Wylęgarnia. (#1). Śmierć zrodzona w Pradze

Wylęgarnia. (#1). Śmierć zrodzona w Pradze

Autorzy: Žamboch Miroslav

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 472

Cena książki papierowej: 33.90 zł

cena od: 22.92 zł

Kim ty w ogóle jesteś? Pieprzony Bond w spódnicy?

Marika Zahaňská to młoda, wysportowana i niezwykle seksowna kobieta.

Pracuje jako asystentka w wyższej szkole i - nie licząc problemów uczuciowych czy pojawiającego się czasami debetu na koncie - prowadzi stosunkowo spokojne życie.

Do czasu.

W ciemnej uliczce gdzieś za Książęcą w Pradze natknie się na uzbrojonego bandytę i młodego człowieka, który pomoże jej wydostać się z tarapatów. W ciągu zaledwie kilku godzin wplącze się w niebezpieczną grę, którą prowadzą między sobą wywiad amerykański, poszukujący walizek nuklearnych i czesko-rosyjska mafia atakowana przez tajemniczych najemników.

Wyjaśnienie zagadki, śmierć albo życie, znajduje się właśnie w Pradze.

 

Spis treści

Karta tytułowa

Księga pierwsza. OVUM Kobieta w ciemnościach

Egzotyczna noc

Pozdrowienia z drugiej strony

Ciuchy, szminki i spluwa

Koniec starych czasów Nowaka Barbarossy

Poranna idylla

Rachunek za telefon

Kapitan Krčmář opuszczony

Łzy, strach i stanowczość

Nowak Barbarossa, myśliwy i ofiara

W oku cyklonu

Arnošt Křehůlek na czatach

Interview z Gubkinem

Arnošt Křehůlek i jego wybory

Anioły i demony

Arnošt Křehůlek znowu wybiera

Kapitan Krčmář inkasuje

Barbarossa i Filip po drugiej stronie Styksu

Arnošt Křehůlek na tropie

Księga druga. PUPA Popołudnie pełne liczb

Kapitan Krčmář wraca do domu

Kuszenie i igraszki z kurierem

Nocne rendez-vous

Zabawa w kotka i myszkę

Kapitan Krčmář łapie drugi oddech

Kiepski dzień

Kapitan Krčmář na tropie

Pożegnanie Nowaka Barbarossy

Podręczna artyleria i nowoczesne zabawki

Barbarossa, Filip, Kas i ostatnia masakra wielkiego chana

Kapitan Krčmář na dyskotece

Wypowiedzenie

Kapitan Krčmář i trzykrotnie martwy mężczyzna

Pierwsze straty

Kapitan Krčmář się godzi

Poranek pełen liczb

Kapitan Krčmář przechodzi na drugą stronę

Solówka na śrubokręcie

Kapitan Krčmář czyta

Karta redakcyjna

Okładka

Marika Zahaňská to młoda, wysportowana kobieta. Pracuje jako asystentka w szkole wyższej i – nie licząc problemów uczuciowych czy pojawiającego się czasami debetu na koncie – prowadzi stosunkowo nudne i spokojne życie. Do momentu, kiedy w ciemnej uliczce gdzieś za Książęcą w Pradze natknie się na uzbrojonego bandytę i młodego człowieka, który pomoże jej wydostać się z tarapatów. Spotkanie to przewraca jej życie do góry nogami. W ciągu zaledwie kilku godzin wplątuje się w niebezpieczną grę, którą prowadzą między sobą wywiad amerykański, poszukujący walizek nuklearnych, i czesko-rosyjska mafia atakowana przez tajemniczych najemników, przy których agenci cia są równie niebezpieczni, co drużyna harcerska na obozowej musztrze. A wyjaśnienie tajemnicy, śmierć albo życie, znajduje się właśnie w Pradze...

Napisanie tej książki wymagało mrówczej pracy przy wyszukiwaniu i weryfikowaniu informacji. Dziękuję wszystkim osobom, które przyczyniły się do jej powstania, za ich bezinteresowną pomoc:

Milenie M. za „ogrom” krytycznych i pożytecznych uwag, które pomogły mi wyszlifować cały tekst do postaci, w jakiej macie go w tej chwili przed sobą, Ondřejovi J. za mnóstwo informacji, zwłaszcza z dziedziny medycyny, dotyczących właściwości komórek, wytrzymałości ludzkich stawów i tym podobnych, Pavlovi K. za precyzyjną analizę partii tekstu zawierających wysoko wyspecjalizowane treści, Jirkovi V. za ciekawostki z dziedziny motoryzacji, dzięki którym bohaterowie książki nie jeżdżą nieistniejącymi samochodami, Janie J. za przeprowadzenie badań socjologicznych, z których dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy, a podczas lektury Wylęgarni dowiecie się ich również i wy, Františce V. za inspirację.

Miroslav Žamboch

KSIĘGA PIERWSZA

OVUM

Rozdział pierwszy

Kobieta w ciemnościach

Znowu się nie zjawił. Stałam w holu kina jak jakaś głupia gęś. Miałam nadzieję, że lada chwila nadejdzie, uspokoi mnie chociaż odrobinę oryginalnym i wiarygodnym usprawiedliwieniem. Ale, jak powszechnie wiadomo, nadzieja matką głupich. Nie zadzwonił, nie wysłał nawet sms-a. Wytrzymanie naporu spojrzeń przechodzących obok mężczyzn po jakimś czasie stało się ponad moje siły. Ruszyłam w stronę wyjścia.

Źle się dzieje w państwie duńskim, skoro z moim wyglądem jedyne, na co można liczyć, to pożądliwy wzrok facetów. A kiedy ma już dojść do czegoś więcej niż tylko na wpół skrytego, pełnego podziwu i uznania dla moich wdzięków spojrzenia, nie przychodzą na spotkania i ulatniają się jak kamfora. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad poradą psychiatryczną, ale szybko porzuciłam te myśli. Ostatni konował próbował pozbawić mnie kompleksów na kozetce relaksacyjnej. Nie byłam zainteresowana. Szukałam chłopaka, faceta, z którym mogłabym pójść do kina, pojechać nad wodę, a w niedzielę aż do południa wylegiwać się w łóżku i rozkoszować słodkim nicnierobieniem. Nie szukałam znajomości na jedną noc. Większość kobiet ich nie szuka.

Pogrążona w analizie swoich pragnień i kompleksów, przestałam myśleć o tym, którędy wracam do domu. Wąskie, kręte uliczki, którymi szłam na skróty, nie były zbyt bezpieczne nawet zaraz po zmierzchu, a co dopiero późno w nocy.

– Portfelik! I z tej kurteczki też możesz wyskoczyć! – usłyszałam. Natychmiast się zatrzymałam. Odrobinę za późno, o mało co na nich nie wpadłam.

Mówił ten niższy, trzymając na muszce swoją ofiarę, jakiegoś faceta. Miał trochę przytłumiony i nerwowy głos. W ciemnościach jego twarz wyglądała jak biała plama.

– A ta laska to z tobą? Ją też możesz zostawić – wykrzywił gębę i na chwilę wycelował we mnie lufę pistoletu. W jego uzębieniu brakowało kompletu jedynek.

– Eee? – bąknął w moją stronę ten napadnięty.

Był młody. Powiedziałabym, że zbyt młody, żeby mi się spodobać. O dziwo, nie czuł strachu, sprawiał raczej wrażenie zakłopotanego. Jego wyblakły welinowy płaszcz sięgał aż do kostek i wyglądał na bardzo drogi.

– Ta dama nie jest ze mną, ale oddam panu portfel, a pan pozwoli nam odejść – zaproponował obojętnym głosem, tak jakby myślami błądził zupełnie gdzie indziej.

Nie wiedziałam, czy się bać, czy przeklinać swoją głupotę, przez którą wpakowałam się w tę kabałę. A może cieszyć się, że bez większych problemów wyjdę z tego cało? Wzięłam głęboki oddech. Czółenka to nie najlepsze obuwie do biegania, ale dałabym radę zrzucić je po dwóch krokach.

– Nie, nie, nie. Kasiora, kufaja i jeszcze ten lachon. Wtedy możesz se iść – powtórzył swoje warunki oprych.

Byłam gotowa do biegu. Chciałam ruszyć w momencie, kiedy chłopak wyciągnie portfel.

– Pańskie warunki są nie do przyjęcia. Czy to ostateczne stanowisko? – upewniał się elegant, zupełnie jakby prowadził negocjacje biznesowe.

Rabuś machnął tylko pistoletem. W ogóle do niego nie docierało, że ten chłopak nie traktuje jego gróźb poważnie.

– Jak nie chcesz kulki w brzuchu, to wyskakuj z fantów!

Mój wzrok stopniowo przyzwyczajał się do półmroku. Pozostałe części garderoby młodzieńca również należały do tych z górnej półki cenowej. Taki francuski piesek, dziecko bogatych rodziców. Nie bardzo mogłam zrozumieć, co robi w tym przeklętym zaułku.

– W porządku, dostanie pan wszystko, czego pan żąda – powiedział dużo ciszej i sięgnął za pazuchę. Łokieć wyciągnął trochę wyżej, jakby jego kieszeń sięgała aż gdzieś pod pachę. Zorientowałam się, że nie łapie za portfel, ale do oprycha w ogóle to nie docierało.

Huknął strzał, rabuś padł na ziemię, a jego broń z głuchym stuknięciem uderzyła o bruk.

Dotarło do mnie, że oddycham tak szybko, jakbym przebiegła sprintem sto metrów. Zacisnęłam pięści. Powinnam była zdecydować się na pierwsze rozwiązanie i uciec.

– Proszę mi pomóc! Może zdążymy go jeszcze uratować!

Zatkało mnie. Po chwili ściągałam z umierającego faceta ubranie, próbując przypomnieć sobie zasady pierwszej pomocy w przypadku rany postrzałowej płuca. Elegancki młodzieniec wzywał tymczasem karetkę przez telefon komórkowy.

– Gdzie my jesteśmy?

Najwidoczniej nie znał Pragi.

– Niech mu pan to przytrzyma na ranie, ja to załatwię – syknęłam, wyrwałam mu telefon i wytłumaczyłam operatorowi, jak się najszybciej dostać do jednej z tych uliczek za Książęcą.

Szybko przyklęknęłam przy niedoszłym rabusiu. Mimo naszych starań rana obficie krwawiła. W półmroku twarz pechowca wyglądała na białą jak śnieg.

– Nogi do góry – rozkazałam.

Nieznajomy natychmiast wykonał polecenie.

– Nie miałem zamiaru go zabić, ale trzymał w ręku broń. Musiałem go skutecznie obezwładnić, to podstawowa zasada samoobrony – powiedział cicho. – Miał szczęście, że zostawiłem czterdziestkę piątkę w domu, niewygodnie się ją nosi pod marynarką.

Dobrze go rozumiałam. Nie chciałam, żeby ten śmieć nam tu zszedł, ale z drugiej strony sytuacja wyglądała o wiele lepiej, niż gdybym to ja leżała na bruku – albo mój młody towarzysz niedoli. Ten oprych na pewno by nam nie pomógł.

– Będę zeznawała na pańską korzyść. Machał bronią, zmuszał pana, żeby mnie pan tu zostawił. Wykonał niebezpieczny gest, wypowiadał groźby karalne i wtedy pan do niego strzelił – powiedziałam w moim przekonaniu całkiem spokojnie. Jednocześnie zaczęło mną telepać z powodu przeżytego stresu.

Bałam się, cholernie się bałam, że ten bydlak umrze.

– Oczywiście – przytaknął młodzieniec na wpół nieobecnym tonem.

– Czy zna pan jakiegoś prawnika? Powinien pan do niego natychmiast zadzwonić – podsunęłam mu pomysł.

Dźwięk syren rozbrzmiewał coraz bliżej. Samochód z czerwonym krzyżem na masce wjechał rozpędzony w uliczkę, policja się spóźniała. Chwilę później łapiduchy i lekarz poprosili, żebyśmy odeszli od rannego.

– Chyba mam – prawie krzyknął chłopak, wyciągnął z kieszeni notes i zaczął coś gorączkowo zapisywać.

To musiał być wariat.

Pierwszy radiowóz właśnie zatrzymał się za karetką.

– Tego prawnika – dodał. Popatrzył na mnie, a potem wbił spojrzenie gdzieś w sobie tylko znany świat i podał mi wizytówkę. – Jest bardzo dobry, proszę się na mnie powołać. Z pewnością pani pomoże.

Wariat. To on potrzebował prawnika, nie ja.

Rozdzieliło nas dwóch policjantów. Kiedy dobiegli do nas technicy, zrobił się jeszcze większy chaos. Z miejsca zadali mi kilka pytań, a potem zaprosili do auta. Śmierdziało w nim wymiocinami, ale kiedy popatrzyłam na swoje dłonie i ubranie, było mi właściwie wszystko jedno. Wyglądałam, jakbym własnoręcznie obdarła ze skóry całą klientelę pubu albo dyskoteki. Nagle przyszła mi do głowy głupia myśl – czy w pralni chemicznej dadzą sobie z tym radę? Miałam nadzieję, że tak, bo brakowało mi pieniędzy na dokupienie czegoś do szafy.

A przecież wyszłam tylko na randkę.

Kiedy radiowóz zahamował, zadałam sobie pytanie, czy coś takiego zdarza się też innym, czy tylko mnie.

Formalności na komendzie zajęły dwie ciągnące się w nieskończoność godziny. Przesłuchujący mnie oficer permanentnie mylił na klawiaturze przyciski „Z” i „Y”, a na domiar złego komputer dwa razy się zawiesił.

Po trzech filiżankach lurowatej kawy bolał mnie żołądek, czułam się brudna i wstrząsały mną dreszcze.

– Nie powinna pani pałętać się tak ubrana po ciemnych uliczkach – oficer zakończył przesłuchanie morałem. Przesunął przy tym wzrokiem po mojej kiecce, kończącej się wysoko nad kolanami.

Zerkał zresztą ot tak, niby przypadkiem, przez całe przesłuchanie. Byłam zmęczona i wściekła jednocześnie, a ta uwaga skapnęła z jego ust jak kropla, która przepełnia czarę.

– Proszę pana – rzuciłam ostro – to wasz obowiązek stać na straży prawa i porządku. Dostajecie za to pieniądze. To, że nie powinnam chodzić tak ubrana ciemnymi uliczkami, świadczy o waszej nieudolności. I jeśli dalej będzie mnie pan tu trzymał bez obecności policjantki, mój prawnik natychmiast złoży zażalenie na ręce pańskich przełożonych, a ja pana oskarżę o molestowanie!

Mina wyraźnie facetowi zrzedła. Przez chwilę zastanawiał się, jak zareagować na moje dictum, ale ostatecznie dał sobie spokój.

– Będziemy powoli kończyć. Mam pani numer telefonu, skontaktuję się z panią, jeśli będziemy czegoś potrzebowali – starał się zachować równowagę pomiędzy formą i treścią wypowiedzi. – Za moment wracam – zakończył efektownie.

Totalnie wyczerpana i zniesmaczona czekałam na niewygodnym krześle na rozwój sytuacji. W momencie kiedy naszła mnie ochota na czwarty kubek kawy, oficer wrócił.

– Jeśli pani sobie życzy, odwiozę panią do domu – zaproponował od drzwi.

– Dziękuję.

Kiedy szliśmy do wyjścia, w komendzie panowała grobowa cisza. Policjanci spoglądali na mnie ukradkiem – z pewnością zostali ostrzeżeni przez przełożonego.

Prawie zrobiło mi się go żal.

Rozdział drugi

Egzotyczna noc

Moja kawalerka w kamienicy z okresu międzywojennego wydawała się rajem po całonocnej golgocie. Miałam gdzieś rachunek za wodę. Ułożyłam się wygodnie w wannie i leżałam tak, dopóki nie zaczęły mi się kleić oczy, a potem zanurzyłam się naga w pachnącej pościeli. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to pisanie sms-a z prośbą o usprawiedliwienie mojej nieobecności w pracy.

Obudziłam się po dziesiątej z czystym i jasnym umysłem. Wczorajszy dzień nie był może taki, jak go sobie zaplanowałam, nie miał jednak żadnych tragicznych następstw – oczywiście prócz zakrwawionych i prawdopodobnie zniszczonych ciuchów.

W łazience postałam chwilę w zadumie przed lustrem. Koleżanki często powtarzają, że zazdroszczą mi wyglądu. Wysoka, szczupła, piersi co prawda nieco za małe, ale większe przeszkadzałyby mi przy skakaniu i w ogóle w ruchu. Może jestem też zbyt umięśniona – to wina sportu albo po prostu taka budowa ciała. Ale jak to się, do cholery, stało, że te same koleżanki znalazły już w miarę przyzwoitych facetów, a ja ciągle jestem sama? Odepchnęłam od siebie te przemyślenia, zanim zaczęły jadowicie kąsać i zatruwać umysł.

Zwolniłam się z porannych zajęć na temat wpływu długotrwałego wysiłku ruchowego na ekstremalne stany fizjologiczne, ale na popołudniowe zamierzałam iść. Choć zarobki asystenta na uczelni nie są szczególnie atrakcyjne, nie mogłam sobie pozwolić na stratę tego źródła dochodów.

Włożyłam zwykłe bawełniane majtki, wypłukałam wczorajsze koronkowe cudeńka, wskoczyłam w dżinsy, T-shirt i bluzę z polaru. Przed zajęciami chciałam wyskoczyć jeszcze na godzinkę aerobiku i trochę się porozciągać w siłowni. Większość moich rzeczy została u Jurka, ale nawet po trzech miesiącach nie miałam ochoty się z nim kłócić.

Zakrwawione bolerko, halkę i krótką spódnicę wepchnęłam do torby. Miałam nadzieję, że nie wyrzucą mnie z pralni, kiedy to zobaczą. Krew zdążyła już zbrązowieć i wyglądała jak każde inne zabrudzenie. Wyleciała mi przy tym wizytówka, którą dostałam od tego chłopaka. Widniało na niej nazwisko Josef Josifovicz Gubkin i numer komórki.

Przez chwilę się wahałam, ale w końcu sięgnęłam po telefon, sprawdziłam stan konta i zadzwoniłam.

– Słucham? – odezwał się ktoś przyjemnym barytonem.

Przyjemnym i ciekawym.

Dotarło do mnie, że właściwie nie wiem, co powiedzieć. Cała wczorajsza noc jawiła się jakby odrobinę nierzeczywista.

– Dzwonię do pana w sprawie pewnego młodego człowieka. W zasadzie nawet nie wiem, jak on się nazywa. Wczoraj został zatrzymany przez policję, a ten numer dał mi jako kontakt do swojego prawnika. Chciałabym tylko zapytać, czy udało mu się z panem skontaktować.

– Nie dzwonił do mnie – usłyszałam po krótkiej pauzie. – Byłbym zobowiązany, gdyby zechciała pani przedstawić zaistniałą sytuację bardziej szczegółowo.

Zawahałam się.

– Wczoraj spędziłam całą noc na posterunku policji. Nie chciałabym ciągnąć tej sprawy dłużej niż to konieczne – spróbowałam odmówić.

– Wydam polecenie, by przyjechał pod pani mieszkanie samochód z szoferem, a z mojej kancelarii zostanie pani odwieziona, gdzie tylko sobie pani zażyczy.

Tyle mogłam zrobić dla chłopaka, dzięki któremu nie miałam wczoraj większych problemów.

– Dobrze, poczekam na pańskiego człowieka na Vodiczkowej przy McDonaldzie.

– Jak panią rozpozna?

– Jak ja go rozpoznam? – odbiłam piłeczkę.

– Oczywiście, rozumiem. Czarny płaszcz, czarny kapelusz, wysoki, opalony. W ręku będzie miał gazetę zwiniętą w rulon.

– Dobrze, za pół godziny koło McDonalda – ostatecznie potwierdziłam i przerwałam połączenie.

Wystarczyła jedna rozmowa, żeby się znaleźć w samym środku akcji jakiegoś filmu sensacyjnego. Prawie mnie to rozśmieszyło.

Rozpoznałabym kierowcę i bez tej gazety. Wyglądał jak typowy czarny charakter z westernu z lat sześćdziesiątych. Samochód, do którego otworzył mi drzwi, bezczelnie tarasował drogę tramwajowi.

– Praga jest strasznie zakorkowana. Trochę potrwa, zanim dojedziemy do gabinetu pana Gubkina – powiedział, kiedy wsiadł zaraz po mnie do samochodu. – Jeśli ma pani ochotę, może się pani posilić czymś z minibaru – zaproponował, a następnie skupił się już tylko na prowadzeniu. Mówił z jakimś dziwnym, ledwo wyczuwalnym akcentem. Nie potrafiłam wywnioskować na jego podstawie, skąd pochodził ten facet.

Silnika prawie nie słyszałam, a hałas generowany przez ruch uliczny był mniej uciążliwy niż u mnie w domu. Delikatny szum klimatyzacji, w powietrzu subtelna woń wypalonych cygar i likieru, którą prawdopodobnie nasiąkła tapicerka. Sięgnęłam do baru, żeby nie czuć się jak mała dziewczynka w czasie wizyty u wujka. Pełen zestaw alkoholi i cygar. W lodówce znalazłam kawę mrożoną, na którą poczułam nagle dziką ochotę.

Droga zajęła nam ponad pół godziny. Kancelaria pana Gubkina znajdowała się w jednym z domów na Małej Stronie, w pobliżu japońskiej ambasady. Za drzwiami wejściowymi, doskonale dobranymi do utrzymanej w klasycznym stylu fasady, czekał ochroniarz. Zaprowadzono mnie do przedpokoju, w którym urzędowała sekretarka. Meble, dystyngowana asystentka, na ścianach obrazy – wszystko to stanowiło immanentną część panującego tu przepychu. Kobieta zmierzyła mnie z góry na dół badawczym wzrokiem, nacisnęła kilka przycisków na pulpicie i natychmiast otworzyły się drzwi po jej lewej stronie.

Pojawił się w nich niski, korpulentny mężczyzna w znakomicie skrojonym garniturze.

– Jestem zaszczycony, że zechciała pani przyjąć moje zaproszenie – powiedział, kłaniając się.

W dżinsach i polarze nawet nie pretendowałam do miana damy, ale zarówno on, jak i jego pracownica zachowywali pełną powagę.

W związku z tym ja też postanowiłam być maksymalnie poważna.

Przy obowiązkowej w takich sytuacjach kawie, która smakowała mniej więcej trzykrotnie lepiej od tej na komisariacie, opowiedziałam o wczorajszym zajściu. Gdy tylko skończyłam, facet podniósł słuchawkę i połączył się z jakimś oficerem policji. Sądząc po rozmowie, wysoko postawionym w policyjnej hierarchii.

– W porządku, zakładam, że wszystko jest tak, jak mi pan powiedział. Jeden z moich pracowników stawi się po pana Alexandra. Z niecierpliwością czekam na niedzielną partyjkę golfa – zakończył rozmowę Gubkin. – Alexander nie prosił o prawnika. Właściwie, jeśli mam być szczery, nie przejawiał zbytniej ochoty do rozmów na komisariacie – zdradził mi. – Pani wizyta była dla nas nieoceniona, madame. Gdyby potrzebowała pani porady prawnej bądź jakiejkolwiek innej pomocy, będzie pani łaskawa zwrócić się bezpośrednio do mnie. Numer telefonu, który otrzymała pani od Aleksa, proszę sobie zostawić, ale nikomu go nie dawać. Jest, ekhm, bardzo prywatny.

Forma pożegnania nasuwała skojarzenia z brazylijską telenowelą – szofer pana Gubkina zawiózł mnie zgodnie z obietnicą do Podolí, dzięki czemu miałam jeszcze czas na godzinkę aerobiku u Svietlany. Potem poćwiczyłam jeszcze trochę w klubie fitness, poszłam do sauny i tramwajem pojechałam na zajęcia. Studenci byli zawiedzeni, że nie mam spódnicy, studentki szeptały miedzy sobą, że ktoś musiał mi porządnie przetrzepać tyłek, skoro nie pokazuję „tych swoich nóg”. Chociaż jeden plus.

Całe popołudnie pisałam pracę związaną z grantem, dzięki któremu mogłabym wyjechać w Andy. Zdążyłam jeszcze odrzucić zaproszenie na bilard. Mieli się tam spotkać ludzie z naszego klubu wspinaczkowego, ale wszyscy byli w parach – jako singiel źle bym się między nimi czuła.

Ze szkoły wyszłam dopiero wieczorem. Rozejrzałam się, minęłam przystanek tramwajowy i ruszyłam piechotą na następny. Natężenie ruchu na ulicach o tej porze malało, a ja potrzebowałam spaceru, żeby się pozbyć podłego nastroju. Piątki są najgorsze. Wszyscy gdzieś się bawią, a ja jestem sama.

Kiedy przechodziłam przez jezdnię, zorientowałam się, że śledzi mnie facet w dżinsowej marynarce. Zauważyłam go już w szkole, kiedy czytał coś na tablicy ogłoszeń. Znajdował się blisko, gdybym weszła do tramwaju, z pewnością zdążyłby za mną wskoczyć. Założyłam plecak na obydwa ramiączka i wydłużyłam krok. Nauczyłam się szybko chodzić już jako mała dziewczynka. Było jeszcze zbyt jasno, żeby się poważnie bać. A nawet jeśli, to co? W domu zawsze mieli do mnie pretensje, że jestem przesadnie i niezdrowo odważna.

Przez cały czas utrzymywałam taki sam dystans. Mój ogon poruszał się jakoś tak niezgrabnie. Jego ruchy wyglądały na coś pomiędzy chodem a kłusem, jak u ludzi, którzy za nic w świecie nie chcą biegać. Wzruszyłam ramionami. Miałam na sobie trampki i dżinsy, właściwie dlaczego by go nie przećwiczyć?

Obejrzałam się po kilku krokach. Biegł za mną! Było mu wszystko jedno, czy go zobaczę, czy nie? To mnie zaniepokoiło. Narzuciłam regularne tempo. Zdecydowałam się po prostu zwiększyć dystans i wskoczyć do jakiegoś tramwaju. O dziwo, cały czas utrzymywał tę samą odległość! Przyspieszyłam i biegłam tuż przy krawędzi chodnika, żeby nie kluczyć pomiędzy przechodniami. Wyregulowałam oddech, na czole pojawiły się pierwsze krople potu. Nie mógł wytrzymać długo tego tempa. Ja – dwa, trzy kilometry na pewno. Nie zwracałam uwagi na pełne zdziwienia spojrzenia i zrobiłam minę, jakby bieganie po ulicach wśród spalin stanowiło dla mnie część codziennej aktywności. Nareszcie przystanek. Już chciałam wsiąść do tramwaju, ale zauważyłam go w identycznej odległości jak na początku naszej zabawy w ganianego.

Twarz blada i obojętna, jakby to szatańskie tempo nie kosztowało go zbyt wiele wysiłku. Musiał być w doskonałej formie, choć wcale na takiego nie wyglądał.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zacząć krzyczeć, ale stwierdziłam, że to bez sensu. Co powiem – że mnie ten facet goni? Zwolniłam. On też. Przestałam biec. On też. Właściwie do domu nie miałam już daleko. Jeśli chciał mi coś przekazać, to z pewnością nie na ulicy przy świadkach. A może tylko sprawdzał, gdzie mieszkam? Ta myśl zdenerwowała mnie jeszcze bardziej.

Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę. On też się zatrzymał. Stał dziesięć, piętnaście metrów ode mnie z rękami w kieszeniach i pochyloną głową. Niski, kręcone włosy, żylasty, ale na sprintera nie wyglądał. Sięgnęłam do plecaka po gaz łzawiący, ukryłam pojemnik w dłoni i ruszyłam w jego stronę. Matka zawsze twierdziła, że jestem wariatką. Poniekąd podzielam jej opinię.

Zmieszał się, odwrócił i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Ulżyło mi. Zniknął za rogiem, a ja błyskawicznie skręciłam w jakąś boczną uliczkę, potem na następnej krzyżówce jeszcze raz. Pozbyłam się go albo on pozbył się mnie.

Nieco spokojniejsza wróciłam do domu. Gdy tylko wbiegłam na piętro, zdębiałam – przed drzwiami mojego mieszkania siedział jakiś facet. Musiał już bardzo długo czekać – drzemał z głową opartą o drzwi. Na oczy miał zsunięty kapelusz.

Sięgnęłam do kieszeni po gaz łzawiący i niechcący brzęknęłam kluczami. To go obudziło. Poruszył się i uchylił rondo kapelusza. Rozpoznałam chłopaka, którego spotkałam wczoraj w tak niemiłych okolicznościach.

– Dzień dobry, nazywam się Alexander Rubin. Przyszedłem do pani – zawahał się – podziękować za to, co pani dla mnie zrobiła – dokończył i wstał.

Był młody, ale nie aż tak, jak mi się wczoraj wydawało. Moje pierwsze wrażenie wynikało zapewne z jego postawy i trochę naiwnego, czy może raczej niewinnego spojrzenia.

– Nie poszłaby pani ze mną na kolację?

Powiedział to bez ogródek, prosto z mostu, z rozpaczliwym błaganiem w oczach.

Zawahałam się. Byłam brudna i spocona, właściwie go nie znałam, ale z drugiej strony czemu nie? Intrygował mnie, poznałam go w bardzo ciekawych okolicznościach.

– A zaczeka pan na mnie? Na zewnątrz – uściśliłam.

– Oczywiście, z przyjemnością – odparł z uśmiechem.

Zostawiłam go na korytarzu i wbiegłam do mieszkania. Wzięłam prysznic, naciągnęłam ciemnobrązowe pończochy ze szwem, prezent od mamy na imieniny, założyłam ulubioną spódnicę i nałożyłam tapetę. Już dawno nikt mnie nie zaprosił na kolację, a mówiąc ściślej, nikt, kogo zaproszenie bym przyjęła. On spłacał swój wczorajszy dług, a ja chciałam to wykorzystać. W każdym razie był co najmniej tajemniczy. Po niespełna półgodzinie wyszłam na zewnątrz.

Ciągle siedział na schodach, mój widok wyrwał go z zadumy.

Badawczo, prawie jak laborant obserwujący preparaty pod mikroskopem, otaksował mnie wzrokiem.

– Bardzo pani w tym ładnie – ocenił z uśmiechem.

Był dziwny. Był inny. Widział mnie, krótką spódnicę, dopasowany do niej żakiecik do pasa, bluzkę podkreślającą biodra, z linią stanika, a jednocześnie jakby nie widział. Kobiety – a przynajmniej ja – nie interesowały go.

– Idziemy? – odpowiedziałam na jego uśmiech.

Po schodach szedł pierwszy i przytrzymał mi drzwi, kiedy wychodziłam. Uroczo staroświecki.

Wybrał restaurację, w której za swoje dzienne wynagrodzenie mogłabym zamówić jedynie przystawkę – pod warunkiem, że wybrałabym którąś z tych tańszych.

– Jestem w Pradze dopiero od tygodnia, a ten lokal polecił mi mój stryj, Josef. Jem tutaj codziennie.

– Josef Gubkin to pana stryj? – zdziwiłam się.

– Właściwie nie. To tylko przyjaciel rodziny – zaprzeczył wcześniejszym słowom.

– Czego sobie państwo życzą? – zwrócił się do nas kelner z dwoma oprawionymi w skórę menu w ręku. Mówił przede wszystkim do Alexandra.

Na pierwszy rzut oka nieformalny strój chłopaka współgrał z prestiżem lokalu nawet pomimo kilku plam, mój w żaden sposób.

– Nie jestem smakoszem, a poza tym nie rozumiem. – Alex odsunął menu. – Wybierze pani coś dla nas obojga?

Nazwy poszczególnych pozycji zapisane były po francusku. Bardzo elitarna i snobistyczna restauracja.

– Z przyjemnością, ale na nieszczęście nie znam francuskiego.

– Niech pan przyniesie jadłospis po czesku – polecił kelnerowi.

– Proszę szanownego pana, dysponujemy jedynie menu w języku niemieckim, angielskim i francuskim. Z oczywistych względów preferujemy język francuski, ponieważ jest to język najwytrawniejszych smakoszy.

– Proszę przynieść jadłospis po czesku. Szybko!

Ton Alexandra w jednej chwili uległ zmianie – niespodziewanie pojawiły się w nim arogancja i protekcjonalność.

Kelner o mało nie zasalutował i odbiegł.

– Kim pan właściwie jest? – zapytałam.

Popadł na chwilę w zadumę.

– Ach, tak – mruknął, jakby dopiero dotarł do niego sens pytania. – Mój ojciec ma pieniądze. Dużo pieniędzy. Przywykłem do nich, używam ich, może nawet jestem rozrzutny. Wielu ludzi traktuje pieniądze jak bóstwo. Na przykład ten człowieczek.

Rozmowę przerwało pojawienie się kelnera z menu. Albo właśnie pobili rekord świata w szybkości tłumaczenia tekstu, albo facet skłamał. Uśmiechnęłam się miło, a potem skupiłam uwagę na nazwach potraw. Zamówiłam dla nas wystawną kolację złożoną z pięciu wykwintnych dań.

– Czy zechcą się państwo zdać na gust naszego kucharza, znakomitego znawcy win, aby dobrał odpowiednie gatunki do poszczególnych dań?

Alex spojrzał tylko na mnie i zmarszczył brwi.

– Oczywiście, myślę, że możemy powierzyć to zadanie mistrzowi – zgodziłam się. – Proszę tylko pamiętać, że mam alergię na francuskie wina rocznik 74 i 76. Proszę przekazać, żeby tych roczników nie brał pod uwagę.

Mężczyzna nieco się zarumienił, ale ukłonił się uniżenie i odszedł.

Wybuchłam śmiechem. Cała ta sytuacja była absurdalna, ale gorsza część mojej osobowości czerpała z niej sporo satysfakcji.

– Pani nie ma żadnej alergii – stwierdził zmieszany Alex.

Wszystko to śmieszyło mnie coraz bardziej.

– Ale brzmiało nieźle, prawda?

Kolacja smakowała wyśmienicie. Alex, jak sam wcześniej przyznał, spłacał wczorajszy dług i nie próbował mnie poderwać. Nawet mi trochę przeszkadzał ten brak zainteresowania, ale chłopak raczej nie gustował w kobietach. W chwilach, kiedy nic nie mówił, wydawał się jakby nieobecny.

Po aperitifie, pięciu daniach, kilku kieliszkach wina i bruderszafcie czułam przyjemne przesycenie i nareszcie odzyskałam dobry humor.

– A zatem twój ojciec jest Rosjaninem, matka Czeszką, a ty skończyłeś teologię na Uniwersytecie w Massachusetts, zrobiłeś doktorat z fizyki na Harvardzie i twoje główne zajęcie to nicnierobienie – podsumowałam jego opowieść.

– Mniej więcej. – Alex rozpromienił się niewinnym chłopięcym uśmiechem. – Czasami coś załatwię dla ojca, ale poza tym zajmuję się tylko swoim hobby. Krótko mówiąc, wszyscy mogą mi zazdrościć.

– A co cię sprowadziło do Pragi?

Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Zrozumiałam, że, tak jak przed chwilą, nie chce czegoś powiedzieć, ale też nie chce skłamać. Był kiepskim aktorem.

– W porządku! Nie musisz mówić. Nie muszę wiedzieć – wybawiłam go z opresji. Po co psuć przyjemny wieczór?

Pozwoliłam dolać sobie wina i zmieniłam temat rozmowy:

– Moje życie jest zwyczajne, ale ostatnie dwa dni wyglądały zupełnie inaczej. Wczoraj spotkałam ciebie, a dzisiaj gonił mnie na ulicy jakiś facet. Biegam dość dobrze, tyle że on biegał jeszcze lepiej. Nie dałam rady go zgubić.

Alex spiął się i zbladł.

– Jak wyglądał? – zapytał cicho.

– O co chodzi? Czemu pytasz?

– Jest mi bardzo przykro, ale chyba mają cię na oku.

– Kto? – niczego nie rozumiałam.

– Wczoraj wieczorem kogoś śledziłem. Przez ten napad straciłem trop, a oni z pewnością dowiedzieli się o mnie. I prawdopodobnie myślą, że ty też bierzesz w tym udział.

– Ty i szpiegowanie? W czym niby biorę udział?

– W Kirgizji ktoś zlikwidował ludzi mojego ojca, ślad prowadzi do Pragi. Staram się znaleźć właściwy trop – zaczął tłumaczyć.

– Wybacz, ale nie wyglądasz na Jamesa Bonda ani na agenta z Mission Impossible – zauważyłam, chcąc sprowadzić rozmowę z powrotem w bezpieczniejsze rejony.

– Nie wyglądam i nie jestem. – Machnął ręką. – Pamiętaj, że jako doktor fizyki większość czasu spędzam przed komputerem. Właściwie nie powinienem w ogóle pokazywać się na ulicy. To ci zabici byli żołnierzami, oddział szturmowy, każdy z nich to James Bond. Weterani kilku wojen, między innymi w Iraku. Doszło do tego w czasie akcji, w stanie pełnej mobilizacji, kiedy byli uzbrojeni i gotowi do walki. Właściwie to nawet nie próbuję ustalić, kto ich zabił, ale jak – dodał zamyślony. – Mimo że mój ojciec pewnie by się nie zgodził na to, co wczoraj zrobiłem. Tak samo jak na to, żeby komuś o tym wszystkim opowiadać. – Uśmiechnął się, jakby rozbawiła go jego własna niedyskrecja.

Czułam, że wciąga mnie jakiś zły sen. A może nawet koszmar.

– A twój tatuś w jakiej branży jest przedsiębiorcą, jeśli można wiedzieć?

– Przestępczość zorganizowana. Jego firma to coś pomiędzy Triadą a tradycyjną Cosa Nostrą – odpowiedział, jakbyśmy rozmawiali o opłatach za dostęp do Internetu.

– Robisz sobie jaja? – zapytałam, marząc, żeby przytaknął.

– Rodziców się nie wybiera. – Wzruszył ramionami. – Ale kocham go.

To nie była randka, tylko forma rewanżu w postaci wspólnej kolacji, ale tak jak zwykle wszystko zmierzało ku tragicznemu zakończeniu. Poczułam nagle trupi smród i odniosłam wrażenie, że leżę zabetonowana w beczce na dnie Orlicy.

– Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać – powiedziałam sama do siebie.

Alex przez chwilę wyglądał tak, jakby bardzo poważnie myślał nad odpowiedzią.

– No, wydaje mi się, że to chyba wszystko jedno. Proponuję śmiech, człowiekowi jest wtedy jakoś tak weselej!

Spojrzał na mnie na wpół przepraszającym, na wpół chłopięco niewinnym wzrokiem. Po prostu czarujący.

– Muszę się napić. Inaczej ze strachu nie wrócę do domu.

Zamówiliśmy jeszcze jedną butelkę i dopiero kiedy zobaczyliśmy jej dno, postanowiliśmy wyjść. Byłam ciekawa, ile nas ta uczta kosztowała, ale Alex tylko podpisał rachunek, nawet nie spoglądając na sumę.

W taksówce odrzuciłam jego propozycję nocowania w hotelu. Napięcie wywołane strachem pomału ustępowało, a cała ta historia z czasem wydawała się coraz mniej prawdopodobna. Może to wszystko zmyślił, bo chciał zrobić na mnie mocne wrażenie. Faceci czasami opowiadają takie bajeczki.

– Jutro zadzwonię do ciebie sprawdzić, czy wszystko w porządku – powiedział przed kamienicą i uparł się, że mnie odprowadzi aż do drzwi mieszkania.

Kiedy szliśmy na górę, uświadomiłam sobie, że chciałabym, żeby został u mnie na noc. Podobał mi się i mimo tych dziwnych historyjek, które opowiadał, ufałam mu.

– To był bardzo miły wieczór. Przykro mi, że cię w to wciągnąłem – oznajmił już pod drzwiami, po tym jak na jego żądanie dokładnie sprawdziłam, czy nikt nie wtargnął do mieszkania.

– Dobranoc. – Pocałował mnie na pożegnanie. – To na wypadek gdyby ktoś ci robił problemy. – Wetknął mi w dłoń ciężki, kanciasty przedmiot.

Zanim zdążyłam zareagować, stałam na klatce sama, wsłuchana w pospieszny stukot jego butów na schodach.

Trzymałam w dłoni pistolet, a na ustach wciąż czułam zapach Aleksa. Wystarczył jeden dotyk, by dowiedzieć się o nim wielu nowych rzeczy. Alexander Rubin nie był homoseksualistą. Alexander Rubin był szalenie pociągającym młodym mężczyzną, który miał bardzo małe doświadczenie z kobietami. Całował jak zawstydzony chłopczyk na pierwszej randce.

Nie wiedziałam, co zrobić ani z pistoletem, ani z tymi wszystkimi informacjami, więc postanowiłam od razu pójść spać. Zanim zacznę się denerwować albo, co gorsza, bać.

Obudził mnie szczęk zapadek zamka. Ktoś majstrował przy drzwiach. Wyszłam z łóżka i w pierwszej chwili sięgnęłam po pojemnik z gazem łzawiącym, który odziedziczyłam po jednym ze swoich byłych. Wtedy przypomniałam sobie o pistolecie. Był ogromny i ciężki. Odbezpieczyłam go i odciągnęłam kurek. Nie bałam się i nie trzęsłam, tylko w żołądku czułam jakby ogromną kulę lodu. Prawdziwy strach miał dopiero nadejść – tak to już ze mną jest.

Kliknęła kolejna zapadka. Szłam pomału w stronę drzwi, światło ulicznej latarni wykreśliło zarys moich bioder na ścianie. Przestąpiłam torbę, zatrzymałam się przed drzwiami i delikatnie ugięłam ręce w łokciach, tak jak mnie uczyli na strzelnicy. Niechcący nacisnęłam jakiś przycisk po lewej stronie. Nie znałam tej broni.

– Jestem za drzwiami i celuję z pistoletu, proszę stąd odejść! – powiedziałam najspokojniej jak tylko umiałam.

Kolejna zapadka szczęknęła, ale wtedy metal złośliwie zadźwięczał i coś się w zamku zablokowało.

– Będę strzelać!

Podeszwa buta skrzypnęła na posadzce i wydawało się, że złodziej odchodzi. Ulżyło mi. I wtedy niespodziewanie ciszę przerwał odgłos dwóch szybkich kroków, drzwi zatrzeszczały i runęły prosto na mnie. Instynktownie pociągnęłam za spust. Pistolet szarpnął raz, drugi, trzeci, siła wystrzału odrzuciła mi ręce w górę, potem leciałam do tyłu i pociemniało mi przed oczami.

Ocknęłam się na ziemi przy ścianie w pokoju. Na podłodze przede mną coś właśnie zaczynało wstawać. Cokolwiek by to było, powinno już nie żyć! O dziwo, nie wypuściłam pistoletu z dłoni. Znowu pociągnęłam za spust i wystrzelałam resztę zawartości magazynka w ciemność. Dopiero teraz dotarło do mnie, że przełączyłam broń na tryb samopowtarzalny. Dzwoniło mi w uszach, w powietrzu unosił się kwaśno-gorzki smród, ale to coś było martwe. W książkach piszą o woni kordytu albo prochu strzelniczego. Nigdy nie wiedziałam, czym to się różni. No bo właściwie czym? Powtarzałam sobie w kółko to pytanie. Szczękałam zębami, a w ustach czułam gorzkawy posmak soków żołądkowych. Jeszcze trochę i zwrócę najlepszą kolację swojego życia. A więc strach był tuż-tuż. Nie mogłam jednak pozwolić, by mną zawładnął, musiałam ostrzec Aleksa. Podniosłam się na kolana, po omacku znalazłam telefon i zadzwoniłam. Nie odbierał.

Po chwili wahania zadzwoniłam do Gubkina. Musiało być już dobrze po północy. O dziwo, zgłosił się od razu.

– Napadnięto na mnie. Nie mogę się dodzwonić do Alexandra...

Komórka piknęła i bateria padła.

Postać w ciemnościach przede mną znowu zaczęła się ruszać. To nie fair, nic nie powinno się ruszać po przyjęciu na klatę całego magazynka z wielkiego, obrzydliwego pistoletu. Dotarło do mnie, że ciągle jestem naga, bolą mnie ramiona, a siła odrzutu broni nadwyrężyła mi łokcie.

Przeskoczyłam przez to coś, naciągnęłam na siebie dżinsy i kurtkę, a potem z pistoletem w ręku wybiegłam z mieszkania. Zatrzymałam się dopiero na zewnątrz. Przywarłam do jednego z drzew, starając się zniknąć. Każdy jednak mógłby mnie namierzyć po odgłosie szczękania zębami. Nagle na całej ulicy zgasły latarnie. Drzwi w bramie kamienicy skrzypnęły, wstrzymałam oddech. Niewyraźny cień mignął na tle ściany budynku i ruszył pędem w stronę najbliższej krzyżówki. Czekałam, nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Dźwięk syren zyskiwał na intensywności, ale pierwszy samochód przyjechał ze zgaszonymi światłami. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni, tego wyższego poznałam – kierowca potężnej limuzyny, którą jechałam do Gubkina.

Opuściłam kryjówkę i podbiegłam prosto do nich.

– To jest pistolet, który dostałam od Alexandra – powiedziałam i podałam szoferowi broń.

Wziął ją bez słowa i schował do skrytki, a tymczasem jego wspólnik wszedł do kamienicy.

Staliśmy i czekaliśmy. O dziwo, strach już się ulotnił. Z chudego mężczyzny emanował specyficzny rodzaj spokoju, pewność, że wszystko zostanie załatwione, dobrze się skończy i nie ma potrzeby o tym gadać.

– Z policją niech pani na razie nie rozmawia. Zanim dojedzie pani na komisariat, Gubkin już tam będzie – powiedział szofer, kiedy wrócił drugi mężczyzna. – Odwiedzili też pana Rubina. Spodziewaliśmy się tego, ale mimo to straciliśmy dwóch ludzi. Nie udało nam się ich złapać – rzucił jeszcze przez ramię, kiedy wsiadał do samochodu.

Odjechali, zanim jeszcze dostrzegłam światła radiowozów.

Trzy samochody z niebieskimi kogutami dotarły pod budynek niemal jednocześnie. Nagle zatłoczyło się wokół mnie od mundurów i nie wiedziałam, na które pytanie odpowiadać, a na które nie. Zaczęłam udawać, że jestem w szoku. Właściwie nie musiałam się specjalnie starać. Chciałam wrócić do domu, a nie na komisariat; poza tym było mi zimno.

– Zostawcie mnie! Zostawcie! Nie wiem, co się stało! – krzyczałam, kiedy próbowali wepchnąć mnie do samochodu. – Nic nie wiem!

W samochodzie wreszcie się uspokoiłam. Nie chciałam, żeby mnie skuli. Zastanawiałam się, czy dobrze robię, ufając Gubkinowi, a nie policji. Tylko że nasza policja z pewnością nie obroniłaby mnie przed tym, co wyłamało moje drzwi. Jak to możliwe, że jednego dnia człowiek jest asystentem na Wydziale Wychowania Fizycznego i Sportu, nie ma przyjaciół, w nocy jest mu smutno, prowadzi bardzo spokojny tryb życia – a drugiego z rękami nadwyrężonymi od strzałów z nielegalnej broni jedzie na przesłuchanie?

Rozdział trzeci

Pozdrowienia z drugiej strony

Czy może mi pan wyjaśnić, dlaczego chce pan być obecny przy przesłuchaniu panny Zahaňskiej? Nie została o nic oskarżona, jest tylko świadkiem – to było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam jeszcze przed wejściem do gabinetu, w którym urzędował, jak wyczytałam z tabliczki na drzwiach, kapitan Moravička.

– Panna Zahaňská pomogła wyjaśnić nieprzyjemności, z jakimi spotkał się mój bratanek, i pragnę dołożyć wszelkich starań, by w trakcie przesłuchania w żaden sposób nie ograniczano jej praw. Jestem jej zobowiązany – odpowiedział ktoś barytonem. W tym momencie policjantka zapukała i wprowadziła mnie do środka.

Wysoki chudzielec, kapitan Moravička, pochylał się nad korpulentnym Gubkinem. Chwiał się jak wierzba na wietrze. Spojrzeli na mnie jednocześnie.

– Panna Zahaňská została doprowadzona na przesłuchanie bosa i nieodpowiednio ubrana. Temperatura na zewnątrz wynosi poniżej dziesięciu stopni – powiedział surowo Gubkin, a ja poczułam się nagle niezmiernie zażenowana z powodu swojej nagości.

Moravička momentalnie się zasępił.

– Ok, ok, panie doktorze, może pan porozmawiać z klientką, oddaję panu gabinet do dyspozycji – powiedział zrezygnowany i ruszył w kierunku drzwi.

Kiedy zostaliśmy sami, Gubkin wstał i ukłonił się.

– Dobry wieczór pani.

– Raczej dzień dobry – odpowiedziałam zmęczonym głosem i padłam na krzesło.

Za brudnymi oknami już prawie świtało.

– Albo dzień dobry. Żeby nie przedłużać, zapoznam panią z faktami i zaproponuję pewne rozwiązanie – wypalił.

Zgodziłam się. Byłam tak zmęczona, że podpisałabym cyrograf z diabłem, byle tylko wyplątać się z tego wszystkiego.

– W pani mieszkaniu nie znaleziono żadnego ciała, jedynie śladowe ilości krwi i tkanki. Nie ustalono również, kto strzelał. Najkorzystniej będzie, jeśli pani zezna, że ktoś wyważył drzwi do mieszkania, potem strzelił, a pani ze strachu wybiegła na ulicę – podsumował. – W związku z tym, że nie ma ofiary, policja nie będzie wykazywać podczas śledztwa nadmiernej gorliwości.

Zdołałam tylko kiwnąć potakująco głową. Rzeczywistość pędziła w takim tempie, że przestawałam za nią nadążać.

– Jest pani bardzo utalentowaną kobietą, już dwa razy pomogła pani Alexandrowi. W zakresie moich obowiązków leży jedynie pilnowanie prawnej strony jego działalności, nie mam natomiast wiedzy dotyczącej charakteru jego pracy. Czasami przygotowuję dla niego dane kontaktowe osób, do których chce dotrzeć. Mam dla pani propozycję – rzucił nieoczekiwanie. – Zatrudniłbym panią w kancelarii jako konsultantkę do spraw realiów historycznych Pragi. W rzeczywistości sprawowałaby pani dozór nad Alexandrem i informowałaby mnie, gdyby groziło mu jakieś niebezpieczeństwo.

– Mam być czymś w rodzaju szpiega – nie udało mi się ukryć oburzenia.

– W żadnym wypadku! – Gubkin uniósł ręce w obronnym geście. – Osobiście poinformuję Alexandra o naszych uzgodnieniach. Zanim wprowadzimy je w życie, muszą zostać przez niego zaakceptowane. Jestem jednak przekonany, że nie będzie to dla niego stanowić problemu. Wielokrotnie współpracował z różnego rodzaju doradcami, którzy chronili go przed jego własnym... Nie wiem, jakie określenie będzie najlepsze. Pomyleniem.

– Jest piąta rano, a ja mam za sobą ciężką noc. Nie mówię nie, ale muszę się jeszcze zastanowić – uciekłam od podejmowania decyzji. Praca dla ruskiej, ewentualnie rusko-czeskiej mafii to chyba ostatnia rzecz, którą chciałam w życiu robić.

– Oczywiście. Proszę do mnie zatelefonować, jeśli zechce pani porozmawiać.

Gubkin był uosobieniem kurtuazji i ogłady. Takie zachowanie zawsze uważałam za charakterystyczne dla profesjonalnych oszustów – a mimo to i tak budził we mnie zaufanie. Bezcenna umiejętność dla kogoś, kto jest prawnikiem.

– Jutro Alexander prawdopodobnie sam panią odszuka – zakończył rozmowę i otworzył drzwi, żeby swoje mógł też zrobić kapitan Moravička.

Do domu wróciłam o ósmej, ale ponieważ nie chciałam odwoływać zajęć dzień po dniu, od razu zaczęłam się szykować na uczelnię. Nie przeszkadzał mi brak zainteresowania studentów, nie wytrącały mnie z równowagi nawet ich wścibskie spojrzenia. Dwie nieprzespane noce i brak makijażu nie wpływały najlepiej na mój seksapil. Po porannych zajęciach byłam już zupełnie wyniszczona psychofizycznie i po dłuższym czasie unikania maty założyłam w końcu kimono, a potem pozwoliłam chłopakom, by mną trochę porzucali.

– Wiesz, kto regularnie nie ćwiczy, ten często lata – żegnał się ze mną Pavel przed wejściem do męskiej szatni.

Jego poczucie humoru polegało również na tym, że często prezentował na mnie poszczególne chwyty, a przy nage-wazie dwa razy lekko mnie poddusił. Miał piękną żonę, dwójkę dzieci i trzecie w drodze. Jakiś czas temu byłam nim zauroczona, ale Olina mnie ubiegła. Jakoś to przeżyłam, a teraz nawet z nim trenuję. Jest twardy, ale dżentelmeński, o ile można coś takiego powiedzieć o kimś, kto pozamiata tobą matę, jeśli popełnisz choćby najmniejszy błąd. Z Oliną zostałyśmy koleżankami, choć przez pierwsze trzy miesiące nie potrafiłam znieść jej widoku. Później, kiedy zaczęła poświęcać czas dzieciom, nasze drogi się rozeszły, ale od wielkiego dzwonu chodzimy na kawę poplotkować.

Odrobina ruchu podniosła mi ciśnienie i wreszcie byłam gotowa podjąć jakąś decyzję. Pracować dla mafii? Nieważne, w jakim charakterze – jeszcze nie oszalałam. Lubiłam uczyć i cieszyłam się, że po powrocie z eskapady do Ameryki Południowej będę broniła doktorat. Tak wyglądał mój świat.

Na stołówce wzięłam podwójną porcję ryżu i wybrałam miejsce w kącie. O tej porze sala świeciła pustkami.

– Można?

Z Katką też się kiedyś kumplowałam, ale doświadczenie pokazało, że mamy nieco inne podejście do życia, i nasze stosunki jakoś tak uległy ochłodzeniu. Mimo to czasem się spotykałyśmy.

Wskazałam puste krzesło.

Słuchałam jej monologu, od czasu do czasu przytakując. Raz w tygodniu prowadziła u nas zajęcia eksternistycznie. Nie widziałyśmy się już dobre dwa miesiące.

– Wzięłabyś pracę u kogoś, kto ci się podoba? – palnęłam niespodziewanie, aż sama byłam zaskoczona; zwykle nie jestem zbyt wylewna.

Katka odłożyła łyżkę. Pytanie ją zaintrygowało.

– Bogaty?

– No – przytaknęłam.

– W takim razie to układ idealny. Podoba ci się – w łóżku będziesz zadowolona, a jeśli ma gruby portfel, poza łóżkiem też zrobisz z niego użytek. Na końcu awansujesz z kochanki i pracownicy na żonę. Raj na ziemi.

– Hm, dzięki – mruknęłam.

To był jeden z tych obszarów, w których nigdy nie mogłyśmy dojść do porozumienia.

– Znasz kogoś takiego? – zapytała nagle.

– Właściwie to nie.

– Jak już nie będziesz zainteresowana, daj znać. – Uśmiechnęła się promiennie.

– Jasne.

Zjadła szybciej niż ja, a przy wstawaniu zademonstrowała, jak kostium doskonale opina jej pośladki i nogi. Jak na mój gust trochę duży ten tyłek i trochę za grube uda. Ona na pewno mówi o mnie, że jestem żylasta i zbyt umięśniona. Każdy mierzy swoją miarą.

Przyszedł sms. Gospodarz domu informował, że wymieniono drzwi do mojego mieszkania. Konto znowu schudnie. Właściwie to cały czas utrzymywałam je na granicy śmierci głodowej.

Już miałam wstać, kiedy w drzwiach pojawił się zarośnięty facet w skórzanych spodniach i jaskrawożółtej kurtce ortalionowej. Na piersi nosił identyfikator z nazwą firmy kurierskiej – Szybcik. Przeleciał wzrokiem po sali i ruszył prosto w moją stronę, wystukując podkutymi obcasami miarowy rytm.

– Pani Marika Zahaňská?

– Tak, to ja. Jak mnie pan poznał?

– Facet, który nadawał przesyłkę, twierdził, że jest pani niezłą laską. – Wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

Ja też się uśmiechnęłam. Szkoda tylko, że Katarzyna już wyszła i że nie powiedział tego głośniej. No i szkoda, że miał zaledwie dwadzieścia lat.

– Na razie. – Zasalutował z uśmiechem.

Udawałam, że nie widzę ciekawskich spojrzeń wokoło, i otworzyłam kopertę. W środku znalazłam fotografię oraz dwa listy. Jeden opatrzono nagłówkiem o następującej treści: Dokumentacja i ocena szkody w mieszkaniu przy ulicy Vratislava 14/2, Praga 3. Na zdjęciach wykonanych z różnej odległości i pod różnymi kątami widniały zniszczone drzwi.

Najciekawsza była jednak informacja zamieszczona na samym końcu: Uszkodzenie stalowych zawiasów powstało w wyniku działania energii kinetycznej, którą zdołałby wygenerować rozpędzony człowiek o masie mniej więcej jednej tony.

Albo człowiek potrafiący osiągnąć czterokrotnie większą prędkość, niż jest do tego zdolny normalny ludzki organizm. Wykorzystywanie wzoru E=½mv² do obliczeń energii kinetycznej mieściło się jeszcze w wąskim zakresie moich umiejętności nabytych na lekcjach fizyki.

Zrozumiałam, dlaczego Gubkin przysłał mi te zdjęcia – chciał mi uświadomić, kto, a właściwie co ruszyło moim tropem. Gdybym nawet nie skorzystała z ich propozycji współpracy, kto mi zagwarantuje, że to coś, co wywaliło drzwi z zawiasów i zniknęło nafaszerowane ołowiem, będzie respektowało fakt, że nie mam nic wspólnego z mafią?

Nie wydawało mi się to zbyt prawdopodobne.

Schowałam zdjęcia do koperty i odniosłam tacę.

– Coś pani do mnie mówiła? – zapytała zdziwiona kucharka.

Dotarło do mnie, że przez cały czas mruczę coś pod nosem o własnym obłąkaniu.

– Nie, nic.

Nie jestem przecież obłąkana. A może jestem?

Wróciłam do gabinetu i zajęłam się pisaniem. Po godzinie telefon oderwał mnie od pracy.

– Za chwilę połączę panią z laboratorium na Wydziale Medycznym – poznałam głos telefonistki z centrali. Odczekałam jeden niepełny sygnał.

– Marika? To ty? Dokonałem wspaniałego odkrycia! Chodź zobaczyć. – Alex nawet przez telefon miał głos małego, rozentuzjazmowanego chłopczyka, który wygrał główną nagrodę na jarmarcznej loterii. – Te komórki zachowują się tak, jakby nie obowiązywały ich żadne prawa natury! Rozmnażają się jak na wyścigi!

– Gdzie jesteś i co właściwie robisz? Jakie komórki? – Ostatnie pytanie – „Kto cię pilnuje?” – utknęło mi w gardle.

– Wynająłem laboratorium na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Karola. Mają tu bardzo dobry mikroskop, najnowsza technologia umożliwiająca obserwację żywych preparatów.

– A gdzie dokładnie? – dopytywałam dalej. Wydział Medyczny dysponuje kilkoma laboratoriami rozrzuconymi po całej Pradze. Minęło trochę czasu, zanim zdążył mi to wytłumaczyć. Dlaczego tak się o niego martwiłam? Może byłoby lepiej w ogóle o nim nie myśleć.

– Jest tam ktoś z tobą? – nie wytrzymałam.

– Rano był Filip, ale gdzieś się zgubił.

– No to go znajdź – rzuciłam obojętnym tonem. – Teraz mam dużo pracy i mogę się z tobą spotkać dopiero wieczorem. Wyślij mi e-mail albo sms-a, gdzie cię znajdę, ok?

Słuchawkę telefonu służbowego od razu zamieniłam na komórkę. To nie była moja sprawa, nie chciałam z nimi współpracować, ale zachowanie Aleksa wyraźnie wskazywało, że chłopak nie potrafi zadbać o własne bezpieczeństwo.

– Pan Gubkin? Tutaj Marika. Kto to jest Filip?

– Przewodnik Aleksa. Właściwie raczej ochroniarz – poprawił się Gubkin po chwili wahania.

– W takim razie wszystko w porządku. Przed chwilą rozmawiałam z Aleksem, powiedział, że Filip gdzieś mu się zgubił. Mam przeczucie, że powinien pan tam szybko kogoś wysłać – wyjaśniłam i podałam adres wydziału.

– Dziękuję za informacje – mruknął. Jednocześnie usłyszałam w słuchawce stłumione buczenie nadchodzącego połączenia. Pewnie od razu gdzieś dzwonił z innego aparatu.

– Praca na uczelni to moje jedyne źródło utrzymania i nie mogę sobie pozwolić na jej utratę – zmieniłam temat.

– Otrzyma pani rekompensatę plus atrakcyjne wynagrodzenie. – Wymienił sumę, po której nie mogłam złapać powietrza. – Okres, na jaki zawrzemy umowę, zależy tylko od pani.

– W takim razie biorę to – powiedziałam i o mało co nie umarłam z wrażenia, jakie sama na sobie wywarłam.

Właśnie zaprzedałam duszę diabłu. Ceniłam życie, ale jeden z diabłów bardzo mi się podobał, a w dodatku byłam niesamowicie zaintrygowana całą sytuacją. Wszystko to powtarzałam w myślach w drodze do gabinetu kierownika zakładu, by wytrwać w przekonaniu, że jednak nie zwariowałam.

O dziwo, szef zareagował bardzo wyrozumiale. Wyraził nadzieję, że sprawy osobiste poukładam jak najszybciej, a wypowiedzenie zmienił na podanie o bezpłatny urlop na sześć miesięcy. Powód: względy zdrowotne. Niektórzy ludzie potrafią zaskoczyć. Pozytywnie.

Kiedy wyszłam ze szkoły, przed głównym wejściem na zakazie stała ta sama ogromna limuzyna, którą wczoraj jechałam, a obok niej niewiele mniejsze czarne volvo. O drzwi samochodu opierał się znajomy szofer. Zamiast pozdrowić mnie na powitanie, dotknął tylko palcem wskazującym ronda kapelusza.

– Stanowimy teraz zespół, więc już nie będę pani woził. Tu ma pani kluczyki, dokumenty wystawione na kancelarię pana Gubkina są w środku. Broń i wszystkie inne sprawy załatwimy jutro, ja już muszę lecieć. Ach, i proszę pamiętać, że ten samochód jest opancerzony, a zatem nieco cięższy i powolniejszy, niż można by się spodziewać. Podwozie nadaje się do jazdy sportowej, o ile oczywiście je pani przełączy. No, a ja nazywam się Barbarossa, Nowak Barbarossa.

Znów dotknął kapelusza i prawie się uśmiechnął. Clint Eastwood mógłby mu pozazdrościć kamiennej twarzy. Nie rozumiałam, jak to zrobił, ale ten niedbały gest był w połowie pełen uznania, a w połowie szacunku. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, facet wsiadł do limuzyny i odjechał ze swoim wspólnikiem.

Odrobinę zbaraniała patrzyłam na auto. W końcu się otrząsnęłam, sprawdziłam, czy nie ma w pobliżu jakichś znajomych, a potem wskoczyłam do środka.

Na siedzeniu pasażera leżał plik dokumentów z nagłówkiem tajne.

Żadnych ostrzeżeń, że zdrada karana jest śmiercią albo czymś równie nieprzyjemnym. Pewnie dla rusko-czeskiej mafii to oczywiste. W schowku znalazłam plik banknotów tysiąckoronowych i telefon z pięcioma nieodebranymi połączeniami. Przeliczyłam z ciekawości banknoty – równa setka. Nigdy nie widziałam tylu pieniędzy naraz. Następnie zapoznałam się z instrukcjami. Pierwsza, od Gubkina, określała czas i miejsce jutrzejszego spotkania, w drugiej Alex prosił, by go odebrać o szóstej z laboratorium.

Zapomnieli o okresie próbnym. Chwilę mi zajęło oswojenie się ze wszystkimi przyciskami i przełącznikami. Wreszcie ruszyłam. Może to volvo było trochę wolniejsze, ale i tak miało większego kopa niż wszystko, czym do tej pory jeździłam. Dopiero kiedy zatrzymałam się przed domem, zastanowiłam się, skąd wiedzieli, że mam prawo jazdy. Na pewno nie zatrudniali mnie tak zupełnie w ciemno, jak to na pierwszy rzut oka mogło wyglądać.

W domu sprawdziłam drzwi, wzięłam wszystkie dokumenty i tysiąc pięćset koron schowane pod dywanem na wszelki wypadek. Nie chciałam nadwyrężać mafijnego funduszu. Postanowiłam, że ich pieniądze będę wydawać wyłącznie na potrzeby związane z nową pracą. Wrzuciłam do torby dwie pary dżinsów, obuwie do biegania, a do tego najlepszą bieliznę. Ubrałam się na sportowo i wyszłam. Po drodze wstąpiłam jeszcze do gospodarza domu podpisać fakturę za drzwi. Moje konto powinno zostać obciążone odpowiednią kwotą. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zostaną na nim jakieś środki, ale potem przypomniałam sobie o odszkodowaniu od Gubkina. A jeśli z jakichś powodów nie przelałby mi tej kwoty, to i tak musiałam poradzić sobie z większymi problemami niż przekroczenie debetu.

W drzwiach wpadłam na Katkę. Moje dzisiejsze pytanie chyba nie dawało jej spokoju, inaczej nie potrafiłam usprawiedliwić jej wizyty.

– Na razie! – huknęłam, kiedy ją mijałam. – Okropnie się śpieszę.

Otworzyłam pilotem samochód. Tylna klapa uniosła się, a ja wrzuciłam do bagażnika torbę. Koleżankę zatkało.

– No wiesz, posłuchałam twojej rady – mówiłam, jednocześnie zamykając klapę i kierując się w stronę drzwi. – Postanowiłam wziąć tę pracę, ale nad małżeństwem muszę się jeszcze trochę zastanowić.

Wyraz jej twarzy bardzo poprawił mi humor. Mała rekompensata za wszystkie drobne upokorzenia, a jednocześnie hołd dla mojej własnej złośliwości. Nie jestem tak dobra, jak bym chciała, ale u każdego można znaleźć jakieś grzeszki.

Trochę mocniej wdepnęłam pedał gazu. Opony nie ślizgały się, jak byłam do tego przyzwyczajona – zamiast tego siła bezwładu wbiła mnie w fotel i nagle jechałam z taką prędkością, że zrobiło mi się niedobrze. Chciałabym zobaczyć auto, które Barbarossa określiłby jako szybkie. Kiedy już rozgryzłam, jak włączyć klimatyzację i jak wyłączyć coś, co służyło do cholera wie czego, jechało mi się znacznie lepiej.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czwarty

Ciuchy, szminki i spluwa

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Koniec starych czasów Nowaka Barbarossy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Poranna idylla

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Rachunek za telefon

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Kapitan Krčmář opuszczony

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Łzy, strach i stanowczość

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Nowak Barbarossa, myśliwy i ofiara

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

W oku cyklonu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Arnošt Křehůlek na czatach

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Interview z Gubkinem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Arnošt Křehůlek i jego wybory

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Anioły i demony

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Arnošt Křehůlek znowu wybiera

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Kapitan Krčmář inkasuje

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Barbarossa i Filip po drugiej stronie Styksu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Arnošt Křehůlek na tropie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

KSIĘGA DRUGA

PUPA

Rozdział dwudziesty

Popołudnie pełne liczb

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Kapitan Krčmář wraca do domu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Kuszenie i igraszki z kurierem

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Nocne rendez-vous

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Zabawa w kotka i myszkę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty piąty

Kapitan Krčmář łapie drugi oddech

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty szósty

Kiepski dzień

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Kapitan Krčmář na tropie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Pożegnanie Nowaka Barbarossy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Podręczna artyleria i nowoczesne zabawki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty

Barbarossa, Filip, Kas i ostatnia masakra wielkiego chana

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Kapitan Krčmář na dyskotece

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty drugi

Wypowiedzenie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Kapitan Krčmář i trzykrotnie martwy mężczyzna

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Pierwsze straty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty piąty

Kapitan Krčmář się godzi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty szósty

Poranek pełen liczb

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty siódmy

Kapitan Krčmář przechodzi na drugą stronę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty ósmy

Solówka na śrubokręcie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Kapitan Krčmář czyta

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

copyright © Miroslav Žamboch

copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2009

copyright © for translation by Rafał Wojtczak, 2009

tytuł oryginału Líheň Smrt zrozená v Praze

wydanie i

isbn 978-83-7574-493-4

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt oraz grafika na okładce Piotr Cieśliński

ilustracje Filip Myszkowski

redakcja Łukasz Małecki

korekta Ewa Hartman, Magdalena Byrska

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtowe

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

tel./faks: 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwo

Fabryka Słów sp. z o.o.

20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a

tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91

www.fabrykaslow.com.pl

e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

www.facebook.com/fabryka

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bakly (Tom 1). Bakly. Szukając śmierci – tom 1 Mroczny Zbawiciel Sierżant Wylęgarnia. (#1). Śmierć zrodzona w Pradze Wylęgarnia. (#2). Królowa śmierci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży