Kuba. Autobiografia

Kuba. Autobiografia

Autorzy: Jakub Błaszczykowski Małgorzata Domagalik

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Biografie Sport Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 20.80 zł

PIERWSZA I JEDYNA AUTOBIOGRAFIA WIELKIEJ GWIAZDY ŚWIATOWEGO FUTBOLU! Wyczekiwana zarówno przez polskich, jak i niemieckich czytelników.

Obarczony brzemieniem niewyobrażalnej tragedii z dzieciństwa, dotąd niechętnie i bardzo rzadko mówił o swojej przeszłości. Teraz po raz pierwszy przerywa milczenie i w przejmująco szczerych rozmowach opowiada dziennikarce Małgorzacie Domagalik o sobie, o trudnym dzieciństwie, o tragicznej śmierci matki, o buncie dorastania i mozolnym pokonywaniu demonów z przeszłości. Dzieli się przemyśleniami, jak radzić sobie z przeciwnościami losu, pokonywaniem stereotypów, jak nie zgubić siebie w świecie mediów oraz o blaskach i cieniach piłkarskiego życia. W książce o Błaszczykowskim mówią także jego najbliżsi, przyjaciele, piłkarze z BVB, trenerzy: Smuda, Fornalik, Nawałka, Beenhakker i Jürgen Klopp.

KUBA

AUTOBIOGRAFIA

JAKUB BŁASZCZYKOWSKI & MAŁGORZATA DOMAGALIK

Wskazówki merytoryczne: Filip Adamus

Współpraca redakcyjna: Agnieszka Kaszuba

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: Zuza Krajewska

Projekt wnętrza i grafiki: Magdalena Antoniuk

Zdjęcia wewnątrz publikacji: © Alex Grimm/Bongarts/Getty Images (I g), © Dennis Grombkowski/Bongarts/Getty Images (I d), © Stuart Franklin/Bundesliga Collection/Getty Images (II), © Christof Koepsel/Bundesliga Collection/Getty Images (III g), © Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (III d), ©Team 2 Sportphoto/ullstein bild via Getty Images (IV), © Shaun Botterill/Getty Images (V), ©Bartosz Siedlik /Fotorzepa/Forum (VII d), © Michał Tuliński/Forum (VIII g, d), © Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XIII g), © Boris Streubel/Getty Images (XIV) © fot. PAP/DPA (XIII d), ©Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XVII), © Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XVIII), © Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XIX g), © fot. PAP/DPA (XIX d), ©Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XX), © PAP/DPA (XXI g), © PAP/DPA (XXI), ©Alexandre Simoes/Borussia Dortmund/Getty Images (XXII g, d), © Lars Baron/Bongarts/Getty Images (XXIII), fot. Leszek Ogrodnik, SZLACHETNA PACZKA (XXV, XXVI), © Michael Steele/Getty Images (XXIX), © fot. PAP/DPA (XXX), © Łukasz Dejnarowicz/Forum (XXXII), © Laurence Griffiths/Getty Images Sport (XXXVII), © Shaun Botterill/Getty Images Sport (XXXVIII), © fot. PAP/DPA (XXXIX g), © PAP/Adam Ciereszko (XL g), © Łukasz Dejnarowicz/Forum (XL d), pozostałe zdjęcia z archiwum rodzinnego autora

Redakcja: Jerzy Lewiński

Korekta: Joanna Kłos, Monika Buraczyńska

Tekst © Jakub Błaszczykowski, Małgorzata Domagalik

© Grupa Wydawnicza Foksal, 2015

Skład i łamanie: TYPO

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biuro@gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2215-7

Warszawa 2015

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Marcin Kapusta / Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

I. Charakter plus umiejętności równa się gracz

II. Był sobie chłopiec…

III. Ja straciłem mamę, a on stracił nas

IV. Buntownik

V. Gdyby nie Jurek?

VI. Nie opowiadam innym o tej przyjaźni…

VII. Dwaj panowie K.

VIII. Wrócę jeszcze silniejszy

IX. Kibica nie da się oszukać

X. Agata

XI. Obcym wstęp wzbroniony

XII. Błaszczykowski znaczy kapitan…

Epilog

Zdjęcia

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Książkę tę dedykujemy Annie Błaszczykowskiej,

bez miłości której nie byłoby jej syna Kuby.

A także tym wszystkim,

którzy nie przestraszyli się życia.

Wstęp

Dlaczego on? Dla kibica, który wolny czas odlicza od meczu do meczu, to pytanie retoryczne. On, czyli jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy ostatnich lat, przez trzech kolejnych selekcjonerów wybierany na kapitana polskiej reprezentacji, dwukrotnie uznawany za piłkarza roku w Polsce. Filar niemieckiej drużyny BVB. Jeden z najszybszych bocznych pomocników w Europie. Uwielbiany (tak, to nie przesada) przez kibiców i szanowany przez wszystkich, którzy za Albertem Camusem powtarzają, że „piłka nożna to najpoważniejsza z niepoważnych rzeczy tego świata”. Gwiazda futbolu, która gwiazdą być nie chce. Piłkarz, o którym niemiecki hiphopowiec M.I.K.I rapuje, że to gracz, dla którego „liczy się tylko serce”. Dlaczego on? Bo przyjaciele skoczyliby za nim w ogień, bo ma w sobie tajemnicę i to coś, co sprawia, że jestem ciekawa go jako człowieka, który przy okazji jest stuprocentowym facetem…

Dlaczego ja? Słyszę już zaskoczone głosy dziennikarzy, przede wszystkim tych sportowych. Nie mylę się, prawda? Że nie znam się na piłce nożnej, tak? Uprzedzam kolejne znaki zapytania… Rzeczywiście, nie jestem dziennikarzem sportowym – i dobrze, może nawet bardzo dobrze – zwłaszcza w kontekście historii, którą chcę na tych stronach opowiedzieć.

Miłość do futbolu, tak jak milionów ludzi na świecie, jest jedną z tych, której jestem przez całe życie najwierniejsza. Należę do pokolenia futbolowych fanów, którym dane było i nadal jest obserwowanie ale i konfrontowanie ze sobą dwóch piłkarskich światów. Kolekcjonowanie anegdot z XX i XXI wieku, których bohaterowie przy każdej okazji lubią podkreślać, że za ich czasów to nie tylko profesjonalnie grało się w piłkę, miało wyniki, ale i w międzyczasie po prostu się… żyło. Bankietowało, grało w pokera do rana, nie wylewało za kołnierz i generalnie przesadnie się o siebie nie dbało. Tamci piłkarze, w przeciwieństwie do tych dzisiejszych graczy, z nowego stulecia, nie używali żelu do włosów, nie pozowali do sesji zdjęciowych i, co ważne – co na każdym kroku podkreślają – byli ze sobą na dobre i złe. Zawsze razem. A dziś? Żel, słuchawki Dr. Dre na uszach, playstation, no i te lukratywne kontrakty reklamowe. Jednym słowem, żyć nie umierać.

Subkulturze dzisiejszej piłki nożnej dostaje się z prawa i z lewa. Od prześmiewczych i wszechobecnych mediów po bezkompromisowe Żylety stadionów całego świata. Życie i styl bycia piłkarza upowszechniają, chociaż nie ułatwiają, Facebook, Twitter i Instagram. Każda mina, gest, każdy kawałek pizzy w ustach zostaje utrwalony w milionach sekwencji. Czy jednak z medialnego punktu widzenia istnieje lepszy bohater masowej wyobraźni niż nieobliczalny Balotelli, wampiryczny Suárez czy wreszcie boski Messi? Niż – często wyssane z palca sensacyjne opowieści o ich celebryckim życiu?

Ale chociaż kobietom, nie tylko tym, które interesują się piłką nożną, podobają się „niegrzeczni” chłopcy à la George Best czy wspomniany Balotelli, to jednak alkohol, używki i nieprzespane noce z najpiękniejszymi dziewczynami świata na piłkarski szczyt doprowadzają niewielu. Rację ma sir Alex Ferguson, kiedy mówi, że piłkarz stojący u progu kariery i sławy może pójść albo drogą wspomnianego George’a Besta i wybrać „ciemną stronę mocy”, albo jasną, czyli naśladować na przykład Ryana Giggsa (jak się potem okazało – gwiazdor Manchesteru United przez osiem lat romansował z żoną własnego brata). Tak czy inaczej chłopięce marzenia o byciu „kimś”, o byciu wybitnym piłkarzem rozpalają tylko najlepsi spośród nich. Współcześni gladiatorzy (ulubionym filmem Błaszczykowskiego jest Gladiator – kwestia przypadku?) uosabiają, jak mało kto – może poza gwiazdami rocka – ambicje, emocje i wyobrażenia o życiu spełnionym. Chcesz zostać kimś, czyje imię skandują tłumy na całym świecie? Zostań piłkarzem. Wojownikiem ze słuchawkami na uszach i godną pozazdroszczenia muskulaturą. Siłaczem, który będzie walczył także w imieniu kibica o zwyvcięstwo na boisku.

Wystarczy sięgnąć po biografie tych najwybitniejszych, żeby zrozumieć, że oprócz nieprzeciętnych umiejętności i talentu, fizycznego wysiłku i setek godzin spędzanych na treningach, kandydat na piłkarskiego gladiatora musi mieć jeszcze to coś. Coś, co sprawia, że to na niego, a nie na innego piłkarza, zwrócone są oczy piłkarskiego świata. Że to koszulki z jego numerem noszą na plecach i że to jego imię z nabożeństwem wypowiadają fani futbolu. Dzieje się tak wówczas, gdy stawiają oni znak równości między tym, jakim graczem, a i jakim człowiekiem jest ich ulubiony zawodnik. Świetny piłkarz, ale i równie fajny gość.

Mam szczęście, że na swojej zawodowej drodze spotykałam mężczyzn, którzy fascynowali mnie intelektem, ale i imponowali mi siłą woli i determinacją w realizowaniu własnych pomysłów na życie. Także tych, którym było w nim pod górę i którzy urodzeni pod krzakiem agrestu osiągali to, na czym najbardziej im zależało. Nigdy nie zapomnieli, skąd są, a porażki przekuwali w wygraną. Nad samym sobą także. Tak, tych lubię najbardziej.

O jednym z nich i wspólnie z nim napisałam książkę. Zatytułowaliśmy ją Kuba.

A zaczęło się tak… Pewnego wieczoru usłyszałam, jak mój siedzący przed telewizorem niemiecki mąż mówi: „Świetny jest ten nasz Kuba”. „Wasz?” – zapytałam. „No tak, ten z Borussii” – padła odpowiedź. Z dziennikarskiego obowiązku, ale i ze zwykłej ciekawości zainteresowałam się Polakiem, o którym Niemiec mówi „nasz”. Wtedy jeszcze, jak to w życiu bywa, nie wiedziałam, że już wkrótce spotkam kogoś, kto rozmawiając z dziennikarzem, patrzy prosto w oczy, ma poczucie humoru i nieraz zaskakuje błyskotliwą ripostą. Kogoś, kto nie lawiruje, odpowiada na trudne pytania i nigdy nie wycofuje się z tego, co powiedział wcześniej. Dotrzymuje słowa.

Dobiegało końca Euro 2012, w którym nasz bohater, ówczesny kapitan polskiej reprezentacji w piłce nożnej, mógł pochwalić się niezwykłej urody bramką strzeloną lewą nogą w meczu z Rosją (1:1). Oglądało ją ponad trzynaście milionów Polaków. Zadzwoniłam i zaproponowałam wywiad. Błaszczykowski, jak się później okazało, długo namawiany przez Jerzego Brzęczka, swojego wuja, niechętnie, ale w końcu zgodził się na rozmowę. On Mistrz, ja Małgorzata (tak nazywa się cykl autorskich wywiadów, jakie od dziesięciu lat przeprowadzam w prowadzonym przeze mnie magazynie „Pani”). Piłkarz i dziennikarka. Chociaż niezajmująca się na co dzień sportem.

Dziś, kiedy mogę już powiedzieć, że „trochę” poznałam, a może nawet znam Kubę Błaszczykowskiego (widzę, jak uśmiecha się pod nosem), nie mam wątpliwości, że opowieść o nim jako o człowieku jest równie interesująca, jak ta o piłkarzu. To historia życia, która sprawdziłaby się jako materiał na scenariusz filmowy. Chodzą słuchy, że taki raczej prędzej niż późnej powstanie. Spotkaliśmy się w warszawskiej redakcji „Pani” (lipiec 2012 r.) i nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej pojawienie się innego gościa wywołało wśród moich kolegów takie poruszenie. Na Błaszczykowskiego czekały piłki, zdjęcia i kartki papieru. Kuba za każdym razem pytał, dla kogo ten autograf. Uśmiechnął się, gdy usłyszał, że jeden z jego fanów, którego tym razem reprezentowała mama, ma dopiero trzy miesiące.

Sama rozmowa? Uważna i niełatwa. Jak przekonać Błaszczykowskiego, że zadając mu takie, a nie inne pytania, jestem ciekawa tego, jakim jest człowiekiem, i że medialne sensacje z nim związane właściwie mnie nie obchodzą?

Pamiętam moment, w którym się zawahał, gdy zapytałam o jego skomplikowane relacje z ojcem. Odpowiedział. To chyba wtedy zaczęła się nasza książka, chociaż my, jej współautorzy, jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Z tego spotkania zapamiętałam jeszcze, że poprosił o herbatę „z cytrynką” i że miał na sobie koszulkę z Tysonem.

Kuba zadzwonił po kilku miesiącach z zaproszeniem na mecz Polska–Anglia (w październiku 2012 r.) w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2014, a potem już coraz częściej rozmawialiśmy przez telefon i za pośrednictwem esemesów: „Panie Kubo, gratuluję świetnej gry”, „Pani Małgosiu, nie zapamiętuje się tych, którzy świetnie grają, ale tych, którzy strzelają gole” itd. W końcu, zaproszona przez Błaszczykowskiego, poleciałam do Dortmundu na legendarny już mecz BVB–Real Madryt 4:1 (24 kwietnia 2013 r.), który przybliżył niemiecką drużynę do finału Ligi Mistrzów. Mieszkałam w tym samym hotelu, w którym rezyduje przed meczami Borussia. Obserwowałam piłkarzy, chłonęłam atmosferę skupienia i napięcia, jakie unosiło się wtedy w powietrzu. A już wieczorem słyszałam, jak na stadionie Signal Iduna Park osiemdziesiąt tysięcy kibiców skandowało imiona Kuby Błaszczykowskiego i Roberta Lewandowskiego. Ja też to robiłam. Obok mnie siedziała Anna Stachurska (dziś Lewandowska) i tego wieczoru cztery razy padałyśmy sobie w ramiona, kiedy jej ówczesny narzeczony cztery razy pokonał hiszpańskiego bramkarza.

A Błaszczykowski? Też grał świetnie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak reagują na niego kibice, a pewna starsza pani w windzie nie mogła uwierzyć, że przed chwilą wsadził mnie do niej sam Błaszczykowski. „To pani naprawdę zna Kubę?” – pytała z wypiekami na twarzy. – A więc ta pani też uważa, że on jest ich? – pomyślałam. No bo w końcu jak to z nim jest? On jest ich czy nasz? Dziś już wiem, że on jest „wspólny”, w równym stopniu oddany polskiej reprezentacji, jak i niemieckiej drużynie. Nic na pół gwizdka. Wszystko na maksa.

Decydujące dla powstania tej książki było jednak nasze kolejne spotkanie. W pewien czerwcowy wieczór 2013 roku Kuba kręcił w Warszawie reklamę dla jednego ze światowych klientów. Czekamy na niego z Jurkiem Brzęczkiem przed warszawskim hotelem Marriott. Rozmawiamy o ewentualnych planach transferowych Kuby, o kontuzji Łukasza Piszczka. Potem wspólnie jemy kolację w jednym z najpopularniejszych miejsc w stolicy. To tego wieczoru narodził się pomysł na książkę. Kuba mówi, że jej pomysłodawcą był Jurek ale, że to on „wyznaczył” współautora. A ja…? No, to już inna historia. Wtedy też zdecydowaliśmy, że w trakcie pisania wyłączamy autocenzurę. Nie limitujemy się ani z pytaniami, ani z odpowiedziami. Szczerość i zaufanie to odtąd nasze drogowskazy…

Rozmowy z Kubą bywały różne i, jak było do przewidzenia, wiele z nich do prostych nie należało. Błaszczykowski (można to nazwać syndromem wyparcia) zwłaszcza na początku mówił często „nie pamiętam”. Konsekwentnie oddzielając w swojej biografii to, co wydarzyło się przed dniem i po nim, gdy w dramatycznych okolicznościach w jednej chwili stracił ukochaną mamę i ojca, który na lata trafia do więzienia.

Dziś po kilkunastu miesiącach wspólnej pracy wiem, że dziennikarz na takie spotkanie i takiego bohatera czeka czasami całe życie.

Nie przewidzieliśmy jednak, że życie napisze kolejny niespodziewany rozdział w karierze trzydziestoletniego piłkarza. Inaczej ułoży w nim zdarzenia, sekwencje, a i jemu samemu da inne role do zagrania. Kiedy to w meczu BVB z FC Augsburg (25 stycznia 2014 r.) Błaszczykowski doznał najpoważniejszej jak dotąd w swojej karierze kontuzji – zerwania w prawym kolanie więzadeł krzyżowych przednich.

Po tym zdarzeniu polski pomocnik rozegrał w 2014 roku tylko trzy oficjalne mecze. Ani razu nie zagrał w reprezentacji Polski, w której dodatkowo odebrano mu opaskę kapitana. W tym czasie jego Borussia zsunęła się po rundzie jesiennej na przedostatnie miejsce w tabeli Bundesligi i wiosną 2015 roku musiała walczyć o utrzymanie. Dla wielu piłkarzy, także tych najwybitniejszych, uraz, jakiego doznał Błaszczykowski, to być albo nie być. Mimo to, a może właśnie dlatego tuż po tym fatalnym zdarzeniu odbieram esemesa: „Zaczynam walkę, ja się nie poddaję! Możemy też pisać naszą książkę, będzie więcej czasu”. Po tygodniu przychodzi kolejny, tym razem od Agaty, żony Kuby: „Już po operacji, wszystko się udało”.

W tych najtrudniejszych dla Błaszczykowskiego chwilach ani razu nie usłyszałam: odłóżmy nasze pisanie na kiedy indziej. I za to mu w tym miejscu dziękuję.

W tym czasie poznałam najbliższych i przyjaciół Kuby. Charyzmatyczną Felicję Brzęczek, jego babcię, której hart ducha wart jest co najmniej kilku rozdziałów. Spotykałam tych, z którymi Błaszczykowski związany jest zawodowo. Graczy i trenerów… To oni swoimi opowieściami, ich temperaturą i językiem, jakim mówią o Kubie, zbudowali i nakreślili jego portret w tej książce: przyjaciela, męża, ojca, piłkarza i wreszcie człowieka. Godzinami rozmawialiśmy o piłce, o życiu, o sukcesach, o marzeniach Kuby, ale i o demonach, które do dziś nie zawsze pozwalają mu spokojnie zasnąć. Dziś jeden z ostatnich wysłanych przez niego esemesów brzmi: Z nogą wszystko dobrze, najważniejsze, że nic nie boli! Czas na uważanie się skończył, teraz trzeba walczyć! Strzelił już wtedy dwa gole w meczach sparingowych. Z karnego i bezpośrednio z akcji. Czekał na nie ponad rok.

PS Jeszcze do niedawna nie znałam piłkarskiego świata od podszewki. Jego zakulisowych rozgrywek, rankingu najbardziej pożądanych wags, prawdziwych czy też wyssanych z palca obyczajowych sensacyjek. Trochę przy okazji powstawania tej książki się o nim dowiedziałam. I nadal uważam, że dobrze zagrany mecz to jak pasjonująca partia szachów i że chociaż łatwo być piłkarzem gwiazdorem, to normalnym gościem na boisku i w życiu – już znacznie trudniej.

Jurek Brzęczek

(były kapitan polskiej reprezentacji, trener Lechii Gdańsk, wuj Kuby Błaszczykowskiego):

Wiem, że ludzie, którzy czytają książki o sportowcach, szukają w nich sensacji. Nasze życie, moje i Kuby, nie było usłane różami, że każdy z nas był wycackany, że przywozili nas do szkoły, zawozili na trening, śniadanie do łóżka itd. Ciekawa wydaje mi się historia człowieka, który mimo tego, co przeżył, dotarł na sam szczyt.

Eldo

(polski raper):

Błaszczykowski zdaje sobie sprawę, że jest jednym z tych piłkarzy, którzy mają ogromne oddziaływanie na rzeczywistość młodych graczy w Polsce. I wie, że to, co opowie o swoim życiu, może mieć wpływ na to, jak niektórzy z nich zaczną postrzegać realizowane przez siebie pasje. Można być najbardziej skromnym człowiekiem świata, ale w momencie, w którym widzi się na stadionie kibiców, którzy mają koszulkę z twoim nazwiskiem na plecach, a kilkadziesiąt tysięcy ludzi skanduje twoje nazwisko, to mimo wszystko, nawet jeśli nie przewraca ci się od tego w głowie, to masz świadomość, że tak się dzieje. Wiesz, że dzieciaki na podwórkach w Truskolasach, w Warszawie, w Poznaniu po bramce krzyczą: Błaszczykowski.

Fajnie, że Kuba zgodził się na tę książkę i że to będzie biografia człowieka, a nie tylko opowieść z tyłu autokaru. W formie zbioru dowcipów i anegdot z lat kariery.

Nie widzę żadnego problemu w tym, że nie jesteś dziennikarzem sportowym. Wątpiącym poleciłbym udanie się do jakiegoś archiwum z gazetami z lat na przykład trzydziestych i poczytanie tak zwanych kronik towarzyskich, gdzie bywalcami salonów również byli sportowcy, którzy się z całą elitą ówczesnego świata znali i prowadzali po mieście. Sport zawsze będzie dziedziną życia dla ludzi z artystycznym nastawieniem do rzeczywistości.

Mats Hummels

(gracz BVB, obrońca, mistrz świata z 2014 r.):

Na początku byłem zdziwiony, że ktoś pisze książkę o tak młodym zawodniku. Z drugiej strony Kuba ma na swoim koncie tak dużo doświadczeń życiowych i sportowych, że jest o czym pisać. To na pewno człowiek ze swoją historią. To dobrze, że nie jesteś dziennikarzem sportowym, bo dziennikarze, którzy zajmują się sportem, sfokusowani są przede wszystkim na sporcie, a nie na człowieku. Nie na jego charakterze.

Sebastian Kehl

(obrońca i długoletni kapitan BVB):

Wiele osób nie zna jego historii i jeśli Kuba zdecydował się teraz o niej powiedzieć, to ta odwaga odróżnia go od innych graczy. Słyszeliśmy, co przeszedł – czasami pisały o tym bulwarówki – ale nikt z nim o tym nie rozmawiał. Szanujemy go i nie chcieliśmy go urazić. Wiele rzeczy, które dziś robi, to konsekwencja tego, co stało się w jego życiu wcześniej. Ma silny charakter, że zdecydował się o tym mówić. Myślę, że Kuba potrzebował czasu, żeby sobie poradzić z przeszłością, i wreszcie zdecydował: ten czas nadszedł.

Jürgen Klopp

(trener BVB):

Często pytają mnie, kiedy w końcu napiszę książkę o sobie? Odpowiadam: Ja? A co ja bym miał o sobie napisać? Chociaż nie, może mógłbym napisać o półmetku sezonu 2014/2015 BVB, kiedy robisz wszystko, jak najlepiej potrafisz, i nic z tego nie funkcjonuje na boisku. Życie Kuby to historia warta opowiedzenia. Przeczytam tę książkę na pewno, bo Kuba nigdy nie mówił mi o tym tragicznym momencie swego życia. Nigdy też nie dał znaku, że chce o tym rozmawiać.

Ksiądz prof. Jurek Kostorz

(opiekun duszpasterstwa akademickiego w Opolu i przyjaciel rodziny):

Nam się zawsze mówi, że nie pisze się książki o kimś, kto jest czynny zawodowo, lub o tym, kto jeszcze żyje. Ja się z tym nie zgodzę. Wielu ludzi potrzebuje biografii Kuby, żeby uwierzyć w to, co w życiu robią, żeby zobaczyć, że nie ma w życiu takich wydarzeń, po których nie można się podnieść. Podziwiam cię, że się na to zdecydowałaś. Bo tu można popaść w skrajność, w sensację, ale można też tą książką budować Kubie pomnik. Dlatego to trzeba wypośrodkować. To ma być prawdziwa historia trzydziestoletniego życia. To musi być gdzieś po środku.

Franciszek Smuda

(selekcjoner polskiej reprezentacji w latach 2009–2012):

Wie pani, w tej książce powinna być prawda. Musi być wszystko.

MD Zgodziłeś się na tę książkę, bo…?

KB Bo moja historia może komuś pomóc i dodać wiary w siebie?

MD Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, to nie byłeś zbyt rozmowny…

KB Jak widzę kogoś pierwszy raz, to najpierw staram się go poznać, to chyba normalne? Ale pierwsze odczucia są ważne. Czasami nawet decydujące. (śmiech) Najważniejsze, żeby mówić sobie prawdę. Nie z każdym to się udaje.

MD W prawdzie są limity?

KB Jeżeli ufam, to ufam naprawdę. To nie przypadek, że się spotkaliśmy. Uważam, że tak po prostu musiało być. Zawsze kiedy szedłem do mamy na cmentarz, to modliłem się o to, żeby mieć wokół siebie ludzi, których ona mi zsyła. Ktoś może się z tego śmiać. Jest mi to obojętne. Chociaż czasami zastanawiam się, czy takie rzeczy mówić publicznie, bo ludzie to różnie odbierają. Ale tej książki chyba nie kupi ktoś, kto mi źle życzy, jak myślisz? (śmiech)

MD Mam nadzieję, że też kupi. (śmiech)

KB To bardzo ważne, żeby ci, którzy będą ją czytali, uwierzyli, że zawsze jest światełko w tunelu i że nie musisz żyć w ciągłym strachu. O tym też jest ta książka, prawda? O tym, że obojętnie, jaka jest prawda, nie wolno się jej wstydzić. I to też twoja rola, Małgosiu, żeby to wszystko opisać. Sama wiesz, ile jest takich rodzin, jaką była moja… Wiem, że nie zbawię całego świata. Ale jeśli będą tacy, którzy nabiorą wiary w to, że im też, tak jak mnie, może się udać, to to będzie mój wielki sukces. Kiedy nie zrezygnują z walki o siebie i o normalne życie. Sam jestem ciekaw, jak to wszystko, o czym będziemy rozmawiali, zostanie odebrane. Pewnie Dawid [brat Kuby] już ci dużo rzeczy opowiadał?

MD Dawid mówił o tym, o czym ty na początku nie mówiłeś…

KB Wiesz, że nieraz zadawałem sobie pytanie, czy gdybym był starszy, to bym do tego, co stało się w naszym domu, dopuścił? Obwiniałem się, że nie dałem rady nic zrobić. Krótko przed śmiercią mamy układałem puzzle w salonie, a ona rozwiązywała krzyżówki. Coś mnie tknęło, podszedłem do niej i mówię: Mamo, ja nie wiem, co zrobię, jak cię stracę. Zacząłem płakać. A mama wtedy powiedziała: Przy was to nic dobrego mnie nie czeka. I to mi zostało w pamięci. Nie wiem, czy ja podświadomie coś przeczuwałem? To, co mi zostało w głowie do dziś, to zapach jej perfum… W sobotę wieczór mama robiła murzynka i był szum odkurzacza, jak dziś Agata piecze murzynka i czasami jeszcze włączy odkurzacz, to… od razu kładę się na kanapie i chciałbym zasnąć… Jak „to” się stało, to był szok. Niedowierzanie, ale dalej to było tylko jeszcze gorzej. Nie tyle fotografie, ale właśnie zapachy, odgłosy, dźwięki, muzyka, której mama słuchała. To wszystko stale przypomina mi, że już jej ze mną nie ma.

I. Charakter plus umiejętności równa się gracz

„Jasne, że musiałem się przebijać.

Byłem małym blondynkiem,

wśród wyrośniętych chłopaków”.

ERIC CANTONA

MD Ile w Błaszczykowskim talentu, a ile pracy?

KB Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt?

MD Przecież u ciebie nic nie jest na pół gwizdka.

KB Sto procent talentu i sto procent pracy? Tak, to jest najbardziej trafne wyliczenie. (śmiech)

Odrobiłam zadanie domowe i przygotowując się do pisania tej książki, przeczytałam setki, jeśli nie tysiące stron poświęconych ludziom związanym z piłką nożną. Piłkarzom i ich trenerom. Od Pepa Guardioli, Alexa Fergusona, Zlatana Ibrahimovica i Ikera Casillasa począwszy, a na Ryanie Giggsie i Ericu Cantonie skończywszy. Zwłaszcza biografia tego ostatniego zrobiła na mnie duże wrażenie. Na boisku genialny prawy pomocnik. W życiu bezkompromisowy, nieobliczalny, pijący szampana, gdy inni gracze sięgali po piwo – czy też odwrotnie – no i zakochany do szaleństwa w piłce Francuz. Nie przypominam sobie, żeby któryś ze znanych mi piłkarzy mówił tak jak on o futbolu, że: „Perfekcyjnie wykonany rzut wolny może wymagać tyle samo godzin ćwiczeń, ile musi poświęcić muzyk, trenując uwerturę do Czarodziejskiego fletu Mozarta”. Co równocześnie nie przeszkadzało mu uchodzić za jednego z najbardziej męskich i twardych graczy.

Na liście moich lektur obowiązkowych znalazły się autobiografie polskich piłkarzy, między innymi Wojciecha Kowalczyka, Igora Sypniewskiego, Andrzeja Iwana. Przyznaję, że mniej interesowały mnie w nich gołe fakty, matematyczne wyliczenia, strzelone i niestrzelone gole (może te bardziej), statystyki, a całą uwagę koncentrowałam na człowieku jako takim. Jak to się fachowo nazywa: na jego psychologicznym portrecie.

Gdy rozeszło się już, że piszemy razem z Błaszczykowskim książkę, natychmiast pojawili się – co było do przewidzenia – bezinteresowni doradcy. Za to im w tym miejscu dziękuję, bo niektóre z ich wskazówek okazały się naprawdę przydatne.

Najczęściej jednak powtarzały się głosy: o tym pisz, a tego lepiej nie tykaj. Nie chwal, bo usłyszysz, że jesteś nieobiektywna (w jakimś sensie nie jestem, ale to prawo każdego autora i każdego kibica). Po co się narażać, to jest dobre, a to nieciekawe. Były też i rady większego kalibru: tylko nie zrób mu krzywdy, oraz podszyte ironią znaki zapytania: ty naprawdę piszesz książkę z piłkarzem?

Trzymałam się więc na tych stronach faktów faktów i nie przeinaczałam słów, którymi moi rozmówcy miesiącami malowali portret Kuby. Nie raz subiektywne spojrzenie walczyło z tym obiektywnym. Nie ukrywam, że lubię, podziwiam i szanuję swojego bohatera. Cenię go za to, co dotąd zrobił ze swoim życiem. Mimo to na każdym kroku starałam się, żeby profesjonalizm brał górę nad osobistymi sympatiami.

Dostrzegałam więc u Błaszczykowskiego cechy charakteru, które do łatwych nie należą, mimo że paradoksalnie czynią go bardziej ludzkim. Wyrazistym. Trójwymiarowym. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ im bardziej zagłębiałam się w faktograficzny, a przede wszystkim statystyczny przebieg piłkarskiej kariery Kuby, tym częściej towarzyszyło mi poczucie, że gdzieś po drodze gubię go jako człowieka. A przecież to, że strzela takie, a nie inne bramki, ma asysty, to, ile kilometrów przebiega podczas meczu i to, że jest takim, a nie innym piłkarzem to wypadkowa nie tylko jego umiejętności, ale i charakteru. Dlatego już wkrótce najważniejsze w opowieści o tym, jakim piłkarzem jest Kuba, stało się dla mnie to proste i ułożone na użytek tego rozdziału równanie: charakter plus umiejętności równa się gracz. Dowodem na to, że teza ta da, jak mało która się obronić, stała się dla mnie postać Erica Cantony.

Podążając za życiorysami Cantony i Błaszczykowskiego, znajdowałam coraz więcej podobieństw między tymi dwoma piłkarzami, ale i ludźmi. Wiem, że dla wielu porównanie to może wydać się zaskakujące, ale może też nie wszyscy wiedzą, że ten groźny francuski pomocnik był kiedyś niepozornym blondynkiem, który chciał jednego: grać w piłkę. „Kiedy byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, żeby kiedyś zagrać na osiemdziesięciotysięcznym stadionie” – wspominał po latach Cantona. Błaszczykowski na takim dzisiaj gra. A tak pół żartem, pół serio, to dziś mimo różnicy wieku obaj piłkarze nawet zarost mają prawie identyczny. Groźne spojrzenie też. A charaktery?

Tak jak w każdej sferze życia, tak i w piłce nożnej charakter i osobowość, w tym wypadku piłkarza, może pomóc, ale może i bardzo utrudnić dochodzenie do celu.

Im bardziej charakterny zawodnik, tym większe również wyzwanie dla tych, którym przyjdzie się spotkać z nim na zawodowej ścieżce. O dużym szczęściu może mówić każdy z tych prawdziwie wybitnych zawodników, gdy jego nauczycielem zawodu był i jest ktoś, kto nigdy nie przestraszy się gwiazdora i po prostu da sobie z nim radę. Będzie dla niego przyjacielem, nawet ojcem, a gdy trzeba – katem. Równie ważne jest to, żeby kandydat na świetnego piłkarza trafił na kogoś, kto zobaczy w nim talent, zanim ktoś inny zdąży mu powiedzieć, że takiego nie posiada.

Stale odkładałam wyjazd na mecz BVB do Dortmundu. Kiedy jednak w ćwierćfinałowym rewanżowym spotkaniu Borussia (9 kwietnia 2013 r.) w dziewięćdziesiątej trzeciej minucie strzela zwycięskiego gola, pokonując zespół Malagi 3:2, a tym samym wchodząc do półfinału Ligi Mistrzów, dostaję od Kuby esemesa: „Teraz to już musisz przyjechać”. To po tym meczu wśród kibiców popularne stało się powiedzonko, że nigdy nie powinno się opuszczać stadionu w dziewięćdziesiątej minucie meczu. Wszystko się jeszcze zdarzyć może.

Po kilkunastu dniach lecę więc do Dortmundu na pamiętny, dramatyczny i porywający mecz BVB z Realem Madryt (24 kwietnia 2014 r.). To był fantastyczny sukces Borussii i Roberta Lewandowskiego, którego cztery gole strzelone Królewskim przeszły do historii. Po zakończonym meczu czekamy w vipowskim saloniku stadionu Signal Iduna Park na zwycięzców. Są ich bliscy i znajomi. W rogu siedzi śliczna Ewa Piszczek. Wszyscy są szczęśliwi i mają poczucie, że dzięki bohaterom wieczoru uczestniczyli w historycznym wydarzeniu. Finał Ligi Mistrzów coraz bliżej. Pojawia się Lewandowski. Także hiszpańscy kibice nie szczędzą mu braw i słów podziwu. A on? Wyciszony, prawie że przezroczysty. Robert robi sobie kilka zdjęć, krótko rozmawiamy i za chwilę prosi narzeczoną, żeby pojechali do domu. To tak wygląda świętowanie, i to takiego sukcesu? Pewnie wyglądałoby inaczej, gdyby bohaterowie nie byli tak zmęczeni… Po kontroli antydopingowej pojawia się Kuba i siada przy naszym stole. Gdzie? Oczywiście z boku (dzisiaj by mnie to już nie zaskoczyło)… Czy przysłuchuje się toczącej się rozmowie – nie wiem. Jest ówczesny selekcjoner polskiej reprezentacji Waldemar Fornalik, jest Andrzej Gołaszewski – teść Błaszczykowskiego i wiele osób, które Kubę dobrze znają. A on? Cieszy się, jest dumny ze swoich kolegów, ale… no właśnie. Było, minęło. Odespać, udzielić wywiadów i… pamiętać, że to, co najważniejsze, dopiero przed nimi. To wtedy pierwszy raz zauważyłam, że Błaszczykowski wydaje się być mistrzem w umniejszaniu własnych sukcesów. Ten największy, ale już odniesiony, natychmiast traci na wartości, i to tylko dlatego, że jest już za nim. Było, minęło i… znowu wszystko zaczyna się od nowa.

Wielokrotnie słyszałam, gdy dzielił się tą refleksją z innymi. To taka jego kolejna umowa z samym sobą. Zawarta zresztą na czas nieograniczony. Nie zapomnieć, że to, co dziś pomaga w byciu profesjonalnym piłkarzem, kiedyś przyda się na to późniejsze, dorosłe życie. To bez piłki.

Trzeba ciężkiej pracy od najmłodszych lat, bo w wieku dwudziestu jeden czy dwudziestu trzech lat na naukę jest już za późno. Obserwuję to na przykładzie polskiej ligi. Europa wciąż nam ucieka. Kiedy osiem lat temu wyjeżdżałem do Bundesligii, aż takiej przepaści nie było. Polakom o wiele łatwiej jest dziś wyjechać za granicę, a występy naszej trójki w finale Ligii Mistrzów w maju 2013 podniosły markę naszych piłkarzy w Europie. Teraz sztuką jest to wykorzystać, a nie zepsuć. Jeszcze raz wrócę do podstaw – ciężko pracować należy nie tylko po wyjeździe z kraju, lecz już w polskiej lidze, gdziekolwiek się gra, nawet będąc najlepszym graczem swego zespołu. W Borussii nikt nikogo do niczego nie namawia. Wchodzę na siłownię przed treningiem, a tam ćwiczy już połowa drużyny. Mimo że nie musi. Bierze górę świadomość, że mnóstwo konkurentów czyha na nasz słabszy moment. Dlatego zabierasz się do pracy, by ten słabszy moment nigdy nie przyszedł. Proste, prawda? Mniej narzekania, więcej pracy proponuję („Przegląd Sportowy”, styczeń 2014 r.). Błaszczykowski dodaje po tym: Jako zawodowy piłkarz możesz zarobić mnóstwo pieniędzy, ale one kiedyś prawdopodobnie zostaną wydane. Wywalczonych tytułów nie zabierze ci nikt.

To zdanie sytuuje Błaszczykowskiego w gronie graczy, którzy z samego grania czynią coś więcej niż tylko kopanie piłki, nawet jeśli robią to za ogromne pieniądze. Te są ważne, ale nie zrobią ze mnie wybitnego piłkarza… Chcę być najlepszy i tylko ode mnie zależy, co osiągnę na piłkarskim Olimpie.

Gdyby zabawić się w uproszczoną wersję numerologii, to numer 16 na koszulce Kuby Błaszczykowskiego symbolizuje 7 (1+6), liczbę szczęśliwą. Ale gdyby pójść jeszcze dalej, to właśnie w wieku siedmiu lat zaczęła się kariera małego piłkarza (siódemkę na swojej koszulce nosił też Cantona). Sam Kuba – zapytany o numer, który nosi na plecach, mówi przewrotnie: Wybierając go, nigdy nie wzorowałem się na innych zawodnikach. Piłkarze często przykładają do swoich wyborów dużą wagę, a wybierane liczby mają dla nich jakieś szczególne znaczenie, lecz w moim przypadku tak nie było. Ale też nigdy nie chciałem go zmieniać. Nie ukrywam, że przyzwyczaiłem się do tego numeru i nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś zagrał z inną liczbą na koszulce (ze strony internetowej JB, kubablaszczykowski.pl).

Dziennikarz idzie za ciosem, podejrzewając, że zmiana spowodowana jest tym, iż Kuba z sezonu na sezon gra coraz lepiej i może pozwolić sobie w klubie na więcej: „Ale przecież media niemieckie piszą, że Błaszczykowski zawsze jest dobry, ale że teraz jest genialny to…”.

Powoli… zagraliśmy dwa mecze, a ja jeden z kawałkiem. Geniuszy w dzisiejszej piłce jest może dwóch–trzech i na pewno mnie w tym gronie nie ma. (śmiech) Tak czy inaczej wierzę, że jeszcze wiele pięknych chwil przede mną, a mój numer nieraz pojawi się na liście strzelców – przyznaje z uśmiechem.

Na tym też Błaszczykowskiemu zależy, żeby – jak mówi – w końcowym rozrachunku wyszło na jego. W tym jego chłopięcym podejściu do wielu wydarzeń w życiu, także tym zawodowym, jest wiele wdzięku. Nawet jeśli tym razem to subiektywna uwaga współautorki.

Leo Beenhakker porównywał go do Cristiana Ronaldo, Zbigniew Boniek mówił o nim, że to mały Figo, i dodawał, że każdy dzień spędzony w polskiej lidze to dla Błaszczykowskiego dzień stracony. A angielski piłkarz Gary Neville nazwał go cholernie dobrym piłkarzem.

Jurek:

Jak Kuba się urodził w 1985 roku, to już grałem w juniorskiej reprezentacji Polski. A kiedy w 1992 roku graliśmy na igrzyskach w Barcelonie, byłem kapitanem reprezentacji olimpijskiej. Wszyscy je oglądali i moi siostrzeńcy wiedzieli, że ten gość, którego widzą w telewizji, jest ich wujkiem, który tu, w Truskolasach mieszka, tu się urodził. Jest kapitanem reprezentacji i zdobywa medal na igrzyskach olimpijskich. Kuba i Dawid zaczęli mieć własne marzenia. Chcieli kiedyś znaleźć się na moim miejscu. Dla nich największą radością było to, jak przyjeżdżałem na urlopy. Zimą chodziliśmy grać na salę, a latem na boisko. Graliśmy ze starszymi i na początku nie zawsze Kubę dobieraliśmy do składu. Miał wtedy dziesięć lat i był bardzo rozczarowany, że go nie dopuszczamy do gry, ale mieliśmy obawy, żeby mu krzywdy nie zrobić. Pamiętam moment, kiedy zaczęliśmy go dobierać do składu, i wtedy zawsze starałem się, żeby grał ze mną w drużynie. Jego zachowanie na boisku, poruszanie się, zmysł gry już wtedy świadczyły o tym, że pomimo bardzo wątłych warunków fizycznych nie miał żadnych problemów, żeby przewidywać grę i odpowiednio zagrywać. Radził sobie z techniką. Ale było widać, że nie lubi przegrywać. Był mniejszy, ale nie bał się wchodzić w starcia z większymi, silniejszymi rywalami.

Dawid Błaszczykowski (brat Kuby):

Kiedy miał szesnaście lat, w sumie taki młody łepek, to tak naprawdę robił już całą robotę w tej czwartej lidze. Jak jechali na mecz do lidera tabeli, to potrafił strzelić dwie–trzy bramki. Robił z przeciwnikami wiatrak, jak to popularnie się mówi, czyli robił z nimi, co chciał. Był szybki, zwinny, nie mogli sobie z nim dać rady. Pamiętam, chyba w Tychach wygrali 4:2. Nawet „Gazeta Wyborcza” napisała, że szesnastolatek z czwartej ligi wygrał mecz z liderem. Jego najpiękniejsze bramki? Jak bym miał wybierać tę najpiękniejszą i ważną, to ta z Rosją na Euro strzelona lewą nogą. Słabszą. To chyba też dlatego, że jak w młodości graliśmy w siatkonogę, to on zawsze grał lewą, dlatego tak ładnie strzelił z Rosjanami.

Eldo:

Eric Cantona, uznany za jednego z najlepszych piłkarzy, kiedyś został zdyskwalifikowany za kopnięcie kibica, który ubliżał mu straszliwie. Owszem, wyczyn niezbyt chwalebny dla sportowca, niemniej się zdarzył. Jedyne zdanie jego komentarza na temat rocznej dyskwalifikacji, którą wtedy dostał, brzmiało: „Sardynkę weźmiesz za ogon i wrzucisz z powrotem do oceanu, wieloryby umierają na plaży”. I wyszedł z konferencji. Ja od dziecka fascynowałem się piłką nożną i graczami, którzy mieli w sobie charakter. Gracz, który mógłby być najlepszym piłkarzem świata, jeśli chodzi o umiejętności, to było dla mnie mało, jak za tym nie szedł ciekawy człowiek. Świat o takich pamięta. A gracze, którzy mają jedno i drugie, to jak idą dwadzieścia lat po zakończeniu kariery po mieście, w którym grali, to w każdej knajpie dostaną kawę za darmo. Wszyscy się do nich uśmiechają i machają do nich rękoma. To jest tak zwany status legendy. I tylko nieliczni do tego mogą pretendować.

Błaszczykowski jest już w BVB osiem lat. To taki związek na dobre i na złe, a reguły gry między nim a drużyną, trenerem, kibicami i niemieckimi dziennikarzami wydają się ustalone raz na zawsze. Gdy się nie układa, to pytań ze strony tych ostatnich jest mniej, gdy przychodzi wysoka forma, asysty, gole, dziennikarze natychmiast chcą wiedzieć, czy aby polski piłkarz nie ma jakiś propozycji przejścia do innego klubu. Dlatego Błaszczykowski podobno był już widziany w Manchesterze City, w Liverpoolu i jeszcze gdzieś…

Każdy podejmuje decyzje, za które ponosi konsekwencje. Dobre czy złe, życie pokaże. Jeden ma marzenia, by grać w pięciu ligach, drugi dobrze czuje się w jednym klubie. Piłkarz sam wybiera drogę i inni, niezależnie od tego, czy im się podoba, czy nie, powinni to szanować, dalej żyć i walczyć. To chyba najzdrowsze podejście, prawda? „A nie kręcą cię nowe wyzwania?” – pyta dziennikarz. Nigdy nie wiesz, co przyniesie życie, w Dortmundzie czuję się bardzo dobrze, dlatego przedłużyłem kontrakt na kolejne pięć lat. Mam swoje wartości i plan („Przegląd Sportowy”, luty 2014 r.).

Kuba Błaszczykowski oprócz lojalności wobec klubu, któremu tak dużo zawdzięcza, ceni sobie też stabilizację. Ta daje mu szeroko rozumiane poczucie bezpieczeństwa, którego przez wiele lat tak bardzo mu brakowało. Zwłaszcza w życiu rodzinnym.

Wrzesień 2014 roku, Dortmund, Hotel L’Arrivee

Sebastian Kehl (piłkarz BVB i jej długoletni kapitan. W nowym sezonie 2014/2015 po sześciu latach przekazał opaskę kapitana Matsowi Hummelsowi). Siła spokoju – to to, co po pierwszych wypowiedzianych przez niego słowach rzuca się w oczy. Nie dziwię się więc, gdy mówi, że przez lata do jego zadań należało, by inni gracze w drużynie czuli się potrzebni. Zaskakuje mnie, jak analitycznie podchodzi do gracza z numerem 16. Mówi o nim jak ktoś, kto już zawsze będzie czuł się odpowiedzialny za jego losy. Zresztą wszyscy niemieccy piłkarze, z którymi rozmawiam, traktują temat Kuby serio. Jeśli nawet śmieją się z jakiejś o nim anegdoty, to zaraz podkreślają, jak bardzo go szanują i jak jest dla ich drużyny ważny. I wtedy już się nie śmieją.

Sebastian Kehl:

Kiedy osiem lat temu Kuba przyszedł do nas, byłem kapitanem BVB. Trzeba było go serdecznie przyjąć i pokazać mu, że jest dla nas ważny. Kuba nie znał dobrze niemieckiego i integracja z drużyną nie była dla niego łatwa. Bardzo szybko nauczył się niemieckiego i teraz mówi w nim bardzo dobrze… ale też dlatego, że chciał się nauczyć i chciał być częścią drużyny nie tylko na boisku, ale i poza nim. To był zmotywowany młody człowiek, który bardzo chciał się rozwijać, i nie ukrywam, że dlatego też tak chętnie mu pomagałem. Od razu starał się nam pokazać, co potrafi na boisku. Zawsze był głodny gry i czasami prawie gryzł trawę. Nieprawdopodobnie się rozwinął. Kiedy do nas przyszedł, był talentem, a po krótkim czasie wyrósł z niego znakomity gracz. Dojrzał. Nabrał poczucia własnej wartości. Wiem, że u Kuby nie jest łatwo o zaufanie, może to jest po prostu część jego osobowości, ale jeśli traktuje się go serio i uczciwie, to wtedy on się otwiera. Jego przeszłość, to, przez co przeszedł, sprawia, że jest bardzo silnym człowiekiem, ale wiesz, jestem pewien, że gdzieś tam w środku jest delikatny. Jego wrażliwość to immanentna cecha kogoś, kto w rzeczywistości jest silny. To jest ta inna strona Kuby, nawet jeśli sam powie, że to nieprawda. Jest absolutnie pozytywnie myślącym człowiekiem. Jeśli chodzi o jego spóźnianie się, to wyraźnie się poprawił i pod tym względem nie jest już na pierwszej pozycji w klubie. (śmiech) Kuba jest szalonym chłopakiem i jak się wygłupiają z Piszczkiem, to czasami gadają głupoty. Są jak bracia. On jest jak gladiator. Tak? Nie wiedziałem, że to jego ulubiony film. Wiem, że Kuba w młodości często się bił. Rozmawialiśmy na ten temat. On ma nieprawdopodobną siłę. Jest jak maszyna. Nie chciałbym z nim walczyć. Talent ma wielu, ale to połączenie potrzeby rywalizacji, nienasycenia grą i mądrej głowy, jakie ma Kuba, jest rzadkością. Myślę, że kiedyś wróci do domu, do Polski, bo ją kocha, chociaż nikt nie wie jeszcze, kiedy to się stanie. Chciałbym kiedyś tam pojechać z nim, na przykład do jego Kubatury [Centrum Rozrywki w Opolu, którego właścicielem jest Błaszczykowski].

Franciszek Smuda:

– rozmowa przeprowadzona w grudniu 2014 r.

Jego cechą była zawsze dynamika, a ta w powiązaniu z talentem powodowała, że potrafił sam wygrać mecz. To jest zawodnik nietuzinkowy.

Zawsze zbierał dużo ciosów od przeciwników na boisku, ale jest tak ruchliwy, szybki, że często jak ktoś chciał go trafić, to po prostu nie mógł. Bardzo w niego wierzyłem, i w Piszczka też, i wiedziałem że na tych dwóch graczach można budować reprezentację, bo Lewandowski dopiero wtedy raczkował. Oni u mnie w trójkę grali i zawsze sobie pomagali. Na boisku nikt nie czuł tego, czy się prywatnie lubią, czy nie. Nigdy nie widziałem między nimi nawet cienia złośliwości. Kuba dla mnie, dla piłki nożnej, dla drużyny narodowej zrobił bardzo dużo. Klasa. On nigdy nikomu krzywdy nie zrobił, nawet nie potrafi jej zrobić.

Ciągle dąży do sukcesu, to nie jest chłopak, że jak ma przekroczyć jakąś barierę: czy wysiłkową, czy życiową, to się zraża. Nie, on musi osiągnąć to, co sobie zaplanował. To dobra cecha. Jeżeli chodzi o piłkarskie umiejętności, to porównywalny był do niego Kevin Keegan z Manchesteru United. Te same dryblingi. Kuba, sam meczu nie wygrasz. Trenerze, ale chociaż zremisuję – mówił pani o tym żarcie? Tak, to cały Kuba.

Kuba to człowiek, który za wszelką cenę chce wygrywać, chce mieć sukces. Jak ktoś, kto ciągle idzie na wojnę. Trochę uparty jest, bo jak ma o co walczyć, to walczy do końca. Ma duże poczucie humoru. Lubi żarty. I przede wszystkim lubi pracować w dobrej atmosferze. Jak opowiadał o mamie, to byłem bardzo wzruszony, bo ja też przeżyłem tragiczne rzeczy w życiu. Facet da sobie radę. Nie był wychowany w dobrobycie. Stąd ta motywacja, że muszę pokonać słabości, że muszę mieć lepiej, muszę coś zdobyć. On ciągle dąży do sukcesu. U niego nie ma tak, że jak napotyka na przeszkody w życiu czy sporcie, to się zraża. Nie, on nadal prze do przodu. Chłopak wychowany bardzo dobrze przez babcię. Miał możliwość odejścia do innego wielkiego zagranicznego klubu, ale został w Dortmundzie i będzie ikoną Borussii. Zobaczy pani.

Dawid Błaszczykowski:

Ze swoją determinacją jest typowym fighterem, który nigdy nie odpuszcza. A poza tym dla niego każda sytuacja kryzysowa to sytuacja, która, po pierwsze, musiała się wydarzyć, a po drugie, trzeba z niej wyciągnąć pozytywne wnioski. On jest tak silny psychicznie, że się nie załamuje… Pozazdrościć… Tym bardziej że już miał kilka takich sytuacji, że nie było kolorowo. Przecież wiesz.

Listopadowy wieczór 2014 roku, Dortmund

Siedzimy w dortmundzkim domu Błaszczykowskich: Agata, Kuba i ja. Gramy w kości. Jest już bardzo późno. Kuba przyleciał w nocy z Polski.

Nasz mistrz szybko wychodzi na prowadzenie, bo to, jak rzuca – lekko, od niechcenia, ale za każdym razem tak jak chce – jest wręcz nieprawdopodobne (stwierdzenie w stu procentach obiektywne). Nie dziwi to jego żony, a mnie zaczyna wkurzać. Sam Kuba zaczyna się nudzić. Wstaje od stołu, przerzuca telewizyjne kanały. Nasłuchuje, czy jego córki już śpią. Chyba kończymy… ale ja, niespodziewanie także dla samej siebie, rzucam pięć piątek z ręki. Kuba natychmiast wraca do gry. Pojawił się przeciwnik… Zaczyna się to, co Błaszczykowski lubi najbardziej… rywalizacja. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, i tak przez blisko trzydzieści lat… Czy jednak o samą rywalizację tu chodzi? To byłoby za proste. Za każdym razem gra toczy się o to samo: udowodnić, że będzie się najlepszym… że jest się najlepszym… Komu? Innym? Przede wszystkim samemu sobie.

Felicja Brzęczek, babcia Kuby:

Kiedy Kubuś przestał rosnąć, to mu mówiłam: Zobacz, jaki Maradona był mały, a jak grał. Nie martw się, do swojego wymiaru dorośniesz. Bo przez tę tragedię on był zablokowany i nie rósł w ogóle. Kreski sobie pisał na futrynie. Potem, w Górniku Zabrze, Jurek mu treningi załatwił, ale on nie chciał tam być w internacie. Mówił: Babciu, tam jak w kolejce po jedzenie stoisz i nie chcesz iść na koniec, to od razu dostajesz. Ja mam na to sobie pozwolić? Potem dostaliśmy list, że nie chodził do szkoły. Trudno, bierzemy go stamtąd. Kuba był w szkole na murarza, ale nagle dostaję kartkę od jego brygadzisty z Częstochowy. Kubuś, co się stało? – pytam. Babciu, musisz tam jechać. Już myślałam, że coś zrobił, bo on ciągle mówił: Taczek nie będę woził, ja idę grać w piłkę. Pojechałam i mówię do tego brygadzisty: Wie pan, on na pewno nie pójdzie w tym kierunku, byle tylko tę szkołę skończył. Niech mu pan da szansę. Na drugi dzień Kuba mówi: Babciu, pan brygadzista powiedział: Z taką babcią to daleko zajdziesz!

Dawid Błaszczykowski:

Pewnego dnia (na pewno to było już po śmierci mamy) wróciliśmy w nocy do domu, bo jak zwykle graliśmy w piłkę na dworze, i kiedy poszliśmy się kąpać, to mówię do Kuby: Wiesz, nie wierzę, żebyś ty kiedyś nie grał w piłkę. A w ekstraklasie to będziesz grał na pewno. On miał wtedy jedenaście lat, to był taki smród mały. I sprawdziły się te słowa.

We dwójkę mnóstwo czasu spędzaliśmy, kopiąc w piłkę. Ja, starszy o trzy lata brat, nie, że odstawałem w tych pojedynkach, ale patrząc na różnicę wieku między nami, to on ją nadrabiał sprytem. Był niesamowicie dynamiczny i waleczny. Nawet jak wygrywałem dwa czy trzy razy, on nie odpuszczał. Zresztą nie tylko piłkarsko, nawet jak graliśmy w szachy czy warcaby. Wygrałem dwa razy i mówię: Kończymy. A on: Nie, siadaj, gramy, dopóki z tobą nie wygram. No jak, będziemy grać do rana? Tak, wróć, ja muszę wygrać.

Spokojniejszy od niego byłem na pewno. Jeżeli przegrałem, to mówiłem: Dobra, kończymy, bo mama woła do kąpieli czy do lekcji. U niego było wprost przeciwnie. Nigdy nie odpuścił. Do dzisiejszego dnia ta rywalizacja u niego występuje. (śmiech)

Nawet ta nasza rodzinna gra w kości. Sylwester dwa lata temu, wszyscy siedzieli przy stole, a my jeszcze parę partii w kości zaliczyliśmy. I mogę się pochwalić, że wtedy wygrałem. (śmiech)

Ostatnio z nim grałem w Dortmundzie i niestety przegrałem, ale rzucał tak niesamowicie. Na sto osób, które obstawię, nie wiem, czy jedna byłaby w stanie tak rzucić jak on. Rzucał wszystko to, co musiał rzucić. Rzuty niewiarygodne, i to tak przeważnie z nim wygląda. Nie wiem, czy to szczęście, wiara, umiejętności?

Jak gramy w kości, on jest w jakiejś euforii: zaraz cię ogram, ja nerwy, i przegrywam. A jak odwrotnie, ja wygrywam, to ja na luzie, śmieję się, on się nie odzywa.

Pamiętam, jak graliśmy niedawno przed moim odlotem do Polski i musiałem się już pakować. Przegrałem i mam osiemdziesiąt pompek do zrobienia.

Ale wierz mi, że to na pewno nie zostanie odpuszczone. Zrobię te pompki, nawet jak minie miesiąc czy dwa. Zrobię je, tak żeby moja żona widziała, że zrobiłem. Przegrałem, należy mi się. Kości to tak bardziej my, w naszym rodzinnym kręgu, jego koledzy mniej grają. Mało kto umie grać w kości. Ostatnio, na wakacjach na Sardynii, był też z nami Piszczu, we czterech graliśmy prawie non stop, i kary były takie, że na przykład robiliśmy dwadzieścia pompek, a potem trzeba było wskoczyć do basenu, przepłynąć go, wyjść i zrobić kolejnych dwadzieścia pompek. (pokazuje zdjęcie) Potem dodawało się do tego jakieś przepłynięcie czy skok po rozgrzaniu do wody. Bo siedzieliśmy na słońcu. Czasem graliśmy do dwudziestej drugiej czy dwudziestej trzeciej i też trzeba było wejść do basenu. Jak to nawet raz zliczyłem, to przez jeden dzień zrobiliśmy po dwieście czy trzysta pompek.

Bardzo lubię układać puzzle. Mama nas nauczyła. Tak samo jak Kuba. I często z nim układam. Jedno jest pewne, że z Kubą to na pewno na czas układaliśmy. Kto pierwszy.

Kuba jak już coś robi, to od razu jest rywalizacja i każdy zdaje sobie sprawę, że ten, który przegra, będzie narażony na złośliwości.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kuba. Autobiografia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia