Moja piątka z Cambridge

Moja piątka z Cambridge

Autorzy: Yuri Ivanovitch Modin

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Historia Kryminał / sensacja Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 22.39 zł

Pierwszy raz w historii jeden z agentów radzeckich służb KGB, Yuri Modin, odsłania tajemnice najsławniejszej siatki szpiegowskiej działającej w Wielkiej Brytanii na rzecz sowieckiego wywiadu.

Jeden z krytyków określił „Moją piątkę z Cambridge” mianem najlepszej książki o szpiegach, jaką kiedykolwiek czytał. Nic dziwnego. W końcu napisał ją agent KGB, Yuri Modin, który już w wieku 25. lat uchodził za asa sowieckiego wywiadu.

Modina wysłano do Wielkiej Brytanii, by kontrolował prace tzw. Piątki z Cambridge: Burgessa, Philby'ego, Macleana, Blunta i Cairncrossa, czyli najniebezpieczniejszej siatki szpiegowskiej w historii Zjednoczonego Królestwa.

Zdemaskowanie grupy miało się okazać momentem zwrotnym w karierze Modina…

Jurij Iwanowicz Modin (ur. w 1922 r.) - oficer wywiadu, jeden z najlepszych oficerów prowadzących w historii radzieckiego wywiadu, prowadził, m.in. pracę „Piątki z Cambridge”.
Występując jako świadek oskarżenia w sprawie przeciwko kucharzowi szkolnemu, który wziął trochę masła ze stołówki (kucharza za kradzież rozstrzelano), zwrócił na siebie uwagę NKWD. Przeniesiono go do Moskwy, aby doskonalił umiejętności w zakresie języka angielskiego. Od grudnia 1943 r. był tłumaczem na Łubiance. Zajmował się przekładami dokumentów i informacji wywiadowczych, pochodzących od „Siatki szpiegowskiej Cambridge”.

Pod koniec 1947 roku wysłano go do Londynu, pod przykrywką attaché prasowego. W rzeczywistości pełnił funkcję asystenta tamtejszego rezydenta MGB. Spotykał się regularnie z agentami radzieckimi: Anthonym Bluntem, Guyem Burgessem i Johnem Cairncrossem. Agenci brytyjskiego kontrwywiadu nie potrafili wykryć tych kontaktów. Został zdekonspirowany przez Blunta, który po aresztowaniu podczas przesłuchań wskazał na niego jako oficera prowadzącego.

Jurij Modin działał róewnież w Indiach, a karierę w wywiadzie zakończył w charakterze wykładowcy w radzieckim instytucie im. Andropowa (szkoła szpiegów).

Yuri Modin

Moja piątka z Cambridge

Philby, Burgess, Maclean, Blunt i Cairncross w oczach ich oficera prowadzącego

Przełoyli Piotr Grzegorzewski i Marcin Wróbel na podstawie angielskiego tłumaczenia Anthony’ego Robertsaki

Tytuł oryginału: Mes cinq camarades de Cambridge

Copyright © Editions Robert Laffont, Paris, 1994, through arrangement with Renata de La Chapelle Agency

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Piotr Grzegorzewski, Marcin Wróbel, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Spis treści

Londyn, luty 1948

W szeregach KGB

Najlepszy wybór

Ludzie cienia

Londyńskie spotkania

Ucieczka w popłochu

Gra końcowa

Trzej obywatele radzieccy

Zdjęcia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Londyn, luty 1948

Dopiero dobrze po północy nabrałem pewności, że wbiłem sobie do głowy wszystkie informacje KGB1 dotyczące Johna Cairncrossa.

Luty w Londynie, najmroczniejszy miesiąc w roku. W ostatnich dniach dwukrotnie uzgodniłem wszystkie szczegóły z Nikołajem Rodinem (alias Korowinem), moim oficjalnym przełożonym i rezydentem KGB w stolicy Wielkiej Brytanii. Chciałem poznać biografię i charakter Cairncrossa, pierwszego tajnego agenta, jakiego miałem osobiście poznać, żeby następnie sporządzić jego portret psychologiczny. (Wiedziałem, że to najlepszy sposób, by przewidzieć reakcje szpiega w każdej możliwej sytuacji).

Podczas naszej rozmowy o Cairncrossie Korowin ostrzegł mnie, że ma on dwie poważne wady: bywa roztargniony i notorycznie się spóźnia. Wziąłem to pod uwagę, przygotowując się do spotkania.

Miejsce naszego pierwszego spotkania ustalił Miłowzorow, oficer prowadzący2 Cairncrossa (miał nas sobie przedstawić, a potem odejść). To, gdzie będziemy się spotykać później, zależało ode mnie. Kilka dni zajął mi wybór miejsca, które byłoby dogodne dla mnie i łatwe do odnalezienia dla Karela (kryptonim Cairncrossa pochodzący od nazwy mieszkańców Karelii, regionu leżącego między Finlandią a północno-zachodnimi terenami ZSRR). Musiał to być adres, który łatwo zapamięta i pod który bezpiecznie dotrze.

Następnie przystąpiłem do opracowywania trasy, którą będę musiał przebyć, by dotrzeć na miejsce. Przewidywałem, że najpierw pójdę pieszo, a potem odbędę długą podróż metrem z kilkoma przystankami po drodze i powrotami na stacje, na których już byłem – żeby się upewnić, że nikt mnie nie śledzi.

Układanie planu podróży było żmudną czynnością, jednak dzięki temu, że przywiązywałem do tego tak dużą wagę, pozostawałem „czysty”, jak to określamy w naszym żargonie. Niestety, nie wszyscy nasi agenci przedsiębrali podobne środki ostrożności. Po kilku spotkaniach, które przebiegły bez zakłóceń, odprężali się, stawali się mniej czujni i zaniedbywali podstawowe środki bezpieczeństwa. I dlatego wpadali w kłopoty. Nie zajęło mi wiele czasu odkrycie, że Korowin (jako czynny agent musiał wypracować jakiś system gubienia potencjalnych „ogonów”) z lekceważeniem podchodził do wielu reguł, których przestrzegania bezwzględnie wymagał od innych. Jego niedbalstwo ostatecznie doprowadziło do utraty kilku współpracowników.

Wieczorem dnia poprzedzającego moje pierwsze spotkanie z Cairncrossem odbyłem ostatnią rozmowę z Korowinem. Właściwie nie mieliśmy już nic do omówienia, ale tak bardzo nalegał, że się zgodziłem.

Zastałem go w jego gabinecie. Wstał, okrążył biurko i usiadł na krześle obok mnie.

– Juriju Iwanowiczu – zaczął uroczystym tonem, którego nie znosiłem – jak się na pewno domyślacie, Moskwa przywiązuje wielką wagę do informacji Karela, zwłaszcza tych o charakterze militarnym. Sami wiecie, jak szybko Centrala3 odsunęła Miłowzorowa, gdy tylko zaczął mieć problemy z naszym człowiekiem. Jeśli pójdziecie w jego ślady, wasza kariera legnie w gruzach. – Korowin przerwał na chwilę, dając mi czas, bym w pełni sobie to uświadomił. Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. – Z czystej ciekawości, jaki kryptonim dla siebie wybraliście? Zakładam, że już się nad tą kwestią zastanawialiście?

Oczywiście jeszcze o tym nie myślałem. Kryptonim był w tej chwili najmniejszym z moich zmartwień. Od dwóch dni głowiłem się nad czymś o wiele ważniejszym: czy w ogóle sprostam temu zadaniu.

– Tak, oczywiście. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, wybieram kryptonim Peter.

Równie dobrze mógłbym powiedzieć Max, Harry albo Jim. Wybrałem Petera z powodu filmu, który widziałem w dzieciństwie. Jego główny bohater miał właśnie tak na imię.

To był pierwszy z moich pseudonimów. W zasadzie każdy kolega znał mnie pod innym imieniem. Używałem tych imion do kontaktów ze szpiegami lub w londyńskiej rezydenturze KGB, podpisując depesze bądź inne dokumenty kierowane do Moskwy. Dla niektórych byłem Peterem, dla innych George’em i tak dalej. Każda grupa tajnych agentów znała mnie pod innym kryptonimem.

Gdy wychodziłem, Korowin spojrzał na mnie oczami pozbawionymi wyrazu.

– Teraz jesteście zdani na samego siebie, Juriju Iwanowiczu – wymamrotał i zamknął drzwi.

Noc przed pierwszym zapuszczeniem się na terytorium wroga upłynęła mi spokojnie. Znałem już siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że im większe czeka mnie niebezpieczeństwo, tym spokojniej reaguję. Dużo czasu zajęło mi obmyślenie pytań, które powinienem zadać swojemu przyszłemu agentowi, niemniej jednak najważniejszą kwestią na obecnym etapie było wytworzenie od samego początku właściwej atmosfery. Na szczegółowe pytania przyjdzie jeszcze czas.

Bałem się blamażu, tego, że pozwolę się onieśmielić Cairncrossowi, który był o wiele starszy i bardziej doświadczony ode mnie. Równocześnie jednak w skrytości ducha się cieszyłem. Sam przedsmak ryzyka sprawiał mi ogromną przyjemność. Powtarzałem sobie, że dobrze zrobiłem, rezygnując z ciepłej posadki za biurkiem w KGB, z roli nic nieznaczącego trybiku w moskiewskiej Centrali.

W lutym 1948 roku w Londynie było straszliwie mokro i zimno. Wyszedłem z domu wcześnie rano i jak zwykle pojechałem do radzieckiej ambasady. Mijając bladych londyńczyków spieszących do pracy, powtarzałem sobie, że potrafię wtopić się w tłum. Nikt nie dostrzeże tego, że różnię się od reszty przechodniów.

W ambasadzie poświęciłem się swoim zwykłym obowiązkom. W południe zjadłem samotnie obiad w kantynie. Z jakiegoś powodu nie miałem ochoty rozmawiać z kolegami. Skoncentrowałem się na zbliżającym się spotkaniu, które w sumie trudno było uznać za ważne. W końcu nie miałem Karelowi nic do przekazania. Zresztą on mnie również. Ostatecznie to tylko pierwsze spotkanie. Nawet nie będziemy całkiem sami, będzie też Miłowzorow. Niemniej było to moje pierwsze zadanie jako oficera prowadzącego w Londynie.

Po południu poszedłem do kina. Seans skończył się około szóstej wieczorem, do tej godziny zdążył zapaść mrok. Padała lodowata mżawka. Uniosłem kołnierz płaszcza i naciągnąłem kapelusz na uszy, stając się żywym wyobrażeniem konspiratora. Odnosiłem dziwne wrażenie, że wszyscy przechodnie wiedzą, że jestem szpiegiem. W istocie spieszący do domów londyńczycy w ogóle nie zdradzali zainteresowania Jurijem Modinem, oficerem KGB, który udawał się na pierwsze spotkanie z brytyjskim agentem.

Odbyłem trasę, którą sobie zaplanowałem. Zajęło mi to około dwóch godzin. Pokonałem kilka ulic i placów, żeby sprawdzić, czy nie jestem śledzony. Nie byłem. Jedna z moich sztuczek polegała na tym, że wybierałem ulice, na których tylko z jednej strony biegł chodnik. Szedłem nim, a potem nagle odwracałem się i zaczynałem iść w przeciwnym kierunku. Mój „ogon” miałby wówczas trzy wyjścia. Mógłby przejść raptownie na drugą stronę ulicy, gdzie nie było chodnika, więc stałby się od razu widoczny, mógł stanąć ze mną oko w oko albo wybrać trzecie wyjście, najbardziej dyskretne: mógłby pójść dalej i spróbować odnaleźć mnie później (ten sposób dawałby mi jednak dość czasu na ucieczkę).

Szedłem, potem jechałem metrem, później znów szedłem, zakreślając koncentryczne kręgi, aż w końcu dotarłem do miejsca naszego spotkania, popularnego pubu w zachodnim Londynie. Nie znałem tego lokalu. Lecz kiedy zobaczyłem drzwi, okna z małymi kwadratowymi szybkami i przytulne, jaskrawo oświetlone wnętrze, dotarło do mnie, że wybór tego miejsca był straszliwym nieporozumieniem. Za bardzo będziemy rzucać się w oczy. Wyboru miejsca spotkania dokonał Miłowzorow. Niewątpliwie zobaczył w tym ostatnią okazję do miłego spędzenia czasu w pubie na koszt państwa.

O ósmej wieczorem, rozpoznawszy teren, wciąż szwendałem się po sąsiednich ulicach. Byłem już pewien, że nikt mnie nie śledzi. Mogłem bezpiecznie wejść do pubu. Kiedy to uczyniłem, moje najgorsze obawy się potwierdziły: spotkanie agentów w takim miejscu jak to było niezwykle ryzykownym przedsięwzięciem. Londyńskie puby to w istocie duże kluby, gdzie większość klientów zna się z widzenia. Na ulicy mogłem pozostawać niezauważony, co innego tutaj. Od razu kilka osób odwróciło się w moim kierunku. Moje zakłopotanie musiało być dla wszystkich widoczne. Było oczywiste, że jestem cudzoziemcem, zupełnie nieprzyzwyczajonym do takich miejsc jak to. To może zakrawać na paranoję (nie będę tego wiedział do dnia, kiedy uzyskam dostęp do swojej teczki w archiwach brytyjskiego wywiadu), ale wydawało mi się, że zgromadzeni wiedzą, kim jestem. Czułem na sobie ich wrogie spojrzenia. Nieprzyjemne uczucie.

Nie miałem żadnej pewności, że rozpoznam Cairncrossa, chociaż Korowin pokazywał mi jego fotografię. Zajrzałem w najciemniejsze i najbardziej zadymione zakamarki pubu, po czym zamówiłem piwo przy barze. Usiadłem i niedługo potem zobaczyłem Miłowzorowa wchodzącego do pubu w ślad za mniej więcej trzydziestopięcioletnim mężczyzną w starym płaszczu. Uznałem, że to nasz agent. Kiedy usiedli przy stoliku, dołączyłem do nich.

Było oczywiste, że tych dwóch nie miało ze sobą zbyt wiele wspólnego. Ten ponury cham Miłowzorow wyglądał dziś jeszcze bardziej opryskliwie niż zazwyczaj. Unikał mojego wzroku i mówił jedynie do Cairncrossa.

– To Peter – powiedział. – Od teraz będzie twoim kontaktem. Jest kompetentny i punktualny. Powodzenia!

Po tych słowach wychylił kieliszek, po czym wstał i wyszedł z pubu, zostawiając nas samych.

Przez kilka minut siedzieliśmy w niezręcznej ciszy. Wykorzystałem ten czas, by przyjrzeć się swojemu agentowi. John Cairncross, kryptonim Karel, miał w sobie wiele z typowego Szkota: wysoki wzrost, kościstą twarz i niespokojne spojrzenie. Doświadczenie podpowiadało mi, że kulturalne osoby mają kilka cech charakterystycznych, które wyróżniają je z tłumu – na przykład ich buty zwykle są świeżo wyglancowane, koszule mogą być postrzępione, ale kołnierzyki zawsze sztywne i wykrochmalone, a spodnie, nawet jeśli brudne, są wyprasowane w kant. Tak właśnie było w przypadku Cairncrossa. Co więcej, od razu zauważyłem, że był krótkowidzem, chociaż nie nosił okularów.

Stłumiłem chęć zadawania pytań, wiedząc, że nie czas teraz na to. Aby zachować pozory, wypiliśmy kilka piw i oddaliśmy się jałowej pogawędce, tak jak zwykli robić dobrze wychowani ludzie, którzy spotykają się po raz pierwszy i nie mają sobie nic szczególnego do powiedzenia.

Nie poruszaliśmy kwestii zawodowych, gdyż nie było takiej możliwości. Są rzeczy, o których nie mówi się ledwie poznanym osobom. To trochę tak jak w przypadku mężczyzny i kobiety spotykających się na randce w ciemno – oboje mają to samo na myśli, lecz żadne nie może znaleźć odpowiednich słów, żeby to wyrazić. Cairncross był spokojny, ja również. Czułem, że jego oczy szacują mnie z zawodową biegłością. Niewątpliwie nie byłem pierwszym opiekunem z KGB, z którym miał do czynienia. Przede mną było ich co najmniej trzech. Wydawał się porównywać mnie z nimi. Czułem się jak żółtodziób, chociaż między nami było zaledwie dziewięć lat różnicy. Wydawał się jednak o wiele bardziej doświadczony ode mnie.

Uważałem, że im krótsze będzie nasze pierwsze spotkanie, tym lepiej. Istniało ryzyko, że natknie się na nas ktoś znajomy. Pod maską chłodnego profesjonalizmu gotowałem się z gniewu, że znajduję się w tak rzucającym się w oczy miejscu. Wbiłem sobie do głowy, żeby nigdy więcej nie spotykać się z agentami w pubach. Moje ubranie nie miało z tym nic wspólnego, mógłbym mieć na sobie nawet kilt, a i tak nikt nie wziąłby mnie za Szkota. Dopiliśmy piwo w tym samym czasie. Na odchodnym ustaliłem czas i miejsce naszego kolejnego spotkania: 12 marca 1948 roku, ósma wieczorem, Hammersmith Grove.

Chociaż do spotkania pozostał miesiąc, znałem już dokładną trasę, jaką odbędę, by tam dotrzeć, a to dzięki niezliczonym próbom po rozmowie z Korowinem. Moje główne zadanie polegało na zminimalizowaniu ryzyka, że nasz człowiek padnie ofiarą swoich słabości, czyli roztargnienia i spóźnialstwa. Wiedziałem aż za dobrze, że może to mieć tragiczne konsekwencje dla nas obu. Dlatego postanowiłem, że od samego początku powinniśmy się spotykać: a) w miejscach, do których nie będzie trudno trafić, b) zawsze o tej samej godzinie, ósmej wieczorem.

Takie były moje pierwsze doświadczenia jako oficera prowadzącego. Ta praca stanowiła dla mnie nowość i chyba nie do końca byłem do niej przygotowany. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że nigdy nie byłem urodzonym szpiegiem. Ani trochę nie przypominałem Jamesa Bonda czy choćby postaci wyjętych z kart powieści Johna le Carrégo. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o powieści szpiegowskie, zawsze wolałem Erica Amblera, który stworzył prawdziwszy i bardziej wnikliwy obraz tego zawodu niż Fleming i le Carré.

Jestem zwyczajnym człowiekiem, pozbawionym wyjątkowych zdolności i z pewnością o przeciętnej inteligencji. Zawsze dobrze się uczyłem, zarówno w szkole średniej, jak i w akademii marynarki wojennej, jednak nie miałem szczególnych predylekcji do tego, co zwykło określać się mianem szpiegostwa. W filmach, książkach i gazetach zwykle przedstawia się tajnych agentów jako błyskotliwych nadludzi. W swoim życiu widziałem wielu szpiegów, i dlatego uważam, że nie ma nic odleglejszego od prawdy. Na ogół ich poziom intelektualny pozostawia wiele do życzenia. Wiem z doświadczenia, że wysoki współczynnik inteligencji nigdy nie stanowi głównego kryterium przy rekrutacji kogoś na agenta, który w istocie jest po prostu kimś w rodzaju żołnierza.

Z drugiej strony dobry szpieg musi mieć pewne cechy, których trudno oczekiwać od żołnierza. Na przykład powinien być dziecinny, radosny i psotny. Trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Infantylizm pomoże mu działać pod nieustanną presją, która stanowi integralną część tej pracy. Kiedy funkcjonariusz traci tę dodatkową umiejętność, staje się po prostu człowiekiem czynu, twardym, surowym i bezlitosnym, analizującym wydarzenia na zimno i metodycznie. Nie będzie miał za grosz entuzjazmu ani radości z pracy, a są to cechy, które pozwalają widzieć to, czego zwykli ludzie nie dostrzegają.

Uważam również, że dobry agent wywiadu powinien mieć rozwiniętą świadomość polityczną. Jeśli nie ma, nigdy nie będzie z niego pożytku, gdyż nie będzie zadawał odpowiednich pytań w odpowiednim czasie. Nigdy nie zbierze informacji, jakich potrzebuje. Szanuję ludzi, którzy mają rozwiniętą tę cechę. Czuję się rozluźniony w ich towarzystwie, a to ułatwia pracę. W moim odczuciu skuteczny agent powinien umieć analizować kwestie polityczne nie gorzej niż doświadczony polityk. Jeśli chce, żeby informacje, które wysyła do Centrali, były przydatne, nie może wysyłać ich hurtowo. Powinien dokonać selekcji, odsiać to, co może okazać się przydatne w przyszłości. Powinien umieć przewidzieć dzisiaj, czego będą potrzebować jego szefowie jutro. Jeśli tylko czeka na rozkazy, marnuje czas i ryzykuje, że jego działania okażą się bezowocne, ponieważ informacje, jakie zgromadził, staną się przestarzałe. Zdecydowanie zbyt wielu naszych agentów miało tendencję do powtarzania, że czekają na rozkazy.

Moim dogmatem wiary, z którym zapoznawałem słuchaczy w szkole dla szpiegów KGB, jest to, że każdy agent powinien uważnie śledzić wydarzenia polityczne, jeśli chce pozostać w grze. Szpieg lekceważący politykę nigdy nie osiągnie satysfakcjonujących wyników. Podobnie jak agent, który ma się za drugiego Jamesa Bonda, nie zagrzeje miejsca w prawdziwych służbach wywiadowczych. Są tacy, którzy próbują naśladować szpiega stworzonego przez Iana Fleminga, najeżonego gadżetami, nienasyconego seksualnie, nieustraszonego i bez przerwy wdającego się w jakieś bijatyki. Znałem kilku takich – żaden z nich nie zaszedł zbyt wysoko.

Dobry tajny agent powinien również dysponować dużą siłą fizyczną i psychiczną, powinien być zdrowy na ciele i duszy. Dobra kondycja pomoże mu przetrwać, co więcej, dzięki niej będzie mógł jasno ocenić sytuację. To, co w tej chwili powiem, może się wydać banalne, jednak monotonna, pełna niepokoju harówka szpiega, z jego tajnymi kontaktami i koniecznością zachowania czujności, pozostawia głębokie blizny w psychice człowieka. Tajny agent siłą rzeczy jest o wiele bardziej sfrustrowany niż inni ludzie, których zawody nie wymagają nieustannego napięcia.

Od dnia mojego pierwszego poufnego spotkania z agentem za granicą zdawałem sobie sprawę z wagi sprawności fizycznej. Regularne ćwiczenia dają szpiegowi przewagę, która może uratować mu skórę.

W świecie wywiadu zawsze istniała przepaść między tym, co wydaje się przydatne samemu agentowi, a tym, co uważają za istotne jego przełożeni. Tak jest we wszystkich służbach, radzieckich, amerykańskich, francuskich czy brytyjskich. Istnieją zawsze rozbieżności, a nawet sprzeczności, między tym, czego chce wierchuszka, a co w konkretnej chwili uważa za słuszne funkcjonariusz. Dobry agent powinien wiedzieć, jak stworzyć pancerz lodowatej samokontroli, który umożliwi mu robienie tego, czego oczekują od niego pracodawcy. Często są to rzeczy, których sam nigdy by nie zrobił.

Czasami napięcie jest nie do zniesienia. Bez przerwy masz mdłości. Dniami i nocami przygotowujesz się na najgorsze, przejmujesz się możliwą porażką i tym, że stracisz nad sobą kontrolę.

Za dużo pijesz. Nie, żeby wszyscy agenci byli alkoholikami, po prostu potrzeba złagodzenia napięcia jest nie do odparcia. Niektórzy mają poczucie winy, inni wikłają się w trudne relacje z kobietami, jeszcze innych pochłania hazard. Aby się odprężyć, szpieg potrzebuje rozrywki. My, Rosjanie, mamy szczególne upodobanie do uprawiania ziemi i wielu z nas to zapaleni ogrodnicy. Kopiemy, sadzimy i podchodzimy z miłością i szacunkiem do upraw wokół naszych dacz. Inni w czasie wolnym dekorują i upiększają swoje mieszkania, często przesadnie. Wszyscy szukamy jakiegoś sposobu uwolnienia się, oczyszczenia, zrelaksowania. Kiedy ciało jest odprężone, umysł staje się czystszy i spokojniejszy. Moim hobby jest ogródek warzywny. Uprawiam bakłażany, cukinie i brokuły, a także tradycyjne rosyjskie warzywa. Warzywa to moja pasja.

To, co tutaj piszę, nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, co czyta się w powieściach szpiegowskich, których bohaterowie nigdy nie mają żadnych problemów z psychiką. Ale tak to właśnie wygląda.

* * *

1 Dla wygody radziecki resort ochrony bezpieczeństwa państwa będę w tej książce określać jako NKWD (1922–1943) i KGB (od 1943 r.). Nazwy te zmieniały się wielokrotnie: w grudniu 1917 r. – na CzeKa, w lutym 1922 r. – GPU (NKWD), w lipcu 1923 r. – OGPU, w lipcu 1934 r. – NKWD, w lutym 1941 r. – NKGB, w lipcu 1941 r. – NKWD, w kwietniu 1943 r. – NKGB, w marcu 1946 r. – MGB, w marcu 1953 r. – MWD i wreszcie w marcu 1954 r. – na KGB.

2 Do obowiązków oficera prowadzącego należy utrzymywanie kontaktów z agentami.

3 „Centrala” to w żargonie oficerów KGB siedziba główna w Moskwie.

Zdjęcia wewnątrz książki:

nr 1, 2, 5, 8, 19, 20, 21, 22: Archiwum prywatne autora

nr 3, 17: © RIA Novosti

nr 4, 14: © Profimedia/Corbis/Otto Bettmann

nr 7: © Rex Features/East News

nr 9: © Popperfoto/Getty Images

nr 11: © Rue des Archives/Forum

nr 12: © DIOMEDIA/Keystone Pictures USA

nr 13: © Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images

nr 18: © AFP/East News

Grupa Wydawnicza Foksal informuje, że dołożyła należytej staranności w rozumieniu art. 355 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnego dysponenta autorskich praw majątkowych do fotografii numer: 6, 10, 15, 16.

Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku poszukiwania te nie przyniosły rezultatu, Grupa Wydawnicza Foksal zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania fotografii aktualnemu dysponentowi autorskich praw majątkowych, niezwłocznie po jego zgłoszeniu się do Grupy Wydawniczej Foksal.

Przekład: Piotr Grzegorzewski, Marcin Wróbel

Redakcja: Ilona Turowska

Korekta: Ilona Kuczmarz, Beata Wójcik

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Keystone / Hulton Archive / Getty Images

Skład i łamanie: Krzysztof Ciężkowski

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2244-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Tomasz Szymański / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Moja piątka z Cambridge 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie