Coraz mniej olśnień

Coraz mniej olśnień

Autorzy: Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 27.77 zł

Trzy kobiety. Trzy sposoby na życie. Jedna tajemnica, czy więcej?

To powieść o losach Leny, Marii i Aliny - trzech kobiet połączonych
niewidzialną nicią. Trzy osobowości, trzy odmienne charaktery, trzy różne
historie. Na pozór zupełnie ze sobą niezwiązane...

Każda z kobiet ma za sobą przeszłość, o której wolałaby zapomnieć.
Każda z nich stoi na życiowym zakręcie. Musi dokonać wyboru i to robi.
Ta powieść wzbudza niesamowite emocje, czasami wzrusza, nieraz pobudza
do śmiechu i zaskakuje zakończeniem.

Spis treści

Karta redakcyjna

Lena

Redakcja: JOANNA WYSŁOWSKA, Melanż

Korekty: Melanż

Projekt serii: NATALIA BARANOWSKA / manukastudio.pl

Projekt okładki: PAWEŁ GAŁECKI

Skład: Plupart

Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA

Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI

Zdjęcia: I strona okładki – © Profimedia/ Corbisportret Autorki – Miro Bestecki

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2015

Text © copyright by Ałbena Grabowska 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ISBN 978-83-64776-58-8

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa

tel. (22) 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@grupazwierciadlo.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Lena

Kiedy wyrzucano mnie z pracy, byłam ubrana w lazurową sukienkę Max Mara. Sprzed trzech sezonów, ale kto o tym wiedział. Nawet w piśmie modowym nie wszyscy znają się na modzie. Zwolniono mnie przez zazdrość. Zawiść nawet. Bo czyż nie doszłabym do stanowiska naczelnej? Albo nawet głównego dyrektora artystycznego? Na pewno. I wcale nie jestem próżna. Nie jestem tylko skromna. Nie posłużono się nawet jakimś specjalnym pretekstem. Po prostu wezwano mnie do zastępcy redaktora naczelnego, czyli do geja w za ciasnym garniturze, i ten powiedział, że „sorry cię”, ale za dużo nas kosztujesz. Po prostu. Nic nie mam do gejów, ale ci, którzy wyrzucają mnie z pracy, w naturalny sposób budzą moją nienawiść. Naczelna nawet nie pofatygowała się do mnie. I szlag trafił. Miałam pracę jeszcze na jakiś tydzień, do ostatniego dnia miesiąca. A potem kończyła się umowa czasowa i do widzenia. Czy czułam, że tak będzie? Wcale nie. Wręcz przeciwnie. Byłam przekonana o swojej wielkości i sprycie. Czyż nie schodziłam z drogi Wielkiej Szefowej? Czy nie byłam przymilna i koleżeńska? Czy nie przeczytałam wszystkich poradników, jak być idealnym pracownikiem i osiągnąć sukces? Wreszcie czy nie byłam fantastycznie zdolna? Praca w piśmie o modzie to jest świat dla wybranych. Trzeba mieć własny styl, dobre pióro i mnóstwo czasu, a także uwielbiać ciuchy, ludzi z pierwszych stron kolorowych czasopism. Ja tak mam. Może poza tym uwielbieniem. Za to świetnie je udaję. Każda tak zwana celebrytka w moim towarzystwie czuła się jak gwiazda filmowa, nawet jeśli prowadziła teleturniej dla dzieci w porze najmniejszej oglądalności. Nie mówiąc już o osobach występujących w serialach, w trzeciorzędnych rolach, zwanych przez siebie aktorami. Tym potrafiłam wmówić, że mają charyzmę Roberta De Niro albo talent samej Meryl Streep. Pod warunkiem oczywiście, że wiedzieli, kim są ci dwoje. Wielka Szefowa przyjmowała mnie do pracy. Pytała, co potrafię. Powiedziałam, że ciężko pracuję na sukces wszystkich, i spojrzałam na nią. Zrozumiała to dokładnie tak, jak chciałam. Będę lojalna. Zawsze będę miała czas na bieganie po klubach za pieniądze redakcji i nigdy, ale to nigdy nie pomyślę o jej stanowisku. Wielka Szefowa miała na nazwisko Straszak. Zmieniła sobie na Straszewska. Słusznie, to pierwsze kojarzyło się ze strachem na wróble. Prawidłowo zresztą. Straszyła wszystkim, od wyglądu, przez wystrój pokoju, aż do specyficznego, pełnego egzaltacji zachowania. I miała na imię Kamila. I to sobie zmieniła na Kamelia. Kamila Straszak vel Kamelia Straszewska wyrzuciła mnie z pracy asystentki stylistki w najlepszym krajowym piśmie o modzie. Przeżyję. Albo nie przeżyję. Na razie pogrążam się w rozpaczy, myśląc o tym, co zrobię w następnym miesiącu. Poczucie klęski ogarnia mnie coraz bardziej. Wynajęte mieszkanko kosztuje około pięciuset złotych miesięcznie. To nora, ale wmawiam wszystkim, że klimaty Pragi najbardziej mi odpowiadają. Mogłabym mieszkać w każdym miejscu, ale wybrałam to, mówiłam uparcie. Jak ktoś chciał, mógł się przekonać. Imprez nie robiłam dla zasady. Od czasu do czasu kogoś zapraszałam. Wtedy ten ktoś mógł się wdrapać po obskurnych, drewnianych schodach i wejść do mojej klitki. Miała jakieś dwadzieścia osiem metrów, w tym miejsce do spania na antresoli, kuchenkę z szafkami i łazienkę. To ostatnie to sukces na Pradze, bo bywa, że pomieszczenia zwane łazienkami znajdują się na korytarzu. Mieszkanie zostawił mi kochanek. Poważnie. To znaczy jakby wynajął. Ja płacę tylko czynsz i wszelkie opłaty, a on ma święty spokój. Inaczej powiedziałabym jego żonie o naszych miłych schadzkach. I nie muszę mieszkać z ojcem pod Warszawą. I każdy jest zadowolony.

W moim mieszkaniu pół pokoju zajmuje szafa. Ciuchy to moja namiętność. Jestem od nich uzależniona. I od butów. I oczywiście dodatków. Mogłabym opowiadać o tym godzinami. Praca w „Twojej Modzie” była spełnieniem moich marzeń. A teraz co? Czy jest jakiś sens chodzić do szefostwa i pytać „dlaczego?”. Nigdy nie walczyłam. Rodzice mnie tego nie nauczyli. Matka chciała, żebym skończyła jakieś porządne studia. Uczyła się języków. Ja nie miałam na to najmniejszej ochoty. Gdybym mogła w ogóle nie kończyć studiów, byłabym najszczęśliwsza. A tak musiałam prześlizgnąć się przez szkołę podstawową, do czego wystarczyła inteligencja. Skończyć liceum, do czego potrzebowałam także sprytu i kombinowania. Wreszcie skończyć studia. Męczyłam się sześć lat na różnych kierunkach interdyscyplinarnych, aż matka zagroziła, że nie da mi więcej pieniędzy. To mnie zdopingowało do przepisania fragmentów kilku książek i dodania mnóstwa własnych przemyśleń na temat „Współczesna moda i stylizacja jako element przynależności do grupy”. Wiem, że bez sensu, ale udało się obronić pracę magisterską. I spokój. Nikt nie przyczepił się ani do żywcem przepisanych z książek fragmentów, ani do podpisywania nazwiskami socjologów moich własnych, pożal się Boże, przemyśleń. Świat stał przede mną otworem. Gdyby mi się chciało pracować na studiach, skończyłabym je jako osoba z jako takim stażem, a tak stanęłam przed Wielką Szefową bez doświadczenia. Ale od czego determinacja i spryt? W życiorysie napisałam sobie, że pracowałam jako: roznosicielka reklam, sprzedawca pizzy, akwizytor sprzętu biurowego i kosmetyków, piosenkarka w klubie i wreszcie wolny strzelec w redakcji znanego czasopisma. Żeby nie było tak banalnie, napisałam, że sprzedawałam miejsca na reklamy w luksusowych czasopismach oraz bony rabatowe dla firm. W pizzerii, pisałam, przeszłam drogę od kelnerki do kierownika sali, a w wolnym czasie uczyłam się kuchni włoskiej od autentycznego włoskiego kucharza. Wpisałam sobie nawet znajomość podstaw języka włoskiego do życiorysu. Sprytnie przedstawiłam się także jako pracująca z wielkimi sukcesami akwizytorka znanej firmy kosmetycznej. Kwestię śpiewania piosenek w klubie opisałam w rubryce Hobby jako: zainteresowanie piosenką polską, włoską i francuską. Napisałam o amatorskich wykonaniach w niszowych klubach jazzowych. Za darmo oczywiście. Tylko żeby poszerzyć horyzonty. Więcej miejsca poświęciłam na opis swojej pracy w redakcji. Rubryka Doświadczenie jest bardzo istotna, a ja się przyłożyłam. Zainteresowany mógł przeczytać, że: pisałam teksty reklamowe, porady kulinarne, naturalnie prowadziłam rubrykę o modzie, redagowałam wszystko, co trafiało na stół mojego zwierzchnika. Dobrze to wszystko wyglądało na papierze. Prawda była zupełnie inna. W rzeczywistości raz rozdałam ulotki na dworcu za dwadzieścia złotych, co starczyło na duże latte i ciastko karmelowe. Pizzę wyłącznie jadam i nie przyszłoby mi do głowy pracować w pizzerii. W mieście, gdzie mieszkałam, moja koleżanka otworzyła pizzerię. Proponowała mi pracę, ponieważ szukała kelnerek. Mogłam być nawet kierownikiem sali. I kucharza miała Włocha. Wyobraziłam sobie, że tę propozycję przyjęłam, i już. Co do kosmetyków, to sto lat temu wypełniłam zgłoszenie dla „konsultantek” firmy kosmetycznej. Wyobrażałam sobie, że oznacza to, że będę wąchać perfumy albo określać, który kolor szminki jest trendy, ewentualnie uczestniczyć w tworzeniu opakowań kosmetyków. Jakaś miła pani zadzwoniła i wyjaśniła mi, że konsultantka to akwizytorka, i tyle. Miałabym chodzić po biurowcach i wciskać kobietom pudry i cienie do powiek. Podziękowałam. Wreszcie piosenki. Moja babcia uwielbiała Edith Piaff, Mireille Mathieu i Domenico Modugno. Większość tych piosenek umiałabym zanucić. A w barze śpiewałam kilka razy. Karaoke. Miałam nawet powodzenie. Nikt by tego nie sprawdził. Szefostwo mogło się jednak pokusić o sprawdzenie mojej kariery dziennikarskiej. Przewidziałam to i wybrałam pismo, które w międzyczasie zmieniło właściciela. Moja koleżanka ze studiów, która pracowała na dokładnie opisanym przeze mnie stanowisku, pożaliła mi się w chwili słabości, że zaniedbała prośby o referencje. Teraz, mówiła mi, nie ma tam nikogo, kto wcześniej pracował. Nikogo, kto mógłby zaświadczyć, że przez kilka lat praktycznie tworzyła to pismo. Za dobre, żeby tego nie wykorzystać.

Czy to wszystko oznacza, że moje życie to jedno wielkie kłamstwo? Może kłamstwo nie, ale ściema na pewno. Każdy kręci, żeby jakoś się utrzymać na powierzchni. Ja nie mam z tym problemu. Tyle że straciłam posadę. I wracamy do punktu wyjścia. Nie mam pracy od pierwszego. Nie mam na czynsz. Pracowałam w tej pieprzonej redakcji rok, na umowę-zlecenie przez dziewięć miesięcy, aż dostałam pierwszą czasową trzymiesięczną umowę. Byłam taka dumna. Może tak robią ze wszystkimi? Wielka Szefowa zatrudnia taką słodką i naiwną istotę na kilka miesięcy na umowę-zlecenie. Potem proponuje pierwszą umowę stałą na czas określony. A potem każe swojemu zastępcy – zwanemu Pasikonikiem – wywalić mnie. Po lunchu, na którym nic nie zjadłam, zrobiłam sobie konturówką do warg podkrążone oczy i poszłam do Pasikonika.

– Mam prawo wiedzieć dlaczego – zachlipałam na progu.

Pasikonik zdjął czerwono-czarne ray-bany kujonki, popatrzył na mnie przeciągle i powiedział afektowanym tonem:

– Nie stać nas na asystentkę, która zapomina oddać do sklepu ubrania wypożyczone do sesji. Nie bierz tego osobiście – dodał, krzywiąc się.

A niby jak mam brać, pomyślałam. Zarzucał mi kradzież wprost. Ciuchy chciałam zatrzymać dla siebie. To była szyfonowa granatowa bombka i ciasny czerwony sweterek w srebrne biedronki. Resztę oddałam do sklepu. Przysięgam. Tonę ciuchów. Tych dwóch nie było na liście, nie było w wykazie ze sklepu. Jak na to wpadli, że to ja je zabrałam? Próbowałam przekonać Pasikonika, że nie wiem, o co chodzi. Przez cały czas upierałam się, że nie mam pojęcia o tym, gdzie mogą być rzeczone spódnica oraz sweterek. Wytrzeszczałam swoje niebieskie oczy i robiłam minę „krzywdzicie mnie podejrzeniami”. Zawsze działała. Teraz nie.

– Zapłacę za te rzeczy, tylko mnie nie wyrzucaj – przeszłam do błagania.

Jak zostanę naczelną, wyrzucę go na bruk.

– Nic z tego, nie chcą pieniędzy. – Pasikonik patrzył na mnie, jakby chciał mi powiedzieć, że nie dość, że bombka i sweterek wiszą w mojej szafie, to jeszcze ktoś mnie widział w nich w klubie w sobotę.

– Przetrząsnę wszystkie outlety w promieniu trzydziestu kilometrów, znajdę to i oddam. Kupię na własny rachunek – błagałam coraz bardziej, a Pasikonik miał coraz bardziej wymowny wyraz twarzy.

– Powiedzieli, że nie pożyczą nam już nic na sesję. Kamelia po prostu nie wiedziała, jak ich przepraszać.

Przepraszająca Kamelia była argumentem nie do zbicia. Jeszcze walczyłam.

– A może ja tam pojadę i wyjaśnię sprawę – mówiłam coraz ciszej i na przydechu. Niech sobie wyobrazi, że życie mi się wali.

– Daj spokój, Lena – powiedział Pasikonik. – Dziękuj Bogu, że Kamelia nie wystawia ci wilczego biletu. A mogłaby. Tyle że to cudowna osoba. I docenia to, co dla nas zrobiłaś wcześniej. Zanim...

I wykonał charakterystyczny gest ręką. Taki oznaczający zagarnięcie.

– To nieprawda – szepnęłam.

– Prawda. – Pasikonik był łagodny – Powodzenia. Możesz zostać do pierwszego i normalnie pracować. Jeśli nie chcesz, to możesz nie przychodzić do redakcji. Maja zrobi twoją rubrykę.

– Zostanę – powiedziałam dramatycznym szeptem. – Rubrykę prawie skończyłam. Zdjęcia mam już wszystkie, poprawiam tylko tekst.

Zostałam do końca tygodnia. Spotkałam się nawet ze współczuciem. Pomogło mi to, bo dziewczyny dzieliły się ze mną lunchem. Mogłam zachować ostatnią setkę, jaką miałam na koncie. Przez tydzień nie wychodziłam praktycznie ze swojego boksu. Nie chciałam spotkać się twarzą w twarz z Kamelią. I jej lakierowaną fryzurą. Nie tym razem. Jak osiągnę sukces, to zrobię wszystko, żeby straciła wpływy.

Nie mam żadnych oszczędności. Pracowałam za krótko, żeby się czegoś dorobić. Poza tym nie umiem oszczędzać. Wydam każde pieniądze. Na ciuchy, dodatki, drinki w klubie. Matka tego nie rozumiała. Dla niej ciuchy dzieliły się na służbowe i domowe. Miała też eleganckie ubrania, oczywiście. Takie, w których chodziła do ukochanego teatru. Nie wiem, czemu ciągle o niej mówię. Umarła przecież dawno temu.

* * *

Mieszkanko wydaje mi się smutne i puste. Siedzę w nim już drugi tydzień i prawie nie wychodzę. Ani w piątek, ani w sobotę nie byłam w klubie. Pierwszy raz w życiu nie miałam ochoty wyjść się zabawić. Otwarte drzwi od szafy skrzypią. Kołyszą się na wietrze, a wiatr bierze się z nieszczelnych okien. Gówniane to mieszkanie. Jestem głodna. W lodówce mam serek light i otręby. Biorę je do ręki. Oddycham z ulgą. Nie są przeterminowane. Przelewam jogurt do porcelanowej miseczki. Miseczka to jeden z niewielu przedmiotów, jakie wzięłam z domu. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. To była ulubiona rzecz matki. Przez lata jej nie używałam. Teraz jem z niej chudy jogurt z karmą dla konia. Matka pokiwałaby głową z politowaniem i popatrzyła na mnie smutno i z rozczarowaniem. Czyli tak jak zwykle. Myję miskę pod bieżącą wodą. Nie muszę dodawać, że w mieszkaniu nie ma zmywarki. Przez chwilę mam ochotę upuścić miskę i stłuc ją tym samym na drobne kawałki, ale się powstrzymuję. Zawsze się powstrzymuję. Jakby matka powstrzymywała mnie swoją obecnością. Wzdycham i odkładam ją do rozklekotanej szafki. Postanawiam zadzwonić do Krzyśka, tego mojego byłego kochanka. W końcu jest mi coś winien. Zawsze był źródłem łatwych pieniędzy, a ja dla niego bezpiecznej przyjemności. Wykręcam numer komórki.

– Malena – słyszę ciche – nie mam czasu. Ja naprawdę mam tu zasuw.

– Przyjdź – przymilam się do niego chyba po raz pierwszy. – Tęsknię.

Cisza w słuchawce. Słyszę, jak mi serce wali.

– Za godzinę będę – szepcze.

Czyli w przerwie na lunch. I dobrze, bo nie mam ochoty, żeby zostawał na noc. Czasu mam mało. Zrzucam piżamę i wciągam dzianinową, elastyczną sukienkę Zary. Zastanawiam się, co włożyć pod spód. W końcu zostaję bez bielizny. Od tej wizyty dużo zależy. Krzysiek wkracza punktualnie i od razu zabiera się do rzeczy. Mój brak majtek i stanika przypada mu do gustu. Czuję się jak przedmiot. Obraca mnie najpierw i bierze od tyłu, potem robimy to na lodówce w kuchni. Ani trochę nie jestem podniecona. Mówiłam już, że umiem udawać. Teraz też cała drżę pod nim i nad nim. Na szczęście on jest tak napalony, że trwa to w sumie niedługo.

– Dzięki – mówi.

Palant skończony. Przełykam dziwną gulę w gardle.

– Słuchaj – mówię – straciłam pracę i dopóki czegoś nie znajdę, to nie mam na rachunki.

Odskakuje ode mnie jak oparzony. Wcześniej siedział na kanapie i obejmował mnie ramieniem.

– Nie ma mowy – dyszy. – Umawialiśmy się.

– Ale ja...

– Zapłacę tylko za ten i przyszły miesiąc – patrzy zimno. – I będę tu wracał raz w tygodniu.

Wysuwa język. Wygląda, jakby chciał mnie uderzyć. Ja sama mam ochotę walnąć go przez tę wygoloną gębę pana product managera, ale się powstrzymuję. Niech mu się wydaje, że wygrał. Mam jeszcze prawie dwa miesiące spokoju. Na pewno jakoś przez ten czas wypłynę.

– Następnym razem włóż majtki – mówi. – Lubię je z ciebie zdzierać.

Wychodzi, trzaskając drzwiami. Nie czuję się dobrze. To chyba ten jogurt. Wchodzę pod prysznic. Normalnie nie używam żelu do mycia. Zmywa naturalną powłokę lipidową i skóra szybciej się starzeje. Teraz czuję, że woda nie wystarcza, żeby zmyć dotyk byłego-obecnego kochanka. Biorę mydło, którym myję ręce i namydlam się cała. Spłukuję długo, na przemian zimną i gorącą wodą. Trochę mi lepiej. Na moment uśmiecham się nawet do zaparowanego lustra. Sięgam po ręczniki, ale nie ma żadnego czystego. Szlag by trafił. Jak byś prała, to byś miała, słyszę za plecami. Odwracam się gwałtownie. Nie ma nikogo. Przelatuję truchtem całe mieszkanie. Nikogo. Świruję z tego wszystkiego. Dziś już któryś raz wspominam matkę. To nienormalne. Wycieram się bawełnianą bluzką. Ubieram w dżinsy i podkoszulek. Znów mi się poprawia na moment. Bigstary dobrze leżą. Podkoszulek ma dobry nadruk – „Be happy”. Jeszcze będę szczęśliwa. Mój wzrok zawiesza się na chwilę na stoliku stojącym przy kanapie. Leży na nim dwadzieścia złotych. Przed wizytą byłego-obecnego ich tu nie było. Na tyle mnie wycenił. Chociaż jeśli dodać czynsz za dwa miesiące i opłaty, to i tak nieźle mi poszło. Zbieram pranie i wrzucam do pralki. Ledwie chodzi, ale przynajmniej to automat. Na szczęście mam jeszcze trochę proszku do prania. Ogarniam dom. W ciuchach zawsze miałam porządek, ale reszty nie chciało mi się nigdy sprzątać. Teraz czuję potrzebę. Wyciągam odkurzacz spod łóżka. Przejeżdżam po moich dwudziestu ośmiu metrach, wciągając miesięczne koty. Potem biorę mopa i myję łazienkę i kuchnię. Przecieram też parapety. Matka byłaby zadowolona. Znowu pomyślałam o niej. Chyba mi odbija. Zasłużyłam na coś fajnego. W portfelu mam trzydzieści złotych, Krzysio zostawił mi dwadzieścia. Narzucam na siebie marynarkę Diesla i wkładam szpilki Venezii.

Na przystanek podjeżdża tramwaj wypełniony po brzegi. Postanawiam zignorować go i udać, że czekam na inny. Zostaję na przystanku sama. Następny przyjeżdża po dwudziestu minutach, kiedy zaczynam kulić się z zimna. Wydawało mi się, że mamy ciepły wrzesień, tymczasem jest jakieś piętnaście stopni, a ja mam na sobie cienkie ciuchy. Przynajmniej tramwaj nie jest tak zatłoczony. Udaje mi się usiąść. Gapię się przez zakurzone okno. Warszawa wydaje mi się obca i ponura. Podróż dłuży się, samochody zajeżdżają motorniczemu drogę. Tramwaj co chwilę staje. Słychać trąbienie. Nade mną stoi starsza kobieta ubrana w płaszcz, czapkę i szalik. Podziwiam jej przezorność, aż tak zimno nie jest. Pewnie powinnam wstać i jej ustąpić. Bawi mnie ta myśl. Mało kto ustępuje teraz starszym w komunikacji. Kto ma bilet, ma prawo siedzieć. Takie zasady. Zresztą za mną siedzi chłopak. Niech on jej ustąpi. Wysiadam przy Złotych Tarasach. Przechodzę przez pół Dworca Centralnego i wchodzę do hali głównej. Przejdę do Tarasów górą, przez przystanki. Nigdy nie wchodzę podziemiami. Szklane, kręcące się drzwi prowadzą do raju wypełnionego sklepami i kawiarniami, w których przechadzają się ludzie mający na sobie niedostępne chwilowo dla mnie ciuchy. Zawieszam oko na dwóch dziewczynach w wieku licealnym. Nie mają więcej jak siedemnaście lat. Siedzą w Coffe Heaven na parterze i piją kawę z papierowych kubków. Wyglądają jak klony. Obie mają spodnie z obniżonym krokiem, ale nie z górnej półki – River Island chyba albo Promod, ciasne sweterki i kolorowe łańcuchy na szyjach. Żadna z nich nie zdjęła wełnianej czapki. Tego nigdy nie rozumiałam. Łażenie w wełnianej czapce na głowie w ciepły dzień albo, co gorsza, we wnętrzu uważam za brak gustu. Wiem, że tak robi David Beckham, ale nawet on głupio wygląda. Rozglądam się za jakimś miejscem. Znalazłam idealne. W kącie, pojedyncze, z widokiem na całą kafejkę i fotelem do siedzenia. Zostawiam tam torebkę, po wyjęciu z niej portfela, i żakiet.

– Witamy – mówi dziewczyna zza kasy. – To co zwykle?

Jeszcze bardziej poprawia mi się humor. Dobrze, że wyszłam z domu. Kiwam głową, płacę i czekam na swoje duże latte.

– Zrób fajną kawę z sercem – mówi dziewczyna do chłopaka przy ekspresie.

Robi mi się jeszcze fajniej. Od dawna nikt mnie tak nie potraktował. Indywidualnie, znaczy się jak VIP-a albo kogoś naprawdę ważnego.

– Lepszy mi wychodzi listek paproci – mówi cicho chłopak.

– Spróbuj – mówi stanowczo dziewczyna.

Z plakietki wynika, że ma na imię Joanna i jest Young Managerem. Chłopak z plakietką „Marcin – uczę się” zabiera się do pracy. Zachęcająco się uśmiecham do niego i z wdzięcznością do dziewczyny, która stoi przy koledze młodszym stażem i pilnuje, żeby zrobił mi dobrą kawę. Chłopak wkłada całą energię we wlewanie spienionego mleka do kubka. Joanna – Young Manager – marszczy brwi. Chłopak wzdycha.

– Wyleję to – mówi.

– Nie – protestuję, nie rozumiejąc, o co im chodzi.

Sięgam po kubek z kawą. Po chwili rozumiem. Na samej górze powinno być serduszko z piany. Rysunek na kawie nie przypomina serca. Boki są zapadnięte, co wraz ze zgrubieniem na szczycie daje obraz grzyba. Powiedzmy, że jeszcze nierozwiniętej kani. A tak szczerze, to sterczącego fallusa. Sterczącego, z grubą żołędzią. Parskam śmiechem.

– Dzięki – mówię. – To specjalna kawa. Nie ma mowy o jej wylewaniu.

Nie do wiary. Siadam w swoim kącie. „Marcin – uczę się” i Joanna manager śmieją się za ladą. Zabieram się do kawy. Mam dużo czasu. Popijam małymi łykami i gapię się przed siebie. Blisko mnie siada dwóch gejów. Przyglądam się ich koszulom. W kratkę, krótkie, jedna błękitno-granatowa u blondyna, druga wiśniowo-różowa u bruneta. Szczebioczą do siebie. Usiłuję odgadnąć, co robią w życiu. Agencja reklamowa, copywriterzy? Pewnie coś w tym stylu. Conversy mają pod kolor koszul. Rozmawiają cicho ze sobą, stykają się ramionami, patrzą sobie w oczy. Zazdroszczę im. Ja nie miałam nigdy nikogo bliskiego. Wszystkie moje związki były przelotne. Nie umiem się zaangażować. Tłumaczę sobie, że nie trafiłam jeszcze na tego jedynego, ale wiem, o co chodzi. Jestem cyniczna i wykorzystuję ludzi do swoich celów. Każdego oglądam w kontekście, co może mi dać albo jakie drzwi otworzyć. Poznaję takiego, udaję królewnę, a jak już mi da pierścionek, białego konia czy co tam ma, to do widzenia.

– Lenka?

Mrugam, kiedy widzę Maćka. To jeden z moich byłych. Tylko on tak do mnie mówił.

– Maciuś? – Uśmiecham się słodko. – Co ty tu robisz?

Przysiada się do mnie. Dobrze wygląda. Ma dobrą marynarkę i spodnie pod kolor. Tylko pod marynarką T-shirt z napisem „Super-Tata”. Mdli mnie odrobinę, ale nie przestaję się uśmiechać. Oficjalnie zerwaliśmy dlatego, że ja nie byłam jeszcze gotowa na poważny związek. W taki sposób, jak on chciał, to ja nie będę nigdy gotowa. Byliśmy razem jakieś dwa miesiące, jak chciał się zaręczać, brać kredyt i kupować mieszkanie. W łóżku był nieporadny, ale bardzo czuły i nie krył, że chce mieć dzieci, dużo i od razu. Rachunki opłacał na czas, wszystkie, nawet za moją komórkę. Robił romantyczne kolacje i zapraszał mnie na weekendy do mieszkania swojej babci, która wyjeżdżała za miasto na działkę. Odeszłam, kiedy zrobiła się jesień i babcia zostawała w mieście, bo domek na działce nie był całoroczny. Pamiętam, że płakał przy rozstaniu, a ja dopasowałam się do tej konwencji. Kołysałam go w ramionach i powtarzałam, że jest dobry, cudowny i zasługuje na wspaniałą kobietę, a ja nie mogę mieć dzieci. Zrywam zawsze w taki sposób, żeby facet nie omijał mnie potem na ulicy albo nie mścił się na mnie. Poza Krzyśkiem naturalnie, któremu po prostu powiedziałam, że to koniec, ale zostaję w jego mieszkaniu.

– Wspaniale wyglądasz – mówię do Maćka.

Przysiada się i – przysięgam – wyciąga z portfela zdjęcia bobasa i miłej brunetki z niewyregulowanymi brwiami. Udaję zachwyt i długo wypytuję o szczegóły ich związku i narodzin synka. Gorąco popieram decyzję żony, która odeszła z pracy (wydawca) po urodzeniu dziecka i już drugi rok opiekuje się maluchem w domu. Teraz pracują nad dziewczynką. Bardzo słusznie, bycie jedynakiem jest okropne, przytakuję. Nie mają opiekunki – jakie to wspaniałe dla dziecka! Mój entuzjazm nie ma końca. Przyglądam się ponownie zdjęciu. Widzę, że nie zgubiła nadwagi po ciąży, a brak opiekunki uniemożliwia jej wizytę u fryzjera. To rzeczywiście kobieta, której pragnął. Potem pytam o pracę.

– Zostałem teraz zastępcą redaktora naczelnego, wiesz? – mówi, a ja nastawiam uszu.

– A jakie pismo? – pytam słodko.

Serce zaczyna mocno mi bić.

– „Twój Dzidziuś” – odpowiada z zadowoleniem.

Jakżeby nie. Nabieram powietrza. Muszę to dobrze rozegrać. Zanim jednak zdążę się odezwać, Maciek wypala sam:

– Lenka, interesowałaś się przecież modą, a my szukamy stylisty, który poprowadzi nasze sesje. Co ty na to? Miałabyś czas? To tylko praca dodatkowa...

– Mam – przerywam mu. – Właśnie szukam roboty. Pracowałam jako stylistka, ale wywalili mnie, jak trzeba było zatrudnić mnie na stałą umowę. Mam czas i bardzo chętnie pomogę ci w tym piśmie.

Taka półprawda.

– No to, no to... – Maciek uśmiecha się szeroko. – Jakie ja mam szczęście!

A jakie ja? Dzięki Ci, Panie Boże. Zapisuję nowy numer komórki Maćka. Redakcja jest na szczęście blisko mnie. W poniedziałek mam przyjść spotkać się z fotografami i modelką. I wziąć pełnomocnictwo na pożyczanie ciuchów do sesji.

– A jak ma na imię twój synek? – pytam jeszcze.

Radość mnie rozpiera. Zaraz się go pozbędę i pójdę coś sobie kupić. Mam pracę!

– Nicolo – mówi z dumą. – Przez c.

– Pięknie – kłamię po raz kolejny, ale jestem tak zadowolona, że nie muszę specjalnie udawać.

Na mózg im chyba padło. Nienawidzę, jak ktoś daje dziecku takie imiona. Miałam koleżankę Inez, ale jej ojciec był Hiszpanem. Ale tu? Mnie matka nazwała Marlena. Po Marlenie Dietrich. Matka uwielbiała kino. Nienawidzę tego imienia. Uważam, że do mnie nie pasuje. Nikt prócz matki tak do mnie nie mówił. Ojciec, brat i koledzy mówili Lena albo Lenka. Jeden z chłopaków mówił Malina. Wkurzało mnie to bardziej niż Marlena. Krzysiek pierwszy nazwał mnie Malena i bardzo mi się to podobało. Jestem nawet podobna do Moniki Bellucci, tyle że nie jestem gruba.

* * *

– Jak w tym będziesz sikać?

Pytanie pada z ust dziewczynki, na oko siedmioletniej.

– Proszę? – pytam, mrugając.

Właśnie weszłam do redakcji „Twojego Dzidziusia”. Mam zrobić sesję zdjęciową i wrócić na szczyt stylizacji. Ubrałam się w różowy kombinezon Miss Sixty, jeden z najlepszych ciuchów, jakie mam. Na nogach mam turkusowe czółenka, żółtą torbę Venezii i duże zielone klipsy. Wyglądam fantastycznie. Dokładnie tak jak lubię, czyli perfekcyjnie, a przy tym sprawiając wrażenie typu: „Och, spieszyłam się i wzięłam pierwszą czystą rzecz, jaka wpadła mi do ręki”.

– Jak w tym będziesz sikać? – powtarza dziewczynka, taksując mnie wzrokiem.

– Poradzę sobie – odpowiadam, odzyskując animusz.

– Będziesz musiała być cała goła i uwalasz nogawki – mała nie daje za wygraną.

Za jakieś pół godziny przyjdzie mi do głowy kilka bardzo inteligentnych, ciętych odpowiedzi, które pozwoliłyby mi pokazać temu dziecku, gdzie jego miejsce, sprawiając przy tym, żeby mnie pokochało od pierwszego wejrzenia. Tymczasem jednak gapię się na blondyneczkę z mysimi włoskami i nie wiem, co powinnam jej odpowiedzieć.

– Łazienka jest czysta – odpowiadam. – A kabina zamknięta. Nikt nie zobaczy.

– Nie jest czysta – mała odpowiada natychmiast, prawie bez namysłu. – Ja zasikałam podłogę. Uwalasz.

– Będę pamiętała, wybierając kabinę. – Odwracam się na pięcie i wchodzę do redakcji.

To będzie mój triumf. Pochód do zwycięstwa w konkursie na najlepszego stylistę roku. W wywiadach będę opowiadała, że wyrzucenie z pracy w gazecie o modzie to najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Bo czyż nie awansowałam z asystentki stylistki na stylistkę? To asystentka ze sklepu powinna przywieźć mi całą torbę ciuchów. Ja przyjechałam taksówką jak gwiazda, a teraz wchodzę przez szklane drzwi i pytam, gdzie jest modelka. Odrzucam precz wspomnienie o natrętnym dziecku.

– Witam cię, Lenko. – Maciek wychodzi mi na powitanie.

Za nim idzie gromadka, jak myślę, przypadkowych odwiedzających w osobie kobiety z dzieckiem na ręku, starszej pani oraz dwóch dziewczyn mniej więcej w moim wieku. Dziewczyny się przedstawiają. Nie zapamiętuję ich imion. Czekam, aż kobieta z dzieckiem się pożegna. Pewnie przyniosła tylko obiad w garnku mężowi. Starsza pani to pewnie babcia dziecka. Obok gromadki, która patrzy na mnie wyczekująco, dematerializuje się dziewczynka.

– To jest Julia – mówi ta z dzieckiem.

– My się już poznałyśmy – szczebioczę, bo co mam robić.

Jakiś zlot fanów „Twojego Dzidziusia”? Chcę zrobić tę sesję. Mam różne pomysły. Namówię modelkę, żebyśmy wyszły na powietrze. Zrobimy zdjęcia w kawiarni, na podwórku starej kamienicy, z chłopakiem na randce. Obsypię ją kwiatami. Pokażę, że świeżo upieczona mama może być śliczna i zadbana. Byleby tylko modelka nie była za młoda. Czasem bezmyślnie wyślą czternastolatkę, która nie tylko nie wygląda na matkę, ale raczej sama potrzebuje opieki mamusi. Ale na to nie miałam wpływu. Sekretarka redakcji, którą okazuje się starsza pani, powiedziała mi, że ubrania są tylko firmy Cottonfield, bo to sponsor sesji, a modelkę mają już zakontraktowaną, bo występuje dla nich regularnie. Cottonfield jest w porządku, a modelkę mogę zmienić następnym razem. Ja tu będę szefem.

Fotograf czeka w małym pokoiku, który nazywany jest pokojem zdjęciowym. Słusznie nie nazywają tego czegoś studiem. Za mną wchodzi ta z dzieckiem i Julia. Co do licha?

– Cześć, Julka – mówi fotograf.

– Ona nie sika – mówi ta mała gadzina, pokazując mnie palcem.

– Julciu – mówi jej matka, głaszcząc po głowie gaworzące dziecko, jak się potem okazuje, także dziewczynkę – Klarę. Ton nie jest karcący, raczej pobłażliwy.

– Będzie – mówi fotograf. – Wejdzie do kabiny, ściągnie to w dół i już.

Czy to mowa o moich potrzebach fizjologicznych?

– Zaczniemy? – pytam cierpliwie.

Na twarzy mam wypisany profesjonalizm. Jedna z dziewczyn, której imienia nie pamiętam, kładzie dużą torbę na podłodze i wychodzi. Druga wyciąga z szafki kuferek, jak się później okazuje na kosmetyki, i siada na jedynym krześle w pokoju. Coraz lepiej. Czekam, aż wyjdzie ta z dziećmi i przyjdzie modelka.

– No, to zaczynajmy – mówi zamiast tego i wyjmuje bobasa z nosidełka.

Patrzę pytająco na fotografa. Gdzie jest modelka, u licha? Miałam zrobić zdjęcia zadbanej młodej mamie.

– Cykamy dzieci we wszystkich ciuchach, a potem Agnieszkę z dziećmi.

– Ja przyjdę za jakieś trzy godziny – mówi makijażystka.

Co ja sobie myślałam?

– Kiedyś nie potrzebowaliśmy stylistki – mówi fotograf. – Cykaliśmy dzieciaki i Agniechę w ciuchach, jakie przyniosła Wiola, i już.

Jeśli chciał mnie pocieszyć, to mu się nie udało. Przybieram znów profesjonalny wyraz twarzy.

– To teraz macie – mówię z uśmiechem numer pięć i schylam się po torbę. Wyciągam małe ubranka na stół. Na szczęście jest w czym wybierać. Nie za bardzo czuję modę dziecięcą. W tej kwestii ideałem dla mnie jest Suri Cruise, którą rodzice ubierają w markowe ciuchy, w większości szyte jako naturalne modele, jedynie pomniejszone. Ubrania, które wyciągam, są ewidentnie wykonane dla dzieci. Są to miniaturowe dżinsy, różowe sweterki w kwiatki, reniferki, kokardki. Wszystko słodkie. Podaję Julii zielone spodnie, fioletową bluzkę i sweterek w szaro-zielone kwiatki.

– Wskakuj w to – mówię.

– Ale to nie pasuje. – Julia nie rusza się z miejsca nawet o centymetr.

– Pasuje – zapewniam najbardziej cierpliwie, jak mogę.

Podaję matce zestaw dla bobasa.

– A dla Klary to.

Dwie godziny później mam ochotę zacząć bić Julię, Klarę i ich mamusię. Ta mniejsza bez przerwy ryczy i nie chce znieruchomieć nawet na chwilę. Julię trzeba prosić długo i specjalnie przekonywać do włożenia przygotowanego przeze mnie zestawu. Ich mamusia wyraziła głębokie zdumienie, że to ona ma ubierać dzieci, bo zwykle to wszystkie dziewczyny tu przychodziły i pomagały.

Mamy zrobionych tylko kilka zestawów. Ani Klara, ani Julka nie chcą się przebierać. Niemowlaka to jeszcze można zrozumieć, bo nie wie, o co w tym chodzi. Julka ewidentnie robi na złość. Wtrąca swoje trzy grosze do wyboru zestawów. Uczy mnie, co do siebie pasuje, a co nie. Matka nie reaguje. Najwyraźniej uważa, że jej córka może zwracać się w niegrzeczny sposób do starszych. Przed nami jeszcze zdjęcia matki. Skąd wzięli tę rodzinkę? Nie było w agencji bardziej współpracujących maluchów? Fotograf prawie nic nie mówi. Ma na imię Tomek i widzę, że stara się być nawet po mojej stronie. Udaje, że nie widzi, kiedy Agniecha przewraca oczami. Szybko zrozumiałam, dlaczego makijażystka wyszła. Agnieszka wyraziła ogromne zdumienie faktem, że chcę malować dzieci. A czemu nie? To zdjęcia, a na nich zawsze jest makijaż. Jak się z tym nie zgadza, to może je nie malować na imprezy. Oczywiście powiedziała „nie”, a fotograf pokiwał głową. Muszę to sprawdzić. Nie pudruje się dzieci do zdjęć? Zresztą trudno, jakby się świeciły, to wymatowi się je Photoshopem.

Z matką idzie mi jeszcze gorzej. Ta kobieta uważa, że jest atrakcyjna. Nosi rozmiar czterdzieści – czterdzieści dwa i ma rozciągniętą skórę na brzuchu. Na twarzy jeszcze by uszła, ma wyraziste rysy, ale za to krzywe zęby, które nieproszona wyszczerza w uśmiechu, chociaż tłumaczę jej, żeby uśmiechnęła się samymi ustami. Już wiem, skąd się tu wzięła. Pracowała w tej redakcji, zanim urodziła dzieci. Teraz jest jeszcze na urlopie wychowawczym. Dowiedziałam się także, że jej udział w sesji nie jest kwestią finansową, tylko ideową. Redakcja nie chce wynajmować modelek. Chce mieć zdjęcia prawdziwych dzieci i prawdziwych matek. Kiwam głową niby ze zrozumieniem. Nie powiem jej, że widziałam wiele prawdziwych matek, które nie mają owłosionych nóg i nie ubierają się w worki. Na szczęście Cottonfield przysłał mnóstwo tunik, bluzek koszulowych i odcinanych pod biustem sukienek. Da się jakoś zamaskować ten niewyćwiczony brzuch. Agniecha jednak zamiast być wdzięczna i starać się zapamiętać, w czym jej dobrze, robi trudności.

– Wyglądam jak jakaś prostytutka – wykrzykuje, przeglądając się w lustrze. – Nie będę tak wymalowana pozowała.

– To makijaż wieczorowy – cierpliwie tłumaczę. Naprawdę nie wiem, skąd mam w sobie takie pokłady profesjonalizmu. – Masz na sobie suknię wieczorową. Jesteś na koncercie albo w teatrze. Całość musi się komponować ze sobą.

Czy ona jest ślepa? Przecież wygląda prawie na atrakcyjną kobietę. Nic dziwnego, że tutejsza makijażystka uciekła. Kiedy zobaczyłam, jak kładzie podkład palcami, a potem omiata oczy różowym cieniem i tuszuje rzęsy, co trwa może pięć minut, a potem mówi: „To chyba już”, powiedziałam jej, żeby poszła na jakieś ciastko, bo z taką figurą może sobie na to pozwolić, a ja mam swoje metody pracy i sama maluję modelki.

Po pięciu godzinach tej pracy mogę wreszcie wyjść. Trzęsą mi się ręce ze zdenerwowania. Na do widzenia Julka zerka jeszcze na mnie i mówi:

– Uwalałaś.

Końcówki nogawek kombinezonu mam mokre. W toalecie damskiej była jedna kabina. Mam tylko nadzieję, że to była rozlana woda, a nie siki tego dzieciaka.

* * *

Następnego dnia wpadam do redakcji na luzie. Nie będzie więcej zdjęć. Mamy tylko z fotografem wybrać poszczególne fotki do wklejenia. Wczoraj tak mnie umęczyli, że zasnęłam o ósmej wieczorem. Ostatni raz mi się to zdarzyło, jak miałam grypę trzy lata temu z gorączką czterdzieści stopni. Ale nie ma tego złego – przynajmniej się wyspałam. Mam sukienkę do kolan Jil Sander kupioną przez internet za grosze. Włosy zebrane w luźny kok. Wyglądam nawet lepiej niż wczoraj. To też moja strategia. Pierwsze wrażenie zrób rewelacyjne, drugie oszałamiające. Fotograf Tomek już czeka. Pokazuje mi zdjęcia na komputerze. Są fatalne. Wszystkie. Nie takie światło. Dzieci skrzywione. Mamuśka dziwacznie powyginana. Nie te kolory, słowem – makabra. Nic dziwnego, że ten Tomek tu pracuje. W każdym normalnym piśmie wywaliliby go po jednej sesji. Krew odpływa mi z głowy, bo zdaję sobie sprawę, że zdjęcia trzeba będzie powtórzyć.

– Maciek jest bardzo zadowolony – mówi Tomek.

– Tak? – pytam i szykuję się, żeby mu powiedzieć, że po mojej interwencji wyleci z pracy.

– Wpadł i wszystko obejrzał. – Tomek uśmiecha się pogodnie. – Rzeczywiście umiesz obracać ciuchami.

Obracać ciuchami!

– Tylko Aga okropnie zła – dodaje Tomek. – Muszę cię uprzedzić, że nie chce już z tobą pracować. Mówi, że nie masz ręki do dzieci.

– A ona zdolności wychowawczych – wypalam. – Nie umie siedmiolatki nauczyć korzystania z sedesu.

– Dzieciaki są fajne – mówi ten niezrażony. – Sam mam dwójkę. Ty pewnie nie masz dzieci.

– Nie – odpowiadam krótko.

– Nie obraź się, ale to widać. Nie masz cierpliwości.

Pochylam się nad zdjęciami. Co mam zrobić? Wybrać coś z tej sieczki czy powiedzieć prawdę?

– Wiesz co – mówi znów ten Tomek – cykam też dla „Natalii”. To piętro niżej. Tam pytali o ciebie, bo Maciek się chwalił, że będziemy mieli w „Dzidziusiu” stylizowane sesje.

„Natalia” to gazeta plotkarska najniższego rzędu. Szmatławiec kupujący wielokrotnie wykorzystane fotografie gwiazd i przepisujący wiadomości z Pudelka.

– A co tam trzeba stylizować? – pytam na wszelki wypadek.

– Chcą pokazać bohaterkę jakiegoś serialu, a obok modelkę w podobnych ciuchach, tylko z naszych sklepów. Wiesz, ile kosztują, gdzie kupić, takie tam. Tylko musiałabyś sama po te ciuchy chodzić, bo oni tam nie mają nikogo do czegoś takiego.

Brzmi nieźle. Sama bym miała wszystko zrobić. To jest jakieś wyzwanie. Pokażę im takie stylizacje w tym szmatławcu, że im oko zbieleje.

– Wiesz – dodaje Tomek – bo tu już nie porobisz. Aga wczoraj powiedziała Maćkowi, że nie potrzebujemy kogoś takiego jak ty. Ona tu była naczelną, a jej mąż jest w zarządzie wydawnictwa. Maciek musi jej słuchać.

– Tak powiedziała?

A to sucz.

– Chodziło jej o to, że nie chciałaś ubierać dzieci i uspokajać Klary, żeby nie płakała. A potem zostawiłaś te ciuchy tutaj i Anka musiała je odwozić.

– Nie przynosiłam ich. Nikt mi nie powiedział, że mam je odwieźć.

– I były porozwalane. Anka została po pracy, żeby to złożyć.

– To jej praca – mówię.

– No, niezupełnie – nie daje za wygraną. – I Kaśka poczuła, jakby nie umiała malować.

– Bo nie umie – potwierdzam.

Tomek wzdycha.

– Szkoda – mówi. – Bo takich dobrych zdjęć to nigdy nie mieliśmy.

Właściwie wszystko jedno, jakie zdjęcia pójdą. Wszystkie są równie złe. Ja się zabiję chyba. Przy życiu trzyma mnie myśl o kasie, jaką dostanę za sesję. Może wystarczy na miesiąc wygodnego życia. Nie wynegocjowałam konkretnej stawki, ale Maciek powiedział, że dostanę gwiazdorskie pieniądze. Mam nadzieję, że skoro mnie odprawia, to wynagrodzi mi to przynajmniej. Wybieramy wspólnie z Tomkiem dziesięć zdjęć. Umawiam się, że za piętnaście minut spotkamy się poza redakcją i pójdziemy razem do „Natalii”. Podchodzę do boksu Maćka. Oni tu mają open space. Nie trzeba przemykać się obok sekretarki, wszyscy są na widoku. Wczoraj wyszłam bez pożegnania z nim. Dziś chcę rozegrać moje odejście dyplomatycznie i wbić go w poczucie winy.

– Cześć, Maciuś – mówię słodko. – Przepraszam, że wczoraj się nie pożegnałam, ale bardzo się spieszyłam, a ty byłeś zajęty.

– Lenka, Lenka. – Ten palant wstaje zza biurka, bierze mnie za rękę i całuje ją. – Jak ci się u nas podobało?

– Mnie bardzo – kłamię z niewinnym spojrzeniem. – Ale słyszałam, że modelki niezadowolone.

– Nie, nie, absolutnie nie!

Kręci przy tym głową i krzyżuje ręce na piersiach.

– Ja jestem zachwycony – mówi żarliwie. – Tylko tu nigdy nie było, wiesz, profesjonalnej stylistki. One nie są przyzwyczajone do tego...

Raczej już nie będą musiały się przyzwyczajać.

– Nie chcę ci robić kłopotów, Maciuś – mówię. Jestem taka dobra. – Wiem, że pomysł z zatrudnieniem mnie nie podoba się pani Agnieszce. Może lepiej będzie, jak wrócicie do starych metod pracy. Gdybyście zmienili zdanie, to będę współpracowała z „Natalią”. No i zawsze możesz się do mnie odezwać.

– Dzięki, Lenka. – Najwyraźniej oddycha z ulgą. Ma poczucie winy. – Zdjęcia są wspaniałe, naprawdę. Jesteś piękna i masz wspaniały gust.

Czerwieni się i spuszcza wzrok. Tu go mam. Zastanawiam się, czy pocałować go w policzek, dotykając piersią jego piersi, czy zrobić coś bardziej wyrafinowanego. Po namyśle biorę wolno jego rękę w swoje dwie i głaszczę go delikatnie, uśmiechając się jednocześnie. Założę się, że to jest jedno z najbardziej erotycznych doznań w jego życiu, ale wygląda to tak niewinnie, że nawet patrzący na nas przez szybę nie mieliby żadnych zastrzeżeń.

– Trzymaj się – mówię cicho. – Twoja żona to szczęściara. Mam nadzieję, że zdaje sobie z tego sprawę.

– Odezwę się – bąka zmieszany.

– Pa! – Unoszę rękę do ust.

Pamiętam, że to bardzo lubił. Zostawiam biedaka oszołomionego, z poczuciem winy.

Schodzimy z Tomkiem do „Natalii”. Takie same przeszklone drzwi i open space. Tyle że zamiast młodych kobiet pracują tu raczej panie w wieku mojej matki.

– To jest właśnie nasza specjalistka od stylizacji – mówi Tomek i wycofuje się za szklane drzwi.

Kobieta około pięćdziesiątki odkłada plastikowy widelczyk, którym dziobie sałatkę, i przypatruje się mojej sukience od Jil Sander. Sama ma na sobie bluzkę i spódnicę z wiskozy w nieokreślonych, burych kolorach, cieliste rajstopy i buty na kaczuszce. Nie wróży to najlepiej.

– Chcemy wprowadzić nową rubrykę – mówi. – Dajemy zdjęcie gwiazdy lubianej przez czytelników, a potem kobietę podobną do niej ubieramy w polskie odpowiedniki. Tytuł: Bądź swoją własną gwiazdą. To jest tygodnik i zdjęcia muszą się ukazywać regularnie. Ubrania nie mogą być drogie, ponieważ nasze czytelniczki mieszczą się w przedziale mniej więcej od dwustu do tysiąca złotych miesięcznie na jednego członka rodziny.

– Czy będę miała wpływ na dobór ubrań? – pytam.

– O to chodzi – potwierdza moja nowa „szefowa”. – Gwiazdę i modelkę ja wybieram z agencji. A pani pożycza ubrania, stylizuje i maluje. Tomek robi zdjęcia. Pasuje?

– Pasuje – zgadzam się. – Ile dostanę?

– Dwieście za numer – mówi. – Takie mamy stawki.

– To za mało – waham się.

– Netto. – Baba patrzy mi prosto w oczy. – Pracuje pani trzy godziny przez jeden dzień w tygodniu.

– To nie jest Danny DeVito – mówię, patrząc na obrazek na ekranie jej komputera. – To Joe Pesci.

Kobieta nie wydaje się zszokowana. Odkłada plastikowy widelec i podaje mi kartkę papieru.

– Napisz mi tu, jak się nazywa – mówi jakby nigdy nic.

Babo, właśnie uratowałam ci tyłek. Wypisuję nazwisko Joego drukowanymi literami.

– Jesteś pewna? – pyta.

– Jestem – mówię. O ludzie! – Joe Pesci grał np. w obu „Kevinach”. Danny DeVito ze Schwarzeneggerem. Są trochę podobni, rzeczywiście...

– Podobno nie radzisz sobie z modelkami – słyszę.

Zastygam pełna oburzenia. Znów nie wiem, co powiedzieć.

– Ale podobno masz oko do kolorów – ciągnie tamta. – Zobaczymy.

Nisko upadłam, wiem, myślę sobie, piechotą wlokąc się do domu. Można na to spojrzeć jednak w inny sposób – jestem samodzielną stylistką. Pisma wyrywają mnie sobie z rąk. Tworzę coś od początku, właściwie bez ograniczeń. To wielkie wyzwanie. Ale ciężko mi samej w to uwierzyć. Znów nie mam ochoty na wyjście wieczorem. Jest piątek. Mogłabym pójść do Utopii. Wybieram rozmyślania nad moim ciężkim losem.

Stan mojego konta przyprawia mnie o zawał serca. Będę musiała iść do banku. Żaden bankomat nie wypłaci mi siedemnastu złotych. W portfelu mam dwanaście złotych, nie, jedenaście złotych, siedemdziesiąt groszy. Starczy na mrożony szpinak i spaghetti. Nawet na małą paczkę parmezanu. Mogę zrobić królewską kolację. Nawet kogoś zaprosić. Tylko kogo? Rodziny nie mam (odganiam myśl o ojcu topiącym zapewne smutki w piwie w rodzinnym Błoniu), brat żyje swoim życiem. Przyjaciółek nie mam z wyboru. Boże strzeż. Słowem – nikogo. Krzysztofa nie chciałabym dobrowolnie oglądać. Skrzypienie drewnianych schodów w mojej kamienicy nie działa na mnie już uspokajająco. Może będę musiała się wyprowadzić. Nie ma co czuć się bezpiecznie. Mijane właśnie drzwi na drugim piętrze otwierają się z cichym skrzypieniem.

– Marysiu – mówi do mnie pani Lodzia. – Marysiu, dziecko, dobrze, że cię widzę.

Pani Lodzia mówi do mnie „Marysiu”. Powiedziałam jej kiedyś, że mam na imię Maria. Jest prawdopodobnie jedyną osobą, dla której zrobiłam coś bezinteresownie. Jakieś pół roku temu przechodziłam obok jej drzwi i zastanowiło mnie, dlaczego są uchylone. Do dziś dnia nie wiem, co kazało mi przystanąć, zamiast ominąć je i pójść do siebie na górę, zdecydowałam się pchnąć te drzwi i zobaczyć, czy coś się nie stało z sąsiadką, którą znałam z widzenia, ale nawet nie mówiłam „dzień dobry”. Leżała w korytarzyku, blisko telefonu, nieprzytomna. Nie wpadłam w panikę i nie wycofałam się do swojego mieszkania. Sprawdziłam puls, przewróciłam ją na bok i zadzwoniłam na pogotowie. A potem pokonując obrzydzenie, wyciągnęłam jej z ust sztuczną szczękę. Lekarz z pogotowia pogratulował mi fachowości i powiedział, że uratowałam jej życie. Miała zawał, niewielki, i bez problemu udało się ją uratować. Gdyby jednak leżała tak dłużej, nie wiadomo, czy zostałaby wśród żywych. W szpitalu naturalnie jej nie odwiedziłam, bez przesady. Ktoś musiał donieść jednak kobiecinie, że coś dla niej zrobiłam, bo przyszła któregoś dnia do mnie do domu i przyniosła szarlotkę. Pogadałyśmy trochę wtedy nawet. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy o sobie. Podobno widać, że jestem porządne, dobre dziecko, bo cicha, spokojna i nikogo nie sprowadzam. I od tamtej pory pani Lodzia ma oko na mieszkanie i w ogóle na mnie. Nie wtrąca się jednak, nie komentuje i nie zalega mi w domu. Czasem podrzuci coś do jedzenia, gołąbki na przykład, które bardzo lubię, czy kotleta, czym ratuje mnie od śmierci głodowej. Myślałam, że i tym razem chce mi dać coś do jedzenia. Najwyżej wsadzę szpinak do zamrażarki i zjem kiedy indziej.

– Marysiu kochana – mówi pani Lodzia, nalewając mi herbaty. – Znajoma miałaby dobrą pracę dla ciebie.

– Ja mam pracę, pani Lodziu – mówię z odcieniem dumy, która robi dobre wrażenie na starszej pani.

– Ja wiem, wiem, że ty pracowite dziecko jesteś i po tej agencji to łapiesz wszystko, co się da, ale to bardzo dobre zajęcie by było.

Sękata ręka dotyka mojego przedramienia. Wyblakłe oczy patrzą wprost w moje. Cofam wzrok. Podnoszę filiżankę do ust.

– A co to za praca? – pytam.

– Znajomej córka poszukuje... – pani Lodzia waha się – towarzyszki.

A to dobre. Udaję Greka.

– A jakiego rodzaju ma być to towarzystwo? – pytam tonem grzecznej panienki.

– Bo widzisz – pani Lodzia zniża głos do szeptu. – Ona jest niewidoma i trzeba jej pomóc na co dzień.

Prawie krztuszę się herbatą.

– Pies przewodnik? – Skupiam się na wyeliminowaniu sarkazmu w głosie.

– Ona się boi zwierząt – odpowiada poważnie pani Lodzia.

– Wykwalifikowana opiekunka dla niewidomych? – podsuwam dalej.

– Już miała. – Kiwa głową. – Ale ona by chciała osoby w swoim wieku, z którą mogłaby porozmawiać. Bo ona wzrok straciła całkiem niedawno i nie może się przyzwyczaić.

W to akurat wierzę, że trudno się przyzwyczaić do czegoś takiego.

– Ja nie wiem, czy dałabym radę – mówię niepewnie.

Nie mam najmniejszego zamiaru opiekować się niewidomą.

– Na pewno – zapewnia pani Lodzia. – Ty jesteś dobre dziecko, odpowiedzialne. Mogłabyś jej czytać z internetu, nastawiać książki do słuchania, rozmawiać z nią o tym. To bardzo dobra rodzina, wiesz, dobrze sytuowana.

– Na razie na pewno nie, pani Lodziu, bo właśnie zaczęłam nową pracę. Ale popytam wśród koleżanek – obiecuję.

– Przemyśl to, kochana – nie ustępuje pani Lodzia.

Kobieta wpycha mi na odchodnym pizzę domowej roboty i kawałek sernika. Zjadam je w piżamie. Nie mam siły na nic.

* * *

Moja praca w „Natalii” jest jednym wielkim upokorzeniem. Od początku do końca. Od chwili, kiedy pierwszy raz jako stylistka przekraczam szklane drzwi. Z wielką torbą wypchaną ubraniami wpadam wprost na kobietę, z którą rozmawiałam ostatnim razem. Nie do wiary, ale ona znów je. Dziobie plastikowym widelcem krokieta. Obok stoi sałatka skąpana w majonezie.

– Modelka już czeka – mówi z pełnymi ustami.

Modelka ma być w stylu Grażynki z „Klanu”. Tyle że Grażynka ma około czterdziestki, rozmiar czterdzieści i jest całkiem, całkiem. W filmie ubiera się w ciasne spodnie i bluzki koszulowe, ewentualnie żakiety. Modelka ma na oko dziesięć lat więcej, plus jeden rozmiar i cerę świadczącą o nadużywaniu tytoniu. Z Grażynki ma tylko fryzurę. Dobre i to.

– Za ile przyjść? – Tomek wkłada głowę w szparę drzwi.

Za dwa miesiące. Tyle zajmie mi zrobienie z tej kobiety kogoś, kto nadaje się do sfotografowania.

– Za godzinę – mówię, uśmiechając się do baby.

Na szczęście jest małomówna. Wzięli ją z agencji modelek do reklam. Reklamowała już proszek do prania i sos pomidorowy w telewizji. W pierwszym spocie wystąpiła jako mama, w drugim jako ciocia. Ja bym ją przesunęła do kategorii młoda babcia. Wyjaśnia, że na co dzień pracuje z dziećmi w przedszkolu, na popołudnia, a w agencji sobie dorabia. Najwięcej dochodów ma właśnie z takich zdjęć. Regularnie fotografuje się w gazetach jako matka kłócąca się z córką albo kochająca siostra, ilustrując rubryki typu Z życia wzięte. Mam dwie pary spodni w rozmiarze czterdzieści dwa. Wzięłam na wszelki wypadek. Pasują na nią. Z ciuchów, które przyniosłam, da się zrobić jakieś cztery zestawy. Reszta ubrań będzie za mała. Mam nadzieję, że da się wybrać chociaż jedno zdjęcie. Wzdycham, robiąc makijaż. Po godzinie pani, nomen omen, Natalia wygląda jako tako.

– No, no – mówi Tomek, włączając lampy. – Pani Natalko, umówi się pani ze mną?

Baba robi się czerwona jak burak i uśmiecha się do niego. Tomek robi zdjęcia. Ten potrafi z ludźmi rozmawiać.

– Jak ona to robi, ta dziewczyna, że zamienia was w księżniczki? – kontynuuje, nie przestając robić zdjęć.

Całuję je jak żaby, tyle że kosmetykami.

Idzie nam dość sprawnie. Natalia szybko się przebiera i nie grymasi. Nie jestem jednak zadowolona. Z Grażynką nie będzie to miało nic wspólnego. Trudno będzie przekonać kogokolwiek, że ta aktorka posłużyła jako przykład stylizacji. Po pięciu godzinach jestem wykończona. Nachmurzam się jeszcze bardziej, kiedy widzę wstępne zdjęcia. Takie same nieciekawe ujęcia podobne do tych z Agnieszką. Wydaje mi się, że zawierają podstawowe błędy. Nie takie światło, nawet ostrość nie jest dobra. W druku będzie wyglądać jeszcze gorzej. Tomek jest miły. Czuję do niego nawet sympatię, ale jako fotograf odpada całkowicie.

– Podobno pouczałaś Krystynę? – mówi, kiedy pakuję ubrania do torby. – Ona tego nie lubi.

Ma chyba na myśli tę wiecznie jedzącą babę. Z nikim innym tu nie rozmawiałam.

– Nie pouczałam jej – dziwię się.

– Podobno kazałaś jej zmienić podpis pod zdjęciem?

– Ach to. – Macham ręką. – Pomyliła dwóch aktorów. Przypadkiem zauważyłam.

– Nie trzeba było nic mówić – upiera się.

– Nie wyglądała na zdenerwowaną. – Wkładam pożyczone torebki do osobnej torby.

– Ona się nie denerwuje. – Tomek pakuje sprzęt. – Tylko z ciebie zrezygnuje. Jedna redaktorka poprawiła jej kiedyś błędy w tekście i nie przedłużono jej umowy.

– To chyba dobrze, jeśli ktoś wyłapie błąd. – Kończę pakowanie. – Takie błędy to kompromitacja dla pisma. To tak jakby napisała, że Leibovitz to facet. Mógłbyś to przemilczeć?

– W zasadzie biorąc pod uwagę wygląd Annie i to, że mieszka z kobietą, mógłbym się nawet zgodzić, że to facet.

Rozumiem aż nazbyt dobrze. Pismo jest szmatławcem, a czytelniczki kretynkami. Wszyscy, którzy tu pracują, są niekompetentni, ale siedzą cicho, ponieważ nie mają dokąd pójść. Następnym razem się nie odezwę, choćby napisała, że Demi Moore jest żoną Michaela Douglasa, a zdjęcie Michaiła Barysznikowa podpisała jako Mischa Barton.

– Podwiozę cię do centrum – mówi Tomek. – Nie będziesz sama musiała dźwigać torby z ubraniami.

Wielka szkoda, że nie ma pojęcia o fotografowaniu.

Jeśli myślałam, że Natalia à la Grażynka z „Klanu” to najgorsze, co mogło mnie spotkać, to widać, jeszcze nic nie wiem o życiu. Następna w kolejności jest Marta ze „Złotopolskich”. Tym razem żądam zdjęć modelki z agencji. Tomek przesyła mi je na mój mejl wraz z rozmiarami. To już lepiej. Usypia to moją czujność. Pożyczam same sukienki z żakietami, spódnice i falbaniaste bluzki. Kiedy robiłam Grażynkę, obejrzałam u pani Lodzi odcinek serialu. „Złotopolskich” już nie kręcą, ale pani Lodzia dokładnie opisała mi, kim jest bohaterka, pod którą będą stylizacje. Przy okazji przypomniała mi, że ta praca u ślepej dziewczyny jest aktualna, i poczęstowała zupą, co przyjęłam z wdzięcznością, bo pieniędzy do czasu wypłaty starczy mi na suchą bułkę, a i to nie codziennie.

Sobowtór Marty Złotopolskiej jest złośliwą kobietą, która ma tak owłosione nogi, że nie możemy włożyć spódnic do kolan. Prawie siłą powstrzymuję się od uwag na ten temat. Przecież to obrzydliwe. W dodatku włosy ma wprawdzie rude, ale to kolor pomarańczy, wyjątkowo nietwarzowy. Pomijam przepalone końcówki i resztki trwałej. Kiedy próbuję ją uczesać, krzyczy wniebogłosy i wychodzi z sesji. Ręce mi opadają. Niezawodny Tomek wybiega za nią i jakoś przekonuje ją do powrotu. Mnie się trzęsą ręce przy makijażu.

– Pani Anielko, proszę się do nas uśmiechnąć!

Ten facet jest jakiś nawiedzony. Może był wychowywany przez dwie babcie i trzy ciotki. Może jego żona jest starsza o dziesięć lat? Zachowuje się, jakby uwielbiał tę pracę i „modelki” z reklam protez zębowych.

– Wyluzuj, kobieto – mówi do mnie po sesji.

– Ja cię nie rozumiem – mówię, nawet nie spoglądając na zrobione zdjęcia. I tak będą fatalne. – Płaszczysz się przed tymi babami, jakby były top modelkami. A one zachowują się, jakby dziesięciu stylistów i sztab fotografów stał za ich drzwiami. Tymczasem...

– Tymczasem są starymi, brzydkimi babami, które ty musisz malować i ubierać – kończy Tomek. – A one nie doceniają twoich wysiłków.

– Nie doceniają – potwierdzam.

– Wiesz co? – mówi. – Patrzysz na wszystkich z góry. Czujesz się lepsza, ładniejsza, lepiej ubrana. Taka praca cię zwyczajnie upokarza. Co ty masz do tych kobiet? Matka cię nie kochała czy co?

– Żebyś wiedział!

Nie ma racji, absolutnie nie ma racji. To nie moja wina, tylko tych bab.

– Rany – mityguje się nagle. – Przepraszam. Nie chciałem. No... nie wiem, co powiedzieć.

– Podwieź mnie lepiej do centrum – mówię i odwracam się, biorąc torbę z pożyczonymi na sesję ubraniami. Nienawidzę, jak ktoś wspomina o mnie i matce. Zwłaszcza obcy.

W samochodzie nie odzywam się do niego. Kiwam głową, kiedy proponuje, że zaczeka na mnie przed sklepem i odwiezie potem do domu. Wychodzę, nie żegnając się, z paluszkami z makiem w ręku, które znajduję w schowku po stronie pasażera.

Kolejne sesje zdjęciowe upływają nam w milczeniu. Odkrywam, że im mniej się odzywam, tym lepiej mi wychodzi stylizowanie. Możliwe też, że panie, które mają być ubrane jak Brooke z „Mody na sukces” i doktor Zosia z „Na dobre i na złe”, mają za sobą więcej doświadczeń jako fotomodelki. Doktor Zosia alias Marzena wyraża nawet zachwyt nad zaproponowanymi ubraniami i wykonanym makijażem. Zostawia mi numer telefonu, gorąco namawiając, żebym uczesała i umalowała jej siostrę do ślubu. Z Tomkiem nie odzywamy się do siebie, co odczuwam boleśnie, ponieważ sama muszę odwozić ubrania do sklepów.

Pierwszy numer „Natalii” z moją sesją kupuję w kiosku. Nie spodziewam się wiele. Pamiętam, jak wyglądały zdjęcia. Żadne nie nadaje się do portfolio. W gazecie wygląda to jeszcze gorzej niż na ekranie komputera. Sztywno wyprostowana Natalia-Grażynka wygląda jak sprana. Obok na białym tle poustawiane proponowane ubrania, z ceną i adresem sklepu. Wszystko wygląda tanio i żałośnie. Jak ja się ludziom na oczy pokażę? Jeśli obejrzy to ktoś z „Mody”, to będę naprawdę skończona. Szukam swojego nazwiska pod zdjęciami. Nie ma ani mnie, ani Tomka. Nawet inicjałów. Przeglądam cały szmatławiec. Nie ma mnie w stopce redakcyjnej w dziale Współpracownicy. Jest tylko Tomek jako stale współpracujący. Rzucam gazetą. Ląduje na podłodze otwarta na stronie Zagraniczne gwiazdy. Już mam ją zgnieść i wyrzucić do kosza, kiedy widzę zdjęcie Joego Pesciego podpisanego jako Danny DeVito. A to zołza.

Następnego dnia sekretarka redakcji powiadamia mnie, że więcej sesji nie będzie. Nie uzyskały akceptacji redaktor naczelnej. Podsumowując – kolejna porażka. Klęska właściwie. Nie chcą mnie nawet w szmatławcu. Jedyne, co mnie trzyma przy życiu, to myśl o pieniądzach za tę pracę. Jeśli będę oszczędna, to starczy na jakiś czas. Może uda się tymczasem znaleźć coś innego?

* * *

Chce mi się wyć. Ze stanu konta wynika, że dostałam po dwieście złotych za sesje dla „Natalii”, ale brutto. A gwiazdorski zarobek w „Twoim Dzidziusiu” wyniósł sto pięćdziesiąt złotych, netto. Jestem wściekła. Mam ochotę pojechać do redakcji, złapać tego tatusia lalusia i strzelić go w twarz. Tak mnie upokorzyć. Wściekłość zalewa mi mózg. Mam ochotę rozwalić bankomat, bank i wszystko po drodze. Przez głowę przebiega mi tysiąc myśli. Jestem w centrum, bardzo blisko redakcji. Decyzję podejmuję błyskawicznie. Wyciągam reklamówkę z torebki i wchodzę na trawnik. Znalezienie psiej kupy jest kwestią dwóch minut. Pakuję ją w reklamówkę, dla pewności wyciągam jeszcze jedną torebkę. Mam jeszcze przepustkę. Wejdę do redakcji i zostawię mu taki prezent na biurku. Właściwie to za mała kara dla niego. Obcuje z kupą Nicolo na co dzień. Wyobrażam sobie, że wszyscy pracownicy „Twojego Dzidziusia” wprost uwielbiają ekskrementy. Korzystam ze służbowej przepustki. Na recepcji mówię, że chcę coś zostawić w redakcji. Wpisuję się do książki z imienia i nazwiska, przedstawiam dowód. Chcę, żeby Maciuś wiedział, że prezent jest ode mnie. Wypadam z windy i staję jak wryta. Większość świateł jest pogaszona. Nad jednym biurkiem pali się światło. Znajome plecy pochylają się nad komputerem. Za późno, żeby się wycofać.

– Lenka? – odwraca się Maciek zaskoczony. – A co ty tu robisz?

Przyszłam rozmazać ci psią kupę na biurku, ponieważ myślałam, że będę tu miała ciepłą posadkę albo trampolinę do dalszych sukcesów na polu stylizacji. Tymczasem namęczyłam się za grosze i zostałam poniżona najpierw przez mamuśkę z odrostami, potem niewychowane dziecko, a na końcu tłustą babę ubraną w ciuchy z bazaru. Ale ty byłeś pierwszy. To twoja wina.

Stoję jak głupia i nie wiem, co zrobić. Rozpaczliwie staram się coś wymyślić.

– Zapomniałaś czegoś? – pyta z tym swoim łagodnym spojrzeniem.

– Dlaczego nie jesteś w domu o tej porze?

A co on tu jeszcze robi? Jest po ósmej. Czy nie powinien kąpać dziecka albo masować żonie stóp?

– Żona ma żal, że za dużo pracuję. – Spuszcza głowę.

Robię krok w przód.

– Biedaku – mówię. – Ciężko pracujesz. Bardzo ciężko. Zarządzam przerwę. Może napijemy się herbaty?

Odrywa się od komputera z wyraźną ulgą. Idę za nim do kuchenki. W drzwiach niechcący wpadam mu na plecy. Ocieram się o niego delikatnie. To pierwszy krok. Jeśli dobrze to rozegram, to nigdy mnie nie zapomni.

– Trzeba poprawiać po wszystkich, wiesz? – mówi, wstawiając wodę na herbatę.

– Ale to musisz być ty? – pytam słodko. Dobra, kochana, wszystko rozumiejąca Lenka. – Wypijmy tutaj – proponuję, wskazując kanapę.

Chwila wahania przekonuje mnie, że mam go w garści. Siada pierwszy. Daje mi to możliwość zajęcia miejsca bardzo blisko niego. Stykamy się ramionami i nogami. Wzdycham wolno i głośno.

– Stało się coś? – mówi.

– Takie tam, nieważne – wzdycham cicho. – Zaraz sobie pójdę, tylko chciałam chwilę posiedzieć w miejscu, w którym było mi dobrze.

Poklepuje mnie po ręku. Chwytam tę rękę i przyciskam sobie do policzka. Kładę mu głowę na ramieniu. Sztywnieje lekko, ale się nie odsuwa. Chlipię cicho, a on mnie obejmuje delikatnie, po przyjacielsku. Przyciskam teraz głowę do jego piersi. Czuję, że serce mocno mu bije. A więc go mam. Przyciskam się cała do niego i chlipię na całego. Najwyraźniej przerażony głaszcze mnie po włosach.

– Wszystko będzie dobrze – powtarza. – Ja też, wiesz, nie zawsze jestem...

– Ale ty się nie gubisz w życiu. – Patrzę na niego sarnimi oczami. – Zawsze wiesz, jak postąpić.

– No, nie zawsze – mówi. – Teraz na przykład nie wiem...

Wiesz, wiesz, myślę, głaszcząc go po twarzy. Wy zawsze wiecie, co się w takiej sytuacji robi. Przybliżam twarz do jego twarzy. Całuję go bardzo delikatnie, samymi wargami. Zamykam oczy i powtarzam pocałunek. Tym razem trochę mocniej. Moment zaskoczenia jest krótki. Po chwili oddaje pocałunki. Ręce trzyma na moich piersiach. Uważam, żeby go nie spłoszyć. Wpycham mu język do ust, ale delikatnie, na sam brzeg, wodzę nim po wewnętrznej części warg. Jęczy. Ściągam sweter i zostaję w samej sukience. Kolanem napieram na pęczniejące w kroku spodnie.

– Lenka, nie możemy – jęczy w moich ustach.

Nie odrywam od niego warg i rąk. Rozpinam mu pasek i guzik spodni. Uwalniam rękę, którą trzyma w ustach. Unosi się, żeby mi ułatwić ściągnięcie spodni. Jeśli teraz nie odskoczy i nie uwolni się ode mnie, to nie zrobi tego nigdy. Podnosi ręce, ale obejmuje mnie i przyciska mocno do siebie. Pozwalam się całować i wsadzić rękę za majtki. Wchodzi palcami do środka. Nie jestem sucha, zaskakuje go to chyba. No, dalej, zdejmij je, ponaglam w myślach. Wejdę w niego, siedząc mu na kolanach. Odchylam głowę do tyłu, przymykając powieki. Czuję, że unosi mnie i kładzie płasko na tapczanie. Trzymam go nogami, na wszelki wypadek. Ma zsunięte spodnie i bawełniane majtki. Chce je zdjąć do końca. Nie pozwalam. Sięgam do majtek, ale on klęka przede mną. Wygląda komicznie z tymi spuszczonymi spodniami i rozchełstaną koszulą. Ściąga mi stringi powoli, patrząc na mnie. Aha, to on będzie rządził. Zagłębia twarz w moim podbrzuszu i językiem toruje sobie drogę. Jest mi dobrze. Ileż on się nauczył od czasu szybkich pocałunków na kanapie babci. Podnosi mnie i wsuwa poduszkę pod tyłek. To dobre posunięcie. Całuje mnie bardzo mocno, prawie miażdżąc mi wargi. Wchodzi za to delikatnie. Dochodzi szybko, ale ja też jestem, o dziwo, podniecona. Muszę udawać, ale tylko trochę. Odgrywam ekstazę w wersji romantycznej. Ale najlepsze dzieje się na koniec. Opada na mnie ciężko i dyszy mi w twarz.

– O Boże, co my zrobiliśmy.

My? Co ty zrobiłeś, kochany? Ja jestem dorosła i wolna. Ty masz żonę i dziecko. W chwili słabości zdradziłeś ją, a teraz będzie się to za tobą ciągnęło jeszcze bardzo długo. I będziesz musiał z tym żyć.

– Nic złego nie zrobiliśmy – mówię. – Nie jesteś mi obcy.

– O Boże – powtarza, nie wychodząc ze mnie.

I wtedy drzwi się otwierają. Staje w nich kobieta z wózkiem do sprzątania. Najpierw jest zaskoczona. Unoszę głowę, żeby mi się dobrze przyjrzała. Bo plecy wicenaczelnego to chyba dobrze zna. Zresztą nie ma wątpliwości, z kim jestem, ponieważ Maciek unosi głowę i spogląda wprost na sprzątaczkę. Kobieta jest najwyraźniej przerażona. Nie widzę jej wyraźnie. Stoi w ciemnym korytarzu, a my jesteśmy w oświetlonej kuchence. Wycofuje się, trzaskając drzwiami.

– No, to koniec – mruczy Maciek.

– Ona nikomu nie powie – mówię w przekonaniu, że sprzątaczka natychmiast opowie wszystkim, co widziała.

– O Boże – powtarza jak mantrę.

Psia kupa tkwi w dwóch foliówkach w mojej torebce. Torebka jest od Betty Barclay. Martwi mnie tylko to, czy przypadkiem jednak zapach nie przeszedł. Na szczęście nie, sprawdzam, jak tylko zostaję sama. Wychodząc, kiwam głową ochroniarzowi w recepcji. Kupę wyrzucam do śmietnika w hallu wydawnictwa.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kości proroka Ostatnia chowa klucz Tam, gdzie urodził się Orfeusz Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter