Wąż i perła

Wąż i perła

Autorzy: Kate Quinn

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Biografie Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

cena od: 20.84 zł

Biografia Giulii Farnese, metresy papieża Aleksandra VI Borgii i siostry papieża Pawła III, posłużyła Kate Quinn za kanwę dla fascynującej, pełnokrwistej opowieści.

Rzym, rok 1492. Mieszkańcy Wiecznego Miasta niecierpliwie obserwują przedłużającą się agonię papieża Innocentego VIII. Giulia Farnese wychodzi za mąż, ale małżonek znika z miasta w noc poślubną, a zamiast niego w domu Giulii zjawia się kardynał Rodrigo Borgia – mężczyzna potężny, wpływowy i bez pamięci w niej zakochany. Młoda mężatka musi zweryfikować swoje poglądy na moralność i nauczyć się funkcjonować w świecie intryg i bezwzględnej walki o władzę. Na szczęście nawet tam, gdzie ściany mają uszy, a po ogrodach spacerują nieślubne kardynalskie dzieci, można znaleźć przyjaciół.

Kate Quinn

WĄŻ I PERŁA

Przełożyła Dorota Konowrocka-Sawa

Tytuł oryginału: The Serpent and the Pearl

Copyright © 2013 by Kate Quinn

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

Spis treści

Dedykacja

Część pierwsza. Maj – sierpień 1492 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Część druga. Czerwiec 1493 – listopad 1494 Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Epilog

Przypis historyczny

Spis postaci

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla niezwykłej babci mojego męża, która stała się inspiracją dla postaci Carmeliny, Mildred Jackson, noszącej przed zamążpójściem nazwisko Carmelina Mansueto, krewkiej sycylijskiej kucharki, która nigdy (z tego, co mi wiadomo!) nie gotowała dla papieża ani nie broniła cnoty przed zakusami księcia z rodu Borgiów, ale usmażyłaby ci uszy na patelni, gdybyś dopuścił się połamania spaghetti

przed wrzuceniem go do garnka zamiast poczekać, aż się w nim łagodnie ułoży.

Część pierwsza

maj – sierpień 1492

Rozdział 1

Uzbrojeni prorocy zwyciężają.

NICCOLÒ MACHIAVELLI

Carmelina

Przyjechałam do Rzymu, nie posiadając nic z wyjątkiem zmiętego pliku przepisów i zmumifikowanej dłoni. Jedno było moją hańbą, drugie – przy odrobinie szczęścia – mogło zapewnić mi przyszłość.

‒ Święta Marto, nie zawiedź mnie teraz ‒ wymamrotałam, poklepując niewielkie wybrzuszenie pod spódnicą, po czym zapukałam.

Musiałam zapukać czterokrotnie, zanim ktoś wreszcie zdecydowanym szarpnięciem otworzył drzwi. W progu stanęła służąca o twarzy tak zmarszczonej złością, że przypominała orzech.

‒ Tak? ‒ warknęła, taksując mnie wzrokiem od stóp do głów. Byłam wysoka, moją pociągłą twarz w najlepszym razie można było uznać za pospolitą, a tamtego ranka z pewnością nie wyglądałam najlepiej, lecz nie musiała mi dawać tego tak wyraźnie do zrozumienia.

Pospiesznie przywołałam na twarz promienny uśmiech.

‒ Szukam mistrza Marca Santiniego. Czy to on jest tutaj maestro di cucina?

‒ Nie ty jedna go szukasz. Jest ci winien pieniądze? Ostatniego wierzyciela musiał spłacić przyprawami i pani Adriana nie była tym zachwycona…

‒ Jest moim kuzynem. ‒ Na razie trzymałam się prawdy, ale jeśli coś jeszcze będę musiała jej powiedzieć, zapewne będzie to mniej lub bardziej mijać się z prawdą.

‒ No cóż, nie ma go tutaj. Syn pani Adriany się żeni i poprosiła tego swojego kuzyna, co jest kardynałem, aby u niego zostało zorganizowane wesele. Mistrz Santini przygotowuje teraz wraz z resztą służących ucztę weselną wyprawianą w pałacu kardynalskim. Boże! ‒ wymamrotała cichszym nagle głosem. ‒ Oby tylko tam był…

‒ Gdzie? ‒ Mój uśmiech znikł. Przemierzyłam już pół miasta w przyciasnych, używanych butach, stopy mnie bolały, a pot ściekał mi ciurkiem po plecach, bo nawet pod koniec maja rzymski poranek nie miał prawa być tak upalny, i jeśli ta głupia baba zamierzała mi dalej stać na drodze, byłam gotowa uciąć jej kciuki, usmażyć je na dobrej oliwie z odrobiną czosnku i wepchnąć jej do gardła. ‒ Muszę go koniecznie odnaleźć, signora.

Niechętnie wskazała mi drogę, więc oszczędziłam jej kciuki i zanurzyłam się na powrót w chaosie zwanym Rzymem. Kiedy indziej chłonęłabym ten zgiełk, gwar i tłok, tak odmienny od cichych kanałów, które przywykłam nazywać domem, ale życie nie dało mi wyboru. Z jednej strony mijały mnie turkoczące powozy, z drugiej przepychali się buńczuczni młodzieńcy w wielobarwnych dubletach, bystrookie służące odliczały monety niestrudzenie nagabującym je przekupniom, bezpańskie psy obwąchiwały mi spódnicę, ale ja na nic nie zwracałam uwagi. Torowałam sobie przejście w tłumie jak ślepiec, odnajdując je wciąż na nowo w tym rozkrzyczanym, kolorowym tunelu, którym podążałam na południe przez całą drogę wiodącą z Wenecji do Rzymu. Na końcu tego naznaczonego lękiem tunelu stał Marco: kuzyn, którego nie widziałam od pięciu lat, a który jakimś cudem stał się moją ostatnią deską ratunku.

No cóż, może nie dostrzegałam zbyt wiele, ale mój nos – i owszem. Chociaż serce waliło mi jak młotem, kolana się pode mną uginały, a po głowie kołatały przerażone myśli o tym, że jestem skończoną idiotką – nos niestrudzenie oddzielał smrody Rzymu od jego aromatów. Kucharz węszy mimowolnie. Moje życie rozpadało się właśnie jak jeden z tych niepraktycznych pucharów z Murano, które pękają pod ciężarem samego spojrzenia, a tymczasem mój nos donosił radośnie: gnój, owszem, ze wszystkich powozów… krew wołu, ach, w Wenecji tego nie mieli… o, tamten zapach przywołuje na myśl rozgrzany słońcem marmur, a czym jest ten niewyraźny, słodki aromat? Czy to kadzidło? Tak, kadzidło, oczywiście, przecież w tym mieście na każdym placu stoi kościół lub kapliczka. Nie musiałam otwierać oczu, by mój niestrudzony nos kucharki podpowiedział mi, że nie jestem już w Wenecji. W Wenecji pachniało siarką, cegłą i rozgrzanym szkłem topniejącym w promieniach gorącego słońca. Pachniało zgnilizną z kanałów i solą z laguny. Wenecja była domem.

Już nie jest. Przypomniałam sobie o tym ponuro, przechodząc przez Ponte Sant’Angelo, gdzie zawisali złodzieje mający mniej szczęścia niż ja, czyli ci, którzy mieli pecha i zostali złapani. Dostrzegłam jednego świeżego trupa. Zanim go powiesili, obcięli mu dłonie i uszy, po czym zawiesili mu je na szyi. Otaczała go wwiercająca się w nozdrza woń rozkładu. Obok złodzieja wisiał głową w dół heretyk, z którego zostało niewiele poza kilkoma obdziobanymi kośćmi. Nad mostem krążyły niezmordowanie kruki, dziobiąc i połykając resztki. Zmówiłam szybką modlitwą, by nigdy nie żerowały na moich kościach. W tym momencie nie było to wcale takie pewne i przez chwilę sądziłam, że mój podrażniony żołądek zwróci tę odrobinę jedzenia, na którą mogłam sobie tego ranka pozwolić.

I wtedy dostrzegłam swój cel: w połowie drogi między Campo de’ Fiori i Ponte Sant’Angelo pysznił się przebogaty pałac kardynała.

‒ Nie sposób go przeoczyć ‒ powiedziała do mnie zgorzkniała starucha w fartuchu. ‒ Ten ogromny herb nad drzwiami aż bije po oczach. Ma w nim byka. Czy to aby stosowny klejnot dla sługi bożego?

Gdybym nawet przeoczyła byka, drogę wskazałby mi nieomylnie tłum ludzi przeciskających się przez wielkie drzwi. Damy we wzorzystych aksamitach i lekkich jak piórko woalach, duchowni w szkarłatnych i purpurowych szatach, fircyki o upierścienionych palcach wystrojeni w dublety z sutymi, rozciętymi rękawami ‒ w rzeczy samej, goście weselni w oczekiwaniu na przybycie panny młodej.

Wielkie, podwójne drzwi nie były przeznaczone dla kogoś w przyciasnych butach i połatanej, niedopasowanej sukni kupionej od handlarza, który próbował mi wmówić, że plamy na jej brzegu to haft, a nie zaschłe błoto. Dla dostawców i służących jest zawsze oddzielne wejście, więc już po chwili pukałam do innych drzwi. Tym razem nie miałam nawet czasu, by poklepać zawiniątko pod spódnicą i wymamrotać pospiesznie modlitwę, bo drzwi niemal natychmiast z impetem otwarły się na oścież.

‒ Dzięki Bogu, mistrzu, jesteś… ‒ Młody mężczyzna w fartuchu urwał w pół zdania i wytrzeszczył na mnie oczy. ‒ Kim jesteś?

‒ Carmelina Mangano. ‒ Czułam, że pukiel krótkich czarnych loków wysunął mi się na czoło spod pospiesznie zaimprowizowanego ze sztuki poplamionego materiału zawoju. W upale włosy zaczynały mi się kręcić jak oszalałe. ‒ Mój kuzyn, mistrz Marco Santini…

‒ Tak? ‒ gorączkowo wpadł mi w słowo uczeń. ‒ Wiesz, gdzie on jest?

‒ Miałam nadzieję, że ty mi powiesz.

‒ Święta Panienko! ‒ jęknął chłopak. ‒ Wymknął się dziś rano, żeby pograć w kości… Powiedział, że tylko jedną partyjkę, najwyżej godzinkę, żeby odprężyć się przed ucztą. Wszyscy anieli i święci, miejcie nas w swej opiece! Nie ma go od kilku godzin, jesteśmy ugotowani…

Wyglądało na to, że Marco wrócił do swoich starych zwyczajów. Jak mawiał mój ojciec, „ma nos do sosów i rękę do ciasta, ale w głowie mu tylko karty i kości!”.

Uczeń odwrócił się od drzwi, jęcząc i skarżąc się grupce sług w umączonych fartuchach, a mój nos niemal omdlał z rozkoszy.

Szafran. Och, moja poczciwa święta Marto, kiedy to po raz ostatni czułam zapach szafranu? Albo słodkie skwierczenie kaczki obracanej na rożnie i podlewanej miodem i sokiem z pomarańczy? Ten ostrzejszy zapach to zapewne ocet winny, znakomity produkt z Modeny, tak jednocześnie cierpki i łagodny, że na jego smak łzy same napływają do oczu…

Przez kilka ostatnich tygodni czułam jedynie kwaśny smak i ostry zapach strachu… Teraz poczułam coś innego ‒ coś dobrego ‒ i strach prysł. Mimowolnie podążyłam za swoim oczarowanym nosem do kuchni, mijając grupkę zaaferowanych uczniów. W kuchni roiło się jak w ulu, ale ja tylko zamknęłam oczy i z zachwytem wciągnęłam powietrze. Oliwa… Dobra oliwa wesoło skwiercząca na patelni, a nie stara i zjełczała uwięziona w jakimś słoju. Oliwa tak jeszcze świeża tuż po wytłoczeniu, że podczas nalewania można dostrzec jaskrawą zieleń. Słodka ostrość ledwo co zmielonej papryki… Lekko przydymiona słoność sera świeżo odkrojonego z koła… Co najmniej od roku nie czułam zapachu dobrego sera. Mąka zmielona tak drobno, że jej obłoczki unoszą się w powietrzu, i coś smakowitego zapiekanego w piecu…

Albo spalającego się w piecu! Otworzyłam szeroko oczy i zobaczyłam wymowny dym wydobywający się z najbliższego pieca. Rzuciłam się przez kuchnię, zbierając w garście poplamioną spódnicę, i przez materiał chwyciłam gorącą brytfannę, wyciągając ją pospiesznie z ognia. Skórka ciasta spaliła się i popękała. Zanim zdążyłam się opamiętać, wrzeszczałam już na całe gardło.

‒ Marto przenajświętsza! ‒ krzyknęłam i grupka zaaferowanych służących i uczniów w białych fartuchach odwróciła się ze zdumieniem w moją stronę. ‒ Jak mogliście spalić tartę? Gdybyście pracowali dla mnie, pokroiłabym was wszystkich w kostkę i wrzuciła do zupy jarzynowej!

‒ A kim ty właściwie jesteś? ‒ zapytała jedna ze służących, mrużąc oczy.

‒ A jakie to ma znaczenie? ‒ prychnął jeden z uczniów. ‒ Mistrz Santini urwał się znów na partyjkę kości i jeśli nie przygotujemy tej cholernej uczty weselnej…

Oni zaczęli się kłócić, a ja obrzuciłam kuchnię uważnym spojrzeniem. Co za widok! Przede wszystkim była mała i ciasna. Być może kardynał z bykiem nad drzwiami wydał fortunę na elegancki, obwieszony gobelinami hol wejściowy, do którego udało mi się zerknąć, gdy do środka wlewał się potok gości weselnych, ale na swoją kuchnię nie przeznaczył ani dukata. Jednak to nie z powodu ciasnego, okopconego komina, wygiętego rożna czy niewygodnie umiejscowionych stołów na kozłach zaczęłam kląć. Do szewskiej pasji doprowadził mnie widok pieczonego drobiu, którego nikt nie obracał na rożnach ani nie polewał sosem, mis mąki, której nikt nie wyrabiał na ciasto, i jaj, których nikt nie ubijał w smakowite pieniste góry. Widok niegodziwości, niemoralności, zła w czystej postaci i wręcz końca świata: widok kuchni w nieładzie.

‒ Jeśli podamy na stół tylko pieczonego pawia ‒ zastanawiał się właśnie jeden z kuchcików ‒ to czy myślicie, że będą się skarżyć na brak cielęciny?

Ucięłam te dywagacje:

‒ Ilu mamy gości weselnych?

Popatrzyli po sobie w popłochu. Doprawdy nie musiałam sobie zadawać trudu gotowania ich w zupie jarzynowej ‒ już w tej chwili w głowach mieli niewiele więcej.

‒ Jadłospis ‒ warknęłam. ‒ Słucham.

‒ Paw w całości, podawany w piórach…

‒ Cielęcina w wiśniach łutówkach…

‒ Gruszki bergamotki z goździkami…

Chór bezładnych głosów zlał się w końcu w jadłospis. Całkiem niezły, trzeba przyznać. Marco był uzależnionym od hazardu utracjuszem, ale ten utracjusz uczył się gotować pod okiem mojego ojca i bez wątpienia potrafił to robić.

Podobnie jak ja. Nie było tu ani jednego przepisu, którego nie znałabym równie dobrze, jak własnego imienia.

‒ Poproszę mały nóż. ‒ Rozejrzałam się po kuchni, znalazłam porzucony fartuch i przewiązałam nim swoją żałosną sukienczynę. ‒ Gdzie są cebule? Najlepsze byłyby genueńskie, jeśli macie.

Chłopcy pilnujący garnków wbili we mnie spojrzenia, pocąc się obficie nad paleniskiem. Ubrani w białe fartuchy uczniowie stali wśród chaotycznie rozstawionych garnków i misek za długimi blatami ułożonymi na kozłach i wbijali wzrok w ziemię. Służące przysłoniły usta dłońmi i szeptały, stojąc przy zlewach, w których piętrzyły się góry brudnych naczyń.

‒ Kim ty właściwie jesteś? ‒ wypalił w końcu grubiańsko jeden z uczniów. ‒ Nie będziesz nam tutaj rozkazywać.

Ach, ten ton bezczelnego czeladnika. Kiedy to po raz ostatni rozstawiałam po kątach takich jak on? Chyba jeszcze dawniej niż wówczas, gdy po raz ostatni czułam aromat wybornego sera.

‒ Jestem kuzynką mistrza Santiniego. ‒ Uśmiechnęłam się życzliwie, po czym znalazłam niewielki nóż i zaczęłam się rozglądać za genueńską cebulą. ‒ A ty jak się nazywasz?

‒ Piero. Ale tylko dlatego, że jesteś jego kuzynką…

‒ Goście weselni już się schodzą, Piero ‒ przerwałam mu, a w moim głosie nie pobrzmiewała już poprzednia słodycz. Teraz przeszedł w zjadliwy szept, ten sam szept, którym mój ojciec smagał jak biczem, przyginając harde karki do ziemi. ‒ Goście weselni zaraz tu będą, a paw nie został nawet zdjęty z rożna. Ciasto niezagniecione. Jedynym daniem wyłożonym na półmisek w tym dziewiątym kręgu piekła, który nazywacie kuchnią, jest smakowicie wyglądająca aloza, o tam. I właśnie zjada ją kot.

Służące i pomywaczki popatrzyły po sobie, burcząc coś niewyraźnie. Kot syknął na mnie wściekle. Był to ogromny kocur z poszarpanym uchem, który nieśpiesznie oblizywał rybę na całej jej długości. Piękna aloza, nienagannie przyrumieniona i podduszona w czymś, co było, jak podejrzewałam, sosem cynamonowo-goździkowym opisanym przez mojego ojca szczegółowo w pliku przepisów skrywanych przeze mnie w sakiewce, strona trzysta osiemdziesiąta szósta, rozdział Sosy. Chociaż kiedy to ja przyrządzałam ten sos, lubiłam dodać szczyptę soli i odrobinę octu do smaku oraz dosłownie kilka nitek szafranu, by nadać mu odpowiedni kolor…

‒ Wynocha! ‒ Spędziłam kota na podłogę i popchnęłam go bezceremonialnie stopą w kierunku drzwi. ‒ Wynocha! Chyba że chcesz skończyć na rożnie! A teraz, podgotowane półgłówki, może byście mi łaskawie powiedzieli…

‒ Mistrzu Santini? ‒ odezwał się za moimi plecami kobiecy głos.

Obróciłam się na pięcie i pospiesznie poszłam za przykładem służących, dygając przed tęgą, siwowłosą matroną w wytwornym czepcu na głowie.

‒ Mistrzu Santini, gdzie…? ‒ Rozejrzała się niespokojnie po kuchni, jakby obawiając się, że coś może wybuchnąć na jej kasztanowe jedwabie.

‒ Pani Adriana… ‒ rzekł ponuro nadąsany Piero, ale tu najwyraźniej wyczerpał mu się koncept. Obrzucił rozpaczliwym spojrzeniem rozrzucone garnki, brudne patelnie, góry mąki i zwęglone ciasto.

‒ Pani Adriana da Mila, jak sądzę? ‒ Wysunęłam się naprzód, przywołując na twarz promienny uśmiech i mając nadzieję, że nie dostrzeże pod fartuchem mojej poplamionej sukni. ‒ Mistrz Santini często mi wspominał, jakim zaszczytem jest dla niego praca w twoim domu, pani. ‒ Tak naprawdę nikt nigdy wcześniej mi o niej nie opowiadał. Znałam tylko jej imię, imię rzymskiej chlebodawczyni, która była na tyle głupia, by zatrudnić Marca w charakterze swojego kucharza. Była to jedynie niepotwierdzona pogłoska przyniesiona przez mojego ojca, ale wątły trop tego imienia poprowadził mnie drogą na południe aż do Rzymu. ‒ Nazywam się Carmelina Mangano, jestem jego kuzynką i właśnie przybyłam z Wenecji. Oczywiście zgodziłam się pomóc mojemu kuzynowi przy tak znamienitej uroczystości.

Cofnęła się i uniosła lekko podbródek.

‒ Zgodziłam się zapłacić za trzech dodatkowych pomocników w kuchni, nie czterech…

‒ Pracuję bez zapłaty, pani. ‒ Przeżegnałam się skwapliwie. ‒ To najświętszy obowiązek porządnej dziewczyny.

Pani Adriana się rozpromieniła. No tak, należała do tych prześwietnych, przyobleczonych w jedwab dam, którym oczy rozbłyskały nie na widok słodkości czy klejnotów, nie na dźwięk komplementów, lecz na myśl o tym, że można coś zyskać tanio. A najlepiej darmo.

‒ Uczta weselna syna, moja pani? ‒ ciągnęłam przymilnie. Zjednywanie sobie protektorów jest wielką sztuką. Mój ojciec nigdy nie znalazł dobrego słowa dla własnej rodziny, lecz był mistrzem przypochlebiania się chlebodawcom. Takie stare skąpiradło potrafił obłaskawić, przyprawić i nadziać na rożen, zanim zdążyło się zorientować, że zostało nabite. ‒ Cóż za szczęśliwe wydarzenie! Zapewniam cię, pani, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

‒ Słyszałam krzyki. ‒ Chlebodawczyni mojego kuzyna omiotła przenikliwym spojrzeniem paciorkowatych oczek kardynalską kuchnię. ‒ Jesteś pewna, że wszystko będzie wkrótce gotowe? Orszak weselny minął już plac…

‒ Twój syn, pani, zapewne nie skosztuje nawet wszystkich przygotowanych przez nas dań, gdyż tak spieszno mu będzie zobaczyć pannę młodą, lecz mimo to będą gotowe.

Zastygłam z uśmiechem na twarzy, nie śmiałam odetchnąć, zanim Adriana da Mila nie rzuciła ostatniego wątpiącego spojrzenia.

‒ Nie marnujcie tego dobrego cukru! ‒ rzuciła jeszcze ostrzegawczo przez ramię. ‒ Jest bardzo drogi!

Po czym, Bogu niech będą dzięki, sobie poszła.

‒ A zatem! ‒ Odwróciłam się do skulonej ze strachu grupki kuchcików i służących, przytupując groźnie stopą pod przewiązaną fartuchem spódnicą. ‒ Wiecie już, kim jestem. Jestem tą, która potrafi wyczarować tę ucztę weselną z niczego.

Doprawdy? Przecież od dwóch lat nie gotowałam niczego na poważnie. Ale teraz było już za późno na rozmyślania.

‒ Jestem tą, dzięki której nie stracicie posad w domu pani Adriany ‒ ciągnęłam najbardziej stanowczym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć.

Oni nie stracą posad, a przy okazji i Marco zachowa swoją. W normalnych okolicznościach, gdyby mój kuzyn tak po prostu rozpłynął się w powietrzu w samym środku przygotowań do przyjęcia weselnego, ucięłabym mu uszy i podpiekła je z bazylią i orzeszkami piniowymi, ale teraz skłonna byłam go ucałować z wdzięczności. Jeszcze się z nim nawet nie widziałam, a już był mi winien przysługę. Albo też będzie mi winien przysługę, o ile rzeczywiście uda mi się wyprawić tę ucztę.

Będzie musiało się udać. Bo przysługa, której oczekiwałam w zamian, nie była drobna.

Na myśl o tym, jakie podejmowałam ryzyko, serce zaczęło mi walić jak młotem, a w ustach poczułam znajomy smak strachu, kwaśny i zjełczały. Nie miałam jednak czasu na rozczulanie się nad sobą. Nie teraz. Byłam Carmeliną Mangano, córką wielkiego weneckiego kucharza i kuzynką kucharza rzymskiego, nawet jeśli ten ostatni był zgrywającym się w karty głupcem. Miałam dwadzieścia lat i być może wszystkim, co posiadałam, były zmumifikowana dłoń i wrażliwy nos, ale w najbliższej perspektywie miałam pełen dom głodnych gości weselnych i niech mnie święta Marta ugotuje i zje, jeśli ich odeślę z pustymi brzuchami.

‒ Słuchajcie mnie wszyscy! ‒ Klasnęłam w dłonie, a kiedy to nie wystarczyło, by uciszyć gderanie uczniów, tupnęłam nogą. ‒ Buzie na kłódkę, rączki pracują, bo jeśli orszak weselny dotarł już na plac, to znaczy, że nie ma czasu do stracenia. Piero, zdejmij tego pawia z rożna, wysmaruj mu pierś miodem i obłóż całość kandyzowanymi orzeszkami piniowymi. Ty… Jak masz na imię?

– Ottaviano…

– Ottaviano, bergamotki. Obierz je w gorącym winie i upiecz z odrobiną zmielonego cukru i całymi goździkami. Służące, przekąski. Jeśli taca będzie się uginała od przekąsek, goście nie zauważą, że pierwsze danie się spóźnia. Suszone figi, oliwki, kapary, te małe neapolitańskie limonki i tamtejsze różowe jabłuszka, liguryjski ser, jeśli macie…

‒ Nie wiem, gdzie…

‒ To poszukaj.

Przesunęłam palcami nad garnkiem zupy, którą ktoś zostawił na wolnym ogniu. Pociągnęłam nosem, który z zachwytem doniósł: pieprz, ocet winny, podsmażone trufle ‒ ach tak, gulasz z ostryg, strona sześćdziesiąta czwarta, rozdział Zupy i gulasze. Znalazłam mały nóż i zaczęłam wyłuskiwać ostrygi do skwierczącej potrawy. W dalszej kolejności w garnku powinny się znaleźć malutkie pieczone kurczaki. Czy ktoś upiekł jakieś kurczaki? W polu widzenia miałam tylko rożen z upieczonym gołąbkiem. Rzuciłam nóż na blat i wydobyłam z sakiewki (nie z tej, w której przechowywałam zmumifikowaną dłoń) zwitek papierów, które przerzuciłam aż do strony osiemdziesiątej czwartej. „Zamiast kurczaków można użyć gołąbka” ‒ nagryzmolił mój ojciec swoim ściśniętym pismem. „Dodaj więcej octu winnego i nieco zmielonych mediolańskich migdałów, by zagęścić bulion”. Przeglądałam jego zbiór przepisów po raz pierwszy od chwili, w której wykorzystując jego nieuwagę, wepchnęłam do sakiewki plik luźno związanych, postrzępionych na brzegach kartek zapisanych jego recepturami. Oczy mnie zapiekły, gdy spojrzałam na dziwne skróty, którymi się posługiwał, by zapobiec kradzieży sekretów swojej kuchni przez zazdrosnych rywali. Lecz nie przeze mnie… Przeczytałam wszystkie przepisy i teraz nazwy przypraw i mięs zaszyfrowane czarnymi liniami pisma były wszystkim, co mi po nim zostało.

Nieważne. Nigdy nie łączyło mnie z ojcem nic z wyjątkiem przepisów. Gdyby mnie teraz zobaczył, jako pierwszy zaciągnąłby mnie za włosy do Wenecji przed oblicze sprawiedliwości.

‒ Signorina, przekąski…

Znękane służące kręciły się przy mnie, zbyt zrezygnowane lub zbyt zrozpaczone, by zaprotestować przeciwko moim rozkazom.

‒ Wyłóżcie wszystkie sery, jakie macie, do tego mięsa na zimno.

Skończyłam z ostrygami i dokonałam szybkiej inwentaryzacji spiżarek, licząc dania. Słone przekąski zachęcające gości do sięgnięcia po wino… Gdy się już dobrze napiją, nie zauważą, jak późno pojawi się pieczony paw.

‒ Mortadela, solona wieprzowina, solone ozory wołowe. Prosciutto pokrój bardzo cienko, by wyglądało jak marmur. Obierz te gruszki ze skórki, ptasi móżdżku, obierz je, zanim dodasz cukru!

Ciężkim krokiem minął mnie mamroczący coś pod nosem zarządca, za którym podreptał łańcuszek służących z dzbanami wina.

‒ Polewajcie hojnie! ‒ krzyknęłam za nimi.

Czy sprawcami tej wrzawy nad moją głową byli już goście weselni? Zaniosłam ku niebu pospieszną modlitwę i rzuciłam się do siekania cebuli.

‒ Pomóż mi, święta Marto. Ty wiesz, jak to jest gotować dla ważnych osobistości.

Oczywiście święta Marta gotowała dla Pana Naszego, ale podejrzewałam, że w przypadku opóźniania się posiłku On wykazałby znacznie większą cierpliwość niż syn Adriany da Mila i jego świeżo upieczona małżonka.

Z drugiej strony może wcale nie. Głodni goście to głodni goście. Poważnie powątpiewałam, czy ci niebiańscy byli bardziej przydatni niż ziemscy, jeśli chodziło o pomoc w kuchni. Mówi się, że Maria postąpiła mądrzej niż Marta, siadając u stóp Chrystusa i wielbiąc go, ale zawsze miałam więcej zrozumienia dla Marty. Ktoś w końcu musiał pozmywać po posiłku, kiedy cała reszta, siedząc u stóp Chrystusa, oddawała mu cześć. Chyba Chrystus też tak sądził, skoro uczynił Martę świętą, i to nie byle jaką świętą, tylko patronką takich jak ja kucharek z całego świata. Może przynajmniej raz był wdzięczny za smaczny posiłek, który zwalniał go z obowiązku samodzielnego wyczarowywania ryb i chlebów.

Dobrze się ze świętą Martą rozumiałyśmy, i to na długo przed tym, jak zaczęłam nosić w sakiewce pod spódnicą jej wyschłą, martwą dłoń.

Mimo natłoku myśli nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy moje palce sprawnie przylepiały kruszonkę ze świeżego sera, słodkiej oliwy z oliwek i genueńskich cebulek do spieczonej skórki ciasta. W małych, zatłoczonych wnękach kuchennych brzęczało jak w ulu, uczniowie harowali jak woły i nagle wyobraziłam sobie dobiegające z góry odgłosy przyjęcia: szelest drogich jedwabi, perlisty śmiech uszczęśliwionej panny młodej, brzęk delikatnego szkła, chrupnięcia, z jakimi słone orzeszki, daktyle w miodzie i kawałki liguryjskiego sera znikają w ustach kardynałów, gości weselnych i nowożeńca. I te pełne podziwu westchnienia rozlegające się w chwili, gdy wreszcie dwaj służący wnoszą na swych barkach kołyszącego się dumnie pieczonego pawia, mojego pieczonego pawia, w pełnym upierzeniu, znakomicie wypieczonego i wcale niewyglądającego tak, jakby jego pospieszne przygotowanie zajęło zaledwie jedną czwartą normalnie przeznaczanego na tę operację czasu (przynajmniej o ile ktoś nie przygląda się zbyt dokładnie).

Serce waliło mi jak młotem, skręcone loki znów wymknęły się spod krępującej je chusty. Przeszłość była zamknięta, a przyszłość więcej niż niepewna. Przyszłość, którą zawierzałam szczęściu i moim nieco już przykurzonym umiejętnościom. Gdyby któreś z nich mnie zawiodło, skończyłabym prawdopodobnie na Ponte Sant’Angelo, zawisając obok innych złodziei i zdrajców, którym zabrakło szczęścia i talentów, albo zostałabym odesłana do Wenecji, gdzie spotkałby mnie jeszcze bardziej ‒ Boże dopomóż! ‒ makabryczny los. Ale moja tarta cebulowo-serowa perkotała już słodko i złociście w piecu, a w nosie znów wiercił mnie zapach oliwy i cynamonu. Ręce i niewątpliwie twarz miałam całe umączone. Może i nie gotowałam od dwóch lat, lecz teraz byłam w swoim żywiole i niewiele było trzeba, by odświeżyć nieco zapomniane umiejętności. Nie straciłam wyczucia. Chwilowo nic więcej nie trzeba mi było do szczęścia.

Leonello

Człowiek po drugiej stronie stołu dowodził właśnie, że nie potrafi przegrywać z klasą, ale nie potrafiła tego większość moich przeciwników. Mężczyźni grający na pieniądze nie lubią przegrywać. Zwłaszcza z karłem.

‒ Fluxus ‒ rzekłem, kładąc cztery karty na lepkim od wina blacie. ‒ Same czerwa. Pula należy do mnie.

‒ Czekaj! ‒ zaprotestował tęgi gość z lewej. ‒ Nie widziałeś jeszcze moich kart!

‒ To bez znaczenia. Nie możesz mieć nic wyższego niż numerus. ‒ Pochyliłem się i zacząłem zbierać monety ze środka stołu.

Rzucił karty na stół, przeklinając pod nosem. Numerus ‒ trzy dzwonki i jedno wino. Z takimi kartami na ręku nie dałoby się wygrać nawet tyle, by kupić kieliszek serwowanego w tej gospodzie sikacza, nie mówiąc już o zagarnięciu puli zgromadzonej na środku stołu. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i zacząłem podliczać wygraną.

‒ Jeszcze jedną kolejkę ‒ rzuciłem do Anny obsługującej gości. ‒ Dla moich towarzyszy to, co sobie życzą, a dla mnie to, co zwykle.

Anna mrugnęła okiem. Zwykle piłem wodę zabarwioną tylko taką ilością wina, by sprawiała wrażenie uczciwego trunku. Kiedy wino mieszała dla mnie wprawna dłoń Anny, mogłem zachować trzeźwość umysłu przez całą noc, gdy tymczasem moim partnerom coraz bardziej szumiało w głowach. Anna była największym atutem tej gospody, która poza tym była jedynie ciasnym i ciemnym pomieszczeniem z brudnymi oknami przepuszczającymi niewiele światła i z długimi, okopconymi stołami na rozchwierutanych nogach. Oprócz mnie i trzech graczy, których właśnie udało mi się oskubać, siedziało w środku tylko dwóch pijaków żłopiących piwo, wyrzekających na świat i rzucających brudnymi kośćmi oraz dwóch chłopców w czarnych aksamitach, którzy klnąc szpetnie, grali w kości przy dogasającym ogniu. Zwyczajna w takich miejscach menażeria: moczymordy przepijające pieniądze, które udało im się zarobić powożeniem czy pracą przy rozładunku, i bogaci chłoptasie melinujący się przed swoimi opiekunami w poszukiwaniu wina, kurew i odrobiny zakazanych przyjemności.

Krępy jegomość po mojej lewej wciąż nie odrywał ode mnie wzroku, a na poorane policzki wypłynął mu krwisty rumieniec.

‒ Skąd wiedziałeś, jakie karty mam na ręku?

Boże. Obrzuciłem go beznamiętnym spojrzeniem. Nikt nie lubi przegrywać z karłem, a skoro karzeł wygrywa, to zapewne kantuje. Mogłem oczywiście kantować. Mogłem niepostrzeżenie wyciągnąć karty z rękawa i przełożyć je na rękę, mogłem ustawić w rozdaniu same czerwa, same walety, wszystko, co chciałem. Ale nie zrobiłem tego. Ci, którzy oszukują przy stole, zbyt często kończą stłuczeni na miazgę i wyrzuceni za drzwi gospody, a dla człowieka moich rozmiarów pobicie mogło mieć skutek śmiertelny.

‒ Zapewniam, że nie uciekałem się do żadnych sztuczek ‒ powiedziałem znudzonym głosem. ‒ Swoje przekonanie opieram na obliczeniach matematycznych.

‒ A to co znowu? ‒ zapytał mężczyzna podejrzliwie. ‒ Magia?

‒ To oznacza, mój panie, że gdy gram w karty, to liczę. Liczę karty rozdawane i liczę karty zagrywane. Liczę prawdopodobieństwo wystąpienia kart, które nie zostały odsłonięte. Te wszystkie wyliczenia pozwalają mi matematycznie ocenić szanse i nie ma w tym ani odrobiny magii. Właśnie w ten sposób zorientowałem się, jakie karty masz na ręku.

‒ Wielkie słowa jak na tak małego człowieka ‒ ryknął śmiechem jeden z pozostałych graczy. ‒ Czy masz w zanadrzu tyle słów, ile magicznych sztuczek, karzełku?

‒ Liczenie niektórym w istocie musi wydawać się magią. ‒ Zgarnąłem ostatnie monety do sakiewki. ‒ Czy chcesz, panie, spróbować podczas następnej gry? Zrozumiem, jeśli będziesz musiał zdjąć buty, gdy suma przekroczy dziesięć.

Czekałem cierpliwie, aż dotrze do niego istota żartu. Przy tych ochlapusach moje obelgi zwyczajnie się marnowały. Kiedy wreszcie zrozumiał, spurpurowiał aż po cebulki włosów.

‒ Ty szubrawy pokurczu!

W porównaniu z twoją umiejętnością gry w karty jestem gigantem – mógłbym wycedzić. Albo z tym pomarszczonym kutasem, który próbujesz stręczyć Annie. Nie powiedziałem tego jednak. Nikt nie lubi, gdy wytyka mu się brzydotę ‒ to niezawodny sposób, by dostać w zęby lub doigrać się złamanego nosa. Karły też tego nie lubią, ale powierzchowność karła jest własnością publiczną. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy do woli mogą go wytykać palcami i śmiać się do rozpuku, plotąc, co im ślina na język przyniesie. Wiedziałem to już od małego ‒ a raczej od momentu, w którym jako małe dziecko zrozumiałem, że nigdy nie urosnę.

‒ Jeszcze jedno rozdanie? ‒ zapytałem więc i zręcznym ruchem nadgarstka rozsunąłem wachlarz kart.

Pijaczyna rozpłaszczył mięsistą dłoń na blacie, aż zabrzęczały kielichy, a grający przy ogniu w kości podnieśli wzrok.

‒ Ty karłowaty krętaczu, flaki ci wypruję i owinę wokół tej brudnej szyi…

Świst wbijającego się w blat noża zamknął mu usta. Ostrze utkwiło w drewnie dokładnie między jego palcem środkowym a wskazującym, nawet go przy tym nie drasnąwszy. Niezła sztuczka – przyznawałem po cichu sam przed sobą – a przy tym wielokrotnie już pozwoliła mi na szybką ewakuację. Opilec spojrzał na wbity w stół nóż i zanim się zorientował, że jego koniec uwiązł nie w jego dłoni, lecz w blacie, ja już zdążyłem go wyszarpnąć, a Anna pospiesznie wśliznęła się między nas.

‒ Jeszcze jednego? ‒ zagadnęła tym słodkim, zmęczonym głosem, który był jej najcudowniejszym atutem. ‒ Ten niewysoki pan już zapłacił, więc żal byłoby nie wypić na jego koszt. Proszę, nasze najlepsze czerwone…

Pijak pozwolił jej odciągnąć się od stołu i wsunąć sobie w dłoń kielich obrzydliwego cienkusza, a ona pozwoliła mu pomacać odrobinę swe płaskie piersi, rzucając mi jednocześnie ponad jego ramieniem surowe spojrzenie. Przywołałem na twarz przepraszający grymas i przesunąłem po blacie w jej stronę monetę, po czym odwróciłem się do swoich dwóch pozostałych partnerów.

‒ Jeszcze jedno rozdanie?

‒ Karty chyba jednak nie dla mnie ‒ odparł uprzejmie potężny, sympatyczny jegomość, który uśmiechnął się szeroko, kiedy wbiłem nóż w stół. Miał na imię Marco, był przystojny i ciemnowłosy i z jakiegoś powodu zawsze pachniał cynamonem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy dorobiłem się na nim sporego stosiku monet, ale nigdy nie odniosłem wrażenia, by miał mi to za złe. ‒ Jestem zaprzysięgłym miłośnikiem gry w kości ‒ wyznał.

Kości to gra dla idiotów. Nigdy nie grałem ani w kości, ani w jakąkolwiek inną grę losową, skoro już o tym mowa. Najbardziej lubiłem grać w szachy, lecz te były rozrywką arystokracji. W podłych rzymskich gospodach, w których zarabiałem na życie, rzadko można było znaleźć szachownicę.

‒ Niech ci szczęście sprzyja ‒ pożegnałem Marca, wiedząc doskonale, że przegra, i zebrałem talię.

Karty były już stare i wymięte, postrzępione na brzegach, poplamione winem i poznaczone śladami tłustych palców, lecz na przestrzeni lat zarobiłem dzięki nim niezłą sumkę. Może i wyglądałem jak obdartus, od którego szczęście się odwróciło ‒ znoszony skórzany dublet, wyświechtana i połatana na łokciach koszula, nogawice fatalnie leżące na krzywych nogach ‒ ale karzeł nie powinien sprawiać wrażenia wybrańca fortuny. Wyróżniamy się z tłumu i tak, nawet bez wyszywanych suto rękawów czy eleganckich okryć. A poza tym im mniej wydawałem na ubrania, tym więcej zostawało na książki. Pomacałem monety w sakiewce, które miały mi dziś starczyć na dobry posiłek i dzban wina, po czym schowałem karty.

‒ Myślę, że dziś spróbuję szczęścia gdzie indziej ‒ powiedziałem Annie, gdy wróciła, wycierając dłonie w fartuch. ‒ Twój przyjaciel nadal rzuca mi mroczne spojrzenia znad paleniska.

‒ Możesz mi zanieść koszyk na targ. Przynajmniej tyle zrób za to, że odwiodłam tego parszywca od pomysłu uduszenia cię! ‒ fuknęła Anna, opierając ręce na biodrach. ‒ Łachudra tak mi wymiętosił spódnicę, jakby w niej szukał czystego złota!

‒ Ciało nadobnej Anny słodsze jest od złota ‒ westchnąłem, podając jej ramię.

Ujmując mnie pod rękę, Anna roześmiała się, lecz nie śmiała się ze mnie. Nigdy się ze mnie nie śmiała, a to czyniło z niej doprawdy kuriozum wśród dziewcząt. A właściwie kobiet. Anna utrzymywała, że ma dwadzieścia lat, założyłbym się jednak, iż miała dwadzieścia pięć, a wyglądała na trzydzieści. Życie upływające na roznoszeniu wina w gospodzie szybko odciska swe piętno na sylwetce kobiety, której plecy się przygarbiają, piersi obwisają, a oczy okala sieć zmarszczek. Nadal miała jednak słodki dołeczek w policzku, który zagościł na jej twarzy, gdy wychodziliśmy z gospody.

‒ Któregoś dnia wreszcie się doigrasz ‒ ostrzegła mnie, kiedy wmieszaliśmy się w tłum. Kobiety i mężczyźni zgodnie przepychali się ulicą, wyciągając szyje w kierunku czegoś, czego za nic nie mogłem dojrzeć z powodu swojego niepokaźnego wzrostu. Najwyraźniej przed nami kroczył tańczący niedźwiedź albo orszak kardynała. A może to sam kardynał tańczył? Za takie widowisko chętnie bym zapłacił. ‒ Nie musisz z nich drwić po tym, jak już ich oskubiesz, Leonello. Któregoś dnia zakpisz sobie z niewłaściwego człowieka i dostaniesz nożem w ucho.

‒ Prędzej on dostanie nożem w ucho ode mnie.

Gra w karty nie była jedyną umiejętnością nabytą przeze mnie w ciągu niepewnego życia, w którym tak trudno było związać koniec z końcem. Zręczność w posługiwaniu się nożem była bardzo przydatna takiemu karzełkowi jak ja, który nie mógł nawet marzyć o władaniu mieczem lub znokautowaniu wroga ciosem pięści. Zawsze miałem za pasem nóż ostry jak brzytwa, a oprócz niego jeszcze dwa lub trzy zatknięte w miejscach, w których nie rzucały się w oczy.

‒ Są łatwiejsze metody zarabiania pieniędzy niż ogrywanie pijaków ‒ upierała się Anna. Zwolniła kroku, by się ze mną zrównać, za co zawsze byłem jej niezmiernie wdzięczny. Choć zazwyczaj starałem się nie truchtać, lecz kroczyć zdecydowanie i stawiać stopy prosto, narażając w ten sposób na ból zdeformowane stawy, to nieustanne próby nadążenia za ludźmi o znacznie dłuższych nogach zmuszały mnie, bym drobił niczym krab. ‒ Wczoraj gospodarz oberży zaczął narzekać ‒ ciągnęła Anna ‒ że brakuje mu jakiejś rozrywki wieczorami dla gości siedzących w ogólnej sali. Mógłbyś żonglować orzechami, opowiadać dowcipy i rozśmieszać gości. Mógłbyś sobie nawet sprawić strój błazna jak każdy uczciwy trefniś. Przekonałbyś się, że pieniądze popłynęłyby szerokim strumieniem. Kiedy chcesz, potrafisz być zabawny, Leonello.

‒ Anno ‒ westchnąłem. ‒ Anno o bursztynowym spojrzeniu i dobrym sercu, darzę cię ogromnym szacunkiem, ale obawiam się, że się co do mnie mylisz. Nie żongluję. Nie fikam koziołków. Nie stroję żartów, nie dowcipkuję i nie podskakuję. I nie ma na tym bożym świecie takiej sumy, za którą włożyłbym strój błazna.

‒ Strasznie jesteś drażliwy, wiesz?

‒ Nie ma róży bez kolców i nie ma karła, który nie chciałby wyróżniać się czymś poza wzrostem. ‒ Ucałowałem z namaszczeniem jej dłoń, jakbym był jednym z tych kroczących dumnie zawadiaków o kręconych włosach, którzy rozrabiali i zaśmiewali się w tłumie przed nami. Wysokich zawadiaków. ‒ Może miałabyś ochotę zjeść dziś ze mną kolację? Powitałbym z radością twoje towarzystwo i przy stole, i w łożnicy.

‒ Handlarz ryb już mnie zaprosił ‒ odparła z żalem. ‒ Choć wolałabym ciebie… Nie śmierdzisz rybami i nie pocisz się tak w łóżku.

‒ Może więc innym razem.

Kiedy od czasu do czasu miałem ochotę na towarzystwo żywsze niż moje książki, Anna okazywała się bardzo przyjemną partnerką łóżkowych igraszek. Więcej w niej było serdeczności niż pasji, lecz karzeł szybko się uczy nie oczekiwać namiętności od kobiet, za których usługi płaci. Serdeczność zupełnie mi wystarczała, a Anna była nawet skłonna poświęcić dodatkowe pół godziny na rozmasowanie moich krótkich nóżek, dopóki nie ustąpiły przykurcze zniekształconych mięśni.

‒ Nie mogę ci się oddawać za darmo ‒ uprzedziła, gdy pierwszy raz wziąłem ją do łóżka. ‒ Może nie jestem ładna, ale nawet taka pospolita dziewczyna jak ja nie może się oddawać za darmo, jeśli chce sobie jakoś radzić na tym świecie.

‒ Za darmo? ‒ prychnąłem. ‒ Jesteś pierwszą od lat kobietą, która nie zażądała podwójnej zapłaty jako rekompensaty za moją szpetotę.

‒ Jesteś niewysoki, to prawda ‒ orzekła, ujmując mnie pod brodę i obracając mi twarz do światła. ‒ Ale szpetota nie jest odpowiednim określeniem. Byłbyś przystojny, Leonello, gdybyś tak ciągle nie patrzył wilkiem.

A ona byłaby całkiem ładna, gdyby miała pieniądze na jedwabną suknię i parę aksamitnych trzewików. Ale nie miała, a ja jej tego nie powiedziałem. Miałem cięty język i lubiłem dopiec okrutnym słowem, ale nie jedynej przyjaciółce, jaką miałem w Rzymie.

Anna wyciągnęła szyję, by przyjrzeć się gromadzącej się na ulicy ciżbie.

‒ Słyszę muzykę… Myślisz, że to orszak weselny?

‒ To ty jesteś tu wysoka, urocza damo. Ty mi powiedz.

Zaczęła się przeciskać przez tłum, a ja sunąłem za nią wśród tych wszystkich nóg niczym ryba wynajdująca sobie drogę w nurtach Tybru.

‒ Panna młoda, panna młoda ‒ wyszeptał ktoś nad moją głową. ‒ Widzę jej konia!

‒ To rzeczywiście orszak weselny ‒ westchnęła uradowana Anna, nachylając się lekko do mnie.

‒ Szkoda. Miałem nadzieję na tańczącego kardynała.

‒ Nie rozumiem połowy z tego, co mówisz. ‒ Anna założyła za ucho oklapnięty kosmyk włosów. ‒ Myślisz, że jest ładna? Panna młoda, oczywiście.

‒ To przyszła żona jakiegoś bogatego chłoptasia ‒ wtrącił stojący za mną mężczyzna, zanim zdążyłem odpowiedzieć. ‒ Pięć skudów, że będzie ospowata i pospolita.

Przecisnąłem się obok Anny do przodu. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że podążanie za narzeczoną i jej świtą z domu ojca do domu męża może się opłacić. Zamożne panny młode, o ile tylko nie były zbyt nieśmiałe, przez całą drogę rzucały w tłum pieniądze, a ja nie byłem na tyle dumny, by nie podnieść z ziemi monety. Będąc tak blisko ziemi, mogłem zagarnąć lwią część ‒ lwią część dla małego lwa Leonella.

Procesja rozpoczęła się na dobre. Odziani w liberie służący truchtali teraz rzędami wzdłuż orszaku i odpychali tłumy zgromadzone po obu stronach ulicy. W polu widzenia pojawił się zastęp paziów niosących skrzynie z dobytkiem panny młodej i ulica zaszemrała na widok kunsztownie zdobionego kufra z wyprawą, szerokiego jak trumna, pokrytego misternymi złoceniami i malowidłami przedstawiającymi świętych. Tak, to była zamożna panna młoda. Szeroko uśmiechnięci chłopcy rzucali kwiaty na bruk, a muzycy brzdąkali na lutniach, nie przejmując się zanadto melodią podawaną przez innych.

‒ To ona! ‒ wydyszała Anna. ‒ Święta Panienko, czy ty to widzisz?

Biała klacz przystrojona różami i liliami szła niewzruszenie stępa, niosąc na grzbiecie najcudowniejszą madonnę.

‒ Rany boskie ‒ mruknął jakiś głos za mną do człowieka, który gotów był się założyć, że panna młoda nie jest urodziwa. ‒ Właśnie straciłeś pięć skudów!

Powiadają, że i kotu wolno patrzeć na króla ‒ a karłowi wolno patrzeć na piękną kobietę. Większość mężczyzn zostałaby skarcona za wpatrywanie się w urodziwą damę, odstraszona mrocznym spojrzeniem jej męża, dłonią brata ujmującą sztylet lub zimnym wzrokiem samej piękności. Męskie spojrzenie oznacza pożądanie, a przyzwoita rzymianka musi się mieć na baczności przed męską chucią. Karły jednak niczego nie mogą pożądać, w każdym razie nie wówczas, gdy idzie o piękną kobietę, więc nikogo nie obchodzi gapiący się karzeł. A poza tym piękna kobieta ma nos zadarty tak wysoko, że nie zniża się spojrzeniem do poziomu kogoś stojącego tak nisko jak ja. Cała ulica zdjęła czapki z głów, mężczyźni gięli się w ukłonach składanych na cudzoziemską modłę, by tylko pochwycić wzrok panny młodej, a ja skrzyżowałem krótkie ramiona na piersiach i wbiłem w nią chłodne spojrzenie.

Boże, cóż to była za piękność. Siedemnasto-, może osiemnastolatka ustrojona w szatę z różowego jedwabiu udrapowaną na bokach białej klaczy w fałdy tak obfite, że mógłbym z marszu wymienić trzy przepisy prawa obyczajowego, które właśnie zostały złamane. Piersi niczym białe brzoskwinie, jasna kolumna szyi, twarzyczka zaróżowiona szczęściem… i włosy. Sploty rzucające w promieniach słońca złote refleksy, oplecione sznurami pereł i przetykane kremowymi różami.

Większość panien młodych wydaje się nieśmiała, podenerwowana i zakłopotana. Niektóre płaczą, inne chichoczą nerwowo, jeszcze inne siedzą sztywno niczym zdobieni klejnotami święci w bocznych ołtarzach. Ta zaś śmiała się dźwięcznie i posyłała w tłum pocałunki, z czystej radości podskakując w aksamitnym siodle. Zdecydowanie zbyt dobrze się bawiła, by pod spojrzeniami tłumu spuścić wzrok, jak powinna to uczynić dobrze urodzona dziewczyna; zbyt dobrze się bawiła, chłonąc wszystko, co świat miał jej do zaoferowania. Może dlatego spojrzenie jej ciemnych oczu zawędrowało na tyle daleko, by mnie dostrzec, a ja zamiast uchylić czapki odwzajemniłem je.

Uśmiechnęła się do mnie od ucha do ucha, słowo daję. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i posłała mi pocałunek, jakbym był wysokim, przystojnym mężczyzną, po czym klacz poniosła ją dalej w obłokach jedwabiu i wody różanej. Zacząłem się zastanawiać, ile jej świeżo poślubiony mąż za nią zapłacił. Ilekolwiek to było, najwyraźniej uznał, że jest tego warta.

‒ Gdybym tak wyglądała, nie utknęłabym w tej gospodzie, nalewając wino ‒ westchnęła Anna smętnie. ‒ Ubierałabym się w jedwabie i ucztowałabym z kardynałami. I to mnie by nalewano!

‒ To pani Giulia Farnese, tak słyszałem. ‒ Mężczyzna, który przegrał zakład, gwizdnął, gdy ostatni z ubranych w liberie służących przemknęli obok i tłum zaczął się rozchodzić do swych zwykłych zajęć, czyli zakupów, kradzieży i plotkowania. ‒ Przeznaczono ją dla jednego z Orsinich. Dostała w posagu trzy tysiące florenów!

‒ Słyszałem, że pięć tysięcy ‒ zaprotestował ktoś inny. ‒ I to Orsini je zapłacili…

‒ To niedrogo ‒ prychnął pierwszy mężczyzna lubieżnie, kiwnięciem głowy wskazując białą klacz. Jeszcze stąd widziałem złote refleksy w miejscu, w którym głowa panny młodej podrygiwała nad tłumem.

‒ Niedrogo ‒ zgodziłem się i odprowadziłem Annę na targ.

Paplała nieprzerwanie o perłach we włosach panny młodej, cenie różowej sukni i czy nie wyglądałaby prześlicznie w różowym jedwabiu, gdyby tylko mogła sobie na niego pozwolić.

‒ Ale jednak nie tak pięknie jak panna młoda ‒ przyznała, a ja mogłem jej tylko przytaknąć. Niewiele kobiet mogło się równać z Giulią Farnese, znaną później w całym Rzymie pod przydomkiem La Bella. Powinni ją nazwać La Bellissima, bo aż do dziś nie spotkałem cudniejszej kobiety.

Giulia

Na całym świecie nie było z pewnością dziewczyny szczęśliwszej ode mnie. Oto ja, Giulia Farnese, osiemnastoletnia i wreszcie zamężna!

Wypada przypomnieć, że wesela nie zawsze są taką znów radosną uroczystością. Isotta Colonna w zeszłym roku przepłakała całe swoje zaślubiny i ja też bym płakała, gdybym stała obok człowieka tak grubego jak kula armatnia. Lucia Piccolomini płakała jeszcze głośniej, bo jej z kolei mąż okazał się pryszczatym dwunastolatkiem. A moja siostra, Gerolama, podczas składania swojej przysięgi małżeńskiej miała minę kwaśną jak ocet, ale ona zazwyczaj była skwaszona, więc przynajmniej pasowała do swojego pomarszczonego jak rodzynek męża.

‒ Ma szczęście, że go zdobyła ‒ powiedział mi na osobności mój brat Alessandro podczas weselnej uczty Gerolamy. ‒ Cięty język, wydatny nos… Nie mamy tyle dukatów, by dać jej pokaźniejsze wiano. ‒ Delikatnie uszczypnął mnie w policzek. ‒ Myślę, że ty urządzisz się lepiej.

No i rzeczywiście! Trochę to trwało, oczywiście… Byłabym mężatką już w wieku piętnastu czy szesnastu lat, jak niektóre z moich przyjaciółek, ale śmierć mojego ojca (wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie) zastopowała toczące się negocjacje, a moi bracia potrzebowali jeszcze dwóch lat, by uciułać dla mnie większy posag.

‒ Czy było warto czekać? ‒ zapytał Sandro radośnie. ‒ Mojej małej siostrzyczce dostanie się nie kolejny prowincjonalny kupiec, lecz jeden z Orsinich. Możesz dziękować opatrzności za ten związek, sorellina. Teraz będziesz mieszkać w Rzymie, i to dostatniej niż księżna.

Orsino Orsini – mój świeżo poślubiony mąż. Zastanawiam się, co kierowało jego rodziną, że nadali mu takie imię… Ale przynajmniej był młody! Zaledwie rok starszy ode mnie i wcale nie przypominał kuli armatniej. Mój młody małżonek był jasnowłosy i szczupły jak rapier, a oczy miał jak… No cóż, prawdę mówiąc, nie zbliżyłam się do niego na tyle, by dostrzec, jaki ma kolor oczu. Spotkaliśmy się podczas wymiany obrączek ślubnych, lecz przez cały ten czas, gdy wsuwał obrączkę na mój palec i mamrotał tekst przysięgi, wzrok miał spuszczony. Raz zerknął na mnie nieśmiało, kiedy recytowałam słowa wiążące nas węzłem małżeńskim, i spłonił się ślicznie jak róża.

Teraz też się rumienił, popatrując na mnie nieśmiało z przeciwległej strony wspaniałej sali. Och, czemuż nie mogliśmy siedzieć razem na naszej własnej uczcie weselnej? Za kilka godzin mieliśmy dzielić łoże, dlaczego więc teraz nie mogliśmy zasiąść przy wspólnym stole? Ale Orsino w swoim niebieskim dublecie z wyszywanymi na zielono rękawami z rozcięciami siedział przy jednym stole z resztą mężczyzn, otoczony kardynałami przypominającymi wielkie, czerwone donice, podczas gdy ja zostałam uwięziona po drugiej stronie sali z pozostałymi kobietami, zaklinowana między korpulentną teściową w kasztanowych jedwabiach a moją obrażoną na cały świat siostrą Gerolamą.

‒ Nigdy nie spotkałam się z taką ostentacją. Podali chyba co najmniej dziesięć gatunków wina. Na moim przyjęciu weselnym były zaledwie trzy!

Zignorowałam ją, uśmiechając się przez całą salę do swojego świeżo poślubionego męża i śmiało unosząc ku niemu kielich, na co on tylko zamrugał nerwowo.

‒ Zwróciłaś uwagę na szkło, Giulio? ‒ wyszeptała pani Adriana. ‒ Przywieziono je aż z Murano. Rżnięte diamentem! To od mojego kuzyna kardynała, prezent ślubny dla ciebie! Nie uwierzyłabyś, ile to kosztuje!

Sądząc po wielkości sali w jego pałacu, mógł sobie na to z powodzeniem pozwolić. Wysokie łukowe sklepienie zdobiły przepiękne malowidła, moje trzewiki dotykały cudownie tkanego dywanu, nie zaś zwykłych kamiennych płyt, długie stoły pokryto niebieskim aksamitem i zastawiono złotymi i srebrnymi talerzami. Starałam się nie gapić ostentacyjnie i w ogóle sprawiać wrażenie osoby przyzwyczajonej do tak rozrzutnego luksusu. W końcu w Capodimonte rodzina Farnese była rodem szlacheckim. Choć może nie otaczał mnie taki splendor i przepych, wychowałam się w zamku górującym nad jeziorem Bolsena, wiodąc nader wygodne życie. Nie byłam jednak w stanie zachować zblazowanego wyrazu twarzy, kiedy służący odziani w wytworne liberie zaczęli wnosić do sali dania roztaczające tak kuszącą woń, że całą siłą woli musiałam się powstrzymywać, by nie żreć jak świnia z koryta. Tak, kuzyn mojej teściowej był oddany Bogu, lecz wierzył w dostatek. Gdy mój orszak pojawił się na dziedzińcu pałacu kardynała, ten skłonił się i ucałował moją dłoń, lecz teraz nie mogłam sobie przypomnieć jego twarzy… W tych czerwonych szatach wszyscy kardynałowie wyglądają tak samo, prawda? Na szczęście nie trzeba zapamiętywać ich imion, bo każdy z nich to Jego Eminencja. Błysnęłam dołeczkami w policzkach w stronę całej ich gromady skupionej po drugiej stronie sali. Ćwiczyłam to kokieteryjne podziękowanie przed lustrem już jako mała dziewczynka. Przynajmniej dopóki mój brat Sandro nie kazał mi przestać trzepotać rzęsami, twierdząc, że wyglądam jak pijany koliber.

‒ Na moim przyjęciu weselnym nie było szkła z Murano ‒ zrzędziła Gerolama.

‒ To bardzo miło ze strony Jego Eminencji ‒ wyszeptałam do pani Adriany.

Byłam już zdecydowana nawiązać z nią przyjazne stosunki, gdyż mieliśmy z Orsinem zająć część przestronnych komnat w pałacu należącym do jej rodziny, przynajmniej na początku, i zamierzałam doprowadzić do tego, by moja owdowiała teściowa jadła mi z ręki, choćby miało mnie to zabić. Na szczęście wyglądało na to, że nietrudno ją zadowolić: wystarczyło poubolewać z nią od czasu do czasu nad rosnącymi kosztami utrzymania, a zaczynała pomrukiwać z zadowolenia jak kot w jatce. Podejrzewałam, że z czasem Orsino i ja przeniesiemy się do własnego domu, ale wcale nie było mi spieszno. Pani Adriana mogła sobie do woli pobrzękiwać kluczami i uwijać się przy księgach rachunkowych – absolutnie nie byłam zainteresowana tym, by ją zdetronizować w jej własnym domu. Resztę swoich dni zamierzałam spędzić, opierając stopy o balustradę loggii i wystawiając włosy na słońce, zajadając kandyzowane figi i baraszkując z moimi ślicznymi, tłuściutkimi dzieciątkami. A resztę swoich nocy – w łożu z moim przystojnym, młodym mężem, poczynając kolejne dzieci i popełniając mnóstwo grzechów nieczystości, bym miała się z czego spowiadać.

‒ Pierwszy z deserów, sorellina. ‒ Sandro przemierzył salę i złożył mi zamaszysty ukłon, prezentując smakowite danie. ‒ Brzoskwinie w grappie, twoje ulubione.

‒ Utyję przez ciebie, braciszku ‒ jęknęłam.

‒ No cóż, zatem sam je zjem. ‒ Wsunął sobie miękką brzoskwinię do ust. ‒ Znakomita. Pani Adriano, twój kucharz przeszedł samego siebie.

‒ Dawaj mi to!

Wyrwałam mu talerz i uśmiechnęłam się. Był sześć lat ode mnie starszy. Mieliśmy jeszcze dwóch braci, no i wiecznie skwaszoną Gerolamę, ale Sandro i ja od zawsze się uwielbialiśmy. Mieliśmy te same ciemne oczy, w których błyskały kpiarskie iskry nawet wówczas, gdy staraliśmy się zachować powagę. Kiedy dorastaliśmy, nieustannie próbowaliśmy się nawzajem rozśmieszyć podczas mszy i jednakowo obrywaliśmy od naszej znękanej rodzicielki za każdym razem, kiedy udało nam się przeszmuglować zaskrońca do księżego buta. To Sandro tulił mnie i pocieszał, gdy nasza matka zmarła podczas porodu, próbując wydać na świat dziecko, które również nie przeżyło. Dwa lata temu, kiedy ojciec połączył się z nią w niebie, moi starsi bracia przejęli obowiązki głowy rodziny, lecz to Sandro gładził mnie po włosach i przyrzekał, że się mną zaopiekuje. Strasznie za nim tęskniłam, gdy wyjechał do Pizy, by rozpocząć studia teologiczne na tamtejszym uniwersytecie, ale teraz był już z powrotem w Rzymie, by zaczynając od najniższego szczebla kościelnej hierarchii, podjąć pracę notariusza. Nie był szczególnie dobrym notariuszem i ciężko mi było wyobrazić go sobie jako szczególnie dobrego duchownego, za bardzo bowiem lubił uganiać się za spódniczkami, by móc dotrzymać ślubów czystości, a z usposobienia bardziej nadawał się na błazna. Nawet jeśli jednak był najgorszym duchownym na świecie, nie było lepszego kompana do wieczornego posiłku.

‒ Powiedz mi więc, Sandro ‒ ściszyłam głos, kiedy pani Adriana zaczęła opowiadać Gerolamie, jak niesłychanie drogi był pieczony paw ‒ dlaczego to nie mój mąż podnosi się z krzesła, by przynieść mi brzoskwinie w grappie?

‒ Miej litość dla biednego chłopaka! Żonaty już w wieku dziewiętnastu lat, i to nie z jakąś zezowatą mniszką, ale z nimfą, Heleną, Wenus! ‒ Sandro uderzył się w pierś, jakby wbijał sobie zesłany przez niebiosa sztylet. ‒ Tak jak Akteon został ukarany za to, że ośmielił się podpatrzyć Artemidę w kąpieli, tak młody Orsino obawia się spojrzeć na swą młodą żonę w całej jej chwale…

‒ Zamknij się, Sandro. Wszyscy patrzą.

‒ Lubisz, gdy wszyscy patrzą. ‒ Sandro wyszczerzył się w uśmiechu, schodząc z powrotem na ziemię. ‒ Moja mała siostrzyczka jest najbardziej próżnym spośród Bożych stworzeń.

‒ Mówisz jak matka.

Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, zawsze łajała mnie za moją próżność: „Myślisz, że Przenajświętszą Panienkę obchodzi, jak wyglądasz, moja Giulio?”. Z tego jednak, co zdołałam zauważyć, Przenajświętsza Panienka nie musiała się martwić, jak wygląda, bo zawsze wyglądała pięknie. Na każdym obrazie, na którym ją widziałam, była piękna i spokojna w twarzowej błękitnej sukni z welonem utkanej prawdopodobnie przez anioły. My, ziemskie dziewczyny, musiałyśmy się nieco bardziej przykładać, jeśli chciałyśmy wyglądać choćby w połowie tak dobrze, więc każdego ranka, nie przestając wyskubywać brwi, odmawiałam dodatkowy pacierz w ramach pokuty za grzech próżności.

‒ Nie przejmuj się ‒ mówił właśnie Sandro. ‒ Po jednym czy dwóch tańcach młody Orsino zbierze się na odwagę.

‒ Zachęćmy go zatem. ‒ Z żalem spojrzałam na talerz z brzoskwiniami, oblizując słodką grappę z koniuszka palca, lecz w gruncie rzeczy objadłam się już tego wieczoru jak bąk (och, ten pieczony paw, a było jeszcze jakieś smakowite ciasto ze słodkim serem i cebulkami!). ‒ Zatańcz ze mną, Sandro.

‒ Czy kapłanowi przystoi tańczyć? ‒ Sandro nabożnie wzniósł oczy ku niebu. ‒ Narażasz na szwank moją reputację duchownego, nie wspominając już o moich ślubach.

‒ Jakoś twoje śluby nie doznały uszczerbku, kiedy wcześniej flirtowałeś z Biancą Bonadeo. Podczas moich ślubów, racz zauważyć.

‒ A zatem basse danse.

‒ Basse danse jest nudny! ‒ Wcześniej tego wieczoru Orsino i ja zainaugurowaliśmy już tany tym właśnie tańcem. Przy wszystkich tych dostojnych, posuwistych obrotach wykonywanych dłoń w dłoń nie zdobył się na odwagę, by spojrzeć mi w oczy. Wolałam coś żywszego od melodii wygrywanych na wiolach. Potrzebowałam muzyki, od której krew zaczynała żywiej krążyć w żyłach, czegoś, co pozwoliłoby podczas obrotu błysnąć kostką. ‒ Zatańczmy voltę.

‒ To twoje wesele, sorellina.

Słówko rzucone muzykom i oto podniosły się wiwaty, a mój brat wyprowadził mnie na środek sali. Wykonałam wdzięczny półobrót, rozpościerając zwiewne różowe spódnice, by podziękować za aplauz, zanim jeszcze wiole zaczęły podawać żwawą melodię, po czym ujęłam dłoń Sandra. Takt czy dwa, pierwsze obroty i oto Sandro ujął mnie w talii i poderwał do góry przy pierwszym podniesieniu. Wiedziałam, jak wylądować, by brzegi sukni uniosły się zalotnie. Odrzuciłam głowę do tyłu i roześmiałam się, w świetle świec błyskając odkrytymi ramionami w kierunku mojego męża. Spójrz na mnie, Orsino – błagałam bezgłośnie. Spójrz na mnie, zatańcz ze mną, pokochaj mnie!

Przed pierwszą nocą z Orsinem Gerolama ze wszystkich sił starała się mnie utemperować i przestraszyć.

‒ Obowiązki małżeńskie są ciężkie ‒ wyszeptała, pomagając pani Adrianie i innym chichoczącym kobietom rozsznurować moją różową suknię. ‒ Bardzo ciężkie.

‒ Tylko tak ciężkie jak małżonek ‒ zaśmiałam się.

Gerolama ograniczyła się do umęczonego spojrzenia. Byłam oszołomiona, upojona nocą, a na policzki wystąpiły mi takie rumieńce, że musiałam przycisnąć dłonie do twarzy, by ją nieco ochłodzić.

‒ Stanowczo za bardzo się ekscytujesz, moje dziecko. ‒ Pani Adriana cmoknęła z dezaprobatą, rozsznurowując mi rękawy. ‒ Nie spodziewaj się zbyt wiele.

Nie spodziewać się zbyt wiele? W końcu miałam się stać kobietą! Słyszałam, oczywiście, wyjawiane szeptem potworności o tym, jak bardzo to boli, ale nie dawałam wiary ani jednemu słowu. Klacze nie rżały z bólu, kiedy były pokrywane, i ja również nie zamierzałam.

Uff, co za ulga wydostać się wreszcie z tej ciasno zasznurowanej sukni. Naprawdę zjadłam za dużo, ale te małe marcepanowe tarty, które roznoszono pod koniec przyjęcia na barwnych majolikowych talerzach, były zbyt smakowite, by można im było się oprzeć. A poza tym zawsze jem, kiedy jestem szczęśliwa. Orsino w końcu zebrał się na odwagę i sam zaproponował mi skosztowanie dania.

‒ Jesteś piękna, moja pani ‒ powiedział nieśmiało.

‒ Moja pani żono ‒ poprawiłam go i dostrzegłam z zachwytem, że ma niebieskie oczy.

Gerolama ciasno zasznurowała mi wokół szyi koszulę nocną i podtrzymała moje włosy.

‒ No to do łóżka ‒ rzekłam do siebie, nurkując w pościel.

Jedwabną, nie płócienną… Bardzo silnej woli wymagało ode mnie niegapienie się z rozdziawionymi ustami na dostatek, który mnie szczodrze otaczał. Czy domostwo pani Adriany było równie okazałe? Zmięłam palcami stóp miękki jedwab z żarliwą nadzieją, że tak właśnie jest. Wychowałam się w pospolitszym otoczeniu, wśród drzew i jezior Capodimonte, a nie bazylik i loggii Rzymu. Prowincjonalna prostota zamiast miejskich luksusów. I marzyłam o miejskich luksusach.

‒ Co za włosy! ‒ westchnęła z podziwem jedna z kobiet, kiedy Gerolama ułożyła moje bujne sploty na łóżku u mego boku. ‒ Jakie długie!

‒ Nie uwierzyłabyś, jak kłopotliwe jest ich czesanie ‒ wyznałam, ale tak naprawdę uwielbiałam swoje włosy.

Miały kolor ciemnoblond, kolor skrystalizowanego miodu, lecz codziennie wystawiałam je w ogrodzie na słońce, rozkładając pasma na rondzie ogromnego słomkowego kapelusza, a słońce rozjaśniało je, nadając im odcienie złota, srebra i miedzi, aż w końcu wyglądały (jak powiedział mi kiedyś pewien zauroczony paź), jakby wydobyto je z głębin ziemi, a nie jakby wyrosły na mojej głowie. I rzeczywiście były bardzo długie. Kiedy rozpuszczałam je swobodnie jak teraz, wspaniałe, łagodne fale spływały mi kaskadą aż do stóp. „Tylko dlatego, że jesteś taka niska” ‒ powiedziała mi kiedyś Gerolama, ale nie moja wina, że gdy ja miałam blond fale, ona musiała zadowolić się żałosnymi strączkami. Kiedy byłam mała, całymi godzinami wmasowywałam jej w skórę głowy rumiankową maść, by jej włosy rosły szybciej, i proszę! Co dostałam za moje starania? Po łapach, gdy się okazało, że to nic nie daje. Cóż za niewdzięczność.

Orsinowi na pewno spodobają się moje włosy. Żałowałam, że nie mogę zdjąć z siebie tej cieniutkiej koszuli i powitać go okryta jedynie włosami, ale nie starczało mi śmiałości. Obiecałam sobie, że kolejnej nocy już na pewno zbiorę się na odwagę, a tymczasem poprzestałam na zsunięciu koszuli z ramion, gdy tylko Gerolama i pozostałe kobiety wyszły. Jaki był pożytek z posiadania takich ślicznych, białych i jędrnych piersi jak moje, kiedy nikt ich nie oglądał? A poza tym w tej chwili moje piersi w równym stopniu należały do Orsina, jak do mnie.

Moje łóżko pokrywała pasiasta, czarno-biała aksamitna kapa, a pościel była wilgotna od rozgniecionych płatków róż. Długie, cienkie świece rzucały w całej komnacie pełgające złociste światło odbijające się refleksami od moich włosów. Próbowałam różnych póz. Czy powinnam przyjąć go w pozycji półleżącej czy usiąść? Złożyć ręce na podołku czy oprzeć na nich twarz? Przełożyć włosy na jedną stronę czy pozwolić im spłynąć na obie? Och, Najświętsza Panienko, czy on mógłby tu w końcu po prostu przyjść? Nie żałowałam sobie wina na przyjęciu weselnym i wiedziałam, że jeśli Orsino zbyt długo będzie się grzebał, to zaraz tu zasnę.

Ziewnęłam. Świece spaliły się już do połowy.

Zanim w końcu przyszedł, zapadłam w drzemkę. Na dźwięk skrzypnięcia drzwi poderwałam się raptownie w łóżku, gorączkowo ocierając kąciki ust (Święta Panienko, nie pozwól, żeby mój mąż zobaczył, jak się ślinię przez sen!) i przygryzając wargi, by dodać im koloru. Tylko pomyśleć, że jutro będę już prawowitą mężatką i będę sobie mogła barwić usta, jeśli tylko zechcę, nie musząc ich gryźć niemal do krwi, by apetycznie spuchły.

Wszedł niepewnie do komnaty, trzymając w dłoni świecę rzucającą rozchwiane cienie. Jasne włosy miał rozwichrzone w nieładzie, szyja wystająca z wykwintnej nocnej koszuli wydawała się taka szczupła. Nerwowo przygryzł wargi, po czym spojrzał na mnie, siedzącą w wielkim łożu z rozrzuconymi dokoła włosami, i znieruchomiał. Zobaczyłam, że ma lekkiego zeza, którego jednak z trudem dawało się zauważyć, kiedy – tak jak w tej chwili – spuszczał wzrok i oblewał się rumieńcem.

Zsunęłam włosy z nagich ramion i uśmiechnęłam się do niego.

‒ Orsino ‒ zaczęłam, ale że nie miałam pojęcia, co powiedzieć dalej, roześmiałam się tylko miękko. Ależ z nas była para… Orsino był chyba jeszcze bardziej zdenerwowany niż ja.

Wszystko jedno. Razem jakoś sobie z tym poradzimy.

Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam dłoń w jego stronę.

‒ Chodź do łóżka, mężu.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę bez słowa, po czym westchnął z rezygnacją.

‒ Wybacz mi ‒ wymamrotał. ‒ Żałuję… Strasznie mi przykro, wierz mi, ale mi nie wolno.

Po czym odwrócił się na pięcie ze świecą w ręku i pospiesznie wyszedł z pokoju. Trzask zamykanych drzwi rozbrzmiał niczym wystrzał armatni.

Oniemiała wbiłam wzrok w drzwi.

Pani Adriana uprzedzała, by nie spodziewać się zbyt wiele.

Po swojej nocy poślubnej mogłam się spodziewać wszystkiego, ale na pewno nie tego.

Przekład: Dorota Konowrocka-Sawa

Redakcja: Małgorzata Grygierowska-Augustynowicz

Korekta: Katarzyna Tez, Katarzyna Skwark

Cover Art by Alan Ayers

Adaptacja okładki: Krzysztof Rychter

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2237-9

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kochanica cesarza. Tom 1 Wąż i perła 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi