

To prawda. Szczęście Lettie zauważył każdy obecny na przyjęciu. Jessica się zastanawiała, czy chodzi po ziemi mężczyzna, który zdoła sprawić, by jej oczy, tak jak oczy Lettie, lśniły niczym gwiazdy. Lubiła Jeremy’ego. Naprawdę uważała, że jest obiecujący, pełen życia i zabawny, ale przecież taki mężczyzna nigdy nie zwróciłby uwagi na kogoś takiego jak ona. To, co dostrzegł ojciec, było jedynie uprzejmością wobec córki gospodarza, zaś jej obojętność spowodowała irytacja, że jest wystawiana jak klacz na aukcji koni.

– Przecież wiesz, że wybiera się do Teksasu – powiedziała.

Carson spuścił wzrok, wbijając go w czubki swoich pantofli.

– Tak, wiem.

Jessica obróciła się twarzą do lustra. W tym domu milczenie podczas rozmowy było bardziej wymowne – i lepiej rozumiane – od wypowiadanych na głos słów. Stało się dla niej oczywiste, że choć z żalem, ojciec gotów jest wydać ją jak najszybciej za odpowiedniego mężczyznę, który wywiezie ją jak najdalej. Milczała i jedynie miarowe ruchy szczotki zdradzały jej niezadowolenie.

Carson uniósł głowę i rozglądając się po pokoju, zapytał niespodziewanie:

– Gdzie jest Tippy? Czemu ci nie usługuje?

– Odesłałam ją do jej pokoju. Nie było sensu, żeby na mnie czekała przed pójściem spać.

Carson wstał ze zmarszczonym czołem.

– Powinna tu być, dopóki nie udasz się na spoczynek. Dopiero wtedy wolno jej odejść. Jesteś dla niej zdecydowanie zbyt pobłażliwa, Jessie. To niedopuszczalne.

– Tak, papo – odparła Jessica, nie przerywając szczotkowania. Tippy błagała ją, żeby pozwoliła jej zostać, bo chciała się dowiedzieć, jak wypadło przyjęcie, ale atak zapalenia opłucnej, którego dostała po południu, niemal powalił ją na kolana. Jessica nie miała śmiałości zdradzić ojcu stanu płuc Tippy, który się pogorszył, gdy nagle zrobiło się zimno. Z nielicznymi wyjątkami, nie miał cierpliwości do niewolników niezdolnych do pracy. – Dopilnuję, żeby zarabiała na swoje utrzymanie.

– O to właśnie chodzi. – Carson umilkł i w lustrze spojrzał córce w oczy. Dostrzegła w jego spojrzeniu zmartwienie i poczuła, jak zbiera jej się na płacz. Znowu milczenie przemówiło głośniej od słów. – Duszku, kochanie moje, czemu nie możesz być bardziej jak… Wyndhamowie? – zapytał. – Jak to możliwe, że przyszłaś na świat tak inna od nas wszystkich?

– Nie wiem, papo – odparła, czując, jak lęk przyprawia ją o dreszcz. – Ale obawiam się, że drogo mi przyjdzie zapłacić za tę moją odmienność.

Rozdział 6

Willie May siedziała pośród stert nieumytych naczyń z wczorajszego przyjęcia, racząc się drugą filiżanką kawy i rozkoszując jedną z tych nielicznych chwil, kiedy mogła być w Dużym Domu sama ze swoimi myślami. Był niedzielny poranek. Wszyscy domownicy – pan i pani, panienka Jessica i cała służba, włącznie z jej córką – a także wszyscy z Podwórza, którzy pracowali w polu, uczestniczyli w mszy, którą dzisiaj odprawiano nad strumieniem. Po niej miał się odbyć chrzest w cieniu wielkich pekanów i cyprysów na brzegu, a później posiłek złożony z tego, co zostało z urodzinowego przyjęcia panienki Jessiki. De Wittowie w sobotę po południu wyjechali do Charlestonu, skąd mieli wyruszyć w podróż powrotną do Anglii, dzięki Bogu. Przynajmniej nimi nie musiała sobie Willie May zawracać głowy w gorączce podawania pięćdziesięciu gościom wina, kolacji i wreszcie sprzątania.

– A teraz wszyscy marsz do łóżka – zakomenderowała służbie pani Eunice, kiedy wieczorem po przyjęciu stoły zostały uprzątnięte, a jedzenie schowane. – Naczynia mogą poczekać do jutra, po mszy. Willie May, ty także idź się położyć. Wyglądasz jak zdjęta z krzyża.

Pod tym względem pani Eunice była dobra, nigdy nie zmuszała swojej gospodyni do pracy ponad siły, chociaż miało to też swoje granice. Willie May bardzo to odpowiadało. Życie było łatwiejsze i prostsze, kiedy każdy znał swoje miejsce, akceptował je i nie zastanawiał się, do czego inni mają prawo. To właśnie niepokoiło ją w spokoju tego niedzielnego poranka w Dużym Domu. Granice. Tippy swoich nie znała, za co winę ponosiła Jessica Wyndham. Jej dziewczynka będzie miała kłopoty przez córkę pana – poważne kłopoty. Willie May czuła, jak nadchodzą.

Willie May poczuła, że jakaś część jej duszy kurczy się i zamienia w twardą jak kamień kulę w dniu, kiedy jej mała córeczka – było to dziesięć lat temu – weszła, oczywiście z panienką Jessicą, do salonu, gdzie pani z dekoratorem zastanawiała się nad wyborem koloru i tkaniny na zasłony w oknach weneckich. Willie May podawała herbatę, gdy zobaczyła, jak jej córka bierze dwa skrawki różnych materiałów dopasowanych kolorystycznie i spokojnie, bez słowa podaje je pani Eunice.

– Niebywałe – wykrzyknęła pani. – Co za doskonałe połączenie zieleni i tkanin. Z aksamitu zrobimy lambrekiny, story z jedwabiu.

Wszyscy wpatrywali się w jej małą dziewczynkę i w tym samym momencie Willie May poczuła, jak skręcają jej się wnętrzności, i w zasadzie już nigdy się nie rozluźniły od tamtego dnia, zwłaszcza że panienka Jessica zaćwierkała:

– Mówiłam ci, że ona jest bystra, mamo!

Willie May i pani Eunice patrzyły bezsilnie, jak z każdym dniem rośnie przyjaźń obu dziewczynek. Z początku, kiedy dzieci były jeszcze małe i razem wyrastały z niemowlęctwa, żadna z matek nie zwracała specjalnej uwagi na to, jak bardzo małe lubią swoje towarzystwo. Na plantacjach było czymś normalnym, że białe i czarne dzieci bawiły się razem, zwłaszcza jeśli potomstwo służby mieszkało z rodzicami w Dużym Domu. Willie May była szczęśliwa, że jej córka, która przyszła na świat bez jednego płuca, wychowuje się pod jej okiem w Dużym Domu, zamiast na Podwórzu, gdzie dzieci innych niewolników musiały pracować, pani Eunice zaś cieszyła się, że jej córka, która nie miała sióstr, znalazła w Tippy towarzyszkę zabaw. Ich rosnąca więź umknęła uwadze Carsona Wyndhama, nawet kiedy Jessica się upierała, że wszystkim chce się z Tippy dzielić po równo i że Tippy ma dostawać takie same zabawki i lalki jak ona. To właśnie dzięki panience Jessice wszyscy zaczęli się do jej córki, która na chrzcie otrzymała imię Isabel, zwracać „Tippy”.

– Tippy! – piszczała Jessica, kiedy dziewczynki uczyły się chodzić i jej mała córeczka wolała stąpać na paluszkach zamiast dreptać niepewnym kroczkiem.

Willie May i Eunice niespecjalnie ingerowały w bliskość swoich córek, ponieważ w pewnym sensie była odzwierciedleniem ich własnej. Carson Wyndham kupił Willie May niespełna dwudziestoletnią jako służącą dla Eunice Wyndham, gdy przywiózł swoją świeżo poślubioną małżonkę z Richmond w Wirginii do swojej ogromnej posiadłości w Willowshire. Zostawiał żonę na całe tygodnie, gdy wyjeżdżał doglądać licznych plantacji, i Eunice oszalałaby z samotności, gdyby nie Willie May. Kiedy miała siedemnaście lat, porwano ją od rodziców z wioski w Afryce, rozumiała więc doskonale, czym jest tęsknota za rodzinnym domem. Języka i domowych posług nauczyli ją angielscy misjonarze – poszczęściło się handlarzom niewolników – i tak ona i pani stały się nawzajem swoimi powiernicami, razem układając sobie życie z mężami, których ledwo znały, dzieląc radości i trudy kolejnych ciąż, porodów i zarządzania jedną z najznamienitszych posiadłości w Karolinie Południowej. Eunice nieraz przyznawała, że nie wie, jak poradziłaby sobie bez Willie May, ale tylko dlatego, że wiedziała, iż gospodyni nigdy nie posunie się do zbytniej poufałości.

Żadna z nich nie mogła powiedzieć tego samego o Tippy, a to za sprawą Jessiki Wyndham, zaś pan domu zaczynał się już wszystkiego domyślać.

Nie dalej jak dziś rano, kiedy wychodzili nad strumień, zapytał tonem, który wprawiał wszystkich w przerażenie:

– Skąd masz tę suknię, Tippy?

Obecni przy tym zamarli, również panienka Jessica, która w końcu zaczynała w tej swojej upartej główce pojmować, że jej ślepota na kolor skóry naraża Tippy na niebezpieczeństwo.

– Uszyłam sobie, psze pana.

Pan chwycił materiał w dwa palce i potarł. Sukienka była bardzo ładna i modnie uszyta.

– Surowy jedwab. Skąd go masz?

– Z Bostonu, psze pana. To resztki, które dała mi krawcowa panienki Jessiki.

Pan obrzucił córkę spojrzeniem.

– Masz suknię z tego samego materiału?

Panienka Jessica miała dość przytomności umysłu, żeby spuścić głowę.

– Tak, papo.

– Idź do siebie i natychmiast to zdejmij – polecił pan Tippy. – Żadna kolorowa służąca z mojego domu nie będzie nosiła sukni z tego samego materiału, co moja córka.

Tippy wybiegła z holu, tłumiąc kaszel, dokładnie taki sam, jaki co noc rozrywał jej jedyne płuco.

Kilka lat wcześniej pan nie zwróciłby uwagi na suknię ani jej wykwintny krój. Wszyscy znali i wychwalali krawieckie talenty Tippy, podobnie jak jej wyczucie kolorów i fasonów, ale w 1831 roku w Willowshire wiele się zmieniło. W tym właśnie roku Nat Turner, murzyński kaznodzieja, stanął na czele dwudniowej rebelii niewolników skierowanej przeciwko białym panom w hrabstwie Southampton w Wirginii, gdzie pan Carson miał plantację tytoniu. Pojechał do Wirginii, gdzie na własne oczy obejrzał proces i powieszenie buntowników, i do domu wrócił jako zupełnie inny pan.

A potem, w 1833 roku, niejaki William Lloyd Garrison założył Amerykańskie Towarzystwo Antyniewolnicze w Bostonie, mieście, w którym panienka Jessica chodziła do szkoły, za służącą mając kolorową, którą traktowała jak siostrę. To tylko dolało oliwy do ognia. Nie przyszło panu do głowy, że jego córka dostanie się pod wpływy radykalnych poglądów Garrisona i jego zwolenników, a tym bardziej że okaże się na nie podatna, co właśnie sobie uświadomiły Willie May i pani Eunice.

Willie May wstała i założyła fartuch. Tutaj, w Willowshire, tacy jak ona mieli się dobrze. Pan Carson uważał, że należy dbać o swoją własność, i pilnował, żeby jego niewolnicy byli dobrze odżywieni, ubrani i porządnie mieszkali. Nie musieli pracować w weekendy, Święto Dziękczynienia ani Boże Narodzenie, a robotnicy na polu mogli przez dziesięć minut odpoczywać w cieniu drzew i pić tyle wody, ile zapragnęli. Wolno im było ustalać własne reguły i wieść życie po swojemu, bez ingerencji ze strony Dużego Domu, pod warunkiem że nie przekraczali wyznaczonych granic. Pal do biczowania wciąż stał na środku Podwórza, ale dawno już nie był w użyciu, a ostatnio tylko dlatego, że jeden z niewolników niemal na śmierć zatłukł swoją żonę. W przeciwieństwie do innych plantatorów pan nie rozdzielał murzyńskich rodzin, sprzedając dzieci. Carson Wyndham był surowy, ale sprawiedliwy i tego samego oczekiwał od swoich nadzorców i poganiaczy. Tylko pan Carson i właściciele Meadowlands wyznawali takie zasady, inni plantatorzy i nadzorcy bardzo źle traktowali swoich niewolników. W Willowshire żyło im się spokojnie i w miarę dobrze.

Ale czasy się zmieniały. Widać to było na każdym kroku. W lipcu minionego roku tłum zaatakował pocztę w Charlestonie i spalił antyniewolniczą literaturę przysłaną przez abolicjonistów z Północy, by została rozprowadzona na Południu. Prezydent Jackson poparł protest i bez powodzenia próbował wyjąć spod prawa rozpowszechnianie „wywrotowych” materiałów za pośrednictwem Poczty Stanów Zjednoczonych. Rosła liczba patroli, źli ludzie uzbrojeni w pejcze i broń krążyli po drogach, w świetle księżyca wypatrując zbiegłych i aroganckich Murzynów, którym mogliby wymierzyć karę. W Willowshire, co dawniej było nie do pomyślenia, niewolnicy nie mogli swobodnie odwiedzać niewolników na innych plantacjach bez specjalnego pozwolenia pana i mówiło się, że poganiacze – niewolnicy nadzorujący innych niewolników w polu – nie byli już tak przyjaźnie nastawieni do robotników. Kilku kolorowych nadzorców zastąpiono białymi, a „Spit” Johnson, zrzęda, którego wieczne niezadowolenie było dotąd tolerowane, jednej nocy zniknął. Plotka głosiła, że został zawieziony na targ niewolników w Charlestonie i sprzedany.

Wszystkie te zmiany sprawiały, że Willie May lękała się o córkę. Młoda czarnoskóra służąca z jednym płucem nie powinna czytać, pisać, deklamować poezji, wysławiać się jak biała dama i doradzać paniom, jaki kupić materiał i jak upinać włosy, na oczach pana. Po tym, co stało się dzisiaj, Willie May nie zdziwiłaby się, gdyby Tippy wyznaczono obowiązki mniej przyjemne niż dotrzymywanie towarzystwa panience Jessice. Mogą kazać jej przenieść się z pokoju sąsiadującego z sypialnią panienki do chaty na Podwórzu, którą będzie musiała dzielić z inną rodziną. Willie May modliła się, żeby jej jedyna córka miała dość rozumu i uważała, bo inaczej którejś nocy zjawią się jeźdźcy, wywleką ją z łóżka i pokażą innym, co spotyka Murzynów nieznających swojego miejsca.

Rozdział 7

– Silasie, kochanie, co się stało? – zapytała Lettie narzeczonego. Stał tyłem do niej przy oknie na plebanii, z którego rozciągał się widok na mały ogród tonący w złotych chryzantemach. Miał zawieźć ułożone z nich bukiety do domu, gdzie matka chciała nimi udekorować stół na kolację z okazji Święta Dziękczynienia. – Nudzą cię te bezsensowne przygotowania do ślubu?

Silas odwrócił się od okna i widok Lettie przy stole zasypanym ślubnymi drobiazgami – koronkami, wstążkami i czymś przezroczystym – okazał się piękniejszy od ogrodu.

– Nie, moja ukochana, chociaż przyznaję, że są bardziej ekscytujące dla kobiety niż dla mężczyzny.

– O ile się nie rozmyśliłeś i nadal chcesz mnie poślubić.

– Oczywiście.

Silas podszedł do stołu i usiadł obok niej, a ona odłożyła zapiski, w których odhaczała niekończącą się listę spraw do załatwienia w związku z ich ślubem zaplanowanym na pierwszą sobotę lutego. Nie pojmował, czemu kobiety muszą zaczynać ślubne przygotowania na wiele miesięcy wcześniej (jego matka była w szale załatwiania), ale usłyszał, że wszystkim trzeba koniecznie zająć się jak najszybciej, ponieważ ślub poprzedza jeszcze długi świąteczny okres. Silas nalegał na wcześniejszą datę, skoro wyjazd do Teksasu zaplanowany był na pierwszego marca, ale brat jego narzeczonej studiował w West Point i mógł przyjechać na uroczystość dopiero w pierwszym tygodniu lutego.

– Cóż cię więc kłopocze? – Lettie musnęła lekko palcami jego zmarszczone czoło. – Kiedy tak ściągasz brwi, od razu wiem, że czymś się martwisz.

Silas ujął jej dłoń i przycisnął do niej usta. Wystarczył mu najlżejszy dotyk jej skóry, by się podniecił. Boże, przebacz mu, ale nie pamiętał ciała swojej pierwszej żony, która urodziła mu syna. Gdyby nie Joshua, nie pamiętałby nawet jej twarzy. Miała na imię Ursuline i to dość świętoszkowate imię pasowało do jej moralnych poglądów, zwłaszcza tych dotyczących seksu. Tyle pamiętał. Jego żona była córką plantatora i tak jak Silas należała do ziemiańskiej arystokracji, ale jej ojciec był prawdziwym, pełnokrwistym awanturnikiem. Silas się spodziewał, że taki sam ogień będzie płonął w żyłach jego córki, niestety spotkało go smutne rozczarowanie. Lettie, córka pastora, nie miała w sobie ani krzty fałszywej skromności i równie mocno jak on marzyła o chwili, gdy zaczną dzielić małżeńskie łoże. Tę różnicę w ich usposobieniu, tak sprzeczną z pochodzeniem, Silas nazywał wybrykiem natury.

Chciał wyznać Lettie prawdę, ale była w końcu prezbiterianką, Szkotką do szpiku kości i nienawidziła długów. Rozumiała, że będzie musiał pożyczyć od Carsona Wyndhama pieniądze potrzebne na pokrycie kosztów wyprawy do Teksasu, ale podobnie jak Silas wierzyła, że dzięki ciężkiej pracy spłacą wszystko w ciągu kilku lat.

– Nie będziemy przesiadywali na werandzie, jak tutejsi członkowie klasy plantatorów – powiedziała mu kiedyś. – Będziemy pracować razem z naszymi robotnikami, żeby zrobić co należy. W lorda i lady pobawimy się, kiedy spłacimy nasze długi.

– Mój ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby wiedział, że będziemy pracować razem z czarnymi – roześmiał się Silas. Uwielbiał jej odwagę i gotowość wyruszenia w nieznane, czy też raczej w znane niebezpieczeństwa i niewygody, uzbrojoną jedynie w swoją miłość i wiarę w niego.

– Niech się przewraca. Jedziemy do Teksasu. Tam wszystko jest możliwe.

Z każdym dniem kochał swoją dzielną narzeczoną mocniej i nie pojmował, czemu za wszelką cenę pragnie ją chronić przed takimi niepokojącymi wieściami, jak te o ostatnich zamieszkach w Teksasie. Sytuacja zmieniła się na tyle, że zagrażała realizacji jego marzeń. Lettie bez wahania stawiała czoło każdemu nowemu wyzwaniu. To, co on postrzegał jako irytujące – zmiany planów i zamierzeń – ona traktowała jako „ukryte błogosławieństwa”, dzieło siły wyższej, mające ustrzec ludzi przed wstąpieniem na drogę wiodącą do zguby. Jej życiowe motto, które wpajała swoim uczniom, brzmiało: „Lękaj się i działaj, albo nie działaj, a potem żałuj”.

Chociaż z pozoru taka delikatna, idealnie nadawała się na żonę pioniera rozpoczynającego nowe życie w przerażającym i niepewnym kraju. Kiedy jednak problemy piętrzyły się bez końca, Silas się lękał, że nawet Lettie uzna je za niezwalczone, gdy przyjdzie jej opuścić dom, ojca, wieloletnich przyjaciół i ukochany Charleston, tak niedaleko położony od miasta, w którym się urodziła. A jeżeli nie zechce z nim pojechać? Silas sobie nie wyobrażał, że przyjdzie mu się z nią rozstać do czasu, gdy zbuduje dla nich życie w nowym miejscu, ale w Queenscrown też nie mógł zostać.

Jeremy o wiele bardziej wierzył w jej niezłomność. „Lettie nie zmieni zdania, Silasie”, powtarzał mu niejednokrotnie, „ale daj jej wybór albo kiedyś będziesz tego żałował”.

Silas postanowił zaryzykować i zatrzymać dla siebie niektóre niepokojące wieści – jak na przykład dzisiejsze. Nad ich głowami gromadziły się nowe chmury i nie widział przebijającego się przez nie słońca. Wycofało się osiem z dziesięciu rodzin, które podpisały zgodę na wynajem jego wozów conestoga. Uważał swoją inwestycję w wozy za żyłę złota. Zakupił je z zamiarem wynajęcia rodzinom, których nie stać było na własny transport do Teksasu, a conestogi miały największą pojemność i zapewniały największą wygodę. Silas wierzył, że dzięki wynajmowi pięknych i zgrabnych pojazdów ich tabor będzie większy (im większy zaś, tym bezpieczniejszy), a pieniądze za wynajem pokryją część kosztów inwestycyjnych i wydatki na podróż. W dalszym ciągu będzie właścicielem wozów, które sprzeda, gdy dotrą do Teksasu, a dzięki klauzuli w umowie przez pierwsze dwa lata może liczyć na zysk, który dadzą mu plony rodzone przez ziemię należącą do innych osadników, których zwerbował. Nie przewidział jednak zagrożeń związanych z wojną ani słabości ludzi, którzy nie mieli odwagi zrealizować marzeń o lepszym życiu. Lepiej by było, gdyby nie wydał pieniędzy tak pochopnie.

Jeremy nie miał takich problemów finansowych, ale Silas za nic nie zaciągnąłby pożyczki u najlepszego przyjaciela. Warwickowie i Toliverowie mieli zacząć swoje przedsięwzięcie w Teksasie, nie zadłużając się nawzajem u siebie. Silas nigdy nie da swojemu bratu satysfakcji, pożyczając od niego pieniądze – i to na pewno na złodziejski procent. Jeżeli nie uda mu się znaleźć zastępstwa za tych, którzy zrejterowali i nie wynajmą od niego wozów, będzie musiał pożyczyć więcej pieniędzy od Carsona Wyndhama, czego Lettie na pewno nie pochwali. Bardzo niechętnie zadłuży się na jeszcze większą sumę u człowieka, którego szczerze nie znosi.

Silas uznał, że zdąży jej o tym powiedzieć, a na razie zaczeka – może ktoś odpowie na ogłoszenia, które zamieścił w stanowych gazetach i w „Nashville Republican”, zachęcające do wynajęcia od niego wozów. Zbytnio jednak nie liczył na odzew. W Teksasie wrzało, dlatego dziesięć rodzin się wycofało.

– Powiedz mi – nalegała Lettie, gładząc jego czoło.

Silas postanowił zwierzyć jej się z mniej niepokojącej go sprawy.

– Wrócił zwiadowca, którego wysłaliśmy pod koniec września na rekonesans – powiedział. – Wygląda na to, że utarczki, do których doszło w październiku między Teksańczykami i armią meksykańską, roznieciły pożar, który niełatwo przyjdzie ugasić.

– Doszło do nich w dniu urodzin Jessiki, drugiego października – zauważyła Lettie, jakby zdziwiona, że ludzie do siebie strzelają, podczas gdy inni bawią się na przyjęciu.

Silas uśmiechnął się czule i postukał ją po nosie.

– Na litość, dziewczyno, że też w ten sposób zapamiętujesz daty… Ale rzeczywiście, w dniu osiemnastych urodzin Jessiki zwiadowca trafił w sam środek potyczki i musiał chwycić za broń.

Gazety donosiły o awanturze, do której drugiego października doszło między angielskimi osadnikami a setką dragonów armii meksykańskiej w mieście Gonzales w Teksasie. Potyczka wybuchła, kiedy wojskowy dowódca sił meksykańskich zażądał zwrotu armaty, którą mieszkańcy Gonzales pożyczyli do obrony przed atakami Indian. Koloniści odmówili i wszczęli zbrojny opór pod naprędce uszytą flagą zrobioną z sukni ślubnej, na której widniał napis: „Przyjdźcie po nią!”.

Meksykanie próbowali, ale ponieśli klęskę i armata została w rękach kolonistów.

Lettie zareagowała na historię w typowy dla siebie sposób.

– Podobają mi się ci Teksańczycy – roześmiała się. – Z siłą i odwagą walczą z trudnościami.

Silas owinął wokół szyi narzeczonej kawałek gazy, którą ona nazywała tiulem, i przyciągnął do siebie jej twarz. Wiedział, że takie miłosne gesty najlepiej potrafią złagodzić złe wieści.

– Pamiętasz, jak wierzyliśmy, że sytuacja się uspokoi? – zapytał, wpatrując się w promienne niebieskie oczy, w które od nocy poślubnej będzie patrzył przed zaśnięciem i rankiem po przebudzeniu. – Cóż, niestety, tak się nie stało. Gazety nazywają bitwę pod Gonzales „Lexingtonem Teksasu”.

Lettie uwodzicielsko spuściła wzrok na jego usta, a on poczuł jeszcze większe pożądanie.

– A to znaczy?

– Że w Teksasie wybuchła rewolucja.

W jej rozkochanych oczach pojawiło się rozczarowanie.

– O Boże! Czy to oznacza, że będziemy musieli opóźnić wyjazd?

– Nie możemy sobie na to pozwolić. Musimy wyruszyć w marcu, żeby dotrzeć na miejsce przed zimą. Potrzebujemy czasu na zbudowanie schronień i wykarczowanie ziemi przed następną wiosną.

Sięgał wargami do jej ust, by ją pocałować. Usłyszał, jak lekko wzdycha z rozkoszy.

– Nie martw się, kochany – powiedziała rozmarzonym głosem. – Zbudowaliśmy Stany Zjednoczone na rewolucji. Czy nie tego samego powinniśmy się spodziewać po Teksasie?

– Jesteś najcudowniejszą dziewczyną pod słońcem – odrzekł, ale zanim zdążył ją pocałować, w drzwiach pojawiła się służąca.

– Panienko Lettie, przyszła nowa nauczycielka. Czy mam ją wprowadzić?

– Tak, oczywiście.

Lettie wstała, by powitać gościa, z żalem spoglądając na Silasa, który dla żartu narzucił sobie kawałek tiulu na głowę. Zdenerwował się nieco, że im przeszkodzono, ale z drugiej strony poczuł ulgę, że nie muszą kończyć rozmowy o kłopotach w Teksasie.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się cieszę, że zostawię uczennice pod opieką Sary – powiedziała Lettie. – Z początku miałam wątpliwości, ponieważ Sarah pochodzi z Północy, ale Bóg wysłuchał moich próśb, przysyłając nam kogoś tak kompetentnego i oddanego nauczaniu.

– Według Jeremy’ego to raczej zasługa Jessiki niż Boga – poprawił ją Silas, nie podzielając jej zachwytu.

Zastanawiali się z Jeremym, czemu samotna kobieta w wieku Sary Conklin i o takiej urodzie przyjęła posadę nauczycielki z dala od domu w Cambridge, Massachusetts.

– Chociaż w tak uroczy sposób okazuje nam swoją wdzięczność, wyczuwam w niej jakiś fałsz – zauważył Jeremy. – Nie potrafię tego nazwać, ale coś mi nie pasuje w pięknej Sarze Conklin.

Silas nigdy nie lekceważył spostrzeżeń przyjaciela, ten bowiem, nigdy nie oceniając ludzi pochopnie, potrafił to robić znacznie lepiej niż inni i wyczuwał, przed kim należy się mieć na baczności.

– Może to przez akcent rodem z Massachusetts nie pasuje do nas, Południowców – podpowiedział Silas.

– Może.

– Lettie mówi, że uciekła, bo ktoś złamał jej serce.

– Tak daleko na południe? Czemu żadna z miejscowych kandydatek nie dostała posady Lettie? Znam kilka o odpowiednich kwalifikacjach.

Silas ryknął śmiechem.

– Nie wątpię. Lettie powiedziała, że nikt nie miał tak świetnych referencji i nauczycielskiego doświadczenia jak ona.

– Nie dlatego została przyjęta – odparł Jeremy.

Sarah Conklin dostała posadę dzięki Jessice Wyndham. Znały się ze szkoły w Bostonie. Siostra Sary chodziła z Jessicą do klasy. Papa Wyndham pociągnął za sznurki, żeby spełnić prośbę córki.

– Cóż, jako główny dobroczyńca szkoły zapewne uznał, że ma do tego prawo, ale tak czy inaczej dzieci z Willow Grove zyskały pierwszorzędną nauczycielkę.

Początkowo Silas przypisywał niechęć Jeremy’ego do kobiety bardzo w jego typie – niezależnej i samodzielnej – romansowi z jedną z „miejscowych kandydatek”, która zabiegała o posadę i poczuła się dotknięta, kiedy jej nie dostała. Dziwne też było, że podczas okazji towarzyskich urodziwa nowa dyrektorka szkoły nie wykazała najmniejszego nawet zainteresowania przystojnym i wolnym przyjacielem Silasa. Lecz niezwykłe było również to, że choć wzgardziła Jeremym, jego to tylko przelotnie rozbawiło. Sarah Conklin miała w sobie coś, co z uporem trąciło mu fałszywą nutą.

Gdy teraz weszła do pokoju, Lettie powitała ją z wyciągniętymi ramionami.

– Dzień dobry, Saro. Ojciec kazał już zaprząc dla ciebie Jimsonweeda. Nasz koń jest bardzo potulny. – Odwróciła się do Silasa: – Sarah przyjechała pożyczyć Jimsonweeda i nasz wóz, ponieważ wybiera się dzisiaj do Charlestonu. Ma na poczcie do odebrania przesyłkę z książkami dla dzieci. Saro, na pewno nie chcesz, żebym ci towarzyszyła?

– Och, nie, nie! – Młoda kobieta uniosła obie dłonie, by dodatkowo zaakcentować swoją odmowę. – Nie mogę odrywać cię od tego, czym się tutaj zajmujesz. – Gestem wskazała na pełny stół i wtedy zwróciła uwagę na Silasa, jakby dopiero teraz go dostrzegła. – Dzień dobry, panie Toliver.

Silas w odpowiedzi skinął lekko głową.

– Dzień dobry, panno Conklin.

Nie mógł nie zauważyć chłodu, który na jego widok przemknął przez jej twarz, choć zaraz zatuszowała go wymuszonym uśmiechem. Czy to zawód miłosny rozbudził w niej niechęć do mężczyzn? Czy może on, Jeremy i Michael, brat Jessiki i syn jej wpływowego dobroczyńcy, mieli w sobie coś, co ją odrzucało?

Silas doszedł do wniosku, że nic go to nie obchodzi. Lettie ją lubiła i nic poza tym nie miało znaczenia. Zostawił panie, by Lettie nie zdążyła zaproponować, żeby towarzyszył Sarze do Charlestonu. Silas sobie nie wyobrażał, z kim miałby mniejszą ochotę spędzić czas niż z lodowatą Sarą Conklin, a poza tym był w południe umówiony z Carsonem Wyndhamem.

Rozdział 8

Sarah ściągnęła wodze wałacha i pomachała Lettie, która przyszła się z nią pożegnać do stajni. Należący do plebanii wóz miał dziwaczną konstrukcję, wykonany został na zamówienie dla Pierwszego Kościoła Prezbiteriańskiego przez miejscowego kowala. Stanowił połączenie fury i krytego powozu. Widniejący na drzwiach napis PIERWSZY KOŚCIÓŁ PREZBITERIAŃSKI W WILLOW GROVE, KAROLINA POŁUDNIOWA zmniejszał prawdopodobieństwo, że ktoś postanowi wehikuł przeszukać, i właśnie dlatego Sarah go wybrała – idealnie się nadawał do przewiezienia zbiegłego niewolnika do portu w Charlestonie pod samym nosem łowców niewolników. Nawet najbardziej bezczelny nie odważy się zatrzymać na drodze białej kobiety załatwiającej kościelne sprawy, poza tym Sarah stała się już w okolicy znana jako następczyni uwielbianej Lettie Sedgewick, co stanowiło dodatkową przykrywkę dla jej poczynań.

– Mogę już zdjąć chustę, panienko?

– Tak, ale musisz pozostać w ukryciu, aż dotrzemy do celu. W każdej chwili możemy spotkać łowców głów.

Sarah mówiła do Murzyna skulonego pod siedzeniem pojazdu. „Chustka”, którą zdjął, była kawałkiem czarnego materiału, mającego zasłonić jego zęby i białka oczu, gdyby komuś przyszło do głowy zajrzeć do wnętrza wozu. Nie znała jego imienia ani on jej. Nie wiedziała, z której plantacji uciekł. Noc spędził ukryty w stodole skonstruowanej tak, że mógł niezauważenie wślizgnąć się do wozu, gdy wielebny Segdewick zaprzągł do niego konia i odszedł. Była środa rano, nie najlepszy dzień tygodnia na ucieczkę niewolnika, ale w wigilię Święta Dziękczynienia panowała rozluźniona atmosfera i własności plantatorów strzeżono mniej pilnie niż zawsze. Większość ucieczek organizowano w sobotnie noce. Wielu panów nie posyłało niewolników do pracy w niedzielę, więc ucieczka przechodziła niezauważona aż do poniedziałku rano, dając niewolnikowi półtora dnia na dotarcie do celu. Ogłoszenia o jego zaginięciu wraz z rysopisem pojawiały się dopiero w następnym tygodniu, więc zbieg miał szansę dotrzeć do bezpiecznego domu znacznie bliżej Północy.

Dopiero kiedy wóz odjechał już spory kawałek, Sarah odetchnęła swobodniej i jej serce się uspokoiło. Jak dotąd wszystko szło dobrze. Wiele rzeczy – małych, okrutnych, niespodziewanych kaprysów losu – mogło zniweczyć wszystkie plany i sprawić, że zostanie przyłapana. Strach, który odczuwała, przypominał nieustający ból brzucha. Jeśli dzisiaj w porcie coś się nie uda i jej „ładunek” zostanie schwytany, prędzej czy później załamie się pod razami bata i powie władzom wszystko, co będą chciały wiedzieć. Ślad doprowadzi do niej. W najlepszym razie zostanie odesłana na Północ, ale przynajmniej nie wyda nikogo z siatki przerzutowej. Nie znała nazwiska agenta, który pod osłoną ciemności umieścił wczoraj zbiega w stodole Sedgewicków. Nie będzie mogła zdradzić władzom, gdzie ukrywał się wcześniej ani jaką drogą szedł. Sukces Kolei Podziemnej zależał od nieznajomości nazwisk zaangażowanych osób. Jeśli ją złapią, nie będzie w stanie zdradzić przesłuchującym żadnych informacji, które zagroziłyby siatce pomagającej niewolnikom w ucieczce do wolnych stanów i krajów, gdzie niewolnictwo było zakazane, takich jak Kanada czy Meksyk. Przy odrobinie szczęścia i z Bożą pomocą jeszcze przed zapadnięciem nocy człowiek ukryty pod siedzeniem wozu znajdzie się na statku płynącym do Montrealu.

Gdyby została schwytana, odpowiedź na pytanie, dlaczego wybrała akurat Willow Grove na miejsce swoich abolicjonistycznych działań, będzie prosta. Jessica Wyndham, koleżanka z klasy jej siostry, wspomniała, że ma się zwolnić posada nauczycielki w tutejszej szkole, ponieważ obecna nauczycielka wychodzi za mąż i wyjeżdża wraż z mężem do Teksasu. Willow Grove znajdowało się w samym sercu Głębokiego Południa. Czy jest lepsze miejsce od Karoliny Południowej dla konduktora, czyli przewodnika Kolei Podziemnej? I lepsza przykrywka od nauczycielki w małym miasteczku w sercu krainy niewolników? Nikomu nie zdradzi roli Jessiki w tym wszystkim. Z jej ust nie padnie ani jedno słowo sugerujące, że córka najbardziej prominentnego plantatora nie tylko zaproponowała, ale też załatwiła jej posadę nauczycielki.

Czy panna Wyndham wiedziała, że jest pani konduktorem Kolei Podziemnej?

Oczywiście, że nie! Kiedy dowiedziałam się o wakacie, celowo zwierzyłam jej się z nieszczęśliwej miłości i potrzeby wyjazdu jak najdalej od Massachusetts.

Lecz Jessica wiedziała. Kiedy dowiedziała się o przynależności Sary do grupy, która szkoliła zwolenników abolicji, jak przenikać na Południe, by działać w organizacji, której celem było zniszczenie niewolnictwa, zaproponowała jej pracę nauczycielki jako doskonałej przykrywki dla jej tajnej działalności.

– Jest tam nawet niewielki domek, który możesz wynająć, idealny dla twoich celów – powiedziała. – Należy do Pierwszego Kościoła Prezbiteriańskiego w Willow Grove. Znajduje się na gruntach kościelnych, za cmentarzem, z którego to powodu jest pusty, ale leży bardzo na uboczu, z dala od innych domów.

Z początku Sarah jej nie ufała. Szkoła nie kryła się ze swoimi antyniewolniczymi poglądami i bogaty i wpływowy ojciec Jessiki mógł ją do niej posłać, by poznała system, który pomagał niewolnikom uciekać z Południa. Już wkrótce Sarah się przekonała, że jej nieufność wobec Jessiki jest nieuzasadniona. Rodzice dziewczyny nie mieli pojęcia o specyfice szkoły, ponieważ inaczej nigdy by jej do niej nie posłali, a ich córka szczerze i z całego serca brzydziła się niewolnictwem jako zjawiskiem okrutnym i niemoralnym. Swoją kolorową służącą Tippy traktowała jak przyjaciółkę i to właśnie przez wzgląd na nią Jessica z żalem wyznała Sarze, gdy ta rozlokowała się już w swoim domku w Willow Grove, że nie może zrobić nic, by wspomóc ją w działaniach.

– Jeśli ojciec się dowie, że jestem zaangażowana, odeśle Tippy do pracy w polu – powiedziała, a Sarah, która zdążyła już poznać Carsona Wyndhama, nie miała wątpliwości, że lęk Jessiki jest w pełni uzasadniony.

– Zrobiłaś już dość – zapewniła ją. – Pilnuj Tippy.

W szkole wyjaśniła Jessice, że Kolej Podziemna nie jest tak naprawdę koleją, lecz tajną siatką dróg ucieczki i kryjówek ciągnącą się od Południa na Północ i dalej, do Kanady, lub na południe, ku Meksykowi. Terminologia kolejowa określała zakres obowiązków odważnych ludzi, którzy chcieli pomagać niewolnikom w ucieczce. „Agentami” byli ci, którzy przenikali na Południe, by rozprowadzać literaturę abolicjonistyczną, nawiązywać kontakty z przeciwnikami niewolnictwa i wyznaczać trasy oraz schroniska prowadzone przez „zawiadowców stacji”. Kryjówki nazywano stacjami lub zajezdniami – tam zbiegowie mogli się pożywić i odpocząć. Konduktorzy, czyli przewodnicy, przeprowadzali zbiegów – lub „towar” – z jednej stacji do drugiej, do czego właśnie przeszkolono Sarę.

Kiedy Sarah przedstawiła propozycję Jessiki „maszyniście” – kierownikowi grupy – ten przystał na nią z entuzjazmem. Dowiedziała się, że w Willow Grove działa już jeden agent. Nie mogła poznać jego tożsamości, na wypadek gdyby została złapana, ale on miał się dowiedzieć, kim ona jest, i skontaktować się z nią za pomocą specjalnego szyfru. Sarah wysłała życiorys do zarządu szkoły, który w odpowiedzi przyznał jej posadę i wyznaczył datę przejęcia obowiązków na połowę października. Niedługo potem Sarah wyruszyła statkiem, by dotrzeć na miejsce na tyle wcześniej, aby się urządzić, i gdy zeszła na ląd w Charlestonie, powitali ją Lettie oraz wielebny Sedgewick.

Również przez wzgląd na Sedgewicków prawdziwy powód jej przyjazdu do Willow Grove musiał pozostać tajemnicą. Jeżeli padną na nią jakieś podejrzenia, ich również obejmą, a przecież nie mieli absolutnie żadnego pojęcia, czym miała się zajmować w swoim odludnym domku za cmentarzem.

Na miejscu Sarah nauczyła się tajnego, niemego „języka”, w którym komunikowała się z agentem, i zaczęło się pukanie do jej drzwi późno w noc, liściki, które znajdowała wsunięte przez próg, albo dziwne znaki na ganku. Już kilka dni po przyjeździe ukrywała zbiega, po którego ktoś miał przybyć o północy, świecą i lampą dawała znaki komuś ukrytemu w lesie za strumieniem i zostawiła kilka zaszyfrowanych wiadomości, które miały być odebrane z werandy na tyłach domku. Liczba zbiegów i udanych ucieczek w okolicy wzrosła, jak dotąd jednak nikt nie powiązał tego z jej pojawieniem się. Teraz, gdy zima zablokowała trasy do wysuniętych bardziej na północ miejsc, ruch w Kolei Podziemnej znacznie się zmniejszył. Sarah miała wrażenie, że minęła wieczność od dnia, w którym jej statek zacumował przy nabrzeżu w Charlestonie niecałe dwa miesiące wcześniej.

– Bracie – odezwała się, ledwo poruszając ustami, głosem cichym, ale spiętym – widzę przed nami kłopoty. Zasłoń się chustą i leż bez ruchu.

– O Panie, miej litość – jęknął jej ładunek.

Z gęstwiny przy drodze wyłoniła się grupka jeźdźców. Do siodeł mieli przytroczone zwinięte bicze i wszyscy byli uzbrojeni. Gdy jeden z nich uniósł rękę, Sarah ściągnęła wodze i zatrzymała Jimsonweeda. Rozpoznała wśród nich postawnego, odzianego elegancko, najbardziej wpływowego z całej grupy: Michaela Wyndhama, brata Jessiki.

Ścisnął kolanami swojego pięknego ogiera czystej krwi arabskiej i zbliżył się do wozu, a w jego oczach ocienionych szerokim rondem kapelusza, jakie zwykle nosili plantatorzy, zdumienie i ciekawość mieszały się z zachwytem. Sarah poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Mężczyzna był idealną kopią swego ojca. Nonszalancko musnął palcami kapelusz.

– Dzień dobry, panno Conklin. Cóż sprowadza panią tutaj na dzień przed Świętem Dziękczynienia?

– Jadę na pocztę do Charlestonu – odparła. – A pan?

Roześmiał się i zerknął na swój oddział.

– Czy to nie oczywiste? Szukamy zbiega z Willowshire. Może widziała pani czarnego, jak pędzi wzdłuż drogi? Reaguje na imię Timothy.

Spod siedzenia dobiegł ją cichy jęk. Timothy. Zbieg z Willowshire. Wielki Boże, Jessico, coś ty zrobiła? Sarah wstrzymała oddech przerażona, że Michael Wyndham mógł usłyszeć przytłumiony dźwięk, on jednak całą swoją uwagę skupił na niej.

– Niestety nie – odparła, siląc się na ton lekceważący, i chwyciła lejce, dając do zrozumienia, że musi ruszać w dalszą drogę.

Michael ścisnął konia swoimi muskularnymi udami, by ten podszedł bliżej. Sarah wiedziała, że wpadła Michaelowi w oko, ale tylko jako mężczyźnie, którego bawi polowanie i satysfakcja z zabicia ofiary. Jej obojętność wobec niego teraz się na niej zemściła. Gdyby z nim flirtowała i udawała nieśmiałą, szybko przestałby się nią interesować, tymczasem stała się wyzwaniem, które był zdecydowany pokonać. Szkoda, że nie wiedział, jak bardzo nienawidzi jego i jemu podobnych…

– Może pani pozwoli, abym towarzyszył jej do Charlestonu, panno Conklin – zaproponował. – Moi ludzie zajmą się moim koniem i sami poszukają chłopaka, a my moglibyśmy zjeść wspólnie obiad w Thermidorze, gdy załatwi już pani swoje sprawy na poczcie.

Z walącym sercem Sarah gorączkowo się zastanawiała, jak najlepiej odpowiedzieć na tę propozycję. Jakich powinna użyć argumentów, żeby zniechęcić agresywnego zalotnika? Timothy, błagam, nie zdradź się.

– Ogromnie doceniam pańską uprzejmość, panie Wyndham, ale już przyjęłam zaproszenie na lunch od dawnego znajomego, dżentelmena, który przyjechał do Charlestonu, a poranek jest tak piękny, że wolałabym rozkoszować się nim w samotności w drodze do miasta.

Młody Wyndham nie obraził się ani nie poczuł dotknięty, na co liczyła, lecz wybuchł serdecznym śmiechem

– Zawsze potrafi pani przywołać mnie do porządku, panno Conklin, ale nie tak łatwo mnie zniechęcić. – Ponownie dotknął kapelusza. Prezentował się imponująco w swoich wysokich do kolan, lśniących butach i z wyraźnie rysującym się brzuchem, który tuszowała długa poszerzana kurtka zebrana w pasie, i kolorowym szalu na szyi. – Miłej przejażdżki i lunchu z przyjacielem. Będę wyczekiwał innej okazji, kiedy to zaznam przyjemności spędzenia czasu wyłącznie w pani towarzystwie.

Dał sygnał ręką i jeźdźcy się rozstąpili. Z wysoko uniesioną głową, wyprostowana, Sarah skierowała Jimsonweeda pomiędzy jeźdźcami, nawet skinieniem nie odwzajemniając pozdrowienia. Po chwili usłyszała oddalający się w przeciwnym kierunku tętent końskich kopyt.

Z wnętrza wozu dobiegł ją szelest.

– Udało się, panienko?

Przyłożyła dłoń do piersi, by uspokoić oszalałe serce.

– Tak, Timothy, udało się.

* * *

1 Empresario – osoba, która otrzymała prawo do osiedlenia się na meksykańskiej ziemi w zamian za werbowanie kolejnych osadników; ponosiła też za nich odpowiedzialność [przyp. tłum.].

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tytani Róże Plantacja Somerset Jak liście na wietrze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość