13 wojen i jedna

13 wojen i jedna

Autorzy: Krzysztof Miller

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 21.52 zł

"Linia frontu często biegnie w poprzek ulicy. Piekło zaczyna się tuż za samochodem, za którym chowa się reporter. Wojna to przygoda dla wytrzymałych. Nieliczni potrafią żyć w ciągłym stresie i zagrożeniu. Nieliczni potrafią pokonać swój strach, by poznać prawdziwe oblicze wojny.

Trudno sobie wyobrazić, ile niewygodnej prawdy o wojennych oprawcach Krzysztof Miller ujawnił światu. Był świadkiem najważniejszych konfliktów zbrojnych XX wieku. Jeździł do Afganistanu, Czeczenii, Gruzji, Kongo, uczestniczył w wielu rewolucjach, m.in. w Rumunii i Czechosłowacji. Zawsze z aparatem w ręku, czasami obiektywem celując w tych, którzy karabinem celowali w niego. W każdej chwili mógł zginąć, gdyż pocisk bywa niestety szybszy od spustu migawki.

Wstrząsająca opowieść, która ujawnia, ile kosztuje news zdobyty dla gazety i jak wysoką cenę trzeba zapłacić za życie na krawędzi śmierci. Miller spisał swoje wyznania w męski, dosadny sposób. Nie można przejść obok jego słów obojętnie. Przekonajmy się, kim trzeba się stać, by wytrzymać piekło wojny"

Patrycji, która za rękę przeprowadziła mnie na jasną stronę mocy.

Historia mojego życia to historia ciągłego bujania się. Bujania się we wszystkich kierunkach. Bujania się z boku na bok, z lewa na prawo. Tak jak bujam się w hamaku. Albo od przodu w tył i z powrotem. Tak bujam się w fotelu na biegunach.

Bujanie może zaczynać się od wschodu, a kończyć na zachodzie. Może zdążać od północy ku południu – i odwrotnie. Bujałem się we wszystkich kierunkach świata, na wszystkich poziomach i pionach, o każdej porze dnia i nocy.

Bujałem się we wszystkich stanach emocjonalnych mojej świadomości, na wszystkich poziomach swojego ciała i wszystkich dostępnych mi poziomach mojego mózgu i jaźni.

Bujałem się pod wpływem różnych stabilizatorów emocjonalnych. Tych naturalnych i tych syntetycznych. Tych z głowy i tych, które podawałem sobie doustnie w formie płynów różnej maści, w różnej ilości, ale zawsze z pewną liczbą procentów. Tych, które wdychałem, ale zawsze z pewną zawartością nikotyny lub THC.

Jedno w moim bujaniu było i jest stałe. Bujam się zawsze bez kompromisu. Bez bariery bezpieczeństwa. Bez trzymanki. Takie bujanie podoba mi się najbardziej.

Bujam się zawsze czarno-biało. Bez odcieni szarości, bez kolorów, a zwłaszcza bez koloru brunatnego, którego nienawidzę od dziecka.

Samo bujanie się w życiu nie jest złe. Bujamy się od dziecka. Na huśtawce, koniku na biegunach, na kolanach rodziców. Sprawia nam to przyjemność. To wycisza, to pobudza.

Gorzej, gdy bujanie wejdzie nam w krew. Przestanie być przyjemnością życia, a stanie się jego stylem. Bujają się marynarze, chłopaki w bramach, hip-hopowcy, gitowcy, dresiarze. Bujają się lodziary na dyskotekach, porządne dziewczyny w supermarketach i na prywatkach. Bujanie stało się stylem i mnie nie ominęło. Dałem się mu wciągnąć i pochłonąć.

Bujanie z jednej strony wciągało mnie w mroczne zaułki życia pospolitego. Z drugiej – wypluwało na sam szczyt fali przez moment niosącej, by po chwili z powrotem wciągnąć mnie pod wodę, przemielić i wypluć tysiące kilometrów dalej. Gdzie indziej.

Moje bujanie jest jak usprawiedliwienie w dzienniczku ucznia, które piszemy sobie sami w tajemnicy przed rodzicami. Przynajmniej tak je sobie tłumaczę. Bujam się, bo tego chcę (to nie do końca jest prawda). Bujam się, bo tego się ode mnie oczekuje (to też nie jest prawdą do końca, ale jest prawdą bardziej prawdziwą). Bujam się, żeby mieć lepsze samopoczucie. Żeby się wybielić, usprawiedliwić, poczuć lepszym, pożyteczniejszym. Bujam się, by przekonać siebie i innych, że moje życie ma sens. Że jest po co żyć.

Ktoś powie, że łatwo jest opisywać siebie, kiedy przeżyło się pięćdziesiąt lat. Kiedy zwyciężało się szesnaście razy w mistrzostwach Polski w skokach do wody (choć ja wolę pisać: w skokach na główkę i zawsze do basenu wypełnionego wodą). Kiedy było się fotoreporterem przez dwadzieścia pięć lat. W czasach gdy życie łapało się na gorąco. W których gdziekolwiek bym odwrócił aparat, tam coś się działo. A zdjęcie trudniej było spieprzyć, niż zrobić je dobrze.

Nie jest mi łatwo. Moim marzeniem było po prostu pracować. Mieć zadanie i wykonywać je najlepiej, jak potrafię. Los chciał, że to fotografia zawładnęła moim organizmem. Ciałem i duszą. I tak jest do dziś. Obrazek opisujący świat mi współczesny. Oglądany i podglądany. Stał się moim zadaniem, celem, wartością.

Bujam się, by zatrzymać się w życiu na ułamek sekundy. Kiedyś bujałem się, żeby moja głowa otworzyła się podprogowo na rozkminienie, zrozumienie podniebnej ewolucji zakończonej wyprężonym jak cięciwa wejściem do wody. Z dziesięciometrowej wieży skakałem półtora salta z potrójną śrubą, dwa salta ze stania na rękach w pozycji łamanej, trzy i pół salta w przód, dwa i pół salta Auerbacha w pozycji kucznej, dwa i pół salta delfina. Te słowa nic wam nie mówią, ale na zawodach były moim programem obowiązkowym. Tak samo jak teraz, w pracy fotoreportera robiącego zdjęcia na wojnie, moim programem obowiązkowym jest śmierć, linia frontu, walka żołnierzy, cierpienie uchodźców nie ze swojej winy wplątanych w wojenną zawieruchę.

Moje bujanie zatrzymało się dziś na 1/125, 1/250, 1/500 czy innej części sekundy. Na czasowo-przysłonowym algorytmie opisuję życie czy bez-życie świata. Moim zawodem jest nacisnąć migawkę aparatu fotograficznego. Zaobserwować swój / nie swój świat. Aby na ułamek sekundy zatrzymał się on przed siatkówką mojego oka, synapsami mózgu, soczewkami obiektywu. Żebym go naświetlił, obejrzał jeszcze raz i pokazał Wam.

WOJNA NA KILOMETRZE KWADRATOWYM

Gruzja

Aleja Szoty Rustawelego, chyba numer 11. Stoję przylepiony plecami do framugi witryny. Jeszcze niedawno ekskluzywnego sklepu promującego gruzińskie wina i koniaki. Teraz witryna jest rozbita, towaru, czyli butelek, w sklepie nie ma. Ewakuowano je wcześniej albo rozprowadzono po organizmach. Lepię się płasko do ściany, bo kryje mnie przed ostrzałem. Po tej stronie nic mi nie grozi. Chyba że rykoszet. Albo frendly fajer, czyli strzały prowadzone w przeciwną stronę. Przez niby to „moich”. Do tych, którzy strzelają do mnie. Od tych strzałów też mogę zginąć, ale zagrożenie jest mniejsze. Przyklejam się do ściany, a trzy metry przede mną przeciwległa framuga co chwilę pyka. Trzask marmuru i jego mała część odpryskuje, odpada pod naporem metalu. Metal, który kruszy marmur, jest miękki. Jak pacnie, wykruszy dziurę, odbije się, spadnie, to w formie gwiazdki albo słoneczka z dziurką pośrodku oraz promieniami. Słoneczka, które gdy trafi w człowieka, to on nie wyżyje. Słoneczka podkalibrowego. Wystrzeliwanego z kałacha skonstruowanego specjalnie na takie okazje.

Naboje są niby takie same. Ale broń, która je wypluwa, już nie. Prawie bez lufy. Obciętej. Na końcu przypominającej lejek. Więc pocisk nie leci daleko i celnie. Za to zatacza kręgi. Te kręgi to śmierć. Rotująca kulka, gdy napotka przeszkodę, zmienia trajektorię lotu. Przykładowo: trafia nas w obojczyk. Gdyby była normalną kulką, być może wyszłaby pod łopatką. Przeszyłaby nas na wylot. Mielibyśmy szansę przeżyć. Ale ta podkalibrowa to franca i menda, która zrobi sobie przez nasze ciało wycieczkę. Odbije się od obojczyka, zawadzi o kręgosłup, przywita z płucami, by zadomowić się w wątrobie. Do tego, gdy napotyka opór, daje mu odpór. Wypuszcza żelazne promienie, żeby trudniej było wyjąć ją z ciała. Żeby się w ciele zadomowiła, zakleszczyła, zagnieździła. Doprowadziła do zakażenia, sepsy, martwicy, śmierci. Zwykłą kulkę dużo łatwiej wyjąć z ciała. Ale wyjmij taką metalową gwiazdkę. Wyjmij rozpromienione słoneczko z ciała. Nie naruszając tętnic, żył, tkanki.

Taki kałach to idealna broń do partyzantki miejskiej. Wygodna. Bo krótka. Krótsza od zwykłego kałacha. Biegnąc, klucząc, strzelając, nie musimy wciąż nią manipulować. Przekładać jej, przerzucać, uważać, gdy przeciskamy się między murami, oknami, winklami. O nic nie zahaczy, nie spowoduje, że się potkniemy, nie spowolni naszego pędu do zwycięstwa. Nawet nie musimy dobrze celować, bo zataczająca kręgi kulka ma więcej możliwości trafienia na krótkim dystansie. No i kałach prawie bez lufy mniej waży. Zasuwając z nim, nie spocimy się tak bardzo. Nie dostaniemy zapalenia płuc i – nie daj Boże – nie umrzemy. Ideał.

Antidotum na niego, odpowiedzią jest karabin snajperski. Przy nim też się nie spocimy. Nie przeziębimy się i nie dostaniemy zapalenia płuc. Trwa rywalizacja między nimi. Ze snajperskim kładziemy się gdzieś daleko, wygodnie. Albo mniej wygodnie. W każdym razie gdzieś dalej. I czekamy. Czekamy na tego, który zacznie szybko biec, ostrzeliwując się z lufy wyglądającej niczym lejek. Po czym próbujemy humanitarnie, powiedzmy, wyeliminować go z dalszej gry. Humanitarnie, bo sprawiając mu mniej bólu, niż on chce sprawić nam.

Stoję więc przyklejony do ściany, a od przeciwległej odpadają podkalibrowe słoneczka i gwiazdki. Grudzień, zimno. Ja w puchowej kurtce. Sinofioletowej. Jaki drań namówił mnie na kupienie puchówki w takim kolorze! Dziś bym go zabił, choć wczoraj byłem z niej dumny. Modna. Obfita i ciepła. Gęsim puchem wypasiona. Ale dziś mam gdzieś modę. Chcę żyć, przeżyć. Jestem spocony. Albo przez tę puchówkę, albo po prostu się boję.

Ci, co mieli mi dać osłonę ogniową do przebiegnięcia alei Rustawelego, już ją parę sekund temu przebiegli. Strzelając z biodra, spod pachy. Wiadomo, że niecelnie. Nie o celność przecież chodziło. Ich strzały miały zmusić tych, którzy na widok mojej fioletowo-sinej kurtki chcieliby pociągnąć za cyngiel, by się uchylili. Schowali, skulili, spuścili wzrok i przegapili mnie. Ich cel. Ale ja nie mogłem oderwać się od ściany. Pal licho wsparcie. Bałem się i nie przebiegłem w takt ich kroków oraz serii z karabinów. Bałem się, zawahałem i zostałem. Przegapiłem właściwy moment, a teraz oni są już tam. Drugiego wsparcia nie będzie.

Wiem, że zaraz ruszę. Jeszcze się zbieram w sobie. Pieszczę się. Przekomarzam. Ale decyzję już podjąłem. Jestem to winny temu w półkożuszku i kraciastym kaszkiecie, przynależnym w moim mieście chłopakom z ferajny. Z długim kałachem i podwójnym, sklejonym taśmą magazynkiem. Magazynkiem szybszym w wymianie na nowy. Umożliwiającym niemalże ciągłe prowadzenie ognia. Jestem to również winny temu w botkach podobnych do sofiksów. W zawadiacko narzuconej na głowę czapce, która po rozwinięciu może służyć za kominiarkę. Przebiegając przez aleję, właśnie z podkalibrowego siekł serię za serią. Chłopaki charakterne, nie pękają. Biorę więc głęboki wdech. Powoli, jak podczas medytacji, wypuszczam powietrze. Wypowiadam proste zaklęcie: „Miller, a chuj”. I z pochyloną głową, minimalizując swoje gabaryty, przesuwając środek ciężkości ciała do przodu, zaczynam biec, gnać, pędzić. Nic mnie nie zatrzyma, chyba że śmierć. Jest ryzyko, jest zabawa. Tylko że w tej chwili zabawy nie ma, a ryzyko jest. Nie słyszę nic. Nie wiem, czy strzelają, czy nie. Przez moment jestem w bez-jestestwie.

Trzy sekundy i meta. Chyba rekord świata w przebieganiu alei Rustawelego. Raczej nieoficjalny. Łapią mnie, żebym nie wpadł w ogień, którym zajął się już klasycystyczny, ekskluzywny westybul hotelu „Tbilisi”. Hol, w którym konsjerż normalnie oferowałby lokalne atrakcje, palił się. Ciężkie, bordowe, dające poczucie intymności draperie zajęły się ogniem. Smażyły się, dymiły, tliły. Wypuszczały zdradziecki smog. Gdy jednocześnie w innym miejscu, w innej sali z kryształowych żyrandoli, kandelabrów, lamperii ciurkała i kapała woda. Lała się z poprzestrzelanych na piętrach rur i kanalizacji, wypełniała pokoje, przenikała przez sufit. Też prawie siekła nas seriami, leciała na głowy. Paradoks hotelu „Tbilisi”: gdy płonie fułaje, to salon topi się w wodzie. Jakby na tym ograniczonym terytorium walczyły ze sobą żywioły. O ciężkie draperie, o kryształowe żyrandole, o figurki barokowych puttów, chłopców unoszących lampiony po obu stronach schodów. Schodów zapraszających do wejścia na górne piętra hotelu. Do pokoi, w których człowiek chciałby odetchnąć, wypocząć, zrelaksować się.

Nie miałem się tu relaksować przy cygarze czy szklaneczce żółtego alkoholowego płynu na lodzie. Podjąłem ryzyko, bo tylko z hotelowych okien mogłem na żywo zobaczyć płonący parlament. Parlament, w którym broni się z garstką wiernych pretorianów pierwszy wybrany w demokratycznych wyborach prezydent Gruzji Zwiad Gamsachurdia.

Parlament płonął. Serie siekły. Ja fotografowałem. Poprzez ciemny dym drapiący gardło i drażniący oczy, unoszący się z purpurowych draperii. Purpurowych. O takim samym kolorze jak mozaiki, którymi w pompejańskich świątyniach określano, graniczono przestrzeń, czyli boskość. Purpura jako boski kolor przynależała najpierw cesarzom, dziś biskupom. Tu płonęła po prostu ludzko. Gorąco, smrodliwie, przysmażając się i przypiekając. Ale musiałem tu być, bo on jest tam. W ostrzeliwanym parlamencie. Poeta. Niegdyś opozycjonista. Teraz prezydent, chyba słaby. Jego ojciec Konstantine był wielkim pisarzem. Gruzińskim wieszczem historii i tradycji. Nacjonalistą i bohaterem. A on, po ojcu także bohater, teraz w pułapce.

Serie sieką. Ja, w ogóle nie bohater, fotografuję. Pochylony. Od dymu załzawiony, zakrwawiony przez krew płynącą z rozbitego nosa. Dobrze, że wybite okna hotelu osłania wrak czołgu, chyba T-52. Spłonął, kiedy jeszcze mnie tu nie było. Teraz daje mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Złudne i niepewne, ale potrzebne. Kucając i kryjąc się za żelastwem, naciskam migawkę. Naświetlam klatkę po klatce, choć wiem, że te zdjęcia i tak nie pójdą. Bo to dokumenty. Martwe natury, bezludne widoki. Że tam byłem, dotarłem, że wokoło płonęło. Fotografie-dokumenty potrzebne mi do opisu innych zdjęć. Które zostaną wykorzystane i opublikowane. Na których akcja jest dynamiczna, wartka, przykuwająca uwagę. Świat czasami już martwy, ale akcja żywa. Fotografie, na których poza martwą naturą miasta, jego pejzażem, jest jeszcze żywy, a czasem też martwy już człowiek. Bo człowiek na zdjęciu, uwikłany w historię, strzelający, biegnący, przerażony, rozradowany, dla mnie jest najważniejszy. Takie ludzkie fotografie idą do publikacji.

Nocą, pod osłoną ciemności, przyjechał po nas transporter opancerzony SKOT. Za jego plecami wycofujemy się z hotelu. Ewakuacja jest szybka i niedaleka. Tyci, tyci. Za róg, winkiel. Tam gdzie serie nie sieką. Nie grożą. Nie podbijają niepotrzebnie ciśnienia. Ale transporter miał też inne zadanie. Za rogiem zatrzymał się. Wysypali się z niego bojowcy. Każdy dźwigający inną część od maszyny prostej w obsłudze jak cep. Składali moździerz. Nie taki do pieprzu czy tłuczenia morskiej soli. Wojenny moździerz. Rurę na podstawce. Gdy do niej wrzucisz odbezpieczony pocisk, ten nadziewa się na bolec, proch eksploduje i wynosi go wysoko w górę. Aby potem szybko opadając, mógł dopaść celu. Wybuchnąć i sieknąć odłamkami. Zabić albo zranić. Ale bojowcy mają problem. Jak ustawić moździerz trzysta metrów od parlamentu? Jeśli za bardzo go pochylą, pocisk poleci daleko ukosem i trafi w pozycje ich zuchów – wraz z nimi, ale z drugiej strony, zaciskających śmiertelną pętlę wokół prezydenta. I ich wybije, a ma nie wybić. Znowuż jak ustawią maszynerię za pionowo, pocisk – nie daj Boże – wróci do nas. Do nich i do mnie. By roznieść nasze członki po alei, jak długa i szeroka. Jakbyśmy popełnili zbiorowe samobójstwo. Tego też nie chcemy.

Nastąpiło cyzelowanie. Wykraczanie poza mierniki nieprzewidujące walenia z moździerza na tak krótkim dystansie. Przeliczanie algorytmu: ilość prochu kontra masa pocisku. Chyba tak jak ja byli kiepscy z matmy, bo nic im nie wychodziło. Pociski ciągle przelatywały nad parlamentem. Trafiały w ziemię niczyją. A oni stawiali moździerz coraz bardziej pionowo i pionowo. Od dawna byliśmy poza skalą dalmierza. Stopniowo kładliśmy nasze głowy na szafot.

I wtedy – na szczęście – pociski się skończyły.

Wycofaliśmy się do Poczty Głównej. Nie zamierzałem wysyłać z Tbilisi pocztówek, nadawać telegramu ani depeszy. Na poczcie był sztab, punkt dowodzenia rebelią. Długie schody prowadzące do wnętrza tętnią o tej późnej porze życiem. Mijają się na nich wojskowi w różnych mundurach. Ci wychodzący z konkretnymi rozkazami idą w pośpiechu. Ci wchodzący po rozkazy lub z meldunkami z pola walki, zmęczeni, powoli zmagają się z mnogością stopni. Wchodzi po nich ważny watażka. Niby otoczony swoimi wojakami, ale oni jednak odrobinę za nim. Z szacunku do niego. Ich mundury sterane. On na mundur zarzucił tradycyjną kaukaską karakułową szubę. Czarną, długą do samej ziemi, z podniesionymi wysoko ramionami. Na głowę nałożył wysoką czapę, też z czarnego futra jagnięcia. A za pasek wetknął barwny prosty gruziński kindżał. Odlot! Podziwiam.

Do sztabu mnie nie wpuszczono, ale za to mogłem pójść do kina. Odkryłem je, błądząc długimi korytarzami po budynku. Piętro poniżej poczty, w piwnicy, fułaje z ogromnymi drzwiami prowadzi do sali kinowej. Dziś nie muszę płacić za bilet. Seans za darmo. Jest ekran. Są fotele. Ludzie siedzą twarzą do ekranu. Na ścianach ogromne portrety. Cała trójca, a właściwie czwórca: Marks, Engels, Lenin. I Stalin – Gruzin. Puszczają niemy czarno-biały film. Chyba zdobył wiele Oscarów, bo ludzi w sali dużo. Niby wszystko normalnie, tylko w rękach widzów zamiast torebek popcornu broń. Kałachy, kałachy innej maści, wyrzutnie ppanc., granaty, pistolety. A oczy widzów wpółprzymknięte albo i na amen zamknięte. Kiepski grają film. Film nic. Nudny. Usypiający. Niewart Oscarów.

Kręcę się po korytarzach, szukając kawy, herbaty. Jest światło, więc wchodzę. A tam wrze. Ludzie w białych kitlach skupieni na precyzyjnej robocie, innej jednak niż ta, którą wykonuje się na poczcie. Nie stemplują, nie lepią, nie ważą, nie wysyłają. Grzebią nożyczkami w pośladku. Wstyd przyznać, facet dostał w dupę. Więc cierpliwie leży i czeka, aż mu ten pocisk bez znieczulenia wyjmą. Bo jak by to było, gdyby wrócił do domu z kulą w rzyci? Czyby nie pomyśleli, że dostał w tyłek, uciekając? Bo się przestraszył? Albo wroga zlekceważył? Dał się podejść? Wypiął na niego, chcąc go upokorzyć? W naprędce przygotowanym przy sztabie szpitalu polowym trwa więc trochę żenująca operacja. Nie ratuje czyjegoś jestestwa. Ratuje czyjąś godność. A na łóżkach polowych karnie czekają w kolejce lżej ranni. Mogą poczekać.

Nie znajduję kawy ani herbaty, więc wracam do hotelu. Świta grudniowy poranek, koło siódmej. Hotel, w którym kwateruję, też stoi przy alei Rustawelego, ale trochę po skosie od ognia prowadzonego wzdłuż głównej ulicy miasta. Tutaj kule nie trafiają. Nie tylko tutaj. Tbilisi o poranku żyje swoim rytmem. Jak przed przewrotem. Jak co dzień. Rytmem nadawanym przez częstotliwość kursów trolejbusu, którym dojeżdża się do pracy, do szkoły, na uniwersytet. Rytmem narzucanym przez poranne dostawy chleba, mleka, mięsa do lokalnego sklepiku. Rytmem wyznaczanym przez godziny otwarcia restauracji, kiosków, warsztatów. Wojna trwa. Życie trwa. Poza okolicami parlamentu wszystko normalnie funkcjonuje. Transport, handel, usługi. Działają fabryki i stacje benzynowe. Wojna toczy się na jednym kilometrze kwadratowym. Wojna z użyciem ciężkiego sprzętu. Czołgów, transporterów opancerzonych, dział, działek przeciwlotniczych (tutaj strzelających na wprost), rakiet, rakietnic, rusznic, moździerzy, wyrzutni granatów, ręcznej broni. Na jednym kilometrze opasującym parlament. Może trochę niesymetrycznie, ale przecież nie o symetrię i estetykę chodzi. W tej wojnie chodzi o zmianę. Zmianę przyspieszoną, wymuszoną, wywalczoną. Zmianę władzy. Zmianę prezydenta. Zmianę, która zmieni przyszłość Gruzji. Czy następny prezydent ma być lepszy, bardziej demokratyczny, bardziej ludzki? Nie orientuję się. Ma być inny.

Miasto wojną jakby się nie przejmuje. Żyje swoim pospolitym, przeciętnym życiem. Nie zwróconym ku nachalnym politykom, lecz od nich odwróconym. Od ich prywatnych armii. Ich interesów. Huk wybuchów i odgłosy walk słychać wszędzie. Więc ludzie może są skołowani. Może rozczarowani. Zawiedzeni. Ale chcą żyć jak zwykle. Rutynowo. Normalnie. Życie jest ciężkie, ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Najważniejsze, żeby było przewidywalnie. Żebyśmy nie byli zaskakiwani. A jak zaskakiwani, to żebyśmy do zaskoczki mogli się przygotować. Żeby zaskoczka przynajmniej odrobinę, ociupinkę, choć na centymetr była przewidywalna. A nie wyskakiwała jak filip z konopi.

Doszedłem do hotelu. Akurat podawali śniadanie. Kelnerki serwowały jajka na szynce, sery, kiełbasy, miniaturowe mięsne gołąbki na zimno. Jest kawa. Mocna. Biorę gorącą kąpiel i z powrotem wracam na aleję Rustawelego.

Pod sztabem zaznajamiam się z lokalnym watażką Kondorem. Taką ma ksywkę. W plutonie trzyma wyłącznie swoich kumpli. Na co dzień też się strzelali, za co mogło spotkać ich więzienie. Dziś strzelają bezkarnie. Mało tego: to, że strzelają, czyni ich bohaterami.

Kondor prezentuje się stylowo. Znaczy swojsko stylowo, a nie po gruzińsku stylowo. Czarny jest jego ulubionym kolorem, więc wszystko ma czarne. Czarny ogromny kapelusz jak z argentyńskiej pampy. Pod kapeluszem, żeby było cieplej, ale nie mniej szykownie, czarna wełniana czapka. Uszy przynajmniej nie zmarzną. Czarny płaszcz. W walce trochę niewygodny, ale też szykowny. Na płaszczu doczepione, wymalowane godło. Skrzydło. Żeby nie było wątpliwości – podpisane: „Nike sportswear”. Skrzydło zwycięstwa! Płaszcz zwycięstwa! Płaszcz przepasany czarnym pasem i czarne rękawiczki. Wyglancowane. Jakby co, nie będzie odcisków palców. A do tego czarne oczy, czarna broda, czarne wąsy, w ręku podkalibrowy kałach (niestety – tylko częściowo czarny). Zaprzyjaźniłem się z nim od razu. Tym bardziej że przyjaźń została przypieczętowana trzema bulami – bul, bul, bul – bimbru ze słoika.

Kondor ma w oddziale samotnego wilka. Nocnego łowcę, tropiciela, myśliwego, który jednak nie tropi zwierza. Jego specjalnością jest zasadzanie się na prezydenckich bojowców, snajperów pod osłoną nocy przenikających na ziemię niczyją wokół parlamentu. Żeby stąd razić, kąsać, uziemiać zaskoczonego przeciwnika. Wilk na łowy wyruszał odrobinę po zmroku. Znał tu każdą klatkę schodową. Każdą bramę, podwórko, bezpieczne przejście, trasę ewakuacji. Tu się urodził. Jak kiedyś umykał przed milicją, tak dziś podchodził wrogów. Zaczajał się tam, gdzie kiedyś, ale już nie na pijanych lokalersów, zabłąkanych turystów. Po świcie oddział Kondora wyruszał do niego ze wsparciem.

Tak było i dzisiaj. Tym razem samotny wilk założył wnyki na bocznej ulicy przy parlamencie. Dobrej do zaskakującego, niespodziewanego ostrzału alei Rustawelego. Wprowadzającego chaos w atakujących parlament szeregach. Wilka zobaczyliśmy już z daleka. Stał w uliczce wysoki, szczupły, z erkaemem w ręku. Dłuższe włosy zaczesane na bok i odrobinę szpakowata broda. Wojskowa bluza wciśnięta w spodnie przeorane wojskowym pasem z ładownicami, nabojami. I buty – nie wojskowe, nie sportowe, ale białe. Coś jak mokasyny. Takie cichobiegi. Przed nim pod ścianą kamienicy stało dwóch mężczyzn w mundurach, z opaskami na ramionach. Białymi. Dla ludzi Kondora wrażymi. Ale dla ludzi prezydenta swojskimi. W chaosie umundurowania i z jednej, i z drugiej strony te wstążki były znakiem. Hasłem, na które otwierały się drzwi oblężonego parlamentu. Pozwalały na bezpieczny powrót do bazy.

Ale tych dwóch już nie miało wrócić do bazy. Stali twarzą do ściany, rozkraczeni, z dłońmi założonymi na kark. Dygotali ze strachu. I słusznie. Bo gdy do jeńców podszedł Kondor, nie przywitał się z nimi trochę nudnym, ale klasycznym: „Dzień dobry”. Nie zagaił: „Co słychać? Jak tam u was?”. Sieknął najpierw lewym, potem prawym sierpem. Upadających poniewierał z otwartej dłoni, a potem jeszcze z laczka. Przerażeni jeńcy na wszelki wypadek nie wstawali z asfaltu. Kolejne kopniaki i kilka krótkich komend poderwało ich do góry.

Ciekaw byłem, co będzie z nimi dalej. Ale przyjaźń przyjaźnią, a nienawiść nienawiścią. Wygrała ta druga. Bezlitosna, głęboka do trzewi. Więc odprawiono mnie wcale nie delikatnie. Umówiono się ze mną na potem i gdzie indziej. I poprowadzono łup swoją drogą, a ja poszedłem swoją. Dokąd z nimi poszli? Co z nimi zrobili? Mogli wszystko. Nigdy się tego nie dowiem.

Ja poszedłem pod prąd wyznaczany przez trajektorię lotu pocisków wystrzeliwanych z parlamentu. Bliżej alei. Pod ścianami domów. I trafiłem na jakieś podwórko. Tylko ono oddziela mnie teraz od płonącego urzędu, który z kolei przez ulicę sąsiaduje z parlamentem. Tam cały czas się dzieje. Huczy, grzmi, terkocze. A tu biba, impreza, powiedziałbym domówka, gdyby bardziej nie była podwórkówką. Pośrodku stolik przykryty wzorzystą ceratą. Taką bardziej świąteczną, z dużą ilością złota w ornamentyce. Na stoliku szkło. Głównie. W różnej formie: a to słoik z bimbrem, butelki słynnej wody mineralnej Borżomi, na wpół pełne szklanki, plastikowy bukłak z winem. Pośrodku mała świąteczna choinka przyozdobiona czerwoną girlandą. Na podwórku płonie grill, a za rogiem płonie urząd. Ale kto by się przejmował urzędem? Będzie się przejmował, jak z organizmu zejdzie dawka alkoholu podana doustnie.

Sąsiadów zgrillowanych jest koło dziesiątki. Pełny przekrój społeczny. Od starych do młodych, szalone artystki i skromne mieszczki, biznesmeni w błękitnych tureckich kurtkach dżinsowych i starsi w skórzanych. Trochę się martwią, czy iskry, płomienie z sąsiedztwa nie przeniosą się na ich dachy, krużganki, mieszkania. Ale im mniej płynów wyskokowych w słoikach, butelkach, bukłakach, szklankach, tym ich i moje zmartwienie jest mniejsze.

Jeden ze starszych sąsiadów zaprasza mnie do siebie, na górne piętro, żebym mógł popodziwiać, jak obok pięknie płonie urząd. Chwali się centralnie zawieszonym w pokoju portretem najbardziej znanego na świecie Gruzina – Józefa Wissarionowicza. Stalina. Rodak urodził się kilkadziesiąt kilometrów od Tbilisi, w mieście Gori. Choć dla mnie i moich rówieśników najbardziej znanym Gruzinem był Grigorij Saakaszwili. Kierowca czołgu „Rudy” 102. Dziewczyny w podstawówce natychmiast podzieliły się na dwa obozy. Jeden, znacznie liczniejszy, kochał się w Janku Kosie. Czołgowym strzelcu, blondynie. O nieznanym mi kolorze oczu, gdyż telewizor miałem wtedy czarno-biały. Drugi, znacznie mniejszy obóz koleżanek, podkochiwał się właśnie w Grigoriju. Przystojnym brunecie z czarnymi wąsami. Huncwocie i podrywaczu. Romantycznym i egzotycznym, nieustraszonym wesołku. Sojuszniku. Znanym również przez moich podwórkowych gospodarzy, bo Czterej pancerni i pies wielokrotnie byli pokazywani w radzieckiej telewizji.

Wraz z dopalaniem się pobliskiego urzędu dopalała się i podwórkówka. I dobrze, bo byłem zmęczony. Przyjemnie nastukany. Musiałem odrobić senne lekcje.

Chciałem wrócić nazajutrz, ale podwórko było już zajęte. Zarezerwowane na inną imprezę, która właśnie trwała w najlepsze. Spod sztabu, czyli dawnej poczty, strzelano w stronę domu, na którego podwórku biesiadowałem. Tak jakby ci z parlamentu przeszli do kontrofensywy. Zdobywali, poszerzali, odbijali terytorium. Więc oblegający parlament się przyczaili. Może zaskoczeni, zdziwieni. Ni to się bronili, ni to atakowali. Trwali na pozycji. Ja nie chciałem trwać. Teraz ja poszedłem na łowy.

Nie wiem, jakie macie doświadczenie w dokumentowaniu strzelaniny. Ja jakieś miałem. Wiedziałem, że nie wystarczy mieć na zdjęciu podniesiony karabin. Musi być jeszcze atrybut dynamiczny. Wylatująca łuska, dym z lufy. Wtedy wiadomo, że zarejestrowany obraz to nie ściema. Nie fałszerstwo. Że to, co wylatuje z lufy, to prawda i absolut. Który dobrze wycelowany, gdy dosięgnie i trafi, to skończy. Skończy coś, kogoś. Przerwie jakąś myśl, marzenia, troski i rozterki. Nie będzie już odwrotu jak w komputerze, gdzie mamy wiele żyć. Jak ktoś pociskiem wyłączy, to na amen. Więc się zasadziłem. Zasadziłem się na niego, partyzanta siekącego wroga seria za serią zza filaru poczty. Przymierzyłem, wycelowałem, próbowałem uchwycić. I trafiłem. Trafiłem na zdjęciu w rozpryskujące się drobiny prochu. Drobiny, które jeszcze się palą, ale już wypchnęły kawałek metalu w kierunku wroga. Ułamek sekundy, który nadaje zdjęciu autentyczność. Żeby go zarejestrować, trzeba przez obiektyw uważnie obserwować strzelającego. Wejść w jego głowę. Poczuć jego intencje. Wymedytować i przewidzieć, kiedy naciśnie spust karabinu. By, przewidując to, nacisnąć spust migawki setną sekundy wcześniej. Wstrzelić się w niego aparatem wtedy, gdy on strzeli. I zatrzymać ten moment.

Dwóch knajaków. Jeden z petem w ustach. Chowają się za trolejbusem z przestrzelonym, pozrywanym drutem sieci trakcyjnej. Wcześniej wóz woził. Dziś robi za barykadę. Oni osłaniają tych, którzy przebiegają przez aleję Rustawelego. Szybcy, skupieni, uważni. Karabiny na wysokości ramion. Czujni. Jak coś dostrzegą, wystarczy odrobinę pochylić głowę, ustawić oko na wysokość szczerbinki i zgrać ją z muszką, a potem już tylko pociągnąć za spust. Nie wiem, czy swoje karabiny mają nastawione na ogień ciągły, serie po trzy naboje czy pojedyncze strzały. Jeden przykucnięty za plecami drugiego. Tego z ładownicami na biodrach i petem w ustach. Wspartego o brzeg trolejbusu. To jest dopiero podzielność uwagi! Palić i strzelać. Jestem pełen podziwu. Nie potrafię palić, gdy fotografuję.

Łatwo było Henriemu Cartier-Bressonowi, ojcu fotoreportażu, mówić o właściwym momencie, decydującym momencie zrobienia zdjęcia. Na przykład, gdy ktoś przeskakuje przez kałużę. Trudniej złapać ten moment, gdy ktoś celuje. Gdy on strzela i oni strzelają. Także w ciebie. Gdy trzeba uważać na plecy. Musisz wpierw przekroczyć psychologiczną granicę strachu. Powiedzieć sobie jak ja: „Miller...”, i tak dalej. Wtedy, niczym w transcendencji, w medytacji, robisz to. Fotografujesz.

Z okazji sylwestra i zmiany roku Pańskiego 1991 na 1992 Gruzini ogłosili wstrzymanie ognia. Więc zaopatrzeni w białą flagę, szurnęliśmy z dziennikarką, z którą przyjechałem, do parlamentu. Do prezydenta oblężonego, okopanego, ostrzelanego. Poszliśmy z białą flagą, bo to w międzynarodowym wojennym języku znaczy: poddają się albo chcą pertraktować. My nie chcieliśmy ani jednego, ani drugiego. Chcieliśmy zrobić ekskluzywnego niusa. Zdobyć sławę i mir u rodaków, a może nawet i za granicą. Mieć wywiad i portrety oblężonego prezydenta w jego jaskini. Chcieliśmy dać mu szansę, której był pozbawiony przez wojnę na jednym kilometrze kwadratowym. Szansę wypowiedzenia się na Nowy Rok. Złożenia rodakom noworocznych życzeń. Wygłoszenia orędzia do narodu. Więc podbudowani świadomością misji, brnęliśmy w zgliszcza dalej i dalej.

Zawieszenie ognia funkcjonowało. Nie strzelano. My z tą nędzną białą chustko-prześcieradło-flago-szmatą szliśmy. Minęliśmy ostatni posterunek rebeliantów. Okazało się: wcale nie ostatni. Bo był jeszcze jeden, jeszcze bardziej skitrany. Ubrana całkowicie na czarno zjawa, babcia. Z wyciągniętym do mnie, nie wiadomo dlaczego, czerwonym proporczykiem. Z wydrukowanym na nim półprofilem Lenina i napisem: „Gruziński Republikański Klub Sportowy Spartak”. Babcia żyła na ziemi niczyjej. Najtrudniejszej do przeżycia, bo narażającej człowieka podwójnie. To z jednej, to z drugiej strony jak gamonie źle wycelują, to pocisk nie trafi, gdzie ma trafić. Ale w ziemię niczyją trafi. I żyj na takiej ziemi. Najbardziej ostrzelanej, sponiewieranej, rozburzonej. Zuch babcia. W czarnej chuście, czarnym płaszczu. Z drewnianą laseczką, w eleganckich botkach. Jedyne, co trochę drażni w jej wizerunku, to rękawiczki. Jedna brązowa, druga granatowa. I na cholerę jej ten proporczyk klubowy Spartaka Tbilisi z Leninem?

Do parlamentu tak łatwo nie weszliśmy. Musieliśmy na bramie swoje odstać. Do pancernej klapki w drzwiach, teraz otwartej, podchodzili różni, ale zawsze z coraz wyższą rangą. Dziwili się. Oglądali nas i podglądali. Wietrzyli podstęp. Nie wierzyli w głupotę, która nas tu przywiodła. Czujni, nieufni. Aż wreszcie jakiś podpułkownik otworzył nam na krótko drzwi. Wbiliśmy się do środka. Do miejsca, które do tej pory razem z rebeliantami otaczaliśmy, izolowaliśmy, obserwowaliśmy. Które oni ostrzeliwali, a ja fotografowałem.

Wyłuszczyliśmy, po co przyszliśmy. Udawali, że nas zrozumieli, ale chyba nie rozumieli siebie i swojej sytuacji. Tu okopani, zaryglowani, zabunkrowani. Odcięci od świata i wiadomości, nie wiedzieli, co się w kraju dzieje. Dlaczego obiecywana przez prezydenta odsiecz narodu nie przychodzi? Wpuścili nas bardziej po to, żeby nas wypytać, a nie żebyśmy my ich wypytali. Ciekawi, ale z widocznym już strachem w oczach. Jeszcze nie w ciele, ale w oczach na pewno. Poprowadzili nas do piwnic. Poniżej poziomu gruntu. Gdzie bezpieczniej. Gdzie usłyszymy tąpnięcie trafiającego pocisku, rakiety, granatu, ale nic nam nie będzie.

Przewodnikiem był jeden taki w mocno nasyconej zielenią panterce. Nie wiadomo dlaczego w hełmofonie, bo nie siedział przecież w czołgu. Obwieszony ze trzema metrami kulek o barwie miedzi tkwiących w taśmie do ciężkiego karabinu maszynowego. Obok niego w białej sukience pop. Smutny, chyba pogodzony z losem. Długa siwa broda i klejnoty w srebrze na piersi. Ten najbardziej okazały to ukoronowana Matka Boska w purpurowej szacie z Dzieciątkiem Jezus. Matka tak uwielbiana przez moich rodaków.

Czekamy. Na noworoczną mszę ma przyjść prezydent Gamsachurdia. Przyszedł, a właściwie przeszedł. Niemalże przepłynął. Nie zatrzymał się. Chyba w jakimś swoim świecie. Świecie, którego granice wyznaczał ściśle kaszmirowo-wełniany płaszcz zapięty pod szyję. Ręce głęboko zatopił w kieszeniach. Sam zamknięty, zatopiony w sobie. Nie wiedział chyba, co tu robią i czego chcą ci dziwni przybysze, zwłaszcza ten w sinofioletowej kurtce. Przeszedł, przepłynął, kątem oka nas przyciął, zauważył, ale nie przystanął. Jego trener od wizerunku nie byłby z niego zadowolony.

Diabli wzięli posłanie, orędzie. Diabli nadali wywiad. Sława znów poszła inną niż my drogą. Była blisko, ale pies ją polizał. Nie sprzedamy gazecie i zagranicznym agencjom prasowym ekskluziwu. Ja jeszcze mogę. Jakbym się uparł, tobym prezydenta ładnie wykadrował. Z bodygardami i kałachami w tle. Ale Maria Wiernikowska co napisze? Przecież nic nie powiedział.

Nie wiedziałem, że głowa świni ma aż szesnaście gatunków mięsa. Ale dowiedziałem się. W sylwestra. W hotelu. Innym, nie moim. Na strzały bardziej wystawionym, więc pustym. Z mieszkańców i turystów ogołoconym. Ale teraz nie strzelają. Pokojowo witają Nowy Rok. Zawieszeniem walk. Wygaszeniem ognia. Hotel jest bez wody, bez ogrzewania, droga do niego normalnie wystawiona jest na kulki. Dziś jednak przyszliśmy. Bo impreza. Bo jesteśmy specjalni zaproszeni. Więc gdzieś obok, tam gdzie życie proste żyje prostym życiem, nabyliśmy koniak.

Apartament nie został opłacony. Skonfiskowano go, a właściwie przywłaszczono. Bez wiedzy właściciela, bo go tu nie ma. Zawładnięto pokojami dla nas. Bardziej dla niej niż dla mnie. Dziennikarki, z którą tu jestem. To ona jest celem i powodem tej imprezy. Będzie się potem tego zarzekała. Ale to długie rude loki Marii. Ekstrawaganckie jak na tę szerokość geograficzną. Wzbudzą podziw, szacunek, a na koniec ciekawską erotyczną podnietę. Sytuację dla mnie nie bardzo wygodną.

Głowa świni wjechała do apartamentu pod pachą. Owinięta w gazetę. Przetłuszczoną. Tłuszczem podbarwioną. Wpłynęła razem z tym w wojskowej kurtce. Postawnym, silnym, pełnym feromonów, które zebrał w ciele, tutaj idąc. Rozmarzając się. Trzymając pod pachą uprażoną, zgrillowaną, ponętną – ale jednak! Głowę świni! Która teraz jopi na mnie swoimi małymi świńskim oczkami. Hepi Niu Jer! Hepi Niu Jer, Pigi! Chyba nie mówi po angielsku. Nie mówi w żadnym języku. Już nie musi. Jej uprażony język, podobnie jak uszy, to w tym kraju afrodyzjak. Ja jednak oczami omijam jej oczy. Pałaszuję najbardziej neutralne dla mojej głowy policzki. Byłyby nawet smaczne, gdyby nie te wjopione we mnie oczka. Małe, wyłupiaste świńskie oczka. Trochę jak guziczki przyszyte mojemu ulubionemu w dzieciństwie misiowi. A trochę niczym kauczukowe piłeczki. Gdy się nimi rzuciło, skakały wielokrotnie jak opętane.

Chyba się zrzygam. Ale nie wypada. Organizator imprezy nakręcony obecnością rudych loków informuje mnie poważnie, że głowa świni to gruzińskie suszi. Szesnaście gatunków mięsa, powtarza. Trochę zgrillowanego, trochę surowego. Przysmak, przekonuje. Ale te świńskie oczy! Szkliste naparstki, kulki, guziki! Więc napierdalam szklankę koniaku za szklanką. Popijam szampanem. I wreszcie mogę się zrzygać. Wojskowi przyjmują to z wyrozumiałością. Koniak popijałem szampanem i na odwrót, więc jestem usprawiedliwiony. A rzyganiem wystawiam sobie usprawiedliwienie. Głowy z wjopionymi we mnie świńskimi oczkami więcej jeść nie będę.

Nareszcie Hepi Niu Jer. Szczęśliwy albo i nieszczęśliwy. Ale Niu Jer. Więc wszyscy, czy z alei Rustawelego, czy z wrażego parlamentu, kroją niebo nabojami. Ci bardziej artystowscy co trzeci nabój w magazynku, poprawiający celność, wstawiają czerwony. Smugowy. I teraz kroją nimi niebo jak tort. Pozazdrościłem im. Więc też fotografiami kroję niebo. I kroję tych, którzy kroją niebo jak tort.

Rebelianci wreszcie ulitują się nad Zwiadem Gamsachurdią i jego świtą. Nocą 4 stycznia podstawią pod parlament autobusy. Otworzą w alei Rustawelego bezpieczny korytarz. Żeby go nie upokarzać. Samemu się nie wywyższać. Prezydent wraz ze swoją świtą będzie mógł odjechać w siną dal.

Nie będę tego świadkiem. Będzie to skrywane w tajemnicy przed światem. Ale przed wschodem słońca obudzi mnie chrapanie ciężkich dizli napędzających pojazdy na jeszcze cięższych gąsienicach. I to chrapanie, donośne, gardłowe, ciemne od dymu wypuszczanego przez rurę bez tłumika, nałoży się na moje chrapanie. Przez sen nie będzie dawało odetchnąć. Zagłębić się w surrealistyczne senne historie. Zatopić się w nich. Aby synapsy i komórki mojego mózgu, poddawanego w ostatnich dniach trudnym sprawdzianom, odpoczęły i wytchnęły. Zrelaksowały się i zregenerowały. Chrapanie czołgów mijających hotel i jadących w stronę sztabu, poczty, kina wybudzi mnie. Pozwoli zorientować się w nadzwyczajnej sytuacji. Więc szybko wskoczę w kalesony, spodnie i tę cholerną sinofioletową puchówkę. Popędzę w dół, na ulicę i pod pocztę, ścigając się z tankami.

Przed sztabem poruszenie. Gromadki rebeliantów ustawione plutonami, czołgi zagrzane ropą. Ja zagrzany krótkim sprintem. Wszyscy już wiedzą. Gamsachurdia opuścił parlament! Wierni mu żołnierze wyjechali wraz z nim. Więc to chyba koniec. Koniec jednej historii, początek drugiej. Innej. Nie wiem, czy lepszej. Ale na razie przyjmuję wyciągniętą w moim kierunku dłoń i wdrapuję się na pancerz rozgrzanego dizlem czołgu. Jest już ekipa Kondora, jest samotny wilk. Jestem ja. Jest słoik z bimbrem.

Tank, wypuszczając z tyłu chmurę dymu, rusza aleją Rustawelego. Samym jej środkiem. Świta. Wreszcie mogę się po niej rozejrzeć. Szeroka, zadrzewiona kasztanowcami. Po ostrzale z broni ciężkiej i lżejszej poranionymi, poturbowanymi, pozbawionymi konarów. Same kikuty. Rozłupane, metalem przeorane. Dobrze mi znane z fotografii. Tych starych, z drugiej wojny światowej. Bliźniaki drzew na Westerplatte. Drewniane kaleki. Za nimi stylowe kamienice. Frontony poorane kulami. Witryny eleganckich restauracji i sklepów chwilowo puste, powybijane. Jeszcze nie otwarte na turystów.

Toczymy się z hukiem gąsienic. Niespiesznie. Jak na defiladzie. Tyle że nikt jej nie ogląda. Nie ma wiwatujących. A my wciąż napięci. Ten siedzący okrakiem na lufie czołgu na wszelki wypadek odbezpieczył broń. Bo co, jeśli w parlamencie został jakiś maruder? Spóźnił się na autobus, a następnego nie będzie. Albo zaczaił się na wyższym piętrze i wieść, że to już koniec, fajrant, szlus, do niego nie dotarła? I ciągle jeszcze wypatruje, celuje, może zabić?

Podjeżdżamy pod parlament godnie i dumnie, choć trochę na wyścigi z innymi czołgami. Pierwsi zawsze bardziej są bohaterami. Przez płonący dziedziniec wbiegamy do środka. Ostrożnie, z bronią jeszcze gotową zadać śmierć, aparatem gotowym dać świadectwo. Badając, szukając, myszkując. Coraz mniej ostrożnie. Zaglądam do kolejnych sal. Jakiś gabinet. Przewrócony szezlong, pod ścianami materace. Na podłodze kartony i powywalane rzeczy. Chaos i bałagan. Pośrodku, na skórzanej kanapie – może jego, prezydenta? – siedzi żołnierz. Jeszcze zakutany w bojowy strój, ale już z zadowoleniem na twarzy. Trzyma postawionego na sztorc kałacha, jakby wyciągał rękę ze znakiem wiktorii. Obok, częściowo pod flagą, leży drugi karabin. Flaga jest wielka, błyszcząco wiśniowa, z czarno-białym prostokątem wszytym w górny róg, tuż przy drzewcu. Narodowa i historyczna była flagą wolnej Gruzji, zanim kraj podbili Sowieci. Żołnierz założył nogi jedna na drugą i zarzucił na nie tę purpurę. Spływa na ziemię w obfitych fałdach jak cesarski płaszcz. Oto on. Zwycięzca.

Schodzę do piwnicy, bunkra. Tam gdzie nie tak dawno byłem z ludźmi prezydenta. Gdzie pop odprawiał noworoczną mszę, na którą mnie nie zaproszono. Teraz są tam inni ludzie. Świętują zwycięstwo. Odbywa się wielkie butelek odbijanie i odkorkowywanie. Mógł bronić się jeszcze długo. W dziesiątkach drewnianych skrzyneczek wypełnionych siankiem ukolebione czekają butelki najprzedniejszych gruzińskich koniaków. Więc fotografuję. I napełniam torbę. Lekką, uwolnioną od aparatów, napełniającą się butelkami, znów ciężką. A potem przejmuję otwartą butelkę wyciągniętą przez kogoś w moim kierunku. I ciągnę przeraźliwie długiego, smacznego grzdyla. O tak! Ekskluzywny alkohol zgromadzony dla przywódcy Gruzji rozchodzi się ciepło po moich tętnicach, żyłach, komórkach.

Woła mnie ktoś od Kondora. Kręci palcami młynka. Mówi, tłumaczy, pokazuje. Obok pełnej alkoholu piwniczki, pod sufitem, przyczepione do metalowej rurki wiszą kajdanki. Oplecione dwoma czerwono-czarnymi kablami, podpięte do ręcznego generatora prądu. Tu przesłuchiwano jeńców, bólem i torturami wyciągano z nich odpowiedzi. A jeszcze obok, w kolejnej spiżarni, czekają rakiety. Pociski i granaty. Ich stosy i skrzynki. Chyba naprawdę był już zmęczony. Zrezygnowany. Więc wsiadł do autobusu i odjechał.

Wraz z innymi wysypuję się przed parlament z torbą pełną koniaków. A tu już tłum gapiów. I tłumek zapobiegliwych. Wchodzą do środka i wychodzą szeregiem jak pracowite mrówki. Każdy coś dźwiga. Coś innego wynosi. Na pamiątkę czy do prywatnego użytku. Przedziwne są potrzeby człowieka. Jeden zarzucił na ramię rakietę. Inny dźwiga długi na metr pocisk. Jeszcze inny biegnie ze skrzynką koniaków. To rozumiem. Cygara, wódki, radia, obrazy, dywany. Rozumiem i nie potępiam. Ale po co komu pocisk do działa? Do wyrzutni, której nie ma. A może ma?

Trzy dni potem zwolennicy przepędzonego ze stolicy prezydenta Gamsachurdii jeszcze raz zbiorą siły. Z dala od centrum, alei Rustawelego i parlamentu zorganizują demonstrację. Przyjdzie na nią kilka tysięcy Gruzinów. W rękach portrety ich idola i narodowe flagi, na ustach hasła. Atmosfera napięta. Ale zanim oficjalnie się rozpocznie, rozlegną się strzały. Ktoś zapuka w szybę samochodu zaparkowanego w pobliżu zbierającego się tłumu. W wozie siedzą ci, którzy mają demonstrację chronić, więc wyciągnie broń i ich rozstrzela. Z zimną krwią dokona egzekucji. Na odgłos strzałów tłum zacznie uciekać. Z pobliskich uliczek wypadną zamaskowani cywile z kałasznikowami gotowymi do strzału. Nadjedzie samochód innych ochroniarzy i z jego okien w kierunku tamtych padną serie z karabinów. Ale są bez szans. Rozpocznie się krwawa jatka.

Napastnicy otwierają ogień do bezbronnego tłumu. Krzyk strachu. Ludzie w chaosie rozbiegają się po szerokiej ulicy, porzucając transparenty, flagi, portrety Gamsachurdii. Po kilku próbują chować się za czymkolwiek. Za latarnią, betonowym śmietnikiem, drzewem, innymi ludźmi. Skuleni, przykucnięci jeden za drugim, żeby tylko zmniejszyć ryzyko bycia trafionym.

Obok mnie kula trafia młodą kobietę, która bezwładnie osuwa się na ziemię. Białe botki, ciemne rajstopy i długa watowana kurtka, teraz rozerwana. Kula dosięgła ciała w okolicy lewej łopatki. Strzał w plecy. Płacz, chyba matki. Starsza kobieta mocno ogarnia ramionami młodszą, wtula ją w swoją pierś. Nie wiem, czy tamta oddycha. Jej otwarte oczy są wpatrzone niebo. Fotografuję ją razem z czarnym brodaczem w białej narciarskiej czapce. W geście pocieszenia chce położyć na trafionej kobiecie rękę. Ale na zdjęciu jego dłoń zastyga kilka centymetrów od leżącego ciała. Kadr od góry zamyka pochylony starszy mężczyzna. Ubrany w porządny płaszcz, spod którego wystaje szalik w kratę, przygląda się kobietom. Jego pięści są bezsilnie zaciśnięte. Facet zamykający kadr od lewej strony podniósł rękę. Coś wskazuje. Każdy mógł dostać.

Pochylony, przeskakuję pod osłonę latarni i wtedy dostrzegam napastników. Na twarzach mają kominiarki i bandany. Tylko jeden, chyba najstarszy, nie. Ubrany po cywilnemu w długi rozpięty płaszcz. Broń niesie nisko w prawym ręku, przygotowaną do kolejnych strzałów. Palec położył na cynglu. Podchodzi do grupy kilku osób kryjących się jedna za drugą za solidnym pniem kasztanowca. Przykucniętych, klęczących, wtulonych w siebie, z dramatycznymi grymasami na twarzach. Dwie kobiety z końca tej dziwnej kolejki do przeżycia chcą chyba wycofać się do tyłu, uciec gdzieś w głąb opustoszałej już ulicy. Ten z kałachem coś krzyczy do grupy, więc tamci, spoglądając ukradkiem, próbują odgadnąć jego intencje.

Fotografuję tę scenę, kucając przy innej kilkuosobowej grupce. My mamy szczęście. Na nas, chowających się za latarnią, nie spoczęła uwaga napastników. Aparat uniosłem niecały metr nad ziemię. Nie chcę, żeby tamci dostrzegli mój sprzęt i przenieśli na niego, na mnie swoją agresję.

I wtedy na chodniku, spokojnie krocząc, pojawia się schludnie ubrana babcia. W szarym palcie z brązowym, ze sztucznego misia, kołnierzem. W czarnej wełnianej czapce. W czarnych butach, z czarną lakierowaną torebką. Idzie spokojnie, powoli, godnie, jakby wracała z cerkwi. Jakby sytuacja, którą musi widzieć, jej nie dotyczyła. Jakby uznała, że nie potrzebuje się poddawać dyscyplinie strachu wszystkich, których mija. Podszedł do niej jeden w kominiarce. Z postawy młodziak. Nie wiem, czy coś do niej powiedział. Czy ona odpowiedziała. Widziałem, jak błyskawicznie podniósł broń i wypalił prosto w nią. Jedną ręką. Z wysokości swojej piersi w jej pierś. Dokonał egzekucji z premedytacją. Bez powodu. Absurdalnej. Zaskoczony, zamarłem. Zacząłem naciskać spust migawki dopiero, kiedy zabójca, z opuszczonym już karabinem, jeszcze oglądając się na babcię, odchodzi. Dostała w lewą stronę klatki piersiowej, ale ciągle żyje. Chyba się dusi, bo prawą ręką próbuje rozpiąć płaszcz pod szyją. Lewą ma uniesioną. Ale po sekundzie obie ręce bezwładnie opadają. Ciało zastyga w formie krzyża. Obok leży jej elegancka lakierowana torebka.

Napastnicy przepadli w bocznych uliczkach. Chyba poszli do domów. Jest po akcji. Ale ja jeszcze jestem w pracy, więc wraz z grupą innych fotoreporterów i operatorów fotografuję pobojowisko. I wtedy tamci pojawiają się po raz drugi. Tym razem skupieni tylko na nas. Dwóch zamaskowanych facetów, szachując mnie kałachami, odbiera mi filmy. Zabierają świeżo załadowany do aparatu i wszystkie z torby. Jeszcze nie naświetlone. Bo już zrobione zdążyłem ukryć głęboko pod tą pierdoloną fioletową, aż siną, puchówką. Może jednak nie taką złą.

Fanga trafiła Anglika prosto w nos. Zaskoczony, niespodziewający się ciosu, przyjął go pokornie. Wszystkimi zmysłami. Osunął się na kolana i tak, na wpół przytomny, klęcząc, dał sobie odebrać torbę ze sprzętem fotograficznym. Niesiona wieloma ramionami, popłynęła zaraz do włazu kierowcy czołgu. Jeszcze przed chwilą na zakorkowanej, zatkanej drodze tank rozpychał się i panoszył, spychając do rowu osobowe zawalidrogi bez benzyny. Spierdalał on, jego załoga i ci, co na pace się zmieścili. Spierdalali wszyscy. Obie armie gruzińskie. Ta od byłego prezydenta Gamsachurdii i ta od obecnie panującego prezydenta Szewardnadzego. Napierali Abchazowie.

Anglikowi poprawiono. Dostał fangę w szczękę. Lżejszą niż poprzednia, ale nie trzymał gardy i to go zgubiło. A przecież boks jako styl walki wymyślili Anglicy. Chwilę wcześniej jechałem z nim, dopiero co poznanym, oraz z naszym kierowcą-przewodnikiem, kiedy Anglik zobaczył, jak czołg spycha samochody do rowu. Byle szybciej uciec, przejechać, wymanewrować się na bezpieczny teren.

Trzecią fangę Anglik dostał w okolice lewego oka. Tego było dla niego za dużo. Na chwilę jakby się rozprostował, ale potem złożył się i padł centralnie na twarz. Niby Anglik, a pada na ryj jak każdy. Niby szef, współzałożyciel agencji fotograficznej Network, a upada na twarz jak każdy. Trochę był pod moją opieką. Nie mówił po rosyjsku. Nieco mu naobiecywałem, a on finansował. Więc po trzeciej trafiającej go fandze ujawniłem się. Chytrze ukryty po tej stronie drogi, po której oni nie spodziewali się nikogo. Mogłem skitrany tam poczekać, aż czołg odjedzie. Bo on, Anglik, nie musiał wychodzić z samochodu i ich fotografować. Nagrodę World Press Photo dostanie za zupełnie inne zdjęcia. Zrobione trochę potem i w miejscu trochę innym. Kilkadziesiąt kilometrów dalej położonym.

Był kwiecień 1993 roku. Znów trafiłem do Gruzji. Przylecieliśmy z dziennikarzem relacjonować wojnę Gruzinów o Abchazję. Nie o zdobycie jej, lecz o utrzymanie w ich państwie. Bo Abchazowie, wciśnięci między Morze Czarne a góry Kaukazu, wzięli przykład z Gruzinów. Zamarzyła im się niepodległość. Wolność od właśnie uwolnionej od Rosjan Gruzji. Własny naród we własnym państwie. I tę wojnę wygrywali. Nie sami, wspomagani trochę przez braci Rosjan, Czeczenów, Inguszów. Wynajętym samochodem pojechaliśmy więc z Tbilisi w kierunku Megrelii, regionu, o który toczono bój. Nie taki jak w grze w szachy. Przeciwników było nie dwóch, tylko trzech. Abchaska armia kontra armia gruzińska rządzącego prezydenta Eduarda Szewardnadzego i armia obalonego rok wcześniej prezydenta Gamsachurdii. Ale armie gruzińskie, sobie niechętne, też były kontra. Potykały się ze sobą. Niby zjednoczone w obliczu wspólnego wroga, ale tylko tyci, tyci. Kiedy można wetknąć szpilę lokalnemu rywalowi, to ją wetkną. Kiedy można rozbroić żołnierza konkurenta, to rozbroją. A nierzadko też wybatożą, upokorzą, sponiewierają. Więc front gruziński wystawiony przeciwko abchaskim wojskom jednolity nie był. Nie było w nim współpracy, jednolitej taktyki, skutecznych operacji.

Ostatnim dużym miastem przed terenami, na których toczyły się walki, była Oczamczyra. Szukaliśmy z Wojtkiem Jagielskim sztabu Gamsachurdii, który powinien się tu znajdować. I był. Wtedy spotkałem byłego prezydenta po raz drugi. Stał pochylony nad mapą. Otoczony brodatymi sztabowcami. W wojskowym kamuflującym mundurze, spod którego wystawała pasiasta podkoszulka. Kultowa biało-niebieska koszulka rosyjskiego desantnika. Już nie ignorował dziennikarzy. Roztoczył przed nami scenariusze wojny z Abchazją. Ich perspektywy i możliwości. Nie gdybał. Planował. Miał swoją, trochę kulawą, ale zawsze jednak własną armię. Wyłuszczał plany kontrofensywy, która rozbije w puch wraże formacje zbrojne. A Gruzinom pozwoli pozostać w krainie winoroślami i mandarynkami płynącej. Z której on, Megrel, pochodził. W której jego ród od pokoleń mieszkał. Która od wieków do Gruzji przynależała, przekonywał. Na pożegnanie dał nam swoje autografy na kawałkach papieru. Glejt dla nas, wojennych dziennikarzy. Że się zgadza. Akceptuje. Pozwala nam pisać i fotografować. Bo mamy jego osobiste poparcie i zaufanie.

Kiedy podszedłem do czołgistów stojących nad powalonym Anglikiem, natychmiast mnie z nim skojarzyli. Nietrudno im było kojarzyć, bo tak jak on miałem aparaty fotograficzne. Więc fanga. Byłem na to przygotowany. Więc moja wysoka garda. A im głupio, bo z olimpijskim spokojem paruję cios i mimo że mogę kontrować byle jakim szczurzym prostym – tamten jest odsłonięty – opuszczam pięści. Ignoruję napastnika. Nic mnie niby nie obchodzi, ale jednak zaczynam się bujać. Z prawej nogi na lewą przenoszę ciężar ciała i odwrotnie. To bujanie jest poza mną. Siedzi w mojej krwi. Podobno zmienia się wtedy kolor moich oczu. Z błękitnych robią się stalowe. Pełne nienawiści. Zimne. Takie bujanie w moim ukochanym mieście jest szanowane. Budzi respekt. Bo jak się ktoś w moim mieście tak rozbuja, nic dobrego dla osoby obserwującej z tego nie wyniknie.

Wiedziałem, że jeśli trafię go krótkim prostym, to go upokorzę. A jak go upokorzę, upokorzę też całą załogę spierdalającego czołgu wraz z tymi, którzy czmychają na jego pace. Gdy wyprowadzę krótkiego prostego, w walce na pięści bardzo skutecznego. I trafię tam, gdzie chcę. To chrząstka z haczykowatego, ciemnego gruzińskiego nosa podlegnie kinetyce mojej pięści. Zwinie się i skurczy. Stłamsi i wbije w jego twarz, czaszkę, może nawet w mózg. Tam wybuchnie wielkim bólem. Uczyłem się tego na sportach walki podczas studiów na warszawskim AWF-ie. A tamten nawet nie krzyknie. Bo przestanie działać część jego mózgu odpowiedzialna za mowę.

Miałem nad nim przewagę taktyczną, którą mógłbym wykorzystać. O fizycznej nie było mowy. Masę ciała miał z półtora raza większą niż ja. Do tego mundur, hełm, kamizelka kuloodporna. A ja chudzina, chuderlak. Wysoki, ale szczupły. Przez szesnaście lat uprawiania sportu wyczynowego wyżyłowany. Mam jednak wunderwaffe. Najprostszą, jaką człowiek dysponuje od urodzenia. Siłę kinetyczną moich pięści. Ale teraz je opuszczam. Więc ten z niedowierzaniem, lękiem, a może i wstydem – więcej nie próbuje. Bierze mnie do niewoli jak sponiewieranego wcześniej Anglika. Odbiera mi torbę ze sprzętem, która jak poprzednia, niesiona wieloma rękami, ląduje we włazie kierowcy czołgu. Popychają, wpychają, podnoszą nas na pakę. Na pancerz – i w drogę.

Normalnie, gdybym uciekał przed Abchazami, byłbym zadowolony. Szczęśliwy wręcz. Darmowa podwózka, wywózka, ewakuacja. Ale oni zaczynają gadać między sobą, że jesteśmy rosyjskimi szpiegami. Brednie. Jak Anglik może być rosyjskim szpiegiem? Tym bardziej Polak. Żenada. Ale oni dalej, że egzekucja szpiegów! I coraz bardziej na poważnie! Z początku to olewałem, ale im głębiej jesteśmy w Gruzji, im dalej od frontu, im oni czują się bezpieczniejsi, tym dla mnie i Anglika niebezpieczniej.

Kim mogą być? Którą z gruzińskich armii? Mundury mają podobne. Jak wyskoczę z akredytacją podpisaną osobiście przez byłego prezydenta Gamsachurdię, to armia Szewardnadzego na pewno nas zabije. Jeśli jest odwrotnie, a ja pokażę akredytację od Szewardnadzego, to też kaput. Dobrego wyjścia nie ma. Trzeba czekać. Jechać na pace czołgu i czekać.

Dowódca tkwiący we włazie wieżyczki obraca się do mnie i po rosyjsku zagaja. Kto był największym polskim wieszczem? Skoro ty Polak, to wiesz. I patrzy na mnie, a ja myślę. Myślę Mickiewicz, ale milczę. A jeśli to liberał albo co gorzej – konserwa? Może lepiej powiedzieć Słowacki? A jeśli lewak, to może Miłosz? Mówię: „Mickiewicz”, i obserwuję reakcję. Jak nie zdam sprawdzonka, to Anglik i ja mamy przejebane. I życie, i – ewentualnie – nieżycie. Ale dowódca już pęka. Chyba się przekonał, żem Polak z Polski. Bo on w cywilu jest wykładowcą literatury. Więc gadamy. Czekam, aż mu się wymsknie to, na co czekam. „Szewardnadze to faszysta”, mówi. A ja wiem, który papier mam wyciągnąć. Ten z autografem Gamsachurdii. A ten od Szewardnadzego skitrać jak najgłębiej. Więc sięgając do kieszeni, czuję już nad nimi przewagę. Przewagę, bo ich ukochany prezydent osobiście podpisał mi się na skrawku ostemplowanego papieru. Świstku skromnym, ale ratującym życie. O wadze podwójnego życia.

Czując przewagę, robię się spokojniejszy. Bardziej bystry. Mózg uwolniony od obawy zaczyna kombinować: jak wykorzystać tę przewagę? Może poproszę, żeby odwieźli nas tam, skąd nas zabrali? Leniwym ruchem wyciągam świstek. Ale nie mówię: „Macie przechlapane”. Ani: „Mój przyjaciel prezydent dobierze wam się do dupy”. Ani: „Zdrajcy. Tchórze. Powiem mu, jak szybko zwiewa jego armia”. Nie mówię nic. Nie prowokuję, nie zaogniam, znów odpuszczam. Nie eskaluję konfliktu niczym, co w ramach retorsji za sponiewieranie nas przychodzi mi do głowy. Precyzyjniej oceniam sytuację. A on czyta. Czyta i wciąż nie wierzy. Jest nauczycielem literatury, więc czytać na pewno potrafi. Obraca świstek. Dalej nie wierzy, że trzyma w ręku oryginalny autograf ukochanego prezydenta, syna ukochanego wieszcza. Tak czy inaczej: Gamsachurdii.

Szczeknięcie dowódcy w głąb włazu powoduje gwałtowne hamowanie czołgu. Ten, który przed chwilą chciał odebrać mi zegarek, twierdząc, że nie będzie mi już potrzebny, głupio się uśmiecha. Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Przepraszają i tłumaczą, że nie wiedzieli. Z paki zganiają, torby ze sprzętem oddają. Ale Anglikowi rachunek aparatów się nie zgadza. Były trzy, są dwa. Więc krzyczę do dowódcy, a on krzyczy w głąb czołgu. I oto z włazu wyłania się ręka z trzecim aparatem. Bo Anglik, tłumaczy kierowca, ma aż trzy, a on nie ma żadnego. A tak samo jak my jest pasjonatem fotografii. Ruszają z piskiem gąsienic rwących asfalt. Dowódca macha na pożegnanie. Ten, który chciał mój zegarek, nie macha. Chyba mu się spodobał.

Wracamy z Anglikiem tam, skąd nas porwali. Może nie aż tam, bo podnajęty przez Anglika samochód zdążył się już przesunąć. A przez chwilę naszej nieobecności przesunął się także front. Wszystko płynie, zmienia się, przekształca i bądź tu człowieku czegoś pewnym. Pod prąd uchodźców dojeżdżamy do mostu na rzece Inguri.

Przed mostem tłum uchodźców, a za rzeką abchaskie czołgi kręcą piruety. Taniec zwycięstwa. Kolejny i kolejny transporter, czołg podjeżdża do mostu i na jednej gąsienicy kręci się w kółko. Na oczach tych przed chwilą przepędzonych, sponiewieranych, przegnanych ze swoich domów. Którzy ze strachem, z szarymi twarzami przyglądają się temu wojennemu teatrowi. Teatrowi przesądzającemu o przyszłości ich życia, niegruzińskości tych ziem. Niemi stoją i patrzą. A ci triumfują. Bo rozbili dwie armie. Tę od Gamsachurdii i tę od Szewardnadzego. Wspomagani co prawda przez Czeczenów i Rosjan, ale jednak. Bezsprzecznie. Więc prężą muskuły. Puszą się i tańczą taniec zwycięstwa. Przed bezradnym tłumem uchodźców, który stoi i patrzy. I myśli, choć może jeszcze nie, bo tkwi w głębokim szoku. Tam za rzeką, za mostem są ich domy, pola, gaje drzew mandarynkowych i krzewów winorośli. Co z tym wszystkim będzie? I jak przyjdzie im żyć bez domów, bez gajów? W wolnej Gruzji, ale bez domu?

My z Anglikiem jesteśmy tu obcy. Może swoi, ale obcy, więc myślimy inaczej. Zawieszamy na kiju białą szmatę i idziemy na most. Na drugą stronę rzeki. Żądni niusa. Chciwi pierwszych zdjęć nowo powstającego kraju. Potem przez mało kogo uznanego, ale kraju. Na nasz widok lokalersi pukają się w głowę. „Wariaci”, mówią. Ale z zaciekawieniem obserwują nasz marsz przez długi most. Nasz chód trochę na wyrost, może trochę bojaźliwy, ale służbowy i wytrwały. Podparty aparatami dyndającymi na piersi. Popychany chęcią dokumentowania.

„Stój, bo strzelam!” Po drugiej stronie rzeki zatrzymuje nas krzyk. Ale kto i skąd krzyczy, nie widać. Nie wiem nawet, skąd padła komenda. Gdybym wiedział, tobym się odwrócił, zagaił, rozpoczął konwersację. Więc tylko w pustą przestrzeń przede mną w miarę płynnym rosyjskim, na tyle, na ile pozwala mi piątka na maturze, krzyczę: „Swoi”. Może trochę ich to zdziwiło, ale zadziałało. Zza krzaka, z trawy podnoszą się żołnierze z bronią precyzyjnie w nas wycelowaną. Niespecjalnie napięci, nie pod ciśnieniem. Przeciwnie, rozluźnieni, można rzec: odbezpieczeni. Nie kazali nam położyć się twarzą do ziemi. Nie kazali założyć rąk na kark. A mogli. Więc oceniam, że są przyjaźnie nastawieni. Może nie tak bardzo przyjaźnie, żeby opuścić lufy karabinów, ale na tyle, by podjąć ze mną dialog, już tak. A jak człowiek rozmawia z człowiekiem, wszystko jedno jakiej narodowości, koloru skóry, typu broni, którą posiada, to już dobrze. Można pertraktować, tłumaczyć, przekonywać do swojej racji. Więc przekonuję ich do swojej racji. Że mają nas wpuścić. Na terytorium właśnie zdobyte, wygrane. I że tylko oni, nikt inny, może to zrobić. Ta decyzja ma ich wyróżnić i wywyższyć.

Zdębieli. Co robić? W końcu innostrańcy. Nie-Gruzini. Więc służbowo do kapitana. Pojawia się starszy rangą. Starszyna, jak tu się mówi. Ale nie dość stary, więc po nim jeszcze starszy. Ten ostatni ze mną i Anglikiem niemalże już zafrendlowany, w dobrej komitywie. Mówi, że on by chciał, naprawdę, szczerze, od serca, ale jeszcze nie może. Nie może nas wpuścić do kraju, który właśnie powstał, z banalnej i prozaicznej, ale decydującej przyczyny. Nie ma pieczątki, którą podbiłby nam paszporty! A bez pieczątki nie uchodzi mu nikogo witać, przyjmować, gościć. Ale kiedy tylko przybędą pieczątki, on z wielką frajdą, z prawdziwą przyjemnością, na całą szerokość swoich szeroko otwartych ramion przywita nas i ugości. Lecz niestety potem. Jeszcze nie teraz. Może za chwilę. Więc da swidania. Uwidimsja.

Poszliśmy z Anglikiem z powrotem przez długi most. Ku wpatrzonym w nas – oraz w zostawioną za rzeką ojcowiznę – szarym twarzom.

Trzy dni wcześniej pojechaliśmy z Wojtkiem Jagielskim na front gruzińsko-abchaski. Tam gdzie teraz są Abchazowie. Zobaczyć, jak wygląda sytuacja. Już wtedy na moście, za rzeką i przed nią tłoczyli się uchodźcy. Setki ludzi uciekających w sposób w najwyższym stopniu improwizowany. Potężny traktor ciągnął na metalowej linie cztery różnokolorowe łady, żiguli, gazy. Popsute lub – co bardziej prawdopodobne – brakowało im benzyny. Przejeżdżały motocykle z wyładowanymi bocznymi koszami i bez nich. Zaprzęgi wołów siłowały się z dobytkiem całego życia ich gospodarzy. Taczki, taczanki i ręce tych, którzy uciekali na piechotę, uginały się pod ciężarem tobołków. Byle dalej od frontu. Dalej od zagrożenia. Od śmierci. Chaos!

Długi gwizd pocisku, detonacja. Potem druga, trzecia, czwarta. Jedziemy w kierunku ostrzału. Aż w końcu najęty przez nas kierowca odmawia dalszej jazdy. Wysadza nas na drodze i spierdala jak inni. Więc dalej musimy na piechotę.

W miejscu ostrzału gęsty czarny dym. Płoną zabudowania gospodarstwa. Ktoś ratuje z płomieni krowę, ktoś inny świnię, telewizor, dokumenty, pamiątki... Optymiści wiadrami wody próbują ogarnąć nieogarniony pożar. Trzask płomieni, krzyki, swąd. W szkolnej świetlicy na noszach leżą zwłoki dwóch kobiet. Obie ubrane na czarno, w domowych fartuchach. Jedna w butach, druga bez. Poszatkowane odłamkami.

Stacja kolejowa. To ona była celem ataku rakietowego. Stoi na stacji... kilka wagonów. Osobowe już pozajmowane. Przerażeni pasażerowie wyglądają przez otwarte okna, szlochają, modlą się. Do towarowych ciągle trwa załadunek. Jeszcze z rąk do rąk podawane są klatki z kurami, skrzynie, kartony, walizki. Byle szybko, byle zdążyć przed ponownym atakiem. Ratować się, uciekać. Szkopuł w tym, że lokomotywy nie ma. Nie stoi, nie sapie. Miała być, ale nie ma. Nikt nie wie dlaczego. Nikt nie wie, kiedy będzie. Czy będzie. Za to nowy ostrzał pewnie będzie. Więc pat. Co robić? Zostać w pociągu? Ewakuować się z niego? A co dalej? Jaką formę ma przyjąć odwrót? Jakimi środkami ma przebiegać? Więc czekają. Nerwowo palą, wystają, rozłażą się i złażą, wyglądają. A upragnionej lokomotywy, stalowego wybawienia, wciąż nie ma.

Nie czekamy na lokomocyjny finał. Wracamy na piechotę. Za rzekę, przez most. Potem samochodem do Poti. Front coraz bardziej się zbliża, przybliża, nadchodzi, ale do tego miasta jeszcze ma spory kawałek. A tam rozprężenie dwóch gruzińskich armii. Skoncentrowanych w parku nieopodal siedziby władz miasta. Skoncentrowanych, choć właściwie zdekoncentrowanych. Podzielonych niewidoczną w trawie granicą na dwa – w tej chwili może nie wrogie, ale na pewno nie sprzyjające sobie – obozy. W cieniu palm z jednej strony parku na rozkazy oczekiwała armia prezydenta Eduarda Szewardnadzego. Z drugiej strony – armia byłego prezydenta Zwiada Gamsachurdii. Leżą, siedzą, jedzą, szlugi palą, czyszczą broń. Rozmawiają, dyskutują, przewidują najbliższą przyszłość, nic nie robią.

Przed zamkniętym, na czerwono pomalowanym kioskiem, w którym normalnie turystom i autochtonom serwowano by lemoniadę, schłodzony sok z wyciskanych mandarynek czy lody, widzę przedziwną trójkę. Żołnierz przykucnięty, może zmęczony, wyciąga dłoń i podaje siedmioletniej na oko dziewczynce zielony granat. Dziecko, uśmiechnięte, radosne, wyciąga swoją małą dłoń po zieloną limonkę, jak nazywają tu tę broń przeciwpiechotną. Między nimi chyba dziadek dziewczynki. Starszy gość z siwymi wąsami i przylizaną czupryną, wsparty na dwóch kulach. Tak jak dziewczynka uśmiecha się od ucha do ucha. Scena niczym ze świąt, kiedy bliscy obdarowują się prezentami. Tyle że prezent dla dziewczynki, celnie rzucony, kilka istnień może pozbawić życia, a kilka innych okaleczyć.

Idziemy ku wybrzeżu, plaży, morzu. A tam, pomiędzy krępymi iglakami i wzniosłymi palmami, opalają się wojskowe sprzęty ciężkiego kalibru i najróżniejszego typu. Twarzami luf wszystkie skierowane ku granatowemu morzu. One jeszcze je obserwują wszystkimi swoimi czujkami, ale ci, którzy ich dosiadają, już nie. Działka wielolufowe i wielokalibrowe, armaty, czołgi i transportery jeszcze czekają na desant morski, uzbrojone i w pełnej gotowości. Lecz ci, którzy je obsługują, z ruchów na froncie oraz wiadomości już wiedzą, że wróg nie nadciągnie od morza. Ale nadciągnie. Więc nie wiadomo, po co tu sterczą? Dlaczego na plaży marnuje się ich śmiercionośny potencjał? Może wykorzystany gdzie indziej, mógłby spowolnić, powstrzymać napastnika? Ale żadne rozkazy nie przychodzą. Więc obrońców nic nie rusza. Zalegają w cieniu palm. Ich twarze są znudzone, pogodzone. Żeby zabić czas, palą ognisko z drewnianych skrzynek po amunicji. Sądząc po stercie metalowych zawiasów, których ogień nie wytapia, ich letarg trwa już długo. Kąpiel, szaszłyk, drzemka – i z powrotem. Zabijają nudę.

Zatykam palcami uszy. Czasoprzestrzeń rotuje, tak jak rotują wirniki śmigłowca. Śrubki w moim aparacie też rotują. Helikopter to prezent. Instrument od nowego prezydenta Eduarda Szewardnadzego. Dla zagranicznych żurnalistów i fotoreporterów. Żebyśmy zobaczyli, sfotografowali, opowiedzieli. Dalej przekazali. Że źle się dzieje w państwie duńskim. Tylko że w tej grze nie o Danię chodzi, lecz o Gruzję. Wtykam palce głęboko w uszy. Zamykam oczy. Dudni, wytrząsa, ale jest przyjemnie. Się dzieje. Przed chwilą oderwaliśmy się od płyty rządowego aeroportu. Helikopter wypluje nas na jakimś polno-polowym lądowisku. U podnóża gór wysokiego Kaukazu. Plan jest prosty. W przepięknych okolicznościach przyrody mamy sfotografować rozgrywającą się tragedię. Zobaczyć, jak naród gruziński cierpi. Wrócić do Tbilisi. I jak na tacy podać światu niusa. Historię. Ludzką osobistą tragedię. Żeby ów świat przejąć. Zainteresować. Wzruszyć. Wrogo nastawić do wrogów państwa duńskiego. Czy tego chcemy, czy nie.

Spoglądam w dół przez helikopterowy bulaj. Widzę, jak strumyk, momentami potok, ciurka pod górę. Wbrew prawom fizyki. Na przekór. Strumień żywych jeszcze istot wolno, lecz nieustannie zmierza pod górę.

Na lądowisku odrywam się od blachy helikoptera ze starodawnym napisem „CCCP”. W tle widzę wyniosłe pasmo górskie. Bliżej mniej wyniosłych wojskowych i cywili. Jednych z bronią, drugich z dziećmi na ramionach. Biegną, przepychają się. Do maszyny, która nas tu przeniosła. Jak do mety, kto pierwszy. Nie kto ważniejszy, bardziej potrzebujący. Ale kto będzie mógł ewakuować się ekskluzywnie. Uciec wygodnie. Przestrzenią powietrzną na skróty. A nie powolnie i męcząco, w ciurkającym pod górę strumieniu.

Idziemy. Szybko, bo musimy wrócić, zanim helikopter ponownie przyleci. Z lekkim plecakiem i trochę cięższą torbą fotograficzną. Poszedłem drogą tych, którzy nie mogli liczyć na podwózkę darmowym prezydenckim helikopterem. Czasu mam mało. Dlatego spiesząc się. Precyzyjnie, po żołniersku naświetlam negatywy i rejestruję. Górski dukt zapchany ludźmi. Pieszo, na traktorach, na kamazach. Na pakach oblepionych niczym winogronami. Z dobytkiem na koniach, osłach, wołach. Uchodzą. Mozolnie pną się pod górę. Ja działam szybciej. W milczącym skupieniu. Mój cel: sfotografować jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Jak najwięcej dramatu, tragedii – i powrót.

Czas minął, więc zaczynam schodzić. A tu widzę: żołnierze. Ci sami, którzy pomagali mi wyjść z helikoptera. Jeszcze przed paroma godzinami ochraniali lądowisko, teraz wspinają się pod górę. W rozsypce, ale z bronią gotową do strzału. Odwracają głowy, rozglądają się. Coś im nie daje spokoju. Mnie też coś nie daje spokoju. Dlaczego nie czekali na nas na miejscu? Wyszli po nas tak daleko? Przecież zaraz odlatujemy. Wszystko zrobione. Obfotografowane. Może nie wszystko, lecz na pewno to, co było potrzebne.

I wtedy krótka informacja. Jak strzał między oczy. Lądowisko zostało zajęte przez Abchazów, a ja i oni mamy uciekać przez Kaukaz. Iść, piąć się, ciurkać pod górę. Nie będzie wygodnego powrotu podniebną taksówką! Nie będzie szybko, łatwo i przyjemnie! Cholera! Ja pierdolę! Rozejrzałem się wokół. Same kilkutysięczniki. Nienawidzę gór od dziecka. Dla mnie ci, którzy wspinają się pod górę, kiepsko pływają. Boją się wody i uciekają przed nią byle dalej. Byle pod górę. Ja wody się nie boję. Wodę kocham w każdej formie. Tej płaskiej i tej rozfalowanej. Nieograniczonej horyzontem i ograniczonej ludzką skłonnością do geometrii. Czułem się podle. Czułem się oszukany. Zacząłem się bujać. Bo kto, do diabła, Abchazom pozwolił! Dopuścił ich na poletko, skąd miałem z małą co prawda, ale zawsze tragedią odlecieć do Tbilisi. Do hotelu, gorącej wanny, sznycla, gołąbka i drinka. W czym im przeszkadzałem? A teraz rozglądam się jak pijane dziecko we mgle. I mocniej od strachu przeżywam gniew. Jestem po prostu wkurzony. Wszędzie dookoła ośnieżone szczyty, a pod nimi ja.

Innego wyjścia nie widać. Więc targam plecak, torbę fotograficzną i płynę. Przezorny zawsze ubezpieczony. Hasło jest z kampanii reklamowej jakiejś naciągającej prostego człowieka firmy ubezpieczeniowej, ale sprawdza się. Moje ubezpieczenie stanowią lekki plecak, torba suszonych, kalorycznych owoców i puchowy śpiwór wytrzymujący temperatury grubo poniżej zera. Wiedziony chyba zwierzęcym instynktem, spakowałem go do pustego plecaka, resztę rzeczy zostawiając w hotelu. A teraz płynę z nim ludzkim strumieniem pod górę. Płynę strumieniem, do którego przed chwilą, jak sądziłem, wszedłem tylko na moment. Wolno cedząc każdy krok. Cedząc każdy wysiłek. Drapię się pod górę. Mam dużo łatwiej niż inni. Bo nie mam garbu. Zbędnego bagażu, który oni jeszcze mają. Ale im dalej pod górę, tym wszystkiego mają mniej. Mniej tlenu. Mniej sił. Mniej bagażu. Pozbywają się rzeczy, które gdy byli niżej, wydawały im się niepozbywalne. Dziedzictwa.

Polna górska droga. Nocą twarda, skuta. W dzień rozmarznięta, miękka, zabłocona. Zapadł się w niej koń niosący toboły. Opiera się brzuchem o podłoże. Trzeba go rozjuczyć, zdjąć misternie zapakowany na jego grzbiet dorobek życia. Części życia się pozbyć. Nie przychodzi im to łatwo. Przychodzi z trudem. Ale innego wyjścia nie ma. Bo nie dojdą do przełęczy. Nie dotrą tam, dokąd wszyscy tutaj dążą, i nie przeżyją.

O zmroku robię posłanie. Kilkanaście oberwanych iglastych gałęzi kładę na zamarzającej ziemi. Na nich mojego zbawcę. Śpiwór. Wysokogórski, nieprzemakalny, dużo ciepła oddający. Niech ich szlag trafi. Miało być pięknie i jest pięknie. Ścigające nas czerwone smugowe pociski penetrują niebo nade mną. Widząc je, mocno zaciskam powieki i jak przy spadających gwiazdach wypowiadam w myślach życzenie. Czuję się samotny. Jak palec. Mały wobec szczytów, które muszę pokonać. Mały tak po prostu i w ogóle.

Przed świtem budzi mnie zapach czaju. Sąsiedni wojenni rozbitkowie rozpalili ognisko. Przysiadam się do nich. Bez zbędnych słów, bez dzień dobry, hałarju i tak dalej, podają mi metalowy kubek mocnego wywaru. Wracam myślami do wczorajszego dnia. Z tropiciela zwierzyny stałem się tropionym. Jestem tu na tych samych prawach co oni. Z nimi uciekam, ewakuuję się. Tyle że ich rolą jest przejść. A moją i sfotografować, i przejść. Więc gdy ruszam, to wchodzę, to podchodzę, zawracam, kadruję. Wszyscy gramolimy się byle pod górę, ale na drodze ucieczki pokonuję trzy razy dłuższą trasę niż oni. Bo zaciekawia mnie fotograficznie to, zauważam tamto. Na przykład dlaczego dzieci niosą broń? Karabin, strzelbę, granatnik. A dorośli nie?

Dziewczynka ma z dziesięć lat. Może odrobinę mniej. Zaciekawiona moim podniesionym do oka aparatem, odwraca się, patrzy. Ale ja jestem bardziej zdziwiony. Targa na ramieniu kałacha tylko odrobinę mniejszego od siebie. Przed nią idzie chyba jej ojciec. Z wypłowiałym, płóciennym plecakiem, takim na ryby, wycieczkę, biwak. Z zakrwawioną torbą, w której niesie surowe mięso. Pożywienie, o którym ja zapomniałem. Ale on nie. Dziewczynka jest cała w czerwieni. W czerwonej, chyba ciepłej, kurtce, w takich samych spodniach, sprawdzających się najlepiej w górach. Blond kucyk włosów wymyka się spod szala, którym osłonięto jej głowę. Mogłaby być na górskim pikniku, gdyby nie broń. Nie tornister z piórnikiem i czytanką, lecz kałach. Odprowadzam ją wzrokiem. Dzielnie wspina się za ojcem. Za płóciennym plecakiem, w którym nie wiem, co jest. Za plastikową torbą pełną mięsa. Upieczone nad ogniskiem, da jej siłę. Widzę to. To, czego nie można zobaczyć na żadnym zdjęciu. Jej miłość i absolutne zaufanie do taty. Jego miłość to jej szansa, by przeżyć. Jedyna. Ona wie o tym. Odprowadza mnie wzrokiem. Chciałbym, żeby im się powiodło.

Przy byle postoju, chwili wypoczynku, strzeleckie treningi. Ojcowie ćwiczą dzieci w obsłudze maszynek do zabijania. Więc kursy trzymania, odbezpieczania, celowania, naciskania. Teraz rozumiem. Rodzice niosą dobytek, a dzieci mają ich ochraniać. Mają się rozglądać, czy nic ich rodzinie nie grozi, czy nikt ich nie osacza.

Wyprzedzam oddział żołnierzy. Niosą na zbitych z gałęzi noszach rannego. Co jakiś czas się zmieniają. Ranny przyjaciel kosztuje ich dużo wysiłku, a wokół jeszcze iglasty las. Do przełęczy i szczytów gór daleko.

Wieczorem postój. Igliwie, dołek, śpiwór. Nie tylko ja obrabiam choinki, więc drzewa obszarpane z gałęzi. Wszędzie płoną ogniska. Wchodzę ubrany do śpiwora i tracę przytomność. Zapadam się w sobie. Przyjemnie. Ciepło. Trochę głodno, ale naprawdę ciepło. A nocą na zewnątrz śpiwora kilka stopni mrozu.

Najbardziej zdradliwe były poranki, kiedy temperatura spadała grubo poniżej zera. Wtedy osłabione, wymęczone wspinaczką organizmy poddawały się. Umierały, gdy trzeba było wstawać. Nie rozprostowywały już kości po niewygodnym leśno-górskim śnie. Nie rozpoczynały swej codziennej aktywności. Odpływały. To musiała być chyba piękna śmierć. Choć nie wiem, bo nie umarłem. Ja wstawałem. I ogarniałem wzrokiem tych, którzy nie wstali. Następnie ogarniałem ich obiektywem. Bliscy, którzy towarzyszyli im w ostatniej drodze pod górę, przykrywali im twarze. Kładli przy zmarłych najbardziej eleganckie, czyste, zaprasowane jeszcze tam, w domu, ubrania. Suknie, koszule, buty. I szli dalej. Zostawiając ich niepogrzebanych, bo nikt nie tracił energii na grzebanie. Potrzebowali jej do przeżycia.

Trzeciego dnia marszu skończyły się drzewa. Byliśmy chyba trzy tysiące metrów z hakiem ponad Morzem Czarnym. Strumień uchodźców płynął pod górę jednostajnym nurtem, chociaż coraz chudszy, węższy. Ja też nie miałem siły iść dalej. Posuwałem się zrywami, już nie podbiegając i nie zbiegając. Musiałem zwrócić dług tlenowy, jaki miałem wobec swojego organizmu. Ktoś powie: ale cienias. Tylko trzy tysiące metrów, trzeci dzień, a on pęka. Niech ten ktoś spieprza. Niechby ten ktoś tu był i fotografował. Nie trafiłem w góry Kaukazu, żeby coś sobie czy mojemu organizmowi udowodnić. Nie przyjechałem dla przyjemności. Zjawiłem się na chwilę i zostałem przez przypadek. Ale skoro już tu byłem, chciałem jak najlepiej wykonać swoją robotę.

Wysoko bacówka. Kurna chata z ogniskiem pośrodku i dziurą w dachu, przez którą wylatuje dym. W środku same kobiety, dzieci i ja. One siedzą, ja stoję. Przed chwilą tu wszedłem. Kobiety wyglądają jak zwinięte w kłębek strzępy. Zaropiałe, z liszajami na twarzach, z załzawionymi i opuchniętymi oczami. Dzieci są w lepszym stanie. Bezsilność nie mogła dopaść ich w jeden wieczór. Siedzą tu od dawna. Sklinczowane. Zszachmatowane. Przerażone i w przerażeniu osamotnione. Mężczyzn nie ma, poszli dalej albo ich nie było. Dzieci pewnie też chciałyby dalej, ale udziela im się przerażenie. Skłębione jak matki, patrzą na mnie dzikimi oczyma zwierząt. Dokumentuję, więcej nic nie mogę zrobić. Wychodzę śmierdzący dymem i znów idę pod górę.

Już tylko trawa, szczyt przełęczy blisko. Mijam coraz więcej ciał, ale nie one absorbują moją uwagę. Skupiam się na albumach fotograficznych, które porzucone leżą przy ścieżce. Ich rozłożone lub nie stronice zapraszają mnie do obejrzenia. Więc przysiadam, biorę je w ręce i pochłaniam historię innych ludzi opowiadaną przez obrazki. Albumy ze zdjęciami były ostatnimi atrybutami przeszłego życia, które uchodźcy porzucali. Tuż przed przełęczą. Zmaltretowani, wycieńczeni, niepewni. Nie mieli już sił, by choćby tylko je wnieść, przenieść, uratować. Więc zostawiali. Najcenniejsze, długo targane pod górę. Świadectwa. Znaki pamięci. Zatrzymując się na odpoczynek, przeglądałem je. Czytałem i rozumiałem. Bratałem się i solidaryzowałem. Ale sił też nie miałem. Ani odwagi, by je stamtąd zabrać. Były jak ciała, które mijałem.

Wreszcie szczyt, przełęcz. Dalej łatwiej, bo już z górki. Więc jak oni, uchodźcy, marszobiegiem w dół. Tylko że oni do rodziny, do Gruzji, a ja do hotelu. Dla nich to tragedia, którą opowiedzą bliskim. Dla mnie przygoda. Podczas pracy, ale przygoda.

U podnóża gór, tam gdzie Gruzin Gruzinowi Gruzinem, jest pomoc. Cerkiew i ludzie. W wielkich cynowych garach gotują mleko. Każdy dostaje talerz, garnek, kubek gorącej strawy. Piję, łykam, poję się zachłannie. Ale mój wyniszczony organizm przyjmuje gorącą strawę z pogardą. Lekceważy ją, a nawet wypiera. Więc obok cerkwi, przy górskim potoku, najpierw wyrzucam z siebie to, co przed chwilą zjadłem, a potem oczyszczam się lodowatą, na wskroś przenikającą mnie wodą. Ukryty za kamieniami. Zawstydzony. Pełen pokory, czyszczę ciało i duszę.

Gruzjo, passo.

CZOŁGI U PŁOTU

Czeczenia

Dostępne w wersji pełnej

MUKA, MÓWIĄ GŁODNI

Kongo

Dostępne w wersji pełnej

MOJA PIERWSZA ŚMIERĆ

Rumunia

Dostępne w wersji pełnej

KREW, KTÓRĄ PLUJĘ, MA SMAK WYPALONEGO PROCHU

Górny Karabach

Dostępne w wersji pełnej

KOSZULA W CZARNO-BIAŁĄ KRATĘ

RPA

Dostępne w wersji pełnej

BYLE NIE CZUĆ ZAPACHU CZŁOWIEKA

Afganistan

Dostępne w wersji pełnej

PROFESOROWIE OD TEORII CHAOSU

Burundi, Rwanda

Dostępne w wersji pełnej

A ONI BUJAJĄ SIĘ ZE MNĄ

Warszawa-Mokotów

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

WOJNA NA KILOMETRZE KWADRATOWYM Gruzja

CZOŁGI U PŁOTU Czeczenia

MUKA, MÓWIĄ GŁODNI Kongo

MOJA PIERWSZA ŚMIERĆ Rumunia

KREW, KTÓRĄ PLUJĘ, MA SMAK WYPALONEGO PROCHU Górny Karabach

KOSZULA W CZARNO-BIAŁĄ KRATĘ RPA

BYLE NIE CZUĆ ZAPACHU CZŁOWIEKA Afganistan

PROFESOROWIE OD TEORII CHAOSU Burundi, Rwanda

A ONI BUJAJĄ SIĘ ZE MNĄ Warszawa-Mokotów

Karta redakcyjna

Projekt okładki

Katarzyna Ewa Legendź

Fotografia na pierwszej stronie okładki i zdjęcia wewnątrz książki

Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Opieka redakcyjna

Damian Strączek

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Aurelia Hołubowska

Copyright © by Krzysztof Miller, 2013

ISBN 978-83-240-2061-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

13 wojen i jedna 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI