Wyklęci

Wyklęci

Autorzy: Olga Haber

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Fantastyka / SF Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

cena od: 10.00 zł

Pośród szalejącej zadymki przypadkowi świadkowie znajdują w fontannie zwłoki młodej skrzypaczki z poderżniętym gardłem. Zbrodnia szokuje miasto, okazuje się jednak, że to dopiero początek - kolejne morderstwa, gwałtownie wzrastająca fala samobójstw i bestialski akt kanibalizmu. Młoda, ambitna podkomisarz wraz z partnerem usiłuje rozwikłać piętrzące się sprawy, jednak złu, które zagościło w mieście, niełatwo się przeciwstawić. Ludzie zaczynają szeptać, że okolicę nęka jedna z najstarszych i najpotężniejszych europejskich wiedźm. Jest jednak ktoś, kto twierdzi, że potrafi walczyć z przywoływanymi przez nią demonami, ale czy zdoła tę walkę wygrać?

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2015

tekst © Olga Haber

ISBN 978-83-7835-418-5

1. ŚMIERĆ PRZEMAWIA PO RAZ PIERWSZY

Kiedy ją znaleźli, świtało. Szare światło zimowego poranka, bezszelestnie sypiący śnieg, ślady dużych, męskich stóp wokół miejsca zbrodni — krajobraz po bitwie, którą bezdyskusyjnie wygrała kostucha. Ofiara leżała na plecach, z rozrzuconymi na boki rękoma, w pozbawionej zimą wody śródmiejskiej fontannie. Ubrana w białą nocną koszulkę, pośrodku szalejącej zadymki sprawiała wrażenie porzuconej przez znudzone dziecko lalki. Jeszcze kilka godzin wcześniej atrakcyjna młoda kobieta, teraz denatka, niczym dzieło szalonego artysty starannie upozowana, niemal piękna. Jej lekko kręcone kruczoczarne włosy kontrastowały z wszechobecną bielą; krew na śniegu chyba jeszcze nigdy nie wyglądała tak… krwawo. Kamienna nimfa z równie kamiennym dzbanem pod pachą nachylała się nad nią obojętnie, jakby urażona faktem, że ktoś miał czelność bardziej podziwiać dzieło śmierci niż rzeźbiarza, spod którego ręki wyszła.

Sypało coraz mocniej. Grube płatki osiadały na pozbawionej życia twarzy, ciemnych rzęsach i leciutko rozchylonych ustach ofiary. Krwawa szrama na bestialsko rozciętym gardle brunetki krzyczała purpurową czerwienią, wołała o pomstę do nieba — jedyny żywy akcent pośród morza porannej szarości i śnieżnej bieli. Szczęściem gapiów było niewielu — siarczysty mróz i nieludzko wczesna pora działały na korzyść śledczych. Powoli, powoli zaczynali się jednak schodzić — niewysoki facet w czerwonej kurtce, starsza kobieta z jamnikiem na smyczy, zszokowana młoda para, trzymająca się za ręce pośrodku tragedii rozgrywającej się na oczach budzącego się miasta. Przystawali, szeptali, kiwali głowami. Przerażeni ogromem nieszczęścia i jednocześnie żądni widoku krwi — ta ponura dwoistość ludzkiej natury znana jest od dawna…

— Cofnąć się! Proszę się cofnąć! — Jeden z najmłodszych stażem policjantów powoli tracił cierpliwość. — Przeklęte sępy! — dorzucił pod nosem, kiedy już udało mu się przepędzić pierwszych gapiów.

Policyjny fotograf pracował w milczeniu — drobny, brodaty gość koło czterdziestki, jeden z najlepszych, jakich mieli.

„Ma na sobie cieniutką koszulę, więc sprawca musiał w środku nocy wywlec ją na mróz z jej własnego mieszkania. Gardło poderżnął jej jednak dopiero tu, na placu. Inaczej krew byłaby wszędzie dookoła. Decyzja o zabiciu jej w basenie fontanny miała w sobie coś widowiskowego. Jakby morderca chciał, żeby wszyscy zobaczyli, co ją spotkało” — pomyślała podkomisarz Justyna Sowa, chowając do kieszeni zgrabiałe z zimna ręce. Znowu zapomniała rękawiczek… Stojący przy niej Jurek Misiak wyglądał na tak samo zmarzniętego, w dodatku cały czas szeroko ziewał, jakby nie spał którąś noc z rzędu.

Sowa zerknęła na zegarek. Szósta pięćdziesiąt siedem, najwyższa pora, żeby urządzić niespodziewaną pobudkę okolicznym lokatorom. Kamienice wokół placu z fontanną były imponująco zadbane. Większość świeżo odrestaurowana, ale nawet te z bardziej przybrudzonymi fasadami wciąż miały w sobie wielkomiejski szyk. Cóż, w końcu nic dziwnego — ścisłe centrum, niemal dwa kroki od ratusza — ceny nieruchomości w tej okolicy musiały być obłędne.

Zaczęli od otynkowanego na pistacjowo trzypiętrowego budynku, w którym według pierwszych świadków mieszkała denatka.

— Co mogę państwu powiedzieć? To była dobra sąsiadka, życzliwa, zawsze uśmiechnięta… Czasem robiła mi zakupy, czasem zabierała Punię do weterynarza. Bo Punia ostatnio stale choruje, biedactwo, a lekarz, do którego chodzimy od lat, przeniósł się niedawno na drugi koniec miasta. — Starsza siwiuteńka kobieta w pikowanym różowym szlafroku sprawiała wrażenie zadowolonej z niespodziewanej porannej wizyty. Kiwając zdobną w papiloty głową, rozpoczęła monolog, którego nie zamierzała szybko kończyć.

„Pewnie jedna z tych, które koniecznie muszą się wygadać, bez względu na to, z kim ucinają sobie pogawędkę” — pomyślała Sowa.

Jurek Misiak okazał się znacznie mniej cierpliwy.

— Do rzeczy, szanowna pani — bezpardonowo przerwał staruszce. — Przejdźmy do ostatniej nocy. Słyszała pani coś niepokojącego? Jakieś kroki na klatce, krzyki, wołanie o pomoc? Mieszka pani naprzeciwko, może…

— Żadnych krzyków. Tylko pies szczekał piętro wyżej, ale on często ujada nocami, pieron przeklęty! — weszła mu w słowo kobieta.

Justyna zapytała o poprzednie dni.

— Podejrzanie wyglądający goście, jakieś kłótnie, dziwne wydarzenia?

— Nic. Pani Maja sprawiała wrażenie zadowolonej z życia, szczęśliwej. Bo ona się niedawno rozwiodła. — Staruszka zniżyła głos, zupełnie jakby pikantne sąsiedzkie tajemnice wolała zdradzać teatralnym szeptem.

Śledczy wymienili spojrzenia — nie od dziś było przecież wiadomo, że byli mężowie, partnerzy czy narzeczeni wręcz królowali na czele policyjnych statystyk, jeśli chodziło o zbrodnie z namiętności. A takie zabójstwa się, niestety, zdarzały. Zwłaszcza kiedy ludzie rozwodzili się niespodziewanie i w niezbyt przyjaznej atmosferze… Misiak świetnie pamiętał sprawę lokalnego biznesmena, który wyjechał do Hamburga w interesach, kilka dni wcześniej opłacając dwóch oprychów — gość zlecił zabójstwo chcącej od niego odejść żony, którą wywieziono do lasu, postrzelono i zostawiono na mrozie. Kobieta zmarła, zmrożone na kość ciało znaleziono dopiero kilka dni później… Bezduszni bandyci, którzy załatwili „problem” za żenująco małą kasę, szybko jednak wpadli, a razem z nimi Mariusz N., który w dość niecodzienny sposób planował zostać wdowcem. Gość w swojej naiwności był pewny, że z takim alibi nigdy niczego mu nie udowodnią. „A jednak wpadł i do tej pory siedzi” — przypomniał sobie Jerzy i pewnie dlatego od razu zapytał stojącą w progu kobietę o byłego męża ofiary.

— Dobrze go pani zna? Potrafiłaby pani coś o nim powiedzieć? — zainteresował się.

Kobieta wyjrzała na świeżo odnowioną klatkę schodową, jakby chciała się upewnić, czy nikt z sąsiadów ich nie podsłuchuje, po czym szerzej otwarła frontowe drzwi.

— Niech państwo wejdą, nie będziemy przecież rozmawiać o takich rzeczach w korytarzu — powiedziała.

Sowa z Misiakiem nie dali sobie dwa razy powtarzać — szybko otrzepali buty ze śniegu i władowali się do środka.

Kot — najpewniej chorowita Punia, o której właścicielka wspomniała na początku — siedział na skrzyni w głębi korytarza i nie spuszczał z nich ślepi. Staruszka poprowadziła ich do przestronnego, pełnego bibelotów salonu i zapytała, czy mają ochotę na kawę lub ciasto. Sowa chętnie by coś przekąsiła, nie pogardziłaby też odrobiną kofeiny, ale Misiak najwyraźniej chciał jedynie wyciągnąć od gospodyni coś na temat byłego męża zamordowanej brunetki, bo zdecydowanie odmówił.

— Czyli znała go pani w miarę dobrze? — powtórzył, kiedy już zdjął czarną puchową kurtkę i zasiadł za stojącym pośrodku salonu okrągłym stołem.

Na lekko zmiętym niebiesko-białym obrusie stało kilka tekturowych pudełek z byle jak upchniętymi do środka świątecznymi ozdobami. Wśród kupionych zapewne w markecie tandetnych choinkowych łańcuchów i bombek Sowa wypatrzyła kilka wyglądających na stare ręcznie robionych ozdób. Przyglądała im się z zaciekawieniem, nie mogąc się nadziwić, jakie niesamowite talenty mają niektórzy ludzie. Spostrzegawcza staruszka podążyła za jej wzrokiem — kolorowe wałki podskakiwały przy każdym ruchu jej głowy, a jeden obsunął się tak, że zahaczał o kołnierz szlafroka.

— Te złocone anioły moja babcia zrobiła podczas okupacji. Likwiduję w końcu choinkę, bo tylko igły się na parkiet sypią. Ksiądz już był z kolędą, nie ma co jej trzymać. Syn sąsiadów obiecał, że zniesie ją do śmietnika, dobry chłopak z niego, uczynny — zwróciła się do policjantki. — A wracając do pana pytania… Owszem, dobrze znałam byłego męża pani Mai, pewnie, że tak. To informatyk, podobno świetny. Miły człowiek, chociaż odrobinę małomówny. Po rozwodzie niemal od razu wyjechał do Kanady, dostał tam ponoć świetną pracę w swojej branży. Kto by pomyślał, że tu, w sąsiedztwie, zdarzy się nagle taka tragedia? Przecież to jest świetna okolica, tu się żadne menele nie kręcą. Nie to, co na Fabrycznej, u mojej siostry. Tam bezdomni po klatkach schodowych koczują, na wycieraczkach dosłownie śpią. Zawsze powtarzam Bożenie, żeby w końcu znalazła sobie inne mieszkanie, ale ona już przywykła do starych kątów i za nic nie chce się przenosić… — dodała kobieta, z politowaniem kiwając głową.

Sowa nie potrafiła oderwać wzroku od poluzowanego wałka. Miała ochotę podejść i z powrotem na niego nawinąć mleczne włosy staruszki; starała się o tym nie myśleć, ale z trudem udawało jej się utrzymać ręce przy sobie. Misiak bynajmniej nie miał takich problemów — miętosząc w dłoniach swoją trzymaną na kolanach kurtkę, trzymał się suchych faktów.

— Czyli w tym momencie gość jest za granicą?

— No mówię, że w Kanadzie. — Gospodyni rzuciła Misiakowi lekko poirytowane spojrzenie i dodała, że to na pewno nie on. — Pan Aleksander to nawet muchy by nie skrzywdził! Złoty człowiek, do rany przyłóż!

„To się jeszcze okaże” — pomyślała Justyna, tymczasem starsza kobieta dodała, że sąsiadka miała kogoś nowego.

— Tylko, gdyby co, nie wiedzą tego państwo ode mnie! Bo to młody chłopak jest, dawny uczeń pani Mai.

— Była nauczycielką?

— Skrzypaczką. Grywała w filharmonii, uczyła w szkole muzycznej. Raz byłam nawet na jej koncercie, podarowała mi bilety z okazji moich urodzin. W każdym razie ten chłopak ledwie skończył naukę, a już się zaczął przy niej kręcić. Raz była tu nawet jego matka, z karczemną awanturą przyszła! Straszna kobieta, wulgarna, nieobyta… Krzyczała tak, że policją ją musieliśmy postraszyć. Panią Maję dziwką nazwała i ostatnią wywłoką. Zresztą żeby tylko… Słowa takie wtedy padły, że nawet powtórzyć bym tego wszystkiego nie potrafiła. Przez gardło by mi nie przeszły, taka prawda — szepnęła staruszka z wyraźnie zdegustowaną miną, oczy jednak podejrzanie jej błyszczały.

„Widać nawet w tak snobistycznym otoczeniu są tacy, którzy lubią rynsztokowe ploteczki” — uśmiechnęła się pod nosem Sowa.

— Zna pani jego nazwisko? — zapytał Jurek Misiak.

— Kogo? Tego młodego, co tu u niej na noce zostawał? Nie znam, bo niby skąd? Zresztą odkąd się pojawił, to pani Maja też jakoś mnie unikać zaczęła… Jakby się wstydziła tego romansu. A ja przecież ludzi nie osądzam. — Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę i pokiwała głową, a obluzowany wałek spadł w końcu na dywan i poturlał się pod stół. Kobieta niczego jednak nie zauważyła, zaaferowana sytuacją, w której nagle przyszło jej grać główną rolę dla ledwie dwuosobowej, ale jakże zainteresowanej spektaklem widowni. — Świat stanął na głowie, tyle państwu powiem. To takie dobre małżeństwo było, wręcz filmowe. Ona piękna, zadbana, zawsze uśmiechnięta. On świetnie zarabiał, zabierał ją na weekendy do Paryża i Mediolanu. Czasem jedli śniadanie w tamtej kafejce — latem właściciel wystawia na plac kilka stolików. Ona lubiła sok pomarańczowy i czekoladowe croissanty, pan Aleksander zawsze brał tylko czarną kawę. Patrzyłam sobie czasem z okna, jak siedzą, trzymając się za ręce. Kiedy jeszcze żył mój Antoni, też lubiliśmy jadać razem śniadania, ale odkąd odszedł… — Kobiecie załamał się głos. — W każdym razie nigdy bym nie przypuszczała, że pani Maja może być z mężem nieszczęśliwa. Aż tu nagle on się wyprowadził, a do niej zaczął ten młody blondyn przychodzić. Początkowo mówiła, że to tylko uczeń, w żywe oczy mi kłamała! Wymykał się od niej późnym wieczorem, ukradkiem, jak złodziej. W końcu został na caluteńką noc — sama widziałam, jak go po piątej rano cichaczem na klatkę wypuszczała! Lekcji mu chyba o tej porze nie udzielała, prawda? Zresztą była w kusym szlafroku, a on na pożegnanie pocałował ją w usta. Nie mogłam już chyba mieć najmniejszych wątpliwości co do natury ich relacji — dodała kąśliwym tonem, jakby urażona faktem, że sąsiadka trzymała ją z dala od swoich prywatnych życiowych zawirowań.

Policjanci wymienili spojrzenia. W końcu Misiak wstał i w wyraźnym pośpiechu zaczął zakładać kurtkę.

— Dobrze, to by było tyle na dziś. Dziękujemy za rozmowę, a gdyby coś się jeszcze pani przypomniało, proszę do mnie zadzwonić. — Wręczył staruszce swoją wizytówkę i nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę korytarza.

— Widziałeś, jaka poinformowana? Nawet o piątej rano przez wizjer zerka — szepnęła Justyna, kiedy byli na półpiętrze.

— Nie ma lepszego spektaklu niż ten rozgrywający się pod naszym nosem, u sąsiadów — mruknął Misiak, zanim zastukał do kolejnych drzwi.

Tym razem otworzyła im młoda kobieta z niemowlęciem na ręku. Blada, z podkrążonymi oczyma, sprawiała wrażenie skrajnie niewyspanej, wręcz słaniającej się na nogach.

— Państwo w sprawie tego, co się stało? W sprawie Mai? Boże, nigdy bym nie przypuszczała, że coś takiego może się stać w naszej okolicy. Proszę, niech państwo wejdą. — W przeciwieństwie do staruszki, która nie od razu ich wpuściła, młoda matka bez wahania cofnęła się w głąb korytarza i policjanci weszli do środka.

W salonie panował niewiarygodny wręcz bałagan, co chyba bardzo stresowało gospodynię. Zaczęła coś paplać o nawale obowiązków, mężu w delegacji i opiece nad ząbkującym dzieckiem.

— Wszystko na mojej głowie, a tu jeszcze mama od jakiegoś czasu choruje i nie może mi już pomagać przy małym — tłumaczyła się, pospiesznie zbierając z kanapy czekające na prasowanie dziecięce ubranka.

— Przejdźmy do rzeczy, dobrze? — Misiak jak zawsze pierwszy stracił cierpliwość. — Byłbym wdzięczny, gdyby powiedziała nam pani coś o sąsiadce.

Kobieta włożyła gaworzącego radośnie niemowlaka do stojącego w kącie pokoju kojca i usiadła za stołem, naprzeciwko pary śledczych. Tutaj obrus był zmięty i poplamiony; obicia krzeseł też zdobiły szkaradne żółtawe plamy niewiadomego pochodzenia. Dywan był zwinięty i wciśnięty pod okno, firany naderwane — najpewniej pulchnymi dziecięcymi rączkami. „Właśnie dlatego nigdy nie chciałam mieć dzieciaków” — pomyślała ze współczuciem Sowa, rozpinając kurtkę. W mieszkaniu panował nieznośny zaduch, a po wizycie w równie nagrzanym salonie starszej kobiety Justyna dosłownie się gotowała.

— Sama nie wiem, co mogę powiedzieć o Mai… — zaczęła młoda matka, tłumiąc ziewanie. — My tak w zasadzie ledwo się znałyśmy. Właściwie o wiele częściej zdarzało mi się rozmawiać z Aleksandrem. To znaczy jej…

— Byłym mężem — weszła jej w słowo Sowa. — Ale wróćmy do kobiety. Chyba cokolwiek potrafi pani powiedzieć? Kto u niej bywał, czy się z kimś kłóciła? Sąsiedzkie zatargi, podejrzane osoby kręcące się na klatce?

— Nie, nikogo takiego… Maja była raczej bezkonfliktowa. Zawsze uśmiechnięta, elegancka. Dobrze im się z Olkiem żyło, dostatnio. Może dzięki temu taka zadowolona z życia chodziła — powiedziała młoda matka z lekką zawiścią w głosie.

— A z mężem zdarzało jej się kłócić? Była pani może świadkiem jakiejś szarpaniny czy ostrej wymiany zdań? — zapytała Justyna.

— Szarpaniny? Nie, to nie tego typu ludzie. A nawet jeśli się kłócili, to nic mi o tym nie wiadomo. — Kobieta leciutko wzruszyła ramionami. — Tu, w starym budownictwie, ściany są grube. Nie to, co w blokach, gdzie dosłownie każdy szelest słychać.

Sowa z Misiakiem wymienili spojrzenia. Wyglądało na to, że pod tym adresem wiele się nie dowiedzą…

Resztę mieszkań obeszli w pół godziny, ale nie dokopali się do niczego istotnego. Zmarła miała opinię sympatycznej, życzliwej kobiety, której jedynym „grzechem” był romans ze sporo młodszym chłopakiem. Nikt z pozostałych sąsiadów nie widział ani nie słyszał niczego niepokojącego, słowem nie mieli nic…

— Piękny początek roku! Skrzypaczka z poderżniętym gardłem zdobi śródmiejską fontannę i jeszcze ten kurewski ziąb! — Kiedy wyszli na zewnątrz, Jurek Misiak wyjął rękawiczki z kieszeni obszernej kurki z futrzanym kapturem.

— Daj jedną.

— Zdziwiłbym się, gdybyś choć raz czegoś nie zapomniała — burknął, ale podał Sowie jedną ze swoich rękawiczek.

Wsunęła w nią prawą rękę, lewą włożyła do kieszeni.

— Chodź, zjemy coś, póki technicy uwijają się przy ciele. Z pustym żołądkiem pracować nie będę. I jeszcze ten jebany mróz! Na jutro zapowiadali minus osiemnaście!

— W ciągu dnia? — Justyna nawet nie kryła przerażenia.

— W nocy, ale wiadomo to, kiedy człowieka z wyrka wyrwą? Chodź, za rogiem jest jakaś nowa wegetariańska knajpa. Myślisz, że to mąż? W sumie ma alibi, ale mógł komuś zapłacić. Ci informatycy to zawsze myślą, że tacy cwani są… Jak sądzisz? Załatwił ją ślubny czy ten jej młody ogier?

— Ja nic nie sądzę, Jerzyk. Nie przed pierwszą kawą. — Podkomisarz Sowa posłała koledze pełen politowania uśmieszek i ruszyła w ślad za nim zaśnieżonym, pełnym zlodowaciałych grudek śniegu chodnikiem.

— Kurwa, jeszcze zamknięte?! — Misiak siarczyście zaklął i głębiej nasunął na uszy futrzaną czapkę, w której wyglądał wyjątkowo śmiesznie. — No tak, czynne dopiero od dziesiątej… To na kawę chodźmy do Irish Coffee.

Kiedy dotarli na Gołębią, kawiarnia była już niemal pełna.

— Widzisz, Jerzyk, rozejrzyj się — nie my jedni wstajemy bladym świtem. — Sowa sprzedała koledze kuksańca i usiadła przy jedynym w tym momencie wolnym stoliku, niefortunnie ustawionym, tuż przy wejściu do toalet.

— Chcesz latte czy czarną? — Jerzy ustawił się w kolejce i wyjął z kieszeni portfel.

— Weź mi latte — poprosiła Justyna, ściągając kurtkę.

Kiedy płacił, przyglądała mu się z nieprzeniknioną miną. Pracowali razem ponad cztery lata i świetnie się dogadywali. Przynajmniej dopóki nie wylądowali razem w łóżku. Niecały miesiąc wcześniej, po mocno zakrapianej imprezie w domu komisarza Łęckiego. Wracali wtedy jedną taksówką, oboje pijani, rozbawieni, rozluźnieni. Zaprosiła go na szybką kawę; naprawdę nie myślała o niczym zdrożnym. W windzie ją pocałował. Nie powiedziała „nie”… Pod prysznicem, w jej łóżku, na sofie w salonie — urządzili sobie tamtej nocy prawdziwy maraton. Nad ranem zaparzyła mu w końcu tę obiecaną małą czarną i bez śniadania wrócił do siebie. Następnego dnia po pracy zaprosił ją na obiad i purpurowy na twarzy z zażenowania wymamrotał coś o tym, że nigdy więcej nie powinni tego robić. Zgodziła się, chociaż jakaś część niej czuła się mocno urażona. Powinien przecież oszaleć na jej punkcie, błagać o jeszcze… Tymczasem gadał o ich współpracy i firmowych romansach, które w ich wydziale były wyjątkowo źle widziane. Obiecała mu, że nigdy więcej nie podejmie tematu i nikomu słowem nie piśnie o tym, co się stało. Wyglądał tak, jakby naprawdę mocno mu ulżyło i Justyna miała wtedy ochotę go walnąć. A teraz najprawdopodobniej to właśnie oni dostaną razem kolejną sprawę i chociaż czuła, że zrobiło się między nimi jakoś dziwnie niezręcznie, musiała pamiętać tylko o tym, że prowadzą ważne kryminalne śledztwo. Ich prywatne, damsko-męskie zagrywki nie miały już żadnego znaczenia…

— Wziąłem ci drożdżówkę. — Kolega zjawił się przy stoliku, kiedy wyjętym z kosmetyczki tuszem podmalowywała rzęsy. — Że też ci się chce to wszystko ze sobą targać. Tusz, szminka, lakier do włosów, perfumy… — rzucił rozbawionym głosem.

— Nigdy nie wiadomo, kogo mogę spotkać. Czuję, że dziś wpadnę na przystojnego prokuratora Karskiego — powiedziała Justyna, mając cichą nadzieję, że wzbudzi w Jerzym chociaż odrobinę zazdrości.

Niestety…

— No zabij mnie śmiechem po prostu! Karski ci się podoba? Nie wiem, co wy wszystkie widzicie w tym nadętym pajacu — skwitował tylko, po czym zupełnie niezainteresowany dalszą rozmową zabrał się za swoją drożdżówkę.

Justyna wzruszyła ramionami i schowała kosmetyczkę do niewielkiego różowego plecaka — prezentu od siedmioletniej córki swojej najlepszej przyjaciółki Marty. Prawdę mówiąc, Filip Karski wcale jej nie kręcił. Jednak niezaprzeczalnie był przystojny i wyjątkowo drażnił Misiaka. Jeśli Jurek miałby być o kogoś zazdrosny, z pewnością byłby to właśnie młody, wymuskany prokuratorek. Uśmiechnęła się pod nosem.

Wyjęta prosto z pieca na zapleczu kawiarni drożdżówka z czekoladowym nadzieniem była ciepła i cudownie chrupiąca, jednak na myśl o porzuconej pośrodku zamieci martwej kobiecie młoda policjantka straciła apetyt. Kto mógł zrobić coś tak potwornego? Owszem, nawet w ich niezbyt wielkim mieście zdarzały się bestialskie zbrodnie. Ale ta zainscenizowana scena z fontanną wskazywała na sprawcę, który nie dość, że nie zawaha się przed niczym, to jeszcze starannie planuje swoje dzieło, jakby chciał wykrzyczeć światu, że oto nadszedł jego czas i wciąż jeszcze będzie zabijać… Sowa nie była jeszcze wyjątkowo doświadczonym śledczym, jednak nawet ten marny, ledwie kiełkujący instynkt podszeptywał jej, że ten, kto zabił ciemnowłosą skrzypaczkę, dopiero się rozkręca…

* * *

Hot dog, którego kupił jej Misiak, był po prostu pyszny. Jadła tak łapczywie, że oblała sobie musztardą nowy beżowy szalik i upaćkała kurtkę.

— Tylko się nie udław. — Jurek puścił do niej oczko i wrzucił do przepełnionego kosza tekturową tackę po swojej kiełbasie.

— Jezusie Nazareński, jaka byłam głodna — wymamrotała Sowa z pełnymi ustami.

Misiak przysiadł na ośnieżonym ceglanym murku, biegnącym wzdłuż skutej lodem rzeki, i wyjął z kieszeni truskawkowe gumy.

— Chcesz?

Przecząco pokręciła głową, dojadła chłodnego już hot doga i z trudem się powstrzymała, żeby nie oblizać palców. Podał jej chusteczki.

— Masz na twarzy musztardę.

— Już? — Sowa oblizała usta, ale nie załatwiło to sprawy.

— W kąciku ust. Tym lewym — sprecyzował.

W końcu doprowadziła się do porządku i rzuciła zmiętą jednorazową chusteczkę w hałdę przybrudzonego śniegu.

— Zaśmiecasz własne miasto, koleżanko — mruknął słynący z pedanterii Misiak.

— Inni zaśmiecają je znacznie gorzej. Ja przynajmniej nie rozrzucam po ulicach trupów. — Sowa skrzywiła się na myśl o znalezionych rano w jednym z zaułków zwłokach sześćdziesięciokilkuletniego kloszarda.

— Też sobie idiotyczne porównanie znalazłaś — parsknął Misiak i głębiej nasunął na uszy czapkę. — Kurewski ziąb! Że też nie odpuszcza ta przeklęta zimnica!

W odpowiedzi Justyna zaniosła się mokrym kaszlem i chuchając na przemarznięte dłonie, ruszyła w ślad za kolegą. Zamierzali jeszcze tego dnia pogadać z sąsiadami znalezionego niedawno w bramie zadźganego nożem doktora filmoznawstwa, a przerwa na szybki obiad była właściwie jedyną ich wolną chwilą od rana. Sowa założyła na głowę obszerny, obszyty futrem kaptur i wsunęła zlodowaciałe dłonie do kieszeni kurtki.

— Masz. — Misiak podał jej jedną ze swoich rękawiczek i burknął, żeby w końcu zaczęła wozić w aucie jakieś zapasowe.

Wzięła ją bez słowa, lekko pociągając nosem. Wiedział, że po grypie, która niedawno zwaliła ją z nóg, wciąż jeszcze powinna być na zwolnieniu, ale sam przecież nie raz i nie dwa razy wracał do pracy o wiele wcześniej, niż pozwalał mu lekarz. Zaczęło sypać. Szli szybko, skuleni z zimna, w milczeniu ślizgając się na zdradziecko oblodzonym betonie. Od rzeki szedł lodowaty chłód, porywisty wiatr wyciskał z oczu łzy.

— Minus dziesięć, odczuwalność minus czternaście. — Zgrabiałymi z zimna rękoma Sowa aktywowała na swoim smartfonie informację o pogodzie.

— Obłaskawiłaś w końcu ten dotykowy telefon? — Misiak uśmiechnął się złośliwie.

— Nie wkurwiaj mnie nawet — burknęła Justyna i schowała komórkę do plecaka.

Chwilę później, pośród gęstniejącej z minuty na minutę zadymki, drogę przeciął im duży czarny kot.

— Ty pierwsza. — Misiak przystanął, żeby przepuścić koleżankę przodem.

— Nie miałam pojęcia, że jesteś przesądny. To chyba nie do końca idzie w parze z twoją religijnością — docięła mu Sowa, bez wahania przecinając równiutki „szlaczek” zostawiony na świeżym śniegu przez kocie łapy.

— W sumie nie tyle jestem przesądny, co umiarkowanie entuzjastycznie nastawiony do czarnych kotów. Swoją drogą, czytałem gdzieś niedawno, że w średniowieczu uważano je za wcielenia szatana i obcinano im ogony. Ponoć to w ich końcówkach czaiło się największe zło.

— Chore — skwitowała Sowa, chuchając w zgrabiałe z zimna dłonie. Ona z całą pewnością nic do czarnych kotów nie miała.

Mijali jedną z cumujących na rzece starych barek, kiedy zza ceglanego murku wyszedł jakiś przygarbiony starszy włóczęga. Kuśtykał i wyglądał na mocno pijanego, w dodatku miał na sobie zbyt cienką kurtkę i czerwone letnie tenisówki.

— Wierzyć się nie chce, że nawet przy tej paskudnej pogodzie wolą kręcić się po bulwarach, niż iść do noclegowni. Do wiosny jeszcze kawał czasu, a już trzech całkiem młodych mężczyzn zmarło z wychłodzenia. — Misiak odprowadził wzrokiem kloszarda i z politowaniem pokiwał głową.

— Siłą ich tam nie zaciągniesz. — Sowa, która ostatnio była dziwnie cięta na wszelkich kręcących się po mieście meneli, tylko wzruszyła ramionami.

Weszli w Forteczną.

— Chodź, pokażę ci coś, skoro już tu jesteśmy… — Jerzy skręcił w wąską, zaniedbaną uliczkę i ponaglił wlokącą się za nim Sowę. — No, rusz się, bo zimno! To zajmie tylko chwilę!

Kilka minut później wchodzili na plac Zbawiciela, tam, gdzie niecałe trzy tygodnie wcześniej znaleziono skrzypaczkę z poderżniętym gardłem.

— Sterczą tu, odkąd zniknęły policyjne taśmy. — Jerzy Misiak oskarżycielsko wskazał palcem na kłębiący się wokół fontanny tłumek.

Justyna z niedowierzaniem przyglądała się zgromadzeniu. Grupa nie była bardzo liczna — góra dwadzieścia kilka osób. Jednak płonące dookoła fontanny świece, trzymane w rękach ludzi krzyże i szeptane modlitwy od razu zaleciały jej skrajnym fanatyzmem.

— Koczują tu nawet nocami, urządzają czuwania, śpiewają. Chłopaki ze straży miejskiej już kilkakrotnie ich rozganiali, ale zaraz schodzą się od nowa. Mieszkańcy narzekają, że nie mogą spać, powoli zjeżdżają się żądne sensacji pismaki. — Misiak skinął głową w stronę stojącego nieco na uboczu gościa z aparatem fotograficznym na szyi.

— I czemu to wszystko ma służyć? Chyba nie są aż tak naiwni, żeby wierzyć, że ich Bóg ją wskrzesi? Jeszcze tylko jakiegoś nawiedzonego klechy z kadzidłem tu brakuje — mruknęła Justyna i podeszła bliżej fontanny. — Swoją drogą, był ponoć taki przypadek, chyba w Kanadzie — jacyś religijni fanatycy przez pół roku trzymali w domu zwłoki, wierząc, że samą swoją modlitwą zdołają wskrzesić umarlaka. A myślałby kto, że tylko u nas taki ciemnogród. — Skrzywiła się.

Misiak przypomniał sobie plotki o jej wściekłym antyklerykalizmie, nie zamierzał jednak w jakikolwiek sposób komentować jej zgryźliwej wypowiedzi. Sam był gorliwie wierzący. Pomimo całego ogromu nieszczęść, jakie przez te lata pracy w policji dane mu było zobaczyć, naprawdę wierzył, że tam gdzieś na górze jest ktoś, kto w pewien sposób nad nimi czuwa. Sowa dostawała jednak drgawek na każdą wzmiankę o sile wyższej, a jej alergia na Kościół i księży była w firmie znana. Ostatnio wywiesiła ponoć na furtce kartkę: „Nie mam drobnych dla księdza po kolędzie”, co bardzo zbulwersowało jej starszych sąsiadów i rozbawiło tych młodszych.

— Ale szopka. — W głosie Justyny zabrzmiała pogarda. — Żałośni są tacy ludzie, nie uważasz? Bez pomysłu na siebie, bez własnego życia, sterczą na mrozie, żeby paląc świeczki, mamrotać pod nosem bezowocne modlitwy.

— Każdy ma prawo do własnych zapatrywań — rzucił dyplomatycznie Misiak.

W dyskusję na temat religii wdawać się z Sową nie zamierzał.

— Ale do uporczywego całonocnego wystawania pod czyimiś oknami już chyba nie bardzo mają prawo — syknęła.

Jerzy nie odpowiedział.

Przystanęli dwa metry od fontanny. Od jakiejś godziny było już ciemno, a płonące dookoła dziesiątki świec rozświetlały niewielki plac Zbawiciela pomarańczową łuną. Sowa pomyślała o Wszystkich Świętych — znowu nie dotarła na cmentarz… Powinna w końcu odwiedzić grób babci, ale jakoś nie mogła się do tego zmusić. Kiedy żyła, były sobie bardzo bliskie, ale teraz… Jaki był sens wpatrywania się w granitową płytę grobowca, po której przechadzały się mrówki? Stojące za jej plecami starsze kobiety zaczęły śpiewać — pieśń pamiętała z dzieciństwa, z czasów, kiedy, za rękę z ojcem, chodziła jeszcze do kościoła. Wzdrygnęła się. Przerażał ją cały ten zabobon, religijni fanatycy zawsze budzili w niej skrajne poirytowanie.

— Chodźmy stąd. — Szarpnęła Misiaka za rękaw.

— Przynoszą nawet lalki i zabawki. Patrz na tamtego miśka. Chyba został komuś z zeszłorocznych walentynek — szepnął jej na ucho Jerzy.

Justyna spojrzała we wskazanym kierunku — ciemnobrązowy pluszowy niedźwiadek siedział na ośnieżonym kamiennym murku wokół fontanny — duży, z uśmiechniętym pyszczkiem i przyszytym do futerka czerwonym serduszkiem z napisem I love you.

— Ludzka głupota nie ma granic — rzuciła Sowa przez zęby.

Przecisnęli się przez gromadkę ściśniętych wokół fontanny rozmodlonych dewotów i ruszyli w stronę ratusza. Odprowadziły ich śpiewy i mdlący zapach dziesiątków płonących świec, który kojarzył się Justynie z Zaduszkami.

— Może gdybyśmy ujęli w końcu sprawcę, ludzie szybciej by o tej sprawie zapomnieli, ale my wciąż drepczemy w miejscu, a z zamordowanej skrzypaczki niebawem zrobią pewnie lokalną świętą — mruknął Misiak.

— Świętą? Powinna chyba robić za Marię Magdalenę. Miała w końcu młodego gacha, nie zapominaj o tym.

— I zapłaciła za grzechy najwyższą karę. Niektórzy ludzie w takich okolicznościach są skłonni wybaczyć przeszłość, żeby wynieść ofiarę na piedestał i móc należycie ją opłakiwać — mruknął Misiak.

— Należycie? Czyli co? Przynosząc tutaj tony maskotek? Jerzyk, to jest chory fanatyzm, nic więcej! Gdybym mogła, przegoniłabym ten nawiedzony tłumek na cztery wiatry! — uniosła się Sowa, chuchając w przemarznięte dłonie.

Misiak nie odpowiedział. Lekko wzruszył ramionami i skinął głową w stronę jednej z niewielkich, przytulnych kawiarni.

— Masz ochotę na gorącą herbatę? Dosłownie trzęsiesz się z zimna…

Justyna odmówiła i gwałtownie się rozkaszlała. Czuł, że jest poirytowana, zmęczona i zniechęcona. Sam był w nie lepszym nastroju i trudno było mu się dziwić. Przepytali dziesiątki osób, zrobili z tej sprawy absolutny priorytet i wciąż tkwili w miejscu — ciemnowłosa skrzypaczka nie żyła niemal od trzech tygodni, a oni nadal nie mieli pojęcia, kto i czemu w tak bestialski sposób poderżnął jej gardło…

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyklęci Oni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży