Wyszłam za komunistę

Wyszłam za komunistę

Autorzy: Philip Roth

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 473

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 26.52 zł

Historia wzlotu i upadku Iriego Ringolda, amerykańskiego dryblasa, który zaczyna od kopania rowów w latach trzydziestych w Newark, by stać się radiową sławą w latach czterdziestych. W czasach tryumfu staje się zagorzałym, nieustraszonym zwolennikiem „postępowych” haseł politycznych. Żeni się z Evą Frame, gwiazdą hollywoodzkiego filmu niemego. Ich oszałamiający miesiąc miodowy w domu na Manhattanie nie trwa jednak długo. Eva mówi o swoim mężu wprost: „Amerykanin, który otrzymuje polecenia z Moskwy”. Jej słowa to przyśpiewka do szalejącego w Stanach, rozpętanego przez McCarthy’ego polowania na komunistów. Iron – jako artysta, i jako człowiek – jest niszczony przez ludzką zawiść, zemstę, okrucieństwo.

Philip Roth – przez magazyn „Commonweal” okrzyknięty „mistrzowskim kronikarzem dwudziestego wieku w Ameryce” – kreśli błyskotliwy portret zdradliwej powojennej epoki, w której antykomunistyczna gorączka nie tylko dotknęła krajową politykę, ale zniszczyła intymne, prywatne życie przyjaciół i rodzin, mężów i żon, rodziców i dzieci.

Wyszłam za komunistę to kontynuacja Amerykańskiej sielanki i druga część nagrodzonej Pulitzerem tzw. trylogii amerykańskiej.

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Tytuł oryginału: I MARRIED A COMMUNIST

Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: ANNA RUDNICKA, KRZYSZTOF LISOWSKI

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Zdjęcie autora na okładce: © Nancy Crampton

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 1998, Philip Roth

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Jacek Spólny

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie 2015

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05775-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1

Starszy brat Iry Ringolda, Murray, był moim pierwszym nauczycielem angielskiego w liceum i właśnie za jego sprawą zetknąłem się z Irą. W 1946 roku Murray wrócił z wojska, gdzie służył w 17. Dywizji Powietrzno-Desantowej i brał udział w bitwie pod Bulge; to on w marcu 1945 roku wykonał ten sławny skok przez Ren, który zapowiadał początek końca wojny w Europie. W tamtych czasach był opryskliwym, bezczelnym, łysawym facetem, co prawda nie dorównującym Irze wzrostem, ale zwinnym i wysportowanym, który czujnie i nieustannie zaglądał nam przez ramię. Zachowywał się zupełnie naturalnie, jego potoczysta mowa stanowiła niemal intelektualne zagrożenie. Był całym sercem oddany tłumaczeniu, wyjaśnianiu, oświecaniu nas, tak że każdy najmniej istotny temat, za który się braliśmy, Murray rozbierał na czynniki pierwsze równie skrupulatnie, jak rysował na tablicy wykresy zdań. Miał szczególny talent do dramatyzowania rozważań teoretycznych oraz narzucania narracyjnej formy nawet najbardziej ścisłym analizom, gdy szczegółowo roztrząsał wszystko, co czytaliśmy i pisaliśmy.

Wraz ze swoją fizyczną tężyzną i błyskotliwą inteligencją pan Ringold, szczery do szpiku kości, wniósł w nasze lekcje ładunek spontaniczności, odkrywczej dla potulnych, przyzwoitych dzieciaków, które miały dopiero pojąć, że przestrzeganie narzuconych przez nauczyciela zasad dobrego wychowania nie ma żadnego związku z rozwojem umysłowym. Prawdopodobnie nawet on nie ogarniał całego znaczenia, jakie miało dla nas rozbrajające upodobanie do ciskania gąbką do tablicy w ucznia, który udzielił niewłaściwej odpowiedzi. Chociaż może to przesada. Być może pan Ringold doskonale wiedział, że chłopcom mojego pokroju najbardziej potrzeba nie tyle umiejętności precyzyjnego wysławiania się i rozsądniejszego podejścia do słów, ale nauczenia się, jak być niesfornym bez sprawiania wrażenia głupiego, jak zbyt starannie nie ukrywać swoich poglądów i nie zachowywać się za dobrze, jak wydobyć trochę męskiej energii ze sztywnych ram instytucjonalnych, które najbardziej ograniczały dzieci najzdolniejsze.

Czuło się niemal seksualną, męską moc – męskiego autorytetu, którego nie powściągały względy religijne – i kapłańskie wręcz powołanie nauczyciela licealnego w rodzaju Murraya Ringolda, który nie zaprzedał się bliżej niesprecyzowanemu amerykańskiemu marzeniu, żeby się wybić, i który – w odróżnieniu od nauczycielek – mógłby zostać, kimkolwiek by zechciał, lecz za cel swojego życia uznał uczenie nas. Mógł całymi dniami rozmawiać z młodymi ludźmi, na których miał wpływ, a największą w życiu radość sprawiały mu ich reakcje.

Nie mogę powiedzieć, żebym już wtedy odczuł wpływ jego brawurowego stylu prowadzenia zajęć na moje pojęcie wolności; żadne dziecko nie myślało w ten sposób ani o szkole, ani o nauczycielach, ani o sobie. Pragnienie społecznej niezależności musiało jednak zacząć rodzić się pod wpływem przykładu Murraya. Tak też powiedziałem mu w 1997 roku, gdy – po raz pierwszy od skończenia liceum w roku 1950 – spotkałem go przypadkiem, już jako dziewięćdziesięciolatka, a jednak niewiele zmienionego pod względem fizycznym nauczyciela, wyznaczającego sobie realistyczne zadanie, przy którego spełnianiu udawało mu się nie ośmieszać nadętym aktorstwem: postanowił wcielać w życie, w oczach swych uczniów, motto lekkomyślnych wariatów: „Mam to wszystko gdzieś”, przekazać im, że wcale nie trzeba zostać zaraz Alem Capone, żeby przekraczać granice – że wystarczy myśleć. „W ludzkim społeczeństwie – uczył pan Ringold – myślenie jest największym występkiem”. „Myś-le-nie kry-tycz-ne – ciągnął, wystukując sylaby knykciami o katedrę – ...oto akt najbardziej wywrotowy”. Powiedziałem Murrayowi, że usłyszenie tych słów z ust tak męskiego faceta – który był żywą ich realizacją – stanowiło najcenniejszą wskazówkę na drodze ku dorosłości, jaką podchwyciłem, nie całkiem ją rozumiejąc, ja, prowincjonalny idealista, uczeń liceum żyjący w kokonie opiekuńczości, pragnący zostać kimś racjonalnym, ważnym i swobodnym.

Z kolei Murray opowiedział mi wszystko o życiu prywatnym brata. Jako młodzieniec nic o tym nie wiedziałem i nie byłbym w stanie pojąć takiego szeregu pechowych zbiegów okoliczności, układających się czasami w farsę. Murray jeszcze niekiedy o nich rozmyślał, mimo że sam Ira nie żył już od ponad trzydziestu lat.

– W tamtych latach zniszczono tysiące Amerykanów, ofiar polityki, ofiar historii, a wszystko ze względu na ich przekonania – mówił Murray. – Nie przypominam sobie jednak nikogo, którego upadek nastąpiłby tak jak katastrofa Iry. Nie doszło do niej na żadnym polu wielkiej bitwy, udeptanej ziemi, na której z własnej woli stoczyłby walkę. Całkiem możliwe, że niezależnie od ideologii, polityki i historii, istotą każdej katastrofy jest osobista kompromitacja. Życiu nie można zarzucić, że nie potrafi bagatelizować ludzi. Owacja na stojąco należy się metodom, jakie życie stosuje, by pozbawić człowieka znaczenia i wyprać go z ostatniej odrobiny dumy.

Widząc moje powątpiewanie, Murray opowiedział, jak jego pozbawiono znaczenia. Znałem zarysy tej historii, lecz szczegóły mi umknęły, bo po ukończeniu w 1954 roku college’u poszedłem do wojska i przez wiele lat nie zaglądałem do Newark, natomiast polityczne kłopoty Murraya dopadły go gdzieś w maju 1955 roku. Zaczęliśmy od jego opowieści, lecz już późnym popołudniem, gdy poprosiłem, żeby został na kolację, poczuliśmy, że nasza rozmowa nabiera bardziej osobistego charakteru i że może już bardziej otwarcie opowiedzieć mi o losach brata.

Nieopodal miasteczka, w którym mieszkam, mieści się niewielki college o nazwie Athena, który organizuje latem tygodniowe programy dla ludzi starszych. Murray zapisał się jako dziewięćdziesięcioletni student na kurs o szumnej nazwie „Szekspir w dobie milenium”. Tym sposobem spotkaliśmy się w niedzielę, w którą zjechał do miasteczka – na szczęście mnie poznał – i spędziliśmy w swoim towarzystwie sześć wieczorów. Przeszłość przybrała tym razem postać starca, który potrafił zastanawiać się nad swoimi kłopotami tylko tyle, ile było potrzeba, i który wciąż jeszcze wolał nie marnować czasu na zbędne gadanie. Łatwo wyczuwalny upór zahartował mu osobowość, nie osłabioną nawet nadwątleniem przez czas dawnej tężyzny. Gdy patrzyłem na Murraya, mówiącego na swój charakterystyczny, otwarty i skrupulatny sposób, myślałem: Oto ono – życie. Tak wygląda wytrwałość.

W pięćdziesiątym piątym, niemal cztery lata po usunięciu Iry z radia za komunizm, kuratorium zwolniło Murraya ze szkoły za to, że odmówił współpracy z parlamentarną Komisją ds. Badania Działalności Antyamerykańskiej, która odbywała w Newark czterodniowe przesłuchania. Przywrócono go na stanowisko nauczyciela, ale dopiero po pięcioletnim procesowaniu się, zakończonym postanowieniem stanowego Sądu Najwyższego, głosami 5 do 4 sędziów, wypłacono mu pensję za okres bez pracy, po potrąceniu kwoty, jaką zarobił w czasie tych trzech lat, utrzymując rodzinę jako sprzedawca odkurzaczy.

– Kiedy się nie wie, co ze sobą zrobić – stwierdził Murray z uśmiechem – sprzedaje się odkurzacze. Komiwojażer. Odkurzacze Kirby. Wysypujesz na dywan całą popielniczkę, a potem wszystko odkurzasz. Odkurzasz ludziom cały dom. Na tym polega sprzedaż. Za tamtych czasów odkurzyłem z połowę domów w New Jersey. Wielu ludzi dobrze mi życzyło, Natanie. Były ciągłe wydatki na leczenie żony, mieliśmy dziecko, ale interes kręcił się dobrze i sprzedałem wiele odkurzaczy. Mimo skoliozy Doris wróciła do pracy. Do szpitalnego laboratorium analiz krwi. Na koniec została szefową. Za tamtych czasów nie istniał podział na personel techniczny i medyczny, dlatego Doris zajmowała się wszystkim, pobierała krew, przygotowywała próbki. Bardzo cierpliwa, umiała metodycznie posługiwać się mikroskopem. Dobrze przygotowana. Uważna. Precyzyjna. Fachowiec. Wracała z Bem Israel, po drugiej stronie ulicy, i gotowała kolację w fartuchu laboratoryjnym. Nie znałem drugiej rodziny, w której sos do sałatek podawałoby się we flaszkach z laboratorium. W kolbach Erlenmeyera. Kawę mieszaliśmy pipetkami. Wszystkie szklane naczynia pochodziły z laboratorium. Kiedy nie starczało forsy, żyliśmy skromnie, ale jakoś wiązaliśmy koniec z końcem. Razem dawaliśmy sobie radę.

– A przyczepili się, bo byłeś bratem Iry? – spytałem. – Zawsze mi się tak wydawało.

– Nie jestem pewien. Ira tak uważał. Może wszystko zdarzyło się dlatego, że nie zachowywałem się, jak przystało na nauczyciela. Być może dołożyliby mi nawet bez Iry. Z początku byłem jak żywa pochodnia, Natanie. Spalałem się w pragnieniu nadania mojemu zawodowi godności. Być może właśnie to najbardziej ich dotknęło. Nie uwierzyłbyś, gdybym opowiedział o upokorzeniach, jakie musieli znosić nauczyciele, gdy zaczynałem pracę w szkole. Traktowano nas jak dzieci. Słowo zwierzchnika było prawem. Nie podlegającym dyskusji. Masz przychodzić na czas, na czas podpisywać listę obecności. Tyle a tyle godzin spędzisz w szkole. Będziemy cię też wzywać po południu i wieczorami, mimo że nie ma o tym ani słowa w umowie o pracę. I inne tego typu bzdury. Mieszali nas z błotem.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kiedy była porządną dziewczyną Teatr Sabata Everyman Wzburzenie Konające zwierzę Spisek przeciwko Ameryce 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość